




Jenny Downham


Zanim Umr&#281;


Tytu&#322; oryginalny: Before I Die

T&#322;umacz: Gajdzi&#324;ska Monika



Rozdzia&#322; 1

Chcia&#322;abym mie&#263; ch&#322;opaka. Mieszka&#322;by w szafie na wieszaku. Mog&#322;abym go wyjmowa&#263;, kiedy zechc&#281;, a on spogl&#261;da&#322;by na mnie wzrokiem amanta filmowego, tak, jakbym by&#322;a pi&#281;kna. Nie m&#243;wi&#322;by wiele, tylko oddycha&#322;by ci&#281;&#380;ko, zdejmuj&#261;c sk&#243;rzan&#261; kurtk&#281; i rozpinaj&#261;c d&#380;insy. Nosi&#322;by bia&#322;e majtki i wygl&#261;da&#322;by tak bosko, &#380;e by&#322;abym blisko omdlenia. Mnie te&#380; by rozebra&#322;, szepcz&#261;c:,,Tesso, kocham ci&#281;. Cholera, naprawd&#281; ci&#281; kocham. Jeste&#347; pi&#281;kna. W&#322;a&#347;nie tak by m&#243;wi&#322;, zsuwaj&#261;c ze mnie ubrania.

Siadam i zapalam lampk&#281; stoj&#261;c&#261; przy &#322;&#243;&#380;ku. Mam d&#322;ugopis, ale nie mog&#281; znale&#378;&#263; papieru, wi&#281;c pisz&#281; na &#347;cianie:,, Chc&#281; poczu&#263; ci&#281;&#380;ar jego cia&#322;a na moim. Potem k&#322;ad&#281; si&#281; z powrotem i patrz&#281; w niebo. Ma dziwny kolor- czerwony i brunatny jednocze&#347;nie, jakby dzie&#324; krwawi&#322;.

Czuj&#281; zapach kie&#322;basy. W sobot&#281; na kolacj&#281; zawsze s&#261; kie&#322;baski. Do tego ziemniaki, kapusta i cebula. Tata wyci&#261;gnie los na loteri&#281;, a Cal wytypuje liczby. Zasi&#261;d&#261; przed telewizorem z tacami na kolanach i obejrz&#261;,,Czynnik X, a potem,,Milioner&#243;w. P&#243;&#378;niej Cal si&#281; wyk&#261;pie i p&#243;jdzie do &#322;&#243;&#380;ka, tata za&#347; b&#281;dzie pi&#322; piwo i pali&#322; papierosy tak d&#322;ugo, a&#380; poczuje si&#281; senny.

Zajrza&#322; do mnie wcze&#347;niej, ni&#380; si&#281; spodziewa&#322;am. Podszed&#322; do okna i rozsun&#261;&#322; zas&#322;ony.

Sp&#243;jrz tylko!- wykrzykn&#261;&#322;, kiedy s&#322;o&#324;ce roz&#347;wietli&#322;o pok&#243;j. By&#322;o popo&#322;udnie, widzia&#322;am wierzcho&#322;ki drzew, niebo. Jego sylwetka rysowa&#322;a si&#281; na tle okna. Sta&#322; z r&#281;kami opartymi na biodrach i wygl&#261;da&#322; jak Power Ranger.- Jak mam ci pom&#243;c, skoro nic nie m&#243;wisz?- spyta&#322;, podchodz&#261;c i przysiadaj&#261;c na kraw&#281;dzi mojego &#322;&#243;&#380;ka. Wstrzyma&#322;am oddech. Je&#347;li robi si&#281; to dostatecznie d&#322;ugo, przed oczami zaczynaj&#261; ta&#324;czy&#263; bia&#322;e plamki &#347;wiat&#322;a. Tata wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; i pog&#322;aska&#322; mnie po g&#322;owie. Zacz&#261;&#322; delikatnie masowa&#263; j&#261; palcami.

Oddychaj, Tesso- szepn&#261;&#322;.

Z&#322;apa&#322;am czapk&#281; le&#380;&#261;c&#261; na stoliku i wepchn&#281;&#322;am j&#261; sobie na oczy. Wtedy wyszed&#322;. Teraz sma&#380;y kie&#322;baski na dole. Dobiega mnie d&#378;wi&#281;k strzelaj&#261;cego t&#322;uszczu, sos skwierczy na patelni. Nie jestem pewna, czy to mo&#380;liwe, &#380;eby dociera&#322;y tu odg&#322;osy z kuchni, ale nic mnie ju&#380; nie dziwi. S&#322;ysz&#281;, jak Cal rozpina p&#322;aszcz; przyni&#243;s&#322; musztard&#281; ze sklepu. Dziesi&#281;&#263; minut temu dosta&#322; funta i ostrze&#380;enie:,,Nie rozmawiaj z obcymi. Kiedy wyszed&#322;, tata sta&#322; na ostatnim stopniu schod&#243;w przed domem i pali&#322; papierosa. S&#322;ysza&#322;am szelest li&#347;ci opadaj&#261;cych na traw&#281; u jego st&#243;p. Inwazja jesieni.

Powie&#347; p&#322;aszcz i sprawd&#378;, czy Tessa czego&#347; nie potrzebuje.- powiedzia&#322; tata- Mamy pe&#322;no jag&#243;d, postaraj si&#281; j&#261; zach&#281;ci&#263;, &#380;eby troch&#281; zjad&#322;a.

Cal ma na nogach trampki; powietrze &#347;wiszcze, kiedy wbiega po schodach i wpada do mojego pokoju. Udaj&#281;, &#380;e &#347;pi&#281;, ale on nic sobie z tego nie robi. Nachyla si&#281; nade mn&#261; i szepcze:

Nie b&#281;d&#281; zmartwiony, je&#347;li nie odezwiesz si&#281; do mnie nigdy wi&#281;cej.

Otwieram jedn&#261; powiek&#281; i widz&#281; przed sob&#261; par&#281; niebieskich oczu.

Wiedzia&#322;em, &#380;e udajesz.- oznajmia z szerokim, zniewalaj&#261;cym u&#347;miechem.- Tata pyta, czy zjesz jagody.

Nie.

Co mam mu powiedzie&#263;?

Powiedz, &#380;e chc&#281; dosta&#263; s&#322;oni&#261;tko.

&#346;mieje si&#281;.

B&#281;dzie mi ciebie brakowa&#322;o- m&#243;wi i zostawia drzwi otwarte, nie troszcz&#261;c si&#281; o przeci&#261;g ze schod&#243;w.



Rozdzia&#322; 2

Zoey nie zawraca sobie g&#322;owy pukaniem, wchodzi i rzuca si&#281; na moje &#322;&#243;&#380;ko. Patrzy ze zdziwieniem, jakby nie spodziewa&#322;a si&#281;, &#380;e mnie jeszcze zobaczy.

Co robisz?- pyta.

Nie rozumiem.

Nie schodzisz ju&#380; na d&#243;&#322;?

Tata dzwoni&#322; do ciebie?

Boli ci&#281;?

Nie.

Przygl&#261;da mi si&#281; podejrzliwie, apotem wstaje i zdejmuje p&#322;aszcz. Ma na sobie kus&#261; czerwon&#261; sukienk&#281; pasuj&#261;c&#261; do torebki, kt&#243;r&#261; rzuci&#322;a na pod&#322;og&#281;.

Idziesz gdzie&#347;?- pytam.- Na randk&#281;?

Wzrusza ramionami, podchodzi do okna i patrzy na ogr&#243;d. Rysuje palcem obw&#243;dk&#281; na kraw&#281;dzi szklanki i m&#243;wi:

Mo&#380;e powinna&#347; postara&#263; si&#281; uwierzy&#263; w Boga.

Powinnam?

Tak, mo&#380;e wszyscy powinni&#347;my uwierzy&#263;. Ca&#322;a rasa ludzka.

Nie s&#261;dz&#281;. On chyba nie &#380;yje.

Odwraca si&#281;, &#380;eby mi si&#281; przyjrze&#263;. Jest blada jak zima. Za jej ramionami wznosi si&#281; samolot.

Co tam naskroba&#322;a&#347; na &#347;cianie?- pyta.

Nie wiem, dlaczego pozwalam jej przeczyta&#263;. Chyba chc&#281;, &#380;eby co&#347; si&#281; dzia&#322;o. S&#322;owa napisane czarnym atramentem pod wzrokiem Zoey zmieniaj&#261; si&#281; w ma&#322;e paj&#261;czki. Czyta raz po raz. Nienawidz&#281; my&#347;li, &#380;e bardzo mi wsp&#243;&#322;czuje.

&#379;ycie to nie bajka, co?- pyta mi&#281;kko.

A m&#243;wi&#322;am kiedy&#347;, &#380;e tak jest?

S&#261;dzi&#322;am, &#380;e tak uwa&#380;asz.

Nie.

Tw&#243;j tata raczej spodziewa si&#281;, &#380;e poprosisz o kucyka, a nie o ch&#322;opaka.

Nasz &#347;miech brzmi dziwnie. Podoba mi si&#281;, chocia&#380; jednocze&#347;nie boli. Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; najbardziej lubi&#281; chichota&#263; z Zoey, bo wiem, &#380;e obie mamy jednakowo g&#322;upie my&#347;li. Wystarczy, &#380;e powie:,,Mo&#380;e powinna&#347; wybra&#263; si&#281; do stadniny ogier&#243;w?- i ju&#380; p&#281;kamy ze &#347;miechu.

P&#322;aczesz?- pyta Zoey.

Nie jestem pewna. Chyba tak. Zachowuj&#281; si&#281; jak te kobiety pokazywane w telewizji, kt&#243;re straci&#322;y swoje rodziny. Rycz&#281; jak zwierz&#281;, kt&#243;re przytrzasn&#281;&#322;o sobie &#322;ap&#281;. Nagle dociera do mnie wszystko- moje palce przypominaj&#261; ju&#380; szpony, mam prze&#378;roczyst&#261; sk&#243;r&#281;. Czuj&#281;, &#380;e w lewym p&#322;ucu mno&#380;&#261; si&#281; kom&#243;rki nowotworowe, gromadz&#261; si&#281; jak proch wype&#322;niaj&#261;cy wazon. Ju&#380; nied&#322;ugo nie b&#281;d&#281; mog&#322;a oddycha&#263;.

To normalne, &#380;e si&#281; boisz.- oznajmia Zoey.

Nie boj&#281; si&#281;.

Oczywi&#347;cie, &#380;e si&#281; boisz. Cokolwiek czujesz, to jest w porz&#261;dku.

Mo&#380;esz sobie wyobrazi&#263;, &#380;e strach przepe&#322;nia ci&#281; ca&#322;y czas, Zoey?

Mog&#281;.

Bzdura. Nie ma o tym poj&#281;cia, ca&#322;e &#380;ycie jest przed ni&#261;. Zn&#243;w chowam si&#281; pod kapeluszem, nie ca&#322;kiem, bo b&#281;dzie mi brakowa&#322;o oddechu. I rozm&#243;w. Okien. B&#281;d&#281; t&#281;skni&#322;a za ciastkami. I za rybami. Lubi&#281; ryby. Lubi&#281; patrze&#263;, jak ich pyszczki otwieraj&#261; si&#281; i zamykaj&#261; na przemian. Tak, dok&#261;d p&#243;jd&#281;, nie mo&#380;na niczego zabra&#263;. Zoey patrzy, jak ocieram oczy rogiem poduszki.

Zr&#243;b to ze mn&#261;.- m&#243;wi&#281;.

Co takiego?- Wygl&#261;da na przestraszon&#261;.

To, co powypisywa&#322;am na kartkach. Sporz&#261;dz&#281; ca&#322;&#261; list&#281; rzeczy, kt&#243;re chc&#281; zrobi&#263;, a ty pomo&#380;esz mi j&#261; zrealizowa&#263;.

Ale co? Chodzi ci o to, co napisa&#322;a&#347; na &#347;cianie?

O to i o co&#347; innego, przede wszystkim jednak o ch&#322;opaka. Ty tylu ich ju&#380; mia&#322;a&#347;, a ja nawet si&#281; nie ca&#322;owa&#322;am.

Obserwuj&#281; jej reakcj&#281; na moje s&#322;owa. Zapad&#322;y g&#322;&#281;boko.

Nie by&#322;o ich znowu tak wielu.- stwierdzi&#322;a w ko&#324;cu.

Zg&#243;d&#378; si&#281;, Zoey. Nawet je&#347;li b&#281;d&#281; ci&#281; p&#243;&#378;niej b&#322;aga&#322;a, &#380;eby&#347; tego nie robi&#322;a, nawet je&#347;li b&#281;d&#281; dla ciebie okropna, zmu&#347; mnie. Mam d&#322;ug&#261; list&#281; rzeczy, kt&#243;rych chcia&#322;abym do&#347;wiadczy&#263;.

Kiedy wreszcie m&#243;wi:,,Dobra, stara&#322;a si&#281;, &#380;eby zabrzmia&#322;o to tak lekko, jakby zgodzi&#322;a si&#281; cz&#281;&#347;ciej mnie odwiedza&#263;.

Naprawd&#281;?

Przecie&#380; powiedzia&#322;am.

Zastanawia&#322;am si&#281;, czy wie, co j&#261; czeka. Siad&#322;am na &#322;&#243;&#380;ku i patrz&#281;, jak myszkuje w mojej szafie. My&#347;l&#281;, &#380;e ma ju&#380; plan. To mi si&#281; w&#322;a&#347;nie podoba u Zoey. Musi si&#281; &#347;pieszy&#263;, bo w mojej g&#322;owie przesuwaj&#261; si&#281; kolejne obrazy. Marchewki. Powietrze. Kaczki. Grusze. Aksamit i jedwab. Jeziora. B&#281;d&#281; t&#281;skni&#263; za lodem. I za kanap&#261;. I za salonem. I za magicznymi sztuczkami Cala. I za bia&#322;ymi rzeczami- mlekiem, &#347;niegiem, &#322;ab&#281;dziami.

Zoey wyci&#261;ga z g&#322;&#281;bi szafy obcis&#322;&#261; kieck&#281;, kt&#243;r&#261; tata kupi&#322; mi w zesz&#322;ym miesi&#261;cu. Nie oderwa&#322;am jeszcze metki.

Po&#380;ycz&#281; j&#261;.- m&#243;wi- a ty mo&#380;esz w&#322;o&#380;y&#263; moj&#261;.- Zaczyna rozpina&#263; sukienk&#281;.

Wybieramy si&#281; gdzie&#347;?

Jest sobotni wiecz&#243;r, Tess. S&#322;ysza&#322;a&#347; o czym&#347; takim?

Jasne, pewnie, &#380;e s&#322;ysza&#322;am.

Nie sta&#322;am na nogach od wielu godzin. Dziwnie si&#281; czuj&#281;, tak, jakbym by&#322;a pusta w &#347;rodku, eteryczna. Zoey stoi przede mn&#261; w samej bieli&#378;nie i pomaga mi w&#322;o&#380;y&#263; czerwon&#261; sukienk&#281; przesi&#261;kni&#281;t&#261; jej zapachem. Mi&#281;kki materia&#322; przywiera do mojej sk&#243;ry.

Dlaczego si&#281; przebieramy?

Mi&#322;o jest poczu&#263; si&#281; kim&#347; innym przez chwil&#281;.

Kim&#347; takim jak ty?

Zastanawia si&#281;.

By&#263; mo&#380;e kim&#347; takim jak ja.

Przygl&#261;da&#322;am si&#281; swojemu odbiciu w lustrze i ciesz&#281; si&#281;, &#380;e wygl&#261;dam zupe&#322;nie inaczej ni&#380; zwykle. Mam wielkie oczy, kt&#243;re spogl&#261;daj&#261; gro&#378;nie. Czuj&#281;, &#380;e teraz wszystko mo&#380;e si&#281; zdarzy&#263;. Nawet moje w&#322;osy wygl&#261;daj&#261; lepiej, jakby zosta&#322;y artystycznie przystrzy&#380;one. Nikt si&#281; nie domy&#347;li, &#380;e by&#322;y zgolone i teraz odrastaj&#261;. Patrzymy na siebie, stoj&#261;c rami&#281; w rami&#281;. Potem Zoey odci&#261;ga mnie od lustra i sadza na &#322;&#243;&#380;ku. Przynosi z &#322;azienki koszyczek z kosmetykami i przysiada obok. Wpatruj&#281; si&#281; w jej twarz, kiedy rozciera podk&#322;ad na palcu i rozprowadza go na moich policzkach. Jest blondynk&#261; o bardzo jasnej karnacji, ma tr&#261;dzik, kt&#243;ry dodaje jej dziko&#347;ci. Nigdy w &#380;yciu nie mia&#322;am pryszczy. Szcz&#281;&#347;ciara ze mnie.

Zoey obrysowuje kontur moich warg i wype&#322;nia go szmink&#261;. Znajduje tusz do rz&#281;s i ka&#380;e mi patrze&#263; jej prosto w oczy. Pr&#243;buj&#281; sobie wyobrazi&#263;, jak to by by&#322;o by&#263; ni&#261;. Cz&#281;sto tak robi&#281;, ale nigdy mi si&#281; to nie udaje. U&#347;miecham si&#281;, kiedy zn&#243;w prowadzi mnie do lustra. Jestem do niej troch&#281; podobna.

Dok&#261;d chcesz p&#243;j&#347;&#263;?- pyta.

Jest mn&#243;stwo miejsc. Puby, kluby, dyskoteki. Pragn&#281; si&#281; znale&#378;&#263; w wielkiej, ciemnej sali, gdzie z trudem mo&#380;na si&#281; porusza&#263; i cia&#322;a ocieraj&#261; si&#281; o siebie. Chc&#281; wys&#322;ucha&#263; tysi&#261;ca piosenek puszczanych niewiarygodnie g&#322;o&#347;no. Marz&#281; o tym, by ta&#324;czy&#263; tak szybko, &#380;eby moje w&#322;osy uros&#322;y do ziemi i &#380;ebym mog&#322;a je przydeptywa&#263;. Mam ochot&#281; wrzeszcze&#263; g&#322;o&#347;no, przekrzykuj&#261;c innych. Chc&#281; by&#263; tak rozpalona, &#380;eby m&#243;c topi&#263; w ustach kostki lodu.

Chod&#378;my pota&#324;czy&#263;- m&#243;wi&#281;.- Poszukajmy ch&#322;opak&#243;w, z kt&#243;rymi p&#243;jdziemy do &#322;&#243;&#380;ka.

Dobra.- Zoey podnosi torebk&#281; i wyprowadza mnie z pokoju. Tata wygl&#261;da z salonu i wchodzi po schodach. Udaje, &#380;e idzie do toalety i ujrzawszy nas, wyra&#380;a na g&#322;os swoje zdziwienie:

Wsta&#322;a&#347;! To cud!- Kiwa g&#322;ow&#261;, dzi&#281;kuj&#261;c Zoey.- Jak tego dokona&#322;a&#347;?

Zoey u&#347;miecha si&#281;, kieruj&#261;c wzrok ku pod&#322;odze.

Potrzebowa&#322;a tylko ma&#322;ej zach&#281;ty.

To znaczy?

Opieram r&#281;k&#281; na biodrze i patrz&#281; mu prosto w oczy.

Zoey zabiera mnie na ta&#324;ce na rurze.

Zabawne.- m&#243;wi tata.

Naprawd&#281;.

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261; i rysuje d&#322;oni&#261; k&#243;&#322;ko na brzuchu. &#379;al mi go. Nie wie, jak zareagowa&#263;.

Wszystko w porz&#261;dku.- uspokajam go.- Idziemy do klubu.

Tata zerka na zegarek, jakby on m&#243;g&#322; mu co&#347; podpowiedzie&#263;.

B&#281;d&#281; si&#281; ni&#261; opiekowa&#322;a.- wtr&#261;ca Zoey. Jest tak s&#322;odka i przekonuj&#261;ca, z prawie jej wierz&#281;.

Nie- protestuje tata.  Tessa potrzebuje spokoju. W klubie b&#281;dzie pe&#322;no dymu i g&#322;o&#347;na muzyka.

Skoro potrzebuje spokoju, to po co pan do mnie dzwoni&#322;?

Chcia&#322;em, &#380;eby&#347; z ni&#261; porozmawia&#322;a, a nie wyci&#261;ga&#322;a z domu!

Spokojnie.- Zoey si&#281; &#347;mieje.- Wr&#243;cimy na czas.

Czuj&#281;, jak opuszcza mnie ca&#322;a rado&#347;&#263;, bo wiem, &#380;e tata ma racj&#281;. Je&#347;li p&#243;jd&#281; do klubu, b&#281;d&#281; to potem odsypia&#322;a przez tydzie&#324;. Kiedy trac&#281; za du&#380;o energii, zawsz&#281; musz&#281; za to zap&#322;aci&#263;.

Nic mi nie b&#281;dzie.- m&#243;wi&#281;.

Zoey chwyta mnie za rami&#281; i ci&#261;gnie za sob&#261; po schodach.

Przyjecha&#322;am samochodem mamy- oznajmia.- Odwioz&#281; Tess&#281; przed trzeci&#261;.

Tata si&#281; nie zgadza, twierdzi, &#380;e to za p&#243;&#378;no; ka&#380;e odwie&#378;&#263; mnie przed p&#243;&#322;noc&#261;. Powtarza to kilka razy, podczas gdy Zoey wyjmuje m&#243;j p&#322;aszcz z szafy. Wychodz&#261;c krzycz&#281;:,,Do widzenia!, ale on nie odpowiada. Zoey zamyka za nami drzwi.

Mo&#380;emy wr&#243;ci&#263; o p&#243;&#322;nocy- m&#243;wi&#281;.

Odwraca si&#281; do mnie.

S&#322;uchaj, dziewczyno, je&#347;li chcesz sp&#281;dzi&#263; przyjemnie wiecz&#243;r, musisz si&#281; nauczy&#263; &#322;ama&#263; regu&#322;y.

Powr&#243;t przed p&#243;&#322;noc&#261; w niczym nam nie przeszkodzi. Po co tata ma si&#281; martwi&#263;?

Niech si&#281; martwi. To bez znaczenia. Kto&#347; taki jak ty nie musi si&#281; przejmowa&#263; konsekwencjami.

Nigdy nie my&#347;la&#322;am o sobie w ten spos&#243;b.



Rozdzia&#322; 3

Oczywi&#347;cie idziemy do klubu. W sobotni wiecz&#243;r nigdy nie jest tam za du&#380;o dziewczyn, a Zoey ma &#347;wietne cia&#322;o. Bramkarze wy&#322;awiaj&#261; nas z t&#322;umu i machaj&#261; do nas, &#380;eby&#347;my omin&#281;&#322;y kolejk&#281;. Przepuszcza nas, a Zoey wykonuje przed nimi kilka tanecznych krok&#243;w. Odprowadzaj&#261; nas wzrokiem, kiedy wchodzimy do szatni.

Udanego wieczoru, dziewczyny!- wo&#322;aj&#261; za nami.

Nie musimy p&#322;aci&#263; za wst&#281;p. Czujemy si&#281; jak kr&#243;lowe. Zostawiamy p&#322;aszcze w szatni i podchodzimy do baru, &#380;eby zam&#243;wi&#263; dwie cole. Zoey dolewa do swojej rumu z piersi&#243;wki, kt&#243;r&#261; nosi w torebce. Robi&#261; tak wszyscy studenci z jej collegeu. W ten spos&#243;b wychodzi taniej. Postanawiam przestrzega&#263; zakazu picia napoj&#243;w wyskokowych. Alkohol przypomina mi o radioterapii. Kiedy&#347; skatowa&#322;am si&#281; mieszank&#261; z barku taty i od tamtej pory kojarz&#281; drinki z terapi&#261;. Alkohol ma smak napromieniowanego cia&#322;a.

Opieramy si&#281; o bar i dokonujemy inspekcji. Sala jest ju&#380; pe&#322;na, na parkiecie podryguj&#261; m&#322;odzi ludzie o rozgrzanych cia&#322;ach. &#346;wiat&#322;a reflektor&#243;w przesuwaj&#261; si&#281; po piersiach, pupach i suficie.

Mamy kondomy- szepcze Zoey.- S&#261; w mojej torebce, na wypadek, gdyby&#347; potrzebowa&#322;a.- Dotyka mojej r&#281;ki.- Wszystko w porz&#261;dku?

Tak.

Nie chcesz si&#281; wycofa&#263;?

Nie.

O tym marzy&#322;am. Wiruj&#261;ca sala w sobotni wiecz&#243;r. Przyst&#281;puj&#281; do realizacji zada&#324; z mojej listy, a Zoey mi w tym pomaga. Dzisiaj spe&#322;ni si&#281; pierwsze &#380;yczenie- seks. Nie umr&#281;, dop&#243;ki nie zrobi&#281; wszystkich dziesi&#281;ciu zaplanowanych rzeczy.

Popatrz- m&#243;wi Zoey.- Podoba ci si&#281;?- Pokazuje mi ch&#322;opaka na parkiecie. Dobrze ta&#324;czy, porusza si&#281; z zamkni&#281;tymi oczyma, jakby by&#322; tu zupe&#322;nie sam i nie potrzebowa&#322; niczego opr&#243;cz muzyki.- Przychodzi tu co tydzie&#324;. Nie wiem, jak mu si&#281; udaje przemyci&#263; trawk&#281;. Jest s&#322;odki, prawda?

Nie chc&#281; &#263;puna.

Zoey marszczy brwi.

O co ci chodzi?

Je&#347;li jest na haju, nie b&#281;dzie mnie pami&#281;ta&#322;. Nie chc&#281; te&#380; &#380;adnego pijanego faceta.

Zoey odstawia szklank&#281;.

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie liczysz na znalezienie tu mi&#322;o&#347;ci. Nie m&#243;w, &#380;e to te&#380; jest na twojej li&#347;cie.

Niekoniecznie.

W porz&#261;dku. Nie chcia&#322;abym ci o tym przypomina&#263;, ale czas dzia&#322;a na twoj&#261; niekorzy&#347;&#263;. Ruszamy!

Wyci&#261;ga mnie na parkiet. Ta&#324;czymy blisko tego &#263;puna, staraj&#261;c si&#281;, &#380;eby nas zauwa&#380;y&#322;. Czuj&#281; si&#281; wspaniale. Jestem cz&#322;onkiem plemienia, kt&#243;re porusza si&#281; i oddycha w jednym rytmie. Ludzie rozgl&#261;daj&#261; si&#281;, taksuj&#261;c innych wzrokiem. Nikt mi tego nie odbierze. Jestem tutaj w sobotni wiecz&#243;r, ubrana w czerwon&#261; sukienk&#281; Zoey, kt&#243;ra ma przyci&#261;ga&#263; wzrok. Niekt&#243;re dziewczyny nigdy tego nie prze&#380;yj&#261;. Nie dostan&#261; nawet tyle.

Wiem, co nast&#261;pi p&#243;&#378;niej, bo mia&#322;am mn&#243;stwo czasu na czytanie. Znam scenariusz. &#262;pun zbli&#380;y si&#281;, &#380;eby nas obejrze&#263;. Zoey nie spojrzy w jego stron&#281;, lecz ja owszem. Zatrzymam na nim wzrok o sekund&#281; za d&#322;ugo, on nachyli si&#281; i zapyta, jak mam na imi&#281;.

,,Tessa  powiem, a ch&#322;opak powt&#243;rzy po mnie, wymieniaj&#261;c twardo,,T, sycz&#261;c przy podw&#243;jnym,,s i wyra&#380;aj&#261;c nadziej&#281; przy,,a. Skin&#281; g&#322;ow&#261; z aprobat&#261;, &#380;eby wiedzia&#322;, &#380;e wypowiedzia&#322; to s&#322;owo s&#322;odko i w zupe&#322;nie nowy dla mnie spos&#243;b. Wtedy on uniesie r&#281;ce, z d&#322;o&#324;mi skierowanymi w moj&#261; stron&#281;, jakby m&#243;wi&#322;:,,Poddaj&#281; si&#281;. Jeste&#347; absolutnie fantastyczna. U&#347;miechn&#281; si&#281; skromnie i utkwi&#281; wzrok w pod&#322;odze. To go przekona, &#380;e mo&#380;e wykona&#263; kolejny ruch, kt&#243;ry spotka si&#281; z moj&#261; aprobat&#261;, poniewa&#380; znam regu&#322;y gry. Przyci&#347;nie mnie do siebie, a ja po&#322;o&#380;&#281; g&#322;ow&#281; na jego piersi i b&#281;d&#281; s&#322;ucha&#263; w ta&#324;cu bicia jego serca, serca obcego ch&#322;opaka.

Jednak rzeczywisto&#347;&#263; wygl&#261;da zupe&#322;nie inaczej. Zapomnia&#322;am i trzech sprawach. Po pierwsze, ksi&#261;&#380;ki nie m&#243;wi&#261; prawdy. Po drugie, nie mam czasu na flirt. Zoey o tym wie. Po trzecie, zapomnia&#322;am w&#322;a&#347;nie o Zoey. Mimo to wkracza ona do akcji.

To moja przyjaci&#243;&#322;ka!- krzyczy do &#263;puna.- Ma na imi&#281; Tessa. Chce zapali&#263;.

Ch&#322;opak u&#347;miecha si&#281; i podaje mi skr&#281;ta. Taksuje wzrokiem nas obie, jego spojrzenie prze&#347;lizguje si&#281; po d&#322;ugich w&#322;osach Zoey.

To tylko trawka- szepcze Zoey. Cokolwiek to jest, g&#281;sty, gryz&#261;cy dym drapie mnie w gardle. Kaszl&#281;, czuj&#281;, &#380;e zakr&#281;ci&#322;o mi si&#281; w g&#322;owie. Podaj&#281; skr&#281;ta Zoey, kt&#243;ra zaci&#261;ga si&#281; g&#322;&#281;boko i oddaje papierosa &#263;punowi.

Ta&#324;czymy teraz w tr&#243;jk&#281;, rytmiczne d&#378;wi&#281;ki przenikaj&#261; nasze cia&#322;a od st&#243;p do g&#322;&#243;w i przedostaj&#261; si&#281; do krwi. Kalejdoskopowe obrazy z ta&#347;my wideo migocz&#261; na &#347;cianach. Skr&#281;t idzie w ruch jeszcze raz.

Nie wiem, jak d&#322;ugo to trwa. Godziny, mo&#380;e minuty. Wiem tylko, &#380;e nie mog&#281; si&#281; zatrzyma&#263;. Je&#347;li b&#281;d&#281; ta&#324;czy&#263; bez wytchnienia, ciemne k&#261;ty Sali nie podpe&#322;zn&#261; bli&#380;ej, a cisza zalegaj&#261;ca mi&#281;dzy kolejnymi utworami nie wyda si&#281; tak og&#322;uszaj&#261;ca. Je&#347;li nie przestan&#281; si&#281; porusza&#263; w rytm muzyki, znowu zobacz&#281; statki na morzu, b&#281;d&#281; mia&#322;a tr&#261;dzik i zmarszczki i us&#322;ysz&#281; skrzypienie &#347;niegu pod nogami. Zoey podaje mi drugiego skr&#281;ta.

Dobrze si&#281; bawisz?- pyta bezg&#322;o&#347;nie, poruszaj&#261;c jedynie ustami. Pope&#322;ni&#322;am b&#322;&#261;d i przystaj&#281;, &#380;eby si&#281; zaci&#261;gn&#261;&#263;. Nieruchomiej&#281; o sekund&#281; za d&#322;ugo. Zapomnia&#322;am o ta&#324;cu. I nagl&#281; czar prys&#322;. Pr&#243;buj&#281; przywo&#322;a&#263; wcze&#347;niejszy entuzjazm, ale mam wra&#380;enie, &#380;e wielki s&#281;p usiad&#322; mi na piersi. Zoey, &#263;pun i wszyscy inni odp&#322;ywaj&#261; daleko, staj&#261; si&#281; nierealni; czuj&#281; si&#281; tak, jakbym ogl&#261;da&#322;a ich w telewizji. Wiem, &#380;e nie b&#281;d&#281; w stanie dalej si&#281; bawi&#263;.

Za chwil&#281; wracam.- m&#243;wi&#281; do Zoey.

W toalecie jest cicho. Siadam na sedesie i oddaj&#281; si&#281; kontemplacji swoich kolan. Podci&#261;gam sukienk&#281; wy&#380;ej i ogl&#261;dam brzuch. Wci&#261;&#380; mam na nim czerwone plamy. Na udach te&#380;. Moja sk&#243;ra jest sucha jak sk&#243;ra jaszczurki, nie pomagaj&#261; &#380;adne kremy. Po wewn&#281;trznej stronie przedramion strasz&#261; &#347;lady po ig&#322;ach. Ko&#324;cz&#281; za&#322;atwia&#263; swoje potrzeby i obci&#261;gam sukienk&#281;. Kiedy wychodz&#281; z ubikacji, spostrzegam Zoey czekaj&#261;c&#261; przy suszarce. Nie s&#322;ysza&#322;am, jak wesz&#322;a. Jej oczy s&#261; ciemniejsze ni&#380; zwykle. Powoli myj&#281; r&#281;ce. Wiem, &#380;e mnie obserwuje.

On ma koleg&#281;- o&#347;wiadcza.  Tamten jest fajniejszy, ale mo&#380;esz go sobie wzi&#261;&#263;, bo to tw&#243;j wiecz&#243;r. Nazywaj&#261; si&#281; Scott i Jake. Pojedziemy do nich.

Przytrzymuj&#281; si&#281; kraw&#281;dzi umywalki i patrz&#281; na swoje odbicie w lustrze. Moje oczy wygl&#261;daj&#261; obco.

Jeden z Tweenies ma na imi&#281; Jake- m&#243;wi&#281;.

S&#322;uchaj- Zoey jest wkurzona- chcesz seksu czy nie?

Dziewczyna stoj&#261;ca przy drugiej umywalce zerka na mnie. Pragn&#281; jej powiedzie&#263;, &#380;e nie jestem taka, jak my&#347;li. Tak naprawd&#281; jestem bardzo mi&#322;a i pewnie by mnie polubi&#322;a. Ale teraz nie ma na to czasu.

Zoey wyci&#261;ga mnie z &#322;azienki i wlecze do baru.

Tam s&#261;. Ten jest tw&#243;j.

Ch&#322;opak, kt&#243;rego mi pokaza&#322;a, opar&#322; r&#281;ce na biodrach, kciuki zatkn&#261;&#322; za pasek od spodni. Wygl&#261;da jak kowboj o nieobecnym spojrzeniu. Nie widzi jeszcze nas, wi&#281;c staj&#281;.

Nie mog&#281;.

Mo&#380;esz! &#379;yj szybko, umieraj m&#322;odo i wygl&#261;daj &#347;wietnie!

Nie, Zoey!

Mam rozpalon&#261; twarz. Zastanawiam si&#281;, jak mog&#322;abym z&#322;apa&#263; troch&#281; powietrza. Gdzie s&#261; drzwi, kt&#243;rymi tu wesz&#322;y&#347;my?

Zoey patrzy na mnie ze z&#322;o&#347;ci&#261;.

Prosi&#322;a&#347;, &#380;ebym nie pozwoli&#322;a ci si&#281; wycofa&#263;. Co mam teraz zrobi&#263;?

Nic. Nic nie musisz robi&#263;.

Jeste&#347; &#380;a&#322;osna!- Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261; i przechodzi przez sal&#281;, a potem znika w holu. Biegn&#281; za ni&#261; i widz&#281;, jak wr&#281;cz szatniarzowi m&#243;j numerek.

Co robisz?

Odbieram tw&#243;j p&#322;aszcz. Wezw&#281; taks&#243;wk&#281;, &#380;eby&#347; mog&#322;a wr&#243;ci&#263; do domu.

Nie mo&#380;esz jecha&#263; z nimi sama, Zoey!

Zobaczymy!

Otwiera drzwi i wygl&#261;da przez nie. Jest pusto, kolejka ju&#380; znik&#322;a. Nie ma te&#380; taks&#243;wek. Na chodniku stadko go&#322;&#281;bi dziobie resztki kurczaka z pude&#322;ka na wynos.

Zoey, prosz&#281; ci&#281;, odwie&#378; mnie do domu. Jestem zm&#281;czona.

Wzruszy&#322;a ramionami.

Ty zawsze jeste&#347; zm&#281;czona.

Przesta&#324; by&#263; taka okropna!

Przesta&#324; by&#263; taka nudna!

Nie chc&#281; jecha&#263; do jaki&#347; obcych ch&#322;opak&#243;w. Nie wiadomo, co mo&#380;e nas tam spotka&#263;.

I dobrze. Mam nadziej&#281;, &#380;e do czego&#347; dojdzie, bo gdzie indziej nie b&#281;dzie ju&#380; si&#281; nic dzia&#322;o.

Stoj&#281;. Nagle ogarnia mnie strach.

Chc&#281;, &#380;eby by&#322;o idealnie, Zoey. Je&#347;li p&#243;jd&#281; do &#322;&#243;&#380;ka z kim&#347;, kogo wcale nie znam, to kim si&#281; stan&#281;? Dziwk&#261;?

Odwraca si&#281; do mnie z b&#322;yszcz&#261;cymi oczami.

Nie, od&#380;yjesz. A kim b&#281;dziesz, je&#347;li teraz wsi&#261;dziesz do taks&#243;wki i wr&#243;cisz do tatusia?

Wyobra&#380;am sobie, &#380;e k&#322;ad&#281; si&#281; do &#322;&#243;&#380;ka i przez ca&#322;&#261; noc wdycham martwe powietrze w moim pokoju, a rano budz&#281; si&#281; ze &#347;wiadomo&#347;ci&#261;, &#380;e nic si&#281; nie zmieni&#322;o.

Zoey zn&#243;w si&#281; u&#347;miecha.

Chod&#378;- m&#243;wi.- Mo&#380;esz odhaczy&#263; pierwszy punkt na tej swojej cholernej li&#347;cie. Wiem, &#380;e tego chcesz.- Jej u&#347;miech jest zara&#378;liwy.- Powiedz:,,Tak, Tesso. No dalej, powiedz:,,Tak!

Tak.

Hurra!- Zoey &#322;apie mnie za r&#281;k&#281; i wci&#261;ga do &#347;rodka.- Wy&#347;lij ojcu wiadomo&#347;&#263;, &#380;e zostajesz u mnie na noc i si&#281; zbieramy.



Rozdzia&#322; 4

Nie lubisz piwa?- pyta Jake.

Opiera si&#281; o kuchenny zlew, a ja stoj&#281; zbyt blisko niego. Robi&#281; to celowo.

Mia&#322;am ochot&#281; na herbat&#281;.

Wzrusza ramionami, stuka butelk&#261; o moj&#261; fili&#380;ank&#281; i odchyla g&#322;ow&#281;, &#380;eby si&#281; napi&#263;. Obserwuj&#281; jego gard&#322;o, kiedy prze&#322;yka. Zauwa&#380;am ma&#322;&#261;, blad&#261; blizn&#281; pod brod&#261;, cieniutk&#261; kresk&#281;, skutek dawnego wypadku. Jak ociera usta r&#281;kawem i spostrzega, &#380;e mu si&#281; przygl&#261;dam.

Dobrze si&#281; czujesz?- pyta.

Tak, a ty?

Jasne.

To &#347;wietnie.

U&#347;miecha si&#281; do mnie. Ma &#322;adny u&#347;miech. To dobrze. Czu&#322;abym si&#281; znacznie gorzej, gdyby by&#322; brzydki.

P&#243;&#322; godziny wcze&#347;niej Jake i jego kumpel, &#263;pun, wymienili spojrzenia, kiedy wprowadzali mnie i Zoey do domu. Oznacza&#322;y one zwyci&#281;stwo. Zoey powiedzia&#322;a im wprawdzie, &#380;eby niczego si&#281; nie spodziewali, ale gdy wesz&#322;y&#347;my do przedpokoju, pozwoli&#322;a &#263;punowi zdj&#261;&#263; sw&#243;j p&#322;aszcz. &#346;mia&#322;a si&#281; z niego dowcip&#243;w, pali&#322;a kolejne skr&#281;ty, kt&#243;re jej podawa&#322;, i stopniowo si&#281; pogr&#261;&#380;a&#322;a.

Widz&#281; j&#261; zza drzwi. W&#322;&#261;czyli muzyk&#281;, jaki&#347; &#322;agodny jazz. Zgasili &#347;wiat&#322;o i ta&#324;cz&#261; przytuleni do siebie w powolnym rytmie, zataczaj&#261;c pijane kr&#281;gi na dywanie. Zoey w jednej r&#281;ce trzyma skr&#281;ta, drug&#261; wepchn&#281;&#322;a &#263;punowi z ty&#322;u za pasek od spodni. On otacza j&#261; ramionami. Wygl&#261;daj&#261; tak, jakby podtrzymywali si&#281; nawzajem.

Nagle zaczynam my&#347;le&#263; praktycznie. W kuchni nad herbat&#261; u&#347;wiadamiam sobie, &#380;e przysz&#322;am tu po to, &#380;eby zrealizowa&#263; sw&#243;j plan. W ko&#324;cu to m&#243;j wiecz&#243;r. Dopijam herbat&#281;, odstawiam fili&#380;ank&#281; na suszark&#281; i przysuwam si&#281; do Jakea tak blisko, &#380;e czubki naszych but&#243;w stykaj&#261; si&#281;.

Poca&#322;uj mnie- m&#243;wi&#281; i s&#322;ysz&#281;, jak &#347;miesznie brzmi&#261; moje s&#322;owa. Ale Jakeowi to nie przeszkadza. Odstawia piwo i pochyla si&#281; nade mn&#261;.

Nasze poca&#322;unki s&#261; delikatne, ledwo muskamy si&#281; ustami, dzieli mnie od niego odleg&#322;o&#347;&#263; oddechu. Zawsze wiedzia&#322;am, &#380;e b&#281;d&#281; umia&#322;a si&#281; ca&#322;owa&#263;. Przeczyta&#322;am wszystkie czasopisma, w kt&#243;rych pisz&#261; o tym, jak unikn&#261;&#263; zderzenia nosami, co zrobi&#263; ze &#347;lin&#261; i gdzie po&#322;o&#380;y&#263; r&#281;ce. A jednak nie mia&#322;am poj&#281;cia, jak to b&#281;dzie- czu&#322;am delikatne drapania zarostu na moim policzku, dotyk jego r&#261;k si&#281;gaj&#261;cych do mojej szyi, j&#281;zyk przesuwaj&#261;cy si&#281; po wargach i zag&#322;&#281;biaj&#261;cy w ustach. Ca&#322;ujemy si&#281; przez kilka minut, przyciskaj&#261;c si&#281; do siebie. Prze&#347;wiadczenie, &#380;e jestem z kim&#347;, kto nic o mnie nie wie, przynios&#322;o mi ulg&#281;. Moje r&#281;ce s&#261; &#347;mia&#322;e, opadaj&#261; w zag&#322;&#281;bienie na plecach i g&#322;aszcz&#261; go tam. Jaki ten ch&#322;opak wydaje si&#281; zdrowy i mocny.

Otwieram oczy. Chc&#281; sprawdzi&#263;, czy mu si&#281; to podoba, ale nieoczekiwanie m&#243;j wzrok przyci&#261;ga okno i widok drzew wy&#322;aniaj&#261;cych si&#281; z ciemno&#347;ci. Ma&#322;e, czarne ga&#322;&#261;zki uderzaj&#261; o szyb&#281; jak palce. Odkr&#281;cam g&#322;ow&#281; i przytulam si&#281; jeszcze mocniej do Jakea. Przez t&#281; moj&#261; cienk&#261;, czerwon&#261; sukienk&#281; czuj&#281;, jak bardzo mnie pragnie. J&#281;czy cicho.

Chod&#378;my na g&#243;r&#281;- prosi.

Pr&#243;buje przesun&#261;&#263; mnie w stron&#281; drzwi, ale k&#322;ad&#281; mu r&#281;k&#281; na piersiach, &#380;eby mie&#263; chwil&#281; do namys&#322;u.

No, chod&#378;- powtarza.  Przecie&#380; tego chcesz, prawda?

Wyczuwam pod palcami bicie jego serca. U&#347;miecha si&#281; do mnie, a ja przecie&#380; tego chc&#281;. Czy nie po to tu przyjecha&#322;am?

Dobrze.

Splata swoje z moimi, ma gor&#261;c&#261; d&#322;o&#324;. Prowadzi mnie korytarzem w stron&#281; schod&#243;w. Zoey ca&#322;uje &#263;puna. Stoi oparty o &#347;cian&#281;, a ona wsun&#281;&#322;a mu kolano mi&#281;dzy nogi. S&#322;ysz&#261; ha&#322;as i odwracaj&#261; si&#281; w nasz&#261; stron&#281;, kiedy przechodzimy. Wygl&#261;daj&#261; na podnieconych i oszo&#322;omionych. Zoey pokazuje mi j&#281;zyk. L&#347;ni jak ryba w podwodnej grocie.

Uwalniam si&#281; z u&#347;cisku Jakea i podchodz&#281; do kanapy, na kt&#243;rej le&#380;y torebka Zoey. Grzebi&#281; w niej, a oni patrz&#261; na mnie. &#262;pun u&#347;miecha si&#281; krzywo. Jake opiera si&#281; o framug&#281;. Czeka. Pokazuje uniesione kciuki. Nie mog&#281; si&#281; odwr&#243;ci&#263;. Nie mog&#281; te&#380; znale&#378;&#263; kondom&#243;w. Nie wiem, czy powinnam wymaca&#263; ca&#322;e pude&#322;ko, czy pojedyncze opakowanie. Nie mam poj&#281;cia, jak wygl&#261;daj&#261;. Jestem za&#380;enowana i postanawiam zabra&#263; ca&#322;&#261; torebk&#281;. Je&#347;li Zoey b&#281;dzie potrzebna prezerwatywa, b&#281;dzie musia&#322;a pofatygowa&#263; si&#281; na g&#243;r&#281;.

Idziemy- oznajmiam.

Wchodz&#281; po schodach za Jakiem. Dodaj&#281; sobie odwagi, skupiaj&#261;c wzrok na jego rozko&#322;ysanych biodrach. Czuj&#281; si&#281; nieswojo, mam zawroty g&#322;owy i troch&#281; mnie mdli. Nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e pod&#261;&#380;anie korytarzem za facetem skojarzy mi si&#281; ze szpitalem. Mo&#380;e jestem zm&#281;czona. Pr&#243;buj&#281; przypomnie&#263; sobie, jak powinnam post&#281;powa&#263;, kiedy jest mi niedobrze- przede wszystkim musz&#281; zaczerpn&#261;&#263; &#347;wie&#380;ego powietrza, otworzy&#263; okno, albo wyj&#347;&#263; na zewn&#261;trz, je&#347;li to mo&#380;liwe. Nast&#281;pnie nale&#380;y zrobi&#263; co&#347;, co odwr&#243;ci moj&#261; uwag&#281; od md&#322;o&#347;ci, mo&#380;e by&#263; to cokolwiek, byle uda&#322;o mi si&#281; skoncentrowa&#263; na czym&#347; innym.

Tutaj- m&#243;wi Jake.

Widz&#281; zwyczajn&#261; sypialni&#281;, nic specjalnego.- ma&#322;y pokoik z biurkiem, komputerem, ksi&#261;&#380;kami rozrzuconymi na pod&#322;odze, krzes&#322;em i w&#261;skim &#322;&#243;&#380;kiem. Na &#347;cianach wisi kilka czarno- bia&#322;ych plakat&#243;w przedstawiaj&#261;cych g&#322;&#243;wnie muzyk&#243;w jazzowych.

Jake obserwuje mnie, kiedy rozgl&#261;dam si&#281; po pomieszczeniu.

Mo&#380;esz od&#322;o&#380;y&#263; torebk&#281;.

Zbiera z &#322;&#243;&#380;ka brudne ubrania i rzuca je na pod&#322;og&#281;. Poprawia po&#347;ciel i siada, wskazuj&#261;c mi miejsce obok siebie.

Nie ruszam si&#281;. Zdecyduj&#281; si&#281; usi&#261;&#347;&#263; na &#322;&#243;&#380;ku, tylko je&#347;li w pokoju b&#281;dzie ciemno.

Mo&#380;esz zapali&#263; &#347;wieczk&#281;?- pytam.

Otwiera szuflad&#281;, wyci&#261;ga zapa&#322;ki i wstaje, &#380;eby spe&#322;ni&#263; moj&#261; pro&#347;b&#281;. Potem gasi g&#243;rne &#347;wiat&#322;o i siada z powrotem obok mnie. Oto prawdziwy, &#380;ywy ch&#322;opak patrzy na mnie i czeka. Nadesz&#322;a moja chwila. Czuj&#281;, jak bije mi serce. By&#263; mo&#380;e, jedynym sposobem na to, &#380;eby nie wyj&#347;&#263; na kompletn&#261; idiotk&#281;, jest udawanie kogo&#347; innego. Postanowi&#322;am gra&#263; Zoey i zaczynam zdejmowa&#263; jej sukienk&#281;. Jake patrzy, jak rozpinam guzik, potem drugi. Zwil&#380;a usta j&#281;zykiem. Trzeci guzik.

Nagle wstaje, m&#243;wi&#261;c:

Ja to zrobi&#281;.

Ma zwinne palce. Robi&#322; to ju&#380; wcze&#347;niej. Z inn&#261; dziewczyn&#261;, innej nocy. Zastanawiam si&#281;, gdzie ona teraz jest. Czwarty guzik, pi&#261;ty i kr&#243;tka czerwona sukienka sp&#322;ywa mi z ramion na biodra, opada na pod&#322;og&#281; u moich st&#243;p jak poca&#322;unek. Robi&#281; krok naprz&#243;d i staj&#281; przed nim w staniku i majtkach.

Co to jest?- pyta, wskazuj&#261;c pomarszczon&#261; sk&#243;r&#281; na mojej klatce piersiowej.

By&#322;am chora.

Na co?

Zmuszam go do milczenia poca&#322;unkami. Pachn&#281; inaczej, kiedy jestem naga- pi&#380;mem i potem. On smakuje inaczej- dymem i czym&#347; s&#322;odkim. Mo&#380;e &#380;yciem.

Nie rozbierzesz si&#281;?- pytam, na&#347;laduj&#261;c g&#322;os Zoey.

&#346;ci&#261;ga koszulk&#281; przez g&#322;ow&#281;, unosz&#261;c ramiona. Przez sekund&#281; nie mo&#380;e mnie widzie&#263;, a ja w tym czasie przygl&#261;dam si&#281; jego w&#261;skiej klatce piersiowej, piegowatej i m&#322;odej, ciemnym, l&#347;ni&#261;cym w&#322;osom pod pachami. Rzuca koszulk&#281; ma pod&#322;og&#281; i zaczyna mnie znowu ca&#322;owa&#263;. Usi&#322;uje rozpi&#261;&#263; pasek u spodni jedn&#261; r&#281;k&#261;, nie patrz&#261;c, ale to mu si&#281; nie udaje. Odsuwa si&#281; i nie spuszczaj&#261;c ze mnie wzroku, manipuluje przy guziku i suwaku. Zdejmuje spodnie u staje przede mn&#261; w bokserkach. Czuje si&#281; chyba troch&#281; niepewnie, waha si&#281;, wygl&#261;da na onie&#347;mielonego. Dostrzegam jego stopy w bia&#322;ych skarpetkach, niewinne jak stokrotki i chc&#281; mu co&#347; ofiarowa&#263;.

Nigdy tego nie robi&#322;am- m&#243;wi&#281;.- Nie do ko&#324;ca.

Wosk kapie ze &#347;wiecy. Przez chwil&#281; si&#281; nie odzywa, a potem kr&#281;ci g&#322;ow&#261; z niedowierzaniem.

Niesamowite.

Kiwam potakuj&#261;co.

Chod&#378; tutaj.

Chowam si&#281; w jego ramionach. Dodaj&#261; mi otuchy i przez chwil&#281; my&#347;l&#281;, &#380;e b&#281;dzie dobrze. Otacza mnie jedn&#261; r&#281;k&#261;, a drug&#261; g&#322;aszcze po karku. Jest ciep&#322;a. Dwie godziny temu nie zna&#322;am jeszcze jego imienia. Mo&#380;e nie musimy wcale uprawia&#263; seksu. Mogliby&#347;my po&#322;o&#380;y&#263; si&#281; obok siebie i zasn&#261;&#263; przytuleni pod ko&#322;dr&#261;. Mo&#380;e zakochamy si&#281; w sobie. On znajdzie dla mnie lekarstwo i b&#281;dziemy &#380;y&#263; d&#322;ugo i szcz&#281;&#347;liwie. Ale nic z tego.

Masz kondomy?- pyta szeptem.- Sko&#324;czy&#322;y mi si&#281;.

Si&#281;gam po torebk&#281; Zoey i wyrzucam jej zawarto&#347;&#263; na pod&#322;og&#281;. Znajduj&#281; prezerwatyw&#281; i k&#322;adzie j&#261; na nocnym stoliku. &#346;ci&#261;ga skarpetki. Potem zdejmuj&#281; stanik. Jeszcze nigdy nie rozbiera&#322;am si&#281; przed facetem. Patrzy na mnie tak, jakby chcia&#322; mnie zje&#347;&#263; i zastanawia&#322; si&#281;, od czego zacz&#261;&#263;. S&#322;ysz&#281;, jak wali mi serce. Ma problem ze zdj&#281;ciem majtek. &#346;ci&#261;gam swoje i zaczynam dygota&#263;. Oboje jeste&#347;my nadzy. My&#347;l&#281; o Adamie i Ewie.

B&#281;dzie dobrze- m&#243;wi, ujmuj&#261;c mnie za r&#281;k&#281;, i prowadzi do &#322;&#243;&#380;ka. Odchyla ko&#322;dr&#281; i w&#347;lizgujemy si&#281; pod ni&#261;. Jeste&#347;my na pok&#322;adzie &#322;odzi. Le&#380;ymy na dnie. Mog&#281; si&#281; schowa&#263;.

Spodoba ci si&#281;- zapewnia.

Ca&#322;ujemy si&#281;, najpierw powoli, jego palce leniwie prze&#347;lizguj&#261; si&#281; po moim ciele. Podoba mi si&#281; ta delikatno&#347;&#263;, z jak&#261; zbli&#380;amy si&#281; do siebie, dotykamy si&#281; niespiesznie w blasku &#347;wiecy. Ale to nie trwa d&#322;ugo. Jego poca&#322;unki staj&#261; si&#281; coraz mocniejsze, wpycha mi j&#281;zyk coraz g&#322;&#281;biej, jakby chcia&#322; by&#263; jeszcze bli&#380;ej. Jego d&#322;onie natarczywie obmacuj&#261; mnie i &#347;ciskaj&#261;. Czy on szuka czego&#347; szczeg&#243;lnego? Wci&#261;&#380; powtarza:,,O, tak, o, tak, ale nie wydaje mi si&#281;, &#380;eby zwraca&#322; si&#281; do mnie. Ma zamkni&#281;te oczy i usta pe&#322;ne moich piersi.

Sp&#243;jrz na mnie- prosz&#281;.- Chc&#281;, &#380;eby&#347; na mnie patrzy&#322;.

Unosi si&#281; na &#322;okciu.

M&#243;wi&#322;a&#347; co&#347;?

Nie wiem, co mam robi&#263;.

Jeste&#347; &#347;wietna.- Ma ciemne oczy, nie poznaj&#281; go. Jakby zmieni&#322; si&#281; w kogo&#347; innego, jest jeszcze bardziej obcy ni&#380; przed kilkoma minutami.- Wszystko w porz&#261;dku.

Znowu ca&#322;uje mnie po szyi, piersiach, brzuchu, a&#380; trac&#281; z oczu jego twarz. G&#322;aszcze mnie r&#281;koma coraz ni&#380;ej i nie wiem, jak mu powiedzie&#263;, &#380;eby przesta&#322;. Odsuwam biodra, ale on nie mo&#380;e si&#281; ode mnie oderwa&#263;. Jego palce zag&#322;&#281;biaj&#261; si&#281; mi&#281;dzy moje uda i wzdycham z wra&#380;enia. Jeszcze nikt mnie tam nie dotyka&#322;. Czy co&#347; jest ze mn&#261; nie tak, skoro nie wiem, jak to si&#281; robi? S&#261;dzi&#322;am, &#380;e instynkt podpowie mi, jak mam si&#281; zachowa&#263;. Jednak wszystko wymyka si&#281; spod kontroli. Czuj&#281;, jakby Jake co&#347; mi kaza&#322;, a przecie&#380; to ja mia&#322;am panowa&#263; nad sytuacj&#261;. Przywieram do niego, obejmuj&#281; go ramionami i bij&#281; po plecach, jakby by&#322; psem, kt&#243;rego zachowania nie rozumiem. Odsuwa si&#281; i siada na &#322;&#243;&#380;ku.

W porz&#261;dku?

Przytakuj&#281;, kiwaj&#261;c g&#322;ow&#261;.

Si&#281;ga do stolika, gdzie po&#322;o&#380;y&#322; prezerwatyw&#281;. Obserwuj&#281;, jak j&#261; zak&#322;ada. Sprawnie mu to idzie. Jest ekspertem w tych sprawach.

Gotowa?

Zn&#243;w kiwam g&#322;ow&#261;. Nie chc&#281; by&#263; niegrzeczna.

K&#322;adzie si&#281; z powrotem i rozchyla mi nogi swoimi, przyciska mnie, napieraj&#261;c ca&#322;ym swym ci&#281;&#380;arem. Nagle czuj&#281; go w sobie u zaraz b&#281;d&#281; wiedzia&#322;a, o co tyle zamieszania. To by&#322; m&#243;j pomys&#322;. Zauwa&#380;am mn&#243;stwo rzeczy, podczas gdy czerwone, neonowe cyfry, wy&#347;wietlane na jego budziku, zmieniaj&#261; si&#281; z 3:15 na 3:19. Widz&#281;, &#380;e jego buty le&#380;&#261; pod drzwiami, kt&#243;re nie zosta&#322;y zamkni&#281;te. Na suficie w przeciwleg&#322;ym rogu pojawi&#322; si&#281; dziwny cie&#324; przypominaj&#261;cy ludzk&#261; twarz. Przywodzi mi na my&#347;l spoconego grubasa, kt&#243;ry przebieg&#322; kiedy&#347; nasz&#261; ulic&#281;. Albo jab&#322;ko. Najbezpieczniej czu&#322;abym si&#281; w tej chwili pod &#322;&#243;&#380;kiem albo z g&#322;ow&#261; na kolanach mamy. Jake wspiera si&#281; na r&#281;kach i powoli porusza si&#281; nade mn&#261;, twarz ma zwr&#243;con&#261; na bok, oczy zamkni&#281;te. To jest to. W&#322;a&#347;nie si&#281; dzieje. Prze&#380;ywam to w tej chwili. Seks.

Kiedy ju&#380; jest po wszystkim, le&#380;&#281; pod nim milcz&#261;ca i ma&#322;a. Trwamy tak przez jak&#261;&#347; chwil&#281;, a potem on zsuwa si&#281; ze mnie przygl&#261;da mi si&#281; w ciemno&#347;ci.

Co ci jest?- pyta.  Co si&#281; sta&#322;o?

Nie mog&#281; na niego spojrze&#263;, wi&#281;c przysuwam si&#281; bli&#380;ej, zakopuj&#281; g&#322;&#281;biej w po&#347;cieli, ukrywam si&#281; w jego ramionach. Wiem, &#380;e robi&#281; z siebie kompletn&#261; idiotk&#281;. P&#322;acz&#281; jak dziecko i nie mog&#281; przesta&#263;. Okropnie si&#281; z tym czuj&#281;. Jake g&#322;aszcze mnie po plecach i szepcze do ucha:,,&#262;&#347;&#347;&#347;. Odsuwa si&#281;, &#380;eby na mnie spojrze&#263;.

Wszystko w porz&#261;dku? Chyba nie powiesz, &#380;e tego nie chcia&#322;a&#347;, co?

Ocieram oczy rogiem ko&#322;dry. Siadam i spuszczam nogi przez kraw&#281;d&#378; &#322;&#243;&#380;ka na dywan. Siedz&#281; ty&#322;em do niego i szukam wzrokiem ubra&#324;. S&#261; nieznajomymi cieniami rzuconymi na pod&#322;odze.

Kiedy by&#322;am dzieckiem, tata nosi&#322; mnie na barana. By&#322;am tak drobna, &#380;e musia&#322; podtrzymywa&#263; mnie r&#281;k&#261; za plecy, &#380;ebym si&#281; nie zsun&#281;&#322;a. Gdy siedzia&#322;am na jego barkach, si&#281;ga&#322;am r&#281;k&#261; do li&#347;ci drzew. Nie mog&#322;abym powiedzie&#263; o tym Jakeowi. Nie mia&#322;oby to dla niego &#380;adnego znaczenia. My&#347;l&#281;, &#380;e s&#322;owa nie docieraj&#261; do ludzi. Mo&#380;e w og&#243;le do nich nic nie dociera.

W&#347;lizguj&#281; si&#281; w ubranie. Czerwona sukienka wydaje si&#281; jeszcze kr&#243;tsza; obci&#261;gam j&#261;, usi&#322;uj&#261;c zakry&#263; kolana. Naprawd&#281; wybra&#322;am si&#281; do klubu w takim stroju? Wk&#322;adam buty u zbieram rzeczy do torebki Zoey.

Nie musisz wychodzi&#263;- m&#243;wi Jake. Le&#380;y wsparty na &#322;okciu. W blasku &#347;wiecy wygl&#261;da blado.

Chc&#281; wyj&#347;&#263;.

Jake opada na poduszk&#281;. Jedno rami&#281; spada mu z &#322;&#243;&#380;ka; zamyka d&#322;o&#324;, kiedy dotyka pod&#322;ogi. Powoli kr&#281;ci g&#322;ow&#261;.

Zoey &#347;pi na dole. &#262;pun te&#380;. Le&#380;&#261; razem na sofie z&#322;&#261;czeni w u&#347;cisku, zwr&#243;ceni twarzami do siebie. Nie mog&#281; znie&#347;&#263; my&#347;li, &#380;e jej to odpowiada. W&#322;o&#380;y&#322;a nawet jego koszul&#281;; guziki, rozmieszczone w niewielkich odst&#281;pach, przypominaj&#261; mi domki z cukru z bajki dla dzieci. Kl&#281;kam i dotykam lekko ramieniem Zoey. Jest ciep&#322;e. G&#322;aszcz&#281; j&#261;, dop&#243;ki nie otworzy oczu. Mruga do mnie.

Cze&#347;&#263;- szepcze.- Sko&#324;czyli&#347;cie?

Przytakuj&#281; i nie mog&#281; powstrzyma&#263; si&#281; od u&#347;miechu. Zoey opuszcza ramiona &#263;puna, siada i rozgl&#261;da si&#281; po pod&#322;odze.

Zosta&#322;o troch&#281; towaru?

Znajduj&#281; puszk&#281; z trawk&#261; i podaj&#281; jej, a potem id&#281; do kuchni, &#380;eby napi&#263; si&#281; wody. My&#347;la&#322;am, &#380;e p&#243;jdzie za mn&#261;, ale nie robi tego. Mamy rozmawia&#263; w obecno&#347;ci &#263;puna? Pij&#281; wod&#281;, odstawiam szklank&#281; na suszark&#281; i wracam do pokoju. Siadam na pod&#322;odze przy nogach Zoey, kt&#243;ra zwil&#380;a j&#281;zykiem kraw&#281;d&#378; bibu&#322;ki i j&#261; skleja, znowu oblizuje i odrywa ko&#324;c&#243;wki.

No i?- pyta.- Jak by&#322;o?

W porz&#261;dku.

B&#322;ysk &#347;wiat&#322;a zza zas&#322;ony o&#347;lepia mnie. Widz&#281; tylko jej l&#347;ni&#261;ce z&#281;by.

Dobry by&#322;?

My&#347;l&#281; o Jakeu le&#380;&#261;cym na g&#243;rze, o jego d&#322;oni wisz&#261;cej nad pod&#322;og&#261;.

Nie wiem.

Zoey si&#281; zaci&#261;ga, spogl&#261;da na mnie z zaciekawieniem i wypuszcza dym.

Musisz si&#281; do tego przyzwyczai&#263;. Moja mama powiedzia&#322;a kiedy&#347;, &#380;e seks to trzy minuty przyjemno&#347;ci. Postanowi&#322;am wtedy, &#380;e ze mn&#261; tak nie b&#281;dzie. Chcia&#322;am wi&#281;cej. I mam wi&#281;cej. Je&#347;li pozwolisz im my&#347;le&#263;, &#380;e s&#261; &#347;wietni, jest nie&#378;le.

Wstaj&#281;, podchodz&#281; do okna i rozsuwam zas&#322;ony. Na ulicy pal&#261; si&#281; latarnie. Nied&#322;ugo chyba zacznie &#347;wita&#263;.

Zostawi&#322;a&#347; go na g&#243;rze?- pyta Zoey.

No.

To troch&#281; niegrzeczne. Powinna&#347; do niego wr&#243;ci&#263;.

Nie chc&#281;.

Nie mo&#380;emy teraz jecha&#263; do domu. Jestem nieprzytomna.

Gasi skr&#281;ta w popielniczce, k&#322;adzie si&#281; z powrotem obok &#263;puna i zamyka oczy. Patrz&#281; na ni&#261; bardzo d&#322;ugo, obserwuj&#281; jego oddech, jak wznosi si&#281; i opada. Md&#322;e &#347;wiat&#322;o ulicznych latarni odbija si&#281; na &#347;cianach i rzuca &#322;agodny blask na dywan. Na pod&#322;odze le&#380;y te&#380; niewielki, owalny chodnik, z b&#322;&#281;kitnymi i szarymi plamami, przypomina morze.

Id&#281; do kuchni i nastawiam wod&#281; w czajniku. Na blacie le&#380;y kartka. Kto&#347; napisa&#322; na niej:,, Ser, mas&#322;o, fasola, chleb:. Siadam na taborecie przy kuchennym stole i dopisuj&#281;:,, czekoladowa figurka &#346;wi&#281;tego Miko&#322;aja w czerwono- z&#322;otym papierku z dzwonkiem zawieszonym na szyi. Mo&#380;e ju&#380; s&#261; takie w sklepach. Do Bo&#380;ego Narodzenia zosta&#322;o sto trzyna&#347;cie dni. Odwracam kartk&#281; i podpisuj&#281;:,,Tessa Scott. Tata m&#243;wi, &#380;e to dobre imi&#281; i nazwisko, ma tylko trzy sylaby. Je&#347;li uda mi si&#281; je napisa&#263; na kartce pi&#281;&#263;dziesi&#261;t razy, wszystko b&#281;dzie dobrze. Pisz&#281; ma&#322;ymi literkami, takich jakich u&#380;y&#322;aby wr&#243;&#380;ka Z&#281;buszka, odpisuj&#261;c na list dziecka. Boli mnie nadgarstek. Czajnik gwi&#380;d&#380;e. Kuchnia wype&#322;nia si&#281; par&#261;.



Rozdzia&#322; 5

Czasami w niedziel&#281; tata zawozi mnie i Cala do mamy. Wje&#380;d&#380;amy wind&#261; na &#243;sme pi&#281;tro. Mama zazwyczaj otwiera drzwi i wo&#322;a:,, Jeste&#347;cie!, obejmuj&#261;c wzrokiem ca&#322;&#261; tr&#243;jk&#281;. Tata przystaje na chwil&#281; na schodach i rozmawiaj&#261;.

Ale dzisiaj, kiedy otworzy&#322;a drzwi, tata wyra&#378;nie chcia&#322; ode mnie uciec jak najszybciej i od razu cofn&#261;&#322; si&#281; do windy.

Uwa&#380;aj na ni&#261;- powiedzia&#322;, pokazuj&#261;c mnie palcem.- Nie mo&#380;na jej ufa&#263;.

Mama roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Dlaczego? Co takiego przeskroba&#322;a?

Cal nie mo&#380;e wytrzyma&#263; z podniecenia.

Tata zakaza&#322; jej wyj&#347;cia do klubu.

Ach- m&#243;wi mama.- To ca&#322;kiem do niego podobne.

Ale ona i tak posz&#322;a. Dopiero teraz wr&#243;ci&#322;a do domu. Nie by&#322;o jej przez ca&#322;&#261; noc.

Mama u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do mnie z zadowoleniem.

Spotka&#322;a&#347; jakiego&#347; ch&#322;opca?

Nie.

Spotka&#322;a&#347;. Jak mia&#322; na imi&#281;?

Nikogo nie spotka&#322;am!

Tata jest w&#347;ciek&#322;y.

Typowe- syczy.- Cholernie typowe. Powinienem by&#322; wiedzie&#263;, &#380;e nie mog&#281; liczy&#263; na twoje wsparcie.

Daj spok&#243;j- prosi mama.- Przecie&#380; nic jej si&#281; nie sta&#322;o, prawda?

Sp&#243;jrz na ni&#261;. Jest kompletnie wyczerpana.

Ca&#322;a tr&#243;jka przygl&#261;da&#322;a mi si&#281; przez chwil&#281;. Nie mog&#281; znie&#347;&#263; ich spojrze&#324;. Robi mi si&#281; zimno i ca&#322;y czas boli mnie brzuch. Odczuwam ten b&#243;l od czasu, kiedy kocha&#322;am si&#281; z Jakiem. Nikt mnie nie uprzedzi&#322;, &#380;e tak b&#281;dzie.

Przyjd&#281; o czwartej- m&#243;wi tata, wsiadaj&#261;c do windy.- Od dw&#243;ch tygodni nie chce si&#281; podda&#263; badaniu krwi. Zadzwo&#324; do mnie, gdyby co&#347; si&#281; dzia&#322;o. Zrobisz to?

Tak, tak, nie martw si&#281;.- Mama nachyla si&#281; i ca&#322;uje mnie w czo&#322;o.- B&#281;d&#281; si&#281; ni&#261; opiekowa&#322;a.

Siadamy z Calem w kuchni przy stole. Mama nastawia czajnik, znajduje trzy fili&#380;anki w&#347;r&#243;d brudnych naczy&#324;, stoj&#261;cych w zlewie i myje je. Si&#281;ga do szafki po herbat&#281;, wyjmuje mleko z lod&#243;wki i w&#261;cha je, wysypuje ciastka na talerz.

Od razu wk&#322;adam sobie jedno do ust. Pyszne. Tania czekolada i cukier, czyli to, czego nie powinnam je&#347;&#263;.

Opowiada&#322;am wam kiedy&#347; o moim pierwszym ch&#322;opcu?- pyta mama, stawiaj&#261;c herbat&#281; na stole.- Mia&#322; na imi&#281; Kevin i by&#322; zegarmistrzem. Uwielbia&#322;am patrze&#263;, jak pracuje z lup&#261; przy oku.

Cal si&#281;ga po kolejne ciastko.

Ilu w&#322;a&#347;ciwie mia&#322;a&#347; ch&#322;opc&#243;w?

Mama &#347;mieje si&#281;, odgarnia d&#322;ugie w&#322;osy na rami&#281;.

To pytanie chyba nie jest na miejscu.

Czy tata by&#322; najlepszy?

Och, wasz tata!- wo&#322;a, przyciskaj&#261;c r&#281;k&#281; do piersi w melodramatycznym ge&#347;cie. Cal rechocze.

Kiedy&#347; pyta&#322;am mam&#281;, co jej si&#281; nie podoba&#322;o w tacie.

Jest najrozs&#261;dniejszym m&#281;&#380;czyzn&#261;, jakiego spotka&#322;am- powiedzia&#322;a.

Mia&#322;am dwana&#347;cie lat, gdy od niego odesz&#322;a. Przez jaki&#347; czas przysy&#322;a&#322;a nam poczt&#243;wki z miejsc, o kt&#243;rych nigdy nie s&#322;ysza&#322;am- Skegness, Grimsby, Hull, Na jednej z nich by&#322;o zdj&#281;cie hotelu od frontu.,,Tutaj pracuj&#281;  pisa&#322;a.-,,Ucz&#281; si&#281; na cukiernika i tyj&#281; w oczach.

I bardzo dobrze- skomentowa&#322; tata.- Mo&#380;e p&#281;knie.

Wiesza&#322;am te poczt&#243;wki na &#347;cianie w swoim pokoju- Carlisie, Melrose, Dornoch.,,Mieszkamy w sza&#322;asie, jak pasterze- pisa&#322;a.

Wiedzieli&#347;cie, &#380;e haggis robi si&#281; z gard&#322;a, p&#322;uc, serca i w&#261;troby owiec?. Nie wiedzia&#322;am, podobnie jak nie wiedzia&#322;am, dlaczego pisze w liczbie mnogiej, ale lubi&#322;am patrze&#263; na zdj&#281;cie przedstawiaj&#261;ce wie&#347; John OGroats i bezkresne niebo nad zatok&#261;.

Potem przysz&#322;a zima i postawiono mi diagnoz&#281;. Nie wiem, czy mama od razu uwierzy&#322;a w to, &#380;e jestem chora, bo troch&#281; potrwa&#322;o, zanim wr&#243;ci&#322;a. Mia&#322;am trzyna&#347;cie lat, kiedy wreszcie zapuka&#322;a do naszych drzwi.

&#346;licznie wygl&#261;dasz- powiedzia&#322;a, gdy jej otworzy&#322;am.- Dlaczego tw&#243;j tata zawsze widzi rzeczywisto&#347;&#263; w czarnych barwach?

Zamieszkasz z nami?- spyta&#322;am.

Niezupe&#322;nie.

I wprowadzi&#322;a si&#281; do swojego mieszkania.

I od tej pory zawsze sp&#281;dzamy czas tak samo, gdy j&#261; odwiedzamy. Mo&#380;e dlatego &#380;e mama nie ma pieni&#281;dzy albo dba o to, &#380;ebym si&#281; nie przem&#281;cza&#322;a. W ka&#380;dym razie, b&#281;d&#261;c u niej ogl&#261;damy filmy na wideo lub gramy w gry planszowe. Dzisiaj Cal wybra&#322;,,Gr&#281; w &#380;ycie. Jest beznadziejna i nigdy mi nie wychodzi. Mam m&#281;&#380;a, dw&#243;jk&#281; dzieci i pracuj&#281; w biurze podr&#243;&#380;y. Zapomnia&#322;am jednak wykupi&#263; polis&#281; ubezpieczeniow&#261; i kiedy przychodzi burza, trac&#281; wszystko. Za to Cal zostaje gwiazd&#261; muzyki pop i ma domek nad morzem, a mam jest wzi&#281;t&#261; artystk&#261;, kt&#243;r&#261; sta&#263; na wielk&#261; rezydencj&#281;. Gdy wreszcie przechodz&#281; na emerytur&#281;, wcze&#347;niejsz&#261;, bo wci&#261;&#380; jestem niez&#322;&#261; lask&#261;, nawet nie sprawdzam stanu swojego konta.

Potem Cal chce pokaza&#263; mamie najnowsz&#261; sztuczk&#281;. Szuka monety w jej portmonetce, a ja &#347;ci&#261;gam koc z kanapy i przykrywam nim kolana.

W przysz&#322;ym tygodniu id&#281; do szpitala- oznajmiam.- Pojedziesz ze mn&#261;?

Tata ci&#281; nie odwiezie?

A nie mo&#380;ecie by&#263; ze mn&#261; oboje?

Zastanawia si&#281; przez chwil&#281;.

Po co tam idziesz?

Znowu mam b&#243;le g&#322;owy. Chc&#261; mi zrobi&#263; punkcj&#281; l&#281;d&#378;wiow&#261;.

Mama pochyla si&#281; i ca&#322;uje mnie. Czuj&#281; jej ciep&#322;y oddech na twarzy.

Wszystko b&#281;dzie dobrze, nie martw si&#281;. Wiem, &#380;e wyzdrowiejesz.

Cal wraca z monet&#261; jednofuntow&#261;.

Patrzcie uwa&#380;nie, moje pani- m&#243;wi.

Nie chc&#281; na to patrze&#263;. Nudzi mnie obserwowanie rzeczy, kt&#243;re znikaj&#261;.

Id&#281; do sypialni i &#347;ci&#261;gam koszulk&#281; przed lustrem. Jaki&#347; czas temu zacz&#281;&#322;am upodabnia&#263; si&#281; do brzydkiego kar&#322;a. Moja sk&#243;ra zrobi&#322;a si&#281; szara, a kiedy dotykam placem brzucha, mam wra&#380;enie, &#380;e zapada si&#281; w nim jak w mi&#281;kkim cie&#347;cie. Wszystko z powodu steryd&#243;w. Podawano mi wysokie dawki prednizolonu i deksametaznonu. To trucizny, przez kt&#243;re cz&#322;owiek tyje, brzydnie i traci panowanie nad sob&#261;. Od chwili, gdy przesta&#322;am je bra&#263;, zacz&#281;&#322;am si&#281; kurczy&#263;. Teraz mam ko&#347;ciste biodra i wystaj&#261;ce &#380;ebra. Znikam jak duch, uciekam sama przed sob&#261;.

Siadam na &#322;&#243;&#380;ku mamy i dzwoni&#281; do Zoey.

Co to jest seks?- pytam.

Biedactwo- u&#380;ala si&#281; nade mn&#261;.- Facet nie by&#322; w tym dobry, co?

Nie rozumiem, dlaczego tak dziwnie si&#281; czuj&#281;.

Jak to dziwnie?

Samotnie, no i brzuch mnie boli.

Wiem!- m&#243;wi Zoey.- Pami&#281;tam to. Jakby ci&#281; kto&#347; otworzy&#322;?

Co&#347; w tym stylu.

To minie.

A dlaczego wci&#261;&#380; chce mi si&#281; p&#322;aka&#263;?

Nie traktuj tego tam powa&#380;nie, Tess. Seks to spos&#243;b na sp&#281;dzenie z kim&#347; czasu, nic wi&#281;cej. Zyskujesz chwil&#281; ciep&#322;a i czujesz si&#281; atrakcyjna.

Zoey ma dziwny g&#322;os, jakby si&#281; u&#347;miecha&#322;a.

Zn&#243;w si&#281; na&#263;pa&#322;a&#347;?

Sk&#261;d!

Gdzie jeste&#347;?

S&#322;uchaj, zaraz musz&#281; wyj&#347;&#263;. Powiedz mi, co jest nast&#281;pne na twojej li&#347;cie, i przygotujemy plan.

Wyrzuci&#322;am list&#281;. To by&#322; g&#322;upi pomys&#322;.

Wcale nie. Nie rezygnuj. Nareszcie zacz&#281;&#322;a&#347; robi&#263; co&#347; ze swoim &#380;yciem.

Odk&#322;adam s&#322;uchawk&#281; i licz&#281; w my&#347;lach do pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu siedmiu. Potem wykr&#281;cam numer 999.

Odzywa si&#281; kobiecy g&#322;os.

Pogotowie. W czym mog&#281; pom&#243;c?

Milcz&#281;.

Czy co&#347; si&#281; sta&#322;o?

Nie.

Prosz&#281; potwierdzi&#263;, &#380;e nie zg&#322;asza pani wypadku. Mo&#380;e pani poda&#263; sw&#243;j adres?

Podaj&#281; adres mamy. Potwierdzam, &#380;e nie by&#322;o &#380;adnego wypadku. Zastanawiam si&#281;, czy przy&#347;l&#261; jej rachunek za t&#281; rozmow&#281;. Mam nadziej&#281;, &#380;e tak. Dzwoni&#281; na informacj&#281; i prosz&#281; o numer telefonu zaufania. Wystukuj&#281; go powoli.

Halo?- zn&#243;w s&#322;ysz&#281; kobiecy g&#322;os, mi&#281;kki, mo&#380;liwe, &#380;e to Irlandka.- Halo- odzywa si&#281; ponownie.

Przykro mi, &#380;e marnuj&#281; jej czas, wi&#281;c stwierdzam:

Wszystko jest do bani.

Uhm- mruczy w odpowiedzi. Zupe&#322;nie jak tata. Tak samo zareagowa&#322; sze&#347;&#263; tygodni temu w szpitalu, kiedy lekarz zapyta&#322;, czy rozumiemy to, co do nas m&#243;wi. Pami&#281;tam, jak pomy&#347;la&#322;am, &#380;e tata na pewno nic nie zrozumia&#322;, bo p&#322;acz nie pozwala&#322; mu s&#322;ucha&#263;.

Nadal tu jestem- informuje kobieta.

Chc&#281; jej co&#347; powiedzie&#263;. Przyciskam s&#322;uchawk&#281; do ucha, bo rozmowa o tak wa&#380;nych rzeczach wymaga bliskiego kontaktu. Nie mog&#281; jednak znale&#378;&#263; odpowiednich s&#322;&#243;w.

Jeste&#347; tam jeszcze?- pyta.

Nie- odpowiadam i odk&#322;adam s&#322;uchawk&#281;.



Rozdzia&#322; 6

Tata bierze mnie za r&#281;k&#281;.

Oddaj mi sw&#243;j b&#243;l- prosi.

Le&#380;&#281; na szpitalnym &#322;&#243;&#380;ku na boku, z podwini&#281;tymi kolanami i g&#322;ow&#261; na poduszce. Kr&#281;gos&#322;up mam u&#322;o&#380;ony r&#243;wnolegle do kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka.

W pokoju jest dwoje lekarzy i piel&#281;gniarka. Nie widz&#281; ich, bo stoj&#261; z ty&#322;u. Lekarka jest studentk&#261;. Nie m&#243;wi wiele, ale domy&#347;lam si&#281;, &#380;e patrzy, jak wykonuj&#261;cy badanie lekarz znajduje punkt na moim kr&#281;gos&#322;upie i zaznacza go mazakiem. Przeciera mi sk&#243;r&#281; &#347;rodkiem dezynfekuj&#261;cym. Jest zimny. Doktor najpierw odka&#380;a miejsce, w kt&#243;re wbija ig&#322;&#281;, a nast&#281;pnie smaruje sk&#243;r&#281; wok&#243;&#322;, zataczaj&#261;c coraz szersze kr&#281;gi. Potem przykrywa mnie r&#281;cznikami i wk&#322;ada r&#281;kawiczki.

U&#380;yj&#281; ig&#322;y dwuip&#243;&#322;milimetrowej- informuje studentk&#281;.- I pi&#281;ciomilimetrowej strzykawki.

Na &#347;cianie za plecami taty wisi obraz. W szpitalu cz&#281;sto je zmieniaj&#261;. Tego jeszcze nie widzia&#322;am. Wpatruj&#281; si&#281; w niego intensywnie. W ci&#261;gu czterech lat choroby nauczy&#322;am si&#281; stosowa&#263; r&#243;&#380;nych technik odwracania uwagi. Obraz przedstawia p&#243;&#378;ne popo&#322;udnie, angielsk&#261; &#322;&#261;k&#281;, zachodz&#261;ce s&#322;o&#324;ce i m&#281;&#380;czyzn&#281; walcz&#261;cego z ci&#281;&#380;kim p&#322;ugiem. W g&#243;rze unosz&#261; si&#281; ptaki.

Tata obraca si&#281; na plastikowym krze&#347;le, &#380;eby sprawdzi&#263;, na co patrz&#281;, puszcza moj&#261; d&#322;o&#324; i wstaje. Podchodzi do obrazu. W dole wida&#263; biegn&#261;c&#261; kobiet&#281;, kt&#243;ra jedn&#261; r&#281;k&#261; przytrzymuje sp&#243;dnic&#281;, &#380;eby m&#243;c porusza&#263; si&#281; szybciej.

,, Wielka zaraza w Eyam  czyta tata.- C&#243;&#380; za beztroski obraz, nadaj&#261;cy si&#281; w sam raz do szpitala.

Doktor chichocze.

Wiedzia&#322; pan, &#380;e co roku mamy ponad trzy tysi&#261;ce przypadk&#243;w dymienicy morowej?

Nie- m&#243;wi tata.- Nie wiedzia&#322;em.

Na szcz&#281;&#347;cie wynaleziono antybiotyki.

Tata siada i bierze mnie za r&#281;k&#281;.

Dzi&#281;ki Bogu.

Kobieta biegn&#261;ca na obrazie p&#322;oszy kurcz&#281;ta. Dopiero teraz dostrzegam jej przestraszony wzrok, kt&#243;rym przyzywa m&#281;&#380;czyzn&#281;. Zaraza, wielki po&#380;ar i wojna z Holendrami mia&#322;y miejsce w jednym roku.- tysi&#261;c sze&#347;&#263;set sze&#347;&#263;dziesi&#261;tym sz&#243;stym. Uczy&#322;am si&#281; o tym w szkole. Miliony cia&#322; wywo&#380;ono wozami, wrzucano je do dom&#243;w wype&#322;nionych wapnem i grzebano bezimiennie. Ponad trzysta czterdzie&#347;ci lat p&#243;&#378;niej nie by&#322;o ju&#380; &#347;ladu po tych, kt&#243;rzy wtedy prze&#380;yli. Ze wszystkich element&#243;w przedstawionych na obrazie pozosta&#322;o tylko s&#322;o&#324;ce. I ziemia. My&#347;l&#261;c o tym, czuj&#281; si&#281; bardzo ma&#322;a.

Zaraz poczujesz kr&#243;tkie uk&#322;ucie- informuje doktor.

Tata g&#322;aszcze mnie po r&#281;ku kciukiem, kiedy do moich ko&#347;ci nap&#322;ywa fala gor&#261;ca. Przychodz&#261; mi na my&#347;l s&#322;owa:,, Na zawsze. My&#347;l&#281; o tym, &#380;e na &#347;wiecie znajduje si&#281; wi&#281;cej zmar&#322;ych ni&#380; &#380;ywych, &#380;e jeste&#347;my otoczeni przez duchy. Powinno mnie to pocieszy&#263;, ale tak nie jest.

&#346;ci&#347;nij mnie za r&#281;k&#281;- prosi tata.

