




Dorota Terakowska


Poczwarka



W przeddzie&#324;

wok&#243;&#322; by&#322;a ciemno&#347;&#263;. I wody. G&#281;ste, ciep&#322;e, &#347;luzowate. Dziecko ta&#324;czy&#322;o w&#347;r&#243;d nich spokojne i bezpieczne, lekkie i zwinne. Chcia&#322;o tak wiecznie ta&#324;czy&#263;. Na zewn&#261;trz czyha&#322;y liczne niebezpiecze&#324;stwa: pot&#281;&#380;na grawitacja, wielookie i obce spojrzenia, oboj&#281;tno&#347;&#263; lub nadmiar wsp&#243;&#322;czucia. Dziecko wiedzia&#322;o o tym, zanim wyp&#322;yn&#281;&#322;o na suchy, bezlitosny &#347;wiat. Lecz by&#322;o Darem Pana i nie mog&#322;o zosta&#263; tam, gdzie chcia&#322;o. Pan rozdaje swoje dary, nawet te niechciane. Nic nie zostawia dla siebie.

Gdy Adam zobaczy&#322; w szpitalu sko&#347;nie opadaj&#261;ce fa&#322;dki nad oczami nowo narodzonej c&#243;reczki, skrzywi&#322; si&#281; zabawnie i spyta&#322;:

Urodzi&#322;a&#347; Azjat&#281;? Moda na egzotyk&#281;?

Nie &#380;artuj. To niedobry &#380;art  odpar&#322;a Ewa.

Co w nim z&#322;ego?  zdziwi&#322; si&#281;, nie odrywaj&#261;c oczu od niemowl&#281;cia.  M&#243;g&#322;bym te&#380; powiedzie&#263; ma&#322;a Chinka, Mongo&#322;ka lub Japonka

Wszystko, byle nie mongo&#322;ka  odpar&#322;a Ewa i zagryz&#322;a usta. Byle si&#281; nie rozp&#322;aka&#263;. Jeszcze nie. Mog&#281; si&#281; przecie&#380; myli&#263;, pomy&#347;la&#322;a z nadziej&#261;.

Czemu nie?  zdziwi&#322; si&#281; Adam.  Ma w sobie co&#347; azjatyckiego. Gdybym ci nie ufa&#322;, tobym podejrzewa&#322;, &#380;e mnie zdradzi&#322;a&#347;  za&#347;mia&#322; si&#281;.

Te jego &#380;arty Jak ja ich czasem nie cierpi&#281;, my&#347;la&#322;a Ewa, zmuszaj&#261;c si&#281; do u&#347;miechu.

Nie, tylko nie ma&#322;y mongo&#322;  powt&#243;rzy&#322;a b&#322;agalnie.

Czy on naprawd&#281; nigdy nie s&#322;ysza&#322; o mongolizmie? Czy naprawd&#281; wie tylko, co to hossa, bessa, parkiet, lobbing, e-biznes? Czy s&#322;owo down kojarzy mu si&#281; wy&#322;&#261;cznie ze spadkiem notowa&#324; na gie&#322;dzie? Down i up lub Dow Jones?

Odrobina azjatycko&#347;ci jest nawet sexy u dziewczynki  za&#380;artowa&#322; tymczasem jej m&#261;&#380;.

Bo&#380;e  westchn&#281;&#322;a s&#322;abo Ewa.  Zaczeka] z tym komplementem, a&#380; b&#281;dzie mia&#322;a pi&#281;tna&#347;cie lat.

Lolita mia&#322;a dwana&#347;cie  za&#347;mia&#322; si&#281; Adam, a jego &#347;miech odbi&#322; si&#281; echem od wykafelkowanych, l&#347;ni&#261;cych &#347;cian izolatki. Ewa si&#281; wzdrygn&#281;&#322;a.

Rodzi&#322;a w najdro&#380;szej prywatnej klinice, jaka by&#322;a w mie&#347;cie. Dziecko Adama musia&#322;o mie&#263; wszystko, co najlepsze. Wprawdzie z za&#322;o&#380;enia mia&#322;o by&#263; synem. (Kiedy&#347; b&#281;dzie supergwiazd&#261; informatyki i gie&#322;dy, cieszy&#322; si&#281;, zanim ujrzeli ten cudaczny obraz USG, w kt&#243;rym on dopatrzy&#322; si&#281; wy&#322;&#261;cznie zdumiewaj&#261;cego chaosu, ona ujrza&#322;a jedynie malutkie bij&#261;ce serce, ale doktor bezspornie okre&#347;li&#322; p&#322;e&#263; embriona). Ku zdumieniu Ewy Adam &#322;atwo pogodzi&#322; si&#281; z faktem, &#380;e to c&#243;rka.

Presti&#380;owa uczelnia, dobry m&#261;&#380;  nakre&#347;li&#322; w czterech s&#322;owach przysz&#322;o&#347;&#263; ma&#322;ej istotki, zanim jeszcze przysz&#322;a na &#347;wiat. A teraz le&#380;a&#322;a tu, obok matki, i nad jej zamkni&#281;tymi oczkami wypi&#281;trza&#322;y si&#281; dwie grube, sko&#347;ne fa&#322;dki. Zbyt grube. Zbyt sko&#347;ne.

Wszystko, tylko nie mongolizm  wyszepta&#322;a Ewa do siebie, gdy Adam ju&#380; opu&#347;ci&#322; izolatk&#281;, pozostawiaj&#261;c po sobie mocny zapach markowej wody toaletowej, zmieszany z md&#322;ymi, perfumowanymi wyziewami wielkiego bukietu r&#243;&#380;.

Nie wiedzia&#322;a prawie nic o mongolizmie, o odmianach i stopniach tej choroby, o mo&#380;liwo&#347;ciach leczenia, zna&#322;a tylko jej zewn&#281;trzne objawy. I tym bardziej si&#281; ba&#322;a.



*


Darami Pana s&#261; ziemia, niebo, dzie&#324; i noc, kwiaty i nasiona, drzewa, ptaki, myszy, w&#281;&#380;e, s&#322;onie, wichry, pioruny, tornada, wulkany  i ludzie. Darami Pana s&#261; le&#380; dzieci, gdy trzeba usprawiedliwi&#263; ich pojawienie si&#281; na ziemi.

bo na pocz&#261;tku Pan stworzy&#322; niebo i ziemi&#281;. Ziemia by&#322;a niekszta&#322;tna i oblana wodami. A w wodach ta&#324;czy&#322;o Dziecko. Nie ono jedno. I by&#322;o tam ciemno, bezpiecznie, zacisznie. Tak powinno zosta&#263;. Ale Pan &#347;pieszy&#322; si&#281;, czeka&#322;o na niego mn&#243;stwo fascynuj&#261;cych rzeczy do stwarzania, niesko&#324;czony trud i zaskakuj&#261;ce niespodzianki, wi&#281;c powiedzia&#322; szybko:

Niech si&#281; stanie &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;

I poprzez wody przenikn&#281;&#322;a o&#347;lepiaj&#261;ca jasno&#347;&#263;, zmieniaj&#261;c je z ciemnych w przejrzyste.

TO JEST DOBRE  powiedzia&#322; Pan, z malutkim cieniem w&#261;tpliwo&#347;ci. W&#261;tpliwo&#347;ci towarzyszy&#322;y mu zawsze. Pomy&#322;ki te&#380;. Doskona&#322;o&#347;&#263; trafia&#322;a si&#281; rzadko.

To jest straszne  pomy&#347;la&#322;o Dziecko, trac&#261;c poczucie bezpiecze&#324;stwa. Pomimo &#380;e rozpaczliwie si&#281; broni&#322;o, musia&#322;o wyp&#322;yn&#261;&#263; z zacisznych w&#243;d Matki w such&#261;, gro&#378;n&#261; i oci&#281;&#380;a&#322;&#261; &#347;wiat&#322;o&#347;&#263; ziemi.

I by&#322; to przeddzie&#324; dnia pierwszego, a trwa&#322; &#243;w przeddzie&#324; wiele d&#322;ugich lat.



*


Czy siostra w&#322;o&#380;y je do flakonu?  spyta&#322;a Ewa, wskazuj&#261;c na gigantyczny bukiet r&#243;&#380;, lecz piel&#281;gniarka pokr&#281;ci&#322;a niech&#281;tnie g&#322;ow&#261;:

Za du&#380;o tych kwiat&#243;w. Zbyt ostry zapach. Dziecko nabawi si&#281; alergii.

To zostawmy trzy r&#243;&#380;e, a reszt&#281; dajmy biednym kobietom  zaproponowa&#322;a.

W tym szpitalu nie ma biednych kobiet. I po co biednym kobietom kwiaty?  odpar&#322;a oboj&#281;tnie piel&#281;gniarka.  Wystawi&#281; je na korytarz.

Gdy ruszy&#322;a ku drzwiom z tym ogromnym bukietem r&#243;&#380; (jak to pasuje do Adama, my&#347;la&#322;a Ewa), zatrzyma&#322; j&#261; cichy g&#322;os pacjentki:

Siostro, prosz&#281; spojrze&#263; na moj&#261; c&#243;reczk&#281;

&#321;adna, &#322;adna, wiem. Najpi&#281;kniejsza. Wszystkie matki rodz&#261; &#243;smy cud &#347;wiata  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; pob&#322;a&#380;liwie piel&#281;gniarka. W tej luksusowej klinice p&#322;acono jej tak&#380;e za komplementy wobec pacjentek i ich narodzonych dzieci.

Nie. To nie tak  szepn&#281;&#322;a Ewa.  Prosz&#281; przyjrze&#263; si&#281; jej oczom.

Mamy pi&#281;kne oczka, co?  za&#347;mia&#322;a si&#281; kobieta, podchodz&#261;c ze znu&#380;eniem do niemowl&#281;cia. Pod koniec ca&#322;odobowego dy&#380;uru nogi ju&#380; jej nie nios&#322;y, a kaprysy pacjentek denerwowa&#322;y.

Mamy pi&#281;kne oczka  wymamrota&#322;a rutynowo, ale wpatruj&#261;c si&#281; uwa&#380;nie w twarz male&#324;kiej istotki, powt&#243;rzy&#322;a wolniej:  Oczka tak.

Ewa natychmiast us&#322;ysza&#322;a wahanie w g&#322;osie kobiety.

Czy to Czy siostra nie my&#347;li Ta fa&#322;dka Czy siostra nie mog&#322;aby  be&#322;kota&#322;a, pragn&#261;c jednak nie zada&#263; tego pytania i nigdy nie otrzyma&#263; odpowiedzi. Mia&#322;a przeczucie, &#380;e j&#261; zna, &#380;e nikogo nie musi pyta&#263;, bo to s&#322;owo i tak padnie. I ju&#380; nie w beztroskich &#380;artach, i nie w jej g&#322;owie. Padnie g&#322;o&#347;no, wyra&#378;nie i  nieodwracalnie.

Mamy dobrego pediatr&#281;. Jutro do pani zajrzy  odpar&#322;a wymijaj&#261;co piel&#281;gniarka.  Ale po&#322;o&#380;nik ocenia, &#380;e dziecko ma siedem w skali Apgar. Niez&#322;y wynik!  dorzuci&#322;a ze sztucznym o&#380;ywieniem.

Niez&#322;y  przyzna&#322;a Ewa  lecz ta skala nie dotyczy psychiki  doda&#322;a szeptem, sama do siebie, gdy&#380; piel&#281;gniarka by&#322;a ju&#380; za drzwiami.



*


Sucho. &#346;wiat&#322;o&#347;&#263; w ciemno&#347;ci. Dono&#347;ne, zgrzytliwe d&#378;wi&#281;ki. Zmiany barw. Niezliczone odcienie czerni. Zdumiewaj&#261;ca, przejrzysta, prawie kryszta&#322;owa biel, rozdzieraj&#261;ca si&#281; spazmatycznie na siedem odcieni t&#281;czy. Zaskakuj&#261;ce melodie s&#322;&#243;w i melodie ciszy. Hucz&#261;cy G&#322;os, kt&#243;ry przetacza si&#281; nad Stwarzanym jak odleg&#322;y grzmot. Pytanie, skierowane nie wiadomo do kogo, na kt&#243;re nie oczekiwa&#322; odpowiedzi, cho&#263; tyle w nim by&#322;o niepewno&#347;ci.

TO JEST DOBRE

Dziecko poczu&#322;o, &#380;e TO nie jest dobre. I &#380;e nie chce by&#263; dla nikogo Darem. Zapragn&#281;&#322;o wr&#243;ci&#263;, ale powrotu nie by&#322;o. To by&#322;a podr&#243;&#380; w jedn&#261; stron&#281;. D&#322;uga podr&#243;&#380;, gdy&#380; d&#322;ugie by&#322;o stwarzanie.



*


S&#322;owo down pad&#322;o w trzynastej minucie badania niemowl&#281;cia przez pediatr&#281;.

ma&#322;y mongo&#322;  powiedzia&#322;a g&#322;ucho Ewa.

Owszem, czasem nazywamy to mongolizmem, cz&#281;&#347;ciej zespo&#322;em Downa, ale wolimy inn&#261; nazw&#281;, kt&#243;ra powszechnie si&#281; przyj&#281;&#322;a: muminek  wyja&#347;nia&#322; lekarz nienaturalnie ciep&#322;ym g&#322;osem.  Lubimy to okre&#347;lenie. Stosujemy je na co dzie&#324;. Jest &#322;adne. Serdeczne. Ma literacki rodow&#243;d Zna pani ksi&#261;&#380;ki Tove Jansson?

Ma&#322;a Migotka  szepn&#281;&#322;a Ewa i zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;.

Muminki, ksi&#261;&#380;kowe i telewizyjne, kojarzy&#322;y si&#281; z czym&#347; mi&#322;ym i weso&#322;ym. Tymczasem na jej r&#281;kach spoczywa&#322;o niemowl&#281;, kt&#243;re by&#322;o zaprzeczeniem zar&#243;wno tego skojarzenia, jak i wszystkich &#380;yciowych plan&#243;w jej i Adama. W tych planach dziecko mia&#322;o zamieszka&#263; w nowym, pi&#281;knym domu, w starannie urz&#261;dzonym dziecinnym pokoju, do kt&#243;rego zakupili wszystko, co najlepsze. By&#322;y tam nie tylko jasne meble, bia&#322;e firanki, kremowe zas&#322;ony, dywan w kolorze herbacianej r&#243;&#380;y, stosy ubranek i zabawek, ale nawet poradniki, w zgodzie z kt&#243;rymi mieli to dziecko wychowywa&#263; i &#347;ledzi&#263; jego prawid&#322;owy rozw&#243;j.

Przedszkole angloj&#281;zyczne, lekcje tenisa, komputer od pi&#261;tego roku &#380;ycia  m&#243;wi&#322; Adam.

Ja bym do&#322;o&#380;y&#322;a lekcje rysunku i fortepianu. A mo&#380;e baletu?  proponowa&#322;a Ewa.  Ona mo&#380;e mie&#263; zdolno&#347;ci artystyczne

Lekarz co&#347; jeszcze m&#243;wi&#322;, ale go nie s&#322;ysza&#322;a. Jej umys&#322; b&#322;&#261;dzi&#322; po ruinach marze&#324; i plan&#243;w. Plany by&#322;y tak dok&#322;adnie przemy&#347;lane, &#380;e nawet data pocz&#281;cia zosta&#322;a ustalona starannie i z wyprzedzeniem: tu&#380; przed ostatecznym wyko&#324;czeniem domu i po fuzji firmy Adama ze znanym koncernem, gdy ju&#380; b&#281;d&#261; mie&#263; pewno&#347;&#263;, &#380;e wszed&#322; do zarz&#261;du.

gdy b&#281;dzie nas sta&#263; na zapewnienie dziecku przysz&#322;o&#347;ci  m&#243;wi&#322;, a ona kiwa&#322;a zgodnie g&#322;ow&#261;.

Nigdy nie rozumia&#322;a kole&#380;anek, kt&#243;re zachodzi&#322;y w ci&#261;&#380;&#281; w czasie studi&#243;w i zak&#322;ada&#322;y rodzin&#281; w ciasnym, blokowym mieszkanku, kosztem &#380;yciowych marze&#324;. Wed&#322;ug Adama i Ewy dziecko mia&#322;o by&#263; nierozerwaln&#261; cz&#281;&#347;ci&#261; spe&#322;nionych ambicji, a nie wyrzeczeniem si&#281; ich.

Ono uciele&#347;ni wszystko to, co w nas mog&#322;oby by&#263; lepsze. I nie b&#281;dzie Zaczyna&#263; od zera, jak my. Od razu skoczy z wysokiego pu&#322;apu. Nasze dziecko eeeech, Ewa b&#281;dzie wspania&#322;e!  powtarza&#322; jej, gdy by&#322;a w ci&#261;&#380;y.

I teraz to dziecko mia&#322;a w swoich obj&#281;ciach.

Kto&#347; mi je zamieni&#322;, pomy&#347;la&#322;a, a do jej uszu z trudem dociera&#322;y s&#322;owa lekarza (lekarz widzia&#322;, co si&#281; z ni&#261; dzieje, lecz mimo to nie przerywa&#322; m&#243;wienia. Mimo to, a mo&#380;e w&#322;a&#347;nie dlatego?):

takie dziecko przychodzi na &#347;wiat jedno na sze&#347;&#263;set, siedemset urodze&#324;. Nie jest pani wyj&#261;tkiem, prosz&#281; mi wierzy&#263;. Ale kiedy&#347;, jeszcze pi&#281;&#263; czy sze&#347;&#263; lat temu, ma&#322;y mongo&#322; by&#322;by skazany na izolacj&#281; od spo&#322;ecze&#324;stwa, egzystencj&#281; na marginesie. &#346;redni iloraz jego inteligencji, IQ, zaczyna&#322; si&#281; i ko&#324;czy&#322; na oko&#322;o 30 punktach, podczas gdy dzi&#347; mo&#380;e osi&#261;gn&#261;&#263; nawet 60, przy 120 dla typowej inteligencji. Czyli od dziecka normalnego dzieli je ju&#380; tylko po&#322;owa.

Ewa roze&#347;mia&#322;a si&#281; g&#322;o&#347;no i z gniewn&#261; gorycz&#261;. Tylko po&#322;owa, pomy&#347;la&#322;a w odruchu buntu i przera&#380;enia.

Od kilku lat mamy &#347;wietne programy rehabilitacyjne  ci&#261;gn&#261;&#322; lekarz, udaj&#261;c, &#380;e nie zauwa&#380;y&#322; jej reakcji.  Je&#347;li nie b&#281;dzie to najci&#281;&#380;sza posta&#263; downa, dziecko mo&#380;e i&#347;&#263; do przedszkola, do szko&#322;y specjalnej, zdob&#281;dzie konkretny fach, nauczy si&#281;, na przyk&#322;ad, wyplata&#263; koszyki, robi&#263; pude&#322;ka, tka&#263; kilimy, malowa&#263; szklane wyroby

Wyplata&#263; koszyki  powt&#243;rzy&#322;a mechanicznie Ewa, bez cienia agresji. No c&#243;&#380;, kto&#347; musi wyplata&#263; koszyki, sama ma ich w domu kilkana&#347;cie, bo wiklina jest modna i zdrowa. Za&#347;mia&#322;a si&#281; znowu, troch&#281; histerycznie, lecz z autentyczn&#261; weso&#322;o&#347;ci&#261;. TO wydawa&#322;o si&#281; snem  i musia&#322;o by&#263; snem. TO mog&#322;o si&#281; przytrafi&#263; ka&#380;demu, ale nie jej!

Oczywi&#347;cie, muminki choruj&#261; cz&#281;&#347;ciej ni&#380; inne dzieci, dlatego przeprowadzimy seri&#281; bada&#324;, &#380;eby ustali&#263;, na co pani dziecko jest najbardziej nara&#380;one  m&#243;wi&#322; lekarz niemal na jednym oddechu. Ewa zastanawia&#322;a si&#281;, ile ma jeszcze do powiedzenia i czy ona w og&#243;le chce tego s&#322;ucha&#263;.  Widzi pani, one miewaj&#261; s&#322;aby wzrok, sk&#322;onno&#347;&#263; do katarakty, regu&#322;&#261; jest wadliwy system oddechowy, niekiedy zdarzaj&#261; si&#281; zmiany kardiologiczne. Prosz&#281; te&#380; zwr&#243;ci&#263; uwag&#281;, &#380;e pani c&#243;reczka ma wiotkie mi&#281;&#347;nie, a gdy do tego dojdzie du&#380;y ci&#281;&#380;ar cia&#322;a, tak&#380;e typowy dla DS, czyli syndromu Downa, no to

to nigdy nie zata&#324;czy  powiedzia&#322;a od rzeczy Ewa, a potem, nagle, w jej g&#322;owie za&#347;wita&#322;a my&#347;l: przecie&#380; ono mo&#380;e umrze&#263;! Mo&#380;e umrze&#263;, a wtedy urodz&#281; drugie, normalne.

Dziecko nagle zap&#322;aka&#322;o i otworzy&#322;o oczy: dwie sko&#347;ne szparki, ukryte w podpuchni&#281;tych powiekach. Krzycza&#322;o bez &#322;ez. Te &#322;zy Ewa poczu&#322;a na swoim policzku.

P&#322;aczemy obie. Ona bez &#322;ez, a ja bez krzyku, pomy&#347;la&#322;a.

wi&#281;c przy&#347;l&#281; pani t&#281; kobiet&#281;  m&#243;wi&#322; tymczasem lekarz, nie przerywaj&#261;c ani na chwil&#281; potoku s&#322;&#243;w.

Jak&#261; kobiet&#281;?  ockn&#281;&#322;a si&#281;.

No przecie&#380; m&#243;wi&#281;: t&#281;, kt&#243;rej c&#243;reczka z downem ma ju&#380; osiem lat i &#322;adnie si&#281; chowa. Zobaczy pani, nie jest a&#380; tak straszne, jak pani my&#347;li.

Ewa zacz&#281;&#322;a si&#281; &#347;mia&#263;:

Prosz&#281; mi przys&#322;a&#263; wr&#243;&#380;k&#281;, kt&#243;ra odmieni moje dziecko!  zawo&#322;a&#322;a, a potem doda&#322;a oskar&#380;ycielskim szeptem:  To pan powie mojemu m&#281;&#380;owi, co urodzi&#322;am.

Tak, oczywi&#347;cie  odpar&#322; sztywno.  Z regu&#322;y to my informujemy ojc&#243;w. Matki nigdy nie chc&#261; Aha, by&#322;bym zapomnia&#322;. Istnieje mo&#380;liwo&#347;&#263; pozostawienia dziecka w szpitalu. Oddamy je wtedy do specjalnego zak&#322;adu.

Popatrzy&#322;a na niego z nienawi&#347;ci&#261;.

Dziecko znowu zap&#322;aka&#322;o.

Ma&#322;y muminek  powiedzia&#322; nagle lekarz z autentyczn&#261; czu&#322;o&#347;ci&#261;, gubi&#261;c gdzie&#347; t&#281; pozbawion&#261; uczucia zawodow&#261; mask&#281;.

Ewa dozna&#322;a wstrz&#261;su: za spraw&#261; banalnej nazwy, tak dobrze znanej z ksi&#261;&#380;ek i telewizyjnych dobranocek, wype&#322;ni&#322;o j&#261; nagle niepoj&#281;te uczucie mi&#322;o&#347;ci do bezradnej, u&#322;omnej istotki, kt&#243;r&#261; wyda&#322;a na &#347;wiat.  Na ten plastikowy, z&#322;y &#347;wiat  powiedzia&#322;a szeptem i zdziwi&#322;a si&#281;:  dlaczego plastikowy?

By&#322;bym zapomnia&#322;  us&#322;ysza&#322;a zn&#243;w g&#322;os lekarza. Ju&#380; wychodzi&#322;, ale zatrzyma&#322; si&#281; i spojrza&#322; niepewnie:  Tam jest jeszcze co&#347;  powiedzia&#322;.

Gdzie, co?  spyta&#322;a, zoboj&#281;tnia&#322;a ju&#380; na z&#322;e wie&#347;ci.

Encefalogram wykrywa dodatkowe, nietypowe zaburzenia. Zdj&#281;cia tomograficzne m&#243;zgu pokazuj&#261; malutk&#261; ciemn&#261; plamk&#281;. Nie wiemy, co to jest. To mo&#380;e by&#263; guz, krwiak lub jeszcze co&#347; innego. Je&#347;li to co&#347; naciska na jaki&#347; wa&#380;ny o&#347;rodek, to  zawaha&#322; si&#281;, jakby chcia&#322; op&#243;&#378;ni&#263; t&#281; informacj&#281;: -to mo&#380;e by&#263; gorzej ni&#380; w typowym mongolizmie.

I moja c&#243;rka nie b&#281;dzie wyplata&#263; koszyk&#243;w  powiedzia&#322;a Ewa.

Tak. Mo&#380;e si&#281; okaza&#263;, &#380;e nawet tego nie b&#281;dzie w stanie si&#281; nauczy&#263;.

Lekarz odchrz&#261;kn&#261;&#322; i wyszed&#322;. Tak&#380;e w tym chrz&#261;kni&#281;ciu Ewa us&#322;ysza&#322;a wsp&#243;&#322;czucie, kt&#243;rego sobie nie &#380;yczy&#322;a.



*


Zostawimy je tu  powiedzia&#322; Adam. Tym razem przyszed&#322; bez kwiat&#243;w.  Ustali&#322;em wszystko z lekarzami. P&#243;jdzie do specjalnego zak&#322;adu.

Ono, pomy&#347;la&#322;a Ewa. Zatem ju&#380; nie ma p&#322;ci. I tak jest lepiej. Do czego&#347; bezp&#322;ciowego trudno si&#281; przywi&#261;za&#263;.

Nie b&#281;dzie mu &#378;le  m&#243;wi&#322; dalej Adam.- Dam pieni&#261;dze. Wi&#281;cej ni&#380; trzeba. Ustal&#281; wysoki, comiesi&#281;czny odpis na rzecz tego zak&#322;adu. Sta&#263; nas na to. A wszystkim powiemy, &#380;e poroni&#322;a&#347; albo &#380;e urodzi&#322;o si&#281; martwe. Co wolisz

Wszystkim?  powt&#243;rzy&#322;a.

Sama wiesz Nasi przyjaciele, znajomi, koledzy z firmy. Co&#347; musimy powiedzie&#263;. Gdy pomy&#347;le; o ich spojrzeniach o tych szeptach za naszymi plecami

Wiem  powiedzia&#322;a ze zrozumieniem.  Zawsze nam czego&#347; zazdro&#347;cili, nagle zaczn&#261; wsp&#243;&#322;czu&#263;.

A ja nienawidz&#281; wsp&#243;&#322;czucia  powiedzia&#322; _Adam-Kiwa&#322;a g&#322;ow&#261; w takt s&#322;&#243;w m&#281;&#380;a, nie patrz&#261;c w stron&#281; dziecka, kt&#243;re le&#380;a&#322;o obok niej na szpitalnym &#322;&#243;&#380;ku. Tak. To jest dobre. Wyj&#347;&#263; st&#261;d bez tego tu i zapomnie&#263;. Zapomnie&#263;. Wykre&#347;li&#263; z &#380;ycia tych kilka miesi&#281;cy. Nigdy do nich nie wraca&#263;.

Dziecko nagle zap&#322;aka&#322;o. Nachyli&#322;a si&#281; nad nim, a rysy jej twarzy bezwiednie zmi&#281;k&#322;y. Spojrza&#322;a na niemowl&#281; tak, jak patrzy&#322;a kiedy&#347; na kota przejechanego przez auto. Z po&#322;amanymi &#322;apami, dziwnie sp&#322;aszczony, ale wci&#261;&#380; &#380;ywy, le&#380;a&#322; na chodniku, pr&#243;buj&#261;c unie&#347;&#263; g&#322;ow&#281;, i wydawa&#322; z siebie bezradny, dzieci&#281;cy p&#322;acz. Nie umia&#322;a mu pom&#243;c. Najm&#261;drzej by&#322;oby go dobi&#263;, ale tego te&#380; nie potrafi&#322;a. Umia&#322;a, jedynie zatka&#263; uszy i przy&#347;pieszy&#263; kroku. Nie chcia&#322;a s&#322;ucha&#263; tej bezsilnej pro&#347;by o pomoc.

Ratunku pomocy  wyszepta&#322;a teraz bezg&#322;o&#347;nie, ale Adam ju&#380; wyszed&#322; i nikt jej nie us&#322;ysza&#322;.



*


Pan stwarza&#322; &#347;wiaty maj&#261;ce Pocz&#261;tek, ale bez Ko&#324;ca. Stwarza&#322; je wci&#261;&#380; na nowo, wierz&#261;c, &#380;e nast&#281;pny b&#281;dzie lepszy. Niekiedy Mu si&#281; udawa&#322;o. Prawie zawsze a dawa&#322;y mu si&#281; dzie&#324; i noc, by&#322;y bowiem skrajnie r&#243;&#380;ne i mia&#322;y w sobie naturaln&#261; urod&#281; &#347;wiat&#322;a i mroku.

TO JEST DOBRE  m&#243;wi&#322; Pan bez cienia w&#261;tpliwo&#347;ci.

M&#243;wi&#322; TO JEST DOBRE tak&#380;e wtedy, gdy wiedzia&#322;, &#380;e Mu si&#281; nie uda&#322;o. Pragn&#261;&#322; w ten spos&#243;b doda&#263; sobie otuchy. Gdyby utraci&#322; odwag&#281; stwarzania, wszystkie &#347;wiaty, w jednej chwili, zapad&#322;yby si&#281; w niesko&#324;czon&#261;, czarn&#261; dziur&#281;, w kt&#243;rej nie tylko nie by&#322;o miejsca dla cz&#322;owieka, ale nawet nie istnia&#322; czas. A &#347;wiaty i ludzie nie mog&#261; istnie&#263; w oderwaniu od czasu, cho&#263; czas mo&#380;e istnie&#263; bez nich.

Ale w&#322;a&#347;nie ze stwarzaniem ludzi bywa&#322;o r&#243;&#380;nie. Dlatego Pan, metod&#261; pr&#243;b i b&#322;&#281;d&#243;w, stwarza&#322; te&#380; Dary i ofiarowywa&#322; je ludziom, aby ich doskonali&#263;. Doskonalenie tak&#380;e nie zawsze si&#281; udawa&#322;o. Albo Dary by&#322;y nie do&#347;&#263; dobre, albo ludzie nie rozumieli, dlaczego zostali wybrani, by je otrzyma&#263;.

Je&#347;li jednak stwarzanie by&#322;o &#380;mudne, monotonne i niesko&#324;czone, jak Wszech&#347;wiat, to stwarzanie Dar&#243;w nosi&#322;o w sobie elementy niespodzianki,



*


Kobieta, kt&#243;r&#261; przys&#322;a&#322; lekarz, mia&#322;a na imi&#281; Anna i wesz&#322;a do izolatki z u&#347;miechem tak szerokim, &#380;e niemal przepo&#322;awia&#322; jej g&#322;ow&#281;.

Pi&#281;kne dziecko  powiedzia&#322;a, nachylaj&#261;c si&#281; nad niemowlakiem.

Ewa parskn&#281;&#322;a, wydaj&#261;c z siebie d&#378;wi&#281;k po&#347;redni mi&#281;dzy chichotem a nienawistnym, st&#322;umionym w gardle szlochem.

Czego pani chce?  spyta&#322;a.

Chc&#281; pani&#261; uratowa&#263; przed b&#322;&#281;dn&#261; decyzj&#261;  powiedzia&#322;a nie&#347;mia&#322;o kobieta.

Co to pani&#261; obchodzi?  Ewa poczu&#322;a, jak narasta w niej wrogo&#347;&#263; do przesadnego u&#347;miechu nie-znajomej, do md&#322;ego smaku jej dobrej woli, do niezno&#347;nego wyrazu wsp&#243;&#322;czucia, kt&#243;re rozlewa&#322;o si&#281; na jej twarzy.

Mo&#380;e obejrzy pani zdj&#281;cie mojej c&#243;reczki?  powiedzia&#322;a tamta. Zdj&#281;cie mia&#322;a widocznie przygotowane, gdy&#380; wyj&#281;&#322;a je z torebki jednym ruchem. Ewa zerkn&#281;&#322;a: z kolorowej fotografii ufnie u&#347;miecha&#322;a si&#281; kilkuletnia dziewczynka. Ten u&#347;miech uwypukla&#322; wszystkie typowe cechy zespo&#322;u Downa i dzia&#322;a&#322; pora&#380;aj&#261;co na Ew&#281;, gdy wpatrywa&#322;a si&#281; w okr&#261;g&#322;&#261;, sympatyczn&#261; buzi&#281; w r&#243;wnie okr&#261;g&#322;ych okularach.

TO od razu wida&#263;  powiedzia&#322;a bezwiednie i przygryz&#322;a wargi. Ja cierpi&#281;, ale czy musz&#281; rani&#263; t&#281; kobiet&#281;?, zada&#322;a sobie pytanie. Lecz Anna nie wygl&#261;da&#322;a na zranion&#261;. Z niemal naturalnym u&#347;miechem odpar&#322;a:

Jasne, &#380;e wida&#263;  i doda&#322;a tonem poufnego wysiania:  Ba&#322;am si&#281;, id&#261;c do pani. Zawsze si&#281; boj&#281;.

Zawsze? Co to znaczy zawsze?  spyta&#322;a Ewa.

Tych dzieci rodzi si&#281; wi&#281;cej, ni&#380; pani my&#347;li.

P&#322;ac&#261; pani za to, czy co?  spyta&#322;a Ewa agresywnie.

Nie, nie p&#322;ac&#261;  odpar&#322;a niezra&#380;ona kobieta.  Ale widzi pani, ja jej nie odrzuci&#322;am. Wi&#281;c przychodz&#281;, aby nam&#243;wi&#263; inne, by te&#380; tego nie zrobi&#322;y.

Kogo pani &#380;al? Opieki spo&#322;ecznej?  &#380;achn&#281;&#322;a si&#281; Ewa.  W ko&#324;cu to z naszych podatk&#243;w.

Ju&#380; podj&#281;&#322;a decyzj&#281; i postanowi&#322;a, &#380;e nawet zast&#281;p kobiet z ma&#322;ymi mongo&#322;ami do niczego jej nie nak&#322;oni. Czu&#322;a si&#281; wolna i gotowa zaczyna&#263; wszystko od nowa.

Kobieta przysiad&#322;a na &#322;&#243;&#380;ku i wpatrzy&#322;a si&#281; w niemowl&#281;. Na jej twarzy znowu pojawi&#322; si&#281; u&#347;miech, lecz inny ni&#380; przed chwil&#261;.

Pani nie wierzy, &#380;e te dzieci mo&#380;na kocha&#263;, czasem nawet bardziej ni&#380; te zdrowe. Ja mam dw&#243;jk&#281;, Jacka i El&#380;bietk&#281;. El&#380;bietk&#281; kocham mocniej ni&#380; Jacka, bo ona bardziej tego potrzebuje. Takie dzieci s&#261; spragnione mi&#322;o&#347;ci

Ewa milcza&#322;a. Kobieta usiad&#322;a i wci&#261;&#380; nie odrywaj&#261;c wzroku od niemowl&#281;cia, m&#243;wi&#322;a dalej:

Nazywamy je Darami Pana, wie pani? Lub dzie&#263;mi Boga.

Ewa parskn&#281;&#322;a &#347;miechem.

Kto wymy&#347;li&#322; t&#281; g&#322;upi&#261; nazw&#281;?

Nie wiem  odpar&#322;a kobieta.  Gdy urodzi&#322;a si&#281; El&#380;bietka, ta nazwa ju&#380; by&#322;a w u&#380;yciu. U&#380;ywa si&#281; jej od lat. Mo&#380;e od zawsze? Mnie przekaza&#322;a j&#261; inna matka, kt&#243;ra przysz&#322;a do mnie do szpitala, tak jak ja teraz przychodz&#281; do pani. Niekiedy m&#243;wi si&#281; tak&#380;e dzieci czuj&#261;ce inaczej.

Ha! Political correctness!  prychn&#281;&#322;a gniewnie Ewa. Na temat political correctness mieli z Adamem ustalone zdanie. Teraz, z nie tajon&#261; satysfakcj&#261;, wykrzykiwa&#322;a je przed t&#261; obc&#261; kobiet&#261;:  Murzyn to Afroamerykanin, tak? Jaki&#347; zwolennik politycznej poprawno&#347;ci tak si&#281; zagalopowa&#322;, &#380;e Afroamerykaninem nazwa&#322; Nelsona Mandel&#281;, byle nie powiedzie&#263; czarny! Cygan to Rom, peda&#322; to gej lub kochaj&#261;cy inaczej? A przyg&#322;up to czuj&#261;cy inaczej, a nawet Dar Pana, tak?

W&#322;a&#347;nie tak  powiedzia&#322;a spokojnie kobieta.  Czemu raczej nie zastanowi si&#281; pani, sk&#261;d si&#281; to wzi&#281;&#322;o?

Sk&#261;d?  spyta&#322;a gniewnie Ewa.

Nie czy&#324; drugiemu, co tobie niemi&#322;o, nie r&#243;b mu przykro&#347;ci, gdy nie musisz kochaj bli&#378;niego

Ewa milcza&#322;a. Kobieta irytowa&#322;a j&#261; w tej chwili jeszcze bardziej. M&#243;wi&#322;a komuna&#322;y. Umoralnia&#322;a.

Pani nie wie, &#380;e w narodzinach tego dziecka mo&#380;e kry&#263; si&#281; co&#347; dobrego bardzo dobrego. Ono wiele dla pani zrobi samym swoim istnieniem  m&#243;wi&#322;a nieznajoma.

Niech mi pani nie pr&#243;buje wm&#243;wi&#263;, &#380;e w narodzinach tego dziecka jest tyle dobrego. Prosz&#281; lepiej powiedzie&#263;, co jest najgorsze  zaproponowa&#322;a chytrze. Ale kobieta potraktowa&#322;a jej pytanie z powag&#261;. Namy&#347;la&#322;a si&#281; przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;, jakby chc&#261;c wybra&#263; to, co najwa&#380;niejsze. Jej spojrzenie w&#281;drowa&#322;o od niemowl&#281;cia ku matce i z powrotem. Ewie wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e widzi w nim b&#322;ysk, wsp&#243;&#322;czucia.

Dla mnie najgorsze by&#322;y dwie rzeczy  odpar&#322;a wreszcie.  Moja c&#243;reczka nie m&#243;wi&#322;a do pi&#261;tego roku &#380;ycia. Ani s&#322;owa. Wydawa&#322;a tylko r&#243;&#380;ne mrucz&#261;ce d&#378;wi&#281;ki S&#322;yszy pani, jak paplaj&#261; normalne dzieci, i ogarnia pani&#261; strach, &#380;e ona nigdy nie powie jednego sensownego zdania. Ba, jednego s&#322;owa. A przecie&#380; wszystkie w ko&#324;cu m&#243;wi&#261;. Jedne wcze&#347;niej, inne p&#243;&#378;niej. Ale m&#243;wi&#261;. I pewnego dnia powiedz&#261;: Kocham ci&#281;, mamo. Owszem, niekt&#243;re na ca&#322;e &#380;ycie zachowaj&#261; w&#322;asny, uproszczony j&#281;zyk, lecz czuj&#261; to samo co inne. A mo&#380;e wi&#281;cej?

Kwa milcza&#322;a. Kobieta westchn&#281;&#322;a g&#322;&#281;boko:

Ale s&#261; gorsze sprawy  urwa&#322;a, jakby szukaj&#261;c w&#322;a&#347;ciwych s&#322;&#243;w. Szuka&#322;a ich d&#322;ugo i wreszcie znalaz&#322;a:  Nie jest &#322;atwo nauczy&#263; je porz&#261;dku. Codziennie, gdy odbiera&#322;am El&#380;bietk&#281; z przedszkola integracyjnego

Integracyjnego?  powt&#243;rzy&#322;a Ewa.

Tak, s&#261; specjalne przedszkola, w kt&#243;rych dzieci normalne bawi&#261; si&#281; z  zacz&#281;&#322;a kobieta i znowu urwa&#322;a, a Ewa doko&#324;czy&#322;a:

z nienormalnymi.

Tak. Zapisa&#322;am tam El&#380;bietk&#281; i i prawie ka&#380;dy dzie&#324; by&#322; upokorzeniem  ci&#261;gn&#281;&#322;a kobieta.

Upokorzeniem  powiedzia&#322;a Ewa i zawiesi&#322;a g&#322;os.

M&#243;wi&#322;am, &#380;e te dzieci bardzo d&#322;ugo nie potrafi&#261; nauczy&#263; si&#281; porz&#261;dku  przypomnia&#322;a Anna.

Rozumiem: ba&#322;agani&#261;, nie sprz&#261;taj&#261; zabawek, niszcz&#261; wszystko?  spyta&#322;a Ewa rzeczowo.

i za&#322;atwiaj&#261; si&#281; pod siebie  dorzuci&#322;a szybko kobieta, a potem odetchn&#281;&#322;a g&#322;o&#347;no, jakby pokona&#322;a jak&#261;&#347; przeszkod&#281;.

Ewa wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;. Nale&#380;a&#322;a do os&#243;b, kt&#243;rym na widok wymiotuj&#261;cego pijaka robi&#322;o si&#281; niedobrze, a do publicznych toalet nawet nie pr&#243;bowa&#322;a wchodzi&#263;. Ju&#380; w ci&#261;&#380;y nie by&#322;a pewna, czy b&#281;dzie zdolna przewin&#261;&#263; dziecko. Adam, &#347;miej&#261;c si&#281; pogodnie, jak to on, obieca&#322; jej do pomocy piel&#281;gniark&#281;.

Nie martw si&#281;, to nieca&#322;y rok, mo&#380;e kr&#243;cej. Inteligentne dzieci szybko si&#281; tego ucz&#261;, a chyba nie w&#261;tpisz, jakie b&#281;dzie nasze?

Wtedy nie w&#261;tpi&#322;a. Tymczasem kobieta m&#243;wi&#322;a dalej:

Czasem trwa to do czwartego, niekiedy a&#380; do sz&#243;stego roku &#380;ycia. Zdarza si&#281;, &#380;e i d&#322;u&#380;ej. Te dzieci nie umiej&#261; albo nie chc&#261; w por&#281; zawo&#322;a&#263;. Nie spos&#243;b je tego nauczy&#263;. I mo&#380;na r&#243;&#380;nie trafi&#263;. Mam na my&#347;li przedszkolanki. One od biedy zmieni&#261; pampersa, ale gdy moja El&#380;bietka pani wie

Wiem  powiedzia&#322;a brutalnie Ewa.  Gdy El&#380;bietka nawali&#322;a kup&#281; do majtek, to co?

telefonowa&#322;y po mnie. Nawet gdy by&#322;am w pracy, gdy mia&#322;am pilne zaj&#281;cia, telefonowa&#322;y, &#380;ebym natychmiast przysz&#322;a i zrobi&#322;a porz&#261;dek. Dawa&#322;y do zrozumienia, &#380;e one nie s&#261; od tego. &#379;e to k&#322;opot. I &#380;e si&#281; brzydz&#261;. To by&#322;o upokorzenie.

Ewa pomy&#347;la&#322;a, &#380;e w &#380;yciu nie odda dziecka do przedszkola. Nie chcia&#322;a dodatkowych upokorze&#324;. Wystarcza&#322;o jedno: narodziny tego niemowl&#281;cia. Zaraz, zaraz Do jakiego przedszkola? Ono nie p&#243;jdzie do przedszkola, zostaje tutaj, przypomnia&#322;a sobie.

Ma ju&#380; osiem lat i jest urocza  powiedzia&#322;a znowu Anna i ponownie podsun&#281;&#322;a Ewie zdj&#281;cie. El&#380;bietka u&#347;miecha&#322;a si&#281; rado&#347;nie: &#347;mieszna, okr&#261;g&#322;a bu&#378;ka. Gdyby nie te oczy

Jest wra&#380;liwa i ufna. Taki ma&#322;y nied&#378;wiadek  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; czule kobieta.  Bardzo j&#261; kochamy. M&#243;wi&#322;am ju&#380; pani, jak si&#281; m&#243;wi na takie dzieci: Dar Pana

To niech Pan we&#378;mie j&#261; z powrotem  powiedzia&#322;a twardo Ewa.

Oczekiwa&#322;a ze strony Anny oburzenia, poucze&#324;, urazy. Nawet, w jaki&#347; paradoksalny spos&#243;b, tego pragn&#281;&#322;a. Lecz Anna spojrza&#322;a na ni&#261; z niepoj&#281;tym zrozumieniem:

Tak. Wiem. Prawie wszystkie mamy taki moment, gdy my&#347;limy, &#380;e lepiej, by umar&#322;o. Potem, gdy i u&#347;nie i patrzymy, jak si&#281; bawi, &#347;mieje, jak umie kocha&#263; i jak bardzo jest ufne, wtedy ka&#380;dego dnia, w ka&#380;dej minucie wstydzimy si&#281; tej my&#347;li. Ja wstydz&#281; si&#281; jej do dzi&#347;. Cho&#263; niejeden raz ta my&#347;l do mnie wraca&#322;a. Ale ju&#380; nie wraca. Nigdy.

Ewa pomy&#347;la&#322;a, &#380;e zosta&#322;a jej odebrana mo&#380;liwo&#347;&#263; bycia brutalnie szczer&#261;. Nawet w tym nie by&#322;a oryginalna. By&#322;a typowa.

Niech pani wyjdzie  powiedzia&#322;a do Anny ch&#322;odno i stanowczo.

Wr&#243;c&#281;, je&#347;li pani zechce  szepn&#281;&#322;a kobieta, k&#322;ad&#261;c na stoliku swoj&#261; wizyt&#243;wk&#281; -Prosz&#281; mi tylko pozwoli&#263; wzi&#261;&#263; j&#261; na r&#281;ce.

Po co?  spyta&#322;a nieufnie Ewa.

Chc&#281; pani dziecku da&#263; to, czego nie umia&#322;am da&#263; w&#322;asnemu, gdy si&#281; narodzi&#322;o.

To znaczy?

Rado&#347;&#263; z jego przyj&#347;cia na &#347;wiat.



Dzie&#324; pierwszy: Ksi&#281;ga

Marysia, Migotka, Misia, Mysz&#261;  tak&#261; drog&#261; w&#281;drowa&#322;o imi&#281; Myszki, nim otrzyma&#322;a to najw&#322;a&#347;ciwsze. Ewa ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e dzieci z zespo&#322;em Downa nazywane s&#261; muminkami. Domy&#347;la&#322;a si&#281;, sk&#261;d to literackie skojarzenie: istoty, wymy&#347;lone przez Tove Jansson, przedstawiano na rysunkach jako pulchne, bezkszta&#322;tne, cho&#263; pe&#322;ne wdzi&#281;ku stworzonka. A w&#322;a&#347;nie bezkszta&#322;tno&#347;&#263; by&#322;a typow&#261; cech&#261; tych dzieci. Ich tu&#322;owie by&#322;y mniej foremne, r&#281;ce i nogi porusza&#322;y si&#281; w sobie tylko wiadomy, nie skoordynowany spos&#243;b, a ich mali w&#322;a&#347;ciciele nie umieli nad nimi zapanowa&#263;. Malutka Myszka potrafi&#322;a tak mocno chwyci&#263; d&#322;o&#324; Ewy, &#380;e nie spos&#243;b by&#322;o rozewrze&#263; jej palce. I cho&#263; dziewczynka mia&#322;a wtedy raptem rok, to Ewie wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e ten rozpaczliwy u&#347;cisk jest wyrazem &#347;wiadomego i r&#243;wnie rozpaczliwego szukania bezpiecze&#324;stwa, a nie brakiem ruchowej koordynacji. Od czasu gdy Myszka, przez przypadek, schwyci&#322;a w ten spos&#243;b r&#281;k&#281; Adama i przyci&#261;gn&#281;&#322;a do swoich zawsze p&#243;&#322;otwartych ust, mocz&#261;c j&#261; banieczkami &#347;liny, Adam jak ognia unika&#322; zbli&#380;enia.

Wszystkie niemowl&#281;ta si&#281; &#347;lini&#261;  Ewa usi&#322;owa&#322;a usprawiedliwi&#263; Myszk&#281;, ale obrzydzenie na twarzy m&#281;&#380;a by&#322;o wymowniejsze ni&#380; s&#322;owa:

Ona ju&#380; nie jest niemowl&#281;ciem.

Z punktu widzenia estetyki, a organizowa&#322;a ona prawie ca&#322;e &#380;ycie Adama, ho&#322;duj&#261;cego jej zasadom, rytua&#322;om i niezmienno&#347;ci  Myszka by&#322;a stworzeniem wyj&#261;tkowo nieestetycznym i Ewa musia&#322;a si&#281; z tym pogodzi&#263;. Pewnego dnia, gdy walczy&#322;a w niej mi&#322;o&#347;&#263; do dziecka z pragnieniem zachowania mi&#322;o&#347;ci m&#281;&#380;a  i zwyci&#281;&#380;a&#322;o to drugie uczucie  Ewa, widz&#261;c, jak Adam omija &#322;ukiem pe&#322;zaj&#261;c&#261; po pod&#322;odze Myszk&#281;, wyszepta&#322;a bezwiednie:

Te dzieci &#380;yj&#261; kr&#243;cej ni&#380; inne

I w&#322;a&#347;nie wtedy, gdy dotar&#322; do niej ca&#322;y sens tych s&#322;&#243;w (bo sama my&#347;l b&#322;&#261;dzi&#322;a co jaki&#347; czas po jej g&#322;owie, tak jak przewidywa&#322;a Anna; ale czym&#347; innym s&#261; b&#322;&#261;dz&#261;ce my&#347;li, a czym&#347; zupe&#322;nie innym  ostatecznym i nieodwracalnym  g&#322;o&#347;no wypowiedziane s&#322;owa), pochwyci&#322;a dziewczynk&#281; w obj&#281;cia, podnosz&#261;c j&#261; z pod&#322;ogi, i powiedzia&#322;a na jednym oddechu:

Marysia, Migotka, Misia Myszka Migotka by&#322;a postaci&#261; z ba&#347;ni Tove Jansson, Misia by&#322;a prostym skojarzeniem z oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci&#261; dziewczynki.

M&#243;wi&#261;c Myszka, Ewa mia&#322;a wra&#380;enie &#380;e przydaje c&#243;reczce tego, czego jej najbardziej brakowa&#322;o: zwinno&#347;ci i wdzi&#281;ku. Ale naprawd&#281; Ewa nie wiedzia&#322;a, czego Myszce brakuje. Wiedzia&#322;a za to, czego ma za du&#380;o: chromosom&#243;w.

P&#243;&#322;ka z ksi&#261;&#380;kami w pokoju Ewy  kt&#243;ry mia&#322; by&#263; ich ma&#322;&#380;e&#324;sk&#261; sypialni&#261;, ale Adam przeni&#243;s&#322; si&#281; do gabinetu  zacz&#281;&#322;a wype&#322;nia&#263; si&#281; nowymi lekturami. Pocz&#261;tkowo, gdy jeszcze urz&#261;dzali ten dom, Ewa kupowa&#322;a tylko takie ksi&#261;&#380;ki, jakie chcia&#322; Adam: mia&#322;y pasowa&#263; do wn&#281;trza. To dekorator, za niema&#322;e pieni&#261;dze, okre&#347;li&#322;, co pasuje, a co nie.

Prosz&#281; kupowa&#263; ksi&#261;&#380;ki w podobnych formatach, inaczej ok&#322;adki b&#281;d&#261; brzydko wystawa&#263;. Nie powinny mie&#263; jaskrawych ok&#322;adek, bo zepsuj&#261; kompozycj&#281;. Pasuj&#261; kolory rozbielone, minimalizm kolorystyczny, pani wie

Ewa nie wiedzia&#322;a, ale w ksi&#281;garniach pos&#322;usznie szuka&#322;a dzie&#322; uzupe&#322;niaj&#261;cych kompozycj&#281; wn&#281;trz. Tylko czasem zwraca&#322;a uwag&#281; na tytu&#322;, niekiedy na autora, zdarza&#322;o si&#281;, &#380;e do wn&#281;trza pasowa&#322;a ksi&#261;&#380;ka, kt&#243;r&#261; przeczyta&#322;a z przyjemno&#347;ci&#261;, ale cz&#281;&#347;ciej to, co naprawd&#281; i chcia&#322;a czyta&#263;, chowa&#322;a pod poduszkami obszernej kanapy (z rozbielonym b&#322;&#281;kitem obicia), bo ok&#322;adka zak&#322;&#243;ca&#322;a harmoni&#281;.

Adam i Ewa budowali swoje &#380;ycie wed&#322;ug starannie ustalonych regu&#322;. Nasz ma&#322;y, rodzinny biznesplan, &#347;mia&#322; si&#281; Adam. Najpierw musieli si&#281; upewni&#263;, &#380;e zawodowo on idzie w g&#243;r&#281;, a potem, &#380;e sta&#322; si&#281; cenny dla headhunters, &#322;owc&#243;w g&#322;&#243;w w bran&#380;y informatycznej, i &#380;e nic tylko b&#281;dzie w zarz&#261;dzie, ale ma szans&#281; zosta&#263; wiceprezesem. A mo&#380;e prezesem, je&#347;li Amerykanie mu zaufaj&#261;?

Gdy warto&#347;&#263; Adama wzros&#322;a, mogli nie tylko zmieni&#263; samoch&#243;d, ale i zacz&#261;&#263; budow&#281; domu. Dom by&#322; pod klucz, wykonany przez godn&#261; zaufania firm&#281;, ale to oni decydowali o rozk&#322;adzie wn&#281;trz. Du&#380;y hol, wsp&#243;lna sypialnia, pok&#243;j dzienny, pok&#243;j dla niespodziewanych go&#347;ci, jadalnio-kuchnia, gabinet Adama, salon, dwie &#322;azienki  i pok&#243;j dla dziecka. Piwnica i strych. Parter, pi&#281;tro i poddasze.

Pojawi&#322;a si&#281; mistrzyni feng shui, i to ona  tak&#380;e za spore pieni&#261;dze  przes&#261;dzi&#322;a, &#380;e w prawym g&#243;rnym rogu domu b&#281;dzie sypialnia, co zagwarantuje d&#322;ugie i szcz&#281;&#347;liwe po&#380;ycie, a w lewym gabinet Adama, co wywrze pozytywny wp&#322;yw na jego prac&#281; zawodow&#261; i interesy.

Bogactwo dla domu  m&#243;wi&#322;a, zwracaj&#261;c uwag&#281;, by obrotowy fotel nie sta&#322; do drzwi ty&#322;em, lecz bokiem.

Weso&#322;e kolory pojawi&#322;y si&#281; jedynie w pokoju dziecinnym, co mia&#322;o ulec zmianie, gdy dziecko podro&#347;nie, po to aby i ono kszta&#322;towa&#322;o sobie dobry gust. Ewie i Adamowi spodoba&#322;a si&#281; ta, pocz&#261;tkowo jedynie narzucona, estetyka minimalizmu: minimum koloru, minimum mebli, du&#380;o jasnej, wolnej przestrzeni. Ka&#380;dy, kto ich odwiedza&#322;, by&#322; zachwycony, cho&#263; niekt&#243;rzy czuli si&#281; nieswojo, bior&#261;c do r&#281;ki kieliszek czerwonego wina czy fili&#380;ank&#281; kawy. By&#322;o jasne, &#380;e jedna kropla str&#261;cona niechc&#261;cy na be&#380;owy dywan czy &#347;mietankowe obicia krzese&#322; zepsuje ca&#322;y efekt. Nawet Ewa wola&#322;a pi&#263; kaw&#281; w kuchni ni&#380; w salonie.

Oczywi&#347;cie, &#380;e zbyt kolorowe grzbiety ksi&#261;&#380;ek zniszczy&#322;yby wypracowan&#261; starannie urod&#281; wn&#281;trza. Trzeba te&#380; by&#322;o pozby&#263; si&#281; r&#243;&#380;nych pami&#261;tkowych przedmiot&#243;w, nawet je&#347;li je lubili. Siedem zielonych malachitowych s&#322;oni na szcz&#281;&#347;cie, prezent z czas&#243;w narzecze&#324;skich, pow&#281;drowa&#322;o na strych, gdzie wynios&#322;a si&#281; tak&#380;e kolekcja kiczu, jak j&#261; nazywa&#322;a Ewa. By&#322;y tu zabawne porcelanowe bibeloty odziedziczone po babci (tancerka z wachlarzem, para angielskich chart&#243;w, miniaturowe i naczy&#324;ka, bia&#322;e i &#322;aciate koty), bogaty zestaw jarmarcznych drewnianych ptak&#243;w, kolorowe kulki, zegar z kuku&#322;ka, gitara Adama z czas&#243;w studenckich, dwa podkoszulki z twarz&#261; Toma Waitsa, zestaw kompakt&#243;w z muzyki), kt&#243;r&#261; dawniej lubili (patos zakonserwowany w The Willi Pink Floyd&#243;w, schrypni&#281;ty, zatrzymany na kasecie glos tragicznie zmar&#322;ej Janis Joplin, King Crimson z najlepszego okresu). By&#322;y tu tak&#380;e cztery pot&#281;&#380;ne pud&#322;a pami&#261;tek z okresu m&#322;odzie&#324;czego, z czas&#243;w studenckich, K czas&#243;w narzecze&#324;stwa  i ze starego mieszkania. Wszystko to znalaz&#322;o teraz miejsce na strychu, gdzie minimalizm i feng shui nie obowi&#261;zywa&#322;y.

Pewnego dnia Adam starannie podliczy&#322; w komputerze ich, jak to nazwa&#322;, pasywa i aktywa i powiedzia&#322;:  Mo&#380;emy sobie pozwoli&#263; na dziecko.

Adam mia&#322; 37 lat, Ewa 35.

I urodzi&#322;a si&#281; Myszka.

Ewa nie zapami&#281;ta&#322;a, kiedy Adam z ich wsp&#243;lnej sypialni przeni&#243;s&#322; si&#281; do gabinetu, a w &#347;lad za nim pow&#281;drowa&#322;y jego poduszka, puchowa ko&#322;dra, Jasiek i koc, w gabinecie za&#347; przyby&#322; wkr&#243;tce nowy mebel: w&#261;ski tapczan nie dopasowany do wn&#281;trza. Przenosiny Adama nie nast&#261;pi&#322;y nagle; odbywa&#322;y si&#281; codziennie, po trochu, przez wiele miesi&#281;cy, pocz&#261;wszy od dnia przybycia Ewy z Myszk&#261; do domu.

Najpierw oddalali si&#281; od siebie w porze posi&#322;k&#243;w. Gdy Ewa wstawa&#322;a, by przygotowa&#263; m&#281;&#380;owi ulubione i tostyy i mocn&#261; kaw&#281; zabielon&#261; mlekiem, Adama ju&#380; nie by&#322;o. Zacz&#261;&#322; wcze&#347;niej wychodzi&#263; do pracy. A pewnego razu, gdy spa&#322;a tak czujnym snem, &#380;e potrafi&#322;a uchwyci&#263; moment jego wstania i mimo wszystko poda&#263; mu &#347;niadanie  Adam powiedzia&#322;:

Niepotrzebnie ci&#281; budz&#281;. Co&#347; trzeba z tym zrobi&#263; Za kilka dni pod ich dom przyjecha&#322; w&#243;z meblowy z wi&#347;niowym tapczanem, stanowi&#261;cym ra&#380;&#261;cy dysonans w stosunku do ch&#322;odnej szaro&#347;ci gabinetu, kt&#243;ra mia&#322;a by&#263; kojarzona wy&#322;&#261;cznie ze zgaszonym b&#322;&#281;kitem u&#322;atwiaj&#261;cym koncentracj&#281;. W &#347;lad za tapczanem do gabinetu pow&#281;drowa&#322;y Jasiek i koc, wraz z cz&#261;stk&#261; Adama  tylko na kilka nocy, kochanie  a potem poduszka, ko&#322;dra i ca&#322;y Adam.

Ale zanim Adam przeprowadzi&#322; si&#281; z ma&#322;&#380;e&#324;skiej sypialni do drugiej cz&#281;&#347;ci domu, oddzielonej du&#380;ym holem, zanim zacz&#261;&#322; jada&#263; &#347;niadania i kolacje w porach odmiennych ni&#380; dot&#261;d (a obiady ju&#380; tylko na mie&#347;cie)  Ewa zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e m&#261;&#380; nigdy nie zagl&#261;da do pokoju dziecinnego. Ani w&#243;wczas, gdy Myszka p&#322;aka&#322;a, ba, dar&#322;a si&#281; na ca&#322;y dom i trudno by&#322;o tego nie s&#322;ysze&#263;, ani w&#243;wczas, gdy by&#322;a niepokoj&#261;co cicha.

Myszka p&#322;aka&#322;a cz&#281;sto, dr&#281;czy&#322;a Ew&#281; w nocy i w dzie&#324; rozpaczliwie gwa&#322;townym i g&#322;o&#347;nym lub monotonnie m&#281;cz&#261;cym pop&#322;akiwaniem, wi&#281;c Ewa nie zdziwi&#322;a si&#281;, gdy pewnego dnia pojawi&#322; si&#281; jaki&#347; cz&#322;owiek i obi&#322; drzwi gabinetu d&#378;wi&#281;koszczelnym korkiem od wewn&#261;trz, a brzydk&#261; imitacj&#261; sk&#243;ry z zewn&#261;trz. Sk&#243;ropodobne obicie mia&#322;o barw&#281; brudnego br&#261;zu, k&#322;&#243;c&#261;cego si&#281; z eleganckim, rozbielonym r&#243;&#380;em holu.

Gdy Ewa przez kolejn&#261; noc musia&#322;a biega&#263; pomi&#281;dzy sypialni&#261; a pokojem dziecinnym (Myszka w&#322;a&#347;nie zachorowa&#322;a na zapalenie ucha), nazajutrz rano, nie wzywaj&#261;c nikogo do pomocy, przepcha&#322;a dziecinne &#322;&#243;&#380;eczko do ma&#322;&#380;e&#324;skiej sypialni. Nieskazitelny parkiet holu zosta&#322; zarysowany nogami &#322;&#243;&#380;eczka, ale &#380;adne z nich, ani Ewa, ani Adam, nie zwr&#243;ci&#322;o na to uwagi.

Od tej pory Myszka pozosta&#322;a ju&#380; w niegdysiejszej ma&#322;&#380;e&#324;skiej sypialni. W&#322;a&#347;nie zaczyna&#322;a raczkowa&#263;. Dzieci raczkuj&#261;, gdy maj&#261; nieca&#322;e p&#243;&#322; roku, czasem nieco p&#243;&#378;niej. Myszce zaj&#281;&#322;o to trzy lata. O wiele wi&#281;cej czasu poch&#322;on&#281;&#322;o jej rozpoznanie p&#243;r dnia, pogodzenie si&#281; z tym, &#380;e noc jest do spania, a dzie&#324; do poznawania &#347;wiata. Myszka potrafi&#322;a nie spa&#263; ca&#322;&#261; noc, wytrwale &#322;a&#380;&#261;c na czworakach, a zasypia&#322;a o &#347;wicie. W dodatku &#380;&#261;da&#322;a od Ewy sta&#322;ej uwagi.

Podobno by&#322;o to typowe, jak przeczyta&#322;a Ewa w jednej z licznych lektur o DS  Down Syndrome (Ewa wola&#322;a ten niezrozumia&#322;y dla innych skr&#243;t od pe&#322;nej nazwy choroby). Brak poczucia bezpiecze&#324;stwa, instynktowne wyczuwanie w&#322;asnej inno&#347;ci owocowa&#322;y wzmo&#380;on&#261; potrzeb&#261; bliskiego, jak najbli&#380;szego kontaktu z rodzicami.

Ojciec coraz cz&#281;&#347;ciej przebiega&#322; jedynie przez dom  z gabinetu przez hol do kuchni, z kuchni z powrotem do gubi netu, a stamt&#261;d do wyj&#347;cia. Znika&#322; na d&#322;ugie godziny, wi&#281;c Ewa musia&#322;a by&#263; w dw&#243;jnas&#243;b obecna, gotowa t&#322;o natychmiastowego odzewu na chrypliwe, nieartyku&#322;owane okrzyki Myszki. Zmaltretowana, k&#322;ad&#322;a si&#281; ko&#322;o c&#243;reczki na wielkim, wspania&#322;ym ma&#322;&#380;e&#324;skim &#322;&#243;&#380;ku, gdzie we dwie zajmowa&#322;y niewiele miejsca  i zasypia&#322;a oko&#322;o si&#243;dmej rano, aby obudzi&#263; si&#281; w porze obiadu. Na pocz&#261;tku Adam zagl&#261;da&#322; czasem do sypialni, ale drzwi na og&#243;&#322; by&#322;y zamkni&#281;te. Musia&#322;y by&#263;, skoro Myszka nocami uparcie w&#281;drowa&#322;a, opieraj&#261;c si&#281; na kolanach i &#322;okciach, szoruj&#261;c nimi po pod&#322;odze jak czworono&#380;ny, niezgrabny stw&#243;r; wspinaj&#261;c si&#281; na krzes&#322;a i przewracaj&#261;c je na siebie, by potem krzycze&#263; ze strachu i b&#243;lu. Adam o tym nie wiedzia&#322;; zrozumia&#322;, &#380;e Ewa zamyka si&#281; przed nim  wi&#281;c pewnego dnia to ona zasta&#322;a drzwi gabinetu zamkni&#281;te na klucz.

Zanim Adam je zamkn&#261;&#322;, ostatecznie i nieodwo&#322;alnie, Ewa zd&#261;&#380;y&#322;a zauwa&#380;y&#263;, &#380;e z&#322;ama&#322; kolejn&#261; zasad&#281; feng shui: jego fotel sta&#322; ty&#322;em do drzwi. I ta pozycja fotela w domu, w kt&#243;rym wcze&#347;niej przemy&#347;lano ustawienie ka&#380;dego mebla, pokaza&#322;a Ewie, jak daleko odeszli od &#380;yciowego biznesplanu. Nie zdziwi&#322;a jej ciemna plama na jasnym obiciu fotela przed telewizorem. Nazajutrz pojawi&#322;a si&#281; kolejna, a potem przybywa&#322;y wci&#261;&#380; nowe, prawie codziennie, jakby mieszka&#324;com zale&#380;a&#322;o na tym, by jak najszybciej zapomnie&#263; o dniach, gdy ten dom by&#322; czysty, estetyczny, nieskazitelnie jasny i oczekiwa&#322; na przybycie dziecka.

Gdy Ewa, zmordowana nocnymi porami czuwania i nieregularnymi porami snu, budzi&#322;a si&#281; nieprzytomna, z opuchni&#281;tymi oczami, by zn&#243;w stwierdzi&#263;, &#380;e to pe&#322;nia dnia  jej wzrok zawsze najpierw w&#281;drowa&#322; ku Myszce. Myszka uros&#322;a ju&#380; na tyle, &#380;e nie sypia&#322;a w dziecinnym &#322;&#243;&#380;eczku, zw&#322;aszcza &#380;e w wielkim ma&#322;&#380;e&#324;skim &#322;o&#380;u miejsca dla nich obu by&#322;o a&#380; zanadto. Zaspany wzrok Ewy przywiera&#322; do ciemnej g&#322;owy c&#243;reczki, pokrytej naturalnie skr&#281;conymi lokami, do zamkni&#281;tych, pod&#322;u&#380;nych powiek, kt&#243;re opuszczone, wygl&#261;da&#322;y niemal normalnie, do &#322;adnie wykrojonych, przymkni&#281;tych we &#347;nie ust, z kt&#243;rych nie s&#261;czy&#322;a si&#281; &#347;lina  i jej m&#243;zg ponownie atakowa&#322;a natr&#281;tna my&#347;l: to nie jest moje dziecko. Kto&#347; mi je zamieni&#322;. Ona mia&#322;a by&#263; taka jak teraz, gdy &#347;pi.

Ta my&#347;l, z pogranicza jawy i snu, dowodzi&#322;a, &#380;e w marzeniach sennych znowu w&#281;drowa&#322;a po &#347;wiecie, w kt&#243;rym ich dziecko by&#322;o takie jak wszystkie: jak dzieci s&#261;siad&#243;w, koleg&#243;w z pracy, przyjaci&#243;&#322;. Wprawdzie zanim si&#281; urodzi&#322;o, mia&#322;o by&#263; dzieckiem niezwyk&#322;ym, lecz teraz w&#322;a&#347;nie zwyk&#322;o&#347;&#263; wydawa&#322;a si&#281; by&#263; darem losu. Myszka, jak m&#243;wi&#322;a Anna, by&#322;a Darem Pana, a nie losu, ale Ewa nie umia&#322;a tego dostrzec.

a wtedy Myszka otwiera&#322;a oczy, w&#261;skie szparki, i. k&#261;cikami uniesionymi w g&#243;r&#281;, jej g&#243;rna powieka tworzy&#322;a charakterystyczn&#261; mongolsk&#261; fa&#322;d&#281;, a dolna by&#322;a zawsze podpuchni&#281;ta, przez co oczy nabiera&#322;y dziwnego wyrazu, potem dziewczynka spogl&#261;da&#322;a na ni&#261;  i u&#347;miecha&#322;a si&#281;. By&#322; to rzeczywi&#347;cie, jak nazwa&#322;a to Anna, u&#347;miech ufnego nied&#378;wiadka i Ewa, zapominaj&#261;c o my&#347;li, &#380;e kto&#347; zamieni&#322; jej dziecko w szpitalu, odwzajemnia&#322;a go, &#347;ciskaj&#261;c Myszk&#281; tak mocno, &#380;e dziewczynka sapa&#322;a dono&#347;nie, by z&#322;apa&#263; oddech, i wtulona w ni&#261;, ob&#347;linia&#322;a jej szyj&#281;.

Dzieci z zespo&#322;em Downa maj&#261; k&#322;opoty z kr&#261;&#380;eniem i oddychaniem, ich nos jest na og&#243;&#322; niedro&#380;ny, wi&#281;c prawie zawsze z niego cieknie, a oddech cz&#281;sto przypomina sapanie. J&#281;zyk dzieci z DS jest o wiele wi&#281;kszy i szerszy, nie mie&#347;ci si&#281; w jamie ustnej, a poniewa&#380; jest &#378;le umi&#281;&#347;niony, wi&#281;c najcz&#281;&#347;ciej spoczywa na dolnej wardze symptomatycznie p&#243;&#322;otwartych ust, powoduj&#261;c obfite &#347;linienie si&#281;  g&#322;osi&#322;y uczone, lecz wyj&#261;tkowo trafne sformu&#322;owania z medycznych ksi&#261;&#380;ek.

Kocham ci&#281;  m&#243;wi&#322;a Ewa, &#347;ciskaj&#261;c dziewczynk&#281;, z histeryczn&#261; gotowo&#347;ci&#261; do mi&#322;o&#347;ci. Myszka, mrucz&#261;c co&#347; w sobie tylko znanym j&#281;zyku, oddawa&#322;a jej u&#347;cisk.

Od czasu powrotu ze szpitala, gdy Ewa podar&#322;a wszystkie podsuni&#281;te jej i podpisane przez Adama papiery, potwierdzaj&#261;ce zgod&#281; na pozostawienie c&#243;rki w szpitalu i skierowanie do zak&#322;adu dla ci&#281;&#380;ko upo&#347;ledzonych dzieci  tylko raz, jeden jedyny, dosz&#322;o mi&#281;dzy nimi do burzliwej rozmowy. By&#322;o to w kilkana&#347;cie dni po jej powrocie z luksusowej kliniki. Adam przyszed&#322; z pracy, wyj&#261;&#322; z teczki opas&#322;&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;, rzuci&#322; na st&#243;&#322; i powiedzia&#322;:

Down to choroba genetyczna.

Genetyczna  powt&#243;rzy&#322;a niepewnie Ewa, si&#281;gaj&#261;c po t&#281; lektur&#281;, kt&#243;ra p&#243;&#378;niej mia&#322;a wype&#322;ni&#263; jej noce i dni.

Genetyczna  powt&#243;rzy&#322; r&#243;wnie&#380; Adam, patrz&#261;c na ni&#261; czujnie, jakby czekaj&#261;c, &#380;e dotrze do niej co&#347;, co powinna zrozumie&#263; bez s&#322;&#243;w. Ale ona nie rozumia&#322;a. Adam zaatakowa&#322;:

Musisz sprawdzi&#263;, kto w twojej rodzinie by&#322;  tu urwa&#322;, chc&#261;c znale&#378;&#263; &#322;agodniejsze s&#322;owo, ale sta&#322;o si&#281;: wypowiedzia&#322; to s&#322;owo szybko, gwa&#322;townie, bez zahamowa&#324;. Po raz pierwszy pad&#322;o ono w ich pi&#281;knym domu, tak starannie przygotowanym na przybycie dziecka. Nie tego dziecka.

kto w twojej rodzinie by&#322; debilem.

W mojej rodzinie?  Ewa otrz&#261;sn&#281;&#322;a si&#281; i spojrza&#322;a oszo&#322;omiona.  Dlaczego w mojej?!

Bo moja zawsze by&#322;a zdrowa  odpar&#322; Adam, wci&#261;&#380; spokojnie, lecz czu&#322;o si&#281;, &#380;e pod warstw&#261; spokoju ju&#380; drzema&#322; przyczajony krzyk.

Moja te&#380;  powiedzia&#322;a Ewa nienaturalnie cicho.

K&#322;amiesz!  krzykn&#261;&#322;.  A babcia?! Ewa zmartwia&#322;a.

Babcia babcia chorowa&#322;a tylko na alzheimera  odpar&#322;a, u&#347;wiadamiaj&#261;c sobie, &#380;e s&#322;owem tylko kwituje wieloletni&#261;, straszliw&#261; udr&#281;k&#281;. Lecz t&#281; udr&#281;k&#281; poprzedzi&#322;o bogate i szcz&#281;&#347;liwe &#380;ycie babci, od ko&#322;yski po wczesn&#261; staro&#347;&#263;. A Myszka Myszka ju&#380; od pierwszego dnia, ba, od pierwszej godziny, minuty, sekundy swego istnienia by&#322;a debilem?!

Ona nie jest debilem!  zawo&#322;a&#322;a bez zwi&#261;zku, uderzaj&#261;c pi&#281;&#347;ci&#261; w st&#243;&#322;, lecz Adam milcza&#322; wymownie.

Tak, Myszka by&#322;a niedorozwini&#281;ta. Ewa unika&#322;a tego s&#322;owa. Ba&#322;a si&#281; go. Wierzy&#322;a, &#380;e je&#347;li ono nie padnie, to co&#347; odmieni jej c&#243;rk&#281;: jaki&#347; czar, przypadek, cud.

Alzheimer to co&#347; innego. To nie jest niedorozw&#243;j. To choroba starczego wieku. A Myszka ma downa  powiedzia&#322;a, sil&#261;c si&#281; na spok&#243;j.

Tak, twoja c&#243;rka ma downa, down za&#347; to choroba genetyczna. Dziedziczna  powt&#243;rzy&#322; z naciskiem Adam, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i wyszed&#322;.

To w&#322;a&#347;nie od tej ksi&#261;&#380;ki przyniesionej przez Adama p&#243;&#322;ka w sypialni zacz&#281;&#322;a zmienia&#263; wygl&#261;d. Przybywa&#322;y kolejne fachowe dzie&#322;a o chorobie Downa i popularne poradniki; ich ok&#322;adki by&#322;y ciemne, nieefektowne, a formaty niedopasowane do innych. Jedne wystawa&#322;y z r&#243;wnego rz&#281;du, inne nikn&#281;&#322;y obok grubszych tom&#243;w, Ewa za&#347; powoli uczy&#322;a si&#281; ich prawie na pami&#281;&#263;.

Niedorozw&#243;j kojarzy si&#281; ka&#380;demu z brakiem. Ku swemu zdumieniu Ewa przeczyta&#322;a, &#380;e DS powstaje za spraw&#261; nadmiaru. Myszka urodzi&#322;a si&#281; bogatsza o jeden chromosom. Nie ka&#380;de, bogactwo daje szcz&#281;&#347;cie, pomy&#347;la&#322;a gniewnie.

Dziecko ma 23 pary chromosom&#243;w, a w ka&#380;dej parze jeden pochodzi od matki, drugi za&#347; od ojca. Dwudziesta trzecia para jest inna: je&#347;li rodzi si&#281; ch&#322;opiec, par&#281; stanowi&#261; chromosomy X i Y, gdy na &#347;wiat przychodzi dziewczynka  posiada ona dwa chromosomy X. Dzieci z DS maj&#261; poza jedn&#261;, dwudziest&#261; pierwsz&#261;, par&#261; chromosom&#243;w wszystkie pozosta&#322;e pary prawid&#322;owe. Parze dwudziestej pierwszej towarzyszy dodatkowy trzeci chromosom. St&#261;d inna nazwa DS  trisomia 21

Bingo! Wygra&#322;a&#347;! Masz oczko, Ewa!  powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no sama do siebie w dniu, w kt&#243;rym o tym przeczyta&#322;a, i stukn&#281;&#322;a kieliszkiem czerwonego wina w swoje odbicie w lustrze.  Oczko! Wiesz, ilu hazar-dzist&#243;w chcia&#322;oby je mie&#263;?!

Lektura medycznych ksi&#261;&#380;ek i poradnik&#243;w pomaga&#322;a zrozumie&#263; DS, ale nie by&#322;a w stanie go wyleczy&#263;. TO nie by&#322;o do wyleczenia. &#346;wiadomo&#347;&#263; nieuleczalno&#347;ci choroby Myszki by&#322;a najgorsza.

Tylko cud  powiedzia&#322;a sobie Ewa pewnego dnia, odk&#322;adaj&#261;c kolejn&#261; medyczn&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;.  Cud  powt&#243;rzy&#322;a.  Ale cud&#243;w nie ma  doda&#322;a g&#322;o&#347;no.

I nagle przed jej przymkni&#281;tymi oczami zjawi&#322;a si&#281; oprawiona w ciemn&#261; sk&#243;r&#281; gruba Ksi&#281;ga, kt&#243;r&#261; razem z rzeczami po babci wynios&#322;a na strych.

Cud?, zamy&#347;li&#322;a si&#281;, pocz&#261;tkowo niepewna, a potem z rosn&#261;c&#261; nadziej&#261;. Cuda zdarza&#322;y si&#281; jedynie w tej Ksi&#281;dze, kt&#243;r&#261; pozna&#322;a jako ma&#322;a dziewczynka i porzuci&#322;a, b&#281;d&#261;c na studiach. Teraz uczepi&#322;a si&#281; gor&#261;czkowo w&#322;asnej pami&#281;ci o niezwyk&#322;ych wydarzeniach, kt&#243;re Ksi&#281;ga opisywa&#322;a.

Tylko cud  powtarza&#322;a, biegn&#261;c po schodach na pierwsze pi&#281;tro, a potem na strych.

Cud  m&#243;wi&#322;a, czyni&#261;c z tego s&#322;owa swoj&#261; mantr&#281;.

Cud  powtarza&#322;a, zapalaj&#261;c zm&#281;tnia&#322;a &#380;ar&#243;wk&#281; i przekopuj&#261;c si&#281; przez stert&#281; wyrzuconych rzeczy. Le&#380;a&#322;y tu teraz nieruchome, samotne, przykryte grub&#261; warstw&#261; kurzu.

Dlaczego to wszystko wyrzuci&#322;am?  zada&#322;a sobie pytanie i nie odpowiadaj&#261;c na nie, szuka&#322;a nadal.

Ksi&#261;&#380;ki, te po babci, mamie i wreszcie jej w&#322;asne, le&#380;a&#322;y w kilku pud&#322;ach. Na szcz&#281;&#347;cie Myszka akurat spa&#322;a i Ewa mog&#322;a przerzuca&#263; je, szukaj&#261;c tej jednej jedynej  a przy okazji odk&#322;ada&#322;a na bok tak&#380;e inne, ze wzruszeniem przywo&#322;uj&#261;c wspomnienia z nimi zwi&#261;zane.

Trzeba je na nowo przeczyta&#263;  powiedzia&#322;a do niebie, pe&#322;na wiary, &#380;e to zrobi. U&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e od paru lat czyta tylko dzie&#322;a medyczne i harlequiny, gdy&#380; jej zm&#281;czony m&#243;zg najlepiej trawi schematy prostych mi&#322;osnych opowie&#347;ci z happy endem lub jaskraw&#261; pulp&#281; kolorowych magazyn&#243;w. U&#322;o&#380;y&#322;a wysoki stos ksi&#261;&#380;ek, znios&#322;a go na d&#243;&#322; i upchn&#281;&#322;a na tej eleganckiej polce, do kt&#243;rej wszystko dobiera&#322;o si&#281; niegdy&#347; wed&#322;ug kszta&#322;tu tom&#243;w i koloru ok&#322;adek.

A potem znalaz&#322;a Ksi&#281;g&#281;. Bardzo stare wydanie. Nowszych nie by&#322;o w domu. Nikt ich nie potrzebowa&#322;. To by&#322;a stara, zniszczona babcina Biblia, pami&#281;taj&#261;ca zapewne czasy nieznanej prababci czy pradziadka.

Tylko cud  powtarza&#322;a swoje zakl&#281;cie, taszcz&#261;c ze strychu nar&#281;cze koralik&#243;w, trzy drewniane ptaszki, siedem s&#322;oni i Ksi&#281;g&#281;. Bo w&#322;a&#347;nie tak zapami&#281;ta&#322;a to s&#322;owo z dzieci&#324;stwa: wszystko, co zadrukowane, w ok&#322;adkach, by&#322;o ksi&#261;&#380;k&#261;, opr&#243;cz tej jednej jedynej. Ta liyla Ksi&#281;g&#261;. Tak m&#243;wi&#322;a babcia.

Pierwsze ksi&#281;gi Moj&#380;eszowe. Genesis  przeczyta&#322;a, prawie sylabizuj&#261;c, jakby uczy&#322;a si&#281; na nowo czyta&#263;. I tak w istocie by&#322;o.

Myszka raczkowa&#322;a u jej st&#243;p, a ona g&#322;o&#347;no czyta&#322;a:

Rozdzia&#322; I. &#346;wiat i wszystko co w nim jest przez sze&#347;&#263; dni Pan B&#243;g stworzy&#322;. Na pocz&#261;tku stworzy&#322; B&#243;g niebo i ziemi&#281;. A ziemia by&#322;a niekszta&#322;tna i pr&#243;&#380;na, i ciemno&#347;&#263; by&#322;a nad przepa&#347;ci&#261;, a Duch Bo&#380;y unasza&#322; si&#281; nad wodami. I rzek&#322; B&#243;g: Niech b&#281;dzie &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;; i sta&#322;a si&#281; &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;. I widzia&#322; B&#243;g &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;, &#380;e by&#322;a dobra

Myszka, s&#322;ysz&#261;c jej g&#322;os, uchwyci&#322;a inny ni&#380; znany dot&#261;d rytm, ca&#322;kiem inn&#261; melodi&#281; zda&#324; i spojrza&#322;a na ni&#261; z ukosa, przekr&#281;caj&#261;c g&#322;ow&#281; i zamykaj&#261;c usta.

W przeciwie&#324;stwie do innych dzieci, Myszka zawsze mia&#322;a rozchylone wargi, zaciska&#322;a je w chwilach emocji. Pocz&#261;tkowo Ewa wierzy&#322;a, &#380;e mo&#380;e mie&#263; na to wp&#322;yw; &#380;e nauczy c&#243;reczk&#281; trzyma&#263; zamkni&#281;te usta, aby nie s&#261;czy&#322;a si&#281; z nich &#347;lina. &#379;e przekona j&#261; do chowania j&#281;zyka. &#379;e zapanuje nad ci&#261;g&#322;ym kapaniem z nosa, je&#347;li dziewczynka b&#281;dzie mie&#263; pod r&#281;k&#261; chusteczki higieniczne. Potem da&#322;a spok&#243;j. Widocznie Myszka z jakich&#347; powod&#243;w musia&#322;a mie&#263; otwarte usta. Mo&#380;e brakowa&#322;o jej tchu? Mo&#380;e jej system oddechowy pracowa&#322; w&#322;a&#347;nie tak, ze wspomaganiem przep&#322;ywu powietrza przez usta?

Przecie&#380; na tym polega zesp&#243;&#322; Downa, idiotko  powiedzia&#322;a sobie.

A gdy Myszka zacz&#281;&#322;a drze&#263; na strz&#281;py chusteczki higieniczne, Ewa zrozumia&#322;a, &#380;e kt&#243;r&#261;kolwiek z ksi&#261;&#380;ek o DS b&#281;dzie studiowa&#322;a  wszystko idealnie b&#281;dzie pasowa&#322;o do jej c&#243;rki: darcie chusteczek, za&#322;atwianie si&#281; pod siebie, cho&#263; ju&#380; mija&#322;y trzy lata, niszczenie zabawek, niekontrolowana agresja po&#322;&#261;czona z szokuj&#261;c&#261; ufno&#347;ci&#261; i potrzeb&#261; mi&#322;o&#347;ci. Lecz przede wszystkim te zawsze otwarte usta, z wysuni&#281;tym, wspartym o doln&#261; warg&#281; grubym j&#281;zykiem. Pow&#243;d, dla kt&#243;rego usi&#322;owa&#322;a ukrywa&#263; Myszk&#281; przed Adamem, o co nie by&#322;o trudno, z racji jego coraz cz&#281;stszej nieobecno&#347;ci. Pami&#281;ta&#322;a, &#380;e wtedy w szpitalu, gdy podar&#322;a papiery, kt&#243;re mia&#322;a podpisa&#263;, Adam krzycza&#322;, &#380;e nie zniesie w swoim domu &#347;lini&#261;cej si&#281; idiotki, &#380;e nigdy nie uzna czego&#347; takiego za swoje dziecko. A przecie&#380; w&#243;wczas &#380;adne z nich nie wiedzia&#322;o, &#380;e &#347;linienie si&#281; to jedna z typowych cech DS. W og&#243;le wszystkie opisywane w medycznych ksi&#261;&#380;kach objawy DS Myszka prezentowa&#322;a w niesko&#324;czonym wr&#281;cz bogactwie wariant&#243;w.

Ale teraz dziewczynka s&#322;ucha&#322;a g&#322;osu matki i jej wargi by&#322;y zaci&#347;ni&#281;te, co dowodzi&#322;o najwy&#380;szego stopnia skupienia. Je&#347;li w jej przypadku mo&#380;na m&#243;wi&#263; o jakimkolwiek skupieniu. Z Myszk&#261; nigdy nic nie by&#322;o pewne. Ewa wci&#261;&#380; nie mog&#322;a poj&#261;&#263;, jakimi drogami i w jakim rytmie chodz&#261; my&#347;li Myszki. Czasem wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e p&#322;yn&#261; leniwie, tak wolno, &#380;e niemal stoj&#261; w miejscu. A by&#322;y chwile, gdy w sko&#347;nych, mongolskich oczach Ewa dostrzega&#322;a &#347;wiat&#322;o rozumu i wyraz g&#322;&#281;bokich uczu&#263;  jakby kto&#347; od grania na fortepianie jednym palcem przeszed&#322; nagle do dziesi&#281;ciopalcowych etiud.

Maa  m&#243;wi&#322;a czteroletnia Myszka, wpatruj&#261;c mc; w skupieniu w &#347;cian&#281; (trzyma&#322;a si&#281; jej, bo dopiero teraz zaczyna&#322;a samodzielnie chodzi&#263;, ale tych kilka kruk&#243;w umia&#322;a post&#261;pi&#263; tylko wtedy, gdy jej r&#261;czka wspiera&#322;a si&#281; o podp&#243;rk&#281;). Godzin&#281; temu Ewa, stoj&#261;c przed ni&#261; w jasnym s&#322;onecznym &#347;wietle, wskazywa&#322;a na niebie, powtarzaj&#261;c to dwusylabowe, wa&#380;ne s&#322;owo. Myszka milcza&#322;a jak zakl&#281;ta. Wydawa&#322;a z siebie mrucz&#261;ce d&#378;wi&#281;ki, w kt&#243;rych trudno by&#322;o dos&#322;ucha&#263; si&#281; sensu.

Mo&#380;e jest jej oboj&#281;tne, czy ja to &#347;ciana, czy ja to ja?, my&#347;la&#322;a niekiedy z rosn&#261;cym poczuciem beznadziei.

Maaa  wypowiada&#322;a nagle Myszka, a Ewa przytula&#322;a j&#261; do siebie w gwa&#322;townym paroksyzmie rado&#347;ci.

Mama, tak  m&#243;wi&#322;a z zachwytem, uznaj&#261;c Myszkowe maa, wypowiedziane w wieku trzech lat, za osi&#261;gni&#281;cie r&#243;wne p&#322;ynnemu czytaniu przez czterolatka (niejeden raz zastanawia&#322;a si&#281; nad tym, czy przypadkiem ma&#322;y geniusz nie jest r&#243;wnie wielkim k&#322;opotem jak ma&#322;y muminek).

A teraz codziennie czyta&#322;a Myszce Bibli&#281;, przekonana, &#380;e dziewczynka jej s&#322;ucha, zaciskaj&#261;c wargi. Poniewa&#380; mia&#322;a uczucie, &#380;e dziewczynce spodoba&#322;y si&#281; tylko pierwsze strony, najbardziej wizyjne, m&#243;wi&#261;ce o stwarzaniu &#347;wiata, wi&#281;c powtarza&#322;a je bez ko&#324;ca, zw&#322;aszcza &#380;e sama poczu&#322;a w sobie ich zdumiewaj&#261;c&#261; moc. Moc cudu.

Wszystko, co On stworzy&#322;, by&#322;o cudem i by&#322;o dobre. To my, ludzie, zrobili&#347;my z tym co&#347; z&#322;ego, rozmy&#347;la&#322;a, a jej wzrok w&#281;drowa&#322; ku Myszce. Ewa zastanawia&#322;a si&#281;, czy stwarzanie takich istot by&#322;o Jego &#347;wiadomym zamys&#322;em, czy te&#380; ich narodziny s&#261; skutkiem fatalnych decyzji cz&#322;owieka. Cz&#322;owieka, kt&#243;ry idealnie zaplanowa&#322; ca&#322;e swoje &#380;ycie, lecz nie pomy&#347;la&#322; o tym, &#380;e zbyt p&#243;&#378;no urodzone dzieci mog&#261; by&#263; albo wybitnie inteligentne, albo wybitnie niedorozwini&#281;te  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; bez weso&#322;o&#347;ci.

Ewa nadal nie lubi&#322;a s&#322;owa: niedorozwini&#281;ty. Nawet angielski skr&#243;t DS brzmia&#322; jej w uszach jak skrobanie paznokciem po szybie. Pewnego dnia w osiedlowym sklepie, gdy jaka&#347; kobieta ukradkiem wpatrywa&#322;a si&#281; w Myszk&#281;, a w jej ciekawo&#347;ci by&#322;o co&#347; nachalnie agresywnego, Ewa najecha&#322;a na kobiet&#281; wype&#322;nionym zakupami w&#243;zkiem, stukn&#281;&#322;a j&#261; bole&#347;nie w nog&#281; i spyta&#322;a ostro:

Nie widzia&#322;a pani dziecka pogryzionego przez pszczo&#322;y?!

Potem by&#322;o jej wstyd. Nie w&#322;asnej agresji. By&#322;o jej wstyd, &#380;e wstydzi si&#281; Myszki, jej nieforemnych kszta&#322;t&#243;w, nabrzmia&#322;ej i ob&#347;linionej buzi.

A by&#322;y dni, &#380;e bardzo si&#281; wstydzi&#322;a; gdy Myszka by&#322;a przezi&#281;biona (chorowa&#322;a cz&#281;sto, jak wszystkie dzieci z DS), cieszy&#322;a si&#281;, &#380;e zostan&#261; w domu, unikn&#261; ciekawskich lub wsp&#243;&#322;czuj&#261;cych spojrze&#324; na ulicy, w sklepie, w parku. To by&#322;y dni, gdy doskonale rozumia&#322;a Adama i gdy zazdro&#347;ci&#322;a mu &#322;atwo&#347;ci, z jak&#261; si&#281; od nich oddali&#322;.

wi&#281;c Ewa codziennie czyta&#322;a Myszce Bibli&#281;, mimo &#380;e dziewczynka mia&#322;a dopiero cztery latka i trudno by&#322;o przypuszcza&#263;, by co&#347; z niej rozumia&#322;a. Ale to nie mia&#322;o znaczenia. G&#322;o&#347;ne czytanie Biblii sta&#322;o si&#281; dla Ewy czym&#347; podobnym do recytowania mantry. Czyta&#322;a s&#322;owo po s&#322;owie, zdanie po zdaniu, wyra&#378;nie, melodyjnie, Starannie akcentuj&#261;c wyrazy. Im d&#322;u&#380;ej czyta&#322;a, tym bardziej te d&#322;ugie, niezwyk&#322;e sekwencje r&#243;wnie niezwyk&#322;ych zda&#324; przypomina&#322;y muzyk&#281;. Umyka&#322;o znaczenie s&#322;&#243;w, pozostawa&#322;a dziwna, hipnotyzuj&#261;ca melodia. Przewraca&#322;a kartk&#281;, ko&#324;czy&#322;a na sz&#243;stym dniu stworzenia, przemyka&#322;a si&#281; przez dzie&#324; si&#243;dmy, &#380;a&#322;uj&#261;c, &#380;e nie ma &#243;smego (co On by wtedy stworzy&#322;?)  i wraca&#322;a do pocz&#261;tku. &#322;

Gdy wraca&#322;a, wsz&#281;dzie znowu panowa&#322; mrok, ziemia by&#322;a niekszta&#322;tna i pusta, wok&#243;&#322; kr&#243;lowa&#322;a ciemno&#347;&#263;, ale za chwil&#281; kto&#347; znowu m&#243;wi&#322;: Niech si&#281; stanie &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;  i &#347;wiat&#322;o&#347;&#263; stawa&#322;a si&#281; r&#243;wnie szybko jak w&#243;wczas, gdy wchodzi&#322;a do ciemnego pokoju i zapala&#322;a lamp&#281;.

Wkr&#243;tce pierwsze karty Ksi&#281;gi umia&#322;a na pami&#281;&#263;. (Klwraca&#322;a je ju&#380; tylko dla zasady, a potem, patrz&#261;c na Myszk&#281;, &#347;piewnie recytowa&#322;a s&#322;owa Genesis.

Pocz&#261;tkowo Myszka wydawa&#322;a si&#281; oczekiwa&#263; na t&#281; chwil&#281;. Lecz wkr&#243;tce wida&#263; by&#322;o, &#380;e oswoi&#322;a si&#281; z czytaniem; gdy Ewa otwiera&#322;a Ksi&#281;g&#281; i nie patrz&#261;c na druk, melodyjnie wchodzi&#322;a w pierwsz&#261; fraz&#281;  dziewczynka opada&#322;a na kolana i &#322;okcie, wyruszaj&#261;c w swoje podr&#243;&#380;e po domu. Nie s&#322;ucha&#322;a, nie mog&#322;a s&#322;ucha&#263;, nie w tym wieku, nie przy tak ospale pracuj&#261;cym umy&#347;le, a jednak gdy Ewa op&#243;&#378;nia&#322;a moment rozpocz&#281;cia czytania, dziewczynka zatrzymywa&#322;a si&#281; ko&#322;o stolika, na kt&#243;rym le&#380;a&#322;a Ksi&#281;ga, jakby czekaj&#261;c, kiedy matka we&#378;mie j&#261; do r&#261;k.

Myszka raczkowa&#322;a do uko&#324;czenia czwartego roku &#380;ycia. W&#322;a&#347;nie wtedy, gdy na stole stan&#261;&#322; malutki urodzinowy torcik z czterema ma&#322;ymi &#347;wieczkami, dziewczynka zacz&#281;&#322;a stawia&#263; pierwsze samodzielne kroki, nie potrzebuj&#261;c ju&#380; tak kurczowo chwyta&#263; si&#281; mebli czy opiera&#263; o &#347;cian&#281;. Wcze&#347;niej zaciska&#322;a d&#322;o&#324; na zabawce, na kubku z mlekiem, na r&#281;ce Ewy, kt&#243;r&#261; to wzrusza&#322;o, cho&#263; chwil&#281; p&#243;&#378;niej przychodzi&#322;a fala irytacji, gdy&#380; Myszka nie zwalnia&#322;a u&#347;cisku, trzyma&#322;a mocno, niemal rozpaczliwie, Ewa za&#347; wiedzia&#322;a  wyczyta&#322;a z naukowych ksi&#261;&#380;ek  &#380;e dzieci z DS nie maj&#261; problemu z chwytaniem, lecz d&#322;ugo i cierpliwie nale&#380;y uczy&#263; je rozlu&#378;niania uchwytu i wypuszczania przedmiotu.

wi&#281;c zanim Myszka stan&#281;&#322;a na nogi, Ewa wci&#261;&#380; czyta&#322;a jej te same dwie pierwsze stronice Ksi&#281;gi. Dziewczynka sapa&#322;a, poci&#261;ga&#322;a g&#322;o&#347;no nosem, wydawa&#322;a r&#243;&#380;ne mrucz&#261;ce, nieartyku&#322;owane d&#378;wi&#281;ki, w kt&#243;rych Ewa dopatrywa&#322;a si&#281; oznak zainteresowania lektur&#261;.

Pierwszym s&#322;owem, jakie Myszka wypowiedzia&#322;a  oczywi&#347;cie o wiele p&#243;&#378;niej ni&#380; inne dzieci (mia&#322;a oko&#322;o czterech lat)  nie by&#322;o mama, tata, baba. Myszka powiedzia&#322;a buuu. Ewa ani przez chwil&#281; nie w&#261;tpi&#322;a, &#380;e naprawd&#281; dziewczynka chcia&#322;a powiedzie&#263; B&#243;g. By&#322;o to mo&#380;liwe, gdy&#380; s&#322;owo to na stronach Ksi&#281;gi odmienia&#322;o si&#281; przez wszystkie przypadki, a Myszka s&#322;ysza&#322;a je wiele razy na dob&#281;. Doba wci&#261;&#380; przybiera&#322;a u niej w&#322;asny rytm, w kt&#243;rym &#347;wiat&#322;o&#347;&#263; mog&#322;a by&#263; w nocy, noc za&#347; w dzie&#324;, co pocz&#261;tkowo Ew&#281; fizycznie wyka&#324;cza&#322;o, lecz p&#243;&#378;niej przywyk&#322;a.

Buuuu  powtarza&#322;a Myszka, dotykaj&#261;c &#347;cian, mebli, matki i zabawek, kt&#243;rymi nie umia&#322;a si&#281; bawi&#263;. Umia&#322;a je tylko niszczy&#263;.

Tak, B&#243;g  przytakiwa&#322;a Ewa.

Mija&#322;y kolejne dni, tygodnie, miesi&#261;ce i lata. Cud nie nast&#281;powa&#322;, ale Ewa ju&#380; przesta&#322;a si&#281; go spodziewa&#263;. Za to kszta&#322;towa&#322; si&#281; wygl&#261;d Myszki tak typowy dla DS: kr&#243;tki nosek, okr&#261;g&#322;a twarz, w kt&#243;rej uderza&#322;y sko&#347;ne, podpuchni&#281;te oczy pod nawisem grubym powiek, otwarte usta, j&#281;zyk wsparty o doln&#261; warg&#281;, nieforemny, sp&#322;aszczony ty&#322; g&#322;owy. Myszka mia&#322;a te&#380; charakterystycznie szeroki i kr&#243;tki kark, s&#322;abo umi&#281;&#347;nione nogi i r&#281;ce oraz uderzaj&#261;co kr&#243;tkie i grube palce u r&#261;k. Ca&#322;a by&#322;a gruba, nieforemna, jakby Stw&#243;rca pomyli&#322; proporcje. Echokardiografia, w zgodzie z wi&#281;kszo&#347;ci&#261; opis&#243;w medycznych, wykaza&#322;a wad&#281; serca. Laryngolog potwierdzi&#322; niedro&#380;no&#347;&#263; nosa, internista przyzna&#322;, &#380;e Myszka ma kiepski system oddechowy, a wszyscy razem ostrzegli Ew&#281;, &#380;e bardzo du&#380;y procent os&#243;b z zespo&#322;em Downa zapada wcze&#347;nie na alzheimera, zw&#322;aszcza przy tak du&#380;ym stopniu upo&#347;ledzenia.

Na alzheimera  powt&#243;rzy&#322;a Ewa i nagle u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e Adam mia&#322; racj&#281;. Skoro mi&#281;dzy zespo&#322;em Downa a chorob&#261; Alzheimera wyst&#281;puje jaki&#347; zwi&#261;zek, zatem to ona obdarzy&#322;a c&#243;rk&#281; nadprogramowym chromosomem.

Oczko!  powt&#243;rzy&#322;a znowu z histerycznym &#347;miechem.  Tak, to moja osobista wygrana. Adam wiedzia&#322;, o co mnie oskar&#380;a

S&#322;owa kobiety ze szpitala, Anny  to zdumiewaj&#261;ce, niepoj&#281;te okre&#347;lenie: Dar Pana  rozbrzmiewa&#322;y jej czasem w uszach, zw&#322;aszcza wtedy, gdy zabiera&#322;a Myszk&#281; na zakupy, a dziewczynka mia&#322;a w&#322;a&#347;nie biegunk&#281; (przew&#243;d pokarmowy dzieci z DS by&#322; r&#243;wnie&#380; s&#322;aby) i w najmniej po&#380;&#261;danym momencie, gdy znajdowa&#322;y si&#281; w&#347;r&#243;d kolorowych towar&#243;w, na rajtuzach Myszki rozlewa&#322;a si&#281; burobr&#261;zowa, cuchn&#261;ca plama. Wszyscy powoli odsuwali si&#281; i prawie nie by&#322;o przypadku, by kto&#347; nie powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no:

Czy musi pani z takim dzieckiem wchodzi&#263; do spo&#380;ywczego?

Te s&#322;owa  Dar Pana  przychodzi&#322;y jej tak&#380;e na my&#347;l, gdy uko&#347;ne spojrzenie Myszki w&#281;drowa&#322;o ku niej ze &#347;wiadomym zamys&#322;em, na ustach pojawia&#322; si&#281; ufny i czu&#322;y u&#347;miech, a chropawy i gruby g&#322;os powtarza&#322;: Maaao&#263;o&#263;

A przecie&#380; by&#322;a jeszcze ta nie rozpoznana, niepokoj&#261;ca ciemna plamka na m&#243;zgu. Ewa nie wiedzia&#322;a, czy w&#322;a&#347;nie ta plamka jest przyczyn&#261; znaczniejszego ni&#380; u innych dzieci z DS op&#243;&#378;nienia w rozwoju, czy te&#380; jest sprawczyni&#261; rzadkich moment&#243;w, w kt&#243;rych wydaje si&#281;, &#380;e c&#243;rka rozumie wi&#281;cej, ni&#380; potrafi okaza&#263;.

Gdyby przysz&#322;a na &#347;wiat w&#243;wczas, kiedy by&#322;am na ostatnim roku studi&#243;w Wtedy gdy Adam dopiero rozkr&#281;ca&#322; firm&#281; i przytrafi&#322;a si&#281; nam tamta wpadka Tak to nazwali&#347;my: wpadk&#261;. I usun&#281;li&#347;my t&#281; wpadk&#281;, wierz&#261;c, &#380;e jeszcze nie mamy warunk&#243;w na dziecko Gdyby&#347;my jej wtedy nie usun&#281;li, mo&#380;e by&#322;by w niej tylko ten ufny u&#347;miech i ca&#322;kiem normalna reszta, my&#347;la&#322;a czasem Ewa, lecz zaraz &#347;wiadomie wyrzuca&#322;a t&#281; my&#347;l z pami&#281;ci. Gdybanie nie mia&#322;o sensu. A zreszt&#261; niemowl&#281; urodzone dziesi&#281;&#263; lat temu nie by&#322;oby ulepszon&#261; Myszk&#261;, lecz ca&#322;kowicie innym dzieckiem. Mo&#380;e w&#322;a&#347;nie tym wymarzonym przez Adama synem?, my&#347;la&#322;a z gorzk&#261; ironi&#261;.

Pewnego dnia, gdy kartkowa&#322;a Ksi&#281;g&#281;, przeczyta&#322;a o matuzalemowym wieku biblijnych praojc&#243;w i zacz&#281;&#322;a si&#281; &#347;mia&#263;: Adam sp&#322;odzi&#322; syna, gdy mia&#322; 130 lat, 105-letni Set sp&#322;odzi&#322; Enosa, Noe mia&#322; lat 500, gdy zosta&#322; ojcem Sema, Chama i Jafeta

a wszyscy urodzili ma&#322;e mongo&#322;y, i to po nich, po praprzodkach wszystkich ludzi, Myszka odziedziczy&#322;a dodatkowy chromosom!  krzykn&#281;&#322;a na ca&#322;y dom, a dziewczynka spojrza&#322;a na ni&#261; powa&#380;nym i, jak jej si&#281; zdawa&#322;o, rozumiej&#261;cym wzrokiem.

Ewa nie pami&#281;ta&#322;a dnia, w kt&#243;rym od&#322;o&#380;y&#322;a Ksi&#281;g&#281; wysoko na p&#243;&#322;k&#281;  aby nie wpad&#322;a w niszcz&#261;ce r&#261;czki Myszki  i wi&#281;cej nie zamierza&#322;a po ni&#261; si&#281;ga&#263;. Za to zdj&#281;&#322;a z p&#243;&#322;ki, podniszczony jeszcze w dzieci&#324;stwie, wygrzebany na strychu opas&#322;y egzemplarz ba&#347;ni, w tym ba&#347;ni braci Grimm i Andersena. Najpierw przegl&#261;da&#322;a go, przypominaj&#261;c sobie prze&#380;ycia zwi&#261;zane z ulubion&#261; lektur&#261; z dzieci&#324;stwa, a potem starannie zacz&#281;&#322;a wybiera&#263; ba&#347;&#324;, kt&#243;r&#261; zamierza&#322;a czyta&#263; Myszce.

Czerwony Kapturek? Biega&#322;, skaka&#322; i &#347;piewa&#322;, nim dotar&#322; do babci. Myszka tego nie umia&#322;a, b&#281;dzie jej przykro. Kr&#243;lewna &#346;nie&#380;ka Czy krasnoludki nie s&#261; zbyt pokraczne? Mo&#380;e dziewczynka si&#281; wystraszy? &#346;pi&#261;ca Kr&#243;lewna Pewnie jej nie zaciekawi, skoro &#347;pi a&#380; sto lat. Dziewczynka z zapa&#322;kami Na ko&#324;cu opowie&#347;ci umiera. Kopciuszek? Sierotka zostawiona przez ojca, do kt&#243;rej przyjdzie dobra wr&#243;&#380;ka i wszystko cudownie odmieni?

Myszka mia&#322;a ju&#380; pi&#281;&#263; lat. Wci&#261;&#380; nie chodzi&#322;a do integracyjnego przedszkola, poniewa&#380; nadal zdarza&#322;o si&#281; jej nie zawo&#322;a&#263; w por&#281; i na rajtkach rozlewa&#322;a si&#281; nagle bura plama. Ewa potrafi&#322;a wtedy zakl&#261;&#263;, brutalnie i g&#322;o&#347;no, tak &#380;e trwo&#380;liwie dygota&#322;y &#347;ciany w tym eleganckim niegdy&#347; domu. (Z zewn&#261;trz wci&#261;&#380; by&#322; reprezentacyjny, prawie rezydencja, my&#347;la&#322;a z ironi&#261;; wewn&#261;trz wsz&#281;dzie wida&#263; by&#322;o &#347;lady niszcz&#261;cej dzia&#322;alno&#347;ci Myszki i poddania si&#281; Ewy; na jasnych obiciach mebli przybywa&#322;y nowe plamy z kakao, nutelli lub nag&#322;ych przypadk&#243;w dziewczynki, Ewa za&#347; nie czy&#347;ci&#322;a ich zbyt skrupulatnie, wiedz&#261;c, &#380;e i tak pojawi&#261; si&#281; nowe. Gdyby przewidzia&#322;a narodziny takiego dziecka, obi&#322;aby meble ciemnymi pokrowcami, zrobi&#322;aby pod&#322;ogi z &#322;atwo myj&#261;cych si&#281; kafelk&#243;w, a &#347;ciany pomalowa&#322;a na br&#261;zowo). Wci&#261;&#380; odwleka&#322;a decyzj&#281; o wys&#322;aniu Myszki do przedszkola. To nie by&#322;o typowe dziecko z DS  to by&#322;o inne dziecko. Nie mia&#322;a odwagi powiedzie&#263; wprost, &#380;e gorsze.

Przera&#380;eniem nape&#322;nia&#322;a Ew&#281; my&#347;l o szkole. Dzieci z DS chodzi&#322;y do szk&#243;&#322; specjalnych, mimo &#380;e powstawa&#322;y ju&#380; pierwsze szko&#322;y integracyjne. Ewa ba&#322;a si&#281; i jednej  raz na zawsze bowiem sytuowa&#322;a ona Myszk&#281; w kr&#281;gu dzieci skrajnie niedorozwini&#281;tych  i drugiej, kt&#243;ra, jej zdaniem, mia&#322;a zmusi&#263; normalne dzieci do tolerowania innych. Sprawnych inaczej, jak powtarza&#322;a sobie z ironi&#261;.

A mo&#380;e te normalne wcale tego nie chc&#261;?  my&#347;la&#322;a.  Ja bym na ich miejscu nie chcia&#322;a

Spogl&#261;da&#322;a na c&#243;rk&#281; i powtarza&#322;a z gniewn&#261; szczero&#347;ci&#261;: Nie, nie chcia&#322;abym mie&#263; w szkole takiej kole&#380;anki W ten spos&#243;b obie  Ewa i Myszka  skr&#281;ci&#322;y do Zau&#322;ku Dla Niechcianych, z kt&#243;rego trudno by&#322;o wyj&#347;&#263;.

Wertuj&#261;c r&#243;wnie grub&#261; jak Biblia ksi&#281;g&#281; z ba&#347;niami (ju&#380; odkry&#322;a, &#380;e ksi&#281;gi jednak s&#261; dwie; wszystkie pozosta&#322;e to zwyk&#322;e ksi&#261;&#380;ki)  zdecydowa&#322;a si&#281; na Kopciuszka. Opowie&#347;&#263; o upo&#347;ledzonej przez &#380;ycie, pozbawionej matki i ojca dziewczynce wydawa&#322;a si&#281; pasowa&#263; do nich. Ona tak&#380;e wyobra&#380;a&#322;a sobie niekiedy, &#380;e jest z&#322;&#261; macoch&#261;: wtedy gdy nie wytrzymywa&#322;a nerwowo i potrz&#261;sa&#322;a brutalnie Myszk&#261;, chc&#261;c wydoby&#263; z niej artyku&#322;owane zdanie lub cho&#263;by dwa s&#322;owa; albo gdy Myszka, cho&#263; mozolnie uczy&#322;a si&#281; porz&#261;dku, zn&#243;w zawo&#322;a&#322;a za p&#243;&#378;no i nie zd&#261;&#380;y&#322;y dobiec do &#322;azienki. Zdarza&#322;o si&#281; jej tak&#380;e trzepn&#261;&#263; dziewczynk&#281;, gdy bezmy&#347;lnie  lub w przyp&#322;ywie agresji  niszczy&#322;a ksi&#261;&#380;ki, zabawki, t&#322;uk&#322;a fili&#380;anki i kubki (dzieci z DS bywaj&#261; bardziej agresywne ni&#380; normalne).

Tak, jestem macoch&#261;, my&#347;la&#322;a wtedy, patrz&#261;c na wybuchy spontanicznego gniewu lub nami&#281;tnej rozpaczy c&#243;rki.

Myszka, kt&#243;r&#261; d&#322;ugo i cierpliwie uczy&#322;a, jak wypuszcza&#263; z r&#281;ki kubek z mlekiem i stawia&#263; na stole, wydawa&#322;a si&#281; jej podobna do Kopciuszka siedz&#261;cego w ciemnej kuchni i mozolnie oddzielaj&#261;cego groch od maku.

ale do nas nigdy nie przyjdzie dobra wr&#243;&#380;ka  powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no i otworzy&#322;a ksi&#281;g&#281; z ba&#347;niami.

I wtedy zacz&#281;&#322;y si&#281; lata z Kopciuszkiem. Dok&#322;adnie  dwa. Dwa pe&#322;ne lata, gdy codziennie czyta&#322;a c&#243;rce t&#281; jedn&#261;, jedyn&#261; ba&#347;&#324;, a je&#347;li czyni&#322;a jakiekolwiek odst&#281;pstwo, wprowadza&#322;a najmniejsz&#261; zmian&#281; w tre&#347;ci, Myszka krzywi&#322;a si&#281; i wybucha&#322;a spazmatycznym p&#322;aczem. Kopciuszek musia&#322; prze&#380;ywa&#263; wci&#261;&#380; i wci&#261;&#380; to samo, opowiadane tymi samymi s&#322;owami, ba, z r&#243;wnie d&#322;ug&#261; przerw&#261; na oddech, czy nawet poprzez t&#281; sam&#261; mimik&#281; czytaj&#261;cej Ka&#380;da, nawet drobna zmiana stawa&#322;a si&#281; katastrof&#261;. A katastrofa w wydaniu dziecka z DS by&#322;a rozdzieraj&#261;cym, nie ko&#324;cz&#261;cym si&#281; krzykiem o pomoc.

Ewa zrozumia&#322;a, &#380;e poczucie bezpiecze&#324;stwa Myszki tkwi w niezmienno&#347;ci. Niezmienno&#347;ci s&#322;&#243;w Biblii, nie-zmienno&#347;ci los&#243;w i uczu&#263; Kopciuszka, niezmienno&#347;ci rozk&#322;adu wn&#281;trz tego domu, w powtarzaj&#261;cym si&#281; rytuale rozpoczynania i ko&#324;czenia dnia, w cykliczno&#347;ci, z jak&#261; nadchodzi noc i dzie&#324;. A nawet w sta&#322;o&#347;ci, z jak&#261; unika&#322; ich Adam. Ale przede wszystkim w nieodmienno&#347;ci faktu, &#380;e Kopciuszek pod koniec ba&#347;ni przeobra&#380;a&#322; si&#281; w lekk&#261;, zwinn&#261;, pi&#281;kn&#261; dziewczyn&#281;, ta&#324;cz&#261;c&#261; na balu.

Myszka pr&#243;bowa&#322;a czasem zata&#324;czy&#263; tak, jak zapewne Kopciuszek ta&#324;czy&#322; na balu u ksi&#281;cia, ale Ewa nigdy by si&#281; tego nie domy&#347;li&#322;a, patrz&#261;c na dziwaczne, ci&#281;&#380;kie, pozbawione wdzi&#281;ku podrygi c&#243;rki.

Co robisz? Skaczesz?  pyta&#322;a wyrozumiale i odwraca&#322;a szybko g&#322;ow&#281;, gdy&#380; konwulsyjne ruchy dziewczynki wprawia&#322;y j&#261; w stan irytacji i za&#380;enowania, kt&#243;rych nie chcia&#322;a okaza&#263;.

Myszka mia&#322;a sze&#347;&#263; lat, chodzi&#322;a ju&#380; sama bez &#380;adnych podp&#243;rek; umia&#322;a wyj&#347;&#263; i zej&#347;&#263; po schodach, ale tych rozpaczliwych i ci&#281;&#380;kich podskok&#243;w, nieporadnych wymach&#243;w r&#261;k i szurania niezgrabnych n&#243;g po pod&#322;odze jej matka nigdy nie skojarzy&#322;a z ta&#324;cem.

A jednak Myszka ta&#324;czy&#322;a. Ta&#324;czy&#322;a jak Kopciuszek na balu. Jak motyl w letni dzie&#324;. Ta&#324;czy&#322;a pi&#281;knie, zwinnie i leciutko, jak panie w telewizorze lub zwiewna wr&#243;&#380;ka z reklamy p&#322;ynu do zmi&#281;kczania tkanin, kt&#243;ra fruwa&#322;a ponad kolorowymi r&#281;cznikami.

Ewa nie od razu zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e Myszka nie zawsze lubi ogl&#261;da&#263; telewizj&#281;, &#380;e cz&#281;&#347;ciej si&#281; jej boi. Jak wszystkie matki mia&#322;a zwyczaj sadza&#263; c&#243;rk&#281; na pod&#322;odze przed szklanym ekranem, my&#347;l&#261;c, &#380;e ruchliwo&#347;&#263; i weso&#322;e barwy dobranocek lub MTV przykuj&#261; jej uwag&#281;, sama za&#347; b&#281;dzie mog&#322;a zaj&#261;&#263; si&#281; kuchni&#261; lub przejrze&#263; kolorowe magazyny. Ale feeria barw MTV i zmienno&#347;&#263; kadr&#243;w szybko nu&#380;y&#322;y Myszk&#281;, do tego stopnia, &#380;e zamyka&#322;a oczy, by od nich uciec. Ewa dostrzeg&#322;a te&#380;, &#380;e Myszk&#281; niepokoj&#261; telewizyjne dobranocki. Sprawia&#322;a wra&#380;enie, jakby chcia&#322;a wiedzie&#263;, co dzieje si&#281; z ich bohaterami poza ekranem, dok&#261;d poszli i o czym m&#243;wi&#261;, gdy ju&#380; ich nie wida&#263;. Niekiedy dobranocki j&#261; wr&#281;cz przera&#380;a&#322;y, i to wtedy, gdy mia&#322;y by&#263; weso&#322;e. Gdy pies Pluto przeje&#380;d&#380;a&#322; swoim pojazdem po ma&#322;ym kocie  kt&#243;ry rozp&#322;aszcza&#322; si&#281; jak dywanik  Myszka krzycza&#322;a. I nie pomaga&#322; widok zwierzaka, kt&#243;ry za kilka sekund podnosi&#322; si&#281; z ziemi, otrzepywa&#322; i przeobra&#380;a&#322; w Kota Kt&#243;remu Nic Si&#281; Nie Sta&#322;o. Zwierzak z kresk&#243;wki biega&#322; weso&#322;o, lecz Myszka nadal krzycza&#322;a i nie chcia&#322;a przesta&#263;.

Ewa nie zwr&#243;ci&#322;a te&#380; uwagi na to, &#380;e najbardziej niepokoj&#261; Myszk&#281; telewizyjne Wiadomo&#347;ci. Sama ogl&#261;da&#322;a je z rutynow&#261; ciekawo&#347;ci&#261;, a wojny, katastrofy, wypadki i przest&#281;pstwa zalicza&#322;a raczej do tajemniczej kategorii  news&#243;w ni&#380; do autentycznych wydarze&#324;. Kolorowy ekran, na kt&#243;rym po relacji o katastrofie poci&#261;gu lub wybuchu kolejnej wojny w odleg&#322;ym, niewielkim kraju pojawia&#322;a si&#281; reklama margaryny, neutralizowa&#322; jej emocje, odrealnia&#322; dramatyzm wydarze&#324;. Nie pomy&#347;la&#322;a, &#380;e w przypadku.Myszki mo&#380;e by&#263; inaczej: &#380;e szklany ekran by&#322; dla niej &#347;wiatem, stwarzanym na jej oczach, podobnie jak &#347;wiat w Ksi&#281;dze, i wszystko, co si&#281; w nim dzia&#322;o, dziewczynka traktowa&#322;a z ogromn&#261; powag&#261;. Wojna mia&#322;a dla niej wymiar wojny, a katastrofa by&#322;a prawdziw&#261; katastrof&#261;, a nie zr&#281;cznym monta&#380;em paru filmowych klatek ogl&#261;danych jako dodatek do kolacji. Za to Ewa zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e Myszka z ogromnym zainteresowaniem ogl&#261;da reklamy. Niekt&#243;re z nich wzbudza&#322;y jej &#380;yw&#261; reakcj&#281;, jak na przyk&#322;ad klip zachwalaj&#261;cy telefony kom&#243;rkowe. Przez szklany ekran przebiega&#322; elegancki, przystojny m&#281;&#380;czyzna z telefonem przy uchu i z czarn&#261; teczk&#261;, kt&#243;ry niezwykle si&#281; &#347;pieszy&#322;. Myszka krzycza&#322;a w&#243;wczas, &#347;lini&#261;c si&#281; bardziej ni&#380; zwykle:

Ta! O!

To Ewa od razu poj&#281;&#322;a: m&#281;&#380;czyzna z reklamy kojarzy&#322; si&#281; Myszce z ojcem. I rozumia&#322;a, dlaczego: obaj uciekali, cho&#263; ka&#380;dy w sobie wiadomym kierunku. Obaj &#347;pieszyli si&#281; i &#380;aden nie mia&#322; czasu dla Myszki.

Ale najbardziej Myszka lubi&#322;a wideoklipy i reklamy, w kt&#243;rych ludzie sprawiali wra&#380;enie, &#380;e ta&#324;cz&#261;  lub ta&#324;czyli naprawd&#281;. Dziewczynka zastyga&#322;a wtedy nieruchoma w swym skupieniu, z buzi s&#261;czy&#322;a si&#281; jej &#347;lina, z nosa kapa&#322;o cz&#281;&#347;ciej ni&#380; zwykle, i wpatrywa&#322;a si&#281; w ekran a&#380; do b&#243;lu mongolskich oczu. Taniec by&#322; dla Myszki w dost&#281;pnym jej &#347;wiecie czym&#347; najpi&#281;kniejszym, co mog&#322;a zobaczy&#263;.

Myszka m&#243;wi&#322;a ta, o!, maj&#261;c na my&#347;li uciekaj&#261;cego tat&#281; z reklamy i prawdziwego tat&#281; z ich domu, ale m&#243;wi&#322;a te&#380; taaaa, co oznacza&#322;o taniec  tego Ewa nigdy nie rozszyfrowa&#322;a. Rozmowy z Myszk&#261; bowiem pe&#322;ne by&#322;y szyfr&#243;w i cho&#263; Ewa wi&#281;kszo&#347;&#263; z nich odgad&#322;a, owo taaaa pozosta&#322;o sekretem, bardzo d&#322;ugo znanym wy&#322;&#261;cznie dziewczynce.

Teraz, gdy mia&#322;a ju&#380; sze&#347;&#263; lat, nie tylko umia&#322;a sama chodzi&#263;. Umia&#322;a sama si&#281; bawi&#263;. Zacz&#281;&#322;a wymawia&#263; wi&#281;cej s&#322;&#243;w, a nawet ca&#322;e zdania  lecz by&#322;y one zrozumia&#322;e tylko dla Ewy. Tajemnicze buuuu (Ewa przesta&#322;a s&#261;dzi&#263;, &#380;e oznacza Boga, uzna&#322;a je za d&#378;wi&#281;k przypadkowy) zast&#261;pi&#322;o oczywiste baaa  czyli bajka. Mog&#322;oby to te&#380; oznacza&#263; babcia, ale babci nie by&#322;o.

Dlaczego nie ma babci?, zamy&#347;li&#322;a si&#281; Ewa, maj&#261;c na my&#347;li babci&#281; Adama, lecz szybko odrzuci&#322;a t&#281; my&#347;l. Ta my&#347;l by&#322;a ci&#281;&#380;arem, a jeden ci&#281;&#380;ar w postaci Myszki w zupe&#322;no&#347;ci wystarcza&#322;.

Baaa psuta?  pyta&#322;a czasem Myszka przestraszonym g&#322;osem i Ewa wiedzia&#322;a, o co chodzi: Myszka s&#261;dzi&#322;a, &#380;e bajka o Kopciuszku jest zepsuta, bo Ewa znowu, bezwiednie, przekr&#281;ci&#322;a s&#322;owo.

nie, nie zawsze bezwiednie. Niekiedy robi&#322;a to &#347;wiadomie. Gdy by&#322;a zm&#281;czona, gdy mia&#322;a wszystkiego do&#347;&#263;, a Myszka wci&#261;&#380; domaga&#322;a si&#281; czytania o Kopciuszku  Ewa przy&#322;apywa&#322;a si&#281; na tym, &#380;e chce c&#243;rce zrobi&#263; na z&#322;o&#347;&#263;; w skrajnych wypadkach, gdy jej gniew na nieporadno&#347;&#263; dziewczynki wzrasta&#322; (kiedy indziej ta nieporadno&#347;&#263; wzrusza&#322;a), Ewa potrz&#261;sa&#322;a dzieckiem jak ma&#322;ym psiakiem i krzycza&#322;a z irytacji lub bezsilno&#347;ci. Jednak zawsze gdy si&#281; opami&#281;ta&#322;a, przychodzi&#322;y chwile skruchy, wstydu, p&#322;aczu nad w&#322;asn&#261; s&#322;abo&#347;ci&#261;. Myszka te&#380; w&#243;wczas p&#322;aka&#322;a  i p&#322;aka&#322;y obie, ka&#380;da z innego powodu.

Maa, taaaa!  m&#243;wi&#322;a Myszka, pragn&#261;c, by matka zata&#324;czy&#322;a, porzucaj&#261;c wszystkie zmartwienia. (Taniec by&#322; wed&#322;ug Myszki wyrazem najwi&#281;kszej rado&#347;ci, lekarstwem na wszystko, co z&#322;e, zapowiedzi&#261; pi&#281;kna, kt&#243;re nieuchronnie musi nadej&#347;&#263; i niew&#261;tpliwie nadejdzie; taniec by&#322; wyzwoleniem). Ewa za&#347; p&#322;aka&#322;a jeszcze bardziej, przekonana, &#380;e c&#243;rka upomina si&#281; o obecno&#347;&#263; ojca. A potem, zm&#281;czone i zarazem uspokojone p&#322;aczem, powraca&#322;y do &#347;wiata ba&#347;ni.

Przewa&#380;aj&#261;ca cz&#281;&#347;&#263; opowie&#347;ci o Kopciuszku toczy&#322;a si&#281; w kuchni, gdzie ma&#322;a sierotka sp&#281;dza&#322;a czas, gdy&#380; w pokojach kr&#243;lowa&#322;a macocha z c&#243;rkami. Kuchnia z bajki by&#322;a ciemna, ponura, bez okien, z wielkim staro&#347;wieckim piecem i ogromnym sto&#322;em, z pot&#281;&#380;nymi &#380;elaznymi garami, z zawieszonymi u pu&#322;apu wiankami czosnku i cebuli, z drewnianym zydelkiem dla Kopciuszka zamiast wygodnego krzes&#322;a. A przynajmniej tak&#261; kuchni&#281; wida&#263; by&#322;o na obrazku w starej ksi&#281;dze z ba&#347;niami. Myszka wpatrywa&#322;a si&#281; w ten obrazek i potrafi&#322;a  na wypowiedziane przez Ew&#281; s&#322;owo  wskaza&#263; w&#322;a&#347;ciwy przedmiot. St&#243;&#322;, krzes&#322;o, cebula, garnek, lampa. Ogromn&#261; trudno&#347;&#263; sprawia&#322;o jej jednak zrozumienie, &#380;e kuchnia w ich domu  sterylna, z kafelkami, z bia&#322;ymi meblami i r&#243;&#380;nymi zautomatyzowanymi urz&#261;dzeniami  jest r&#243;wnie&#380; kuchni&#261;.

Neee, ne kuuunia  kr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;, ale Ewa uparcie wskazywa&#322;a na obrazek i prowadzi&#322;a j&#261; do ich kuchni, &#380;eby Myszka poj&#281;&#322;a, i&#380; mog&#261; by&#263; dwie rzeczy o tej samej nazwie, nawet je&#347;li wygl&#261;daj&#261; r&#243;&#380;nie. Dla Ewy by&#322;a to tylko cz&#281;&#347;&#263; &#380;mudnej edukacji c&#243;rki  dla Myszki jedna z niepoj&#281;tych zagadek &#347;wiata, dramatyczna w skutkach pomy&#322;ka doros&#322;ych.

Myszka wreszcie poj&#281;&#322;a. I cho&#263; r&#243;&#380;nica by&#322;a ogromna, dziewczynka uwierzy&#322;a, &#380;e ich domowa kuchnia jest zarazem ba&#347;niow&#261; kuchni&#261; Kopciuszka. Teraz, kilka razy na dzie&#324;, dziewczynka wchodzi&#322;a do jasnej kuchni  nie przypominaj&#261;cej ani troch&#281; tej z ilustracji  i czeka&#322;a. Siada&#322;a na niskim, wy&#347;cie&#322;anym mi&#281;kko sto&#322;eczku, niczym zydelek z bajki, przeznaczonym specjalnie dla niej, i nieruchomia&#322;a na d&#322;ugie chwile w swej oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci. Min&#281;&#322;o wiele dni, nim jej zachowanie, nieruchome siedzenie na sto&#322;eczku, powtarzalno&#347;&#263; tego rytua&#322;u i wi&#281;ksze ni&#380; zwykle skupienie zaintrygowa&#322;y Ew&#281;.

Co robisz?  spyta&#322;a pewnego dnia.

Ceeeek  odpar&#322;a ufnie Myszka.

Na co czekasz?  zdziwi&#322;a si&#281; Ewa.

Wuuuuka

Ewa zagryz&#322;a wargi. Wr&#243;&#380;ka z ba&#347;ni o Kopciuszku by&#322;a r&#243;wnie&#380; jej obsesj&#261;. Czasem, gdy zasypia&#322;a, wyobra&#380;a&#322;a sobie, na granicy jawy i snu, &#380;e to z&#322;a wr&#243;&#380;ka zamieni&#322;a jej dziecko. Ju&#380; w szpitalu mia&#322;a dziecinn&#261; nadziej&#281;, &#380;e kto&#347; nagle wejdzie i powie:

Droga pani, pomylili&#347;my si&#281;, to nie jest pani c&#243;rka!

Tamto prawdziwe dziecko mia&#322;o by&#263; &#347;liczne, jasnow&#322;ose, z du&#380;ymi oczami, z pe&#322;nymi ustami rozchylaj&#261;cymi si&#281; w u&#347;miechu. Ma&#322;a, &#347;liczna Barbie. Z&#322;a wr&#243;&#380;ka da&#322;a to pi&#281;kne dziecko komu&#347; innemu

a mnie da&#322;a poczwark&#281;  powiedzia&#322;a Ewa g&#322;o&#347;no w dniu, w kt&#243;rym bola&#322;a j&#261; g&#322;owa, dotkliwie odczuwa&#322;a obco&#347;&#263; Adama, martwe przedmioty stawa&#322;y jej na drodze, bole&#347;nie szturchaj&#261;c, gdy przechodzi&#322;a, Myszka za&#347; zachowywa&#322;a si&#281; wyj&#261;tkowo niezno&#347;nie. I cho&#263; tylko raz si&#281; zdarzy&#322;o, &#380;e Ewa nazwa&#322;a c&#243;rk&#281; poczwark&#261;, jednak wci&#261;&#380; d&#378;wi&#281;cza&#322;o jej w uszach to straszne s&#322;owo  i nagle, gdy to sobie u&#347;wiadomi&#322;a, rzuci&#322;a si&#281; na Myszk&#281; z niekontrolowan&#261; gwa&#322;towno&#347;ci&#261;, tul&#261;c j&#261; do siebie tak, &#380;e dziewczynka by&#322;a bardziej wystraszona ni&#380; szcz&#281;&#347;liwa. Instynktownie wyczuwa&#322;a, &#380;e w ogromie matczynej mi&#322;o&#347;ci przewa&#380;aj&#261; rozpacz i poczucie beznadziei, a brakuje rado&#347;ci. Mama nie u&#347;miecha&#322;a si&#281; tak cz&#281;sto, jak panie z telewizora. Mama nie ta&#324;czy&#322;a i nie &#347;piewa&#322;a, jak panie z reklamy. Mama nie rozmawia&#322;a, z zara&#378;liw&#261; energi&#261;, z innymi kobietami w sklepie czy na ulicy. Mama by&#322;a inna. Inno&#347;&#263; mamy Myszka instynktownie kojarzy&#322;a z w&#322;asn&#261; odr&#281;bno&#347;ci&#261;.

A teraz Ewa sta&#322;a w jasnej, pogodnej kuchni i pyta&#322;a z niepokojem:

Co ma zrobi&#263; wr&#243;&#380;ka?

Myszka bezradnie wzruszy&#322;a ramionami, a potem pokaza&#322;a na siebie palcem. Sta&#322;a tak chwil&#281;, aby nagle wyrzuci&#263; r&#261;czki w g&#243;r&#281; i niezgrabnie podskoczy&#263;. Ewa po cz&#281;&#347;ci zrozumia&#322;a: wr&#243;&#380;ka mia&#322;a przemieni&#263; Myszk&#281; w lekk&#261;, ta&#324;cz&#261;c&#261; dziewczynk&#281; z balu u kr&#243;lewicza. Nie poj&#281;&#322;a jednak ca&#322;ej prawdy: Myszka chcia&#322;a, by ta przemiana dotyczy&#322;a jej ju&#380; na zawsze. Chcia&#322;a ta&#324;czy&#263; zawsze. Myszka wierzy&#322;a, &#380;e taniec to tak&#380;e wyraz mi&#322;o&#347;ci do wszystkiego, co si&#281; kocha. A kocha&#263; mo&#380;na by&#322;o prawie wszystko: mam&#281;, dom, uciekaj&#261;cego tat&#281;, motyle nad trawnikiem i mi&#281;kko&#347;&#263; trawy, star&#261; lalk&#281; z wyrwanymi w&#322;osami, pluszowego misia bez nogi, podart&#261; ksi&#261;&#380;k&#281; (Myszka dar&#322;a ksi&#261;&#380;ki wy&#322;&#261;cznie z mi&#322;o&#347;ci).

Wi&#281;c co ma zrobi&#263; wr&#243;&#380;ka?  powt&#243;rzy&#322;a Ewa dr&#380;&#261;cym g&#322;osem, a gdy Myszka zn&#243;w podskoczy&#322;a niezgrabnie i wznios&#322;a r&#281;ce w g&#243;r&#281;, Ewa odpar&#322;a:  Wr&#243;&#380;ka tego nie umie Wr&#243;&#380;ki umiej&#261; jedynie przemienia&#263; zwyk&#322;ych ludzi, takich jak my wszyscy, w kogo&#347; tak niezwyk&#322;ego jak ty  doda&#322;a w przyp&#322;ywie natchnienia.

Nee cee  powiedzia&#322;a Myszka i w tej samej chwili spad&#322; na ni&#261; dodatkowy ci&#281;&#380;ar, opr&#243;cz tej troch&#281; oswojonej ju&#380; oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci w&#322;asnego cia&#322;a: ze s&#322;&#243;w mamy poj&#281;&#322;a, &#380;e &#380;adna wr&#243;&#380;ka nie da jej tego, na co czeka.

I Myszka przesta&#322;a czeka&#263; na wr&#243;&#380;k&#281;. Lecz w&#322;a&#347;nie wtedy wr&#243;&#380;ka przysz&#322;a we &#347;nie. Powiedzia&#322;a, &#380;e wszystko, na co Myszka czeka, jest na g&#243;rze. Ale musia&#322;y min&#261;&#263; dwa lata, zanim Myszka dowiedzia&#322;a si&#281;, gdzie jest g&#243;ra. Bo ka&#380;da wiedza, nawet najprostsza, przychodzi&#322;a do Myszki z op&#243;&#378;nieniem i z wyra&#378;n&#261; niech&#281;ci&#261;.



Dzie&#324; pierwszy: strych

Cho&#263; Ewa od kilku lat nie czyta&#322;a g&#322;o&#347;no Ksi&#281;gi, Pan wci&#261;&#380; od nowa stwarza&#322; swoje &#347;wiaty. Co dzie&#324; stawa&#322;a si&#281; &#347;wiat&#322;o&#347;&#263;, noc oddziela&#322;a si&#281; od dnia, a &#347;wiat&#322;o&#347;&#263; uczy&#322;a si&#281; rozszczepia&#263; na siedem kolor&#243;w t&#281;czy.

Stwarzaj&#261;c, Pan zawsze rozgl&#261;da&#322; si&#281; za swymi Darami, za dzie&#263;mi rozrzuconymi po r&#243;&#380;nych &#347;wiatach, i przywo&#322;ywa&#322; niekt&#243;re z nich z powrotem, by da&#263; im lekko&#347;&#263; motyla i umiej&#281;tno&#347;&#263; ta&#324;ca. Pan wiedzia&#322;, &#380;e taniec to rado&#347;&#263; &#380;ycia, rado&#347;&#263; &#347;wiata, rado&#347;&#263; z w&#322;asnego cia&#322;a  i obdarzy&#322; je t&#281;sknot&#261; za nim. T&#281;sknot&#261; za tym, co niemo&#380;liwe. Po to, by zara&#380;a&#322;y ni&#261; ludzi.

TO JEST DOBRE  m&#243;wi&#322; Pan hucz&#261;cym, pot&#281;&#380;nym g&#322;osem, patrz&#261;c, jak Jego dzieci ta&#324;cz&#261;.



*


Myszka siedzia&#322;a na pod&#322;odze w holu i sapi&#261;c z wysi&#322;ku, usi&#322;owa&#322;a zawi&#261;za&#263; sznur&#243;wki w bucikach. Mama powiedzia&#322;a, &#380;e to konieczne, &#380;e o&#347;mioletnia dziewczynka musi to umie&#263;. I &#380;e to &#322;atwe. Tymczasem to by&#322;o trudne. Myszka posapywa&#322;a jak ma&#322;a lokomotywa, a z p&#243;&#322;uchylonych ust wype&#322;z&#322;a jej w&#261;ska stru&#380;ka &#347;liny, kt&#243;r&#261; odruchowo wytar&#322;a skrajem r&#281;kawa.