Nie chc&#281; sprawia&#263; ci b&#243;lu.

Kiedy twoja mama ci&#281; rodzi&#322;a, trzyma&#322;a mnie za r&#281;k&#281; przez czterna&#347;cie godzin i nie powyrywa&#322;a mi palc&#243;w. Nie zrobisz mi krzywdy, Tess.

Przeszywa mnie co&#347; w rodzaju pr&#261;du elektrycznego, jakby m&#243;j kr&#281;gos&#322;up zosta&#322; zamkni&#281;ty w tosterze i doktor wyszarpywa&#322; go stamt&#261;d t&#281;pym no&#380;em.

Jak my&#347;lisz, co teraz robi mama?- pytam zmienionym g&#322;osem.

Trzymaj si&#281;. Mocno.

Nie mam poj&#281;cia.

Prosi&#322;am, &#380;eby przyjecha&#322;a.

Naprawd&#281;?- Tata jest wyra&#378;nie zaskoczony.

Pomy&#347;la&#322;am, &#380;e ju&#380; po wszystkim mogliby&#347;cie p&#243;j&#347;&#263; do kawiarni.

Tata marszczy brwi.

Dziwny pomys&#322;.

Zamykam oczy i wyobra&#380;am sobie, &#380;e sta&#322;am si&#281; drzewem wysuszonym przez s&#322;o&#324;ce i moim jedynym pragnieniem jest sprowadzenie deszczu. My&#347;l&#281; o srebrnej wodzie rozpryskuj&#261;cej si&#281; na moich li&#347;ciach, nas&#261;czaj&#261;cej korzenie, p&#322;yn&#261;cej w &#380;y&#322;ach.

Lekarz przekazuje studentce dane statystyczne. M&#243;wi:

Mniej wi&#281;cej jeden na tysi&#261;c pacjent&#243;w, przechodz&#261;cych te badania, cierpi na skutek drobnego uszkodzenia nerwu. Istnieje r&#243;wnie&#380; niewielkie ryzyko wyst&#261;pienia infekcji, krwawienia lub uszkodzenia chrz&#261;stki.- Wyci&#261;ga ig&#322;&#281;.- Grzeczna dziewczynka. Ju&#380; po wszystkim.

Prawie czekam, a&#380; poklepie mnie po zadzie jak pos&#322;usznego konia. Nie robi tego. Macha mi przed oczami trzema wysterylizowanymi fiolkami.

Zanios&#281; to do laboratorium- o&#347;wiadcza i wychodzi bez po&#380;egnania, po prostu wy&#347;lizguje si&#281; cicho z pokoju, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261; studentk&#281;. Jakby nagle zawstydzi&#322; si&#281; tej chwili intymno&#347;ci mi&#281;dzy nami.

Za to piel&#281;gniarka jest kochana. Rozmawia z nami, banda&#380;uj&#261;c mi plecy gaz&#261;. Potem obchodzi &#322;&#243;&#380;ko i zatrzymuje si&#281; przy mnie z u&#347;miechem.

Musisz chwil&#281; pole&#380;e&#263;, kochanie.

Wiem.

Ju&#380; to przerabia&#322;a&#347;, co?- Odwraca si&#281; do taty.- A co pan b&#281;dzie robi&#322; w tym czasie?

Posiedz&#281; tutaj i poczytam ksi&#261;&#380;k&#281;.

Piel&#281;gniarka kiwa g&#322;ow&#261;.

B&#281;d&#281; w pobli&#380;u. Wie pan, na co trzeba zwraca&#263; uwag&#281; po powrocie do domu?

Tata jest ju&#380; profesjonalist&#261;.

Na dreszcze, gor&#261;czk&#281;, sztywno&#347;&#263; karku i b&#243;l g&#322;owy, odwodnienie, krwawienie, stany ot&#281;pienia lub os&#322;abienia, ucisk w okolicach l&#281;d&#378;wi.

Piel&#281;gniarka jest pod wra&#380;eniem.

&#346;wietnie!

Kiedy wychodzi, tata u&#347;miecha si&#281; do mnie.

Dobrze si&#281; spisa&#322;a&#347;, Tess. Ju&#380; po wszystkim, co?

Chyba, &#380;e wyniki b&#281;d&#261; kiepskie.

Nie b&#281;d&#261;.

Wtedy ka&#380;&#261; mi przychodzi&#263; na punkcj&#281; co tydzie&#324;.

Cicho. Postaraj si&#281; zasn&#261;&#263;, malutka. W ten spos&#243;b czas minie szybciej.

Bierze ksi&#261;&#380;k&#281; i rozsiada si&#281; na krze&#347;le.

Pod powiekami przelatuj&#261; mi punkciki &#347;wiat&#322;a jak ogniste nietoperze. S&#322;ysz&#281; szum krwi, t&#281;tni niczym ko&#324;skie kopyta na bruku. Za szpitalnymi oknami zapada mrok.

Tata przewraca kartk&#281;.

Na obrazie za jego plecami dym unosi si&#281; niewinnie z komina wiejskiej chatki. Kobieta biegnie z twarz&#261; wykrzywion&#261; przera&#380;eniem.



Rozdzia&#322; 7

Wstawaj! Wstawaj!- wrzeszczy Cal. Naci&#261;gam ko&#322;dr&#281; na g&#322;ow&#281;, ale on j&#261; zrywa.- Tata m&#243;wi, &#380;e je&#347;li natychmiast nie wstaniesz, przyjdzie do ciebie z mokr&#261; szmat&#261;!

Przewracam si&#281; na drugi bok, jednak on jest szybszy. Stoi nade mn&#261; i krzywi si&#281; w u&#347;miechu.

Tata m&#243;wi, &#380;e masz wstawa&#263; ka&#380;dego ranka i co&#347; robi&#263;.

Wymierzam mu solidnego kopniaka i zn&#243;w naci&#261;gam ko&#322;dr&#281; na g&#322;ow&#281;.

G&#243;wno mnie to obchodzi, Cal! Wynocha.

Dziwne, &#380;e nie przejmuj&#281; si&#281;, kiedy wreszcie wychodzi. Nast&#281;puje inwazja d&#378;wi&#281;k&#243;w- Cal dudni pi&#281;tami, zbiegaj&#261;c po schodach, z kuchni s&#322;ycha&#263; brzd&#281;k naczy&#324;, kiedy otwiera drzwi i nie zamyka ich za sob&#261;. Dobiegaj&#261; mnie r&#243;&#380;ne odg&#322;osy- mleka nalewanego do miski z p&#322;atkami, &#322;y&#380;ki unoszonej w g&#243;r&#281;. Tata syczy ze zniecierpliwieniem., pr&#243;buj&#261;c zetrze&#263; &#347;cierk&#261; plam&#281; ze szkolnej koszulki Cala. Kot zeskakuje na pod&#322;og&#281;. S&#322;ysz&#281;, jak tata otwiera szaf&#281; i wyjmuje kurtk&#281; mojego brata. Wk&#322;ada mu j&#261;, zasuwa zamek b&#322;yskawiczny i zapina guzik pod szyj&#261;, &#380;eby nie zamarz&#322;. Dochodzi mnie odg&#322;os cmokni&#281;cia i zaraz potem s&#322;ysz&#281; westchnienie- wielka fala rozpaczy sp&#322;ywa na dom.

Id&#378; si&#281; po&#380;egna&#263;- prosi tata.

Cal ha&#322;asuje, wbiegaj&#261;c po schodach, zatrzymuje si&#281; na chwil&#281; pod moimi drzwiami, a potem wchodzi i zbli&#380;a si&#281; do &#322;&#243;&#380;ka.

Mam nadziej&#281;, &#380;e umrzesz, kiedy b&#281;d&#281; w szkole!- syczy mi do ucha.- Umrzesz w m&#281;czarniach i pochowaj&#261; ci&#281; w jakim&#347; okropnym miejscu, na przyk&#322;ad w sklepie z rybami albo w gabinecie stomatologicznym.

Pa, braciszku, pa, pa.

Tata zostanie w kuchennym rozgardiaszu w szlafroku i kapciach, nieogolony i przecieraj&#261;cy oczy, jakby dziwi&#322; si&#281;, &#380;e jest sam. W ci&#261;gu kilku ostatnich tygodni wypracowa&#322; sobie porann&#261; rutyn&#281;. Po wyj&#347;ciu Cala parzy kaw&#281;, sprz&#261;ta ze sto&#322;u, zmywa naczynia i w&#322;&#261;cza pralk&#281;. Zajmuje mu to oko&#322;o dwudziestu minut. Potem przychodzi do mnie i pyta, czy dobrze spa&#322;am, czy jestem g&#322;odna i o kt&#243;rej wstan&#281;. Zawsze w tej samej kolejno&#347;ci. Odpowiadam:,,Nie,,,Nie i,,Nigdy, a wtedy on idzie si&#281; ubra&#263; i schodzi na d&#243;&#322; do komputera, przy kt&#243;rym przesiaduje godzinami, szukaj&#261;c w Internecie informacji, kt&#243;re mog&#261; utrzyma&#263; mnie przy &#380;yciu. M&#243;wiono mi, &#380;e proces &#380;a&#322;oby dzieli si&#281; na pi&#281;&#263; etap&#243;w. Je&#347;li to prawda, tata utkn&#261;&#322; na pierwszym: zaprzeczaniu.

Dzisiaj puka do mnie wcze&#347;niej ni&#380; zwykle. Nie zd&#261;&#380;y&#322; wypi&#263; kawy ani pozmywa&#263;. Co si&#281; dzieje? Le&#380;&#281; nieruchomo, gdy wchodzi, cicho zamyka za sob&#261; drzwi i zrzuca kapcie.

Posu&#324; si&#281;- prosi i unosi r&#261;bek ko&#322;dry.

Tato! Co robisz?

K&#322;ad&#281; si&#281; obok ciebie.

Nie ma mowy!

Obejmuje mnie ramieniem tak, &#380;e nie mog&#281; si&#281; ruszy&#263;. Ma twarde ko&#347;ci. Czuj&#281; dotyk jego skarpetek na bosych stopach.

Tato! Wyno&#347; si&#281; z mojego &#322;&#243;&#380;ka!

Nie.

Odpycham jego r&#281;k&#281; i siadam, &#380;eby mu si&#281; przyjrze&#263;. Cuchnie papierosami i piwem i wygl&#261;da starzej ni&#380; zazwyczaj. S&#322;ysz&#281; bicie jego serca i nie podoba mi si&#281; to wszystko.

Co ty wyprawiasz, do cholery?

Nigdy ze mn&#261; nie rozmawiasz, Tesso.

My&#347;lisz, &#380;e to by co&#347; zmieni&#322;o?

Wzrusza ramionami.

By&#263; mo&#380;e.

Czy ty nie mia&#322;by&#347; nic przeciwko temu, &#380;ebym wesz&#322;a ci do &#322;&#243;&#380;ka, gdy &#347;pisz?

Robi&#322;a&#347; tak, kiedy by&#322;a&#347; ma&#322;a. M&#243;wi&#322;a&#347;, &#380;e to niesprawiedliwe, &#380;e musisz spa&#263; sama. Ka&#380;dej nocy mama i ja brali&#347;my ci&#281; do naszego &#322;&#243;&#380;ka, bo czu&#322;a&#347; si&#281; samotna.

To nieprawda, nic takiego nie pami&#281;tam. Tata chyba zwariowa&#322;.

Je&#347;li nie wyjdziesz st&#261;d, ja to zrobi&#281;.

&#346;wietnie- oznajmia.- W&#322;a&#347;nie tego chcia&#322;em.

A ty b&#281;dziesz tak le&#380;a&#322;?

U&#347;miecha si&#281; i nurkuje pod ko&#322;dr&#261;.

Jest mi&#322;o i ciep&#322;o.

Moje nogi s&#261; s&#322;abe. Niewiele wczoraj jad&#322;am i mam wra&#380;enie, &#380;e sta&#322;am si&#281; przezroczysta. Przytrzymuj&#281; si&#281; oparcia &#322;&#243;&#380;ka i ku&#347;tykam do okna. Jest jeszcze wcze&#347;nie: ksi&#281;&#380;yc blednie na szarym niebie.

Dawno nie widzia&#322;a&#347; si&#281; z Zoey- m&#243;wi tata.

Tak.

Co si&#281; wydarzy&#322;o tamtej nocy, kiedy posz&#322;y&#347;cie do klubu? Pok&#322;&#243;ci&#322;y&#347;cie si&#281;?

Patrz&#281; na ogr&#243;d. Pomara&#324;czowa pi&#322;ka Cala, z kt&#243;rej usz&#322;o powietrze, wygl&#261;da jak jaka&#347; planeta. Zn&#243;w spostrzegam tego ch&#322;opaka. Przyciskam d&#322;onie do szyby. Widuj&#281; go tam ka&#380;dego ranka, jak grabi, kopie albo wa&#322;&#281;sa si&#281; bez celu. Teraz przycina ga&#322;&#281;zie &#380;ywop&#322;otu i uk&#322;ada je na stosie, &#380;eby spali&#263;.

S&#322;yszysz mnie, Tesso?

Tak, ale postanowi&#322;am ci&#281; ignorowa&#263;.

Mo&#380;e powinna&#347; wr&#243;ci&#263; do szko&#322;y. Spotka&#322;aby&#347; si&#281; z przyjaci&#243;&#322;mi.

Odwracam si&#281;, &#380;eby na niego spojrze&#263;.

Nie mam przyjaci&#243;&#322; i nie zamierzam ich szuka&#263;. Nie interesuj&#261; mnie pocieszyciele, kt&#243;rzy tylko czekaj&#261;, &#380;eby mnie pozna&#263; i wyrazi&#263; wsp&#243;&#322;czucie na moim pogrzebie.

Tata wzdycha, podci&#261;ga ko&#322;dr&#281; pod brod&#281; i kr&#281;ci g&#322;ow&#261;.

Nie powinna&#347; tak m&#243;wi&#263;. Cynizm ci nie s&#322;u&#380;y.

Przeczyta&#322;e&#347; to gdzie&#347;?

Pozytywne nastawienie wzmacnia uk&#322;ad odporno&#347;ciowy.

Wi&#281;c to moja wina, &#380;e jestem chora?

Wcale tak nie my&#347;l&#281;.

Zachowujesz si&#281; tak, jakbym wszystko robi&#322;a &#378;le.

Siada.

Nieprawda!

W&#322;a&#347;nie, &#380;e tak, Krytykujesz spos&#243;b, w jaki umieram. Codziennie przychodzisz do mnie i ka&#380;esz mi wsta&#263;, albo wzi&#261;&#263; si&#281; w gar&#347;&#263;. Teraz wymy&#347;li&#322;e&#347; powr&#243;t do szko&#322;y. To &#347;mieszne!

Przechodz&#281; przez pok&#243;j, podnosz&#281; jego kapcie i wk&#322;adam je. S&#261; za du&#380;e, ale to nic. Tata opiera si&#281; na &#322;okciach i spogl&#261;da na mnie. Ma tak&#261; min&#281;, jakbym go uderzy&#322;a.

Nie odchod&#378;. Dok&#261;d idziesz?

Byle dalej od ciebie.

Z przyjemno&#347;ci&#261; trzaskam drzwiami. Mo&#380;e sobie wzi&#261;&#263; moje &#322;&#243;&#380;ko. Prosz&#281; bardzo. Niech tam le&#380;y i gnije.



Rozdzia&#322; 8

Ch&#322;opak jest zaskoczony, kiedy wystawiam g&#322;ow&#281; zza p&#322;otu i wo&#322;am go. Jest starszy, ni&#380; my&#347;la&#322;am. Wygl&#261;da na 18 lat. Ma ciemne w&#322;osy i zarost.

Tak?

Mog&#281; co&#347; dorzuci&#263; do ogniska?

Powoli idzie w moj&#261; stron&#281; i przeciera d&#322;oni&#261; czo&#322;o, jakby by&#322;o gor&#261;co. Ma brudne paznokcie i li&#347;cie we w&#322;osach. Nie u&#347;miecha si&#281;. Podnosz&#281; do g&#243;ry dwa pude&#322;ka po butach, &#380;eby m&#243;g&#322; je zobaczy&#263;. Sukienk&#281; Zoey przewiesi&#322;am przez rami&#281; niczym flag&#281;.

Co tam jest

G&#322;&#243;wnie papiery. Mog&#281; je przynie&#347;&#263;?

Wzrusza ramionami, jakby mu to by&#322;o oboj&#281;tne, wi&#281;c przechodz&#281; przez furtk&#281; i niski mur oddzielaj&#261;cy nasze domy. Mijam jego ogr&#243;d i id&#281; za dom. Czeka tam na mnie i przytrzymuje furtk&#281;. Waham si&#281;.

Jestem Tessa.

Adam.

Pod&#261;&#380;amy w milczeniu &#347;cie&#380;k&#261;. Wiem, co sobie teraz my&#347;li. &#379;e rzuci&#322; mnie ch&#322;opak i chc&#281; spali&#263; jego listy. Na pewno nie dziwi si&#281;, &#380;e mnie to spotka&#322;o, bo wygl&#261;dam jak szkielet i mam &#322;ys&#261; czaszk&#281;. Spodziewam si&#281; ogniska, ale widz&#281; tylko kupk&#281; tl&#261;cych si&#281; li&#347;ci u ga&#322;&#261;zek. Dwa pe&#322;gaj&#261;ce p&#322;omyki budz&#261; jednak nadziej&#281;.

Li&#347;cie by&#322;y wilgotne- m&#243;wi.- Papier roznieci ogie&#324;.

Otwieram pierwsze pude&#322;ko i odwracam je do g&#243;ry nogami.

Od dnia, w kt&#243;rym zauwa&#380;y&#322;am pierwsz&#261; rys&#281; na plecach, do chwili, kiedy lekarze dali za wygran&#261;, czyli dwa miesi&#261;ce temu, pisa&#322;am dziennik. Cztery lata &#380;a&#322;osnego optymizmu idzie z dymem- pi&#281;kny p&#322;omie&#324;! Kartki z &#380;yczeniami powrotu do zdrowia zwijaj&#261; si&#281; na rogach, krusz&#261; si&#281; i obracaj&#261; si&#281; w proch. W ci&#261;gu czterech d&#322;ugich lat mo&#380;na zapomnie&#263; imiona znajomych. By&#322;a taka piel&#281;gniarka, kt&#243;ra rysowa&#322;a karykatury lekarzy i wiesza&#322;a je przy moim &#322;&#243;&#380;ku, &#380;eby mnie roz&#347;mieszy&#263;. Nie pami&#281;tam, jak si&#281; nazywa&#322;a. Louise? Mia&#322;a inwencj&#281;. Ogie&#324; wypluwa iskry, kt&#243;re strzelaj&#261; w stron&#281; drzew.

Zrzucam ci&#281;&#380;ar- oznajmiam Adamowi.

Ale on mnie chyba nie s&#322;ucha. Taszczy jakie&#347; ga&#322;&#281;zie po trawie.

Najwi&#281;ksz&#261; odraz&#281; budzi we mnie zawarto&#347;&#263; drugiego pud&#322;a. S&#261; tam zdj&#281;cia, kt&#243;re ogl&#261;dam razem z tat&#261;, rozk&#322;adaj&#261;c je na szpitalnym &#322;&#243;&#380;ku.

,,Wyzdrowiejesz  powtarza&#322;, przesuwaj&#261;c palcem po fotografii przedstawiaj&#261;cej mnie w wieku jedenastu lat. &#346;wiadoma swojego wygl&#261;du dziewczynka w szkolnym mundurku. Pierwszy dzie&#324; w szkole &#347;redniej.- A tu jeste&#347; w Hiszpanii- m&#243;wi.- Pami&#281;tasz ten wyjazd?

By&#322;am szczup&#322;a, opalona, pe&#322;na nadziei. Po raz pierwszy przechodzi&#322;am remisj&#281;. Jaki&#347; ch&#322;opak gwizdn&#261;&#322; na m&#243;j widok na pla&#380;y. Tata zrobi&#322; to zdj&#281;cie w przekonaniu, &#380;e nie b&#281;d&#281; chcia&#322;a zapomnie&#263; pierwszego gwizdni&#281;cia. Teraz chc&#281;.

Nagle nachodzi mnie ochota, aby pobiec do domu i przynie&#347;&#263; co&#347; jeszcze. Ubrania, ksi&#261;&#380;ki.

Mog&#281; wpa&#347;&#263; nast&#281;pnym razem, kiedy b&#281;dziesz co&#347; pali&#322;?- pytam.

Adam przytrzymuje butem koniec ga&#322;&#281;zi i &#322;amie j&#261; nad ogniem.

Dlaczego pozbywasz si&#281; tych wszystkich rzeczy?

Zwijam w k&#322;&#281;bek sukienk&#281; Zoey; mie&#347;ci si&#281; w mojej d&#322;oni. Rzucam j&#261; w ogie&#324;. Materia&#322; rozb&#322;yskuje si&#281;, zanim ulega unicestwieniu. Topi si&#281; jak plastik.

Niebezpieczna kiecka- stwierdza Adam i patrzy mi prosto w oczy, jakby czego&#347; si&#281; domy&#347;la&#322;.

Materia sk&#322;ada si&#281; z cz&#261;steczek. Im bardziej solidna wydaje si&#281; jaka&#347; rzecz, tym wi&#281;ksza jest g&#281;sto&#347;&#263; tworz&#261;cych j&#261; cz&#261;steczek. Ludzie robi&#261; wra&#380;enie posiadaj&#261;cych solidn&#261; konstrukcj&#281;, tymczasem w &#347;rodku maj&#261; wod&#281;. Mo&#380;e przebywanie zbyt blisko ognia wp&#322;ywa na uk&#322;ad moich cz&#261;steczek, bo nagle zaczyna kr&#281;ci&#263; mi si&#281; w g&#322;owie, czuj&#281; si&#281; l&#380;ejsza. Nie wiem, co mi jest- mo&#380;e to z powodu z&#322;ego od&#380;ywiania si&#281;- ale odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e nie jestem osadzona w ciele. Ogr&#243;d nieoczekiwanie si&#281; rozja&#347;nia. Podobnie jak iskry strzelaj&#261;ce z ogniska i osiadaj&#261;ce na moich w&#322;osach oraz na ubraniu zgodnie z prawem grawitacji, wszystkie cia&#322;a, kt&#243;re zosta&#322;y wyrzucone w g&#243;r&#281;, musz&#261; upa&#347;&#263; na ziemi&#281;.

Nagle odkrywam, &#380;e le&#380;&#281; na traw&#281; i patrz&#281; w g&#243;r&#281; na blad&#261;, otoczon&#261; chmurami twarz Adama. Przez chwil&#281; nie jestem w stanie sobie przypomnie&#263;, co si&#281; sta&#322;o.

Nie ruszaj si&#281;- m&#243;wi.  Chyba zemdla&#322;a&#347;.

Chc&#281; co&#347; powiedzie&#263;, ale nie mog&#281; sprawnie porusza&#263; j&#281;zykiem. Znacznie &#322;atwiej jest po prostu le&#380;e&#263;.

Masz cukrzyc&#281;? Potrzebujesz cukru? Masz col&#281;.

Siada obok i czeka a&#380; si&#281; podnios&#281;. Cz&#281;stuje mnie napojem. Zaczyna mi szumie&#263; w g&#322;owie, kiedy cukier dociera do m&#243;zgu. Czuj&#281; si&#281; niesamowicie lekko, jak duch, a jednocze&#347;nie jestem w lepszym humorze. Oboje wpatrujemy si&#281; w ogie&#324;. Zawarto&#347;&#263; moich pude&#322;ek sp&#322;on&#281;&#322;a: kartony obr&#243;ci&#322;y si&#281; w zw&#281;glone szcz&#261;tki. Sukienka zamieni&#322;a si&#281; w popi&#243;&#322;. Z ogniska zosta&#322; tylko &#380;ar, dostatecznie jasny, &#380;eby przyci&#261;gn&#261;&#263; &#263;m&#281;. G&#322;upi owad ta&#324;czy nad &#380;arz&#261;cymi patykami. Kiedy tr&#261;ca je skrzyde&#322;kami, w jednej chwili obraca si&#281; w proch. Patrzymy w miejsce, w kt&#243;rym znikn&#281;&#322;a &#263;ma.

Du&#380;o pracujesz w ogrodzie- m&#243;wi&#281;.

Lubi&#281; to.

Obserwuj&#281; si&#281;. Widz&#281; przez okno, jak kopiesz i tak dalej.

Obserwujesz mnie? Dlaczego?- Adam wygl&#261;da na zaniepokojonego.

Lubi&#281; na ciebie patrze&#263;.

Marszczy brwi, jakby usi&#322;owa&#322; zrozumie&#263;, co mam na my&#347;li. Odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e chce co&#347; powiedzie&#263;, ale zamiast tego odwraca g&#322;ow&#281; i spogl&#261;da na ogr&#243;d.

Mam zamiar za&#322;o&#380;y&#263; ogr&#243;dek warzywny w tamtym rogu- oznajmia.- Posadz&#281; groszek, kapust&#281;, sa&#322;at&#281;, fasol&#281;. Wszystko, co mi wpadnie w r&#281;ce. Robi&#281; to bardziej dla mamy ni&#380; dla siebie.

Dlaczego?

Wzrusza ramionami i patrzy na okna, jakby m&#243;wienie o niej mog&#322;o j&#261; przywo&#322;a&#263;.

Lubi ogrody.

A tw&#243;j tata?

Nie mieszka z nami.

Zauwa&#380;y&#322;am cienk&#261; stru&#380;k&#281; krwi na jego r&#281;ku. Pod&#261;&#380;a za moim wzrokiem i wyciera o d&#380;insy.

Powinienem ju&#380; wraca&#263; do pracy- stwierdza.- Dasz sobie rad&#281;? Mo&#380;esz dopi&#263; col&#281;.

Towarzyszy mi, kiedy powoli id&#281; &#347;cie&#380;k&#261; w stron&#281; furtki. Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e spali&#322;am zdj&#281;cia i dziennik. Sukienka Zoey te&#380; posz&#322;a z dymem. Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym zrobi&#322;a miejsce dla czego&#347; nowego.

Przy furtce odwracam si&#281; do Adama.

Dzi&#281;ki za pomoc.

Zawsze do us&#322;ug.

Wk&#322;ada r&#281;ce do kieszeni, u&#347;miecha si&#281; i wbija wzrok w buty, ale jestem pewna, &#380;e mnie widzi.



Rozdzia&#322; 9

Nie wiem, dlaczego pa&#324;stwa tutaj przys&#322;ano- m&#243;wi kobieta w rejestracji.

Proszono nas, &#380;eby&#347;my si&#281; zg&#322;osili- t&#322;umaczy tata.- Dzwoni&#322;a do mnie sekretarka doktora Ryana.

Ale to nie tutaj- protestuje tamta.- I nie dzisiaj.

Tutaj- upiera si&#281; tata.- I dzisiaj.

Recepcjonistka prycha i zagl&#261;da do komputera.

Punkcja l&#281;d&#378;wiowa?

Nie.- Tata jest coraz bardziej rozdra&#380;niony.- Czy doktor Ryan jest dzisiaj w pracy?

Siadam w poczekalni i zostawiam ich. S&#261; tutaj wszyscy podejrzani. Grupa os&#243;b w czapkach w k&#261;cie, pod&#322;&#261;czonych do przeno&#347;nych kropl&#243;wek z chemi&#261;. Rozmawiaj&#261; o rozwolnieniu i wymiotach. Ch&#322;opiec trzymaj&#261;cy matk&#281; za r&#281;k&#281;. Odrastaj&#261; mu w&#322;osy, tak jak mnie. I dziewczyna pozbawiona brwi, kt&#243;ra udaje, &#380;e czyta. Namalowa&#322;a sobie o&#322;&#243;wkiem kreski nad okularami. Widzi, &#380;e na ni&#261; patrz&#281;, i u&#347;miecha si&#281;, ale ja nie zamierzam si&#281; brata&#263;. Nie nawi&#261;zuj&#281; kontakt&#243;w z umieraj&#261;cymi. Przynosz&#261; pecha. Kiedy&#347; zaprzyja&#378;ni&#322;am si&#281; z jedn&#261; dziewczyn&#261;. Mia&#322;a na imi&#281; Angela. Codziennie pisa&#322;y&#347;my do siebie e-maile, a potem ona nagle przesta&#322;a odpisywa&#263;. Jej matka zadzwoni&#322;a w ko&#324;cu do mojego taty i powiedzia&#322;a, &#380;e Angela nie &#380;yje. Po prostu. Umar&#322;a i nic mi o tym nie powiedzia&#322;a. Postanowi&#322;am wtedy, &#380;e nie b&#281;d&#281; tu szuka&#322;a znajomych.

Bior&#281; do r&#281;ki czasopismo, ale nie mam czasu go otworzy&#263;, bo tata ju&#380; klepie mnie w rami&#281;.

Oczyszczony z zarzut&#243;w!- oznajmia.

Co?

To my mieli&#347;my racj&#281;.- Macha weso&#322;o do kobiety w rejestracji, pomagaj&#261;c mi si&#281; podnie&#347;&#263;.- Ta idiotka nie odr&#243;&#380;nia &#322;okcia od ty&#322;ka. Idziemy na audiencj&#281;!

Doktor Ryan ma czerwon&#261; plam&#281; na brodzie. Nie mog&#281; odwr&#243;ci&#263; od niej wzroku, kiedy siadamy naprzeciwko niego przy biurku. Zastanawiam si&#281;, czy jest to sos do makaronu czy zupa? Mo&#380;e w&#322;a&#347;nie sko&#324;czy&#322; operacj&#281;? Mam nadziej&#281;, &#380;e nie jest to surowe mi&#281;so.

Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e przyszli&#347;cie- m&#243;wi i podpiera d&#322;o&#324;mi kolana.

Tata przysuwa krzes&#322;o bli&#380;ej i tr&#261;ca mnie nog&#261;. Z trudem prze&#322;ykam &#347;lin&#281;, walcz&#261;c z ch&#281;ci&#261; ucieczki. Je&#347;li nie b&#281;d&#281; s&#322;ucha&#322;a, nie dowiem si&#281;, co ma nam do powiedzenia, a jego s&#322;owa mog&#261; okaza&#263; si&#281; nieprawdziwe.

Ale doktor Ryan nie waha si&#281;, kontynuuje stanowczym tonem:

Tesso, nie mam dobrych wiadomo&#347;ci. Ostatnia punkcja l&#281;d&#378;wiowa wykaza&#322;a, &#380;e rak przedosta&#322; si&#281; do p&#322;ynu rdzeniowo- kr&#281;gowego.

Czy do &#378;le?- pr&#243;buj&#281; &#380;artowa&#263;.

Jednak on si&#281; nie &#347;mieje.

To bardzo &#378;le, Tesso. Choroba zaatakowa&#322;a centralny uk&#322;ad nerwowy. Wiem, &#380;e trudno ci tego s&#322;ucha&#263;, ale proces post&#281;puje szybciej, ni&#380; s&#261;dzili&#347;my.

Proces?

Doktor prostuje si&#281; na krze&#347;le.

Choroba si&#281; rozprzestrzeni&#322;a.

Za jego biurkiem znajduje si&#281; wielkie okno, widz&#281; w nim dwa wierzcho&#322;ki drzew. Wpatruj&#281; si&#281; w ga&#322;&#281;zie, usychaj&#261;ce li&#347;cie i skrawek nieba.

Jak bardzo?

Mog&#281; tylko zapyta&#263;, jak si&#281; czujesz. Czy &#322;atwiej si&#281; m&#281;czysz, jeste&#347; senna? Odczuwasz b&#243;l w nogach?

Troch&#281;.

Nie powinienem za ciebie decydowa&#263;, ale zach&#281;cam ci&#281;, &#380;eby&#347; robi&#322;a to, na co masz ochot&#281;.

Doktor urz&#261;dza nam pokaz slajd&#243;w, jakby to by&#322;y zdj&#281;cia z wakacji. Pokazuje ma&#322;e, ciemne plamki, zmiany chorobowe, lepkie cia&#322;a poruszaj&#261;ce si&#281; swobodnie w przestrzeni. Wygl&#261;da to tak: jakby kto&#347; wpu&#347;ci&#322; mi do &#347;rodka dziecko, podarowa&#322; mu p&#281;dzel i czarn&#261; farb&#281; i pozwoli&#322; uprawia&#263; radosn&#261; tw&#243;rczo&#347;&#263;.

Tata bardzo stara si&#281; nie rozp&#322;aka&#263;.

Co teraz b&#281;dzie?- pyta i wielkie &#322;zy cicho spadaj&#261; na jego kolana. Doktor podaje mu chusteczk&#281;.

Za oknem pierwsze krople deszczu rozpryskuj&#261; si&#281; na szybie. Li&#347;&#263; porwany przez wiatr zwija si&#281; i nagle rozb&#322;yskuje czerwieni&#261; oraz z&#322;otem. Opada na ziemi&#281;.

Tessa mo&#380;e zareagowa&#263; na intensywn&#261; terapi&#281; wewn&#261;trzp&#322;ynow&#261;. Sugeruj&#281; stosowania metotreksau i hydrokortyzonu przez cztery tygodnie. Je&#347;li uzyskamy popraw&#281;, objawy choroby zostan&#261; z&#322;agodzone i b&#281;dziemy mogli kontynuowa&#263; terapi&#281; podtrzymuj&#261;c&#261;.

Lekarz m&#243;wi dalej, a tata s&#322;ucha, lecz ja ju&#380; nic nie s&#322;ysz&#281;.

To si&#281; stanie naprawd&#281;. Uprzedzali, &#380;e tak b&#281;dzie, ale nast&#261;pi szybciej, ni&#380; si&#281; spodziewali. Nie wr&#243;c&#281; do szko&#322;y. Nigdy. Nigdy nie b&#281;d&#281; s&#322;awna ani nie zostawi&#281; po sobie nic warto&#347;ciowego. Nie p&#243;jd&#281; do collegeu i nie podejm&#281; pracy. Nie zobacz&#281;, jak m&#243;j brat dorasta. Nie b&#281;d&#281; podr&#243;&#380;owa&#263;, zarabia&#263;, prowadzi&#263; samoch&#243;d, nie zakocham si&#281; i nie wyprowadz&#281; z domu.

To si&#281; stanie. Tak.

Ta my&#347;l przenika mnie ca&#322;&#261;. Wchodzi przez stopu i rozrywa moje cia&#322;o, wypiera wszystko, nie mog&#281; my&#347;le&#263; o niczym innym. Wype&#322;nia mnie jak milcz&#261;cy krzyk. Tak d&#322;ugo ju&#380; jestem chora, puchn&#281; i mam md&#322;o&#347;ci, plamy na sk&#243;rze, &#322;ami&#261;ce si&#281; paznokcie, trac&#281; w&#322;osy i wci&#261;&#380; chce mi si&#281; rzyga&#263;. To niesprawiedliwe. Nie chc&#281; teraz umiera&#263;, pragn&#281; najpierw dobrze po&#380;y&#263;. Nagle wszystko staje si&#281; jasne i oczywiste. Niemal budzi si&#281; we mnie nadzieja. To czysty ob&#322;&#281;d. Chc&#281; do&#347;wiadczy&#263; &#380;ycia, zanim umr&#281;. Tylko to ma sens.

W tej samej chwili odzyskuj&#281; ostro&#347;&#263; widzenia.

Doktor opowiada o nowych lekach, nad kt&#243;rymi prowadzone s&#261; badania. Nie pomog&#261; mi, ale mog&#261; pom&#243;c innym pacjentom. Tata cicho p&#322;acze, a ja wygl&#261;dam przez okno i zastanawiam si&#281;, dlaczego tak szybko zapada zmrok. Kt&#243;ra godzina? Jak d&#322;ugo tu siedzimy? Patrz&#281; na zegarek- wp&#243;&#322; do czwartej, a wygl&#261;da tak, jakby by&#322; ju&#380; wiecz&#243;r. Jest pa&#378;dziernik. Wszystkie dzieci wr&#243;ci&#322;y do szko&#322;y z nowymi tornistrami i pi&#243;rnikami. Na pewno wyczekuj&#261; ko&#324;ca semestru. Jak to szybko zlecia&#322;o. Nied&#322;ugo Halloween, a potem fajerwerki. &#346;wi&#281;ta Bo&#380;ego Narodzenia. Wiosna. Wielkanoc. P&#243;&#378;niej maj i moje urodziny. Sko&#324;cz&#281; siedemna&#347;cie lat.

Jak d&#322;ugo jeszcze b&#281;d&#281; &#380;y&#322;a? Nie mam poj&#281;cia. Wiem tylko, &#380;e mam wyb&#243;r- mog&#281; zagrzeba&#263; si&#281; w po&#347;cieli i podda&#263; si&#281; umieraniu albo spisa&#263; na nowo swoj&#261; list&#281; i &#380;y&#263; pe&#322;n&#261; piersi&#261;.



Rozdzia&#322; 10

Hej! Wsta&#322;a&#347;!- wo&#322;a tata. Potem dostrzega moj&#261; minisukienk&#281; i zaciska usta.

Pozw&#243;l mi zgadn&#261;&#263;. Um&#243;wi&#322;a&#347; si&#281; z Zoey?

A co&#347; w tym z&#322;ego?

Popycha w moj&#261; stron&#281; witaminy na kuchennym stole.

Nie zapomnij.- Zwykle przynosi mi je na tacy, lecz dzisiaj nie musi robi&#263; sobie k&#322;opotu. Mo&#380;na by pomy&#347;le&#263;, &#380;e go to ucieszy, ale przygl&#261;da mi si&#281; tylko, jak po&#322;ykam tabletk&#281; za tabletk&#261;.

Witamina E przy&#347;piesza regeneracj&#281; organizmu wycie&#324;czonego na&#347;wietleniami. Witamina A zapobiega skutkom promieniowania na uk&#322;ad trawienny. &#346;liska substancja zast&#281;puje &#347;luz wype&#322;niaj&#261;cy wszystkie kana&#322;y w moim ciele. Krzem wzmacnia ko&#347;ci. Potas, &#380;elazo i mied&#378; wspomagaj&#261; uk&#322;ad odporno&#347;ciowy. Aloes wp&#322;ywa na og&#243;ln&#261; popraw&#281; stanu zdrowia. Jeszcze czosnek- tata przeczyta&#322; gdzie&#347;, &#380;e jego w&#322;a&#347;ciwo&#347;ci nie zosta&#322;y do ko&#324;ca zbadane. Nazywa go witamin&#261; X. Popijam to wszystko naturalnym sokiem pomara&#324;czowym z &#322;y&#380;eczk&#261; miodu. Mniam, mniam.

Z u&#347;miechem odsuwam tac&#281; w stron&#281; taty. Wstaje i odk&#322;ada j&#261; do zlewu.

Odnios&#322;em wra&#380;enie- m&#243;wi, odkr&#281;caj&#261;c kran i zalewaj&#261;c misk&#281; wod&#261;- &#380;e mia&#322;a&#347; wczoraj md&#322;o&#347;ci i wr&#243;ci&#322; b&#243;l.

Ju&#380; mi przesz&#322;o.

Nie wydaje ci si&#281;, &#380;e powinna&#347; odpoczywa&#263;?

Wkroczyli&#347;my na &#347;liski grunt, wi&#281;c po&#347;piesznie zmieniam temat i zwracam uwag&#281; na Cala gmeraj&#261;cego &#322;y&#380;k&#261; w rozmok&#322;ych p&#322;atkach kukurydzianych. Ma min&#281; r&#243;wnie ponur&#261; jak tata.

Co ci jest?- pytam.

Nic.

Jest sobota. Powiniene&#347; si&#281; cieszy&#263;!

Patrzy na mnie wojowniczo.

Zapomnia&#322;a&#347;, prawda?

O czym?

Obieca&#322;a&#347;, &#380;e zabierzesz mnie na zakupy w po&#322;owie semestru. M&#243;wi&#322;a&#347;, &#380;e we&#378;miesz swoj&#261; kart&#281; kredytow&#261;.- Cal zaciska powieki.

Wiedzia&#322;em, &#380;e tylko tak gadasz.

Uspok&#243;j si&#281;!- W g&#322;osie taty pobrzmiewa ostrzegawczy ton, jak zwykle, kiedy Cal zaczyna si&#281; unosi&#263;.

Rzeczywi&#347;cie, obieca&#322;am ci, ale dzisiaj nie dam rady.

Patrzy na mnie z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261;.

Ale ja chc&#281;!

Nie mam wyj&#347;cia. Drug&#261; pozycj&#261; na mojej li&#347;cie jest po&#347;wi&#281;cenie jednego dnia na spe&#322;nianie &#380;ycze&#324; innych, niezale&#380;nie od tego, kto i o co prosi.

Spogl&#261;dam na rozja&#347;nion&#261; nadziej&#261; buzi&#281; Cala, kiedy wychodzimy przez furtk&#281;, i nagle ogarnia mnie strach.

Wy&#347;l&#281; sms-a do Zony  oznajmiam.- Powiadomi&#281; j&#261;, &#380;e wychodzimy.

Cal m&#243;wi, &#380;e nie cierpi Zoey, ale ja nie mog&#281; si&#281; dzisiaj bez niej obej&#347;&#263;, potrzebuj&#281; jej energii. Gdy jestem z Zoey, wydarzenia w szybkim tempie nast&#281;puj&#261; jedno po drugim.

Chc&#281; p&#243;j&#347;&#263; na plac zabaw.- kaprysi Cal.

Nie jeste&#347; na to za du&#380;y?

Nie. B&#281;dzie fajnie.

Cz&#281;sto zapominam, &#380;e on jest jeszcze dzieckiem i nie wyr&#243;s&#322; z hu&#347;tawek, karuzeli i podobnych spraw. Dochodz&#281; do wniosku, &#380;e w parku nie przydarzy nam si&#281; nic z&#322;ego. Zoey odpisuje, &#380;e i tak by si&#281; sp&#243;&#378;ni&#322;a, wi&#281;c przyjdzie po nas na plac zabaw.

Siadam na &#322;awce i patrz&#281;, jak Cal wspina si&#281; po pl&#261;taninie sznur&#243;w przypominaj&#261;cej sie&#324; paj&#281;cz&#261;. Z tej odleg&#322;o&#347;ci wydaje si&#281; malutki.

Wejd&#281; jeszcze wy&#380;ej!- krzyczy.- Mam si&#281; wspi&#261;&#263; na sam&#261; g&#243;r&#281;?

Tak!- odpowiadam, bo postanowi&#322;am r&#243;wnie&#380; nie sprzeciwia&#263; si&#281; nikomu.

Mo&#380;na st&#261;d zajrze&#263; do samolotu! Chod&#378; zobaczy&#263;!

Trudno jest si&#281; wspina&#263; w minisukience. Paj&#281;czyna chwieje si&#281; i musz&#281; zrzuci&#263; pantofle. Cal &#347;mieje si&#281; ze mnie.

Na sam&#261; g&#243;r&#281;!- rozkazuje.

Jest cholernie wysoko, a jaki&#347; dzieciak z buzi&#261; jak autobus szarpie liny na dole. Wdrapuj&#281; si&#281; coraz wy&#380;ej, mimo b&#243;lu ramion.

Chc&#281; zajrze&#263; do samolotu. Pragn&#281; zobaczy&#263; wiatr i schwyta&#263; ptaka.

Uda&#322;o si&#281;. Widz&#281; wie&#380;&#281; ko&#347;cio&#322;a oraz drzewa otaczaj&#261;ce park i kasztany, kt&#243;re lada moment otworz&#261; si&#281; z trzaskiem. Powietrze jest czyste, odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e do chmur mam tak blisko, jak z wierzcho&#322;ka wielkiej g&#243;ry. Patrz&#281; na twarze ludzi stoj&#261;cych na dole.

Wysoko, co?- cieszy si&#281; Cal.

Tak.

P&#243;jdziemy teraz na hu&#347;tawki?

Tak.

Zgadzam si&#281; na wszystko, o co poprosisz, Cal, ale najpierw pozw&#243;l mi poczu&#263; powiew wiatru na twarzy. Chc&#281; obserwowa&#263; krzywizn&#281; ziemi, kiedy powolutku okr&#261;&#380;amy s&#322;o&#324;ce.

M&#243;wi&#322;em ci, &#380;e b&#281;dzie fajnie!- Buzia Cala promienieje.- Chod&#378;my teraz gdzie&#347; indziej!

Przed wisz&#261;cymi hu&#347;tawkami ustawia si&#281; kolejka, wi&#281;c siadamy na dwuosobowej. Wci&#261;&#380; jeszcze jestem ci&#281;&#380;sza ni&#380; on, pozosta&#322;am du&#380;&#261; siostr&#261;, wi&#281;c uderzam mocno o ziemi&#281;, a&#380; Cal podskakuje wysoko i z powrotem opada na siedzenie. P&#281;ka przy tym ze &#347;miechu. B&#281;dzie mia&#322; siniaki na pupie, ale to nie szkodzi. Musz&#281; tylko zgadza&#263; si&#281; na wszystko.

Zagl&#261;damy do ma&#322;ego domku na szczycie drabiny ustawionej w piaskownicy. Mie&#347;cimy si&#281; w nim z trudem. Siadam na motorze przymocowanym do wielkiej spr&#281;&#380;yny, kt&#243;ry ko&#322;ysze si&#281; szale&#324;czo na boki. Uderzam kolanem o ziemi&#281;. Biegniemy na wspart&#261; na palach drewnian&#261; desk&#281; i udajemy akrobat&#243;w. Chodzimy wzd&#322;u&#380; liter alfabetu, u&#322;o&#380;onych w kszta&#322;cie w&#281;&#380;a. Gramy w klasy i bujamy si&#281; na dr&#261;&#380;kach. Potem zn&#243;w biegniemy na hu&#347;tawki, Grupa mamu&#347; wyposa&#380;onych w chusteczki i trzymaj&#261;cych za r&#281;ce t&#322;uste dzieciaki, przygl&#261;da mi si&#281; z niesmakiem, kiedy wyprzedzam Cala w biegu i dopadam jedynej wolnej hu&#347;tawki. Wiatr podwiewa mi sukienk&#281;, ods&#322;aniaj&#261;c uda. &#346;mieszy mnie to. Odchylam si&#281; w ty&#322; i unosz&#281; si&#281; jeszcze wy&#380;ej. Mo&#380;e je&#347;li wznios&#281; si&#281; dostatecznie wysoko, &#347;wiat si&#281; zmieni.

Nie zauwa&#380;am, kiedy pojawia si&#281; Zoey. Dopiero Cal mi j&#261; pokazuje, opart&#261; o bramk&#281; przed placem zabaw i przygl&#261;daj&#261;ca nam si&#281;. Mo&#380;e d&#322;ugo tak czeka. Ma na sobie podkoszulk&#281; z dekoltem i sp&#243;dnic&#281;, kt&#243;ra ledwo zakrywa pup&#281;.

Dzie&#324; dobry- rzuca, kiedy podchodzimy.- Widz&#281;, &#380;e zacz&#281;li&#347;cie beze mnie.

Olewam si&#281; rumie&#324;cem.

Cal nam&#243;wi&#322; mnie na hu&#347;tawki.

A ty si&#281;, oczywi&#347;cie, zgodzi&#322;a&#347;.

Tak.

Zoey patrzy z namys&#322;em na Cala.

Idziemy na rynek- informuje.- B&#281;dziemy kupowa&#263; ciuchy i gada&#322;y o miesi&#261;czce. Nudy, co?

Cal spogl&#261;da na ni&#261; spode &#322;ba. Na buzi ma brudne smugi.

Chc&#281; do magicznego sklepiku.

&#346;wietnie, id&#378;. Na razie.

Musi p&#243;j&#347;&#263; z nami- wtr&#261;cam si&#281;.  Obieca&#322;am mu to.

Zoey wzdycha i odchodzi. Cal i ja pod&#261;&#380;amy za ni&#261;.

By&#322;a jedyn&#261; dziewczyn&#261; w klasie, kt&#243;ra nie przestraszy&#322;a si&#281; mojej choroby. Tylko ona potrafi zachowywa&#263; si&#281; tak, jakby nie by&#322;o napad&#243;w, nikt nikogo nie zad&#378;ga&#322; no&#380;em, autobusy nigdy nie wje&#380;d&#380;a&#322;y na chodnik, a choroby nie istnia&#322;y. Kiedy jestem z Zoey, czuj&#281;, &#380;e wszyscy si&#281; myl&#261; i wcale nie umieram. To kto&#347; inny jest chory.

Zakr&#281;&#263; ty&#322;kiem- rozkazuje mi przez rami&#281;.- No, dalej, ruszaj biodrami, Tesso!

Ta kiecka jest naprawd&#281; kr&#243;tka. S&#322;ysz&#281; d&#378;wi&#281;k klaksonu, grupa ch&#322;opak&#243;w gapi si&#281; na moje cycki i ty&#322;ek. Nie odrywaj&#261; od nich wzroku.

Dlaczego musisz robi&#263; to, co ona ci ka&#380;e?- pyta Cal.

Bo tak chc&#281;.

Zoey jest zachwycona. Czeka na nas i bierze mnie pod r&#281;k&#281;.

Wybaczam ci- m&#243;wi.

Co?

Nachyla si&#281; i szepcze konspiracyjnie:

Twoje okropne zachowanie po tym beznadziejnym seksie z Jakiem.

Nie zachowywa&#322;am si&#281; okropnie.

W&#322;a&#347;nie, &#380;e tak, ale ju&#380; ci wybaczy&#322;am.

Niegrzecznie jest szepta&#263;!- oburza si&#281; Cal.

Zoey wypycha go do przodu i przyci&#261;ga mnie do siebie.

Powiedz, jak daleko jeste&#347; w stanie si&#281; posun&#261;&#263;?- pyta.- Zrobisz sobie tatua&#380;, jak ci ka&#380;&#281;?

Tak.

Spr&#243;bujesz narkotyk&#243;w?

Jasne.

Powiesz temu go&#347;ciowi, &#380;e go kochasz?

Facet, kt&#243;rego mi pokazuje, jest &#322;ysy i starszy od mojego taty. Wychodzi z kiosku i zdziera celofan z paczki papieros&#243;w. Opakowanie spada na ziemi&#281;.

Tak.

Wi&#281;c zr&#243;b to.

M&#281;&#380;czyzna wyjmuje papierosa, zapala go, zaci&#261;ga si&#281; dymem. Podchodz&#281;, a on odwraca si&#281; w moj&#261; stron&#281; z lekkim u&#347;miechem. Pewnie spodziewa&#322; si&#281; kogo&#347; znajomego.

Kocham ci&#281;- m&#243;wi&#281;.

Marszczy brwi. Dostrzega chichocz&#261;c&#261; Zoey.

Spadaj- warczy.- Cholerna idiotka.

Jest fantastycznie. Obejmujemy si&#281; z Zoey i &#347;miejemy si&#281; do rozpuku. Cal krzywi si&#281; zniesmaczony.

Mo&#380;emy st&#261;d i&#347;&#263;?- pyta.

Na rynku jest t&#322;um. Wszyscy si&#281; przepychaj&#261;, jakby mieli same pilne sprawy do za&#322;atwienia. Stare, grube kobiety poszturchuj&#261; mnie koszykami na zakupy, wsz&#281;dzie pe&#322;no rodzic&#243;w z dzie&#263;mi. Staj&#281; po&#347;rodku w szarym &#347;wietle dnia i czuj&#281; si&#281; tak, jakbym &#347;ni&#322;a. Nie mog&#281; si&#281; poruszy&#263;, mam wra&#380;enie, &#380;e stopy przyros&#322;y mi do chodnika, a nogi s&#261; z o&#322;owiu. Obok przechodz&#261; ch&#322;opcy z kapturami naci&#261;gni&#281;tymi na g&#322;ow&#281; i twarzami pozbawionymi wyrazu. Mijaj&#261; mnie dziewczyny, z kt&#243;rymi kiedy&#347; chodzi&#322;am do jednej klasy. Nikt mnie nie poznaje; ju&#380; tyle czasu min&#281;&#322;o od mojego ostatniego pobytu w szkole. Powietrze jest przesycone zapachem hot dog&#243;w, hamburger&#243;w i cebuli. Wszystko jest na sprzeda&#380;- pieczone kurczaki powieszone za nogi, flaki i podroby wywalone na tacach, rozci&#281;te &#347;winiaki ukazuj&#261;ce &#380;ebra. Tkaniny, we&#322;na, koronki i zas&#322;ony. Na stoisku z zabawkami podskakuj&#261; szczekaj&#261;ce pieski, a &#380;o&#322;nierzyki graj&#261; na cymba&#322;kach. Handlarka u&#347;miecha si&#281; do mnie i pokazuje wielk&#261; plastikow&#261; lalk&#281; owini&#281;t&#261; celofanem:

Oddam za dziesi&#261;taka, z&#322;otko.

Odwracam si&#281;, udaj&#261;c, &#380;e nie s&#322;ysza&#322;am.

Zoey patrzy na mnie karc&#261;co.

Mia&#322;a&#347; si&#281; zgadza&#263; na wszystko. Nast&#281;pnym razem kupisz to, co ci zaproponuj&#261;, tak?

Tak.

Dobrze. Wracam za chwil&#281;- m&#243;wi i znika w t&#322;umie.

Nie chc&#281; jej traci&#263; z oczu. Potrzebuj&#281; jej. Je&#347;li zaraz si&#281; nie pojawi, jedynym osi&#261;gni&#281;ciem tego dnia b&#281;dzie przeja&#380;d&#380;ka na karuzeli i kilka gwizd&#243;w ch&#322;opak&#243;w mijanych po drodze na rynek.

Dobrze si&#281; czujesz?- pyta Cal.

Tak.

&#377;le wygl&#261;dasz.

Nic mi nie jest.

A ja si&#281; nudz&#281;.

Niedobrze, bo je&#347;li powie, &#380;e chce do domu, b&#281;d&#281; musia&#322;a si&#281; zgodzi&#263;.

Zoey zaraz wr&#243;ci. Mo&#380;emy poje&#378;dzi&#263; autobusem po mie&#347;cie i zajrze&#263; do magicznego sklepiku.

Cal wzrusza ramionami i wpycha r&#281;ce do kieszeni.

Na pewno si&#281; nie zgodzi.

Poogl&#261;daj sobie zabawki.

S&#261; g&#322;upie.

Jak to? Przychodzi&#322;am tu dawniej z tat&#261;, &#380;eby je zobaczy&#263;. Wydawa&#322;y mi si&#281; wtedy zachwycaj&#261;ce.

Wraca Zoey. Jest wkurzona.

Scott &#322;&#380;e jak pies.

Kto?

Scott. M&#243;wi&#322;, &#380;e pracuje na stoisku, ale nigdzie go nie ma.

Ten &#263;pun? Kiedy z nim rozmawia&#322;a&#347;?

Zoey patrzy na mnie, jakbym by&#322;a wariatk&#261; i ponownie si&#281; oddala. Podchodzi do m&#281;&#380;czyzny, stoj&#261;cego przy straganie z owocami i przechyla si&#281; przez lad&#281;, &#380;eby z nim porozmawia&#263;. Facet wlepia wzrok w jej piersi.

Podchodzi do mnie jaka&#347; kobieta. Niesie kilka plastikowych toreb. Patrzy mi prosto w oczy, a ja nie odwracam wzroku.

Dziesi&#281;&#263; kawa&#322;k&#243;w wieprzowiny, trzy paczki w&#281;dzonego boczku i pieczony kurczak- szepcze.- Bierzesz?

Tak.

Podaje mi torb&#281; i drapie si&#281; po nosie, kiedy szukam pieni&#281;dzy. Daj&#281; jej pi&#281;&#263; funt&#243;w, a ona grzebie w kieszeni i wydaje mi dwa.

Prawdziwa okazja- oznajmia.

Cal wygl&#261;da na wystraszonego.

Dlaczego to zrobi&#322;a&#347;?

Cicho b&#261;d&#378;- m&#243;wi&#281;, bo nie musz&#281; przecie&#380; by&#263; zadowolona ze wszystkiego, na co si&#281; dzisiaj zgadzam. Zosta&#322;o mi tylko dwana&#347;cie funt&#243;w i rozwa&#380;am, czy mog&#281; nieco zmieni&#263; zasady i zgadza&#263; si&#281; tylko na to, co jest dost&#281;pne za darmo. Krew &#347;cieka z torby na moje stopy. Zastanawiam si&#281;, czy musz&#281; zatrzyma&#263; wszystko, co kupi&#281;.

Wraca Zoey, dostrzega torb&#281; i zabiera mi j&#261;.

Co to jest, do cholery?- zagl&#261;da do &#347;rodka.  Wygl&#261;da jak zar&#380;ni&#281;ty pies.- Wrzuca pakunek do kosza, a potem odwraca si&#281; do mnie z u&#347;miechem.- Znalaz&#322;am Scotta. Jednak tu pracuje. Jest z nim Jake. Idziemy.

Przepychamy si&#281; przez t&#322;um, a Zoey m&#243;wi mi, &#380;e spotka&#322;a si&#281; ze Scottem kilka razy po tamtej nocy sp&#281;dzonej w ich domu. Nie patrzy na mnie.

Dlaczego nic mi nie powiedzia&#322;a&#347;?

Wypad&#322;a&#347; z gry na cztery tygodnie! Zreszt&#261; nie chcia&#322;am ci&#281; wkurza&#263;.

Prze&#380;ywam szok, widz&#261;c ch&#322;opak&#243;w w &#347;wietle dnia, stoj&#261;cych za straganem, na kt&#243;rym roz&#322;o&#380;one s&#261; latarki, tostery, zegary i czajniki. Wygl&#261;daj&#261; na starszych, ni&#380; mi si&#281; zdawa&#322;o.

Zoey przechodzi na drug&#261; stron&#281; stoiska, &#380;eby porozmawia&#263; ze Scottem. Jake kiwa do mnie g&#322;ow&#261;.

W porz&#261;dku?- pyta.

Tak.

Przysz&#322;a&#347; na zakupy?

Wygl&#261;da inaczej ni&#380; przedtem- jest spocony troch&#281; spi&#281;ty. Podchodzi jaka&#347; kobieta i musz&#281; si&#281; cofn&#261;&#263; razem z Calem, &#380;eby j&#261; przepu&#347;ci&#263;. Kupuje cztery baterie. Kosztuj&#261; funta. Jake pakuje je do plastikowej torby i przyjmuje pieni&#261;dz. Kobieta odchodzi.

Potrzebujesz baterii?- pyta. Nie patrzy mi w oczy.- Nie musisz p&#322;aci&#263;.

Jest co&#347; takiego w tonie jego g&#322;osu, co sugeruje, &#380;e robi mi wielk&#261; przys&#322;ug&#281;, jakby by&#322;oby mu mnie &#380;al chcia&#322; pokaza&#263;, &#380;e porz&#261;dny z niego go&#347;&#263;. Czuj&#281;, &#380;e on wie. Zoey mu powiedzia&#322;a. Widz&#281; w jego oczach lito&#347;&#263; i poczucie winy. Kocha&#322; si&#281; z umieraj&#261;c&#261; dziewczyn&#261; i teraz si&#281; boi. Mo&#380;e to jest zara&#378;liwe? Moja choroba otar&#322;a si&#281; o niego i teraz czyha, &#380;eby zaatakowa&#263;.

To co?- Jake bierze do r&#281;ki paczk&#281; baterii macha mi ni&#261; przed oczami.

Wezm&#281; je.- S&#322;owa same wychodz&#261; mi z ust. Musz&#281; ukrywa&#263; rozczarowanie, wi&#281;c chwytam szybko te g&#322;upie baterie i wrzucam je do torebki.

Cal szturcha mnie w &#380;ebro.

Mo&#380;emy ju&#380; i&#347;&#263;?

Tak.

Zoey obejmuje Scotta w pasie.

Nigdzie nie idziemy.- m&#243;wi.- Pojedziemy do nich. Za p&#243;&#322; godziny maj&#261; przerw&#281; na lunch.

Zabieram Cala na wycieczk&#281; po mie&#347;cie.

Zoey zbli&#380;a si&#281; do mnie z u&#347;miechem. Wygl&#261;da &#347;licznie, tak jakby Scott j&#261; rozgrza&#322;.

Mia&#322;a&#347; si&#281; zgadza&#263; na wszystko- protestuje.

Cal pierwszy mnie poprosi&#322;.

Zoey marszczy brwi.

Maj&#261; dzia&#322;k&#281; ketaminy. Wszystko ju&#380; za&#322;atwi&#322;am. Mo&#380;esz wzi&#261;&#263; ze sob&#261; Cala. Dadz&#261; mu co&#347; do zabawy, na przyk&#322;ad PlayStacion.

Powiedzia&#322;a&#347; Jake'owi.

O czym?

O mnie.

Wcale nie.

Rumieni si&#281;, wi&#281;c rzuca papierosa i przydeptuje go, &#380;eby nie patrze&#263; mi w oczach.

Wyobra&#380;am sobie, jak to zrobi&#322;a. Pojecha&#322;a do nich. Zrobili razem skr&#281;ta. Zoey upiera&#322;a si&#281;, &#380;eby pozwolili jej wzi&#261;&#263; pierwszego macha. Zaci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281;, a oni na ni&#261; patrzyli. Potem poda&#322;a papierosa Scottowi i zapyta&#322;a:,,Pami&#281;tacie Tess&#281;?

A potem im powiedzia&#322;a. Mo&#380;e nawet si&#281; przy tym pop&#322;aka&#322;a. Jestem pewna, &#380;e Scott j&#261; przytuli&#322;, a Jake zaci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko, &#380;eby o tym nie my&#347;le&#263;.

Bior&#281; Cala za r&#281;k&#281; i odchodzimy. Jak najdalej od Zoey, jak najdalej od rynku. Ci&#261;gn&#281; go za sob&#261; po schodach i wychodzimy na &#347;cie&#380;k&#281; biegn&#261;c&#261; wzd&#322;u&#380; kana&#322;u.

Dok&#261;d idziemy?- j&#281;czy.

Cicho b&#261;d&#378;.

Boj&#281; si&#281; ciebie.

Spogl&#261;dam na niego oboj&#281;tnie.

Czasem mi si&#281; &#347;ni, &#380;e chodz&#281; po domu i nikt mnie nie poznaje. Mijam tat&#281;, kt&#243;ry uprzejmie kiwa g&#322;ow&#261; na m&#243;j widok, jakbym przysz&#322;a posprz&#261;ta&#263; dom, a mo&#380;e raczej hotel. Cal przygl&#261;da mi si&#281; podejrzliwie, kiedy wchodz&#281; do swojego pokoju. Nie ma tam moich rzeczy, widz&#281; za rogiem obc&#261; dziewczyn&#281; w kwiecistej sukience. Ma &#322;adne usta i policzki j&#281;drne jak jab&#322;ka.,,To moje r&#243;wnoleg&#322;e &#380;ycie  my&#347;l&#281;. Jestem w nim zdrowa, a Jake cieszy si&#281;, &#380;e mnie pozna&#322;.

W prawdziwym &#380;yciu prowadz&#281; brata &#347;cie&#380;k&#261; do kafejki z widokiem na kana&#322;.

B&#281;dzie fajnie- pocieszam go.- Zam&#243;wimy lody, gor&#261;c&#261; czekolad&#281; i col&#281;.

Nie wolno ci je&#347;&#263; s&#322;odyczy. Powiem tacie.

&#346;ciskam go za r&#281;k&#281;. Na drodze stoi jaki&#347; m&#281;&#380;czyzna. Ma na sobie pi&#380;am&#281;. Patrzy na wod&#281;. Papieros pai mu si&#281; w ustach.

Wracajmy do domu- prosi Cal.

Ale ja chc&#281; mu pokaza&#263; szczury na &#347;cie&#380;ce, li&#347;cie opad&#322;e z krzykiem drzew, spos&#243;b, w jaki ludzie unikaj&#261; tego, co trudne, m&#281;&#380;czyzn&#281; w pi&#380;amie, kt&#243;ry jest bardziej prawdziwy ni&#380; Zoey biegn&#261;ca za nami ze swoj&#261; wielk&#261; buzi&#261; i idiotycznymi blond w&#322;osami.

Odejd&#378;- m&#243;wi&#281; do niej, nie odwracaj&#261;c si&#281;.

A ona &#322;apie mnie za rami&#281;.

Dlaczego musisz ze wszystkiego robi&#263; problem?

Wyszarpuj&#281; r&#281;k&#281;.

Nie wiem, Zoey. Jak my&#347;lisz?

To &#380;adna tajemnica. Mn&#243;stwo ludzi wie, &#380;e jeste&#347; chora. Jake'owi to nie przeszkadza&#322;o, ale teraz uwa&#380;a, &#380;e jeste&#347; stukni&#281;ta.

Jestem stukni&#281;ta.

Patrzy na mnie, mru&#380;&#261;c oczy.

Odpowiada ci to, &#380;e jestem chora.

Tak my&#347;lisz?

Mo&#380;esz &#322;ama&#263; wszelkie regu&#322;y.

Masz racj&#281;, to &#347;wietne uczucie. Chcesz si&#281; zamieni&#263;?

Wszyscy kiedy&#347; umr&#261;- m&#243;wi, jakby to by&#322;o jej odkrycie i jakby nie mia&#322;a nic przeciwko w&#322;asnej &#347;mierci.

Cal ci&#261;gnie mnie za r&#281;kaw.

Popatrz!

Cz&#322;owiek w pi&#380;amie wszed&#322; do kana&#322;u. Brodzi w p&#322;ytkiej wodzie, machaj&#261;c r&#281;kami. Patrzy na nas oboj&#281;tnie i nagle u&#347;miecha si&#281;, ukazuj&#261;c z&#322;ote z&#281;by. Czuj&#281; &#322;askotanie na plecach.

Pop&#322;ywacie ze mn&#261;, moje panie?- wo&#322;a. Ma szkocki akcent. Nigdy nie by&#322;am w Szkocji.

Id&#378; do niego- rzuca Zoey.- No, dlaczego nie wchodzisz do wody?

To polecenie?

U&#347;miecha si&#281; z&#322;o&#347;liwie.

Tak.

Zerkam na kawiarniane stoliki. Ludzie na nas patrz&#261;. Pomy&#347;l&#261;, &#380;e jestem wariatk&#261;, mam kompletnego &#347;wira. Podci&#261;gam sukienk&#281; i wpycham j&#261; sobie w majtki.

Co robisz?- syczy Cal.- Wszyscy si&#281; gapi&#261;!

Udawaj, &#380;e nie jeste&#347; ze mn&#261;.

Jak chcesz!- Siada na trawie, a ja zdejmuj&#281; buty.

Zanurzam du&#380;y palec w wodzie. Jest tak lodowata, &#380;e a&#380; ciarki przechodz&#261;.

Zoey dotyka mojego ramienia.

Nie r&#243;b tego, Tess. &#379;artowa&#322;am. Nie b&#261;d&#378; g&#322;upia.

Czy ona nic nie rozumie?

Zanurzam si&#281; w wodzie do bioder. Kaczki uciekaj&#261; w pop&#322;ochu na m&#243;j widok. Nie jest g&#322;&#281;boko, wyczuwam mu&#322; na dnie i jakie&#347; &#347;mieci. W tym kanale p&#322;ywaj&#261; szczury. Ludzie wyrzucaj&#261; tu puszki po konserwach, torby na zakupy, ig&#322;y u zdech&#322;e psy. Mi&#281;kkie b&#322;oto oblewa mi palce.

M&#281;&#380;czyzna ze z&#322;otym z&#281;bem macha do mnie i rusza w moj&#261; stron&#281;, &#347;miej&#261;c si&#281; i rozchlapuj&#261;c wod&#281; na boki.

Grzeczna dziewczynka- stwierdza.

Jego sine usta rozja&#347;nia b&#322;ysk metalu. Ma ran&#281; na g&#322;owie, krew cienk&#261; stru&#380;k&#261; sp&#322;ywa mu z w&#322;os&#243;w na oczy. Na ten widok robi mi si&#281; jeszcze zimniej.

Jaki&#347; cz&#322;owiek wychodzi z kawiarni z r&#281;cznikiem.

Hej!- krzyczy.  Wychod&#378; natychmiast.

Ma na sobie fartuch. Widz&#281;, jak faluje mu brzuch, kiedy nachyla si&#281;, pomagaj&#261;c mi wyj&#347;&#263; z wody.

Oszala&#322;a&#347;? Zachorujesz.- Odwraca si&#281; do Zoey.- Jeste&#347;cie razem?

Przepraszam- m&#243;wi Zoey.- Nie mog&#322;am jej powstrzyma&#263;.- Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;, &#380;eby go przekona&#263; o swojej niewinno&#347;ci. Nienawidz&#281; jej za to.

Nie jeste&#347;my razem- o&#347;wiadczam.- Nie znam jej.

Zoey zastyga, a facet z kawiarni odwraca si&#281; do mnie. Nic nie rozumie. Podaje mi r&#281;cznik, &#380;ebym wytar&#322;a nogi. Potem powtarza, &#380;e zwariowa&#322;am. M&#243;wi, &#380;e wszyscy m&#322;odzi ludzie s&#261; stukni&#281;ci. Patrz&#281;, jak Zoey odchodzi. Robi si&#281; coraz mniejsza, a&#380; w ko&#324;cu znika. M&#281;&#380;czyzna pyta o moich rodzic&#243;w, chce wiedzie&#263;, czy znam cz&#322;owieka ze z&#322;otymi z&#281;bami, kt&#243;ry wy&#322;azi teraz z kana&#322;u na drugi brzeg i &#347;mieje si&#281; do siebie ja szaleniec. M&#243;j wybawca du&#380;o krzyczy, ale prowadzi mnie do stolika, ka&#380;e mi usi&#261;&#347;&#263; i przynosi gor&#261;c&#261; herbat&#281;. Wrzucam trzy kostki cukru i popijam ma&#322;ymi &#322;y&#380;kami. Ludzie wci&#261;&#380; si&#281; na mnie patrz&#261;. Cal jest przestraszony i wydaje mi si&#281; jeszcze mniejszy ni&#380; w rzeczywisto&#347;ci.

Co ty wyprawiasz?- szepcze.

B&#281;d&#281; za nim t&#281;skni&#322;a tak bardzo, &#380;e ma, ochot&#281; zrobi&#263; mu krzywd&#281;. Chc&#281; go zabra&#263; do domu i odda&#263; tacie, zanim pope&#322;ni&#281; jakie&#347; g&#322;upstwo. Ale w domu jest nudno. Mog&#281; si&#281; zgada&#263; na wszystko, bo tata i tak nie prosi, &#380;ebym zrobi&#322;a co&#347;, co ma jakie&#347; znaczenie.

Herbata mnie rozgrzewa. Moja sk&#243;ra zmienia barw&#281; z szarej na opalon&#261; i na odwr&#243;t. Nawet pogoda nie mo&#380;e si&#281; zdecydowa&#263; i zmienia si&#281; z chwili na chwil&#281;.

Chod&#378;, z&#322;apiemy autobus- m&#243;wi&#281;.

Wstaj&#281;, przytrzymuj&#281; si&#281; kraw&#281;dzi stolika i wk&#322;adam buty. Ludzie udaj&#261;, &#380;e na mnie nie patrz&#261;, ale czuj&#281; na sobie ich wzrok. Dzi&#281;ki temu wiem, &#380;e &#380;yj&#281;.



Rozdzia&#322; 11

Czy to prawda?  pyta Cal, kiedy idziemy razem do autobusu.- Lubisz by&#263; chora?

Czasami.

Dlatego wskoczy&#322;a&#347; do wody?

Zatrzymuj&#281; si&#281; i patrz&#281; na niego, na jego b&#322;&#281;kitne oczy z szarymi c&#281;tkami, jak moje. Mamy zdj&#281;cia zrobione wtedy, gdy byli&#347;cie w tym samym wieku. Jeste&#347; my do niebie bardzo podobni.

Wesz&#322;am do wody, bo przygotowa&#322;am sobie list&#281; rzeczy, kt&#243;re chc&#281; zrobi&#263;. Dzisiaj zgadzam si&#281; na wszystko, o co inni mnie poprosz&#261;.

Cal zastanawia si&#281; przez chwil&#281;, a potem u&#347;miecha si&#281; szeroko.

Zrobisz wszystko, o co ci&#281; poprosz&#281;?

Wszy&#347;ciutko.

Wsiadamy do pierwszego lepszego autobusu i zajmujemy miejsca z ty&#322;u na pi&#281;trze.

Dobra- szepcze Cal.- Poka&#380; j&#281;zyk temu panu.

Jest zachwycony, kiedy wykonuj&#281; jego polecenie.

Poka&#380;,,V tej kobiecie w przej&#347;ciu, a potem po&#347;lij ca&#322;usa tym ch&#322;opakom.

By&#322;oby zabawniej, gdyby&#347; si&#281; do mnie przy&#322;&#261;czy&#322;.

Robimy miny, machamy do ludzi i krzyczymy piskliwymi g&#322;osami. Kiedy wreszcie przyciskamy guzik informuj&#261;cy kierowc&#281;, &#380;e chcemy wysi&#261;&#347;&#263;, jeste&#347;my na g&#243;rze zupe&#322;nie sami. Wyp&#322;oszyli&#347;my wszystkich pasa&#380;er&#243;w, ale nic nas to nie obchodzi.

Dok&#261;d idziemy?- pyta Cal.

Na zakupy.

Wzi&#281;&#322;a&#347; kart&#281; kredytow&#261;? Kupisz mi co&#347;?

Tak.

Kupujemy helikopter na pilota. Potrafi si&#281; wznie&#347;&#263; na wysoko&#347;&#263; dziesi&#281;ciu metr&#243;w i odpali&#263; pocisk w powietrzu. Cal wyrzuca opakowanie do kosza stoj&#261;cego przed sklepem i puszcza zabawk&#281; na ulicy. Idziemy tu&#380; za lec&#261;cym helikopterem, zachwyceni jego kolorowymi &#347;wiate&#322;kami. Maszerujemy prosto do sklepu z bielizn&#261;.

Ka&#380;&#281; Calowi usi&#261;&#347;&#263; na krze&#347;le razem z m&#281;&#380;czyznami czekaj&#261;cymi na swoje &#380;ony. Jest co&#347; bardzo mi&#322;ego w tym, &#380;e zdejmuj&#281; z siebie sukienk&#281; nie po to, by podda&#263; si&#281; badaniu, ale po to, by ekspedientka i &#322;agodnym g&#322;osie mog&#322;a mnie zmierzy&#263; i znale&#378;&#263; dla mnie boski i bardzo drogi stanik.

Fioletowy- m&#243;wi&#281;, kiedy pyta mnie o kolor.- I poprosz&#281; majtki do kompletu.- Potem p&#322;ac&#281;, a ona wr&#281;cza mi eleganck&#261; torb&#281; ze srebrnymi uchwytami.

Kupuj&#281; Calowi gadaj&#261;c&#261; ma&#322;p&#281; robota. Nast&#281;pnie idziemy po jeansy dla mnie. Wybieram takie, jakie ma Zoey- sprane, z w&#261;skimi nogawkami.

Cal dostaje gr&#281; na PlayStation. Ja sukienk&#281;. Jedwabn&#261;, szmaragdowo- czarn&#261;. To najdro&#380;szy ciuch, jaki sobie do tej pory sprawi&#322;am. Mrugam do swojego odbicia w lustrze, zostawiam mokr&#261; kieck&#281; w przebieralni i podchodz&#281; do Cala.

Fajnie- rzuca na m&#243;j widok.- Zosta&#322;o ci jeszcze troch&#281; kasy na elektroniczny zegarek?

Kupuj&#281; mu budzik, taki, kt&#243;ry wy&#347;wietla czas tr&#243;jwymiarowo na suficie. Teraz kolej na buty. Sk&#243;rzane, na zamek b&#322;yskawiczny i na wysokich obcasach. Do tego torba na nasze pakunki.

Po wizycie w magicznym sklepiku musimy naby&#263; walizk&#281; na k&#243;&#322;kach. Cal j&#261; ci&#261;gnie, a mnie przychodzi na my&#347;l, &#380;e za chwil&#281; b&#281;dziemy musieli kupi&#263; samoch&#243;d na walizk&#281;. Potem ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281; na samoch&#243;d, statek na ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281;. Wreszcie kupimy port, ocean i ca&#322;y kontynent.

B&#243;l g&#322;owy dopada mnie w McDonaldzie. Czuj&#281; si&#281; tak, jakby kto&#347; mnie oskalpowa&#322; i miesza&#322; &#322;y&#380;eczk&#261; w m&#243;zgu. Kr&#281;ci mi si&#281; w g&#322;owie i mam md&#322;o&#347;ci, a &#347;wiat zewn&#281;trzny atakuje mnie nadmiarem wra&#380;e&#324;.

Bior&#281; paracetamol, ale wiem, &#380;e to nie pomo&#380;e.

Dobrze si&#281; czujesz?- pyta Cal.

Tak.

Zdaje sobie z tego spraw&#281;, &#380;e k&#322;ami&#281;. Objad&#322; si&#281; do granic mo&#380;liwo&#347;ci i siedzi jak kr&#243;l, cho&#263; w jego oczach dostrzegam strach.

Chc&#281; wraca&#263; do domu.

Musz&#281; si&#281; zgodzi&#263;. Oboje udajemy, &#380;e to nie z mojego powodu trzeba zako&#324;czy&#263; t&#281; szalon&#261; eskapad&#281;.

Stoj&#281; na chodniku i patrz&#281;, jak m&#243;j brat zatrzymuje taks&#243;wk&#281;. Trzymam si&#281; &#347;ciany, &#380;eby nie straci&#263; r&#243;wnowagi. Nie pozwol&#281;, &#380;eby ten dzie&#324; zako&#324;czy&#322; si&#281; transfuzj&#261; krwi. Nie dam si&#281; k&#322;u&#263; obrzydliwymi ig&#322;ami.

D&#322;o&#324; Cala jest ma&#322;a i przyjazna, idealnie mie&#347;ci si&#281; w mojej. Usi&#322;uj&#281; cieszy&#263; si&#281; t&#261; chwil&#261;. Niecz&#281;sto zdarza mu si&#281; dobrowolnie trzyma&#263; mnie za r&#281;k&#281;.

B&#281;dziemy mieli k&#322;opoty?- pyta.

A co mog&#261; nam zrobi&#263;?

&#346;mieje si&#281;.

Powt&#243;rzymy kiedy&#347; ten dzie&#324;?

Pewnie.

P&#243;jdziemy na &#322;y&#380;wy?

Tak.

Cal paple o raftingu, je&#378;dzie konnej i skokach na bungee. Wygl&#261;dam przez okno taks&#243;wki. B&#243;l pulsuje mi w g&#322;owie. &#346;wiat&#322;a mijanych samochod&#243;w odbijaj&#261; si&#281; od &#347;cian i obcych twarzy, o&#347;lepiaj&#261;c mnie. Czuj&#281; si&#281; tak, jakby p&#322;on&#281;&#322;o sto ogni.



Rozdzia&#322; 12

Domy&#347;lam si&#281;, &#380;e jestem w szpitalu, kiedy tylko otwieram oczy. W ka&#380;dym pachnie tak samo, a gumka przymocowana do mojego ramienia sprawia znajomy b&#243;l. Pr&#243;buj&#281; usi&#261;&#347;&#263; na &#322;&#243;&#380;ku, ale g&#322;owa mi p&#281;ka i wszystko podchodzi do gard&#322;a.

Piel&#281;gniarka biegnie z misk&#261;, lecz nie zd&#261;&#380;a. Wymiotuj&#281; na koszul&#281; i po&#347;ciel.

Nie szkodzi- pociesza.- Zaraz to posprz&#261;tamy.

Otwiera mi usta, pomaga przewr&#243;ci&#263; si&#281; na bok i rozwi&#261;zuje troczki koszuli.

Zaraz przyjdzie lekarz.

Piel&#281;gniarki nigdy nie m&#243;wi&#261; tego, co wiedz&#261;. P&#322;ac&#261; im za weso&#322;o&#347;&#263; i g&#281;ste w&#322;osy. Musz&#261; wygl&#261;da&#263; zdrowo i energicznie, &#380;eby robi&#263; dobre wra&#380;enie na pacjentach.

Gaw&#281;dzi ze mn&#261;, pomagaj&#261;c mi w&#322;o&#380;y&#263; &#347;wie&#380;&#261; koszul&#281;. Opowiada, &#380;e mieszka&#322;a kiedy&#347; w Afryce Po&#322;udniowej, nad oceanem.

S&#322;o&#324;ce znajduje si&#281; tam bli&#380;ej ziemi i zawsze jest gor&#261;co.

Wyci&#261;ga spode mnie po&#347;ciel i roz&#347;ciela now&#261;.

W Anglii ci&#261;gle marzn&#261; mi stopy- narzeka.  Teraz mo&#380;esz si&#281; po&#322;o&#380;y&#263;. Gotowa? W porz&#261;dku, ju&#380; po wszystkim. W sam&#261; por&#281;, pan doktor przyszed&#322;.

Lekarz ma &#322;ysin&#281;, kt&#243;r&#261; okalaj&#261; siwe w&#322;osy. Jest w &#347;rednim wieku. Wita si&#281; ze mn&#261; grzecznie i przysuwa krzes&#322;o stoj&#261;ce pod oknem, &#380;eby siedzie&#263; blisko &#322;&#243;&#380;ka. Nie trac&#281; nadziei, &#380;e kiedy&#347;, w jakim&#347; szpitalu, trafi&#281; na idealnego lekarza, kt&#243;ry mnie wyleczy, ale do tej pory mi si&#281; nie uda&#322;o. Wola&#322;abym spotka&#263; czarodzieja w pelerynie z magiczn&#261; r&#243;&#380;d&#380;k&#261; albo nieustraszonego rycerza z mieczem w d&#322;oni. Ten jest wyblak&#322;y i uprzejmy jak sprzedawca.

Tesso- m&#243;wi.- Czy wiesz co to hiperkalcemia?

Je&#347;li zaprzecz&#281;, mog&#281; prosi&#263; o co&#347; innego?

Jest za&#380;enowany. K&#322;opot z takimi jak on polega na tym, &#380;e nie chwytaj&#261; dowcipu. Szkoda, &#380;e nie ma asystenta &#380;artownisia, kt&#243;ry &#322;askota&#322;by go pi&#243;rkiem podczas wyg&#322;aszania diagnozy.

Wpatruje si&#281; w kart&#281; choroby, kt&#243;r&#261; trzyma na kolanach.

Hiperkalcemia wi&#261;&#380;e si&#281; z podwy&#380;szonym poziomem wapnia we krwi. Podajemy ci bisfosfonaty, kt&#243;re go obni&#380;&#261;. Ju&#380; teraz powinna&#347; poczu&#263; si&#281; lepiej, wr&#243;ci zdolno&#347;&#263; koncentracji. Md&#322;o&#347;ci te&#380; wkr&#243;tce ust&#261;pi&#261;.

Ju&#380; zawsze jestem zdekoncentrowana.

Czy masz jeszcze jakie&#347; pytania?

Patrzy na mnie wyczekuj&#261;co. Nie chc&#281; go rozczarowa&#263;, ale o co mog&#322;abym zapyta&#263; tego przeci&#281;tnego cz&#322;owieczka?

W ko&#324;cu m&#243;wi, &#380;e piel&#281;gniarka poda mi co&#347; na sen. Wstaje i kiwa g&#322;ow&#261; na po&#380;egnanie. W tym momencie &#380;artowni&#347; powinien pod&#322;o&#380;y&#263; mu sk&#243;rk&#281; od banana, a potem podej&#347;&#263; i usi&#261;&#347;&#263; ko&#322;o mnie na &#322;&#243;&#380;ku. Po&#347;mialiby&#347;my si&#281; z tego pana doktora za jego plecami.

Jest ciemno, kiedy si&#281; budz&#281;. Nic nie pami&#281;tam. Czuj&#281; strach. Usi&#322;uj&#281; zebra&#263; my&#347;li przez dziesi&#281;&#263; sekund i wierzgam nogami, &#380;eby wydosta&#263; si&#281; spod prze&#347;cierade&#322;. Przez chwil&#281; mam wra&#380;enie, &#380;e zosta&#322;am porwana albo &#380;e przydarzy&#322;o mi si&#281; co&#347; jeszcze gorszego.

Tata podbiega i g&#322;aszcze mnie po g&#322;owie, szeptem powtarza moje imi&#281;, niczym zakl&#281;cie.

I nagle sobie przypominam. Wskoczy&#322;am do rzeki, nam&#243;wi&#322;am Cala na szalone zakupy i wyl&#261;dowa&#322;am w szpitalu. Chwilowy zanik pami&#281;ci nape&#322;nia mnie przera&#380;eniem. Serce wali mi jak kr&#243;likowi. Na moment zapomnia&#322;am, kim jestem. By&#322;am nikim i wiem, &#380;e to si&#281; powt&#243;rzy.

Tata u&#347;miecha si&#281; do mnie:

Chcesz wody?- pyta.  Napijesz si&#281;?

Nalewa mi wod&#281; z dzbanka, ale kr&#281;c&#281; odmownie g&#322;ow&#261;, wi&#281;c odstawia szklank&#281; na stolik.

Czy Zoey wie, &#380;e tu jestem?

Grzebie w kieszeni i wyjmuje paczk&#281; papieros&#243;w. Podchodzi do okna i otwiera je. Czuj&#281; nap&#322;yw zimnego powietrza.

Tu nie wolno pali&#263;, tato.

Zamyka okno i wk&#322;ada papierosy do kieszeni.

Rzeczywi&#347;cie- m&#243;wi.- Masz racj&#281;.

Siada z powrotem i bierze mnie za r&#281;k&#281;. Zastanawiam si&#281;, czy on te&#380; zapomnia&#322; na chwil&#281;, kim jest.

Wyda&#322;am mn&#243;stwo pieni&#281;dzy, tato.