Mama m&#243;wi&#322;a, &#380;eby chusteczk&#261;, przypomnia&#322;a sobie, ale ta my&#347;l zaraz uciek&#322;a. Wszystkie my&#347;li ucieka&#322;y niezwykle szybko, by&#322;y zwinne, &#347;liskie jak &#322;ody&#380;ki traw i nie dawa&#322;y si&#281; zatrzyma&#263;. A nawet gdy Myszka kt&#243;r&#261;&#347; schwyci&#322;a, to &#322;ama&#322;y si&#281; r&#243;wnie &#322;atwo jak kwiat, na kilka cz&#281;&#347;ci, z kt&#243;rymi nie by&#322;o wiadomo co zrobi&#263;.

My&#347;li Myszki powr&#243;ci&#322;y do okropnych, niepos&#322;usznych sznurowade&#322;. Niestety, niewprawne, niezgrabne palce te&#380; nie chcia&#322;y jej s&#322;ucha&#263;, w dodatku Myszka zn&#243;w zapomnia&#322;a, w kt&#243;r&#261; dziurk&#281; ma sznur&#243;wki w&#322;o&#380;y&#263;. Stru&#380;ka &#347;liny pociek&#322;a na podkoszulek. I wtedy w domu co&#347; zahucza&#322;o.

Radio nie, telewizor, pomy&#347;la&#322;a Myszka, ale potem z nat&#322;oku d&#378;wi&#281;k&#243;w wy&#322;owi&#322;a g&#322;os taty.

G&#322;os taty by&#322; jej ma&#322;o znany, ale zawsze umia&#322;a odr&#243;&#380;ni&#263; go na przyk&#322;ad od g&#322;osu listonosza, kt&#243;ry dzwoni&#322; do drzwi i ju&#380; z daleka krzycza&#322; wyra&#378;nie i tubalnie:

Dzi&#347; tylko gazeta!  jakby w pozosta&#322;e dni by&#322;o co&#347; innego.

Tylko tata m&#243;wi&#322; tak szybko, g&#322;adko i ostro, &#380;e Myszka kuli&#322;a si&#281; w sobie, czuj&#261;c, &#380;e jej umys&#322; nigdy nie nad&#261;&#380;y za jego s&#322;owami. Mama m&#243;wi&#322;a &#347;piewnie, cicho, powoli i bezbole&#347;nie. Powtarza&#322;a ka&#380;de zdanie tyle razy, ze Myszka nie mia&#322;a k&#322;opot&#243;w ze zrozumieniem. Z tat&#261; by&#322;o wr&#281;cz przeciwnie, zw&#322;aszcza &#380;e s&#322;ysza&#322;a go rzadko. Najcz&#281;&#347;ciej przebiega&#322; obok, w milczeniu. Ale teraz g&#322;os laty dudni&#322; w ca&#322;ym domu.

Czy ty tego nie widzisz?!  wo&#322;a&#322;, a ten g&#322;os, wibruj&#261;c, przenika&#322; przez drzwi i wbija&#322; si&#281; w uszy Myszki jak szpilki.  Nie widzisz tych jej &#347;lepk&#243;w jak u zwierz&#261;tka? Nie widzisz, &#380;e TO natychmiast wida&#263;? &#380;e ka&#380;dy na ulicy ogl&#261;da si&#281; za wami?

Nie ka&#380;dy  zaprzeczy&#322;a cicho mama, a jej g&#322;os za&#347;piewa&#322; niewyra&#378;n&#261;, niepewn&#261; melodyjk&#281;.

Myszka, obdarzona chrapliwym, pozbawionym d&#378;wi&#281;czno&#347;ci g&#322;osem, by&#322;a wyczulona na muzyk&#281; s&#322;&#243;w, na ich zr&#243;&#380;nicowane brzmienie, na tkwi&#261;c&#261; w zdaniach lini&#281; melodyczn&#261;. Jej mruczenie, kt&#243;re Ewie wydawa&#322;o si&#281; przypadkowymi d&#378;wi&#281;kami, naprawd&#281; by&#322;o &#347;piewem. Myszka kocha&#322;a muzyk&#281;  t&#281;, kt&#243;ra dobiega&#322;a czasem z pokoju taty, i t&#281;, kt&#243;r&#261; s&#322;ysza&#322;a w radiu czy w telewizji. G&#322;osy ludzkie brzmia&#322;y jej w uszach jak instrumenty, o r&#243;&#380;nej barwie, ekspresji, harmonii. I w&#322;a&#347;nie teraz g&#322;osy mamy i taty gra&#322;y dwie r&#243;&#380;ne, dysonansowe melodie.

Przypatrz si&#281; tym zawsze otwartym ustom! Nie mo&#380;esz jej nauczy&#263;, &#380;eby je zamyka&#322;a? I te jej ruchy ta o&#347;liniona broda Bo&#380;e!  g&#322;os ojca wzni&#243;s&#322; si&#281; nagle do ton&#243;w, kt&#243;re zacz&#281;&#322;y wwierca&#263; si&#281; w uszy Myszki jak dwa &#347;rubokr&#281;ty.

Chusteczka, przypomnia&#322;a sobie i wyj&#281;&#322;a j&#261; z kieszeni, wycieraj&#261;c usta. Zadowolona, schowa&#322;a j&#261; ponownie. Pami&#281;tam, u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; szeroko. Mama zawsze j&#261; chwali&#322;a, gdy uda&#322;o si&#281; jej co&#347; zapami&#281;ta&#263;.

G&#322;os ojca sprawia&#322; b&#243;l i Myszka zatka&#322;a sobie uszy, ale to nie pomog&#322;o. Przenika&#322; przez drzwi i przez dwie ma&#322;e d&#322;onie.

Ona nigdy nie zliczy nawet do trzech Nie nauczy si&#281; alfabetu Nie porozmawia z innym dzieckiem Nie odpowie na &#380;adne pytanie Bo to nie jest zwyk&#322;a, normalna posta&#263; downa, ale najci&#281;&#380;sza! Nietypowa! Ona nawet nie wypowie swojego nazwiska, i chwa&#322;a Bogu, bo to jest moje nazwisko. Moje! Nie, nie po&#347;lesz jej do &#380;adnej szko&#322;y. Moja c&#243;rka nie b&#281;dzie chodzi&#263; do szko&#322;y dla idiot&#243;w, a do innej si&#281; nie nadaje!

Przysz&#322;o pismo z kuratorium, &#380;e wszystkie dzieci  za&#347;piewa&#322; w&#261;t&#322;y g&#322;os mamy.

Ona ma i&#347;&#263; do specjalnego zak&#322;adu! S&#261; takie. Sprawdza&#322;em. Zak&#322;ady dla ci&#281;&#380;ko upo&#347;ledzonych. Tam jest jej miejsce. I nie s&#261;d&#378;, &#380;e ona jest w stanie odr&#243;&#380;ni&#263;, czy b&#281;dzie tu, czy tam!  g&#322;os ojca zawis&#322; w powietrzu, wyostrzony jak kredka, kt&#243;r&#261; mama dawa&#322;a jej do r&#281;ki, lecz kt&#243;r&#261; Myszka umia&#322;a tylko przedrze&#263; kartk&#281; papieru, naciskaj&#261;c zbyt mocno. Rzadko udawa&#322;o si&#281; narysowa&#263; cho&#263;by pokrzywion&#261; lini&#281;, przebiegaj&#261;c&#261; przez kartk&#281; tak jak tata: szybko, po skosie, najkr&#243;tsz&#261; drog&#261;.

Co z tego, &#380;e sprawdza&#322;e&#347;?  zanuci&#322; w odpowiedzi jeszcze cie&#324;szy g&#322;os mamy.

Zapad&#322;o milczenie. Milczenie oczekuj&#261;ce, pe&#322;ne napi&#281;cia, kt&#243;re rozpe&#322;z&#322;o si&#281; po ca&#322;ym domu, przenikn&#281;&#322;o cia&#322;o Myszki i nie by&#322;o &#380;adn&#261; ulg&#261; po hucz&#261;cych d&#378;wi&#281;kach g&#322;osu taty. G&#322;os taty przypomina&#322; barw&#261; instrument, kt&#243;rego nazwy nie zna&#322;a: puzon. A czasem tr&#261;bk&#281;. Mama &#347;piewa&#322;a jak skrzypce lub flet.

Czy chcesz do ko&#324;ca &#380;ycia widzie&#263; te wsp&#243;&#322;czuj&#261;ce spojrzenia? Nie mo&#380;emy mie&#263; szansy na normalne &#380;ycie? Co wolisz?  g&#322;os ojca zawibrowa&#322; jak ostry, niedobry wiatr przed burz&#261;, gwa&#322;townie zmieniaj&#261;cy kierunek  i zamilk&#322;.

Nie wiem, co wol&#281;  g&#322;os mamy nuci&#322; jak&#261;&#347; niepokoj&#261;co smutn&#261; melodi&#281;. Uszy Myszki nie lubi&#322;y ani wibruj&#261;cej, g&#322;&#281;bokiej barwy g&#322;osu ojca, ani przejmuj&#261;co zrezygnowanej melodii matki.

Myszka lubi&#322;a s&#322;ucha&#263;, jak mama si&#281; &#347;mieje. Mama robi&#322;a to rzadko, lecz w&#243;wczas Myszka te&#380; si&#281; &#347;mia&#322;a i zaczyna&#322;a ta&#324;czy&#263;. Ta&#324;czy&#322;a tylko w &#347;rodku, w sobie, i mama tego nie umia&#322;a dostrzec.

Mama m&#243;wi&#322;a: Bardzo &#322;adnie, Myszko  gdy dziewczynka odk&#322;ada&#322;a jaki&#347; przedmiot na w&#322;a&#347;ciwe miejsce, rysowa&#322;a kresk&#281; przez kartk&#281; papieru lub postawi&#322;a w pionie cztery klocki  ale jeszcze nie powiedzia&#322;a: Myszko, jak pi&#281;knie ta&#324;czysz I Myszka obawia&#322;a si&#281;, &#380;e nigdy tak jej nie pochwali.

Czy ty nie widzisz, &#380;e ona jest jak poczwarka? &#379;e nie jest do pokazywania? Nigdzie. Nawet w takiej szkole  us&#322;ysza&#322;a Myszka ostry g&#322;os ojca.

Nieprawda! Nie znasz jej, nie rozumiesz, nie widzisz tego, co ja umiem w niej dostrzec. Ona wszystko czuje, wszystko rozumie, nie umie tylko dobra&#263; s&#322;&#243;w  ci&#261;gn&#281;&#322;a przepraszaj&#261;co mama. G&#322;os ojca zawibrowa&#322; w odpowiedzi:

Nie mo&#380;na nikogo na TO nara&#380;a&#263;. Nie wiesz, dlaczego z wami nie jadam? Nie widzisz, &#380;e ka&#380;de spojrzenie na TO odbiera mi ch&#281;&#263; do jedzenia?

Id&#378; sobie!  Myszka us&#322;ysza&#322;a g&#322;os mamy, kt&#243;ry te&#380; zawibrowa&#322; setkami ostrych d&#378;wi&#281;k&#243;w. Znowu zatka&#322;a uszy, ale g&#322;os ojca dotar&#322; jasny i wyra&#378;ny:

Przez ni&#261; rozpada si&#281; nasze ma&#322;&#380;e&#324;stwo.

Mo&#380;emy wzi&#261;&#263; rozw&#243;d

Chcia&#322;aby&#347;!  za&#347;mia&#322; si&#281; gwa&#322;townie ojciec.  Chcia&#322;aby&#347;, &#380;eby powiedzieli, &#380;e porzuci&#322;em niedorozwini&#281;te dziecko!

&#377;le jest z ni&#261; by&#263;, &#378;le jest j&#261; porzuci&#263;. Tak, ja wiem  powiedzia&#322;a mama takim g&#322;osem, &#380;e Myszk&#281; zabola&#322;o. Pewnie mam&#281; te&#380; co&#347; boli, pomy&#347;la&#322;a.

S&#261; specjalne p&#322;atne domy opieki. Sta&#263; nas na taki. M&#243;wi&#281; o tym ostatni raz  ci&#261;gn&#261;&#322; tata.

Chc&#281;, &#380;eby to by&#322;o ostatni raz!  g&#322;os mamy za&#347;piewa&#322; jak ostry, trudny do zniesienia d&#378;wi&#281;k fletu i d&#322;o&#324; Myszki z rozp&#281;du wetkn&#281;&#322;a ko&#324;c&#243;wk&#281; sznur&#243;wki w dziurk&#281; bucika. Zerwa&#322;a si&#281;, szcz&#281;&#347;liwa, i wybieg&#322;a z pokoju. Jej n&#243;&#380;ki zatupa&#322;y po pod&#322;odze holu, lecz &#380;adne z rodzic&#243;w tego nie s&#322;ysza&#322;o. Wtargn&#281;&#322;a do salonu z triumfalnie uniesionym bucikiem w r&#261;czce.

Snuuuuu jeeee!  be&#322;kota&#322;a uszcz&#281;&#347;liwiona, podtykaj&#261;c bucik pod oczy rodzic&#243;w. Ale gdy bieg&#322;a, wymachuj&#261;c r&#281;kami dla z&#322;apania r&#243;wnowagi, sznur&#243;wka zn&#243;w wype&#322;z&#322;a z dziurki i teraz hu&#347;ta&#322;a si&#281; swobodnie, udowadniaj&#261;c po raz kolejny nieprzydatno&#347;&#263; Myszki.

Ucieeeeee  szepn&#281;&#322;a zmartwiona dziewczynka, a stru&#380;ka &#347;liny zmiesza&#322;a si&#281; ze &#322;zami.

Nie p&#322;acz, zrobisz to jeszcze raz. To &#322;atwe  za&#347;piewa&#322; &#322;agodnie i zwyczajnie g&#322;os mamy.

Z gard&#322;a ojca wydoby&#322; si&#281; dziwny d&#378;wi&#281;k. Tak gra&#322;y werble, kt&#243;rych dziewczynka nie umia&#322;a nazwa&#263;, cho&#263; zna&#322;a je doskonale.

Dom by&#322; pe&#322;en muzyki, kt&#243;ra dobiega&#322;a prawie codziennie zza obitych sk&#243;r&#261; drzwi gabinetu ojca. Ale nikt jej nie s&#322;ucha&#322; r&#243;wnie uwa&#380;nie jak Myszka. Dla Adama muzyka by&#322;a jednym ze sposob&#243;w izolowania si&#281;: &#347;ciana d&#378;wi&#281;k&#243;w, kt&#243;ra t&#322;umi&#322;a g&#322;osy &#380;ony i c&#243;rki. Zw&#322;aszcza c&#243;rki: chrapliwy i sapi&#261;cy. Dla Ewy ta codzienna porcja muzyki powa&#380;nej by&#322;a dowodem na obecno&#347;&#263; m&#281;&#380;a w domu  i powodem do irytacji. Ewa wola&#322;a muzyk&#281; lekk&#261;; neutralny akompaniament do rutynowych czynno&#347;ci. Myszka, bawi&#261;c si&#281; w holu, s&#322;ysza&#322;a czasem, jak oba rodzaje muzyki &#347;cieraj&#261; si&#281; ze sob&#261; i walcz&#261;, tak jak teraz g&#322;osy mamy i taty.

Nagle tata uderzy&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w st&#243;&#322; i wybieg&#322;. Trzasn&#281;&#322;y g&#322;o&#347;no drzwi. Mama wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;. A Myszka poczu&#322;a si&#281; winna. Ju&#380; nie tylko z powodu sznur&#243;wki.

Dzieeeee pooo?  spyta&#322;a nagle dr&#380;&#261;cym g&#322;osem, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; po pokoju. Poczwarka, o kt&#243;rej m&#243;wi&#322; tata, mog&#322;a w ka&#380;dej chwili sk&#261;d&#347; wyle&#378;&#263;. Spod szafy, zza wersalki, zza drzwi.

Poooo?  spyta&#322;a mama, gdy&#380; by&#322;o to nowe s&#322;owo.

Cccccwaa  podpowiedzia&#322;a Myszka.

Nie ma tu &#380;adnej poczwarki  odpar&#322;a mama &#322;agodnie i przytuli&#322;a j&#261;.

Myszka westchn&#281;&#322;a g&#322;&#281;boko i poczu&#322;a si&#281; bezpieczna.

Myszce co noc &#347;ni&#322;o si&#281;, &#380;e ta&#324;cz&#261;c jak motyl, wzlatuje w g&#243;r&#281;, cho&#263; nie tak wysoko jak ptaki; niewiele wy&#380;ej od pokoiku na pi&#281;trze. Fruwam?, my&#347;la&#322;a zdziwiona. Nie pami&#281;ta&#322;a ju&#380; snu o wr&#243;&#380;ce, kt&#243;ra wbrew s&#322;owom mamy przysz&#322;a j&#261; odwiedzi&#263;, tyle &#380;e nie w kuchni, ale w nocy, w &#322;&#243;&#380;ku, &#380;eby powiedzie&#263;: Myszko, id&#378; na g&#243;r&#281; Wr&#243;&#380;ka ju&#380; nigdy wi&#281;cej nie przysz&#322;a i Myszka zapomnia&#322;aby jej s&#322;owa, gdyby nie to, &#380;e od pewnego czasu co noc, we &#347;nie, unosi&#322;a si&#281; gdzie&#347; ku g&#243;rze.

Pewnego ranka, gdy otworzy&#322;a oczy, u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e sen si&#281; powt&#243;rzy&#322;, ale &#380;e to nie jest fruwanie.

Jestem niezgrabna i co&#347; trzyma mnie przy ziemi mocniej ni&#380; inne dzieci, pomy&#347;la&#322;a, przypominaj&#261;c sobie dziewczynk&#281; od s&#261;siad&#243;w, je&#380;d&#380;&#261;c&#261; na &#322;y&#380;worolkach. Nie mog&#322;abym fruwa&#263;. Mo&#380;e si&#281; wspina&#322;am?

Myszka my&#347;la&#322;a zawsze pe&#322;nymi zdaniami. S&#322;owa, kt&#243;re z takim trudem wychodzi&#322;y jej z ust, zniekszta&#322;cone, chrypliwe, urwane w po&#322;owie, ograniczone najcz&#281;&#347;ciej do jednej sylaby  w g&#322;owie uk&#322;ada&#322;y si&#281; g&#322;adko, cho&#263; wolno. Niekiedy bardzo wolno. Ale gdy ju&#380; si&#281; u&#322;o&#380;y&#322;y, p&#322;yn&#281;&#322;y jak rzeka na nizinie: leniwie, lecz zdecydowanie. Tyle tylko &#380;e  cz&#281;&#347;ciej ni&#380; innym dzieciom  Myszce te s&#322;owa szybko ucieka&#322;y gdzie&#347; bardzo daleko i nie wraca&#322;y tak d&#322;ugo, &#380;e dziewczynka o nich zapomina&#322;a. Tym razem tak&#380;e potrzebowa&#322;a paru kolejnych, pe&#322;nych sn&#243;w nocy, aby zrozumie&#263;, &#380;e nie fruwa we &#347;nie ani nie ta&#324;czy (to akurat &#347;ni&#322;o si&#281; jej cz&#281;sto), lecz &#380;e si&#281; wspina.

Po &#347;niadaniu, gdy sz&#322;a przez hol, jej wzrok po raz pierwszy pad&#322; na w&#261;skie, drewniane schody, wiod&#261;ce na poddasze.

Strych!, skojarzy&#322;a sobie. To tam si&#281; wspinam. Ale nigdy nie dosz&#322;am

Strych by&#322; miejscem nie znanym Myszce. Mama chroni&#322;a j&#261; przed gro&#378;nymi miejscami. Gro&#378;na by&#322;a stara studnia w ogrodzie, bowiem cho&#263; nie u&#380;ywana i szczelnie przykryta, kry&#322;a w sobie nie ko&#324;cz&#261;cy si&#281;, prowadz&#261;cy w g&#322;&#261;b ziemi tunel. Myszka nigdy tam nie zagl&#261;da&#322;a. Bardzo gro&#378;nym miejscem by&#322; cz&#281;&#347;ciowo murowany, a cz&#281;&#347;ciowo drewniany p&#322;ot, za nim bowiem znajdowa&#322;a si&#281; ulica, po kt&#243;rej Myszce nie wolno by&#322;o samej chodzi&#263;. Mog&#322;aby si&#281; zgubi&#263;. I nie tylko to. Cho&#263; mama nigdy tego nie m&#243;wi&#322;a, Myszka wyczuwa&#322;a, &#380;e za p&#322;otem rozci&#261;ga si&#281; &#347;wiat, kt&#243;ry mo&#380;e jej nie lubi&#263;. Nie mniej gro&#378;na by&#322;a piwnica, wprawdzie niedu&#380;a, ale mama m&#243;wi&#322;a, &#380;e schody s&#261; zbyt kr&#281;te dla niewprawnych n&#243;g dziewczynki; zdaniem mamy, &#380;adne schody nie by&#322;y dla niej dobre.

Lepiej chodzi&#263; po r&#243;wnym  przypomina&#322;a.

&#346;wiat, niestety, nie by&#322; r&#243;wny, i to pod &#380;adnym wzgl&#281;dem, dlatego Myszka przebywa&#322;a g&#322;&#243;wnie w domu, a tylko niekiedy mama zabiera&#322;a j&#261; na spacer, na przyk&#322;ad do ogrodu zoologicznego (gdzie nie wypuszcza&#322;a jej r&#281;ki nawet na sekund&#281; i gdzie sz&#322;y w zwyk&#322;y dzie&#324;, nigdy w niedziel&#281;, bo wtedy by&#322;o za du&#380;o ludzi, a mama chyba ludzi nie lubi&#322;a).

Czasem sz&#322;y do sklepu. Ale sklep te&#380; zalicza&#322; si&#281; do bardzo gro&#378;nych miejsc, Myszka bowiem str&#261;ca&#322;a z p&#243;&#322;ek r&#243;&#380;ne rzeczy lub bra&#322;a je do r&#261;k, gdy&#380; szele&#347;ci&#322;y melodyjnie i kolorowo, i mama musia&#322;a p&#322;aci&#263; za ich zniszczenie. Raz Myszka str&#261;ci&#322;a z p&#243;&#322;ki wszystko, co na niej by&#322;o, i potem d&#322;ugo nie chodzi&#322;a na zakupy. Przyje&#380;d&#380;a&#322; obcy pan kolorowym autem i potem robi&#322; zakupy wed&#322;ug listy, kt&#243;r&#261; mama wr&#281;cza&#322;a mu wraz z pieni&#281;dzmi. Myszce by&#322;o w&#243;wczas &#380;al, gdy&#380; do sklep&#243;w bardzo lubi&#322;a chodzi&#263;. Ludzie zwracali uwag&#281; bardziej na towary ni&#380; na ni&#261;  i sklep przeobra&#380;a&#322; si&#281; w bezpieczne miejsce.

Kiedy&#347; si&#281; nauczysz, czego nie wolno  m&#243;wi&#322;a mama z nadziej&#261;, a Myszka kiwa&#322;a g&#322;ow&#261;. Rozumia&#322;a doskonale, &#380;e zakazy obejmuj&#261; wszystko, co najciekawsze, i nie chcia&#322;a si&#281; tego uczy&#263;.

Do pokoju Myszki wiod&#322;y schody wygodne, szerokie, z dodatkow&#261; por&#281;cz&#261;, kt&#243;r&#261; mama kaza&#322;a wstawi&#263; stolarzowi. Ale schody na strych czy do piwnicy by&#322;y w&#261;skie i strome.

Strych, pomy&#347;la&#322;a znowu dziewczynka po kilku godzinach od porannego obudzenia si&#281;; gdy ju&#380; zjad&#322;a &#347;niadanie, pobawi&#322;a si&#281; mi&#347;kiem, a potem klockami; gdy na pr&#243;&#380;no tkwi&#322;a przed telewizorem, czekaj&#261;c, &#380;e kto&#347; zata&#324;czy (akurat wszyscy chodzili lub siedzieli); gdy bawi&#322;a si&#281; na pod&#322;odze w holu, czekaj&#261;c, a&#380; zza drzwi pokoju taty pop&#322;ynie muzyka  ale taty nie by&#322;o w domu i za drzwiami panowa&#322;a cisza.

Po obiedzie Myszka zn&#243;w przechodzi&#322;a ko&#322;o schod&#243;w, kt&#243;re wiod&#322;y na poddasze. Przez jej g&#322;ow&#281; przelatywa&#322;y r&#243;&#380;ne, nie powi&#261;zane ze sob&#261; my&#347;li; jedne p&#322;yn&#281;&#322;y szybciej, inne wolniej, a przecie&#380; ta jedna nie dawa&#322;a jej spokoju.

Maa, styych  powiedzia&#322;a przed por&#261; kolacji.

Styych  zastanawia&#322;a si&#281; Ewa, pr&#243;buj&#261;c odgadn&#261;&#263;, o co tym razem chodzi. Ka&#380;de nowe s&#322;owo cieszy&#322;o, ale by&#322;o zagadk&#261;. Stych by&#322; zagadk&#261; trudniejsz&#261; ni&#380; inne. Po pewnym czasie Ewa podda&#322;a si&#281; i poprosi&#322;a c&#243;rk&#281;, by pokaza&#322;a stych.

Strych?  zdziwi&#322;a si&#281;.  Tam nic nie ma. Troch&#281; starych rzeczy po dziadkach, zwyk&#322;a graciarnia

Gaciaaa  powiedzia&#322;a Myszka, gdy&#380; nieznane s&#322;owo spodoba&#322;o si&#281; jej.  Styyych  powt&#243;rzy&#322;a jednak z uporem.

Up&#243;r by&#322; wpisany w jej chorob&#281;, Ewa przeczyta&#322;a o tym w jednym z medycznych dzie&#322;. I cho&#263; autor nie wyja&#347;nia&#322; przyczyn, by&#322;a przekonana, &#380;e up&#243;r by&#322; wynikiem niepewno&#347;ci dzieci z DS. Im bardziej by&#322;y czego&#347; niepewne, tym bardziej si&#281; upiera&#322;y. Musia&#322;y si&#281; upiera&#263;, by&#322;a to ich prywatna walka ze strachem.

Dobrze, niech b&#281;dzie strych  powiedzia&#322;a Ewa i poda&#322;a Myszce r&#281;k&#281;.

Schody nie by&#322;y tak straszne, jak obie s&#261;dzi&#322;y, a por&#281;cz, o dziwo, znajdowa&#322;a si&#281; na tyle nisko, &#380;e Myszka swobodnie do niej si&#281;ga&#322;a. R&#281;ka mamy okaza&#322;a si&#281; zb&#281;dna.

Saaa  ucieszy&#322;a si&#281; dziewczynka.

Po co mia&#322;aby&#347; chodzi&#263; sama na strych?  spyta&#322;a mama.

Neee  odpowiedzia&#322;a zgodnie z prawd&#261;, gdy&#380; jeszcze tego nie wiedzia&#322;a.

Strych po zapaleniu &#347;wiat&#322;a wygl&#261;da&#322; nieciekawie. By&#322; zagracony, sta&#322;y tam stare meble po dziadkach, zbyt zniszczone, by mo&#380;na by&#322;o ich u&#380;ywa&#263;. W kartonowych pud&#322;ach tkwi&#322;y przedmioty, kt&#243;re Ewa z Adamem uznali za nie pasuj&#261;ce do ich nowego domu. Z paru pude&#322; wysypa&#322;y si&#281; ksi&#261;&#380;ki i le&#380;a&#322;y na pod&#322;odze od czasu, gdy kilka lat temu Ewa szuka&#322;a Ksi&#281;gi. Dzi&#347; pokrywa&#322;a je zamszowa warstwa kurzu.

Za to strych przed za&#347;wieceniem &#347;wiat&#322;a  co trwa&#322;o kr&#243;tko, mo&#380;e trzydzie&#347;ci sekund, zanim r&#281;ka mamy trafi&#322;a na kontakt  by&#322; miejscem niezwyk&#322;ym.

To tu, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Tu jest g&#243;ra.

W ci&#261;gu tych trzydziestu sekund Myszka zobaczy&#322;a rozleg&#322;e pomieszczenie, w kt&#243;rym czer&#324; przybiera&#322;a tak r&#243;&#380;ne odcienie  od ciemnej szaro&#347;ci paj&#281;czyn po lepk&#261;, g&#281;st&#261; sadz&#281;  &#380;e zdziwi&#322;a si&#281;, ile ma barw. Do tej pory czer&#324; by&#322;a tylko jedna: ciemna noc bez gwiazd, skrzyd&#322;a gawron&#243;w na &#347;niegu lub futerko kota. Tu, na strychu, wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e czer&#324; tworzy r&#243;&#380;norakie zas&#322;ony, oddzielaj&#261;c od siebie odmienne &#347;wiaty. A s&#322;o&#324;ce poprzez w&#261;skie okienka wpuszcza&#322;o w niekt&#243;re z tych &#347;wiat&#243;w d&#322;ugie promienie i Myszka zd&#261;&#380;y&#322;a zobaczy&#263; dziwne, rozta&#324;czone, z&#322;ociste stwory, z&#322;o&#380;one z niezliczonej ilo&#347;ci drobinek wiruj&#261;cego py&#322;u. Stwory przybiera&#322;y r&#243;&#380;ne kszta&#322;ty i by&#322;y jak &#380;ywe. Wszystko to znik&#322;o wraz ze sztucznym &#347;wiat&#322;em p&#322;yn&#261;cym z zakurzonej &#380;ar&#243;wki i tylko tam, gdzie sko&#347;ny dach &#322;&#261;czy&#322; si&#281; z pod&#322;og&#261;, gdzie przycupn&#281;&#322;a resztka czerni, pozosta&#322;o co&#347; z tamtego, pe&#322;nego &#380;ycia, tajemniczego &#347;wiata. Tylko tam wci&#261;&#380; by&#322;o Niewiadomoco.

I&#263;, i&#263;  powiedzia&#322;a Myszka do Ewy.

Mam sobie i&#347;&#263;? Ty tu zostaniesz?  zdziwi&#322;a si&#281; Ewa.

Saa  kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; jej c&#243;rka.

Ewa w pierwszej chwili odczu&#322;a niepok&#243;j. L&#281;k o niesprawn&#261; c&#243;rk&#281;, kt&#243;ra chcia&#322;a pozosta&#263; samotnie na strychu, by&#322; uzasadniony (gro&#378;ne miejsce, bardzo gro&#378;ne miejsce, my&#347;la&#322;a w rytm powtarzanych kiedy&#347; dziecku napomnie&#324;), ale zaraz uprzytomni&#322;a sobie, &#380;e przecie&#380; Myszka by&#322;a ju&#380; w miar&#281; samodzielna. Powolna, oci&#281;&#380;a&#322;a, jednak po schodach chodzi&#322;a ca&#322;kiem dobrze. Na strychu nie by&#322;o zapa&#322;ek, by mog&#322;a co&#347; podpali&#263;, lub cennych rzeczy, kt&#243;re szkoda by&#322;oby zniszczy&#263;, ani okien, przez kt&#243;re dziewczynka mog&#322;a wypa&#347;&#263;. Jedyne w&#261;skie okienko znajdowa&#322;o si&#281; bardzo wysoko. Za to Ewa wyobrazi&#322;a sobie chwil&#281; spokoju, odrobin&#281; czasu tylko dla siebie  kt&#243;rego tak jej brakowa&#322;o.

C&#243;rka absorbowa&#322;a j&#261; w dzie&#324; i w nocy. Nia&#324;ka czy piel&#281;gniarka nie wchodzi&#322;y w gr&#281;. Wed&#322;ug Ewy, nie by&#322;yby w stanie zrozumie&#263; Myszki; ba, mog&#322;yby nawet niechc&#261;cy j&#261; skrzywdzi&#263;. A zreszt&#261; Ewa instynktownie ukrywa&#322;a istnienie Myszki. Ukrywa&#322;a j&#261; przed kolegami ze studi&#243;w, kole&#380;ankami ze szko&#322;y, przyjaci&#243;&#322;mi z pracy Adama. Gdy wychodzi&#322;y z domu, szuka&#322;a miejsc, w kt&#243;rych prawdopodobie&#324;stwo spotkania znajomych by&#322;o znikome. Pewnego dnia, gdy Myszka ogl&#261;da&#322;a zwierz&#281;ta w opustosza&#322;ym zoo (na szcz&#281;&#347;cie pada&#322; deszcz), Ewa ujrza&#322;a w alejce kole&#380;ank&#281; i skry&#322;a si&#281; za &#322;awk&#281;, ignoruj&#261;c rozpaczliwe nawo&#322;ywania c&#243;rki. I cho&#263; zawstydzi&#322;a si&#281; tej reakcji, to zanim podesz&#322;a do Myszki, przeczeka&#322;a, ukryta, p&#243;ki znajoma nie znik&#322;a za zakr&#281;tem. Wstyd mia&#322; wiele twarzy i wszystkie bole&#347;nie j&#261; pali&#322;y.

Strych, czemu nie?, pomy&#347;la&#322;a teraz. By&#322;a zm&#281;czona. Wyobrazi&#322;a sobie, jak by to mog&#322;o by&#263;: wygodna kanapa, ogie&#324; na kominku, dobra ksi&#261;&#380;ka, fili&#380;anka kawy  i cisza. &#379;aden natarczywy g&#322;os nie nawo&#322;uje przez godzin&#281;, a mo&#380;e i dwie; nikt od niej niczego nie chce; mo&#380;na zapomnie&#263; o bo&#380;ym &#347;wiecie. A zreszt&#261; Myszka, jak pisa&#322;y poradniki dla matek z niepe&#322;nosprawnymi dzie&#263;mi, musi by&#263; przyzwyczajana do bycia samej.

Zrobimy tak  zacz&#281;&#322;a z o&#380;ywieniem.  Wezwiemy pana, kt&#243;ry zrobi specjalny dzwonek. I b&#281;dziesz mog&#322;a tu si&#281; bawi&#263; sama. Gdy zechcesz wr&#243;ci&#263;, zadzwonisz. A teraz zejdziemy na d&#243;&#322;.

Myszka zacz&#281;&#322;a rozpaczliwie kr&#281;ci&#263; g&#322;ow&#261;. Otworzy&#322;a szeroko usta i Ewa ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e zanosi si&#281; na jeden z atak&#243;w, kt&#243;rych nie mog&#322;a znie&#347;&#263;. Atak ostrej agresji, buntu i tego strasznego, nieartyku&#322;owanego, wznosz&#261;cego si&#281; ku g&#243;rze wrzasku, kt&#243;rym Myszka wyra&#380;a&#322;a sw&#243;j &#380;al do &#347;wiata. Podczas tego ataku drapa&#322;a i kopa&#322;a matk&#281; (dzieci z DS, gdy ro&#347;nie ich l&#281;k lub niepewno&#347;&#263;, miewaj&#261; ataki furii, wyczyta&#322;a Ewa w jednej z ksi&#261;&#380;ek. Zawsze gdy w ksi&#261;&#380;kach znajdowa&#322;a opis nienormalnego zachowania Myszki, odczuwa&#322;a dziwn&#261; ulg&#281;. W paradoksalny spos&#243;b to, co nienormalne, stawa&#322;o si&#281; normalnym, cho&#263; nie mniej uci&#261;&#380;liwym).

Nie martw si&#281;, obiecuj&#281;, &#380;e jutro zrobimy dzwonek, naprawd&#281;. Ju&#380; jutro!  powiedzia&#322;a szybko Ewa, aby ubiec atak. I uda&#322;o si&#281;. Zesz&#322;y na d&#243;&#322;.

Ale zanim dzwonek zosta&#322; zainstalowany (a sta&#322;o si&#281; to nie nazajutrz, lecz cztery dni p&#243;&#378;niej, i Ewa mog&#322;a s&#322;ysze&#263; go zar&#243;wno w kuchni, w &#322;azience, w sypialni, saloniku, a nawet przed domem), Myszka zapomnia&#322;a o strychu. Zawsze o wszystkim szybko zapomina&#322;a. Niewiele rzeczy zostawa&#322;o jej w pami&#281;ci. Dopiero gdy elektryk wypr&#243;bowa&#322; dzwonek,, Myszka ponownie ujrza&#322;a przed oczami strych z tamtej magicznej, kr&#243;ciutkiej chwili przed zapaleniem &#347;wiat&#322;a.

Tej nocy we &#347;nie wspina&#322;a si&#281; wysoko, wzlatywa&#322;a, a potem ta&#324;czy&#322;a w zaczarowanym Ogrodzie, w&#347;r&#243;d drzew, oblana promieniami jasnego s&#322;o&#324;ca. Rano, jedz&#261;c &#347;niadanie, powiedzia&#322;a z ufno&#347;ci&#261;:

Stych.

Wesz&#322;y na strych dopiero po obiedzie. Ewa obserwowa&#322;a, jak dziewczynka z wielkim przej&#281;ciem, powoli wspina si&#281; po stromych schodach, trzymaj&#261;c si&#281; por&#281;czy. Westchn&#281;&#322;a z ulg&#261;, otwar&#322;a drzwi strychu i zapali&#322;a &#347;wiat&#322;o. Potem pokaza&#322;a Myszce dzwonek. I nast&#281;pny, trzeci i czwarty. Na wypadek gdyby Myszka zapomnia&#322;a, by&#322;o ich kilka, w miejscach wyra&#378;nie widocznych.

I&#263;, i&#263;, saa  powiedzia&#322;a Myszka niecierpliwie. Ewa, wzdychaj&#261;c z niepokojem, zesz&#322;a na d&#243;&#322;. Zmierzcha&#322;o. I sta&#322; si&#281; kolejny wiecz&#243;r dnia pierwszego.



Dzie&#324; drugi: woda

Po wyj&#347;ciu matki Myszka zgasi&#322;a &#347;wiat&#322;o. Strych znowu zmieni&#322; wygl&#261;d. W &#347;wietle &#380;ar&#243;wki by&#322; miejscem pospolitym, zagraconym i Myszka nie widzia&#322;a w nim nic ciekawego. Ale gdy ponownie otuli&#322; si&#281; mrokiem  zobaczy&#322;a zas&#322;ony czerni. Najpierw t&#281; najbli&#380;sz&#261;, rozbielon&#261; s&#322;abym &#347;wiat&#322;em, kt&#243;re bi&#322;o z ma&#322;ego okienka; nie tyle szar&#261;, ile popielat&#261; jak go&#322;&#281;bie, kt&#243;re przysiada&#322;y na ich dachu. Za ni&#261; wida&#263; by&#322;o kontury drugiej, w kolorze doskona&#322;ej szaro&#347;ci, jak garnitur taty. Trzecia mia&#322;a barw&#281; p&#243;&#378;nego zmierzchu.

Zanim Myszka dostrzeg&#322;a kolory nast&#281;pnych  us&#322;ysza&#322;a Wod&#281;. I wtedy rozwar&#322;a si&#281; pierwsza, popielata zas&#322;ona, a zaraz za ni&#261;, z paj&#281;czym szelestem, rozsun&#281;&#322;a si&#281; ta doskonale szara, trzecia za&#347; rozst&#281;powa&#322;a si&#281; p&#322;ynnie jak kurtyna w teatrze. Mama zaprowadzi&#322;a tam kiedy&#347; Myszk&#281;, ale zaraz musia&#322;y wyj&#347;&#263;, gdy&#380; dziewczynka g&#322;o&#347;no i niezrozumiale m&#243;wi&#322;a, wi&#281;c pan w mundurze z b&#322;yszcz&#261;cymi guzikami wyprowadzi&#322; je, m&#243;wi&#261;c:  To miejsce, prosz&#281; pani, nie dla takich.  Myszka zrozumia&#322;a, &#380;e wi&#281;cej tam nie wr&#243;c&#261;, cho&#263; by&#322;o l&#347;ni&#261;co i pi&#281;knie, i w pewnej chwili wszyscy na scenie zacz&#281;li ta&#324;czy&#263;, a Myszka nie chcia&#322;a niczego wi&#281;cej, tylko przy&#322;&#261;czy&#263; si&#281; do nich, cho&#263;by na chwil&#281;.

Woda bulgota&#322;a &#322;agodnie, to znowu &#347;piewa&#322;a, hucza&#322;a jak wodospad i by&#322;a wsz&#281;dzie, cho&#263; oddzielona zas&#322;onami, bliska, lecz niewidoczna. Ale ju&#380; rozsuwa&#322;y si&#281; kolejne kurtyny, a gdy znik&#322;a ostatnia, czarna i g&#281;sta jak sadza, wtedy Myszka ujrza&#322;a:

O, woo taaataaa

Woda ta&#324;czy&#322;a.



*


Woda, pomy&#347;la&#322;a zirytowana Ewa, odrywaj&#261;c si&#281; od ksi&#261;&#380;ki. Myszka znowu nie dokr&#281;ci&#322;a kurka i woda leci w &#322;azience lub w kuchni. Na szcz&#281;&#347;cie na strychu nie ma kranu, bo zala&#322;oby dom.

Wsta&#322;a z kanapy, oddalaj&#261;c si&#281; niech&#281;tnie od kawy, kieliszka koniaku, od sterty kolorowych magazyn&#243;w (ksi&#261;&#380;ki dobrych autor&#243;w bole&#347;nie przypomina&#322;y o niedoskona&#322;o&#347;ci &#347;wiata), i przemkn&#281;&#322;a boso do &#322;azienki. Kran by&#322; zakr&#281;cony i suchy. To samo w kuchni. A jednak woda przelewa&#322;a si&#281; gdzie&#347;, szemrz&#261;c ju&#380; nie jak w&#261;t&#322;y strumyk, lecz jak prawdziwa, gro&#378;na rzeka.

Ewa podesz&#322;a do okna i rozchyli&#322;a zas&#322;ony. Za oknem sp&#322;ywa&#322;y wodospady deszczu. Niebo, jeszcze godzin&#281; temu tylko szare, przybra&#322;o sinoo&#322;owiany kolor i by&#322;o tak nisko, &#380;e wydawa&#322;o si&#281; g&#322;aska&#263; dach domu.

Oberwanie chmury  westchn&#281;&#322;a zdziwiona i pomy&#347;la&#322;a: Dobrze, &#380;e Myszka odkry&#322;a strych, bo nudzi&#322;aby ca&#322;y dzie&#324;, &#380;eby i&#347;&#263; na spacer. Myszka nie rozumie, dlaczego nie mo&#380;na chodzi&#263; w deszczu

Wyci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; na kanapie i kartkowa&#322;a kolorowe magazyny. Ogl&#261;da&#322;a zdj&#281;cia wn&#281;trz rezydencji, kt&#243;re przypomina&#322;y ich dom sprzed paru lat. U&#347;miecha&#322;a si&#281; do modelek w wyszukanych toaletach i do reklam kosmetyk&#243;w, w cudowny spos&#243;b dodaj&#261;cych urody; do zdj&#281;&#263; dawnych znajomych z okoliczno&#347;ciowych imprez, na kt&#243;rych zastygli w wyszukanych pozach, ze zrobionymi u kosmetyczki twarzami bez &#380;adnej zmarszczki. Obejrza&#322;a fotoreporta&#380; z balu charytatywnego i bez zdziwienia, i nawet bez &#380;alu, odkry&#322;a na jednym z nich Adama. Mogli&#347;my by&#263; tam razem, lecz jestem taka zm&#281;czona, pomy&#347;la&#322;a sennie i odwr&#243;ci&#322;a stronic&#281;. Ten magazyn by&#322; r&#243;wnie nierealny jak telewizyjne Wiadomo&#347;ci.

A woda bulgota&#322;a, hucza&#322;a, &#347;piewa&#322;a i wydawa&#322;a si&#281; by&#263; wsz&#281;dzie, cho&#263; przecie&#380; wcale jej nie by&#322;o w tym bezpiecznym, suchym pokoju.



*


Woda bulgota&#322;a, hucza&#322;a, &#347;piewa&#322;a i gdy rozsun&#281;&#322;y si&#281; ju&#380; wszystkie zas&#322;ony mroku, nawet ta w kolorze mi&#281;kkiej sadzy  wydawa&#322;a si&#281; zalewa&#263; ca&#322;&#261; przestrze&#324;. A jednak Myszka si&#281; nie ba&#322;a.

Gdy wpatrzy&#322;a si&#281; w sk&#322;&#281;bione masy wzburzonej wody, stwierdzi&#322;a, &#380;e w jej wirowaniu, przelewaniu si&#281;, w tym dzikim, &#380;ywio&#322;owym ta&#324;cu jest jaka&#347; prawid&#322;owo&#347;&#263;.

Woda uk&#322;ada si&#281;, pomy&#347;la&#322;a, przypominaj&#261;c sobie klocki. Raz uda&#322;o si&#281; jej zbudowa&#263; z klock&#243;w g&#322;adk&#261;, r&#243;wn&#261; p&#322;aszczyzn&#281;, i by&#322; to wielki wyczyn, nagrodzony u&#347;ciskami mamy. A teraz woda uk&#322;ada&#322;a si&#281; podobnie, rozlewaj&#261;c si&#281; szeroko i zarazem wci&#261;&#380; sp&#322;ywaj&#261;c z g&#243;ry, &#380;eby zrobi&#263; miejsce dla czego&#347;, co nap&#322;ywa&#322;o z wysoka i wymusza&#322;o dla siebie miejsce w przestrzeni.

Po chwili to co&#347;, co najwyra&#378;niej szuka&#322;o dla siebie miejsca, zacz&#281;&#322;o wy&#322;ania&#263; si&#281; sponad wody. Pocz&#261;tkowo by&#322;o &#347;wiat&#322;em; nie z&#322;otym jak s&#322;o&#324;ce czy &#380;&#243;&#322;tym jak &#380;ar&#243;wka, ale b&#322;&#281;kitnym i l&#347;ni&#261;cym w tym b&#322;&#281;kicie jak g&#243;rski kryszta&#322;. Woda rozst&#281;powa&#322;a si&#281; i rozst&#281;powa&#322;a, a tajemniczego b&#322;&#281;kitu przybywa&#322;o z ka&#380;d&#261; chwil&#261;. Gdy Myszka wpatrzy&#322;a si&#281; we&#324;, dostrzeg&#322;a, &#380;e podobnie jak zas&#322;ony czerni, tak i b&#322;&#281;kit ma r&#243;&#380;ne odcienie i nat&#281;&#380;enia, poczynaj&#261;c od barwy przypominaj&#261;cej wyblak&#322;e oczy listonosza, a ko&#324;cz&#261;c na jaskrawym, g&#281;stym, prawie granatowym szafirze. Potem spostrzeg&#322;a, &#380;e w tym o&#347;lepiaj&#261;cym b&#322;&#281;kicie trwa ruch, &#380;e ma on niezmierzon&#261; g&#322;&#281;bi&#281;, o wiele g&#322;&#281;bsz&#261; ni&#380; woda, w&#322;a&#347;ciwie bezkresn&#261;, i &#380;e p&#322;yn&#261; po nim bia&#322;e, pierzaste kszta&#322;ty.

Chmury?, pomy&#347;la&#322;a niepewnie i a&#380; drgn&#281;&#322;a z wra&#380;enia: To przecie&#380; niebo! Najprawdziwsze niebo!

Niebo rozpostar&#322;o si&#281; nad wodami i niebieszcza&#322;o spokojnie, a nawet leniwie. Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e trwa&#263; ju&#380; tak b&#281;dzie wiecznie: bezkresny b&#322;&#281;kit, nie maj&#261;cy pocz&#261;tku ani ko&#324;ca  i ta szeroko rozlana woda, w kt&#243;rej przegl&#261;da&#322; si&#281; on w swej niesko&#324;czono&#347;ci.

Nagle Myszka znieruchomia&#322;a. Poczu&#322;a, &#380;e zaraz co&#347; si&#281; stanie. Co&#347; wa&#380;nego. Nie mia&#322;a poj&#281;cia, sk&#261;d to wie, ale wiedzia&#322;a. Tak&#380;e woda przesta&#322;a wirowa&#263; i trwa&#322;a w oczekiwaniu. Wszystko znieruchomia&#322;o  woda, b&#322;&#281;kit, pierzaste chmury. A potem poprzez wod&#281;, niebo, poprzez strych wion&#281;&#322;o ku Myszce co&#347; jak s&#322;aby wietrzyk; wkr&#243;tce nabra&#322;o si&#322; i spot&#281;&#380;nia&#322;o do silnego wichru, a Myszka od razu wiedzia&#322;a, co to jest: oddech. Czyj&#347; swobodny, g&#322;&#281;boki oddech, kt&#243;ry dotar&#322; a&#380; tutaj, do niej, na strych. Zamar&#322;a, bez l&#281;ku, lecz z takim nat&#281;&#380;eniem ciekawo&#347;ci, &#380;e a&#380; j&#261; zabola&#322;o. I wtedy wok&#243;&#322; przetoczy&#322;y si&#281; d&#378;wi&#281;ki:

TO JEST DOBRE  powiedzia&#322;, a raczej za&#347;piewa&#322; hucz&#261;cy G&#322;os, m&#243;wi&#322; bowiem bardziej muzyk&#261; ni&#380; s&#322;owem.

Myszka us&#322;ysza&#322;a. I zrozumia&#322;a. I zarazem poj&#281;&#322;a, &#380;e G&#322;os nie m&#243;wi do niej, lecz do siebie, z namys&#322;em, z pow&#261;tpiewaniem, ze zm&#281;czonym p&#243;&#322;westchnieniem, a to westchnienie zn&#243;w przetoczy&#322;o si&#281; grzmotem przez wod&#281;, przez niebo i przez strych. Nie mia&#322;a odwagi spyta&#263;, do kogo nale&#380;y G&#322;os, i przyj&#281;&#322;a z pokor&#261;, &#380;e skoro Kto&#347; m&#243;wi, to ten Kto&#347; gdzie&#347; jest, cho&#263; miejsce Jego przebywania jest nieokre&#347;lone. A jednak posiadacz tego G&#322;osu musia&#322; by&#263; ogromny, ba, niesko&#324;czony w swym ogromie.

M&#243;wi do siebie, wi&#281;c musi by&#263; sam, stwierdzi&#322;a, zastanawiaj&#261;c si&#281;, czy taka samotno&#347;&#263;, ponad wodami, poprzez niebo, a nawet poprzez strych, nie jest zbyt wielk&#261; samotno&#347;ci&#261;.

Tego rodzaju my&#347;li przychodzi&#322;y do niej fal&#261; obraz&#243;w i dozna&#324;, uk&#322;adaj&#261;c si&#281; w niesko&#324;czone ci&#261;gi zda&#324;. By&#322;o ich jednak za du&#380;o, prawie tyle co wody, i Myszka nie nad&#261;&#380;y&#322;aby za nimi g&#322;o&#347;no wypowiadanymi s&#322;owami, kt&#243;rych cierpliwie uczy&#322;a j&#261; mama. Zreszt&#261; s&#322;owa, kt&#243;re zna&#322;a, nie oddawa&#322;y tego, co czu&#322;a, ani nawet tego, co ogl&#261;da&#322;a swymi opuchni&#281;tymi, sko&#347;nymi oczami. Ani tam, na dole, ani tu i teraz.

Woda nagle uspokoi&#322;a si&#281; i rozpostar&#322;a szeroko, powoli g&#281;stniej&#261;c; sprawia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e nabra&#322;a masy i ci&#281;&#380;aru; jej barwa mrocznia&#322;a, ju&#380; nie by&#322;a przejrzysta i tylko tam, gdzie odbija&#322;o si&#281; niebo, niebieszcza&#322;a jak ono.

Niebo tymczasem wybra&#322;o sobie kolory; do wyp&#322;owia&#322;ej niebiesko&#347;ci, do zwiewnego b&#322;&#281;kitu, g&#322;&#281;bokiego szafiru i zapowiadaj&#261;cego noc granatu dosz&#322;y kolory szare lub rozbielone, jak chmury; chmury porusza&#322;y si&#281; leniwie, to znowu szybko, jakby gnaj&#261;c na wyprz&#243;dki jedna przed drug&#261;. I Myszka zrozumia&#322;a, &#380;e je&#347;li woda ma sw&#243;j kres, to niebo go nie ma i mie&#263; nie b&#281;dzie. &#379;e woda mog&#322;a si&#281; u&#322;o&#380;y&#263;, lecz niebo nie u&#322;o&#380;y si&#281; nigdy; zachowa na zawsze sw&#243;j niepok&#243;j w g&#322;&#281;bokim spokoju; sw&#243;j ruch w bezruchu.

Znowu poczu&#322;a na sobie Jego oddech:

TO JEST DOBRE  powt&#243;rzy&#322; G&#322;os, ale ju&#380; nie s&#322;ycha&#263; by&#322;o w nim cienia w&#261;tpliwo&#347;ci.

To jest dobre  przytakn&#281;&#322;a mu gor&#261;co Myszka, wiedz&#261;c, &#380;e i tak jej nie s&#322;yszy. Bo to naprawd&#281; by&#322;o dobre.

Wszystkie zas&#322;ony czerni, poczynaj&#261;c od tej o g&#322;&#281;bokim kolorze sadzy, a&#380; po szaropopielat&#261; jak skrzyd&#322;a go&#322;&#281;bia, ponownie zasun&#281;&#322;y si&#281; z paj&#281;czym szelestem, otulaj&#261;c j&#261; poczuciem spokoju i zarazem odgradzaj&#261;c od wody i nieba.

Myyyyszka! Kolacja!  wo&#322;a&#322;a mama gdzie&#347; z do&#322;u, a w&#322;a&#347;ciwie nie wiadomo sk&#261;d, gdy&#380; dziewczynka przez chwil&#281; nie wiedzia&#322;a, gdzie jest.

Przecie&#380; to strych, przypomnia&#322;a sobie, westchn&#281;&#322;a, wsta&#322;a z pod&#322;ogi i za&#347;wieci&#322;a &#347;wiat&#322;o. Rozb&#322;ys&#322;a &#380;ar&#243;wka i z mroku wy&#322;oni&#322;y si&#281; swojskie, stare meble babci, a ta&#324;cz&#261;cy wcze&#347;niej kurz u&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na nich do snu. Myszka odruchowo przy&#322;o&#380;y&#322;a palec do starej kanapy. Palec by&#322; suchy. Kanapa te&#380;.

Schodz&#261;c ostro&#380;nie po schodach, Myszka zapomnia&#322;a o niespokojnym, rozgadanym &#347;piewie nap&#322;ywaj&#261;cej zewsz&#261;d wody, o bezkresie nieba, kt&#243;re zsun&#281;&#322;o si&#281; z wysoka, i o tym obcym, pot&#281;&#380;nym, cho&#263; niestrasznym G&#322;osie. Myszka &#322;atwo wszystko zapomina&#322;a. Ale od niedawna r&#243;wnie &#322;atwo wszystko na nowo otwiera&#322;o si&#281; w jej pami&#281;ci. Od czasu strychu.

Jednak id&#261;c przez hol do kuchni, my&#347;la&#322;a ju&#380; tylko o kolacji. Us&#322;ysza&#322;a g&#322;uche trza&#347;niecie drzwi pokoju ojca, potem jego szybkie kroki i wreszcie ujrza&#322;a go, jego lekk&#261; i eleganck&#261; sylwetk&#281; (pan w telewizorze, pomy&#347;la&#322;a, kojarz&#261;c go dla odmiany z reklam&#261; wody toaletowej), i przesz&#322;a obok, usilnie wtapiaj&#261;c si&#281; w &#347;cian&#281; i staraj&#261;c si&#281;, by jej nie zauwa&#380;y&#322;. On jak zwykle omin&#261;&#322; j&#261;, id&#261;c krokiem cz&#322;owieka, kt&#243;ry si&#281; &#347;pieszy i nie widzi nic dooko&#322;a.

Ale widzia&#322;. Zawsze j&#261; widzia&#322;. Myszka to czu&#322;a.  Stych  powiedzia&#322;a p&#243;&#322;g&#322;osem, jeszcze raz, by nie zapomnie&#263;. Lecz zaraz zapomnia&#322;a. I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r, dzie&#324; drugi.



Dzie&#324; trzeci: ziemia

Adam zazdro&#347;ci&#322; Ewie. Zazdro&#347;ci&#322; jej z&#322;o&#380;onych, ale g&#322;&#281;bokich uczu&#263;, kt&#243;re zdradza&#322;a jej twarz, gdy patrzy&#322;a na Myszk&#281;. Nawet gdy by&#322;y to wy&#322;&#261;cznie irytacja, smutek czy gniew. Mia&#322; &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e ta pl&#261;tanina emocji to uwznio&#347;la j&#261;, to przygniata do ziemi, lecz r&#243;wnocze&#347;nie trzyma mocno przy &#380;yciu. On sam dostrzega&#322; w Myszce jedynie ruin&#281; wszystkich, wcze&#347;niej tak g&#322;adko uk&#322;adaj&#261;cych si&#281; plan&#243;w, ambicji, marze&#324;  i czu&#322; pustk&#281;. I &#380;al.

Nie wiedzia&#322;, czego ten &#380;al dotyczy. Najcz&#281;&#347;ciej &#380;a&#322;owa&#322;, &#380;e nie uda&#322;o mu si&#281; przekona&#263; Ewy do swojej decyzji, i wci&#261;&#380; na nowo rozmy&#347;la&#322; o dniu, w kt&#243;rym wiedziony pierwszym, samoobronnym i, jego zdaniem, zdrowym odruchem przygotowa&#322; i podpisa&#322; dokument, dzi&#281;ki kt&#243;remu nigdy nie mieli ogl&#261;da&#263; tego dziecka. Ale powinni by&#263; w tej decyzji razem.

Bardzo rzadko czu&#322; do siebie &#380;al, &#380;e nie przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do Ewy. Ale wtedy od razu wyobra&#380;a&#322; sobie, jak idzie ulic&#261;, on, cz&#322;owiek skazany na sukces i przywyk&#322;y do sukces&#243;w, i prowadzi za r&#261;czk&#281; to nieudane, dziwne stworzenie, przyznaj&#261;c si&#281; publicznie do kl&#281;ski. Czu&#322;, &#380;e nie umia&#322;by znie&#347;&#263; tych spojrze&#324; pe&#322;nych wsp&#243;&#322;czucia lub ciekawo&#347;ci. Nie umia&#322;by t&#322;umaczy&#263;, &#380;e na 600-700 porod&#243;w przychodzi na &#347;wiat jeden down  oni za&#347; z Ew&#261; s&#261;, na przyk&#322;ad, sze&#347;&#263;set czterdziestym si&#243;dmym przypadkiem. I &#380;e na dodatek to niedorozwini&#281;te dziecko jest paradoksalnym dowodem inteligencji rodzic&#243;w. Tabele statystyczne jednoznacznie pokazywa&#322;y, &#380;e dzieci z mongolizmem cz&#281;&#347;ciej zdarzaj&#261; si&#281; w rodzinach ludzi z wy&#380;szym wykszta&#322;ceniem, kt&#243;rzy planuj&#261; urodzenie dziecka w stosownej porze, uwzgl&#281;dniaj&#261;c wszystkie okoliczno&#347;ci  poza najzwyklejszym przypadkiem. Takim jak ich.

W my&#347;lach Adama kry&#322;a si&#281; zatem mieszanina &#380;alu do Ewy, do siebie, i do Myszki  za jej pojawienie si&#281; na &#347;wiecie. &#379;al do Myszki pot&#281;gowa&#322; si&#281; zawsze, gdy j&#261; widzia&#322;: zesp&#243;&#322; Downa za bardzo rzuca&#322; si&#281; w oczy; to nie by&#322;a czysta i estetyczna choroba, niekiedy uwznio&#347;lona przez literatur&#281;, jak gru&#378;lica czy bia&#322;aczka. Adam wola&#322;by dziecko niedowidz&#261;ce lub g&#322;uche, ale nie downa.

To w&#322;a&#347;nie wtedy, gdy obsesyjnie nie m&#243;g&#322; znie&#347;&#263; widoku c&#243;rki, win&#261; za jej narodziny obci&#261;&#380;a&#322; Ew&#281;. Wiedzia&#322;, &#380;e dzieci z zespo&#322;em Downa cz&#281;sto, ju&#380; jako osoby doros&#322;e, zapadaj&#261; na chorob&#281; Alzheimera (je&#347;li do&#380;yj&#261; wieku doros&#322;ego), i przypuszcza&#322;, &#380;e alzheimer, obecny w rodzinie Ewy, m&#243;g&#322; przyczyni&#263; si&#281; do narodzin Myszki. Widocznie jakie&#347; geny, odpowiedzialne za jedn&#261; i drug&#261; chorob&#281;, tkwi&#322;y w jej rodzinnym &#322;a&#324;cuchu DNA. Za&#347;mia&#322; si&#281; nerwowo, gdy&#380; nie przypuszcza&#322;, &#380;e w dziewczynie, kt&#243;r&#261; pokocha&#322;, b&#281;dzie szuka&#322; &#322;a&#324;cucha DNA i gen&#243;w  zamiast wy&#322;&#261;cznie jej w&#322;os&#243;w, oczu, ust, cia&#322;a. A jednak w tej chwili wa&#380;niejsze by&#322;y jej geny ni&#380; jej uroda. Te geny, kt&#243;re &#347;wiat naukowc&#243;w w&#322;a&#347;nie rozszyfrowa&#322;.

ERA GENOMU! GENOM LUDZKI BEZ TAJEMNIC!  donosi&#322;y gazety wielkimi czcionkami, a tymczasem on mieszka&#322; pod jednym dachem z tak zagadkow&#261; i zarazem okropn&#261; istot&#261;, jak jego w&#322;asna c&#243;rka.

A potem nagle przychodzi&#322;y dni, gdy cierpia&#322; nad w&#322;asn&#261; ma&#322;o&#347;ci&#261; i wola&#322;by wszystko straci&#263;, byle zyska&#263; w zamian czysto&#347;&#263; uczu&#263;, kt&#243;r&#261; mia&#322;a Ewa. Widzia&#322; jej zm&#281;czenie, bezradno&#347;&#263; lub gniew na Myszk&#281; (obserwowa&#322; je cz&#281;&#347;ciej, ni&#380; obie s&#261;dzi&#322;y), s&#322;ysza&#322;, jak rzuca przekle&#324;stwa lub powtarza z p&#322;aczem: Mam do&#347;&#263; mam tego do&#347;&#263;!, a zarazem czu&#322;, &#380;e wybieraj&#261;c Myszk&#281;, Ewa wybra&#322;a lepszy rodzaj cierpienia ni&#380; on.

Czeka&#322; na kar&#281;, lecz kara nie nadchodzi&#322;a. W pracy wiod&#322;o mu si&#281; lepiej ni&#380; kiedykolwiek. Wszystko, czego dotkn&#261;&#322;, zamienia&#322;o si&#281; w z&#322;oto, jak u kr&#243;la Midasa. Ka&#380;da decyzja dotycz&#261;ca lokat firmy, jej zakup&#243;w, fuzji, przesuni&#281;&#263; kapita&#322;u czy zmian personalnych by&#322;a trafna. Im lepiej wiod&#322;o mu si&#281; zawodowo  tym bardziej cierpia&#322;. Nie sta&#263; go by&#322;o na to, by do&#322;&#261;czy&#263; do Ewy z Myszk&#261;, i nie umia&#322; ju&#380; d&#322;u&#380;ej trwa&#263; w narzuconym sobie dystansie do obu. Chcia&#322; znale&#378;&#263; rozs&#261;dny i wiarygodny pow&#243;d opuszczenia ich.

Im bardziej si&#281; miota&#322;, tym bardziej nienawidzi&#322; przypadku  lub prawid&#322;owo&#347;ci?  kt&#243;ry sprawi&#322;, &#380;e to w&#322;a&#347;nie im przydarzy&#322;o si&#281; sp&#322;odzi&#263; niedorozwini&#281;te dziecko, i to w&#243;wczas, gdy nauka znalaz&#322;a si&#281; o krok od mo&#380;liwo&#347;ci sterowania genami. A wraz z nienawi&#347;ci&#261; do losu ros&#322;a jego niech&#281;&#263;, a nawet nienawi&#347;&#263; do Myszki. Gdyby si&#281; nie narodzi&#322;a, gdyby jej w og&#243;le nie by&#322;o  o ile&#380; &#380;ycie by&#322;oby prostsze!

A mo&#380;e ono nie ma by&#263; proste?, szepta&#322; mu czasem jaki&#347; g&#322;os, lecz Adam zamyka&#322; uszy na te w&#261;tpliwo&#347;ci.

Niekiedy po cichu wychodzi&#322; z gabinetu, kt&#243;ry sta&#322; si&#281; jego fortec&#261; we w&#322;asnym domu, i &#347;ledzi&#322; Ew&#281; z Myszk&#261;, skryty w k&#261;cie holu, w cieniu rzucanym przez wyszukany zestaw p&#243;&#322;ek z kwiatami (kwiaty zwi&#281;d&#322;y, pewnie nikt ich nie podlewa&#322;).

Wstrz&#261;sn&#261;&#322; nim widok czteroletniej Myszki, kt&#243;ra raczkowa&#322;a wytrwale po domu, be&#322;kocz&#261;c, sapi&#261;c, a z buzi ciek&#322;a jej &#347;lina. W tym wieku ka&#380;de dziecko ju&#380; swobodnie biega&#322;o. Nas&#322;uchiwa&#322;, jak Ewa, wyra&#378;nie i wolno wymawiaj&#261;c wyrazy, usi&#322;uje nauczy&#263; dziewczynk&#281; pierwszych s&#322;&#243;w  a przecie&#380; ona od dawna powinna m&#243;wi&#263; ca&#322;ymi zdaniami.

Ma, baaa  m&#243;wi&#322;a Myszka, i Adam, podobnie jak Ewa, cho&#263; ona o tym nie wiedzia&#322;a, uczy&#322; si&#281;, &#380;e baaa to bajka.

Niekiedy szybciej ni&#380; Ewa rozpoznawa&#322;, co dany d&#378;wi&#281;k oznacza w mowie c&#243;rki. To on rozszyfrowa&#322; s&#322;owo taaa. Ani przez chwil&#281; nie bra&#322; go za tat&#281;. Jednak gdy poj&#261;&#322;, &#380;e taaaa oznacza taniec, a raczej gwa&#322;town&#261;, g&#322;&#281;bok&#261; potrzeb&#281; Myszki, by zata&#324;czy&#263;  lekko, zwinnie, jak ta&#324;cz&#261; inne dzieci  poczu&#322; w gardle szczeg&#243;lny ucisk. Zrozumia&#322;, &#380;e ta ma&#322;a, u&#322;omna istota ma takie same potrzeby jak wszyscy, &#380;e mo&#380;e czu&#263; to samo, cho&#263; inaczej, ba, &#380;e mo&#380;e czu&#263; mocniej, lecz skorupa jej kalekiego cia&#322;a niewoli j&#261; tak, jak poczwarka wi&#281;zi w sobie motyla; tyle &#380;e ka&#380;dy motyl kiedy&#347; wyleci  ten za&#347;, skryty w ciele Myszki, nie uleci nigdy.

Ukryty za uchylonymi drzwiami, &#347;ledzi&#322;, jak Myszka pr&#243;buje ta&#324;czy&#263;. W przeciwie&#324;stwie do &#380;ony, od razu wiedzia&#322;, &#380;e te niezgrabne  dla niego odra&#380;aj&#261;ce  ruchy s&#261; ta&#324;cem; te mozolne i beznadziejne pr&#243;by oderwania n&#243;g od pod&#322;ogi, &#380;a&#322;osne wymachiwania wiotkich, niepos&#322;usznych r&#261;k, te szokuj&#261;ce podrygi nieforemnego tu&#322;owia  to wszystko mia&#322;o by&#263; ulotnym, porywaj&#261;cym pas de deux, a przypomina&#322;o danse macabre.

Co by si&#281; sta&#322;o, gdybym wzi&#261;&#322; j&#261; na wyst&#281;p prawdziwego baletu? Na Jezioro &#322;ab&#281;dzie, na Dziadka do orzech&#243;w?, pomy&#347;la&#322; kiedy&#347; odruchowo, a potem &#380;achn&#261;&#322; si&#281;, bo przecie&#380; mo&#380;na by&#322;o to przewidzie&#263;. Myszka ze strachu lub z emocji wydawa&#322;aby straszne, charkocz&#261;ce d&#378;wi&#281;ki, potem zrobi&#322;aby w majtki, widzowie zaprotestowaliby przeciw jej obecno&#347;ci, portier wyprowadzi&#322;by ich z teatru, a on najad&#322;by si&#281; jedynie wstydu i upokorzenia i zastanawia&#322;by si&#281;, kto ze znajomych tam by&#322; i to widzia&#322;.

Patrzy&#322; z mieszanin&#261; buntu, zak&#322;opotania i podziwu na Ew&#281;, jak ubiera dziewczynk&#281; i idzie z ni&#261; na spacer. Raz szed&#322; za nimi a&#380; do ogrodu zoologicznego, obserwuj&#261;c, jak &#380;ona, pozornie nie zwracaj&#261;c uwagi na przechodni&#243;w, zmienia pampersa tej paroletniej ju&#380; dziewczynce. Adam wiedzia&#322;, &#380;e Ewa cierpi.