Wiem. To nie ma znaczenia.

Nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e mam ich a&#380; tyle na koncie. W ka&#380;dym sklepie spodziewa&#322;am si&#281;, &#380;e nie b&#281;d&#281; mia&#322;a czym zap&#322;aci&#263;, ale tak si&#281; nie sta&#322;o. Zachowa&#322;am paragony, wi&#281;c mo&#380;emy zwr&#243;ci&#263; te rzeczy.

Tata kr&#281;ci przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Spokojnie. Nic si&#281; nie sta&#322;o.

Z Calem wszystko w porz&#261;dku? Przestraszy&#322;am go?

Nic mu nie b&#281;dzie. Chcesz go zobaczy&#263;? Czeka z mam&#261; na korytarzu.

Jeszcze nigdy w ci&#261;gu czterech lat choroby nie odwiedzili mnie wszyscy troje jednocze&#347;nie. Czuj&#281; nag&#322;y przyp&#322;yw l&#281;ku.

Wchodz&#261; z powa&#380;nymi minami. Cal &#347;ciska mam&#281; za r&#281;k&#281;. Mama wygl&#261;da, jakby tu nie pasowa&#322;a. Tata przytrzymuje drzwi. Staj&#261; przy &#322;&#243;&#380;ku i patrz&#261; na mnie. Mam wra&#380;enie, &#380;e to zapowied&#378; dnia, kt&#243;ry kiedy&#347; nadejdzie. P&#243;&#378;niej. Jeszcze nie teraz. Dnia, w kt&#243;rym nie zobacz&#281;,jak mi si&#281; przygl&#261;daj&#261;, nie b&#281;d&#281; mog&#322;a si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263; ani powiedzie&#263;, &#380;eby mnie nie straszyli, tylko usiedli przy &#322;&#243;&#380;ku.

Mama przysuwa sobie krzes&#322;o, nachyla si&#281; i ca&#322;uje mnie. Pachnie znajomo- proszkiem do prania i olejkiem pomara&#324;czowym, kt&#243;rym spryskuje sobie gard&#322;o. Chce mi si&#281; p&#322;aka&#263;.

Wystraszy&#322;a&#347; mnie!- m&#243;wi i kr&#281;ci g&#322;ow&#261;, jakby nie mog&#322;a uwierzy&#263; w to, co si&#281; sta&#322;o.

Ja te&#380; si&#281; ba&#322;em- szepcze Cal.- Zemdla&#322;a&#347; w taks&#243;wce i kierowca my&#347;la&#322;, &#380;e jeste&#347; pijana.

Naprawd&#281;?

Nie wiedzia&#322;em, co robi&#263;. Powiedzia&#322;, &#380;e b&#281;dziemy musieli dop&#322;aci&#263;, je&#347;li zwymiotujesz.

A zwymiotowa&#322;am?

Nie.

Powiedzia&#322;e&#347; mu, &#380;eby spada&#322; na drzewo?

Cal u&#347;miecha si&#281; k&#261;cikami ust.

Nie.

Chcesz usi&#261;&#347;&#263; na moim &#322;&#243;&#380;ku?

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;.

Hej, Cal, nie p&#322;acz! Podejd&#378; do mnie. Pogadajmy o tym, co kupili&#347;my.

Ale Cal siada na kolanach mamy. Jeszcze nigdy nie widzia&#322;am, &#380;eby tak robi&#322;. Tata chyba te&#380; jest zdziwiony. Nawet Cal wydaje si&#281; by&#263; zaskoczony. Opiera g&#322;ow&#281; na jej ramieniu i p&#322;acze. Mama g&#322;aszcze go po plecach, zatacza d&#322;oni&#261; ko&#322;a. Tata wygl&#261;da przez okno. Rozpo&#347;cieram palce na prze&#347;cieradle. S&#261; chude i bia&#322;e jak u wampira wysysaj&#261;cego z ludzi &#380;ycie.

Kiedy by&#322;am ma&#322;a, marzy&#322;am o sukience z welwetu- m&#243;wi mama.  Zielonej z koronkowym ko&#322;nierzykiem. Moja siostra tak&#261; dosta&#322;a. Wiem, jak to jest, kiedy chce si&#281; mie&#263; &#322;adne rzeczy. Je&#347;li b&#281;dziesz chcia&#322;a wybra&#263; si&#281; jeszcze na zakupy, Tesso, p&#243;jd&#281; z tob&#261;.- Macha r&#281;k&#261; w stron&#281; pokoju.- Wszyscy p&#243;jdziemy.

Cal podnosi g&#322;ow&#281; i patrzy na ni&#261;.

Naprawd&#281;? Ja te&#380;?

Tak.

Ciekawe, kto za to zap&#322;aci!- rzuca sucho tata spod okna.

Mama si&#281; u&#347;miecha, ociera &#322;zy Cala wierzchem d&#322;oni i ca&#322;uje go w policzek.

S&#322;one- m&#243;wi.- S&#322;one jak morze.

Tata j&#261; obserwuje. Ciekawe, czy mama zdaje sobie z tego spraw&#281;.

Opowiada nam o swojej rozpieszczonej siostrze, Sarze, i kucyku o imieniu Tango. Tata &#347;mieje si&#281; i przypomina jej, &#380;e nie mog&#322;a w dzieci&#324;stwie narzeka&#263; na bied&#281;. Mama droczy si&#281; z nim i stwierdza, &#380;e dla niego zrezygnowa&#322;a ze swojej bogatej rodziny. Cal &#263;wiczy sztuczk&#281; z monet&#261;. Przek&#322;ada funta do drugiej r&#281;ki i otwiera pi&#281;&#347;&#263;, aby nam pokaza&#263;, &#380;e pieni&#261;dz znikn&#261;&#322;.

Mi&#322;o jest s&#322;ucha&#263;, jak si&#281; przekomarzaj&#261;, przerywaj&#261; sobie nawzajem. Ko&#347;ci nie bol&#261; mnie tak bardzo, kiedy oni s&#261; przy mnie. Mo&#380;e gdybym si&#281; ca&#322;kiem nie rusza&#322;a, nie zauwa&#380;yliby bladego ksi&#281;&#380;yca za oknem ani nie us&#322;yszeliby piel&#281;gniarek tocz&#261;cych w&#243;zki z lekami po korytarzu. Zostaliby ze mn&#261; ca&#322;&#261; noc. Opowiadaliby&#347;my sobie kawa&#322;y i r&#243;&#380;ne historie a&#380; do &#347;witu.

Ale w ko&#324;cu mama oznajmia:

Cal jest zm&#281;czony. Zabior&#281; go do domu i po&#322;o&#380;&#281; do &#322;&#243;&#380;ka- Odwraca si&#281; do taty.- Do zobaczenia.

Ca&#322;uje mnie na po&#380;egnanie, a potem przesy&#322;a ca&#322;usa od drzwi. I ju&#380; ich nie ma.

Mama zostanie u nas?- pytam tat&#281;.

Na t&#281; noc.

Tata podchodzi, siada na krze&#347;le i bierze mnie za r&#281;k&#281;.

Wiesz- zaczyna- gdy by&#322;a&#347; ma&#322;a, oboje z mam&#261; nie spali&#347;my w nocy i patrzyli&#347;my, jak oddychasz. Byli&#347;my przekonani, &#380;e zapomnisz, jak to si&#281; robi, gdy nie b&#281;dziemy patrzyli.- Zmienia u&#347;cisk r&#281;ki, konkury jego palc&#243;w &#322;agodniej&#261;.- Mo&#380;esz si&#281; &#347;mia&#263;, ale to prawda. Jest &#322;atwiej, kiedy dzieci podrastaj&#261;, jednak strach o nie nigdy nie mija. Wci&#261;&#380; si&#281; o ciebie martwi&#281;.

Dlaczego mi to m&#243;wisz?

Wzdycha.

Wiem, &#380;e co&#347; kombinujesz. Cal powiedzia&#322;, &#380;e przygotowa&#322;a&#347; jak&#261;&#347; list&#281;. Musz&#281; wiedzie&#263;, co chcesz zrobi&#263;, nie po to, by ci&#281; powstrzyma&#263;, ale dlatego, &#380;e zale&#380;y mi na twoim bezpiecze&#324;stwie.

Czy to nie to samo?

Nie wydaje mi si&#281;. Nie chc&#281;, &#380;eby&#347; marnowa&#322;a to, co jest w tobie najlepsze, Tesso, i zostawi&#322;a sobie tylko b&#243;l.

Nie s&#322;ysz&#281; tego, co m&#243;wi dalej. Czy naprawd&#281; chce tylko tyle? &#379;ebym go wtajemniczy&#322;a? Ale jak mam mu powiedzie&#263; o Jake'u i jego w&#261;skim &#322;&#243;&#380;ku? Jak wyzna&#263;, &#380;e Zoey kaza&#322;a mi wskoczy&#263; do wody, a ja musia&#322;am jej pos&#322;ucha&#263;? Nast&#281;pne na mojej li&#347;cie s&#261; narkotyki. Potem zostanie mi jeszcze siedem rzeczy do zrobienia. Tata nie pozwoli mi na nie, je&#347;li si&#281; o wszystkim dowie. Nie chc&#281; sp&#281;dzi&#263; reszty &#380;ycia owini&#281;ta kocem na kanapie, z g&#322;ow&#261; na jego ramieniu. Funkcjonuj&#281; tylko dzi&#281;ki tej li&#347;cie.



Rozdzia&#322; 13

My&#347;la&#322;am, &#380;e jest ju&#380; rano, jednak si&#281; pomyli&#322;am. S&#261;dzi&#322;am, &#380;e w domu panuje cisza, bo wszyscy wstali i wyszli. Ale wybi&#322;a dopiero sz&#243;sta i musz&#281; le&#380;e&#263; w bladym &#347;wietle &#347;witu.

Wyjmuj&#281; paczk&#281; chips&#243;w serowych z szafki kuchennej i w&#322;&#261;czam radio. Dowiaduj&#281; si&#281; z niego, &#380;e kilkana&#347;cie os&#243;b tkwi&#322;o przez ca&#322;&#261; nos w samochodach na szosie M3. Nie mia&#322;y one dost&#281;pu do toalety, a jedzenie i picie dostarczano im przez kuriera. Korek. &#346;wiat si&#281; przepe&#322;nia. Jaki&#347; Tory MP zdradza &#380;on&#281;. W hotelu znaleziono zw&#322;oki. Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym ogl&#261;da&#322;a kresk&#243;wki. Wy&#322;&#261;czam radio i wyjmuj&#281; lody czekoladowe z lod&#243;wki. Mam chaos w g&#322;owie i jest mi zimno. Wk&#322;adam p&#322;aszcz, a potem kr&#281;c&#281; si&#281; po kuchni, wypatruj&#261;c cieni, s&#322;uchaj&#261;c szelestu li&#347;ci i &#322;agodnego szumu opadaj&#261;cego kurzu. Powoli si&#281; rozgrzewam.

Siedemna&#347;cie po sz&#243;stej.

Mo&#380;e w ogrodzie co&#347; si&#281; zmieni&#322;o- pojawi&#322; si&#281; bizon, wyl&#261;dowa&#322; statek kosmiczny albo zakwit&#322;y czerwone r&#243;&#380;e. Otwieram tylne drzwi i b&#322;agam &#347;wiat, &#380;eby podarowa&#322; mi co&#347; niezwyk&#322;ego i podniecaj&#261;cego. Niestety, wszystko okazuje si&#281; obrzydliwie znajome- rabaty ogo&#322;ocone z kwiat&#243;w, g&#261;bczasta trawa i niskie ciemne chmury.

Wysy&#322;am do Zoey SMS-a: NARKOTYKI!

Nie odpisuje mi. Na pewno jest u Scotta, le&#380;y rozpalona i szcz&#281;&#347;liwa w jego ramionach. Odwiedzili mnie w szpitalu, usiedli na jednym krze&#347;le, jakby si&#281; pobrali podczas mojej nieobecno&#347;ci. Przynie&#347;li &#347;liwki i lampk&#281; na Halloween kupion&#261; na rynku.

Pomagam Scottowi na stoisku- powiedzia&#322;a Zoey.

Mog&#281; my&#347;le&#263; tylko o tym, &#380;e pa&#378;dziernik sko&#324;czy&#322; si&#281; tak szybko i &#380;e rami&#281; Svotta, obejmuj&#261;ce Zoey, spowalnia jej ruchy. Od tego czasu min&#261;&#322; ju&#380; tydzie&#324;. Codziennie przesy&#322;a mi SMS-y, ale chyba straci&#322;a zainteresowanie moj&#261; list&#261;.

Bez niej sp&#281;dz&#281; czas na schodach, obserwuj&#261;c gromadz&#261;ce si&#281; chmury. Woda b&#281;dzie sp&#322;ywa&#263; rynn&#261; wisz&#261;c&#261; u kuchennego okna i kolejny dzie&#324; minie niezauwa&#380;alnie. Czy to jest &#380;ycie? Czy to w og&#243;le mo&#380;na jako&#347; nazwa&#263;?

Drzwi otwieraj&#261; si&#281; i zamykaj&#261; za moimi plecami. Ci&#281;&#380;kie buty zostawiaj&#261; &#347;lady w b&#322;ocie. Id&#281; &#347;cie&#380;k&#261; i wychylam g&#322;ow&#281; przez p&#322;ot.

Witaj ponownie!- m&#243;wi&#281;.

Adam przyk&#322;ada r&#281;k&#281; do piersi, jakby by&#322; bliski ataku serca.

Jezu! Ale mnie wystraszy&#322;a&#347;!

Przepraszam.

Dzisiaj nie przebra&#322; si&#281; w sw&#243;j roboczy str&#243;j. Ma na sobie sk&#243;rzan&#261; kurtk&#281; i d&#380;insy, a w r&#281;ku trzyma kask.

Jedziesz gdzie&#347;?

Tak.

Oboje patrzymy na jego motocykl. Stoi pod zadaszeniem, przymocowany. Jest czerwono- srebrny. Wygl&#261;da tak, jakby mia&#322; za chwil&#281; odpali&#263; i odjecha&#263;, gdyby tylko kto&#347; go odpi&#261;&#322;.

&#321;adny motor.

Kiwa g&#322;ow&#261;.

W&#322;a&#347;nie go naprawi&#322;em.

A co si&#281; popsu&#322;o?

Mia&#322;em niegro&#378;ny wypadek i dosz&#322;o do wygi&#281;cia wide&#322;ek. Znasz si&#281; na motocyklach?

Mam ochot&#281; potwierdzi&#263;, ale takie k&#322;amstwo szybko wyjdzie na jaw.

Raczej nie. Chocia&#380; zawsze chcia&#322;am si&#281; przejecha&#263;.

Adam rzuca mi dziwne spojrzenie. Zastanawiam si&#281;, jak bym wygl&#261;da&#322;a na motorze. Wczoraj przypomina&#322;am kosmitk&#281;, bo moja sk&#243;ra przybra&#322;a &#380;&#243;&#322;t&#261; barw&#281;. W&#322;o&#380;y&#322;am kolczyki, &#380;eby co&#347; zmieni&#263;, ale dzisiaj nawet nie spojrza&#322;am w lustro. A w ci&#261;gu nocy przecie&#380; wszystko mog&#322;o si&#281; zdarzy&#263;. Czuj&#281; si&#281; troch&#281; nieswojo, kiedy tak na mnie spogl&#261;da.

Pos&#322;uchaj- m&#243;wi.- Chyba musimy porozmawia&#263;.

Odgaduj&#281;, co chce mi powiedzie&#263;, po tonie jego g&#322;osu, pragn&#281; mu tego oszcz&#281;dzi&#263;.

W porz&#261;dku. M&#243;j tata jest papl&#261;. Nawet obcy ludzie patrz&#261; na mnie ze wsp&#243;&#322;czuciem.

Naprawd&#281;?- Jest wyra&#378;nie zdziwiony.- Nie widzia&#322;em ci&#281; od kilku dni, wi&#281;c zapyta&#322;em twojego brata, czy wszystko w porz&#261;dku. To on mi powiedzia&#322;.

Wpatruj&#281; si&#281; w moje stopy i skrawek trawnika wok&#243;&#322; nich. Mi&#281;dzy traw&#261; a p&#322;otem pozostawiono pas go&#322;ej ziemi.

My&#347;la&#322;em, &#380;e jeste&#347; chora na cukrzyc&#281;, po tym, jak zemdla&#322;a&#347;, wtedy w ogrodzie. Nie wiedzia&#322;em.

Tak.

Przykro mi. To znaczy by&#322;o mi przykro, kiedy Cal mi powiedzia&#322;, o ci dolega.

Rozumiem.

Chcia&#322;em, &#380;eby&#347; wiedzia&#322;a, &#380;e znam prawd&#281;.

Dzi&#281;ki.

Nasze s&#322;owa brzmi&#261; bardzo g&#322;o&#347;no. Odbijaj&#261; si&#281; echem w mojej g&#322;owie.

Ludzi zwykle ogarnia l&#281;k, kiedy si&#281; dowiaduj&#261; o mojej chorobie. Trudno im to znie&#347;&#263;- m&#243;wi&#281; w ko&#324;cu, a on przytakuje, jakby rozumia&#322;.  Ale nie zamierzam umiera&#263; w tej chwili. Przygotowa&#322;am list&#281; rzeczy, kt&#243;re chc&#281; zrobi&#263; przed &#347;mierci&#261;.

Nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e mu to powiem. Jestem zaskoczona zar&#243;wno tym, &#380;e si&#281; tak otworzy&#322;am, jak i widokiem u&#347;miechu na jego twarzy.

Jakich rzeczy?

Na pewno nie opowiem mu o Jake'u ani o skoku do rzeki.

Nast&#281;pne na mojej li&#347;cie s&#261; narkotyki.

Narkotyki?

Tak i nie mam na my&#347;li aspiryny.

&#346;mieje si&#281;.

Domy&#347;lam si&#281;.

Przyjaci&#243;&#322;ka za&#322;atwi mi E.

Ekstaz&#281;? Powinna&#347; spr&#243;bowa&#263; grzyb&#243;w. Daj&#261; lepszy efekt.

Wywo&#322;uj&#261; halucynacje, prawda? Nie chc&#281;, &#380;eby atakowa&#322;y mnie szkielety.

Wprawiaj&#261; tylko w dziwny nastr&#243;j, jak ze snu.

Nie przekonuje mnie to, bo moje sny r&#243;&#380;ni&#261; si&#281; nieco od sn&#243;w innych ludzi. Zawsze na ko&#324;cu l&#261;duj&#281; w jakim&#347; opuszczonym miejscu, z kt&#243;rego nie mog&#281; wr&#243;ci&#263;. Budz&#281; si&#281; rozpalona i spragniona.

Mog&#281; ci to za&#322;atwi&#263;, jak chcesz- m&#243;wi Adam.

Naprawd&#281;?

Tak. Nawet dzisiaj.

Dzisiaj?

Po co traci&#263; czas?

Obieca&#322;am przyjaci&#243;&#322;ce, &#380;e nie zrobi&#281; niczego bez niej.

Unosi brwi.

To powa&#380;ne zobowi&#261;zanie.

Odwracam wzrok i patrz&#281; na dom. Tata zaraz wstanie i usi&#261;dzie przy komputerze. Cal wyjdzie do szko&#322;y.

Mog&#281; do niej zadzwoni&#263; i spyta&#263;, czy wpadnie.

Adam zapina kurtk&#281;.

Dobrze.

Sk&#261;d je we&#378;miesz?

K&#261;ciki jego ust unosz&#261; si&#281; lekko w u&#347;miechu.

Kt&#243;rego&#347; dnia zawioz&#281; ci&#281; tam na motorze.

Odchodzi z u&#347;miechem. Wci&#261;&#380; widz&#281; jego oczy, jasnozielone w &#347;wietle poranka.



Rozdzia&#322; 14

Jak my&#347;lisz, sk&#261;d on to bierze?

Zoey ziewa ostentacyjnie.

Z Legolandu- stwierdza.- Albo z weso&#322;ego miasteczka.

Dlaczego jeste&#347; taka okropna?

Obraca si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku i mi si&#281; przygl&#261;da.

Bo on jest nudny i brzydki. Masz mnie, wi&#281;c po co si&#281; z nim zadajesz? Nie powinna&#347; by&#322;a prosi&#263; go o narkotyki. M&#243;wi&#322;am, &#380;e to za&#322;atwi&#281;.

Nie by&#322;o ci&#281;.

Ostatnim razem, kiedy si&#281; widzia&#322;y&#347;my, le&#380;a&#322;a&#347; w szpitalu, a ja przysz&#322;am ci&#281; odwiedzi&#263;.

Przypominam, &#380;e pobyt w szpitalu zawdzi&#281;czam tobie. Kaza&#322;a&#347; mi wskoczy&#263; do tej rzeki.

Zoey pokazuje mi j&#281;zyk, wi&#281;c odwracam si&#281; do okna. Adam przyjecha&#322; ju&#380; dawno temu. Wesz&#322;y&#347;my do domu na p&#243;&#322; godziny, a on w tym czasie zaj&#261;&#322; si&#281; grabieniem li&#347;ci w ogrodzie. My&#347;la&#322;am, &#380;e po nas przyjdzie, ale mo&#380;e to my powinny&#347;my p&#243;j&#347;&#263; do niego.

Zoey staje obok mnie i obie mu si&#281; przygl&#261;damy. Za ka&#380;dym razem, kiedy wrzuca li&#347;cie na w&#243;zek, wiatr cz&#281;&#347;&#263; z nich porywa i rozrzuca z powrotem na trawie.

Czy on nie ma nic lepszego do roboty?

Wiedzia&#322;am, &#380;e to powie. Zoey jest bardzo niecierpliwa. Gdyby posia&#322;a jakie&#347; nasiona, wykopywa&#322;aby je codziennie, &#380;eby sprawdzi&#263;, czy rosn&#261;.

Uprawia ogr&#243;d.

Przyjaci&#243;&#322;ka rzuca mi mia&#380;d&#380;&#261;ce spojrzenie.

Jest op&#243;&#378;niony w rozwoju?

Nie!

Nie powinien studiowa&#263;, czy co&#347; w tym rodzaju?

Chyba opiekuje si&#281; matk&#261;.

Patrzy na mnie, jakby domy&#347;la&#322;a si&#281; czego&#347;.

Podoba ci si&#281;- m&#243;wi.

Wcale nie.

W&#322;a&#347;nie, &#380;e tak. Zabuja&#322;a&#347; si&#281;. Wiesz o nim takie rzeczy, o kt&#243;rych nie mia&#322;aby&#347; poj&#281;cia, gdyby ci&#281; nie obchodzi&#322;.

Potrz&#261;sam przecz&#261;co g&#322;ow&#261; i usi&#322;uj&#281; zmieni&#263; temat. Ale nic z tego. Zoey b&#281;dzie sobie teraz ze mnie kpi&#322;a i rozdmucha ca&#322;&#261; spraw&#281;.

Pewnie codziennie sterczysz w oknie, &#380;eby go szpiegowa&#263;.

Nie.

Na pewno. Zapytam go, co o tobie my&#347;li.

Nie, Zoye!- krzycz&#281;.

Ale ona biegnie do drzwi ze &#347;miechem.

Spytam, czy chce si&#281; z tob&#261; o&#380;eni&#263;!

Prosz&#281; ci&#281;, Zoey. Daj spok&#243;j.

Wreszcie wraca i kr&#281;ci g&#322;ow&#261; z niedowierzaniem.

My&#347;la&#322;am, &#380;e znasz zasady, Tesso. Nigdy si&#281; nie zakochuj. To ogromny b&#322;&#261;d!

A ty i Scott?

Z nami jest inaczej.

Dlaczego?

U&#347;miecha si&#281;.

&#321;&#261;czy nas tylko seks.

Nieprawda. Kiedy odwiedzili&#347;cie mnie w szpitalu, nie odrywa&#322;a&#347; od niego wzroku.

Bzdura.

Tak by&#322;o.

Zoey prowadzi&#322;a taki tryb &#380;ycia, jakby rasa ludzka by&#322;a na wymarciu i nic nie mia&#322;o znaczenia. W towarzystwie Scotta stawa&#322;a si&#281; jednak ciep&#322;a i uleg&#322;a. Czy nie zauwa&#380;y&#322;a tego?

Patrzy&#322;a teraz na mnie z tak&#261; powag&#261;, &#380;e chwytam jej twarz w d&#322;onie i j&#261; ca&#322;uj&#281;, bo chc&#281;, &#380;eby si&#281; u&#347;miechn&#281;&#322;a. Ma mi&#281;kkie usta i &#322;adnie pachnie. Przychodzi mi na my&#347;l, &#380;e mog&#322;abym wyssa&#263; z niej zdrowe bia&#322;e kom&#243;rki, ale odpycha mnie, zanim mog&#281; wypr&#243;bowa&#263; swoj&#261; teori&#281; w praktyce.

Dlaczego to zrobi&#322;a&#347;?

Bo wszystko psujesz. Id&#378; do Adama i spytaj, czy ma grzyby.

Sama id&#378;.

&#346;miej&#281; si&#281;.

Chod&#378;my razem.

Ociera usta r&#281;kawem. Czuje si&#281; niepewnie.

Dobrze. W twoim pokoju unosi si&#281; dziwny zapach.

Adam widzi, &#380;e idziemy w jego stron&#281;. Odstawia grabie i podchodzi do ogrodzenia. Troch&#281; kr&#281;ci mi si&#281; w g&#322;owie na jego widok. Na dworze robi si&#281; ja&#347;niej.

To moja przyjaci&#243;&#322;ka, Zoey.

Kiwa jej g&#322;ow&#261; na powitanie.

Mn&#243;stwo o tobie s&#322;ysza&#322;am!- oznajmia Zoey i wzdycha. Nagle wydaje si&#281; ma&#322;a i bezradna. Wszyscy ch&#322;opcy, kt&#243;rych zna&#322;am, uwa&#380;ali, &#380;e jest &#347;wietn&#261; lask&#261;.

Naprawd&#281;?

O, tak! Tessa m&#243;wi o tobie bez przerwy.

Wymierzam jej kopniaka, &#380;eby j&#261; uciszy&#263;, ale ona mnie ignoruje. Odgarnia w&#322;osy.

Masz grzyby?- pytam, by odwr&#243;ci&#263; jego uwag&#281;.

Si&#281;ga do kieszeni kurtki, wyjmuje ma&#322;&#261; plastikow&#261; torebk&#281; i podaje mi. W &#347;rodku s&#261; ma&#322;e grzyby ciemnego koloru. Wygl&#261;daj&#261; tak, jakby nie zd&#261;&#380;y&#322;y przybra&#263; ostatecznego kszta&#322;tu, wyros&#322;y w sekrecie i nie by&#322;y jeszcze gotowe zaistnie&#263; dla &#347;wiata.

Sk&#261;d je wzi&#261;&#322;e&#347;?

Zebra&#322;em.

Zoey wyrywa mi torebk&#281; i unosi w g&#243;r&#281;.

Nie wiadomo, czy one s&#261; w og&#243;le jadalne. Mo&#380;e to jakie&#347; muchomory?

Nie- zaprzecza Adam.- To nie s&#261; Czapki &#346;mierci ani Anio&#322;y Zniszczenia.

Zoey marszczy brwi i oddaje mu grzyby.

Chyba nie b&#281;dziemy pr&#243;bowa&#322;y. Wolimy ekstaz&#281;.

Mo&#380;ecie spr&#243;bowa&#263; i tego, i tego- proponuje Adam.- Grzyb&#243;w skosztujecie dzisiaj, a ekstaz&#281; za&#380;yjecie kiedy indziej.

Zoey odwraca si&#281; do mnie.

Co ty na to?

Powinny&#347;my spr&#243;bowa&#263;- m&#243;wi&#281;.

Z drugiej strony, ja nie mam przecie&#380; niczego do stracenia.

Adam u&#347;miecha si&#281;.

&#346;wietnie. Chod&#378;cie, zaparz&#281; z nich herbatk&#281;.

Ma tak czyst&#261; kuchni&#281;, &#380;e m&#243;g&#322;by j&#261; pokazywa&#263; w telewizji. Nawet na suszarce nie stoj&#261; naczynia. To dziwne, jego dom jest odwrotno&#347;ci&#261; mojego. I nie chodzi tu o lustrzane odbicie, raczej o panuj&#261;cy w nim porz&#261;dek i cisz&#281;.

Adam odsuwa dla mnie krzes&#322;o przy stole. Siadam.

Gdzie jest twoja mama?- pytam.

&#346;pi.

&#377;le si&#281; czuje?

Nie.

Podchodzi do kuchenki i nastawia wod&#281; w czajniku. Wyjmuje fili&#380;anki z szafki i stawia je na blacie.

Zoey robi miny za jego plecami i u&#347;miecha si&#281; do mnie, zdejmuj&#261;c p&#322;aszcz.

Ten dom jest taki sam jak tw&#243;j- stwierdza.- Tyle, &#380;e na odwr&#243;t.

Usi&#261;d&#378;- m&#243;wi&#281;.

Bierze torebk&#281; z grzybami, otwiera j&#261; i w&#261;cha.

Fuj! Na pewno nie s&#261; truj&#261;ce?

Adam odbiera jej opakowanie i wrzuca zawarto&#347;&#263; do dzbanka. Zalewa wszystko wrz&#261;tkiem. Zoey wstaje i patrzy mu na r&#281;ce przez rami&#281;.

Ma&#322;o tego. Na pewno wiesz, co robisz?

Ja nie b&#281;d&#281; pi&#322;- wyja&#347;nia Adam.- P&#243;jdziemy gdzie&#347;, kiedy poczujecie kopa. Zajm&#281; si&#281; wami.

Zoey przewraca oczami, jakby to by&#322;a najbardziej beznadziejna rzecz, jak&#261; s&#322;ysza&#322;am.

Bra&#322;am ju&#380; narkotyki  m&#243;wi.- Nie potrzebujemy nia&#324;ki.

Wpatruj&#281; si&#281; w jego plecy, podczas gdy miesza grzyby w dzbanku. Dzwonienie &#322;y&#380;eczki przypomina mi wiecz&#243;r, tata zawsze tedy przyrz&#261;dza dla nas kakao do wypicia przed snem. Jest w tym dzwonieniu jaka&#347; rzetelno&#347;&#263;.

Nie wolno ci si&#281; &#347;mia&#263;, je&#347;li b&#281;dziemy zachowywa&#322;y si&#281; g&#322;upio- o&#347;wiadczam.

U&#347;miecha si&#281; do mnie przez rami&#281;.

Nie b&#281;dziecie.

Kto wie?- wtr&#261;ca Zoey- Wcale nas nie znasz. Mo&#380;e zupe&#322;nie nam odbije. Tessa jest zdolna do wszystkiego od czasu, gdy sporz&#261;dzi&#322;a swoj&#261; list&#281;.

To prawda?

Przymknij si&#281;, Zoey!- &#380;&#261;dam.

Przyjaci&#243;&#322;ka siada przy stole.

Ups!- Zakrywa usta d&#322;oni&#261;, ale wcale nie wygl&#261;da, jakby by&#322;o jej przykro.

Adam si&#281;ga po fili&#380;anki i stawia je przed nami. Nap&#243;j paruje i strasznie &#347;mierdzi tektur&#261; oraz mokrymi pokrzywami.

Zoey nachyla si&#281; nad naparem i w&#261;cha go.

To przypomina sos!

Adam siada obok niej.

S&#261; dobre. Zaufaj mi. Dosypa&#322;em troch&#281; cynamonu, &#380;eby je os&#322;odzi&#263;.

Zoey znowu przewraca oczami.

Ostro&#380;nie nabiera troch&#281; p&#322;ynu do ust i po&#322;yka go, krzywi&#261;c si&#281;.

Do dna- m&#243;wi Adam.- Im szybciej wypijesz, tym szybciej poczujesz kopa.

Nie mam poj&#281;cia, jak grzyby na mnie zadzia&#322;aj&#261;, ale udziela mi si&#281; spok&#243;j Adama. S&#322;ysz&#281; tylko jego g&#322;os zach&#281;caj&#261;cy do wypicia tej mikstury. Siedzimy w kuchni i s&#261;czymy br&#261;zowaw&#261; ciecz, a on patrzy na nas. Zoey zatyka nos i pije wielkimi &#322;ykami. Mnie zapach nie przeszkadza. Nie zwracam uwagi na to, co spo&#380;ywam. Nie czuj&#281; smaku.

Siedzimy przez chwil&#281; i gadamy o niczym. Nie mog&#281; si&#281; skoncentrowa&#263;. Czekam, a&#380; co&#347; si&#281; wydarzy. Adam t&#322;umaczy nam, jak rozpozna&#263;, czy grzyby s&#261; dobre. Musz&#261; mie&#263; sto&#380;kowate kapelusze i wrzecionowate nogi. Rosn&#261; w skupiskach, ale tylko p&#243;&#378;nym latem i jesieni&#261;. M&#243;wi, &#380;e s&#261; legalne i suszone mo&#380;na kupi&#263; w niekt&#243;rych sklepach. Potem, poniewa&#380; nic si&#281; nie dzieje, parzy nam normaln&#261; herbat&#281;. Nie zamierzam jej pi&#263;, obejmuj&#281; tylko d&#322;o&#324;mi fili&#380;ank&#281;, &#380;eby ogrza&#263; palce. W kuchni jest zimno, ch&#322;odniej ni&#380; na dworze. Chc&#281; poprosi&#263; Zoey, &#380;eby przynios&#322;a mi p&#322;aszcz, ale mam &#347;ci&#347;ni&#281;te gard&#322;o, czuj&#281; si&#281; tak, jakby dusi&#322;y mnie ma&#322;e r&#261;czki.

To normalne, &#380;e boli mnie gard&#322;o?- pytam.

Adam kr&#281;ci przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Mam wra&#380;enie, &#380;e tchawica mi si&#281; skurczy&#322;a.

Zaraz ci przejdzie- m&#243;wi, jednak dostrzegam w jego oczach cie&#324; strachu.

Zoey zerka na niego.

Da&#322;e&#347; nam za du&#380;o?

Nie! Wszystko b&#281;dzie dobrze, powinna tylko zaczerpn&#261;&#263; &#347;wie&#380;ego powietrza.

W jego g&#322;osie s&#322;ycha&#263; niepewno&#347;&#263;. Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e my&#347;li o tym samym, co ja- jestem inna, m&#243;j organizm reaguje inaczej, nie powinni&#347;my byli ryzykowa&#263;.

Zabierzemy ci&#281; na dw&#243;r.

Wstaj&#281; i pozwalam si&#281; poprowadzi&#263; do drzwi.

Zaczekaj! Wezm&#281; tw&#243;j p&#322;aszcz.

Przed domem jest ciemno. Przystaj&#281; przy schodach i oddycham g&#322;&#281;boko. Staram si&#281; nie wpa&#347;&#263; w panik&#281;. Widz&#281; &#347;cie&#380;k&#281; biegn&#261;c&#261; do bramy, przed kt&#243;r&#261; stoi samoch&#243;d mamy Adama. Po obu jej stronach ro&#347;nie trawa. Z jakiego&#347; powodu wygl&#261;da inaczej ni&#380; zwykle. Nie chodzi o kolor, raczej o wysoko&#347;&#263;; jest przystrzy&#380;ona jak w&#322;osy- na je&#380;a. Zaczyna do mnie dociera&#263;, &#380;e &#347;cie&#380;ka i schody s&#261; bezpieczne, ale trawnik przedstawia zagro&#380;enie. Czyha na mnie.

&#321;api&#281; za klamk&#281;, &#380;eby nie spa&#347;&#263;. Dostrzegam otw&#243;r w drzwiach, kt&#243;ry wygl&#261;da jak oko. Drewniane deski u&#322;o&#380;one s&#261; w taki spos&#243;b, &#380;e zbiegaj&#261; si&#281; wok&#243;&#322; niego jak spirala lub w&#281;z&#322;y. Wygl&#261;da na to, &#380;e drzwi otwieraj&#261; si&#281; do wewn&#261;trz okr&#281;&#380;nie. Poruszaj&#261; si&#281; powolnym, niemal niedostrzegalnym ruchem. Przygl&#261;dam si&#281; temu przez ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;. Przyk&#322;adam oko do dziury, ale widok jest zamglony, wi&#281;c cofam si&#281; do przedpokoju i zamykam drzwi. Teraz patrz&#281; przez otw&#243;r z drugiej strony. &#346;wiat wygl&#261;da z tej perspektywy zupe&#322;nie inaczej, podjazd przed domem wyd&#322;u&#380;a si&#281;, a&#380; w ko&#324;cu przypomina ni&#263;.

Co z twoim gard&#322;em?- pyta Adam, wynurzaj&#261;c si&#281; z g&#322;&#281;bi korytarza z moim p&#322;aszczem w r&#281;ku.

Wygl&#261;da&#322;e&#347; kiedy&#347; przez ten otw&#243;r?

Masz powi&#281;kszone &#378;renice!- stwierdza.- Musisz i&#347;&#263; na zewn&#261;trz. W&#322;&#243;&#380; p&#322;aszcz.

Podaje mi ciep&#322;&#261; kurtk&#281; z kapturem obszytym futrem. Zapina j&#261; na mnie. Czuj&#281; si&#281; jak ma&#322;a eskimoska.

Gdzie twoja przyjaci&#243;&#322;ka?

W pierwszej chwili nie wiem, o kim m&#243;wi; potem sobie przypominam o Zoey i czuj&#281;, jak ciep&#322;o rozlewa si&#281; po moim sercu.

Zoey, Zoey!- wo&#322;am.- Musisz to zobaczy&#263;!

Widz&#281;, &#380;e si&#281; u&#347;miecha, id&#261;c korytarzem. Ma wielkie, pociemnia&#322;e &#378;renice.

Twoje oczy!- wykrzykuj&#281;.

Patrzy na mnie ze zdziwieniem.

Twoje te&#380;!

Przygl&#261;damy si&#281; sobie, przybli&#380;aj&#261;c twarze, a&#380; wreszcie stykamy si&#281; nosami.

W kuchni le&#380;y taki chodnik- szepcze.- Ma w sobie ca&#322;y &#347;wiat.

Tak samo jak te drzwi. Kiedy wygl&#261;dasz przez dziurk&#281;, wszystko zmienia kszta&#322;t.

Poka&#380;.

Przepraszam- wtr&#261;ca Adam.- Nie chc&#281; wam popsu&#263; tej chwili, ale mo&#380;e macie ochot&#281; na przeja&#380;d&#380;k&#281;?

Wyjmuje z kieszeni kluczyki i pokazuje je nam. S&#261; zadziwiaj&#261;ce.

Odsuwa Zoey od drzwi i wychodzimy na zewn&#261;trz. Wystawia r&#281;k&#281; z kluczykami w stron&#281; samochodu, kt&#243;ry reaguje sygna&#322;em rozpoznania. Bardzo ostro&#380;nie schodz&#281; po stopniach i id&#281; &#347;cie&#380;k&#261;. Ostrzegam Zoey przed traw&#261;, ale nie s&#322;yszy mnie. Ta&#324;czy na trawniku i nic z&#322;ego jej nie spotyka. Mo&#380;e niebezpiecze&#324;stwo dotyczy tylko mnie.

Siadam na przednim fotelu, obok Adama; Zoey gramoli si&#281; na ty&#322;.

Czekamy chwil&#281;, wreszcie on pyta:

I co wy na to?

Nic nie odpowiadam.

Widz&#281;, &#380;e jest bardzo ostro&#380;ny. Dotyka kierownicy w taki spos&#243;b, jakby wyci&#261;ga&#322; r&#281;k&#281; do dzikiego zwierz&#281;cia, kt&#243;rego zamierza nakarmi&#263;.

Uwielbiam ten samoch&#243;d- o&#347;wiadcza.

Rozumiem go. Wydaje mi si&#281;, &#380;e znalaz&#322;am si&#281; wewn&#261;trz doskona&#322;ego zegara.

Nale&#380;a&#322; do mojego taty. Mama nie lubi, kiedy nim je&#380;d&#380;&#281;.

Mo&#380;e powinni&#347;my zosta&#263; tutaj!- wo&#322;a z ty&#322;u Zoey.- B&#281;dzie super!

Adam obraca g&#322;ow&#281;, &#380;eby jej si&#281; przyjrze&#263;. M&#243;wi bardzo wolno.

Zabior&#281; was w jedno miejsce. Chodzi&#322;o mi tylko o to, &#380;e mama nie b&#281;dzie zachwycona tym, &#380;e wybrali&#347;my si&#281; na przeja&#380;d&#380;k&#281; samochodem ojca.

Zoey k&#322;adzie si&#281; na tylnym siedzeniu i kr&#281;ci g&#322;ow&#261; z niedowierzaniem.

Uwa&#380;aj na buty!- krzyczy Adam.

Zeoy podrywa si&#281; i pokazuje go palcem.

Sp&#243;jrz na siebie! Zachowujesz si&#281; jak pies, kt&#243;ry za chwil&#281; si&#281; wysra w niedozwolonym miejscu.

Zamknij si&#281;!- wrzeszczy. Jestem wstrz&#261;&#347;ni&#281;ta. Nie wiedzia&#322;am, &#380;e potrafi wydoby&#263; z siebie taki g&#322;os.

Zoey opada z powrotem na oparcie siedzenia.

Jed&#378;, go&#347;ciu- mruczy z rezygnacj&#261;.

Nawet nie us&#322;ysza&#322;am, kiedy Adam uruchomi&#322; silnik. W samochodzie jest ca&#322;kiem cicho. Jego wyposa&#380;enie wydaje si&#281; dosy&#263; kosztowne. Ruszamy z miejsca i wyje&#380;d&#380;amy za bram&#281;. Ciesz&#281; si&#281;, kiedy mijamy domy i ogrody naszej ulicy. Czuj&#281;, &#380;e ta wycieczka otworzy przede mn&#261; jakie&#347; drzwi. Tata m&#243;wi, &#380;e najlepsze utwory muzyczne powstaj&#261; na haju. Na pewno i mnie uda si&#281; dokona&#263; jakiego&#347; fascynuj&#261;cego odkrycia. Wiem, &#380;e tak b&#281;dzie. Przywioz&#281; je ze sob&#261;. B&#281;dzie to co&#347; w rodzaju &#346;wi&#281;tego Graala.

Otwieram okno i wychylam si&#281; z samochodu do po&#322;owy. Zoey robi to samo z ty&#322;u. Czuj&#281; powiew powietrza. Jestem ca&#322;kowicie przebudzona. Widz&#281; rzeczy, kt&#243;rych wcze&#347;niej nie dostrzega&#322;am, w swe wyci&#261;gni&#281;te r&#281;ce chwytam &#380;ycie innych ludzi. Jaka&#347; &#322;adna dziewczyna wpatruje si&#281; w swojego ch&#322;opaka, czuj&#281;, jak bardzo go pragnie. M&#281;&#380;czyzna w autobusie przeczesuje w&#322;osy, a p&#322;atki &#322;upie&#380;u z jego g&#322;owy spadaj&#261; z szelestem na pod&#322;og&#281;; pozostawia na ziemi skrawki siebie. W g&#243;rze nad nim p&#322;acze dziecko, najwyra&#378;niej rozumiej&#261;c kr&#243;tkotrwa&#322;o&#347;&#263; i marno&#347;&#263; tego wszystkiego.

Sp&#243;jrz, Zoey- m&#243;wi&#281;.

Pokazuj&#281; jej dom z otwartymi drzwiami, za kt&#243;rymi wida&#263; fragment korytarza i matk&#281; ca&#322;uj&#261;c&#261; c&#243;rk&#281;. Dziewczynka przystaje na schodach.,,Znam ci&#281;- my&#347;l&#281;.- Nie b&#243;j si&#281;.

Zoey niemal wydosta&#322;a si&#281; przez okno na zewn&#261;trz i opiera si&#281; o dach samochodu. Wspar&#322;a stopy na tylnym siedzeniu i zagl&#261;da przez szyb&#281; z mojej strony. Wygl&#261;da jak nimfa wodna w oknie statku.

Schowaj si&#281; do wozu!- wrzeszczy Adam.- I zdejmij nogi z cholernego siedzenia.

Zoey wraca do &#347;rodka, histerycznie chichocz&#261;c.

Ten odcinek drogi nazywaj&#261; Mugger Mile. Tata zawsze czyta nam wiadomo&#347;ci o tym, co tu si&#281; wydarzy&#322;o. Obszar zamieszkuj&#261; biedni, zrozpaczeni ludzie. Cz&#281;sto maj&#261; tu miejsce akty przemocy. Nabieramy pr&#281;dko&#347;ci i kiedy mijamy mieszka&#324;c&#243;w, wydaje mi si&#281;, &#380;e s&#261; pi&#281;kni. I tak umr&#281; przed nimi, wiem, ale do&#322;&#261;cz&#261; do mnie jeden po drugim.

Przecinamy boczne uliczki. Adam m&#243;wi, &#380;e jedziemy do lasu. Jest tam knajpka i park, a co najwa&#380;niejsze- nikt nas nie znajdzie.

W tym miejscu mo&#380;na naprawd&#281; szale&#263;- twierdzi.- To niedaleko, zd&#261;&#380;ymy wr&#243;ci&#263; do domu jeszcze na herbat&#281;.

Oszala&#322;e&#347;?!- wrzeszczy Zoey.- M&#243;wisz jak Enid Blyton! Chc&#281;, &#380;eby wszyscy wiedzieli, &#380;e jestem na haju, i nie chc&#281; &#380;adnej cholernej herbaty.

Znowu wychyla si&#281; przez okno i posy&#322;a ca&#322;usa przechodniom. Wygl&#261;da jak uciekaj&#261;ca Roszpunka, wiatr rozwiewa jej w&#322;osy. Adam naciska hamulec i Zoey wali g&#322;ow&#261; o dach.

Jezu!- krzyczy.- Zrobi&#322;e&#347; to specjalnie.

Opada na siedzenie i rozciera obola&#322;e miejsce, cicho j&#281;cz&#261;c.

Przepraszam- m&#243;wi Adam.- Musimy zatankowa&#263;.

Dupek.

Adam wysiada, okr&#261;&#380;a samoch&#243;d i nalewa paliwa. Zoey nagle zasypia na tylnym siedzeniu, ss&#261;c kciuk. Mo&#380;e dosta&#322;a wstrz&#261;su m&#243;zgu.

Nic ci nie jest?- pytam.

Ma na ciebie ochot&#281;!- syczy.- Chce si&#281; mnie pozby&#263;, &#380;eby mie&#263; ci&#281; tylko dla siebie. Nie pozw&#243;l mu na to.

To nieprawda.

Czy ty nic nie widzisz?

Wk&#322;ada sobie kciuk z powrotem do ust i odwraca g&#322;ow&#281;. Zostawiam j&#261; i wysiadam. Podchodz&#281; do m&#281;&#380;czyzny w okienku na stacji benzynowej. Ma na twarzy blizn&#281;, kt&#243;ra jak srebrna rzeka sp&#322;ywa mu z w&#322;os&#243;w przez czo&#322;o a&#380; do nosa. Przypomina mojego zmar&#322;ego wujka Billy'ego.

Nachyla si&#281; nad ma&#322;ym biurkiem.

Kt&#243;ry numer?

&#211;smy.

Jest zdezorientowany.

Niemo&#380;liwe.

To mo&#380;e trzeci.

Gdzie stoi tw&#243;j samoch&#243;d?

Tam.

Jaguar?

Nie wiem.

Jak to nie wiesz?

Nie wiem, jaka marka.

Jezu Chryste!

Szybka okienka oddziela mnie od jego z&#322;o&#347;ci. Odsuwam si&#281; zdj&#281;ta zachwytem i groz&#261;.

Ten facet jest czarodziejem- m&#243;wi&#281; do Adama, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie podchodzi i k&#322;adzie mi r&#281;k&#281; na ramieniu.

Mo&#380;esz mie&#263; racj&#281;- szepcze.  Najlepiej schowaj si&#281; do samochodu.

Potem budz&#281; si&#281; w lesie. Stoimy, a Adama nigdzie nie wida&#263;. Zoey &#347;pi wyci&#261;gni&#281;ta na tylnym siedzeniu jak dziecko. Wygl&#261;dam przez okno samochodu. &#346;wiat&#322;o prze&#347;wituj&#261;ce mi&#281;dzy drzewami roztacza widmow&#261; po&#347;wiat&#281;. Nie wiem czy jest dzie&#324;, czy noc. Ogarnia mnie spok&#243;j, kiedy otwieram drzwi auta i wychodz&#281;.

Otaczaj&#261; mnie przer&#243;&#380;ne drzewa, li&#347;ciaste i iglaste. Jest tak zimno, &#380;e na pewno zajechali&#347;my do Szkocji.

Chodz&#281; po lesie, dotykam kory drzew i witam si&#281; z li&#347;&#263;mi. U&#347;wiadamiam sobie, &#380;e jestem g&#322;odna jak wilk. Je&#347;li pojawi si&#281; tu nied&#378;wied&#378;, powal&#281; go na ziemi&#281; i odgryz&#281; mu &#322;eb. Mo&#380;e powinnam rozpali&#263; ogie&#324;. Zastawi&#281; pu&#322;apk&#281; i wykopi&#281; do&#322;y, &#380;eby schwyta&#263; jakie&#347; zwierz&#281;. Zbuduj&#281; sobie sza&#322;as z patyk&#243;w i li&#347;ci i w nim zamieszkam. Tu nie ma kuchenek mikrofalowych ani pestycyd&#243;w. Nie ma fluorescencyjnych pi&#380;am ani budzik&#243;w, kt&#243;re &#347;wiec&#261; w ciemno&#347;ci. Telewizji ani plastiku. Lakieru do w&#322;os&#243;w, farb ani papieros&#243;w. Petrochemia znajduje si&#281; daleko st&#261;d. W lesie jestem bezpieczna. &#346;miej&#281; si&#281; cicho do siebie. Nie mog&#281; uwierzy&#263;, &#380;e nie wpad&#322;am na to wcze&#347;niej. Oto tajemnica, kt&#243;r&#261; mia&#322;am odkry&#263;.

I nagle dostrzegam Adama. Wydaje si&#281; mniejszy i nieoczekiwanie daleki.

Dokona&#322;am odkrycia!- krzycz&#281;.

Co ty wyprawiasz?- pyta cicho i wyra&#378;nie.

Nie odpowiadam. Przecie&#380; to oczywiste i nie chc&#281;, &#380;eby wyszed&#322; na g&#322;upka. Po co niby mia&#322;abym zbiera&#263; ga&#322;&#281;zie i li&#347;cie?

Z&#322;a&#378;!- krzyczy.

Ale drzewo obejmuje mnie ramionami i b&#322;aga, &#380;ebym nie schodzi&#322;a. Pr&#243;buj&#281; to wyja&#347;ni&#263; Adamowi, lecz nie jestem pewna, czy mnie s&#322;yszy. Zdejmuje kurtk&#281; i zaczyna si&#281; wspina&#263;.

Musisz zej&#347;&#263;!- wo&#322;a. Wygl&#261;da jak duchowny, kiedy tak wdrapuje si&#281; na g&#243;r&#281;, jak cichy, s&#322;odki mnich przynosz&#261;cy ocalenie.  Tw&#243;j tata mnie zabije, je&#347;li co&#347; sobie z&#322;amiesz. Prosz&#281; ci&#281;, Tesso, zejd&#378;.

Jest ju&#380; blisko. Jego twarz zmala&#322;a, osi&#261;gn&#281;&#322;a rozmiar reflektor&#243;w znajduj&#261;cych si&#281; za nim. Nachylam si&#281;, &#380;eby zliza&#263; z niego zimno. Ma s&#322;on&#261; sk&#243;r&#281;.

Prosz&#281;- powtarza.

Nie czuj&#281; b&#243;lu. &#379;eglujemy razem, chwytaj&#261;c powietrze w obj&#281;cia. Na dole siadamy na stosie li&#347;ci i Adam trzyma mnie w ramionach jak dziecko.

Co tam robi&#322;a&#347;?- pyta.- Po co wesz&#322;a&#347; na drzewo?

Zbiera&#322;am ga&#322;&#281;zie na sza&#322;as.

Twoja przyjaci&#243;&#322;ka mia&#322;a racj&#281;. &#379;a&#322;uj&#281;, &#380;e da&#322;em ci a&#380; tyle.

Przecie&#380; nic mi nie da&#322;, opr&#243;cz imienia i brudu pod paznokciami. Nic o nim nie wiem. Zastanawiam si&#281;, czy mog&#281; powierzy&#263; mu swoj&#261; tajemnic&#281;.

Co&#347; ci powiem- m&#243;wi&#281;.- Musisz mi obieca&#263;, &#380;e nikomu nie powt&#243;rzysz, dobrze?

Kiwa g&#322;ow&#261;, ale nie wydaje si&#281; przekonany. Siadam obok niego i upewniam si&#281;, &#380;e na mnie patrzy. Ta&#324;cz&#261; na nim kolory i &#347;wiat&#322;a. B&#322;yszczy tak, &#380;e widz&#281; ko&#347;ci i &#347;wiat za jego oczami.

Nie b&#281;d&#281; wi&#281;cej chora.- Jestem taka podniecona, &#380;e trudno mi wypowiada&#263; s&#322;owa.- Musz&#281; tylko zosta&#263; w tym lesie. Je&#347;li pozostan&#281; daleko od wsp&#243;&#322;czesnego &#347;wiata i jego &#347;wiecide&#322;ek, wyzdrowiej&#281;. Mo&#380;esz zosta&#263; ze mn&#261;, je&#347;li chcesz. Zbudujemy sobie sza&#322;asy i pu&#322;apki. B&#281;dziemy hodowali warzywa.

Adam ma oczy pe&#322;ne &#322;ez. Patrz&#281;, jak p&#322;aczem u odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; mnie z wysokiej g&#243;ry.

Tesso.

Nad jego ramieniem dostrzegam dziur&#281; w niebie, a brz&#281;czenie satelity przyprawia mnie i szcz&#281;kanie z&#281;bami. Potem satelita znika i zostaje tylko ziej&#261;ca pustka.

K&#322;ad&#281; palec na jego ustach.

Nie.- prosz&#281;.- Nic nie m&#243;w.



Rozdzia&#322; 15

Szukam czego&#347; w internecie  m&#243;wi tata, wskazuj&#261;c laptop.- Mog&#322;aby&#347; chodzi&#263; w k&#243;&#322;ko gdzie indziej?

&#346;wiat&#322;o z ekranu odbija si&#281; w jego okularach. Siadam na krze&#347;le po przeciwnej stronie.

To te&#380; jest irytuj&#261;ce- protestuje, nie podnosz&#261;c wzroku.

To, &#380;e tu siedz&#281;?

Nie.

&#379;e pukam palcami o st&#243;&#322;?

Pos&#322;uchaj. Jaki&#347; lekarz opracowa&#322; metod&#281; leczenia zwan&#261; oddychaniem ko&#347;ci. S&#322;ysza&#322;a&#347; o tym?

Nie.

Musisz wyobrazi&#263; sobie sw&#243;j oddech w jakim&#347; ciep&#322;ym kolorze. Wdychasz najpierw powietrze przez lew&#261; stop&#281;, od do&#322;u a&#380; do biodra, a potem wydychasz t&#261; sam&#261; drog&#261;. Powtarzasz to siedem razy i przechodzisz do drugiej nogi. Chcesz spr&#243;bowa&#263;?

Nie.

Tata zdejmuje okulary i patrzy na mnie.

Przesta&#322;o pada&#263;. Mo&#380;e we&#378;miesz koc i posiedzisz w ogrodzie? Zawo&#322;am ci&#281;, kiedy przyjdzie piel&#281;gniarka.

Nie chc&#281;.

Wzdycha, wk&#322;ada okulary i wraca do komputera. Nienawidz&#281; go. Wiem, &#380;e spogl&#261;da za mn&#261;, kiedy wychodz&#281;. S&#322;ysz&#281;, jak oddycha z ulg&#261;.

Drzwi do naszych sypialni s&#261; zamkni&#281;te i w przedpokoju panuje p&#243;&#322;mrok. Wchodz&#281; po schodach na czworakach, siadam na szczycie i spogl&#261;dam w d&#243;&#322;. P&#243;&#322;mrok si&#281; przesuwa. Mo&#380;e zaczynam widzie&#263; rzeczy, kt&#243;rych inni nie s&#261; w stanie dostrzec. Na przyk&#322;ad atomy. Podnosz&#281; si&#281; i sun&#281; dalej, szoruj&#261;c kolanami po dywanie. Sprawia mi to przyjemno&#347;&#263;. Schody maj&#261; trzyna&#347;cie stopni. Za ka&#380;dym razem, kiedy licz&#281;, wypada tyle samo.

Zwijam si&#281; w k&#322;&#281;bek na samym dole. W tym miejscy przysiada zwykle kotka, gdy chce, aby kto&#347; si&#281; o ni&#261; potkn&#261;&#322;. Zawsze pragn&#281;&#322;am by&#263; kotem. Ciep&#322;ym i udomowionym, kiedy zechc&#281;, albo dzikim, kiedy poczuj&#281;, &#380;e mam wszystkiego do&#347;&#263;.

S&#322;ysz&#281; dzwonek do drzwi. Zwijam si&#281; jeszcze cia&#347;niej.

Tata wychodzi na korytarz.

Tesso!- wo&#322;a.- Na lito&#347;&#263; bosk&#261;!

Dzisiaj przysz&#322;a nowa piel&#281;gniarka. Ma na sobie sp&#243;dnic&#281; w szkock&#261; krat&#281;. Prze do przodu niczym okr&#281;t. Tata wygl&#261;da na rozczarowanego.

To jest Tessa- m&#243;wi, pokazuj&#261;c miejsce, w kt&#243;rym le&#380;&#281;.

Piel&#281;gniarka jest przera&#380;ona.

Spad&#322;a ze schod&#243;w?

Nie. Od dw&#243;ch tygodni nie wychodzi z domu i zaczyna z tego powodu wariowa&#263;.

Kobieta podchodzi i mi si&#281; przygl&#261;da. Jej wielkie piersi faluj&#261;, kiedy wyci&#261;ga r&#281;k&#281;, &#380;eby pom&#243;c mi wsta&#263;. Ma d&#322;o&#324; jak rakieta tenisowa.

Jestem Philippa- oznajmia, jakby to wyja&#347;nia&#322;o wszystko.

Prowadzi mnie do salonu i pomaga mi usi&#261;&#347;&#263;. Potem przykuca po mojej przeciwnej stronie.

Rozumiem- m&#243;wi- &#380;e nie czujesz si&#281; dzisiaj dobrze?

A pani jak by si&#281; czu&#322;a?

Tata rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie. Nie obchodzi mnie to.

Masz kr&#243;tki oddech albo md&#322;o&#347;ci?

Bior&#281; anty emetyki. Zajrza&#322;a pani mo&#380;e do karty choroby?

Prosz&#281; jej wybaczy&#263;- wtr&#261;ca tata.- Ostatnio troch&#281; boli j&#261; noga, to wszystko. Piel&#281;gniarka, kt&#243;ra by&#322;a tu przed tygodniem, twierdzi&#322;a, &#380;e to nic takiego. Zdaje si&#281;, &#380;e mia&#322;a na imi&#281; Sian. Wiedzia&#322;a, jakie leki Tessa przyjmuje.

Prycham przez nos. Tata m&#243;wi to lekkim tonem, ale mnie nie nabierze. Kiedy Sian by&#322;a tu po raz ostatni, zaproponowa&#322; jej kolacj&#281; i zrobi&#322; z siebie kompletnego kretyna.

Staramy si&#281;, &#380;eby pacjenci mieli opiek&#281; sta&#322;ej osoby z personelu, jednak nie zawsze jest to mo&#380;liwe.- Philippa odwraca si&#281; do mnie, lekcewa&#380;&#261;c tat&#281; i jego &#380;a&#322;osne &#380;ycie mi&#322;osne.

Sk&#261;d te zadrapania na r&#281;kach, Tesso?

Wdrapywa&#322;am si&#281; na drzewo.

Masz niski poziom trombocyt&#243;w. Zaplanowa&#322;a&#347; jakie&#347; aktywne dzia&#322;ania na ten tydzie&#324;?

Nie chc&#281; kolejnej transfuzji krwi!

Zrobimy badania, musimy upewni&#263; si&#281;, &#380;e nic ci nie grozi.

Tata proponuje jej kaw&#281;, ale ona odmawia. Sian by si&#281; napi&#322;a.

Tata sobie nie radzi- m&#243;wi&#281; Philippie, kiedy zostajemy same.- Wszystko mu leci z r&#261;k.

Piel&#281;gniarka pomaga mi zdj&#261;&#263; bluzk&#281;.

A jak ty si&#281; z tym czujesz?

Bawi mnie to.

Wyjmuje z torby gaz&#281; i &#347;rodek odka&#380;aj&#261;cy w sprayu, wk&#322;ada r&#281;kawiczki i podnosi moj&#261; r&#281;k&#281;, &#380;eby zdezynfekowa&#263; sk&#243;r&#281; przed nak&#322;uciem. Czekamy, a&#380; wyschnie.

Ma pani ch&#322;opaka?- pytam.

M&#281;&#380;a.

Jak ma na imi&#281;?

Andy.

Wymawia jego imi&#281; z zak&#322;opotaniem. Ci&#261;gle spotykam ludzi, kt&#243;rzy nie umiej&#261; si&#281; przedstawia&#263;, za to chc&#261; wiedzie&#263; wszystko ma m&#243;j temat.

Wierzy pani w Boga?

Odchyla si&#281; na krze&#347;le i marszczy brwi.

Co to za pytanie?!

Wierzy pani?

Chcia&#322;abym.

A w niebo? Wierzy pani w niebo?

Rozpakowuje ig&#322;&#281; jednorazow&#261;.

To zach&#281;caj&#261;ca koncepcja.

Ale niekoniecznie prawdziwa.

Patrzy na mnie surowo.

Miejmy nadziej&#281;, &#380;e prawdziwa.

A ja my&#347;l&#281;, &#380;e to wielkie oszustwo. Cz&#322;owiek umiera i wszystko si&#281; ko&#324;czy.

Wreszcie co&#347; j&#261; ruszy&#322;o. Jest oburzona.

A co si&#281; dzieje z dusz&#261; i energi&#261;?

Obracaj&#261; si&#281; w nico&#347;&#263;.

Wiesz- m&#243;wi- istniej&#261; grupy wsparcia, miejsca, w kt&#243;rych pozna&#322;aby&#347; m&#322;odych ludzi znajduj&#261;cych si&#281; w takiej samej sytuacji.

Nikt nie jest w takiej samej sytuacji.

Tak my&#347;lisz?

Tak.

Unosz&#281; rami&#281;, &#380;eby mog&#322;a pobra&#263; mi krew. Jestem w po&#322;owie robotem, mam pod sk&#243;r&#261; plastik i metal. Odci&#261;ga krew od strzykawki i wylewa j&#261;. To wielka strata, pierwsza strzykawka zosta&#322;a ska&#380;ona sol&#261; fizjologiczn&#261;. Przez te wszystkie lata piel&#281;gniarki musia&#322;y ju&#380; zabra&#263; ca&#322;y zapas krwi z mojego organizmu. Philippa bierze drug&#261; strzykawk&#281;, pobiera krew i wstrzykuje j&#261; do prob&#243;wki, na kt&#243;rej niebieskim atramentem wypisuje moje imi&#281; i nazwisko.

Gotowe- oznajmia.- Zadzwoni&#281; za godzin&#281; i podam ci wyniki. Czy mog&#281; ci jeszcze jako&#347; pom&#243;c?

Nie.

Masz wszystkie leki? Mog&#281; wpa&#347;&#263; do apteki i kupi&#263;, co potrzebujesz.

Nie, dzi&#281;kuj&#281;.

Wstaje i patrzy na mnie z g&#243;ry z powag&#261;.

Nasi pracownicy spo&#322;eczni s&#261; w stanie zaoferowa&#263; ci wsparcie, Tesso. Mo&#380;emy ci pom&#243;c z w powrocie do szko&#322;y, cho&#263;by cz&#281;&#347;ciowym, na kilka tygodni. Warto o tym pomy&#347;le&#263;. Twoja sytuacja wr&#243;ci&#322;aby w pewnym stopniu do normy.

&#346;miej&#281; si&#281; jej w twarz.

Chodzi&#322;aby pani do szko&#322;y na moim miejscu?

Czu&#322;abym si&#281; samotna, gdybym przesiadywa&#322;a w domu ca&#322;ymi dniami.

Nie jestem samotna.

Zapewne- przyznaje mi racj&#281;.  Ale twojemu tacie jest naprawd&#281; ci&#281;&#380;ko.

Krowa. Nie wolno m&#243;wi&#263; takich rzeczy. Patrz&#281; jej prosto w oczy. Chyba zrozumia&#322;a.

Do widzenia, Tesso. Zajrz&#281; jeszcze na chwil&#281; do kuchni i wychodz&#281;.

Tata nie zwraca uwagi na jej tusz&#281; i proponuje ciasto owocowe oraz kaw&#281;, a ona si&#281; zgadza! Jedynym, co powinni&#347;my proponowa&#263; go&#347;ciom, s&#261; plastikowe worki na buty. A na bramie nale&#380;a&#322;o wymalowa&#263; wielki znak X.

Wykradam papierosa z kieszeni taty, id&#281; na g&#243;r&#281; i wychylam si&#281; przez okno w pokoju Cala. Chc&#281; popatrze&#263; na ulic&#281;. Wida&#263; st&#261;d jezdni&#281; za wierzcho&#322;kami drzew. Przyje&#380;d&#380;a samoch&#243;d. Potem drugi. Kto&#347; idzie.

Wydmuchuj&#281; dym w g&#243;r&#281;. Za ka&#380;dym razem, gdy si&#281; zaci&#261;gam papierosem, s&#322;ysz&#281; jak trzeszcz&#261; mi p&#322;uca. Mo&#380;e mam gru&#378;lic&#281;. Chcia&#322;abym, &#380;eby tak by&#322;o. Wszyscy wielcy poeci cierpieli na t&#281; chorob&#281;; jest ona oznak&#261; wra&#380;liwo&#347;ci. Rak niesie tylko upokorzenie.

Philippa wychodzi przed dom i przystaje. Strz&#261;sam popi&#243;&#322; na jej g&#322;ow&#281;, ale nie widzi tego. S&#322;ysz&#281;, jak &#380;egna si&#281; swoim tubalnym g&#322;osem. I idzie w stron&#281; furtki, poruczaj&#261;c si&#281; jak kaczka.

Siadam na &#322;&#243;&#380;ku Cala. Zaraz przyjdzie tu tata. Bior&#281; do r&#281;ki d&#322;ugopis i pisz&#281; na tapecie:,,spadochrony, koktajle, kamienie, lizaki, wiadra, zebry, szopy, papierosy, zimna woda w kranie. Obw&#261;chuj&#281; swoje pachy, r&#281;ce i palce. Zarzucam w&#322;osy na twarz, zn&#243;w na plecy, traktuj&#281; je jak szmaty.

Tata zwleka ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;. Chodz&#281; w t&#281; i z powrotem po pokoju. Staj&#281; przed lustrem i wyrywam sobie w&#322;os. Jest ciemniejszy ni&#380; te z przodu g&#322;owy, wije si&#281;, jakby pochodzi&#322; z &#322;ona. Ogl&#261;dam go dok&#322;adnie i rzucam na pod&#322;og&#281;. Podoba mi si&#281; my&#347;l, &#380;e nawet gdy mnie ju&#380; nie b&#281;dzie, on zostanie na dywanie.

W pokoju Cala wisi na &#347;cianie mapa &#347;wiata. S&#261; na niej oceany i pustynie. Na suficie przyklei&#322; model uk&#322;adu s&#322;onecznego. K&#322;ad&#281; si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku, &#380;eby mu si&#281; przyjrze&#263;. Nagle czuj&#281; si&#281; bardzo ma&#322;a.

Dok&#322;adnie pi&#281;&#263; minut p&#243;&#378;niej otwieram oczy i schodz&#281; do kuchni, &#380;eby zobaczy&#263;, co robi tata. Wyszed&#322; i zostawi&#322; mi g&#322;upi&#261; wiadomo&#347;&#263; przy laptopie.

Dzwoni&#281;.

Gdzie jeste&#347;?

Przecie&#380; zasn&#281;&#322;a&#347;.

Gdzie jeste&#347;?

Wyszed&#322;em na chwil&#281; na kaw&#281;. Jestem w parku.

W parku? Po co tam poszed&#322;e&#347;? Kaw&#281; mamy w domu.

Tesso! Potrzebowa&#322;em troch&#281; przestrzeni. W&#322;&#261;cz telewizor, je&#380;eli czujesz si&#281; samotna. Nied&#322;ugo wr&#243;c&#281;.

Jaka&#347; kobieta gotuje kurczaka. Trzej m&#281;&#380;czy&#378;ni przyciskaj&#261; guziki, bior&#261;c udzia&#322; w grze o pi&#281;&#263;dziesi&#261;t tysi&#281;cy funt&#243;w. Dwoje aktor&#243;w wyk&#322;&#243;ca si&#281; o martwego kota. Jeden z nich &#380;artuje, &#380;e ka&#380;e go wypcha&#263;. Przygn&#281;biaj&#261;ce. Wy&#322;&#261;czam foni&#281;. Co za bzdury nadaj&#261; w telewizji? Jak niewiele mamy do powiedzenia.

Wysy&#322;am SMS-a do Zoey; GDZIE JESTE&#346;? Odpisuje, &#380;e w college'u. K&#322;amie, w pi&#261;tki nie ma zaj&#281;&#263;.

Chcia&#322;abym mie&#263; numer kom&#243;rkowy Adama. Napisa&#322;abym:,,UMAR&#321;E&#346;?

Powinien by&#263; w ogrodzie i rozrzuca&#263; naw&#243;z- torf i zgni&#322;e warzywa. Przejrza&#322;am listopadowe rady dla ogrodnik&#243;w w,,Reader's Digest taty. Podobno to idealna pora na u&#380;y&#378;nianie gleby. Powinien te&#380; pomy&#347;le&#263; o zasadzeniu orzecha w&#322;oskiego. Stanowi on atrakcyjny dodatek do ka&#380;dego ogrodu. Przysz&#322;o mi do g&#322;owy, &#380;e lepiej zasadzi&#263; leszczyn&#281;. Orzechy laskowe maj&#261; kszta&#322;t serca.

Nie widzia&#322;am Adama od trzech dni.

Obieca&#322; mi przeja&#380;d&#380;k&#281; na motorze.



Rozdzia&#322; 16

Jest brzydszy, ni&#380; mi si&#281; wydawa&#322;o. Pewnie wyidealizowa&#322;am jego obraz w pami&#281;ci. Nie wiem dlaczego. Wyobra&#380;am sobie, jak Zoey by mnie wy&#347;mia&#322;a, &#380;e zapuka&#322;am do jego drzwi. Postanowi&#322;am, &#380;e nigdy jej o tym nie powiem. Twierdzi, &#380;e brzydale przyprawiaj&#261; j&#261; o b&#243;l g&#322;owy.

Unikasz mnie- m&#243;wi&#281;.

Zaskoczy&#322;am go, ale szybko dochodzi do siebie.

By&#322;em zaj&#281;ty.

Naprawd&#281;?

Tak.

Wi&#281;c nie boisz si&#281;, &#380;e ci&#281; zara&#380;&#281;? Wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzi zachowuje si&#281; tak, jakbym mog&#322;a przekaza&#263; im raka, albo traktuj&#261; mnie tak, jakbym zachorowa&#322;a z w&#322;asnej winy.

Jest przestraszony.

Nie, nie! Ja tak nie my&#347;l&#281;!

&#346;wietnie. To kiedy przejedziemy si&#281; na motorze?

Zawstydzony szura nogami na schodach.

Tak naprawd&#281; nie zda&#322;em jeszcze wszystkich egzamin&#243;w i nie wolno mi wozi&#263; pasa&#380;er&#243;w.

Przychodzi mi na my&#347;l, &#380;e jest pewnie milion powod&#243;w, dla kt&#243;rych przeja&#380;d&#380;ka motorem z Adamem to kiepski pomys&#322;. Mo&#380;emy mie&#263; wypadek. Mo&#380;e te&#380; nie by&#263; to tak przyjemne, jak si&#281; spodziewam. Co powiem Zoey? Najbardziej na &#347;wiecie chc&#281; si&#281; przejecha&#263; motorem. Nie pozwol&#281;, &#380;eby powstrzyma&#322; mnie brak jakiej&#347; g&#322;upiej licencji.

Masz zapasowy kask?- pytam.

Na jego twarzy zn&#243;w pojawia si&#281; leniwy u&#347;miech. Uwielbiam go! Czy te&#380; wydaje mi si&#281; brzydki? Nie, ca&#322;kowicie si&#281; zmieni&#322;.

W szopie. Mam te&#380; zapasow&#261; kurtk&#281;.

Nie mog&#281; powstrzyma&#263; u&#347;miechu. Czuj&#281; si&#281; odwa&#380;na i pewna siebie.

No to jazda. Nim zacznie pada&#263;.

Zamyka za sob&#261; drzwi.

Nie b&#281;dzie pada&#263;.

Okr&#261;&#380;amy dom i wyjmujemy rzeczy z szopy. Kiedy jednak pomaga mi zapi&#261;&#263; kurtk&#281;, m&#243;wi&#261;c, &#380;e jego motor wyci&#261;ga 140 km/h, otwieraj&#261; si&#281; tylnie drzwi i jaka&#347; kobieta wychodzi na dw&#243;r. Ma na sobie koszul&#281; nocn&#261; i kapcie.

Wracaj do domu, mamo- prosi Adam.- Przezi&#281;bisz si&#281;.

Ale ona idzie w nasz&#261; stron&#281;. Ma najsmutniejsz&#261; twarz, jak&#261; widzia&#322;am, wygl&#261;da tak, jakby kiedy&#347; si&#281; topi&#322;a i woda pozostawi&#322;a na niej sw&#243;j &#347;lad.

Dok&#261;d si&#281; wybierasz?- pyta, nie zwracaj&#261;c na mnie uwagi.- Nie m&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e wychodzisz.

Nied&#322;ugo wr&#243;c&#281;.

Kobieta wydaje dziwny d&#378;wi&#281;k z g&#322;&#281;bi gard&#322;a. Adam patrzy na ni&#261; ostro.

Przesta&#324;, mamo. Wyk&#261;p si&#281; i ubierz. B&#281;d&#281; z powrotem, zanim si&#281; obejrzysz.

Kiwa g&#322;ow&#261; i idzie w stron&#281; domu. Nagle zatrzymuje si&#281;, jakby o czym&#347; sobie przypomnia&#322;a, odwraca si&#281; i po raz pierwszy spogl&#261;da na mnie, na obc&#261; osob&#281; w jej ogrodzie.

Kim jeste&#347;?- pyta.

Mieszkam obok. Przysz&#322;am do Adama.

Smutek w jej oczach si&#281; pog&#322;&#281;bia.

Tak my&#347;la&#322;am.

Adam podchodzi do matki i ujmuje j&#261; &#322;agodnie za &#322;okcie.

Chod&#378;my- prosi.- Powinna&#347; wej&#347;&#263; do domu.

Pozwala mu poprowadzi&#263; si&#281; &#347;cie&#380;k&#261; do tylnich drzwi. Wchodzi na stopie&#324; i odwraca si&#281; jeszcze raz, &#380;eby na mnie spojrze&#263;. Nie odzywa si&#281;, ja te&#380; milcz&#281;. Patrzymy na siebie, a potem oboje znikaj&#261; w &#347;rodku. Zastanawiam si&#281;, o czym rozmawiaj&#261;.

Czy ona dobrze si&#281; czuje?- pytam, kiedy Adam wraca do ogrodu.

Jed&#378;my ju&#380;.- m&#243;wi.

Nie tak to sobie wyobra&#380;a&#322;am. Nie przypomina to jazdy na rowerze stromym zboczem ani nawet przeja&#380;d&#380;ki samochodem z g&#322;ow&#261; wystawion&#261; na zewn&#261;trz. To co&#347; bardziej &#380;ywio&#322;owego, jak spacer po pla&#380;y zim&#261;, kiedy wiatr od morza jest tak silny, &#380;e niemal urywa g&#322;ow&#281;. Kaski maj&#261; plastikow&#261; os&#322;on&#281; na twarz. Opu&#347;ci&#322;am swoj&#261;, ale Adam tego nie zrobi&#322;. Celowo.

Lubi&#281;, kiedy wiatr wieje mi w oczy- powiedzia&#322;.

Kaza&#322; mi si&#281; przytuli&#263;, gdy b&#281;dziemy mijali zakr&#281;ty. Stwierdzi&#322;, &#380;e skoro to moja pierwsza przeja&#380;d&#380;ka, nie b&#281;dzie jecha&#322; zbyt szybko. Ale przecie&#380; to mog&#322;o oznacza&#263; wszystko. Nawet przy mniejszej pr&#281;dko&#347;ci mo&#380;emy si&#281; unie&#347;&#263; i polecie&#263;.

Mijamy ulice, latarnie, domy. Zostawiamy za sob&#261; sklepy, zak&#322;ady przemys&#322;owe i lasek, przekraczamy granic&#281; miasta, gdzie wszystko ma ustalony porz&#261;dek. Przed nami pojawiaj&#261; si&#281; drzewa, pola i przestrze&#324;. Chowam g&#322;ow&#281; za plecami Adama, zamykam oczy i zastanawiam si&#281;,dok&#261;d mnie zabierze. Wyobra&#380;am sobie konie w silniku, z rozd&#281;tymi chrapami, paruj&#261;cym oddechem, galopuj&#261;ce nad ziemi&#261;. S&#322;ysza&#322;am kiedy&#347; histori&#281; o nimfie porwanej przez boga i uwiezionej rydwanem w jak&#261;&#347; mroczn&#261; i niebezpieczn&#261; okolic&#281;.

Doje&#380;d&#380;amy do miejsca, kt&#243;rego zupe&#322;nie si&#281; nie spodziewa&#322;am- na zab&#322;ocony parking na poboczu autostrady. Stoj&#261; tam dwie ci&#281;&#380;ar&#243;wki, kilka samochod&#243;w i budka z hot dogami.

Adam wy&#322;&#261;cza silnik, kopie podstawk&#281; i zdejmuje kask.

Musisz zsi&#261;&#347;&#263; pierwsza- m&#243;wi.

Kiwam g&#322;ow&#261; nie mog&#261;c wyksztusi&#263; ani s&#322;owa, zostawi&#322;am oddech gdzie&#347; daleko na drodze. Kolana mi si&#281; trz&#281;s&#261; i musz&#281; zdoby&#263; si&#281; na wysi&#322;ek, &#380;eby przerzuci&#263; nog&#281; nad motorem i postawi&#263; j&#261; na ziemi. Ziemia jest nieruchoma. Jeden z kierowc&#243;w ci&#281;&#380;ar&#243;wek puszcza do mnie oko przez szyb&#281;. Trzyma w r&#281;ku fili&#380;ank&#281; z paruj&#261;c&#261; herbat&#261;. W budce z hot dogami dziewczyna uczesana w ko&#324;ski ogon podaje torebk&#281; frytek m&#281;&#380;czy&#378;nie z psem. Jestem inna ni&#380; oni. Przylecieli&#347;my tutaj z daleka, a wszyscy s&#261; zupe&#322;nie zwyczajni.

Jeszcze nie dotarli&#347;my na miejsce- uprzedza Adam.- Przek&#261;simy co&#347; a potem zobaczysz.

Zdaje si&#281; rozumie&#263;, &#380;e nie mog&#281; jeszcze m&#243;wi&#263;, i nie czeka na odpowied&#378;. Id&#281; wolno za nim, s&#322;ysz&#281;, jak zamawia dwa hot dogi z cebulk&#261;. Sk&#261;d wiedzia&#322;, &#380;e to m&#243;j wymarzony lunch?

Jemy na stoj&#261;co. Dzielimy si&#281; col&#261;. Dziwi&#281; si&#281;, &#380;e tu jestem. &#346;wiat otworzy&#322; si&#281; przede mn&#261; na siedzeniu motoru, niebo wygl&#261;da&#322;o jak jedwab i zobaczy&#322;am popo&#322;udniowe &#347;wiat&#322;o nie bia&#322;e, szare albo srebrne, ale po&#322;&#261;czenie wszystkich tych barw. Wrzucam papier do kosza i dopijam col&#281;.

Gotowa?- pyta Adam.

Id&#281; za nim przez furtk&#281; za budk&#261; z hot dogami. Mijamy r&#243;w i wchodzimy do niewielkiego lasku. B&#322;otnista &#347;cie&#380;ka prowadzi na otwart&#261; przestrze&#324;. Nie mia&#322;am poj&#281;cia, &#380;e znajdujemy si&#281; tak wysoko. Jestem zachwycona. Jakby kto&#347; roz&#322;o&#380;y&#322; nam ca&#322;e miasto u st&#243;p. Spogl&#261;damy na nie z g&#243;ry.

Jeju! Nie wiedzia&#322;am, &#380;e st&#261;d jest taki widok.

No.

Siedzimy razem na &#322;awce, nie dotykaj&#261;c si&#281; kolanami. Czuj&#281; tward&#261; ziemi&#281; pod stopami. Powietrze jest zimne, pachnie mrozem, kt&#243;ry nadejdzie razem z zim&#261;.

Przyje&#380;d&#380;am tutaj, kiedy chc&#281; si&#281; wyrwa&#263; na chwil&#281;- m&#243;wi Adam.- To st&#261;d przywioz&#322;em grzyby. Wyjmuje puszk&#281; z tytoniem i otwiera j&#261;. Sypie troch&#281; czarnego proszku ma bibu&#322;&#281; i zwija skr&#281;ta. Ma brudne paznokcie, a ja dr&#380;&#281; na my&#347;l o tym, &#380;e m&#243;g&#322;by mnie dotkn&#261;&#263; tymi r&#281;kami.

Prosz&#281;. To ci&#281; rozgrzeje.

Podaje mi papierosa. Przygl&#261;dam si&#281;, jak robi drugiego dla siebie. Skr&#281;t wygl&#261;da niczym blady, chudy palec. Podaje mi ogie&#324;. Nie odzywamy si&#281; ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;, tylko wydmuchujemy dym na miasto.

Cokolwiek tam si&#281; teraz dzieje, o tym nie wiemy- stwierdza.

Wiem, co ma na my&#347;li. Tam na dole mo&#380;e by&#263; piek&#322;o. Wielki chaos sn&#243;w i marze&#324; k&#322;&#281;bi&#261;cych si&#281; we wn&#281;trzach ma&#322;ych domk&#243;w. Ale tutaj panuje spok&#243;j. Jest czysto.

Przykro mi, &#380;e widzia&#322;a&#347; moj&#261; mam&#281;- m&#243;wi.- Czasem trudno z ni&#261; doj&#347;&#263; o &#322;adu.

Choruje?

Niezupe&#322;nie.

To co jej jest?

Wzdycha, przesuwa r&#281;k&#261; po w&#322;osach.

Tata zgin&#261;&#322; w wypadku samochodowym p&#243;&#322;tora roku temu.

Rzuca papierosa na traw&#281;. Patrzymy, jak si&#281; &#380;arzy pomara&#324;czowym &#347;wiatem. Mam wra&#380;enie, &#380;e mijaj&#261; minuty, zanim ga&#347;nie.

Chcesz o tym pogada&#263;?

Wzrusza ramionami.

Nie ma o czym. Rodzice pok&#322;&#243;cili si&#281;, tata wybieg&#322; z domu i chcia&#322; pojecha&#263; do pubu, ale nie rozejrza&#322; si&#281; na skrzy&#380;owaniu. Dwie godziny p&#243;&#378;niej do drzwi zapuka&#322;a policja.

Cholera!

Widzia&#322;a&#347; kiedy&#347; przestraszonego policjanta?

Nie.

Straszny widok. Mama siedzia&#322;a na schodach i zakrywa&#322;a uczy d&#322;o&#324;mi, a oni stali na korytarzu. Zdj&#281;li czapki i kolana im si&#281; trz&#281;s&#322;y.- Za&#347;mia&#322; si&#281; przez nos, mi&#281;kko i smutno.- Byli tylko troch&#281; starsi ode mnie. Nie umieli sobie poradzi&#263; z t&#261; sytuacj&#261;.

Okropne!

Mama nie mog&#322;a uwierzy&#263;, &#380;e tata nie &#380;yje. Zabrali j&#261;, &#380;eby zobaczy&#322;a cia&#322;o. Chcia&#322;a tego, ale nie powinni byli jej na to pozwoli&#263;. Zosta&#322;o zmasakrowane.

Pojecha&#322;e&#347; z nimi?

Czeka&#322;em na zewn&#261;trz.

Teraz rozumiem, dlaczego Adam jest inny ni&#380; Zoey, inny ni&#380; wszyscy, kt&#243;rych znam ze szko&#322;y. &#321;&#261;czy nas b&#243;l.

S&#261;dzi&#322;em, &#380;e b&#281;dzie lepiej, je&#347;li wyprowadzimy si&#281; ze starego domu, ale to nic nie da&#322;o. Mama codziennie za&#380;ywa bardzo du&#380;o lek&#243;w.

Opiekujesz si&#281; ni&#261;?

Tak.

A co z twoim &#380;yciem?

Nie mam wyboru.

Odwraca si&#281;, &#380;eby na mnie spojrze&#263;. Wygl&#261;da tak, jakby naprawd&#281; mnie widzia&#322;, jakby wiedzia&#322; co&#347; o mnie, o czym nawet ja nie wiem.

Boisz si&#281;, Tesso?

Nikt mnie jeszcze o to nie pyta&#322;. Nigdy, Przygl&#261;dam mu si&#281;, &#380;eby sprawdzi&#263;, czy ze mnie nie kpi albo nie pyta z uprzejmo&#347;ci, ale on wytrzymuje to spojrzenie. M&#243;wi&#281;, &#380;e si&#281; l&#281;kam ciemno&#347;ci, boj&#281; si&#281; zasn&#261;&#263;, budz&#261; we mnie strach palce z b&#322;onami, zamkni&#281;te przestrzenie i drzwi.

To uczucie przychodzi i odchodzi. Ludzie my&#347;l&#261;, &#380;e chorzy s&#261; odwa&#380;ni i nieustraszeni, lecz to nieprawda. Mam wra&#380;enie, jakby ci&#261;gle &#347;ciga&#322; mnie jaki&#347; psychol, jakby w ka&#380;dej chwili m&#243;g&#322; mnie zastrzeli&#263;. Ale czasami zapominam o strachu na wiele godzin.

Co sprawia, &#380;e zapominasz?

Ludzie. Zaj&#281;cia. Kiedy by&#322;am z tob&#261; w lesie, zapomnia&#322;am na ca&#322;e popo&#322;udnie.

Adam wolno kiwa g&#322;ow&#261;.

Zapada cisza, nied&#322;uga, ale ma kszta&#322;t poduszki owijaj&#261;cej pude&#322;ko o ostrych kantach.

Podobasz mi si&#281;, Tesso- oznajmia Adam.

Z trudem prze&#322;ykam &#347;lin&#281;.

Tak?

Tamtego dnia, kiedy przysz&#322;a&#347; wyrzuci&#263; papiery do ogniska, o&#347;wiadczy&#322;a&#347;, &#380;e chcesz si&#281; pozby&#263; wszystkiego, co masz. Powiedzia&#322;a&#347;, &#380;e obserwujesz mnie przez okno. Ludzie nie m&#243;wi&#261; takich rzeczy.

Przestraszy&#322;am ci&#281;?

Wr&#281;cz przeciwnie.- Adam wpatruje si&#281; w swoje stopy, jakby mog&#322;y mu podpowiedzie&#263; w&#322;a&#347;ciwe s&#322;owa.- Ale nie jestem w stanie da&#263; ci tego, czego chcesz.

Czego chc&#281;?

Ja sam z trudem daj&#281; sobie rad&#281;. Gdyby co&#347; si&#281; wydarzy&#322;o mi&#281;dzy nami, jaki mia&#322;oby sens?- Poprawia si&#281; na &#322;awce.- Nie chcia&#322;em tego powiedzie&#263;.

Czuj&#281; si&#281; dziwnie niedost&#281;pna, kiedy wstaj&#281;. W &#347;rodku zamyka mi si&#281; jakie&#347; okno. To, kt&#243;re kontroluje temperatur&#281; i uczucia. Czuj&#281; si&#281; krucha jak zimowy li&#347;&#263;.

To na razie- rzucam.

Ju&#380; lecisz?

Tak, mam co&#347; do za&#322;atwienia na mie&#347;cie. Przepraszam, nie zdawa&#322;am sobie sprawy, kt&#243;ra jest godzina.

Naprawd&#281; musisz ju&#380; i&#347;&#263;?

Um&#243;wi&#322;am si&#281; ze znajomymi. B&#281;d&#261; na mnie czeka&#263;.

Szuka na trawie naszych kask&#243;w.

Odwioz&#281; ci&#281;.

Nie, nie trzeba. Poprosz&#281; kogo&#347;, &#380;eby mnie podrzuci&#322;. Tu wszyscy maj&#261; samochody.

Wygl&#261;da na oszo&#322;omionego. Ha! &#346;wietnie! To pozwoli mu zrozumie&#263;, &#380;e jest tak sam jak wszyscy. Odchodz&#281;, nie zadaj&#261;c sobie trudu, &#380;eby si&#281; po&#380;egna&#263;.

Czekaj!- wo&#322;a.

Nie mam mowy. Nawet si&#281; nie obejrz&#281;.

&#346;cie&#380;ka mo&#380;e by&#263; &#347;liska. Zaczyna pada&#263;.

M&#243;wi&#322;am, &#380;e b&#281;dzie pada&#263;. Wiedzia&#322;am.

Tesso, podwioz&#281; ci&#281;.

Je&#347;li s&#261;dzi, &#380;e wsi&#261;d&#281; z nim na motor, to grubo si&#281; myli.

Pope&#322;ni&#322;am fatalny b&#322;&#261;d, my&#347;l&#261;c, &#380;e mo&#380;e mnie ocali&#263;.



Rozdzia&#322; 17

Zaczynam od napa&#347;ci i wsiadaj&#261;c do autobusu, szturcham &#322;okciem jak&#261;&#347; kobiet&#281;. Odwraca si&#281; i patrzy na mnie ze z&#322;o&#347;ci&#261;.

Auu!- krzyczy.- Uwa&#380;aj, co robisz.

To on!- broni&#281; si&#281;, pokazuj&#261;c na m&#281;&#380;czyzn&#281; stoj&#261;cego tu&#380; za mn&#261;. Nie s&#322;yszy nas, jest zbyt zaj&#281;ty trzymaniem na r&#281;kach wrzeszcz&#261;cego dziecka i rozmow&#261; przez telefon. Nie wie, &#380;e w&#322;a&#347;nie go oskar&#380;y&#322;am. Kobieta mnie wymija.

Dupek!- zwraca si&#281; do tamtego.

Us&#322;ysza&#322;.

W zamieszaniu udaje mi si&#281; nie zap&#322;aci&#263; za bilet. Znajduj&#281; sobie miejsce z ty&#322;u. Trzy przest&#281;pstwa w ci&#261;gu minuty. Nie&#378;le.

W drodze ze wzg&#243;rza przeszuka&#322;am kieszenie kurtki Adama, ale znalaz&#322;am tylko zapalniczk&#281; i pomi&#281;tego skr&#281;ta. Nie mam czym zap&#322;aci&#263;. Postanawiam pope&#322;ni&#263; czwarte przest&#281;pstwo i zapali&#263;. Jaki&#347; starszy cz&#322;owiek odwraca si&#281; i celuje we mnie palcem.

Zga&#347; to!- krzyczy.

Spadaj- odpowiadam w spos&#243;b, kt&#243;ry w s&#261;dzie zosta&#322;by uznany za jawn&#261; agresj&#281;.

Jestem w tym dobra. Czas na ma&#322;e morderstwo w rundce Gry w umieranie.

M&#281;&#380;czyzna siedz&#261;cy trzy rz&#281;dy przede mn&#261; karmi makaronem na wynos ch&#322;opca trzymanego na kolanach. Przyznaj&#281; sobie trzy punkty za sztuczne barwniki, kt&#243;re p&#322;yn&#261; teraz w &#380;y&#322;ach dziecka.

Po przeciwnej stronie kobieta wi&#261;&#380;e chustk&#281; pod brod&#261;. Punkt za guz na szyi, surowy i r&#243;&#380;owy jak szczypce kraba.

Kolejny punkt za eksplozj&#281; autobusu, kt&#243;ry psuje si&#281; na &#347;wiat&#322;ach. Dwa za wielkie kule roztopionego plastiku z siedze&#324;., kt&#243;re rozpadaj&#261; si&#281; w powietrzu.

Pani psycholog w szpitalu powiedzia&#322;a, &#380;e to nie jest moja wina. Twierdzi&#322;a, &#380;e wielu chorych ludzi &#380;yczy po cichu zdrowym, by spotka&#322;o ich to samo nieszcz&#281;&#347;cie.

Powiedzia&#322;am jej, &#380;e  zdaniem mojego taty- rak jest oznak&#261; pope&#322;nionej zdrady, bo cia&#322;o robi co&#347; bez wiedzy i zgody umys&#322;u. Zapyta&#322;am, czy moja gra mo&#380;e by&#263; metod&#261; obran&#261; przez umys&#322;, aby si&#281; odegra&#263;.

To mo&#380;liwe- odpar&#322;a.  Cz&#281;sto w ni&#261; grasz?

Autobus mija cmentarz. W&#322;a&#347;nie otwarto &#380;elazn&#261; bram&#281;. Trzy punkty za zmar&#322;ych odsuwaj&#261;cych wieka trumien. Chc&#261; skrzywdzi&#263; &#380;ywych. Nie mog&#261; si&#281; powstrzyma&#263;. Ich szyje zmieni&#322;y si&#281; w ciecz, a palce l&#347;ni&#261; w bladym jesiennym s&#322;o&#324;cu.

Chyba ju&#380; wystarczy. Jest straszny t&#322;ok. Pasa&#380;erowie wci&#261;&#380; si&#281; zmieniaj&#261;.

Jad&#281; autobusem- m&#243;wi&#261; do swoich telefon&#243;w kom&#243;rkowych. Zabicie ich wszystkich sprawi tylko, &#380;e popadn&#281; w depresj&#281;.

Zmuszam si&#281;, &#380;eby wyjrze&#263; przez okno. Dotarli&#347;my ju&#380; na Willis Avenue. Chodzi&#322;am t&#281;dy do szko&#322;y. Tu jest mini market!

Prawie zapomnia&#322;am o jego istnieniu, a przecie&#380; by&#322; pierwszym sklepem w mie&#347;cie, w kt&#243;rym sprzedawano pluszowe pieski. Razem z Zoey wpada&#322;y&#347;my tu codziennie latem, wracaj&#261;c ze szko&#322;y, i kupowa&#322;y&#347;my po jednym. Maj&#261; te&#380; &#347;wie&#380;e daktyle, figi, cha&#322;w&#281;, sezamki i tureckie s&#322;odycze. Nie mog&#281; uwierzy&#263;, &#380;e zapomnia&#322;am o mini markecie.

Po lewej znajduje si&#281; sklep z kasetami video, w drzwiach Grill Baru stoi m&#281;&#380;czyzna w bia&#322;ym fartuchu i ostrzy n&#243;&#380;. Jagni&#281;cina powoli obraca si&#281; na ruszcie w oknie za nim. Jakie&#347; dwa lata temu za pieni&#261;dze przeznaczone na obiad kupowa&#322;am kebaba i frytki, a Zoey zamawia&#322;a dodatkowa jednego papierosa spod lady.

T&#281;skni&#281; za ni&#261;. Wysiadam z autobusu przy rynku i dzwoni&#281;. Jej g&#322;os brzmi tak, jakby by&#322;a pod wod&#261;.

Siedzisz w basenie?

W wannie.

Sama?

Oczywi&#347;cie.

Napisa&#322;a&#347;, &#380;e jeste&#347; w collegeu. Wiedzia&#322;am, &#380;e k&#322;amiesz.

Czego chcesz, Tesso?

Z&#322;ama&#263; prawo.

Co?

Numer cztery na mojej li&#347;cie.

Co chcesz zrobi&#263;?

Kiedy&#347; sama wychodzi&#322;a z inicjatyw&#261;. Scott sprawi&#322;, &#380;e straci&#322;a pomys&#322;owo&#347;&#263; i ca&#322;y sw&#243;j charakter. Wygl&#261;da tak, jakby jej kontury uleg&#322;y zatarciu.

My&#347;la&#322;am o zastrzeleniu premiera. Ch&#281;tnie wznieci&#322;abym jak&#261;&#347; rewolucj&#281;.

Bardzo &#347;mieszne.

Mog&#322;abym te&#380; zabi&#263; kr&#243;low&#261;. Trzeba by tylko pojecha&#263; autobusem do pa&#322;acu Buckingham.

Zoey wzdycha. Nawet nie sili si&#281; na to, by okaza&#263; zainteresowanie.

Mam dzisiaj co&#347; do zrobienia. Nie mog&#281; si&#281; z tob&#261; spotyka&#263; codziennie.

Nie widzia&#322;am ci&#281; od 10 dni!

Milczenie. Mam ochot&#281; zrobi&#263; jej krzywd&#281;.

Obieca&#322;a&#347;, &#380;e zrobisz to ze mn&#261;, Zoey. Zrealizowa&#322;am dopiero trzy punkty ze swojej listy. W takim tempie nie zd&#261;&#380;&#281; ze wszystkim, co zaplanowa&#322;am.

Och, na lito&#347;&#263; bosk&#261;!

Jestem na rynku. Przyjed&#378;, zabawimy si&#281;.

Na rynku? Jest tam Scott?

Nie wiem. Dopiero wysiad&#322;am z autobusu.

B&#281;d&#281; za dwadzie&#347;cia minut.

W mojej fili&#380;ance odbija si&#281; s&#322;o&#324;ce. Jak &#322;atwo jest siedzie&#263; przy stoliku w kawiarnianym ogr&#243;dku i patrze&#263; na nie.

My&#347;l&#281;, &#380;e jeste&#347; wampirem- m&#243;wi Zoey.- Wyssa&#322;a&#347; ze mnie ca&#322;&#261; energi&#281;.- Odsuwa sw&#243;j talerzyk na bok i k&#322;adzie g&#322;ow&#281; na stole.

Podoba mi si&#281; tutaj- markizy s&#261; w cukierkowe paski. Dostrzegam urok spadaj&#261;cych kropli deszczu u z upodobaniem obserwuj&#281; ptaki siedz&#261;ce w rz&#281;dzie na murze.

Co to za ptaki?

Szpaki.

Sk&#261;d wiesz?

Po prostu wiem.

Nie jestem pewna, czy powinnam jej wierzy&#263;, ale zapisuj&#281; to sobie na serwetce.

A chmury? Wiesz, jak si&#281; nazywaj&#261;?

J&#281;czy i podnosi g&#322;ow&#281; znad stolika.

My&#347;lisz, &#380;e kamienie te&#380; maj&#261; nazwy, Zoey?

Nie! Podobnie jak krople deszczy, li&#347;cie i inne idiotyzmy.

Otacza g&#322;ow&#281; ramionami i ukrywa twarz przede mn&#261;. Marudzi od chwili, kiedy si&#281; zjawi&#322;a, i zaczyna&#322;a mnie wkurza&#263;. To tak poprawia mi samopoczucie?

Zoey kr&#281;ci si&#281; na krze&#347;le.

Nie jest ci zimno?

Nie.

Mo&#380;emy obrabowa&#263; bank, albo co&#347; w tym stylu?

Nauczysz mnie prowadzi&#263;?

Nie mo&#380;esz poprosi&#263; taty?

Pr&#243;bowa&#322;am, ale nic z tego nie wysz&#322;o.

To potrwa milion lat, Tesso. Zreszt&#261;, nie wolno mi. Sama dopiero zrobi&#322;am prawko.

Od kiedy to si&#281; przejmujesz?

Musimy o tym teraz rozmawia&#263;? Idziemy.

Odsuwa krzes&#322;o, ale ja nie jestem jeszcze gotowa. Chc&#281; obserwowa&#263; czarn&#261; chmur&#281; p&#322;yn&#261;c&#261; w kierunku s&#322;o&#324;ca. Pragn&#281; przygl&#261;da&#263; si&#281; niebu zmieniaj&#261;cemu barw&#281; z szarej na czarn&#261; jak w&#281;giel. Wiatr zerwie z drzew wszystkie li&#347;cie. Pobiegn&#281;, &#380;eby je z&#322;apa&#263;. B&#281;d&#281; przy tym wypowiada&#322;a setki &#380;ycze&#324;.

Nadchodz&#261; trzy kobiety z w&#243;zkami i dzie&#263;mi. Id&#261; w nasz&#261; stron&#281; przez skwer.

Po&#347;pieszcie si&#281;!- wo&#322;aj&#261;.- Tutaj, zanim znowu zacznie pada&#263;!

Otrz&#261;saj&#261; si&#281; ze &#347;miechem z deszczu i przeciskaj&#261; mi&#281;dzy stolikami, &#380;eby doj&#347;&#263; do wolnego.

Co zamawiamy? Na co mamy ochot&#281;?- wypytuj&#261; si&#281;. S&#261; tak samo ha&#322;a&#347;liwe jak szpaki.

Zoey przeci&#261;ga si&#281; i zerka na kobiety, jakby nie wiedzia&#322;a, sk&#261;d si&#281; wzi&#281;&#322;y. Robi&#261; du&#380;o zamieszania. Zdejmuj&#261; p&#322;aszcze i sadzaj&#261; dzieci na wysokich fotelikach, wycieraj&#261; nosy, zamawiaj&#261; sok i ciastka z owocami.

Mama przyprowadza&#322;a mnie do kawiarni, gdy by&#322;a w ci&#261;&#380;y z Calem- m&#243;wi&#281; Zoey.- By&#322;a wtedy uzale&#380;niona od koktajli mlecznych. Przychodzi&#322;y&#347;my tutaj codziennie, a&#380; zrobi&#322;a si&#281; tak gruba, &#380;e kolana jej znika&#322;y, gdy siada&#322;a. Gdy chcia&#322;y&#347;my sp&#281;dzi&#263; czas przed telewizorem, musia&#322;am zajmowa&#263; miejsce przy niej na taborecie.

Bo&#380;e!- warczy Zoey.- W twoim towarzystwie czuj&#281; si&#281; tak jak podczas ogl&#261;dania horror&#243;w.

Po raz pierwszy obserwuj&#261; j&#261; z uwag&#261;. Zupe&#322;nie przesta&#322;a o siebie dba&#263;. W&#322;o&#380;y&#322;a bezkszta&#322;tne getry i koszul&#281;. Chyba nigdy nie widzia&#322;am jej bez makija&#380;u. Na twarzy wyra&#378;nie odznaczaj&#261; si&#281; pryszcze.

Wszystko w porz&#261;dku, Zoey?

Zimno mi.

My&#347;la&#322;a&#347;, &#380;e dzisiaj jest dzie&#324; targowy? Chcia&#322;a&#347; zobaczy&#263; si&#281; ze Scottem?

Nie!

To dobrze, bo nie wygl&#261;dasz najlepiej.

Zerka na mnie.

Mo&#380;emy podw&#281;dzi&#263; co&#347; w sklepie- proponuje.- Chod&#378;, miejmy to ju&#380; za sob&#261;.



Rozdzia&#322; 18

Morrisons jest najwi&#281;kszym supermarketem w centrum handlowym. Nadchodzi pora, kiedy ko&#324;cz&#261; si&#281; lekcje i wsz&#281;dzie pe&#322;no ludzi.

We&#378; koszyk- m&#243;wi Zoey.- I uwa&#380;aj na sklepowych detektyw&#243;w.

A ja oni wygl&#261;daj&#261;?

Jakby byli w pracy!

Przechadzam si&#281; wolnym krokiem, delektuj&#261;c si&#281; ka&#380;d&#261; minut&#261; mego przedsi&#281;wzi&#281;cia. W dziale delikates&#243;w na ladzie le&#380;&#261; ma&#322;e kie&#322;baski. Bior&#281; dwa kawa&#322;ki sera i oliwk&#281; i nagle u&#347;wiadamiam sobie, &#380;e konam z g&#322;odu. Na stoisku z owocami nabieram pe&#322;n&#261; gar&#347;&#263; wi&#347;ni. Jem, id&#261;c dalej.

Gdzie ty to wszystko mie&#347;cisz?- pyta Zoey.- Niedobrze mi si&#281; robi na tw&#243;j widok.

Ka&#380;e mi wk&#322;ada&#263; rzeczy, kt&#243;rych nie chc&#281;, do koszyka. Zup&#281; pomidorow&#261; i krakersy &#347;mietankowe.

W kieszeni chowaj to, co chcesz zabra&#263;.

Czyli co?

Zniecierpliwi&#322;a si&#281;.

Nie wiem, do cholery! W tym sklepie jest mn&#243;stwo rzeczy. Sama decyduj, co chcesz wzi&#261;&#263;.

Wybieram smuk&#322;&#261; buteleczk&#281; z lakierem do paznokci w kolorze krwistej czerwieni. Wci&#261;&#380; mam na sobie kurtk&#281; Adama, w kt&#243;rej jest bardzo wiele kieszeni. &#321;atwo co&#347; do nich przemyci&#263;.

Super!- oznajmia Zoey.- Prawo zosta&#322;o z&#322;amane. Mo&#380;emy ju&#380; i&#347;&#263;?

To wszystko?

Teoretycznie tak.

Nie poczu&#322;am &#380;adnych emocji. Ucieczka z knajpy bez p&#322;acenia rachunku by&#322;aby bardziej podniecaj&#261;ca.

Wzdycha, zerkaj&#261;c na telefon.

Dobra, jeszcze pi&#281;&#263; minut- m&#243;wi jak tata.

A ty? B&#281;dziesz si&#281; tylko przygl&#261;da&#263;?

Stoj&#281; na czatach.

Farmaceutka w dziale aptecznym rozmawia z klientem o syropie na kaszel. Chyba nie odczuje braku balsamu nawil&#380;aj&#261;cego ani ma&#322;ego pude&#322;ka od&#380;ywczego kremu do cia&#322;a. Wrzucam do koszyka chrupkie pieczywo, W kieszeni l&#261;duje nawil&#380;aj&#261;cy krem do twarzy. Herbata do koszyka. Jedwabny balsam do cia&#322;a dla mnie. Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym zbiera&#322;a truskawki.

Jestem w tym dobra- oznajmiam Zoey.

&#346;wietnie.

Nie s&#322;ucha mnie. Stoi na czatach. Bawi si&#281; czym&#347; przy ladzie apteki.

Do dzia&#322;u s&#322;odyczy.

Nie odpowiada. Zostawiam j&#261;.

Nie jeste&#347;my wprawdzie w Belgii, ale na p&#243;&#322;kach znajduj&#261; si&#281; miniaturowe pude&#322;ka z truflami, przewi&#261;zane uroczymi kokardkami. Kosztuj&#261; tylko funta i dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dziewi&#281;&#263; pens&#243;w, wi&#281;c pakuj&#281; dwa do kieszeni. Kurtka motocyklowa okazuje si&#281; idealna do kradzie&#380;y. Ciekawe, czy Adam sam si&#281; o tym przekona&#322;.

Mijamy rega&#322;y i ju&#380; przy lod&#243;wkach mam kieszenie wypchane po brzegi. Zastanawiam si&#281;, jak d&#322;ugo wytrzyma&#322;yby w nich mro&#380;onki Bena i Jerryego, gdy mijaj&#261; nad dwie dziewczyny z kt&#243;rymi chodzi&#322;am do szko&#322;y. Zatrzymuj&#261; si&#281; na m&#243;j widok i co&#347; do siebie szepcz&#261;. Ju&#380; mam wysy&#322;a&#263; SMS-a do Zoey, &#380;eby przyby&#322;a z odsiecz&#261;, kiedy podchodz&#261;.

Tessa Scott?- pyta blondynka.

Tak.

Pami&#281;tasz nas? Jeste&#347;my Fiona i Beth.- Brzmi to tak, jakby by&#322;y par&#261;.- Odesz&#322;a&#347; ze szko&#322;y w jedenastej klasie, prawda?

W dziesi&#261;tej.

Patrz&#261; na mnie wyczekuj&#261;co. Czy nie zdaj&#261; sobie sprawy, &#380;e przybywaj&#261; z innej planety- tej, kt&#243;ra obraca si&#281; znacznie wolniej ni&#380; moja- i nie mam im nic do powiedzenia?

Co s&#322;ycha&#263;?- pyta w ko&#324;cu Fiona. Beth kiwa g&#322;ow&#261;, jakby ca&#322;kowicie zgadza&#322;a si&#281; z tym pytaniem.- Ci&#261;gle si&#281; leczysz?

Ju&#380; nie.

Wyzdrowia&#322;a&#347;?

Nie.

Patrz&#281;, czy zrozumia&#322;y. Widz&#281; to najpierw w ich oczach, a potem na policzkach i ustach. Mog&#322;am si&#281; spodziewa&#263; takiej reakcji. Nie b&#281;d&#261; zadawa&#322;y mi wi&#281;cej pyta&#324;, te grzeczno&#347;ciowe ju&#380; si&#281; wyczerpa&#322;y. Chc&#281; je odprawi&#263;, ale nie wiem, jak to zrobi&#263;.

Jestem tutaj z Zoey- rzucam, &#380;eby przerwa&#263; przed&#322;u&#380;aj&#261;c&#261; si&#281; cisz&#281;.- Zoey Walker. By&#322;a o klas&#281; wy&#380;ej.

Naprawd&#281;?- Fiona szturcha przyjaci&#243;&#322;k&#281;.- Dziwne. Opowiada&#322;am ci o niej.

Beth rozja&#347;nia si&#281; nieco z ulg&#261;. Nareszcie rozmowa zesz&#322;a na normalny plan.

Pomaga ci robi&#263; zakupy?- zwraca si&#281; do mnie jak do czterolatki.

Niezupe&#322;nie.

Patrzcie!- wykrzykuje Fiona.- Tam jest! Ju&#380; wiesz, o kim m&#243;wi&#322;am?

Beth potakuje.

Ach, ona!

Zaczynam &#380;a&#322;owa&#263;, &#380;e w og&#243;le co&#347; powiedzia&#322;am. Nachodz&#261; mnie z&#322;e przeczucia. Ale jest ju&#380; za p&#243;&#378;no.

Zoey nie okazuje rado&#347;ci na ich widok.

Co tu robicie?

Rozmawiamy z Tess&#261;.

O czym?

O tym i owym.

Zoey przygl&#261;da mi si&#281; podejrzliwie.

Mo&#380;emy ju&#380; i&#347;&#263;?

Tak.

Zanim odejdziecie- Fiona &#322;apie Zoey za r&#281;kaw- powiedz, czy to prawda, &#380;e spotykasz si&#281; ze Scottem Redmondem?

Zoey si&#281; waha.

Dlaczego pytasz? Znasz go?

Fiona prycha.

Wszyscy go znaj&#261;- m&#243;wi, wywracaj&#261;c oczami.- To znaczy wszystkie.

Beth wybucha &#347;miechem.

Tak, chodzi&#322; z moj&#261; siostr&#261; jakie&#347; p&#243;&#322; godziny.

W oczach Zoey pojawia si&#281; b&#322;ysk.

Naprawd&#281;?

S&#322;uchajcie- wtr&#261;cam.- To fascynuj&#261;ca rozmowa, ale musimy si&#281; zbiera&#263;. Mam do odebrania zaproszenia na sw&#243;j pogrzeb.

To ich ucisza. Fiona wygl&#261;da na zdezorientowan&#261;.

Serio?

Serio.  Chwytam Zoey pod rami&#281;.- &#379;a&#322;uj&#281;, &#380;e mnie na nim nie b&#281;dzie. Uwielbiam imprezy. Przy&#347;lijcie mi SMS-a, je&#347;li przyjdzie wam do g&#322;owy jaki&#347; dobry pomys&#322; na pie&#347;&#324; &#380;a&#322;obn&#261;.

Zostawiamy je kompletnie oszo&#322;omione. Obchodzimy rega&#322;y i zatrzymujemy si&#281; w dziale przybor&#243;w kuchennych, otoczone sztu&#263;cami ze stali nierdzewnej.

To kompletne idiotki, Zoey. Nie maj&#261; o niczym poj&#281;cia.

Zoey ogl&#261;da szczypce do cukru.

Nie chc&#281; o tym m&#243;wi&#263;.

Zr&#243;bmy co&#347; szalonego &#380;eby poprawi&#263; sobie nastr&#243;j. Postarajmy si&#281; jak najwi&#281;cej razy w ci&#261;gu godziny z&#322;ama&#263; prawo.

Zoey u&#347;miecha si&#281; blado.

Mo&#380;emy podpali&#263; dom Scotta.

Nie powinna&#347; im wierzy&#263;.

Dlaczego?

Bo znasz go lepiej ni&#380; one.

Nigdy nie widzia&#322;am, jak Zoey p&#322;acze. Nigdy. Nie uroni&#322;a ani jednej &#322;zy, nawet wtedy kiedy odebra&#322;a wyniki egzaminu, nawet gdy powiedzia&#322;am jej, &#380;e jestem &#347;miertelnie chora. Zawsze s&#261;dzi&#322;am, &#380;e nic nie jest w stanie jej poruszy&#263;. A teraz p&#322;acze w supermarkecie. Pr&#243;buje to ukry&#263; i zas&#322;ania twarz w&#322;osami.

Musz&#281; go znale&#378;&#263;- m&#243;wi.

Teraz?

Przepraszam.

Robi mi si&#281; zimno na widok jej &#322;ez. Dlaczego jej na nim a&#380; tak zale&#380;y? Przecie&#380; znaj&#261; si&#281; dopiero kilka tygodni.

Jeszcze nie sko&#324;czy&#322;y&#347;my z &#322;amaniem prawa.

Kiwa g&#322;ow&#261;; &#322;zy sp&#322;ywaj&#261; jej po twarzy.

Postaw gdzie&#347; koszyk i wyjd&#378;. Przykro mi. Nic nie poradz&#281;. Musz&#281; i&#347;&#263;.

Ju&#380; to widzia&#322;am. Zoey odchodzi, jej z&#322;ote w&#322;osy podskakuj&#261;, gdy si&#281; oddala.

Mo&#380;e podpal&#281; jej dom.

Bez przyjaci&#243;&#322;ki zabawa traci sens. Odstawiam koszyk z min&#261; m&#243;wi&#261;c&#261;:,,Nie do wiary, zapomnia&#322;am portmonetki, i stoj&#281; jaki&#347; czas w miejscu, drapi&#261;c si&#281; w g&#322;ow&#281;, a potem ruszam w kierunku wyj&#347;cia. W tej samej chwili kto&#347; chwyta mnie za nadgarstek.

Zoey twierdzi&#322;a, &#380;e detektyw&#243;w sklepowych &#322;atwo rozpozna&#263;. S&#261;dzi&#322;am, &#380;e s&#261; ubrani w garnitury i nie wk&#322;adaj&#261; p&#322;aszczy, bo ca&#322;y czas sp&#281;dzaj&#261; w sklepie.

Ten nosi kurtk&#281; d&#380;insow&#261; i ma kr&#243;tko przystrzy&#380;one w&#322;osy.

Zamierzasz zap&#322;aci&#263; za to, co schowa&#322;a&#347; w kieszeni?- pyta.- Mam powody przypuszcza&#263;, &#380;e zabra&#322;a&#347; kilka rzeczy z dzia&#322;u pi&#261;tego i si&#243;dmego. Widzia&#322; to jeden z naszych pracownik&#243;w.

Wyjmuj&#281; z kieszeni lakier do paznokci i oddaj&#281; mu.

Mo&#380;e pan to zabra&#263;.

P&#243;jdziesz ze mn&#261;.

Fala gor&#261;ca zalewa mi szyj&#281; i podnosi si&#281; a&#380; do oczu.

Nie chc&#281;.

Mia&#322;a&#347; zamiar wyj&#347;&#263; ze sklepu i nie p&#322;aci&#263;- stwierdza, ci&#261;gn&#261;c mnie za r&#281;k&#281;.

Idziemy wzd&#322;u&#380; rega&#322;&#243;w, na ty&#322; sklepu. Wszyscy na mnie patrz&#261;, czuj&#281; na sobie pal&#261;ce spojrzenia. Nie jestem pewna, czy on ma prawo mnie ci&#261;gn&#261;&#263;. Mo&#380;e wcale nie jest detektywem sklepowym, tylko chce mnie zwabi&#263; w jakie&#347; odosobnione miejsce. Zapieram si&#281; nogami i przytrzymuj&#281; rega&#322;u. Oddycham z trudem.

Waha si&#281;.

Dobrze si&#281; czujesz? Masz astm&#281; albo co&#347; w tym rodzaju?

Zamykam oczy.

Nie, ja Nie chc&#281;

Nie mog&#281; doko&#324;czy&#263; zdania. Zbyt wiele s&#322;&#243;w pcha mi si&#281; na usta.

M&#281;&#380;czyzna marszczy brwi, wyjmuje pager i prosi o pomoc. Mija nas w&#243;zek z dw&#243;jk&#261; dzieciak&#243;w, kt&#243;re si&#281; na mnie gapi&#261;. Dziewczyna w moim wieku przechodzi obok wolnym krokiem, a potem zawraca z g&#322;upim u&#347;miechem.

Zbli&#380;a si&#281; do nas kobieta. Z plakietki przypi&#281;tej do jej ubrania dowiaduj&#281; si&#281;, &#380;e ma na imi&#281; Shirley. Patrzy na mnie surowo.

Zabior&#281; j&#261;- o&#347;wiadcza i odprawia detektywa.- Idziemy.

Tajne biuro znajduje si&#281; za dzia&#322;em rybnym. Nigdy bym si&#281; nie domy&#347;li&#322;a, &#380;e tam jest. Shirley zamyka za nami drzwi. Takie pokoje widzi si&#281; na filmach kryminalnych- ma&#322;e i duszne, ze sto&#322;em i dwoma krzes&#322;ami, o&#347;wietlone jarzeni&#243;wk&#261;.

Siadaj- rzuca Shirley.- Opr&#243;&#380;nij kieszenie.

Robi&#281;, co mi ka&#380;e. Rzeczy, kt&#243;re ukrad&#322;am, wygl&#261;daj&#261; n&#281;dznie i tanio na pustym stoliku.

Tak- m&#243;wi.- Nazwa&#322;abym to dowodami. A ty?

Pr&#243;buj&#281; si&#281; rozp&#322;aka&#263;, ale nie robi to na niej wra&#380;enia. Podaje mi chusteczk&#281; z oboj&#281;tn&#261; min&#261;. Czeka a&#380; wydmucham nos, i wskazuje, gdzie stoi kosz na &#347;mieci.

Musz&#281; ci zada&#263; kilka pyta&#324;. Zacznijmy od tego, jak si&#281; nazywasz.

Ca&#322;a ta procedura trwa bardzo d&#322;ugo. Chce zna&#263; wszystkie szczeg&#243;&#322;y- m&#243;j wiek, adres, numer telefonu taty. Pyta nawet o imi&#281; mamy, chocia&#380; nie uwa&#380;am, &#380;eby to mia&#322;o jakie&#347; znaczenie.

Masz wyb&#243;r. Mo&#380;emy zadzwoni&#263; do twojego ojca albo zawiadomi&#263; policj&#281;.

Decyduj&#281; si&#281; na desperacki krok. Zdejmuj&#281; kurtk&#281; Adama i zaczynam rozpina&#263; bluzk&#281;. Prawie nie mrugn&#281;&#322;a okiem.

Nie jestem zdrowa- m&#243;wi&#281;. &#346;ci&#261;gam r&#281;kaw i pokazuj&#281; jej metalowy dysk pod pach&#261;.- To specjalny port, przez kt&#243;ry podaj&#261; mi leki.

Ubierz si&#281;.

Chc&#281;, &#380;eby mi pani uwierzy&#322;a.

Wierz&#281; ci.

Choruj&#281; na bia&#322;aczk&#281; limfo blastyczn&#261;. Mo&#380;e pani zadzwoni&#263; do szpitala.

W&#322;&#243;&#380; bluzk&#281;.

Wie pani, co to za choroba?

Niestety nie.

Rak.

Nie da&#322;a si&#281; nastraszy&#263;. Dzwoni do taty.

Jest takie miejsce pod lod&#243;wk&#261; w naszym domu, gdzie zawsze stoi ka&#322;u&#380;a wody. Ka&#380;dego ranka tata wyciera j&#261; specjaln&#261; &#347;ciereczk&#261; antyseptyczn&#261;. W ci&#261;gu dnia woda zbiera si&#281; znowu. Drewniane klepki pod&#322;ogowe nasi&#261;kaj&#261; wilgoci&#261;. Kt&#243;rej&#347; nocy nie mog&#322;am zasn&#261;&#263; o zauwa&#380;y&#322;am trzy uciekaj&#261;ce karaluchy, kiedy zapali&#322;am &#347;wiat&#322;o. Nast&#281;pnego dnia tata kupi&#322; pu&#322;apki z klejem i w&#322;o&#380;y&#322; do nich kawa&#322;ek banana na przyn&#281;t&#281;. Mimo to nie uda&#322;o nam si&#281; z&#322;apa&#263; ani jednego karalucha. Tata m&#243;wi, &#380;e mam przywidzenia.

Ju&#380; kiedy by&#322;am bardzo ma&#322;a, widzia&#322;am znaki- motyle zamkni&#281;te w s&#322;oikach z d&#380;emem, kr&#243;lika Cala, kt&#243;ry zjad&#322; w&#322;asne dzieci.

By&#322;a taka dziewczynka w mojej szkole, kt&#243;ra pot&#322;uk&#322;a si&#281;, spadaj&#261;c z kucyka. P&#243;&#378;niej ch&#322;opak ze sklepu warzywnego wpad&#322; pod taks&#243;wk&#281;. M&#243;j wujek Bill mia&#322; guza m&#243;zgu. Na jego pogrzebie wszystkie kanapki zwin&#281;&#322;y si&#281; wzd&#322;u&#380; kraw&#281;dzi. Potem przez wiele dni nie mog&#322;am usun&#261;&#263; z but&#243;w ziemi z cmentarza.

Kiedy zauwa&#380;y&#322;am czerwone kreski na plecach, tata zaprowadzi&#322; mnie do lekarza. Powiedzia&#322;, &#380;e nie powinnam by&#263; wci&#261;&#380; zm&#281;czona. M&#243;wi&#322; wiele rzeczy. Noc&#261; drzewa stuka&#322;y do moich okien, jakby chcia&#322;y wedrze&#263; si&#281; do &#347;rodka. Czu&#322;am si&#281; osaczona.

Wchodzi tata i przykuca przy moim krze&#347;le. Unosi mi brod&#281; tak, &#380;ebym mog&#322;a spojrze&#263; mu w oczy. Jeszcze nigdy nie by&#322; tak smutny.

Nic ci nie jest?

Ma na my&#347;li stan fizyczny, wi&#281;c oznajmiam mu, &#380;e nie. Nie wspominam o paj&#261;kach na parapecie.

Tata wstaje i patrzy na siedz&#261;c&#261; przy biurku Shirley.

Moja c&#243;rka jest chora.

Wspomina&#322;a o tym.

Nie robi to pani &#380;adnej r&#243;&#380;nicy? Jeste&#347;cie zupe&#322;nie nieczuli?

Pa&#324;ska c&#243;rka zosta&#322;a przy&#322;apana na pr&#243;bie wyniesienia ze sklepu rzeczy, za kt&#243;re nie zamierza&#322;a zap&#322;aci&#263;.

Sk&#261;d pani wie, &#380;e nie zamierza&#322;a zap&#322;aci&#263;?

Schowa&#322;a je w kieszeniach.

Ale nie wysz&#322;a.

Zamiar dokonania kradzie&#380;y jest przest&#281;pstwem. Na tym etapie mo&#380;emy udzieli&#263; jej ostrze&#380;enia. Nie robi&#322;a tego wcze&#347;niej, wi&#281;c nie mam obowi&#261;zku powiadamiania policji, je&#347;li oddam j&#261; pod pa&#324;sk&#261; opiek&#281;. Musz&#281; jednak zyska&#263; pewno&#347;&#263;, &#380;e potraktuje pan t&#281; spraw&#281; bardzo powa&#380;nie.

Tata patrzy na ni&#261; tak, jakby zada&#322;a mu niezwykle trudne pytanie i zastanawia si&#281; nad odpowiedzi&#261;.

Tak- m&#243;wi.  W&#322;a&#347;nie tak zrobi&#281;.

Potem pomaga mi wsta&#263;.

Shirley te&#380; wstaje.

Zatem rozumiemy si&#281;?

Tata jest zdezorientowany.

Przepraszam. Mam pani zap&#322;aci&#263;?

Zap&#322;aci&#263;?

Za to, co wzi&#281;&#322;a.

Nie, nie.

Wi&#281;c mog&#281; j&#261; zabra&#263; do domu?

Je&#347;li przem&#243;wi jej pan do rozs&#261;dku.

Tata patrzy na mnie. Cedzi s&#322;owa, jakbym by&#322;a g&#322;upia.

W&#322;&#243;&#380; kurtk&#281;, Tesso. Jest zimno.

Gdy przyje&#380;d&#380;amy przed dom, prawie wyci&#261;ga mnie z samochodu i prowadzi za rami&#281; do domu. Nast&#281;pnie popycha mnie do salonu.

Siadaj i m&#243;w.

Sadowi&#281; si&#281; na kanapie, a on zajmuje miejsce w fotelu naprzeciwko. Droga do domu zupe&#322;nie go wyczerpa&#322;a. Wygl&#261;da jak szaleniec, z trudem &#322;apie oddech, jakby nie spa&#322; od wielu tygodni i teraz by&#322; w takim stanie, &#380;e mo&#380;na si&#281; po nim spodziewa&#263; wszystkiego.

Co ty wyprawiasz, do cholery?

Nic.

Kradzie&#380; w sklepie to nic? Znikasz na ca&#322;e popo&#322;udnie, nie zostawiasz mi &#380;adnej wiadomo&#347;ci i my&#347;lisz, &#380;e to nic?

Obejmuje si&#281; ramionami, jakby zmarz&#322;. Siedzimy tak przez chwil&#281;. S&#322;ysz&#281; tykanie zegara. Na stoliku obok mnie le&#380;y czasopismo motoryzacyjne taty. Bawi&#281; si&#281; jednym rogiem. Zaginam go i odginam, czekaj&#261;c na to, co b&#281;dzie dalej.

Wreszcie tata si&#281; odzywa. Ostro&#380;nie dobiera s&#322;owa.

Masz prawo do pewnych rzeczy- m&#243;wi.- Pozwalam ci naci&#261;ga&#263; regu&#322;y, ale nie mo&#380;esz dosta&#263; wszystkiego.

M&#243;j u&#347;miech przypomina brz&#281;k tuczonego szk&#322;a, kt&#243;re spada z bardzo wysoka. Dziwi mnie to. Jestem zaskoczona swoim zachowaniem- sk&#322;adam czasopismo taty na p&#243;&#322; i wydzieram pierwsz&#261; stron&#281;, na kt&#243;rej znajduje si&#281; zdj&#281;cie czerwonego samochodu i &#322;adnej dziewczyny o bia&#322;ych z&#281;bach. Zwijam papier w kulk&#281; i rzucam na pod&#322;og&#281;. Wyrywam kolejne kartki, jedn&#261; po drugiej, i pr&#243;buj&#281; trafi&#263; nimi w st&#243;&#322;. W ten spos&#243;b niszcz&#281; ca&#322;&#261; gazet&#281; i rozrzucam j&#261; mi&#281;dzy nami.

Oboje wpatrujemy si&#281; w zniszczone strony. Oddycham ci&#281;&#380;ko i bardzo chc&#281;, &#380;eby co&#347; si&#281; wydarzy&#322;o, co&#347; wielkiego jak wybuch wulkanu w ogrodzie. Ale tata tylko mocniej obejmuje si&#281; ramionami. Zawsze tak robi, gdy jest zdenerwowany; nic nie mo&#380;na wtedy z niego wyci&#261;gn&#261;&#263;, zachowuje si&#281; tak, jakby go nie by&#322;o.

A potem pyta:

Co si&#281; stanie, kiedy przestaniesz panowa&#263; na z&#322;o&#347;ci&#261;, Tesso? Kim b&#281;dziesz? Co po sobie zostawisz?

Nie odpowiadam, wpatruj&#281; si&#281; w &#347;wiat&#322;o lampy otaczaj&#261;cej kanap&#281; i kawa&#322;ek dywanu pod moimi stopami.



Rozdzia&#322; 19

Na trawniku le&#380;y martwy ptak, ma n&#243;&#380;ki chude jak patyczki koktajlowe. Siedz&#281; na fotelu ogrodowym pod jab&#322;oni&#261; i mu si&#281; przygl&#261;dam.

Widzia&#322;am, jak si&#281; poruszy&#322;- m&#243;wi&#281; do Cala.

Przestaje si&#281; bawi&#263; i podchodzi, &#380;eby si&#281; przyjrze&#263;.

To robaki- stwierdza.- Rozgrzewaj&#261; si&#281; w martwym ciele do tego stopnia, &#380;e te, kt&#243;re dotar&#322;y do samego &#347;rodka, wychodz&#261; na boki, &#380;eby si&#281; sch&#322;odzi&#263;.

Sk&#261;d o tym wiesz?

Wzrusza ramionami.

Z internetu.

Tr&#261;ca ptaka butem tak mocno, &#380;e otwiera mu si&#281; brzuch. Na traw&#281; wysypuj&#261; si&#281; setki robak&#243;w i zamieraj&#261; w bezruchu, o&#347;lepione s&#322;o&#324;cem.

Widzisz?- Cal przykuca i d&#378;ga robaki patykami.- Martwe cia&#322;o stanowi odr&#281;bny ekosystem. W okre&#347;lonych warunkach wystarczy dziewi&#281;&#263; dni, &#380;eby cia&#322;o ludzkie zgni&#322;o a&#380; do ko&#347;ci.- Patrzy na mnie z namys&#322;em.- Ale tobie si&#281; to nie przytrafi.

Nie?

Najcz&#281;&#347;ciej zdarza si&#281; to ofiarom morderstwa porzuconym w jakim&#347; odosobnionym miejscu.

A co si&#281; stanie ze mn&#261;, Cal?

Czuj&#281;, &#380;e wszystko, co powie, oka&#380;e si&#281; w&#322;a&#347;ciwie, jakby by&#322; wielkim magiem, kt&#243;remu objawi&#322;a si&#281; kosmiczna prawda. Ale on tylko wzrusza ramionami i m&#243;wi:

Sprawdz&#281; i wtedy ci powiem.

Idzie do szopy po &#322;opat&#281;.

Pilnuj ptaka- rzuca w moj&#261; stron&#281;.

Pi&#243;rka dr&#380;&#261; na wietrze. Jest pi&#281;kny, czarny z niebieskim po&#322;yskiem jak ropa z morza. Robale te&#380; w&#322;a&#347;ciwie s&#261; pi&#281;kne. Wpadaj&#261; w panik&#281; na trawie, szukaj&#261; truch&#322;a i siebie nawzajem.

I wtedy pojawia si&#281; Adam.

Cze&#347;&#263;- wita si&#281;.- Co s&#322;ycha&#263;?

Prostuj&#281; si&#281; na fotelu.

Przelaz&#322;e&#347; przez p&#322;ot.

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;.

Znalaz&#322;em dziur&#281; na dole.

Ma na sobie d&#380;insy, buty z cholewami i sk&#243;rzan&#261; kurtk&#281;. Trzyma co&#347; za plecami.

Prosz&#281;- m&#243;wi, wr&#281;czaj&#261;c mi bukiet zielonych li&#347;ci.Po&#347;r&#243;d nich dostrzegam jasnopomara&#324;czowe kwiaty. Wygl&#261;daj&#261; jak latarenki albo male&#324;kie dynie.

To dla mnie?

Dla ciebie.

Czuj&#281; uk&#322;ucie w sercu.

Staram si&#281; nie gromadzi&#263; nowych rzeczy.

Marszczy brwi.

To, co &#380;yje, chyba si&#281; nie liczy.

Liczy si&#281; przede wszystkim.

Siada na trawi obok fotela i k&#322;adzie kwiaty mi&#281;dzy nami. Ziemia jest wilgotna. Przemoczy spodnie. Zmarznie. Nie m&#243;wi&#281; mu tego. Nie wspominam te&#380; o robakach. Chc&#281;, &#380;eby wpe&#322;z&#322;y mu do kieszeni.

Wraca Cal z &#322;opat&#261;.

Sadzisz co&#347;?- pyta Adam.

Martwego ptaka.- Cal pokazuje mu zw&#322;oki.

Adam nachyla si&#281; nad nimi.

To gawron. Czy to wasz kot go dopad&#322;?

Nie wiem. Chc&#281; go pochowa&#263;.

Cal podchodzi do ogrodzenia, znajduje miejsce w&#347;r&#243;d kwiat&#243;w i zabiera si&#281; do kopania. Ziemia jest wilgotna, przypomina ciasto. Kiedy &#322;opata natrafia na kamyk, rozlega si&#281; d&#378;wi&#281;k przywodz&#261;cy na my&#347;l odg&#322;os, jaki powstaje podczas szurania butami po &#380;wirze.

Adam wyrywa k&#281;pki trawy i otrz&#261;sa je z ziemi.

Przykro mi z powodu tego, co wtedy powiedzia&#322;em.

Nic si&#281; nie sta&#322;o.

&#377;le to zabrzmia&#322;o.

W porz&#261;dku. Nie musimy o tym rozmawia&#263;.

Kiwa g&#322;ow&#261; z powag&#261;, wci&#261;&#380; bawi&#261;c si&#281; traw&#261; i nie patrz&#261;c na mnie.

Jeste&#347; warta zainteresowania.

Tak?

Tak.

Chcesz si&#281; zaprzyja&#378;ni&#263;?

Podnosi g&#322;ow&#281;.

Je&#347;li ty chcesz.

Jeste&#347; pewien, &#380;e to ma sens?

Podoba mi si&#281; to, &#380;e jego twarz zalewa rumieniec, widz&#281; wstyd w jego oczach.,,Mo&#380;e tata ma racj&#281;  my&#347;l&#281; i jestem z&#322;a.

Jestem pewien, &#380;e tak.

Zosta&#322;o ci wybaczone.- Wyci&#261;gam r&#281;k&#281;. Wymieniamy u&#347;cisk. Adam ma ciep&#322;&#261; d&#322;o&#324;.

Cal podchodzi do bas umorusanym z &#322;opat&#261; w r&#281;ku. Wygl&#261;da, jakby by&#322; upo&#347;ledzony.

Gr&#243;b gotowy- oznajmia.

Adam pomaga mi przetoczy&#263; gawrona na &#322;opat&#281;. Ptak jest sztywny i robi wra&#380;enie ci&#281;&#380;kiego. Wyra&#378;nie wida&#263; ran&#281;- czerwon&#261; szram&#281; na karku. &#321;ebek opada na bok jak pijanemu, kiedy razem nios&#261; cia&#322;o do dziury w ziemi. Cal nie przestaje m&#243;wi&#263;.

Biedny ptaszek. Teraz sobie odpocznie.

Owijam si&#281; kocem i id&#281; za nimi, &#380;eby obejrze&#263; pogrzeb. Jedno oko gawrona wpatruje si&#281; w nas. Wygl&#261;da spokojnie, nawet wdzi&#281;cznie. Pi&#243;rka pociemnia&#322;y.

Powinni&#347;my co&#347; powiedzie&#263;?- chce wiedzie&#263; Cal.

Do widzenia, ptaszku?- podsuwam.

Kiwa g&#322;ow&#261;.

Do widzenia, ptaszku. Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e do nas przylecia&#322;e&#347;. I powodzenia.

Przysypuje go ziemi&#261;, ale przez chwil&#281; pozostawia g&#322;ow&#281; ods&#322;oni&#281;t&#261;, &#380;eby ptak m&#243;g&#322; si&#281; rozejrze&#263; po raz ostatni.

A co z robakami?- pyta.

Nie rozumiem.

Nie udusz&#261; si&#281;?

Zostaw niewielki otw&#243;r.

Wydaje si&#281; zadowolony z tej sugestii, zasypuje g&#322;ow&#281; gawrona ziemi&#261; i przyklepuje. Potem patykiem robi otw&#243;r dla robak&#243;w.

Tesso, przynie&#347; kamienie do udekorowania grobu.

Id&#281; ich poszuka&#263;. Adam zostaje z moim bratem. M&#243;wi mu, &#380;e gawrony s&#261; bardzo towarzyskie, maj&#261; wielu przyjaci&#243;&#322;, kt&#243;rzy b&#281;d&#261; wdzi&#281;czni Calowi za trosk&#281;.

My&#347;l&#281;, &#380;e chce zrobi&#263; na mnie wra&#380;enie.

Te dwa bia&#322;e kamienie s&#261; niemal okr&#261;g&#322;e. Jeszcze skorupa &#347;limaka i czerwony li&#347;&#263;. I mi&#281;kkie szare pi&#243;rko. Trzymam to wszystko w r&#281;ku. Jest tak pi&#281;knie, &#380;e musz&#281; oprze&#263; si&#281; o szop&#281; i przymkn&#261;&#263; oczy.

Pope&#322;ni&#322;am b&#322;&#261;d. Zaczynam spada&#263; w ciemno&#347;&#263;. Nad g&#322;ow&#261; zamyka si&#281; ziemia. Czuj&#281; zimno. Wok&#243;&#322; mnie robaki dr&#261;&#380;&#261; tunele. Zaciskam kamienie w ciep&#322;ych d&#322;oniach.

Moje ciep&#322;o ostygnie. Odpadn&#261; mi uszy, a oczy si&#281; rozp&#322;yn&#261;. B&#281;d&#281; mia&#322;a zaci&#347;ni&#281;te usta, wargi zmieniaj&#261; si&#281; w kleist&#261; substancj&#281;.

Podchodzi Adam.

Dobrze si&#281; czujesz?- pyta.

Koncentruj&#281; si&#281; na oddychaniu. Wdech. Wydech. Przynosi to jednak odwrotny efekt, kiedy u&#347;wiadamiam sobie, &#380;e moje p&#322;uca zwi&#281;dn&#261; jak papierowe wachlarze. Wydech. Wydech.

Adam dotyka mojego ramienia.

Tesso?

Nie czuj&#281; smaku, w&#281;chu ani dotyku. Nie s&#322;ysz&#281; d&#378;wi&#281;k&#243;w. Nic nie widz&#281;. Otacza mnie tylko wieczna pustka.

Podbiega Cal.

Co si&#281; sta&#322;o?

Nic.

Dziwnie wygl&#261;dasz.

Zakr&#281;ci&#322;o mi si&#281; w g&#322;owie, kiedy si&#281; pochyli&#322;am.

Zawo&#322;a&#263; tat&#281;?

Nie.

Jeste&#347; pewna?

Doko&#324;czmy pogrzeb, Cal. Nic mi nie b&#281;dzie.

Podaj&#281; mu znalezione przedmioty. Odbiega. Adam zostaje.

Nad ogrodzeniem przelatuje kos. Na niebie pojawi&#322;y si&#281; r&#243;&#380;owe i szare c&#281;tki. Oddychaj. Wdech. Wdech.

Co ci jest?- pyta Adam.

Jak mam mu o tym powiedzie&#263;?

Wyci&#261;ga r&#281;k&#281; i k&#322;adzie mi na karku. Nie wiem, co to znaczy. Jego d&#322;o&#324; jest silna, g&#322;aszcze mnie po plecach. Ustalili&#347;my, &#380;e b&#281;dziemy przyjaci&#243;&#322;mi. Czy tak zachowuj&#261; si&#281; przyjaciele?

Jego ciep&#322;o przenika do mnie przez koc, p&#322;aszcz, sweter i podkoszulk&#281;. Przenika pod sk&#243;r&#281;. Jest tak bolesne, &#380;e nie mog&#281; znale&#378;&#263; my&#347;li. Moje cia&#322;o dr&#380;y.

Przesta&#324;.

Co?

Odpycham go.

Czy m&#243;g&#322;by&#347; ju&#380; i&#347;&#263;?

Zapada cisza. Ma swoje brzmienie, jakby co&#347; p&#281;k&#322;o.

Chcesz, &#380;ebym sobie poszed&#322;?

Tak. I nie wracaj.

Odchodzi. &#379;egna si&#281; z Calem i prze&#322;azi przez dziur&#281; w ogrodzeniu. Gdyby nie kwiaty le&#380;&#261;ce przy fotelu, mog&#322;abym uzna&#263;, &#380;e w og&#243;le go tu nie by&#322;o. Podnosz&#281; bukiet. Pomara&#324;czowe g&#322;&#243;wki kiwaj&#261; do mnie, kiedy podaj&#281; go Calowi.

Daj to ptaszkowi.

Super!

K&#322;adzie kwiaty na wilgotnej ziemi. Przez chwil&#281; oboje stoimy nad grobem.



Rozdzia&#322; 20

Czeka&#322;am ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;, by tata zauwa&#380;y&#322;, &#380;e znik&#322;am. Oby si&#281; pospieszy&#322;, bo moja lewa noga zasn&#281;&#322;a, a ja musz&#281; si&#281; ruszy&#263;, gdy&#380; w przeciwnym razie dostan&#281; gangreny. Udaje mi si&#281; podnie&#347;&#263; na kolana i &#347;ci&#261;gn&#261;&#263; sweter z p&#243;&#322;ki. Wpycham go jedn&#261; r&#281;k&#261; mi&#281;dzy buty, &#380;eby zrobi&#263; sobie wygodniejsze miejsce do siedzenia. Szafa otwiera si&#281; ze skrzypieniem, kt&#243;re wydaje mi si&#281; bardzo g&#322;o&#347;ne. Potem zapada cisza.

Tesso?- Drzwi do mojego pokoju otwieraj&#261; si&#281; i tata idzie po dywanie ma&#322;ymi krokami.- Przysz&#322;a mama. Nie s&#322;ysza&#322;e&#347;, jak ci&#281; wo&#322;a&#322;em?

Widz&#281; przez szpar&#281;, jak jest skonsternowany, gdy odkrywa, &#380;e na moim &#322;&#243;&#380;ku le&#380;y tylko ko&#322;dra. Podnosi j&#261; i zagl&#261;da pod sp&#243;d, jakby my&#347;la&#322;, &#380;e skurczy&#322;am si&#281; do drobnych rozmiar&#243;w od czasu, kiedy widzieli&#347;my si&#281; przy &#347;niadaniu.

Cholera!- Pociera twarz d&#322;oni&#261;, jakby nic nie rozumia&#322;. Podchodzi do okna i wygl&#261;da na ogr&#243;d. Obok niego, na parapecie le&#380;y zielone, szklane jab&#322;ko. Dosta&#322;am je w podzi&#281;ce od kuzynki za to, &#380;e by&#322;am druhn&#261; na jej &#347;lubie. Mia&#322;am wtedy dwana&#347;cie lat i niedawno zachorowa&#322;am. Pami&#281;tam ludzi, kt&#243;rzy m&#243;wili mi, jaka jestem &#347;liczna z &#322;ys&#261; g&#322;ow&#261; owini&#281;t&#261; kwiecist&#261; chustk&#261;, podczas gdy inne dziewczynki wpina&#322;y we w&#322;osy prawdziwe kwiaty.

Tata podnosi jab&#322;ko i patrzy na nie w &#347;wietle poranka. W &#347;rodku wida&#263; kremowe i br&#261;zowe kr&#281;gi, jakby to by&#322; rdze&#324; prawdziwego owocu; impresja pestek wydmuchanych przez tw&#243;rc&#281;. Ogl&#261;da&#322;am &#347;wiat przez to jab&#322;ko wiele razu- wydaje si&#281; ma&#322;y i cichy.

Uwa&#380;am jednak, &#380;e tata nie ma prawa dotyka&#263; moich rzeczy. Wola&#322;abym, &#380;eby zaj&#261;&#322; si&#281; Calem, kt&#243;ry wrzeszczy na schodach, &#380;e z telewizora si&#281; dymi. Tata powinien p&#243;j&#347;&#263; do mamy i powiedzie&#263; jej, &#380;e zaprosi&#322; j&#261;, poniewa&#380; chce, by wr&#243;ci&#322;a. Niestety, dyscyplina nie le&#380;y w jej naturze, a tata i tak raczej nie b&#281;dzie mnie prosi&#322; o rad&#281; w tej sprawie.

Odstawia jab&#322;ko i podchodzi do p&#243;&#322;ki, przesuwa palcem po grzbietach moich ksi&#261;&#380;ek, jakby by&#322;y one klawiszami pianina i spodziewa&#322; si&#281; us&#322;ysze&#263; d&#378;wi&#281;k. Przechyla g&#322;ow&#281;, &#380;eby odczyta&#263; napisy na p&#322;ytach CD, wybiera jedn&#261;, ogl&#261;da ok&#322;adk&#281; i odk&#322;ada.

Tato!- krzyczy Cal ze schod&#243;w.- Obraz jest zamazany, a mama nie potrafi go naprawi&#263;!

Tata wzdycha i rusza w stron&#281; drzwi, ale nie mo&#380;e si&#281; oprze&#263; pokusie poprawienia ko&#322;dry na &#322;&#243;&#380;ku. Czyta to, co napisa&#322;am na &#347;cianie- czego b&#281;dzie mi brakowa&#322;o, czego pragn&#281;. Kr&#281;ci g&#322;ow&#261;, potem schyla si&#281; i podnosi koszulk&#281; z pod&#322;ogi. Sk&#322;ada j&#261; i zostawia na poduszce. I wtedy zauwa&#380;a, &#380;e szuflada przy &#322;&#243;&#380;ku jest lekko wysuni&#281;ta.

Cal wchodzi po schodach.

Przegapi&#281; program!

Cal, ju&#380; id&#281;.

Ale nie wychodzi. Siada na kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka i otwiera szuflad&#281; jednym palcem. W &#347;rodku znajduj&#261; si&#281; kartki, na kt&#243;rych zapisa&#322;am swoje uwagi dotycz&#261;ce listy. Opisa&#322;am wszystko, co my&#347;l&#281; o rzeczach przeze mnie zaliczonych- seksie, narkotykach i &#322;amaniu prawa- oraz dowie si&#281;, co jest na pi&#261;tym miejscu. S&#322;ysz&#281; szelest papieru i trzask gumowej opaski. Odg&#322;osy te wydaj&#261; mi si&#281; bardzo dono&#347;ne. Pr&#243;buj&#281; usi&#261;&#347;&#263;, &#380;eby wyskoczy&#263; z szafy i powali&#263; go na pod&#322;og&#281;, ale ratuje mnie Cal, kt&#243;ry otwiera drzwi. Tata wpycha kartki z powrotem do szuflady i zatrzaskuje j&#261;.

Nie mog&#281; mie&#263; chwili spokoju?- pyta.  Nawet pi&#281;ciu minut?

Grzeba&#322;e&#347; w rzeczach Tessy?

To nie twoja sprawa.

Powiem jej.

Na lito&#347;&#263; bosk&#261;, dam mi spok&#243;j!- Tata g&#322;o&#347;no zbiega po schodach. Cal idzie za nim.

Udaje mi si&#281; jako&#347; wyczo&#322;ga&#263; z szafy. Rozcieram nogi. Czuj&#281; spowolnione pulsowanie krwi w kolanie, ale stopa jest jak martwa. Ku&#347;tykam do &#322;&#243;&#380;ka i k&#322;ad&#281; si&#281;. W tej chwili wchodzi Cal.

Patrzy na mnie zaskoczony.

Tata m&#243;wi&#322;, &#380;e ci&#281; tu nie ma.

Nie ma mnie.

W&#322;a&#347;nie, &#380;e jeste&#347;!

Ciszej. Dok&#261;d poszed&#322;?

Cal wzrusza ramionami.

Jest w kuchni z mam&#261;. Nienawidz&#281; go. Nazwa&#322; mnie marud&#261; i powiedzia&#322; brzydkie s&#322;owo.

Rozmawiaj&#261; o mnie?

Tak i nie pozwalaj&#261; mi ogl&#261;da&#263; telewizji!

Skradamy si&#281; po schodach i wygl&#261;damy przez por&#281;cz. Tata siedzi na wysokim taborecie po&#347;rodku kuchni. Wygl&#261;da niezgrabnie, grzebi&#261;c w kieszeni spodni. Szuka papieros&#243;w i zapalniczki. Mama przygl&#261;da mu si&#281;, oparta plecami o lod&#243;wk&#281;.

Kiedy znowu zacz&#261;&#322;e&#347; pali&#263;?- pyta. Ma na sobie d&#380;insy. Zwi&#261;za&#322;a w&#322;osy z ty&#322;u i kilka pasemek zwisa lu&#378;no przy twarzy. Wygl&#261;da m&#322;odo i &#322;adnie, kiedy podaje mu spodek.

Tata zapala papierosa i wydmuchuje dym.

Przepraszam, wygl&#261;da na to, &#380;e &#347;ci&#261;gn&#261;&#322;em ci&#281; tu na darmo.- Wydaje si&#281; zmieszany, jakby nie wiedzia&#322;, co powiedzie&#263;.- S&#261;dzi&#322;em, &#380;e uda ci si&#281; przem&#243;wi&#263; jej do rozumu.

Jak my&#347;lisz, dok&#261;d posz&#322;a?

O ile j&#261; znam, jest pewnie w drodze na lotnisko!

Mama chichocze, co sprawia, &#380;e robi wra&#380;enie bardziej &#380;ywej ni&#380; ojciec, kt&#243;ry u&#347;miecha si&#281; do niej ponuro i przesuwa r&#281;k&#261; po w&#322;osach.

Jestem wyko&#324;czony.

Widz&#281;.

Ma zmienne nastroje. Nie pozwala si&#281; nikomu zbli&#380;y&#263; do siebie, a zaraz potem chce, &#380;eby j&#261; przytula&#263; godzinami. Ca&#322;ymi dniami nie wychodzi z domu, a potem znika, kiedy najmniej si&#281; tego spodziewam. Do tego nie mog&#281; przesta&#263; my&#347;le&#263; o tej jej li&#347;cie.

Wiesz- zaczyna mama.- &#380;e jedyn&#261; rzecz&#261;, jak&#261; naprawd&#281; mogliby&#347;my dla niej zrobi&#263;, jest sprawienie, &#380;eby wyzdrowia&#322;a. Ale to jest niemo&#380;liwe.

Tata wpatruje si&#281; w ni&#261; intensywnie.

Nie wiem, jak d&#322;ugo wytrzymam w pojedynk&#281;. S&#261; poranki, kiedy nie chce mi si&#281; otwiera&#263; oczu.

Cal szturcha mnie w bok.

Naplu&#263; na niego?- pyta szeptem.

Tak. Napluj mu do fili&#380;anki.

Cal zbiera ca&#322;&#261; &#347;lin&#281; w ustach i pluje tak daleko, jak mo&#380;e. Ale to na nic. Plwocina ledwo dolatuje do drzwi. Wi&#281;kszo&#347;&#263; zostaje mu na brodzie i spada na dywan.

Przewracam oczami, daj&#261;c mu znak, &#380;eby poszed&#322; za mn&#261;. Wchodzimy po schodach do mojego pokoju.

Usi&#261;d&#378; na pod&#322;odze przy drzwiach- m&#243;wi&#281;.- Zakryj twarz d&#322;o&#324;mi i nie wpuszczaj nikogo.

Co robisz?

Chc&#281; si&#281; ubra&#263;.

A potem?

Zdejmuj&#281; pi&#380;am&#281;, ubieram si&#281; w najlepsze majtki i jedwabn&#261; sukienk&#281;, kt&#243;r&#261; kupi&#322;am tego pami&#281;tnego dnia sp&#281;dzonego na szalonych zakupach z Calem. Rozcieram dr&#281;twiej&#261;c&#261; nog&#281; i wk&#322;adam buty wi&#261;zane na rzemienie.

Chcesz zobaczy&#263; Megazorda?- pyta Cal.- Musisz przyj&#347;&#263; do mojego pokoju, bo w&#322;a&#347;nie broni miasta. Je&#347;li go stamt&#261;d zabior&#281; wszystko zostanie zniszczone.

Zdejmuj&#281; p&#322;aszcz z oparcia krzes&#322;a.

Troch&#281; si&#281; &#347;piesz&#281;.

Zerka na mnie spomi&#281;dzy palc&#243;w zakrywaj&#261;cych oczy.

To sukienka na wielk&#261; przygod&#281;!

Tak.

Wstaje i zas&#322;ania sob&#261; drzwi.

Zabierzesz mnie?

Nie.

Prosz&#281;, nie wytrzymuj&#281; tu ju&#380;.

Nie.

Zostawiam telefon, bo wiem, &#380;e b&#281;d&#261; mogli mnie dzi&#281;ki niemu namierzy&#263;. Wyjmuj&#281; moje zapiski z szuflady i wpycham do kieszeni. Potem wyrzuc&#281; je gdzie&#347; do kosza. Widzisz, tato, jak wszystko znika ci sprzed oczu?

Przekupuj&#281; Cala, zanim posy&#322;am go na d&#243;&#322;. Doskonale wie, ile czarodziejskich zabawek mo&#380;e zdoby&#263; za dziesi&#261;taka. Zdaje sobie spraw&#281;, &#380;e pomin&#281; go w testamencie, je&#347;li pi&#347;nie s&#322;&#243;wko.

Czekam, a&#380; p&#243;jdzie, i powoli schodz&#281; po schodach. Zatrzymuj&#281; si&#281; na p&#243;&#322;pi&#281;trze, &#380;eby z&#322;apa&#263; oddech i wyjrze&#263; przez okno na trawnik. Przesuwam palcem po &#347;cianie i rze&#378;bieniach por&#281;czy, u&#347;miecham si&#281; do wisz&#261;cych fotografii.

Cal wchodzi do kuchni, siada na pod&#322;odze i patrzy na rodzic&#243;w.

Chcesz czego&#347;?- pyta tata.

Przyszed&#322;em pos&#322;ucha&#263;, o czym rozmawiacie.

Przykro mi, ale ciebie to nie dotyczy.

Wi&#281;c chc&#281; co&#347; zje&#347;&#263;.

W&#322;a&#347;nie zjad&#322;e&#347; p&#243;&#322; paczki herbatnik&#243;w.

Mam gum&#281; do &#380;ucia- o&#347;wiadcza mama.- Chcesz?- Szuka w kieszeni i podaje mu.

Cal pakuje sobie gum&#281; do buzi i &#380;uje j&#261; z namys&#322;em.

Pojedziemy na wakacje, kiedy Tessa umrze?- pyta.

Tacie udaje si&#281; obrzuci&#263; go wzrokiem jednocze&#347;nie gro&#378;nym i pe&#322;nym zaskoczenia.

To, co m&#243;wisz, jest pod&#322;e!

Ju&#380; nawet nie pami&#281;tam, kiedy byli&#347;my w Hiszpanii. Po raz pierwszy i ostatni lecia&#322;em wtedy samolotem, ale mia&#322;o to miejsce tak dawno temu, &#380;e nie jestem pewien, czy zdarzy&#322;o si&#281; naprawd&#281;.

Dosy&#263; tego!- oburza si&#281; tata i wstaje, lecz mama go powstrzymuje.

Nic si&#281; nie sta&#322;o- m&#243;wi do Cala.- Tessa choruje bardzo d&#322;ugo, prawda? Na pewno czasem czujesz si&#281; odtr&#261;cony.

Cal krzywi si&#281; w u&#347;miechu.

Tak. S&#261; poranki, kiedy nie chce mi si&#281; otwiera&#263; oczu.



Rozdzia&#322; 21

Zoey podchodzi do drzwi. Jest rozczochrana i ma na sobie te same ciuchy, w kt&#243;rych widzia&#322;am j&#261; ostatnio.

Jedziemy nad morze?- Dzwoni&#281; jej przed nosem kluczykami do samochodu.

Dostrzega w&#243;z taty.

Sama nim przyjecha&#322;a&#347;?

Tak.

Przecie&#380; nie umiesz prowadzi&#263;.

Nauczy&#322;am si&#281;. To numer pi&#261;ty na mojej li&#347;cie.

Marszczy brwi.

Naprawd&#281; bra&#322;a&#347; lekcje?

Co&#347; w tym rodzaju. Mog&#281; wej&#347;&#263;?

Otwiera drzwi szerzej.

Wytrzyj buty albo je zdejmij.

Dom jej rodzic&#243;w jest niewiarygodnie wypucowany, jakby by&#322; z katalogu. Oboje bez przerwy pracuj&#261;, wi&#281;c nie maj&#261; czasu nabrudzi&#263;. Id&#281; za Zoey do salonu i siadam na kanapie. Zoey siada naprzeciwko na por&#281;czy fotela i zak&#322;ada r&#281;ce.

Tata po&#380;yczy&#322; ci samoch&#243;d, mimo, &#380;e nie jeste&#347; ubezpieczona i nie masz prawa jazdy?

Nie wiem, &#380;e go wzi&#281;&#322;am, ale naprawd&#281; potrafi&#281; prowadzi&#263;. Przekonasz si&#281;. Zda&#322;abym egzamin bez trudu, gdybym by&#322;a w odpowiednim wieku.

Zoey kr&#281;ci g&#322;ow&#261;, jakby nie mog&#322;a si&#281; nadziwi&#263; mojej g&#322;upocie. Powinna by&#263; ze mnie dumna. Zwia&#322;am z domu i tata nic nie zauwa&#380;y&#322;.

Pami&#281;ta&#322;am o tym, &#380;eby spojrze&#263; w lusterko, zanim zapali&#322;am silnik, wrzuci&#322;am sprz&#281;g&#322;o, pierwszy bieg i wcisn&#281;&#322;am gaz. Objecha&#322;am ulic&#281; trzy razu i dwukrotnie zgas&#322; mi silnik. Pierwszy raz posz&#322;o mi tak dobrze. Przejecha&#322;am rondo i nawet wrzuci&#322;am tr&#243;jk&#281; na g&#322;&#243;wnej ulicy w drodze do domu Zoey. Tymczasem ona przygl&#261;da mi si&#281; tak, jakbym pope&#322;ni&#322;a jaki&#347; straszny b&#322;&#261;d.

Wiesz co?- Wstaj&#281; i zapinam p&#322;aszcz.- S&#261;dzi&#322;am, &#380;e je&#347;li uda mi si&#281; tu dojecha&#263;, jedyn&#261; trudno&#347;ci&#261; pozostanie jazda dwupasm&#243;wk&#261;. Nie przysz&#322;o mi do g&#322;owy, &#380;e w&#322;a&#347;nie ty oka&#380;esz si&#281; tak&#261; zrz&#281;d&#261;.

Szura nogami po dywanie, jakby chcia&#322;a co&#347; zetrze&#263;.

Przepraszam. Jestem troch&#281; zaj&#281;ta.

A co robisz?

Wzrusza ramionami.

Nie wszyscy maj&#261; tyle czasu, co ty.

Czuj&#281;, jak co&#347; we mnie ro&#347;nie, kiedy na ni&#261; patrz&#281;. W tej chwili zupe&#322;nie jej nie lubi&#281;.

Dobra. Zapomnijmy o tym. Sama zrealizuj&#281; swoj&#261; list&#261;.

Zoey wstaje i potrz&#261;sa swoimi g&#322;upimi w&#322;osami. Pr&#243;buje udawa&#263; obra&#380;on&#261;. To sztuczka, kt&#243;ra dzia&#322;a na facet&#243;w, ja nie dam si&#281; na to nabra&#263;.

Nie powiedzia&#322;am:,,Nie.

Ale widz&#281; wyra&#378;nie, &#380;e j&#261; nudz&#281;. Wola&#322;abym, &#380;ebym szybciej umar&#322;a, bo wtedy mog&#322;aby si&#281; zaj&#261;&#263; swoim &#380;yciem.

Lepiej zosta&#263;- rzucam.- I tak przy tobie nic nie wychodzi.

Idzie za mn&#261; do przedpokoju.

To nieprawda!

Odwracam si&#281;.

Dla mnie tak. Nie zauwa&#380;y&#322;a&#347;, &#380;e ca&#322;e g&#243;wno zawsze mi spada na g&#322;ow&#281;, a ty ze wszystkiego wychodzisz bez szwanku

Marszczy brwi.

Kiedy tak by&#322;o?

Zawsze tak jest. Czasem my&#347;l&#281;, &#380;e zadajesz si&#281; ze mn&#261;, &#380;eby poczu&#263;, jak&#261; jeste&#347; szcz&#281;&#347;ciar&#261;.

Chryste!- Krzywi si&#281;.- Nie mo&#380;esz chocia&#380; na chwil&#281; przesta&#263; my&#347;le&#263; o sobie?

Zamknij si&#281;!- krzycz&#281; i czuj&#281; si&#281; z tym tak dobrze, &#380;e musz&#281; to zrobi&#263; jeszcze raz.

Nie. To ty si&#281; zamknij.- odpowiada, ale potrafi zdoby&#263; si&#281; ledwie na szept. Dziwne. Cofa si&#281; o krok i przystaje, jakby chcia&#322;a co&#347; doda&#263;, lecz zmienia zdanie i wbiega po schodach na g&#243;r&#281;.

Nie id&#281; za ni&#261;. Czekam chwil&#281; w przedpokoju. Czuj&#281;, jak gruby jest dywan pod moimi stopami. Potem wracam do salonu i w&#322;&#261;czam telewizor. Przed siedem minut ogl&#261;dam program dla amator&#243;w ogrodnictwa. Dowiaduj&#281; si&#281; z niego, &#380;e w nas&#322;onecznionym miejscu mo&#380;na hodowa&#263; morele wsz&#281;dzie, nawet w Anglii. Zastanawiam si&#281;, czy Adam o tym wie. Szybko nudz&#261; mnie informacje o mszycach i czerwonych paj&#261;kach podawane monotonnym g&#322;osem przez spikera, wi&#281;c wy&#322;&#261;czam telewizor i wysy&#322;am Zoey SMS-a: PRZEPRASZAM.

Wygl&#261;dam przez okno, &#380;eby sprawdzi&#263; czy samoch&#243;d wci&#261;&#380; tam stoi. Jest. Niebo wygl&#261;da brzydko. Chmury wisz&#261; nisko i maj&#261; kolor siarki.

Jeszcze nigdy nie prowadzi&#322;am w deszczu. Troch&#281; si&#281; tego boj&#281;. Szkoda, &#380;e pa&#378;dziernik ju&#380; min&#261;&#322;. Tego roku by&#322; tak ciep&#322;y, jakby &#347;wiat zapomnia&#322; o tym, &#380;e pora na nadej&#347;cie jesieni. Pami&#281;tam, jak przygl&#261;da&#322;am si&#281; spadaj&#261;cym li&#347;ciom przez szpitalne okno.

Zoey odpisuje: JA TE&#379;.

Schodzi do salonu. Ma na sobie kr&#243;tk&#261; turkusow&#261; sukienk&#281; i mn&#243;stwo bransoletek. Owijaj&#261; jej r&#281;k&#281; jak w&#281;&#380;a i brz&#281;cz&#261;, kiedy podchodzi, &#380;eby mnie u&#347;ciska&#263;. &#321;adnie pachnie. Opieram si&#281; o jej rami&#281;, a ona ca&#322;uje mnie w czubek g&#322;owy.

&#346;mieje si&#281;, kiedy zapalam silnik, kt&#243;ry, oczywi&#347;cie, natychmiast mi ga&#347;nie. Pr&#243;buj&#281; znowu i gdy jedziemy ulic&#261; w d&#243;&#322;, opowiadam jej, jak tata pi&#281;&#263; razy pr&#243;bowa&#322; mnie nauczy&#263; kierowa&#263; samochodem, ale nigdy mi nie wychodzi&#322;o. Nie umia&#322;am naciska&#263; na peda&#322;y sprz&#281;g&#322;a i gazu z wyczuciem.

,,Dobrze!- krzyczy tata.- Czujesz ten punkt?.

Ale ja nic nie czu&#322;am, nawet gdy zdj&#281;&#322;am buty.

Byli&#347;my zm&#281;czeni moj&#261; nauk&#261;. Kolejne jazdy stawa&#322;y si&#281; coraz kr&#243;tsze, a&#380; w ko&#324;cu zrezygnowali&#347;my z nich i nikt z nas wi&#281;cej o tym nie wspomina&#322;.

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby zauwa&#380;y&#322; znikni&#281;cie samochodu przed lunchem- oznajmiam.- A potem, co mo&#380;e zrobi&#263;? Tak jak m&#243;wi&#322;a&#347;, &#380;adne zasady mnie nie dotycz&#261;.

Prawdziwa z ciebie bohaterka!- stwierdza Zoey.- Jeste&#347; fantastyczna!

&#346;miejemy si&#281; jak za dawnych czas&#243;w. Zapomnia&#322;am ju&#380;, jak weso&#322;o sp&#281;dza si&#281; czas w jej towarzystwie. Nie krytykuje mojej jazdy tak, jak robi&#322; to tara. I nie boi si&#281;, kiedy wrzucam trzeci bieg albo zapominam pokaza&#263; migaczem, &#380;e skr&#281;cam w lewo, wyje&#380;d&#380;aj&#261;c z ulicy, przy kt&#243;re mieszka. Gdy jest ze mn&#261;, czuj&#281; si&#281; o wiele lepiej.

Nie&#378;le. Staruszek ci&#281; jednak wyszkoli&#322;.

Uwielbiam to- przyznaj&#281;.- Fantastycznie by&#322;oby tak jecha&#263; przez Europ&#281;. Mog&#322;aby&#347; zrobi&#263; sobie rok przerwy w college'u i wybra&#263; si&#281; ze mn&#261; w podr&#243;&#380;.

Nie chc&#281;.- Bierze map&#281; i milknie.

Nie potrzebujemy mapy.

Dlaczego?

Wyobra&#378; sobie, &#380;e gramy w filmie drogi.

Blokada- m&#243;wi, pokazuj&#261;c palcem szos&#281;.

Przed nami ustawili si&#281; jacy&#347; ch&#322;opcy na motorach. Maj&#261; kaptury na g&#322;owach i papierosy w r&#281;kach. Niebo przybra&#322;o dziwn&#261; barw&#281;, dooko&#322;a nie wida&#263; nikogo innego. Zwalniam.

Co robimy?

Wrzu&#263; wsteczny- radzi Zoey.- Nie zjad&#261; nam z drogi.

Wychylam si&#281; przez okno.

Hej, wy tam! Ruszcie dupy!

Usuwaj&#261; si&#281; leniwie i u&#347;miechaj&#261; krzywo, gdy posy&#322;am im ca&#322;usa.

Zoey jest wstrz&#261;&#347;ni&#281;ta.

Co ci&#281; napad&#322;o?

Nic, po prosto nie umiem cofa&#263;.

Na g&#322;&#243;wnej drodze stajemy w korku. Przez okna zagl&#261;dam w &#380;ycie innych ludzi. Dziecko p&#322;acze na tylnim siedzeniu, m&#281;&#380;czyzna b&#281;bni palcami w kierownic&#281;. Kobieta wyciera nos. Dziecko macha.

Niesamowite, prawda?

Co?

Jestem sob&#261; i ty jeste&#347; sob&#261;, podobnie jak oni wszyscy. Ka&#380;dy jest inny i r&#243;wnie nieistotny.

M&#243;w za siebie.

Tak jest. Nie my&#347;lisz o tym nigdy, kiedy patrzysz w lustro? Nie wyobra&#380;asz sobie swojej czaszki?

Nie.

Nie znosz&#281; jada&#263; siedem, osiem razy dziennie i nie cierpi&#281; buraczk&#243;w i selera. Tobie nie podobaj&#261; si&#281; twoje nogi i tr&#261;dzik, ale to wszystko i tak nie ma znaczenia z szerszej perspektywy.

Zamknij si&#281;, Tesso! Wygadujesz bzdury.

Milkn&#281;, ale my&#347;l&#281; o tym, &#380;e m&#243;j oddech pachnie mi&#281;tow&#261; past&#261; do z&#281;b&#243;w, a jej papierosowym dymem. Mam raka. Ona mieszka z obojgiem rodzic&#243;w. Kiedy wsta&#322;am rano z &#322;&#243;&#380;ka, na prze&#347;cieradle zostawi&#322;am pot. Teraz prowadz&#281; samoch&#243;d. Widz&#281; w lusterku swoj&#261; twarz, u&#347;miech i ko&#347;ci, kt&#243;re zostan&#261; spalone lub pogrzebane. To b&#281;dzie moja &#347;mier&#263;. Nie Zoey. Moja. My&#347;l&#281; to i po raz pierwszy nie czuj&#281; si&#281; z tym okropnie.

Nie rozmawiamy. Zoey wygl&#261;da przez okno, a ja prowadz&#281;. Wyje&#380;d&#380;amy z miasta na dwupasm&#243;wk&#281;. Niebo ciemnieje coraz bardziej. Jest wspaniale.

Zoey znowu zaczyna marudzi&#263;.

To najgorsza przeja&#380;d&#380;ka, w jakiej bra&#322;am udzia&#322;- j&#281;czy.- Mdli mnie. Dlaczego jeszcze nie dojecha&#322;y&#347;my?

Bo nie zwracam uwagi na tablice drogowe.

Patrzy na mnie zaskoczona.

Dlaczego? Chc&#281;, &#380;eby nasza podr&#243;&#380; mia&#322;a jaki&#347; cel.

Przyciskam nog&#261; peda&#322; gazu.

Dobra.

Zoey piszczy i chwyta si&#281; deski rozdzielczej.

Zwolnij! Jeste&#347; pocz&#261;tkuj&#261;cym kierowc&#261;!

Pr&#281;dko&#347;ciomierz wskazuje 45 km/h. 50! Ale&#380; mam par&#281;.

Zwolnij. S&#322;ysza&#322;am grzmot!

Krople deszczu znacz&#261; przedni&#261; szyb&#281;. L&#347;ni&#261; na szkle i zamazuj&#261; widok. Przypominaj&#261; iskry elektryczne.

Licz&#281; po cichu do momentu pojawienia si&#281; b&#322;yskawicy.

Piorun strzeli&#322; kilometr st&#261;d.- m&#243;wi&#281;.

Zatrzymaj si&#281;.

Po co?

Deszcz b&#281;bni o dach samochodu, a ja nie wiem, jak si&#281; w&#322;&#261;cza wycieraczki. Manipuluj&#281; &#347;wiat&#322;ami i rozrusznikiem. Zapominam, &#380;e wrzuci&#322;am czwarty bieg, i samoch&#243;d nagle staje.

Nie tutaj!- wrzeszczy Zoey.- Jeste&#347;my na dwupasm&#243;wce! Chcesz zgin&#261;&#263;?

Wrzucam na luz. Nie czuj&#281; strachu. Strugi wody sp&#322;ywaj&#261; po szybie. Samochody, kt&#243;re nadje&#380;d&#380;aj&#261; z ty&#322;u, tr&#261;bi&#261; na nas i migaj&#261; &#347;wiat&#322;ami. Spokojnie zerkam w lusterko, w&#322;&#261;czam silnik i wrzucam pierwszy bieg. Ruszamy. Odnajduj&#281; wycieraczki i wrzucam drugi bieg, a potem trzeci.