Raz, ko&#322;o sklepu, na kt&#243;rego wystawie Myszk&#281; co&#347; zafascynowa&#322;o, s&#322;ysza&#322;, jak dziewczynka wydaje z siebie przeci&#261;g&#322;e, nieartyku&#322;owane wycie, kt&#243;re wzbudzi&#322;o niezdrow&#261; ciekawo&#347;&#263; przechodni&#243;w. Myszka wy&#322;a, Ewa uspokaja&#322;a j&#261; bezskutecznie, przechodnie przystawali, by przyjrze&#263; si&#281; temu uderzaj&#261;co niedorozwini&#281;temu dziecku. Dziesi&#261;tki wsp&#243;&#322;czuj&#261;cych lub ciekawskich spojrze&#324; Adam, cho&#263; sta&#322; za rogiem, odczu&#322; je na w&#322;asnej sk&#243;rze jak bolesne, ostre drzazgi. Patrzy&#322; na bezradn&#261; Ew&#281;, na szamocz&#261;ce si&#281;, wyj&#261;ce stworzenie, kt&#243;re by&#322;o jego c&#243;rk&#261;, i wiedzia&#322;, &#380;e nie znajdzie tyle hartu ducha, by do&#322;&#261;czy&#263; do nich i poda&#263; r&#281;k&#281; przera&#380;onemu dziecku.

Najbardziej ba&#322; si&#281; spojrze&#324;, kt&#243;re czu&#322;by na niej, a tym samym na sobie, przez ca&#322;e &#380;ycie. Ostatecznie odrzuci&#322; Myszk&#281;.

Jak by to by&#322;o: trzyma&#263; j&#261; za r&#281;k&#281;?, pomy&#347;la&#322; wtedy przelotnie, ale szybko i &#347;wiadomie przetworzy&#322; t&#281; my&#347;l w uczucie wstr&#281;tu.

Nauczy&#322; si&#281;, by ka&#380;dy taki moment, w kt&#243;rym d&#322;awi&#322; go &#380;al do siebie, roz&#322;adowywa&#263; my&#347;l&#261; o wygl&#261;dzie Myszki. O wygl&#261;dzie, kt&#243;rego si&#281; brzydzi&#322;, kt&#243;ry wci&#261;&#380; mu co&#347; przypomina&#322;. Ale co? Wystraszone zwierz&#261;tko w ogrodzie zoologicznym? Zwierz&#261;tko nie mog&#261;ce wyj&#347;&#263; z klatki, kt&#243;r&#261; by&#322;o jego cia&#322;o? Ruchy Myszki, twarz Myszki, jej u&#347;miech  wszystko to kojarzy&#322;o mu si&#281; z czym&#347;, czego nie umia&#322; nazwa&#263;. Z czym&#347;, co zna&#322;. Ale z czym?

Adam przekupi&#322; lekarza, kt&#243;ry opiekowa&#322; si&#281; Myszk&#261;, i w tajemnicy przed Ew&#261; p&#322;aci&#322; mu dodatkowe honoraria za sta&#322;e raporty &#243; rozwoju i zdrowiu c&#243;rki.

To najci&#281;&#380;sza posta&#263; DS  powiedzia&#322; lekarz.  W l&#380;ejszych stanach dziecko nadaje si&#281; czasem do szko&#322;y specjalnej, niekiedy do szko&#322;y integracyjnej, cho&#263; wyznam szczerze, &#380;e akurat dzieci z downem nie s&#261; w tych szko&#322;ach ch&#281;tnie widziane. Widzi pan, one tylko nazywaj&#261; si&#281; integracyjne, ale najch&#281;tniej przyjmuj&#261; tylko takie przypadki, kt&#243;re nie sprawiaj&#261; k&#322;opot&#243;w. Lekka g&#322;uchota, niewielkie spowolnienie rozwoju, s&#322;aby wzrok, trudno&#347;ci z chodzeniem, byle nie D S czy autyzm Dzieci z downem na strach reaguj&#261; agresj&#261;. Atakuj&#261; inne dzieci  lub siebie. Potrafi&#261; uderza&#263; g&#322;ow&#261; w mur i je&#347;li kto&#347; ich nie powstrzyma, mog&#261; si&#281; nawet zabi&#263;. Rozpacz, kt&#243;r&#261; normalne dziecko wyra&#380;a s&#322;owami lub p&#322;aczem, okazuj&#261; wyciem, kt&#243;rego nie spos&#243;b s&#322;ucha&#263; i nie spos&#243;b uciszy&#263;. Nie zniesie tego &#380;aden nauczyciel, nawet pe&#322;en najlepszych ch&#281;ci. Rodzice zdrowych dzieci sk&#322;adaj&#261; skargi, mimo &#380;e wcze&#347;niej deklarowali dobr&#261; wol&#281;. Widzi pan, dobra wola a rzeczywisto&#347;&#263;

A jej zdrowie fizyczne?  spyta&#322; Adam.

Te&#380; typowe. Wada serca, s&#322;aby wzrok, marny system oddechowy, chroniczny katar My&#347;l&#281;, &#380;e b&#281;dzie ch&#322;on&#261;&#263; wszystkie infekcje, jak odkurzacz. Przy doskona&#322;ej opiece b&#281;dzie &#380;y&#322;a zapewne d&#322;u&#380;ej. Trzydzie&#347;ci kilka lat? Mo&#380;e wi&#281;cej? Znam pi&#281;&#263;dziesi&#281;cioletnich ludzi z DS Przypominaj&#261; stare, dobre dzieci.

Adam znieruchomia&#322;. Pi&#281;&#263;dziesi&#281;cioletnia Myszka? Zatem rozs&#261;dek  najzwyklejszy, cho&#263; obcy Ewie rozs&#261;dek  nakazywa&#322; odda&#263; c&#243;rk&#281; do specjalnego zak&#322;adu. Je&#347;li komu&#347; z nich co&#347; si&#281; stanie, doros&#322;a Myszka b&#281;dzie pozbawiona opieki. A skoro wcze&#347;niej czy p&#243;&#378;niej trzeba odda&#263; j&#261; do zak&#322;adu  lepiej zrobi&#263; to jak najszybciej, gdy&#380; rozstanie z matk&#261; i domem b&#281;dzie dla niej czym&#347; straszliwym.

Z drugiej strony  ci&#261;gn&#261;&#322; beznami&#281;tnie lekarz  wi&#281;kszo&#347;&#263; dzieci z najci&#281;&#380;sz&#261; postaci&#261; downa nie &#380;yje d&#322;ugo. I jeszcze ta ma&#322;a ciemna plamka Wiele zachowa&#324; pana c&#243;rki wskazuje na to, &#380;e ta plamka ma wi&#281;ksze znaczenie, ni&#380; przypuszczamy. Dzieci z downem osi&#261;gaj&#261; wi&#281;ksze post&#281;py adaptacyjne ni&#380; pana c&#243;rka. Osobi&#347;cie wr&#243;&#380;&#281; temu dziecku kr&#243;tkie &#380;ycie

Adam wiedzia&#322;, &#380;e lekarz szuka w jego twarzy &#347;lad&#243;w ulgi. I Adam poczu&#322; t&#281; ulg&#281;, lecz jego nieruchoma twarz nie zdradzi&#322;a &#380;adnych uczu&#263;. By&#322; dumny z tej pow&#347;ci&#261;gliwej reakcji  i dopiero gdy wyszed&#322;, u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e nie okaza&#322; tak&#380;e &#380;alu lub trwogi na my&#347;l o przedwczesnej &#347;mierci c&#243;rki. Tak czy owak, zdradzi&#322;em si&#281;, pomy&#347;la&#322; gniewnie.

Zastanowi&#322; si&#281;, co odczu&#322;aby Ewa, gdyby wiedzia&#322;a, &#380;e Myszka rzeczywi&#347;cie b&#281;dzie &#380;y&#322;a kr&#243;tko: &#380;al czy ulg&#281;? A mo&#380;e jedno i drugie?

Ile&#380; takie dziecko wyzwala emocji i uczu&#263;, jak&#261; walk&#281; cz&#322;owiek musi stoczy&#263; sam z sob&#261; i jakie&#380; to szalone k&#322;&#281;bowisko my&#347;li, stwierdzi&#322; gniewnie, a ten gniew jak zwykle skierowa&#322; ku c&#243;rce.



*


Myszka przypomnia&#322;a sobie o strychu dopiero w&#243;wczas, gdy przy&#347;ni&#322; si&#281; jej kolejny sen o wspinaniu na g&#243;r&#281;. Wcze&#347;niej mia&#322;a tyle uci&#261;&#380;liwych zaj&#281;&#263; i ciekawych rozrywek, &#380;e o nim nie my&#347;la&#322;a. Mama zacz&#281;&#322;a prowadzi&#263; j&#261; do pani, kt&#243;ra cierpliwie &#263;wiczy&#322;a z ni&#261; wymow&#281;. Nie wiadomo po co. Myszka w &#347;rodku m&#243;wi&#322;a dobrze; a &#347;rodkowy g&#322;os by&#322; chyba wa&#380;niejszy? Jednak mama chcia&#322;a, &#380;eby dziewczynka umia&#322;a powiedzie&#263; cho&#263;by jedno ca&#322;e zdanie r&#243;wnie poprawnie jak inne dzieci, w&#322;a&#347;ciwie akcentuj&#261;c wyrazy, to &#322;&#261;cz&#261;c je, to oddzielaj&#261;c. To by&#322;o m&#281;cz&#261;ce. W dodatku zdanie, kt&#243;re z mozo&#322;em &#263;wiczy&#322;y, nie podoba&#322;o si&#281; Myszce i powtarzaj&#261;c w k&#243;&#322;ko, szybko je znienawidzi&#322;a. Za ka&#380;dym razem wyrazy same dzieli&#322;y si&#281; nie tak, jak powinny, a sylaby ucieka&#322;y przed ni&#261; i nie spos&#243;b je by&#322;o dogoni&#263;.

Maa naiiiiemaaaaasiaa Koa takoa maaa

Mam na imi&#281; Marysia mam na imi&#281; Marysia  powtarza&#322;a cierpliwie pani, ale g&#322;osem tak znudzonym, &#380;e dziewczynka zaczyna&#322;a ziewa&#263;. Nie mia&#322;a na imi&#281; Marysia, tylko Myszka. Nast&#281;pne zdanie te&#380; nie by&#322;o prawdziwe:

Kocham tat&#281; i mam&#281;  ci&#261;gn&#281;&#322;a pani tym samym g&#322;osem, a jej &#281; i &#261; j&#281;cza&#322;o, zawieszone w przestrzeni pokoju do &#263;wicze&#324;, i marzy&#322;o o tym, by kto&#347; je uwolni&#322;. Ale Myszka wci&#261;&#380; gubi&#322;a kolejne sylaby, &#281; i &#261; by&#322;y za&#347; d&#378;wi&#281;kami nieosi&#261;galnymi. I ju&#380; nie wiedzia&#322;a, kogo kocha, a kogo nie.

Powiesz to zdanie tacie na urodziny  powtarza&#322;a mama, a dziewczynka denerwowa&#322;a si&#281; ju&#380; na sam&#261; my&#347;l, &#380;e cokolwiek ma powiedzie&#263; tacie, a zw&#322;aszcza zdanie, kt&#243;re wydawa&#322;o si&#281; jej bez sensu.

Zawsze gdy m&#243;wi&#322;a do taty  nawet tak kr&#243;tkie s&#322;owa jak dzie doooo  widzia&#322;a w jego oczach szczeg&#243;lny rodzaj l&#281;ku. Ba&#322; si&#281; jej. Wydawa&#322;o si&#281; to niemo&#380;liwe, a jednak jej si&#281; ba&#322;. Dlatego ucieka&#322;. Nigdy nie szed&#322; normalnym krokiem, lecz prawie bieg&#322; przez hol, jak pan z reklamy. I unika&#322; patrzenia w jej oczy. I zagryza&#322; wargi, gdy Myszka co&#347; m&#243;wi&#322;a, wprawdzie na zewn&#261;trz be&#322;kotliwie, lecz w &#347;rodku doskonale. Ale tata na pewno nie s&#322;ysza&#322; tego, co by&#322;o w &#347;rodku. Mamie niekiedy to si&#281; udawa&#322;o.

Myszka zauwa&#380;y&#322;a tat&#281;, gdy sta&#322;, zaczajony, i obserwowa&#322; j&#261; przez szpar&#281; w drzwiach. My&#347;la&#322;, &#380;e ona go nie widzi, &#380;e jej sko&#347;ne, opuchni&#281;te oczy s&#261; r&#243;wnie u&#322;omne jak ca&#322;e cia&#322;o  a przecie&#380; te oczy widzia&#322;y wi&#281;cej, ni&#380; s&#261;dzi&#322;. Jej my&#347;li wprawdzie bieg&#322;y w r&#243;&#380;ne dziwne strony, jak gnane wiatrem nasionka, lecz zawsze jaka&#347;, jedna czy druga, spada&#322;a na mi&#281;kk&#261; gleb&#281; jej umys&#322;u  i rozkwita&#322;a. Czy on tego nie czu&#322;?

Tata w&#322;a&#347;nie sta&#322; w cieniu stela&#380;a z kwiatami i patrzy&#322; na ni&#261;. Robi&#322; to cz&#281;sto. Niezwykle cz&#281;sto. Myszka nigdy w &#380;yciu nie powiedzia&#322;aby mu: Maaa naiemaa-aa I kooa ta, ale pomy&#347;la&#322;a sobie, &#380;e dla niego zata&#324;czy.

Je&#347;li zata&#324;cz&#281;, nie b&#281;dzie ucieka&#263;. Musi sta&#263; i patrzy&#263;, pomy&#347;la&#322;a.

Myszka wierzy&#322;a, &#380;e taniec wyra&#380;a wszystko to, czego s&#322;owa nie potrafi&#261;. Widywa&#322;a w telewizorze ta&#324;ce kobiet z m&#281;&#380;czyznami, kt&#243;re m&#243;wi&#322;y o tym, &#380;e ich cia&#322;a chc&#261; by&#263; ze sob&#261; blisko, jak najbli&#380;ej. Zdarza&#322;o si&#281; jej ogl&#261;da&#263; programy geograficzne, w kt&#243;rych ciemnosk&#243;rzy ludzie, p&#243;&#322;nadzy, przepasani przez biodra strz&#281;pem materia&#322;u, ta&#324;cem wyra&#380;ali swoj&#261; rado&#347;&#263; z powodu deszczu, upolowania zwierzyny, zebrania plon&#243;w. W jednym z tych film&#243;w widzia&#322;a przebranego w sk&#243;ry szamana, z gro&#378;n&#261; mask&#261; na twarzy, i wiedzia&#322;a, &#380;e czarownik wzywa ta&#324;cem gro&#378;ne moce, kt&#243;rych nie jest w stanie pokaza&#263; &#380;aden telewizor. I czu&#322;a, &#380;e one przyjd&#261; na jego wezwanie. Mia&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e taniec umie prosi&#263;, przeprasza&#263;, wo&#322;a&#263;, przyzywa&#263;, wyra&#380;a&#263; rado&#347;&#263; i mi&#322;o&#347;&#263;, agresj&#281; i nienawi&#347;&#263;. Czu&#322;a, &#380;e taniec ma samospe&#322;niaj&#261;c&#261; si&#281; moc. Wi&#281;ksz&#261; ni&#380; s&#322;owa.

Postanowi&#322;a uda&#263;, &#380;e nie widzi oczu taty w szparze drzwi, i zata&#324;czy&#263; dla niego, prosz&#261;c ta&#324;cem, by nie bieg&#322; tak szybko, &#380;eby czasem przystan&#261;&#322;. Blisko niej. Cho&#263;by na chwil&#281;.

Myszka wiedzia&#322;a, co jej przeszkadza w ta&#324;cu. Nie tylko cia&#322;o. (Cia&#322;o mamy, cho&#263; wi&#281;ksze, wydawa&#322;o si&#281; l&#380;ejsze, a nogi i r&#281;ce najwyra&#378;niej s&#322;ucha&#322;y jej polece&#324;; mama niew&#261;tpliwie umia&#322;aby zata&#324;czy&#263;, lecz nie wiedzia&#322;a o tym lub nie chcia&#322;a wiedzie&#263;). W ta&#324;cu przeszkadza&#322;o ubranie. Nie nale&#380;a&#322;o do cia&#322;a i kr&#281;powa&#322;o je.

By&#322;o czym&#347; obcym. Niekt&#243;re ubrania by&#322;y mniej obce, inne bardziej, i w&#322;a&#347;nie to obce ubranie, tak zwane wyj&#347;ciowe, jak m&#243;wi&#322;a mama, Myszka mia&#322;a na sobie. &#379;eby zata&#324;czy&#263;, musia&#322;a je zdj&#261;&#263;.

Czuj&#261;c na sobie uwa&#380;ne spojrzenie taty, zacz&#281;&#322;a si&#281; rozbiera&#263;. To by&#322;a trudna sztuka. Czasy, gdy dziewczynka cierpliwie uczy&#322;a si&#281; sznurowa&#263; buciki, nale&#380;a&#322;y ju&#380; do przesz&#322;o&#347;ci. Niedawno nauczy&#322;a si&#281; samodzielnie wk&#322;ada&#263; i zdejmowa&#263; sweterek, spodnie, majtki. Najtrudniejsze by&#322;o wypl&#261;tywanie si&#281; z r&#281;kaw&#243;w, co zawsze trwa&#322;o d&#322;ugo, bo sweterek lub bluzka okr&#281;ca&#322;y si&#281; wok&#243;&#322; twarzy, dusi&#322;y, by&#322;y z&#322;owrogo nieprzyjazne, przera&#380;a&#322;y  ale po pewnym czasie Myszka tak&#380;e i t&#281; sztuk&#281; opanowa&#322;a. By&#322;a z tego dumna i chcia&#322;a si&#281; przed tat&#261; pochwali&#263;.

Powoli zacz&#281;&#322;a zdejmowa&#263; ubranie. Ku swojej rado&#347;ci stwierdzi&#322;a, &#380;e idzie jej wyj&#261;tkowo sprawnie. Nawet mama by&#322;aby zadowolona, patrz&#261;c teraz na Myszk&#281;golutka i szcz&#281;&#347;liwa stan&#281;&#322;a na wyprostowanych nogach i wyci&#261;gn&#281;&#322;a do g&#243;ry r&#261;czki. Podskoczy&#322;a. Czu&#322;a, &#380;e jest teraz wiotka i lekka jak &#322;odyga kwiatu i &#380;e naprawd&#281; odrywa si&#281; od pod&#322;ogi. Wprawdzie wiedzia&#322;a, &#380;e odrywa si&#281; tylko w &#347;rodku, lecz by&#322;a przekonana, &#380;e tata to dostrze&#380;e.

Powoli, powolutku zacz&#281;&#322;a ta&#324;czy&#263;. Unosi&#322;a nogi i wyrzuca&#322;a je w bok, wznosi&#322;a r&#261;czki coraz wy&#380;ej i wy&#380;ej, przegina&#322;a cia&#322;o, na&#347;laduj&#261;c traw&#281; na wietrze. Zastanawia&#322;a si&#281;, czy tata czuje to, co ona: czy wie, &#380;e Myszka ta&#324;czy przepi&#281;knie i lekko, a tylko jej cia&#322;o trzyma j&#261; na pod&#322;odze holu; mia&#322;a nadziej&#281;, &#380;e tata widzi, i&#380; ona fruwa jak motyl, cho&#263; cia&#322;em jest przywi&#261;zana do ziemi. By&#322;a tak napi&#281;ta, zastanawiaj&#261;c si&#281;, czy tata to wie, &#380;e nagle poczu&#322;a silne parcie na p&#281;cherz.

Ciep&#322;a mokra struga zacz&#281;&#322;a sp&#322;ywa&#263; po nogach, zbieraj&#261;c si&#281; w ka&#322;u&#380;&#281; u bosych, platfusowatych st&#243;p.

Znowu sta&#322;o si&#281; co&#347;, o co mama zawsze na ni&#261; krzycza&#322;a, co&#347;, co mama nazywa&#322;a czym&#347; bardzo brzydkim lub ma&#322;ym nieszcz&#281;&#347;ciem.

Brzydka Myszka bardzo brzydka Myszka  powtarza&#322;a mama surowo, gdy dziewczynce przytrafia&#322;y si&#281; ma&#322;e nieszcz&#281;&#347;cia, a zw&#322;aszcza wtedy, gdy dzia&#322;o si&#281; to na oczach obcych. A tata by&#322; obcym bliskim.

Gwa&#322;townie przesta&#322;a ta&#324;czy&#263;, ze strachu straci&#322;a oddech, a potem zacz&#281;&#322;a krzycze&#263;. Krzycza&#322;a grubym, chrypliwym g&#322;osem, a jej krzyk przechodzi&#322; stopniowo w przera&#380;aj&#261;ce wycie. Wycie zwierz&#261;tka, kt&#243;re wpad&#322;o w sid&#322;a i ju&#380; wie, &#380;e nie ma ucieczki.

Zanim w poszukiwaniu ratunku przebieg&#322;a przez hol, do mamy, us&#322;ysza&#322;a, &#380;e drzwi gabinetu zamkn&#281;&#322;y si&#281; g&#322;o&#347;niej ni&#380; zwykle, jakby kto&#347; trzasn&#261;&#322; nimi z rozmachem.

Bo&#380;e, Myszka Znowu si&#281; rozebra&#322;a&#347;. I znowu TO zrobi&#322;a&#347;. A tak prosi&#322;am. Nie rozbieraj si&#281;, Myszka. Nigdy si&#281; nie rozbieraj, to tak brzydko  westchn&#281;&#322;a mama bezradnie i po&#347;piesznie zaprowadzi&#322;a j&#261; do &#322;azienki.

Myszka nie rozumia&#322;a, dlaczego rozbieranie si&#281; jest brzydkie. Brzydkie by&#322;o za&#322;atwianie si&#281; pod siebie, ale zdejmowanie ubrania? By&#322;a przekonana, &#380;e nie tylko ona jest bez niego &#322;adniejsza. &#321;adniejsza te&#380; by&#322;a mama, kt&#243;r&#261; ogl&#261;da&#322;a kiedy&#347; pod prysznicem (mama krzykn&#281;&#322;a wtedy gniewnie i nie wiadomo czemu zas&#322;oni&#322;a si&#281; r&#281;cznikiem). &#321;adniejszy by&#322; tata, gdy w rozwianym szlafroku przebiega&#322; przez hol z &#322;azienki do swego pokoju. &#321;adniejsze by&#322;y panie i panowie w telewizorze. Myszka lubi&#322;a ogl&#261;da&#263; ubrania, ale uwa&#380;a&#322;a, &#380;e ubrania powinny by&#263; osobno, a ludzie osobno. Ubrania by&#322;y do zabawy, mo&#380;na je by&#322;o mi&#261;&#263;, targa&#263;, drze&#263;. Wk&#322;adane na ludzi, co&#347; ludziom odbiera&#322;y.

Od tego niefortunnego dnia Myszka ju&#380; nie pr&#243;bowa&#322;a zata&#324;czy&#263; dla taty. A taniec nie zawsze dawa&#322; jej rado&#347;&#263;. Z polecenia lekarza mama zapisa&#322;a Myszk&#281; na gimnastyk&#281; specjaln&#261;, kt&#243;r&#261; tak&#380;e natychmiast znienawidzi&#322;a. To nie by&#322;a gimnastyka, kt&#243;r&#261; dziewczynka czasem widzia&#322;a w telewizji: panie w kusych strojach macha&#322;y nogami, bardziej ta&#324;cz&#261;c ni&#380; &#263;wicz&#261;c, w rytm weso&#322;ej muzyki. Myszka przed telewizorem te&#380; pr&#243;bowa&#322;a klaska&#263; jak one i wyrzuca&#263; rytmicznie nogi i r&#281;ce, cho&#263; wiedzia&#322;a, &#380;e tak pi&#281;knie jej si&#281; nie uda. Ale to by&#322;o zabawne.

Na sali gimnastycznej, dok&#261;d mama zaprowadzi&#322;a Myszk&#281;, nie by&#322;o zabawnie. S&#322;ycha&#263; by&#322;o g&#322;o&#347;ne, m&#281;cz&#261;ce sapania innych dzieci. I nie tylko dzieci. Byli tu te&#380; doro&#347;li, r&#243;wnie oci&#281;&#380;ali jak ona, nie umiej&#261;cy poradzi&#263; sobie z r&#243;wnoczesnym wymachem n&#243;g i r&#261;k. Widok doros&#322;ych przerazi&#322; Myszk&#281;. Do tej pory wierzy&#322;a, &#380;e je&#347;li teraz ta&#324;czy jedynie w &#347;rodku, to gdy doro&#347;nie, b&#281;dzie ta&#324;czy&#263; naprawd&#281;.

Jak b&#281;d&#281; du&#380;a, to zata&#324;cz&#281;?  pyta&#322;a mamy, ale z jej ust s&#322;ycha&#263; by&#322;o tylko sylab&#281; taaaaa, a widok innych du&#380;ych, kt&#243;rzy nie umieli ta&#324;czy&#263;, przyprawia&#322; j&#261; o l&#281;k. Ale mama gorliwie kiwa&#322;a g&#322;ow&#261;, gdy Myszka, sapi&#261;c, usi&#322;owa&#322;a podskoczy&#263; do rytmu. Kto&#347; mam&#281; nauczy&#322;, &#380;eby zawsze kiwa&#322;a g&#322;ow&#261;, nawet wtedy, gdy Myszka wiedzia&#322;a, &#380;e to co robi, robi &#378;le. Mama k&#322;amie, pomy&#347;la&#322;a po raz pierwszy w &#380;yciu.

Ju&#380; zawsze b&#281;d&#281; ci&#281;&#380;ka, m&#243;wi&#322;a sobie i marzy&#322;a o chwili, w kt&#243;rej mog&#322;aby sta&#263; si&#281; tak lekka jak dziewczynka z s&#261;siedniego domu, kt&#243;r&#261; widywa&#322;a je&#380;d&#380;&#261;c&#261; na rowerze, na desce, na &#322;y&#380;worolkach. Ta dziewczynka by&#322;a jak motyl, kt&#243;rego Myszka rozgniot&#322;a niechc&#261;cy na szybie. Motyl, fruwaj&#261;c, mieni&#322; si&#281; t&#281;czowo, ta&#324;czy&#322; w powietrzu, trzepota&#322; skrzyde&#322;kami i by&#322; tak &#347;liczny, &#380;e Myszka zapragn&#281;&#322;a go pog&#322;aska&#263;. Ale gdy zbli&#380;y&#322;a do niego grub&#261; i niezgrabn&#261; r&#261;czk&#281;, owad zamieni&#322; si&#281; w bezkszta&#322;tn&#261; kleist&#261; mas&#281;. Myszka rozp&#322;aka&#322;a si&#281; bezradnie.

Jestem podobna do TEGO, pomy&#347;la&#322;a instynktownie, patrz&#261;c na zgniecionego motyla.

Wi&#281;c wcale nie nale&#380;a&#322;o dziwi&#263; si&#281; tacie, &#380;e na jej widok przy&#347;piesza&#322; kroku. Raczej dziwi&#322;o, &#380;e niekiedy sta&#322; schowany za kwietnikiem i na ni&#261; patrzy&#322;. I robi&#322; to nadal, nawet po tamtej strasznej chwili, w kt&#243;rej Myszka dla niego zata&#324;czy&#322;a. Dziewczynka ba&#322;a si&#281;, &#380;e j&#261; obserwuje, bo chce sprawdzi&#263;, ile ona umie zrobi&#263; takich brzydkich rzeczy. I domy&#347;la&#322;a si&#281;, &#380;e on lubi tylko rzeczy &#322;adne.

Mama s&#322;usznie odgad&#322;a, &#380;e tata przypomina&#322; Myszce pana z reklamy, kt&#243;r&#261; ogl&#261;da&#322;a w telewizorze. Pan by&#322; g&#322;adki, elegancki, mia&#322; bia&#322;e z&#281;by jak u wilka, ulizane w&#322;osy, bieg&#322; przez ekran z telefonem w r&#281;ce. Myszka nic nie rozumia&#322;a z tego, co pan m&#243;wi&#322; do widz&#243;w sprzed ekranu, bo m&#243;wi&#322; szybko, z zadowoleniem i pewno&#347;ci&#261; siebie. I gdzie&#347; szalenie si&#281; &#347;pieszy&#322;. Jak tata. Myszka przypuszcza&#322;a, &#380;e tam, gdzie on biegnie, jest ten &#347;wiat, o kt&#243;rym mama m&#243;wi: gro&#378;ne miejsce, bardzo gro&#378;ne miejsce. &#346;wiat spoza ich ulicy. Ba, spoza ich p&#322;otu. &#346;wiat pe&#322;en telefon&#243;w, ubra&#324;, aut, komputer&#243;w, pa&#324; i pan&#243;w r&#243;wnie &#322;adnych jak tata.

Myszka marzy&#322;a, &#380;e pewnego dnia zobaczy, jak pan z telewizora zatrzymuje si&#281;, odk&#322;ada czarny telefon i nachyla si&#281; ku czemu&#347; niewidocznemu, co tkwi skulone w rogu ekranu. A tym czym&#347; jest ona. I pan z telewizora m&#243;wi g&#322;osem taty:

Myszka, moje kochanie, jak dobrze ci? widzie&#263; Poka&#380; mi, jak ta&#324;czysz

A ona rozbiera si&#281; i ta&#324;czy, leciutko, zwinnie, i nie przydarza si&#281; jej &#380;adne ma&#322;e nieszcz&#281;&#347;cie.

Nast&#281;pnej nocy fruwa&#322;a we &#347;nie, wi&#281;c ju&#380; przy &#347;niadaniu przypomnia&#322;a sobie, &#380;e musi i&#347;&#263; na strych, i &#380;eby o tym nie zapomnie&#263;, zaznaczy&#322;a krzy&#380;yk na drzwiach kryj&#261;cych strome schodki. Ale zapomnia&#322;a r&#243;wnie szybko, jak szybko nabazgra&#322;a ten znaczek, i w&#322;a&#347;ciwie to mama spyta&#322;a po obiedzie:

Nie chcesz si&#281; pobawi&#263; na strychu?

Ceeee!  ucieszy&#322;a si&#281; Myszka, a mama westchn&#281;&#322;a z ulg&#261;.

Ewa nie chcia&#322;a pozbywa&#263; si&#281; Myszki, chcia&#322;a tylko oderwa&#263; si&#281; od rzeczywisto&#347;ci, szybuj&#261;c w cudze uniesienia mi&#322;osne, w cudze &#347;wiaty pe&#322;ne szcz&#281;&#347;cia, w czyje&#347; dobrze u&#322;o&#380;one &#380;ycie. Powa&#380;nej literatury Ewa ju&#380; nie by&#322;a w stanie czyta&#263;. Na jej kartkach chodzili smutni ludzie, z problemami r&#243;wnie wielkimi jak jej w&#322;asny. Wola&#322;a &#347;wiat wykreowany przez lekkie czytad&#322;a, &#347;wiat bez ostrych kant&#243;w i bolesnych kolc&#243;w.



*


Myszka, wspinaj&#261;c si&#281; na strych, by&#322;a szcz&#281;&#347;liwa. Z ka&#380;dym krokiem zbli&#380;a&#322;a si&#281; do rozleg&#322;ej, niczym nie ograniczonej przestrzeni, kt&#243;ra wy&#322;ania&#322;a si&#281; przed ni&#261;, ledwie zamkn&#281;&#322;a za sob&#261; drzwi. Wkracza&#322;a w bezpieczny, cichy mrok, o r&#243;&#380;nej g&#281;sto&#347;ci i barwie.

Myszka nie wiedzia&#322;a, dlaczego przestrze&#324; na strychu nie ma pocz&#261;tku i ko&#324;ca i jakim cudem tak si&#281; dzieje, skoro po zapaleniu &#380;ar&#243;wki strych stawa&#322; si&#281; pomieszczeniem zamkni&#281;tym od &#347;ciany do &#347;ciany, od skosu do skosu, a w&#261;sk&#261;, woln&#261; &#263;wiartk&#281; pod&#322;ogi wyznacza&#322;y stare meble nieznanej babci. Jednak to wszystko znika&#322;o, gdy rozsuwa&#322;y si&#281; kolejne zas&#322;ony szaro&#347;ci i czerni z mi&#281;kkiego, widoczno-niewidocznego splotu, utkanego  jak s&#261;dzi&#322;a Myszka  z py&#322;u wiruj&#261;cego w &#347;wietle lampy. Py&#322; mia&#322; r&#243;&#380;n&#261; g&#281;sto&#347;&#263; i ta g&#281;sto&#347;&#263; nadawa&#322;a barw&#281; zas&#322;onom. Podniecona Myszka usilnie wypatrywa&#322;a najdalszej kurtyny, tej czarnej jak sadza, poza kt&#243;r&#261; rozci&#261;ga&#322;y si&#281; niewyobra&#380;alne przestrzenie.

Myszka instynktownie czu&#322;a, &#380;e ta przestrze&#324;, cho&#263; rozwiera si&#281; tylko dla niej, istnieje r&#243;wnie&#380; bez niej, a kto&#347;  ten niewidoczny On  wci&#261;&#380; co&#347; w niej stwarza. B&#322;&#261;dzi i myli si&#281;, poprawia to, co stworzy&#322;, a to co&#347; czasem ulatuje daleko, ust&#281;puj&#261;c miejsca nowej, poddaj&#261;cej si&#281; Jego woli pustce, z kt&#243;rej wy&#322;aniaj&#261; si&#281; kolejne stwarzane &#347;wiaty. Myszka ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e TO trwa bez ko&#324;ca. I nie ma pocz&#261;tku. Nigdy nie mia&#322;o.

tym razem woda by&#322;a szarozielona i jej fale rozbija&#322;y si&#281; o ja&#322;ow&#261; ziemi&#281;, kt&#243;ra wy&#322;oni&#322;a si&#281; spoza kurtyn mroku. Ziemia by&#322;a bura, naga i bezbronna w tej nago&#347;ci. I w&#322;a&#347;nie w&#243;wczas, gdy Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e nie chce na ni&#261; patrzy&#263;, &#380;e woli o&#347;wietlony zwyk&#322;&#261; &#380;ar&#243;wk&#261; strych, us&#322;ysza&#322;a g&#322;&#281;bokie westchnienie ziemi i ujrza&#322;a, &#380;e jej br&#261;zowe grudy, mniejsze i wi&#281;ksze, poruszaj&#261; si&#281;, przemieszczaj&#261;, spo&#347;r&#243;d nich za&#347; co&#347; si&#281; wy&#322;ania z cichym, &#347;piewnym szelestem. By&#322;o to co&#347; niezwykle dziwnego: czerwone i tak jaskrawe, &#380;e a&#380; bola&#322;y oczy. Wychyla&#322;o si&#281; z ziemi coraz szybciej i wy&#380;ej; ju&#380; mia&#322;o wysoko&#347;&#263; palca, potem dwu, wreszcie co najmniej dw&#243;ch d&#322;oni Myszki po&#322;o&#380;onych jedna na drugiej. By&#322;o mi&#281;kkie, puszyste i dziwnie znajome, cho&#263; obce. Ziemia ju&#380; nie by&#322;a naga i bezbronna, lecz przykryta tym niezwyk&#322;ym czerwonym futerkiem. Myszka bez skutku usi&#322;owa&#322;a dociec, co to jest, a wtedy zn&#243;w us&#322;ysza&#322;a &#243;w pot&#281;&#380;ny, a zarazem pow&#261;tpiewaj&#261;cy G&#322;os, kt&#243;ry m&#243;wi&#322; tak, jakby pyta&#322;. Myszka wiedzia&#322;a, &#380;e nie j&#261; pyta, lecz samego siebie.

TO JEST DOBRE

I w&#322;a&#347;nie wtedy, gdy us&#322;ysza&#322;a w tym G&#322;osie pe&#322;ne bezradno&#347;ci wahanie, poj&#281;&#322;a, co ma przed oczami:

To trawa!

Czerwona trawa k&#322;ad&#322;a si&#281; tymczasem na ziemi g&#322;askana podmuchem niewidocznego wietrzyku, falowa&#322;a i wci&#261;&#380; ros&#322;a, ros&#322;a, ros&#322;a

TO JEST DOBRE  oznajmi&#322; niepewnie G&#322;os i jego brzmienie wyda&#322;o si&#281; Myszce tak samotne, tak bardzo skazane na brak jakiegokolwiek odzewu, &#380;e krzykn&#281;&#322;a z ca&#322;ej mocy (cho&#263; tylko wewn&#261;trz siebie, gdy&#380; ba&#322;a si&#281;, &#380;e kto&#347; na dole j&#261; us&#322;yszy):

Nie! Nie! To nie jest dobre! Trawa nie mo&#380;e by&#263; czerwona! Czerwie&#324; jest dla krwi, nie dla trawy!

I nagle czerwona trawa powstrzyma&#322;a sw&#243;j p&#322;ynny wzrost; przesta&#322;a falowa&#263; i znieruchomia&#322;a, a jej cieniutkie &#322;ody&#380;ki przypomina&#322;y teraz antenki z plastiku, nie ro&#347;liny. I nagle zacz&#281;&#322;a zmienia&#263; kolor. Najpierw zrobi&#322;a si&#281; fioletowa, w najbardziej agresywnym, g&#322;&#281;bokim odcieniu tej barwy, kt&#243;rej Myszka szczerze nie lubi&#322;a, gdy&#380; wydawa&#322;a si&#281; jej smutna.

Oooch  powiedzia&#322;a zmartwiona.  Prosz&#281; ci&#281;, nie r&#243;b fioletowej trawy.

TO JEST DOBRE  zawaha&#322; si&#281; hucz&#261;cy G&#322;os, by nagle urwa&#263; i westchn&#261;&#263; tak g&#322;&#281;boko, &#380;e fioletowa trawa zata&#324;czy&#322;a gwa&#322;townie na wietrze.

l znowu morze trawy zacz&#281;&#322;o zmienia&#263; kolor. Wygl&#261;da&#322;o to tak, jakby kto&#347; ogromnym p&#281;dzlem k&#322;ad&#322; na mi&#281;kkim fioletowym dywanie rozleg&#322;e zielone, soczyste plamy. Myszka odetchn&#281;&#322;a z ulg&#261;. A gdy ca&#322;y fiolet znikn&#261;&#322;, przykryty nowym kolorem, kt&#243;ry tak dobrze zna&#322;y oczy Myszki  wtedy po raz trzeci odezwa&#322; si&#281; grzmi&#261;cy G&#322;os:

TO JEST DOBRE.

Tym razem dziewczynka nie us&#322;ysza&#322;a w nim &#380;adnego wahania i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; zadowolona.

To jest dobre  przyzna&#322;a z przekonaniem.

Trawa zn&#243;w zacz&#281;&#322;a falowa&#263; na wietrze, o kt&#243;rym Myszka ju&#380; wiedzia&#322;a, czym jest naprawd&#281;: Jego oddechem. Westchn&#281;&#322;a r&#243;wnie&#380; i za&#347;mia&#322;a si&#281; rado&#347;nie, gdy trawa zata&#324;czy&#322;a, pos&#322;uszna ruchowi powietrza.



*


Ewa od&#322;o&#380;y&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;. Adama, jak zwykle, nie by&#322;o w domu. Radio milcza&#322;o; ekran telewizora zastyg&#322; w matowej oboj&#281;tno&#347;ci. &#379;aden d&#378;wi&#281;k nie dochodzi&#322; z g&#322;&#281;bi domu ani spoza uchylonych okien. Wok&#243;&#322; zamilk&#322;y wszystkie odg&#322;osy &#380;ycia, jakby zamar&#322;o na pewien czas; jakby ludzie u&#322;o&#380;yli si&#281; do drzemki lub wszyscy, w ciszy, tak jak ona, czytali ksi&#261;&#380;ki.

Co za cisza mo&#380;na by us&#322;ysze&#263;, jak trawa ro&#347;nie, pomy&#347;la&#322;a i nagle, pod wp&#322;ywem tej my&#347;li, us&#322;ysza&#322;a dziwny d&#378;wi&#281;k. Trwa&#322; na pograniczu ciszy i szelestu. By&#322; &#322;agodniejszy ni&#380; natr&#281;tne brz&#281;czenie komar&#243;w, lecz g&#322;o&#347;niejszy od muszych skrzyde&#322;. Ten d&#378;wi&#281;k &#347;piewa&#322;, cho&#263; by&#322;a to melodia tak cicha, &#380;e ledwie s&#322;yszalna. A jednak Ewa us&#322;ysza&#322;a j&#261; na tle tej dziwnej, niemal dzwoni&#261;cej ciszy.

Od&#322;o&#380;y&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;, wsta&#322;a z kanapy i podesz&#322;a do okna, rozsuwaj&#261;c zas&#322;ony. Zapada&#322; zmierzch. Nigdzie nie by&#322;o wida&#263; &#347;wiate&#322;. Jeszcze nie zapali&#322;y si&#281; uliczne latarnie, a ludzie w domach wci&#261;&#380; oswajali wzrok z szaro&#347;ci&#261; nadchodz&#261;cego wieczoru, nie p&#322;osz&#261;c go jaskrawym &#347;wiat&#322;em &#380;ar&#243;wek. Ewa westchn&#281;&#322;a i ju&#380;, ju&#380; mia&#322;a zasun&#261;&#263; zas&#322;ony, gdy jej wzrok pad&#322; na trawnik. Trzy dni temu rozsypa&#322;a nasiona trawy, maj&#261;c nadziej&#281;, &#380;e same znajd&#261; sobie miejsce w ziemi. Znalaz&#322;y. Teraz wyrasta&#322; z niej soczysty, ciemnozielony w szarzy&#378;nie zmierzchu, puszysty kobierzec.

Widz&#281; i s&#322;ysz&#281;, jak trawa ro&#347;nie!, zdziwi&#322;a si&#281; Ewa, ale zdziwienie ust&#261;pi&#322;o ciekawo&#347;ci, a ciekawo&#347;&#263; zrozumieniu. Skoro grzyby potrafi&#261; wyrosn&#261;&#263; w jedn&#261; noc, czemu z traw&#261; nie mia&#322;oby by&#263; podobnie? Mo&#380;e trawa, tak jak grzyby, ro&#347;nie wtedy, gdy ludzie nie patrz&#261;? I mo&#380;e nie wie, &#380;e ona w&#322;a&#347;nie patrzy i widzi ten powolny, delikatny ruch, s&#322;yszy towarzysz&#261;cy mu &#347;piewny szelest?

Nagle zapragn&#281;&#322;a pochodzi&#263; po tej &#347;wie&#380;ej, g&#281;stniej&#261;cej, zielonej murawie. Zdj&#281;&#322;a buty, wysz&#322;a z domu i pobieg&#322;a bosymi stopami przez trawnik. By&#322; mi&#281;kki i &#380;ywy jak futro kota i pachnia&#322; czym&#347; niepodobnym do niczego.

Pachnie traw&#261;, g&#322;upia, pouczy&#322;a si&#281; w my&#347;lach.

Sama nie wiedz&#261;c, kiedy i dlaczego, po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; na zielonym kobiercu, rozrzucaj&#261;c szeroko ramiona. Ziemia by&#322;a ciep&#322;a i bezpieczna. Ewa nagle poczu&#322;a si&#281; szcz&#281;&#347;liwa.

Nie jestem sama. Mam Myszk&#281;. A przecie&#380; s&#261; ludzie samotni, nieszcz&#281;&#347;liwi, kt&#243;rych nikt nie kocha i oni nikogo nie kochaj&#261;. Mnie kocha Myszka, a ja kocham j&#261;. O ile&#380; lepiej j&#261; mie&#263;, ni&#380; nie mie&#263; niczego, my&#347;la&#322;a, le&#380;&#261;c na trawie i patrz&#261;c w niebo. By&#322;o zachmurzone i pozbawione gwiazd. A jednak &#322;agodne w swej go&#322;&#281;biej szaro&#347;ci.

Po chwili us&#322;ysza&#322;a cich&#261;, owadzi&#261; muzyk&#281;. Da&#322;aby g&#322;ow&#281;, &#380;e owady pojawi&#322;y si&#281; nagle. Ale teraz fruwa&#322;y. By&#322;o ich mn&#243;stwo, wsz&#281;dzie, i Ewa rozr&#243;&#380;ni&#322;a w&#347;r&#243;d nich zar&#243;wno dzienne motyle, jak i nocne &#263;my, z&#322;ote pszczo&#322;y, br&#261;zowe trzmiele, i wreszcie pospolite muchy i komary.

Jaki &#347;wiat jest bogaty i pi&#281;kny. Jakie to dobre, pomy&#347;la&#322;a.

Le&#380;a&#322;a tak, poza czasem, nie wiedz&#261;c, ile go up&#322;yn&#281;&#322;o. Wreszcie wsta&#322;a, otrzepa&#322;a sukni&#281; i wesz&#322;a do domu.

Bo&#380;e, Myszka wci&#261;&#380; tkwi na strychu. Musz&#281; j&#261; zawo&#322;a&#263;, uprzytomni&#322;a sobie i jej g&#322;os rozbi&#322; &#322;agodn&#261; cisz&#281; zapadaj&#261;cego zmierzchu. A gdy zasuwa&#322;a zas&#322;ony, ze zdziwieniem ujrza&#322;a, &#380;e nagle, w tej samej chwili, wsz&#281;dzie wok&#243;&#322; zapali&#322;y si&#281; &#347;wiat&#322;a. Jakby czas, wtedy gdy le&#380;a&#322;a na trawie, zatrzyma&#322; si&#281;, aby teraz zn&#243;w ruszy&#263; nadanym przez ludzi rytmem. Latarnie uliczne rozb&#322;ysn&#281;&#322;y ch&#322;odnym, zielonkawym blaskiem; w oknach dom&#243;w zap&#322;on&#281;&#322;y ciep&#322;o &#380;ar&#243;wki; rozjarzy&#322;a si&#281; ogrodowa lampa na trawniku.

Rzeczywi&#347;cie, trawa uros&#322;a, stwierdzi&#322;a w my&#347;lach, zerkaj&#261;c na trawnik jeszcze raz. Ro&#347;nie wtedy, gdy nikt na ni&#261; nie patrzy, a &#380;e nie wiedzia&#322;a, i&#380; patrz&#281;, wi&#281;c sobie ros&#322;a, pomy&#347;la&#322;a odrobin&#281; bez sensu i ruszy&#322;a do kuchni, by przygotowa&#263; kolacj&#281; dla siebie i c&#243;rki.

Myszka nie zdziwi&#322;a si&#281;, gdy w&#347;r&#243;d trawy nagle pojawi&#322;y si&#281; kwiaty. Potem ziemia ci&#281;&#380;ko westchn&#281;&#322;a, j&#281;&#322;a obraca&#263; swoje cielsko na wszystkie strony, jak pot&#281;&#380;ne zwierz&#281;. I wtedy z jej wn&#281;trza zacz&#281;&#322;y powoli wyrasta&#263; drzewa. Z trzaskiem wy&#322;ania&#322;y si&#281; grube pnie i roz&#322;o&#380;yste ga&#322;&#281;zie, tworz&#261;c fantazyjne korony. By&#322;y coraz wi&#281;ksze. Ogromne. Ich kszta&#322;ty odcina&#322;y si&#281; ciemn&#261;, zdecydowan&#261; kresk&#261; od b&#322;&#281;kitu nieba, przypominaj&#261;c Myszce obrazek z ksi&#261;&#380;ki, kt&#243;r&#261; pokazywa&#322;a jej mama.

Ku zdumieniu Myszki niekt&#243;re z tych drzew-nie-drzew by&#322;y gigantycznymi kwiatami, z grub&#261; &#322;odyg&#261; przypominaj&#261;c&#261; pie&#324; d&#281;bu i z koron&#261; rozleg&#322;&#261; jak baldachim.

On znowu si&#281; pomyli&#322;, wystraszy&#322;a si&#281;. Trzeba Go powiadomi&#263;

Nagle zrozumia&#322;a, &#380;e gdy On b&#322;&#261;dzi, tylko od niej mo&#380;e si&#281; o tym dowiedzie&#263;. I przerazi&#322;a si&#281;, jak ma&#322;o wie, i tego, czy jej wiedza jest prawdziwa.

Myyyszka! Kolacja!  us&#322;ysza&#322;a krzyk mamy z do&#322;u i wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;. G&#322;os mamy dolatywa&#322; z oddali, st&#322;umiony, cichy, odbija&#322; si&#281; od przestrzeni, kt&#243;ra rozwiera&#322;a si&#281; przed ni&#261;, i znowu wraca&#322; na d&#243;&#322;.

Odejd&#281; i On zostawi drzewokwiaty Co robi&#263;?, my&#347;la&#322;a przera&#380;ona, a jej my&#347;li niespostrze&#380;enie przy&#347;pieszy&#322;y w por&#243;wnaniu do tempa, w jakim bieg&#322;y na dole.

TO JEST DOBRE  zagrzmia&#322; Jego G&#322;os, a Myszka zrozumia&#322;a, &#380;e ma ostatni&#261; szans&#281;.

Neeeeee!  rozleg&#322; si&#281; jej krzyk, nios&#261;c si&#281; echem po niesko&#324;czonej przestrzeni wody, ziemi, nieba, i obijaj&#261;c si&#281; o &#347;ciany strychu.

Zaraz przyjdzie mama, przerazi&#322;a si&#281; i szybko, nie czekaj&#261;c, a&#380; zas&#322;ony wr&#243;c&#261; na swoje miejsce, za&#347;wieci&#322;a &#347;wiat&#322;o.

Wszystko znik&#322;o i przed oczami dziewczynki rozwar&#322; si&#281; zwyk&#322;y, spokojny w tej zwyk&#322;o&#347;ci strych. A na schodach ju&#380; s&#322;ycha&#263; by&#322;o po&#347;pieszny tupot krok&#243;w.

Dziewczynka zrozumia&#322;a, &#380;e nie b&#281;dzie &#347;wiadkiem wszystkiego, bo gdy zejdzie na d&#243;&#322;, to On i tak b&#281;dzie nadal stwarza&#322; i stwarza&#322;, gdy&#380; stwarza bez przerwy i wci&#261;&#380; na nowo.

To jest dobre, ale popraw drzewokwiaty, szepn&#281;&#322;a Mu na po&#380;egnanie, nie martwi&#261;c si&#281; tym, &#380;e wok&#243;&#322; niej by&#322; ju&#380; tylko strych, a w drzwiach pojawi&#322;a si&#281; sylwetka wystraszonej mamy. On musia&#322; by&#263; wsz&#281;dzie, wi&#281;c pewnie tak&#380;e tu. By&#263; mo&#380;e stwarza&#322; w&#322;a&#347;nie kufer babci, malachitowe s&#322;onie mamy i ksi&#281;g&#281; o Kopciuszku.

Myszka ale&#347; mnie wystraszy&#322;a Czemu krzycza&#322;a&#347;?  spyta&#322;a mama.

Neeee!  zawo&#322;a&#322;a Myszka jeszcze raz, &#380;eby pokaza&#263;, &#380;e krzyczy ot tak, bez powodu, cho&#263; naprawd&#281; wierzy&#322;a, &#380;e On us&#322;yszy i zapami&#281;ta: drzewokwiaty trzeba poprawi&#263;.

I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r, dzie&#324; trzeci.



Dzie&#324; czwarty: &#347;wiat&#322;a

Ewa myli&#322;a si&#281;, s&#261;dz&#261;c, &#380;e Adam, zamkni&#281;ty w gabinecie, pracuje zawzi&#281;cie, uciekaj&#261;c w pracoholizm od problem&#243;w. Adam czyta&#322;. I ogl&#261;da&#322;. Czyta&#322; prawie te same ksi&#261;&#380;ki co ona  opas&#322;e medyczne dzie&#322;a o dzieciach z zespo&#322;em Downa, ale poszerza&#322; zakres lektur o ksi&#261;&#380;ki o niemowl&#281;tach z pora&#380;eniem m&#243;zgowym, z wrodzon&#261; &#322;amliwo&#347;ci&#261; ko&#347;ci, z zanikiem mi&#281;&#347;ni; czyta&#322; o matkach, kt&#243;re za&#380;ywa&#322;y thalidomid, wi&#281;c urodzi&#322;y kalekie dzieci  bez r&#261;k, bez n&#243;g, albo w og&#243;le bez cz&#322;onk&#243;w; pogr&#261;&#380;a&#322; si&#281; w lekturze o dzieciach z garbem, z wodog&#322;owiem, z niedorozwojem ko&#324;czyn dolnych, w wyniku czego wygl&#261;da&#322;y jak kar&#322;y z ogromnymi g&#322;owami. Poznawa&#322; nie ko&#324;cz&#261;ce si&#281; przyk&#322;ady mo&#380;liwych chor&#243;b i wynaturze&#324;, jakie mog&#322;y dotkn&#261;&#263; ludzki embrion, ten cudowny wynik po&#322;&#261;czenia si&#281; jajeczka z plemnikiem, kt&#243;re teoretycznie powinno powo&#322;a&#263; do &#380;ycia doskona&#322;&#261; ludzk&#261; istot&#281;. A jednak istota ta wygl&#261;da&#322;a czasem jak poczwarka. Adam ogl&#261;da&#322; w skupieniu w medycznych ksi&#261;&#380;kach ilustracje z u&#322;omnymi dzie&#263;mi, patrzy&#322; na nie z zach&#322;ann&#261; ciekawo&#347;ci&#261;, jakby chcia&#322; przenikn&#261;&#263; przez ich zdeformowane cia&#322;a i m&#243;zgi i dotrze&#263; do &#347;rodka. Chcia&#322; si&#281; upewni&#263;, &#380;e takie istoty powinny znikn&#261;&#263; z powierzchni ziemi; &#380;e ich wn&#281;trze jest r&#243;wnie kalekie.

Adam, oboj&#281;tny religijnie, czyta&#322; zdumiewaj&#261;ce i niepoj&#281;te zdanie Jana Paw&#322;a II:,,w osobie upo&#347;ledzonej odbija si&#281; moc i wielko&#347;&#263; Boga, a czytaj&#261;c, g&#322;o&#347;no, po wielokro&#263;, wci&#261;&#380; na nowo, nie umia&#322; tego zrozumie&#263;.

Poznawa&#322; nazwy, jakie doro&#347;li nadawali tym dzieciom: muminki, dzieci czuj&#261;ce inaczej, sprawne inaczej, i z&#322;o&#347;ci&#322;y go te pr&#243;by omijania prawdy. Nawet okre&#347;lenie niepe&#322;nosprawne nie oddawa&#322;o wszystkiego. Zdaniem Adama one w og&#243;le nie by&#322;y sprawne.

Dar Pana  ta nazwa dla Adama, dociekliwego, cho&#263; ma&#322;o uczuciowego, by&#322;a dziwna, ale najbli&#380;sza prawdy. Bo dar to prezent, kt&#243;ry otrzymuje si&#281; od kogo&#347; szczelnie zapakowany, z nieznan&#261; zawarto&#347;ci&#261;. Zawarto&#347;&#263; stanowi tajemnic&#281;  i niespodziank&#281;. Niespodzianki niekoniecznie s&#261; mi&#322;e.

Myszka by&#322;a dla niego tak&#261; tajemnic&#261; i zarazem niespodziank&#261;, kt&#243;ra zburzy&#322;a jego dotychczasowe, znakomicie zaplanowane &#380;ycie. Nie chcian&#261; niespodziank&#261;.

Adam tkwi&#322; samotnie za zamkni&#281;tymi drzwiami gabinetu i codziennie my&#347;la&#322; o c&#243;rce. I nie umia&#322; nic z tymi my&#347;lami zrobi&#263;. Nie wiedzia&#322;, co z nimi zrobi&#263;.

Pewnego razu nagle sobie przypomnia&#322; letni dzie&#324; w odleg&#322;ej mazurskiej wiosce, gdzie biwakowali z Ew&#261; jako studenci, przyp&#322;yn&#261;wszy &#380;agl&#243;wk&#261;. Wybrali ten brzeg przypadkowo, a le&#380;&#261;ca nad nim wioska by&#322;a tak ma&#322;a, &#380;e nie oznaczono jej na mapach. Pogodni, mili ludzie mieszkaj&#261;cy najbli&#380;ej jeziora za par&#281; groszy sprzedawali im mleko, jajka, owoce. Gospodyni, &#322;agodna i u&#347;miechni&#281;ta, cz&#281;stowa&#322;a ich ciastem, kt&#243;re upiek&#322;a na niedziel&#281;.

Patrz, jacy &#380;yczliwi, otwarci i serdeczni dla obcych, a co dopiero dla siebie  powiedzia&#322; do Ewy.  Pomy&#347;l, jak pokr&#281;ceni wobec nich s&#261; ludzie z miasta.

Taaaaak, bo oni maj&#261; w&#322;a&#347;ciw&#261; hierarchi&#281; warto&#347;ci, pierwotn&#261; i prawdziw&#261;, nie zm&#261;con&#261; straszn&#261; cywilizacj&#261;  odpar&#322;a uczenie Ewa.

Oboje z Adamem byli wtedy przem&#261;drzali, typowi studenci. Lubili rozmawia&#263; o sprawach, o jakich p&#243;&#378;niej, gdy rozpocz&#281;li zawodowe kariery, nie chcia&#322;o im si&#281; nawet my&#347;le&#263;. Ale wtedy ta s&#322;oneczna sielsko&#347;&#263; mazurskiej wsi i uderzaj&#261;ca serdeczno&#347;&#263; tutejszych ludzi wydawa&#322;y im si&#281; ostoj&#261; w chaotycznym biegu &#347;wiata ku niewiadomym celom.

Pewnego dnia, gdy obudzili si&#281; rano i ruszyli &#347;cie&#380;k&#261; ku domom, wyczuli, &#380;e przez wie&#347; przebiega jakie&#347; niezdrowe, podniecone wrzenie. Wyczuli je od razu, ledwie zbli&#380;yli si&#281; do domu, w kt&#243;rym podejmowano ich tak &#380;yczliwie.

Wok&#243;&#322; drewnianego p&#322;otu sta&#322; t&#322;umek s&#261;siad&#243;w. Przed domem w&#243;z policyjny. Jacy&#347; obcy ludzie, kobieta i m&#281;&#380;czyzna, najwyra&#378;niej przybysze z miasta, kr&#281;cili si&#281; po podw&#243;rku w asy&#347;cie policjant&#243;w. Ich dot&#261;d u&#347;miechni&#281;ta, &#322;agodna gospodyni sta&#322;a ko&#322;o stajni z ponurym, zdesperowanym wyrazem twarzy. Spojrza&#322;a na nich wrogo i bez s&#322;owa. Gospodarz w og&#243;le nie spojrza&#322;. Jego wzrok w&#281;drowa&#322; z nienawi&#347;ci&#261; po s&#261;siadach stoj&#261;cych za p&#322;otem, po przybyszach, kt&#243;rzy kr&#281;cili si&#281; od stajni do drzwi domu i z powrotem, jakby nie wiedz&#261;c, co zrobi&#263;.

Co si&#281; sta&#322;o?  spyta&#322; Adam, ale nikt im niczego nie wyja&#347;ni&#322;.

Prosz&#281; powiedzie&#263;, co si&#281; sta&#322;o?  spyta&#322;a natarczywie Ewa, &#322;api&#261;c za r&#281;kaw kobiet&#281; z miasta.

Co si&#281; sta&#322;o  powt&#243;rzy&#322;a ta mechanicznie i doda&#322;a ze z&#322;o&#347;ci&#261;.  Znajd&#378;cie lepiej co&#347; do ci&#281;cia metalu!

Adam wymin&#261;&#322; stoj&#261;c&#261; ko&#322;o stajni gospodyni&#281;, kt&#243;ra nie pr&#243;bowa&#322;a go zatrzymywa&#263;, i wszed&#322; do &#347;rodka. Jego wzrok z trudem oswaja&#322; si&#281; z mrokiem, kt&#243;ry tu panowa&#322;, a nozdrza wychwyci&#322;y smr&#243;d gnij&#261;cego nawozu i brudu. Pokwikiwaniu &#347;wi&#324;, st&#322;oczonych w ciasnej zagrodzie, i ci&#281;&#380;kiemu oddechowi kr&#243;w towarzyszy&#322; jeszcze jaki&#347; d&#378;wi&#281;k. Szuranie n&#243;g o przegni&#322;&#261; s&#322;om&#281;? Pisk myszy? Jedno i drugie? Szamotanina szczura, kt&#243;ry wpad&#322; w zastawion&#261; pu&#322;apk&#281;?

To tu  powiedzia&#322;a stoj&#261;ca za nim kobieta z miasta, wskazuj&#261;c r&#281;k&#261; najciemniejszy k&#261;t stajni.  Niech&#380;e pan co&#347; wymy&#347;li. Nie mamy no&#380;yc do ci&#281;cia metalu. Inspektor szuka, ale nie znalaz&#322; A z nimi pan si&#281; nie dogada. Milcz&#261;.

Adam spojrza&#322; w k&#261;t, kt&#243;ry wyznacza&#322; ruch jej r&#281;ki. W ciemno&#347;ci co&#347; si&#281; porusza&#322;o. Co&#347; niewiele wi&#281;kszego od psa. Co&#347; popiskuj&#261;cego jak szczur.

Jego wzrok powoli oswoi&#322; si&#281; z ciemno&#347;ci&#261;, a gdy post&#261;pi&#322; kilka krok&#243;w naprz&#243;d, zobaczy&#322;. Na ko&#324;cu &#322;a&#324;cucha przytwierdzonego do &#347;ciany uwi&#261;zane by&#322;o jakie&#347; nerwowo poruszaj&#261;ce si&#281; stworzenie. Kr&#261;&#380;y&#322;o dooko&#322;a, rozrzucaj&#261;c zgni&#322;&#261; s&#322;om&#281;, zataczaj&#261;c kr&#281;gi na odleg&#322;o&#347;&#263;, jak&#261; wyznacza&#322; okr&#281;cony wok&#243;&#322; szyi &#322;a&#324;cuch.

Co to?  szepn&#281;&#322;a Ewa, kt&#243;ra te&#380; za nim wesz&#322;a.  To niemo&#380;liwe nie niemo&#380;liwe

Uwi&#261;zane na &#322;a&#324;cuchu dziecko, na czworakach, miota&#322;o si&#281; wci&#261;&#380; we wszystkie strony, a potem, s&#322;ysz&#261;c ich g&#322;osy, unios&#322;o g&#322;ow&#281;. Spod sko&#322;tunionych w&#322;os&#243;w spojrza&#322;y du&#380;e niebieskie oczy. Usta wyda&#322;y kolejny, zwierz&#281;cy pisk. R&#281;ka odruchowo nabra&#322;a gar&#347;&#263; s&#322;omy i w&#322;o&#380;y&#322;a j&#261; do ust. Dziecko patrzy&#322;o na nich i popiskuj&#261;c, prze&#380;uwa&#322;o cuchn&#261;cy naw&#243;z. Dopiero teraz Adam ujrza&#322; t&#281; za du&#380;&#261; g&#322;ow&#281;, kiwaj&#261;c&#261; si&#281; na w&#261;t&#322;ej szyi. Za ma&#322;y w stosunku do g&#322;owy tu&#322;&#243;w; r&#281;ce i nogi przypominaj&#261;ce dwa wysychaj&#261;ce patyki. Strz&#281;py ubrania ledwie przykrywaj&#261;ce pozbawione cech ludzkich cia&#322;o, z wypuk&#322;ym garbem na szkieletowatych plecach. To nie by&#322; cz&#322;owiek, to by&#322;o monstrum. A jednak rozpoznali w tym czym&#347; dziecko.

Bo&#380;e, Bo&#380;e  szepta&#322;a Ewa, nie znajduj&#261;c innych s&#322;&#243;w.

Adam powoli wzi&#261;&#322; siekier&#281;, kt&#243;ra le&#380;a&#322;a w pobli&#380;u.

Pan oszala&#322;?  powiedzia&#322;a kobieta.  Nie siekier&#261;!

Nie s&#322;uchaj&#261;c jej, i nawet nie s&#322;ysz&#261;c, uderzy&#322; w &#347;cian&#281;, do kt&#243;rej przytwierdzony by&#322; &#322;a&#324;cuch. Spr&#243;chnia&#322;a deska odpad&#322;a na pod&#322;og&#281; razem z &#380;elaznym k&#243;&#322;kiem. Kobieta krzykn&#281;&#322;a. Potem zapad&#322;a cisza, w kt&#243;rej s&#322;ycha&#263; by&#322;o tylko ich szybkie oddechy i przera&#380;one kwilenie kaleki.

Towarzysz&#261;cy kobiecie m&#281;&#380;czyzna ni&#243;s&#322; to dziecko-niedziecko, owini&#281;te w koc, do policyjnego samochodu.

Kobieta bieg&#322;a za nim, trzymaj&#261;c &#322;a&#324;cuch, kt&#243;ry &#380;elazn&#261; obro&#380;&#261; otacza&#322; szyj&#281; stworzenia.

Mysi pisk wzm&#243;g&#322; si&#281;, potem zacz&#261;&#322; narasta&#263;. Dziecko, o&#347;lepione &#347;wiat&#322;em dnia i przera&#380;one jak zwierz&#281; schwytane w pu&#322;apk&#281;, zamkn&#281;&#322;o oczy przed nieznanym blaskiem dnia, i pisk przeszed&#322; w przejmuj&#261;ce wycie. Stoj&#261;cy wok&#243;&#322; s&#261;siedzi szemrali p&#243;&#322;g&#322;osem, a kobiety czyni&#322;y znak krzy&#380;a. Gospodyni, z kamiennym wyrazem twarzy, bez ruchu sta&#322;a przed stajni&#261;, w tej samej pozycji, w jakiej j&#261; zastali. Jej m&#261;&#380; sta&#322; obok i trzyma&#322; r&#281;k&#281; na jej ramieniu. Ich wrogie spojrzenia wwierca&#322;y si&#281; w s&#261;siad&#243;w, kt&#243;rzy cofn&#281;li si&#281;, a na widok odje&#380;d&#380;aj&#261;cego auta powoli i w milczeniu zacz&#281;li si&#281; rozchodzi&#263;.

To by&#322;o dziecko. Prawdziwe, &#380;ywe dziecko. Mia&#322;o chyba z sze&#347;&#263; lat  powiedzia&#322;a wstrz&#261;&#347;ni&#281;ta Ewa, gdy ju&#380; p&#322;yn&#281;li &#380;agl&#243;wk&#261;, daleko od tej wsi, jeszcze mokrzy od k&#261;pieli w jeziorze, jakby w jego wodzie chcieli zmy&#263; pami&#281;&#263; o tym, co prze&#380;yli.

Niedorozwini&#281;te dziecko  przytakn&#261;&#322; cicho Adam.

Dlaczego?  spyta&#322;a wtedy Ewa, a on nie odpowiedzia&#322;. Nie zna&#322; odpowiedzi. Dopiero teraz, po kilkunastu latach, ta odpowied&#378; przysz&#322;a do niego.

Obraz z wakacji przyp&#322;yn&#261;&#322; ponownie, po wielokro&#263; bardziej ponury i gro&#378;ny w obliczu w&#322;asnych do&#347;wiadcze&#324;. Odepchn&#261;&#322; go. Stworzenie,, kt&#243;re przed chwil&#261; wymin&#261;&#322; w holu, przebywa&#322;o przecie&#380; w komfortowym domu. A specjalny zak&#322;ad, do kt&#243;rego chcia&#322; je odda&#263;, nale&#380;a&#322; do wzorcowych. Sprawdzi&#322; to.

Wychodz&#261;c z domu, potkn&#261;&#322; si&#281; o skot&#322;owan&#261; traw&#281;, kt&#243;ra walczy&#322;a z brukow&#261; kostk&#261; podjazdu i zwyci&#281;&#380;a&#322;a. Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i przyjrza&#322; si&#281; fasadzie domu. Pomy&#347;la&#322; o tym, jaki ten dom mia&#322; by&#263; i jaki jest. Tak, pojawienie si&#281; Myszki odebra&#322;o mu nawet jego urod&#281;. Teraz ten dom po&#380;era&#322; chaos. Przez kr&#243;ciutki u&#322;amek chwili poczu&#322; jedno&#347;&#263; z tamt&#261; kobiet&#261; o kamiennej twarzy, stoj&#261;c&#261; nieruchomo ko&#322;o drzwi stajni. Potem odetchn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko i wyrzuci&#322; z pami&#281;ci zar&#243;wno tamten obraz, jak i tamte uczucia. Wszystkie uczucia.

Id&#261;c, zerkn&#261;&#322; na zaniedbany trawnik.

Nawet trawa ro&#347;nie tu szybciej ni&#380; gdzie indziej  pomy&#347;la&#322;. Rzeczywi&#347;cie, trawa by&#322;a wy&#380;sza i bujniejsza, jakby uros&#322;a przez jedn&#261; noc.

Przelotnie zastanowi&#322; si&#281;, dlaczego w&#322;a&#347;nie dzi&#347; przypomnia&#322;o mu si&#281; to wydarzenie sprzed lat.

Dlaczego dzi&#347;?, pomy&#347;la&#322; jeszcze raz, gdy dojecha&#322; do firmy.