Zoey wpada w panik&#281;.

Jeste&#347; stukni&#281;ta. Teraz ja poprowadz&#281;!

Nie masz ubezpieczenia.

Ty te&#380;!

Odg&#322;osy burzy narastaj&#261;, nie ma ju&#380; przerw mi&#281;dzy grzmotami a b&#322;yskawicami. Jest dzie&#324;, ale wszystkie samochody jad&#261; na &#347;wiat&#322;ach. Nie umiem w&#322;&#261;czy&#263; swoich.

Prosz&#281; ci&#281;!- krzyczy Zoey.- Sta&#324;!

W samochodzie jeste&#347;my bezpieczne. On ma gumowe opony.

Zwolnij!- nie przestaje si&#281; drze&#263;.- Spowodujesz wypadek. Nie s&#322;ysza&#322;a&#347; o zachowaniu bezpiecznej odleg&#322;o&#347;ci?

Nie. Za to odkrywa&#322; pi&#261;ty bieg, o kt&#243;rego istnieniu nie mia&#322;am poj&#281;cia. P&#281;dzimy przed siebie pod niebem roz&#347;wietlonym b&#322;yskawicami. Jeszcze nigdy nie widzia&#322;am burzy z bliska. Kiedy tata zabra&#322; nas do Hiszpanii, na morzu rozp&#281;ta&#322; si&#281; sztorm. Obserwowali&#347;my go z hotelowego balkonu. Nie wydawa&#322; si&#281; prawdziwy, przypomina&#322; widowisko zorganizowane dla turyst&#243;w. Teraz przed mymi oczami rozgrywa si&#281; fantastyczny spektakl.

Zoey nie podziela mojego zachwytu. Kuli si&#281; ze strachu na siedzeniu.

Samochody s&#261; z metalu!- piszczy.- W ka&#380;dej chwili mo&#380;e uderzy&#263; w nas piorun. Zatrzymaj si&#281;!

&#379;al mi jej, ale wiem, &#380;e nie ma racji.

Stuka palcem w szyb&#281;.

Tam jest stacja. Zjed&#378; na ni&#261; albo wyskocz&#281;.

Mam ochot&#281; na czekolad&#281;, wi&#281;c postanawiam si&#281; zatrzyma&#263;. Rozp&#281;dzi&#322;am samoch&#243;d, ale udaje mi si&#281; znale&#378;&#263; hamulec. Wje&#380;d&#380;amy jak szalone na podjazd i parkujemy przy pompach paliwowych o&#347;wietlonych jarzeni&#243;wkami. Zoey zamyka oczy. Wola&#322;abym jecha&#263; dalej, ch&#322;on&#261;c pe&#322;n&#261; piersi&#261; widok rozpo&#347;cieraj&#261;cy si&#281; za oknem.

Nie wiem, w co ty grasz- syczy.- ale mog&#322;a&#347; nas zabi&#263;.

Otwiera drzwi, wysiada i zatrzaskuje je za sob&#261;, a potem maszeruje do sklepu. Przez chwil&#281; mam ochot&#281; odjecha&#263; bez niej, lecz zanim podejmuj&#281; decyzj&#281;, wraca i otwiera drzwi. Pachnie inaczej, ch&#322;odem i &#347;wie&#380;o&#347;ci&#261;. Odgarnia mokry kosmyk w&#322;os&#243;w, kt&#243;ry przyklei&#322; jej si&#281; do ust.

Nie mam pieni&#281;dzy. Chc&#281; zapali&#263;.

Podaj&#281; jej torebk&#281;. Nagle czuj&#281; si&#281; bardzo szcz&#281;&#347;liwa.

Mo&#380;esz mi kupi&#263; czekolad&#281;?

Najpierw fajki- m&#243;wi.  Id&#281; do toalety. Kiedy wr&#243;c&#281;, siadam za kierownic&#261;.

Zatrzaskuj&#281; drzwi i idzie w stron&#281; sklepu. Wci&#261;&#380; leje, Zoey kuli si&#281; pod kroplami deszczu i zerka na niebo. Kolejny grzmot. Jeszcze nigdy nie widzia&#322;am, jak si&#281; boi, i czuj&#281; przyp&#322;yw mi&#322;o&#347;ci do niej. Nie radzi sobie tak dobrze jak ja. Nie jest przyzwyczajona. Dla mnie ca&#322;y &#347;wiat m&#243;g&#322;by pogr&#261;&#380;y&#263; si&#281; w chaosie. Nie ba&#322;abym si&#281;. Chcia&#322;abym, &#380;eby na nast&#281;pnych skrzy&#380;owaniu stoczy&#322;a si&#281; na nas lawina. Niech z nieba spadnie czarny deszcz, a ze schowka na r&#281;kawiczki wyleci szara&#324;cza. Biedna Zoey. Widz&#281; j&#261; za szyb&#261; sklepu, jak niewinnie kupuje s&#322;odycze i papierosy. Pozwol&#281; jej prowadzi&#263;, bo tak chc&#281;. Nie mo&#380;e mnie ju&#380; kontrolowa&#263;. Przekroczy&#322;am granic&#281;.



Rozdzia&#322; 22

Jest czwarta dwadzie&#347;cia, a przed nami szare morze. Niebo te&#380; jest szare, chocia&#380; nieco ja&#347;niejsze, i chmury nie p&#322;yn&#261; tak szybko. Na widok morza kr&#281;ci mi si&#281; w g&#322;owie. Pogr&#261;&#380;am si&#281; w nieustaj&#261;cym ruchu, kt&#243;rego nikt nie zdo&#322;a zatrzyma&#263;.

Szale&#324;stwo- mruczy Zoey.- Nie wiem, jak ci si&#281; uda&#322;o mnie na to nam&#243;wi&#263;.

Siedzimy na &#322;aweczce. Wok&#243;&#322; nie wida&#263; &#380;ywej duszy. Daleko na pla&#380;y s&#322;ycha&#263; szczekanie psa. Jego w&#322;a&#347;ciciel jawi si&#281; jako ma&#322;y punkcik na horyzoncie.

Przyje&#380;d&#380;a&#322;am tu co roku na wakacje- m&#243;wi&#281;.- Zanim mama odesz&#322;a. Zanim zachorowa&#322;am. Mieszka&#322;y&#347;my w hotelu Crosskeys. Ka&#380;dego ranka wstawali&#347;my, jedli&#347;my &#347;niadanie i szli&#347;my na pla&#380;&#281;, gdzie przebywali&#347;my ca&#322;y dzie&#324;. Codziennie przez dwa tygodnie sp&#281;dzali&#347;my czas w ten sam spos&#243;b.

Bardzo zajmuj&#261;ce!- oznajmia Zoey, kt&#243;ra osuwa si&#281; ni&#380;ej na &#322;awce i szczelniej owija p&#322;aszczem.

Nie wracali&#347;my do hotelu nawet na lunch. Tata robi&#322; kanapki, a na deser kupowa&#322; budy&#324; Angel Delight. Miesza&#322; go na pla&#380;y z mlekiem w plastikowym pojemniku. Pami&#281;tam, jak dziwnie brzmia&#322;o uderzenie widelca o misk&#281; po&#347;r&#243;d krzyku mew i szumu fal.

Zoey przygl&#261;da mi si&#281; z nat&#281;&#380;eniem.

Zapomnia&#322;a&#347; dzi&#347; wzi&#261;&#263; jakie&#347; wa&#380;ne lei?

Nie!- &#321;api&#281; j&#261; za r&#281;k&#281; i ci&#261;gn&#281; za sob&#261;.- Chod&#378;, poka&#380;&#281; ci hotel.

Idziemy promenad&#261;. Pod nami na piasku le&#380;&#261; m&#261;twy. S&#261; ci&#281;&#380;kie i przestraszone, jakby przed chwil&#261; wpada&#322;y na siebie po&#347;r&#243;d fal. &#379;artuj&#281;, &#380;e pozbieramy je i sprzedamy do sklepu zoologicznego, ale wygl&#261;daj&#261; naprawd&#281; dziwacznie. Nie pami&#281;tam, &#380;ebym je tu wcze&#347;niej widzia&#322;a.

Czy to normalne jesieni&#261;?- zastanawia&#322;a si&#281; Zoey.- Albo ogl&#261;damy skutki zanieczyszczenia &#347;rodowiska. Nasza zwariowana planeta umiera. Mo&#380;esz uwa&#380;a&#263; si&#281; za szcz&#281;&#347;ciar&#281;, bo nie b&#281;dziesz ogl&#261;da&#263; jej ko&#324;ca.

Zoey musi si&#281; za&#322;atwi&#263;, wi&#281;c schodzi na pla&#380;&#281; i przykuca na piasku. Nie mog&#281; uwierzy&#263;, &#380;e to robi. Wprawdzie tu nikogo nie mam ale zawsze ba&#322;a si&#281;, &#380;e j&#261; kto&#347; zobaczy. Paruj&#261;cy mocz dr&#261;&#380;y dziurk&#281; w piasku i wsi&#261;ka. Zoey wygl&#261;da nawet naturalnie, kiedy si&#281; podnosi i idzie w moj&#261; stron&#281;.

Przystajemy na chwil&#281; i patrzymy na morze. Fale przyp&#322;ywaj&#261; okryte bia&#322;&#261; pian&#261;, a potem si&#281; cofaj&#261;.

Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e jeste&#347; moj&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#261;, Zoey- m&#243;wi&#281; i mocno &#347;ciskam j&#261; za r&#281;k&#281;.

Idziemy przez port. Niewiele brakowa&#322;o, a opowiedzia&#322;abym jej o Adamie, przeja&#380;d&#380;ce na motorze i o tym, co si&#281; wydarzy&#322;o na wzg&#243;rzu, ale wci&#261;&#380; jest mi do&#347;&#263; ci&#281;&#380;ko i wol&#281; nie rozmawia&#263; na ten temat. Zamiast tego przypominam sobie okolic&#281;. Wszystko wygl&#261;da znajomo- budka z pami&#261;tkami, gdzie sprzedawano wiaderka, &#322;opatki i poczt&#243;wki, bia&#322;e &#347;ciany lodziarni, na kt&#243;rych wymalowano wielki r&#243;&#380;owy wafel. Odnajduj&#281; nawet boczn&#261; uliczk&#281;, kt&#243;r&#261; mo&#380;emy doj&#347;&#263; na skr&#243;ty do hotelu.

Wygl&#261;da inaczej- stwierdzam, kiedy dotar&#322;y&#347;my na miejsce. Dawniej wydawa&#322; si&#281; wi&#281;kszy.

Ale to tutaj?

Tak.

&#346;wietnie. Mo&#380;emy ju&#380; wr&#243;ci&#263; do samochodu?

Otwieram furtk&#281; i id&#281; w&#261;sk&#261; &#347;cie&#380;k&#261;.

Ciekawe, czy pozwol&#261; mi zajrze&#263; do pokoju, kt&#243;ry zajmowali&#347;my.

Chryste!- mruczy Zoey i opiera si&#281; o &#347;cian&#281;.

Drzwi otwiera kobieta w &#347;rednim wieku. Jest gruba i wygl&#261;da dobrodusznie. Ma na sobie fartuch. Nie pami&#281;tam jej.

S&#322;ucham?

Opowiadam jej, &#380;e przyje&#380;d&#380;a&#322;am tu jako dziecko ka&#380;dego lata na dwa tygodnie i zajmowali&#347;my apartament rodzinny.

Szukasz pokoju na t&#281; noc?- pyta.

Nie przysz&#322;o mi to do g&#322;owy, ale teraz uwa&#380;am, &#380;e to &#347;wietny pomys&#322;.

A mo&#380;emy zaj&#261;&#263; tamten pok&#243;j?

Zoey pojawia si&#281; tu&#380; za mn&#261;, szarpie mnie za r&#281;k&#281; i odwraca do siebie.

Co ty wyprawiasz, do cholery?

Za&#322;atwiam nocleg.

Nie mog&#281; tu zosta&#263;, mam jutro zaj&#281;cia w college'u.

Codziennie masz zaj&#281;cia. Jeszcze zd&#261;&#380;ysz si&#281; na nie nachodzi&#263;.

Uzna&#322;am, &#380;e zabrzmia&#322;o to b&#322;yskotliwie. Zoey milknie. Zn&#243;w przywiera do &#347;ciany i siada tam, gapi&#261;c si&#281; na niebo.

Odwracam si&#281; do kobiety.

Przepraszam- m&#243;wi&#281;. Podoba mi si&#281;. Nie patrzy na nas podejrzliwie. Mo&#380;e jej si&#281; wydaje, &#380;e mam pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat, a Zoey jest moj&#261; okropn&#261; nastoletni&#261; c&#243;rk&#261;.

Wstawili&#347;my tam podw&#243;jne &#322;&#243;&#380;ko, ale pok&#243;j nadal funkcjonuje jako apartament.

&#346;wietnie. Bierzemy go.

Idziemy za ni&#261; po schodach. Ma szerokie biodra i ko&#322;ysze nimi, kiedy si&#281; porusza. Zastanawiam si&#281;, jak by to by&#322;o mie&#263; tak&#261; matk&#281;.

Prosz&#281;.- Otwiera drzwi.- Zmienili&#347;my umeblowanie, wi&#281;c pewnie pok&#243;j wygl&#261;da inaczej.

Rzeczywi&#347;cie. Ogromne &#322;&#243;&#380;ko dominuje w tej przestrzeni. Jest wysokie i staromodne, okryte welwetow&#261; narzut&#261;.

Przyje&#380;d&#380;aj&#261; tu nowo&#380;e&#324;cy- t&#322;umaczy kobieta.

Fantastycznie!- prycha Zoey.

Trudno mi odnale&#378;&#263; to s&#322;oneczne pomieszczenie, w kt&#243;rym budzi&#322;am si&#281; rankiem. Znik&#322;y tapczaniki, a na ich miejscu powstawiano stolik z czajnikiem elektrycznym i szklankami do herbaty. Rozpoznaj&#281; tylko &#322;ukowate okno i szaf&#281; pod &#347;cian&#261;.

Zostawiam was- m&#243;wi kobieta.

Zoey zrzuca buty i k&#322;adzie si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku.

Ten pok&#243;j kosztuje siedemdziesi&#261;t funt&#243;w za noc!- zwraca mi uwag&#281;.- Masz tyle kasy?

Chcia&#322;am tu tylko zajrze&#263;.

Oszala&#322;a&#347;?

Wspinam si&#281; na &#322;&#243;&#380;ko obok niej.

Nie, po prostu wiem, &#380;e gdybym powiedzia&#322;a na g&#322;os, o co mi chodzi, na pewno zabrzmia&#322;o to idiotycznie.

Zoey podnosi si&#281; i opiera si&#281; na &#322;okciach. Przygl&#261;da mi si&#281; podejrzliwie.

Wypr&#243;buj na mnie.

Opowiadam jej o ostatnich wakacjach sp&#281;dzonych w tym hotelu, o tym, jak mama i tata k&#322;&#243;cili si&#281; cz&#281;&#347;ciej ni&#380; zwykle. Kt&#243;rego&#347; ranka mama nie chcia&#322;a je&#347;&#263; &#347;niadania, powiedzia&#322;a, &#380;e ma dosy&#263; par&#243;wek i pomidor&#243;w z puszki i &#380;e taniej by&#322;oby pojecha&#263; do Benidorm.

To jed&#378;- rzuci&#322; tata.- Przy&#347;lij nam poczt&#243;wk&#281;.

Mama wzi&#281;&#322;a mnie za r&#281;k&#281; i posz&#322;y&#347;my razem do pokoju.

Schowajmy si&#281; przed nimi- zaproponowa&#322;a.- B&#281;dzie fajnie.

By&#322;am bardzo przej&#281;ta. Zostawi&#322;a Cala z tat&#261;, a mnie zabra&#322;a ze sob&#261;.

Ukry&#322;y&#347;my si&#281; w szafie.

Nikt nas tutaj nie znajdzie- oznajmi&#322;a.

Rzeczywi&#347;cie, nikt nas nie znalaz&#322;, chocia&#380; nie jestem pewna, czy kto&#347; w og&#243;le szuka&#322;. Siedzia&#322;y&#347;my tam ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263; i w ko&#324;cu mama wysz&#322;a z szafy, &#380;eby wzi&#261;&#263; d&#322;ugopis z torebki. Napisa&#322;a nim swoje imi&#281; na wewn&#281;trznej stronie drzwi szafy. Potem poda&#322;a mi d&#322;ugopis, a ja podpisa&#322;am si&#281; tu&#380; obok.

Gotowe- o&#347;wiadczy&#322;a.- Nawet je&#347;li ju&#380; nie przyjedziemy do tego hotelu, pozostaniemy tu na zawsze.

Zoey patrzy na mnie z niedowierzaniem.

To wszystko? Koniec opowie&#347;ci?

Tak.

Wypisa&#322;y&#347;cie z mam&#261; swoje imiona w szafie i musia&#322;y&#347;my przejecha&#263; sze&#347;&#263;dziesi&#261;t kilometr&#243;w, &#380;eby&#347; mi o tym opowiedzia&#322;a?

Co kilka lat znikamy, Zoey. Wszystkie nasze kom&#243;rki s&#261; zast&#281;powane nowymi. Nie zosta&#322;o ju&#380; nic po mnie takiej, jak&#261; by&#322;am, kiedy mieszka&#322;am w tym pokoju. To kto&#347; inny napisa&#322; tu swoje imi&#281;. Zdrowy.

Zoey siada. Jest w&#347;ciek&#322;a.

Uwa&#380;asz, &#380;e je&#347;li odnajdziesz ten napis, to cudownie ozdrowiejesz? A je&#347;li go tam nie ma, co wtedy b&#281;dzie? Nie s&#322;ysza&#322;a&#347;, co m&#243;wi&#322;a ta kobieta? Zmienili umeblowanie.

Nie podoba mi si&#281;, &#380;e na mnie krzyczy.

Mo&#380;esz zajrze&#263; do szafy, Zoey?

Nie. Zmusi&#322;a&#347; mnie do przyj&#347;cia tutaj, mimo, &#380;e nie mia&#322;am na to ochoty. Czuj&#281; si&#281; beznadziejnie, a teraz dochodzi jeszcze jaka&#347; g&#322;upia szafa! Niewiarygodnie.

Dlaczego tak si&#281; z&#322;o&#347;cisz?

Zoey wstaje z &#322;&#243;&#380;ka.

Wychodz&#281;. Przez ca&#322;y czas zmuszasz mnie do szukania jakich&#347; znak&#243;w.- Podnosi p&#322;aszcz z pod&#322;ogi i wk&#322;ada go.- Bez przerwy zajmujesz si&#281; sob&#261;, jakby tylko tobie na ca&#322;ym &#347;wiecie przydarzy&#322;o si&#281; nieszcz&#281;&#347;cie. Jedziemy na tym samym w&#243;zku. Wszyscy rodzimy si&#281;, jemy, sramy i umieramy. Tak jest!

Nie wiem, jak si&#281; zachowa&#263;, kiedy ona tak krzyczy.

Co si&#281; z tob&#261; dzieje?

Mog&#322;abym zada&#263; to samo pytanie tobie!

Ze mn&#261; wszystko w porz&#261;dku, poza tym, co jest oczywiste.

Ze mn&#261; te&#380;.

Wcale nie. Sp&#243;jrz na siebie.

I co? Jak wygl&#261;dam?

Smutno.

Zatrzymuje si&#281; przy drzwiach.

Smutno?

Zapada straszna cisza. Widz&#281; ma&#322;e rozdarcie na tapecie tu&#380; nad jej ramieniem. Dostrzegam &#347;lady palc&#243;w na kontakcie. Gdzie&#347; na dole drzwi otwieraj&#261; si&#281; i zamykaj&#261;. Kiedy Zoey odwraca si&#281; do mnie, u&#347;wiadamiam sobie, &#380;e &#380;ycie sk&#322;ada si&#281; z szeregu chwil, z kt&#243;rych ka&#380;da jest podr&#243;&#380;&#261; do kresu.

Wreszcie si&#281; odzywa niskim matowym g&#322;osem:

Jestem w ci&#261;&#380;y.

O Bo&#380;e!

Nie chcia&#322;am ci m&#243;wi&#263;.

Wiesz na pewno?

Opada na krzes&#322;o stoj&#261;ce przy drzwiach.

Robi&#322;am test dwa razy.

A dobrze go odczyta&#322;a&#347;?

Je&#347;li w okienku pojawiaj&#261; si&#281; dwie r&#243;&#380;owe kreski, to jeste&#347; w ci&#261;&#380;y. By&#322;y dwie r&#243;&#380;owe kreski za ka&#380;dym razem.

Bo&#380;e!

Przesta&#324; to powtarza&#263;!

Scott wie?

Kiwa potakuj&#261;co g&#322;ow&#261;.

Nie mog&#322;am go wtedy znale&#378;&#263; na rynku. Przez ca&#322;y weekend nie odbiera&#322; telefonu, wi&#281;c wieczorem posz&#322;am do niego i musia&#322; wys&#322;ucha&#263;, co mia&#322;am mu do powiedzenia. Nienawidzi mnie. Szkoda, &#380;e nie widzia&#322;a&#347; jego miny.

Jakiej?

Patrzy&#322; na mnie jak na idiotk&#281;. Jakby pyta&#322;, dlaczego by&#322;am taka g&#322;upia? Jestem pewna, &#380;e potyka si&#281; z kim&#347; innym. Te dziewczyny mia&#322;y racj&#281;.

Chc&#281; podej&#347;&#263; i pog&#322;aska&#263; j&#261; po ramieniu, po przygarbionych plecach. Nie robi&#281; tego, bo wydaje mi si&#281;, &#380;e Zoey nie ma ochoty na tego typu gesty.

Co b&#281;dzie dalej?

Wzrusza ramionami. Dostrzegam w jej zachowaniu l&#281;k. Wygl&#261;da teraz tak, jakby mia&#322;a dwana&#347;cie lat. Jak dziecko na &#322;odzi p&#322;yn&#261;cej po wzburzonym morzu bez zapas&#243;w jedzenia i kompasu.

Mo&#380;esz urodzi&#263;, Zoey.

To nie jest zabawne.

Nie mia&#322;o by&#263;. B&#281;dziesz mia&#322;a dziecko. Dlaczego nie?

Nie zamierzam go mie&#263;, bo tak m&#243;wisz!

Widz&#281;, &#380;e te my&#347;li nie s&#261; dla niej nowo&#347;ci&#261;.

To pozb&#261;d&#378; si&#281; go.

J&#281;czy cicho, opiera g&#322;ow&#281; o &#347;cian&#281; i wpatruje si&#281; ponuro w sufit.

To czwarty miesi&#261;c- m&#243;wi.  My&#347;lisz, &#380;e nie jest za p&#243;&#378;no? Pozwol&#261; mi usun&#261;&#263;?- Ociera &#322;z&#281; r&#281;kawem.- Jak mog&#322;am by&#263; tak g&#322;upia? Mama si&#281; dowie o wszystkim. Powinnam by&#322;a i&#347;&#263; do apteki i kupi&#263; pigu&#322;ki. Po co w og&#243;le posz&#322;am z tym do Scotta?

Nie mam poj&#281;cia, co mog&#322;abym powiedzie&#263;. Nie wiem nawet, czy chcia&#322;aby mnie s&#322;ucha&#263;, gdybym umia&#322;a j&#261; pocieszy&#263;. Wydaje si&#281; taka odleg&#322;a na tym krze&#347;le.

Chc&#281;, &#380;eby znik&#322;o- szepcze i patrzy prosto na mnie.- Nienawidzisz mnie za to?

Nie.

Ale znienawidzisz, je&#347;li usun&#281; ci&#261;&#380;&#281;?

Mo&#380;liwe.

Zrobi&#281; herbat&#281;- m&#243;wi&#281;.

Na tacy le&#380;&#261; kruche ciasteczka oraz saszetki z cukrem i mlekiem. Ten pok&#243;j jest naprawd&#281; &#322;adny. Wygl&#261;dam przez okno, czekaj&#261;c, a&#380; zagotuje si&#281; woda. Dwaj ch&#322;opcy kopi&#261; pi&#322;k&#281; na promenadzie. Pada, wi&#281;c w&#322;o&#380;yli kaptury. Nie wiem, w jaki spos&#243;b widz&#261; pi&#322;k&#281;. Jeszcze przed chwil&#261; to ja tam by&#322;am z Zoey, sz&#322;y&#347;my zmokni&#281;te i zmarzni&#281;te. Trzyma&#322;am j&#261; za r&#281;k&#281;.

Z portu codziennie wyp&#322;ywaj&#261; statki- zauwa&#380;am.- Mo&#380;e udaj&#261; si&#281; w jakie&#347; odleg&#322;e strony, gdzie jest ciep&#322;o.

Id&#281; spa&#263;- o&#347;wiadcza Zoey.- Obud&#378; mnie, kiedy b&#281;dzie po wszystkim.

Jednak nie wstaje z krzes&#322;a i nie zamyka oczu.

Pod oknem przechodzi rodzina. Ojciec popycha w&#243;zek, a ma&#322;a dziewczynka w r&#243;&#380;owym, l&#347;ni&#261;cym p&#322;aszczyku trzyma mam&#281; za r&#281;k&#281;. Zmok&#322;a, pewnie marznie, ale wie, &#380;e zaraz znajdzie si&#281; w domu i wyschnie. Czekaj j&#261; ciep&#322;e mleko. Bajki w telewizji. Mo&#380;e ciasteczko i pi&#380;amka.

Ciekawe, jak ma na imi&#281;. Rosie? Amber? Wygl&#261;da tak, jakby jej imi&#281; mia&#322;o kolor. Scarlett?

Nie mia&#322;am zamiaru tego robi. Nie zastanawia&#322;am si&#281;. Po prostu przechodz&#281; przez pok&#243;j i otwieram szaf&#281;. Przestraszy&#322;am wieszaki, kt&#243;re cicho dzwoni&#261; jeden o drugi. Czuj&#281; zapach wilgotnego drewna.

I co?- pyta Zoey.

Wn&#281;trze szafy okazuje si&#281; l&#347;ni&#261;co bia&#322;e. Odmalowane. Dotykam go palcami, ale nic si&#281; nie zmienia. Jest tak jasno, &#380;e kszta&#322;ty pokoju zaczynaj&#261; si&#281; zaciera&#263;. Co kilka lat znikamy bez &#347;ladu.

Zoey wzdycha i opiera si&#281; na krze&#347;le.

Nie powinna&#347; by&#322;a zagl&#261;da&#263;.

Zamykam szaf&#281; i wracam do czajnika.

Licz&#281;, nalewaj&#261;c wod&#281; do fili&#380;anek. Zoey jest w czwartym miesi&#261;cu ci&#261;&#380;y. Dziecko potrzebuje dziewi&#281;ciu miesi&#281;cy, &#380;eby urosn&#261;&#263;. Urodzi si&#281; w maju, tak jak ja. Lubi&#281; maj. S&#261; d&#322;ugie weekendy. Kwitn&#261; wi&#347;nie. I dzwonki. Ludzie zajmuj&#261; si&#281; swoimi trawnikami. Wok&#243;&#322; unosi si&#281; usypiaj&#261;cy zapach &#347;wie&#380;o skoszonej trawy.

Do maja pozosta&#322;o 154 dni.



Rozdzia&#322; 23

Cal nadbiega truchtem z g&#322;&#281;bi ciemnego ogrodu. Wyci&#261;ga r&#281;k&#281;.

Nast&#281;pna- prosi.

Mama otwiera pude&#322;ko z petardami. Ma tak&#261; min&#281;, jakby wybiera&#322;a czekoladk&#281;. Podnosi delikatnie jedn&#261; i czyta napis na etykiecie.

Kwitn&#261;cy ogr&#243;d.

Cal p&#281;dzi z petard&#261; do taty. Nogawki spodni ocieraj&#261; si&#281; o siebie. Pomi&#281;dzy ga&#322;&#281;ziami jab&#322;oni prze&#347;wituje &#347;wiat&#322;o ksi&#281;&#380;yca i pada na traw&#281;.

Przynios&#322;y&#347;my z mam&#261; krzes&#322;a z kuchni i usiad&#322;y&#347;my przy drzwiach. Jest zimno. Nasze oddechy paruj&#261;. Nadesz&#322;a zima, ziemia pachnie wilgoci&#261;, jakby wszelkie &#380;ycie zamar&#322;o, przyczai&#322;o si&#281;, &#380;eby zachowa&#263; resztki energii.

Czy wiesz, jakie to straszne tak znikn&#261;&#263;, nie m&#243;wi&#261;c nikomu, dok&#261;d si&#281; wybierasz?- pyta mama.

Jest specjalistk&#261; od znikania, wi&#281;c wybucham &#347;miechem. Wygl&#261;da na zaskoczon&#261;, nie rozumie ironii.

Tata twierdzi, &#380;e po powrocie spa&#322;a&#347; bez przerwy przez dwa dni.

By&#322;am zm&#281;czona.

Nap&#281;dzi&#322;a&#347; mu stracha.

A tobie?

Mnie te&#380;.

Kwitn&#261;cy ogr&#243;d!- wo&#322;a tata.

Rozlega si&#281; trzask i &#347;wietliste kwiaty strzelaj&#261; w g&#243;r&#281;, rozprzestrzeniaj&#261; si&#281; w powietrzu i powoli opadaj&#261; na ziemi&#281;.

Ach!- Mama wzdycha- To by&#322;o pi&#281;kne.

Doskona&#322;e!- Cal gania si&#281; po ogrodzie, &#380;eby si&#281; nacieszy&#263; rakiet&#261;, zanim odda j&#261; tacie. Razem wbijaj&#261; patyk w ziemi&#281;. My&#347;l&#281; o ptaku i o kr&#243;liku Cala. W naszym ogrodzie pochowano wiele zwierz&#261;t, pozosta&#322;y po nich tylko ko&#347;ci le&#380;&#261;ce pod ziemi&#261;.

Dlaczego pojecha&#322;a&#347; nad morze?- pyta mama.

Bo mia&#322;am ochot&#281;.

Po co wzi&#281;&#322;a&#347; samoch&#243;d taty?

Wzruszam ramionami.

Jazda samochodem by&#322;a na mojej li&#347;cie.

Wiesz- m&#243;wi- nie mo&#380;esz robi&#263; wszystkiego, co ci przyjdzie do g&#322;owy. Musisz my&#347;le&#263; o ludziach, kt&#243;rzy ci&#281; kochaj&#261;.

O kim?

O tych, kt&#243;rzy ci&#281; kochaj&#261;.

B&#281;dzie ha&#322;as- ostrzega tata.- Zatkajcie uszy.

Rakieta startuje z g&#322;o&#347;nym hukiem, kt&#243;ry czuj&#281; w sobie. Wibracje przedostaj&#261; si&#281; do mojej krwi. Przep&#322;ywaj&#261; przez m&#243;zg.

Mama nigdy nie powiedzia&#322;a, &#380;e mnie kocha. Ani razu. Pewnie nigdy tego nie powie. Teraz by&#322;oby to zbyt oczywiste. Zrobi&#322;aby to z lito&#347;ci i wprawi&#322;a nas obie w zak&#322;opotanie. Czasem my&#347;l&#281; o tych kr&#243;tkich chwilach wype&#322;nionych cisz&#261;, kt&#243;re si&#281; zdarza&#322;y, zanim si&#281; urodzi&#322;am, kiedy le&#380;a&#322;am zwini&#281;ta w ciemnej przestrzeni jej cia&#322;a. Ale nie po&#347;wi&#281;cam im uwagi zbyt cz&#281;sto.

Mama poprawia si&#281; na krze&#347;le.

Tesso, zamierzasz kogo&#347; zabi&#263;?- m&#243;wi to lekkim tonem, ale czuj&#281;, &#380;e jest powa&#380;na.

Oczywi&#347;cie, &#380;e nie!

To dobrze- wzdycha z ulg&#261;.- Wi&#281;c, co jest nast&#281;pne na twojej li&#347;cie?

Zaskoczy&#322;a mnie.

Naprawd&#281; chcesz wiedzie&#263;?

Naprawd&#281;.

OK. S&#322;awa.

Kr&#281;ci g&#322;ow&#261; z niedowierzaniem, ale Cal, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie podbieg&#322; po petardy, uwa&#380;a, &#380;e to fantastyczny pomys&#322;.

Spr&#243;buj wsadzi&#263; do buzi jak najwi&#281;cej s&#322;omek do picia- proponuje.- &#346;wiatowy rekord to 258.

Zastanowi&#281; si&#281;- obiecuj&#281;.

Mo&#380;esz te&#380; da&#263; si&#281; wytatuowa&#263; na lamparta. Albo po&#322;o&#380;ysz si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku, a my wci&#261;gniemy ci&#281; na nim na autostrad&#281;.

Mama przygl&#261;da si&#281; mu w zamy&#347;leniu.

21 wystrza&#322;&#243;w. Kaskada- m&#243;wi.

Liczymy. Fajerwerki unosz&#261; si&#281; mi&#281;kko w g&#243;r&#281;, rozpryskuj&#261; na niebie jak gromady gwiazd, a potem powoli opadaj&#261; na ziemi&#281;. Zastanawiam si&#281;, czy trawa b&#281;dzie rankiem nosi&#322;a &#380;&#243;&#322;te &#347;lady siarki, cynobru i akwamaryny.

Wysy&#322;amy komet&#281; w kosmos, &#380;eby zapewni&#263; Calowi nowe atrakcje. Tata zapala j&#261; i wypuszcza z dachu. Petarda ci&#261;gnie za sob&#261; l&#347;ni&#261;cy ogon.

Mama kupi&#322;a bomby dymne. Kosztowa&#322;y trzy i p&#243;&#322; funta ka&#380;da i Cal jest pod wra&#380;eniem. G&#322;o&#347;no obwieszcza ich cen&#281; tacie.

Wi&#281;cej to kosztuje, ni&#380; jest warte!- odkrzykuje tata.

Mama sk&#322;ada dwa palce i celuje w niego, wywo&#322;uj&#261;c tym samym jego serdeczny &#347;miech, kt&#243;ry przyprawia j&#261; o dr&#380;enie.

Kupi&#322;am dwie w cenie jednej- m&#243;wi do mnie.- To jedna z korzy&#347;ci twojej choroby i urz&#261;dzania pokazu sztucznych ogni w grudniowy wiecz&#243;r.

Bomby rozpryskuj&#261; si&#281; w ogrodzie, wype&#322;niaj&#261;c go zielonym dymem. Wygl&#261;da to jak zapowied&#378; ataku goblin&#243;w. Cal i tata biegaj&#261; dooko&#322;a i &#347;miej&#261; si&#281; g&#322;o&#347;no.

Ile dymu!- wo&#322;a tata.- Jakby&#347;my byli w Bejrucie!

Mama u&#347;miecha si&#281; i podaje mu ko&#322;o Katarzyny.

Teraz to. Moje ulubione.

Tata idzie po m&#322;otek, a mama przytrzymuje sztachetk&#281;, &#380;eby m&#243;g&#322; wbi&#263; w ni&#261; gw&#243;&#378;d&#378;. Oboje si&#281; &#347;miej&#261;.

Tylko nie zmia&#380;d&#380; mi palc&#243;w- ostrzega mama, szturchaj&#261;c go &#322;okciem.

Zrobi&#281; to, je&#347;li uderzysz mnie jeszcze raz.

Cal sadowi si&#281; na fotel mamy i otwiera paczk&#281; z diabe&#322;kami.

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e zostan&#281; s&#322;awny przed tob&#261;- rzuca.

Na pewno nie.

B&#281;d&#281; najm&#322;odszym uczestnikiem,,Magicznego kr&#281;gu.

Najpierw musz&#261; ci&#281; tam zaprosi&#263;.

Zaprosz&#261;. Mam talent. A ty co? Nawet nie umiesz &#347;piewa&#263;.

Hej!- wo&#322;a tata.- O co chodzi?

Mama wzdycha.

Nasze dzieci chc&#261; by&#263; s&#322;awne.

Naprawd&#281;?

Tessa umie&#347;ci&#322;a s&#322;aw&#281; na nast&#281;pnej pozycji na swojej li&#347;cie.

Widz&#281; po jego minie, &#380;e to go zaskoczy&#322;o. Odwraca si&#281; do mnie z m&#322;otkiem w opuszczonej d&#322;oni.

Chcesz zosta&#263; s&#322;awna?

Tak.

Ale jak?

Jeszcze si&#281; nie zdecydowa&#322;am.

My&#347;la&#322;em, &#380;e zrealizowa&#322;a&#347; ju&#380; ca&#322;&#261; list&#281;.

Nie.

Po tej przeja&#380;d&#380;ce i tym, co si&#281; wydarzy&#322;o

Nie, tato, to jeszcze nie koniec.

Dawniej wierzy&#322;am, &#380;e tata mo&#380;e wszystko, &#380;e potrafi mnie ocali&#263;. Ale to nieprawda, jest tylko cz&#322;owiekiem. Mama obejmuje go ramionami, a on pochyla si&#281; w jej stron&#281;.

Patrz&#281; na nich. Na mam&#281;. Na ojca. Ma twarz skryt&#261; w cieniu, przez ko&#324;c&#243;wki jego w&#322;os&#243;w prze&#347;wituje &#347;wiat&#322;o. Nie ruszam si&#281;. Cal te&#380; nieruchomieje obok mnie na krze&#347;le.

Jeju!- szepcze.

Boli bardziej, ni&#380; mog&#322;abym to sobie wyobrazi&#263;.

Nabieram do ust wod&#281; z kranu i wypluwam j&#261; do zlewu. Moja &#347;lina wydaje si&#281; pe&#322;na &#347;luzu. Sp&#322;ywa tak wolno, &#380;e musz&#261; j&#261; sp&#322;uka&#263; wod&#261;, &#380;eby si&#281; jej pozby&#263;. Metalowa obudowa zlewu jest zimna.

Gasz&#281; &#347;wiat&#322;o i przygl&#261;dam si&#281; swojej rodzinie zza szyby. Stoj&#261; razem na trawniku, grzebi&#261;c w pozosta&#322;ych fajerwerkach. Tata podnosi je w g&#243;r&#281; i o&#347;wietla latark&#261;. W ko&#324;cu wybieraj&#261; co&#347; i zamykaj&#261; pude&#322;ko, a potem odchodz&#261; w g&#322;&#261;b ogrodu.

Mo&#380;e ju&#380; jestem martwa. Mo&#380;e nic wi&#281;cej si&#281; nie wydarzy. &#379;ywi b&#281;d&#261; nadal mieszka&#263; w swoim &#347;wiecie- dotyka&#263; wszystkiego i porusza&#263; si&#281;. A ja pozostan&#281; w pustce i b&#281;d&#281; bezd&#378;wi&#281;cznie stuka&#263; palcami w szyb&#281;, kt&#243;ra nas dzieli.

Wychodz&#281; przez drzwi od frontu, zamykam je za sob&#261; i przysiadam na schodkach. W trawie co&#347; szele&#347;ci, jakby jaki&#347; nocny stw&#243;r pr&#243;bowa&#322; ukry&#263; si&#281; przede mn&#261;, ale nie panikuj&#281;. Siedz&#281; w bezruchu. Kiedy m&#243;j wzrok przyzwyczaja si&#281; do ciemno&#347;ci, dostrzegam p&#322;ot i krzewy rosn&#261;ce za nim. Wyra&#378;nie widz&#281; ulic&#281; za furtk&#261;, &#347;wiat&#322;o latarni pada na chodnik, prze&#347;lizguje si&#281; po stoj&#261;cych samochodach odbija si&#281; w &#347;lepych oknach dom&#243;w.

Czuj&#281; zapach cebuli. Kebab. Gdyby moje &#380;ycie potoczy&#322;o si&#281; inaczej, by&#322;abym teraz z Zoey. Jad&#322;yby&#347;my frytki. Przystan&#281;&#322;yby&#347;my na rogu jakiej&#347; ulicy i oblizywa&#322;yby&#347;my s&#243;l z palc&#243;w, czekaj&#261;c na rozw&#243;j wydarze&#324;. Tymczasem tkwi&#281; na schodach. Martwa.

S&#322;ysz&#281; Adama, zanim udaje mi si&#281; go dostrzec. Dobiega mnie gard&#322;owy warkot jego motocykla. Kiedy si&#281; zbli&#380;a, d&#378;wi&#281;k wibruje w powietrzu, a drzewa zdaj&#261; si&#281; ta&#324;czy&#263; w jego rytmie. Zatrzymuje si&#281; przed furtk&#261;, gasi silnik i wy&#322;&#261;cza &#347;wiat&#322;a. Cisza i ciemno&#347;&#263; zapadaj&#261; znowu, podczas gdy on zdejmuje kask, przywi&#261;zuje go do kierownicy i prowadzi motor po &#347;cie&#380;ce.

Wierz&#281; przede wszystkim w chaos. Gdyby &#380;yczenia si&#281; spe&#322;nia&#322;y, moje ko&#347;ci nie bola&#322;yby tak bardzo, jakby ca&#322;a przestrze&#324; w &#347;rodku zosta&#322;a zu&#380;yta. Uporczywa mg&#322;a nie przes&#322;ania&#322;aby mi wzroku.

Obserwuj&#281; Adama id&#261;cego &#347;cie&#380;k&#261; i czuj&#281;, &#380;e jednak mam wyb&#243;r. Wszech&#347;wiat mo&#380;e by&#263; dzie&#322;em przypadku, ale mog&#281; zrobi&#263; co&#347;, &#380;eby odmieni&#263; t&#281; sytuacj&#281;.

Przekraczam niski mur oddzielaj&#261;cy nasze ogrody. Adam przypina motor do furtki z boku domu. Nie widzi mnie. Podchodz&#281; bli&#380;ej i staj&#281; tu&#380; za nim. Czuj&#281; si&#281; silna i pewna siebie.

Adam?

Odwraca si&#281; gwa&#322;townie.

Cholera! My&#347;la&#322;em, &#380;e to duch!- Pachnie ch&#322;odem i wilgoci&#261;, jak zwierz&#281; wynurzaj&#261;ce si&#281; z nocy. Zbli&#380;am si&#281; o krok.

Co robisz?- pyta.

Ustalili&#347;my, &#380;e b&#281;dziemy przyjaci&#243;&#322;mi.

Jest zmieszany.

Tak.

Nie zgadzam si&#281;.

Oddziela nas przestrze&#324;, a w tej przestrzeni panuje ciemno&#347;&#263;. Robi&#281; kolejny krok. Staj&#281; tak blisko, &#380;e nasze oddechy &#322;&#261;cz&#261; si&#281;. Wdech i wydech.

Tesso- m&#243;wi. Wyczuwam w jego g&#322;osie ostrze&#380;enie, ale mam to gdzie&#347;.

Jaki jest najgorszy mo&#380;liwy scenariusz?

B&#281;dzie bola&#322;o- odpowiada.

Ju&#380; boli.

Powoli kiwa g&#322;ow&#261;. I nagle zapadamy si&#281; w dziur&#281; czasow&#261;. Wszystko nieruchomieje na t&#281; jedn&#261; minut&#281;, gdy przygl&#261;damy si&#281; sobie z bliska. Kiedy pochyla si&#281; nade mn&#261;, przenika mnie dziwne ciep&#322;o. Zapomnia&#322;am o tym, &#380;e m&#243;j m&#243;zg jest pe&#322;en smutnych twarzy, kt&#243;re widzia&#322;am, przechodz&#261;c pod oknami cudzych dom&#243;w. Przysuwa si&#281; bli&#380;ej, czuj&#281; ciep&#322;o jego oddechu na sk&#243;rze. Ca&#322;ujemy si&#281; bardzo delikatnie. Prawie unikamy dotyku, jakby&#347;my nie byli pewni tego, co robimy. Stykaj&#261; si&#281; tylko nasze usta.

Odsuwamy si&#281; i patrzymy na siebie. Jakimi s&#322;owami mam opisa&#263; to spojrzenie w&#281;druj&#261;ce ode mnie do niego i z powrotem? Ca&#322;e otoczenie nieruchomieje i wpatruje si&#281; w nas. To, co zgin&#281;&#322;o, odnajduje si&#281;.

Cholera, Tesso!

W porz&#261;dku- stwierdzam.- Nie za&#322;ami&#281; si&#281;.

&#379;eby to udowodni&#263;, popycham go na &#347;cian&#281; domu i przytrzymuj&#281; w u&#347;cisku. Tym razem nie jestem delikatna. Moje wargi odnajduj&#261; jego usta. J&#281;zyk napotyka jego j&#281;zyk. Adam otacza mnie ramionami. K&#322;adzie r&#281;k&#281; na mojej szyi. Topniej&#281;. Przesuwam d&#322;oni&#261; w d&#243;&#322; po jego plecach. Przyciskam si&#281; do niego, ale wci&#261;&#380; nie znajduj&#281; si&#281; wystarczaj&#261;co blisko. Chc&#281; wej&#347;&#263; w niego. &#379;y&#263; w nim. By&#263; nim. Wszystko jest j&#281;zykiem i t&#281;sknot&#261;. Li&#380;&#281; go i k&#261;sam k&#261;ciki ust.

Nie wiedzia&#322;am, &#380;e by&#322;am tak bardzo g&#322;odna.

Odsuwa si&#281;.

Cholera- m&#243;wi.- Cholera!- Przesuwa r&#281;k&#261; po w&#322;osach; po&#322;yskuj&#261; wilgoci&#261;, wydaj&#261; si&#281; ca&#322;kiem ciemne. &#346;wiat&#322;a ulicznych latarni odbijaj&#261; si&#281; w jego oczach.- Co my robimy?

Pragn&#281; ci&#281;- o&#347;wiadczam.

Serce mi &#322;omocze. Nareszcie czuj&#281;, &#380;e &#380;yj&#281;!



Rozdzia&#322; 24

Zoey nie powinna prosi&#263;, &#380;ebym przysz&#322;a. Od chwili, kiedy przekroczy&#322;y&#347;my pr&#243;g, nie mog&#281; przesta&#263; liczy&#263;. Jeste&#347;my tu od siedmiu minut. Moja przyjaci&#243;&#322;ka wejdzie do gabinetu za sze&#347;&#263;. Zasz&#322;a w ci&#261;&#380;&#281; dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t pi&#281;&#263; dni temu.

Pr&#243;buj&#281; wywo&#322;ywa&#263; w my&#347;lach przypadkowe liczby, ale wci&#261;&#380; towarzysz&#261; im okre&#347;lone skojarzenia. Osiem  liczba dyskretnych okien na odleg&#322;ej &#347;cianie. Jeden  r&#243;wnie dyskretna recepcjonistka. Pi&#281;&#263;set  kwota, kt&#243;r&#261; Scott musi zap&#322;aci&#263; w funtach za usuni&#281;cie dziecka.

Zoey posy&#322;a mi nerwowy u&#347;miech znad czasopisma.

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e tw&#243;j szpital wygl&#261;da inaczej.

Rzeczywi&#347;cie. Tutaj s&#261; sk&#243;rzane siedzenia, wielki kwadratowy st&#243;&#322; zas&#322;any kolorowymi czasopismami. Jest tak ciep&#322;o, &#380;e musia&#322;am zdj&#261;&#263; p&#322;aszcz. Spodziewa&#322;am si&#281; zobaczy&#263; tu gromadk&#281; dziewczyn, sp&#322;oszonych i &#347;ciskaj&#261;cych nerwowo chusteczki, ale pr&#243;cz nas nie ma nikogo. Zoey zwi&#261;za&#322;a w&#322;osy w ko&#324;ski ogon i zn&#243;w w&#322;o&#380;y&#322;a lu&#378;ne spodnie oraz workowat&#261; bluzk&#281;. Jest blada i wygl&#261;da na zm&#281;czon&#261;.

Wiesz, jakich objaw&#243;w ci&#261;&#380;y pozby&#322;abym si&#281; najch&#281;tniej?  odk&#322;ada gazet&#281; na kolana i wylicza na palcach:  Moje piersi nabrzmia&#322;y, pokry&#322;y si&#281; b&#322;&#281;kitnymi &#380;y&#322;kami. Czuj&#281; si&#281; oci&#281;&#380;a&#322;a, nawet palce mam ci&#281;&#380;kie. Wci&#261;&#380; wymiotuj&#281;. Mam nieustanny b&#243;l g&#322;owy. Do tego piek&#261; mnie oczy.

A pozytywne strony twojego stanu?

Zastanawia si&#281; przez chwil&#281;.

Pachn&#281; inaczej. &#321;adnie.

Nachylam si&#281; nad sto&#322;em i wci&#261;gam jej zapach. Dym, perfumy, guma do &#380;ucia i co&#347; jeszcze.

Zapach p&#322;odno&#347;ci  m&#243;wi&#281;.

Czego?

Jeste&#347; zap&#322;odniona.

Kr&#281;ci g&#322;ow&#261;, jakby uwa&#380;a&#322;a, &#380;e zwariowa&#322;am.

To tw&#243;j ch&#322;opak nauczy&#263; ci&#281; takich s&#322;&#243;w?

Nie odpowiadam, wi&#281;c wraca do swojej gazety. Dwadzie&#347;cia dwie strony z najmodniejszymi gad&#380;etami. Jak napisa&#263; doskona&#322;&#261; piosenk&#281; mi&#322;osn&#261;? Czy podr&#243;&#380;e kosmiczne znajduj&#261; si&#281; w zasi&#281;gu r&#281;ki?

Ogl&#261;da&#322;am kiedy&#347; film o dziewczynie, kt&#243;ra zmar&#322;a. Gdy posz&#322;a do nieba, spotka&#322;a tam siostr&#281;, kt&#243;ra umar&#322;a jako p&#322;&#243;d. Ta dziewczyna opiekowa&#322;a si&#281; ni&#261; do momentu, a&#380; ca&#322;a rodzina zn&#243;w si&#281; po&#322;&#261;czy&#322;a.

Zoey udaje, &#380;e nie s&#322;yszy. Odwraca stron&#281; gazety, udaj&#261;c, &#380;e czyta.

To si&#281; mo&#380;e r&#243;wnie&#380; mnie przytrafi&#263;, Zoey.

Nie.

Twoje dziecko jest tak malutkie, &#380;e mog&#322;abym je schowa&#263; do kieszeni.

Zamknij si&#281;, Tesso!

Jeszcze niedawno ogl&#261;da&#322;a&#347; dzieci&#281;ce ubranka.

Zoey osuwa si&#281; na krzes&#322;o i zamyka oczy. K&#261;ciki jej ust opadaj&#261; w d&#243;&#322;, jakby kto&#347; od&#322;&#261;czy&#322; j&#261; od pr&#261;du.

Prosz&#281;  szepcze.  Prosz&#281;, nic nie m&#243;w. Nie powinna&#347; by&#322;a przychodzi&#263;, je&#347;li nie zgadzasz si&#281; z moj&#261; decyzj&#261;.

Ma racj&#281;. My&#347;la&#322;am o tym dzi&#347; w nocy, kiedy nie mog&#322;am spa&#263;. S&#322;ysza&#322;am kapanie wody pod prysznicem i jeszcze jaki&#347; odg&#322;os. Co&#347; szura&#322;o po dywanie  karaluch, paj&#261;k?

Wsta&#322;am i zesz&#322;am na d&#243;&#322; w szlafroku. Mia&#322;am zamiar wypi&#263; fili&#380;ank&#281; gor&#261;cej czekolady, mo&#380;e poogl&#261;da&#263; telewizj&#281;. W kuchni zobaczy&#322;am mysz schwytan&#261; w pu&#322;apk&#281; na insekty. Jedynym fragmentem jej cia&#322;a, kt&#243;ry nie przyklei&#322; si&#281; do kartonu, by&#322;a tylna &#322;apka, kt&#243;r&#261; rozpaczliwie m&#322;&#243;ci&#322;a, pr&#243;buj&#261;c uciec. Umiera&#322;a. Zdawa&#322;am sobie spraw&#281; z tego, &#380;e musz&#281; j&#261; dobi&#263;, ale nie wiedzia&#322;am, jak to zrobi&#263;, nie nara&#380;aj&#261;c j&#261; na cierpienie. No&#380;em? No&#380;yczkami? Mo&#380;e wbi&#263; jej o&#322;&#243;wek w g&#322;ow&#281;? Przychodzi&#322;y mi do g&#322;owy same okrucie&#324;stwa.

W ko&#324;cu wyj&#281;&#322;am z szafy stary pojemnik po lodach i nape&#322;ni&#322;am go wod&#261;. W&#322;o&#380;y&#322;am do niego mysz i podtrzyma&#322;am j&#261; drewnian&#261; &#322;y&#380;k&#261;, &#380;eby nie wyp&#322;yn&#281;&#322;a na powierzchni&#281;. Patrzy&#322;a na mnie ze zdziwieniem, usi&#322;uj&#261;c z&#322;apa&#263; oddech. Wypu&#347;ci&#322;a trzy ba&#324;ki jedn&#261; po drugiej.

Pisz&#281; SMS-a do dziecka Zoey: UKRYJ SI&#280;!

Do kogo piszesz?

Do nikogo.

Nachyla si&#281; nad sto&#322;em.

Poka&#380;.

Usuwam wiadomo&#347;&#263; i pokazuj&#281; jej pusty ekran.

Do Adama?

Nie.

Przewraca oczami.

Prawie uprawiacie seks w ogrodzie, a potem udajecie, &#380;e nic si&#281; nie sta&#322;o. Jeste&#347; zboczona.

On nie jest zainteresowany.

Marszczy brwi.

Oczywi&#347;cie, &#380;e jest. Jego mama was nakry&#322;a, to wszystko. Inaczej by&#347;cie kontynuowali.

To by&#322;o cztery dni temu, Zoey. Gdyby chcia&#322;, ju&#380; dawno by si&#281; ze mn&#261; skontaktowa&#322;.

Wzrusza ramionami.

Mo&#380;e jest zaj&#281;ty.

Obie doskonale wiemy, &#380;e to nieprawda, i siedzimy przez chwil&#281; w milczeniu. Ko&#347;ci wystaj&#261; mi przez sk&#243;r&#281;, pod oczami mam sine plamy i zaczynam cuchn&#261;&#263;. Adam pewnie do dzisiaj szoruje usta.

Mi&#322;o&#347;&#263; nam nie s&#322;u&#380;y  m&#243;wi Zoey.  Jestem tego dowodem.  Odk&#322;ada czasopismo i patrzy na zegarek.  Za co ja w&#322;a&#347;ciwie p&#322;ac&#281;, do cholery?

Przysuwam si&#281; bli&#380;ej.

Mo&#380;e znale&#378;li sobie &#322;atwiejszy spos&#243;b na zarabianie pieni&#281;dzy  ci&#261;gnie Zoey.  Bior&#261; kas&#281; i pozwalaj&#261; ci si&#281; poci&#263; ze strachu, licz&#261;c na to, &#380;e w ko&#324;cu uciekniesz ze wstydu.

Chwytam j&#261; za r&#281;k&#281;. Jest zaskoczona, ale si&#281; nie wyrywa.

W oknach s&#261; przyciemnione szyby, wi&#281;c nie widzimy ulicy. Kiedy przyjecha&#322;y&#347;my, zacz&#261;&#322; pada&#263; &#347;nieg; mija&#322;y&#347;my opatulonych przechodni&#243;w, kt&#243;rzy wybrali si&#281; na &#347;wi&#261;teczne zakupy. Wewn&#261;trz budynku by&#322;o ciep&#322;o, a z g&#322;o&#347;nik&#243;w dobiega&#322;a gra na flecie. &#346;wiat za oknem m&#243;g&#322; ju&#380; dawno przesta&#263; istnie&#263;, ale my nie wiedzia&#322;yby&#347;my o tym, pozostaj&#261;c w tym miejscu.

Kiedy b&#281;dzie po wszystkim i zn&#243;w b&#281;dziemy tylko ty i ja, wr&#243;cimy do twojej listy  m&#243;wi Zoey.  Zrealizujemy punkt sz&#243;sty. S&#322;awa, tak? Widzia&#322;am w telewizji kobiet&#281;, kt&#243;ra chorowa&#322;a na raka, ale startowa&#322;a w tr&#243;jboju. Powinna&#347; wzi&#261;&#263; udzia&#322; w czym&#347; podobnym.

Ona mia&#322;a raka piersi.

I co z tego?

To co&#347; innego.

Bieganie i jazda na rowerze zmotywowa&#322;y j&#261; do walki z chorob&#261;. Czym jej sytuacja r&#243;&#380;ni si&#281; od twojej? &#379;y&#322;a znacznie d&#322;u&#380;ej, ni&#380; si&#281; spodziewano, i zyska&#322;a s&#322;aw&#281;.

Nienawidz&#281; biegania!

Zoey kr&#281;ci g&#322;ow&#261; z dezaprobat&#261;, jakby specjalnie stwarza&#322;a trudno&#347;ci.

To mo&#380;e wyst&#261;pisz w Big Brotherze? Nie by&#322;o tam jeszcze kogo&#347; takiego jak ty.

Kolejna edycja zaczyna si&#281; dopiero latem.

I co z tego?

Zastan&#243;w si&#281;!

W tej chwili pojawia si&#281; piel&#281;gniarka i podchodzi do nas.

Zoey Walker? Mo&#380;e pani ju&#380; wej&#347;&#263;.

Zoey ci&#261;gnie mnie za r&#281;k&#281;.

Mo&#380;emy wej&#347;&#263; razem?

Przykro mi, ale lepiej, &#380;eby przyjaci&#243;&#322;ka poczeka&#322;a na zewn&#261;trz. Dzisiaj b&#281;dzie tylko rozmowa, kt&#243;r&#261; lepiej przeprowadzi&#263; na osobno&#347;ci.

Kobieta m&#243;wi to tonem nieznosz&#261;cym sprzeciwu. Zoey podaje mi p&#322;aszcz.

Popilnuj go.  prosi i odchodzi z piel&#281;gniark&#261;. Drzwi zamykaj&#261; si&#281; za nimi.

Jestem silna. Nie ma&#322;a, ale wielka, zwyci&#281;ska i &#380;ywa. Wyra&#378;nie czuj&#281; r&#243;&#380;nic&#281; mi&#281;dzy byciem a niebyciem. Jestem tutaj. Wkr&#243;tce ju&#380; mnie nie b&#281;dzie. Dziecko Zoey jeszcze jest. Jego serce bije. A kiedy Zoey wyjdzie z gabinetu po podpisaniu stosownych dokument&#243;w, b&#281;dzie inna. Zrozumie to, o czym ja ju&#380; wiem  &#380;e &#347;mier&#263; otacza nas wszystkich.

I ma smak metalu.



Rozdzia&#322; 25

Dok&#261;d jedziemy?

Tata zdejmuje jedn&#261; r&#281;k&#281; z kierownicy, &#380;eby poklepa&#263; mnie po kolanie.

Zd&#261;&#380;ymy na czas.

Czy to b&#281;dzie k&#322;opotliwe?

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie.

Spotkamy jakich&#347; s&#322;awnych ludzi?

Przez chwil&#281; wydaje si&#281; skonsternowany.

A o to ci chodzi&#322;o?

Niezupe&#322;nie.

Jedziemy przez miasto, a on wci&#261;&#380; nie chce mi powiedzie&#263;, co jest celem naszej podr&#243;&#380;y. Mijamy dzielnic&#281; willow&#261; i wyje&#380;d&#380;amy na obwodnic&#281;. Zgaduj&#281; w ciemno. Tata &#347;mieje si&#281; ze mnie. Rzadko si&#281; tak zachowuje.

Wybieramy si&#281; na Ksi&#281;&#380;yc?

Nie.

Mam wzi&#261;&#263; udzia&#322; w jakim&#347; programie poszukuj&#261;cym talent&#243;w?

Z twoim g&#322;osem?

Dzwoni&#281; do Zoey i pytam, czy pr&#243;buje zgadn&#261;&#263;, gdzie tata mnie wiezie, ale ona my&#347;li tylko o czekaj&#261;cym j&#261; zabiegu.

Musz&#281; tam p&#243;j&#347;&#263; z jak&#261;&#347; odpowiedzialn&#261; doros&#322;&#261; osob&#261;. Sk&#261;d ja wytrzasn&#281; kogo&#347; takiego?

We&#378; mnie.

Powiedzieli: z kim&#347; doros&#322;ym. Na przyk&#322;ad z rodzicami.

Nie mog&#261; ci&#281; zmusi&#263;, &#380;eby&#347; przyzna&#322;a si&#281; starym.

Nie wytrzymam tego d&#322;u&#380;ej. S&#261;dzi&#322;am, &#380;e dadz&#261; mi pigu&#322;k&#281; na poronienie. Po co ten ca&#322;y zabieg? Przecie&#380; dziecko jest wielko&#347;ci kropki.

Myli si&#281;. Wczoraj zajrza&#322;am do Ksi&#281;gi medycyny rodzinnej Readers Digest i przeczyta&#322;am rozdzia&#322; po&#347;wi&#281;cony ci&#261;&#380;y. Chcia&#322;am wiedzie&#263;, jakiej wielko&#347;ci jest dziecko w szesnastym tygodniu. Ma d&#322;ugo&#347;&#263; mlecza. Nie mog&#322;am oderwa&#263; si&#281; od lektury. Przeczyta&#322;am o u&#380;&#261;dleniu pszczo&#322;y i pokrzywce. Dowiedzia&#322;am si&#281; wiele o wprost uroczych z powodu swej przyziemno&#347;ci chorobach rodzinnych  egzemie, zapaleniu migda&#322;k&#243;w, krupie.

Jeste&#347; tam jeszcze?  pyta Zoey.

Tak.

Musz&#281; ju&#380; ko&#324;czy&#263;. Kwasy &#380;o&#322;&#261;dkowe podchodz&#261; mi do gard&#322;a.

Ma zgag&#281;. Powinna wymasowa&#263; sobie okr&#281;&#380;nic&#281; i napi&#263; si&#281; mleka, a wtedy jej przejdzie. Cokolwiek zdecyduje w sprawie dziecka, dolegliwo&#347;ci odmiennym stanem po jakim&#347; czasie min&#261;. Ale tego ju&#380; jej nie m&#243;wi&#281;. Naciskam czerwony przycisk na kom&#243;rce i koncentruj&#281; si&#281; na drodze.

G&#322;upia dziewczyna  komentuje tata.  Im d&#322;u&#380;ej b&#281;dzie zwleka&#263;, tym gorzej. Usuni&#281;cie ci&#261;&#380;y to nie to samo, co wyrzucenie &#347;mieci.

Ona o tym wie, tato. A poza tym, to nie twoja sprawa. Zoey nie jest twoj&#261; c&#243;rk&#261;.

Rzeczywi&#347;cie  zgadza si&#281;.  Nie jest.

Pisz&#281; SMS-a do Adama: GDZIE JESTE&#346;, DO CHOLERY? Potem kasuj&#281; wiadomo&#347;&#263;.

Sze&#347;&#263; nocy temu jego mama wysz&#322;a z domu i si&#281; rozp&#322;aka&#322;a. Powiedzia&#322;a, &#380;e przestraszy&#322;a si&#281; fajerwerk&#243;w. Pyta&#322;a, dlaczego j&#261; opu&#347;ci&#322; w chwili, gdy &#347;wiat si&#281; ko&#324;czy.

Podaj mi sw&#243;j numer  powiedzia&#322;.  Zadzwoni&#281;.

Wymienili&#347;my si&#281; kom&#243;rkami. Czynno&#347;&#263; ta mia&#322;a jaki&#347; erotyczny podtekst. Uzna&#322;am j&#261; za obietnic&#281;.

Czym w&#322;a&#347;ciwie jest s&#322;awa?  zastanawia si&#281; tata.

We&#378;my na przyk&#322;ad Szekspira. Na ok&#322;adkach wszystkich jego sztuk znajduj&#261;cych si&#281; w szkolnej bibliotece widnia&#322;a charakterystyczna podobizna autora  ze stercz&#261;c&#261; br&#243;dk&#261; i pi&#243;rem w d&#322;oni. Wymy&#347;li&#322; miliony s&#322;&#243;w. Min&#281;&#322;y setki lat, a ka&#380;dy wie, kim by&#322;. &#379;y&#322; w czasach, w kt&#243;rych nie by&#322;o samochod&#243;w ani samolot&#243;w, karabin&#243;w, bomb i zanieczyszczenia &#347;rodowiska. Nie znano nawet d&#322;ugopis&#243;w. Panowa&#322;a w&#243;wczas kr&#243;lowa El&#380;bieta I. Ona te&#380; sta&#322;a si&#281; s&#322;awna, nie dlatego, &#380;e by&#322;a c&#243;rk&#261; Henryka VIII, ale dzi&#281;ki ziemniak&#243;w, Armadzie, tytoniowi oraz inteligencji.

Jest jeszcze Marilyn. I Elvis. Nawet wsp&#243;&#322;czesne ikony, takie jak Madonna, przejd&#261; do historii. Take That zn&#243;w wyjechali na tournee i doskonale si&#281; sprzedaj&#261;. Zmarszczki wok&#243;&#322; ich oczu zdradzaj&#261; wiek, a Robbie nawet nie umie &#347;piewa&#263;, ale ludzie chc&#261; ich s&#322;ucha&#263;. Chodzi mi w&#322;a&#347;nie o tej rodzaj popularno&#347;ci. Chcia&#322;abym, &#380;eby ca&#322;y &#347;wiat zatrzyma&#322; si&#281; na chwil&#281; i wszyscy ludzie po&#347;wi&#281;cili mi swoj&#261; uwag&#281;, &#380;eby si&#281; po&#380;egna&#263;, kiedy b&#281;d&#281; umiera&#322;a. C&#243;&#380; wi&#281;cej?

A czym dla ciebie jest s&#322;awa, tato?

Chyba pozostawieniem czego&#347; po sobie  odpowiada po chwili namys&#322;u.

My&#347;l&#281; o Zoey i jej dziecku. Rosn&#261;cym z ka&#380;dym dniem. Rozwijaj&#261;cym si&#281;.

Jeste&#347;my na miejscu  m&#243;wi tata.

Nie wiem, gdzie si&#281; znajdujemy. Budynek przypomina bibliotek&#281;, jest kwadratowy i funkcjonalny, ma mn&#243;stwo okien i w&#322;asny parking, na kt&#243;rym oznaczono miejsce dla samochodu dyrektora. Zatrzymujemy si&#281; na stanowisku dla niepe&#322;nosprawnych.

Kobieta, kt&#243;rej g&#322;os odzywa si&#281; w domofonie, chce wiedzie&#263;, do kogo przyjechali&#347;my. Tata usi&#322;uje przekaza&#263; jej t&#281; informacj&#281; szeptem, ale recepcjonistka nie s&#322;yszy go, wi&#281;c musi powt&#243;rzy&#263; g&#322;o&#347;niej  Do Richarda Greena  o&#347;wiadcza, zerkaj&#261;c na mnie.

Do Richarda Greena?

Kiwa g&#322;ow&#261; z zadowolon&#261; min&#261;.

Jest znajomym ksi&#281;gowego, z kt&#243;rym kiedy&#347; pracowa&#322;em.

Ale po co?

Chce przeprowadzi&#263; z tob&#261; wywiad.

Zatrzymuj&#281; si&#281; na schodach.

Wywiad? W radiu? Przecie&#380; wszyscy b&#281;d&#261; mnie s&#322;ucha&#263;!

A nie o to ci chodzi&#322;o?

O czym b&#281;dzie ten wywiad?

Tata si&#281; czerwieni. Chyba dopiero teraz u&#347;wiadamia sobie, &#380;e to najgorszy pomys&#322;, jaki m&#243;g&#322; mu przyj&#347;&#263; do g&#322;owy, poniewa&#380; jedynym powodem, dla kt&#243;rego mog&#322;abym zosta&#263; s&#322;awna, jest moja choroba. Gdyby nie ona, by&#322;abym teraz w szkole albo na wagarach. Mo&#380;e siedzia&#322;abym u Zoey i biega&#322;a do &#322;azienki po tabletki na niestrawno&#347;&#263;. Albo le&#380;a&#322;abym w ramionach Adama.

Recepcjonistka udaje, &#380;e wszystko jest w porz&#261;dku. Pyta o nasze nazwiska i daje nam identyfikatory. Przypinamy je pos&#322;usznie do p&#322;aszczy. Obiecuje, &#380;e producent zaraz si&#281; nami zajmie.

Prosz&#281; usi&#261;&#347;&#263;  pokazuje nam rz&#261;d krzese&#322; stoj&#261;cych w drugim ko&#324;cu holu.

Nie musisz nic m&#243;wi&#263;  uspokaja mnie tata.  Je&#347;li chcesz, p&#243;jd&#281; tam sam, a ty mo&#380;esz na mnie poczeka&#263; tutaj.

O czym b&#281;dziesz opowiada&#322;?

Wzrusza ramionami.

O z&#322;ym wyposa&#380;eniu dzieci&#281;cych oddzia&#322;&#243;w onkologicznych, braku funduszy na stosowanie medycyny alternatywnej, braku dotacji na twoj&#261; specjaln&#261; diet&#281;. M&#243;g&#322;bym opowiada&#263; o tym godzinami. Sta&#322;em si&#281; specjalist&#261; w tej dziedzinie.

Chodzi o uzyskanie dotacji? Nie chc&#281; by&#263; s&#322;awna, dlatego &#380;e zdob&#281;d&#281; troch&#281; pieni&#281;dzy. Chc&#281; zyska&#263; popularno&#347;&#263;, poniewa&#380; jestem kim&#347; niezwyk&#322;ym. Pragn&#281; s&#322;awy na skal&#281; &#347;wiatow&#261;. S&#322;ysza&#322;e&#347; o czym&#347; takim?

Tata odwraca si&#281; do mnie z b&#322;yszcz&#261;cymi oczami.

A w jaki spos&#243;b mia&#322;aby&#347; j&#261; osi&#261;gn&#261;&#263;?

Obok nas bulgocze woda w wielkiej butli. Czuj&#281; md&#322;o&#347;ci. My&#347;l&#281; o Zoey. O jej dziecku, kt&#243;re pewnie ma ju&#380; paznokcie  male&#324;kie paznokietki przypominaj&#261;ce p&#322;atki mlecza.

Mam odwo&#322;a&#263; spotkanie?  pyta tata.  Nie chc&#281; ci&#281; do niczego zmusza&#263;.

Troch&#281; mi go &#380;al, kiedy szura nogami pod krzes&#322;em jak ma&#322;y ch&#322;opiec. Nie potrafimy si&#281; porozumie&#263;.

Nie, tato. Nie odwo&#322;uj.

P&#243;jdziesz tam ze mn&#261;?

P&#243;jd&#281;.

&#346;ciska mnie za r&#281;k&#281;.

Bardzo si&#281; ciesz&#281;, Tesso.

Jaka&#347; kobieta schodzi po schodach i zbli&#380;a si&#281; do nas. Serdecznie wita si&#281; z tat&#261;.

Rozmawiali&#347;my przez telefon  m&#243;wi.

Tak.

A to na pewno Tessa.

We w&#322;asnej osobie!

Wyci&#261;ga d&#322;o&#324; na powitanie, ale ignoruj&#281; ten gest, udaj&#261;c, &#380;e nie mog&#281; rusza&#263; r&#281;kami. Mo&#380;e uzna, &#380;e to jeden z objaw&#243;w choroby. Jej smutny wzrok prze&#347;lizguje si&#281; po moim p&#322;aszczu, szaliku i czapce. Na pewno wie, &#380;e na dworze nie jest a&#380; tak zimno.

Nie ma windy  t&#322;umaczy.  Dasz rad&#281; zej&#347;&#263; po schodach?

Nie ma problemu  wyr&#281;cza mnie tata.

Kobieta oddycha z ulg&#261;.

Richard bardzo si&#281; cieszy ze spotkania z wami.

Flirtuje z tat&#261; w drodze do studia. Przechodzi mi przez my&#347;l, &#380;e troskliwo&#347;&#263;, jak&#261; mi okazuje, mo&#380;e zwi&#281;ksza&#263; jego atrakcyjno&#347;&#263; w oczach kobiet. Czuj&#261;, &#380;e musz&#261; go ratowa&#263;. Przede mn&#261;. Przed tym ca&#322;ym cierpieniem.

Wywiad b&#281;dzie na &#380;ywo  uprzedza kobieta, &#347;ciszaj&#261;c g&#322;os, kiedy zbli&#380;amy si&#281; do studia.  Widzicie t&#281; czerwon&#261; lampk&#281;? Oznacza, &#380;e Richard jest na antenie i nie mo&#380;emy teraz wej&#347;&#263;. Za chwil&#281; w&#322;&#261;czy muzyk&#281; i wtedy zapali si&#281; zielone &#347;wiat&#322;o.  M&#243;wi to z tak&#261; dum&#261;, jakby chcia&#322;a zrobi&#263; na nas wra&#380;enie.

O czym b&#281;dzie program?  pytam.  Po&#347;wi&#281;cony w ca&#322;o&#347;ci umieraj&#261;cej dziewczynie czy Richard zaplanowa&#322; jakie&#347; niespodzianki?

Nie rozumiem.  U&#347;miecha si&#281; k&#261;cikami ust. Obrzuca tat&#281; lekko zaniepokojonym spojrzeniem. Czy&#380;by wychwyci&#322;a jak&#261;&#347; wrogo&#347;&#263; w mojej wypowiedzi?

Dzieci&#281;ce oddzia&#322;y onkologiczne s&#261; rzadko&#347;ci&#261; w szpitalach  wtr&#261;ca po&#347;piesznie tata.  Je&#347;li uda nam si&#281; wzbudzi&#263; zainteresowanie, odniesiemy sukces.

Czerwone &#347;wiat&#322;o nad drzwiami studia zmienia si&#281; na zielone.

Teraz wy  m&#243;wi producentka i otwiera drzwi.  Tessa Scott i jej ojciec  anonsuje.

Brzmi to tak, jakby obwieszcza&#322;a przybycie go&#347;ci, jakby&#347;my zostali wprowadzeni na bal. Ale Richard Green nie jest ksi&#281;ciem. Unosi si&#281; lekko na powitanie i wyci&#261;ga do nas t&#322;ust&#261; d&#322;o&#324;, kt&#243;r&#261; &#347;ciskamy po kolei. Jego r&#281;ka jest tak spocona, &#380;e nale&#380;a&#322;oby j&#261; wycisn&#261;&#263;. &#346;wiszcze mu w p&#322;ucach, kiedy opada na krzes&#322;o. Cuchnie tytoniem. Grzebie w papierach.

Usi&#261;d&#378;cie  prosi.  Przedstawi&#281; was i zaczynamy.

Ogl&#261;da&#322;am jego programy lokalne w telewizji &#347;niadaniowej. Pami&#281;tam, &#380;e podoba&#322; si&#281; jednej z piel&#281;gniarek. Dopiero teraz dowiedzia&#322;am si&#281;, &#380;e przenie&#347;li go do radia.

Dobra  m&#243;wi.  Zaczynamy. Postarajcie si&#281; zachowa&#263; naturalno&#347;&#263;. To b&#281;dzie nieformalna pogaw&#281;dka.  Pochyla si&#281; nad mikrofonem.  A teraz mam zaszczyt powita&#263; w studiu pewn&#261; bardzo dzieln&#261; m&#322;od&#261; dam&#281;, Tess&#281; Scott.

Serce bije mi szybciej, gdy s&#322;ysz&#281;, jak wymawia moje imi&#281;. Czy Adam tego s&#322;ucha? A Zony? Mo&#380;e le&#380;y w &#322;&#243;&#380;ku przy w&#322;&#261;czonym radiu. M&#281;cz&#261; j&#261; md&#322;o&#347;ci albo w&#322;a&#347;nie drzemie.

Tessa &#380;yje z bia&#322;aczk&#261; od czterech lat. Przysz&#322;a do nas dzisiaj z tat&#261;, &#380;eby opowiedzie&#263; nam o swoich do&#347;wiadczeniach.

Tata pochyla si&#281; do przodu i Richard, jakby wyczuwaj&#261;c jego gotowo&#347;&#263; do rozmowy, zadaje mu pierwsze pytanie.

Opowiedz nam o tym, jak dowiedzia&#322;e&#347; si&#281;, &#380;e Tessa jest chora  prosi Green.

Tata jest w swoim &#380;ywiole. Opowiada o rzekomej grypie, kt&#243;ra utrzymywa&#322;a si&#281; przez miesi&#261;c i wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e nigdy si&#281; nie sko&#324;czy. O rutynowych badaniach, kt&#243;re niczego nie wykaza&#322;y, poniewa&#380; ten rodzaj bia&#322;aczki jest raczej rzadki.

Zauwa&#380;yli&#347;my zadrapania  wyja&#347;nia.  Niewielkie ranki na plecach Tessy powsta&#322;e na skutek redukcji p&#322;ytek krwi.

Tata jest bohaterem. M&#243;wi o ty, &#380;e by&#322; zmuszony porzuci&#263; prac&#281; doradcy finansowego, gdy&#380; nasze &#380;ycie zosta&#322;o podporz&#261;dkowane wizytom w szpitalach i terapii.

Bia&#322;aczka nie jest schorzeniem miejscowym  t&#322;umaczy.  To choroba atakuj&#261;ca ca&#322;y organizm. Kiedy Tessa podj&#281;&#322;a decyzj&#281; o zaniechaniu terapii agresywnej, rozpocz&#281;li&#347;my domowe leczenie metod&#261; holistyczn&#261;. C&#243;rka stosuje specjaln&#261; diet&#281;. Jest ona kosztowna, ale przekona&#322;em si&#281;, &#380;e to nie jedzenie w naszym &#380;yciu jest &#378;r&#243;d&#322;em zdrowia, lecz &#380;ycie w jedzeniu.

Zaskoczy&#322; mnie sw&#261; wypowiedzi&#261;. Czy on liczy na to, &#380;e ludzie zaczn&#261; dzwoni&#263; i ofiarowa&#263; nam pieni&#261;dze na produkty organiczne?

Richard zwraca si&#281; do mnie z powag&#261;:

Postanowi&#322;a&#347; zrezygnowa&#263; z leczenia, Tesso? To trudna decyzja dla kogo&#347;, kto ma szesna&#347;cie lat.

Zasch&#322;o mi w gardle.

Niezupe&#322;nie.

Kiwa g&#322;ow&#261;, jakby spodziewa&#322; si&#281;, &#380;e powiem co&#347; wi&#281;cej. Zerkam na tat&#281;, kt&#243;ry do mnie mruga.

Chemioterapia przed&#322;u&#380;a &#380;ycie  przyznaj&#281;  Ale pogarsza samopoczucie. Przesz&#322;am ci&#281;&#380;k&#261; kuracj&#281; i wiedzia&#322;am, &#380;e je&#347;li zrezygnuj&#281; z dalszego leczenia, wi&#281;cej rzeczy b&#281;dzie mi wolno robi&#263;.

Tata m&#243;wi&#322;, &#380;e pragniesz by&#263; s&#322;awna  wtr&#261;ca Richard.  To dlatego chcia&#322;a&#347; wyst&#261;pi&#263; w radiu? Przez pi&#281;tna&#347;cie minut poczu&#263; si&#281; gwiazd&#261;?

Przedstawia mnie jako jedn&#261; z tych smutnych ma&#322;ych dziewczynek, kt&#243;re zamieszczaj&#261; og&#322;oszenia w lokalnych gazetach, bo chc&#261; by&#263; druhnami na weselu, ale nie znaj&#261; &#380;adnej panny m&#322;odej. Przez niego wyjd&#281; na idiotk&#281;.

Bior&#281; g&#322;&#281;boki oddech.

Przygotowa&#322;am list&#281; rzeczy, kt&#243;re chc&#281; zrobi&#263;, zanim umr&#281;. S&#322;awa jest jedn&#261; z nich.

W oczach Richarda pojawia si&#281; b&#322;ysk. Jest dziennikarzem i potrafi rozpozna&#263; dobr&#261; histori&#281;.

Tata nie wspomina&#322; mi o tej li&#347;cie.

Pewnie dlatego, &#380;e wi&#281;kszo&#347;&#263; rzeczy, kt&#243;re na niej wypisa&#322;am, s&#261; nielegalne.

Kiedy rozmawia&#322; z moim ojcem, robi&#322; wra&#380;enie sennego, a teraz nie jest w stanie usiedzie&#263; na krze&#347;le.

Naprawd&#281;? Mo&#380;esz poda&#263; przyk&#322;ady?

Wzi&#281;&#322;am kiedy&#347; samoch&#243;d taty i pojecha&#322;am na ca&#322;odniow&#261; wycieczk&#281;, bez prawa jazdy oraz wynik&#243;w bada&#324;.

Ho, ho!  cieszy si&#281; Richard.  Chyba straci pan kilka punkt&#243;w, panie Scott!  Szturcha tat&#281;, &#380;eby nie odebra&#322; &#378;le tej wiadomo&#347;ci, ale widz&#281;, &#380;e tata jest wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty. Mam poczucie winy i odwracam od niego wzrok.

Kt&#243;rego&#347; dnia postanowi&#322;am, &#380;e b&#281;d&#281; robi&#322;a wszystko, o co inni mnie poprosz&#261;.

I co si&#281; sta&#322;o?

Wyl&#261;dowa&#322;am w rzece.

Widzia&#322;em tak&#261; reklam&#281; w telewizji  zauwa&#380;a Richard.  To st&#261;d wzi&#281;&#322;a&#347; pomys&#322;?

Nie.

Omal nie z&#322;ama&#322;a karku podczas jazdy na motorze  przerywa tata. Pragnie wr&#243;ci&#263; do bezpiecznego tematu. Ale sam jest sobie winien, zaaran&#380;owa&#322; t&#281; rozmow&#281;, kt&#243;ra wymkn&#281;&#322;a mu si&#281; spod kontroli.

Niewiele brakowa&#322;o, &#380;ebym zosta&#322;a aresztowana za kradzie&#380; w sklepie. Chcia&#322;am &#322;ama&#263; prawo tak cz&#281;sto, jak tylko by&#322;oby to mo&#380;liwe w ci&#261;gu jednego dnia.

Richard jest wyra&#378;nie poruszony.

A potem by&#322; seks.

Ach.

Narkotyki

I rock and roll!  dorzuca Richard do mikrofonu.  S&#322;ysza&#322;em ju&#380;, &#380;e &#347;miertelna choroba sk&#322;ania ludzi do porz&#261;dkowania domu lub za&#322;atwiania niedoko&#324;czonych spraw. Jednak my&#347;l&#281;, &#380;e si&#281; ze mn&#261; zgodzicie w jednym, panie i panowie  ta m&#322;oda dama bierze &#380;ycie za rogi.

Wypraszaj&#261; nas ze studia w do&#347;&#263; jednoznaczny spos&#243;b. Spodziewa&#322;am si&#281;, &#380;e tata b&#281;dzie w&#347;ciek&#322;y, ale nie jest. Powoli wchodzimy po schodach. Jestem wyko&#324;czona.

Ludzie mog&#261; zacz&#261;&#263; ofiarowywa&#263; pieni&#261;dze  m&#243;wi tata.  Ju&#380; tak bywa&#322;o. B&#281;d&#261; chcieli ci pom&#243;c.

Moj&#261; ulubion&#261; sztuk&#261; Szekspira jest Makbet. Kiedy kr&#243;l zostaje zamordowany, w jego kraju zaczynaj&#261; dzia&#263; si&#281; dziwne rzeczy. Sowy krzycz&#261;. &#346;wierszcze p&#322;acz&#261;. W oceanie brakuje wody, &#380;eby zmy&#263; krew.

Je&#347;li zdob&#281;dziemy wystarczaj&#261;co du&#380;o pieni&#281;dzy b&#281;dziemy mogli wys&#322;a&#263; ci&#281; do tego instytutu badawczego w Stanach.

To nie jest kwestia pieni&#281;dzy, tato.

Przeciwnie! Nie daliby&#347;my rady bez pomocy innych ludzi, a wiem, &#380;e program wzmacniania uk&#322;adu immunologicznego opracowany przez tych uczonych odni&#243;s&#322; sukces.

Przytrzymuj&#281; si&#281; por&#281;czy. Jest plastikowa, ma l&#347;ni&#261;c&#261; i g&#322;adk&#261; powierzchni&#281;.

Chc&#281;, &#380;eby&#347; zrezygnowa&#322;, tato.

Z czego?

Z udawania, &#380;e wyzdrowiej&#281;.



Rozdzia&#322; 26

Tata zbiera miote&#322;k&#261; kurz ze stolika, kominka i czterech parapet&#243;w. Rozsuwa zas&#322;ony i zapala obie lampy. Mam wra&#380;enie, &#380;e chce w ten spos&#243;b odstraszy&#263; mrok.

Mama siedzi obok mnie na kanapie. Jest wstrz&#261;&#347;ni&#281;ta swoim odkryciem.

Ju&#380; zapomnia&#322;am  stwierdza.

O czym?

O tym, jak &#322;atwo wpadasz w panik&#281;.

Tata patrzy na ni&#261; podejrzliwie.

Czy to oskar&#380;enie?

Mama odbiera mu miote&#322;k&#281; i wr&#281;cz szklank&#281; sherry, kt&#243;r&#261; co chwila nape&#322;nia sobie do &#347;niadania.

Prosz&#281;  m&#243;wi.  Masz sporo do nadrobienia.

My&#347;l&#281;, &#380;e obudzi&#322;a si&#281; pijana. A ju&#380; na pewno obudzi&#322;a si&#281; w &#322;&#243;&#380;ku taty, razem z nim. Cal zaci&#261;gn&#261;&#322; mnie do ich sypialni, &#380;ebym przekona&#322;a si&#281; o tym na w&#322;asne oczy.

Numer si&#243;dmy  powiedzia&#322;am.

Co?

Na mojej li&#347;cie. Chcia&#322;am podr&#243;&#380;owa&#263; po &#347;wiecie, ale zamieni&#322;am to na ponowne zej&#347;cie si&#281; rodzic&#243;w.

Cal u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do mnie, jakby to by&#322;o moj&#261; zas&#322;ug&#261;, a przecie&#380; na nic nie mia&#322;am wp&#322;ywu. Nast&#281;pnie zabrali&#347;my si&#281; do rozpakowywania skarpet z prezentami, le&#380;&#261;cych na pod&#322;odze w sypialni taty, a oni nam si&#281; przygl&#261;dali nie do ko&#324;ca rozbudzeni. Mia&#322;am wra&#380;enie, &#380;e znale&#378;li&#347;my si&#281; w jakiej&#347; dziurze czasowej.

Tata podchodzi teraz do sto&#322;u, przestawia sztu&#263;ce i serwetki. Udekorowa&#322; go ciasteczkami i ma&#322;ymi ba&#322;wankami z waty. U&#322;o&#380;y&#322; serwetki we wzory origami.

Zaprosi&#322;em ich na pierwsz&#261;  m&#243;wi.

Cal j&#281;czy zza swojego rocznika Beano.

Nie wiem, po co w og&#243;le ich zaprasza&#322;e&#347;. S&#261; dziwni.

Cicho  prosi mama.  Mamy &#347;wi&#281;ta.

&#346;wi&#281;ta s&#261; g&#322;upie  mamrocze cal. Przewraca si&#281; na dywanie i patrzy na ni&#261; z roz&#380;aleniem  Wola&#322;bym, &#380;eby&#347;my byli sami.

Mama tr&#261;ca go czubkiem buta, ale on nie ma ochoty na zabaw&#281;. Pr&#243;buje wi&#281;c rozweseli&#263; go, machaj&#261;c mu przed oczyma miote&#322;k&#261;.

Odkurzy&#263; si&#281;?

Tylko spr&#243;buj!  Cal zrywa si&#281; z pod&#322;ogi, g&#322;o&#347;no si&#281; &#347;miej&#261;c, i biegnie do taty. Mama go gonie, ale tata zachodzi jej drog&#281; i odgania ja udawanymi ciosami karate.

Zaraz co&#347; str&#261;cicie  m&#243;wi&#281;, jednak nikt mnie nie s&#322;ucha. Mama z tat&#261; ganiaj&#261; si&#281; wok&#243;&#322; sto&#322;u, &#322;askocz&#261;c si&#281; i pr&#243;buj&#261;c nawzajem wsadzi&#263; sobie gdzie&#347; miote&#322;k&#281; do kurzu.

To dziwne, ale denerwuje mnie ich zachowanie. Chcia&#322;am, &#380;eby si&#281; zeszli, lecz niezupe&#322;nie tak to sobie wyobra&#380;a&#322;am. S&#261;dzi&#322;am, ze po&#322;&#261;czy ich co&#347; g&#322;&#281;bszego.

Z powodu panuj&#261;cego ha&#322;asu nie s&#322;yszymy dzwonka do drzwi. Nagle dobiega nas stukanie w okno.

Ups  mruczy mama.  Przyszli go&#347;cie!  Zerka na mnie domy&#347;lnie i wychodzi otworzy&#263; drzwi. Tata poprawia spodnie. Wci&#261;&#380; si&#281; u&#347;miecha, kiedy pod&#261;&#380;a z Calem za mam&#261;.

Zostaj&#281; na kanapie. Zak&#322;adam nog&#281; na nog&#281;. Potem siadam prosto. Bior&#281; gazet&#281; telewizyjn&#261; i przerzucam strony.

Sp&#243;jrz, kto przyszed&#322;.  Mama wprowadza Adama do da salonu.

Ch&#322;opak ma na sobie koszul&#281; z guzikami i porz&#261;dne spodnie zamiast d&#380;ins&#243;w. Uczesa&#322; si&#281;.

Wszystkiego najlepszego z okazji &#347;wiat Bo&#380;ego Narodzenia  m&#243;wi.

Nawzajem.

Przynios&#322;em ci &#380;yczenia.

Mama mruga do mnie.

W takim razie zostawi&#281; was samych.

Ma&#322;o subtelne.

Adam przysiada na por&#281;czy fotela naprzeciwko mnie i przygl&#261;da si&#281;, jak otwieram kartk&#281;. Jest na niej renifer z kresk&#243;wek z ga&#322;&#261;zk&#261; ostrokrzewu owini&#281;t&#261; wok&#243;&#322; rog&#243;w. W &#347;rodku znajduje si&#281; napis: Weso&#322;ych &#347;wi&#261;t!. Tylko tyle.

Stawiam kartk&#281; na stole pomi&#281;dzy nami i oboje si&#281; jej przygl&#261;damy. Ogarnia mnie b&#243;l. Zadawniony ostry b&#243;l, kt&#243;ry nie odejdzie.

Co do tamtej nocy  zaczynam.

Zsuwa si&#281; z por&#281;czy i siada na fotelu.

Tak?

My&#347;lisz, &#380;e powinni&#347;my o tym pogada&#263;?

Waha si&#281;, jakby moje pytanie mog&#322;o okaza&#263; si&#281; podchwytliwe.

Chyba tak.

Przysz&#322;o mi do g&#322;owy, &#380;e si&#281; przestraszy&#322;e&#347;.  O&#347;mielam si&#281; na niego spojrze&#263;.  Czy tak by&#322;o?

Zanim ma szans&#281; odpowiedzie&#263;, otwieraj&#261; si&#281; drzwi i wpada Cal.

Kupi&#322;e&#347; mi bu&#322;awy do &#380;onglowania!  wo&#322;a z przej&#281;ciem i staje przed Adamem.  Sk&#261;d wiedzia&#322;e&#347;, &#380;e chcia&#322;em je mie&#263;? S&#261; super! Zobacz, ju&#380; prawie umiem si&#281; nimi pos&#322;ugiwa&#263;.

&#379;onglowanie mu nie wychodzi. Bu&#322;awy lataj&#261; po ca&#322;ym pokoju i spadaj&#261; na pod&#322;og&#281;. Adam &#347;mieje si&#281;, podnosi je i sam pr&#243;buje. Jest zaskakuj&#261;co dobry, udaje mu si&#281; podrzuci&#263; je siedemna&#347;cie razy.

A potrafisz rzuca&#263; no&#380;ami?  pyta Cal.  Widzia&#322;em go&#347;cia, kt&#243;ry &#380;onglowa&#322; jab&#322;kiem i trzema no&#380;ami jednocze&#347;nie. W tym czasie obra&#322; jab&#322;ko i je zjad&#322;. Nauczy&#322;by&#347; mnie tego, zanim sko&#324;cz&#281; dwana&#347;cie lat?

Pomog&#281; ci &#263;wiczy&#263;.

Jak dobrze jest im razem, kiedy tak rzucaj&#261; do siebie bu&#322;awami. Jak &#322;atwo przychodzi im snu&#263; plany na przysz&#322;o&#347;&#263;.

Wchodzi mama Adama i siada przy mnie na kanapie. Wymieniamy u&#347;cisk d&#322;oni, co sprawia, &#380;e czuj&#281; si&#281; troch&#281; nieswojo. Ma drobne i suche r&#281;ce. Wygl&#261;da na zm&#281;czon&#261;, jakby mia&#322;a za sob&#261; wielodniow&#261; podr&#243;&#380;.

Jestem Sally  m&#243;wi.  Tobie te&#380; przynie&#347;li&#347;my prezent.

Podaje mi torb&#281;. W &#347;rodku jest pude&#322;ko czekoladek. Nawet nie zosta&#322;o opakowane. Wyjmuj&#281; je i k&#322;ad&#281; na kolanach.

Cal podaje jej bu&#322;awy.

Spr&#243;buje pani?  Sally patrzy na nie z niepewno&#347;ci&#261;, ale podnosi si&#281; z kanapy  Poka&#380;&#281; pani, jak to si&#281; robi.

Adam zajmuje jej miejsce. Przysuwa si&#281; do mnie o&#347;wiadcza:

Wcale si&#281; nie przestraszy&#322;em.

U&#347;miecha si&#281;. Odwzajemniam ten u&#347;miech. Chc&#281; go dotkn&#261;&#263;, jednak nie mog&#281; tego zrobi&#263;, poniewa&#380; akurat wchodzi tata z butelk&#261; sherry w jednej r&#281;ce i no&#380;em w drugiej. Og&#322;asza, &#380;e podano do sto&#322;u.

Mamy mn&#243;stwo jedzenia. Tata przygotowa&#322; indyka, piecze&#324; i puree z ziemniak&#243;w, pi&#281;&#263; rodzaj&#243;w warzyw, farsz i sosy. W&#322;&#261;cza p&#322;yt&#281; Binga Crosby'ego. Jemy, s&#322;uchaj&#261;c starego przeboju o dzwoni&#261;cych dzwonkach u sa&#324; i &#347;niegu.

S&#261;dzi&#322;am, &#380;e doro&#347;li b&#281;d&#261; rozmawia&#263; o hipotekach i innych nudziarstwach, ale mama i tata s&#261; lekko wstawieni i ca&#322;kiem mi&#322;o si&#281; wyg&#322;upiaj&#261;.

Nawet Sally nie mo&#380;e powstrzyma&#263; &#347;miechu, kiedy mama opowiada o tym, jak jej rodzice uznali, &#380;e tata pochodzi z ni&#380;szej sfery, i zabronili si&#281; zanim spotyka&#263;. M&#243;wi o prywatnych szko&#322;ach, do kt&#243;rych j&#261; posy&#322;ali, i wielkich przyj&#281;ciach, w kt&#243;rych bra&#322;a udzia&#322;. O tym, jak regularnie wykrada&#322;a kucyka swojej siostry i je&#378;dzi&#322;a na nim noc&#261; do miasta, &#380;eby odwiedzi&#263; tat&#281;.

Tata &#347;mieje si&#281; z tych wspomnie&#324;.

Mieszkali&#347;my w ma&#322;ym miasteczku, w kt&#243;rym prawie wszyscy zajmowali si&#281; handlem. M&#243;j dom znajdowa&#322; si&#281; na drugim jego ko&#324;cu. Biedny kucyk by&#322; tak zm&#281;czony tymi sobotnimi wycieczkami, &#380;e ju&#380; nigdy nie zdoby&#322; &#380;adnej nagrody na mane&#380;u.

Mama nape&#322;nia kieliszek Sally. Cal prezentuje magiczn&#261; sztuczk&#281; z no&#380;em do mas&#322;a i serwetk&#261;.

By&#263; mo&#380;e leki, kt&#243;re Sally za&#380;ywa, pozwalaj&#261; jej zajrze&#263; w g&#322;&#261;b innej rzeczywisto&#347;ci, bo patrzy na Cala z niek&#322;amanym podziwem, mimo ze sztuczka okazuje si&#281; do&#347;&#263; przewidywalna.

Potrafisz zrobi&#263; co&#347; jeszcze  pyta.

Cal jest w si&#243;dmym niebie.

Pewnie. P&#243;&#378;niej pani poka&#380;&#281;.

Adam siedzi naprzeciw mnie. Dotykamy si&#281; stopami pod sto&#322;em. Czuj&#281; jego obecno&#347;&#263; ka&#380;d&#261; cz&#281;&#347;ci&#261; swojego cia&#322;a. Przygl&#261;dam mu si&#281; jak je. Kiedy popija wino, zastanawiam si&#281;, jak smakuj&#261; jego poca&#322;unki.

Na g&#243;r&#281;  prosz&#281; oczami.  Chod&#378;my na g&#243;r&#281;. Ucieknijmy.

Co nam zrobi&#261;? Czy mog&#261; w og&#243;le co&#347; zrobi&#263;? A gdyby&#347;my tak si&#281; rozebrali i wskoczyli do &#322;&#243;&#380;ka?

&#321;a&#324;cuch kawa&#322;&#243;w!  krzyczy mama.  Zapomnieli&#347;my zrobi&#263; &#322;a&#324;cuch kawa&#322;&#243;w!

Krzy&#380;ujemy r&#281;ce i &#322;&#261;czymy d&#322;onie, &#347;wi&#261;teczne &#380;arty obiegaj&#261; st&#243;&#322;. Sypiemy dowcipami jak z r&#281;kawa.

Cal odczytuje g&#322;o&#347;no sw&#243;j &#380;arcik.

Jaka jest r&#243;&#380;nica mi&#281;dzy s&#322;oniem a fortepianem?  Nikt nie wie.  Fortepian mo&#380;na zas&#322;oni&#263;, a s&#322;onia nie mo&#380;na zafortepiani&#263;!  wo&#322;a triumfalnie.

Wszyscy wybuchaj&#261; &#347;miechem z wyj&#261;tkiem Sally. Mo&#380;e my&#347;li o swoim zmar&#322;ym m&#281;&#380;u. M&#243;j kawa&#322; jest beznadziejny, o cz&#322;owieku, kt&#243;ry idzie do baru, ale to jest pierwiastek baru i dostaje od tego b&#243;lu g&#322;owy. Adam nie przygotowa&#322; &#380;adnego &#380;artu. Stwierdza, &#380;e gdyby wszech&#347;wiat powsta&#322; dzisiaj, ca&#322;a zapisana historia musia&#322;by si&#281; wydarzy&#263; w ci&#261;gu dziesi&#281;ciu sekund.

To prawda  wtr&#261;ca Cal.  Cz&#322;owiek jest niczym w por&#243;wnaniu z Uk&#322;adem S&#322;onecznym.

Chyba powinnam pracowa&#263; w fabryce &#380;art&#243;w  rzuca mama.  Wyobra&#380;acie sobie, jakby to by&#322;o m&#243;c uk&#322;ada&#263; &#380;arty przez okr&#261;g&#322;y rok.

Chcia&#322;bym wtr&#261;ci&#263; swoje co nieco  m&#243;wi tata, mrugaj&#261;c do mamy. Stanowczo za du&#380;o oboje wypili.

Sally dotyka w&#322;os&#243;w.

Mog&#281; przedstawi&#263; sw&#243;j dowcip?

Uciszamy si&#281; nawzajem. Ma smutne oczy, kiedy czyta:

Siedzi je&#380; na polance i je jab&#322;ko. Podchodzi do niego sarna i pyta: Co jesz?. A je&#380; na to: Co, sarna?.

Cal wybucha &#347;miechem. Rzuca si&#281; na pod&#322;og&#281; i macha nogami. Sally jest zadowolona, odczytuje kawa&#322; jeszcze raz. Jest naprawd&#281; &#347;mieszny. Czuj&#281; falowanie brzucha, kt&#243;re przemieszcza si&#281; coraz wy&#380;ej, a&#380; dosi&#281;ga gard&#322;a. Sally te&#380; si&#281; &#347;mieje, wydaj&#261;c niski, bulgocz&#261;cy d&#378;wi&#281;k. Chyba j&#261; sam&#261; to zaskakuje, co sprawia, &#380;e mama, tata i Adam chichocz&#261;. Co za ulga. Cholerna ulga. Nie pami&#281;tam, kiedy ostatnio g&#322;o&#347;no si&#281; &#347;mia&#322;am. &#321;zy sp&#322;ywaj&#261; mi po policzkach. Adam podaje mi serwetk&#281;.

Masz  Jego palce dotykaj&#261; moich.

Ocieram oczy. Chod&#378; na g&#243;r&#281;. Chc&#281; ci&#281; dotyka&#263; wsz&#281;dzie  my&#347;l&#281;. Ju&#380; otwieram usta, &#380;eby powiedzie&#263; na g&#322;os: Mam co&#347; dla ciebie, Adamie, ale zostawi&#322;am to w swoim pokoju, wi&#281;c musimy tam p&#243;j&#347;&#263;, kiedy rozlega si&#281; pukanie do okna.

To Zoey, przyciska twarz do szyby jak Maria z opowie&#347;ci bo&#380;onarodzeniowej. Mia&#322;a przyj&#347;&#263; dopiero na podwieczorek razem z rodzicami.

Wznosi ze sob&#261; powiew ch&#322;odu. Staje przed nami na dywanie.

Weso&#322;ych &#347;wiat  &#380;yczy.

Tata unosi kieliszek i &#380;yczy tego samego. Mama wstaje i obejmuje j&#261; na powitanie.

Dzi&#281;kuj&#281;  m&#243;wi Zoey i wybucha p&#322;aczem.

Mama podsuwa jej krzes&#322;o i si&#281;ga po chusteczki. Nagle wje&#380;d&#380;aj&#261; na st&#243;&#322; dwa p&#243;&#322;miski z legumin&#261; podlane kremem z brandy. Zoey nie powinna wprawdzie pi&#263; alkoholu, ale krem mo&#380;e si&#281; nie liczy.

Kiedy zajrza&#322;am do was przez okno  zaczyna, poci&#261;gaj&#261;c nosem  wygl&#261;dali&#347;cie jak z reklamy. Ju&#380; chcia&#322;am zawr&#243;ci&#263;.

Co si&#281; dzieje, Zoey?  pyta tata.

Zoey wpycha do buzi kawa&#322; leguminy z kremem, prze&#380;uwa go i po&#322;yka.

A co chcecie us&#322;ysze&#263;?

To, co zechcesz nam powiedzie&#263;.

Mam zapchany noc i czuj&#281; si&#281; jak wrak. Czy to wystarczy?

Tw&#243;j stan jest spowodowany przyrostem HCG  wyja&#347;niam  To taki hormon ci&#261;&#380;owy.

Zapada cisza i wszyscy patrz&#261; na mnie.

Przeczyta&#322;am o tym w Ksi&#281;dze medycyny.

Nie jestem pewna, czy powinnam by&#322;a m&#243;wi&#263; na ten temat g&#322;o&#347;no. Zapomnia&#322;am, &#380;e Adam, Cal i Sally nie wiedz&#261;, &#380;e Zoey jest w ci&#261;&#380;y. Ale &#380;adne z nich si&#281; nie odzywa, a Zoey wydaje si&#281; nie mie&#263; mi tego za z&#322;e. Pakuje sobie kolejn&#261; porcj&#281; leguminy do ust.

Masz k&#322;opoty w domu?  pyta tata.

Moja przyjaci&#243;&#322;ka nabiera kolejn&#261; &#322;y&#380;k&#281; deseru.

Powiedzia&#322;am rodzicom.

Dzisiaj?  Tata jest zaskoczony.

Zoey ociera usta r&#281;kawem.

Mo&#380;e wybra&#322;am nieodpowiedni&#261; por&#281;.

Jak zareagowali?

Wygadywali straszne rzeczy. Znienawidzili mnie. Wszyscy mnie nienawidz&#261;. Z wyj&#261;tkiem dziecka.

Cal szczerzy z&#281;by w u&#347;miechu.

B&#281;dziesz mia&#322;a dziecko?

Tak.

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e to ch&#322;opiec.

Zoey kr&#281;ci g&#322;ow&#261;.

Nie chc&#281; ch&#322;opca.

Ale chcesz tego dziecka?  pyta tata &#322;agodnym g&#322;osem.

Zoey waha si&#281;, jakby po raz pierwszy przesz&#322;o jej to do g&#322;owy. Potem u&#347;miecha si&#281; do niego. Ma wilgotne, zachwycone spojrzenie. Jeszcze nigdy jej takiej nie widzia&#322;am.

Tak  stwierdza.  Naprawd&#281; chc&#281;. Dam jej na imi&#281; Lauren.

W dziewi&#281;tnastym tygodniu ci&#261;&#380;y dziecko jest ju&#380; w pe&#322;ni ukszta&#322;towane, wa&#380;y oko&#322;o dwustu czterdziestu gram&#243;w. Gdyby urodzi&#322;o si&#281; teraz, zmie&#347;ci&#322;oby si&#281; w mojej d&#322;oni. Mia&#322;oby przezroczysty &#380;o&#322;&#261;dek pokryty czerwonymi &#380;y&#322;kami. Us&#322;ysza&#322;oby mnie, gdybym co&#347; do niego powiedzia&#322;a.

Doda&#322;am twoje dziecko do swojej listy  m&#243;wi&#281;. Chyba tego r&#243;wnie&#380; nie powinnam by&#322;a ujawnia&#263;. Nie chcia&#322;am. I znowu wszyscy na mnie patrz&#261;.

Tata wyci&#261;ga r&#281;k&#281; nad sto&#322;em i dotyka mojej d&#322;oni.

Tesso  szepce.

Nie mog&#281; tego znie&#347;&#263;. Odpycham go.

Chcia&#322;bym by&#263; przy porodzie.

To jeszcze pi&#281;&#263; miesi&#281;cy, Tesso  przypomina Zoey.

I co z tego? To tylko sto sze&#347;&#263;dziesi&#261;t dni. Ale je&#347;li wolisz, &#380;ebym ci nie towarzyszy&#322;a, mog&#281; poczeka&#263; na zewn&#261;trz i przyj&#347;&#263; p&#243;&#378;niej. Chc&#281; by&#263; jedn&#261; z pierwszych os&#243;b na ziemi, kt&#243;re wezm&#261; j&#261; w ramiona.

Wstaje i okr&#261;&#380;a st&#243;&#322;. Obejmuje mnie. Jest inna. Brzuch jej stwardnia&#322; i ma gor&#261;c&#261; sk&#243;r&#281;.

Tesso, chc&#281;, &#380;eby&#347; przy mnie by&#322;a.



Rozdzia&#322; 27

Popo&#322;udnie mija szybko. Sprz&#261;tamy ze sto&#322;u i w&#322;&#261;czamy telewizj&#281;. Wszyscy s&#322;uchamy wyst&#261;pienia kr&#243;lowej, apotem Cal prezentuje nam kilka sztuczek.

Zoey sp&#281;dza ca&#322;y ten czas na kanapie mi&#281;dzy mam&#261; i Sally. Opowiada im ze szczeg&#243;&#322;ami histori&#281; swojego nieudanego romansu ze Scottem. Nawet pr&#243;buje dowiedzie&#263; si&#281; od nich czego&#347; wi&#281;cej na temat porodu.

Powiedzcie  prosi  czy to naprawd&#281; tak bardzo boli?

Tata zag&#322;&#281;bia si&#281; w lekturze swej nowej ksi&#261;&#380;ki Pokarmy organiczne. Od czasu do czasu czyta na g&#322;os dane statystyczne na temat chemikali&#243;w i pestycyd&#243;w.

Adam rozmawia z Calem. Pokazuje mu, jak nale&#380;y &#380;onglowa&#263; bu&#322;awami; uczy go nowego triku z monet&#261;. Wci&#261;&#380; nie wiem, co o Adamie my&#347;le&#263;. Nie chodzi o to, czy mi si&#281; podoba, ale czy ja podobam si&#281; jemu. Co chwil&#281; nasze spojrzenia si&#281; spotykaj&#261;, ale zawsze to on pierwszy odwraca wzrok.

On ci&#281; pragnie  m&#243;wi Zoey bezg&#322;o&#347;nie. Je&#347;li to prawda, nie wiem, jak mam doprowadzi&#263; do zbli&#380;enia.

Sp&#281;dzi&#322;am popo&#322;udnie na przegl&#261;daniu ksi&#261;&#380;ki, kt&#243;r&#261; dosta&#322;am od Cala  Sto dziwnych sposob&#243;w na spotkanie ze Stw&#243;rc&#261;. Jest zabawna, ale nie pomaga mi pozby&#263; si&#281; uczucia, &#380;e co&#347; we mnie nieustannie si&#281; kurczy. Siedz&#281; na tym fotelu od dw&#243;ch godzin i zupe&#322;nie si&#281; od wszystkich odizolowa&#322;am. Wiem, &#380;e moje post&#281;powanie nie jest w porz&#261;dku, nie potrafi&#281; jednak zachowywa&#263; si&#281; inaczej.

Ju&#380; o czwartej robi si&#281; ciemno i tata zapala wszystkie &#347;wiat&#322;a. Wnosi miseczki ze s&#322;odyczami i orzeszki. Mama proponuje gr&#281; w karty. Wymykam si&#281; na korytarz, kiedy ustawiaj&#261; krzes&#322;a. Mam do&#347;&#263; wci&#261;&#380; grzej&#261;cych kaloryfer&#243;w oraz gier. Zdejmuj&#281; p&#322;aszcz z wieszaka i wychodz&#281; do ogrodu.

Wstrz&#261;sa mn&#261; zimno. Wnika w moje p&#322;uca i zamienia oddech w par&#281;. Nasuwam na g&#322;ow&#281; kaptur, zawi&#261;zuj&#281; go pod brod&#261; i czekam.

Powoli m&#243;j wzrok przyzwyczaja si&#281; do ciemno&#347;ci, zaczynam dostrzega&#263; r&#243;&#380;ne szczeg&#243;&#322;y, jakby wy&#322;ania&#322;y si&#281; z mg&#322;y. Ostrokrzew drapi&#261;cy &#347;cian&#281; szopy, ptaka na p&#322;ocie z pi&#243;rkami napuszonymi przez wiatr.

Tam, w domu, pewnie ju&#380; rozdaj&#261; karty i cz&#281;stuj&#261; si&#281; orzeszkami, ale tutaj ka&#380;de &#378;d&#378;b&#322;o trawy l&#347;ni od mrozu. Na niebie jest pe&#322;no gwiazd, zupe&#322;nie jak w bajce. Nawet ksi&#281;&#380;yc wydaje si&#281; zdziwiony tym widokiem.

Ugniatam &#347;nieg butami, podchodz&#261;c do jab&#322;onki. Dotykam jej s&#281;katego pnia, staram si&#281; wyczu&#263; palcami szar&#261; pobrudzon&#261; kor&#281;. Na ga&#322;&#281;ziach wisi jeszcze par&#281; listk&#243;w. Kilka zwi&#281;d&#322;ych jab&#322;ek pokrywa si&#281; rdzawym nalotem.

Cal twierdzi, ze ludzie powstali z py&#322;u wygas&#322;ych gwiazd. M&#243;wi, &#380;e po &#347;mierci znowu obracamy si&#281; w py&#322;, blask i deszcz. Je&#347;li to prawda, chc&#281; by&#263; pochowana pod tym drzewem. Jego korzenie si&#281;gn&#261; do mojego cia&#322;a i wch&#322;on&#261; mnie w siebie. Stan&#281; si&#281; kwiatem jab&#322;oni. Opadn&#281; wiosn&#261; jak konfetti i przyklej&#281; si&#281; do but&#243;w moich bliskich. Schowaj&#261; mnie do kieszeni i rozsypi&#261; wieczorem na poduszkach. Pomog&#281; im zasn&#261;&#263;. Ciekawe, co im si&#281; wtedy przy&#347;ni.

Latem b&#281;d&#261; mnie je&#347;&#263;. Adam przejdzie przez p&#322;ot, &#380;eby mnie wykra&#347;&#263;, zwabiony moim zapachem, kr&#261;g&#322;o&#347;ci&#261;, po&#322;yskiem i obietnic&#261; zdrowia. Poprosi mam&#281;, &#380;eby ugotowa&#322;a mu kompot albo upiek&#322;a placek z jab&#322;kami. B&#281;dzie si&#281; mn&#261; opycha&#322;.

K&#322;ad&#281; si&#281; na ziemi i pr&#243;buj&#281; to sobie wyobrazi&#263;. Dzieje si&#281; tak naprawd&#281;. Jestem martwa. Zamieniam si&#281; w jab&#322;onk&#281;. Mam z tym pewne trudno&#347;ci. My&#347;l&#281; o ptaku, z kt&#243;rego widzia&#322;am przed chwil&#261;. Zastanawiam si&#281;, czy ju&#380; odlecia&#322;. Ciekawe, co oni robi&#261; tam, w domu? Czy ju&#380; za mn&#261; t&#281;skni&#261;?

Obracam si&#281; na brzuch i przyciskam twarz do ziemi, od kt&#243;rej bije ch&#322;&#243;d. Przesuwam po niej d&#322;o&#324;mi, przesiewam j&#261; mi&#281;dzy palcami, &#380;eby poczu&#263; jej zapach. Dochodzi mnie wo&#324; zgni&#322;ych li&#347;ci i robak&#243;w.

Co ty wyprawiasz?

Odwracam si&#281; bardzo powoli. Widz&#281; twarz Adama do g&#243;ry nogami.

Postanowi&#322;em sprawdzi&#263;, co si&#281; z tob&#261; dzieje. Dobrze si&#281; czujesz?

Siadam i otrzepuj&#281; piach ze spodni.

&#346;wietnie. By&#322;o mi za gor&#261;co.

Kiwa g&#322;ow&#261;, jakby moje wyja&#347;nienie t&#322;umaczy&#322;o obecno&#347;&#263; mokrych li&#347;ci na p&#322;aszczu. Wygl&#261;dam jak wariatka, wiem. Do tego zawi&#261;za&#322;am sobie kaptur pod brod&#261; jak staruszka. Rozwi&#261;zuj&#281; go po&#347;piesznie.

Kurtka Adama szele&#347;ci, kiedy siada obok mnie.

Zapalisz?

Bior&#281; papierosa i czekam, a&#380; mi go podpali. Wydmuchujemy dym, kt&#243;ry unosi si&#281; nad ogniskiem. Czuj&#281;, &#380;e na mnie patrzy. To, co my&#347;l&#281;, jest tak wyra&#378;ne, &#380;e nie zdziwi&#322;abym si&#281;, gdyby roz&#347;wietli&#322;o si&#281; nad moj&#261; g&#322;ow&#261; jak neon sklepu rybnego. Podobasz mi si&#281;. Podobasz mi si&#281;. B&#322;ysk. B&#322;ysk. B&#322;ysk. Obok s&#322;&#243;w zapalaj&#261; si&#281; czerwone lampki tworz&#261;ce serce.

K&#322;ad&#281; si&#281; z powrotem na trawie, &#380;eby unikn&#261;&#263; jego wzroku. Ch&#322;&#243;d przenika przez materia&#322; spodni jak woda.

Adam k&#322;adzie si&#281; obok mnie. Jego blisko&#347;&#263; powoduje b&#243;l. Robi mi si&#281; niedobrze.

Pas Oriona  m&#243;wi.

Gdzie?

Pokazuje palcem na niebie.

Widzisz te trzy ma&#322;e gwiazdy w jednym szeregu? Mintaka, Alnilam, Alnitak.  Roz&#347;wietlaj&#261; si&#281; na czubku jego palca, kiedy wymawia ich nazwy.

Sk&#261;d je znasz?

Gdy by&#322;em ma&#322;y, tata du&#380;o opowiada&#322; mi o gwiazdach. Je&#347;li skierujesz lornetk&#281; poni&#380;ej Oriona, zobaczysz gigantyczn&#261; chmur&#281; gazu, w kt&#243;rej rodz&#261; si&#281; nowe gwiazdy.

Nowe gwiazdy? My&#347;la&#322;am, &#380;e wszech&#347;wiat umiera.

Zale&#380;y jak na to spojrze&#263;. Jednocze&#347;nie wci&#261;&#380; si&#281; rozszerza  Adam obraca si&#281; na bok i wspiera na &#322;okciu.  Tw&#243;j brat wyjawi&#322; mi, &#380;e podj&#281;&#322;a&#347; pr&#243;b&#281; zdobycia s&#322;awy.

Przyzna&#322; si&#281;, &#380;e ponios&#322;am kl&#281;sk&#281;?

&#346;mieje si&#281;.

Nie, ale ty musisz mi o tym opowiedzie&#263;.

Lubi&#281; go roz&#347;miesza&#263;. Mam teraz okazj&#281;, by patrze&#263; na jego pi&#281;kne usta. M&#243;wi&#281; mu, jak &#380;a&#322;o&#347;nie wypada&#322; m&#243;j wywiad w radiu, i ubarwiam opowie&#347;&#263;, &#380;eby brzmia&#322;a jeszcze zabawniej. Przedstawiam siebie jako bohaterk&#281;, anarchistk&#281; fal radiowych. Rozkr&#281;cam si&#281; i dorzucam histori&#281; o tym, jak zabra&#322;am samoch&#243;d taty i pojecha&#322;y&#347;my z Zoey do hotelu. Le&#380;ymy na wilgotnej trawie pod wielkim niebem, na kt&#243;rym nisko zawis&#322; ksi&#281;&#380;yc, a ja m&#243;wi&#281; o szafie i moim imieniu, kt&#243;re starto z tego &#347;wiata. Opowiadam mu nawet o tym, &#380;e mam zwyczaj bazgra&#263; po &#347;cianach. &#321;atwiej jest zwierza&#263; si&#281; w ciemno&#347;ci  nie wiedzia&#322;am o tym wcze&#347;niej.

Kiedy ko&#324;cz&#281;, odzywa si&#281;:

Nie powinna&#347; si&#281; ba&#263;, &#380;e o tobie zapomn&#261;, Tesso. My&#347;lisz, &#380;e zaczn&#261; nas szuka&#263;, je&#347;li znikniemy na dziesi&#281;&#263; minut?

U&#347;miecham si&#281; do siebie.

B&#322;ysk, b&#322;ysk. To, co czuj&#281; w tej chwili, roz&#347;wietla ciemno&#347;&#263; nad moja g&#322;ow&#261;.

Kiedy prze&#322;azimy przez dziur&#281; w p&#322;ocie i ruszamy &#347;cie&#380;k&#261; prowadz&#261;c&#261; do tylnych drzwi jego domu, rami&#281; Adama ociera si&#281; o moje. Prawie si&#281; nie dotykamy. Ale przyprawia mnie to o dreszcz.

Id&#281; za nim do kuchni.

Zaraz wracam  m&#243;wi.  Mam dla ciebie prezent.  Znika w korytarzu i s&#322;ysz&#281;, jak wbiega po schodach.

Zaczynam za nim t&#281;skni&#263; w tej samej chwili. Kiedy nie ma go przy mnie, my&#347;l&#281;, &#380;e go sobie wymy&#347;li&#322;am.

Adam!  po raz pierwszy wo&#322;am go po imieniu. Dziwnie brzmi w moich ustach. Wypowiadam je z naciskiem i wydaje mi si&#281;, &#380;e je&#347;li b&#281;d&#281; czyni&#322;a to dostatecznie cz&#281;sto, wydarzy si&#281; co&#347; nieoczekiwanego. Wychodz&#281; na korytarz i patrz&#281; w g&#243;r&#281;.

Adam?

Jestem tutaj. Chod&#378; do mnie, je&#347;li chcesz.

Id&#281;.

Jego pok&#243;j ma taki sam uk&#322;ad jak m&#243;j, tylko na odwr&#243;t. Adam siedzi na &#322;&#243;&#380;ku. Wygl&#261;da inaczej. Dziwnie. Trzyma w r&#281;ku srebrn&#261; paczk&#281;.

Nie wiem, czy ci si&#281; spodoba.

Sadowi&#281; si&#281; obok niego. Ka&#380;dej nocy, kiedy zasypiamy, dzieli nas tylko jedna &#347;ciana. Postanawiam zrobi&#263; w niej dziur&#281;, za szaf&#261;, i w ten spos&#243;b zyska&#263; tajemnice przej&#347;cia do jego &#347;wiata.

Prosz&#281;  podaje mi prezent.  Otw&#243;rz.

Rozrywam papier i znajduj&#281; torb&#281;. W torbie jest pude&#322;ko. W pude&#322;ku bransoletk&#261;. Ma siedem kamieni, ka&#380;dy w innym kolorze, na srebrnym &#322;a&#324;cuszku.

Wiem, &#380;e nie chcesz gromadzi&#263; nowych rzeczy, ale pomy&#347;la&#322;em, &#380;e ci si&#281; spodoba.

Jestem tak wzruszona, &#380;e nie mog&#281; nic powiedzie&#263;.

Pom&#243;c ci ja w&#322;o&#380;y&#263;?  pyta.

Wyci&#261;gam r&#281;k&#281;. Zak&#322;ada mi bransoletk&#281; i zapina zamek. Potem splata palce z moimi. Patrzymy na nasze z&#322;&#261;czone r&#281;ce le&#380;&#261;ce mi&#281;dzy nami na &#322;&#243;&#380;ku. Moje wygl&#261;daj&#261; odmiennie, na nadgarstku l&#347;ni bransoletka. Jego s&#261; ca&#322;kiem inne, ni&#380; mi si&#281; wydawa&#322;o.

Tesso?

Kiedy mu si&#281; przygl&#261;dam, ogarnia mnie strach. W jego zielonych oczach widz&#281; cienie. Pochyla si&#281; nade mn&#261; i ju&#380; wiem. Wiem.

To si&#281; jeszcze nie sta&#322;o, ale si&#281; stanie.

Numerem &#243;smym na mojej li&#347;cie jest mi&#322;o&#347;&#263;.



Rozdzia&#322; 28

Serce mi &#322;omocze.

Sama to zrobi&#281;.

Nie  m&#243;wi Adam.  Pozw&#243;l mi.

Ka&#380;dy rozpinany guzik poch&#322;ania ca&#322;kowicie jego uwag&#281;, potem zdejmuje mi buty i ustawia r&#243;wno przy &#322;&#243;&#380;ku.

Ze&#347;lizguj&#281; si&#281; obok niego na dywan. Rozwi&#261;zuj&#281; mu sznurowad&#322;a, k&#322;ad&#281; jego stopy na swoich kolanach i &#347;ci&#261;gam mu trampki. G&#322;aszcz&#281; kostki, wsuwam r&#281;k&#281; pod nogawk&#281; spodni i przesuwam po &#322;ydce. Dotykam go. Muskam r&#281;k&#261; mi&#281;kkie w&#322;osy na jego nogach. Nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e potrafi&#281; by&#263; tak odwa&#380;na.

Urz&#261;dzamy z tego gr&#281;, co&#347; w rodzaju rozbieranego pokera, bez kart czy ko&#347;ci. Rozpinam jego kurtk&#281; i pozwalam jej zsun&#261;&#263; si&#281; na pod&#322;og&#281;. On zdejmuje za mnie p&#322;aszcz. Znajduje li&#347;&#263; w moich w&#322;osach. Dotykam jego czarnych k&#281;dzior&#243;w i czuj&#281;, &#380;e s&#261; mocne.

Nic nie wydaje si&#281; wa&#380;ne, kiedy on patrzy, wi&#281;c nie spiesz&#281; si&#281; z rozpinaniem jego koszuli. Ostatni guzik przeobra&#380;a si&#281; w planet&#281; pod si&#322;a naszego wzroku  mlecznobia&#322;&#261; i doskonale okr&#261;g&#322;&#261;.

Jestem wstrz&#261;&#347;ni&#281;ta tym, &#380;e oboje wiemy, co mamy robi&#263;. Wszystko w jednej chwili staje si&#281; dla mnie oczywiste. Do niczego si&#281; nie zmuszam, a moje zachowanie bynajmniej nie wynika z do&#347;wiadczenia. Oboje, wiedzeni instynktem, dokonujemy kolejnych odkry&#263; na tej drodze.

Unosz&#281; ramiona w g&#243;r&#281; jak dziecko, kiedy Adam zdejmuje mi sweter. Moje w&#322;osy, kr&#243;tkie, dopiero odrastaj&#261;ce, elektryzuj&#261; si&#281; w zetkni&#281;ciu z materia&#322;em. S&#322;ysz&#281;, jak iskry strzelaj&#261; w ciemno&#347;ci, i chce mi si&#281; &#347;mia&#263;. Czuj&#281;, jak ca&#322;e cia&#322;o pulsuje, jakby by&#322;o zdrowe.

Adam muska palcami moje piersi pod stanikiem i wie, bo ca&#322;y czas patrzy mi w oczy, &#380;e post&#281;puje jak nale&#380;y. Moje cia&#322;o by&#322;o przedmiotem bada&#324; tak wielu ludzi  nak&#322;uwali mnie, opukiwali i operowali. S&#261;dzi&#322;am, ze sta&#322;o si&#281; oboj&#281;tne na dotyk.

Ca&#322;ujemy si&#281;. D&#322;ugo. Wymieniamy delikatne poca&#322;unki. On gryzie lekko moj&#261; g&#243;rn&#261; warg&#281;, ja przesuwam j&#281;zykiem po kraw&#281;dzi jego ust. Wydaje mi si&#281;, &#380;e pok&#243;j jest pe&#322;en duch&#243;w, drzew i nieba.

Ca&#322;ujemy si&#281; mocnej. Zapadamy si&#281; w siebie nawzajem. Jakby&#347;my ca&#322;owali si&#281; po raz pierwszy  natarczywie, nami&#281;tnie.

Pragn&#281; ci&#281;  m&#243;wi.

A ja pragn&#281; jego.

Chc&#281;, z&#281;by zobaczy&#322; moje piersi. Chc&#281; rozpi&#261;&#263; stanik i pokaza&#263; mu je. Poci&#261;gam go na &#322;&#243;&#380;ko. Nie przestajemy si&#281; ca&#322;owa&#263;. Zdaje mi si&#281;, &#380;e pok&#243;j wype&#322;nia si&#281; dymem, jakby co&#347; si&#281; pali&#322;o mi&#281;dzy nami.

Opadam na &#322;&#243;&#380;ko i unosz&#281; biodra. Pr&#243;buj&#281; zdj&#261;&#263; d&#380;insy. Chc&#281; pokaza&#263; mu si&#281; ca&#322;a, chc&#281;, &#380;eby na mnie patrzy&#322;.

Jeste&#347; pewna?  pyta.

Ca&#322;kowicie.

To proste.

Zdejmuje mi d&#380;insy. Rozpinam pasek u jego spodnie jedna r&#281;k&#261;, jakbym wykonywa&#322;a czarodziejsk&#261; sztuczk&#281;. Przesuwam palcem po kr&#261;g&#322;o&#347;ci guzika, naciskaj&#261;c kciukiem na materia&#322; szort&#243;w.

Czuj&#281; dotyk sk&#243;ry Adama, ci&#281;&#380;ar jego cia&#322;a, ciep&#322;o, kt&#243;re na mnie napiera  nie wiedzia&#322;am, &#380;e b&#281;dzie tak wspaniale. Nie rozumia&#322;am, &#380;e kiedy si&#281; z kim&#347; kocha, naprawd&#281; uprawia si&#281; mi&#322;o&#347;&#263;. Rodz&#261; si&#281; nowe uczucia, kt&#243;re silnie na nas oddzia&#322;uj&#261;. M&#243;j oddech wprawia w oszo&#322;omienie. Adam po&#322;yka go jednym haustem.

Wsuwa rami&#281; pod moje biodro. Nasze d&#322;onie si&#281; spotykaj&#261;. Splatamy palce. Nie wiem, kt&#243;ra r&#281;ka nale&#380;y do mnie.

Jestem Tessa.

Jestem Adam.

Przekraczanie wszelkich granic jest niesko&#324;czenie pi&#281;knym prze&#380;yciem.

Nasze palce odbieraj&#261; wra&#380;enia. J&#281;zyki pozwalaj&#261; pozna&#263; smak drugiej osoby. Nieustannie patrzymy na siebie, obserwujemy swoje reakcje. To jest jak muzyka, jak taniec. Znajdujemy si&#281; oko w oko.

T&#281;sknimy do siebie coraz bardziej. Bolesne napi&#281;cie ro&#347;nie i nabrzmiewa. Pragn&#281; go. Chc&#281; by&#263; jeszcze bli&#380;ej. Nie mog&#281; jednak tego uczyni&#263;. Oplatam jego cia&#322;o nogami, g&#322;aszcz&#281; go po plecach, pr&#243;buj&#281; mocniej przyci&#261;gn&#261;&#263; do siebie.

Czuj&#281; si&#281; tak, jakby moje serce rozkwit&#322;o i po&#322;&#261;czy&#322;o si&#281; zdusz&#261;, eksploduje. Przypomina kamie&#324; wpadaj&#261;cy w wod&#281;, kt&#243;ry tworzy kr&#281;gi mi&#322;o&#347;ci na powierzchni rozchodz&#261;ce si&#281; coraz szerzej i szerzej w moim ciele.

Adam krzyczy z rado&#347;ci.

Przytulam go i trzymam w u&#347;cisku. Jestem zachwycona. Nami. Tym podarunkiem.

G&#322;aszcze mnie po g&#322;owie, po twarzy, ca&#322;uje moje &#322;zy.

Jestem &#380;ywa, nasz zwi&#261;zek zosta&#322; pob&#322;ogos&#322;awiony na ziemi, w&#322;a&#347;nie w tej chwili.



Rozdzia&#322; 29

Krew leci mi z nosa. Stoj&#281; w przedpokoju przed lustrem i patrz&#281;, jak sp&#322;ywa stru&#380;ka po moim policzku na palce. Czuj&#281; jej lepko&#347;&#263;. Kapie na pod&#322;og&#281; i wsi&#261;ka w dywan.

Prosz&#281;  szepcz&#281;.  Nie tera. Nie tej nocy.

Ale nie potrafi&#281; jej zatamowa&#263;.

S&#322;ysz&#281; z do&#322;u, jak mama m&#243;wi dobranoc Calowi. Zamyka drzwi do jego pokoju i idzie do &#322;azienki. Czekam, nas&#322;uchuj&#261;c, jak si&#281; za&#322;atwia, a potem spuszcza wod&#281;. Wyobra&#380;am sobie, &#380;e myje r&#281;ce i wyciera je r&#281;cznikiem. By&#263; mo&#380;e patrzy na siebie w lustrze, tak jak ja tu na dole. Zastanawiam si&#281;, czy wydaje si&#281; sobie r&#243;wnie odleg&#322;a, czy jest r&#243;wnie oszo&#322;omiona swoim odbiciem.

Opuszcza &#322;azienk&#281; i schodzi na parter. Zbli&#380;am si&#281; do niej.

O Bo&#380;e!

Mam krwawienie z nosa.

Ale&#380; to krwotok!  &#321;apie mnie za ramiona.  Szybko, chod&#378; tutaj!  Popycha mnie do salonu. Ci&#281;&#380;kie krople krwi spadaj&#261; na dywan. Pod moimi stopami rozkwitaj&#261; maki.

Usi&#261;d&#378;  komenderuje.  Po&#322;&#243;&#380; si&#281; na plecach i &#347;ci&#347;nij nos.

Adam przyjdzie za dziesi&#281;&#263; minut. Idziemy pota&#324;czy&#263;. Mama przygl&#261;da mi si&#281; przez chwil&#281;, a potem wybiega z pokoju. Przychodzi mi na my&#347;l, &#380;e pewnie musi zwymiotowa&#263;, ale ona wraca ze &#347;cierk&#261; i rzuca mi j&#261;.

Po&#322;&#243;&#380; si&#281; i przyci&#347;nij &#347;cierk&#281; do nosa.

M&#243;j spos&#243;b nie dzia&#322;a, wi&#281;c robi&#281;, co ka&#380;e. Krew sp&#322;ywa mi do gard&#322;a. Staram si&#281; j&#261; prze&#322;yka&#263;, ale p&#281;cznieje w ustach i nie pozwala z&#322;apa&#263; oddechu. Siadam i wypluwam na &#347;cierk&#281;. Ogromna grudka zakrzep&#322;ej krwi l&#347;ni z&#322;owrogo. Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci nic takiego nie powinno wydosta&#263; si&#281; z mojego nosa.

Daj mi to  m&#243;wi mama.

Podaj&#281; jej &#347;cierk&#281;, ona przygl&#261;da si&#281; temu, co uda&#322;o mi si&#281; wykrztusi&#263;, a nast&#281;pnie zawija. Jej r&#281;ce, podobne jak moje, s&#261; poplamione krwi&#261;.

Co robi&#263;, mamo? On tu zaraz b&#281;dzie.

Za chwil&#281; ci przejdzie.

Sp&#243;jrz na moje ubranie!

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261; z rozpacz&#261;.

Lepiej si&#281; po&#322;&#243;&#380;.

To nie jest dobry pomys&#322;, ale nic przecie&#380; nie dzia&#322;a. Wszystko zaprzepaszczone. Mama przysiada na kraw&#281;dzi kanapy. Le&#380;&#281; p&#322;asko na plecach i obserwuj&#281; cienie, kt&#243;re pojawiaj&#261; si&#281; i rozpraszaj&#261;. Wyobra&#380;am sobie, &#380;e jestem na ton&#261;cym statku. Jaki&#347; cie&#324; rozpo&#347;ciera nade mn&#261; swoje skrzyd&#322;a.

Czujesz si&#281; troch&#281; lepiej?  pyta mama.

O wiele.

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby mi uwierzy&#322;a, bo wychodzi do kuchni i po chwili wraca z lodem na tacy. Kuca przy kanapie i przek&#322;ada go na kolana. Zamro&#380;one kostki spadaj&#261; z jej spodni na dywan. Podnosi jedn&#261; nich, czy&#347;ci z w&#322;os&#243;w i podaje mi.

Po&#322;&#243;&#380; j&#261; na nosie.

Lepszy by&#322;by mro&#380;ony groszek.

Zastanawia si&#281; na tym chwil&#281;, a potem znowu wybiega z pokoju i zaraz wraca z paczk&#261; mro&#380;onej kukurydzy.

Mo&#380;e by&#263;? Nie by&#322;o groszku.

&#346;mieje si&#281;, wi&#281;c chyba jest poprawa.

O co chodzi?  pyta.  Co ci&#281; tak rozbawi&#322;o?

Ma rozmazany tusz do rz&#281;s pod oczami i w&#322;osy w nie&#322;adzie. Chwytam j&#261; za rami&#281; i pomaga mi usi&#261;&#347;&#263;. Czuj&#281; si&#281; jak staruszka. Opuszczam nogi na pod&#322;og&#281; i &#347;ciskam dwoma palcami nos tak, jak uczyli mnie w szpitalu. Pulsuje mi w skroniach.

Nie przestaje, prawda? Dzwoni&#281; po tat&#281;.

Uzna, ze sobie nie radzisz.

Trudno.

Pospiesznie wystukuje numer taty. Myli si&#281; i musi uczyni&#263; to jeszcze raz.

Pr&#281;dzej, pr&#281;dzej  mruczy pod nosem.

W pokoju robi si&#281; jasno. Ozdoby na komiku l&#347;ni&#261; jak ko&#347;ci.

Nie odbiera. Dlaczego nie odbiera? Czy na kr&#281;gielni panuje a&#380; taki ha&#322;as?

To jego pierwszy wolny wiecz&#243;r od tygodni, mamo. Daj mu spok&#243;j. Poradzimy sobie.

Jej twarz kurczy si&#281; ze strachu. Nigdy nie uczestniczy&#322;a w transfuzji krwi ani punkcji l&#281;d&#378;wiowej. Nie pozwolono jej by&#263; przy mnie podczas przeszczepu szpiku kostnego, ale mog&#322;a towarzyszy&#263; mi w wielu innych zabiegach. Nigdy tego nie robi&#322;a. Obiecywa&#322;a, &#380;e b&#281;dzie odwiedza&#263; mnie cz&#281;&#347;ciej, ale zawsze ko&#324;czy&#322;o si&#281; na wsp&#243;lnym sp&#281;dzaniu &#347;wi&#261;t. Nadszed&#322; czas, by stan&#281;&#322;a oko w oko z rzeczywisto&#347;ci&#261;.

Musisz mnie zawie&#347;&#263; do szpitala, mamo.

Jest przera&#380;ona.

Tata ma samoch&#243;d.

Wezwij taks&#243;wk&#281;.

A Cal?

Przecie&#380; &#347;pi.

Kiwa g&#322;ow&#261; nieprzytomnie. Sprawy organizacyjne ja przerastaj&#261;.

Napisz mu wiadomo&#347;&#263;.

Nie mo&#380;emy zostawi&#263; go samego!

Ma jedena&#347;cie lat. Jest prawie doros&#322;y.

Waha si&#281; przez chwil&#281;, a potem przerzuca kartki w notesie, &#380;eby znale&#378;&#263; numer firmy taks&#243;wkarskiej. Przygl&#261;dam si&#281; jej, ale mam k&#322;opoty z koncentracj&#261;. Ogarnia mnie l&#281;k, czuj&#281; si&#281; zdezorientowana. Zamykam oczy i przypominam sobie matk&#281; z filmu, kt&#243;ry kiedy&#347; obejrza&#322;am. Mieszkam w g&#243;rach ze strzelb&#261; i gromadk&#261; dzieci. By&#322;a pewna siebie i zdyscyplinowana. Nak&#322;adam posta&#263; tej kobiety na moj&#261; mam&#281; jak plaster.

Kiedy znowu otwieram oczy, widz&#281;, jak trzyma w d&#322;oni r&#281;czniki i si&#281;ga po m&#243;j p&#322;aszcz.

Chyba nie powinna&#347; zasypia&#263;  m&#243;wi.  Pomog&#281; ci wsta&#263;. Kto&#347; dzwoni do drzwi.

Kr&#281;ci mi si&#281; w g&#322;owie, jestem rozpalona. Odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e to sen. Mama podtrzymuje mnie i prowadzi do przedpokoju. S&#322;ysz&#281; szepty zza &#347;ciany.

To nie taks&#243;wkarz, w drzwiach stoi Adam, gotowy uda&#263; si&#281; na randk&#281;. Pr&#243;buj&#281; zej&#347;&#263; mu z oczu, potykam si&#281; i cofam w g&#322;&#261;b korytarza, ale dostrzega mnie.

Tessa! O Bo&#380;e! Co si&#281; sta&#322;o?

Ma krwotok z nosa  wyja&#347;nia mama.  S&#261;dzi&#322;y&#347;my, &#380;e to taks&#243;wkarz.

Jedziecie do szpitala? Zawioz&#281; was samochodem mojego taty.

Wchodzi i pr&#243;buje mnie obj&#261;&#263;, jakby naprawd&#281; zamierza&#322; wsadzi&#263; nas do swojego auta, jakby naprawd&#281; nie mia&#322;o dla niego &#380;adnego znaczenia to, &#380;e zachlapi&#281; krwi&#261; siedzenia. Wygl&#261;dam jak ofiara wypadku drogowego. Czy on nie rozumie, &#380;e nie powinien ogl&#261;da&#263; mnie w takim stanie?

Odpycham go.

Wracaj do domu, Adamie.

Zawioz&#281; ci&#281; do szpitala  powtarza. Pewnie my&#347;li, ze nie us&#322;ysza&#322;am, co m&#243;wi&#322;, albo &#380;e krwotok zm&#261;ci&#322; mi umys&#322;.

Mama bierze go pod r&#281;k&#281; i delikatnie wyprowadza za drzwi.

Poradzimy sobie  o&#347;wiadcza.  Wszystko b&#281;dzie dobrze. Zobacz, taks&#243;wka przyjecha&#322;a.

Chc&#281; by&#263; przy niej.

Wiem  szepcze mama.  Przykro mi.

Adam dotyka mojej r&#281;ki, kiedy mijam go na &#347;cie&#380;ce  Tesso  m&#243;wi.

Nie odpowiadam. Nie patrz&#281; na niego, bo jego g&#322;os jest tak natarczywy, &#380;e mog&#322;abym zmieni&#263; zdanie. Co za ironia losu. Odnale&#378;&#263; mi&#322;o&#347;&#263; i by&#263; zmuszon&#261; z niej zrezygnowa&#263;. Ale nie mam wyboru. Musz&#281; to przetrwa&#263;, zanim zacznie bole&#263; jeszcze bardziej.

Mama rozk&#322;ada r&#281;czniki na tylnym siedzeniu taks&#243;wki, upewnia si&#281;, &#380;e mam zapi&#281;ty pas, i zach&#281;ca kierowc&#281; do wzi&#281;cia ostrego zakr&#281;tu tu&#380; za nasz&#261; bram&#261;.

Dobrze  ilustruje go.  mo&#380;e pana jecha&#263; szybciej.  Przemawia do niego, jakby gra&#322;a w filmie.

Adam patrzy za nami, stoj&#261;c przy ogrodzeniu. Macha do nas. Robi si&#281; coraz mniejszy i mniejszy, w miar&#281; jak si&#281; oddalamy.

Mi&#322;y ch&#322;opak  rzuca mama.

Zamykam oczy. Mam wra&#380;enie, &#380;e spadam.

Mama szturcha mnie &#322;okciem.

Nie zasypiaj.

&#346;wiat&#322;o ksi&#281;&#380;yca odbija si&#281; w szybie taks&#243;wki. Z przodu rozpo&#347;ciera si&#281; mg&#322;a.

Mieli&#347;my i&#347;&#263; pota&#324;czy&#263;. Chcia&#322;am znowu spr&#243;bowa&#263; alkoholu. Wej&#347;&#263; na st&#243;&#322; i &#347;piewa&#263; razem z innymi. Wspi&#261;&#263; si&#281; na p&#322;ot w parku, wykra&#347;&#263; &#322;&#243;d&#378; i p&#322;ywa&#263; ni&#261; po jeziorze. Pragn&#281; w&#347;lizn&#261;&#263; si&#281; do pokoju Adama i kocha&#263; si&#281; z nim.

Adam  m&#243;wi&#281; pod nosem. Ale jego imi&#281; zalewa krew, tak jak wszystko wok&#243;&#322;.

W szpitalu podsuwaj&#261; mi w&#243;zek i pomagaj&#261; usi&#261;&#347;&#263;. Nale&#380;&#281; di nag&#322;ych przypadk&#243;w  t&#322;umacz&#261; i wywo&#380;&#261; mnie w po&#347;piechu z poczekalni. Zostawiamy w tyle ofiar b&#243;jek w pubach, przedawkowania narkotyk&#243;w i wypadk&#243;w domowych. P&#281;dzimy korytarzem do wa&#380;niejszego miejsca.

Nieoczekiwanie szpital dodaje mi otuchy. Jest moim drugim &#347;wiatem, kt&#243;ry rz&#261;dzi si&#281; swoimi prawami. Dla ka&#380;dego znajdzie si&#281; tutaj miejsce. W poczekalni pogotowia sadowi&#261; si&#281; m&#322;odzi m&#281;&#380;czy&#378;ni, w&#322;a&#347;ciciele szybkich samochod&#243;w z kiepskimi hamulcami oraz motocykli&#347;ci za sk&#322;onno&#347;ciami do przyspieszania na zakr&#281;tach.

Na bloku operacyjnym czekaj&#261; ci, kt&#243;rzy wpadli w r&#281;ce psychopaty albo zostali postrzeleni. S&#261; tu r&#243;wnie&#380; ofiary dziwnych wypadk&#243;w  dziecko z g&#322;ow&#261; poranion&#261; na skutek zapl&#261;tania w&#322;os&#243;w w ruchome schody, kobieta w staniku na metalowych fiszbinach, kt&#243;ry w&#322;o&#380;y&#322;a podczas burzy z piorunami.

Na &#322;&#243;&#380;kach stoj&#261;cych w g&#322;&#281;bi budynku le&#380;&#261; pacjenci cierpi&#261;cy na uporczywe b&#243;le g&#322;owy, schorzenia nerek, wysypki, znamiona o poszarpanych kraw&#281;dziach, guzy w piersi lub uporczywy kaszel nie wr&#243;&#380;&#261;cy nic dobrego. Oddzia&#322; imienia Marii Curie, znajduj&#261;cy si&#281; na czwartym pi&#281;trze, przeznaczono dla dzieci z chorobami nowotworowymi. Rak potajemnie toczy ich cia&#322;a.

Jest tu jeszcze kostnica, w szufladach wielkiej lod&#243;wki le&#380;&#261; zmarli. Do st&#243;p maja przyczepione karteczki z nazwiskami.

Wje&#380;d&#380;amy do jasnego, sterylnego pomieszczenia. &#321;&#243;&#380;ko, umywalka, piel&#281;gniarka i lekarz.

Powinna si&#281; czego&#347; napi&#263;  sugeruje mama.  Straci&#322;a mn&#243;stwo krwi. Dacie jej co&#347; do picia?

Doktor zbywa j&#261; machni&#281;ciem r&#281;ki.

Musimy zaczopowa&#263; nos.

Zaczopowa&#263;?

Piel&#281;gniarka prowadzi mam&#281; na krzes&#322;o i siada obok niej.

Doktor w&#322;o&#380;y k&#322;&#281;bek gazy do nosa pani c&#243;rki, &#380;eby zatamowa&#263; krwotok  t&#322;umaczy.  Mo&#380;e pani zosta&#263;.

Dygocz&#281;. Piel&#281;gniarka wstaje i okrywa mnie kocem a&#380; po brod&#281;. Znowu wstrz&#261;sa mn&#261; dreszcz.

To znak, &#380;e komu&#347; si&#281; &#347;nisz  stwierdza mama. Ja jednak zawsze wyobra&#380;a&#322;am sobie, &#380;e w innym &#380;yciu kto&#347; stan&#261;&#322; przy moim grobie.

Doktor &#347;ciska mi noc palcami, zagl&#261;da w usta, bada gard&#322;o i kark.

Prosz&#281; pani  odzywa si&#281;.

Mama jest przestraszona, prostuje si&#281; na krze&#347;le.

Pan m&#243;wi do mnie?

Pojawi&#322;y si&#281; dzisiaj jakie&#347; objawy ma&#322;op&#322;ytkowo&#347;ci?

Nie rozumiem?

Czy c&#243;rka skar&#380;y&#322;a si&#281; na b&#243;l g&#322;owy? Zauwa&#380;y&#322;a pani r&#243;&#380;owe pr&#281;gi na sk&#243;rze?

Nie sprawdza&#322;am.

Doktor wzdycha, u&#347;wiadamia sobie, &#380;e przemawia w obcym dla niej j&#281;zyku, a mimo to nie daje za wygran&#261;.

Kiedy przeprowadzono ostatni&#261; transfuzj&#281; krwi?

Mama wydaje si&#281; bardziej zak&#322;opotana.

Nie jestem pewna.

Za&#380;ywa&#322;a ostatnio aspiryn&#281;?

Przykro mi. Nie wiem.

Postanawiam jej pom&#243;c. Nie ma do&#347;&#263; si&#322;y, mo&#380;e nagle wsta&#263; i wyj&#347;&#263;, je&#347;li sytuacja oka&#380;e si&#281; dla niej zbyt trudna.

Ostatni&#261; transfuzj&#281; przeprowadzono dwudziestego pierwszego grudnia  m&#243;wi&#281; chrapliwym g&#322;osem, bo krew bulgocze mi w gardle.

Doktor marszczy brwi.

Nic nie m&#243;w. Niech pani podejdzie i we&#378;mie c&#243;rk&#281; za r&#281;k&#281;.

Mama podchodzi pos&#322;usznie i siada na kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka.

Jedno &#347;ci&#347;ni&#281;cie za r&#281;k&#281; oznacza tak  ci&#261;gnie lekarz.  Dwa &#347;ci&#347;ni&#281;cia to nie. Rozumiesz?

Tak Cicho. &#346;ciskaj, nic nie m&#243;w.

Przerabiamy wszystkie rutynowe pytania  pr&#281;gi na sk&#243;rze, b&#243;le g&#322;owy, aspiryna, ale tym razem mama zna odpowied&#378;.

W postaci tabletek czy rozpuszczaln&#261;?

Dwa &#347;ci&#347;ni&#281;cia.

Nie  t&#322;umaczy mama.  Nie bra&#322;a aspiryny.

?&#346;rodki przeciwzapalne?

Nie.  Mama patrzy mi w oczy. Nareszcie zaczyna m&#243;wi&#263; moim j&#281;zykiem.

&#346;wietnie  oznajmia lekarz.  Teraz w&#322;o&#380;&#281; gaz&#281; z przodu nosa. Je&#347;li to nie pomo&#380;e, b&#281;d&#281; musia&#322; wepchn&#261;&#263; g&#322;&#281;biej. W ostateczno&#347;ci trzeba b&#281;dzie przeprowadzi&#263; kauteryzacj&#281;. Mia&#322;a&#347; ju&#380; taki zabieg?

&#346;ciskam mam&#281; za r&#281;k&#281; tak mocno, &#380;e si&#281; krzywi.

Tak, mia&#322;a.

Bola&#322;o jak diabli. Potem jeszcze przez wiele dni pali&#322;o mnie w ca&#322;ym ciele.

Musimy sprawdzi&#263; poziom p&#322;ytek  ci&#261;gnie lekarz.  By&#322;bym zdziwiony, gdyby by&#322; wy&#380;szy ni&#380; dwadzie&#347;cia.  Dotyka mojego kolana przez koc.  Przykro mi. Masz parszyw&#261; noc.

Dwadzie&#347;cia?  powtarza mama jak echo.

Pewnie b&#281;dziemy musieli jej poda&#263; kilka jednostek  t&#322;umaczy doktor.  Prosz&#281; si&#281; nie martwi&#263;. To potrwa zaledwie godzin&#281;.

Kiedy wpycha mi gaz&#281; do nosa, usi&#322;uj&#281; si&#281; skupi&#263; na prostych rzeczach  krzes&#322;o, srebrne bli&#378;niacze brzozy w ogrodzie Adama, ich li&#347;cie dr&#380;&#261;ce w promieniach s&#322;o&#324;ca.

Ale nie mog&#281; si&#281; skoncentrowa&#263;.

Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym zjad&#322;a &#347;cierk&#281;; mam sucho w gardle i oddycham z trudem. Patrz&#281; na mam&#281;, wyra&#378;nie j&#261; mdli i odwraca g&#322;ow&#281;. Jak to mo&#380;liwe, &#380;e czuj&#281; si&#281; od niej starsza? Zamykam oczy, &#380;eby nie widzie&#263;, w jakim jest stanie.

Nieprzyjemnie?  pyta lekarz.  Czy mama mog&#322;aby odwr&#243;ci&#263; uwag&#281; c&#243;rki?

Wola&#322;abym, &#380;eby tego nie m&#243;wi&#322;. Co niby mia&#322;aby zrobi&#263;? Zata&#324;czy&#263; dla nas? Za&#347;piewa&#263;? Mo&#380;e zdecyduje si&#281; na sw&#243;j popisowy numer i po prostu wyjdzie.

Zapada d&#322;ugie milczenie. I nagle s&#322;ysz&#281;:

Pami&#281;tasz, jak pierwszy raz jedli&#347;my ostrygi, a tata tak si&#281; stru&#322;, &#380;e wymiotowa&#322; do kosza na ko&#324;cu molo?

Otwieram oczy. Cienie g&#281;stniej&#261;ce w pokoju uciekaj&#261; przed jasno&#347;ci&#261; jej s&#322;&#243;w. Nawet piel&#281;gniarka si&#281; u&#347;miecha.

Mia&#322;y smak morza  wspomina mama.  Pami&#281;tasz?

Pewnie. Kupili&#347;my cztery, po jednej dla ka&#380;dego. Mama odchyli&#322;a g&#322;&#243;wk&#281; i po&#322;kn&#281;&#322;a j&#261; w ca&#322;o&#347;ci. Ja zrobi&#322;am tak samo. Tylko tata d&#322;ugo prze&#380;uwa&#322; swoj&#261; ostryg&#281; i jej kawa&#322;ki powychodzi&#322;y mu mi&#281;dzy z&#281;by. Ruszy&#322; biegiem na koniec mola, trzymaj&#261;c si&#281; za &#380;o&#322;&#261;dek. Kiedy wr&#243;ci&#322;, wypi&#322; ca&#322;&#261; puszk&#281; lemoniady bez przerwy na zaczerpni&#281;cie oddechu. Calowi te&#380; nie smakowa&#322;y.

Mo&#380;e ostrygi s&#261; tylko dla kobiet  stwierdzi&#322;a mama i kupi&#322;a nam obu po jeszcze jednej.

Teraz opowiada o nadmorskim miasteczku i hotelu, z kt&#243;rego by&#322;o tak blisko spacerem na pla&#380;&#281;. Wspomina gor&#261;ce promienie s&#322;o&#324;ca na pisaku.

Podoba&#322;o ci si&#281; tam  m&#243;wi.  Ca&#322;ymi godzinami zbiera&#322;a&#347; muszle i kamyki. Pewnego razu przywi&#261;za&#322;a&#347; sznureczek do kawa&#322;ka drewna i przez ca&#322;y dzie&#324; ci&#261;gn&#281;&#322;a&#347; go za sob&#261;, udaj&#261;c, &#380;e to pies.

Piel&#281;gniarka &#347;mieje si&#281; i mama te&#380; si&#281; u&#347;miecha.

By&#322;a&#347; dziewczynk&#261; obdarzon&#261; wielk&#261; wyobra&#378;ni&#261;. I bardzo grzeczn&#261;.

Gdybym mog&#322;a, spyta&#322;abym j&#261;, dlaczego mnie opu&#347;ci&#322;a. Mo&#380;e wreszcie opowiedzia&#322;aby mi o m&#281;&#380;czy&#378;nie, dla kt&#243;rego odesz&#322;a od taty, i ich mi&#322;o&#347;ci tak wielkiej, &#380;e zdo&#322;a&#322;abym wszystko zrozumie&#263;.

Ale nie jestem wstanie wydoby&#263; z siebie ani s&#322;owa. Mam skurczone, rozpalone gard&#322;o. S&#322;ucham wi&#281;c, jak mama m&#243;wi o tamtym s&#322;o&#324;cu, minionych dniach i utraconym pi&#281;knie. Dobrze jej idzie. Wykazuje inwencj&#281;. Nawet lekarz wydaje si&#281; rozbawiony. W jej opowie&#347;ci niebo jest zawsze b&#322;&#281;kitne i codziennie ogl&#261;damy delfiny pluskaj&#261;ce si&#281; w morzu.

Podamy ci tlen  doktor mruga do mnie, jakby proponowa&#322; mi dzia&#322;k&#281;.  Nie b&#281;dziemy robi&#263; kauteryzacji. Ju&#380; po wszystkim.  Rozmawia przez chwil&#281; z piel&#281;gniark&#261; i odwraca si&#281; w drzwiach, &#380;eby pomacha&#263; nam na po&#380;egnanie.  Jeste&#347; dzisiaj moj&#261; najlepsz&#261; pacjentk&#261;  oznajmia i k&#322;ania si&#281; lekko mamie.  Pani te&#380; nie&#378;le si&#281; spisa&#322;a.

Co to by&#322;a za noc!  rzuca mama, kiedy wsiadamy do taks&#243;wki.

Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e by&#322;a&#347; ze mn&#261;.

Moje s&#322;owa s&#261; dla niej zaskoczeniem, wydaje si&#281; nawet zadowolona.

Nie jestem pewna, czy si&#281; na co&#347; przyda&#322;am.

Poranne promienie s&#322;o&#324;ca o&#347;wietlaj&#261; drog&#281;. W taks&#243;wce panuje zimno, powietrze jest rozrzedzone jak w ko&#347;ciele.

Prosz&#281;  m&#243;wi mama, rozpinaj&#261;c p&#322;aszcz i okrywaj&#261;c nim moje plecy.  gazu  poleca kierowcy i obie chichoczemy.

Wracamy t&#261; sam&#261; drog&#261;. Usta jej si&#281; nie zamykaj&#261;, snuje plany na wiosn&#281; i Wielkanoc. Chcia&#322;aby wi&#281;cej czasu sp&#281;dzi&#263; w naszym domu, zaprosi&#263; na obiad dawnych przyjaci&#243;&#322; swoich i taty. Mo&#380;e urz&#261;dzi dla mnie przyj&#281;cie urodzinowe w maju.

Czy tym razem m&#243;wi powa&#380;nie?

Wiesz  zwierza mi si&#281;  co wiecz&#243;r po zako&#324;czeniu handlu na bazarze id&#281; tam, by zebra&#263; z ziemi warzywa i owoce. Czasami ludzie wystawiaj&#261; ca&#322;e skrzynki mango. W zesz&#322;ym tygodniu znalaz&#322;am pi&#281;&#263; okoni w plastikowej torbie. Gdybym zacz&#281;&#322;a to wszystko gromadzi&#263; w lod&#243;wce taty, mogliby&#347;my urz&#261;dzi&#263; przyj&#281;cie i nie kosztowa&#322;by to nas nawet pensa.

Opowiada ze szczeg&#243;&#322;ami o r&#243;&#380;nych zabawach i koktajlach. O zespo&#322;ach i komiksach. Planuje wynaj&#281;cie miejscowej &#347;wietlicy i ozdobienie jej girlandami i balonikami. Przysuwam si&#281; do mamy i k&#322;ad&#281; g&#322;ow&#281; na jej ramieniu. Ostatecznie jestem jej c&#243;rk&#261;. Staram si&#281; nie porusza&#263;, &#380;eby nic si&#281; nie zmieni&#322;o. Cudownie jest tak przytula&#263; si&#281; do niej, s&#322;ucha&#263; jej s&#322;&#243;w i grza&#263; si&#281; pod jej p&#322;aszczem.

Popatrz  rzuca nagle.  To dziwne.

Z trudem otwieram oczy.

Co takiego  Tam na mo&#347;cie. Nie by&#322;o tego przedtem.

Stajemy na &#347;wiat&#322;ach przed stacja kolejow&#261;. Na ulicach panuje ruch, mimo &#380;e jest jeszcze do&#347;&#263; wcze&#347;nie; taks&#243;wki przepychaj&#261; si&#281; przez t&#322;ok, pr&#243;buj&#261;c wyprzedza&#263; inne samochody. Na mo&#347;cie, wysoko nad jezdni&#261;, noc&#261; zakwit&#322;y litery. Ludzie im si&#281; przygl&#261;daj&#261;. Odczytuj&#281; chwiejne T, kanciaste E, cztery zawijasy tworz&#261;ce podw&#243;jne S i na ko&#324;cu g&#243;ruj&#261;ce nad pozosta&#322;ymi A.

To zbieg okoliczno&#347;ci  m&#243;wi mama.

Nieprawda.

Mam w kieszeni kom&#243;rk&#281;. Przebieram palcami.

Musia&#322; to zrobi&#263; tej nocy. By&#322;o ciemno. Wspi&#261;&#322; si&#281; na mur, przeszed&#322; po nim i przechyli&#322; si&#281; w d&#243;&#322;.

Boli mnie serce. Wyjmuj&#281; telefon i pisz&#281;: &#379;YJESZ?

&#346;wiat&#322;a zmieniaj&#261; kolor  z bursztynowego na zielony. Taks&#243;wka wyje&#380;d&#380;a pod most i sunie po Hugh Street.

Jest wp&#243;&#322; do si&#243;dmej. Mo&#380;e &#347;pi? A je&#347;li straci&#322; r&#243;wnowag&#281; i spad&#322; prosto na jezdni&#281;?

Bo&#380;e!  wykrzykuje mama.  Twoje imi&#281; jest wsz&#281;dzie!

Sklepy na High Street jeszcze maj&#261; zamkni&#281;te oczy, &#347;pi&#261;, ich okna s&#261; zas&#322;oni&#281;te metalowymi &#380;aluzjami. A moje imi&#281; znajduje si&#281; na nich wszystkich. Przed kioskiem Ajaya. Na drogich okiennicach sprzedawcy zdrowej &#380;ywno&#347;ci. Wyj&#261;tkowo wielkie napisy zdobi&#261; sk&#322;ad meblowy Handie, bar King's Chicken i kawiarni&#281; Barbecue. Widniej&#261; na chodniku, si&#281;gaj&#261;c od banku a&#380; do sklepu Mothercare. Tworz&#261; l&#347;ni&#261;ce ko&#322;o na rondzie.

To cud!  szepcze mama.

To Adam.

Nasz s&#261;siad?  Jest zachwycona, jakby by&#322;a &#347;wiadkiem jakiej&#347; magicznej sztuczki.

Rozlega si&#281; sygna&#322; potwierdzaj&#261;cy otrzymanie SMS-a. &#379;YJ&#280;, A TY?

Wybucham g&#322;o&#347;nym &#347;miechem. Po powrocie zastukam do jego drzwi i powiem, &#380;e jest mi przykro. On za&#347; u&#347;miechnie si&#281; do mnie tak samo jak wczoraj, kiedy wynosi&#322; &#347;mieci z ogrodu i zobaczy&#322;, &#380;e mu si&#281; przygl&#261;dam.

Nie potrafisz si&#281; trzyma&#263; z daleka, co?  Roze&#347;mia&#322;am si&#281; wtedy, bo mia&#322; racj&#281;. M&#243;wi&#261;c to na g&#322;os, sprawi&#322;, &#380;e mniej bola&#322;o.

Adam zrobi&#322; to dla ciebie?  Mama dr&#380;y z przej&#281;cia. Zawsze uwielbia&#322;a romantyczne historie.

JA TE&#379; &#379;YJ&#280;. WRACAM DO DOMU, odpisuj&#281;.

Zoey spyta&#322;a mnie kiedy&#347;, jaka by&#322;a najlepsza chwila w moim &#380;yciu do tej pory. Opowiedzia&#322;am jej o tym, jak &#263;wiczy&#322;am stanie na r&#281;kach z moja przyjaci&#243;&#322;k&#261; Lorraine. Mia&#322;am osiem lat, nast&#281;pnego dnia w szkole urz&#261;dzano kiermasz i mama obieca&#322;a mi kupi&#263; szkatu&#322;k&#281; na bi&#380;uteri&#281;. Le&#380;a&#322;am na trawie, trzymaj&#261;c Lorraine za r&#281;k&#281;, oszo&#322;omiona uczuciem szcz&#281;&#347;cia i absolutnie przekonana o tym, &#380;e &#347;wiat jest pi&#281;kny.

Zoey uzna&#322;a, &#380;e jestem stukni&#281;ta. Ale wtedy po raz pierwszy poczu&#322;am si&#281; szcz&#281;&#347;liwa. Po raz pierwszy by&#322;am &#347;wiadoma tego uczucia.

A potem ca&#322;owa&#322;am si&#281; z Adamem. Jeszcze p&#243;&#378;niej kocha&#322;am si&#281; z nim. Teraz zrobi&#322; dla mnie cos takiego. Uczyni&#322; mnie s&#322;awn&#261;. Objawi&#322; moje imi&#281; ca&#322;emu &#347;wiatu, podczas gdy ja sp&#281;dzi&#322;am noc w szpitalu z nosem wypchanym gaz&#261;. Trzymam w r&#281;ku torebk&#281; pe&#322;n&#261; antybiotyk&#243;w i &#347;rodk&#243;w przeciwb&#243;lowych, rami&#281; boli mnie po podaniu dw&#243;ch jednostek krwi. A mimo to czuj&#281; si&#281; niezwykle szcz&#281;&#347;liwa.



Rozdzia&#322; 30

Chc&#281;, &#380;eby Adam si&#281; do mnie wprowadzi&#322;.

Tata odwraca g&#322;ow&#281; znad zlewu, jego r&#281;ce ociekaj&#261; zup&#261;. Jest wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty.

Nie b&#261;d&#378; &#347;mieszna!

M&#243;wi&#281; powa&#380;nie.

I gdzie b&#281;dzie spa&#322;?

W moim pokoju.

Nie zgadzam si&#281; Tess!  Odwraca si&#281; z powrotem do zlewu i postukuje miskami oraz talerzami.  To te&#380; jest na twojej li&#347;cie? Zamieszka&#263; z ch&#322;opakiem?

Ma na imi&#281; Adam.

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;.

Wykluczone.

W takim razie ja przeprowadz&#281; si&#281; do niego.

I my&#347;lisz, &#380;e jego mama wyrazi zgod&#281;?

To pojedziemy do Szkocji i zamieszkamy w sza&#322;asie. Tak b&#281;dzie lepiej?

Usta ma wykrzywione z&#322;o&#347;ci&#261;, gdy odwraca g&#322;ow&#281; i patrzy na mnie.

Odpowied&#378; brzmi: Nie.

Nie znosz&#281;, kiedy demonstruje swoja w&#322;adz&#281;, jakby wszystko ju&#380; by&#322;o postanowione, bo on tak m&#243;wi.

Wybiegam po schodach do swojego pokoju i trzaskam drzwiami. My&#347;li, &#380;e chodzi o seks. Czy nie widzi, &#380;e to co&#347; powa&#380;niejszego? Nie rozumie, jak trudno by&#322;o mi go by&#322;o o to poprosi&#263;?

Trzy tygodnie temu, pod koniec stycznia, Adam zabra&#322; mnie na przeja&#380;d&#380;k&#281; motorem. Pojechali&#347;my szybciej i dalej ni&#380; do tej pory  a&#380; za granic&#281; hrabstwa Kent, gdzie p&#322;aski, bagnisty teren opada w d&#243;&#322; na pla&#380;&#281;. W morzu sta&#322;y wiatraki, kt&#243;rych skrzyd&#322;a przypomina&#322;y upiorne ostrza.

Adam rzuca&#322; kamyki do wody, a ja siedzia&#322;am na kamieniu i opowiada&#322;am, &#380;e moja lista rozrasta si&#281; ponad miar&#281;.

Jest tak wiele rzeczy, kt&#243;re chcia&#322;bym jeszcze zrobi&#263;. Dziesi&#281;&#263; punkt&#243;w to stanowczo za ma&#322;o.

Opowiadaj.

Z pocz&#261;tku sz&#322;o mi g&#322;adko. M&#243;wi&#322;am bez przerwy. O wio&#347;nie. &#379;onkilach i tulipanach. P&#322;ywaniu pod spokojnym wieczornym niebem. O d&#322;ugiej podr&#243;&#380;y poci&#261;giem, pawiach i latawcach. O kolejnym lecie. Ale nie mog&#322;am powiedzie&#263; mu o tym, czego pragn&#281; najbardziej.

Tego wieczoru poszed&#322; do domu. Wraca tam codziennie, &#380;eby jego matka czu&#322;a si&#281; bezpiecznie. Zasypia zaledwie kilka metr&#243;w ode mnie, za &#347;cian&#261;, po drugiej stronie szafy.

Nast&#281;pnego dnia przyni&#243;s&#322; bilety do zoo. Pojechali&#347;my poci&#261;giem. Widzieli&#347;my wilki i antylopy. Paw rozpostar&#322; przede mn&#261; sw&#243;j szmaragdowoniebieski ogon. Zjedli&#347;my lunch w kawiarni. Adam zam&#243;wi&#322; dla mnie talerz z owocami, ciemne winogrona i soczyste kawa&#322;ki mango.

Kilka dni p&#243;&#378;niej zabra&#322; mnie na podgrzewany basen znajduj&#261;cy si&#281; na &#347;wie&#380;ym powietrzu. Potem siedzieli&#347;my na jego kraw&#281;dzi opatuleni r&#281;cznikami i machali&#347;my nogami w wodzie. Pili&#347;my gor&#261;c&#261; czekolad&#281; i &#347;miali&#347;my si&#281; z dzieci krzycz&#261;cych na zimnie.

Kt&#243;rego&#347; ranka wni&#243;s&#322; do mojego pokoju doniczk&#281; z krokusami.

Wiosna  powiedzia&#322;.

Zabra&#322; mnie motorem na nasze wzg&#243;rze. Kupi&#322; latawiec w kiosku i puszczali&#347;my go razem.

Dzie&#324; po dniu wzrasta&#322;o we mnie poczucie, &#380;e kto&#347; podzieli&#322; moje &#380;ycie na fragmenty i wypolerowa&#322; ka&#380;dy z nich, a potem pieczo&#322;owicie od&#322;o&#380;y&#322; je na miejsce.

Jednak nigdy nie sp&#281;dzili&#347;my razem ze sob&#261; ca&#322;ej nocy.

W walentynki okaza&#322;o si&#281;, &#380;e mam anemi&#281; ju&#380; dwana&#347;cie dni po transfuzji krwi.

Co to znaczy?  spyta&#322;am lekarza.

Zbli&#380;a si&#281; koniec  odpar&#322;.

Coraz trudniej mi oddycha&#263;. Cienie pod oczami si&#281; pog&#322;&#281;bi&#322;y. Moje usta wygl&#261;daj&#261; jak plastik rozci&#261;gni&#281;ty nad jak&#261;&#347; bram&#261;.

Ostatniej nocy obudzi&#322;am si&#281; o drugiej. Czu&#322;am darcie w nogach, g&#322;&#281;boki pulsuj&#261;cy b&#243;l przypominaj&#261;cy rwanie z&#281;ba. Za&#380;y&#322;am paracetamol przed p&#243;j&#347;ciem do &#322;&#243;&#380;ka, ale potrzebowa&#322;am kodeiny. W drodze do &#322;azienki min&#281;&#322;am pok&#243;j taty. Drzwi by&#322;y otwarte. Zobaczy&#322;am mam&#281;  le&#380;&#261;c&#261; z w&#322;osami rozrzuconymi na poduszce w obj&#281;ciach taty. To ju&#380; trzecia noc w ci&#261;gu ostatnich dw&#243;ch tygodni, kt&#243;r&#261; u nas sp&#281;dza.

Sta&#322;am w przedpokoju i patrzy&#322;am, jak &#347;pi&#261;. Poczu&#322;am wtedy, &#380;e nie mog&#281; ju&#380; zostawa&#263; sama w ciemno&#347;ciach.

Mama wchodzi na g&#243;r&#281; i siada na moim &#322;&#243;&#380;ku. Stoj&#281; w oknie i obserwuj&#281;, jak zapada zmrok. Niebo wygl&#261;da tak, jakby co&#347; zapowiada&#322;o, chmury wisz&#261; nisko.

Podobno chcesz, &#380;eby Adam si&#281; tu wprowadzi&#322;  m&#243;wi.

Pisz&#281; swoje imi&#281; na zaparowanej szybie. &#346;lady moich palc&#243;w, rozmazane na szkle, sprawiaj&#261;, &#380;e czuj&#281; si&#281; m&#322;oda.

Tata m&#243;g&#322;by zgodzi&#263; si&#281; na jedna noc, Tess, ale nie pozwoli Adamowi tu zamieszka&#263;.

Obieca&#322;, &#380;e pomo&#380;e mi zrealizowa&#263; moje postanowienia.

Przecie&#380; pomaga. Kupi&#322; nam bilety na wycieczk&#281; na Sycyli&#281;.

Bo chce sp&#281;dzi&#263; ca&#322;y tydzie&#324; z tob&#261;!

Odwracam si&#281;, by na ni&#261; spojrze&#263;, i widz&#281;, &#380;e przygl&#261;da mi si&#281; ze zmarszczon&#261; min&#261;, jakby mnie nigdy wcze&#347;niej nie widzia&#322;a.