Przez ca&#322;y dzie&#324; prze&#347;ladowa&#322;o go uczucie, &#380;e o czym&#347; zapomnia&#322;. Kilkakrotnie sprawdza&#322; w kalendarzu zapisane na ten dzie&#324; sprawy i um&#243;wione spotkania. Trzy razy pyta&#322; swoj&#261; asystentk&#281;, budz&#261;c jej zdziwienie, czy na pewno nie ma mu czego&#347; do przekazania. Gdy niepok&#243;j wzr&#243;s&#322; i zacz&#261;&#322; uwiera&#263; go za bardzo, by mo&#380;na go by&#322;o zlekcewa&#380;y&#263;, usiad&#322; za biurkiem, roz&#322;o&#380;y&#322; wszystkie kalendarze, organizery, palmtop, laptop, a nawet zajrza&#322; do notatnika w starym komputerze (w laptopie znajdowa&#322;y si&#281; ju&#380; tylko sprawy firmy, ale w starym komputerze pozwala&#322; sobie niegdy&#347; na osobiste notatki). I w&#322;a&#347;nie tam znalaz&#322; zagubion&#261; informacj&#281;.

Dok&#322;adnie osiem lat temu przysz&#322;a na &#347;wiat Myszka. Gdy wprowadza&#322; t&#281; dat&#281; do komputera  opatrzy&#322; j&#261; mn&#243;stwem wykrzyknik&#243;w, pe&#322;nych rado&#347;ci i nadziei. Z programu graficznego &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; czerwone serduszka, a wianuszkiem kwiatk&#243;w otoczy&#322; s&#322;owo: dziewczynka!

Zatem pisa&#322; to, gdy ju&#380; zobaczy&#322; na w&#322;asne oczy, &#380;e to nie syn, lecz c&#243;rka. A jednak rado&#347;&#263; wcale si&#281; nie zmniejszy&#322;a. Nie nale&#380;a&#322; do typowych ojc&#243;w, kt&#243;rych satysfakcjonuje tylko syn-nast&#281;pca. By&#322; na tyle otwarty, by wiedzie&#263;, &#380;e dziewczynka r&#243;wnie&#380; spe&#322;ni jego ambicje.

ka&#380;da dziewczynka, tylko nie ta. Znowu stan&#281;&#322;a mu przed oczami gospodyni z mazurskiej wsi. Nie rozumia&#322; tego, co zrobi&#322;a. Ale rozumia&#322; uczucie, kt&#243;re ni&#261; kierowa&#322;o. Przypomnia&#322; sobie twarze ludzi zza p&#322;otu. By&#322;yby r&#243;wnie, a mo&#380;e bardziej podekscytowane, gdyby to dziecko mieszka&#322;o w domu, a nie w stajni. Gdyby tamtejsi ludzie codziennie je ogl&#261;dali. I gdyby m&#243;wili, &#380;e to pewnie kara boska.

Co innego, gdy ludzie tylko wiedz&#261;, a ca&#322;kiem co innego, gdy jeszcze widz&#261;. Widzie&#263; Myszk&#281; nie, to nie jest przyjemne ani estetyczne

Odruchowo przegl&#261;da&#322; komputerowy notatnik, szukaj&#261;c w nim &#347;ladu w&#322;asnych uczu&#263; sprzed o&#347;miu lat. Nie znalaz&#322; niczego. Tak jak zamkn&#261;&#322; si&#281; w gabinecie przed Ew&#261; i c&#243;rk&#261;, tak zamkn&#261;&#322; si&#281; wtedy przed samym sob&#261; i ani jedna zapiska w komputerowym pliku nie zdradzi&#322;a niczego, co w&#243;wczas czu&#322;. Za to wszystko pami&#281;ta&#322;.

Pami&#281;ta&#322; poczucie straszliwej kl&#281;ski, gdy lekarz wyja&#347;ni&#322; mu, na czym polega DS. Pierwszy, instynktowny l&#281;k przed reakcj&#261; znajomych i przyjaci&#243;&#322;: B&#281;d&#261; mi wsp&#243;&#322;czu&#263; Nie chc&#281; wsp&#243;&#322;czucia Nienawidz&#281; lito&#347;ci Nie ba&#322; si&#281; szyderstwa. Umia&#322;by na nie odpowiedzie&#263;. Ale wiedzia&#322;, &#380;e w swoim &#347;rodowisku natrafi wy&#322;&#261;cznie na rozumiej&#261;ce wsp&#243;&#322;czucie. Najbardziej ba&#322; si&#281; wsp&#243;&#322;czucia.

Pami&#281;ta&#322; s&#322;owa szpitalnego pediatry: To dziecko b&#281;dzie od was wymaga&#263; nieustaj&#261;cej opieki i czu&#322;o&#347;ci. Musicie mu odda&#263; sw&#243;j czas i ca&#322;ych siebie. Ju&#380; wtedy wiedzia&#322;, &#380;e go na to nie sta&#263;. Chcia&#322; odda&#263; wszystko, ale dziecku o sprawnym, zdrowym ciele i normalnym umy&#347;le.

Nie, nieprawda, przypomnia&#322; sobie. Wierzy&#322;em, &#380;e b&#281;dzie mie&#263; umys&#322; nadzwyczajny, a nie normalny, bo przecie&#380; by&#322;o moim dzieckiem Mia&#322;o by&#263; doskona&#322;e.

Przypomnia&#322; sobie s&#322;owa specjalisty defetyka (tak nazywano w tym szpitalu lekarza zajmuj&#261;cego si&#281; wrodzonymi defektami u dzieci):

Je&#347;li nie sta&#263; pana, by da&#263; temu dziecku mi&#322;o&#347;&#263;, lepiej, &#380;eby je pan tu zostawi&#322;. Takie dziecko wymaga po&#347;wi&#281;cenia.

Nie sta&#263; go by&#322;o na po&#347;wi&#281;cenie. Podpisa&#322; papiery i przekona&#322; Ew&#281; do s&#322;uszno&#347;ci swojej decyzji. Podj&#281;li&#347;my t&#281; decyzj&#281; oboje!, pomy&#347;la&#322; gniewnie.

A potem nagle, z dnia na dzie&#324;, nawet nie wyja&#347;niaj&#261;c, sk&#261;d jej si&#281; to wzi&#281;&#322;o, Ewa podar&#322;a dokumenty i o&#347;wiadczy&#322;a, &#380;e wraca do domu razem z Myszk&#261;.

Nie, nie z Myszk&#261;. Jeszcze nie wiedzieli, jakie imi&#281; otrzyma to u&#322;omne stworzenie, i czy w og&#243;le je nazw&#261;. Mia&#322;o pozosta&#263; w tym szpitalu anonimowo. Bezimienne. Niczyje.

Dopiero w kilka dni p&#243;&#378;niej, ju&#380; w domu, Ewa, nie pytaj&#261;c go o zdanie (wcale tego nie chcia&#322;), nada&#322;a dziewczynce imi&#281; Marysia. Sk&#261;d wzi&#281;&#322;o si&#281; dziwne zdrobnienie Myszka, nie wiedzia&#322;. Nie wiedzia&#322; te&#380;, dlaczego Ewa zmieni&#322;a zdanie i postanowi&#322;a zabra&#263; dziecko do domu. Podejrzewa&#322;, &#380;e ona sama tego nie wiedzia&#322;a.

Wi&#281;c to ju&#380; osiem lat, pomy&#347;la&#322;. Osiem lat ruiny ich ma&#322;&#380;e&#324;stwa, kt&#243;rego nawet nie mo&#380;na by&#322;o rozwi&#261;za&#263;. M&#281;&#380;czyzna, kt&#243;ry porzuca &#380;on&#281; z u&#322;omnym dzieckiem, traci dobr&#261; opini&#281;. Nie wolno mu by&#322;o traci&#263; dobrej opinii, je&#347;li chcia&#322; utrzyma&#263; dobr&#261; reputacj&#281; w&#347;r&#243;d ludzi z bran&#380;y.

Urodziny Myszki Ju&#380; &#243;sme, ale po raz pierwszy sobie o nich przypomnia&#322;. Dlaczego? Dlaczego w&#322;a&#347;nie dzi&#347;, w urodziny c&#243;rki, przyp&#322;yn&#261;&#322; do niego tamten obraz spokojnej mazurskiej wsi?

Nacisn&#261;&#322; dzwonek na biurku i wesz&#322;a jego asystentka.

Co kupi&#322;aby pani w prezencie o&#347;mioletniej dziewczynce?  spyta&#322;.

Asystentka nie namy&#347;la&#322;a si&#281; d&#322;ugo. Spojrza&#322;a na niego wyrozumiale i z szacunkiem. (Wszyscy wiedzieli, &#380;e ma niedorozwini&#281;te dziecko, cho&#263; nikt go nie widzia&#322; i nie zdawa&#322; sobie sprawy ze stopnia upo&#347;ledzenia; wiedzieli, &#380;e solidarnie trwa przy &#380;onie i dziecku).

Osobi&#347;cie kupi&#322;abym jej lalk&#281; Barbie. Nie znam dziewczynki, kt&#243;ra by nie pokocha&#322;a tej lalki. Jest doskona&#322;a  odpar&#322;a asystentka z mi&#322;ym u&#347;miechem.

Wi&#281;c prosz&#281; kupi&#263; najpi&#281;kniejsz&#261; i najdro&#380;sz&#261; Barbie, jak&#261; pani znajdzie  poleci&#322;.

Kupi&#322;abym jeszcze Kena  podpowiedzia&#322;a sekretarka, Adam za&#347; kiwn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Nie wiedzia&#322;, kto to jest Ken, ale to nie mia&#322;o znaczenia.

Najpi&#281;kniejsza lalka Barbie mia&#322;a d&#322;ugie blond w&#322;osy i doskona&#322;e rysy twarzy, kt&#243;re zastyg&#322;y w grymasie  pomi&#281;dzy erotycznym wyd&#281;ciem ust a p&#243;&#322;u&#347;miechem. Ubrana by&#322;a w sukni&#281; balow&#261; z szeleszcz&#261;cej tafty. Ken by&#322; szatynem ubranym we frak, o ujmuj&#261;cej twarzy i g&#322;adko zaczesanych w&#322;osach. Adam przyjrza&#322; si&#281; tej eleganckiej parze i pomy&#347;la&#322; z ironi&#261;, &#380;e on i Ewa byli kiedy&#347; do niej podobni (Ewa by&#322;a blondynk&#261;, on mia&#322; w&#322;osy takie jak Ken). Nagle przypomnia&#322; sobie charytatywny bal, na kt&#243;rym byli przed narodzinami Myszki. O ironio, to by&#322; bal na rzecz niepe&#322;nosprawnych dzieci. Ewa mia&#322;a sukni&#281; w tym samym p&#261;sowym kolorze co Barbie. On mia&#322; na sobie frak. Pierwszy frak w swoim &#380;yciu. By&#322; z niego bardzo dumny; bardziej ni&#380; z trzech markowych frak&#243;w i dw&#243;ch smoking&#243;w, kt&#243;re wisia&#322;y dzi&#347; w jego szafie.

&#321;adna lalka, pomy&#347;la&#322;, patrz&#261;c jeszcze raz na Barbie. Nic dziwnego, &#380;e wymy&#347;lono jej m&#281;&#380;a. To nie jest lalka, to ma&#322;a kobietka

Przywi&#243;z&#322; pud&#322;o do domu. Wieczorem Barbie z Kenem zostali po&#322;o&#380;eni w holu, w k&#261;cie, w kt&#243;rym najcz&#281;&#347;ciej bawi&#322;a si&#281; Myszka. I le&#380;eli tam teraz, jakby wyczekuj&#261;c zaproszenia na bal.

Adam odruchowo nas&#322;uchiwa&#322; krok&#243;w c&#243;rki. Czeka&#322; wyj&#261;tkowo d&#322;ugo. W ko&#324;cu si&#281; zjawi&#322;a.

Mimo uszczelnionych drzwi gabinetu Adam odr&#243;&#380;nia&#322; lekkie kroki Ewy od ci&#281;&#380;kiego st&#261;pania Myszki. Dziewczynka wydawa&#322;a te&#380; nieartyku&#322;owane d&#378;wi&#281;ki, kt&#243;re go irytowa&#322;y. Mrucza&#322;a w dziwaczny i monotonny spos&#243;b. M&#243;wi&#322;a chrapliwie i be&#322;kotliwie, co ura&#380;a&#322;o jego wra&#380;liwe na d&#378;wi&#281;ki uszy. Adam kocha&#322; muzyk&#281;. Umia&#322; bezb&#322;&#281;dnie zanuci&#263; frazy z dzie&#322; ulubionych kompozytor&#243;w. Ale gdy ich s&#322;ucha&#322;, pomrukuj&#261;ca za drzwiami c&#243;rka by&#322;a przykrym dysonansem.

Koooo ppp  us&#322;ysza&#322; ten denerwuj&#261;cy g&#322;os, gdy uchyli&#322; drzwi, aby sprawdzi&#263;, czy znalaz&#322;a nowe lalki. Rozszyfrowa&#322; wi&#281;kszo&#347;&#263; d&#378;wi&#281;k&#243;w wydawanych przez to stworzenie, a jednak nie odgad&#322;, &#380;e tym razem jest to pierwsza sylaba s&#322;owa Kopciuszek. Nie wiedzia&#322;, &#380;e Ewa przez d&#322;ugie lata czytywa&#322;a Myszce w&#322;a&#347;nie t&#281; bajk&#281;. Nie poj&#261;&#322;, &#380;e Myszka, patrz&#261;c na obie lalki, w pierwszej chwili uzna&#322;a, &#380;e widzi Kopciuszka id&#261;cego z ksi&#281;ciem na bal. Kopciuszka po czarodziejskiej przemianie przez wr&#243;&#380;k&#281;.

Patrzy&#322; przez w&#261;sk&#261; szpar&#281; w drzwiach. Jego c&#243;rka sta&#322;a nad lalkami le&#380;&#261;cymi na pod&#322;odze w eleganckich, szeleszcz&#261;cych opakowaniach. Wpatrywa&#322;a si&#281; w nie z usiln&#261; uwag&#261;, kt&#243;ra zmarszczy&#322;a jej grube brwi i jeszcze bardziej zdeformowa&#322;a nawis&#322;e nad oczami powieki. Wreszcie kucn&#281;&#322;a i ostro&#380;nie dotkn&#281;&#322;a po&#322;yskliwego opakowania. Gdy wzi&#281;&#322;a je do r&#261;k, Adam zamkn&#261;&#322; drzwi. Prezent trafi&#322; we w&#322;a&#347;ciwe r&#281;ce.

Przelotnie wzruszy&#322; si&#281; w&#322;asnym gestem.



*


Myszka rozerwa&#322;a przejrzyst&#261; foli&#281; i wyrwa&#322;a lalki z kolorowego pud&#322;a. Rwanie, ci&#261;gni&#281;cie, darcie na strz&#281;py  to by&#322;y czynno&#347;ci, kt&#243;re wykonywa&#322;a najch&#281;tniej. Gdy lalki znalaz&#322;y si&#281; w jej r&#281;kach, wysi&#322;kiem woli zmusi&#322;a si&#281;, by nie podrze&#263; od razu ich ubranek (dzieci z DS maj&#261; naturalny odruch niszczenia). Najpierw chcia&#322;a im si&#281; przyjrze&#263;. Ogl&#261;da&#322;a je w skupieniu, bior&#261;c ka&#380;d&#261; do r&#261;k i przysuwaj&#261;c do kr&#243;tkowzrocznych oczu (dzieci z DS cz&#281;sto cierpi&#261; na wady wzroku  kr&#243;tkowzroczno&#347;&#263;, astygmatyzm, dalekowzroczno&#347;&#263;; r&#243;wnie cz&#281;sto zdarza si&#281; im katarakta).

Bli&#380;sze przyjrzenie si&#281; Barbie zniweczy&#322;o przekonanie Myszki, &#380;e do holu zst&#261;pi&#322; zminiaturyzowany Kopciuszek po czarodziejskiej przemianie. Kopciuszek nie m&#243;g&#322; mie&#263; takiej twarzy. Ta twarz nie spodoba&#322;a si&#281; Myszce, mimo &#380;e troch&#281; przypomina&#322;a mam&#281;. Jednak mama &#347;mia&#322;a si&#281;, p&#322;aka&#322;a, krzywi&#322;a, a lalka mia&#322;a pi&#281;kne, ale obce i doskonale nieruchome oblicze. Myszka obejrza&#322;a teraz Kena. Tak, pasowa&#322; do tej lalki.

Mama i tata?, pomy&#347;la&#322;a. Pan i pani z telewizora, poprawi&#322;a si&#281; zaraz.

Postanowi&#322;a, &#380;e sprawdzenie, co w nich jest w &#347;rodku, zostawi na inn&#261; por&#281;. Lalki nie uciekn&#261;. S&#261; tu. Obie. I na razie niech sobie le&#380;&#261;. Na ni&#261; czeka&#322;.strych. Usilnie stara&#322;a si&#281; nie zapomina&#263; o strychu lub przekaza&#263; t&#281; pami&#281;&#263; mamie.

Mama pami&#281;ta&#322;a za ni&#261; wiele rzeczy. To dobrze. Ale o strychu ju&#380; sama nie mog&#322;a zapomnie&#263;.



*


Stych sta&#322; si&#281; s&#322;owem-kluczem w rozmowach Ewy z Myszk&#261;. W zamian za obietnic&#281; p&#243;j&#347;cia na stych Myszka by&#322;a gotowa zrobi&#263; wiele rzeczy, do kt&#243;rych Ewa wcze&#347;niej nie mog&#322;a jej zmusi&#263;. Zgadza&#322;a si&#281; nawet na znienawidzone &#263;wiczenia wymowy zalecone przez logoped&#281;, kt&#243;re, zdaniem Ewy, i tak niewiele dawa&#322;y. Myszka pos&#322;ugiwa&#322;a si&#281; jedno-, najwy&#380;ej dwusylabowy-mi s&#322;owami, kt&#243;rych znaczenia Ewa czasem si&#281; domy&#347;la&#322;a, lecz by&#322;o to za ma&#322;o, by wys&#322;a&#263; j&#261; do szko&#322;y. Nawet specjalnej.

Ewa, tak jak Adam, cho&#263; z innych przyczyn, nienawidzi&#322;a okre&#347;lenia: szko&#322;a specjalna. Adam wstydzi&#322; si&#281;, &#380;e jego dziecko mog&#322;oby tam chodzi&#263;, Ewie by&#322;o &#380;al Myszki. Adam odruchowo my&#347;la&#322; o reakcji znajomych, Ewa wierzy&#322;a g&#322;&#281;boko, &#380;e we wn&#281;trzu tej ma&#322;ej dziewczynki drzemie co&#347;, co szko&#322;a zniszczy. Nieodwracalnie. Dlatego Ewa usi&#322;owa&#322;a nie my&#347;le&#263; o przysz&#322;o&#347;ci, gdy&#380; przysz&#322;o&#347;&#263; przera&#380;a&#322;a j&#261;. Adam o niej my&#347;la&#322; i widzia&#322; tylko jedn&#261; mo&#380;liwo&#347;&#263;: zak&#322;ad opieki dla upo&#347;ledzonych umys&#322;owo. Do&#380;ywotnie miejsce dla takich istot jak Myszka.

Pewnego poranka Adam i Ewa zderzyli si&#281; ze sob&#261; w kuchni. Ona wsta&#322;a wcze&#347;niej ni&#380; zwykle i robi&#322;a Myszce kakao. On zaspa&#322; i wsta&#322; p&#243;&#378;niej. Myszka pl&#261;ta&#322;a si&#281; mi&#281;dzy nimi, usi&#322;uj&#261;c schodzi&#263; ojcu z drogi. Czu&#322;a, &#380;e mu przeszkadza; &#380;e on nie lubi, gdy zmniejsza si&#281; mi&#281;dzy nimi odleg&#322;o&#347;&#263;, &#380;e unika jej dotyku. I &#380;e mama si&#281; przy nim zmienia.

Jak d&#322;ugo chcesz przy niej tkwi&#263;?  us&#322;ysza&#322;a nagle g&#322;os ojca.

Mama nie odpowiedzia&#322;a. Myszka wystraszy&#322;a si&#281;, &#380;e skoro mama milczy, by&#263; mo&#380;e pytanie skierowane jest do niej, a ona nie rozumie jego sensu i nie umia&#322;aby odpowiedzie&#263;. Na szcz&#281;&#347;cie ojciec m&#243;wi&#322; dalej, nie czekaj&#261;c na niczyj&#261; odpowied&#378;.

Do ko&#324;ca &#380;ycia?

Tym razem mama kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Do ko&#324;ca twojego &#380;ycia, a co potem?  spyta&#322; Adam z brutaln&#261; szczero&#347;ci&#261;.

Ewa wci&#261;&#380; milcza&#322;a, mieszaj&#261;c kakao (Myszka zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e kakao ju&#380; dawno si&#281; rozmiesza&#322;o i pewnie teraz zamieszuje si&#281; na nowo; by&#322;a ciekawa, czy sypki, puszysty proszek wyp&#322;ynie na wierzch i wyskoczy z kubka na &#322;y&#380;eczk&#281;). Adam ci&#261;gn&#261;&#322; z p&#243;&#322;u&#347;miechem, kt&#243;ry Ewa znienawidzi&#322;a, ledwie ujrza&#322;a go pierwszy raz:

Potem co? We&#378;miesz j&#261; ze sob&#261; do nieba?

Myszka nie wiedzia&#322;a, kim jest ona, ta, o kt&#243;rej m&#243;wi tata. Widzia&#322;a jednak wyraz twarzy mamy. Mama wci&#261;&#380; milcza&#322;a, lecz by&#322;a przestraszona. Nie okazywa&#322;a tego w widoczny spos&#243;b, ale Myszka i tak to wyczu&#322;a. Wystraszona mama wydziela&#322;a mniej ciep&#322;a, robi&#322;a si&#281; ch&#322;odna i nie dawa&#322;a poczucia bezpiecze&#324;stwa.

Ewa nie chcia&#322;a my&#347;le&#263;, co b&#281;dzie potem. Nie chcia&#322;a nawet wiedzie&#263;, co jest teraz. I nie wiedzia&#322;a. Mija&#322; dzie&#324; za dniem, miesi&#261;c za miesi&#261;cem, rok za rokiem i Ewa przywyk&#322;a do my&#347;li, &#380;e tak b&#281;dzie zawsze.

Ona i Myszka otoczone warownym murem domu. Ona i Myszka wyizolowane od &#347;wiata. Ona i Myszka wystarczaj&#261;ce same sobie. Nie my&#347;la&#322;a, co b&#281;dzie potem I co to jest potem? Nie chcia&#322;a tego wiedzie&#263;. Tak by&#322;o lepiej. Tymczasem Adam rzuci&#322; to brutalne pytanie i wybieg&#322;. Posia&#322; ma&#322;e, gorzkie ziarenko i jak zwykle uciek&#322;, nie czekaj&#261;c, a&#380; ono wzejdzie.

Przez ca&#322;&#261; t&#281; kr&#243;tk&#261; rozmow&#281; usilnie stara&#322; si&#281; nie patrzy&#263; na c&#243;rk&#281;. Tak by&#322;o lepiej. Ewa dok&#322;adnie widzia&#322;a o&#347;linion&#261; brod&#281; Myszki i wisz&#261;ce z nosa dwie kapki. Nie chcia&#322;a, by dostrzeg&#322; je Adam. Na szcz&#281;&#347;cie wybieg&#322;. Tak by&#322;o lepiej. Ale ona zosta&#322;a nie tylko z Myszk&#261;, lecz r&#243;wnie&#380; z nieokre&#347;lonym potem. Wiedzia&#322;a, &#380;e ka&#380;da matka zamartwia si&#281; przysz&#322;o&#347;ci&#261; swoich dzieci, &#380;e po wielokro&#263; zastanawia si&#281;, co z nimi b&#281;dzie, gdy jej zabraknie. Ka&#380;da matka maj&#261;ca normalne dzieci. A co ma my&#347;le&#263; ona, matka takiego dziecka jak Myszka?

W jednym z licznych poradnik&#243;w, wydawanych dla rodzic&#243;w niepe&#322;nosprawnych dzieci, Ewa przeczyta&#322;a histori&#281; rodze&#324;stwa, z kt&#243;rego jedno, dziewczynka, by&#322;o w pe&#322;ni sprawne, a drugie, ch&#322;opiec, urodzi&#322;o si&#281; z DS. Naturalne wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e po &#347;mierci rodzic&#243;w dziewczynka  ju&#380; jako doros&#322;a kobieta  przejmie opiek&#281; nad bratem. Nie przej&#281;&#322;a.

Alik musi zrozumie&#263;, &#380;e mam prawo mie&#263; w&#322;asne &#380;ycie  zwierza&#322;a si&#281; redaktorce.  I on to rozumie. Mam m&#281;&#380;a, dzieci, pracuj&#281;, realizuj&#281; w pracy w&#322;asne ambicje i trudno, &#380;ebym do ko&#324;ca &#380;ycia sprawowa&#322;a opiek&#281; nad u&#322;omnym bratem. Zadr&#281;czy&#322;abym siebie i jego. Dlatego po &#347;mierci rodzic&#243;w oddali&#347;my go do zak&#322;adu. Odwiedzamy go raz w miesi&#261;cu i on ju&#380; wie, &#380;e tak musi by&#263;.

My&#347;li pani, &#380;e jest mu tam dobrze?  pyta&#322;a redaktorka.

Czy Alik ma by&#263; moj&#261; do&#380;ywotni&#261; kar&#261; za jakie&#347; grzechy?  odpar&#322;a kobieta bez zwi&#261;zku z pytaniem.

Ze zdj&#281;cia patrzy&#322; na Ew&#281; czterdziestokilkuletni Alik. Sko&#347;nooki i gruby (dzieci z syndromem DS jedz&#261; du&#380;o i &#322;apczywie, jakby chcia&#322;y jedzeniem zrekompensowa&#263; swoje problemy). Na fotografii mia&#322; ufny, dzieci&#281;cy, cho&#263; wystraszony u&#347;miech na typowo okr&#261;g&#322;ej twarzy (nigdy nie mia&#322;a sta&#263; si&#281; twarz&#261; dojrza&#322;ego cz&#322;owieka) i sprawia&#322; wra&#380;enie osoby, kt&#243;ra nie czuje gruntu pod nogami. Alik ton&#261;&#322;. Ewa to widzia&#322;a. Ale w przeciwie&#324;stwie do Myszki, Alik m&#243;wi&#322;, i to ca&#322;ymi zdaniami.

- Co robisz, Alik?  pyta&#322;a redaktorka ma&#322;ego pisemka, a Alik mru&#380;y&#322; ze zdj&#281;cia w&#261;skie, opuchni&#281;te oczy. Zmarszczki na jego dziecinnej twarzy sprawia&#322;y dziwne wra&#380;enie.

Teraz robi&#281; &#347;wiece, ale to trudne, kto&#347; mnie musi pilnowa&#263;. Przedtem klei&#322;em koperty.

Lubisz t&#281; prac&#281;?

Musz&#281;. Ka&#380;dy w tym domu co&#347; musi robi&#263;.

Alik, czy to jest tw&#243;j dom?

To jest dom. Budynek.

A co by&#347; robi&#322;, gdyby&#347; nie musia&#322; pracowa&#263;?

Biega&#322;bym po &#322;&#261;ce z moj&#261; siostr&#261;

Dlaczego?

Bo tak biegali&#347;my, jak by&#322;em m&#322;odszy i &#380;y&#322;a mama

Ewa od&#322;o&#380;y&#322;a poradnik i zagryz&#322;a wargi.

&#321;&#261;ka na ca&#322;e &#380;ycie. Z mam&#261; i siostr&#261;. Czy jest gdzie&#347; we wszech&#347;wiecie taka &#322;&#261;ka? A mo&#380;e jest przynajmniej w niebie?, pomy&#347;la&#322;a.

Poczu&#322;a si&#281; jak w pu&#322;apce, do kt&#243;rej Adam zagna&#322; j&#261; paroma kr&#243;tkimi zdaniami. Zdaniami bole&#347;nie logicznymi, ale co logika ma do syndromu DS? Co logika ma do przysz&#322;o&#347;ci jej c&#243;rki?

Na razie jednak wci&#261;&#380; by&#322;a tera&#378;niejszo&#347;&#263;. I ma&#322;e, malutkie post&#281;py w rozwoju Myszki. Stych, zwi&#261;zany z warunkiem, &#380;e b&#281;dzie mog&#322;a tam p&#243;j&#347;&#263;, je&#347;li b&#281;dzie si&#281; uczy&#263;, spowodowa&#322;, &#380;e dziewczynka nauczy&#322;a si&#281; paru nowych s&#322;&#243;w. Wprawdzie najcz&#281;&#347;ciej by&#322;y jednosylabowe  niemo&#380;liwo&#347;ci&#261; te&#380; by&#322;o wym&#243;wienie sz lub cz  ale Ewa wiedzia&#322;a o tym od logopedy. (Prosz&#281; si&#281; nie przejmowa&#263;, &#380;e pewnych rzeczy ona nigdy si&#281; nie nauczy)

Myszka nigdy nie nazwie s&#322;owami tego, co naprawd&#281; czuje. Mo&#380;e to lepiej? Mo&#380;e wtedy czuje si&#281; mniej?, my&#347;la&#322;a Ewa.

Na og&#243;&#322; rozumia&#322;a Myszk&#281;. Zdarza&#322;o si&#281; jednak, &#380;e nie domy&#347;la&#322;a si&#281;, co oznacza sylaba, za kt&#243;r&#261;  z kr&#243;tkim sapni&#281;ciem  mkn&#281;&#322;a zniekszta&#322;cona sp&#243;&#322;g&#322;oska. R&#243;wnocze&#347;nie Ewa wiedzia&#322;a, &#380;e poza ni&#261; dziewczynki nikt nie zrozumie. Dlatego cierpliwie ponawia&#322;a &#263;wiczenia, wiedz&#261;c, &#380;e musi przygotowa&#263; Myszk&#281; na to potem, na moment gdy pozostanie sama w&#347;r&#243;d obcych ludzi.

Cee stych  m&#243;wi&#322;a Myszka.

Chc&#281; i&#347;&#263; na strych  poprawia&#322;a Ewa, a Myszka, wiedz&#261;c, &#380;e inaczej nie uzyska zgody, powtarza&#322;a cierpliwie:

Cee iinaa stych

Myszka za cen&#281; p&#243;j&#347;cia na strych nie domaga&#322;a si&#281; ju&#380; histerycznie kolejnego ciastka i nie uderza&#322;a &#322;y&#380;k&#261; o talerz na znak, &#380;e chce dodatkow&#261; porcj&#281; zupy. Ewa wiedzia&#322;a, jak gro&#378;ne jest &#322;akomstwo u dzieci z DS.

Rosn&#261;ca oty&#322;o&#347;&#263; to niezborne ruchy, dodatkowo obci&#261;&#380;one serce i jeszcze s&#322;abszy system oddechowy. Ewa codziennie walczy&#322;a z &#322;akomstwem c&#243;rki, a stych jej w tym pomaga&#322;.

Myszka uczy&#322;a si&#281; te&#380; o wiele ch&#281;tniej, cho&#263; zapewne Adam wy&#347;mia&#322;by tak&#261; nauk&#281; w wydaniu o&#347;miolatki: ustawianie klock&#243;w tak, aby cho&#263; trzy, cztery utrzyma&#322;y si&#281; w pionie, wk&#322;adanie i zdejmowanie but&#243;w, ciasnego sweterka, zapinanie guzik&#243;w, &#380;mudna i niebezpieczna pr&#243;ba ukrojenia chleba, samodzielne za&#347;cielenie &#322;&#243;&#380;ka. A jednak od czasu stychu bywa&#322;o to osi&#261;galne.

Tak; Myszka nadawa&#322;aby si&#281; ju&#380; do przedszkola; potrafi&#322;a nawet zasznurowa&#263; buciki, je&#347;li dziurek nie by&#322;o zbyt wiele. Niestety, mia&#322;a osiem lat i powinna i&#347;&#263; do szko&#322;y; na przedszkole by&#322;a za doros&#322;a. &#379;adne przedszkole nie wchodzi&#322;o w gr&#281;: ani ono nie chcia&#322;oby takiego dziecka, ani to dziecko nie chcia&#322;oby si&#281; w nim znale&#378;&#263;. ^

Ewa wyczuwa&#322;a, &#380;e Myszka t&#281;skni do innych dzieci. Na spacerach pr&#243;bowa&#322;a podbiega&#263; do bawi&#261;cych si&#281; dziewczynek i ch&#322;opc&#243;w, ale oni na og&#243;&#322; nie chcieli jej towarzystwa. Byli zaniepokojeni jej inno&#347;ci&#261;, jako &#380;e najcz&#281;&#347;ciej wychowywano ich w strachu przed wszystkim, co odbiega&#322;o od normy.

Zdarza&#322;o si&#281;, &#380;e niekt&#243;re dzieci chcia&#322;y bawi&#263; si&#281; z Myszk&#261;, ale gdy ju&#380;, ju&#380; wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e zostanie zaakceptowana przez r&#243;wie&#347;nik&#243;w, wkracza&#322;y matki. Jedne bez s&#322;owa bra&#322;y swoje dziecko za r&#281;k&#281; i odchodzi&#322;y, inne, zanim odesz&#322;y, rzuca&#322;y Ewie wrogie spojrzenia, m&#243;wi&#261;ce: Co ty tu robisz z t&#261; nienormaln&#261; dziewczynk&#261;? Bywa&#322;y i takie, kt&#243;re g&#322;o&#347;no krzycza&#322;y:  To nie miejsce dla takich! Ewa podejrzewa&#322;a, &#380;e one g&#322;&#281;boko wierz&#261;, i&#380; TO jest zara&#378;liwe.

R&#243;wnie &#378;le znosi&#322;a Ewa wsp&#243;&#322;czucie (to wtedy by&#322;a sk&#322;onna zrozumie&#263; Adama i wybaczy&#263; mu jego decyzj&#281;).

No i co z takiego wyro&#347;nie? Po co to to B&#243;g zes&#322;a&#322; na ziemi&#281;?  pyta&#322;a wsp&#243;&#322;czuj&#261;co kt&#243;ra&#347; z matek.

Takie nieszcz&#281;&#347;cie  m&#243;wi&#322;a z ubolewaniem inna, cho&#263; Myszka, z ufnym i radosnym &#347;miechem, goni&#322;a bawi&#261;ce si&#281; dzieci. S&#322;owo nieszcz&#281;&#347;cie zmiata&#322;o z twarzy Ewy u&#347;miech, kt&#243;ry pojawia&#322; si&#281; na widok rado&#347;ci c&#243;rki.

W takich chwilach Ewa bra&#322;a Myszk&#281; za r&#261;czk&#281; i odchodzi&#322;a tam, gdzie nie by&#322;o nikogo, gdzie rado&#347;&#263; Myszki by&#322;a tak&#380;e rado&#347;ci&#261; Ewy, gdzie nie by&#322;o normalnych dzieci i normalnych matek. Sta&#322;a si&#281; dra&#380;liwa i ka&#380;de zachowanie ludzi odbiera&#322;a jak agresj&#281;, nawet wtedy gdy by&#322;o wyrazem wsp&#243;&#322;czucia.

Ewa poczu&#322;a ulg&#281;, gdy w &#380;yciu Myszki pojawi&#322; si&#281; strych i gdy ta przesta&#322;a upomina&#263; si&#281; o spacery. Strych pozwala&#322; im obu zosta&#263; w fortecy, w jak&#261; przeobra&#380;a&#322; si&#281; ich dom.

Stych  powiedzia&#322;a Myszka tak&#380;e dzisiaj, gdy ju&#380; upora&#322;y si&#281; z &#263;wiczeniami.

Zjesz obiad i p&#243;jdziesz  obieca&#322;a Ewa.

Paaam  powiedzia&#322;a Myszka.

B&#281;d&#281; pami&#281;ta&#263;.



*


Myszka by&#322;a szalenie ciekawa, co tym razem ujrzy po rozsuni&#281;ciu si&#281; zas&#322;on. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e On pokazuje jej co&#347;, co robi wci&#261;&#380; i wci&#261;&#380; na nowo. Czu&#322;a, &#380;e On stwarza, bo tylko to umie robi&#263;; czyni to bez przerwy, pr&#243;buj&#261;c stworzy&#263; co&#347;, co b&#281;dzie idealne. Ale Mu nie wychodzi&#322;o. Fioletowa i czerwona trawa lub drzewokwiaty by&#322;y dowodem na to, &#380;e cz&#281;sto si&#281; myli&#322;. Myszka nie zdziwi&#322;aby si&#281;, gdyby si&#281; okaza&#322;o, &#380;e gdzie&#347;, daleko st&#261;d, szybuje w g&#322;&#281;bi nieba inna ziemia, z czerwon&#261; traw&#261; i monstrualnymi kwiatami o zdrewnia&#322;ych, pot&#281;&#380;nych pniach. A mo&#380;e z czym&#347; jeszcze dziwaczniejszym? I mo&#380;e nie jedna ziemia, lecz kilka? Ca&#322;e mn&#243;stwo szalonych &#347;wiat&#243;w? Tyle, ile wszystkich palc&#243;w u obu r&#261;k Myszki? Lub jeszcze wi&#281;cej. &#346;wiaty z gazu lub kamieni; albo z materii twardszej ni&#380; kamie&#324;. &#346;wiaty z &#380;yciem  i bez &#380;ycia. Z &#380;yciem sprawiaj&#261;cym wra&#380;enie snu wariata lub tak zwyczajne, &#380;e nie do wytrzymania. &#346;wiaty mkn&#261;ce w niezmierzonej pustce Kosmosu, uk&#322;adaj&#261;ce si&#281; w spirale lub, jak klocki lego, w wyszukane lub wynaturzone konstrukcje. &#346;wiaty, kt&#243;re ucieka&#322;y ze strachu przed Nim, nie wiedz&#261;c, co On jeszcze z nimi zrobi w tym nie ko&#324;cz&#261;cym si&#281; procesie stwarzania, lub wr&#281;cz przeciwnie: &#347;wiaty, kt&#243;re garn&#281;&#322;y si&#281; ku Niemu, skupiaj&#261;c w g&#281;ste galaktyki. &#346;wiaty, kt&#243;re zawsze Go szuka&#322;y  i nigdy nie umia&#322;y znale&#378;&#263;. Lub znajdowa&#322;y Go  ale nie tam, gdzie by&#322;.

Rozsuwanie si&#281; zas&#322;on mroku nieodmiennie zachwyca&#322;o Myszk&#281;. Wielo&#347;&#263; odcieni czerni by&#322;a zdumiewaj&#261;ca i gdy pojawia&#322;a si&#281; ta ostatnia, w g&#322;&#281;bokim, mi&#281;kkim kolorze sadzy, dziewczynka ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e barwy raptownie si&#281; zmieni&#261; i dopiero teraz ujrzy w&#322;a&#347;ciw&#261; przestrze&#324;. Oczekiwanie na to, co si&#281; uka&#380;e, by&#322;o frapuj&#261;ce, a niespodzianka tym wi&#281;ksza.

tym razem wsz&#281;dzie wok&#243;&#322; Myszki by&#322;o niebo. To niebo, kt&#243;re wcze&#347;niej sp&#322;yn&#281;&#322;o sk&#261;d&#347; z g&#243;ry, a woda rozst&#261;pi&#322;a si&#281; przed nim, robi&#261;c mu miejsce. A potem woda zrobi&#322;a miejsce ziemi. Ziemia trawie. Trawa drzewokwiatom.

Drzewokwiaty poprawi&#322;. Zatem wbrew temu, co pocz&#261;tkowo s&#261;dzi&#322;a, s&#322;ysza&#322; j&#261;. S&#322;ysza&#322; jej s&#322;owa, a nawet my&#347;li. By&#322;a tego pewna. Cho&#263; zapewne nie zawsze s&#322;ysza&#322;. Tylko wtedy, gdy mia&#322; ochot&#281;. Albo gdy nie by&#322; zaj&#281;ty czym&#347; innym, wa&#380;niejszym.

Czemu ust&#261;pi miejsca niebo?, zastanawia&#322;a si&#281; niespokojnie. Usi&#322;owa&#322;a zgadn&#261;&#263;, lecz nie zgadywa&#322;a. On by&#322; nieprzewidywalny.

Tylko nie zabieraj nieba!, zawo&#322;a&#322;a w my&#347;lach, ale On oczywi&#347;cie nie s&#322;ucha&#322;, nagle bowiem z jednej strony niesko&#324;czonego b&#322;&#281;kitu pojawi&#322; si&#281; mrok i zacz&#261;&#322; z wolna go powleka&#263;. Przypomina&#322;o to wk&#322;adanie przez Myszk&#281; sweterka. Trwa&#322;o d&#322;ugo i nie bez przeszk&#243;d. Mrok szamota&#322; si&#281; z niebem jak Myszka z r&#281;kawami. Przybywa&#322;o go powoli i nier&#243;wnomiernie; to zas&#322;ania&#322; cz&#281;&#347;&#263; lazuru, to znowu cofa&#322; si&#281;, by zaraz wr&#243;ci&#263;. Ale wci&#261;&#380; by&#322;o go wi&#281;cej i wi&#281;cej. Myszka przerazi&#322;a si&#281;, &#380;e zabierze ca&#322;e niebo.

Znowu si&#281; pomyli&#322;, pomy&#347;la&#322;a z l&#281;kiem. A jednak mrok zatrzyma&#322; si&#281;, jakby czuj&#261;c jej strach. Teraz p&#243;&#322; nieba ton&#281;&#322;o w b&#322;&#281;kicie, a drugie p&#243;&#322; w mroku. Myszce co&#347; to przypomina&#322;o, ale nie wiedzia&#322;a, co. B&#322;&#281;kit nabra&#322; intensywno&#347;ci, rozszczepi&#322; si&#281; na wiele barw, od jasnego lazuru po ciemny, nasycony szafir. Mrok, tak jak paj&#281;cze zas&#322;ony, ujawnia&#322; kolejne odcienie czerni.

Nagle po obu stronach nieba pojawi&#322;y si&#281; dwa dziwne kszta&#322;ty. Na po&#322;owie b&#322;&#281;kitnej ukaza&#322; si&#281;, nie wiadomo sk&#261;d, z&#322;ocisty kwadrat. W ciemn&#261;, zbli&#380;on&#261; do granatu przestrze&#324; wskoczy&#322; tr&#243;jk&#261;t. Kwadrat by&#322; z&#322;ocisty i mieni&#322; si&#281; takim blaskiem, &#380;e Myszka tylko z trudem, mru&#380;&#261;c oczy, mog&#322;a mu si&#281; przygl&#261;da&#263;. Tr&#243;jk&#261;t mia&#322; ch&#322;odn&#261; barw&#281; srebra.

TO JEST DOBRE?  stwierdzi&#322; z pow&#261;tpiewaniem G&#322;os.

Myszka nie umia&#322;a odpowiedzie&#263;. Nie wiedzia&#322;a, co to jest. Nagle figury raptownie si&#281; zmieni&#322;y. Kwadrat zacz&#261;&#322; falowa&#263;, dr&#380;e&#263;, zatraca&#322; ostre k&#261;ty i powoli, powolutku przemienia&#322; si&#281; w ko&#322;o. Gdy ko&#322;o ju&#380; by&#322;o idealnie okr&#261;g&#322;e, zacz&#281;&#322;o l&#347;ni&#263; tak mocno, &#380;e Myszka musia&#322;a odwr&#243;ci&#263; wzrok. W tej samej chwili poj&#281;&#322;a:

S&#322;o&#324;ce!  zawo&#322;a&#322;a z rado&#347;ci&#261;.

Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e On znowu eksperymentuje, w&#322;a&#347;ciw&#261; sobie metod&#261; pr&#243;b i b&#322;&#281;d&#243;w. I mia&#322;a pewno&#347;&#263;, &#380;e zaraz co&#347; wymy&#347;li; b&#281;dzie wiedzia&#322;, &#380;e idealnym kszta&#322;tem dla srebrnej figury jest r&#243;wnie&#380; ko&#322;o. Albo w&#261;ski sierp. Lub pulchny rogalik.

Myszka przypomnia&#322;a sobie ksi&#281;g&#281; z ba&#347;niami. Na obrazkach ksi&#281;&#380;yc mia&#322; sierpowaty kszta&#322;t, a niekiedy ten sierp mia&#322; d&#322;ugi nos i skrzywione usta. Ksi&#281;&#380;yc w ba&#347;niach nie zawsze by&#322; dobry, sprzyja&#322; z&#322;ym mocom, pomaga&#322; czarownicom, ale Myszka i tak go lubi&#322;a. W przeciwie&#324;stwie do niego, s&#322;o&#324;ce na tych malunkach mia&#322;o okr&#261;g&#322;&#261;, pogodn&#261; buzi&#281;, &#347;mia&#322;o si&#281; do Myszki i wysy&#322;a&#322;o ku niej r&#243;wniutkie, d&#322;ugie promienie.

On widocznie westchn&#261;&#322;, gdy&#380; Myszka poczu&#322;a na twarzy tchnienie wiatru i stwierdzi&#322;a, &#380;e znowu zna jej my&#347;li: ksi&#281;&#380;yc mia&#322; teraz sierpowaty kszta&#322;t z wyra&#378;nym d&#322;ugim nosem, a s&#322;o&#324;ce otrzyma&#322;o szczerz&#261;ce si&#281; w u&#347;miechu usta.

TO JEST DOBRE  powiedzia&#322; On hucz&#261;co-pytaj&#261;cym g&#322;osem i Myszka odruchowo pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;. To by&#322;o dobre w bajkach, ale nie tu. Co On wyprawia!

On ju&#380; wiedzia&#322;. Ksi&#281;&#380;yc zgubi&#322; nos i przemieni&#322; si&#281; w w&#261;ziutki sierp, ale zaraz zacz&#261;&#322; puchn&#261;&#263;, sta&#322; si&#281; rogalikiem, potem niepe&#322;nym ko&#322;em i wreszcie ksi&#281;&#380;ycem w pe&#322;ni.

TO JEST DOBRE  stwierdzi&#322; pot&#281;&#380;ny G&#322;os, a ksi&#281;&#380;yc w pe&#322;ni znowu zacz&#261;&#322; male&#263;, zmieniaj&#261;c sw&#243;j kszta&#322;t, z okr&#261;g&#322;ego sta&#322; si&#281; w&#261;ziutkim, wysmuk&#322;ym sierpem.

Spodoba&#322;a Mu si&#281; ta zabawa, pomy&#347;la&#322;a Myszka, a ksi&#281;&#380;yc jeszcze parokrotnie przechodzi&#322; od pe&#322;ni do nowiu i z powrotem. Mnie si&#281; te&#380; podoba, stwierdzi&#322;a i ju&#380; spokojnie czeka&#322;a, a&#380; On odejmie s&#322;o&#324;cu nieszczery u&#347;miech. By&#322;a pewna, &#380;e On wie.

Wiedzia&#322;. I stwarza&#322; dalej. Ju&#380; nie zdziwi&#322;y jej gwiazdy, kt&#243;re wyskoczy&#322;y na granatowe niebo nie wiadomo sk&#261;d, najpierw nie&#347;mia&#322;e i symetryczne, jak z obrazka w ksi&#281;dze, ale wkr&#243;tce zacz&#281;&#322;y zmienia&#263; kszta&#322;ty, wielko&#347;&#263; i moc &#347;wiat&#322;a; niekt&#243;re pulsowa&#322;y, inne tworzy&#322;y konstelacje, a ich rysunek na nocnym niebie uk&#322;ada&#322; si&#281; w Wielk&#261; Nied&#378;wiedzic&#281;, w Strzelca, Oriona, Gwiazd&#281; Polarn&#261; czy w Pann&#281;.

TO JEST DOBRE  o&#347;wiadczy&#322; G&#322;os, przypominaj&#261;cy wiosenn&#261; burz&#281;, i Myszka us&#322;ysza&#322;a w nim zadowolenie.

Zrozumia&#322;a, ile On ma roboty. Codziennie stwarza&#263; i stwarza&#263; tyle gwiazd, tyle &#347;wiat&#243;w, tyle bezkresnych przestrzeni!

Musi by&#263; zm&#281;czony, pomy&#347;la&#322;a ze wsp&#243;&#322;czuciem.

Sama r&#243;wnie&#380; by&#322;a zm&#281;czona. Blask s&#322;o&#324;ca, ksi&#281;&#380;yca i gwiazd o&#347;lepia&#322; j&#261;. Nagle wszystkie gwiazdy zacz&#281;&#322;y wirowa&#263;, wirowa&#263;, wirowa&#263; Myszka zamkn&#281;&#322;a oczy, chroni&#261;c je przed jaskrawym &#347;wiat&#322;em  i zasn&#281;&#322;a. Ju&#380; spa&#322;a, gdy pojawi&#322;y si&#281; kurtyny przyjaznej czerni i otuli&#322;y j&#261; mi&#281;kk&#261;, paj&#281;cz&#261; ko&#322;dr&#261;.

Myszka  powiedzia&#322;a mama wystraszonym g&#322;osem.  &#346;pisz? Na tym strychu? W ciemno&#347;ciach?

Spaaa  powiedzia&#322;a dziewczynka, sepleni&#261;c po swojemu, a j&#281;zyk, niepos&#322;uszny, &#380;yj&#261;cy w&#322;asnym &#380;yciem, wysun&#261;&#322; si&#281; z ust i wypu&#347;ci&#322; b&#261;belek &#347;liny.

Zgasi&#322;a &#347;wiat&#322;o, lecz zanim zesz&#322;a na d&#243;&#322;, zmog&#322;a j&#261; senno&#347;&#263;, pomy&#347;la&#322;a Ewa.

Mrok na strychu przej&#261;&#322; j&#261; l&#281;kiem, lecz trwa&#322;o to kr&#243;tko. Poczu&#322;a jego mi&#281;kki, &#322;agodny spok&#243;j. Nawet tam, gdzie pod&#322;oga &#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z dachem, gdzie czai&#322;a si&#281; czer&#324; g&#322;&#281;boka jak sadza, by&#322;o bezpiecznie.

Myszce tu nic nie grozi, uspokoi&#322;a si&#281; z przekonaniem.

Z trudem znios&#322;a dziewczynk&#281; na d&#243;&#322;, otuli&#322;a ko&#322;dr&#261; i nim zasun&#281;&#322;a zas&#322;ony, zatrzyma&#322;a si&#281; przy oknie.

Gwiazdy wisia&#322;y na niebie tak nisko, &#380;e wydawa&#322;o si&#281;, i&#380; gdyby wysz&#322;a na pobliskie drzewo, dosi&#281;g&#322;aby ich r&#281;k&#261;. Ksi&#281;&#380;yc by&#322; na przemian wyrafinowanie w&#261;skim sierpem, to znowu pot&#281;&#380;n&#261;, emanuj&#261;c&#261; ch&#322;odnym &#347;wiat&#322;em kul&#261;.

&#262;mi mi si&#281; w oczach, jestem zm&#281;czona, stwierdzi&#322;a i przetar&#322;a powieki. Oczywi&#347;cie, &#380;e ksi&#281;&#380;yc, je&#347;li mu si&#281; przyjrze&#263;, nawet gdy jest na nowiu, zdradza kulist&#261; budow&#281;. Nie by&#322;a zdziwiona, &#380;e widzi go r&#243;wnocze&#347;nie na nowiu i w pe&#322;ni.

Nagle z granatowego nieba zacz&#281;&#322;y spada&#263; gwiazdy. Pierwsza druga pi&#261;ta dwudziesta Deszcz gwiazd. Sprawia&#322;y wra&#380;enie, &#380;e lec&#261; ku niej; &#380;e gdyby wysz&#322;a teraz przed dom, mog&#322;aby nabra&#263; ich pe&#322;ne nar&#281;cze.

Jeszcze nigdy ich tyle nie spad&#322;o, zdziwi&#322;a si&#281;. Powinnam pomy&#347;le&#263; jakie&#347; &#380;yczenie, a si&#281; spe&#322;ni. Podobno spe&#322;niaj&#261; si&#281; wtedy dobre wr&#243;&#380;by.

Jednak o niczym nie pomy&#347;la&#322;a. Wiedzia&#322;a, &#380;e to, o czym marzy, nie spe&#322;ni si&#281; nigdy, a innych marze&#324; nie mia&#322;a.

I nasta&#322; wiecz&#243;r, dzie&#324; czwarty.



Dzie&#324; pi&#261;ty: &#380;ycie

P&#243;&#322;ka z ksi&#261;&#380;kami w gabinecie Adama puch&#322;a od nowych lektur. Przybywa&#322;y mu te&#380; coraz dziwniejsze ksi&#261;&#380;ki, jakich wcze&#347;niej nigdy by nie kupi&#322;.

Niew&#261;tpliwie by&#322;by zdziwiony, gdyby odkry&#322;, &#380;e oboje z Ew&#261; maj&#261; wiele tych samych tytu&#322;&#243;w: medyczne dzie&#322;a, poradniki dla rodzic&#243;w dzieci niepe&#322;nosprawnych, a nawet urz&#281;dowe wykazy opieki socjalnej, jak&#261; ich obejmowano.

Te same ksi&#261;&#380;ki prowadzi&#322;y ich jednak do r&#243;&#380;nych wniosk&#243;w. Ewie wystarczy&#322;a informacja o dodatkowym, dwudziestym pierwszym chromosomie (Bingo! Masz oczko, Ewa!)- Adam za&#347; upewnia&#322; si&#281;, &#380;e DS to choroba genetyczna, a zatem jedno z nich dwojga musi by&#263; obci&#261;&#380;one. Skoro tak, to jak&#261; maj&#261; szans&#281;, &#380;e kolejne dziecko  je&#347;li w og&#243;le przysz&#322;oby na &#347;wiat  b&#281;dzie zdrowe? I jakie jest ryzyko, &#380;e narodzi si&#281; znowu u&#322;omne?

Adam bardzo pragn&#261;&#322; dziecka. Ca&#322;y sens nauki, pracy i zarabiania pieni&#281;dzy upatrywa&#322; w posiadaniu potomka, kt&#243;remu chcia&#322; przekaza&#263; wszystko, co zdob&#281;dzie w &#380;yciu. Dynamicznie rozwijaj&#261;ca si&#281; firma, gromadzony kapita&#322;, nabywane akcje i finansowe lokaty, dom wraz z ogrodem  to wszystko mia&#322;o by&#263; dla dziecka. I ca&#322;e Adamowe do&#347;wiadczenie. Pot&#281;&#380;ny zesp&#243;&#322; dobrych rad, w kt&#243;re zamierza&#322; zaopatrzy&#263; je, by zasz&#322;o dalej ni&#380; on. Ale -nie to dziecko, my&#347;la&#322;.

Narodziny Myszki pocz&#261;tkowo odebra&#322;y mu sens &#380;ycia. Jednak po kr&#243;tkotrwa&#322;ym szoku postanowi&#322; nie poddawa&#263; si&#281;. Podobnie jak w firmie tworzy&#322; biznesplany, uk&#322;adanie &#380;yciowych biznesplan&#243;w wydawa&#322;o mu si&#281; czym&#347; naturalnym.,A w &#380;yciowym biznesplanie dziecko stanowi&#322;o wa&#380;ny, je&#347;li nie g&#322;&#243;wny punkt. By&#322;o zatem oczywiste, &#380;e skoro Myszka nie jest tym dzieckiem, musi narodzi&#263; si&#281; drugie. Wcze&#347;niej jednak Adam chcia&#322; wiedzie&#263;, czy Ewa mo&#380;e by&#263; matk&#261; normalnego dziecka, on za&#347; ojcem; musia&#322; zatem zdoby&#263; pewno&#347;&#263;, po czyjej stronie le&#380;y wina.

Nazywa&#322; to win&#261;. Alzheimer u babci Ewy i alzheimer, kt&#243;ry tak cz&#281;sto dopada&#322; mongo&#322;&#243;w, o czym przeczyta&#322; w ksi&#261;&#380;kach, utwierdzi&#322; go w przekonaniu, &#380;e istnieje zwi&#261;zek mi&#281;dzy genami Ewy i Myszki. Zatem on powinien by&#263; czysty. Okre&#347;lenie czysty przelotnie go zaniepokoi&#322;o, ale potem uzna&#322; je za w&#322;a&#347;ciwe.

Ju&#380; wiedzia&#322;, &#380;e najszybciej rozwijaj&#261;c&#261; si&#281; nauk&#261; jest genetyka. Gazety cz&#281;sto o tym pisa&#322;y. Dwudziesty pierwszy wiek to b&#281;dzie era zwyci&#281;stw genetyk&#243;w. Era genomu. Era rozszyfrowania, co tkwi w cz&#322;owieku w &#347;rodku. Zagl&#261;da&#322; do Internetu i odkrywa&#322; ogromn&#261;, rosn&#261;c&#261; liczb&#281; stron i odsy&#322;aczy na ten temat. By&#322;y tu materia&#322;y naukowe, informuj&#261;ce, &#380;e odkryto gen alzheimera, gen pora&#380;enia m&#243;zgowego, chor&#243;b serca, wrzod&#243;w &#380;o&#322;&#261;dka, staro&#347;ci, osteoporozy, a nawet gen inteligencji. Naukowcy znale&#378;li si&#281; o krok od odkrycia ca&#322;ego ludzkiego genomu, kt&#243;ry, jak przeczyta&#322;, ma p&#243;&#322;tora metra d&#322;ugo&#347;ci i trzy miliardy literek lub, jak chcieli inni uczeni, cegie&#322;ek. Te miliardy cegie&#322;ek tworzy&#322;y &#322;a&#324;cuch DNA. To geny decydowa&#322;y o wszystkim, tak&#380;e o tym, jaki b&#281;dzie wygl&#261;d cz&#322;owieka, zarys jego czaszki, budowa cia&#322;a, a nawet oczy, nos czy podbr&#243;dek.

Znaj&#261;c genom cz&#322;owieka i ptaka, b&#281;dziemy mogli wyhodowa&#263; ludzi ze skrzyd&#322;ami, napisali z dum&#261; dwaj najs&#322;awniejsi genetycy &#347;wiata, Daniel Cohen i Craig Yenter.

Gdyby Myszka mia&#322;a skrzyd&#322;a, pomy&#347;la&#322; wtedy z kr&#243;tkotrwa&#322;ym zachwytem.

Geny zrewolucjonizuj&#261; ludzko&#347;&#263; dwudziestego pierwszego wieku, w kt&#243;rym &#380;y&#322; Adam i w kt&#243;rym mia&#322;o &#380;y&#263; jego dziecko. Oczywi&#347;cie nie to dziecko. Temu dziecku ju&#380; nic nie pomo&#380;e, &#380;adne odkrycie, nawet skrzyd&#322;a.

Dzi&#281;ki genom wyhodujemy kiedy&#347; doskona&#322;ych ludzi, pomy&#347;la&#322;, pe&#322;en smutku, &#380;e musi doda&#263; to ma&#322;e s&#322;&#243;wko kiedy&#347;. Dlaczego Myszka musia&#322;a urodzi&#263; si&#281; przedwcze&#347;nie? Jeszcze kilka lat i uszkodzone geny w rodzinie Ewy zosta&#322;yby wymienione na lepsze. Ewa urodzi&#322;aby idealne dziecko. Razem mogliby&#347;my zdecydowa&#263;, jak wysokie ma by&#263; jego IQ, jaka p&#322;e&#263;, kolor oczu i w&#322;os&#243;w

Poczu&#322; ogromny &#380;al, &#380;e nie &#380;yje sto lat p&#243;&#378;niej, gdy na ca&#322;ej kuli ziemskiej ju&#380; nie b&#281;dzie ani jednej ludzkiej istoty z downem, z pora&#380;eniem m&#243;zgowym, z wodog&#322;owiem, z wrodzon&#261; &#322;amliwo&#347;ci&#261; ko&#347;ci, ze zwyrodnieniami ko&#324;czyn po thalidomidzie. Nie b&#281;dzie garbatych, niewidomych, g&#322;uchych.

Uczymy si&#281; j&#281;zyka, w kt&#243;rym B&#243;g stworzy&#322; &#380;ycie  o&#347;wiadczy&#322; prezydent Stan&#243;w Zjednoczonych (Jak zatem nazwa&#263; j&#281;zyk, w kt&#243;rym B&#243;g stworzy&#322; Myszk&#281;?, przemkn&#281;&#322;o Adamowi przez my&#347;l. Adam w&#261;tpi&#322; w istnienie Boga, ale  w paradoksalny spos&#243;b  jeszcze mocniej w&#261;tpi&#322; w mo&#380;no&#347;&#263; poznania Jego j&#281;zyka. Poza genomem jest w cz&#322;owieku jeszcze co&#347;, czego nigdy nie poznamy, nie pojmiemy, czego nie ogarnie &#380;adna nauka, pomy&#347;la&#322;, ale ta my&#347;l umkn&#281;&#322;a r&#243;wnie szybko, jak przysz&#322;a).

Czyste, zdrowe, idealne spo&#322;ecze&#324;stwo  powt&#243;rzy&#322; g&#322;o&#347;no i z uporem.

Przed oczami zn&#243;w stan&#261;&#322; mu s&#322;oneczny dzie&#324; w mazurskiej wiosce i kalekie, przera&#380;one dziecko, z wielk&#261; g&#322;ow&#261; na cienkiej szyi, z garbem na chudych plecach i z niedorozwojem ko&#324;czyn. Oczywi&#347;cie, jego miejsce by&#322;o w specjalnym zak&#322;adzie, a nie w brudnej stajni. Jednak za dziesi&#281;&#263; czy dwadzie&#347;cia lat, dzi&#281;ki planowemu wymienianiu gen&#243;w, matki i ojcowie p&#322;odzi&#263; b&#281;d&#261; wy&#322;&#261;cznie zdrowe i idealne dzieci. U&#322;omne niemowl&#281; po prostu nie przyjdzie na ten &#347;wiat. Ba, nie zostanie pocz&#281;te. Zdrowe, czyste spo&#322;ecze&#324;stwo

Jego my&#347;li raptownie si&#281; urwa&#322;y. Przed oczami mign&#281;&#322;a mu, jak na filmie, malutka klatka pami&#281;ci dotycz&#261;ca wydarze&#324; z ubieg&#322;ego wieku. Nie by&#322; ich &#347;wiadkiem  w og&#243;le nie by&#322;o go wtedy na &#347;wiecie. Ogl&#261;da&#322; je jednak w starych kronikach w telewizji, uczy&#322; si&#281; o nich w szkole, czyta&#322; w ksi&#261;&#380;kach. Ta ma&#322;a klatka pami&#281;ci najpierw zamigota&#322;a mu przed oczami jak bardzo stare zdj&#281;cie w kolorze sepii, a potem podzieli&#322;a si&#281; na wiele szybkich, gwa&#322;townych i brutalnych kadr&#243;w, rozrastaj&#261;cych si&#281; w wojskowym, marszowym rytmie. Gdzie&#347; w m&#243;zgu zabrzmia&#322;o historyczne nazwisko, jedno, drugie, trzecie

Wtedy sobie przypomnia&#322;: w historii by&#322; ju&#380; niejeden cz&#322;owiek, kt&#243;ry zamierza&#322; wyhodowa&#263; doskona&#322;e, idealne spo&#322;ecze&#324;stwo. Czyste. Tak, tego okre&#347;lenia u&#380;ywano: czyste Czysta rasa. Je&#347;li ten kto&#347; mia&#322; w&#322;adz&#281;, pr&#243;bowa&#322; wcieli&#263; marzenia w czyn. Odsy&#322;a&#322; upo&#347;ledzonych  dzieci, kobiety, m&#281;&#380;czyzn, starc&#243;w  do specjalnych zak&#322;ad&#243;w, z kt&#243;rych nigdy nie wracali. Lub szli z nich wprost do oboz&#243;w &#347;mierci. Ten kto&#347; wyprzedza&#322; sw&#243;j czas i zatrudni&#322; lekarzy do do&#347;wiadcze&#324; nad hodowl&#261; nadcz&#322;owieka o idealnych genach, cho&#263; mo&#380;e nawet nie zna&#322; s&#322;owa gen. Odg&#243;rnie, politycznym nakazem, kojarzy&#322; ze sob&#261; pary gwarantuj&#261;ce, &#380;e potomstwo ich b&#281;dzie doskona&#322;e.

Tak, kto&#347; taki ju&#380; by&#322;. Kto&#347;, kto szuka&#322; j&#281;zyka, w jakim B&#243;g stworzy&#322; &#380;ycie, i zdecydowa&#322; si&#281; z ich wielo&#347;ci  bo to nie mo&#380;e by&#263; jeden j&#281;zyk!  wybra&#263; tylko ten, kt&#243;ry pasowa&#322; do jego cel&#243;w. By&#322; kto&#347; taki

Adam nagle zrozumia&#322;, &#380;e b&#322;&#261;dzi, lecz nie wiedzia&#322;, w kt&#243;rym miejscu pope&#322;nia b&#322;&#261;d. Marzenie o doskona&#322;ym cz&#322;owieku wydawa&#322;o mu si&#281; uprawnione. Pod koniec znacz&#261;cego roku 2000 eksplodowa&#322;o ono z now&#261;, o&#380;ywcz&#261; si&#322;&#261;. Rozszyfrowanie ludzkiego genomu doda&#322;o mu skrzyde&#322; (czy tych samych skrzyde&#322;, kt&#243;re Cohen i Yenter chcieli przyda&#263; ludziom?). Zatem dlaczego p&#243;&#322; wieku wcze&#347;niej podobne marzenie doprowadzi&#322;o do mord&#243;w pope&#322;nianych przez doskonalszych na  ich zdaniem  mniej doskona&#322;ych?

Jakie b&#281;dzie to przysz&#322;e spo&#322;ecze&#324;stwo, ca&#322;kowicie pozbawione ludzi u&#322;omnych?, zamy&#347;li&#322; si&#281;. Jaki b&#281;dzie &#347;wiat, zaludniony wy&#322;&#261;cznie doskona&#322;ymi lud&#378;mi? Czy r&#243;wnie doskona&#322;y?

Nie przywyk&#322; do takich my&#347;li. Nie umia&#322; stawia&#263; tego rodzaju pyta&#324; ani na nie odpowiada&#263;. Ksi&#261;&#380;ki, kt&#243;re zgromadzi&#322;, nie wyja&#347;nia&#322;y tych w&#261;tpliwo&#347;ci. Do ich rozstrzygni&#281;cia brakowa&#322;o mu jakiego&#347; elementu. Nie wiedzia&#322;, jakiego. Sami uczeni, mimo sukces&#243;w w rozszyfrowaniu j&#281;zyka Boga, byli stropieni swoim odkryciem i troch&#281; przera&#380;eni jego konsekwencjami  tak jak Einstein i Oppenheimer przerazili si&#281; mo&#380;liwo&#347;ci wykorzystania energii j&#261;drowej.

Ale ja jestem zwyk&#322;ym cz&#322;owiekiem i po prostu chc&#281; mie&#263; zwyk&#322;e, normalne dziecko. Mam prawo tego chcie&#263;, pomy&#347;la&#322;.

Cichutko uchyli&#322; drzwi gabinetu i wyjrza&#322; do holu. Myszka siedzia&#322;a na pod&#322;odze, bawi&#261;c si&#281; kupionymi przez niego lalkami. Pr&#243;bowa&#322;a stawia&#263; je obok siebie, mrucz&#261;c co&#347; p&#243;&#322;g&#322;osem nie, to nie by&#322;o zwyk&#322;e mruczenie.

Ona &#347;piewa!, zdziwi&#322; si&#281; Adam.

W dziwacznym, irytuj&#261;cym mruczeniu Myszki rozr&#243;&#380;ni&#322; nagle d&#378;wi&#281;ki znanej mu melodii.

Przecie&#380; to Mahler, rozpozna&#322; po chwili, zszokowany odkryciem. Ona &#347;piewa melodi&#281; z symfonii, kt&#243;rej cz&#281;sto s&#322;ucham! S&#322;yszy j&#261; tylko przez moje drzwi, ale zapami&#281;ta&#322;a

Myszce uda&#322;o si&#281; ustawi&#263; pionowo obie lalki, i teraz Barbie sta&#322;a sztywno obok Kena, podaj&#261;c mu r&#281;k&#281;, a oboje wygl&#261;dali tak, jakby mieli ruszy&#263; na bal. Dziewczynka wybuchn&#281;&#322;a chrapliwym i szorstkim, pe&#322;nym rado&#347;ci &#347;miechem. Zaklaska&#322;a w d&#322;onie; jej okr&#261;g&#322;&#261; buzi&#281; rozja&#347;ni&#322; ten dziwny, ufny u&#347;miech, kt&#243;ry Adam obserwowa&#322; zza p&#243;&#322;przymkni&#281;tych drzwi i kt&#243;ry natychmiast znika&#322;, gdy si&#281; do niej zbli&#380;a&#322; (co widzia&#322; k&#261;tem oka, usi&#322;uj&#261;c wymin&#261;&#263; j&#261; jak najszybciej). Dziewczynka ponownie si&#281; za&#347;mia&#322;a, zaklaska&#322;a w d&#322;onie, potem wsta&#322;a i wyrzuci&#322;a w g&#243;r&#281; obie r&#261;czki. Z jej ust znowu wydoby&#322;o si&#281; to dziwne, &#347;piewne mruczenie. Myszka wci&#261;&#380; &#347;piewa&#322;a wpadaj&#261;c&#261; w ucho fraz&#281; Mahlera. Nagle przesta&#322;a &#347;piewa&#263;.