Tak powiedzia&#322;?

Jest w tobie zakochany, to oczywiste. A podr&#243;&#380; skre&#347;li&#322;am ju&#380; z listy.

S&#261;dzi&#322;am, &#380;e umie&#347;ci&#322;a&#347; ja na si&#243;dmym miejscu.

Zamieni&#322;am na tw&#243;j powr&#243;t do taty.

Och, Tesso!

Dziwnie, spo&#347;r&#243;d wszystkich ludzi na &#347;wiecie ona najlepiej powinna rozumie&#263; mi&#322;o&#347;&#263;. Obejmuje j&#261; ramionami.

Opowiedz mi o nim.

O kim?

O m&#281;&#380;czy&#378;nie, dla kt&#243;rego nas zostawi&#322;a&#347;

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;.

Dlaczego teraz o tym wspominasz?

Powiedzia&#322;a&#347;, &#380;e nie mia&#322;a&#347; wyboru, pami&#281;tasz?

M&#243;wi&#322;am, &#380;e by&#322;am nieszcz&#281;&#347;liwa.

Wielu ludzi jest nieszcz&#281;&#347;liwych, a jednak nie uciekaj&#261;.

Prosz&#281; ci&#281;, Tesso, nie chc&#281; o tym rozmawia&#263;.

Kochali&#347;my ci&#281;.

Oznajmiam to w liczbie mnogiej, w czasie przesz&#322;ym. Mimo to moje o&#347;wiadczenie i tak wydaje si&#281; zbyt wielkie jak na tak ma&#322;e pomieszczenie. Patrzy na mnie z poblad&#322;&#261;, wyd&#322;u&#380;on&#261; twarz&#261;.

Przykro mi.

Musia&#322;a&#347; go kocha&#263; bardziej ni&#380; kogokolwiek. Pewnie by&#322; cudownym cz&#322;owiekiem, mia&#322; magiczn&#261; osobowo&#347;&#263;.

Nie odpowiada.

To proste. Wielka mi&#322;o&#347;&#263;. Odwracam si&#281; z powrotem do okna.

Powinna&#347; zrozumie&#263;, co czuj&#281; do Adama.

Wstaje i podchodzi do mnie. Nie dotyka mnie, ale jest bardzo blisko.

Czy on czuje to samo do ciebie, Tesso?

Nie wiem.

Chc&#281; si&#281; do niej przytuli&#263; i udawa&#263;, &#380;e wszystko b&#281;dzie dobrze. Jednak &#347;cieram tylko swoje imi&#281; z szyby i spogl&#261;dam w noc za oknem. Jest dziwnie ponura.

Porozmawiam z tat&#261;  m&#243;wi mama.  Usypia Cala, ale kiedy sko&#324;czy, wyci&#261;gn&#281; go na piwo. Dacie sobie rad&#281;?

Zaprosz&#281; Adama. Przygotuj&#281; kolacj&#281;.

Dobrze.  Mama zabiera si&#281; do wyj&#347;cia, lecz przystaje w drzwiach.

Pragniesz mi&#322;ych i dobrych rzeczy, Tesso, ale b&#261;d&#378; ostro&#380;na. Ludzie nie zawsze mog&#261; ofiarowa&#263; to, czego chcemy.

Kroj&#281; cztery kawa&#322;ki chleba na desce i wk&#322;adam do piekarnika. Wyjmuj&#281; pomidory, a poniewa&#380; Adam przygl&#261;da mi si&#281; oparty plecami o zlew, bior&#281; po jednym do ka&#380;dej r&#281;ki i podnosz&#281; je na wysoko&#347;&#263; piersi, a potem tanecznym krokiem zbli&#380;am si&#281; do blatu kuchennego.

&#346;mieje si&#281;. Kroj&#281; w plasterki i uk&#322;adam w piekarniku obok tost&#243;w. Wyjmuj&#281; tartk&#281; i ser z lod&#243;wki. Podczas gdy tosty si&#281; przypiekaj&#261;, &#347;cieram troch&#281; sera na desk&#281;. Wiem, &#380;e koszulka, kt&#243;r&#261; mam na sobie, jest do&#347;&#263; kr&#243;tka i ods&#322;ania fragment mojego cia&#322;a. Wiem o wystaj&#261;cej spod niej kr&#261;g&#322;o&#347;ci (jedynej zreszt&#261; jak&#261; posiadam), znajduj&#261;cej si&#281; w miejscu, gdzie plecy &#322;&#261;cz&#261; si&#281; z pup&#261;. Kiedy opieram si&#281; na biodrze, kr&#261;g&#322;o&#347;&#263; ta wypina si&#281; w kierunku Adama.

Po starciu sera celowo oblizuje palce i uzyskuje efekt, jakiego si&#281; spodziewa&#322;am. Adam podchodzi i ca&#322;uje mnie w kark.

Chcesz us&#322;ysze&#263;, o czym my&#347;l&#281;?  szepcze.

Powiedz, cho&#263; i tak wiem.

Pragn&#281; ci&#281;.  Obraca mnie i ca&#322;uje w usta.  Bardzo ci&#281; pragn&#281;.

M&#243;wi tak, jakby przyci&#261;ga&#322;a go jaka&#347; si&#322;a, kt&#243;rej dzia&#322;ania nie rozumie. Uwielbiam to. Przyciskam si&#281; do niego.

Powiedzie&#263; ci, czego ja chc&#281;?

Tak.

U&#347;miecha si&#281;. S&#261;dzi, &#380;e wie, co powiem. Nie pozwol&#281;, &#380;eby przesta&#322; si&#281; u&#347;miecha&#263;.

Ciebie.

I jest to prawda. I jednocze&#347;nie nieprawda.

Wy&#322;&#261;czam piekarnik, zanim wejdziemy na g&#243;r&#281;. Tost i tak ju&#380; si&#281; zw&#281;gli&#322;. Sw&#261;d spalenizny wywo&#322;uje we mnie smutek.

Zapominam o nim w ramionach Adama. Ale potem, kiedy le&#380;ymy razem w milczeniu, uczucie przygn&#281;bienia ogarnia mnie na nowo.

Mam z&#322;e sny  przyznaj&#281;.

G&#322;aszcze mnie po biodrze, po udzie. Jego r&#281;ka jest ciep&#322;a i silna.

Opowiedz o nich.

Udaj&#281; si&#281; w nich do r&#243;&#380;nych miejsc.

Id&#281; boso polami na sam kraniec &#347;wiata. Wspinam si&#281; na zbocza, depcz&#281; po wysokich trawach. Ka&#380;dej nocy posuwam si&#281; coraz dalej. Wczoraj dosz&#322;am do lasu  ponurego i niezbyt du&#380;ego. Obok p&#322;yn&#281;&#322;a rzeka. W powietrzu unosi&#322;a si&#281; mg&#322;a. W rzece nie by&#322;o ryb. Kiedy do niej wesz&#322;am, stopy zapad&#322;y si&#281; w mulistym dnie.

Adam muska palcem moj&#261; twarz. Potem przyci&#261;ga mnie do siebie i ca&#322;uje. W policzek. W brod&#281;. W drugi policzek. A potem w usta. Robi to bardzo delikatnie.

Poszed&#322;bym z tob&#261;, gdybym m&#243;g&#322;.

Tam jest strasznie.

Kiwa g&#322;ow&#261;.

Jestem bardzo odwa&#380;ny.

Wiem. Ilu ludzi zdecydowa&#322;oby si&#281; le&#380;e&#263; przy mnie w takiej chwili?

Musz&#281; ci&#281; o co&#347; zapyta&#263;.

Czeka. Jego g&#322;owa le&#380;y obok mojej na poduszce, ma spokojny wzrok. To trudne. Nie mog&#281; znale&#378;&#263; s&#322;&#243;w. Ksi&#261;&#380;ki na p&#243;&#322;ce zdaj&#261; si&#281; wzdycha&#263; i porusza&#263; niespokojnie.

Siada i podaje mi d&#322;ugopis.

Zapisz na &#347;cianie.

Przygl&#261;dam si&#281; temu wszystkiemu, co tu nabazgra&#322;am w ci&#261;gu ostatnich miesi&#281;cy. Gryzmo&#322;y pe&#322;ne po&#380;&#261;da. A przecie&#380; jeszcze tyle mog&#322;abym dopisa&#263;. Wsp&#243;lne konto w banku, wsp&#243;lne &#347;piewanie pod prysznicem, s&#322;uchanie chrapania m&#281;&#380;czyzn przez d&#322;ugie lata.

Pisz  prosi.  Zaraz musz&#281; i&#347;&#263;.

I to w&#322;a&#347;nie te s&#322;owa przypominaj&#261;ce o istnieniu &#347;wiata zewn&#281;trznego, plany czekaj&#261;ce na realizacje, miejsca, kt&#243;re pragn&#281; odwiedzi&#263;, pozwalaj&#261; mi to wyzna&#263;.

Chc&#281;, &#380;eby&#347; si&#281; do mnie wprowadzi&#322;. Chc&#281; sp&#281;dza&#263; z tob&#261; noce. Gryzmol&#281; w po&#347;piechu, maj&#261;c nadziej&#281;, ze mo&#380;e nie uda mu si&#281; odczyta&#263;. Potem chowam g&#322;ow&#281; pod ko&#322;dr&#281;.

Przez chwil&#281; panuje cisz.

Nie mog&#281;, Tesso.

Wysuwam g&#322;ow&#281; spod ko&#322;dry. Nie widz&#281; jego twarzy, dostrzegam tylko b&#322;ysk &#347;wiat&#322;a odbijaj&#261;cy si&#281; w oczach. Mo&#380;e to &#347;wiat&#322;o gwiazd. Albo ksi&#281;&#380;yca.

Nie chcesz?

Nie mog&#281; zostawi&#263; mamy.

Nienawidz&#281; jej, zmarszczek, kt&#243;re ma na czole i wok&#243;&#322; oczu. Nienawidz&#281; jej spojrzenia pe&#322;nego cierpienia. Straci&#322;a m&#281;&#380;a, ale nic poza tym.

Nie mo&#380;esz tu wr&#243;ci&#263;, kiedy za&#347;nie?

Nie.

Pyta&#322;e&#347; j&#261; o to?

Wstaje z &#322;&#243;&#380;ka, nie dotykaj&#261;c mnie, i umiera si&#281;. &#379;a&#322;uj&#281;, &#380;e nie jestem w stanie wetrze&#263; mu kom&#243;rek rakowych w ty&#322;ek. Mia&#322;abym do niego dost&#281;p i by&#322;by m&#243;j na zawsze. Unios&#322;abym dywan i wepchn&#281;&#322;abym go g&#322;&#281;boko pod ko&#322;dr&#281;, a&#380; do fundament&#243;w domu. Kochaliby&#347;my si&#281; w obecno&#347;ci robak&#243;w. Moje palce zag&#322;&#281;bia&#322;yby si&#281; w jego sk&#243;r&#281;.

B&#281;d&#281; ci&#281; nawiedza&#263;  m&#243;wi&#281;.  Od &#347;rodka. Za ka&#380;dym razem, kiedy zakaszlniesz, pomy&#347;lisz o mnie.

Nie mieszaj mi w g&#322;owie  prosi.

A potem wychodzi &#321;api&#281; ubranie i wybiegam za nim. Zdejmuj&#281; kurtk&#281; z por&#281;czy. S&#322;ysz&#281;, jak przechodzi przez kuchni&#281; i otwieram tylne drzwi.

Wci&#261;&#380; stoi na schodach, kiedy go doganiam. Za nim, w ogrodzie, wiruj&#261; wielkie p&#322;atki &#347;niegu. Zacz&#281;&#322;o pada&#263;, gdy poszli&#347;my na g&#243;r&#281;. &#346;nieg przykry&#322; ju&#380; &#347;cie&#380;k&#281; i trawnik. Zas&#322;ania ca&#322;e niebo. &#346;wiat sta&#322; si&#281; cichy i ma&#322;y.

Chcia&#322;a&#347; &#347;niegu.  Wyci&#261;ga r&#281;k&#281;, &#380;eby z&#322;apa&#263; &#347;nie&#380;ynk&#281;, i pokazuje mi ja. Jest taka jak trzeba, taka, jakie wycina&#322;am z papieru i nakleja&#322;am na okno, kiedy by&#322;am w podstaw&#243;wce. Przygl&#261;damy si&#281;, jak topnieje na jego d&#322;oni.

Wk&#322;adam p&#322;aszcz, Adam podaje mi buty, szalik i czapk&#281; i pomaga zej&#347;&#263; po schodkach. Oddech mi zamarza. &#346;nieg pada tak g&#281;sto, &#380;e nasze &#347;lady znikaj&#261; ju&#380; po chwili.

Warstwa pokrywaj&#261;ca trawnik jest grubsza; skrzypi pod butami. Chodzimy razem po &#347;wie&#380;ym &#347;niegu. Ubijamy go butami, wypisuj&#261;c nasze imiona, usi&#322;ujemy dotrze&#263; do trawy ukrytej pod spodem. Jednak ca&#322;y czas pada i zasypuje wszystko prawie natychmiast.

Patrz  m&#243;wi Adam i k&#322;adzie si&#281; na &#347;niegu, apotem macha r&#281;kami i nogami. Wrzeszczy, &#380;e zimne p&#322;atki dosta&#322;y mu si&#281; za ko&#322;nierz, marznie w g&#322;ow&#281;. Wstaje i otrzepuje spodnie.

Dla ciebie  o&#347;wiadcza.  Anio&#322; &#347;nie&#380;ny.

Spogl&#261;da na mnie po raz pierwszy od chwili, kiedy napisa&#322;am swoje &#380;yczenie na &#347;cianie. Ma smutne oczy.

Jad&#322;e&#347; kiedy&#347; lody lodowe?  pytam.

Posy&#322;am go do domu po miseczk&#281;, cukier puder, wanili&#281; oraz &#322;y&#380;k&#281;. Wype&#322;nia moje polecenia i nak&#322;ada gar&#347;ciami &#347;nieg do naczynia, a potem miesza wszystkie sk&#322;adniki. Ca&#322;o&#347;&#263; robi si&#281; br&#261;zowa, ma dziwny smak. Taki, jaki zapami&#281;ta&#322;am z dzieci&#324;stwa.

Mo&#380;e b&#281;dzie lepszy z jogurtem i sokiem pomara&#324;czowym.

P&#281;dzi do domu. Po chwili wraca. Pr&#243;bujemy jeszcze raz. Smakuje gorzej, ale tym razem Adam si&#281; &#347;mieje.

Masz pi&#281;kne usta  m&#243;wi&#281;.

Dygoczesz. Powinna&#347; wraca&#263;.

Nie wracam bez ciebie.

Zerka na zegarek.

Jak si&#281; nazywa ba&#322;wan na pustyni?

Musz&#281; ju&#380; i&#347;&#263;, Tesso.

Ka&#322;u&#380;a.

Powa&#380;nie.

Nie mo&#380;esz teraz odej&#347;&#263;. Jest burza &#347;nie&#380;na. Nie odnajd&#281; drogi do domu.

Rozpinam p&#322;aszcz. Po&#322;y rozwieraj&#261; si&#281; i obna&#380;aj&#261; moje r&#281;ce. Wcze&#347;niej Adam d&#322;ugo ca&#322;owa&#322; w&#322;a&#347;nie to miejsce na moim ramieniu. Patrzy na mnie. &#346;nieg spada mu na rz&#281;sy.

Czego ode mnie chcesz, Tesso?

Wsp&#243;lnej nocy.

Czego chcesz naprawd&#281;?

Wiedzia&#322;am, &#380;e zrozumie.

Chc&#281; by&#263; z tob&#261; w ciemno&#347;ci. Le&#380;e&#263; w twoich ramionach. Pragn&#281;, &#380;eby&#347; mnie kocha&#322;. By&#322; obok, kiedy si&#281; boj&#281;. Chc&#281;, &#380;eby&#347;my razem poszli na koniec &#347;wiata i zobaczyli, co tam jest.

Patrzy na mnie uwa&#380;nie.

A je&#347;li zrobi&#281; co&#347; nie tak?

To niemo&#380;liwe.

Mog&#281; ci&#281; zawie&#347;&#263;.

Nie zawiedziesz mnie.

Mog&#281; spanikowa&#263;.

To nie ma znaczenia. Chc&#281;, &#380;eby&#347; tam by&#322;.

Patrzy na mnie w zimowym ogrodzie. Oczy Adama przybra&#322;y intensywnie zielon&#261; barw&#281;. Widz&#281; w nich jego przysz&#322;o&#347;&#263;. Nie wiem, co on widzi w moich. Ale jest odwa&#380;ny. Zawsze to wiedzia&#322;am. Bierze mnie za r&#281;k&#281; i prowadzi do &#347;rodka.

Na g&#243;rze czuj&#281; si&#281; oci&#281;&#380;a&#322;a, jakby &#322;&#243;&#380;ko przyklei&#322;o si&#281; do mnie i nie chcia&#322;o pu&#347;ci&#263;. Adam rozbiera si&#281; niesko&#324;czenie d&#322;ugo, a potem staje przede mn&#261;, dygocz&#261;c z zimna w samych bokserkach.

Mog&#281; wej&#347;&#263;?

Tylko je&#347;li chcesz.

Przewraca oczami, sugeruj&#261;c, &#380;e nigdy nie daj&#281; za wygran&#261;. Tak trudno mi zdoby&#263; to, czego pragn&#281;. Boj&#281; si&#281;, &#380;e ludzie ofiarowuj&#261; mi r&#243;&#380;ne rzeczy tylko z powodu poczucia winy. Zale&#380;y mi na tym, &#380;eby Adam chcia&#322; by&#263; ze mn&#261;. Jak mam dowiedzie&#263; si&#281;, co on naprawd&#281; czuje?

Nie powinni&#347;my powiedzie&#263; twojej mamie?  pytam, kiedy k&#322;adzie si&#281; obok mnie.

Powiem jej jutro. Jako&#347; to prze&#380;yje.

Ale nie robisz tego z lito&#347;ci, prawda?

Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261;.

Przesta&#324;, Tesso.

Obejmujemy si&#281;, lecz nie mo&#380;emy opanowa&#263; dr&#380;enia po przemarzni&#281;ciu na dworze; mamy lodowate d&#322;onie i stopy. Splatamy nogi, &#380;eby si&#281; rozgrza&#263;. Adam rozciera mnie i g&#322;aszcze, trzyma mocno w ramionach. Czuj&#281;, jak jego penis p&#281;cznieje. Wybucham &#347;miechem. On te&#380; chichocze, nerwowo, tak, jakby my&#347;la&#322;, &#380;e &#347;miej&#281; si&#281; z niego.

Masz na mnie ochot&#281;?  pytam.

U&#347;miecha si&#281;.

Zawsze, ale jest ju&#380; p&#243;&#378;no. Powinna&#347; zasn&#261;&#263;.

&#346;nieg sprawia, &#380;e &#347;wiat za oknami staje si&#281; ja&#347;niejszy. &#346;wiat&#322;o prze&#347;wituje przez szyb&#281;. Zasypiam wpatrzona w blask na sk&#243;rze Adama.

Kiedy si&#281; budz&#281;, wci&#261;&#380; jest noc, a on &#347;pi. Widz&#281; jego ciemne w&#322;osy na poduszce, rami&#281; obejmuj&#261;ce moje cia&#322;o, jakby pr&#243;buj&#261;ce mnie tu zatrzyma&#263;. Wzdycha, jego oddech cichnie na chwil&#281;, porusza si&#281; i znowu oddycha. Jest pogr&#261;&#380;ony we &#347;nie  przebywa cz&#281;&#347;ciowo w tym &#347;wiecie, ale r&#243;wnie&#380; gdzie indziej. Dziwne, lecz to prze&#347;wiadczenie wp&#322;ywa na mnie uspokajaj&#261;co.

Jego obecno&#347;&#263; nie uwalnia mnie jednak od b&#243;lu w nogach. Zostawiam Adamowi ko&#322;dr&#281;, owijam si&#281; kocem i ku&#347;tykam do &#322;azienki po kodein&#281;.

Kiedy wychodz&#281;, tata stoi w przedpokoju w pi&#380;amie. Zapomnia&#322;am o jego istnieniu. Nie ma kapci, a jego palce u n&#243;g wydaj&#261; si&#281; d&#322;ugie i szare.

Starzejesz si&#281;  stwierdzam.  Starzy ludzie wstaj&#261; w nocy.

Owija si&#281; szczelnie pi&#380;am&#261;.

Wiem, &#380;e Adam jest u ciebie.

A mama u ciebie.

Ta istotna uwaga, jednak on j&#261; ignoruje.

Zaprosi&#322;a&#347; go bez mojego pozwolenia.

Wpatruj&#281; si&#281; uporczywie w dywan w nadziei, &#380;e ta rozmowa szybko si&#281; sko&#324;czy. Czuj&#281; ci&#281;&#380;ar w nogach, jakby puch&#322;y mi ko&#347;ci. Szuram nogami.

Nie mia&#322;em zamiaru psu&#263; ci zabawy, Tesso, ale opiekuj&#281; si&#281; tob&#261; i nie chc&#281;, &#380;eby sta&#322;a ci si&#281; krzywda.

Troch&#281; na to za p&#243;&#378;no.

Chcia&#322;am, &#380;eby to zabrzmia&#322;o jak &#380;art, lecz on nie u&#347;miech si&#281;.

Adam jest jeszcze dzieckiem, Tesso. Nie powinna&#347; we wszystkim na nim polega&#263;: mo&#380;e ci&#281; zawie&#347;&#263;.

Nie zawiedzie mnie.

A je&#347;li tak si&#281; stanie?

Mam jeszcze ciebie.

Dziwnie si&#281; czuj&#281;, obejmuj&#261;c go w ciemno&#347;ci na korytarzu. Przytulamy si&#281; mocniej ni&#380; kiedykolwiek. Tata rozlu&#378;nia u&#347;cisk i patrzy na mnie bardzo powa&#380;nie.

Zawsz&#281; b&#281;d&#281; przy tobie, Tesso. Cokolwiek zrobisz, cokolwiek masz do zrealizowania z tej twojej g&#322;upiej listy. Chc&#281; &#380;eby&#347; o tym wiedzia&#322;a.

Ju&#380; prawie nic mi nie zosta&#322;o.

Numer dziewi&#281;&#263; to przeprowadzka Adama. To co&#347; wa&#380;niejszego ni&#380; seks. Chc&#281; si&#281; zmierzy&#263; ze &#347;mierci&#261;, stan&#261;&#263; z ni&#261; twarz&#261; w twarz, ale nie samotnie. Moje &#322;&#243;&#380;ko przesta&#322;o przera&#380;a&#263;. Le&#380;y tam Adam, ciep&#322;y, i czeka na mnie.

Tata ca&#322;uje mnie w czubek g&#322;owy.

Zmykaj.

Wchodzi do &#322;azienki.

Wracam do Adama.



Rozdzia&#322; 31

Wiosna ma w sobie czarodziejsk&#261; moc.

B&#322;&#281;kit. Wysoko na niebie pi&#281;trz&#261; si&#281; pierzaste chmury. Powietrze jest cieplejsze ni&#380; w ci&#261;gu ostatnich tygodni  &#346;wiat&#322;o by&#322;o inne dzi&#347; rano  m&#243;wi&#281; do Zoey.  Obudzi&#322;o mnie.

Poprawia si&#281; w ogrodowym fotelu.

Szcz&#281;&#347;ciara. Mnie obudzi&#322; skurcz w nogach.

Siedzimy pod jab&#322;oni&#261;. Zoey przynios&#322;a koc z kanapy i owin&#281;&#322;a si&#281; nim, ale ja nie czuj&#281; zimna. Jest jeden z tych &#322;agodnych dni marcowych, kiedy ziemia budzi si&#281; do &#380;ycia. Na trawniku zakwit&#322;y stokrotki. Wzd&#322;u&#380; ogrodzenia pojawi&#322;y si&#281; k&#281;py tulipan&#243;w. Ogr&#243;d pachnie inaczej ni&#380; do tej pory  wilgoci&#261; i tajemnic&#261;  Dobrze si&#281; czujesz?  pyta Zoey.  Jako&#347; dziwnie wygl&#261;dasz.

Koncentruj&#281; si&#281;.

Na czym?

Na znakach.

J&#281;czy cicho, a potem bierze folder z ofertami biura podr&#243;&#380;y moich z kolan i przerzuca kartki.

W takim razie ja b&#281;d&#281; si&#281; torturowa&#263; tymi widokami. Powiedz, gdy sko&#324;czysz.

Nigdy nie sko&#324;cz&#281;.

Widz&#281; pi&#281;kn&#261; chmur&#281;, przez kt&#243;r&#261; prze&#347;wituje s&#322;o&#324;ce, br&#261;zowego ptaka przecinaj&#261;cego niebo prost&#261; lini&#261;. Znaki s&#261; wsz&#281;dzie. Jestem bezpieczna.

Cal te&#380; da&#322; si&#281; wyci&#261;gn&#261;&#263; w moje poszukiwania r&#243;&#380;nych niecodziennych zjawisk, ale jest bardziej praktyczny. Nazywa je czarami przeganiaj&#261;cymi &#347;mier&#263;. Rozwiesi&#322; czosnek nad wszystkimi drzwiami i w ka&#380;dym rogu nad moim &#322;&#243;&#380;kiem. Na frontowej bramie i na furtce z ty&#322;u domu umie&#347;ci&#322; tabliczki z napisem TRZYMAJ SI&#280; Z DALEKA.

Wczoraj wieczorem ogl&#261;dali&#347;my razem telewizj&#281;. Zwi&#261;za&#322; nasze nogi skakank&#261;. Wygl&#261;dali&#347;my jak przedstawiciele rasy tr&#243;jnogich.

Nikt Ci&#281; nie zabierze, je&#347;li b&#281;dziesz przywi&#261;zana do mnie  oznajmi&#322;.

Mog&#261; zabra&#263; i ciebie!

Wzruszy&#322; ramionami, jakby si&#281; tym nie przej&#261;&#322;.

Na Sycylii te&#380; ci&#281; nie znajd&#261;.

Jutro wylatujemy. Ca&#322;y tydzie&#324; w s&#322;o&#324;cu. Dra&#380;ni&#281; si&#281; z Zoey, pokazuj&#261;c jej wulkaniczne pla&#380;e z czarnym piaskiem, morze okolone &#322;a&#324;cuchem g&#243;r, kawiarenki i rynki. Niekt&#243;re zdj&#281;cia przedstawiaj&#261; pot&#281;&#380;n&#261; Etn&#281; w tle, odleg&#322;&#261; i zion&#261;c&#261; ogniem.

To aktualny wulkan  m&#243;wi&#281;.  Noc&#261; puszcza ikry, a kiedy pada deszcz, wszystko wok&#243;&#322; pokrywa py&#322;.

Ale chyba b&#281;dzie &#322;adna pogoda? Pewnie jest tam ze trzydzie&#347;ci stopni  zgaduje Zoey, zamykaj&#261;c folder.  Nie mog&#281; uwierzy&#263;, &#380;e twoja mama odda&#322;a sw&#243;j bilet Adamowi.

Tata te&#380; w to nie wierzy.

Zoey zastanawia si&#281; przez chwil&#281;.

Wydawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e jednym z punkt&#243;w na twojej li&#347;cie by&#322;o po&#322;&#261;czenie ich.

Na pozycji si&#243;dmej.

Okropno&#347;&#263;.  Rzuca gazet&#281; na traw&#281;.  Nagle zrobi&#322;o mi si&#281; smutno.

To przez hormony.

Smutniej, ni&#380; mog&#322;aby&#347; sobie wyobrazi&#263;.

M&#243;wi&#322;am. Hormony.

Wpatruje si&#281; sm&#281;tnie w niebo, a ju&#380; w nast&#281;pnej chwili odwraca si&#281; do mnie z u&#347;miechem.

Wiesz, &#380;e za trzy tygodnie odbieram klucze?

Rozmowa o mieszkaniu zawsze j&#261; rozwesela. Rada Miejska postanowi&#322;a przyzna&#263; Zoey stypendium. Mo&#380;e zamieni&#263; talony na farby i tapet&#281;. O&#380;ywia si&#281;, opowiadaj&#261;c o urz&#261;dzeniu sypialni i o kafelkach z wzorem tropikalnych ryb, kt&#243;re chce kupi&#263; do &#322;azienki.

Dziwne, kiedy o tym opowiada, jej cia&#322;o zaczyna falowa&#263;. Usi&#322;uj&#281; si&#281; skupi&#263; na wyobra&#380;eniu sobie tej kuchni, ale mam wra&#380;enie, &#380;e Zoey dr&#380;y od przegrzania.

Dobrze si&#281; czujesz?  pyta.  Zn&#243;w masz tak&#261; dziwn&#261; min&#281;.

Pochylam si&#281; i masuj&#281; sobie czaszk&#281;. Koncentruj&#281; si&#281; na b&#243;lu mi&#281;dzy oczami i staram si&#281; go z&#322;agodzi&#263;.

Zawo&#322;a&#263; twojego tat&#281;?

Nie.

Poda&#263; ci szklank&#281; wody?

Nie. Zosta&#324;. Zaraz wracam.

Dok&#261;d idziesz?

Nie widz&#281; Adama, ale go s&#322;ysz&#281;. Przekopuje kawa&#322;ek ogrodu, &#380;eby jego mama mog&#322;a posadzi&#263; kwiaty, kiedy on wyjedzie. S&#322;ysz&#281;, jak naciska butem na &#322;opat&#281;, a wilgotna ziemia stawia mu op&#243;r.

Przechodz&#281; przez dziur&#281; w p&#322;ocie. Dobiega mnie szept rosn&#261;cych ro&#347;lin  p&#261;czki otwieraj&#261; si&#281;, delikatnie zielone p&#281;dy toruj&#261; sobie drog&#281; na powierzchni&#281;.

Adam zdj&#261;&#322; sweter i pracuje w podkoszulce bez r&#281;kaw&#243;w i d&#380;insach. Wczoraj ostrzyg&#322; w&#322;osy. &#321;uk jego szyi w miejscu, w kt&#243;rym &#322;&#261;czy si&#281; z barkami, jest wstrz&#261;saj&#261;co pi&#281;kny. U&#347;miecha si&#281; na m&#243;j widok, odstawia &#322;opat&#281; i podchodzi.

Cze&#347;&#263;!

Wtulam si&#281; w niego i czekam, a&#380; poczuj&#281; si&#281; lepiej. Jest ciep&#322;y. Ma s&#322;on&#261;, pachn&#261;c&#261; s&#322;o&#324;cem sk&#243;r&#281;.

Kocham ci&#281;.

Cisza. Strach. Czy zamierza&#322;am to powiedzie&#263;?

U&#347;miecha si&#281; na sw&#243;j spos&#243;b, krzywo.

Ja te&#380; ci&#281; kocham, Tesso.

K&#322;ad&#281; mu r&#281;k&#281; na ustach.

Nie m&#243;w nic, je&#347;li tak nie czujesz.

Tak w&#322;a&#347;nie czuj&#281;.

Palce wilgotniej&#261; mi pod jego oddechem. Ca&#322;uje moj&#261; d&#322;o&#324;.

Chowam to wszystko w sercu  dotyk sk&#243;ry pod palcami, jego smak na moich ustach. B&#281;d&#281; tego potrzebowa&#322;a jak talizmanu, &#380;eby przetrwa&#263; swoj&#261; niemo&#380;liw&#261; podr&#243;&#380;.

Muska m&#243;j policzek jednym palcem, przesuwa nim od skroni po brod&#281; i wy&#380;ej, a&#380; do ust.

Dobrze si&#281; czujesz?

Kiwam g&#322;ow&#261;.

Patrzy na mnie lekko zaintrygowany.

Jeste&#347; dziwnie spokojna. Przyj&#347;&#263; do ciebie, kiedy sko&#324;cz&#281;? Mogliby&#347;my przejecha&#263; si&#281; motorem, po&#380;egna&#263; si&#281; ze wzg&#243;rzem na tydzie&#324;.

Znowu kiwam g&#322;ow&#261;. Tak.

Ca&#322;uje mnie na do widzenia. Smakuje jak mas&#322;o.

Przytrzymuj&#281; si&#281; p&#322;otu, prze&#322;a&#380;&#261;c z powrotem przez dziur&#281;. Jaki&#347; ptak wy&#347;piewuje skomplikowane trele. Tata stoi na schodkach z ananasem w d&#322;oni. To s&#261; dobre znaki. Nie ma potrzeby si&#281; ba&#263;.

Wracam na fotel. Zoey udaje, &#380;e &#347;pi, ale otwiera jedno oko, kiedy siadam obok.

Ciekawe, czy podoba&#322;by ci si&#281;, gdyby&#347; by&#322;a zdrowa.

Tak.

Nie jest tak przystojny jak Jake.

Za to du&#380;o milszy.

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e czasem ci&#281; wkurza. Wygaduje brednie albo chce si&#281; kocha&#263;, kiedy ty nie masz na to ochoty.

Nie.

Zerka na mnie spode &#322;ba.

Przecie&#380; to facet.

Jak mam jej to wyja&#347;ni&#263;? To szcz&#281;&#347;cie, gdy otacza mnie noc&#261; ramieniem? Spos&#243;b, w jaki zmienia si&#281; jego oddech w miar&#281; up&#322;ywu godzin i dzi&#281;ki temu wiem, kiedy zacznie &#347;wita&#263;? Ka&#380;dego ranka po obudzeniu ca&#322;uje mnie. Jego r&#281;ka le&#380;&#261;ca na mojej piersi podtrzymuje bicie serca.

Zbli&#380;a si&#281; tata z ananasem.

Chod&#378; do &#347;rodka. Philippa czeka.

Ale ja nie chc&#281;. &#377;le si&#281; czuj&#281; w zamkni&#281;tym pomieszczeniu. Wol&#281; zosta&#263; pod jab&#322;onk&#261;, na &#347;wie&#380;ym, wiosennym powietrzu.

Popro&#347; j&#261;, &#380;eby przysz&#322;&#261; tutaj.

Wzrusza ramionami i zawraca do domu.

Zrobi mi badanie krwi  m&#243;wi&#281; do Zoey.

Marszczy nos.

W porz&#261;dku. I tak ju&#380; zmarz&#322;am.

Philippa wk&#322;ada gumowe r&#281;kawiczki.

Widz&#281;, ze mi&#322;o&#347;&#263; czyni cuda.

Jutro obchodzimy nasz&#261; dziesi&#261;t&#261; rocznic&#281;.

Dziesi&#281;&#263; tygodni? C&#243;&#380;, uczucie ci s&#322;u&#380;y. Od dzisiaj b&#281;d&#281; rekomendowa&#322;a stan zakochania wszystkim pacjentom.

Podnosi moje rami&#281; i dezynfekuje miejsce wok&#243;&#322; portu kawa&#322;kiem gazy.

Spakowa&#322;a&#347; si&#281; ju&#380;?

Bior&#281; tylko kilka sukienek, bikini i sanda&#322;ki.

Nic wi&#281;cej?

A czego mi jeszcze trzeba?

Przede wszystkim kremu do opalania, kapelusza i cieplejszego swetra! Nie chc&#281; ci&#281; leczy&#263; z poparze&#324; s&#322;onecznych po powrocie.

Lubi&#281;, kiedy tak zrz&#281;dzi. Przychodzi do mnie od tygodni. Chyba jestem jej ulubion&#261; pacjentk&#261;.

Jak si&#281; miewa Andy?

U&#347;miecha si&#281; blado.

By&#322; przezi&#281;biony przez ca&#322;y tydzie&#324;. Chocia&#380;, oczywi&#347;cie, twierdzi&#322;, &#380;e ma gryp&#281;. Wiesz, jacy s&#261; m&#281;&#380;czy&#378;ni.

Nie wiem, ale kiwam g&#322;ow&#261; ze zrozumieniem. Ciekawa jestem, czy m&#261;&#380; j&#261; kocha, czy dba o to, &#380;eby czu&#322;a si&#281; wspaniale, czy le&#380;y w jej t&#322;ustych ramionach.

Dlaczego nie masz dzieci, Philippo?

Patrzy prosto na mnie, odci&#261;gaj&#261;c krew do strzykawki.

Nie znios&#322;abym ci&#261;g&#322;ego l&#281;ku o nie.

Nape&#322;nia krwi&#261; drug&#261; strzykawk&#281; i wstrzykuje ja do butelki, oblewa wenflon roztworem soli oraz heparyn&#261;, pakuje swoje narz&#281;dzia do torby i wstaje. Przez chwil&#281; mam wra&#380;enie, ze mnie przytuli, ale nie robi tego.

Baw si&#281; dobrze  m&#243;wi.  I nie zapomnij wys&#322;a&#263; mi poczt&#243;wki Patrz&#281; na ni&#261;, jak idzie po &#347;cie&#380;ce, ko&#322;ysz&#261;c si&#281; na boki. Odwraca si&#281; na schodach i macha na po&#380;egnanie.

Z domu wychodzi Zoey.

Czego ona tak szuka w tej krwi?

Choroby.

Zoey siada i kiwa g&#322;ow&#261; ze zrozumieniem.

Tw&#243;j tata szykuje lunch. Zaraz nam przyniesie.

Rozta&#324;czony li&#347;&#263;. D&#322;ugi cie&#324; padaj&#261;cy na trawnik.

Wsz&#281;dzie widz&#281; znaki. Niekt&#243;re robi&#281; sama. Inne przychodz&#261; nie wiadomo sk&#261;d.

Zoey &#322;apie mnie za r&#281;k&#281; i przyciska do brzucha.

Poruszy&#322;a si&#281;! Po&#322;&#243;&#380; tu d&#322;o&#324; nie, tutaj. Dobrze.

Czuj&#281; powolny, okr&#281;&#380;ny ruch. Jakby jej dziecko fika&#322;o kozio&#322;ki w zwolnionym tempie. Chc&#281; ca&#322;y czas trzyma&#263; tu r&#281;k&#281;. Chc&#281;, &#380;eby dziecko zmieni&#322;o pozycj&#281; jeszcze raz.

Jeste&#347; pierwsz&#261; osob&#261;, kt&#243;rej to pokaza&#322;am. Poczu&#322;a&#347;, jak si&#281; porusza, prawda?

Tak.

Wyobra&#378; ja sobie  prosi Zoey.  Postaraj si&#281; j&#261; sobie wyobrazi&#263;.

Cz&#281;sto to robi&#281;. Narysowa&#322;am j&#261; nad moim &#322;&#243;&#380;kiem. Nie jest to najlepszy obrazek, ale proporcjonalny  uda, brzuch, obw&#243;d g&#322;owy.

Jest to dziesi&#261;ta na mojej li&#347;cie. Lauren Tessa Walker.

Ma ju&#380; ukszta&#322;towany kr&#281;gos&#322;up  oznajmiam Zoey.  Trzydzie&#347;ci trzy kr&#281;gi, sto pi&#281;&#263;dziesi&#261;t staw&#243;w i tysi&#261;c &#347;ci&#281;gien. Potrafi otworzy&#263; oczy, wiedzia&#322;a&#347; o tym? Ma te&#380; siatk&#243;wk&#281;.

Zoey zerka na mnie z niedowierzaniem, jakby s&#261;dzi&#322;a, &#380;e nikt nie mo&#380;e wiedzie&#263; takich rzeczy na pewno. Postanowi&#322;am przemilcze&#263; informacj&#281;, &#380;e jej w&#322;asne serce bije teraz dwukrotnie szybciej ni&#380; normalnie, pompuj&#261;c sze&#347;&#263; litr&#243;w krwi na minut&#281;. Pewnie bym j&#261; przestraszy&#322;a.

Nadchodzi tata.

Smacznego  m&#243;wi, stawiaj&#261;c tac&#281; na trawie mi&#281;dzy nami. Awokado i sa&#322;atka z rukwi. Kawa&#322;ki ananasa i kiwi. Miseczka czerwonych porzeczek.

Nie ma szansy na burgera?  pyta Zoey.

Tata marszy brwi, a potem u&#347;wiadamia sobie, &#380;e Zoey &#380;artuje, i si&#281; u&#347;miecha.

Id&#281; po kosiark&#281;  oznajmia i znika w szopie.

Adam i jego mama pojawiaj&#261; si&#281; w dziurze w p&#322;ocie.

&#346;liczny dzie&#324;, prawda?  wo&#322;a Sally.

Ju&#380; wiosna  be&#322;kocze Zoey z buzi&#261; pe&#322;n&#261; sa&#322;atki.

Jeszcze nie by&#322;o zmiany czasu.

W takim razie winne jest zanieczyszczenie powietrza.

Sally wygl&#261;da na przestraszan&#261;.

Spiker w radiu m&#243;wi&#322;, &#380;e gdyby&#347;my zrezygnowali z samochod&#243;w, ludzko&#347;&#263; zyska&#322;aby dodatkowo tysi&#261;c lat &#380;ycia na tej planecie.

Adam &#347;mieje si&#281;, podzwaniaj&#261;c kluczykami.

W takim razie mo&#380;e przejdziemy si&#281; do centrum ogrodniczego?

Nie, chc&#281; kupi&#263; ro&#347;liny na &#347;ci&#243;&#322;k&#281;. Nie daliby&#347;my rady ich przynie&#347;&#263;.

Adam kr&#281;ci g&#322;ow&#261;.

B&#281;dziemy za godzin&#281;.

Patrzymy, jak odchodz&#261;. Adam odwraca si&#281; przed furtk&#261; i mruga do mnie.

Ja bym si&#281; wkurzy&#322;a  rzuca Zoey.

Ignoruj&#281; j&#261;. Zjadam plasterek kiwi. Smakuje inaczej ni&#380; zwykle. Pierzaste ob&#322;oki na niebie przypominaj&#261; baranki pas&#261;ce si&#281; na b&#322;&#281;kitnej &#322;&#261;ce. S&#322;o&#324;ce to wychodzi, to zn&#243;w si&#281; chowa. Wszystko si&#281; zmienia.

Tata wyci&#261;ga kosiark&#281;. Jest przykryta starymi r&#281;cznikami, jakby pozostawa&#322;a w stanie hibernacji. Dawniej piel&#281;gnowa&#322; ogr&#243;d z niemal religijnym zapa&#322;em. Sadzi&#322; i pieli&#322;, podwi&#261;zywa&#322; ro&#347;liny sznurkiem i utrzymywa&#322; porz&#261;dek. Teraz w ogrodzie panuje chaos. Trawnik jest zapuszczony, a krzewy r&#243;&#380;ane zagl&#261;daj&#261; ju&#380; prawie do szopy.

&#346;miejemy si&#281;, kiedy kosiarka odmawia wsp&#243;&#322;pracy, ale na tacie nie robi to wra&#380;enia. Wzrusza tylko ramionami, jakby i tak nie mia&#322; ochoty bra&#263; si&#281; do roboty. Wraca do szopy, wychodzi z sekatorem i zaczyna przycina&#263; ga&#322;&#261;zki &#380;ywop&#322;otu.

Jest grupa wsparcia dla nastolatek w ci&#261;&#380;y  zaczyna Zoey.  Podaj&#261; ciastka i herbat&#281;, i ucz&#261; zmienia&#263; pieluszki. My&#347;la&#322;am, &#380;e b&#281;dzie beznadziejnie, ale &#347;wietnie si&#281; wszystkie bawi&#322;y&#347;my.

Po niebie leci samolot, zostawiaj&#261;c za sob&#261; smug&#281; bia&#322;ego dymu. Pojawia si&#281; drugi i przecina mu drog&#281;. Ca&#322;uj&#261; si&#281;. &#379;aden nie spada.

S&#322;uchasz mnie?  m&#243;wi Zoey.  Mam wra&#380;enie, &#380;e nie.

Przecieram oczy i staram si&#281; skupi&#263; na tym, co m&#243;wi. Opowiada, &#380;e zaprzyja&#378;ni&#322;a si&#281; z jak&#261;&#347; dziewczyn&#261; maja zbli&#380;ony termin porodu dodaje co&#347; o po&#322;o&#380;nej. Jej g&#322;os dociera do mnie z daleka, jakby zg&#322;&#281;bi tunelu.

Zauwa&#380;am, jak guzik jej bluzki nagle si&#281; napina Motyl l&#261;duje na &#347;cie&#380;ce i rozpo&#347;ciera skrzyd&#322;a. Opala si&#281;. Motyle pojawi&#322;y si&#281; w tym roku bardzo wcze&#347;nie.

Na pewno mnie s&#322;uchasz?

Cal przechodzi przez furtk&#281;. Rzuca rower na traw&#281; i obiega ogr&#243;d dwa razy.

Ferie!  krzyczy z rado&#347;ci. Wspina si&#281; na jab&#322;onk&#281;, wsuwa kolana mi&#281;dzy ga&#322;&#281;zie i kuca tam jak elf.

Odebra&#322; SMS-a. Spomi&#281;dzy m&#322;odych listk&#243;w drzewa b&#322;yska niebieskie &#347;wiate&#322;ko jego kom&#243;rki. Przypomina mi to sen sprzed kilku nocy. B&#322;&#281;kitne promienie wydobywa&#322;y si&#281; z mojego gard&#322;a za ka&#380;dym razem, kiedy otwiera&#322;am usta.

Cal odpisuje i dostaje odpowied&#378;. &#346;miej&#281; si&#281;. Jeszcze jeden SMS i jeszcze jeden, przylatuj&#261; ptaki na drzewo.

Si&#243;dma klasa g&#243;r&#261;!  og&#322;asza ze &#347;miechem.  Urz&#261;dzili&#347;my bitw&#281; morsk&#261; w parku i ci z dziesi&#261;tej przegrali!

Cal id&#261;cy po raz pierwszy do gimnazjum. Cal z przyjaci&#243;&#322;mi i now&#261; kom&#243;rk&#261;. Cal zapuszczaj&#261;cy w&#322;osy, &#380;eby wygl&#261;da&#263; jak skejt.

Co si&#281; gapisz?  Wystawia j&#281;zyk, zeskakuje z drzewa i biegnie do domu.

Na ogr&#243;d pada cie&#324;. Powietrze pachnie wilgoci&#261;. Wiatr unosi papierek po cukierku.

Zoey si&#281; wzdryga.

Chyba ju&#380; p&#243;jd&#281;.  Przytula mnie tak mocno, jakby jedna z nas mog&#322;a upa&#347;&#263;.  Ale&#380; ty jeste&#347; gor&#261;ca. Czy to dobrze?

Tata odprowadza j&#261; do wyj&#347;cia.

Adam przechodzi przez dziur&#281; w ogrodzeniu.

Gotowe  oznajmia, przysuwa sobie fotel i siada blisko mnie.  Mama wykupi&#322;a po&#322;ow&#281; sklepu ogrodniczego. Wyda&#322;a kup&#281; forsy, ale jest zachwycana. Chce hodowa&#263; zio&#322;a.

Czar odp&#281;dzaj&#261;cy &#347;mier&#263;  mocno trzyma&#263; swojego ch&#322;opaka za r&#281;k&#281;.

Dobrze si&#281; czujesz?

K&#322;ad&#281; g&#322;ow&#281; na jego ramieniu. Mam wra&#380;enie, &#380;e zaraz co&#347; si&#281; stanie.

Dobiegaj&#261; mnie r&#243;&#380;ne d&#378;wi&#281;ki  niewyra&#378;ne szcz&#281;kanie naczy&#324; w kuchni, szelest li&#347;ci, warkot silnika w oddali.

S&#322;once rozb&#322;yska, wtapiaj&#261;c si&#281; w ch&#322;odny horyzont.

Jeste&#347; rozpalony  Przyk&#322;ada mi r&#281;k&#281; do czo&#322;a, g&#322;aszcze po policzku i karku.  Nie ruszaj si&#281;.

Zostawia mnie i biegnie do domu.

Ziemia wiruje mi przed oczami, wiatr porusza drzewami.

Nie czuj&#281; strachu.

Oddychaj, nie przestawaj. To &#322;atwe  wdech i wydech.

Dziwne, jak ziemia wychodzi mi na spotkanie, czuj&#281; si&#281; lepiej, kiedy jestem bli&#380;ej niej. Le&#380;&#281; i my&#347;l&#281; o swoim imieniu u nazwisku. Tessa Scott. Niez&#322;e. Trzy sylaby. Co siedem lat nasze cia&#322;a wymieniaj&#261; wszystkie kom&#243;rki. Co siedem lat znikamy.

Chryste! Ale&#380; ma gor&#261;czk&#281;!  Widz&#281; nad sob&#261; twarz taty.  Dzwo&#324; po karetk&#281;!  jego g&#322;os dobiega gdzie&#347; z daleka. Pr&#243;buj&#281; si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;. Chc&#281; mu podzi&#281;kowa&#263; za to, &#380;e jest przy mnie, ale z jakiego&#347; powodu nie mog&#281; wym&#243;wi&#263; ani s&#322;owa.

Nie zamykaj oczu, Tesso. S&#322;yszysz mnie? Zosta&#324; z nami!

Kiwam g&#322;ow&#261;, a niebo wiruje z pr&#281;dko&#347;ci&#261;, kt&#243;ra przyprawia mnie o md&#322;o&#347;ci; czuj&#281; si&#281; tak, jakbym spad&#322;a z wysokiego budynku.



Rozdzia&#322; 32

&#346;mier&#263; przywi&#261;zuje mnie do szpitalnego &#322;&#243;&#380;ka, przywiera do mojej piersi i siedzi tam. Nie wiedzia&#322;am, &#380;e b&#281;dzie a&#380; tak bola&#322;o. Nie spodziewa&#322;am si&#281;, &#380;e potrafi wymaza&#263; z mojej pami&#281;ci wszystkie dobre rzeczy, kt&#243;re mnie spotka&#322;y.

To, co si&#281; dzieje teraz, jest jak najbardziej prawdziwe i chocia&#380; moi bliscy obiecuj&#261;, &#380;e mnie zapami&#281;taj&#261;, i tak nie b&#281;dzie to mia&#322;o &#380;adnego znaczenia, bo nie b&#281;d&#281; o tym wiedzia&#322;a, kiedy odejd&#281;.

W kacie pokoju tworzy si&#281; czarna dziura i wype&#322;nia mg&#322;&#261;, kt&#243;ra przypomina tkanin&#281; faluj&#261;c&#261; mi&#281;dzy drzewami.

Z oddali dobiega mnie m&#243;j w&#322;asny j&#281;k. Nie chc&#281; tego s&#322;ysze&#263;. Widz&#281;, jak wymieniaj&#261; spojrzenia  piel&#281;gniarka z lekarzem, lekarz z tat&#261;. Dochodz&#261; mnie przyciszone g&#322;osy. Z gard&#322;a taty wydobywa si&#281; szloch.

Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie.

Koncentruje my&#347;li na bia&#322;ych kwiatach otwieraj&#261;cych si&#281; pod b&#322;&#281;kitnym niebem. Jak&#380;e mali jeste&#347;my my, ludzie, jak znikomi w por&#243;wnaniu ze ska&#322;ami i gwiazdami.

Wchodzi Cal. Pami&#281;tam go. Chc&#281; mu poradzi&#263;, &#380;eby si&#281; nie ba&#322;. Chc&#281;, &#380;eby m&#243;wi&#322; normalnym g&#322;osem i opowiedzia&#322; mi co&#347; zabawnego. Ale on staje obok taty, cichy i ma&#322;y.

Co jej jest?  szepcze.

Ma infekcj&#281;.

Umrze?

Podali jej antybiotyk.

Wi&#281;c wyzdrowieje?

Milczenie.

Nie tak mia&#322;o by&#263;. Nie tak nagle, jakbym wpad&#322;a pod samoch&#243;d. Bez tego dziwnego gor&#261;ca, bez tych wewn&#281;trznych ran. Bia&#322;aczka jest chorob&#261; post&#281;puj&#261;c&#261;. Mia&#322;am s&#322;abn&#261;&#263; stopniowo do chwili, a&#380; stan&#281; si&#281; zupe&#322;nie oboj&#281;tna.

A ja nie jestem oboj&#281;tna. Kiedy to si&#281; zmieni?

Staram si&#281; my&#347;le&#263; o prostych rzeczach  o gotowaniu ziemniakach, mleku. Jednak wci&#261;&#380; dr&#281;cz&#261; mnie straszne obrazy  wypalone drzewa, kurz. Obna&#380;ona ko&#347;&#263; szcz&#281;ki.

Chc&#281; powiedzie&#263; tacie, jak bardzo si&#281; boj&#281;, ale m&#243;wienie okazuje si&#281; wysi&#322;kiem r&#243;wnie du&#380;ym jak dla zdrowego cz&#322;owieka wydostanie si&#281; ze zbiornika pe&#322;nego ropy. Moje s&#322;owa wyp&#322;ywaj&#261; z jakiego&#347; ciemnego i &#347;liskiego miejsca.

Nie pozw&#243;l mi spa&#347;&#263;.

Trzymam ci&#281;.

Spadam.

Jestem tutaj. Trzymam ci&#281;.

Ale w jego oczach czai si&#281; lek, twarz skurczy&#322;a mu si&#281; jakby mia&#322; sto lat.



Rozdzia&#322; 33

Budz&#281; si&#281; w kwiatach. Wazony pe&#322;ne s&#261; tulipan&#243;w i go&#378;dzik&#243;w jak podczas &#347;lubu, gips&#243;wka pleni si&#281; przy &#322;&#243;&#380;ku.

Budz&#281; si&#281; przy tacie, kt&#243;ry wci&#261;&#380; trzyma moja r&#281;k&#281;.

Otaczaj&#261; mnie same wspania&#322;e rzeczy  kubek, krzes&#322;o. B&#322;&#281;kitne niebo za oknem.

Jeste&#347; spragniona?  pyta tata.  Poda&#263; ci co&#347; do picia?

Mam ochot&#281; na sok z mango. Du&#380;o soku. Tata podnosi poduszk&#281; i przytrzymuje szklank&#281;. Patrzy mi w oczy. Nabieram soku w usta, prze&#322;ykam. Czekam chwil&#281;, a&#380; z&#322;api&#281; oddech, i zn&#243;w podsuwa szklank&#281;. Potem ociera mi usta chusteczk&#261;.

Poisz mnie jak dziecko.

Kiwa g&#322;ow&#261;. &#321;zy nap&#322;ywaj&#261; mu do oczu.

Zasypiam. Budz&#281; si&#281; znowu. Tym razem umieram z g&#322;odu.

Jest szansa na lody?

Tata odk&#322;ada ksi&#261;&#380;k&#281; z u&#347;miechem.

Za minutk&#281;.  Nie ma tylko chwil&#281;, wraca z lodem truskawkowym. Owija patyk chusteczk&#261;, &#380;eby nie kapa&#322;o. Mog&#281; go wzi&#261;&#263; do r&#281;ki. L&#243;d jest przepyszny. Moje cia&#322;o rozpocz&#281;&#322;o proces naprawy. Nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e jeszcze to potrafi. Wiem, &#380;e nie umr&#281;, trzymaj&#261;c w reku truskawkowego loda na patyku.

Chyba b&#281;d&#281; mia&#322;a ochot&#281; na jeszcze jednego.

Tata m&#243;wi, &#380;e dostan&#281; ich pi&#281;&#263;dziesi&#261;t, je&#347;li zechc&#281;. Pewnie zapomnia&#322;, ze nie wolno mi je&#347;&#263; cukru ani nabia&#322;u.

Mam dla ciebie co&#347; jeszcze.  Grzebie w kieszeni i wyci&#261;ga magnes na lod&#243;wk&#281;. Jest w kszta&#322;cie serca, pomalowany na czerwono i nier&#243;wno poci&#261;gni&#281;ty lakierem.  Cal go zrobi&#322;. Kaza&#322; ci&#281; pozdrowi&#263;.

A mama?

Odwiedzi&#322;a ci&#281; kilka razy. By&#322;a&#347; bardzo s&#322;aba, Tesso. Musieli&#347;my ograniczy&#263; liczb&#281; wizyt.

Wi&#281;c Adam nie przyszed&#322;?

Jeszcze nie.

Oblizuje patyk, staraj&#261;c si&#281; wyssa&#263; troch&#281; wi&#281;cej smaku. Drewno drapie mnie w j&#281;zyk.

Przynie&#347;&#263; ci kolejnego loda?

Nie. Id&#378; ju&#380;.

Moja odpowied&#378; go zaskoczy&#322;a.

Dok&#261;d?

Odbierz Cala ze szko&#322;y i wybierzcie si&#281; do parku. Zagrajcie w pi&#322;k&#281;. Kup mu frytki, a potem wr&#243;&#263; i opowiedz mi o tym.

Tata wydaje si&#281; troch&#281; zdziwiony, ale si&#281; &#347;mieje.

Widz&#281;, &#380;e masz nastr&#243;j do &#347;wi&#281;towania.

Chc&#281;, &#380;eby&#347; zadzwoni&#322; do Adama. Powiedz mu, ze mo&#380;e dzisiaj do mnie przyj&#347;&#263;.

Co&#347; jeszcze?

Powiedz mamie, &#380;e chc&#281; dosta&#263; prezenty: drugi sok, mn&#243;stwo czasopism i nowy podk&#322;ad do makija&#380;u. Je&#347;li sobie nie radzi z ca&#322;&#261; t&#261; sytuacj&#261;, to niech mi przynajmniej co&#347; kupi.

Tata powesela&#322;. Bierze kurtk&#281; i zapisuje, jakich odcienie pudru i szminki u&#380;ywam. Zach&#281;ca mnie, &#380;ebym zastanowi&#322;a si&#281;, na co jeszcze mam ochot&#281;, wi&#281;c zamawiam jagodzianki, mleko czekoladowe i sze&#347;ciopak kremowych jajek. Ostatecznie zbli&#380;a si&#281; Wielkanoc.

Ca&#322;uje mnie trzy razy w czo&#322;o i m&#243;wi, &#380;e nied&#322;ugo wr&#243;ci.

Po jego wyj&#347;ciu ptak przysiada na parapecie. Jest zwyczajny, to nie s&#281;p ani feniks, lecz po prostu szpak. Wchodzi piel&#281;gniarka z czyst&#261; po&#347;ciel&#261;, nalewami wody do kubka. Pokazuj&#281; jej ptaka i &#380;artuj&#281;, &#380;e to zwiastun &#347;mierci. Przygryza wargi i ostrzega, &#380;ebym nie kusi&#322;a losu.

Ale szpak patrzy na mnie znacz&#261;co i unosi &#322;ebek.

Jeszcze nie teraz  szepcz&#281;.

Przychodzi lekarz.

Uda&#322;o nam si&#281; dobra&#263; odpowiedni antybiotyk  oznajmia.

Nareszcie By&#322;o troch&#281; strachu.

Naprawd&#281;?

Mam na my&#347;li ciebie. Tak silna infekcja mo&#380;e oszo&#322;omi&#263;.

Os&#322;uchuje mnie, a ja odczytuje jego nazwisko z plakietki. Doktor James Wilson. Jest mniej wi&#281;cej w wieku mojego taty, ale szczuplejszy, ma ciemne w&#322;osy, lekko &#322;ysieje nad czo&#322;em. Wydaje si&#281; by&#263; zm&#281;czony. Ogl&#261;da moje r&#281;ce, nogi i plecy, szukaj&#261;c &#347;lad&#243;w podsk&#243;rnego krwawienia. Potem siada na krze&#347;le przy &#322;&#243;&#380;ku i zapisuje co&#347; w karcie choroby.

Lekarze oczekuj&#261;, &#380;e b&#281;d&#281; uprzejma i wdzi&#281;czna. Dzi&#281;ki temu ich praca stanie si&#281; &#322;atwiejsza. Tymczasem nie mam ochoty zachowywa&#263; si&#281; taktownie.

Ile czasu mi zosta&#322;o?

Patrzy na mnie zaskoczony.

Mo&#380;e zaczekamy z t&#261; rozmow&#261; na twojego tat&#281;?

Po co?

Wsp&#243;lnie rozwa&#380;ymy dalsz&#261; terapi&#281;.

Przecie&#380; to ja jestem chora, nie on.

Wk&#322;ada d&#322;ugopis do kieszeni. Zaciska usta.

Nie chc&#281; si&#281; bawi&#263; w zgadywanie, Tesso. To nie pomaga.

Mnie pomo&#380;e.

Nie chodzi o to, &#380;e postanowi&#322;am by&#263; dzielna. Nie podejmuj&#281; postanowie&#324; noworocznych. Ale jestem pod&#322;&#261;czona do kropl&#243;wki i straci&#322;am mn&#243;stwo czasu na pobyt w szpitalu. Nagle dostrzegam wyra&#378;nie, co jest naprawd&#281; wa&#380;ne.

Moja najlepsza przyjaci&#243;&#322;ka urodzi dziecko za osiem tygodni i musz&#281; wiedzie&#263;, czy jeszcze je zobacz&#281;.

Krzy&#380;uje nogi i zaraz je rozk&#322;ada. Troch&#281; mi go &#380;al. Lekarze nie przechodz&#261; szkolenia w dziedzinie przekazywania pacjentom z&#322;ych wiadomo&#347;ci.

Gdybym przedstawi&#322; teraz nadmiernie optymistyczne prognozy, poczu&#322;aby&#347; si&#281; potem rozczarowana. Podobnie by&#322;oby, gdybym okaza&#322; si&#281; pesymist&#261;.

Nie szkodzi. Pan si&#281; w tym lepiej orientuje ni&#380; ja. Prosz&#281;, James.

Nawet piel&#281;gniarkom nie wolno zwraca&#263; si&#281; do lekarzy po imieniu i normalnie nigdy bym si&#281; na to nie o&#347;mieli&#322;a. Ale co&#347; si&#281; zmieni&#322;o. To moja &#347;mier&#263; i o niekt&#243;rych rzeczach musz&#281; wiedzie&#263;.

Nie pozw&#281; ci&#281;, je&#347;li si&#281; pomylisz.

Posy&#322;a mi blady u&#347;miech.

Uda&#322;o nam si&#281; zwalczy&#263; infekcj&#281; i czujesz si&#281; znacznie lepiej, lecz badanie krwi nie przynios&#322;o zadowalaj&#261;cych wynik&#243;w. Przeprowadzimy wi&#281;cej test&#243;w. Mo&#380;emy je om&#243;wi&#263;, gdy wr&#243;ci tw&#243;j ojciec.

Czy choroba zaatakowa&#322;a naczynia obwodowe?

Nie wiemy tego jeszcze na pewno, Tesso. Nie wola&#322;aby&#347; zaczeka&#263; z t&#261; rozmow&#261; na tat&#281;?

Po prostu powiedz.

Wzdycha g&#322;&#281;boko, jakby sam nie m&#243;g&#322; uwierzy&#263; w to, &#380;e mi ulega.

Tak, wykryli&#347;my chorob&#281; w naczyniach obwodowych. Bardzo mi przykro.

Wi&#281;c tak to wygl&#261;da. Toczy mnie rak, m&#243;j uk&#322;ad odporno&#347;ciowy przesta&#322; funkcjonowa&#263; i nie mog&#261; ju&#380; nic dla mnie zrobi&#263;. Sprawdzali to podczas cotygodniowych badaniach krwi. Sta&#322;o si&#281;.

Zawsze my&#347;la&#322;am, &#380;e nieodwo&#322;alna diagnoza b&#281;dzie jak cios w &#380;o&#322;&#261;dek  najpierw ostry b&#243;l, a potem ot&#281;pienie. Ale nic takiego nie czuj&#281;. Jestem ca&#322;kowicie skoncentrowana.

Tata ju&#380; wie?

Kiwa potakuj&#261;co g&#322;ow&#261;.

Zamierzali&#347;my powiedzie&#263; ci razem.

Co ze mn&#261; b&#281;dzie dalej?

Tw&#243;j uk&#322;ad odporno&#347;ciowy przesta&#322; funkcjonowa&#263;, Tesso. Masz ograniczone mo&#380;liwo&#347;ci. Mo&#380;emy nadal podawa&#263; ci krew, je&#347;li chcesz, ale poprawa potrwa kr&#243;tko. Gdy dostaniesz anemii zaraz po transfuzji, b&#281;dziemy musieli zrezygnowa&#263;.

I co wtedy?

Zrobimy wszystko, &#380;eby&#347; nie cierpia&#322;a, i zostawimy ci&#281; w spokoju.

Codzienne transfuzje nie wchodz&#261; w gr&#281;?

Nie.

Wi&#281;c nie prze&#380;uj&#281; o&#347;miu tygodni?

Doktor Wilson patrzy mi prosto w oczy.

B&#281;dziesz mia&#322;a du&#380;o szcz&#281;&#347;cia, je&#347;li ci si&#281; uda.

Wiem, &#380;e zosta&#322;y ze mnie sk&#243;ra i ko&#347;ci. Adam jest wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty.

Nie tak&#261; mnie zapami&#281;ta&#322;e&#347;, co?

Pochyla si&#281; i ca&#322;uje mnie w policzek.

Wygl&#261;dasz strasznie.

My&#347;l&#281;, &#380;e w&#322;a&#347;nie tego ba&#322; si&#281; najbardziej  udawa&#263; zainteresowanie, kiedy stan&#281; si&#281; brzydka i bezu&#380;yteczna.

Przyni&#243;s&#322; tulipany z ogrodu. Wk&#322;adam je do kubka z wod&#261;, podczas gdy on ogl&#261;da kartki z &#380;yczeniami. Rozmawiamy przez chwil&#281; o niczym  o tym, jak przyj&#281;&#322;y si&#281; ro&#347;liny, kt&#243;re kupi&#322; w sklepie ogrodniczym, o tym, &#380;e jego mama cz&#281;&#347;ciej wychodzi na dw&#243;r i cieszy si&#281; &#322;adn&#261; pogod&#261;. Adam wygl&#261;da przez okno i &#380;artuje sobie z tego, co widzi na parkingu.

Chc&#281;, &#380;eby&#347; zachowywa&#322; si&#281; naturalnie.

Marszczy brwi, jakby nie rozumia&#322;.

Nie udawaj, ze ci na mnie zale&#380;y. Nie potrzebuj&#281; lito&#347;ci.

Co to ma znaczy&#263;?

Nie znios&#281; udawania.

Nie udaj&#281;.

To nie twoja wina. Nie wiedzia&#322;e&#347;, &#380;e moja choroba jest tak powa&#380;na. A b&#281;dzie jeszcze gorzej.

Zastanawia si&#281; przez chwil&#281;, a potem zrzuca buty.

Co robisz?

Zachowuj&#281; si&#281; naturalnie.

Odchyla koc i k&#322;adzie si&#281; do &#322;&#243;&#380;ka obok mnie. Unosi mnie i obejmuje ramionami.

Kocham ci&#281;  szepcze gniewnie z ustami przy mojej szyi.  Czuj&#281; b&#243;l, jakiego nigdy dot&#261;d nie do&#347;wiadczy&#322;em, ale kocham ci&#281;. Nie masz prawa temu zaprzecza&#263;. Nie m&#243;w tak wi&#281;cej!

Le&#380;&#281; z g&#322;ow&#261; opart&#261; na d&#322;oni tu&#380; przy jego twarzy, a on przyciska si&#281; do mnie. Przychodzi mi na my&#347;l, &#380;e jest samotny.

Przepraszam.

I s&#322;usznie.

Nie patrzy na mnie. Chyba usi&#322;uje powstrzyma&#263; &#322;zy.

Zostaje ze mn&#261; ca&#322;e popo&#322;udnie. Ogl&#261;damy MTV, potem on czyta gazet&#281; pozostawion&#261; przez tat&#281;, a ja zapadam w drzemk&#281;. &#346;ni&#281; o nim, mimo &#380;e jest przy mnie. Brniemy razem przez &#347;nie&#380;ne zaspy, ale jest nam gor&#261;co i mamy na sobie stroje k&#261;pielowe. Idziemy pustymi alejami w&#347;r&#243;d marzn&#261;cych drzew, drog&#261;, kt&#243;ra wije si&#281; przed nami bez ko&#324;ca.

Kiedy si&#281; budz&#281;, zn&#243;w jestem g&#322;odna, wi&#281;c posy&#322;am Adama po lody truskawkowe. Zaczynam zanim t&#281;skni&#263; w tej samej chwili, gdy zamyka za sob&#261; drzwi. Czuj&#281; si&#281; tak, jakby ca&#322;y szpital opustosza&#322;. Jak to mo&#380;liwe? Zaciskam palce pod kocem i nie poruszam si&#281;, dop&#243;ki nie wr&#243;ci do &#322;&#243;&#380;ka.

Rozpakowuje loda i podaje mi. K&#322;ad&#281; go na stoliku.

Dotknij mnie.

Jest zmieszany.

L&#243;d ci si&#281; roztopi.

Prosz&#281;.

Jestem tutaj. Dotykam ci&#281;.

Przesuwam jego d&#322;o&#324; na moje piersi.

W ten spos&#243;b.

Nie, Tesso, nie chc&#281; ci sprawi&#263; b&#243;lu.

Nie sprawisz.

A je&#347;li wejdzie piel&#281;gniarka?

Zagrozimy, ze wylejemy na ni&#261; zawarto&#347;&#263; basenu.

Delikatnie ujmuje w s&#322;onie moje piersi.

Czy tak dobrze?

Dotyka mnie, jakbym by&#322;a bardzo cenna, jakby moje cia&#322;o wprawia&#322;o go w oszo&#322;omienie i zachwyt, nawet teraz, kiedy umiera. Oboje dr&#380;ymy pod wp&#322;ywem tej blisko&#347;ci.

Chc&#281; si&#281; kocha&#263;.

Jego r&#281;ka nieruchomieje.

Kiedy?

Po powrocie do domu. Ostatni raz, zanim umr&#281;. Obiecaj mi to.

Jego wzrok mnie przera&#380;a. Nigdy wcze&#347;niej tak nie patrzy&#322;. Tak g&#322;&#281;boko i prawdziwie, jakby widzia&#322; rzeczy, kt&#243;re inni mog&#261; sobie tylko wyobra&#380;a&#263;.

Obiecuj&#281;.



Rozdzia&#322; 34

Zmieniaj&#261; si&#281; przy mnie stra&#380;nicy. Tata przychodzi ka&#380;dego ranka, Adam popo&#322;udniami. Potem tata wraca wieczorem z Calem. Mama wpada nieregularnie, ale podczas drugiej wizyty znosi ca&#322;y zabieg transfuzji krwi.

Nadci&#261;gaj&#261; p&#322;ytki krwi i hemoglobina  oznajmi&#322;a, kiedy mnie pod&#322;&#261;czono do kropl&#243;wki.

Podoba mi si&#281; to, &#380;e potrafi znale&#378;&#263; w&#322;a&#347;ciwe s&#322;owa.

Jestem w szpitalu od dziesi&#281;ciu dni. Sp&#281;dzi&#322;am tu nawet &#347;wi&#281;ta wielkanocne. Marnuj&#281; zbyt wiele czasu.

Ka&#380;dej nocy le&#380;&#281; w &#322;&#243;&#380;ku i pragn&#281; Adama, jago n&#243;g splecionych z moimi, jego ciep&#322;a.

Chc&#281; wr&#243;ci&#263; do domu  m&#243;wi&#281; piel&#281;gniarce.

Jeszcze nie teraz.

Czuj&#281; si&#281; lepiej.

Ale nie dostatecznie dobrze.

Na co czekacie? Macie nadziej&#281;, &#380;e wr&#243;c&#281; do zdrowia?

S&#322;o&#324;ce zagl&#261;da do mojego pokoju ka&#380;dego ranka, gdy gasn&#261; uliczne latarnie. Chmury p&#281;dz&#261; po niebie, na parkingu przed szpitalem robi si&#281; ruch, kt&#243;ry dopiero pod wiecz&#243;r ustaje, potem s&#322;o&#324;ce znowu znika za horyzontem i kolejny dzie&#324; dobiega ko&#324;ca. Czas p&#281;dzi za siebie. Krew pulsuje.

Pakuj&#281; torb&#281; i si&#281; ubieram. Siadam na &#322;&#243;&#380;ku i staram si&#281; przybra&#263; dziarsk&#261; min&#281;. Czekam na Jamesa.

Chc&#281; wr&#243;ci&#263; do domu  oznajmiam, kiedy przegl&#261;da kart&#281; choroby.

Kiwa g&#322;ow&#261;, jakby si&#281; tego spodziewa&#322;.

Jeste&#347; pewna?

Ca&#322;kowicie. Brakuje mi powietrza.  Wskazuj&#281; okno, na wypadek gdyby by&#322; zbyt zaj&#281;ty, &#380;eby zauwa&#380;y&#263; &#322;agodne &#347;wiat&#322;o i chmury na b&#322;&#281;kitnym niebie.

Musisz przestrzega&#263; okre&#347;lonych procedur, &#380;eby utrzyma&#263; wyniki krwi na tym samym poziomie, Tesso.

A nie da si&#281; tego robi&#263; w domu?

Patrzy na mnie z powag&#261;.

Istnieje powa&#380;na r&#243;&#380;nica mi&#281;dzy &#380;yciem, kt&#243;re zostawi&#322;a&#347;, a tym obecnym, wymagaj&#261;cym zabieg&#243;w medycznych. Tylko ty mo&#380;esz podj&#261;&#263; decyzj&#281;. Masz ju&#380; do&#347;&#263;?

Widz&#281; w my&#347;lach nasz dom, kolory dywan&#243;w i zas&#322;on, ustawienie mebli. Droga, kt&#243;r&#261; lubi&#281; szczeg&#243;lnie, prowadzi z mojego pokoju po schodach, przez kuchni&#281;, a&#380; do ogrodu. Chc&#281; posiedzie&#263; w fotelu na trawie.

Efekty ostatniej transfuzji utrzyma&#322;y si&#281; zaledwie trzy dni.

Kiwa g&#322;ow&#261; ze wsp&#243;&#322;czuciem.

Wiem, przykro mi.

Dzi&#347; rano zn&#243;w podawano mi krew. Jak d&#322;ugo to jeszcze potrwa?

Wzdycha.

Nie wiem.

Wyg&#322;adzam prze&#347;cierad&#322;o na &#322;&#243;&#380;ku.

Chc&#281; wr&#243;ci&#263; do domu.

Pozw&#243;l, &#380;e porozmawiam najpierw z pracownikami socjalnymi w twojej okolicy. Je&#347;li zagwarantuj&#261;, &#380;e b&#281;d&#261; ci&#281; codziennie odwiedza&#263;, mo&#380;emy rozwa&#380;y&#263; takie rozwi&#261;zanie.  Odwiesza kart&#281; choroby na por&#281;cz &#322;&#243;&#380;ka.  Zadzwoni&#281; do nich i wr&#243;c&#281;, kiedy pojawi si&#281; tw&#243;j tata.

Po jego wyj&#347;ciu licz&#281; do stu. Mucha idzie po stoliku. Wyci&#261;gam palec, &#380;eby dotkn&#261;&#263; jej delikatnych skrzyde&#322;ek. Wyczuwa moje zamiary, o&#380;ywia si&#281; i wznosi w powietrze zygzakowatym ruchem. Znajduje si&#281; w moim zasi&#281;giem.

Wk&#322;adam p&#322;aszcz, owijam szyj&#281; szalikiem i bior&#281; torb&#281;. Piel&#281;gniarka nie widzi, jak mijam jej biurko i wsiadam do windy.

Na parterze pisz&#281; SMS-a do Adama: CZY PAMIETASZ O SWOJEJ OBIETNICY?

Umr&#281; tak, jak chc&#281;. To moja choroba, moja &#347;mier&#263; i m&#243;j wyb&#243;r.

To w&#322;a&#347;nie oznacza s&#322;owo tak.

Ogromn&#261; przyjemno&#347;&#263; sprawia mi chodzenie, stawianie jednej stopy przed drug&#261; wzd&#322;u&#380; &#380;&#243;&#322;tych linii wymalowanych na pod&#322;odze korytarza i prowadz&#261;cych a&#380; do izby przyj&#281;&#263;. Wspaniale patrze&#263; na zewn&#281;trzne drzwi obrotowe  zanim wyjd&#281;, czekam, a&#380; min&#261; mnie dwa razy po to, by odda&#263; ho&#322;d ich genialnemu konstruktorowi. Jak przyjemny jest powiew &#347;wie&#380;ego powietrza. Wita mnie s&#322;odki, rze&#347;ki, wstrz&#261;saj&#261;cy swym pi&#281;knem &#347;wiat.

Przed wyj&#347;ciem ze szpitala le&#380;y kiosk. Kupuj&#281; mleczn&#261; czekolad&#281; i paczk&#281; gumy do &#380;ucia. Kobieta za lad&#261; dziwnie mi si&#281; przygl&#261;da, kiedy p&#322;ac&#281;. Przychodzi mi do g&#322;owy my&#347;l, &#380;e mog&#281; &#347;wieci&#263; po tych wszystkich zabiegach i niekt&#243;rzy to widz&#261;. Ka&#380;dy m&#243;j ruch wywo&#322;uje b&#322;ysk neonu.

Id&#281; powoli w kierunku taks&#243;wek i ciesz&#281; si&#281; z widoku wszystkiego, co mnie otacza  kamery zawieszonej na s&#322;upie latarni i ko&#322;ysz&#261;cej si&#281; wok&#243;&#322; w&#322;asnej osi, ludzi rozmawiaj&#261;cych przez telefony kom&#243;rkowe. Szpital rozmywa si&#281; za moimi plecami, kiedy szepcz&#281; do niego s&#322;owa po&#380;egnania, cienie rzucane przez drzewa padaj&#261; na jego okna.

Mija mnie dziewczyna id&#261;ca rozko&#322;ysanym krokiem, postukuje wysokimi obcasami; czuj&#281; zapach pieczonego kurczaka, musia&#322;a go w&#322;a&#347;nie zje&#347;&#263; i teraz oblizuje palce do czysta. Jaki&#347; m&#281;&#380;czyzna nios&#261;cy na r&#281;kach p&#322;acz&#261;ce dziecko krzyczy do s&#322;uchawki:

Nie! Nie mog&#281; przynie&#347;&#263; ziemniak&#243;w!

Tworzymy pewne wzory, pojawiamy si&#281; w&#380;yciu innych tylko na chwil&#281;. Czasem my&#347;l&#281;, &#380;e jestem jedyn&#261; osob&#261;, kt&#243;ra to dostrzega.

Cz&#281;stuj&#281; kierowc&#281; taks&#243;wki czekolad&#261;, kiedy w&#322;&#261;czamy si&#281; w ruch uliczny. M&#243;wi, &#380;e ma dzisiaj podw&#243;jn&#261; zmian&#281; i &#380;e na jezdni jest zbyt wiele samochod&#243;w jak na jego gust. Rozpaczliwie macha w ich kierunku, kiedy przeje&#380;d&#380;amy mozolnie przez centrum.

Kiedy to si&#281; sko&#324;czy?  pyta.

Proponuj&#281; mu gum&#281; na popraw&#281; humoru. Zn&#243;w pisz&#281; SMS-a do Adama: PAMI&#280;TAJ O OBIETNICY.

Pogoda si&#281; zmienia, s&#322;o&#324;ce chowa si&#281; za chmurami. Zimne kwietniowe powietrze wnika w moje p&#322;uca.

Taks&#243;wkarz b&#281;bni palcami w kierownic&#281;.

Utkn&#281;li&#347;my!

Podoba mi si&#281; i korek, i ruch na ulicy, g&#322;&#281;bokie buczenie silnika autobusu, nagl&#261;cy klakson karetki jad&#261;cej gdzie&#347; w oddali. Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e suniemy tak wolno przez High Street. Dostrzegam jaj wielkanocne, kt&#243;rych nie wykupiono, na wystawie kiosku, niedopa&#322;ki papieros&#243;w zamiecione w kupk&#281; przed barem z kurczakami. Widz&#281; dzieci nios&#261;ce w ramionach niesamowite przedmioty  nied&#378;wiedzia polarnego, o&#347;miornic&#281;. A pod ko&#322;ami w&#243;zka stoj&#261;cego przed sklepem Mothercare dostrzegam litery tworz&#261;ce moje imi&#281;, nieco ju&#380; zatarte, ale wci&#261;&#380; widoczne na chodniku, rozpo&#347;cieraj&#261;ce si&#281; a&#380; do banku.

Dzwoni&#281; do Adama. Nie odbiera, wi&#281;c wysy&#322;am mu kolejn&#261; wiadomo&#347;&#263;: PRAGN&#280; CI&#280; To proste.

Na skrzy&#380;owaniu stoi karetka z otwartymi drzwiami, rzuca na drog&#281; b&#322;&#281;kitne &#347;wiat&#322;a. Docieraj&#261; one nawet do chmur wisz&#261;cych nisko nad nami. Jaka&#347; kobieta le&#380;y na jezdni przykryta kocem.

Widzisz  pyta kierowca.

Wszyscy si&#281; przygl&#261;daj&#261;  pasa&#380;erowie samochod&#243;w, urz&#281;dnicy, kt&#243;rzy wyszli na lunch. Kobieta ma zakryt&#261; twarz, ale spod koca wystaj&#261; jej nogi w rajstopach; jej buty s&#261; u&#322;o&#380;one pod nienaturalnym k&#261;tem. Obok znajduje si&#281; ka&#322;u&#380;a krwi czarnej jak deszcz.

Kierowca zerka na mnie w lusterku.

Robi wra&#380;enie, co?

Tak. Wszystko jest takie namacalne. Istnienie i popadanie w niebyt.

Odnosz&#281; wra&#380;enie, &#380;e w palcach moich n&#243;g gromadzi si&#281; &#380;ywica i p&#322;ynie w g&#243;r&#281; a&#380; do goleni. Pukam do drzwi Adama.

Sally wygl&#261;da. Czuj&#281; przyp&#322;yw mi&#322;o&#347;ci do niej.

Czy jest Adam?

Nie powinna&#347; by&#263; w szpitalu?

Ju&#380; nie.

Wygl&#261;da na zdezorientowan&#261;.

Nie wspomnia&#322;, &#380;e maj&#261; ci&#281; wypisa&#263;.

Niespodzianka.

Jeszcze jedna.  Wzdycha. Otwiera drzwi szerzej i spogl&#261;da na zegarek.

Nie wr&#243;ci przed pi&#261;t&#261;.

Pi&#261;t&#261;?

Marszczy brwi.

Dobrze si&#281; czujesz?

Nie. Nie mog&#281; czeka&#263; do pi&#261;tej. Wtedy dopadnie mnie ju&#380; anemia.

Gdzie on jest?

Pojecha&#322; poci&#261;giem do Nottingham na uniwersytet. Zgodzili si&#281; z nim porozmawia&#263;.

O czym?

Chce zacz&#261;&#263; studia od wrze&#347;nia.

Ogr&#243;d wiruje mi przed oczami.

Jeste&#347; tak samo zaskoczona jak ja.

Zasypia&#322;am w jego ramionach w szpitalu.

Dotknij mnie  powiedzia&#322;a i on mnie dotkn&#261;&#322;.

Kocham ci&#281;  powtarza&#322;.  Nie masz prawa temu zaprzecza&#263;.

Obieca&#322; mi.

Zaczyna pada&#263;, kiedy odchodz&#281; od drzwi. Pi&#281;kny srebrny deszcz osiada na ziemi niczym paj&#281;czyna.



Rozdzia&#322; 35

Zdejmuj&#281; jedwabn&#261; sukienk&#281; zwieszaka i wycinam otwarte usta poni&#380;ej talii. No&#380;yczki s&#261; tak ostre, &#380;e przychodzi mi to bez trudu, jakbym metalem przenika&#322;a przez wod&#281;. B&#322;&#281;kitna, obcis&#322;a kiecka zostaje rozci&#281;ta na ukos na wysoko&#347;ci piersi. Uk&#322;adam rzeczy obok siebie na &#322;&#243;&#380;ku jak chore przyjaci&#243;&#322;ki i g&#322;aszcz&#281; je.

Nie pomaga.

Idiotyczne d&#380;insy, kt&#243;re kupi&#322;am razem z Calem, i tak nigdy na mnie nie pasowa&#322;y, wi&#281;c odcinam nogawki na wysoko&#347;ci kolan. Obrywam kieszenie od dresowych spodni, robi&#281; dziury w bluzkach i rzucam to wszystko obok sukienek.

D&#322;ugo nie mog&#281; si&#281; upora&#263; z rozerwaniem but&#243;w. Bol&#261; mnie ramiona i zaczynam charcze&#263;. Ale dzi&#347; rano mia&#322;am transfuzj&#281;, w moich &#380;y&#322;ach p&#322;ynie cudza krew, wi&#281;c nie przerywam. Rozcinam buty wzd&#322;u&#380;. Powstaj&#261; dwie wielkie rany.

Chc&#281; by&#263; pusta. Pragn&#281; &#380;y&#263; sobie gdzie&#347; ca&#322;kiem zdrowa.

Otwieram okno i wyrzucam buty. L&#261;duj&#261; na trawniku.

Szare chmury wisz&#261; nisko na niebie. M&#380;y.

Moknie szopa. Trawa te&#380; wch&#322;ania krople deszczu. Grill na k&#243;&#322;kach rdzewieje.

Wyci&#261;gam z szafy wszystkie ubrania. &#346;wiszcze mi w p&#322;ucach, ale nie przerywam. Dr&#281; p&#322;aszcze na strz&#281;py, guziki spadaj&#261; na pod&#322;og&#281;. Rw&#281; swetry. Rozszarpuje spodnie, jedne po drugich. Ustawiam buty na parapecie i obcinam j&#281;zyki.

Dobrze. Czuj&#281;, &#380;e &#380;yj&#281;.

Zbieram sukienki z &#322;&#243;&#380;ka i wyrzucam przez okno razem z butami. Wielki t&#322;umok opada na patio i le&#380;y na deszczu.

Ogl&#261;dam kom&#243;rk&#281;. Brak wiadomo&#347;ci. Brak nieodebranych po&#322;&#261;cze&#324;.