Taaaaaaa!  zawo&#322;a&#322;a grubym, dono&#347;nym g&#322;osem.  Taaaaa!  i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; jeszcze szerzej, wymachuj&#261;c r&#281;kami, a potem zaklaska&#322;a nimi rytmicznie. Adam zrozumia&#322;: jego c&#243;rka chcia&#322;a, &#380;eby lalki ze sob&#261; zata&#324;czy&#322;y. I wyobra&#380;a&#322;a sobie, &#380;e to robi&#261;. Znowu rozleg&#322; si&#281; jej gruby, chrypliwy &#347;miech.

Ona jest szcz&#281;&#347;liwa  zdziwi&#322; si&#281;.

Us&#322;ysza&#322; st&#261;panie bosych n&#243;g Ewy, kt&#243;ra po&#347;piesznie wysz&#322;a z &#322;azienki na wo&#322;anie c&#243;rki (jak pies Pawiowa, pomy&#347;la&#322; z irytacj&#261;), wi&#281;c wycofa&#322; si&#281; w g&#322;&#261;b gabinetu, przymykaj&#261;c bezszelestnie drzwi.

Czy &#347;wiat powinien by&#263; pe&#322;en ludzi doskona&#322;ych genetycznie, czy ludzi szcz&#281;&#347;liwych? Czy doskona&#322;e geny daj&#261; szcz&#281;&#347;cie?, zamy&#347;li&#322; si&#281;. Obawia&#322; si&#281;, &#380;e stawia pytania, na kt&#243;re nie ma odpowiedzi. A mo&#380;e rozwi&#261;zanie jego problem&#243;w nie tkwi w nauce, lecz gdzie indziej. Gdzie?

Myszka, co si&#281; sta&#322;o?  dopytywa&#322;a si&#281; Ewa w holu.

Laa stooo taaa  us&#322;ysza&#322; przez drzwi odpowied&#378; c&#243;rki.

Ustawi&#322;a&#347; lalki! Stoj&#261;! Jak pi&#281;knie! M&#261;dra Myszka dobra Myszka  powtarza&#322;a Ewa, Adam za&#347; nagle zje&#380;y&#322; si&#281; w sobie, z trudem panuj&#261;c nad niezrozumia&#322;ym wybuchem gniewu.

Ona j&#261; traktuje jak nierozumne zwierz&#261;tko! A przecie&#380; w &#347;rodku, tam gdzie nikt nie potrafi zajrze&#263;, tkwi istota, kt&#243;ra ma swoje uczucia i my&#347;li, sw&#243;j &#347;wiat i w&#322;asny j&#281;zyk, kt&#243;ry by&#263; mo&#380;e jest j&#281;zykiem Boga

Po chwili opanowa&#322; si&#281;. W&#322;asna reakcja roz&#347;mieszy&#322;a go, ale te&#380; za&#380;enowa&#322;a. Nie wiedzia&#322;, sk&#261;d si&#281; wzi&#281;&#322;a. Pewnie z tego Mahlera, i z mniemania, &#380;e ludzie wra&#380;liwi na muzyk&#281; s&#261; wra&#380;liwi w og&#243;le. Myszka by&#322;a co najwy&#380;ej wyj&#261;tkiem potwierdzaj&#261;cym regu&#322;&#281;. Ewa wie, co robi, gdy traktuje j&#261; jak zwierz&#261;tko.

Nie b&#281;d&#281; si&#281; w to wtr&#261;ca&#322;, musz&#281; by&#263; konsekwentny, pomy&#347;la&#322;, cho&#263; nadal czu&#322; drobn&#261;, ostr&#261; drzazg&#281; urazy do Ewy i do ca&#322;ego &#347;wiata, kt&#243;ry traktowa&#322; z g&#243;ry takie istoty jak jego c&#243;rka. I do samego siebie  poniewa&#380; to akceptowa&#322;.

Usiad&#322; w fotelu, odwracaj&#261;c si&#281; plecami do drzwi, za kt&#243;rymi by&#322; dom stworzony dziewi&#281;&#263; lat temu dla &#380;ony i dziecka. Zrzuci&#322; na ziemi&#281; ksi&#261;&#380;ki o genach i o szansach tworzenia idealnych ludzi; o przysz&#322;ym spo&#322;ecze&#324;stwie, w kt&#243;rym nikomu nie zabraknie &#380;adnego chromosomu, ani nikt nie b&#281;dzie mia&#322; o jeden za du&#380;o. Wszystko b&#281;dzie idealne.

Ksi&#261;&#380;ki spad&#322;y z hukiem na pod&#322;og&#281;, a on wszed&#322; do Internetu, by po&#322;&#261;czy&#263; si&#281; ze swoj&#261; firm&#261;.

Liczby Tylko liczby s&#261; pewne. J&#281;zyk Boga jest j&#281;zykiem matematyki, pomy&#347;la&#322; z przekonaniem.

Myszka siedzia&#322;a w kucki na strychu i kiwaj&#261;c si&#281; miarowo, &#347;piewa&#322;a. Pot&#281;g&#281; muzyki, kt&#243;ra  tak jak taniec  zdolna by&#322;a wyrazi&#263; wszelkie uczucia, odkry&#322;a przypadkiem, s&#322;uchaj&#261;c w holu, jak tata puszcza swoje p&#322;yty i ta&#347;my. Mama ich nie lubi&#322;a. Wola&#322;a rytmiczne melodie z radia. Tata zawsze g&#322;o&#347;no puszcza&#322; ulubione kompakty. Przez drzwi jego gabinetu muzyka prze&#347;lizgiwa&#322;a si&#281; odrobin&#281; st&#322;umiona, lecz pi&#281;kna i przejmuj&#261;ca. Myszka s&#322;ucha&#322;a jej i &#347;piewa&#322;a.

Teraz na strychu, patrz&#261;c na rozwieranie si&#281; czarnych zas&#322;on, Myszka &#347;piewa&#322;a Wagnera. Zas&#322;ony podchwyci&#322;y melodi&#281; i ju&#380; po chwili nuci&#322;y razem z ni&#261;  delikatnie, dr&#380;&#261;c i faluj&#261;c, co do Wagnera nie pasowa&#322;o. Ale Myszka wiedzia&#322;a, &#380;e zaraz otworzy si&#281; przed ni&#261; pot&#281;&#380;na, niesko&#324;czona przestrze&#324;, z ziemi&#261; i wod&#261;, z noc&#261; i dniem, z gwiazdami, z ksi&#281;&#380;ycem i s&#322;o&#324;cem  i tutaj Wagner by&#322; jak brakuj&#261;cy element. Obraz, ruch, d&#378;wi&#281;k.



*


Myszka nie zdziwi&#322;a si&#281;, gdy t&#281; majestatyczn&#261; melodi&#281; podchwyci&#322;a woda i wyrzuci&#322;a w g&#243;r&#281; radosn&#261; fontann&#281;. Jedn&#261; drug&#261; trzeci&#261; dziesi&#261;tki fontann setki. Potem spoza opadaj&#261;cych melodyjnie strug wody zacz&#281;&#322;y wy&#322;ania&#263; si&#281; wielkie, mi&#281;kkie, ciemne cielska. I za&#347;piewa&#322;y razem z Myszk&#261;, ta&#324;cz&#261;c na rozko&#322;ysanych falach.

Wieloryby!  zawo&#322;a&#322;a.  On stworzy&#322; wieloryby i ani troch&#281; si&#281; nie pomyli&#322;! S&#261; dok&#322;adnie takie jak w telewizorze!

Kilka dni temu Myszka ogl&#261;da&#322;a film o wielorybach. Kamery pokaza&#322;y pe&#322;en &#380;ycia podmorski &#347;wiat, skryty przed wzrokiem cz&#322;owieka. Od razu poj&#281;&#322;a, &#380;e tak&#380;e tutaj, na g&#243;rze, woda o&#380;ywi&#322;a si&#281;, daj&#261;c mieszkanie nie tylko wielorybom, ale milionom stworze&#324;: ma&#322;ym i du&#380;ym rybom, spl&#261;tanym o&#347;miornicom, wij&#261;cym si&#281; wodnym w&#281;&#380;om, futrzastym fokom, w&#261;satym morsom.

I tym razem On si&#281; nie pomyli&#322;, bo wszystko wzi&#261;&#322; z mojej g&#322;owy, pomy&#347;la&#322;a.

TO JEST DOBRE  o&#347;wiadczy&#322; grzmi&#261;cy G&#322;os bez cienia wahania i Myszka by&#322;a pewna, &#380;e nie musi Mu przytakiwa&#263;. On wiedzia&#322;.

Myszka za&#347; mia&#322;a pewno&#347;&#263;, &#380;e to nie koniec. To si&#281; dopiero zaczyna&#322;o. On mia&#322; dzi&#347; wielk&#261; moc i ch&#281;&#263; stwarzania. Myszka wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czki wysoko, jak najwy&#380;ej, i ufnie czeka&#322;a. Co&#347; mia&#322;o sp&#322;yn&#261;&#263; z g&#243;ry. Z nieba.

I sp&#322;yn&#281;&#322;o. Nie. Nie sp&#322;yn&#281;&#322;o, ale sfrun&#281;&#322;o. Stada ptak&#243;w. Setki. Tysi&#261;ce. Ich skrzyd&#322;a &#347;piewa&#322;y. Ich gard&#322;a &#347;piewa&#322;y. Myszka &#347;piewa&#322;a. Wszystko &#347;piewa&#322;o Wagnera, a stwarzanie trwa&#322;o i trwa&#322;o.

Taaa!  zawo&#322;a&#322;a Myszka, klaszcz&#261;c w d&#322;onie, i wszystkie ptaki zata&#324;czy&#322;y na niebie. Tysi&#261;ce skrzyde&#322; r&#243;&#380;nych rozmiar&#243;w wygrywa&#322;o w powietrzu t&#281; sam&#261; melodi&#281;. I ta&#324;czy&#322;y. Myszka mia&#322;a ochot&#281; przy&#322;&#261;czy&#263; si&#281; do nich, ale wi&#281;zi&#322;a j&#261; pod&#322;oga strychu  i w&#322;asne cia&#322;o. I mama, kt&#243;rej nie wolno by&#322;o opu&#347;ci&#263;. I tata, kt&#243;ry m&#243;g&#322; pewnego dnia przystan&#261;&#263; w biegu i nie mia&#322;by przy kim. Gdyby nie to, Myszka pofrun&#281;&#322;aby ku ptakom. By&#263; mo&#380;e On by na to pozwoli&#322;.

Ptaki wirowa&#322;y pomi&#281;dzy niebem a ziemi&#261;, a pot&#281;&#380;ny G&#322;os odezwa&#322; si&#281; bez wahania:

TO JEST DOBRE.

Tymczasem ziemia cierpliwie czeka&#322;a. Niebo i woda otrzyma&#322;y &#380;ycie, ale ziemia by&#322;a ja&#322;owa. Myszka wystraszy&#322;a si&#281;, &#380;e o niej zapomnia&#322;.

Zieee ceeee  szepn&#281;&#322;a cichutko, ale On sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e sif waha. Ba&#322; si&#281; zaludni&#263; ziemi&#281;? Przydarzy&#322;o Mu si&#281; zbyt wiele pomy&#322;ek? We wszech&#347;wiecie kr&#261;&#380;y&#322;y &#347;wiaty, kt&#243;rym da&#322; &#380;ycie i kt&#243;re Go teraz przera&#380;a&#322;y?

Zieee  wyszepta&#322;a Myszka jeszcze raz, prawie b&#322;agalnie, lecz odpowiedzia&#322; jej tylko trzepot ptasich skrzyde&#322;.

Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e On chyba gdzie&#347; poszed&#322;. Mo&#380;e ogl&#261;da dno ocean&#243;w i m&#243;rz? Sprawdza, czy wszystko stworzy&#322; jak nale&#380;y? A mo&#380;e fruwa w pobli&#380;u ptak&#243;w, owiewaj&#261;c je swym oddechem i dziel&#261;c na gatunki? Przydzielaj&#261;c im r&#243;&#380;ne, kolory pi&#243;r, r&#243;&#380;ne g&#322;osy i zdolno&#347;&#263; do lotu? A tak chcia&#322;a widzie&#263;, jakie &#380;ycie tym razem stworzy na ziemi

Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e si&#281; nie doczeka. Poczu&#322;a si&#281; zm&#281;czona i smutna. Wsta&#322;a gwa&#322;townie, zapali&#322;a &#380;ar&#243;wk&#281; i w jednej chwili rozleg&#322;&#261;, niesko&#324;czon&#261; przestrze&#324; ograniczy&#322;y &#347;ciany strychu. Na babcinych meblach spoczywa&#322; mi&#281;kki kurz. I jeszcze co&#347;

Myszka podesz&#322;a do starego kredensu. Na jego blacie co&#347; r&#243;&#380;owia&#322;o. Wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czk&#281; i zacisn&#281;&#322;a.

Myszka, siedzisz tu i siedzisz Ile czasu tak mo&#380;na Chod&#378;, obejrzymy sobie co&#347; w telewizji  powiedzia&#322;a mama za jej plecami.

Myszka w milczeniu ogl&#261;da&#322;a znalezion&#261; rzecz.

Ptasie pi&#243;ro  powiedzia&#322;a mama bez zdziwienia i podnios&#322;a g&#322;ow&#281; do g&#243;ry, patrz&#261;c na dach.  Okno jest nieszczelne lub pi&#243;ro wpad&#322;o, gdy wietrzy&#322;am. Albo zawsze by&#322;o  doda&#322;a po namy&#347;le i wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281;:  Poka&#380;.

Myszka zacisn&#281;&#322;a r&#261;czk&#281; w pi&#281;&#347;&#263;.

Nie chcesz pokaza&#263;?  zdziwi&#322;a si&#281; mama.  Przecie&#380; nie zabior&#281;. Oddam

Dziewczynka powoli, powolutku rozchyla&#322;a d&#322;o&#324;. Teraz obie nachyli&#322;y si&#281; nad pi&#243;rem.

R&#243;&#380;owe?  zdziwi&#322;a si&#281; mama.  Pi&#243;ro flaminga? Ale sk&#261;d?

Mooo  powiedzia&#322;a Myszka.

Oczywi&#347;cie, &#380;e twoje  zgodzi&#322;a si&#281; mama i zesz&#322;y na d&#243;&#322;.

Na dole mama zapomnia&#322;a o r&#243;&#380;owym pi&#243;rze flaminga, kt&#243;re nie wiadomo sk&#261;d spad&#322;o na strych. Myszka pomy&#347;la&#322;a sobie, &#380;e wprawdzie ona tak&#380;e wci&#261;&#380; zapomina, ale o mniej wa&#380;nych rzeczach. Mama zapomina&#322;a niekiedy o tych najwa&#380;niejszych.

W telewizorze Ewa chcia&#322;a obejrze&#263; kolejny odcinek telenoweli, ale Myszka tak d&#322;ugo marudzi&#322;a, a&#380; Ewa znalaz&#322;a kana&#322; National Geographic.

Po rozleg&#322;ych przestrzeniach Afryki spacerowa&#322;y, skrada&#322;y si&#281; lub bieg&#322;y z tupotem r&#243;&#380;norakie zwierz&#281;ta. Myszka wpatrywa&#322;a si&#281; w ekran tak d&#322;ugo i intensywnie, p&#243;ki jej oczy nie zm&#281;czy&#322;y si&#281; na tyle, &#380;e same si&#281; zamkn&#281;&#322;y. Nim zasn&#281;&#322;a, pomy&#347;la&#322;a sobie, &#380;e teraz musi ogl&#261;da&#263; du&#380;o, bardzo du&#380;o r&#243;&#380;nych rzeczy. Inaczej nie b&#281;dzie umia&#322;a Mu pom&#243;c. Oboje b&#281;d&#261; si&#281; myli&#263; i gdy On spyta, ona nie odpowie. On wprawdzie nikogo nie pyta&#322;, lecz s&#322;ysza&#322; wszystko.

S&#322;onie, &#380;yrafy, antylopy, zaj&#261;ce, krety, borsuki, my&#347;la&#322;a, zasypiaj&#261;c. Krowy, konie, psy, koty, wilki Wilki? I lwy? Tygrysy? Pantery?

Zaniepokoi&#322;a si&#281;. Wola&#322;aby, &#380;eby On stworzy&#322; jaki&#347; odr&#281;bny i odleg&#322;y &#347;wiat Via zwierz&#261;t, kt&#243;re zabijaj&#261; inne, ale nie by&#322;a pewna, czy to mo&#380;liwe.

Zasypia&#322;a. &#346;ni&#322;y jej si&#281; zwierz&#281;ta ogl&#261;dane w programach telewizyjnych, w ksi&#261;&#380;kach z obrazkami, w ogrodzie zoologicznym. Baraszkowa&#322;y weso&#322;o, bawi&#322;y si&#281; ze sob&#261;, by&#322;y pogodne i przyjazne. Jad&#322;y marchewk&#281;, banany i traw&#281;. Nikogo nie zabija&#322;y.

I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r, dzie&#324; pi&#261;ty.



Dzie&#324; sz&#243;sty: &#380;ycie, ci&#261;g dalszy

Adam odepchn&#261;&#322; od siebie niepokoj&#261;c&#261; my&#347;l, &#380;e od kilkunastu dni, gdy wraca z pracy, w domu jest ciszej ni&#380; zwykle. A gdy uchyla drzwi gabinetu, Myszka ju&#380; nie bawi si&#281; w holu. Wcze&#347;niej prawie zawsze j&#261; tu widzia&#322;, poch&#322;oni&#281;t&#261; prostymi czynno&#347;ciami, w kt&#243;rych wykonanie wk&#322;ada&#322;a mn&#243;stwo wysi&#322;ku. Klocki ustawione z trudem jeden na drugim. Kreski nier&#243;wno przeci&#261;gni&#281;te pisakiem przez kartk&#281;. Wyrwana noga pluszowego misia. Zasznurowane krzywo buciki. Barbie rozebrana do naga.

Adam nie wiedzia&#322;, czy cisza w holu jest lepsza od be&#322;kotliwych d&#378;wi&#281;k&#243;w wypowiadanych grubym g&#322;osem. Nie usi&#322;owa&#322; tego rozstrzyga&#263;. Zarejestrowa&#322; fakt.

Pewnie Ewa zamyka j&#261; w sypialni. Przede mn&#261;, pomy&#347;la&#322;.

Ale Ewa, jak zauwa&#380;y&#322;, gdy szed&#322; do kuchni, le&#380;a&#322;a na kanapie z ksi&#261;&#380;k&#261; w r&#281;ku. I sprawia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e le&#380;y tak od kilku godzin.

Gdzie jest Myszka?, pomy&#347;la&#322; z niezrozumia&#322;ym dla siebie niepokojem, gdy zdarzy&#322;o si&#281; to kt&#243;ry&#347; raz z rz&#281;du.

Cicho, na palcach, podszed&#322; do lalek porzuconych niedbale na pod&#322;odze. Jakim&#347; cudem kunsztowna fryzura Barbie ocala&#322;a, cho&#263; lalka zosta&#322;a odarta z pi&#281;knego stroju. Le&#380;a&#322;a na pod&#322;odze go&#322;a i w jej nago&#347;ci Adam dopatrzy&#322; si&#281; czego&#347; obrzydliwego. Pocz&#261;tkowo nie wiedzia&#322;, co to. Potem zobaczy&#322;, &#380;e Barbie ma wysoko stercz&#261;ce, wielkie piersi, kt&#243;re &#322;adnie prezentowa&#322;y si&#281; pod sukienk&#261;, ale bez ubrania by&#322;y zdumiewaj&#261;co sztuczne.

Silikonowy biust Pameli Andersen, pomy&#347;la&#322; zgry&#378;liwie.

Nadal jednak co&#347; go niepokoi&#322;o w wygl&#261;dzie lalki. Przyjrza&#322; si&#281; uwa&#380;nie jej zbyt d&#322;ugim i zbyt zgrabnym nogom, zaokr&#261;glonym biodrom, przesadnie w&#261;skiej talii. Wzruszy&#322; ramionami: modelki w kolorowych pismach wygl&#261;da&#322;y podobnie, cho&#263; zapewne dopiero po komputerowych zabiegach grafik&#243;w. Ale w Barbie by&#322;o co&#347; zagadkowo oble&#347;nego.

Nagle odkry&#322;: naga Barbie mia&#322;a ogromne piersi, ale nie mia&#322;a nic pomi&#281;dzy nogami. Odruchowo parskn&#261;&#322; &#347;miechem, zaraz jednak przy&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; do ust. Nie chcia&#322;, aby Ewa go us&#322;ysza&#322;a.

Ta lalka jest ocenzurowana obyczajowo! I to w jak szczeg&#243;lny spos&#243;b!, pomy&#347;la&#322; sarkastycznie. Ma&#322;e dziewczynki nie powinny wiedzie&#263;, &#380;e Barbie ma wagin&#281;, cho&#263; wolno, by widzia&#322;y jej biust? Zabawne Co na to Myszka?

By&#322; zaciekawiony. Nie wiedzia&#322;, &#380;e Myszka znacznie wcze&#347;niej po&#347;wi&#281;ci&#322;a d&#322;ugie godziny na kontemplowanie anatomii Barbie. Tego, co Barbie mia&#322;a i czego jej zabrak&#322;o.



*


Ja&#322;owa ziemia, pokryta zielonym futerkiem trawy, czeka&#322;a cierpliwie, wierz&#261;c, &#380;e On nie zapomni. Myszka po raz pierwszy tak bardzo by&#322;a ciekawa, co On zrobi, &#380;e pami&#281;ta&#322;a o strychu przez ca&#322;y wiecz&#243;r i pocz&#261;tek nast&#281;pnego dnia. Myszka chcia&#322;a zobaczy&#263;, jak On o&#380;ywi ziemi&#281;.

Istnia&#322;o wiele mo&#380;liwo&#347;ci, Myszka to wiedzia&#322;a. Mama nie zawsze w por&#281; prze&#322;&#261;cza&#322;a telewizor na kana&#322;y dozwolone dla c&#243;rki. A zreszt&#261; mama nie by&#322;a pewna, czy w og&#243;le istnieje co&#347;, czego Myszka nie powinna ogl&#261;da&#263;. Granice wyobra&#378;ni dziewczynki nie by&#322;y jej znane; ani granice jej rozumienia. Myszce zdarza&#322;o si&#281; ogl&#261;da&#263; horrory, w kt&#243;rych na bezbronn&#261; ziemi&#281; przekrada&#322;y si&#281; niewyobra&#380;alne i gro&#378;ne monstra. Ogl&#261;da&#322;a programy przyrodnicze, w kt&#243;rych jedne zwierz&#281;ta w okrutny spos&#243;b zabija&#322;y inne, po&#380;eraj&#261;c je, gdy jeszcze trwa&#322;y w agonii. Dziewczynka obawia&#322;a si&#281;, &#380;e ziemia, kt&#243;r&#261; On teraz stwarza&#322;, stanie si&#281; miejscem takich zmaga&#324;; &#380;e kt&#243;ry&#347; z potwor&#243;w ogl&#261;danych w telewizji o&#380;ywi ziemi&#281; w spos&#243;b, kt&#243;ry wzbudza&#322; jej l&#281;k.

O wiele gorsze ni&#380; filmowe monstra by&#322;y obrazy wojen. A te dziewczynka ogl&#261;da&#322;a prawie codziennie, gdy&#380; mama co wiecz&#243;r &#347;ledzi&#322;a newsy w telewizorze i nie widzia&#322;a powodu, aby usuwa&#263; c&#243;rk&#281; z pokoju. Nakazywa&#322;a jej wyj&#347;&#263;, gdy w jakim&#347; filmie pan i pani zaczynali si&#281; dotyka&#263; i rozbiera&#263;. Wojny za&#347; w telewizyjnych Wiadomo&#347;ciach by&#322;y czym&#347; tak naturalnym jak prognozy pogody: pokazywano je codziennie, z niewielkimi tylko zmianami. Ewie nigdy nie przysz&#322;o do g&#322;owy, &#380;e to one budz&#261; w Myszce strach i niezrozumienie o wiele wi&#281;ksze ni&#380; sceny erotyczne. A jednak Ewa czu&#322;a, &#380;e Myszce nale&#380;y zabroni&#263; ogl&#261;dania takich scen, a mo&#380;na jej pozwoli&#263; na ogl&#261;danie telewizyjnych dziennik&#243;w, kt&#243;re w szybkim, rockandrollowym rytmie  niemal jak na paradzie  pokazywa&#322;y bombardowanie miast, egzekucje je&#324;c&#243;w, uliczne walki, katastrofy, morderstwa. Myszka nie mog&#322;a tego poj&#261;&#263;. Ludzie szukaj&#261;cy nawzajem blisko&#347;ci cia&#322; wydawali jej si&#281; pi&#281;kni i dobrzy, ci sami ludzie strzelaj&#261;cy do siebie byli nieprzyzwoici.

Dziewczynka potrz&#261;sa&#322;a bezradnie g&#322;ow&#261;, wierz&#261;c, &#380;e wypadn&#261; z niej wszystkie z&#322;e obrazy, kt&#243;rych nie chcia&#322;a tam mie&#263; i kt&#243;rych istnienia On nie powinien si&#281; nawet domy&#347;la&#263;. Gdyby si&#281; domy&#347;li&#322;, m&#243;g&#322;by stworzy&#263; co&#347; po stokro&#263; bardziej przera&#380;aj&#261;cego. A mo&#380;e ju&#380; stworzy&#322;?

Zas&#322;ony zawirowa&#322;y i zacz&#281;&#322;y si&#281; rozchyla&#263;, jak w teatrze, a Myszka niecierpliwie oczekiwa&#322;a na to, co tym razem wy&#322;oni si&#281; spoza kurtyny, uplecionej z czerni g&#322;&#281;bokiej jak sadza.

Ziemia. Nad ni&#261; niebo. Ptaki i chmury pomi&#281;dzy niebem a ziemi&#261;. Woda. Wieloryby i miliony innych wodnych stworze&#324;. Myszka czujnie spojrza&#322;a na ziemi&#281; Trawa zafalowa&#322;a od Jego oddechu Nie, nie tylko od Jego oddechu. Trawa &#380;y&#322;a. Z norek wychodzi&#322;y rude lisy z puszystymi kitami, rdzawe borsuki i ma&#322;e, aksamitne krety, o&#347;lepione s&#322;o&#324;cem. Harcowa&#322;y zaj&#261;ce, sarny i d&#322;ugoogoniaste ma&#322;py. Kumka&#322;y &#380;aby. &#321;agodne, bia&#322;e baranki skuba&#322;y traw&#281;. Mi&#347; koala pi&#322; coca-col&#281;

Ne Neee  powiedzia&#322;a odruchowo Myszka i coca-cola znikn&#281;&#322;a. Mi&#347; &#380;u&#322; eukaliptusowe li&#347;cie.

W pewnej chwili zwierz&#281;ta znieruchomia&#322;y, nas&#322;uchuj&#261;c. Ziemia zatrz&#281;s&#322;a si&#281;, powietrze rozdar&#322; ryk setek tr&#261;b i przez &#322;&#261;k&#281; przetoczy&#322;y si&#281; s&#322;onie, wydeptuj&#261;c w trawie pierwsze &#347;cie&#380;ki. Za nimi przebieg&#322;o stado p&#322;ochliwych antylop, d&#322;ugoszyich &#380;yraf, skocznych zebr

TO JEST DOBRE  stwierdzi&#322; G&#322;os.

Myszka zaklaska&#322;a w d&#322;onie. To by&#322;o bardzo dobre. Nie by&#322;o wilk&#243;w, tygrys&#243;w, panter ani &#380;adnych monstr&#243;w. On bezb&#322;&#281;dnie wyj&#261;&#322; z jej pami&#281;ci tylko to, co nale&#380;a&#322;o wyj&#261;&#263;. I tylko tego u&#380;y&#322; do stwarzania. Zrozumia&#322;a, &#380;e na pocz&#261;tku b&#322;&#261;dzi&#322;, gdy&#380; Mu nie pomaga&#322;a. Teraz ju&#380; by&#322;a pewna, &#380;e nie jest jedynie widzem.

Potem nadesz&#322;y kolejne zwierz&#281;ta. Dziewczynka od razu dostrzeg&#322;a ich odr&#281;bno&#347;&#263;: trzyma&#322;y si&#281; razem, gromadzi&#322;y si&#281; w stada. Rozpozna&#322;a domowe byd&#322;o i trzod&#281;: &#322;agodne krowy, jurne byczki, pogodne kozy, weso&#322;e &#347;winki. I ptaki przykute na zawsze do ziemi: kury, koguty, indyki. By&#322;y niespokojne, jakby na co&#347; oczekiwa&#322;y. Czekaj&#261; na kogo&#347;, kto na nie krzyknie, uderzy kijem, zagna do domu, pomy&#347;la&#322;a, nie wiedz&#261;c, sk&#261;d to wie.

On milcza&#322;. Trawa falowa&#322;a, a silny wiatr gna&#322; po niebie chmury, ba&#322;wani&#322; wod&#281;, k&#322;ad&#322; na ziemi&#281; ga&#322;&#281;zie drzew. By&#322; tak silny, &#380;e przygina&#322; ku ziemi Myszk&#281; i rozwiewa&#322; jej w&#322;osy.

Nad czym On tak my&#347;li?, zdziwi&#322;a si&#281;. Prawie wszystko ju&#380; zrobi&#322;, mo&#380;e odpocz&#261;&#263;

Ale zar&#243;wno na ziemi, pomi&#281;dzy ni&#261; a niebem, jak w wodzie, w&#347;r&#243;d ptak&#243;w, ryb i zwierz&#261;t, wyczuwa&#322;o si&#281; oczekiwanie. Co&#347; mia&#322;o si&#281; sta&#263;. Co&#347; wa&#380;nego. Co&#347;, co zmieni ten krajobraz, zak&#322;&#243;ci jego harmoni&#281;, zmieni rytm nowego &#380;ycia, wyznaczy inn&#261; hierarchi&#281;.

Myszka pr&#243;bowa&#322;a si&#281; domy&#347;li&#263;, co by to mog&#322;o by&#263;. Ba&#322;a si&#281;, &#380;e monstrum. A je&#347;li On wy&#322;owi&#322; je z jej pami&#281;ci, cho&#263; wcisn&#281;&#322;a je najg&#322;&#281;biej jak mog&#322;a  i zaraz zjawi si&#281; tu, wielkie, obrzydliwe, nieobliczalne? Jak w kresk&#243;wce, kt&#243;r&#261; ogl&#261;da&#322;a na kanale Kid Fox. Jak w horrorze, na kt&#243;ry zerka&#322;a wczoraj mama, przegl&#261;daj&#261;c r&#243;wnocze&#347;nie kolorowe &#380;urnale.

Nie chcia&#322;a na to patrzy&#263;. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e zapalenie &#380;ar&#243;wki nie przerwie Jego pracy, gdy&#380; On stwarza wci&#261;&#380; i wci&#261;&#380;, bez przerwy, ci&#261;gle na nowo, i nigdy nie ma do&#347;&#263;. Czu&#322;a, &#380;e pope&#322;ni jak&#261;&#347; przera&#380;aj&#261;c&#261; pomy&#322;k&#281;, gdy&#380; w&#322;a&#347;nie wtedy, gdy Nape&#322;nia kolejne ziemie, przytrafiaj&#261; Mu si&#281; najstraszliwsze b&#322;&#281;dy. Pomy&#347;la&#322;a, &#380;e nie chce w tym uczestniczy&#263;. Nie chce Mu podpowiada&#263;. Mo&#380;e On przestanie

&#379;yrafy obr&#243;ci&#322;y d&#322;ugie szyje, zaj&#261;ce stan&#281;&#322;y s&#322;upka, sarny nadstawi&#322;y uszu, s&#322;onie zarycza&#322;y przeci&#261;gle, ptaki znieruchomia&#322;y w powietrzu, wieloryby skry&#322;y si&#281; w g&#322;&#281;binach w&#243;d  i nawet On wstrzyma&#322; oddech, gdy&#380; wiatr nagle ucich&#322;

Maaaaaa!!!!!  krzykn&#281;&#322;a Myszka, miotaj&#261;c si&#281; po strychu i nie umiej&#261;c znale&#378;&#263; w&#322;&#261;cznika &#347;wiat&#322;a.- Maaaaaa!  zawo&#322;a&#322;a jeszcze raz, w niepoj&#281;tej panice, przera&#380;ona tym, co nast&#261;pi. CO&#346;. Co&#347; potwornego.

Nagle przypomnia&#322;a sobie o dzwonkach. Jeden z nich by&#322; ko&#322;o niej i cho&#263; go nie widzia&#322;a, uwi&#281;ziona w tej mi&#281;kkiej czerni, kt&#243;ra w jednej chwili przesta&#322;a by&#263; bezpieczna, to miotaj&#261;c si&#281; rozpaczliwie, trafi&#322;a na niego r&#281;k&#261;. Z ca&#322;ej si&#322;y nacisn&#281;&#322;a guzik. W domu rozleg&#322; si&#281; przera&#378;liwy d&#378;wi&#281;k.

Ewa zerwa&#322;a si&#281; z tapczanu. Dzwonek zad&#378;wi&#281;cza&#322; po raz pierwszy, Myszka jeszcze nigdy dot&#261;d go nie u&#380;y&#322;a.

Co&#347; si&#281; sta&#322;o Co&#347; z&#322;ego  my&#347;la&#322;a, p&#281;dz&#261;c w panice po schodach. Wspinaj&#261;c si&#281; na strych, dostrzeg&#322;a k&#261;tem oka, &#380;e Adam uchyla drzwi od gabinetu, lecz zaraz g&#322;o&#347;no je zamyka (aby uchyli&#263; ponownie, gdy znik&#322;a na schodach).

Wpad&#322;a na strych. Spowija&#322;a go ciemno&#347;&#263;. Myszka tkwi&#322;a tu, nie zapalaj&#261;c &#380;ar&#243;wki?, chyba &#380;e j&#261; zgasi&#322;a, i ta nag&#322;a, przedziwnie czarna ciemno&#347;&#263; eksplodowa&#322;a jej krzykiem. Ewa jeszcze nigdy nie widzia&#322;a czerni tak doskonale czarnej, tak g&#322;&#281;bokiej, poch&#322;aniaj&#261;cej wszelkie &#347;wiat&#322;o.

Myszka  szepn&#281;&#322;a niepewnie, nie umiej&#261;c znale&#378;&#263; kontaktu. Mia&#322;a uczucie, &#380;e znalaz&#322;a si&#281; w innym wymiarze; gdzie&#347; zapodzia&#322; si&#281; strych i z&#322;o&#380;one na nim sprz&#281;ty; znikn&#281;&#322;y uko&#347;ne &#347;ciany ograniczaj&#261;ce przestrze&#324;. Poczu&#322;a ruch powietrza i czyj&#261;&#347; niewidoczn&#261;, gro&#378;n&#261; obecno&#347;&#263;.

Myszka  szepn&#281;&#322;a jeszcze raz, ale g&#322;os uwi&#261;z&#322; jej w gardle jak wielka, dusz&#261;ca kula. Powoli ulega&#322;a tej samej panice, co przed chwil&#261; jej c&#243;rka.

Maaa  odpowiedzia&#322;a grubym g&#322;osem Myszka i Ewa odetchn&#281;&#322;a.

W ka&#380;dym razie dziewczynka tu jest, ca&#322;a, zdrowa i nie krzyczy. Zatem to tylko jaki&#347; zwyk&#322;y, niczym nie uzasadniony l&#281;k.

Nie mog&#281; znale&#378;&#263; kontaktu  powiedzia&#322;a, staraj&#261;c si&#281;, by zabrzmia&#322;o to jak najspokojniej, gdy&#380; mia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e kontakt znikn&#261;&#322;. Razem ze &#347;cian&#261;. Mia&#322;a uczucie, &#380;e stoi oblepiona czerni&#261; jak paj&#281;cz&#261; sieci&#261;, niezdolna do ruchu, nie maj&#261;c przed sob&#261; nic poza niesko&#324;czon&#261; i niewidoczn&#261; przestrzeni&#261;.

Neeee baaa&#263;  powiedzia&#322;a nagle Myszka i w tej samej chwili strach sp&#322;yn&#261;&#322; z Ewy jak woda. Niemal czu&#322;a, jak zsuwa si&#281; po niej coraz ni&#380;ej i ni&#380;ej, i wreszcie kryje si&#281; ko&#322;o jej n&#243;g, gdzie&#347; w szparach pod&#322;ogi.

Myszka, ale nap&#281;dzi&#322;a&#347; mi strachu  powiedzia&#322;a z wyrzutem, a jej r&#281;ka si&#281;gn&#281;&#322;a do kontaktu. Jak mog&#322;a go wcze&#347;niej nie znale&#378;&#263;? Przecie&#380; by&#322; w tym samym miejscu.  Co&#347; si&#281; sta&#322;o?

Neeeee  odpar&#322;a dziewczynka. Rozb&#322;ys&#322;a &#380;ar&#243;wka i strych znowu sta&#322; si&#281; miejscem zwyk&#322;ym i bezpiecznym.

Ewa podsun&#281;&#322;a sobie stary taboret, wspi&#281;&#322;a si&#281; i otwar&#322;a okno w dachu.

Wywietrzymy  wyja&#347;ni&#322;a. Mia&#322;a klaustrofobiczne odczucie, &#380;e nadal unosi si&#281; tu duszny, d&#322;awi&#261;cy zapach strachu. Jej i Myszki. A przecie&#380; musia&#322;o to by&#263; z&#322;udzenie. Myszka krzycza&#322;a bez powodu, skoro teraz jest tak spokojna.

Do pomieszczenia wdar&#322;o si&#281; &#347;wie&#380;e wieczorne powietrze. Nad ich g&#322;owami, w prostok&#261;cie okna, zamigota&#322;y gwiazdy.

Jak &#322;adnie  westchn&#281;&#322;a Ewa. Wieczorn&#261; cisz&#281; przerwa&#322; nagle d&#378;wi&#281;k dobiegaj&#261;cy sprzed domu. Cichy pisk. Nie, nie pisk P&#322;acz?

Co&#347; p&#322;acze przed domem? Chod&#378;, sprawdzimy  powiedzia&#322;a Ewa, podaj&#261;c r&#281;k&#281; Myszce.

Zesz&#322;y po schodach i wysz&#322;y przed dom. W&#322;a&#347;nie zapala&#322;y si&#281; kolejne uliczne lampy, a wraz z nimi kuliste ogrodowe &#347;wiat&#322;a, rozja&#347;niaj&#261;c mrok trawnika.

Co&#347; niewielkiego ucieka&#322;o przed nimi, wraz z cieniem uchodz&#261;cego mroku, kt&#243;ry niech&#281;tnie ust&#281;powa&#322; miejsca sztucznemu &#347;wiat&#322;u. Co&#347; ma&#322;ego, co przed chwil&#261; p&#322;aka&#322;o. Nie, to nie by&#322; p&#322;acz

Koooot  powiedzia&#322;a Myszka i jej twarz rozja&#347;ni&#322; nag&#322;y, ufny u&#347;miech.

Kici kici  zawo&#322;a&#322;a Ewa p&#243;&#322;g&#322;osem i z cienia wy&#322;oni&#322; si&#281; ma&#322;y, piszcz&#261;cy kociak. Szed&#322; niepewny, wystraszony i kogo&#347; szuka&#322;. Kogo? Matki? Bezpiecznego miejsca? Domu?

Daaaa  powiedzia&#322;a Myszka tonem nie znosz&#261;cym sprzeciwu. Tak m&#243;wi&#322;a wtedy, gdy bardzo czego&#347; chcia&#322;a. Tak m&#243;wi&#322;a, gdy w razie odmowy gotowa&#322;a si&#281; do okropnego krzyku, kt&#243;rym potwierdza&#322;a bezwzgl&#281;dno&#347;&#263; &#380;&#261;dania (reakcje dzieci z DS bywaj&#261; nieprzewidywalne, lecz na og&#243;&#322; bardzo gwa&#322;towne).

Kici, kici  wyszepta&#322;a znowu Ewa, a ma&#322;y kociak szed&#322; ku nim powoli, na sztywnych, wypr&#281;&#380;onych z niepokoju &#322;apkach, aby w ostatniej chwili otrze&#263; si&#281; mi&#281;kko o stopy Myszki.

Dziewczynka przykucn&#281;&#322;a i pog&#322;adzi&#322;a go. Kociak zamrucza&#322;. R&#281;ka Myszki dotyka&#322;a go tak delikatnie, &#380;e Ewa si&#281; zdziwi&#322;a. Ten kot nauczy j&#261;, czym jest dotyk, pomy&#347;la&#322;a i schyli&#322;a si&#281;, by wzi&#261;&#263; stworzenie na r&#281;ce. Ale Myszka by&#322;a szybsza. Ruszy&#322;a w stron&#281; otwartych drzwi, wo&#322;aj&#261;c kociaka:

O&#263;, o&#263; O&#263;, o&#263;

Kociak szed&#322; za ni&#261; z gracj&#261;, ocieraj&#261;c si&#281; o jej nogi, to wybiegaj&#261;c przed ni&#261;, to przystaj&#261;c, by poczeka&#263;, a&#380; si&#281; z nim zr&#243;wna.

We troje weszli do kuchni: Ewa, Myszka i kot. W kuchni ju&#380; kto&#347; by&#322;. Adam. Rzuci&#322; im szybkie spojrzenie, ale nic nie powiedzia&#322;, skupiony na wykonywanej czynno&#347;ci. Smarowa&#322; tosty past&#261; z &#322;ososia. Nie widzia&#322; kota. &#346;wiadomie nie patrzy&#322; w d&#243;&#322;, by nie patrze&#263; na Myszk&#281;. Zawsze tak robi. Patrzy ponad jej g&#322;ow&#261;, pomy&#347;la&#322;a Ewa.

Kot wyczu&#322; zapach jedzenia i gwa&#322;townie, wbijaj&#261;c drobne, lecz ostre pazury, wspi&#261;&#322; si&#281; po jego nodze.

Auuu!  wrzasn&#261;&#322; Adam i strz&#261;sn&#261;&#322; z siebie stworzenie, energicznie podrywaj&#261;c si&#281; ze sto&#322;ka. Kociak, odrzucony kopni&#281;ciem, zatoczy&#322; w powietrzu &#322;uk i wydaj&#261;c z siebie dzieci&#281;c&#261; skarg&#281;, opad&#322; na wykafelkowan&#261; pod&#322;og&#281;. Uderzy&#322; g&#322;ow&#261; o szafk&#281; i znieruchomia&#322;.

Myszka te&#380; znieruchomia&#322;a. Ewa wyda&#322;a st&#322;umiony okrzyk, lecz zaraz umilk&#322;a, patrz&#261;c z przestrachem na c&#243;rk&#281;. Lada moment spodziewa&#322;a si&#281; przera&#378;liwego wrzasku, tego nieludzkiego wycia, wobec kt&#243;rego by&#322;a bezradna i pe&#322;na winy, gdy&#380; nie umia&#322;a mu przeciwdzia&#322;a&#263;. Lecz Myszka tkwi&#322;a w miejscu jak s&#322;up soli, z otwart&#261; buzi&#261;, wpatrzona w nieruchome, a przed chwil&#261; tak pe&#322;ne gracji cia&#322;o kociaka. Stru&#380;ka &#347;liny ciek&#322;a jej po brodzie. Z nosa kapa&#322;o. Jej oddech przypomina&#322; sapanie ma&#322;ej lokomotywy.

Ona zaraz co&#347; zrobi, przerazi&#322;a si&#281; Ewa. Zrozumie, &#380;e kociak nie &#380;yje, i zrobi co&#347; strasznego Pierwszy raz widzi &#347;mier&#263;. I to tak g&#322;upi&#261; i niepotrzebn&#261; &#347;mier&#263;. Gdybym zostawi&#322;a tego kota tam, na trawniku, nie by&#322;oby tego nieszcz&#281;&#347;cia. Mo&#380;e by&#322;by g&#322;odny, aleby &#380;y&#322;. Cz&#322;owiek to nieodpowiedzialna istota, wszelkie &#380;ywe stworzenia powinny schodzi&#263; mu z drogi

Nagle przypomnia&#322;a sobie cytat z Genesis. I ten, i inne mia&#322;a w pami&#281;ci od czasu, gdy przez dwa d&#322;ugie lata codziennie czyta&#322;a Myszce Ksi&#281;g&#281;. Wci&#261;&#380; zna&#322;a ka&#380;de zdanie z tych &#347;piewnych, rytmicznych strof. Teraz, ku w&#322;asnemu zdumieniu, co&#347; nakaza&#322;o jej powiedzie&#263; g&#322;o&#347;no i wyra&#378;nie:

I panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebieskim, i nad wszelkim zwierzem na ziemi

Neee neeee o&#263;, o&#263;  powiedzia&#322;a nagle Myszka.

Adam sta&#322; zesztywnia&#322;y, z tostem w r&#281;ce. Ewa, jak aktorka na scenie, wypowiedzia&#322;a swoj&#261; kwesti&#281; i te&#380; znieruchomia&#322;a. Bezw&#322;adne szarobure cia&#322;o kota le&#380;a&#322;o na zimnej pod&#322;odze. Z g&#322;owy stworzonka wycieka&#322;a stru&#380;ka krwi.

O&#263; o&#263;  powt&#243;rzy&#322;a Myszka, patrz&#261;c nie na kociaka, ale gdzie&#347; w g&#243;r&#281;, nie wiadomo gdzie. Na sufit? Ewa widzia&#322;a tylko bia&#322;ka jej wzniesionych do g&#243;ry oczu.

Kogo ona wo&#322;a? I dlaczego tak dziwnie wygl&#261;da?, zaniepokoi&#322;a si&#281;. A mo&#380;e taki jest pocz&#261;tek epilepsji? Dzieci z DS miewaj&#261; epilepsj&#281; Mo&#380;e ona dozna&#322;a wstrz&#261;su i stanie si&#281; co&#347; strasznego?

Nagle w ca&#322;ym domu zapad&#322;a cisza. Ewa pomy&#347;la&#322;a, &#380;e to nie jest zwyczajna cisza, taka, w czasie kt&#243;rej s&#322;ycha&#263; &#380;ycie, cho&#263; &#380;aden d&#378;wi&#281;k nie jest g&#322;o&#347;niejszy od bzyczenia muchy. Cisza zawsze jest &#380;ywa. I trwa na tyle d&#322;ugo, by j&#261; us&#322;ysze&#263;, i na tyle kr&#243;tko, by si&#281; nie niepokoi&#263;. Cisza, kt&#243;ra teraz zapanowa&#322;a, by&#322;a ca&#322;kowicie martwa. Jak kot.

Nagle da&#322;o si&#281; s&#322;ysze&#263; g&#322;&#281;bokie, ci&#281;&#380;kie westchnienie. Ewa pomy&#347;la&#322;a, &#380;e to ich dom odetchn&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko, z namys&#322;em, tchnieniem tak silnym, &#380;e drewniane okiennice zatrzeszcza&#322;y, trzasn&#281;&#322;y jakie&#347; drzwi, a powiew wiatru, nie wiadomo sk&#261;d, wpad&#322; do kuchni, owijaj&#261;c jej sp&#243;dnic&#281; wok&#243;&#322; n&#243;g, wichrz&#261;c w&#322;osy Myszki i g&#322;adk&#261; fryzur&#281; Adama.

Przeci&#261;g  stwierdzi&#322; obcym g&#322;osem Adam, a wiatr zakr&#281;ci&#322; si&#281; po kuchni, jeszcze raz zburzy&#322; czupryn&#281; Myszki i ucich&#322;.

Myszka za&#347;mia&#322;a si&#281; grubym, pogodnym g&#322;osem. Jej twarz rozja&#347;ni&#322; u&#347;miech.

O&#263; o&#263;  powt&#243;rzy&#322;a, ruszaj&#261;c w stron&#281; kociaka.

Zwierz&#281; poruszy&#322;o si&#281;. Najpierw niemrawo unios&#322;o g&#322;ow&#281;, zostawiaj&#261;c smu&#380;k&#281; krwi na kafelkach, potem powoli usiad&#322;o. Patrzy&#322;o na nich uwa&#380;nie, oczami sko&#347;nymi i zielonkawymi jak u Myszki. Po&#347;lini&#322;o jedn&#261; z &#322;apek i zacz&#281;&#322;o starannie my&#263; zakrwawiony pyszczek.

Ewa westchn&#281;&#322;a g&#322;o&#347;no i z niedowierzaniem. Myszka tymczasem pog&#322;aska&#322;a kota i powiedzia&#322;a nagl&#261;co:

Jee&#347;

Ewa szybko nala&#322;a mleka na talerzyk. Adam sta&#322; w milczeniu, z tostem w r&#281;ce, nie podnosz&#261;c go do ust. Nagle wzruszy&#322; ramionami i wyszed&#322;. Jego krokom towarzyszy&#322;o dono&#347;ne mlaskanie kota. Myszka u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;, mru&#380;&#261;c grube powieki, i si&#281;gn&#281;&#322;a r&#261;czk&#261; po resztk&#281; &#322;ososiowej pasty. Przykucn&#281;&#322;a i niewprawnie zacz&#281;&#322;a wyciska&#263; tubk&#281; na pod&#322;og&#281; obok zwierz&#281;cia. Kociak porzuci&#322; mleko i przywar&#322; r&#243;&#380;owym j&#281;zykiem do r&#243;wnie r&#243;&#380;owej papki o kusz&#261;cym zapachu.

&#379;yje To niemo&#380;liwe  wyszepta&#322;a Ewa.

Wci&#261;&#380; nie mog&#322;a pogodzi&#263; si&#281; z tym, &#380;e &#380;ycie jest tak kruche; &#380;e w jednej chwili pe&#322;ne ruchu i wdzi&#281;ku stworzenie przemieni&#322;o si&#281; w nieruchom&#261; pust&#261; skorup&#281;. Wi&#281;c TO tak wygl&#261;da, pomy&#347;la&#322;a. Ale to nie wygl&#261;da&#322;o tak, skoro kot &#380;y&#322;.

Jak mu dasz na imi&#281;?  spyta&#322;a.  Ten, kto wyznacza imi&#281;, jest dawc&#261; &#380;ycia i ma wp&#322;yw na jego bieg  bezwiednie zacytowa&#322;a Ksi&#281;g&#281;.

Mia?  spyta&#322;a Myszka, a Ewa kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Mia by&#322;o imieniem r&#243;wnie dobrym jak ka&#380;de inne. I &#322;atwym do wypowiedzenia.

Tw&#243;j kot, tw&#243;j wyb&#243;r  powiedzia&#322;a do c&#243;rki.

On daa  oznajmi&#322;a Myszka. Ona chyba my&#347;li, &#380;e Adam da&#322; jej kota, zdziwi&#322;a si&#281;, ale nie chcia&#322;a tego prostowa&#263;.



*


Adam otworzy&#322; okno i wyrzuci&#322; tosta. Straci&#322; apetyt. Nie chcia&#322; zrobi&#263; krzywdy temu zwierz&#281;ciu ani nikomu. Nie zauwa&#380;y&#322; kota. Nawet gdyby po pod&#322;odze &#322;azi&#322; nie kot, ale na przyk&#322;ad krokodyl, te&#380; by go nie zauwa&#380;y&#322;.

bo nie chcia&#322;e&#347; widzie&#263; swojej c&#243;rki  szepn&#261;&#322; do siebie p&#243;&#322;g&#322;osem.  I dlatego, &#380;e nie chcia&#322;e&#347; jej widzie&#263;, obecno&#347;&#263; kota ci&#281; zaskoczy&#322;a i zareagowa&#322;e&#347; tak brutalnie. Przyznaj si&#281;

Przyzna&#322; si&#281;. Nie chcia&#322; jej widzie&#263;. Nie chcia&#322; okazywa&#263;, &#380;e j&#261; dostrzega. Nie chcia&#322;, by odezwa&#322;a si&#281; bezpo&#347;rednio do niego  jak do ojca. One obie wesz&#322;y do kuchni tak niespodziewanie My&#347;la&#322;, &#380;e dawno posz&#322;y ju&#380; spa&#263;. Pazurki, wczepione znienacka w nog&#281;, zada&#322;y mu b&#243;l, odruchowo chcia&#322; si&#281; go pozby&#263;

Mog&#322;em go zabi&#263;. To cud, &#380;e go nie zabi&#322;em. Ale ta wariatka nie musia&#322;a recytowa&#263; Biblii!, pomy&#347;la&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;.

Kot na szcz&#281;&#347;cie &#380;y&#322;. Kiedy&#347;, gdy budowa&#322; ten dom dla swojej rodziny, z nadziej&#261;, &#380;e zape&#322;ni si&#281; dzie&#263;mi  pierwszym drugim mo&#380;e trzecim?  Adam planowa&#322;, &#380;e b&#281;d&#261; w nim r&#243;wnie&#380; zwierz&#281;ta. Zawsze uwa&#380;a&#322;, &#380;e pe&#322;na, prawdziwa rodzina powinna sk&#322;ada&#263; si&#281; tak&#380;e z kota lub psa. Lub jednego i drugiego. W ich du&#380;ym domu zwierz&#281;ta mia&#322;yby du&#380;o swobody  i by&#322;y zaplanowane, jak zreszt&#261; wszystko. Wszystko poza Myszk&#261;.

Nagle powr&#243;ci&#322; do niego biblijny cytat, kt&#243;ry Ewa wyrecytowa&#322;a z jak&#261;&#347; dziwn&#261;, natchnion&#261; interpretacj&#261;:

I panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebieskim, i nad wszelkim zwierzem na ziemi

Czy B&#243;g rzeczywi&#347;cie tak to zaplanowa&#322;? Czy B&#243;g w og&#243;le planuje? Planowanie pasuje raczej do ksi&#281;gowego ni&#380; do Boga, pomy&#347;la&#322; kpi&#261;co. B&#243;g pewnie eksperymentuje. Albo wie.

Boga nie ma  powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no i gniewnie ku otwartemu oknu.  Lecz je&#347;li jest, nie powinien oddawa&#263; zwierz&#261;t pod panowanie ludzi.

A ludzie? Czy mo&#380;na odda&#263; ludzi we w&#322;adanie ludziom? Co w og&#243;le mo&#380;na im powierzy&#263;, nie obawiaj&#261;c si&#281;, &#380;e zniszcz&#261;, popsuj&#261;, skrzywdz&#261;?, zamy&#347;li&#322; si&#281;.

Coraz cz&#281;&#347;ciej my&#347;la&#322; o sprawach, kt&#243;re dawniej go nie interesowa&#322;y lub kt&#243;rymi nie chcia&#322; si&#281; interesowa&#263;.

G&#322;upiej&#281; z tego wszystkiego, pomy&#347;la&#322; z irytacj&#261;.

Znowu poczu&#322; &#380;al: do Ewy, do siebie, lecz przede wszystkim do Myszki. Gdyby nie ona, ich &#380;ycie mog&#322;o by&#263; pi&#281;kne i szcz&#281;&#347;liwe. Kocha&#322; porz&#261;dek, nienawidzi&#322; chaosu. &#322;

Myszka to chaos, pomy&#347;la&#322;, przygotowuj&#261;c po&#347;ciel do spania.



*


Kot, zwini&#281;ty w k&#322;&#281;bek, mrucza&#322; w wielkim ma&#322;&#380;e&#324;skim &#322;o&#380;u, w kt&#243;rym spa&#322;y matka i c&#243;rka.

On przyprowadzi&#322; na ziemi&#281; zwierz&#281;ta i da&#322; mi jedno z nich, my&#347;la&#322;a Myszka, zasypiaj&#261;c. Mo&#380;e nie chcia&#322;, bym si&#281; martwi&#322;a i zastanawia&#322;a, co teraz tam robi? I co z tego wyniknie, skoro nie pos&#322;ucha&#322; g&#322;os&#243;w z mojej g&#322;owy? Nie m&#243;g&#322; pos&#322;ucha&#263;. Bo ich nie by&#322;o, bo nie wiem, czego On chce, my&#347;la&#322;a niecierpliwie, usi&#322;uj&#261;c nie wierci&#263; si&#281;, &#380;eby nie budzi&#263; mamy. Ale zechcia&#322; tchn&#261;&#263; w kota drugie &#380;ycie. Stworzy&#322; go jeszcze raz, z martwego zakrwawionego futerka.

To by&#322;o dobre  wymrucza&#322;a cichutko, a &#347;ciany sypialni us&#322;ysza&#322;y dziwne, chrapliwe echo: Toyobe Ale czy b&#281;dzie dobre to, co On nadal stwarza?

Kot mrucza&#322;, Ewa spa&#322;a, a Myszce przypomnia&#322; si&#281; &#347;piewny, dziwnie bliski rytm s&#322;&#243;w, kt&#243;re mama wypowiedzia&#322;a w kuchni, gdy my&#347;la&#322;a, &#380;e kot nie &#380;yje.

Kto ma panowa&#263; nad rybami, ptactwem i wszelkim zwierzem na ziemi?, zapyta&#322;a bezg&#322;o&#347;nie samej siebie.

Wiem, co On tam stwarza, uprzytomni&#322;a sobie nagle, a potem zasn&#281;&#322;a, zanim zd&#261;&#380;y&#322;a si&#281; zaniepokoi&#263;, czy to b&#281;dzie dobre.

Kot mrucza&#322;, przytulony do jej szyi.

I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r, dzie&#324; sz&#243;sty.



Dzie&#324; si&#243;dmy: ogr&#243;d

Tak dobrze si&#281; czuj&#281;, jakbym si&#281; na nowo narodzi&#322;a. Ca&#322;kiem jak ten kociak, my&#347;la&#322;a Ewa, krz&#261;taj&#261;c si&#281; rano po kuchni.

By&#322;a dziwnie &#347;wie&#380;a, wypocz&#281;ta i pogodna. Po raz pierwszy od wielu tygodni nuci&#322;a, przygotowuj&#261;c &#347;niadanie sobie i Myszce. I kotu. W&#322;a&#347;nie, przecie&#380; przyby&#322; nowy lokator. By&#322; malutki, mia&#322; najwy&#380;ej dwa-trzy miesi&#261;ce, wi&#281;c wystarczy mu mleczna zupa, jak Myszce.

Z okna ujrza&#322;a biegn&#261;cego Adama. Ale nie bieg&#322;, jak zwykle, w stron&#281; gara&#380;u, lecz goni&#322; w k&#243;&#322;ko po trawniku. Jogging?

Rozpiera go energia, jak mnie, pomy&#347;la&#322;a. Mo&#380;e on te&#380; czuje si&#281; dzi&#347; jak nowo narodzony? Mo&#380;e poranne wiadomo&#347;ci w radiu poda&#322;y korzystny wska&#378;nik gie&#322;dowy? Kupi&#322; akcje, kt&#243;re w&#322;a&#347;nie posz&#322;y w g&#243;r&#281;?

Ewa nie ocenia&#322;a Adama. Raczej mu wsp&#243;&#322;czu&#322;a. Wiedzia&#322;a, &#380;e cierpi, &#380;e jest mu &#378;le z Myszk&#261; i &#378;le bez nich obu. Jej uczucia do Myszki by&#322;y z&#322;o&#380;one, ale mocne. Uczucia Adama by&#322;y skomplikowane, lecz nieokre&#347;lone.

To on jest niepe&#322;nosprawny, nie Myszka, pomy&#347;la&#322;a nie pierwszy raz. Jest niepe&#322;nosprawny uczuciowo. Powinien wzi&#261;&#263; ze mn&#261; rozw&#243;d i za&#322;atwi&#263; to raz na zawsze. Nie mo&#380;e tkwi&#263; w pu&#322;apce, kt&#243;r&#261; sam sobie stworzy&#322;, odrzucaj&#261;c Myszk&#281; i nie odchodz&#261;c.

Patrzy&#322;a przez okno, jak biega. Wci&#261;&#380; by&#322; m&#322;ody, mia&#322; dopiero czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263; lat. By&#322; silny, zdrowy, przystojny. I bogaty.

Nie b&#281;dzie mia&#322; problemu ze znalezieniem nowej &#380;ony, stwierdzi&#322;a z &#380;alem.

Nie wiedzia&#322;a, czy jeszcze go kocha. Zmuszona do dokonania wyboru pomi&#281;dzy nim a Myszk&#261;, wybra&#322;a c&#243;rk&#281;.

Ona bardziej mnie potrzebuje, potwierdzi&#322;a w my&#347;lach swoj&#261; decyzj&#281;. Mo&#380;e niekt&#243;re kobiety szukaj&#261; kogo&#347;, komu b&#281;d&#261; potrzebne, kto b&#281;dzie ich brzydkim kacz&#261;tkiem? Mo&#380;e na tym polega odr&#281;bno&#347;&#263; kobiet?

Adam biega&#322;, zataczaj&#261;c niewielkie kr&#281;gi. Powietrze by&#322;o rze&#347;kie, &#347;wie&#380;e, jakby w nocy spad&#322; deszcz, a kwiaty z s&#261;siednich ogr&#243;dk&#243;w pachnia&#322;y intensywnie.

To m&#243;g&#322;by by&#263; raj, pomy&#347;la&#322;. Wystarczy&#322;oby, &#380;eby o ten dom bardziej zadba&#263;, z zewn&#261;trz i wewn&#261;trz

Jeszcze dziewi&#281;&#263;, dziesi&#281;&#263; lat temu Adam chcia&#322; si&#281; odr&#243;&#380;nia&#263; od s&#261;siad&#243;w. Jego dom mia&#322; by&#263; wi&#281;kszy i pi&#281;kniejszy, a rodzina niezwyk&#322;a. Dzi&#347; marzy&#322; o przeci&#281;tno&#347;ci.

Przeci&#281;tna rodzina i przeci&#281;tne, zwyk&#322;e dziecko, kt&#243;re nie be&#322;kocze, nie &#347;lini si&#281;, nie kapie mu z nosa, nie ma opuchni&#281;tych sko&#347;nych oczu ani IQ w okolicy 50 punkt&#243;w. Wystarczy&#322;oby, &#380;eby mia&#322;o 100, cho&#263; dziesi&#281;&#263; lat temu uwa&#380;a&#322;em, &#380;e ni&#380;ej ni&#380; 140 to wstyd

Biegn&#261;c, wpad&#322; do domu i przemkn&#261;&#322; przez hol do &#322;azienki. Odruchowo zwr&#243;ci&#322; uwag&#281;, &#380;e Barbie z Kenem ju&#380; nie le&#380;&#261; w k&#261;cie, na sta&#322;ym miejscu. Znikn&#281;li. Albo Myszka wzi&#281;&#322;a ich do sypialni, albo lalki zosta&#322;y zniszczone i Ewa je wyrzuci&#322;a.

Gdy ubrany w garnitur wybieg&#322; z gabinetu, zderzy&#322; si&#281; z Myszk&#261;, kt&#243;ra zaspana, z p&#243;&#322;przymkni&#281;tymi oczami, sz&#322;a przez hol do kuchni. Ko&#322;o jej n&#243;g ta&#324;czy&#322; kociak.

Niech si&#281; stanie co&#347; takiego, aby ona znikn&#281;&#322;a, wypowiedzia&#322; nieme zakl&#281;cie.

Ta! O!  powiedzia&#322;a Myszka grubym g&#322;osem.

Wymin&#261;&#322; j&#261; i znikn&#261;&#322; w wyj&#347;ciowych drzwiach.



*


Myszka mia&#322;a problem. Jad&#322;a mleczn&#261; zup&#281;, jak zwykle zachlapuj&#261;c ca&#322;y prz&#243;d nocnej koszulki, a ko&#322;o niej, na stole, siedzia&#322; kociak i ch&#322;epta&#322; z drugiego brzegu talerza. Ewa usi&#322;owa&#322;a zaprotestowa&#263;, ale Myszka podnios&#322;a g&#322;os do wrzasku, wi&#281;c ust&#261;pi&#322;a. I teraz jedli razem: kociak i dziewczynka.

Je&#347;li nie chc&#281;, by jadali z tego samego talerza, musz&#281; robi&#263; Myszce co&#347; takiego do jedzenia, czego kot nie tknie, pomy&#347;la&#322;a zdesperowana Ewa.

Tymczasem Myszka mia&#322;a powa&#380;niejszy problem, a rozwi&#261;zywanie problem&#243;w przychodzi&#322;o jej z trudno&#347;ci&#261;. Problem wlatywa&#322; do g&#322;owy i wylatywa&#322;, gubi&#261;c po drodze niekt&#243;re elementy. Powraca&#322; zmieniony lub u&#322;omny.

Myszka nie wiedzia&#322;a, czy mo&#380;e wyj&#347;&#263; na strych razem z kotkiem, czy te&#380; kota ma zostawi&#263; na dole. Nie by&#322;a pewna, czy mo&#380;na kota zostawi&#263;, czy nic mu si&#281; nie stanie. Nie wiedzia&#322;a te&#380;, czy my&#347;li o kocie i strychu, czy te&#380; o kocie i mamie. A w tle, gdzie&#347; w pobli&#380;u, biega&#322; tata. Tata, kt&#243;ry m&#243;g&#322; na kota niechc&#261;cy nadepn&#261;&#263;.

Problem znowu si&#281; zmieni&#322;, przybra&#322; teraz posta&#263; biegaj&#261;cego taty. Gdzie&#347; obok czai&#322; si&#281; zagro&#380;ony kot. A potem znowu pojawi&#322; si&#281; strych. Gdy Myszce uda&#322;o si&#281; wreszcie wr&#243;ci&#263; my&#347;lami do strychu, pojawi&#322; si&#281; problem Jego. I wtedy wszystko si&#281; rozwi&#261;za&#322;o.

Skoro On stwarza koty, to pewnie je lubi, pomy&#347;la&#322;a i ju&#380; by&#322;o jasne, &#380;e mo&#380;na i&#347;&#263; na strych razem ze zwierz&#261;tkiem.

Jeszcze przez chwil&#281; Myszka my&#347;la&#322;a nad tym, czy ka&#380;dy tata tak biega lub czai si&#281; za drzwiami, obserwuj&#261;c dzieci, ale tego problemu nie umia&#322;a rozwi&#261;za&#263;, gdy&#380; nie zna&#322;a innych ojc&#243;w. Przypuszcza&#322;a, &#380;e wszyscy s&#261; tacy sami. Biegaj&#261;, &#347;piesz&#261; si&#281;, i stale trzeba do nich t&#281;skni&#263; i marzy&#263; o chwili, gdy przystan&#261; blisko, bliziutko i wezm&#261; za r&#281;k&#281;. Myszka nie wiedzia&#322;a, czy taka chwila kiedy&#347; nadejdzie.



*


Adam czu&#322; si&#281; wyj&#261;tkowo dobrze. Jak nowo narodzony. I po raz pierwszy by&#322; gotowy na podj&#281;cie decyzji: pora przeci&#261;&#263; nienormaln&#261; sytuacj&#281;. Nie mo&#380;na zniszczy&#263; sobie &#380;ycia ze strachu przed tym, &#380;e kto&#347; powie, i&#380; porzuci&#322; &#380;on&#281; z niedorozwini&#281;tym dzieckiem. Nie by&#322; ani pierwszym, ani ostatnim, kt&#243;ry to zrobi, je&#347;li zajdzie taka konieczno&#347;&#263;.

Genetyczne upo&#347;ledzenie ze strony rodziny Ewy by&#322;o oczywiste. Wskazywa&#322; na to przypadek alzheimera u jej babci. Teraz musia&#322; si&#281; tylko upewni&#263;, czy w jego rodzinie nie by&#322;o przypadk&#243;w dziedzicznych upo&#347;ledze&#324;. To te&#380; trzeba wyja&#347;ni&#263;. Na wszelki wypadek. A w tym mog&#322;a mu pom&#243;c tylko jedna osoba.

Adam wezwa&#322; sekretark&#281;.

Przesy&#322;a pani czeki do domu Pi&#281;kna Jesie&#324;?  upewni&#322; si&#281;.

Oczywi&#347;cie.

Czy podnie&#347;li&#347;my wp&#322;aty?

Pan prezes regularnie wnosi obowi&#261;zkow&#261; op&#322;at&#281;, a dodatkowo, charytatywnie, wp&#322;aca pan na fundusz pomocy starym ludziom i mamy odpis z podatku  wyja&#347;ni&#322;a sekretarka.

Bardzo dobrze  pochwali&#322; j&#261;.  A kiedy ostatnio pyta&#322;a pani o jej zdrowie?

Pytamy w ka&#380;dy poniedzia&#322;ek  odpar&#322;a sekretarka.

No i?

I nie jest &#378;le. Tak m&#243;wi&#261;.

Skleroza? A mo&#380;e alzheimer?  spyta&#322;, wstrzymuj&#261;c oddech.

O niczym takim nie wiem. Chybaby powiedzieli?  zaniepokoi&#322;a si&#281; sekretarka.  Pan prezes nie da&#322; dyspozycji.

W porz&#261;dku  przerwa&#322;.

Jasne, &#380;e by powiedzieli. Nie musia&#322; dawa&#263; dyspozycji. Od razu za&#380;&#261;daliby jego przyjazdu. A nie za&#380;&#261;dali jeszcze ani raz.

Zerkn&#261;&#322; na kalendarz, &#380;eby znale&#378;&#263; wolne dwa, trzy dni, o co nie by&#322;o &#322;atwo. Niestety, bez wyjazdu si&#281; nie obejdzie, pomy&#347;la&#322;.



*


Za pierwszym razem kociaka trzeba by&#322;o wynie&#347;&#263; na strych, gdy&#380; wchodzenie po schodach sz&#322;o mu nieporadnie. By&#322; ma&#322;y i m&#243;g&#322; spa&#347;&#263;, a Myszka ba&#322;a si&#281; si&#322;y swego uczucia. Wiedzia&#322;a, &#380;e je&#347;li przytuli kota zbyt mocno, zrobi mu krzywd&#281;. Mia&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e nad tym nie panuje. Mama kupi&#322;a jej kiedy&#347; &#347;wink&#281; morsk&#261; i mi&#322;o&#347;&#263; Myszki do ma&#322;ego, br&#261;zowego stworzonka by&#322;a tak ogromna, &#380;e jego &#380;ycie  od chwili przyniesienia do domu  nie trwa&#322;o d&#322;u&#380;ej ni&#380; trzy, cztery minuty. P&#322;acz po &#347;mierci &#347;winki trwa&#322; o wiele d&#322;u&#380;ej, a potem przeszed&#322; w rozdzieraj&#261;ce wycie. Ewa musia&#322;a zamkn&#261;&#263; wszystkie okna i nie pierwszy raz cieszy&#322;a si&#281;, &#380;e dzia&#322;ka, na kt&#243;rej sta&#322; ich dom, by&#322;a cztery razy wi&#281;ksza ni&#380; s&#261;siednie. (Kiedy&#347; my&#347;la&#322;a, &#380;e to o wiele za du&#380;o, ni&#380; potrzebuj&#261;, i &#380;e Adam kupuje tyle ziemi tylko po to, by inni zazdro&#347;cili. Dzi&#347; by&#322;a zadowolona, &#380;e nikt nie zagl&#261;da im w okna).

Ewa uczy&#322;a Myszk&#281;, by okazywa&#322;a mi&#322;o&#347;&#263; mniej gwa&#322;townie. Kupowa&#322;a pluszowe zwierzaki, i w tym przypadku nauka nie sprawia&#322;a dziewczynce najmniejszej trudno&#347;ci. Kot jednak by&#322; &#380;ywy. W dodatku Myszka wiedzia&#322;a, &#380;e nie dosta&#322;a go od mamy. Kot by&#322; od Niego. Otrzyma&#322; te&#380; dwa &#380;ycia. Myszka nie mia&#322;a prawa pozbawi&#263; go tego daru z nadmiaru uczucia. On by si&#281; gniewa&#322; i by&#263; mo&#380;e ju&#380; by nie wpu&#347;ci&#322; jej na strych. Dlatego wchodzenie po schodach razem z kotem trwa&#322;o d&#322;ugo. Dziewczynka popycha&#322;a zwierz&#261;tko ze stopnia na stopie&#324;, nie bior&#261;c go na r&#281;ce.



*


A mo&#380;e tata kocha mnie tak bardzo, &#380;e boi si&#281; do mnie podej&#347;&#263;, aby mi nie zrobi&#263; krzywdy? Mo&#380;e obawia si&#281;, &#380;e obj&#261;&#322;by mnie tak mocno, jak ja obj&#281;&#322;am morsk&#261; &#347;wink&#281;?, pomy&#347;la&#322;a nagle Myszka, wchodz&#261;c na strych. Ta my&#347;l wiele wyja&#347;nia&#322;a i by&#322;a bardzo wa&#380;na. Myszka postanowi&#322;a j&#261; zapami&#281;ta&#263;.

Popo&#322;udnie by&#322;o wyj&#261;tkowo pi&#281;kne. Ewa nie po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; z ksi&#261;&#380;k&#261; na kanapie. Wynios&#322;a le&#380;ak, ustawi&#322;a go na trawniku i zapad&#322;a w p&#243;&#322;senne marzenia. W swoim &#347;nie-nie&#347;nie widzia&#322;a Adama, kt&#243;ry podchodzi&#322; wolno do c&#243;rki i m&#243;wi&#322;:

Myszka, daj r&#261;czk&#281; P&#243;jdziemy na spacer.

Ona, Ewa, podawa&#322;a c&#243;rce drug&#261; r&#281;k&#281; i szli tak we troje alej&#261; w parku. Obraz mieni&#322; si&#281; w s&#322;o&#324;cu wszystkimi barwami t&#281;czy, jak happy endy w filmach, kt&#243;re lubi&#322;a ogl&#261;da&#263;. Ten sen-niesen by&#322;by bardzo wa&#380;ny, gdyby nie to, &#380;e Myszka by&#322;a w nim normaln&#261; dziewczynk&#261;. Zawsze gdy Ewa &#347;ni&#322;a o c&#243;rce, by&#322;a ona taka jak inne dzieci. I wtedy tym bole&#347;niej odczuwa&#322;a przebudzenie.

Zas&#322;ony czerni rozpo&#347;ciera&#322;y si&#281; szybciej ni&#380; dot&#261;d, a czer&#324; by&#322;a mniej czarna; wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e z ka&#380;d&#261; przybywa blasku i ciep&#322;a. Zaniepokojona Myszka wyczekiwa&#322;a na to, co poka&#380;e si&#281; za si&#243;dm&#261;, ostatni&#261;. Kot tuli&#322; si&#281; do niej i mrucza&#322;.

Kot nie wie, co zobaczy. Ale je&#347;li to ujrzy, b&#281;dzie ju&#380; innym kotem, pomy&#347;la&#322;a, dr&#380;&#261;c z niecierpliwo&#347;ci.

&#321;agodna, mi&#281;kka w dotyku paj&#281;cza zas&#322;ona najpierw j&#261; otuli&#322;a, potem odsun&#281;&#322;a si&#281;. Ale nim to si&#281; sta&#322;o, Myszka zamkn&#281;&#322;a oczy. Ba&#322;a si&#281; patrze&#263;.

Poczu&#322;a na twarzy &#347;wiat&#322;o i ciep&#322;o. &#346;wiat&#322;o by&#322;o bardzo &#347;wietliste, a ciep&#322;o dawa&#322;o energi&#281; i co&#347; wi&#281;cej: poczucie szcz&#281;&#347;cia. Myszka powoli otworzy&#322;a oczy.

Ogr&#243;d! Prawdziwy Ogr&#243;d, pomy&#347;la&#322;a w zachwycie, gdy&#380; to, co zobaczy&#322;a, w niczym nie przypomina&#322;o wypiel&#281;gnowanych ogr&#243;dk&#243;w z ich osiedla; ba, nie przypomina&#322;o nawet ogrodu botanicznego, gdzie mama raz j&#261; zaprowadzi&#322;a; by&#322;o te&#380; niepodobne do eleganckiego parku w &#347;r&#243;dmie&#347;ciu, gdzie chodzi&#322;y czasem na spacer (rzadko, bo mama nie lubi&#322;a, by Myszka biega&#322;a za dzie&#263;mi, kt&#243;re ucieka&#322;y przed ni&#261; r&#243;wnie szybko jak tata).

Ooog  powt&#243;rzy&#322;a g&#322;o&#347;no, post&#281;puj&#261;c o ma&#322;y krok naprz&#243;d, co wystarczy&#322;o, by znalaz&#322;a si&#281; wewn&#261;trz. I natychmiast zapomnia&#322;a o kocie.

Ogr&#243;d otoczy&#322; j&#261; ze wszystkich stron, wydawa&#322; si&#281; nie mie&#263; ko&#324;ca i ton&#261;&#322; w s&#322;o&#324;cu, w r&#243;&#380;nych tonacjach cienia, w bujnej zielono&#347;ci i zdumiewaj&#261;co jaskrawych barwach kwiat&#243;w, w mnogo&#347;ci drzew i owoc&#243;w, w aureoli fruwaj&#261;cych motyli.

Ogr&#243;d gra&#322;. Gra&#322; poszumem wysokich drzew i szelestem g&#281;stych traw, delikatnym brz&#281;czeniem tysi&#281;cy owadzich skrzyde&#322;ek i harfianym d&#378;wi&#281;kiem ptasich skrzyde&#322;.

Ogr&#243;d porusza&#322; si&#281;. Trawa falowa&#322;a na wietrze, ga&#322;&#281;zie drzew wyci&#261;ga&#322;y ku Myszce zielone palce, d&#380;d&#380;ownice pe&#322;za&#322;y, a krety wyrzuca&#322;y w g&#243;r&#281; kopczyki mi&#281;kkiej, ciep&#322;ej ziemi; b&#322;yszcz&#261;ce &#380;uki o twardych pancerzach wymija&#322;y majestatycznie nerwowe mr&#243;wki, a dojrza&#322;e jab&#322;ka spada&#322;y z drzew i turla&#322;y si&#281;, nim znieruchomia&#322;y w zag&#322;&#281;bieniach ziemi.

Ogr&#243;d m&#243;wi&#322;. M&#243;wi&#322; &#347;piewem ptak&#243;w, dr&#380;eniem li&#347;ci, szmerem strumieni, ocieraniem si&#281; grzbietu jelenia o szorstki pie&#324;, rechotaniem &#380;ab, cykaniem &#347;wierszczy, rozst&#281;powaniem si&#281; krzew&#243;w pod ci&#281;&#380;arem &#322;osia, cichym sykiem w&#281;&#380;a

Ssssssssp&#243;jrz, jak pi&#281;knie  powiedzia&#322; W&#261;&#380; i dopiero teraz Myszka go spostrzeg&#322;a.

W&#261;&#380; oplata&#322; du&#380;&#261; jab&#322;o&#324; swym wysmuk&#322;ym, cho&#263; pot&#281;&#380;nym cielskiem. Podpe&#322;zn&#261;&#322; bli&#380;ej Myszki i z mi&#281;kkim szelestem str&#261;ci&#322; na ziemi&#281; czerwone jab&#322;ko. W&#261;&#380; by&#322; tak d&#322;ugi, &#380;e Myszka nie widzia&#322;a jego ko&#324;ca. A mo&#380;e go nie mia&#322;? Mia&#322; za to prze&#347;liczn&#261; sk&#243;r&#281;: czarn&#261;, l&#347;ni&#261;c&#261; od ozdobnych, kolorowych zygzak&#243;w, kt&#243;re naznacza&#322;y czer&#324;, podkre&#347;laj&#261;c jej po&#322;yskliw&#261; g&#322;&#281;bi&#281;. Na widok w&#281;&#380;&#243;w w telewizorze Myszka wzdryga&#322;a si&#281; i wiedzia&#322;a, &#380;e nie podesz&#322;aby do &#380;adnego z nich. Tego W&#281;&#380;a w og&#243;le si&#281; nie ba&#322;a.

Sssssssp&#243;jrz, jak pi&#281;knie  powt&#243;rzy&#322;, zwieszaj&#261;c w&#261;ski &#322;eb tu&#380; nad jej g&#322;ow&#261;. Mia&#322; czarne paciorkowate oczy, ruchliwy rozdwojony j&#281;zyk i drobne z&#261;bki. U&#347;miecha&#322; si&#281;, gdy do niej m&#243;wi&#322;, a mo&#380;e jedynie sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e si&#281; u&#347;miecha, po to, by Myszka si&#281; nie ba&#322;a? Wi&#281;c w&#281;&#380;e potrafi&#261; si&#281; &#347;mia&#263;?, zdziwi&#322;a si&#281;.

Pi&#281;knie, prawda? Ssssssp&#243;jrz  powt&#243;rzy&#322; znowu, a ona jeszcze raz rozejrza&#322;a si&#281; po Ogrodzie i powoli odpar&#322;a:

Ta ba  Pomy&#347;la&#322;a chwilk&#281; i dorzuci&#322;a ostro&#380;nie:  Baaaa

Tak, za bardzo. Ogr&#243;d jessst zbyt pi&#281;kny. On cz&#281;sssto przesssadza. Przesssadzanie to Jego ssspecjalno&#347;&#263;  za&#347;mia&#322; si&#281; W&#261;&#380;.

Znowu si&#281; poruszy&#322;, zbli&#380;aj&#261;c wysmuk&#322;&#261;, d&#322;ug&#261; g&#322;ow&#281; do Myszki; jego cielsko przep&#322;yn&#281;&#322;o mi&#281;kko w&#347;r&#243;d konar&#243;w, a z drzewa spad&#322;o kolejne jab&#322;ko. Potoczy&#322;o si&#281; w stron&#281; dziewczynki i znieruchomia&#322;o u jej st&#243;p.

Zjedz je  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.

Neeee. Neeee wooono  odpar&#322;a odruchowo Myszka.

Gdy chodzi&#322;y na zakupy do supermarketu, mama d&#322;ugo musia&#322;a j&#261; uczy&#263;, &#380;e nie wolno niczego bra&#263; do r&#261;k.

To nie twoje. Nie wolno  m&#243;wi&#322;a surowo Ewa, odbieraj&#261;c zabrany przedmiot. Czasem by&#322;o za p&#243;&#378;no. Czekolada ju&#380; by&#322;a ob&#347;liniona, banan rozgnieciony, z&#322;otko na czekoladce podarte, a margaryna w kolorowym pude&#322;ku le&#380;a&#322;a na pod&#322;odze, przydeptana bucikiem.

Mama zbiera&#322;a to, milcz&#261;c, w rytm utyskiwa&#324; ekspedientek. I cho&#263; trwa&#322;o to d&#322;ugo, Myszka nauczy&#322;a si&#281;, &#380;e tego, co nie nale&#380;y do niej, nie wolno samowolnie bra&#263; do r&#261;k.

Czerwone, idealne w kszta&#322;cie jab&#322;ko by&#322;o cudze. Ten zbyt pi&#281;kny Ogr&#243;d te&#380; musia&#322; by&#263; czyj&#347;, nie m&#243;g&#322; by&#263; ogrodem niczyim. Jego w&#322;a&#347;cicielem na pewno nie by&#322; W&#261;&#380;.

Ssssmaczne jab&#322;ko  powt&#243;rzy&#322; tymczasem smuk&#322;y kusiciel, a Myszce pociek&#322;a &#347;lina z k&#261;cika ust. Mia&#322;a ochot&#281; zje&#347;&#263; owoc, a r&#243;wnocze&#347;nie wiedzia&#322;a, &#380;e nie wolno.

Jessssssste&#347; ma&#322;&#261;, g&#322;upi&#261; dziewczynk&#261;  zasycza&#322; W&#261;&#380; z irytacj&#261;.  Zerwij zatem sssssama jab&#322;ko i zjedz, a ssssspe&#322;ni si&#281; twoje najwi&#281;ksze marzenie.

Taaaaa?  spyta&#322;a Myszka z niedowierzaniem.

Tak, g&#322;uptasie! W&#322;a&#347;nie to! Wi&#281;c zerwij jab&#322;ko i zjedz! Czy wiesz, czym sss&#261; nigdy nie ssssspe&#322;niaj&#261;ce si&#281; marzenia?

I W&#261;&#380; przechyli&#322; g&#322;ow&#281; tak, &#380;e patrzy&#322; teraz prosto w jej oczy. Dwa czarne, okr&#261;g&#322;e paciorki naprzeciw sko&#347;nych, podpuchni&#281;tych, w&#261;skich oczu, w nieokre&#347;lonym kolorze.

Wieeee  odpowiedzia&#322;a z powag&#261; Myszka. Pewnie, &#380;e wiedzia&#322;a, co znacz&#261; nigdy nie spe&#322;niaj&#261;ce si&#281; marzenia. I to nie jedno, lecz wiele.  Je jaaaa?  spyta&#322;a ponownie, czuj&#261;c, &#380;e ca&#322;a dr&#380;y. Czy&#380;by to ma&#322;e jab&#322;ko mia&#322;o moc wi&#281;ksz&#261; ni&#380; wr&#243;&#380;ka z bajki o Kopciuszku?!

Jedz, ssspr&#243;buj  zasycza&#322; &#347;piewnie W&#261;&#380;.

I Myszka podskoczy&#322;a, by zerwa&#263; owoc. Nawet nie zd&#261;&#380;y&#322;a wyda&#263; z siebie typowego dla niej sapni&#281;cia, jakie towarzyszy&#322;o jej przy ka&#380;dym wysi&#322;ku, gdy ju&#380; porwa&#322;a w r&#261;czki czerwone, zdumiewaj&#261;ce swoj&#261; urod&#261; jab&#322;ko i ugryz&#322;a du&#380;y, soczysty kawa&#322;ek. Smakowa&#322;o wspaniale, nie tak jak kupowane przez mam&#281; owoce.

Zaczarowane?  spyta&#322;a W&#281;&#380;a, g&#322;o&#347;no ciamkaj&#261;c, a struga soku sp&#322;yn&#281;&#322;a jej po brodzie.

W&#261;&#380; przygl&#261;da&#322; si&#281; jej, milcz&#261;c i przekrzywiaj&#261;c g&#322;ow&#281;. Czeka&#322; w milczeniu, a&#380; zje ca&#322;y owoc.

Co czujesz?  spyta&#322;. Myszka nie czu&#322;a nic.

Nic  odpowiedzia&#322;a, uszcz&#281;&#347;liwiona.  Nie czuj&#281; nic!  zawo&#322;a&#322;a w g&#322;&#261;b Ogrodu, tak g&#322;o&#347;no, &#380;e dwie wystraszone wiewi&#243;rki stoczy&#322;y si&#281; z pnia pobliskiego drzewa i przebieg&#322;y b&#322;yskawicznie przez dr&#243;&#380;k&#281;.

Rzeczywi&#347;cie, po raz pierwszy w swoim kr&#243;tkim &#380;yciu Myszka nie czu&#322;a nic. Nie czu&#322;a ci&#281;&#380;aru niezdarnego cia&#322;a. Nie czu&#322;a braku koordynacji r&#261;k i n&#243;g. Nie czu&#322;a stru&#380;ki &#347;liny s&#261;cz&#261;cej si&#281; z k&#261;cika ust, ani cienia grubych powiek, zawsze opadaj&#261;cych na &#378;renice. Ba, nie w&#261;tpi&#322;a w to, &#380;e oczy ma teraz du&#380;e i okr&#261;g&#322;e. I przepe&#322;niona nie znanym sobie poczuciem w&#322;asnej urody, okr&#281;ci&#322;a si&#281; na czubkach palc&#243;w, jak baletnica, kt&#243;r&#261; widzia&#322;a w telewizorze, a z jej ust, zamiast be&#322;kotliwej mowy, wyp&#322;yn&#281;&#322;a melodyjna, d&#378;wi&#281;czna fraza:

Tatusiu! Patrz!

Zawirowa&#322;a w ta&#324;cu, w rytm tej samej muzyki, do kt&#243;rej mia&#322;a zata&#324;czy&#263; tylko dla niego, wtedy gdy podgl&#261;da&#322; j&#261; zza uchylonych drzwi, gabinetu. Teraz wirowa&#322;a jak najwspanialsze tancerki w telewizorze. Ba, one ta&#324;czy&#322;y gorzej ni&#380; ona. Wirowa&#322;a jak motyl p&#322;yn&#261;cy nad trawnikiem, jak li&#347;&#263; na wietrze, jak pszczo&#322;a nad kielichem kwiatu. Jej r&#261;czki, szczup&#322;e i zgrabne, wygina&#322;y si&#281; jak ga&#322;&#261;zki m&#322;odego drzewka, a nogi, d&#322;ugie, smuk&#322;e, silne, wyrzuca&#322;a w g&#243;r&#281; jak prawdziwa akrobatka, to zn&#243;w unosi&#322;a jedn&#261; na wysoko&#347;&#263; cia&#322;a, drug&#261; wspieraj&#261;c na czubkach palc&#243;w.

Tatusiu! Tato!  wo&#322;a&#322;a, ta&#324;cz&#261;c, ale im d&#322;u&#380;ej i szybciej wirowa&#322;a, tym bardziej by&#322;a pewna, &#380;e jej g&#322;os nie dotrze do ojca.

Musz&#281; zej&#347;&#263; na d&#243;&#322; i zata&#324;czy&#263;!  zawo&#322;a&#322;a, zatrzymuj&#261;c si&#281; gwa&#322;townie, ale W&#261;&#380; okr&#281;ci&#322; si&#281; wok&#243;&#322; jej cia&#322;a, przytrzymuj&#261;c j&#261; w mocnym, cho&#263; bezbolesnym u&#347;cisku.

Ssssssst&#243;j!  zasycza&#322;.  Nawet gdyby&#347; zjad&#322;a wszysssssstkie jab&#322;ka z Ogrodu, to tam, na dole, ich czar nie dzia&#322;a.

Znieruchomia&#322;a, cho&#263; ju&#380; j&#261; pu&#347;ci&#322;, i pomy&#347;la&#322;a z rozpacz&#261;: Nikt nigdy nie zobaczy mnie w prawdziwej postaci

Nikt nigdy  przytakn&#261;&#322; W&#261;&#380;, a ona nie zdziwi&#322;a si&#281;, &#380;e czyta w jej my&#347;lach.

Jej my&#347;li by&#322;y teraz szybsze ni&#380; kiedykolwiek, r&#243;wnie lekkie i zwinne jak ona ca&#322;a. Wiedzia&#322;a, &#380;e gdyby mia&#322;a teraz na nogach wysokie buciki, to zasznurowa&#322;aby je nie mniej sprawnie ni&#380; inne dzieci. I nikt nie brzydzi&#322;by si&#281; siedzie&#263; ko&#322;o niej, patrz&#261;c, jak je. I mog&#322;aby bardzo szybko wypowiedzie&#263; ka&#380;de, nawet najd&#322;u&#380;sze zdanie, a g&#322;os mia&#322;aby wysoki i &#347;piewny jak mama.

Mog&#322;aby zanuci&#263; ka&#380;d&#261; melodi&#281;, z&#322;apa&#263; zr&#281;cznie pi&#322;k&#281;, przejecha&#263; na &#322;y&#380;worolkach ca&#322;&#261; alejk&#281; w parku. Mog&#322;aby przytuli&#263; wszystkie koty &#347;wiata i &#380;adnego z nich nie zadusi&#322;aby z mi&#322;o&#347;ci, gdy&#380; b&#281;d&#261;c tak doskona&#322;a, potrafi&#322;aby okaza&#263; mi&#322;o&#347;&#263; w spos&#243;b najdelikatniejszy.

Ale tam, na dole, b&#281;dzie t&#261; sam&#261; Myszk&#261;, kt&#243;r&#261; przesta&#322;a by&#263; tu i teraz. W Ogrodzie.

Mia&#322;a wielk&#261; ochot&#281; pozwoli&#263; &#322;zom, by wyp&#322;yn&#281;&#322;y z jej nowych, okr&#261;g&#322;ych oczu, ale ba&#322;a si&#281; je zepsu&#263;. Nigdy nie by&#322;o wiadomo, co mo&#380;e im zaszkodzi&#263;, skoro by&#322;y zaczarowane.

Porozgl&#261;dam si&#281;  powiedzia&#322;a, wstrzymuj&#261;c &#322;zy i usi&#322;uj&#261;c znale&#378;&#263; co&#347;, co odwr&#243;ci&#322;oby jej uwag&#281; od okrutnych s&#322;&#243;w W&#281;&#380;a.

Tak, ssssssp&#243;jrz, jak tu pi&#281;knie  zasycza&#322; W&#261;&#380;, ale ju&#380; z mniejszym przekonaniem.

Nowe oczy Myszki patrzy&#322;y lepiej, dalej i bardziej przenikliwie.

Ta trawa jest zbyt zielona  zauwa&#380;y&#322;a, wpatruj&#261;c si&#281; w szmaragdowy kobierzec pod swymi stopami.  I za mi&#281;kka  doda&#322;a, przykucaj&#261;c, aby jej dotkn&#261;&#263;. Trawa mia&#322;a w sobie puszysto&#347;&#263; najlepszego i najdro&#380;szego dywanu z salonu rodzic&#243;w.

Zacz&#281;&#322;a rozgl&#261;da&#263; si&#281; i widzia&#322;a coraz wi&#281;cej dziwnych cech Ogrodu, kt&#243;re wcze&#347;niej jej umkn&#281;&#322;y. Pnie jab&#322;oni by&#322;y r&#243;wniutkie i zbyt br&#261;zowe, cho&#263; powinny by&#263; sp&#281;kane i szare, a niebo nad jej g&#322;ow&#261; mia&#322;o nieprawdopodobn&#261; barw&#281; intensywnego szafiru. Gdy si&#281; w nie wpatrzy&#322;a, poczu&#322;a, &#380;e od nat&#281;&#380;enia koloru bol&#261; oczy.

Kolory kwiat&#243;w w&#347;r&#243;d traw by&#322;y niezwykle jaskrawe. Tak jaskrawe, &#380;e musia&#322;a zmru&#380;y&#263; swoje okr&#261;g&#322;e, wszystkowidz&#261;ce oczy. Zw&#322;aszcza pomara&#324;czowe nagietki wygl&#261;da&#322;y jak odblaskowe &#347;wiate&#322;ka samochodu taty.

Gdybym by&#322;a na dole, mamusia dotkn&#281;&#322;aby pilota i wszystkie te barwy by zszarza&#322;y, pomy&#347;la&#322;a niedorzecznie.

W&#261;&#380; by&#322; tak&#380;e niezadowolony. Patrzy&#322; na ni&#261;, potem na Ogr&#243;d, znowu na ni&#261;; jakby czym&#347; zirytowany, mru&#380;y&#322; paciorkowate oczy, kr&#281;ci&#322; si&#281; wok&#243;&#322; zbyt g&#322;adkiego pnia, jakby mu by&#322;o niewygodnie. Wreszcie zasycza&#322;:

Poprawimy to.

TO JEST DOBRE

Myszka us&#322;ysza&#322;a nagle G&#322;os, kt&#243;ry wprawdzie nikogo nie pyta&#322;, ale przecie&#380; zn&#243;w czu&#322;o si&#281;, &#380;e by&#322; jednym wielkim, pe&#322;nym udr&#281;ki pytaniem.

Nie, nie!  zawo&#322;a&#322;a, nie chc&#261;c mu robi&#263; przykro&#347;ci.  To jest wspania&#322;e!

Ale wiedzia&#322;a, &#380;e powinna powiedzie&#263; prawd&#281;: Nie, to jest zbyt wspania&#322;e. To przypomina obrazki z mojej ksi&#261;&#380;ki z bajkami. I jeszcze co&#347; nie pami&#281;tam, co

Tak, Ogr&#243;d przypomina&#322; jej jeszcze co&#347;, co widzia&#322;a kiedy&#347;, dawno temu, ale nie umia&#322;a sobie tego przypomnie&#263;. Weso&#322;e miasteczko? Kurtyna do robienia pami&#261;tkowych zdj&#281;&#263;?

Wr&#243;&#263; do siebie, na d&#243;&#322;. Poprawimy to  powiedzia&#322; W&#261;&#380; do Myszki.

Nie, chc&#281; jeszcze zosta&#263;  odpar&#322;a prosz&#261;co.  Tu jest tyle rzeczy, kt&#243;re musz&#281; zobaczy&#263;, i tyle spraw, o kt&#243;re musz&#281; spyta&#263;

To b&#281;dzie bardzo d&#322;ugi dzie&#324;, zd&#261;&#380;ysz zrobi&#263; wszyssstko, czego pragniesz  zasycza&#322; niecierpliwie W&#261;&#380;.

Ale Myszka koniecznie chcia&#322;a si&#281; dowiedzie&#263;, do kogo nale&#380;y tak dobrze znany jej G&#322;os. Wiedzia&#322;a, &#380;e do Niego, ale chcia&#322;a Go ujrze&#263;, upewni&#263; si&#281;, kim jest i po co jest. I w&#322;a&#347;nie teraz, gdy znalaz&#322;a si&#281; tak blisko tego odkrycia, gdy mog&#322;a poszuka&#263; Go w Ogrodzie, poczu&#322;a, &#380;e spowijaj&#261; j&#261; kolejne zas&#322;ony czerni, a wraz z tym przybywa jej cia&#322;u ci&#281;&#380;aru, jej cz&#322;onkom powraca zwyk&#322;a niezdarno&#347;&#263;, pole widzenia za&#347; przys&#322;aniaj&#261; ci&#281;&#380;kie, grube, wiecznie opadaj&#261;ce powieki. Nawet nie wiedzia&#322;a, kiedy znalaz&#322;a si&#281; z powrotem na strychu.

Neee Neee  zamrucza&#322;a niezdarnie, ale ju&#380; by&#322;o za p&#243;&#378;no. Wprawdzie wyrzucono j&#261; z Ogrodu, lecz obiecano zarazem, &#380;e b&#281;dzie mog&#322;a wr&#243;ci&#263;. Sapn&#281;&#322;a, wytar&#322;a skrajem r&#281;kawa &#347;lin&#281; w k&#261;ciku ust i zapali&#322;a &#347;wiat&#322;o.

Kociak spa&#322; w najlepsze w jednym z tekturowych pude&#322; na zakurzonej stercie ksi&#261;&#380;ek. Mrucza&#322; i by&#322; dok&#322;adnie taki sam jak przedtem. Myszka pog&#322;aska&#322;a go delikatnie i pomy&#347;la&#322;a, &#380;e skoro zosta&#322; tu, na strychu, to widocznie Ogr&#243;d zosta&#322; stworzony tylko dla niej.

Tylko dla mnie, uprzytomni&#322;a sobie zdziwiona.

Ledwo zrobi&#322;a kilka krok&#243;w, natychmiast zat&#281;skni&#322;a za tamt&#261;, do&#347;wiadczon&#261; pierwszy raz w &#380;yciu lekko&#347;ci&#261;. Chcia&#322;a si&#281; rozp&#322;aka&#263; i utopi&#263; we &#322;zach &#380;al za utracon&#261; przemian&#261;, ale us&#322;ysza&#322;a g&#322;os mamy. Mama te&#380; by nie mog&#322;a wej&#347;&#263; do Ogrodu, pomy&#347;la&#322;a Myszka z &#380;alem.

Ju&#380; si&#281; ba&#322;am, &#380;e znowu tkwisz tu po ciemku. Nie widzia&#322;am &#347;wiat&#322;a w oknie, gdy by&#322;am w ogrodzie Sylwetka Ewy majaczy&#322;a w uchylonych drzwiach.

Ja te&#380; by&#322;am w Ogrodzie  pochwali&#322;a si&#281; Myszka, lecz mama nie zrozumia&#322;a, co dziewczynka m&#243;wi, gdy&#380; s&#322;owa, kt&#243;re uda&#322;o si&#281; jej wypchn&#261;&#263; j&#281;zykiem, zla&#322;y si&#281; w niezrozumia&#322;y be&#322;kot:

Jaatee byyyoooog Taaaa O, maa, taaaa Ewa nie zawsze stara&#322;a si&#281; zrozumie&#263;, co m&#243;wi Myszka. Nie s&#261;dzi&#322;a, by wszystkie jej s&#322;owa by&#322;y wa&#380;ne.

Zdaniem Ewy, do najwa&#380;niejszych nale&#380;a&#322;y te, kt&#243;re porz&#261;dkowa&#322;y rytm dnia i nocy i upodobnia&#322;y Myszk&#281; do normalnych dzieci. Nie s&#322;uchaj&#261;c, o czym chce opowiedzie&#263; jej c&#243;rka, wzi&#281;&#322;a j&#261; za r&#261;czk&#281; i sprowadzi&#322;a na d&#243;&#322;.

I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r dnia si&#243;dmego.

I mia&#322; trwa&#263; wiele miesi&#281;cy.



Dzie&#324; si&#243;dmy: jab&#322;ka

Od dnia, gdy wesz&#322;a do Ogrodu i zjad&#322;a jab&#322;ko, Myszce co noc &#347;ni&#322;o si&#281;, &#380;e ta&#324;czy jak baletnica z telewizora, jak motyl nad kwiatami, jak ptak pomi&#281;dzy ziemi&#261; a niebem. Ju&#380; wiedzia&#322;a, jakie to uczucie  ta&#324;czy&#263;. Do tej pory tylko je sobie wyobra&#380;a&#322;a. Tymczasem by&#322;o ono nie do wyobra&#380;enia, niepor&#243;wnywalne z niczym, nawet z najmocniejszym doznaniem ta&#324;ca, kt&#243;re nawiedza&#322;o j&#261; czasem podczas w&#322;asnych, niewprawnych pr&#243;b.

Ta&#324;cz&#281;?  pyta&#322;a siebie we &#347;nie, aby po obudzeniu do&#347;wiadczy&#263; tej samej, normalnej, cho&#263; bolesnej oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci. Wiedzia&#322;a, &#380;e cia&#322;a innych ludzi, cho&#263;by mamy, nie ci&#261;&#380;&#261; a&#380; tak mocno ku ziemi jak jej. Tato te&#380; biega&#322; lekko, jak pan z reklamy, niemal unosz&#261;c si&#281; nad pod&#322;og&#261;, i nie koleba&#322; si&#281; niezgrabnie na boki.

Prze&#380;ycie prawdziwego ta&#324;ca by&#322;o czym&#347; wspania&#322;ym i zarazem okropnym, gdy&#380; Myszka teraz bardziej ni&#380; kiedy&#347; odczuwa&#322;a swoje cia&#322;o jako skorup&#281;, kt&#243;ra j&#261; wi&#281;zi. Dlatego i we &#347;nie, i na jawie czu&#322;a, &#380;e musi znowu i&#347;&#263; tam, gdzie mog&#322;a by&#263; motylem. Zawsze zapomina&#322;a o wszystkim, ale o tym, &#380;e umie ta&#324;czy&#263;, nie potrafi&#322;a zapomnie&#263;.

Umiem  powtarza&#322;a sobie, usi&#322;uj&#261;c poderwa&#263; si&#281; leciutko, na palcach, tak jak uda&#322;o si&#281; to tylko ten jeden, jedyny raz w Ogrodzie.

Niekiedy s&#322;ysza&#322;a cichy, sycz&#261;cy g&#322;os, kt&#243;ry namawia&#322; j&#261;, by spr&#243;bowa&#322;a zata&#324;czy&#263; na przek&#243;r wszelkim przeszkodom i ograniczeniom. Wi&#281;c pr&#243;bowa&#322;a. Pr&#243;bowa&#322;a w holu, cho&#263; ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e tato przygl&#261;da si&#281; jej spoza p&#243;&#322;przymkni&#281;tych drzwi. Pr&#243;bowa&#322;a na trawniku przed domem, ale mama zagania&#322;a j&#261; wtedy do domu, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; nerwowo, czy nie patrz&#261; s&#261;siedzi. Pr&#243;bowa&#322;a przy ka&#380;dej okazji, ale nikt w jej ruchach nie domy&#347;la&#322; si&#281; ta&#324;ca.

Myszka pami&#281;ta&#322;a teraz cz&#281;&#347;ciej o strychu, lecz przypomina&#322;a sobie o nim wtedy, gdy by&#322;a u logopedy lub na gimnastyce, a niekiedy dopiero p&#243;&#378;n&#261; noc&#261;. Ju&#380; nie wiedzia&#322;a, czy ta&#324;czy&#322;a w Ogrodzie wczoraj, tydzie&#324; temu, czy przed wielu miesi&#261;cami. Czas Ogrodu, ulicy, jej domu, a tak&#380;e jej w&#322;asny by&#322;y ca&#322;kowicie odmienne, i nie da&#322;o si&#281; ich mierzy&#263; jedn&#261; miar&#261;.

Nim Myszka ponownie wybra&#322;a si&#281; na strych, by zata&#324;czy&#263; w Ogrodzie, pewnego dnia posz&#322;y z mam&#261; do supermarketu. Myszce wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e ten tajemniczy, daleki, cho&#263; niemo&#380;liwy do umiejscowienia, szeleszcz&#261;co-sycz&#261;cy g&#322;os namawia j&#261;, &#380;eby zata&#324;czy&#322;a natychmiast, w miejscu, w kt&#243;rym w&#322;a&#347;nie przebywa&#322;a. Ewa nie cierpia&#322;a chodzi&#263; z Myszk&#261; do supermarketu i Myszka to wyczuwa&#322;a po sposobie, w jaki mama ci&#261;gn&#281;&#322;a j&#261; za r&#281;k&#281;. Myszka opiera&#322;a si&#281;, rozgl&#261;da&#322;a, usi&#322;owa&#322;a przyjrze&#263; si&#281; czemu&#347; lub dotkn&#261;&#263; kolorowych towar&#243;w. Nawet w supermarkecie czas Myszki bieg&#322; odmiennym rytmem.

Ewa nie mog&#322;a zostawi&#263; c&#243;rki w domu. Tymczasem w supermarkecie znajdowa&#322;y si&#281; mniej lub bardziej gro&#378;ne miejsca. Niebezpiecznym miejscem by&#322;a kolejka do kasy. Kasjerki i klienci patrzyli na nie ukradkiem, udaj&#261;c, &#380;e nie patrz&#261;, aby zn&#243;w szybko zerkn&#261;&#263;. Jeszcze raz. I znowu I jeszcze &#380;eby przyjrze&#263; si&#281; tak&#380;e matce tego dziecka i por&#243;wna&#263;, na ile jest do niej podobne.

Ewa sztywnia&#322;a pod tymi spojrzeniami, a Myszka odbiera&#322;a to i ba&#322;a si&#281;. Ewa wola&#322;aby, &#380;eby kto&#347; z gapi&#261;cych si&#281; ludzi po prostu podszed&#322; i daj&#261;c upust swej ciekawo&#347;ci, zwyczajnie spyta&#322;: Dziewczynka z downem?, ni&#380; &#380;eby zerkali ukradkiem, jakby ze wstydem, a przecie&#380; z zach&#322;ann&#261; ciekawo&#347;ci&#261;. Widz&#261;c te spojrzenia, Ewa doskonale rozumia&#322;a Adama. I wtedy mu zazdro&#347;ci&#322;a wyboru.

W supermarkecie nale&#380;a&#322;o si&#281; &#347;pieszy&#263;. Nie dlatego, by personel pogania&#322; klient&#243;w, ale poniewa&#380; to Ewa chcia&#322;a st&#261;d wyj&#347;&#263; jak najszybciej. Podesz&#322;a do jednej z p&#243;&#322;ek, aby wzi&#261;&#263; kilka najpotrzebniejszych produkt&#243;w. Nachyli&#322;a si&#281; nad zamra&#380;ark&#261; z mi&#281;sem i gotowymi potrawami, chwil&#281; pomedytowa&#322;a nad p&#243;&#322;k&#261; z alkoholem. Alkohol czasem pomaga&#322;. Ewa ostro&#380;nie wzi&#281;&#322;a do r&#261;k jedn&#261; z butelek

Myszka, trac&#261;c bezpieczn&#261; r&#281;k&#281; matki, zosta&#322;a w tyle. A potem skr&#281;ci&#322;a do p&#243;&#322;ki, na kt&#243;rej l&#347;ni&#322;y kolorowe opakowania. I do drugiej trzeciej chwil&#281; p&#243;&#378;niej otoczy&#322; j&#261; labirynt p&#243;&#322;ek i straci&#322;a matk&#281; z oczu.

I w&#322;a&#347;nie w tym momencie ujrza&#322;a jab&#322;ka, spi&#281;trzone w kunsztown&#261; piramid&#281; na stoisku z owocami, i us&#322;ysza&#322;a muzyk&#281; dobiegaj&#261;c&#261; z megafon&#243;w. By&#322;a to melodia, kt&#243;r&#261; Myszka wyj&#261;tkowo lubi&#322;a. Zatrzyma&#322;a si&#281;, by lepiej s&#322;ysze&#263;. Perkusja wybija&#322;a mocny, porywaj&#261;cy rytm. Ca&#322;e cia&#322;o Myszki zacz&#281;&#322;o wyrywa&#263; si&#281; do ta&#324;ca. Jab&#322;ka le&#380;a&#322;y o krok dalej. Si&#281;gn&#281;&#322;a po jedno i ugryz&#322;a.

Nie, to nie by&#322;o czarodziejskie jab&#322;ko, gdy&#380; poczucie lekko&#347;ci nie przysz&#322;o natychmiast, a mo&#380;e w og&#243;le nie przysz&#322;o, a jednak muzyka sprawi&#322;a, i&#380; dziewczynce wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e jest mniej oci&#281;&#380;a&#322;a.

Sssspr&#243;buj  us&#322;ysza&#322;a znajomy, szeleszcz&#261;co-sycz&#261;cy g&#322;os.

Nie by&#322;a pewna, czy go s&#322;yszy, czy odtwarza z pami&#281;ci, a mo&#380;e s&#322;ycha&#263; go by&#322;o z magnetofonowej ta&#347;my, kt&#243;ra w k&#243;&#322;ko powtarza&#322;a t&#281; sam&#261; melodi&#281;, niesion&#261; przez g&#322;o&#347;niki po wielkiej hali ze stoiskami.

Mamy nigdzie nie by&#322;o wida&#263;, a Myszka, stoj&#261;c po&#347;rodku supermarketu, &#380;u&#322;a powoli jab&#322;ko. Sok sp&#322;ywa&#322; jej po brodzie, i z ka&#380;dym k&#281;sem czu&#322;a coraz g&#322;&#281;bsz&#261; potrzeb&#281; zata&#324;czenia. Tak g&#322;&#281;bok&#261;, &#380;e nie umia&#322;a jej od siebie odepchn&#261;&#263;, mimo dobrze pami&#281;tanych nakaz&#243;w mamy, jak nale&#380;y zachowywa&#263; si&#281; w takich miejscach. Jak ma&#322;a myszka cichutko, bez rzucania si&#281; w oczy.

By&#322; ch&#322;odny dzie&#324;. Okutana w czapk&#281; i kurtk&#281;, w sweterek, sp&#243;dniczk&#281; i rajtuzy, obwini&#322;a niemo&#380;no&#347;ci&#261; ta&#324;ca nie w&#322;asne cia&#322;o czy niepos&#322;uszne r&#281;ce i nogi, ale ubranie. I je&#347;li zazwyczaj zdejmowanie go zajmowa&#322;o jej mn&#243;stwo czasu, to tym razem nie trwa&#322;o nawet paru minut. Rozbieraj&#261;c si&#281;, przypomnia&#322;a sobie niesamowite uczucie z Ogrodu: ona, Myszka, wiruje, wiruje, wiruje, jak pszczo&#322;a ponad kwiatami. R&#281;ce p&#322;ynnie i z gracj&#261; uwypuklaj&#261; ruchy cia&#322;a, nogi wyskakuj&#261; wysoko w g&#243;r&#281;, lekkie jak motyle skrzyd&#322;a, g&#322;owa dosi&#281;ga jednej ze st&#243;p, a druga stopa w tym czasie wspina si&#281; na czubki palc&#243;w i niemal odrywa od pod&#322;ogi w szalonym piruecie

Kto&#347; pog&#322;o&#347;ni&#322; muzyk&#281; i przymus ta&#324;ca sta&#322; si&#281; mocniejszy. Myszka zrzuci&#322;a z siebie reszt&#281; rzeczy. Opad&#322;y na wykafelkowan&#261; pod&#322;og&#281;, a dziewczynka westchn&#281;&#322;a g&#322;o&#347;no, ugryz&#322;a ostatni kawa&#322;ek jab&#322;ka i wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czki do g&#243;ry.

Ewa us&#322;ysza&#322;a narastaj&#261;cy szmer g&#322;os&#243;w. Mkn&#281;&#322;y przez wielk&#261; hal&#281;, jak zbli&#380;aj&#261;ca si&#281; burza, g&#322;osy nerwowe, z&#322;e, chichotliwe, zacz&#281;&#322;y przechodzi&#263; w dono&#347;ne okrzyki, i Ewa od razu zrozumia&#322;a, co si&#281; sta&#322;o: Myszka Myszka co&#347; zrobi&#322;a. Myszka, kt&#243;rej nigdzie w pobli&#380;u nie by&#322;o. Znikn&#281;&#322;a.

Zrzuci&#322;a co&#347; z p&#243;&#322;ki!, pomy&#347;la&#322;a z rozpacz&#261; i pobieg&#322;a tam, sk&#261;d dochodzi&#322; najdono&#347;niejszy ha&#322;as.

Bo&#380;e Bo&#380;e Dlaczego mi to robisz  wyszepta&#322;a na widok c&#243;rki, trac&#261;c oddech i odruchowo wspieraj&#261;c si&#281; o pierwsz&#261; z brzegu p&#243;&#322;k&#281;. Wszystkie ustawione tam kartony mleka zsun&#281;&#322;y si&#281; na pod&#322;og&#281; pod ci&#281;&#380;arem jej r&#281;ki. Z niekt&#243;rych zacz&#281;&#322;a wyp&#322;ywa&#263; bia&#322;a struga. Nie zwr&#243;ci&#322;a na to uwagi, cho&#263; wok&#243;&#322; rozleg&#322;y si&#281; kolejne wzburzone g&#322;osy. Nie s&#322;ysza&#322;a ich. Patrzy&#322;a, nie wierz&#261;c w&#322;asnym oczom.

Nie tu tylko nie tu Nie r&#243;b mi tego  wyszepta&#322;a, nieruchomiej&#261;c.

Za rz&#281;dami p&#243;&#322;ek sta&#322;a golutka, gruba Myszka, poruszaj&#261;c si&#281; dziwacznie i okropnie, z oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci&#261; nied&#378;wiadka, w jakim&#347; nieprzyzwoicie obrzydliwym, spowolnionym rytmie. Mia&#322;a zamkni&#281;te oczy i szeroko otwarte usta, wysuni&#281;ty j&#281;zyk wspar&#322; si&#281; o brod&#281;. Stru&#380;ka &#347;liny sp&#322;yn&#281;&#322;a ju&#380; na piersi i pe&#322;z&#322;a ku wystaj&#261;cemu, bia&#322;emu brzuchowi. Bose, platfusowate stopy &#347;lizga&#322;y si&#281; niezgrabnie po kafelkowej posadzce, a r&#281;ce to dotyka&#322;y go&#322;ego cia&#322;a, to w&#281;drowa&#322;y nieporadnie ku g&#243;rze. Na twarzy dziewczynki malowa&#322; si&#281; bolesny wyraz zachwytu i nieobecno&#347;ci.

Ewa sta&#322;a jak sparali&#380;owana, niezdolna do ruchu. Walczy&#322;a w niej ch&#281;&#263; ucieczki ze &#347;wiadomo&#347;ci&#261;, &#380;e to jest jej dziecko i potrzebuje pomocy.

Ekspedientki gniewnie krzycza&#322;y; wiele g&#322;os&#243;w wo&#322;a&#322;o wzburzonym ch&#243;rem, z kt&#243;rego wybija&#322;y si&#281; poszczeg&#243;lne frazy:

Gdzie matka?

Takie co&#347; na publicznym widoku

Okropne zboczone

Niech j&#261; kto&#347; z&#322;apie

Ja jej nie dotkn&#281;

To obrzydliwe

Myszka ockn&#281;&#322;a si&#281;. Osaczona agresywnymi okrzykami, otworzy&#322;a oczy i dopiero wtedy zobaczy&#322;a: otacza&#322; j&#261; ciasny wianuszek obcych twarzy. Te twarze by&#322;y nieprzyjazne lub wrogie, niekiedy wystraszone; g&#322;osy podnosi&#322;y si&#281; do wrzasku. Myszka wstrzyma&#322;a oddech. A potem nieuchronnie przydarzy&#322;o si&#281; to, co mama nies&#322;usznie nazywa&#322;a ma&#322;ym nieszcz&#281;&#347;ciem, gdy&#380; Myszka mia&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e tym razem to jest katastrofa (dzieci z DS cz&#281;sto nie panuj&#261; nad swymi potrzebami fizjologicznymi, zw&#322;aszcza w warunkach stresu). Wszystkie okropne doznania zacz&#281;&#322;y przewraca&#263; si&#281; w brzuchu Myszki i po chwili do mokrej strugi do&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; cuchn&#261;ca biegunka. Sta&#322;a bezradna i przera&#380;ona, czuj&#261;c rozpacz tak wielk&#261;, &#380;e nie by&#322;a w stanie jej ogarn&#261;&#263;. Krzyki ludzi wznios&#322;y si&#281; a&#380; pod sufit supermarketu.

Myszka r&#243;wnie&#380; zacz&#281;&#322;a krzycze&#263;. Jej krzyk powoli przechodzi&#322; w zrozpaczone, pe&#322;ne b&#243;lu wycie.

Maaa! Maaa! Neeee! Neee! Aaaaaaaoooouuuuuu! Neeee!

Gniew obcych ludzi te&#380; przybra&#322; na sile; ich g&#322;osy przekrzykiwa&#322;y si&#281;, rozsadza&#322;y przeszklone &#347;ciany, odbija&#322;y si&#281; od p&#243;&#322;ek. Tylko w niekt&#243;rych brzmia&#322;o wsp&#243;&#322;czucie, w wi&#281;kszo&#347;ci gro&#378;ba.

Wstyd!

Kto to posprz&#261;ta!

I. to w dziale z &#380;ywno&#347;ci&#261;

Policja!

Ewa nie wiedzia&#322;a, jakim cudem uda&#322;o si&#281; jej opanowa&#263; ch&#281;&#263; panicznej ucieczki. Przecisn&#281;&#322;a si&#281; przez t&#322;um. Przykl&#281;k&#322;a i dr&#380;&#261;cymi r&#281;kami zacz&#281;&#322;a ubiera&#263; c&#243;rk&#281;. Szarpa&#322;a j&#261; gwa&#322;townie, z gniewu, z nerw&#243;w, z b&#243;lu i ze wstydu, wi&#281;c Myszka przesta&#322;a wy&#263; i zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;. G&#322;osy oburzenia zn&#243;w wznios&#322;y si&#281; do sufitu.

Byd&#322;o! Tfu!  powiedzia&#322;a dobitnie jaka&#347; kobieta, spluwaj&#261;c na pod&#322;og&#281;.

Ewa nie wiedzia&#322;a, jak i kiedy uda&#322;o jej si&#281; ubra&#263; Myszk&#281;, i szarpi&#261;c z ca&#322;ej si&#322;y, zacz&#281;&#322;a j&#261; wywleka&#263; ze sklepu. Ale nigdzie nie by&#322;o drogi ucieczki. Za nimi, krok w krok, post&#281;powa&#322; t&#322;umek gapi&#243;w i wzburzonych ekspedientek. A w drzwiach stan&#281;&#322;o dwu policjant&#243;w.

To pani zn&#281;ca si&#281; nad dzieckiem?  spyta&#322; jeden, a drugi przytrzyma&#322; j&#261; za rami&#281;, gdy usi&#322;owa&#322;a go wymin&#261;&#263;.

Dlaczego takie takie co&#347; nie jest w zak&#322;adzie?  spyta&#322; drugi, patrz&#261;c na Myszk&#281; z wyra&#378;nym wstr&#281;tem.

Czy ona jest gro&#378;na dla otoczenia?  spyta&#322; surowo pierwszy.

Gro&#378;na nienormalna  zaszemrali widzowie.

To sklep dla porz&#261;dnych ludzi!  zawo&#322;a&#322;a jedna z ekspedientek.

Narobi&#322;y zniszcze&#324;! Kto za to zap&#322;aci?!  krzykn&#281;&#322;a druga.

Chcia&#322;a j&#261; tu porzuci&#263;!  oskar&#380;y&#322;a Ew&#281; jaka&#347; kobieta.

Znamy takie matki  oceni&#322; surowo drugi z policjant&#243;w.

Jak pan &#347;mie  zacz&#281;&#322;a Ewa gwa&#322;townie, ale urwa&#322;a z poczuciem skrajnej bezradno&#347;ci i winy.

Myszka, rozczochrana, spocona, &#347;lini&#261;c si&#281; obficie, wpatrywa&#322;a si&#281; ze strachem w umundurowanych m&#281;&#380;czyzn. Mama m&#243;wi&#322;a tak szybko, &#380;e dziewczynka nie nad&#261;&#380;a&#322;a ze zrozumieniem. Ludzie, kt&#243;rzy osaczyli j&#261; w sklepie, szli za nimi i ju&#380; ich nie odst&#281;powali. Myszka znowu otwar&#322;a usta do krzyku, ale Ewa odruchowo zatka&#322;a jej buzi&#281; i powiedzia&#322;a co&#347; do policjant&#243;w.

Rozej&#347;&#263; si&#281;  powiedzia&#322; ospale jeden. T&#322;umek nieco si&#281; cofn&#261;&#322;. Drugi z m&#281;&#380;czyzn wyj&#261;&#322; zza pasa telefon i powiedzia&#322; kilka niezrozumia&#322;ych zda&#324;. A potem ju&#380; tylko wszyscy stali, milcz&#261;c: mama, Myszka, dw&#243;ch gro&#378;nych policjant&#243;w, kt&#243;rzy zerkali na ni&#261; z l&#281;kliw&#261;, lecz bezlitosn&#261; ciekawo&#347;ci&#261;, i pe&#322;ni emocji widzowie.

Pod supermarket zajecha&#322; samoch&#243;d. By&#322; zielony i Myszka od razu rozpozna&#322;a auto taty. Cho&#263; nigdy go nie dotyka&#322;a, zna&#322;a na pami&#281;&#263; &#347;lisk&#261; po&#322;yskliwo&#347;&#263; jego karoserii i mi&#281;kko&#347;&#263; foteli. Niekiedy &#347;ni&#322;o si&#281; jej, &#380;e wsiada do pachn&#261;cego, ch&#322;odnego wn&#281;trza i tata m&#243;wi: Gdzie chcesz jecha&#263;, Myszko? A Myszka odpowiada cichutko: Tam gdzie wszyscy ta&#324;cz&#261;

Tata wyj&#261;tkowo nie bieg&#322;, ale szed&#322; w ich stron&#281; bardzo powoli, oci&#261;gaj&#261;c si&#281;.

Zbli&#380;a si&#281; Tata si&#281; zbli&#380;a, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Tata stanie ko&#322;o mnie. I wszystko ju&#380; b&#281;dzie dobrze.

Tata rzeczywi&#347;cie stan&#261;&#322; blisko niej. Rozmawia&#322; z m&#281;&#380;czyznami w mundurach, udaj&#261;c, &#380;e nie widzi ciasnego wianuszka gapi&#243;w. Myszka patrzy&#322;a na niego zach&#322;annym wzrokiem i mia&#322;a uczucie, &#380;e jego twarz, mimo wiosennej pory, powleka ch&#322;odny szron.

A potem tata, mama i Myszka wsiedli do samochodu.

Au!  za&#347;mia&#322;a si&#281; kr&#243;tko dziewczynka i z rozja&#347;nionymi oczami spojrza&#322;a na szerokie plecy taty. Poczu&#322;a si&#281; bardzo szcz&#281;&#347;liwa.  Au Ta! O!  powt&#243;rzy&#322;a grubym g&#322;osem, ale mama i tata milczeli jak zakl&#281;ci.

Myszka zamilk&#322;a, sp&#322;oszona. Mia&#322;a uczucie, &#380;e ch&#322;odny szron z twarzy taty powoli pe&#322;znie ku mamie, a potem wype&#322;nia ca&#322;y samoch&#243;d. Nagle w weso&#322;ym, zielonym aucie zrobi&#322;o si&#281; szaro i zimno. I cho&#263; spe&#322;ni&#322;o si&#281; jej marzenie  jecha&#322;a z tat&#261; tym niedost&#281;pnym wcze&#347;niej samochodem  poczu&#322;a si&#281; jak w pu&#322;apce. Nie zdziwi&#322;a si&#281;, &#380;e mama p&#322;acze. Te&#380; chcia&#322;a p&#322;aka&#263;, ale &#322;zy nie chcia&#322;y p&#322;yn&#261;&#263;.

Ma, taaaa  wybe&#322;kota&#322;a, czekaj&#261;c, a&#380; mama j&#261; przytuli i pocieszy, powie^ &#380;e wprawdzie sta&#322;o si&#281; ma&#322;e nieszcz&#281;&#347;cie, ale za chwil&#281; wszystko b&#281;dzie dobrze. Lecz mama odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;.

Mamo, tatusiu Ja ta&#324;czy&#322;am Mamusiu, tato ta&#324;czy&#322;am, m&#243;wi&#322;a Myszka, nie umiej&#261;c przekszta&#322;ci&#263; my&#347;li w s&#322;owa. By&#322;y takie proste, jednak nie przechodzi&#322;y przez usta. &#379;adne ze s&#322;&#243;w nie umia&#322;o wyj&#347;&#263; z ust takie, jak je s&#322;ysza&#322;a i uk&#322;ada&#322;a w my&#347;lach. Zawsze wychodzi&#322;y zniekszta&#322;cone i be&#322;kotliwe. I tylko tam, w Ogrodzie, po raz pierwszy w &#380;yciu przekona&#322;a si&#281;, &#380;e umie m&#243;wi&#263;. W&#261;&#380; j&#261; rozumia&#322;. Drzewa, kwiaty i wszelkie stworzenia j&#261; rozumia&#322;y. Ona rozumia&#322;a sam&#261; siebie. Ale dopiero po zjedzeniu jab&#322;ka Jednak jab&#322;ko w supermarkecie nie by&#322;o tamtym jab&#322;kiem. Otworzy&#322;a usta, by jeszcze raz co&#347; powiedzie&#263;  i zaraz je zamkn&#281;&#322;a.

Ona znowu ta&#324;czy&#322;a. Ta&#324;czy&#322;a w publicznym miejscu, w&#347;r&#243;d obcych ludzi, wykonuj&#261;c te swoje okropne ruchy. I rozebra&#322;a si&#281; jak wtedy w holu. I za&#322;atwi&#322;a si&#281; na oczach wszystkich Jest teraz brudna, &#347;mierdzi, a ja musia&#322;em potwierdzi&#263;, &#380;e to moja c&#243;rka, my&#347;la&#322; tymczasem Adam, kt&#243;ry bezb&#322;&#281;dnie rozpozna&#322; s&#322;owo taaa. Prowadzi&#322; auto mechanicznie, w&#347;ciek&#322;y, nieszcz&#281;&#347;liwy, pe&#322;en upokorzenia. I r&#243;wnocze&#347;nie, niemal bez udzia&#322;u woli, zastanawia&#322; si&#281;, dlaczego Myszka tak rozpaczliwie pragnie ta&#324;czy&#263;. Ona wierzy, &#380;e poprzez taniec wyrwie si&#281; z tej skorupy, pomy&#347;la&#322;, a potem dotar&#322;o do niego, &#380;e skoro co&#347; ma si&#281; wyrwa&#263; z tego nieforemnego cia&#322;a, to znaczy, &#380;e w &#347;rodku tkwi jaka&#347; inna, nie znana mu istota.

Szybko odepchn&#261;&#322; t&#281; my&#347;l. Dzisiejsze zdarzenie pokaza&#322;o jasno, &#380;e to on ma racj&#281;, gdy chce ostatecznie rozwi&#261;za&#263; t&#281; spraw&#281;. Do tej pory usi&#322;owa&#322; zapewni&#263; Ewie z Myszk&#261; &#347;rodki do &#380;ycia i po prostu im nie przeszkadza&#263;, pod warunkiem &#380;e one nie b&#281;d&#261; przeszkadza&#322;y jemu. Ale w&#322;a&#347;nie dzi&#347; jego dobra wola zosta&#322;a wystawiona na pr&#243;b&#281;. Wci&#261;gn&#281;&#322;y go w to. I to jak Jego asystentka odebra&#322;a telefon z policji. Zapewne ju&#380; wie ca&#322;e biuro Musia&#322; wyja&#347;nia&#263; dw&#243;m przedstawicielom porz&#261;dku, &#380;e tak, tak moja &#380;ona jest dobr&#261; matk&#261; nie, ona nie porzuci&#322;a niedorozwini&#281;tego dziecka; to dziecko nie jest gro&#378;ne dla otoczenia; nie, nie mog&#322;o nikomu nic zrobi&#263; ugryz&#322;o ekspedientk&#281;? mo&#380;e si&#281; przestraszy&#322;o? Przecie&#380; to dziecko, a nie w&#347;ciek&#322;e zwierz&#281; Oczywi&#347;cie, zap&#322;ac&#281; przyzwoit&#261; sum&#281; w ramach rekompensaty To nieprzewidziany zbieg okoliczno&#347;ci Zwykle c&#243;rka zachowuje si&#281; spokojnie, a &#380;ona jej pilnuje Tak, ma dom i oboje rodzic&#243;w Jestem ojcem, oczywi&#347;cie Nie, nie, to si&#281; ju&#380; nie powt&#243;rzy, daj&#281; osobist&#261; gwarancj&#281;

T&#322;umaczy&#322; to wszystko, czuj&#261;c na sobie spojrzenia obcych ludzi, kt&#243;rzy otaczali ich zwartym kordonem rozgor&#261;czkowanych, nachalnych spojrze&#324;.

Prosz&#281;, oto moja wizyt&#243;wka  powiedzia&#322; na ko&#324;cu, a zatem zrobi&#322; to, czego poprzysi&#261;g&#322; sobie, &#380;e nigdy nie zrobi: por&#281;czy&#322; za Myszk&#281; swoim nazwiskiem. To by&#322;o tak, jakby j&#261; uzna&#322;.

A teraz obie jecha&#322;y jego autem. Jecha&#322;y z nim pierwszy raz od dnia, gdy  milcz&#261;cy, przygn&#281;biony i w&#347;ciek&#322;y  przywi&#243;z&#322; je ze szpitala. Malutk&#261; Myszk&#281;, dziesi&#281;ciodniowe niemowl&#281;; jej obecny wygl&#261;d, zachowanie i stopie&#324; niedorozwoju przekroczy&#322;y jego najgorsze przewidywania. I Ew&#281;, kt&#243;r&#261; przecie&#380; kocha&#322; i kt&#243;ra wci&#261;&#380; mia&#322;a szans&#281; odwr&#243;ci&#263; to, co uczyni&#322;a: wystarczy&#322;o odda&#263; to dziecko do odpowiedniego zak&#322;adu, i znowu mogli sta&#263; si&#281; idealnie dobranym, zakochanym w sobie ma&#322;&#380;e&#324;stwem. Zakl&#261;&#322; p&#243;&#322;g&#322;osem, dosadnie, wulgarnie, tak jak nigdy dot&#261;d tego nie robi&#322;.

K&#261;tem oka ujrza&#322;, &#380;e Myszka obj&#281;&#322;a p&#322;acz&#261;c&#261; matk&#281; grubymi r&#261;czkami. Jak przewidzia&#322; lekarz, by&#322;a gruba, bardzo gruba i nie potrafi&#322;a opanowa&#263; &#322;akomstwa. Prawie wszystkie dzieci z DS by&#322;y grube i &#322;akome. Prawie wszystkie jad&#322;y za du&#380;o. Ze strachu, jak m&#243;wi&#322; lekarz (dzieci z DS przed&#322;u&#380;aj&#261; czynno&#347;&#263; jedzenia, gdy&#380; to je uspokaja i daje chwilowe poczucie bezpiecze&#324;stwa oraz zadowolenia).

Neee paaaa Neee paaaa  be&#322;kota&#322;a Myszka do matki.

Ja nie p&#322;acz&#281;  odpar&#322;a Ewa, szlochaj&#261;c, i obj&#281;&#322;a c&#243;rk&#281; gwa&#322;townie, bole&#347;nie, do czego Myszka ju&#380; przywyk&#322;a.

Adam nie powiedzia&#322; ani s&#322;owa. Zatrzyma&#322; auto przed domem, nie patrzy&#322;, jak wysiadaj&#261;, i natychmiast odjecha&#322; z powrotem.

Ewa po&#322;yka&#322;a tabletki i chodz&#261;c nerwowo po mieszkaniu, rozpami&#281;tywa&#322;a s&#322;owa lekarza:

To jedna z ci&#281;&#380;szych postaci downa, musi pani to zrozumie&#263;. I jeszcze jest tu co&#347;, co jest podobne do pora&#380;enia m&#243;zgu, cho&#263; troch&#281; inne. Nietypowe. Informowa&#322;em o tym pani m&#281;&#380;a  m&#243;wi&#322; lekarz z rutynow&#261; &#322;agodno&#347;ci&#261;.

Kiedy?  zdziwi&#322;a si&#281; Ewa.

Dawno temu  sp&#322;oszy&#322; si&#281; lekarz. Obieca&#322; Adamowi dyskrecj&#281;, w zamian za honoraria, niezale&#380;ne od rutynowego leczenia.  Te dzieci cz&#281;sto si&#281; rozbieraj&#261; i za&#322;atwiaj&#261; pod siebie. Mo&#380;e ona robi to na z&#322;o&#347;&#263;?

Ona nie robi tego na z&#322;o&#347;&#263;  uci&#281;&#322;a Ewa.

By&#322;a pewna, &#380;e Myszka rozbiera si&#281; nie z gniewu, nerw&#243;w czy strachu. Czu&#322;a, &#380;e co&#347; chce w ten spos&#243;b wyrazi&#263;. Nie wiedzia&#322;a, co, a c&#243;rka nie potrafi&#322;a tego powiedzie&#263;.

To na pewno agresja  m&#243;wi&#322; lekarz.  Naturalna, wzmo&#380;ona agresywno&#347;&#263;, typowa cecha dzieci upo&#347;ledzonych. No i ta ciemna plamka Nie ma sensu, &#380;eby&#347;my robili trepanacj&#281; czaszki, aby j&#261; zdiagnozowa&#263;, zw&#322;aszcza &#380;e operacja nie poprawi stanu dziecka, a mo&#380;e zagrozi&#263; jego &#380;yciu. Ale to co&#347; uciska wa&#380;ne o&#347;rodki w m&#243;zgu i czyni jej schorzenie bardziej nietypowym ni&#380; w zwyk&#322;ym przebiegu DS.

To rozbieranie zdarzy&#322;o si&#281; ju&#380; kilka razy. Czy b&#281;dzie si&#281; powtarza&#263;? Czy jest mo&#380;liwe, &#380;e ona zrobi to w miejscu publicznym? Na przyk&#322;ad w szkole, gdyby do niej posz&#322;a?  pyta&#322;a w&#243;wczas zdenerwowana Ewa, nie przewiduj&#261;c, &#380;e TO zdarzy si&#281; w supermarkecie.

Mo&#380;e to zrobi&#263; gdziekolwiek  odpar&#322; lekarz wsp&#243;&#322;czuj&#261;co.

I to nie minie z wiekiem? Lekarz pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

W tej chorobie, prosz&#281; pani, niewiele rzeczy mija z wiekiem. Wi&#281;cej si&#281; pojawia.

I teraz Ewa, przywo&#322;uj&#261;c s&#322;owa lekarza, &#322;yka&#322;a kolejne tabletki, popijaj&#261;c koniakiem, i chodzi&#322;a, chodzi&#322;a, chodzi&#322;a bez sensu po ca&#322;ym domu: hol, kuchnia, hol, salon, hol, sypialnia, hol, zamkni&#281;te drzwi gabinetu, hol

Taaaaaa Taaaaaa Maaa, taaa  m&#243;wi&#322;a Myszka grubym, chrapliwym g&#322;osem, drepcz&#261;c za ni&#261; uparcie, by towarzyszy&#263; jej w tym bezsensownym marszu.

Oooch, odczep si&#281; wreszcie z tym be&#322;kotem!  krzykn&#281;&#322;a Ewa histerycznie, ruszy&#322;a biegiem i zatrzasn&#281;&#322;a za sob&#261; drzwi salonu.

Myszka usiad&#322;a w holu i wzi&#281;&#322;a do r&#281;ki nag&#261; Barbie. Wykr&#281;ci&#322;a jej nogi i r&#281;ce, sko&#322;tuni&#322;a fryzur&#281;. Zacz&#281;&#322;a uderza&#263; lalk&#261; o &#347;cian&#281;, mocno, mocniej, coraz mocniej  ale Barbie by&#322;a niezniszczalna. Rzuci&#322;a j&#261; z powrotem na pod&#322;og&#281; i zacz&#281;&#322;a kiwa&#263; si&#281; miarowo to w prz&#243;d, to w ty&#322;.

I sta&#322; si&#281; wiecz&#243;r, dzie&#324; si&#243;dmy. Dzie&#324; odpoczynku.



Dzie&#324; si&#243;dmy: odpoczynek

Ewa nawet nie zauwa&#380;y&#322;a, kiedy Adam wyjecha&#322;. Dostosowa&#322;a si&#281; do rytmu &#380;ycia Myszki i zaakceptowa&#322;a go. Sz&#322;a do kuchni robi&#263; &#347;niadanie w porze, w kt&#243;rej inni jadali wczesny obiad. Adam by&#322; w&#243;wczas w firmie. Ju&#380; przed narodzinami Myszki jego dzie&#324; pracy wyd&#322;u&#380;y&#322; si&#281; do kilkunastu godzin, co w&#243;wczas Ewa przyj&#281;&#322;a ze zrozumieniem: zarabia&#322; na budow&#281; i urz&#261;dzenie ich wsp&#243;lnego domu. Zarabia&#322; te&#380; na ubezpieczenie dziecka i nie zaniedba&#322; podpisa&#263; papier&#243;w ju&#380; na trzeci dzie&#324; po urodzeniu c&#243;rki, gdy ich dziecko pojawi&#322;o si&#281; w &#347;wiecie ubezpiecze&#324; i polis na &#380;ycie.