Nienawidz&#281; tego pokoju. Wszystko w nim przypomina mi o czym&#347; innym. Miseczka z chi&#324;skiej porcelany z St. Ives. Br&#261;zowy gliniany s&#322;&#243;j, w kt&#243;rym mama trzyma&#322;a herbatniki. Figurka &#347;pi&#261;cego psa z pantoflem, stoj&#261;ca kiedy&#347; na kominku babci. Zielone jab&#322;ko ze szk&#322;a. Wszystko l&#261;duje na trawie opr&#243;cz psa, kt&#243;ry rozbija si&#281; o p&#322;ot.

Zrzucam ksi&#261;&#380;ki z p&#243;&#322;ki. Otwieraj&#261; si&#281; w locie. Kartki opadaj&#261; na pod&#322;og&#281; niczym egzotyczne ptaki. P&#322;yty CD i DVD szybuj&#261; nad ogrodzeniem jak ringo. Adam b&#281;dzie m&#243;g&#322; je puszcza&#263; swoim nowym przyjacio&#322;om z uniwersytetu, kiedy umr&#281;.

Ko&#322;dra, prze&#347;cierad&#322;o, koce  wszystko trafia za okno. Fiolki z lekarstwami i pude&#322;ka stoj&#261;ce na nocnym stoliku, strzykawki, ma&#347;&#263; diprobase, krem nawil&#380;aj&#261;cy. Szkatu&#322;ka z bi&#380;uteri&#261;.

Rozcinam sakiewk&#281; i rozsypuj&#281; na pod&#322;odze plastikowe kulki, pusty woreczek l&#261;duje na trawie. Ogr&#243;d si&#281; zape&#322;nia. Rosn&#261; sterty przedmiot&#243;w. Na drzewie wisz&#261; spodnie. W winoro&#347;li zapl&#261;ta&#322;y si&#281; ksi&#261;&#380;ki. Sam&#261; siebie wyrzuc&#281; p&#243;&#378;niej i zapuszcz&#281; korzenie w tym zacienionym miejscu obok szopy.

Nadal brak wiadomo&#347;ci od Adama. Telefon znika za p&#322;otem.

Telewizor jest ci&#281;&#380;ki jak samoch&#243;d. &#321;upie mnie w plecach. Czuje palenie w nogach. Taszcz&#281; go i przesuwam po dywanie. Brakuje mi tchu, musz&#281; zrobi&#263; sobie przerw&#281;. Pok&#243;j si&#281; przechyla. Oddychaj. Oddychaj. Dasz rad&#281;. Musisz wyrzuci&#263; wszystko.

Ustawiam telewizor na parapecie i wypycham go za okno.

L&#261;duje ze strasznym hukiem, wybucha, strzelaj&#261;c kawa&#322;kami szk&#322;a i plastiku.

Koniec. Upora&#322;am si&#281; ze wszystkim.

Wpada tata. Przystaje na chwil&#281; z otwartymi ustami.

Ty potworze  szepcze.

Musz&#281; zatka&#263; uszy.

Podchodzi i obejmuje mnie ramionami. Pachnie zat&#281;ch&#322;ym tytoniem.

Chcesz mnie zostawi&#263; z niczym?

Nikogo nie by&#322;o w domu!

Wi&#281;c postanowi&#322;a&#347; wszystko zniszczy&#263;?

Gdzie poszed&#322;e&#347;?

Do sklepu. Potem pojecha&#322;em do szpitala, ale ciebie tam nie by&#322;o. Wszyscy wpadli w panik&#281;.

G&#243;wno mnie to obchodzi, tato!

Za to mnie obchodzi! B&#281;dziesz kompletnie wyczerpana!

To moje cia&#322;o. Mog&#281; robi&#263;, co zechc&#281;.

Wi&#281;c ono tak&#380;e przesta&#322;o ci&#281; ju&#380; obchodzi&#263;?

Mam go do&#347;&#263;! Mam do&#347;&#263; lekarzy, igie&#322;, bada&#324; i transfuzji. Rzyga&#263; mi si&#281; chce na my&#347;l, &#380;e jestem przykuta do &#322;&#243;&#380;ka i tak mija dzie&#324; za dniem, a wy macie swoje &#380;ycie. Nie mog&#281; tego znie&#347;&#263;! Nienawidz&#281; was wszystkich! Wiedzia&#322;e&#347;, &#380;e Adam wybiera si&#281; na uniwersytet? Ma przed sob&#261; d&#322;ugie lata &#347;wietlanej przysz&#322;o&#347;ci, a ja ju&#380; za par&#281; tygodni b&#281;d&#281; gryz&#322;a ziemi&#281;!

Tata p&#322;acze. Siada ci&#281;&#380;ko na &#322;&#243;&#380;ku, chowa g&#322;ow&#281; w d&#322;oniach i &#322;ka. Nie wiem co robi&#263;. Dlaczego nagle okazuje si&#281; s&#322;abszy ode mnie? Siadam obok i k&#322;ad&#281; r&#281;k&#281; na jego kolanie.

Nie wr&#243;c&#281; do szpitala, tato.

Wyciera nos w r&#281;kaw koszuli i patrzy na mnie. Wygl&#261;da zupe&#322;nie jak Cal.

Naprawd&#281; masz ju&#380; do&#347;&#263;?

Naprawd&#281;.

Obejmuj&#281; go jedna r&#281;k&#261;, a on k&#322;adzie g&#322;ow&#281; na moim ramieniu. G&#322;aszcz&#281; go po w&#322;osach. Czuje si&#281; tak, jakby&#347;my p&#322;yn&#281;li &#322;odzi&#261;. Przez otwarte okno wpada bryza. Siedzimy tak ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;.

Kto wie, mo&#380;e wcale nie umr&#281;, je&#347;li zostan&#281; w domu.

By&#322;oby cudownie.

Zdam egzaminy i pojad&#281; na uniwersytet.

Wzdycha, rozci&#261;ga si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku i zamyka oczy.

Dobry pomys&#322;.

Dostan&#281; prac&#281; i mo&#380;e kiedy&#347; b&#281;d&#281; mia&#322;a dzieci: Chestera, Merlina i Daisy.

Tata otwiera na chwil&#281; jedno oko.

Niech mi B&#243;g dopomo&#380;e!

Zostaniesz dziadkiem. B&#281;dziemy ci&#281; cz&#281;sto odwiedza&#263;. Przez ca&#322;e lata, a&#380; sko&#324;czysz dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;tk&#281;.

A potem co? Przestaniecie mnie odwiedza&#263;?

A potem umrzesz. Przede mn&#261;. Tak jak powinno by&#263;.

Nie odzywa si&#281;. Zmierzch powoli s&#261;czy si&#281; przez okno i cienie okrywaj&#261; jego ramiona. Tata powoli znika.

Wyprowadzisz si&#281; z tego domu i zamieszkasz w mniejszym, nad brzegiem morza. B&#281;d&#281; mia&#322;a do niego klucze. Kt&#243;rego&#347; dnia otworz&#281; drzwi, tak jak zwykle, ale zas&#322;ony zastane rozsuni&#281;te, a na wycieraczce ujrz&#281; poczt&#281;. P&#243;jd&#281; na g&#243;r&#281; do twojej sypialni. Poczuj&#281; ogromn&#261; ulg&#281;, kiedy zobacz&#281; ci&#281; le&#380;&#261;cego spokojnie na &#322;&#243;&#380;ku, i wybuchn&#281; g&#322;o&#347;nym &#347;miechem. Rozsun&#281; zas&#322;ony, a wtedy zauwa&#380;&#281;, &#380;e masz posinia&#322;e usta. Dotkn&#281; twojego policzka. B&#281;dzie zimny. Tak jaki r&#281;ce. Zaczn&#281; wo&#322;a&#263; ci&#281; po imieniu, ale ty nie us&#322;yszysz i nie otworzysz oczu.

Tata siada. Znowu p&#322;acze. Obejmuj&#281; go i klepi&#281; po plecach.

Przepraszam. Wystraszy&#322;am ci&#281;?

Nie, nie.  Odsuwa si&#281; i przeciera oczy.  Lepiej p&#243;jd&#281; posprz&#261;ta&#263;, zanim zrobi si&#281; ciemno. Mog&#281; zostawi&#263; ci&#281; teraz sam&#261;?

Jasne.

Obserwuj&#281; go z okna. Rozpada&#322;o si&#281; na dobre, wi&#281;c wk&#322;ada kalosze oraz nieprzemakaln&#261; kurtk&#281;. Idzie do szopy po miot&#322;&#281; i taczk&#281;. Wk&#322;ada r&#281;kawice ogrodowe. Podnosi telewizor. Zmiata kawa&#322;ki szk&#322;a. Bierze karton i uk&#322;ada w nim ksi&#261;&#380;ki. Zbiera nawet lu&#378;ne kartki, kt&#243;re dygocz&#261; na p&#322;ocie.

Pojawia si&#281; Cal w szkolnym mundurku, z tornistrem i rowerem. Wygl&#261;da zdrowo i normalnie. Tata podchodzi do niego i przytula go na powitanie.

Cal rzuca rower i pomaga mu sprz&#261;ta&#263;. Wygl&#261;da jak poszukiwacz skarb&#243;w, kiedy podnosi kolejno pier&#347;cionki i ogl&#261;da je pod &#347;wiat&#322;o. Znajduje srebrny naszyjnik, kt&#243;ry dosta&#322;am na ostatnie urodziny, i bransoletk&#281; z bursztyn&#243;w. Potem wygrzebuje jakie&#347; &#347;mieszne przedmioty  &#347;limaka, pi&#243;rko, kamyk. Odkrywa b&#322;otnist&#261; ka&#322;u&#380;e i w&#322;azi w ni&#261; obiema nogami. Tata si&#281; &#347;mieje. Opiera si&#281; na miotle i g&#322;o&#347;no chichocze. Cal mu wt&#243;ruje.

Deszcz b&#281;bni mi&#281;kko o szyb&#281;, przes&#322;aniaj&#261;c mi widok; ich sylwetki si&#281; rozmywaj&#261;.



Rozdzia&#322; 36

Zamierza&#322;e&#347; mi o tym powiedzie&#263;?

Adam patrzy na mnie ponuro, siedz&#261;c na kraw&#281;dzi krzes&#322;a.

By&#322;o mi trudno.

To znaczy, &#380;e nie zamierza&#322;e&#347;.

Wzrusza ramionami.

Pr&#243;bowa&#322;em kilka razy. Ale czu&#322;em, &#380;e to jest nie w porz&#261;dku, jakbym nie mia&#322; prawa do &#380;ycia.

Pochylam si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku.

Tylko nie u&#380;alaj si&#281; nad sob&#261;, bo i tak znajdujesz si&#281; w lepszej sytuacji.

Wcale nie.

Gdyby&#347; chcia&#322; umrze&#263; razem ze mn&#261;, mam plan. Wybierzemy si&#281; na przeja&#380;d&#380;k&#281; motorem. Wystarczy, &#380;e przyspieszysz na ostrym zakr&#281;cie, gdy z naprzeciwka nadjedzie samoch&#243;d, i gotowe. B&#281;dzie mn&#243;stwo krwi, wsp&#243;lny pogrzeb i nasze ko&#347;ci zostan&#261; z&#322;&#261;czone na wieki. Podoba ci si&#281;?

Na jego twarzy maluje si&#281; takie przera&#380;enie, &#380;e wybucham &#347;miechem. Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym w&#322;a&#347;nie wysz&#322;a z g&#281;stej mg&#322;y albo jakby s&#322;o&#324;ce nagle zajrza&#322;o do pokoju.

Zapomnijmy o tym. Po prostu dowiedzia&#322;am si&#281; nie w por&#281;.

Wyrzuci&#322;a&#347; wszystko przez okno!

Nie mia&#322;e&#347; z tym nic wsp&#243;lnego.

Opiera g&#322;ow&#281; na krze&#347;le i zamyka oczy.

Nie.

Tata powiedzia&#322; mu, &#380;e nie wr&#243;c&#281; do szpitala. Wszyscy ju&#380; wiedz&#261;. Philippa przyjdzie rano, &#380;eby om&#243;wi&#263; dalsze post&#281;powanie, ale nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby mia&#322;o ono co&#347; zmieni&#263;. Dzisiejsza transfuzja ju&#380; nie jest wstanie mi pom&#243;c.

Jak by&#322;o na uniwersytecie?

Wzrusza ramionami.

Wielki kompleks, mn&#243;stwo budynk&#243;w. Zgubi&#322;em si&#281;.

Ale cieszy si&#281; namy&#347;l o rozpocz&#281;ciu studi&#243;w. Widz&#281; to w jego oczach. Wsiad&#322; do poci&#261;gu i pojecha&#322; do Nottingham. Tyle miejsc zobaczy beze mnie.

Spotka&#322;e&#347; jakie&#347; dziewczyny?

Nie!

Czy nie po to ludzie id&#261; na uniwersytet? &#379;eby kogo&#347; pozna&#263;?

Wstaje z krzes&#322;a i siada na kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka. Patrzy na mnie bardzo powa&#380;nie.

Wybieram si&#281; na studia dzi&#281;ki tobie. Zanim ci&#281; pozna&#322;em, &#380;ycie wydawa&#322;o mi si&#281; pozbawione sensu. Wyjad&#281;, bo nie chc&#281; tu zosta&#263;, kiedy ciebie nie b&#281;dzie. Nie chc&#281; mieszka&#263; z mam&#261; i &#380;y&#263; tak, jak do tej pory. Gdyby nie ty, nie zdecydowa&#322;bym si&#281; na to Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e zapomnisz o mnie do ko&#324;ca pierwszego semestru.

Nie zapomn&#281;.

Tak ju&#380; jest.

Przesta&#324;! Czy musz&#281; zrobi&#263; co&#347; szalonego, &#380;eby&#347; mi wreszcie uwierzy&#322;a?

Tak.

U&#347;miecha si&#281;.

Co proponujesz?

Spe&#322;nij obietnic&#281;.

Wyci&#261;ga r&#281;k&#281;, &#380;eby unie&#347;&#263; ko&#322;dr&#281;, ale powstrzymuj&#281; go.

Najpierw zga&#347; &#347;wiat&#322;o.

Dlaczego? Chc&#281; ci&#281; widzie&#263;.

Zosta&#322;y ze mnie tylko ko&#347;ci. Prosz&#281;.

Wzdycha, gasi g&#243;rne &#347;wiat&#322;o i siada na &#322;&#243;&#380;ku. Chyba go wystraszy&#322;am, bo nie pr&#243;buje si&#281; zbli&#380;y&#263;, tylko g&#322;adzi mnie przez ko&#322;dr&#281; po nodze, od biodra do kostki, i po drugiej. Jego r&#281;ce s&#261; takie pewne. Wygl&#261;da to tak, jakby stroi&#322; instrument.

M&#243;g&#322;bym sp&#281;dza&#263; ca&#322;e godziny przy ka&#380;dym fragmencie twojego cia&#322;a  m&#243;wi i &#347;mieje si&#281;, pr&#243;buj&#261;c w ten spos&#243;b ukry&#263; zmieszanie.  Jeste&#347; niesamowita!

Pod jego d&#322;o&#324;mi. To jego palce nadaj&#261; kszta&#322;t mojemu cia&#322;u.

Mog&#281; ci&#281; tak dotyka&#263;?

Kiwam g&#322;ow&#261;, a on zsuwa si&#281; z &#322;&#243;&#380;ka, kl&#281;ka na dywanie i ujmuje w d&#322;onie moje stopy, rozgrzewaj&#261;c je przez skarpetki.

Masuje mnie tak d&#322;ugo, &#380;e prawie usypiam, ale budz&#281; si&#281;, kiedy zdejmuje mi skarpetki, unosi moje stopy na wysoko&#347;&#263; ust i ca&#322;uje. Oblizuje ka&#380;dy palec z osobna. Leciutko k&#261;sa pi&#281;ty. Wodzi po nich j&#281;zykiem.

My&#347;la&#322;am, &#380;e moje cia&#322;o nie potrafi ju&#380; zdoby&#263; si&#281; na nami&#281;tno&#347;&#263;, wykrzesa&#263; z siebie pragnienia, kt&#243;re ogarnia&#322;o mnie dawniej w obecno&#347;ci Adama. Jestem zdziwiona, gdy to przychodzi. Wiem, &#380;e on czuje to samo. Zdejmuje koszulk&#281; i zrzuca buty. Patrzymy na siebie, kiedy rozpina d&#380;insy.

Jest niesko&#324;czenie pi&#281;kny  ostrzy&#380;onymi w&#322;osami, kr&#243;tszymi ni&#380; moje, lini&#261; plec&#243;w wygi&#281;tych w &#322;uk, kt&#243;r&#261; podziwiam, kiedy zdejmuje spodnie, z mi&#281;&#347;niami wykszta&#322;conymi dzi&#281;ki pracy w ogrodzie.

Wejd&#378; do &#322;&#243;&#380;ka  m&#243;wi&#281;.

W pokoju jest ciep&#322;o, kaloryfery s&#261; rozkr&#281;cone do granic mo&#380;liwo&#347;ci, a mimo to dygocz&#281; z zimna, gdy unosi ko&#322;dr&#281; i k&#322;adzie si&#281; obok. Jest ostro&#380;ny, nie chce mnie przygnie&#347;&#263; swoim ci&#281;&#380;arem. Opiera si&#281; na &#322;okciu i ca&#322;uje delikatnie w usta.

Nie b&#243;j si&#281; mnie, Adamie.

Nie boj&#281; si&#281;.

Ale to m&#243;j j&#281;zyk odnajduje jego. To ja naprowadzam jego r&#281;k&#281; na swoje piersi i zach&#281;cam go, &#380;eby rozpi&#261;&#322; mi guzik.

Wydaje gard&#322;owy, g&#322;&#281;boki j&#281;k, kiedy ca&#322;uje mnie coraz ni&#380;ej. Ujmuj&#281; w d&#322;onie jego g&#322;ow&#281;. G&#322;aszcz&#281; go po w&#322;osach, gdy delikatnie ssie moje sutki, tak jak mog&#322;oby to robi&#263; niemowl&#281;.

Bardzo za tob&#261; t&#281;skni&#322;am.

Przesuwa r&#281;k&#281; po moim ciele do talii, brzucha i ud. Za d&#322;oni&#261; pod&#261;&#380;aj&#261; poca&#322;unki, coraz ni&#380;ej i ni&#380;ej, a&#380; jego g&#322;owa znajduje si&#281; mi&#281;dzy moimi nogami. Wtedy patrzy na mnie, pytaj&#261;c wzrokiem o pozwolenie.

Wstrz&#261;sa mn&#261; my&#347;l o tym, &#380;e m&#243;g&#322;by mnie tak poca&#322;owa&#263;.

Jego g&#322;owa le&#380;y w cieniu, ramiona znajduj&#261; si&#281; pod moimi nogami. Czuj&#281; ciep&#322;y oddech na udach. Zaczyna bardzo powoli.

Gdybym potrafi&#322;a wierzga&#263; jak zwierz&#281;, wierzga&#322;abym. Gdybym umia&#322;a wy&#263; do ksi&#281;&#380;yca, zawy&#322;abym. Tylko w ten spos&#243;b mog&#322;abym wyrazi&#263; uczucie, kt&#243;re mn&#261; zaw&#322;adn&#281;&#322;o. A kiedy ju&#380; pomy&#347;la&#322;am, &#380;e jest po wszystkim, moje cia&#322;o zasn&#281;&#322;o. Wi&#281;cej nie prze&#380;yj&#281; takiej rozkoszy.

Dost&#261;pi&#322;am &#322;aski.

Chod&#378; tutaj. Podejd&#378; do mnie.

Widz&#281; niepok&#243;j w jego oczach.

Wszystko w porz&#261;dku?

Sk&#261;d wiedzia&#322;e&#347;, jak to si&#281; robi?

Podoba&#322;o ci si&#281;?

By&#322;am zachwycona!

U&#347;miecha si&#281;, wyra&#378;nie zadowolony.

Widzia&#322;em to kiedy&#347; na filmie.

A ty? Nie zadba&#322;e&#347; o siebie?

Wzrusza ramionami.

Nie szkodzi, jeste&#347; zm&#281;czona. Nie musimy robi&#263; nic wi&#281;cej.

M&#243;g&#322;by&#347; sam si&#281; sob&#261; zaj&#261;&#263;.

Przy tobie?

Patrzy&#322;abym na ciebie?

Rumieni si&#281;.

Serio?

Dlaczego nie? B&#281;d&#281; potrzebowa&#322;a wspomnie&#324;.

U&#347;miecha si&#281; nie&#347;mia&#322;o.

Naprawd&#281; chcia&#322;by&#347;?

Naprawd&#281;.

Kl&#281;ka. Nie mam ju&#380; si&#322;y, ale mog&#281; patrze&#263;.

Nigdy nie dzieli&#322;am z nikim tak intymnej chwili, nie widzia&#322;am jeszcze takiego mi&#322;osnego oszo&#322;omienia, kiedy usta otwieraj&#261; si&#281; a oczy patrz&#261; szeroko.

Kocham ci&#281;, Tesso! Cholernie ci&#281; kocham!



Rozdzia&#322; 37

Opowiedz mi, jak b&#281;dzie.

Philippa kiwa g&#322;ow&#261;, jakby spodziewa&#322;a si&#281; takiego pytania. Ma dziwny wyraz twarzy  profesjonalny, ch&#322;odny. Zaczyna si&#281; wycofywa&#263;  my&#347;l&#281;. Co innego mog&#322;aby zrobi&#263;? Jej praca polega na pomaganiu umieraj&#261;cym, ale je&#347;li zanadto si&#281; zaanga&#380;uje, mo&#380;e spa&#347;&#263; w otch&#322;a&#324;.

Nie b&#281;dziesz mia&#322;a apetytu, za to pewnie zechcesz wi&#281;cej spa&#263;. Przejdzie ci ochota na d&#322;ugie rozmowy, chocia&#380; niewykluczone, &#380;e znajdziesz w sobie do&#347;&#263; si&#322;y na kr&#243;tkie pogaw&#281;dki mi&#281;dzy drzemkami. Mo&#380;e nawet przyjdzie ci do g&#322;owy, &#380;eby zej&#347;&#263; na d&#243;&#322; wyj&#347;&#263; na dw&#243;r, je&#347;li b&#281;dzie ciep&#322;o albo je&#347;li tata da rad&#281; ci&#281; wynie&#347;&#263;. Przewa&#380;nie jednak b&#281;dziesz spa&#322;a. Za kilka dni pojawi&#261; si&#281; chwile utraty przytomno&#347;ci, ale ca&#322;y czas b&#281;dziesz zdawa&#322;a sobie spraw&#281; z obecno&#347;ci ludzi i s&#322;ysza&#322;a, co do ciebie m&#243;wi&#261;. Na koniec po prostu odp&#322;yniesz, Tesso.

Czy b&#281;dzie bola&#322;o?

My&#347;l&#281;, &#380;e z tym damy sobie rad&#281;.

W szpitalu wci&#261;&#380; czu&#322;am b&#243;l. Przynajmniej na pocz&#261;tku.

Tak  przyznaje.  Mieli problem z doborem odpowiednich lek&#243;w. Ale mam dla ciebie siarczan morfiny, kt&#243;ry stopniowo uwalnia si&#281; w organizmie. Dosta&#322;am te&#380; oramorph, kt&#243;ry mo&#380;emy stosowa&#263; w razie potrzeby. Nie powinna&#347; odczuwa&#263; b&#243;lu.

My&#347;lisz, &#380;e b&#281;d&#281; si&#281; ba&#322;a?

Wydaje mi si&#281;, &#380;e nie da si&#281; w tej sytuacji m&#243;wi&#263; o dobrych lub z&#322;ych reakcjach.  Widzi po mojej minie, &#380;e zaczyna ple&#347;&#263; bzdury.

S&#261;dz&#281;, &#380;e masz cholernego pecha, Tesso, i gdybym znalaz&#322;a si&#281; na twoim miejscu, ba&#322;abym si&#281; jak diabli. Wierz&#281; jednak, &#380;e jakko9lwiek si&#281; zachowasz w ci&#261;gu ostatnich dni, b&#281;dzie to w&#322;a&#347;ciwe.

Nie mog&#281; znie&#347;&#263;, kiedy m&#243;wisz o dniach.

Marszy brwi.

Wiem. Przepraszam.

Philippa opowiada jeszcze o &#347;rodkach znieczulaj&#261;cych i pokazuje mi tabletki oraz fiolki z lekami.

Ma &#322;agodny g&#322;os. Jej s&#322;owa nie docieraj&#261; do mnie, nie s&#322;ysz&#281; jej zalece&#324;. Czuj&#281; si&#281; tak, jakby wszystko redukowa&#322;o si&#281; do poziomu zera, a ca&#322;e moje &#380;ycie by&#322;o dziwacznym wytworem wyobra&#378;ni. Urodzi&#322;am si&#281; i dorasta&#322;am po to, by us&#322;ysze&#263;, jak przebiega proces umierania, i dosta&#263; leki z r&#261;k tej kobiety.

Pragniesz jeszcze o co&#347; zapyta&#263;, Tesso?

Zastanawiam si&#281;, czy chcia&#322;abym dowiedzie&#263; si&#281; czego&#347; wi&#281;cej, ale nic nie przychodzi mi do g&#322;owy. Czuj&#281; si&#281; niezr&#281;cznie, tak, jakby Philippa przysz&#322;a na stacj&#281;, &#380;eby mnie po&#380;egna&#263;, i jakby&#347;my obie czeka&#322;y, a&#380; przyjedzie poci&#261;g i uwolni nas od przymusu podtrzymywania rozmowy.

Ju&#380; czas.

Na zewn&#261;trz jest rze&#347;ki kwietniowy poranek. &#346;wiat b&#281;dzie trwa&#322; beze mnie. Nie mam wyboru. Rak rozpanoszy&#322; si&#281; w ca&#322;ym moim ciele. Po&#380;era je. Ju&#380; nic nie mo&#380;na zrobi&#263;.

Zejd&#281; zaraz do twojego taty, a potem zajrz&#281; jeszcze do ciebie  m&#243;wi piel&#281;gniarka.

Nie musisz.

Wiem, ale zajrz&#281;.

Gruba, dobra Philippa pomaga umrze&#263; wszystkim ludziom na trasie z Londynu do po&#322;udniowego wybrze&#380;a. Wyci&#261;ga r&#281;ce i przytula mnie. Jest ciep&#322;a, spocona i pachnie lawend&#261;.

Po jej wyj&#347;ciu zapadam w sen. Wchodz&#281; do salonu, w kt&#243;rym zgromadzeni s&#261; moi bliscy. Tata wydaje d&#378;wi&#281;k, jakiego jeszcze nigdy nie s&#322;ysza&#322;am.

Dlaczego p&#322;aczesz?  pytam.  Co si&#281; sta&#322;o?

Mama i Cal siedz&#261; obok siebie na kanapie. Cal jest ubrany w garnitur i krawat. Wygl&#261;da jak ma&#322;y gracz w snookera.

I nagle wszystko rozumiem  umar&#322;am.

Jestem tutaj, tutaj!  krzycz&#281;, ale oni mnie nie s&#322;ysz&#261;.

Ogl&#261;da&#322;am kiedy&#347; film o zmar&#322;ych. Nie odchodzili, tylko &#380;yli cicho obok nas. Chc&#281; da&#263; znak, &#380;e nadal tu jestem. Pr&#243;buj&#281; zrzuci&#263; o&#322;&#243;wek ze sto&#322;u, jednak moja r&#281;ka przenika go, podobnie jak kanap&#281;. Przechodz&#281; przez &#347;cian&#281; i wracam t&#261; sam&#261; drog&#261;. Zag&#322;&#281;biam palce w g&#322;owie taty, a on zachowuje si&#281; tak, jakby nagle przeszed&#322; go dreszcz.

Budz&#281; si&#281;.

Tata siedzi na krze&#347;le przy &#322;&#243;&#380;ku. Bierze mnie za r&#281;k&#281;.

Jak si&#281; czujesz?

Zastanawiam si&#281; przez chwil&#281; i pr&#243;buj&#281; poczu&#263; ca&#322;e cia&#322;o.

Nic mnie nie boli.

To dobrze.

Jestem troch&#281; zm&#281;czona.

Kiwa g&#322;ow&#261;.

Zjad&#322;aby&#347; co&#347;?

Chcia&#322;abym mie&#263; apetyt. Dla niego. Chcia&#322;abym poprosi&#263; o ry&#380;, krewetki i pudding polany s&#322;odkim syropem, ale w&#243;wczas bym sk&#322;ama&#322;a.

Czy mog&#281; co&#347; dla ciebie zrobi&#263;? Chcesz czego&#347;?

Chc&#281; zobaczy&#263; dziecko Zoey. Sko&#324;czy&#263; szko&#322;&#281;. Dorosn&#261;&#263;. Podr&#243;&#380;owa&#263; po &#347;wiecie.

Zrobi&#263; ci herbaty?

Tata wydaje si&#281; zadowolony, gdy przytakuj&#281;.

Mo&#380;e co&#347; jeszcze? Herbatniki?

D&#322;ugopis i papier.

Pomaga mi usi&#261;&#347;&#263;. Poprawia poduszki, zapala lampk&#281; przy &#322;&#243;&#380;ku, podaje mi notes i d&#322;ugopis z p&#243;&#322;ki. Potem schodzi do kuchni, &#380;eby w&#322;&#261;czy&#263; czajnik.

Numer jedenasty. Fili&#380;anka herbaty.

Numer dwunasty

Instrukcje dla taty Nie chc&#281; trafi&#263; do lod&#243;wki w zak&#322;adzie pogrzebowym. Zatrzymaj mnie w domu. Prosz&#281;, &#380;eby kto&#347; przy mnie siedzia&#322;, na wypadek gdybym poczu&#322;a si&#281; samotna. Obiecuj&#281;, &#380;e nie b&#281;d&#281; was straszy&#263;.

Chc&#281; zosta&#263; pochowana w sukience w motyle, staniku w kolorze bzu, majtkach od kompletu i czarnych kozakach na zamek b&#322;yskawiczny (wszystko jest w walizce spakowanej na Sycyli&#281;). W&#322;&#243;&#380;cie mi te&#380; bransoletk&#281;, kt&#243;r&#261; dosta&#322;am od Adama.

Nie malujcie mnie. Makija&#380; wygl&#261;da idiotycznie na twarzach zmar&#322;ych.

NIE chc&#281; zosta&#263; skremowana. Kremacja zanieczyszcza atmosfer&#281; dioksynami, kwasem wodorowym i chlorowym, fluorowodorowym, dwutlenkiem siarki i w&#281;gla. Poza tym w krematoriach maj&#261; okropne kotary, Chc&#281; le&#380;e&#263; w trumnie wierzbowej, kt&#243;ra ulega biodegradacji. Pochowajcie mnie w lesie. Wraz z lud&#378;mi z O&#347;rodka &#346;mierci Naturalnej wybra&#322;am miejsce niedaleko naszego domu; pomog&#261; Ci wszystko zorganizowa&#263;.

Chc&#281;, &#380;eby&#347; zasadzi&#322; jakie&#347; miejscowe drzewo na moim grobie albo tu&#380; obok. Mo&#380;e to by&#263; d&#261;b, ale nie mam nic przeciwko orzechowi w&#322;oskiemu ani, na przyk&#322;ad, wierzbie. Zr&#243;bcie drewnian&#261; tabliczk&#281; z moim imieniem i nazwiskiem. Na grobie niech rosn&#261; dzikie ro&#347;liny i kwiaty.

Uroczysto&#347;&#263; ma by&#347; skromna. Powiedz Zoey, &#380;eby przynios&#322;a Lauren (je&#347;li si&#281; urodzi). Zapro&#347; Philipp&#281; z m&#281;&#380;em Andym (je&#347;li on zachce przyj&#347;&#263;) i Jamesa ze szpitala (chocia&#380; mo&#380;e by&#263; zaj&#281;ty).

Nie chce, &#380;eby przemawiali ci, kt&#243;rzy mnie nie znali. Ludzie z O&#347;rodka &#346;mierci Naturalnej wezm&#261; udzia&#322; w pogrzebie, ale nie b&#281;d&#261; si&#281; wtr&#261;ca&#263;. Niech zabior&#261; g&#322;os ci, kt&#243;rych kocham, wolno Wam nawet p&#322;aka&#263;. Tylko, prosz&#281; m&#243;wcie prawd&#281;. Mo&#380;esz oznajmi&#263;, &#380;e by&#322;am potworem i kaza&#322;am Wam skaka&#263; wok&#243;&#322; siebie. Je&#347;li przyjdzie Ci do g&#322;owy co&#347; dobrego, te&#380; o tym wspomnij. Najlepiej zapisz sobie wszystko wcze&#347;niej, ludzi cz&#281;sto zapominaj&#261;, co chcieli powiedzie na pogrzebie.

Pod &#380;adnym pozorem nie czytajcie wiersza Audena. Jest &#347;miertelnie nudny (ha ha) i zbyt smutny. Niech kto&#347; przeczyta XII sonet Szekspira.

Muzyka  Blackbird Beatles&#243;w, Plainsong The Cure, Live Like You Were Dying Tima McGrawa, All the Trees of the Field Will Cap Their Hands Sufjana Stevensa. Mo&#380;e nie starczy czasu na wszystkie utwory, ale zadbaj o to, &#380;eby pu&#347;cili ten ostatni. Zoey pomaga&#322;a mi wybiera&#263; muzyk&#281; i ma to wszystko na iPodzie (ma te&#380; g&#322;o&#347;niki, gdyby&#347; chcia&#322; po&#380;yczy&#263;).

Po wszystkim id&#378;cie do pubu na lunch. Zosta&#322;o mi na koncie 260 funt&#243;w i chcia&#322;bym, &#380;eby&#347;cie wydali je na pocz&#281;stunek. M&#243;wi&#281; serio  ja stawiam. Zam&#243;w pudding (g&#281;ste toffi), ciasto czekoladowe, lody kremowe, czyli same niezdrowe rzeczy. Mo&#380;esz si&#281; upi&#263;, je&#347;li chcesz (tylko nie wystrasz Cala). Wydaj ca&#322;&#261; fors&#281;.

P&#243;&#378;niej, w ci&#261;gu nast&#281;pnych dni, wypatruj znak&#243;w ode mnie. Mog&#281; napisa&#263; co&#347; na zaparowanym lustrze, kiedy b&#281;dziesz si&#281; k&#261;pa&#322;, albo bawi&#263; si&#281; li&#347;&#263;mi jab&#322;oni, gdy przysi&#261;dziesz w ogrodzie. Lub prze&#347;lizgn&#281; si&#281; do twoich sn&#243;w.

Odwiedzaj m&#243;j gr&#243;b, kiedy zdo&#322;asz, ale nie r&#243;b sobie wyrzut&#243;w, je&#347;li nie dasz rady albo b&#281;dziesz mia&#322; za daleko, bo si&#281; wyprowadzicie. To miejsce &#322;adnie wygl&#261;da jesieni&#261; (sprawd&#378; w internecie). Mo&#380;esz tam urz&#261;dzi&#263; piknik i posiedzie&#263; ze mn&#261;. B&#281;dzie mi mi&#322;o.

Kocham Ci&#281;.

Ca&#322;uj&#281;, Tessa.



Rozdzia&#322; 38

B&#281;d&#281; jedynym dzieckiem w szkole, kt&#243;remu umrze siostra.

Fajnie. Zwolni&#261; ci&#281; z odrabiania lekcji, a wszystkie dziewczyny zaczn&#261; si&#281; za tob&#261; ogl&#261;da&#263;.

Cal zastanawia si&#281; przez chwil&#281;.

Ale nadal b&#281;d&#281; bratem?

Oczywi&#347;cie.

Tylko, &#380;e ty nie b&#281;dziesz ju&#380; o tym wiedzia&#322;a.

Spokojna g&#322;owa.

A b&#281;dziesz mnie straszy&#263;?

Chcia&#322;by&#347;?

U&#347;miecha si&#281; nerwowo.

Chybabym si&#281; ba&#322;.

To nie b&#281;d&#281;.

Nie mo&#380;e usiedzie&#263; w miejscu, chodzi w t&#281; i z powrotem, od &#322;&#243;&#380;ka do szafy. Nasze relacje zmieni&#322;y si&#281; od czasu mojego pobytu w szpitalu. Nie &#380;artujemy tak swobodnie jak dawniej.

Wyrzu&#263; telewizor przez okno, je&#347;li chcesz, Cal. Mnie to poprawi&#322;o samopoczucie.

Nie chc&#281;.

To poka&#380; mi jak&#261;&#347; sztuczk&#281;.

Wybiega z pokoju po przyrz&#261;dy i wraca w czarnej marynarce z ukrytymi kieszeniami.

Patrz uwa&#380;nie.

Zwi&#261;zuje dwie jedwabne chustki za ragi i upycha je w zamkni&#281;tej pi&#281;&#347;ci. Potem otwiera ja palec po palcu. Jest pusta.

Jak to zrobi&#322;e&#347;?

Kr&#281;ci g&#322;ow&#261; i dotyka czubka nosa czubkiem r&#243;&#380;d&#380;ki.

Czarodzieje nie zdradzaj&#261; swoich sekret&#243;w.

Zr&#243;b to jeszcze raz.

Ale cal ju&#380; tasuje karty i rozk&#322;ada je przede mn&#261;.

Wybierz jedn&#261;, zapami&#281;taj j&#261; i nic nie m&#243;w.

Wyci&#261;gam kr&#243;low&#261; trefl i wk&#322;adam j&#261; z powrotem do talii. Cal zn&#243;w rozk&#322;ada wszystkie karty, tym razem s&#261; ods&#322;oni&#281;te. Kr&#243;lowa trefl znik&#322;a.

Dobry jeste&#347;!

Rzuca si&#281; na &#322;&#243;&#380;ko.

To za ma&#322;o. Chcia&#322;bym umie&#263; zrobi&#263; co&#347; powa&#380;niejszego, co&#347; przera&#380;aj&#261;cego.

Mo&#380;esz mnie przeci&#261;&#263; pi&#322;&#261; na p&#243;l, je&#347;li chcesz.

U&#347;miecha si&#281;, ale niemal w tej samej chwili zaczyna p&#322;aka&#263;. Najpierw cicho, a potem &#322;ka coraz g&#322;o&#347;niej. O ile pami&#281;tam, p&#322;acze po raz drugi w &#380;yciu, wi&#281;c pewnie jest to mu potrzebne. Oboje odbieramy ten p&#322;acz jak co&#347;, co nie ma nic wsp&#243;lnego z jego uczuciami. Przyci&#261;gam go do siebie i trzymam w ramionach. P&#322;acze wtulony we mnie, jego &#322;zy mocz&#261; mi pi&#380;am&#281;. Mam ochot&#281; je zliza&#263;. Jego prawdziwe, najprawdziwsze &#322;zy.

Kocham ci&#281;, Cal.

To &#322;atwe. Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e odwa&#380;y&#322;am si&#281; to powiedzie&#263;, mimo &#380;e teraz p&#322;acze dziesi&#281;&#263; razy g&#322;o&#347;niej.

Numer trzynasty na mojej li&#347;cie  trzyma&#263; w ramionach brata, kiedy zmierzch podpe&#322;za pod okno.

Adam wchodzi do &#322;&#243;&#380;ka. Podci&#261;ga ko&#322;dr&#281; pod brod&#281;, jakby zmarz&#322; albo ba&#322; si&#281;, ze sufitu spadnie mu na g&#322;ow&#281;.

Jutro tw&#243;j tata kupi &#322;&#243;&#380;ko polowe i ustawi je tutaj dla mnie  m&#243;wi.

Nie b&#281;dziesz spa&#322; obok mnie?

Mo&#380;esz nie mie&#263; na to ochoty, Tesso. Nie b&#281;dziesz chcia&#322;a, &#380;ebym ca&#322;y czas trzyma&#322; ci&#281; w ramionach.

A je&#347;li b&#281;d&#281; chcia&#322;a?

To b&#281;d&#281; ci&#281; trzyma&#322;.

Jest przera&#380;ony. Widz&#281; to w jego oczach.

W porz&#261;dku, pozwalam ci odej&#347;&#263;.

&#262;&#347;&#347;&#347;&#347;.

Naprawd&#281;, jeste&#347; wolny.

Nie chc&#281; takiej wolno&#347;ci.  Pochyla si&#281; i ca&#322;uje mnie.  Obud&#378; mnie, je&#347;li b&#281;dziesz mnie potrzebowa&#322;a.

Zasypiam szybko. Le&#380;&#281; w &#322;&#243;&#380;ku i s&#322;ucham, jak w ca&#322;ym mie&#347;cie gasn&#261; &#347;wiat&#322;a. Ludzie &#380;ycz&#261; sobie dobrej nocy. S&#322;ysz&#281; skrzypienie spr&#281;&#380;yn w &#322;&#243;&#380;kach.

Odnajduje r&#281;k&#281; Adama i mocno j&#261; &#347;ciskam.

Ciesz&#281; si&#281; z istnienia nocnych portier&#243;w, dy&#380;urnych piel&#281;gniarek i kierowc&#243;w ci&#281;&#380;arowej. Podtrzymuje mnie na duchu my&#347;l, &#380;e w innych krajach, w innej sferze czasowej, kobiety w&#322;a&#347;nie pior&#261; ubrania w rzekach, a dzieci id&#261; do szko&#322;y. Gdzie&#347; daleko jaki&#347; ch&#322;opiec s&#322;yszy weso&#322;y d&#378;wi&#281;k dzwonka zawieszonego na szyi koz&#322;a i idzie w g&#243;ry. Napawa mnie to otuch&#261;.



Rozdzia&#322; 39

Zoey szyje. Nie wiedzia&#322;am, &#380;e umie. Roz&#322;o&#380;y&#322;a na kolanach cytrynowe &#347;pioszki dla dziecka. Nawleka ig&#322;&#281;, przymykaj&#261;c jedno oko, przeci&#261;ga nitk&#281; i wi&#261;&#380;e supe&#322;ek po&#347;linionymi palcami. Kto j&#261; tego nauczy&#322;? Obserwuj&#281; j&#261; kilka minut. Szyje z tak&#261; wpraw&#261;, jakby zawsze umia&#322;a to robi&#263;. Jasne w&#322;osy upi&#281;&#322;a wysoko na g&#322;owie, a jej kark wygina si&#281; we wdzi&#281;czny &#322;uk. Zoey przygryza doln&#261; warg&#281; w skupieniu.

&#379;yj  m&#243;wi&#281;.  B&#281;dziesz &#380;y&#322;a, prawda?

Nagle podnosi wzrok i wysysa krew z ma&#322;ej ranki na palcu.

Cholera! Nie wiedzia&#322;am, &#380;e nie &#347;pisz.

Chichocz&#281;.

Rozkwitasz.

Jestem gruba!  Prostuje si&#281; na krze&#347;le i wystawia brzuch w moj&#261; stron&#281;, &#380;eby mi to udowodni&#263;.  Jestem wielka jak nied&#378;wiedzica.


Chcia&#322;abym by&#263; tym dzieckiem spoczywaj&#261;cym w jej &#322;onie. Malutkim i zdrowym.


Instrukcje dla Zoey

Nie m&#243;w swojej c&#243;reczce, &#380;e nasza planeta gnije. Pokazuj jej pi&#281;kne rzeczy. B&#261;d&#378; dla niej olbrzymk&#261;, nawet je&#347;li Twoi rodzice nie potrafili by&#263; tacy dla Ciebie. Nie zadawaj si&#281; z ch&#322;opakami, kt&#243;rzy nie b&#281;d&#261; Ci&#281; kochali.


My&#347;lisz, &#380;e po narodzinach dziecka b&#281;dziesz t&#281;skni&#322;a za dawnym &#380;yciem?

Zoey patrzy na mnie z powag&#261;.

Powinna&#347; si&#281; ubra&#263;. Nie marnuj czasu na sp&#281;dzanie dni w pi&#380;amie.

Opadam na poduszki i spogl&#261;dam w k&#261;ty pokoju. Kiedy by&#322;am ma&#322;a, zawsze chcia&#322;am mieszka&#263; na suficie  wydawa&#322; si&#281; taki czysty i przestronny jak wierzch tortu. Teraz przypomina mi tylko prze&#347;cierad&#322;a.

Czuj&#281;, &#380;e ci&#281; zawiod&#322;am. Nie b&#281;d&#281; mog&#322;a pomaga&#263; ci w opiece nad ma&#322;&#261;.

&#321;adny dzie&#324;  o&#347;wiadcza Zoey.  mo&#380;e poprosz&#281; Adama albo twojego tat&#281;, &#380;eby ci&#281; wynie&#347;li na zewn&#261;trz?


Na trawniku zebra&#322;o si&#281; stadko ptak&#243;w. Na niebie wisz&#261; pierzaste ob&#322;oczki. W pokoju jest jasno i ciep&#322;o, jakby godzinami gromadzi&#322; promienie s&#322;o&#324;ca.

Zoey czyta czasopismo, Adam g&#322;aszcze moje stopy przez skarpetki.

Pos&#322;uchajcie  prosi Zoey.  Ten dowcip zaj&#261;&#322; pierwsze miejsce w konkursie na najlepszy kana&#322; roku.

Numer czternasty na mojej li&#347;cie  dowcip.

Przychodzi facet do lekarza i m&#243;wi: Mam truskawk&#281; w ty&#322;ku. Och  odpowiada lekarz.  Dam panu troch&#281; kremu.

Wybucham &#347;miechem. Jestem &#347;miej&#261;cym si&#281; szkieletem. Zachowywanie naszej tr&#243;jki  Adama, Zoey i moje  &#347;wiadczy o tym, &#380;e wszystko mo&#380;e si&#281; zdarzy&#263;.


Zoey podaje mi swoje dziecko.

Ma na imi&#281; Lauren.

Jest t&#322;u&#347;ciutka, lepi si&#281; i ocieka mlekiem. &#321;adnie pachnie. Macha do mnie r&#261;czkami, chwytaj&#261;c powietrze. Ma&#322;e paluszki z paznokietkami w kszta&#322;cie p&#243;&#322;ksi&#281;&#380;yc&#243;w pakuje mi do nosa.

Cze&#347;&#263;, Lauren.

M&#243;wi&#281; jej, jaka jest du&#380;a i m&#261;dra. Wygaduj&#281; g&#322;upstwa, my&#347;l&#261;c, &#380;e ma&#322;e dzieci to lubi&#261;. Przygl&#261;da mi si&#281; bezdennymi oczami i ziewa szeroko. Zagl&#261;dam w g&#322;&#261;b jej buzi przez male&#324;kie r&#243;&#380;owe usta.

Lubi ci&#281;  stwierdza Zoey.  Wie, kim jeste&#347;.

Trzymam Lauren Tess&#281; Walker w ramionach i g&#322;aszcz&#281; j&#261; po plecach. S&#322;ucham bicia jej serca. Jest ostro&#380;nie i zdeterminowane. Lauren wydaje si&#281; niesamowicie ciep&#322;a.


Pod jab&#322;onk&#261; ta&#324;cz&#261; cienie. S&#322;once prze&#347;wituje przez konary. Z oddali dobiega warkot kosiarki. Zoey wci&#261;&#380; czyta swoje czasopismo, ale odk&#322;ada je, gdy spostrzega, &#380;e si&#281; obudzi&#322;am.

D&#322;ugo spa&#322;a&#347;  stwierdza.

&#346;ni&#322;o mi si&#281;, &#380;e Lauren si&#281; urodzi&#322;a.

By&#322;a &#347;liczna?

Oczywi&#347;cie.

Adam podnosi g&#322;ow&#281; i u&#347;miecha si&#281; do mnie.

Cze&#347;&#263;  m&#243;wi.

Tata idzie w nasz&#261; stron&#281; z kamer&#261;, nagrywa nas.

Przesta&#324;  prosz&#281;.  To chore.

Odnosi kamer&#281; do domu i wraca z kartonowym pudelkiem na odpady. Stawia je przy furtce i obcina g&#322;owy kwiatom.

Usi&#261;d&#378; z nami, tato.

Ale on nie mo&#380;e usiedzie&#263; w spokoju. Idzie do domu i wraca z misk&#261; winogron, czekolad&#261; i szklankami z sokiem.

Czy kto&#347; ma ochot&#281; na kanapk&#281;?

Zoey kr&#281;ci przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Mnie wystarcz&#261; winogrona.

Podoba mi si&#281;, jak wysysa z nich sok.


Czary odp&#281;dzaj&#261;ce &#347;mier&#263;.

Popro&#347; najlepsz&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#281;, &#380;eby przeczyta&#322;a ci jakie&#347; soczyste kawa&#322;ki ze swojego czasopisma  dotycz&#261;ce mody, plotki. Zach&#281;&#263; j&#261;, &#380;eby usiad&#322;a tak blisko ciebie, &#380;eby&#347; mog&#322;a dotkn&#261;&#263; jej zadziwiaj&#261;co wielkiego brzucha. A kiedy b&#281;dziesz musia&#322;a ju&#380; i&#347;&#263; do domu, we&#378; g&#322;&#281;boki oddech i powiedz, &#380;e j&#261; kochasz. Przecie&#380; to prawda. Kiedy pochyli si&#281; nad tob&#261; i szepnie ci to samo, przytul ja mocno, bo nie s&#261; to s&#322;owa, kt&#243;rych normalnie ludzie u&#380;ywaj&#261;.

Popro&#347; brata, &#380;eby usiad&#322; przy tobie po powrocie ze szko&#322;y i opowiedzia&#322; ci ze szczeg&#243;&#322;ami jak sp&#281;dzi&#322; ca&#322;y dzie&#324;. Niech m&#243;wi o ka&#380;dej lekcji, ka&#380;dej rozmowie, nawet o tym, co jad&#322; na obiad, do chwili, a&#380; b&#281;dzie tak znudzony, &#380;e zacznie b&#322;aga&#263;, &#380;eby&#347; pozwoli&#322;a mu p&#243;j&#347;&#263; pogra&#263; w pi&#322;k&#281; z kolegami.

Obserwuj mam&#281;, jak zrzuca buty i masuje sobie stopy, bo nowa praca w ksi&#281;garni wymaga od niej uprzejmo&#347;ci i radosnego u&#347;miechu na twarzy, mimo &#380;e stoi na nogach ca&#322;y dzie&#324;. Okazuj weso&#322;o&#347;&#263;, kiedy widzisz, jak ofiarowuje tacie ksi&#261;&#380;k&#281;, kt&#243;r&#261; kupi&#322;a, poniewa&#380; przys&#322;uguje jej rabat.

Patrz, jak tata ca&#322;uje ja w policzek. Obserwuj ich u&#347;miechy. Wiedz, &#380;e cokolwiek si&#281; zdarzy, pozostan&#261; twoimi rodzicami.

S&#322;uchaj, jak twoja s&#261;siadka nuci pod nosem jaka&#347; star&#261; piosenk&#281;, piel&#261;c r&#243;&#380;e w ogr&#243;dku. Cienie wyd&#322;u&#380;aj&#261; si&#281; na trawniku, a ty le&#380;ysz pod kocem ze swoim ch&#322;opakiem. Powiedz mu, &#380;e jeste&#347; z niego dumna, bo za&#322;o&#380;y&#322; ogr&#243;d i znalaz&#322; matce zaj&#281;cie.

Obserwuj ksi&#281;&#380;yc. Znajduje si&#281; ca&#322;kiem blisko, otoczony r&#243;&#380;ow&#261; po&#347;wiat&#261;. Tw&#243;j ch&#322;opak twierdzi, &#380;e to z&#322;udzenie, a ksi&#281;&#380;yc wydaje si&#281; du&#380;y tylko dlatego, &#380;e jest zwr&#243;cony do ziemi pod pewnym katem.

Zmierz si&#281; na tle ksi&#281;&#380;yca.

Noc&#261;, kiedy ju&#380; znios&#261; ci&#281; na g&#243;r&#281; i kolejny dzie&#324; dobiegnie ko&#324;ca, nie pozw&#243;l swojemu ch&#322;opakowi zasypia&#263; na &#322;&#243;&#380;ku polowym Powiedz mu, &#380;e chcesz, &#380;eby ci&#281; tuli&#322; w ramionach, i nie obawiaj si&#281;, &#380;e nie ma na to ochoty. Wystarczy, &#380;e si&#281; zgodzi, a b&#281;dziesz wiedzia&#322;a, &#380;e ci&#281; kocha, i nic pr&#243;cz tego si&#281; nie liczy. Sple&#263; swoje nogi z jego nogami. Obserwuj, jak zasypia, ws&#322;uchaj si&#281; w jego delikatny oddech.

A kiedy us&#322;yszysz d&#378;wi&#281;k przypominaj&#261;cy cichy &#322;opot latawca, szelest ramion wiatraka na s&#322;abym wietrze, powiedz Jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz.

Oddychaj. Nie przestawaj oddycha&#263;. To proste. Wdech i wydech.



Rozdzia&#322; 40

Zaczyna si&#281; rozja&#347;nia&#263;. Absolutna ciemno&#347;&#263; powoli mija. Mam sucho w ustach. W gardle pozosta&#322; proszek po wieczornych lekach.

Cze&#347;&#263;  m&#243;wi Adam.

Ma erekcj&#281;, przeprasza z nie&#347;mia&#322;ym u&#347;miechem, a potem rozsuwa zas&#322;ony i wygl&#261;da za okno. Za nim rozci&#261;gaj&#261; si&#281; r&#243;&#380;owe poranne ob&#322;oki.

Zostaniesz tu jeszcze d&#322;ugie lata beze mnie  oznajmiam.

Zrobi&#263; &#347;niadanie?  pyta.

Wraca z tac&#261; jak lokaj. Niesie cytrynowego loda, butelk&#281; z gor&#261;c&#261; wod&#261; plasterki pomara&#324;czy u&#322;o&#380;one na talerzu. Podaje mi drugi koc. Uk&#322;ada kawa&#322;ki cynamonu na piecyki, bo chc&#281; poczu&#263; zapach &#347;wi&#261;t Bo&#380;ego Narodzenia. Dlaczego to si&#281; sta&#322;o tak szybko? Jak to si&#281; mog&#322;o sta&#263;?


prosz&#281; chod&#378; do &#322;&#243;&#380;ka po&#322;&#243;&#380; si&#281; na mnie i otul mnie swoim ciep&#322;em sprawa &#380;ebym w twoich ramionach znalaz&#322;a ukojenie  Mama ustawia pergol&#281;  opowiada Adam.  Najpierw chcia&#322;a mie&#263; zielnik, potem r&#243;&#380;e, a teraz sadzi wiciokrzew. P&#243;jd&#281; jej pom&#243;c, kiedy przyjdzie do ciebie tata. Zgadzasz si&#281;?

Jasne.

Mo&#380;e wyjdziesz do ogrodu?

Nie.

Nie chc&#281; &#380;eby mnie ruszali. S&#322;o&#324;ce przenika do m&#243;zgu i wszystko mnie boli.


ten &#347;wir ka&#380;e wszystkim wyj&#347;&#263; na pole i m&#243;wi wybior&#281; jedno z was tylko jedno z was umrze ka&#380;dy my&#347;li &#380;e to na pewno nie b&#281;dzie on poniewa&#380; s&#261; nas tysi&#261;ce i jest to statystycznie bardzo ma&#322;o prawdopodobne ale &#347;wir przechadza si&#281; i przygl&#261;da nam po kolei kiedy zbli&#380;a si&#281; do mnie waha si&#281; i u&#347;miecha a potem celuje palcem w moj&#261; pier&#347; i m&#243;wi ty prze&#380;ywam szok nie mog&#281; uwierzy&#263; &#380;e w&#322;a&#347;nie mnie wybra&#322; ale przecie&#380; spodziewa&#322;am si&#281; tego Wpada Cal.

Mog&#281; wyj&#347;&#263;? Tata wzdycha.

Dok&#261;d?

Na dw&#243;r.

A dok&#322;adniej?

Dam ci zna&#263;, kiedy b&#281;d&#281; na miejscu.

To nie wystarczy.

Ka&#380;dy mo&#380;e czasem wyj&#347;&#263;.

Nie interesuje mnie ka&#380;dy.

Cal wspaniale si&#281; w&#347;cieka. Ma &#378;d&#378;b&#322;a trawy we w&#322;osach i brudne paznokcie. Jego cia&#322;o jest tak mocne, &#380;e mo&#380;e otworzy&#263; drzwi na o&#347;cie&#380; i zatrzasn&#261;&#263; je za sob&#261;.

Wszyscy jeste&#347;cie &#347;winiami!  wrzeszczy, zbiegaj&#261;c po schodach.


Instrukcje dla Cala

Nie umieraj m&#322;odo. Nie choruj na zapalenie opon m&#243;zgowych, AIDS ani nic innego. B&#261;d&#378; zdrowy. Nie bierz udzia&#322;u w &#380;adnych walkach, nie wst&#281;puj do sekt, nie popadaj w fanatyzm religijny ani nie tra&#263; serca dla kogo&#347;, kto nie jest tego wart. Nie s&#261;d&#378;, &#380;e musisz zachowywa&#263; si&#281; grzecznie, bo tylko ty zosta&#322;e&#347;. B&#261;d&#378; niegrzeczny, jak tylko zechcesz.


Bior&#281; tat&#281; za r&#281;k&#281;. Jego palce przypominaj&#261; surowe mi&#281;so, nask&#243;rek jest ca&#322;kiem starty.

Co z nimi zrobi&#322;e&#347;? Wzrusza ramionami.

Nie wiem. Nawet nie zauwa&#380;y&#322;em.


Dalsze instrukcje dla taty  niech Cal ci wystarczy.


Kocham ci&#281;. Kocham. Wysy&#322;am t&#281; wiadomo&#347;&#263; przez palce do jego d&#322;oni, wzd&#322;u&#380; ramienia, a&#380; do serca. Us&#322;ysz mnie. Kocham Ci&#281;. Przepraszam, &#380;e ci&#281; zostawiam.

Budz&#281; si&#281; kilka godzin p&#243;&#378;niej. Jak to si&#281; sta&#322;o?

Wraca Cal, siada obok mnie na &#322;&#243;&#380;ku zas&#322;anym poduszkami.

Przepraszam, &#380;e krzycza&#322;em.

Tata kaza&#322; ci mnie przeprosi&#263;?

Kiwa g&#322;ow&#261;. Zas&#322;ony s&#261; rozsuni&#281;te, a mimo to ciemno&#347;&#263; wr&#243;ci&#322;a.

Boisz si&#281;?  pyta mi&#281;kko, jakby mimowolnie powiedzia&#322; co&#347;, o czy my&#347;la&#322;.

Boje si&#281; zasypia&#263;.

Bo mo&#380;esz si&#281; ju&#380; nie obudzi&#263;?

Tak.

Cal ma b&#322;yszcz&#261;ce oczy.

Ale wiesz, &#380;e to si&#281; nie stanie dzisiejszej nocy, prawda? B&#281;dziesz wiedzia&#322;a, tak?

Nie dzisiejszej nocy. Opiera g&#322;ow&#281; na moim ramieniu.

Nienawidz&#281; tego, nienawidz&#281;  m&#243;wi.



Rozdzia&#322; 41

Dzwonek, kt&#243;ry mi dali, g&#322;o&#347;no rozbrzmiewa w ciemno&#347;ciach, ale trudno. Wchodzi Adam z nie przytomnym wzrokiem, w bokserkach i koszulce.

Zostawi&#322;e&#347; mnie sam&#261;.

Na sekund&#281;, poszed&#322;em zaparzy&#263; herbat&#281;.

Nie wierz&#281; mu. I nie obchodzi mnie jego herbata. Je&#347;li by&#322; spragniony, m&#243;g&#322; napi&#263; si&#281; letniej wody z mojego kubka.

Potrzymaj mnie za r&#281;k&#281;. Nie puszczaj.

Za ka&#380;dym razem, kiedy zamykam oczy, spadam. Spadam bez ko&#324;ca.



Rozdzia&#322; 42

Wszystko ka&#380;dego dnia jest takie samo  &#347;wiat&#322;o s&#261;cz&#261;ce si&#281; przez zas&#322;ony, odleg&#322;y szum ruchu na ulicy, grzejnik na wod&#281;. M&#243;g&#322;by to by&#263; Dzie&#324; &#346;wistaka, gdyby nie to, &#380;e moje cia&#322;o robi si&#281; coraz bardziej zm&#281;czone, a sk&#243;ra bardziej przezroczysta. Jestem mniejsza ni&#380; wczoraj.

Adam le&#380;y na &#322;&#243;&#380;ku polowym.

Pr&#243;buj&#281; usi&#261;&#347;&#263;, ale nie mam si&#322;y.

Dlaczego tam spa&#322;e&#347;? Dotyka mojej r&#281;ki.

Bola&#322;o ci&#281; w nocy.

Rozsuwa zas&#322;ony tak samo, jak robi&#322; to wczoraj. Wygl&#261;da przez okno. Za nim rozci&#261;ga si&#281; blade, rozmyte niebo.


kochali&#347;my si&#281; dwadzie&#347;cia siedem razy i sp&#281;dzili&#347;my w jednym &#322;&#243;&#380;ku sze&#347;&#263;dziesi&#261;t dwie noce a to du&#380;o mi&#322;o&#347;ci  &#346;niadanie?  pyta.


Nie chc&#281; umiera&#263;.

Za kr&#243;tko by&#322;am kochana.



Rozdzia&#322; 43

Mama rodzi&#322;a mnie przez czterna&#347;cie godzin. By&#322; wtedy najgor&#281;tszy maj w historii. Panowa&#322;y tak wysokie temperatury, &#380;e przez pierwsze dwa tygodnie &#380;ycia wcale mnie nie ubiera&#322;a.

Uk&#322;ada&#322;am ci&#281; na swoim brzuchu i spa&#322;y&#347;my tak godzinami  m&#243;wi.  W tym upale nie mo&#380;na by&#322;o robi&#263; niczego innego.

Wspomnienia uk&#322;adaj&#261; si&#281; w szarady.

Je&#378;dzi&#322;am z tob&#261; autobusem do taty w czasie jego przerwy na lunch. Siada&#322;a&#347; mi na kolanach i patrzy&#322;a&#347; na ludzi. Mia&#322;a&#347; wr&#281;cz hipnotyzuj&#261;ce spojrzenie. Wszyscy to komentowali.

&#346;wiat&#322;o jest niezwykle jasne. Wpada przez okno szerokim strumieniem i l&#261;duje na &#322;&#243;&#380;ku. Mog&#281; po&#322;o&#380;y&#263; r&#281;k&#281; na s&#322;o&#324;cu bez przemieszczania si&#281;.

A pami&#281;tasz, jak pojechali&#347;my do Cromer i zgubi&#322;a&#347; taka &#347;liczn&#261; bransoletk&#281; na pla&#380;y?

Przynios&#322;a zdj&#281;cie i ogl&#261;da je po kolei. Zielono-bia&#322;e popo&#322;udnie, trawa us&#322;ana stokrotkami. Kredowe &#347;wiat&#322;o zimy na miejskiej farmie. &#379;&#243;&#322;te li&#347;cie, ub&#322;ocone buty i czarne wiadro.

Pami&#281;tasz, co z&#322;apa&#322;a&#347;?

Philippa powiedzia&#322;a, &#380;e s&#322;uch zaczn&#281; traci&#263; na ko&#324;cu. Nie uprzedzi&#322;a mnie jednak, &#380;e b&#281;d&#281; widzia&#322;a w kolorach s&#322;owa wypowiadane przez innych.

Zdania tworz&#261; w pokoju kolorowe &#322;uki przypominaj&#261;ce t&#281;cze.

M&#261;ci mi si&#281; w g&#322;owie Siedz&#281; przy &#322;&#243;&#380;ku i to mama umiera, a nie ja. Odchylam po&#347;ciel, &#380;eby jej si&#281; przyjrze&#263;. Widz&#281; nag&#261; star&#261; pomarszczon&#261; kobiet&#281; z siwymi w&#322;osami &#322;onowymi.

Op&#322;akuje psa, kt&#243;rego potr&#261;ci&#322; samoch&#243;d. Pochowa&#322;am go. Nigdy nie mieli&#347;my psa. To nie s&#261; moje wspomnienia.

Jestem mama przeje&#380;d&#380;aj&#261;c&#261; przez miasto na kucyku, &#380;eby spotka&#263; si&#281; z tat&#261;. Mieszka on w osiedlu dom&#243;w komunalnych. Usi&#322;uj&#281; wej&#347;&#263; do windy razem z kucem, &#380;eby pojecha&#263; na &#243;sme pi&#281;tro. Konik postukuje podkowami, kt&#243;re wydaj&#261; metaliczny d&#378;wi&#281;k. Roz&#347;miesza mnie to.

Mam dwana&#347;cie lat. Wracam do domu ze szko&#322;y i widz&#281; mam&#281; na schodach przed wej&#347;ciem. Jest w p&#322;aszczu, u st&#243;p postawi&#322;a walizk&#281;. Podaje mi kopert&#281;.

Oddaj j&#261; tacie, kiedy wr&#243;ci. Ca&#322;uje mnie na po&#380;egnanie. Odprowadzam j&#261; wzrokiem, dop&#243;ki nie dotrze do linii horyzontu na szczycie pag&#243;rka i nie zniknie jak ob&#322;ok dymu.



Rozdzia&#322; 44

To &#347;wiat&#322;o &#322;amie mi serce.

Tata popija herbat&#281; przy &#322;&#243;&#380;ku. Chc&#281; mu powiedzie&#263;, &#380;e przegapi GMTV, ale nie jestem tego pewna. Nie wiem, kt&#243;ra godzina.

Przyni&#243;s&#322; te&#380; co&#347; na przek&#261;sk&#281;. Kremowe krakersy z sosem piccalilli i stary, dojrza&#322;y cheddar. Chcia&#322;bym mie&#263; na to apetyt. Poczu&#263; smak  krucho&#347;&#263; i twardo&#347;&#263;. Odstawia talerz, kiedy zauwa&#380;a, &#380;e mu si&#281; przygl&#261;dam. Bierze mnie za r&#281;k&#281;.

Moja pi&#281;kna dziewczyna  szepcze. Dzi&#281;kuje mi.

Ale moje usta nie poruszaj&#261; si&#281; i on nie s&#322;yszy.

Potem mowie: w&#322;a&#347;nie wspomina&#322;am kosz do pi&#322;ki, kt&#243;ry dla mnie zrobi&#322;e&#347;, kiedy wst&#261;pi&#322;am do szkolnej dru&#380;yny. Pami&#281;tasz, &#380;e pomyli&#322;e&#347; si&#281; w pomiarach i umie&#347;ci&#322;e&#347; go wy&#380;ej, ni&#380; nale&#380;a&#322;o? Tak cz&#281;sto przy nim &#263;wiczy&#322;am, &#380;e w szkole zawsze rzuca&#322;am za wysoko i w ko&#324;cu mnie wywalili z dru&#380;yny. Tego chyba te&#380; nie s&#322;yszy.

W takim razie powiem wi&#281;cej.

Tato, gra&#322;e&#347; ze mn&#261; w palanta, mimo &#380;e go nie znosi&#322;e&#347;, wola&#322;e&#347; krykieta. Nauczy&#322;e&#347; si&#281;, jak dba&#263; o kolekcj&#281; znaczk&#243;w, bo ja chcia&#322;am si&#281; tego nauczy&#263;. Godzinami siedzia&#322;e&#347; w szpitalach i nigdy si&#281; nie skar&#380;y&#322;e&#347;. Czesa&#322;e&#347; moje w&#322;osy, cho&#263; powinna to robi&#263; matka. Zrezygnowa&#322;e&#347; dla mnie z pracy i przyjaci&#243;&#322;, po&#347;wieci&#322;e&#347; mi cztery lata &#380;ycia. Ani razu nie narzeka&#322;e&#347;. Nigdy. Pozwoli&#322;e&#347; mi mie&#263; Adama. Pozwoli&#322;e&#347; mi zrealizowa&#263; moja list&#281;. To by&#322;o szale&#324;stwo. Tak bardzo chcia&#322;am mie&#263; wszystko. A ty nigdy nie powiedzia&#322;e&#347;: Do&#347;&#263;. Przesta&#324;.

Ju&#380; dawno chcia&#322;am ci to powiedzie&#263;.

Cal zagl&#261;da do pokoju.

Cze&#347;&#263;  rzuca.  Jak si&#281; czujesz? Mrugam do niego.

Siada na krze&#347;le i mi si&#281; przygl&#261;da.

Nie mo&#380;esz m&#243;wi&#263;?

Chc&#281; mu powiedzie&#263;, &#380;e, oczywi&#347;cie, mog&#281;. Zg&#322;upia&#322; czy co?

Wzdycha, wstaje i podchodzi do okna.

My&#347;lisz, &#380;e jestem za ma&#322;y, &#380;eby mie&#263; dziewczyn&#281;?  pyta. O&#347;wiadczam, ze tak.

Moi kumple ju&#380; maja dziewczyny. Ale nie umawiaj&#261; si&#281; z nimi. Wymieniaj&#261; si&#281; SMS-ami.  Potrz&#261;sa g&#322;ow&#261; z niedowierzaniem.  Nigdy nie zrozumiem, na czym polega mi&#322;o&#347;&#263;.

My&#347;l&#281; jednak, &#380;e on ju&#380; rozumie. Lepiej ni&#380; wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzi.

Cze&#347;&#263;, Cal  rzuca Zoey  Cze&#347;&#263;  odpowiada.

Przysz&#322;am si&#281; po&#380;egna&#263;. To znaczy, wiem, &#380;e ju&#380; si&#281; po&#380;egna&#322;am, ale pomy&#347;la&#322;am, &#380;e zrobi&#281; to jeszcze raz.

Dlaczego?  pyta.  Dok&#261;d si&#281; wybierasz? Lubi&#281; ci&#281;&#380;ar marnej r&#281;ki w mojej d&#322;oni.

Gdybym tylko mog&#322;a si&#281; z tob&#261; zamieni&#263;, zrobi&#322;abym to  m&#243;wi. Potem dodaje:  Chcia&#322;bym m&#243;c ci&#281; ocali&#263;.

Chyba my&#347;li, &#380;e jej nie s&#322;ysz&#281;.

Mog&#322;abym napisa&#263; opowiadanie dla jednej z gazet o tym, jak trudno by&#322;o mi ci&#281; zostawi&#263;. Nie chc&#281;, &#380;eby&#347; my&#347;la&#322;a, &#380;e &#322;atwo mi to przysz&#322;o.

Kiedy mia&#322;am dwana&#347;cie lat szuka&#322;am Szkocji na mapie i zobaczy&#322;am &#380;e powy&#380;ej Zatoki le&#380;&#261; Wyspy Orkney wiedzia&#322;am &#380;e znajduj&#261; si&#281; &#322;odzie kt&#243;re zabior&#261; mam&#281; jeszcze dalej ode mnie.


Instrukcje dla mamy

Nie porzucaj Cala. Nie uciekaj od niego, &#380;eby wr&#243;ci&#263; do Szkocji. Nie my&#347;l, &#380;e jakikolwiek m&#281;&#380;czyzna mo&#380;e si&#281; sta&#263; od niego wa&#380;niejszy. B&#281;d&#281; Ci&#281; straszy&#263;, je&#347;li to zrobisz. B&#281;d&#281; przesuwa&#263; meble, rzuca&#263; w Ciebie r&#243;&#380;nymi przedmiotami i sprawi&#281;, &#380;e popadniesz w ob&#322;&#281;d ze strachu. B&#261;d&#378; mi&#322;&#261; dla taty. Powa&#380;nie. Obserwuje Ci&#281;.


Podaje mi &#322;yk wody z lodem. Delikatnie k&#322;adzie mokr&#261; flanel&#281; na moim czole. Potem m&#243;wi:

Kocham ci&#281;. S&#322;owa jak dwie krople krwi spadaj&#261;ce na &#347;nieg.



Rozdzia&#322; 45

Adam k&#322;adzie si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku polowym, kt&#243;re skrzypi. Potem przestaje.

Pami&#281;tam, jak ssa&#322; moja pier&#347;. To by&#322;o niedawno. Le&#380;eli&#347;my w tym samym pokoju, w moim &#322;&#243;&#380;ku, obejmowa&#322;am go ramieniem, a on opiera&#322; si&#281; o mnie i czu&#322;am si&#281; jak jego matka. Obieca&#322;, &#380;e zostanie ze mn&#261; do samego ko&#324;ca. Zmusi&#322;am go do tej obietnicy. Ale nie s&#261;dzi&#322;am, &#380;e b&#281;dzie le&#380;a&#322; grzecznie jak harcerzyk. Nie wiedzia&#322;am, &#380;e dotyk zacznie sprawia&#263; mi b&#243;l, a on poczuje si&#281; zbyt przera&#380;ony, &#380;eby trzyma&#263; mnie za r&#281;k&#281;.

Powinien by&#263; teraz na mie&#347;cie z jaka&#347; dziewczyn&#261; o &#347;licznych kr&#261;g&#322;o&#347;ciach i piersiach jak pomara&#324;cze.


Instrukcje dla Adama

Troszcz si&#281; tylko o siebie. Id&#378; na uniwersytet, mniej mn&#243;stwo przyjaci&#243;&#322; i upijaj si&#281;. Gub klucze. &#346;miej si&#281;. Jedz makaron na &#347;niadanie. Zawalaj wyk&#322;ady. B&#261;d&#378; nieodpowiedzialny.


Dobranoc, Tesso  m&#243;wi Adam.

Dobranoc, Adamie.

Dzwoni&#322;em do piel&#281;gniarki. Powiedzia&#322;a, &#380;e powinni&#347;my podawa&#263; oramoeph opr&#243;cz morfiny.

Nie pogorszy si&#281; jej od tego?

Poradzimy sobie.

Dzisiaj znowu wo&#322;a&#322;a mam&#281;, kiedy rozmawia&#322; pan przez telefon.

Rozmy&#347;lam o po&#380;arze i k&#322;&#281;bach dymu, i dzwonach bij&#261;cych jak oszala&#322;e na alarm, i o zdziwieniu maluj&#261;cym si&#281; na twarzach ludzi, jakby co&#347; zosta&#322;o im skradzione.

Posiedz&#281; przy niej, je&#347;li chcesz, Adamie. Id&#378; poogl&#261;da&#263; telewizj&#281; albo zdrzemnij si&#281; troch&#281;.

Obieca&#322;em, &#380;e jej nie zostawi&#281;.

Jakby &#347;wiat&#322;a gas&#322;y kolejno, jedno po drugim.


krople deszczy spadaj&#261; mi&#281;kko na piasek i na bose stopy a tata nadal buduje zamek na pla&#380;y oboje z Calem nabieramy morskiej wody do wiadra i wlewamy ja do fosy a potem kiedy wchodzi s&#322;once umieszczamy flagi na wie&#380;ach &#380;eby &#322;opota&#322;y na wietrze i kupujemy lody w budce na skraju wydm tata siada z nami przy brzegu i razem staramy si&#281; odpycha&#263; fale &#380;eby nie zatopi&#322;y mieszka&#324;c&#243;w zamku  Id&#378;, Adami. Nie pomo&#380;emy jej, je&#347;li b&#281;dziemy wyczerpani.


Nie zostawi&#281; jej.


w wieku czterech lat o ma&#322;o mnie nie zsun&#281;&#322;am si&#281; w g&#322;&#261;b szyby kopalni cyny kiedy mia&#322;am pi&#281;&#263; lat samoch&#243;d wpad&#322; w po&#347;lizg na autostradzie a jako siedmioletnia dziewczynka podczas wakacji prze&#380;y&#322;am wybuch gazu w naszej przyczepie kempingowej, kt&#243;rego nikt pocz&#261;tkowo nie zauwa&#380;y&#322;.


Umiera&#322;am przez ca&#322;e &#380;ycie.

Jest spokojniejsza.

Hmm.

Docieraj&#261; do mnie tylko fragmenty zda&#324;. S&#322;owa chowaj&#261; si&#281; w szczelinach, znikaj&#261; na wiele godzin, a potem wzlatuj&#261; z powrotem i k&#322;ad&#261; si&#281; na mojej piersi.

Jestem ci wdzi&#281;czny.

Za co?

Za to, &#380;e nie uciek&#322;e&#347;. Wi&#281;kszo&#347;&#263; ch&#322;opc&#243;w na twoim miejscu zwia&#322;by, gdzie pieprz ro&#347;nie.

Kocham j&#261;.



Rozdzia&#322; 46

Cze&#347;&#263;  m&#243;wi Adam.  Obudzi&#322;a&#347; si&#281;.

Pochyla si&#281; nade mn&#261; i zwil&#380;a mi usta g&#261;bk&#261;. Potem osusza je flanelowym r&#281;cznikiem i smaruje wazelin&#261;.

Masz zimne r&#281;ce. Potrzymam je, rozgrzej&#281;, dobrze?

Cuchn&#281;. Puszczam &#347;mierdz&#261;ce b&#261;ki. S&#322;ysz&#281; tykanie mojego cia&#322;a, kt&#243;re pozera samo siebie.

Zapadam si&#281;, coraz bardziej si&#281; zapadam.

Punkt pi&#281;tnasty na mojej li&#347;cie  wsta&#263; z &#322;&#243;&#380;ka i zej&#347;&#263; po schodach. &#379;artowa&#322;am.

Dwie&#347;cie dziewi&#261;ty  wyj&#347;&#263; za m&#261;&#380; za Adama.

Trzydziesty  i&#347;&#263; do szko&#322;y na zebranie, nasze dziecko to geniusz. Ca&#322;a tr&#243;jka jest genialna.

Chester, Merlin i Daisy.

Pi&#281;&#263;dziesi&#261;ty pierwszy, drugi, trzeci  otworzy&#263; oczy. Cholera, otw&#243;rz oczy.

Nie mog&#281;. Spadam.

Czterdziesty czwarty  nie spa&#263;. Nie chc&#281; spa&#263;. Boj&#281; si&#281;. Czterdziesty piaty  nie spada&#263;.

My&#347;l o czym&#347;. Nie umr&#281;, je&#347;li b&#281;d&#281; my&#347;la&#322;a o gor&#261;cym oddechy Adama mi&#281;dzy moim udami.

Nie mog&#281; uchwyci&#263; si&#281; &#380;adnej my&#347;li. Jak drzewo gubi&#261;ce li&#347;cie. Zapominam, o czym my&#347;la&#322;am.

Dlaczego ona wydaje takie d&#378;wi&#281;ki?

Pochodz&#261; z p&#322;uc. Gromadzi si&#281; w nich p&#322;yn, poniewa&#380; Tessa nie mo&#380;e si&#281; rusza&#263;.

Brzmi okropnie.

W rzeczywisto&#347;ci nie dzieje si&#281; nic strasznego. Czy to Cal? S&#322;ysz&#281; trzask wieczka. Otwiera puszk&#281; coli.

Co robi tata?  pyta Adam.

Rozmawia przez telefon. Chce, &#380;eby mama przyjecha&#322;a.

To dobrze.

Cal, co si&#281; dzieje z cia&#322;em po &#347;mierci? Py&#322;, blask, deszcz.

My&#347;lisz, &#380;e ona nas s&#322;yszy?

Na pewno.

Bo m&#243;wi&#281; jej r&#243;&#380;ne rzeczy.

Jakie?

Nie twoja sprawa!


uk&#322;ad s&#322;oneczny powsta&#322; na skutek wielkiego wybuchu i wtedy uformowa&#322;a si&#281; ziemia. dopiero potem mog&#322;o pojawi&#263; si&#281; na niej &#380;ycie kiedy usta&#322;y deszcze i zgas&#322; ogie&#324; narodzi&#322;y si&#281; ryby potem owady p&#322;azy dinozaury ssaki ptaki naczelne i wreszcie ludzie  Jeste&#347; pewien, &#380;e ona powinna wydawa&#263; takie d&#378;wi&#281;ki?


My&#347;l&#281;, &#380;e wszystko w porz&#261;dku.

Ale co&#347; si&#281; zmieni&#322;o.

Cicho, nie s&#322;ysz&#281;.

Brzmi gorzej. Jakby nie mog&#322;a oddycha&#263;.

Cholera!

Czy ona umiera?

Biegnij po tat&#281;, Cal. Szybko!


ma&#322;y ptaszek przenosi g&#243;r&#281; z piasku po jednym ziarenku bierze ziarenko raz na milion lat a kiedy ca&#322;a g&#243;ra zostaje przeniesiona ptaszek uk&#322;adaj&#261; z powrotem i w&#322;a&#347;nie tak d&#322;ugo trwa wieczno&#347;&#263; to znaczy &#380;e bardzo d&#322;ugo b&#281;d&#281; martwa Mo&#380;e wr&#243;c&#281; jako kto&#347; inny.


B&#281;d&#281; dziewczyn&#261; z burz&#261; wspania&#322;ych w&#322;os&#243;w, kt&#243;r&#261; Adam pozna w ci&#261;gu pierwszego tygodnia na uniwersytecie.

Cze&#347;&#263;, ty te&#380; studiujesz ogrodnictwo?

Jestem tutaj, Tesso. Jestem przy tobie i trzymam ci&#281; za r&#281;k&#281;. Adam te&#380; tu jest, siedzi po drugiej stronie &#322;&#243;&#380;ka. I Cal. Mama ju&#380; jedzie, b&#281;dzie lada chwila. Kochamy ci&#281;, Tesso. Jeste&#347;my z tob&#261; wszyscy.

Nie mog&#281; znie&#347;&#263; tych d&#378;wi&#281;k&#243;w. Brzmi to tak, jakby j&#261; bola&#322;o.

Nie odczuwa b&#243;lu, Cal. Jest nieprzytomna. Nic jej nie boli.

Adam m&#243;wi&#322;, &#380;e ona nas s&#322;yszy. Jak mo&#380;e nas s&#322;ysze&#263;, je&#347;li jest nieprzytomna?

To tak, jakby spa&#322;a, ale zdaje sobie spraw&#281; z tego, &#380;e tu siedzimy. Mo&#380;esz usi&#261;&#347;&#263; przy mnie, Cal. Lub na kolanach. Jest spokojna, nie martw si&#281;.

Nie wydaje mi si&#281;, &#380;eby by&#322;a spokojna. Wydaje d&#378;wi&#281;ki jak zepsuty bojler.

Kieruj&#281; si&#281; do &#347;rodka, ich g&#322;osy s&#261; jak szum wody.

Chwile si&#281; gromadz&#261;.

Samoloty uderzaj&#261; w budynki. W powietrze wylatuj&#261; cia&#322;a. Eksploduj&#261; poci&#261;gi i autobusy. Wok&#243;&#322; opada py&#322; promieniowania. S&#322;once zmienia si&#281; w mikroskopijny czarny punkcik. Rasa ludzka wymiera, a karaluchy opanowuj&#261; &#347;wiat.

Wszystko mo&#380;e si&#281; zdarzy&#263;.

Przepyszny deser na p&#322;azy. Widelec postukuj&#261;cy o misk&#281;. Mewy. Fale.

W porz&#261;dku, Tesso, mo&#380;esz odej&#347;&#263;. Kochamy ci&#281;. Mo&#380;esz ju&#380; odej&#347;&#263;.

Dlaczego to m&#243;wisz?

Nie wiemy, czy nie potrzebuje naszego pozwolenia, &#380;eby umrze&#263;, Cal.

Nie chc&#281;. Nie pozwalam jej.

Zg&#243;d&#378;my si&#281;.

Zgadzajmy si&#281; na wszystko jeszcze przez jeden dzie&#324;.

Chyba powiniene&#347; si&#281; po&#380;egna&#263;, Cal.

Nie.

To wa&#380;ne.

Ona mo&#380;e przez to umrze&#263;.

Nie umrze dlatego, &#380;e co&#347; powiesz. Na pewno chce wiedzie&#263;, &#380;e ja kochasz.

Jeszcze chwila. Jeszcze jedna. Dam rad&#281;.

Papierek po cukierku niesiony po &#347;cie&#380;ce przez wiatr.

Prosz&#281; ci&#281;, Cal.

G&#322;upio mi.

Nikt z nas ci&#281; nie s&#322;ucha. Podejd&#378; bli&#380;ej i szepnij.

Moje imi&#281; wypisane na rondzie. M&#261;twy wyrzucone przez morze na brzeg. Martwy ptak na trawniku. Miliony robak&#243;w o&#347;lepionych s&#322;o&#324;cem.

Do widzenia, Tesso. Mo&#380;esz mnie nawiedza&#263;, je&#347;li chcesz. Nie mam nic przeciwko temu.

Siedzi je&#380; na polance i je jab&#322;ko.

Mysz utopiona w wodzie i przytrzymywana &#322;y&#380;ka.

Trzy b&#261;belki powietrza uciekaj&#261;ce jedno po drugim.

Sze&#347;&#263; ba&#322;wank&#243;w z waty.

Sze&#347;&#263; serwetek z&#322;o&#380;onych w lilie origami.

Siedem kamieni w r&#243;&#380;nych kolorach na srebrnym &#322;a&#324;cuszku.

S&#322;once w mojej fili&#380;ance.

Zoey wygl&#261;da przez okno, a ja wyje&#380;d&#380;am z miasta. Niebo ciemnie coraz bardziej.

Pozw&#243;l mi odej&#347;&#263;.

Adam wypuszcza dym nad miastem le&#380;&#261;cym w dole.

Cokolwiek tam si&#281; teraz dzieje, my o tym nie wiemy  m&#243;wi.

Pozw&#243;l odej&#347;&#263; im wszystkim.

Trzepot skrzyde&#322; ptaka lec&#261;cego przez ogr&#243;d. Potem nic. Nic. Chmura sunie po niebie. Znowu nic. &#346;wiat&#322;o zagl&#261;da przez okno, pada na mnie, wnika we mnie.

Chwile.

Wszystkie zgromadzone w tej jednej.



Jenny Downham



***