Polisa mia&#322;a zagwarantowa&#263; pieni&#261;dze na przysz&#322;e studia dziewczynki, na studia w najbardziej renomowanym uniwersytecie Europy. A mo&#380;e w USA? Czemu nie Harvard lub Yale?

Nawet gdyby moje interesy mia&#322;y i&#347;&#263; &#378;le lub gdyby mnie nagle zabrak&#322;o, wtedy polisa da naszemu dziecku gwarancj&#281; dobrego &#380;ycia  t&#322;umaczy&#322; Ewie, kt&#243;ra nie protestowa&#322;a, nie wytyka&#322;a mu przesady, gdy&#380; jeszcze wtedy zdawa&#322;o si&#281; jej, &#380;e zna i rozumie wszystkie jego obsesje, l&#281;ki, zalety i wady. I nocne strachy. A w&#347;r&#243;d nich ten najgorszy ze wszystkich: &#380;e dziecko mo&#380;e zosta&#263; osierocone.

Gdy Adam mia&#322; pi&#281;&#263; lat, jego rodzice zgin&#281;li w wypadku samochodowym. Gdy dor&#243;s&#322;  pod czujnym okiem babci  nauczy&#322; si&#281; przewidywa&#263; wszystko, &#322;&#261;cznie (a mo&#380;e przede wszystkim?) z najgorszymi mo&#380;liwo&#347;ciami, kt&#243;re Ewie wydawa&#322;y si&#281; odleg&#322;e, nierealne, a jemu prawdopodobne. Wypadek, nag&#322;a &#347;mier&#263;, ruina maj&#261;tkowa Nie przewidzia&#322; tylko narodzin u&#322;omnego dziecka.

Ewa domy&#347;la&#322;a si&#281;, &#380;e w jego starannie zaplanowanym &#380;yciu, w kt&#243;rym rozpatrywa&#322; z g&#243;ry dziesi&#261;tki wariant&#243;w i nigdy nic go nie zaskakiwa&#322;o, narodziny Myszki by&#322;y to&#380;same z narodzinami chaosu; z czym&#347; na kszta&#322;t pojawienia si&#281; tornada w strefie geograficznej, w kt&#243;rej nie by&#322;o ono znane. Myszka to by&#322; czynnik X, kt&#243;ry burzy wszystko, co by&#322;o uporz&#261;dkowane. Myszka by&#322;a Obcym z filmu o kosmitach.

Ewa, ku swemu zdumieniu, rozumia&#322;a Adama. Jej rozsypa&#322;o si&#281; tylko &#380;ycie, jemu rozsypa&#322; si&#281; &#347;wiat. Musia&#322; sobie z tym radzi&#263; sam, a ona nie wiedzia&#322;a, jak to zrobi.

Gdy spotykali si&#281; w swym du&#380;ym domu  niezwykle rzadko  zamieniali kilka zdawkowych s&#322;&#243;w lub milczeli. Ewa pyta&#322;a oboj&#281;tnie, czy w firmie wszystko w porz&#261;dku. On r&#243;wnie oboj&#281;tnie przytakiwa&#322; i rewan&#380;owa&#322; si&#281; pytaniem, czy niczego jej nie brakuje. Pieni&#281;dzy? Mo&#380;e co&#347; trzeba przywie&#378;&#263; z miasta? Czy w domu wszystko funkcjonuje? Nie jest potrzebny hydraulik? Elektryk? Mo&#380;e nale&#380;y zam&#243;wi&#263; kogo&#347;, by przyci&#261;&#322; traw&#281;?

Oboje omijali w tej quasi-rozmowie osob&#281; Myszki, cho&#263; ta przez wiele lat raczkowa&#322;a u ich st&#243;p.

M&#243;g&#322;by spyta&#263;, dlaczego to robi dopiero w wieku czterech lat, my&#347;la&#322;a Ewa i by&#322;a sk&#322;onna podzieli&#263; si&#281; z nim wiedz&#261;, kt&#243;r&#261; naby&#322;a z podr&#281;cznik&#243;w. Ale on tej wiedzy nie potrzebowa&#322;. A ona nie wiedzia&#322;a, &#380;e dochodzi&#322; do niej tak samo jak ona.

Gdy Myszka, maj&#261;c pi&#281;&#263; lat, zacz&#281;&#322;a stawa&#263; na nogi  trzymaj&#261;c si&#281; mebli lub &#322;api&#261;c siln&#261; r&#261;czk&#261; za uchwyt szuflady, kt&#243;ra wysuwa&#322;a si&#281; i z hukiem spada&#322;a na pod&#322;og&#281;  Adam wymija&#322; j&#261; jak sprawny, wygimnastykowany sportowiec. Potrafi&#322; odsun&#261;&#263; si&#281; tak szybko i p&#322;ynnie, &#380;e nie dotkn&#261;&#322; jej cho&#263;by mimochodem. Pewnego wieczoru Myszka rozbi&#322;a sobie nos, gdy&#380; jej wyci&#261;gni&#281;ta r&#261;czka trafi&#322;a w pustk&#281;, zamiast chwyci&#263; jego nog&#281;, kt&#243;ra przed sekund&#261; by&#322;a tu&#380; obok. Gdy Ewa tuli&#322;a c&#243;rk&#281; i przyk&#322;ada&#322;a l&#243;d, by zatamowa&#263; krwotok, Adama ju&#380; nie by&#322;o w kuchni.

Odt&#261;d ich spotkania sta&#322;y si&#281; jeszcze rzadsze. Jakby Adam wystraszy&#322; si&#281;, &#380;e dziecko nie wyczuje tego, &#380;e on go nie chce. Nie chce jego widoku, dotyku, nie chce s&#322;ysze&#263; brzmienia jego g&#322;osu. Czasem, le&#380;&#261;c w salonie na kanapie  tej niegdy&#347; w kolorze herbacianej r&#243;&#380;y, dzi&#347; poplamionej kaw&#261;, sosami, winem i brudnymi r&#261;czkami Myszki  Ewa widzia&#322;a cie&#324; Adama przesuwaj&#261;cy si&#281; b&#322;yskawicznie przez hol. Zmierza&#322; do gabinetu, kt&#243;ry sta&#322; si&#281; jego twierdz&#261;, lub szed&#322; do wyj&#347;ciowych drzwi. Powoli przesta&#322;a zwraca&#263; uwag&#281; na to, czy m&#243;wi dzie&#324; dobry i do widzenia; prawdopodobnie m&#243;wi&#322;, by&#322; przecie&#380; dobrze wychowany, ale g&#322;o&#347;no puszczone radio lub telewizor zag&#322;usza&#322;y jego g&#322;os. Radio zag&#322;usza&#322;o te&#380; posapywanie Myszki, kt&#243;ra bawi&#261;c si&#281;, wydawa&#322;a nieartyku&#322;owane d&#378;wi&#281;ki. Niekiedy rozczula&#322;y one Ew&#281;, a czasem doprowadza&#322;y do pasji (Ewa ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e cen&#261; za nieodrzucenie Myszki s&#261; niekontrolowane wybuchy uczucia do c&#243;rki  mi&#322;o&#347;ci lub gniewu).

Co tydzie&#324; na blacie sto&#322;u w kuchni le&#380;a&#322;y pieni&#261;dze. K&#322;ad&#322; je tam Adam, zawsze w ilo&#347;ci przekraczaj&#261;cej ich potrzeby. Zatem gdy w kolejnym tygodniu, w okre&#347;lonym dniu pieni&#261;dze nie pojawi&#322;y si&#281;, Ewa przez chwil&#281; by&#322;a zdziwiona. Nazajutrz zepsu&#322; si&#281; kran w &#322;azience  oczywi&#347;cie zepsu&#322;a go Myszka  i Ewa nadaremnie przeszukiwa&#322;a stare kalendarze z telefonami. Figurowa&#322; tam wprawdzie hydraulik, lecz dawno zmieni&#322; adres. Ksi&#261;&#380;ka telefoniczna zdematerializowa&#322;a si&#281; tak, jak zawsze znikaj&#261; potrzebne przedmioty. By&#263; mo&#380;e zamkn&#261;&#322; j&#261; u siebie Adam. A woda z kranu ciek&#322;a coraz bardziej.

Ewa, zdeterminowana, zatelefonowa&#322;a do firmy m&#281;&#380;a. Nie przedstawi&#322;a si&#281;, a r&#243;wnocze&#347;nie nie pomy&#347;la&#322;a, &#380;e po paru latach sekretarka mog&#322;a si&#281; zmieni&#263; lub zapomnie&#263; jej g&#322;os.

Prezes wyjecha&#322; w sprawach prywatnych. Wzi&#261;&#322; kilka dni urlopu. Czy co&#347; przekaza&#263;? Pani by&#322;a um&#243;wiona?  pyta&#322; melodyjny, bezosobowy alt.

Sk&#261;d wezm&#281; hydraulika?, pomy&#347;la&#322;a bezradnie. A wi&#281;c Adam jest prezesem, to by&#322;a jej druga my&#347;l.

Zawsze chcia&#322; by&#263; prezesem w tej swojej firmie, za&#322;o&#380;onej wsp&#243;lnie z kolegami, kt&#243;ra od pocz&#261;tku &#347;wietnie prosperowa&#322;a, a po fuzji z inn&#261;, zachodni&#261;, by&#322;a wr&#281;cz modelowym przedsi&#281;biorstwem.

Wyjecha&#322;? Ciekawe, gdzie i z kim?, to by&#322;o jej trzecie stwierdzenie, r&#243;wnie oboj&#281;tne jak drugie. Teraz najwa&#380;niejszy by&#322; hydraulik.

Ksi&#261;&#380;ka telefoniczna znalaz&#322;a si&#281; w kuchni; oczywi&#347;cie le&#380;a&#322;a w najbardziej widocznym miejscu, na kredensie. Gdy Ewa przewraca&#322;a kartki, pomy&#347;la&#322;a przelotnie, &#380;e gdyby Myszka by&#322;a inna, mogliby wyje&#380;d&#380;a&#263; we troje. A poniewa&#380; Adam lubi&#322; mie&#263; wszystko to, co najlepsze (uraz po ubogim dzieci&#324;stwie, pomy&#347;la&#322;a), wi&#281;c zapewne je&#378;dziliby na Karaiby, na Bali, Hawaje, Seszele, do Afryki.

Mo&#380;e jest w Afryce i ogl&#261;da r&#243;&#380;owe flamingi, pomy&#347;la&#322;a oboj&#281;tnie.

R&#243;&#380;owe flamingi ogl&#261;da&#322;y kilka dni temu z Myszk&#261; w telewizorze. Nagle zapomnia&#322;a o hydrauliku i przypomnia&#322;a sobie r&#243;&#380;owe pi&#243;rko znalezione na strychu. Powinno by&#263; w kuchni. Tam gdzie ksi&#261;&#380;ka telefoniczna. Ale znik&#322;o. I na pewno nie by&#322;o r&#243;&#380;owe.



*


Adam znajdowa&#322; si&#281; blisko. Nieca&#322;e trzydzie&#347;ci pi&#281;&#263; kilometr&#243;w od domu. Zatrzyma&#322; auto i roz&#322;o&#380;y&#322; map&#281;. Adres zna&#322; na pami&#281;&#263;, przecie&#380; co miesi&#261;c wysy&#322;a&#322; tu niema&#322;&#261; kwot&#281; pieni&#281;dzy. W&#322;a&#347;ciwie nie on  sekretarka. Osobi&#347;cie nigdy tu nie by&#322;.

Okolica by&#322;a spokojna, krajobraz nie porywa&#322; urod&#261;, ale nie razi&#322; poczucia estetyki. Dom sta&#322; w&#347;r&#243;d drzew, w niewielkim parku. Przebywa&#322;a tu babcia Adama. Wykupi&#322; miejsce, hojnie p&#322;ac&#261;c za komfortowe warunki bytowania, kt&#243;re gwarantowa&#322;a nazwa pensjonatu: Pi&#281;kna Jesie&#324;. Kiedy to by&#322;o?

W&#322;a&#347;nie, kiedy to by&#322;o?, zamy&#347;li&#322; si&#281;, lecz nie umia&#322; sobie przypomnie&#263;. Trzy lata temu? A mo&#380;e pi&#281;&#263;?  got&#243;w by&#322; przyj&#261;&#263; taki okres, lecz racjonalna strona jego umys&#322;u zaprotestowa&#322;a: Odda&#322;e&#347; j&#261; tu, gdy zacz&#261;&#322;e&#347; budowa&#263; dom.

Zatem dziewi&#281;&#263;. Dziewi&#281;&#263; lat temu?! Jego d&#322;onie odruchowo zmi&#281;&#322;y map&#281;, ale zaraz rozprostowa&#322; j&#261; na nowo, z&#322;o&#380;y&#322; starannie i schowa&#322; w skrytce.

Dziewi&#281;&#263; lat i ani razu jej nie odwiedzi&#322;em?, zdziwi&#322; si&#281; szczerze.

Oddali tu babci&#281; po wsp&#243;lnie podj&#281;tej decyzji. On zacz&#261;&#322; budowa&#263; dom. Firma i budowa poch&#322;ania&#322;y go bez reszty. Ewa pracowa&#322;a dla zagranicznego koncernu i mia&#322;a szans&#281; na awans. Po wcze&#347;niejszych prze&#380;yciach z w&#322;asn&#261; babci&#261; z alzheimerem reagowa&#322;a nerwowo na zachowanie staruszki. Wszystko wydawa&#322;o si&#281; jej pierwszym symptomem tej strasznej choroby. Cho&#263; nie mia&#322;a czasu, chcia&#322;a wyprowadza&#263; babci&#281; na spacer i przyprowadza&#263; do domu (jej w&#322;asna babcia wielokrotnie si&#281; gubi&#322;a). Ba&#322;a si&#281; zostawi&#263; starszej pani klucze, telefonowa&#322;a po kilkana&#347;cie razy na dob&#281;, pytaj&#261;c, czy gaz jest na pewno wy&#322;&#261;czony.

Pewnego dnia, gdy Adam ustala&#322; z projektantem szczeg&#243;&#322;y wyposa&#380;enia domu, a Ewa podejmowa&#322;a z szefem delegacj&#281; japo&#324;sk&#261;, babcia rzeczywi&#347;cie zostawi&#322;a otwarty gaz. Wybuch zniszczy&#322; cz&#281;&#347;&#263; kuchni w ich starym mieszkaniu, staruszka za&#347; odnios&#322;a niewielkie obra&#380;enia, dzi&#281;ki temu, &#380;e w tym czasie rozmawia&#322;a z s&#261;siadk&#261; na korytarzu.

To bez sensu  powiedzia&#322; wtedy Adam.  Ty stracisz prac&#281;, ja w&#322;o&#380;&#281; pieni&#261;dze w dom i nie dopilnuj&#281;, &#380;eby by&#322; taki, jak sobie wymarzy&#322;em. Wszystko dlatego, &#380;e babcia musi mie&#263; sta&#322;&#261; opiek&#281;! A przecie&#380; s&#261; komfortowe instytucje, prawie jak sanatoria, w kt&#243;rych b&#281;dzie jej po prostu bezpieczniej.

Wy&#347;lemy j&#261; tam na czas budowy domu  zgodzi&#322;a si&#281; Ewa.

Babcia, raz mniej, raz bardziej sprawna umys&#322;owo, te&#380; si&#281; zgodzi&#322;a.

W nowym domu b&#281;dzie na ciebie czeka&#322; tw&#243;j pok&#243;j  obieca&#322; Adam.

To Ewa odwioz&#322;a babci&#281;. I to Ewa odwiedzi&#322;a j&#261; jeszcze dwa, a mo&#380;e trzy razy. I dlatego on sam nie umia&#322; teraz tu trafi&#263;. To tak&#380;e Ewa spyta&#322;a, kiedy j&#261; wezm&#261; z powrotem, a on odpar&#322;, &#380;e jest na to czas; &#380;e fachowa opieka na pewno dobrze robi staruszce. I ten spok&#243;j, i park doko&#322;a, o kt&#243;rym opowiada&#322;a Ewa, regularne posi&#322;ki wed&#322;ug stosownej diety, i towarzystwo w jej wieku Adam nawet za&#380;artowa&#322;, &#380;e mo&#380;e babcia wyjdzie drugi raz za m&#261;&#380; za jakiego&#347; pensjonariusza?

A potem, razem z najwy&#380;szej klasy fachowcami, pilnowali wyko&#324;czenia wymarzonego domu. Gdy przekroczyli jego pr&#243;g (Adam wni&#243;s&#322; Ew&#281; na r&#281;kach, jakby po raz drugi brali &#347;lub), ich wej&#347;ciu towarzyszy&#322;o delikatne, melodyjne trzepotanie wiatrowych dzwoneczk&#243;w. Rozwiesili je wsz&#281;dzie, wierz&#261;c, &#380;e daj&#261; szcz&#281;&#347;cie; &#380;e ich harmonijne, &#322;agodne brzmienie zapewni im poczucie harmonii.

Planuj&#261;c ostateczny rozk&#322;ad wn&#281;trz, zapomnieli jednak o pokoju dla babci, za to zacz&#281;li m&#243;wi&#263; o pokoju dziecinnym. A potem przysz&#322;a na &#347;wiat Myszka.

To przez Myszk&#281; babcia przebywa tu ju&#380; dziewi&#281;&#263; lat, pomy&#347;la&#322; Adam m&#347;ciwie. Przez Myszk&#281; o niej zapomnia&#322;em.

Jad&#261;c przez to nieznane miasteczko, Adam zapyta&#322; o drog&#281; i sta&#322; teraz przed bram&#261; wjazdow&#261; do parku, nie maj&#261;c odwagi ruszy&#263; dalej.

Dziewi&#281;&#263; lat, my&#347;la&#322;, nie rozumiej&#261;c, jak mog&#322;o ich tyle min&#261;&#263;, a on tego nawet nie zauwa&#380;y&#322;. Mo&#380;e nie kocha&#322;em jej dostatecznie?, przemkn&#281;&#322;o mu przez g&#322;ow&#281;, pami&#281;&#263; za&#347; wydobywa&#322;a kr&#243;tkie, urwane obrazki z dzieci&#324;stwa, lat szkolnych i z m&#322;odo&#347;ci.

Tak, nie lubi&#322; babci, i gdy zostali sami, we dwoje, modli&#322; si&#281;, &#380;eby B&#243;g zabra&#322; j&#261;, a zwr&#243;ci&#322; mu rodzic&#243;w. Ich &#347;mier&#263; wydawa&#322;a si&#281; tak straszliw&#261; niesprawiedliwo&#347;ci&#261;! Przecie&#380; ona by&#322;a stara, a oni m&#322;odzi i pi&#281;kni. Takimi ich zapami&#281;ta&#322;, je&#347;li pi&#281;ciolatek mo&#380;e co&#347; pami&#281;ta&#263;. By&#322; przekonany, &#380;e wr&#281;cz drobiazgowo umia&#322;by odtworzy&#263; tamten straszny dzie&#324;, w kt&#243;rym rodzice wsiedli do samochodu, razem z du&#380;ym psem  i &#380;adne z nich nie wr&#243;ci&#322;o. Ani mama, ani ojciec, ani pies.

Br&#261;zowy Pies by&#322; br&#261;zowy. Chyba kud&#322;aty? W ka&#380;dym razie spory, wydobywa&#322; z pami&#281;ci szczeg&#243;&#322;y.

Pocz&#261;tkowo nienawidzi&#322; wi&#281;c babci za to, &#380;e to ona &#380;y&#322;a, a nie oni. Potem za to, &#380;e zmusza&#322;a go do nauki, a on nie lubi&#322; szko&#322;y. W szkole zawsze pytano o rodzic&#243;w, o to, co robi&#261; i jacy s&#261;.

Fajowych masz starych?

Nie mam starych  odpowiada&#322; i tak cz&#281;sto zmienia&#322; szko&#322;y, a&#380; zrozumia&#322;, &#380;e lepsza jest ta, w kt&#243;rej nikt nie pyta, bo wszyscy ju&#380; wiedz&#261;  od takiej, w kt&#243;rej trzeba opowiada&#263; wszystko na nowo. Ale szko&#322;y nadal nie lubi&#322; i matur&#281; zda&#322; tylko cudem.

Przed jego oczami, jak film, rozwin&#281;&#322;a si&#281; ta&#347;ma pami&#281;ci: on, ju&#380; osiemnastoletni, wyro&#347;ni&#281;ty nad wiek, stoi przed babci&#261; z zaci&#347;ni&#281;tymi pi&#281;&#347;ciami i krzyczy:

Za&#322;atwi&#322;a&#347; to! Znowu wzi&#281;&#322;a&#347; ich na moje sieroctwo, tak?!

Babcia udaje, &#380;e szuka czego&#347; w szufladzie, i nic nie m&#243;wi.

Jak w&#322;a&#347;ciwie bra&#322;a nauczycieli na moje sieroctwo?, zamy&#347;li&#322; si&#281;. Niew&#261;tpliwie robi&#322;a to, przecie&#380; uczy&#322; si&#281; fatalnie. Zawsze gdy wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e ju&#380;, ju&#380; zostanie usuni&#281;ty ze szko&#322;y lub &#380;e zatrzymaj&#261; go w tej samej klasie na drugi rok (raz tak si&#281; zdarzy&#322;o), starsza pani wk&#322;ada&#322;a sw&#243;j najlepszy czarny p&#322;aszcz i czarny kapelusz  kt&#243;rych nie lubi&#322;, bo wci&#261;&#380; przypomina&#322;y, &#380;e od kilkunastu lat jest w &#380;a&#322;obie po jedynej c&#243;rce, jego matce  i sz&#322;a do szko&#322;y na jak&#261;&#347; tajemnicz&#261; rozmow&#281;. Dostawa&#322; potem marn&#261; tr&#243;jczyn&#281; i przechodzi&#322; z klasy do klasy. Na maturze matematyk podpowiedzia&#322; mu brakuj&#261;cy wynik, a polonistka naprowadzi&#322;a go na ide&#281; wypracowania.

Przepcha&#322;a&#347; mnie z klasy do klasy i przez matur&#281;, mnie, sierot&#281; bez ojca i matki, tak?  szydzi&#322; z niej, gdy starannie chowa&#322;a jego ko&#324;cowe &#347;wiadectwo.

Wi&#281;c nienawidzi&#322; jej wtedy za to, &#380;e uniemo&#380;liwi&#322;a mu bunt. Bunt przeciw wszystkiemu, ze szko&#322;&#261; w&#322;&#261;cznie. A potem przez trzy lata demonstracyjnie nic nie robi&#322;. Za wyci&#261;gane od niej pieni&#261;dze w&#322;&#243;czy&#322; si&#281; po kawiarniach. Przysta&#322; do grupy hippis&#243;w i za kradzione z domu drobiazgi kupowa&#322; narkotyki. Nigdy nie wpad&#322; w narkomani&#281;. By&#322;em na to za wygodny i zbyt tch&#243;rzliwy, czy wr&#281;cz przeciwnie: za rozs&#261;dny i za m&#261;dry na sw&#243;j wiek?, zastanawia&#322; si&#281; teraz, aby doj&#347;&#263; do wniosku, &#380;e ani jedno, ani drugie. To ona, ta szczup&#322;a, elegancka staruszka, ni&#380;sza od niego o g&#322;ow&#281;, nie dopu&#347;ci&#322;a do tego, by ca&#322;kiem si&#281; wykolei&#322;. Raz nawet uderzy&#322;a go w twarz, odda&#322; jej. Przewr&#243;ci&#322;a si&#281;. Z&#322;ama&#322;a r&#281;k&#281;. I gdy ostentacyjnie chodzi&#322;a z gipsem, nie m&#243;wi&#261;c ani s&#322;owa, tylko patrz&#261;c na niego, w&#322;a&#347;nie w&#243;wczas z&#322;o&#380;y&#322; papiery na studia, udaj&#261;c, &#380;e nie widzi jej satysfakcji.

Teraz ba&#322; si&#281; wjecha&#263; autem do parku, odnale&#378;&#263; ten dom, a w nim t&#281; star&#261; kobiet&#281;.

Mo&#380;e ju&#380; nie &#380;yje?, uczepi&#322; si&#281; kurczowo tej my&#347;li, lecz zaraz poj&#261;&#322;, &#380;e przecie&#380; by go powiadomili. Regulowa&#322; co miesi&#261;c rachunki za jej pobyt. Dostawa&#322; potwierdzenia na pi&#347;mie. My&#347;l o jej &#347;mierci by&#322;a ratunkiem przed konieczno&#347;ci&#261; stani&#281;cia z ni&#261; twarz&#261; w twarz. Bo co jej powie? Dlaczego nie by&#322;o go tyle lat?

Dlaczego nie by&#322;em u niej tyle lat? Nie wiem No, ale w ko&#324;cu jestem. I wezm&#281; j&#261; z powrotem do domu, pomy&#347;la&#322;, by ju&#380; w nast&#281;pnej sekundzie uprzytomni&#263; sobie, &#380;e tego domu, do kt&#243;rego obiecywa&#322; j&#261; wzi&#261;&#263;, dawno nie ma.

Nie zwal&#281; staruszki Ewie na g&#322;ow&#281;, &#380;eby mia&#322;a na karku ju&#380; dwie dwie niedorozwini&#281;te, stwierdzi&#322; trze&#378;wo i dopiero wtedy zastanowi&#322; si&#281;, czy w og&#243;le by&#322; sens, &#380;eby tu przyje&#380;d&#380;a&#263;.

Jecha&#322;, &#380;eby j&#261; spyta&#263;, czy w ich rodzinie by&#322;y przypadki umys&#322;owego niedorozwoju. Lub jakiekolwiek &#347;lady innych chor&#243;b nerwowych czy psychicznych. Jecha&#322; upewni&#263; si&#281;, &#380;e jest czysty.

Ona po prostu nie b&#281;dzie tego pami&#281;ta&#263;. Tak jak dziewi&#281;&#263; lat temu nie pami&#281;ta&#322;a, &#380;e trzeba wy&#322;&#261;czy&#263; gaz, a moj&#261; &#380;on&#281; nazywa&#322;a raz Ew&#261;, innym razem Marysi&#261;. Imieniem mojej matki A do mnie m&#243;wi&#322;a Adam, to znowu Janek. Ciekaw jestem, czy imi&#281; Jan pasowa&#322;o do mojego ojca?, zastanowi&#322; si&#281;, by zaraz sobie odpowiedzie&#263;: Imiona zawsze pasuj&#261; do zmar&#322;ych, bo ju&#380; nie mo&#380;na tego sprawdzi&#263;.

Matka, ojciec Omin&#281;&#322;o go nazywanie ich mamusi&#261; i tatusiem. Nie pami&#281;ta&#322;, czy tak do nich m&#243;wi&#322;. Co&#347; &#347;cisn&#281;&#322;o go w gardle, ale opanowa&#322; si&#281;. Wjecha&#322; samochodem przez otwart&#261; bram&#281;.

Czy co&#347; si&#281; sta&#322;o?  spyta&#322;a niepewnie elegancka recepcjonistka (bardziej kojarz&#261;ca si&#281; z sanatorium ni&#380; z domem spokojnej staro&#347;ci), gdy poda&#322; swoje nazwisko, a potem babci.

Nie wiedzia&#322;, co odpowiedzie&#263;. Przecie&#380; to on powinien spyta&#263;, czy nic si&#281; nie sta&#322;o tej osiemdziesi&#281;ciojednoletniej staruszce; czy nie jest chora; czy w og&#243;le jest sprawna. Potem zrozumia&#322;, &#380;e to jego pierwsza wizyta, co kobieta musia&#322;a stwierdzi&#263; w grubej ksi&#281;dze pacjent&#243;w, gdy&#380; uwa&#380;nie j&#261; przegl&#261;da&#322;a. I w&#322;a&#347;nie to wprawi&#322;o j&#261; w stan zdziwienia i niepewno&#347;ci.

Po co tu przyjecha&#322;e&#347;?, pyta&#322;o jej ch&#322;odne spojrzenie. Chcesz si&#281; dowiedzie&#263;, ile ona jeszcze po&#380;yje? Jak d&#322;ugo b&#281;dziesz musia&#322; p&#322;aci&#263;? A mo&#380;e interesuje ci&#281; spadek?

Jestem bardzo zadowolony z formy opieki nad babci&#261; By&#322;em za granic&#261;. Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e nie musia&#322;em martwi&#263; si&#281; o staruszk&#281;  o&#347;wiadczy&#322; po kr&#243;tkotrwa&#322;ym namy&#347;le.

To o&#347;rodek na wysokim poziomie  odpar&#322;a recepcjonistka tak, jakby chcia&#322;a go przekona&#263;, by nadal trzyma&#322; tu babci&#281;. Jakby my&#347;la&#322;a, &#380;e przyjecha&#322;, bo mo&#380;e ma inny pomys&#322;, co z ni&#261; zrobi&#263;.

W jakim ona jest stanie?  spyta&#322; rzeczowo, bo nagle stwierdzi&#322;, &#380;e nie ma &#380;adnego powodu, by si&#281; usprawiedliwia&#263; przed t&#261; kobiet&#261;. Za du&#380;o im p&#322;aci, by si&#281; t&#322;umaczy&#263;. Zarabiaj&#261; na nim za dobrze, aby ro&#347;ci&#263; sobie prawo do oceniania go.

Wszyscy nasi pacjenci s&#261; w bardzo dobrym stanie  odpar&#322;a z naciskiem kobieta.

Domy&#347;lam si&#281;. Pytam, czy da si&#281; z ni&#261; rozmawia&#263;. Czy rozumie, co si&#281; do niej m&#243;wi. Czy rozpoznaje  i tu urwa&#322;, ale ona zr&#281;cznie mu podpowiedzia&#322;a:

personel? Tak. Rozpoznaje. Tylko niekiedy nas myli  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; i dorzuci&#322;a przymilnie:  S&#322;odka staruszka

Wszystkie s&#261; s&#322;odkie za takie pieni&#261;dze, pomy&#347;la&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;, a zarazem z ulg&#261;. Babcia nigdy nie by&#322;a s&#322;odk&#261; staruszk&#261;. Wi&#281;c je&#347;li ni&#261; teraz jest, to musi by&#263; bardzo stara. Tak stara, i&#380; mo&#380;e ju&#380; nie pami&#281;ta&#263; jego obietnicy, &#380;e zabierze j&#261; st&#261;d.

Szed&#322; za piel&#281;gniark&#261; jasnym korytarzem z kolorowym chodnikiem i weso&#322;ymi obrazkami na &#347;cianach. Wszystko by&#322;o tu niezwykle weso&#322;e. Jak dla dzieci.

A jednak zanim nacisn&#261;&#322; klamk&#281; wskazanego pokoju, serce zatrzepota&#322;o w nim jak wr&#243;bel uwi&#281;ziony w g&#281;stym &#380;ywop&#322;ocie. Widzia&#322; raz takiego szarego, ma&#322;ego ptaszka i pom&#243;g&#322; mu odlecie&#263;, rozchylaj&#261;c g&#281;ste, k&#322;uj&#261;ce ga&#322;&#261;zki. U&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e boi si&#281; stan&#261;&#263; z babci&#261; twarz&#261; w twarz, tak jak wtedy, gdy mia&#322; kilkana&#347;cie lat, wagarowa&#322;, pali&#322;, zawala&#322; szko&#322;&#281;.

Starsza paiti siedzia&#322;a nieruchomo w fotelu przy oknie. Patrzy&#322;a przez nie i gdy us&#322;ysza&#322;a skrzypni&#281;cie drzwi, odwr&#243;ci&#322;a si&#281;. Ale nim si&#281; odwr&#243;ci&#322;a, rozpozna&#322; te wyprostowane plecy. Zawsze tak si&#281; nosi&#322;a: biednie ubrana i pe&#322;na godno&#347;ci. A teraz patrzy&#322;a na niego. Najpierw wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e gwa&#322;townie rozszerzy&#322;a oczy, potem przypomnia&#322; sobie, &#380;e przecie&#380; mia&#322;a w&#322;a&#347;nie takie: dzieci&#281;co okr&#261;g&#322;e, jakby zdziwione. Ruszy&#322; ku niej, zastanawiaj&#261;c si&#281;, co ma zrobi&#263;: obj&#261;&#263; j&#261;? Nigdy tego nie robi&#322;. Po&#322;o&#380;y&#263; g&#322;ow&#281; na jej kolanach i rozp&#322;aka&#263; si&#281;?

Dlaczego nigdy tego nie robi&#322;em? Dlaczego nie przytula&#322;em si&#281; do niej, skoro poza ni&#261; nie mia&#322;em nikogo? Dlaczego jej nigdy nie obj&#261;&#322;em? Jest jedyn&#261; osob&#261;, kt&#243;rej m&#243;g&#322;bym teraz wyzna&#263;, jak bardzo cierpi&#281;, pomy&#347;la&#322;.

Babciu  odezwa&#322; si&#281; niepewnie, stoj&#261;c sztywno, w odleg&#322;o&#347;ci dw&#243;ch metr&#243;w od jej fotela. Wci&#261;&#380; patrzy&#322;a na niego szeroko otwartymi oczami.

Czy ja pana znam?

Jej g&#322;os by&#322; dr&#380;&#261;cy, ale nadal pobrzmiewa&#322; w nim ton niegdysiejszej stanowczo&#347;ci. I elegancji, kt&#243;r&#261; w sobie mia&#322;a, a kt&#243;r&#261; bezwiednie od niej przej&#261;&#322;. Bieda, w kt&#243;r&#261; popadli, zacz&#281;&#322;a si&#281; po &#347;mierci rodzic&#243;w. Umia&#322;a z ni&#261; &#380;y&#263; tak, jakby przynale&#380;a&#322;a do wy&#380;szej warstwy spo&#322;ecznej. Ca&#322;ymi tygodniami jedli do chleba najta&#324;szy ser, ale ona poucza&#322;a go, by nie trzyma&#322; kromki obur&#261;cz, i kroi&#322;a j&#261; na malutkie, eleganckie kanapeczki. Trzyma&#322;a szpan, pomy&#347;la&#322;. I nauczy&#322;a mnie, jak go trzyma&#263;.

Babciu, to ja Adam.

Staruszka u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; i gdy on ju&#380;, ju&#380; chcia&#322; odwzajemni&#263; u&#347;miech, us&#322;ysza&#322; jej grzeczne, ale stanowcze stwierdzenie:

Pan nie jest Adamem. Adam nie &#380;yje. Na chwil&#281; przesta&#322; oddycha&#263; i dopiero niedotleniony m&#243;zg podpowiedzia&#322; mu, &#380;e musi zaczerpn&#261;&#263; powietrza.

Przecie&#380; tu stoj&#281;!  &#380;achn&#261;&#322; si&#281;, a ona powt&#243;rzy&#322;a:

Adam nie &#380;yje od czterdziestu lat.

Babciu  zacz&#261;&#322; jeszcze raz, a ona przerwa&#322;a z t&#261; sam&#261;, dobrze znan&#261; mu wy&#380;szo&#347;ci&#261;:

Nie jestem pana babci&#261;. I nie lubi&#281;, gdy kto&#347; obcy tak do mnie m&#243;wi. Nawet piel&#281;gniarkom na to nie pozwalam, cho&#263; uwielbiaj&#261; m&#243;wi&#263; w ten spos&#243;b do pacjent&#243;w. My&#347;l&#261;, &#380;e to nam sprawia przyjemno&#347;&#263;.

Jestem babci wnukiem, Adamem  powiedzia&#322; wolno i z naciskiem.  To prawda, &#380;e nie by&#322;o mnie tu pi&#281;&#263; lat  sk&#322;ama&#322; odruchowo, ale pod wp&#322;ywem jej wzroku natychmiast si&#281; poprawi&#322;:  dziewi&#281;&#263; (Ju&#380; nie musz&#281; si&#281; jej ba&#263;, u&#347;wiadomi&#322; sobie), wi&#281;c mog&#322;em si&#281; zmieni&#263; i pewnie mnie nie pami&#281;tasz, ale

Przerwa&#322;a mu ch&#322;odno i z t&#261; sam&#261; stanowczo&#347;ci&#261;:

Owszem, mia&#322;am dw&#243;ch wnuk&#243;w, Adama i Jana, ale ten pierwszy zgin&#261;&#322;, gdy by&#322; dzieckiem, a drugi wyjecha&#322; za granic&#281; i nie wr&#243;ci&#322;. Prosz&#281; nie wywo&#322;ywa&#263; duch&#243;w. I nie denerwowa&#263; mnie. Prosz&#281; wyj&#347;&#263;. Nie znam pana.

Przez chwil&#281; sta&#322;, zastanawiaj&#261;c si&#281;, co zrobi&#263;, a potem odwr&#243;ci&#322; si&#281; i wyszed&#322;  gdy&#380; nagle zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e piel&#281;gniarka tragicznie si&#281; pomyli&#322;a. To nie by&#322; ten pok&#243;j. To nie by&#322;a ta staruszka. Nie widzia&#322;, babci od dziewi&#281;ciu lat i wzi&#261;&#322; za ni&#261; obc&#261; kobiet&#281;. W dodatku j&#261; zirytowa&#322;. I po&#347;rednio si&#281; przyzna&#322;, &#380;e jej nie pami&#281;ta. Tak, ta kobieta by&#322;a do niej podobna, lecz przecie&#380; nie do tego stopnia. Babcia by&#322;a szczup&#322;a, ale t&#281;&#380;sza. I wy&#380;sza. A w fotelu siedzia&#322;a drobna i chuda starsza pani. I mia&#322;a chyba mniej ni&#380; osiemdziesi&#261;t lat.

Piel&#281;gniarka zaprowadzi&#322;a mnie do niew&#322;a&#347;ciwego pokoju  o&#347;wiadczy&#322; w recepcji.

Niemo&#380;liwe  odpar&#322;a kobieta.  Zaraz sprawdzimy.

Ostry dzwonek ponownie przywo&#322;a&#322; piel&#281;gniark&#281;.

To pan si&#281; myli  powiedzia&#322;a z wyra&#378;nie zaakcentowan&#261; pewno&#347;ci&#261;.  Nasi pacjenci od lat mieszkaj&#261; w tych samych pokojach. By&#322; pan w pokoju, kt&#243;ry od pocz&#261;tku nale&#380;y do pana babci. Nasi pacjenci nosz&#261; te same numery co pokoje, w&#322;a&#347;nie dlatego, aby ich nie pomyli&#263;.

Prosz&#281; jeszcze raz sprawdzi&#263; nazwisko  za&#380;&#261;da&#322;. Kobieta z recepcji roz&#322;o&#380;y&#322;a grub&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;.

Numer pokoju i nazwisko s&#261; zgodne.

Babcia mog&#322;a zamieni&#263; z kim&#347; sw&#243;j pok&#243;j  o&#347;wiadczy&#322; spokojnie, cho&#263; by&#322; coraz bardziej zdenerwowany.

Nie mog&#322;a. Musieliby&#347;my o tym wiedzie&#263;  odpar&#322;a kobieta.

Ale osoba, do kt&#243;rej pani mnie zaprowadzi&#322;a, w og&#243;le mnie nie poznaje!  zawo&#322;a&#322; gniewnie.

Obie kobiety spojrza&#322;y na niego uwa&#380;nie, jedna badawczo, druga z widoczn&#261; ironi&#261;. To piel&#281;gniarka odezwa&#322;a si&#281; pierwsza:

A kiedy by&#322; pan u niej ostatnio?

Zacisn&#261;&#322; z&#281;by. Nie zamierza&#322; si&#281; przed nikim t&#322;umaczy&#263;, a ju&#380; zw&#322;aszcza przed kim&#347; obcym, komu w dodatku p&#322;aci&#322; niema&#322;e pieni&#261;dze.

Staruszka, do kt&#243;rej mnie pani zaprowadzi&#322;a, mia&#322;a dw&#243;ch wnuk&#243;w. Moja babcia mia&#322;a tylko mnie. W przypadku tej obcej pani jeden wnuk nie &#380;yje, drugi wyjecha&#322; za granic&#281;. Ja, jak pani widzi, stoj&#281; tu ca&#322;y i zdrowy, a za granic&#281; je&#380;d&#380;&#281; na kr&#243;tko.

Kobieta wpatrywa&#322;a si&#281; w milczeniu to we wpis w ksi&#261;&#380;ce, to w Adama.

Tu jest napisane, &#380;e pana babci&#281; przywioz&#322;a krewna, a nie pan. Pani Ewa?

Moja &#380;ona  przerwa&#322;.

Zatem to ona by&#322;a ostatni&#261; osob&#261;, kt&#243;ra widzia&#322;a starsz&#261; pani&#261;. I odwiedzi&#322;a j&#261; kilka razy. Par&#281; lat temu, ale zawsze Pana tu nigdy nie by&#322;o, a starzy ludzie szybko zapominaj&#261;. Lepiej, by przyjecha&#322;a tu pana &#380;ona. My&#347;l&#281;, &#380;e ona rozpozna babci&#281;.

A te opowie&#347;ci o dw&#243;ch wnukach To pani nie dziwi?  zacz&#261;&#322; Adam agresywnie, ale kobieta przerwa&#322;a mu, tym razem ju&#380; z nie skrywanym ch&#322;odem:

Nic mnie nie dziwi w przypadku mieszka&#324;c&#243;w tego domu. Wielu z nich cierpi na sklerotyczne zmiany. Inni czuj&#261; si&#281; osamotnieni i porzuceni, wi&#281;c zmy&#347;laj&#261; powody, dla kt&#243;rych rodzina ich nie odwiedza. Jeszcze inni potrafi&#261; sobie stworzy&#263; urojon&#261; rodzin&#281;. Wtedy jest im l&#380;ej.

Adam zamilk&#322;. Z trudem wykrztusi&#322; z siebie s&#322;owa oboj&#281;tnego po&#380;egnania. Mia&#322; ochot&#281; zwyzywa&#263; recepcjonistk&#281;, ale opanowa&#322; si&#281;. Dotar&#322;o do niego, &#380;e by&#322;aby to agresja, zwr&#243;cona bardziej ku sobie ni&#380; ku niej.

Wsiada&#322; do auta, my&#347;l&#261;c o tym, &#380;e powinien tu przywie&#378;&#263; Ew&#281;. Nie chcia&#322; jednak z ni&#261; o tym rozmawia&#263;. Nie chcia&#322; te&#380; odrywa&#263; jej od c&#243;rki, z kt&#243;r&#261; sp&#281;dza&#322;a ka&#380;d&#261; chwil&#281; (jak niewolnica, pomy&#347;la&#322;), a nie m&#243;g&#322;  i nie chcia&#322;  przywozi&#263; ich tu obu: Ewy z Myszk&#261;.

Te kobiety dosz&#322;yby do wniosku, &#380;e ca&#322;a nasza rodzina jest niedorozwini&#281;ta, pomy&#347;la&#322; z gorzk&#261; ironi&#261;. Ja, bo nie rozpoznaj&#281; babci, babcia, bo mnie nie pami&#281;ta, a ja i Ewa dlatego, bo sp&#322;odzili&#347;my nienormalne dziecko. Mamy to w genach

Nagle zapragn&#261;&#322; pojecha&#263; do tamtego szpitala, do kt&#243;rego po wypadku zawieziono jego rodzic&#243;w, tylko po to, by stwierdzi&#263;, &#380;e nie &#380;yj&#261;. To babcia nie zabra&#322;a go tam z sob&#261;, cho&#263; d&#322;ugo si&#281; przy tym upiera&#322;. A gdy wydoro&#347;la&#322;, nie chcia&#322; ogl&#261;da&#263; tego miejsca i nigdy tam nie by&#322;, ale wci&#261;&#380; pami&#281;ta&#322; nazw&#281; miejscowo&#347;ci.

Mo&#380;e zrobiono im sekcj&#281;? Pobrano pr&#243;bki krwi?, pomy&#347;la&#322; teraz. Mo&#380;e jest jaki&#347; &#347;lad w szpitalnych dokumentach, nawet je&#347;li min&#281;&#322;o tyle lat? Kt&#243;re&#347; z nich zgin&#281;&#322;o na miejscu, ale drugie, jak m&#243;wi&#322;a babcia, jeszcze &#380;y&#322;o jaki&#347; czas. Jak d&#322;ugo? Dzie&#324;? Dwa? Mo&#380;e lekarz zrobi&#322; notatk&#281; z rozmowy. Przed operacjami, przed podawaniem lek&#243;w lekarze pytaj&#261; o przebyte choroby.

Odczuwa&#322; nieprzepart&#261; potrzeb&#281; uzyskania pewno&#347;ci, &#380;e to geny Ewy s&#261; winne narodzinom Myszki.

I wtedy wezm&#281; rozw&#243;d, postanowi&#322;. Bo chc&#281; mie&#263; syna. Normalne dziecko. Przecie&#380; po to pracuj&#281;, po to osi&#261;gam sukcesy. Tylko po to, &#380;eby to wszystko komu&#347; zostawi&#263;

Geny Ewy s&#261; winne. Tak. Przyjecha&#322; do tego domu, aby si&#281; o tym przekona&#263;. Tylko o tym chcia&#322; rozmawia&#263; z t&#261; obc&#261; kobiet&#261;, kt&#243;ra kiedy&#347;, by&#263; mo&#380;e, by&#322;a jego babci&#261;, a teraz roi sobie co&#347; w g&#322;owie i nie chce go pami&#281;ta&#263;.

Nie to jednak by&#322;o teraz wa&#380;ne. Ju&#380; wiedzia&#322;, co go uwiera&#322;o  niemo&#380;no&#347;&#263; podj&#281;cia decyzji. Lecz w&#322;a&#347;nie j&#261; podj&#261;&#322;. I poczu&#322; ulg&#281;. Przecie&#380; to by&#322;o jasne: rozwiedzie si&#281;, ale wcze&#347;niej udowodni swoj&#261; genetyczn&#261; czysto&#347;&#263;.

Dlaczego urodzi&#322;em si&#281; w XX wieku? G&#380;eniu nie przyszed&#322;em na &#347;wiat teraz, na pocz&#261;tku XXI wieku, gdy cz&#322;owiek ju&#380; panuje nad genetyk&#261;! Gdy wkr&#243;tce nie cz&#322;owiek b&#281;dzie zale&#380;ny od gen&#243;w, ale one od niego!, my&#347;la&#322; sfrustrowany. Ju&#380; za pi&#281;&#263; albo dziesi&#281;&#263; lat ka&#380;dy m&#281;&#380;czyzna, zanim si&#281; o&#380;eni, sprawdzi genom kandydatki na &#380;on&#281;. Zanim sp&#322;odzi dziecko, upewni si&#281;, jakie ono b&#281;dzie, lub wr&#281;cz wp&#322;ynie na jego wygl&#261;d, umys&#322;owy rozw&#243;j, na charakter. Wykluczy si&#281; tragedie, niedobrane zwi&#261;zki, upo&#347;ledzone dzieci

Wsiad&#322; do samochodu i z nadmiern&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261; ruszy&#322; prosto do miejscowo&#347;ci zaznaczonej na mapie ma&#322;ym punkcikiem, w kt&#243;rej zako&#324;czy&#322;o si&#281; &#380;ycie jego rodzic&#243;w. Kiedy&#347;, gdy by&#322; dzieckiem, ca&#322;ymi godzinami wpatrywa&#322; si&#281; w ten czarny punkcik. Niewiele wi&#281;kszy od kropki. To nie by&#322;o miasto czy miasteczko, ale najwy&#380;ej mie&#347;cina.

Swoj&#261; drog&#261;, co oni tam robili?, zamy&#347;li&#322; si&#281;, nie po raz pierwszy. To niemal drugi koniec kraju Czego tam szukali? W dodatku z psem Jechali na wakacje, a mnie podrzucili babci? Mo&#380;e by&#322;em nie chcianym dzieckiem i nic o tym nie wiem?

Nie chcianym, jak moja c&#243;rka?, za&#347;wita&#322;a mu w g&#322;owie niespokojna my&#347;l, ale zaraz j&#261; odrzuci&#322;. Pami&#281;ta&#322;, &#380;e go kochali. Tego si&#281; nie zapomina. Nie zapomina si&#281; te&#380; odrzucenia, us&#322;ysza&#322; podszept, ale zaraz skoncentrowa&#322; si&#281; na prowadzeniu auta.

Przenocowa&#322; w n&#281;dznym hoteliku gdzie&#347; po drodze. W nocy &#347;ni&#322;a mu si&#281; Myszka. Ta&#324;czy&#322;a. Naprawd&#281; ta&#324;czy&#322;a. Lekko, zwiewnie, pi&#281;knie. Ta&#324;czy&#322;a w wielkim, rozs&#322;onecznionym sadzie. A ta&#324;cz&#261;c, wo&#322;a&#322;a:

Tato! Tatusiu! Patrz!

Ten krzyk go obudzi&#322;. Nie spa&#322; ju&#380; do rana, przewracaj&#261;c si&#281; na twardym hotelowym &#322;&#243;&#380;ku, spocony, z&#322;y, zdecydowany.



*


Po wydarzeniach w supermarkecie Ewa po raz pierwszy zatelefonowa&#322;a do Anny. Przez osiem lat utrzymywa&#322;y ze sob&#261; kontakt sporadyczny i oficjalny. To Anna telefonowa&#322;a co jaki&#347; czas, na pocz&#261;tku miesi&#261;ca, a potem coraz rzadziej, pytaj&#261;c, co s&#322;ycha&#263;.

W porz&#261;dku  m&#243;wi&#322;a sucho Ewa.

Kobieta wyczuwa&#322;a jej niech&#281;&#263; i po kilku zdawkowych pytaniach odk&#322;ada&#322;a s&#322;uchawk&#281;. Ewa podejrzewa&#322;a Ann&#281;, &#380;e pobiera honoraria z jakiej&#347; instytucji opieku&#324;czej i dlatego interesuje si&#281; dzie&#263;mi z zespo&#322;em Downa.

Przekonywanie matek do w&#322;asnych dzieci to te&#380; jaki&#347; fach, cho&#263; nie&#322;atwy. Trudno, by robi&#322;a to za darmo, my&#347;la&#322;a z gorzkim u&#347;miechem.

Nigdy nie rozstrzygn&#281;&#322;a, czy wtedy, osiem lat temu, wr&#243;ci&#322;a do domu z Myszk&#261; wskutek rozmowy z Ann&#261;, czy z w&#322;asnego wyboru.

Nie, to nie by&#322; wyb&#243;r. Wyb&#243;r to &#347;wiadoma decyzja, a ona ani wtedy, ani dzi&#347; nie umia&#322;a racjonalnie jej uzasadni&#263;. Wiedzia&#322;a tylko, &#380;e by&#322;a to decyzja nag&#322;a, i gdy j&#261; ju&#380; podj&#281;&#322;a, postanowi&#322;a sprosta&#263; jej za wszelk&#261; cen&#281;. Nie wiedzia&#322;a, &#380;e ta cena b&#281;dzie a&#380; tak wysoka.

Gdybym wiedzia&#322;a, czy wzi&#281;&#322;abym Myszk&#281;?, zada&#322;a sobie w duchu pytanie, ale nie znalaz&#322;a odpowiedzi.

A teraz zapragn&#281;&#322;a, &#380;eby Anna przysz&#322;a i zobaczy&#322;a Myszk&#281;. I &#380;eby znalaz&#322;a jakie&#347; s&#322;owa, lub cho&#263;by jedno, jedyne s&#322;owo, kt&#243;re da jej si&#322;&#281;, by wytrwa&#263;.

B&#281;d&#281; za godzin&#281;  powiedzia&#322;a tamta tak szybko, jakby obawia&#322;a si&#281;, &#380;e Ewa si&#281; rozmy&#347;li.

Ju&#380; na pocz&#261;tku wizyty dosz&#322;o mi&#281;dzy nimi do starcia. Anna przynios&#322;a pud&#322;o czekoladek, kt&#243;re Myszka natychmiast otworzy&#322;a i zacz&#281;&#322;a je&#347;&#263;, pakuj&#261;c gar&#347;ciami do buzi i ob&#347;liniaj&#261;c wszystkie po kolei.

Chowam przed ni&#261; s&#322;odycze. Nie widzisz, &#380;e jest za gruba?  spyta&#322;a Ewa agresywnie. Nie mog&#322;a wydrze&#263; Myszce prezentu, gdy&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e reakcja dziewczynki b&#281;dzie gwa&#322;towna i histeryczna. Jedynym sposobem na to, aby Myszka nie przejada&#322;a si&#281;, by&#322;o chowanie tego, co szczeg&#243;lnie lubi&#322;a. Zw&#322;aszcza s&#322;odyczy.

My&#347;la&#322;am, &#380;e wiesz o oty&#322;o&#347;ci dzieci z DS  wytkn&#281;&#322;a Annie jej zachowanie. Gdyby by&#322;a tak m&#261;dra, jak udaje, toby nie da&#322;a Myszce tych czekoladek, pomy&#347;la&#322;a ze z&#322;o&#347;ci&#261;. Nagle u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e jest niepotrzebnie agresywna i chorobliwie podejrzliwa. Czy taka jestem wobec ca&#322;ego &#347;wiata?, wystraszy&#322;a si&#281;.

Tak, wiem  powiedzia&#322;a ze skruch&#261; Anna.  Ale czasem my&#347;l&#281;, &#380;e te dzieci maj&#261; tak niewiele przyjemno&#347;ci. Wiem, &#380;e to nieprawda. Maj&#261; bogaty wewn&#281;trzny &#347;wiat. Przekarmiamy je wy&#322;&#261;cznie z poczucia bezradno&#347;ci, &#380;e nie umiemy do tego &#347;wiata zajrze&#263;. Koniecznie chcemy co&#347; im z siebie da&#263;, zatem dajemy rzeczy najprostsze. Ja te&#380; utuczy&#322;am El&#380;biet&#281;  za&#347;mia&#322;a si&#281; niepewnie.

Obie czu&#322;y si&#281; nieswojo, cho&#263; ka&#380;da z innego powodu. Anna przygl&#261;da&#322;a si&#281; ukradkiem Myszce i mia&#322;a poczucie winy. Bez dodatkowych wyja&#347;nie&#324;, go&#322;ym okiem by&#322;o wida&#263;, &#380;e dziewczynka ma jedn&#261; z ci&#281;&#380;szych postaci DS. A mo&#380;e nawet co&#347; bardziej skomplikowanego? Mo&#380;e powinna si&#281; znale&#378;&#263; w zak&#322;adzie? Ewa domy&#347;la&#322;a si&#281;, o czym tamta my&#347;li, i odruchowo mia&#322;a jej to za z&#322;e.

Poka&#380; mi jej zdj&#281;cie  powiedzia&#322;a Ewa i Anna bez s&#322;owa si&#281;gn&#281;&#322;a do torebki. Przez jej twarz przebieg&#322; trudny do ukrycia niepok&#243;j.

Ze zdj&#281;cia u&#347;miecha&#322;a si&#281; do Ewy szesnastoletnia El&#380;bietka. Oczywi&#347;cie by&#322;a za gruba, a czujne oko odr&#243;&#380;nia&#322;o charakterystyczn&#261; mongolsk&#261; fa&#322;d&#281;, kartoflowaty nosek i za du&#380;y j&#281;zyk wsparty w u&#347;miechu o doln&#261; warg&#281;. A jednak kto&#347; nie znaj&#261;cy objaw&#243;w syndromu Downa m&#243;g&#322; uzna&#263; t&#281; prawie doros&#322;&#261; dziewczyn&#281; za osob&#281; normaln&#261;, cho&#263; o nietypowej urodzie. Myszka by&#322;a przy niej okazem znacznie gorszej postaci choroby.

&#379;a&#322;ujesz  szepn&#281;&#322;a Anna.

Nie  pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261; Ewa.

Nie?  zdziwi&#322;a si&#281; tamta.

Nie. To za trudne, by o tym m&#243;wi&#263;, ale nie &#380;a&#322;uj&#281;. Boj&#281; si&#281;, a to inne uczucie.

Myszka siedzia&#322;a z kotem na kolanach, staraj&#261;c si&#281; z ca&#322;ych si&#322; nie t&#322;amsi&#263; go z nadmiaru uczucia. S&#322;ucha&#322;a rozmowy matki z t&#261; obc&#261; kobiet&#261;, z niejasnym przeczuciem, &#380;e dotyczy ona jej osoby. Zawsze czu&#322;a si&#281; wtedy winna, cho&#263; nie wiedzia&#322;a, dlaczego. Czu&#322;a si&#281; winna, gdy mama rozmawia&#322;a z lekarzem, z logoped&#261;, z pani&#261; od gimnastyki, z obcymi kobietami w parku. I z tat&#261;. Dop&#243;ki kobieta przygl&#261;da&#322;a si&#281; jej ukradkiem, Myszka jej nie lubi&#322;a. Nie lubi&#322;a obcych, kt&#243;rzy osaczali j&#261; skrywanymi, a przecie&#380; badawczymi spojrzeniami. Ale teraz ta kobieta nie ukrywa&#322;a, &#380;e na ni&#261; patrzy, wi&#281;c Myszka obdarowa&#322;a j&#261; u&#347;miechem.

Ten u&#347;miech  szepn&#281;&#322;a Anna.  Zauwa&#380;y&#322;a&#347;, &#380;e w ich u&#347;miechu jest pora&#380;aj&#261;ca dawka ufno&#347;ci? Wi&#281;kszej ni&#380; u zwyk&#322;ych dzieci. Ona nie znika z wiekiem, zobaczysz. Nasila si&#281;. Moje jedyne zmartwienie to ufno&#347;&#263; El&#380;biety wobec wszystkich ludzi, cho&#263; tak niewielu na t&#281; ufno&#347;&#263; zas&#322;uguje. A czego ty si&#281; boisz? Co ci&#281; martwi?

Przysz&#322;o&#347;&#263;  odpar&#322;a kr&#243;tko Ewa.

Przysz&#322;o&#347;&#263;  pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261; Anna.  Tak. Rozumiem ci&#281; lepiej, ni&#380; my&#347;lisz.

Nie  powiedzia&#322;a Ewa.  Masz drugie dziecko, prawda? Syna? I on kiedy&#347; zaopiekuje si&#281; siostr&#261;.

Nie mam prawa go tym obarcza&#263;. Zrujnowa&#322;abym mu &#380;ycie  szepn&#281;&#322;a Anna.

Ale twoja El&#380;bieta jest prawie bliska normalno&#347;ci!  zawo&#322;a&#322;a Ewa.

Bliska?  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; blado Anna.  Sze&#347;&#263;dziesi&#261;t punkt&#243;w w testach na IQ, po&#322;owa &#347;redniej. Tak, mo&#380;na to nazwa&#263; blisko. U Myszki pewnie jest

Nie robi&#322;am jej test&#243;w  przeci&#281;&#322;a sucho Ewa.  To nic nie da, &#380;e dowiem si&#281;, ile ma punkt&#243;w. Trzydzie&#347;ci? Trzydzie&#347;ci pi&#281;&#263; i p&#243;&#322;? Te punkty niewiele m&#243;wi&#261; o cz&#322;owieku. I w ma&#322;ym stopniu rzutuj&#261; na przysz&#322;o&#347;&#263;.

Tak  przyzna&#322;a Anna.

Jaka b&#281;dzie mi&#281;dzy nimi r&#243;&#380;nica za kilkana&#347;cie lat, je&#347;li twoja El&#380;bieta nauczy si&#281; wyplata&#263; koszyki, a dla Myszki b&#281;dzie to nieosi&#261;galn&#261; sztuk&#261;?  spyta&#322;a brutalnie Ewa.  Skoro brat si&#281; ni&#261; nie zajmie, to kto?

Opieka spo&#322;eczna  szepn&#281;&#322;a Anna.  Ale El&#380;bieta nie nauczy&#322;a si&#281; wyplata&#263; koszyk&#243;w. Maluje r&#243;&#380;ne wzory na zabawkach i na szkle. Ma wspania&#322;&#261; plastyczn&#261; wyobra&#378;ni&#281;.

Nie wiem, jak&#261; Myszka ma wyobra&#378;ni&#281;  stwierdzi&#322;a rzeczowo Ewa.  Mo&#380;e du&#380;&#261;. Mo&#380;e jej w og&#243;le nie ma. Nie znam jej wewn&#281;trznego &#347;wiata, cho&#263; wiem, &#380;e istnieje. Nie wiem, co dzieje si&#281; w tym &#347;wiecie. Ale je&#347;li tw&#243;j syn nie zajmie si&#281; kiedy&#347; twoj&#261; c&#243;rk&#261;, to r&#243;&#380;nica tych dwudziestu lub trzydziestu punkt&#243;w w testach na IQ niewiele zmieni w jej przysz&#322;o&#347;ci.

Tak  powiedzia&#322;a Anna.

Zapad&#322;o milczenie^ jakby obie spojrza&#322;y w t&#281; sam&#261; przysz&#322;o&#347;&#263;.

Myszka patrzy&#322;a na nie uwa&#380;nie, zaciskaj&#261;c usta. Zawsze zamyka&#322;a usta, gdy my&#347;la&#322;a. Mama martwi&#322;a si&#281; o ni&#261;, to by&#322;o pewne. Mama s&#261;dzi&#322;a, &#380;e kiedy&#347;, nie wiadomo kiedy, Myszka zostanie sama. A przecie&#380; to nie by&#322;a prawda

Maa ooog,,- powiedzia&#322;a i nie doko&#324;czy&#322;a zdania. Chcia&#322;a powiedzie&#263; mamie, &#380;e zawsze czeka na ni&#261; Ogr&#243;d, lecz nagle pomy&#347;la&#322;a, &#380;e by&#263; mo&#380;e Ogr&#243;d ma zosta&#263; tajemnic&#261;. Nie zastanawia&#322;a si&#281; nad tym, ale przecie&#380; Ogr&#243;d ukazywa&#322; si&#281; tylko jej, ju&#380;-nawet kota nie wpuszcza&#322;, i zapewne nie wpu&#347;ci&#322;by mamy. Mo&#380;e nie nale&#380;a&#322;o o nim m&#243;wi&#263;?

Co&#347; ci opowiem  zacz&#281;&#322;a Anna.  Widzia&#322;am kiedy&#347; w telewizji film: Dzieci Gai. Znasz?

Ewa pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;. W telewizji ogl&#261;da&#322;a wy&#322;&#261;cznie seriale i teleturnieje. Strasznie zg&#322;upia&#322;am, pomy&#347;la&#322;a, ale zaraz sama wyt&#322;umaczy&#322;a si&#281; przed sob&#261;: Od rana do nocy i od nocy do &#347;witu uczestnicz&#281; w najbardziej dramatycznym serialu &#347;wiata i odpowiadam na najtrudniejsze pytania w najtrudniejszym teleturnieju. Potem chc&#281; ju&#380; tylko odpocz&#261;&#263;

Dzieci Gai  ci&#261;gn&#281;&#322;a Anna.  To by&#322; angielski dokument o ludziach u&#322;omnych. By&#322; tam cz&#322;owiek z ogromn&#261; g&#322;ow&#261;, osadzon&#261; na skarla&#322;ym ciele, kt&#243;ry ca&#322;e &#380;ycie sp&#281;dza na w&#243;zku inwalidzkim. M&#281;&#380;czyzna z wrodzon&#261; &#322;amliwo&#347;ci&#261; ko&#347;ci, wt&#322;oczony raz na zawsze w gipsowy gorset, nawet g&#322;ow&#281; podtrzymywa&#322; mu specjalny stela&#380;. M&#322;oda kobieta, ofiara thalidomidu, pozbawiona od urodzenia r&#261;k i n&#243;g. I ta kobieta powiedzia&#322;a, i&#380; niewiele r&#243;&#380;ni j&#261; od Wenus z Milo!, &#380;e chcia&#322;aby, &#380;eby dostrzegli to inni! Pyta&#322;a, dlaczego brak r&#261;k u Wenus z Milo dowodzi urody, a u niej jest traktowany jako kalectwo? Ta kobieta malowa&#322;a wspania&#322;e obrazy, trzymaj&#261;c p&#281;dzel w ustach. A kruchy, skarla&#322;y cz&#322;owiek w gipsie wyzna&#322;, &#380;e przez ka&#380;d&#261; chwil&#281; swego &#380;ycia walczy o to, by nic sobie nie z&#322;ama&#263; i bezpiecznie przetrwa&#263; kolejny dzie&#324;, &#380;e ka&#380;da, z mozo&#322;em wywalczona chwila jest czym&#347; wspania&#322;ym i ciekawym. M&#281;&#380;czyzna na w&#243;zku o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e &#347;wiat jest fascynuj&#261;cy, &#380;e uwielbia jego odkrywanie. Wszyscy, ka&#380;de z osobna, wyznali, &#380;e kochaj&#261; &#380;ycie w ka&#380;dej godzinie, minucie, sekundzie. I nawet dla tej jednej sekundy chc&#261; &#380;y&#263; Da&#322;a&#347; Myszce osiem lat &#380;ycia. Mo&#380;e kiedy&#347;, gdy ciebie zabraknie i zamkn&#261; j&#261; w zak&#322;adzie, nie b&#281;dzie tkwi&#263; tam pusta i samotna. B&#281;dzie wype&#322;niona obrazami &#347;wiata, mi&#322;o&#347;ci&#261; do ludzi, kt&#243;rych zna&#322;a, pami&#281;ci&#261; o tym, jak mi&#281;kkie i puszyste jest futerko kota i jaki zapach ma kwiat na wiosn&#281;. B&#281;dzie mia&#322;a do czego t&#281;skni&#263;. T&#281;sknota to tak&#380;e forma &#380;ycia

Spojrza&#322;y na siebie z nag&#322;ym zrozumieniem, a potem obie przenios&#322;y wzrok na Myszk&#281;. Dziewczynka g&#322;aska&#322;a kota i u&#347;miecha&#322;a si&#281; do nich ufnie. Nagle wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czk&#281; do Anny i powiedzia&#322;a, postanawiaj&#261;c powierzy&#263; tej kobiecie swoj&#261; tajemnic&#281;:

Maa oog

Anna pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;.

Wiesz, co ona m&#243;wi?  spyta&#322;a szeptem. Ewa pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;.

Czasem mi si&#281; wydaje, &#380;e wiem, a niekiedy my&#347;l&#281;, &#380;e ona m&#243;wi o wiele wi&#281;cej, ni&#380; przypuszczam, tylko ja lego nie rozumiem. Czy ty zawsze rozumiesz El&#380;biet&#281;?

Anna pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;.

Nie. El&#380;bietka opowiada mi, &#380;e kolory, kt&#243;rymi maluje, &#347;piewaj&#261;. I &#380;e ona zawsze wie, co kt&#243;rym ma pomalowa&#263;. Bo ten kolor jej to m&#243;wi. &#346;piewem. Niekiedy El&#380;bietka wydaje dziwne d&#378;wi&#281;ki i wtedy mam wra&#380;enie, &#380;e ona &#347;piewa, cho&#263; tego nie s&#322;ysz&#281;  Anna urwa&#322;a, robi&#261;c r&#281;kami jaki&#347; dziwny gest, jakby chcia&#322;a wyj&#261;&#263; co&#347; z wn&#281;trza w&#322;asnego cia&#322;a i pokaza&#263; Ewie:  Ona &#347;piewa w &#347;rodku, wewn&#261;trz siebie.

Bo w nich jest co&#347; bardzo dziwnego, w&#322;a&#347;nie tam, w &#347;rodku  szepn&#281;&#322;a Ewa.  &#379;aden podr&#281;cznik, &#380;aden lekarz, &#380;aden najwybitniejszy specjalista od DS nie powie mi, co jest we wn&#281;trzu mojej c&#243;rki. Ale ja i tak wiem: tam jest motyl, kt&#243;rego nigdy nie zobacz&#281;. Czy ju&#380; rozumiesz, dlaczego nie &#380;a&#322;uj&#281; swojej decyzji?

Anna kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;, ale Ewa doko&#324;czy&#322;a:

Piel&#281;gnuj&#281; tego motyla, ale to trudne piel&#281;gnowa&#263; co&#347;, co tylko przeczuwasz, &#380;e jest.

Id&#378; zatem do szpitala i powiedz to obcej kobiecie, kt&#243;ra urodzi takie dziecko jak twoje i b&#281;dzie w szoku. Jeste&#347; jej to winna  powiedzia&#322;a Anna, lecz Ewa pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;.

Nie mog&#281;. Ty mo&#380;esz, bo poka&#380;esz im zdj&#281;cie El&#380;bietki i one uwierz&#261;, &#380;e mo&#380;na uj&#347;&#263; nachalnej ludzkiej ciekawo&#347;ci i zapobiec odrzuceniu ich dziecka przez &#347;wiat. A ja musia&#322;abym pokaza&#263; im Myszk&#281;. Wtedy one uciekn&#261; przed swoim dzieckiem i ju&#380; nigdy nie zechc&#261; go zobaczy&#263;

Zamilk&#322;y. Myszka patrzy&#322;a na nie i mrucza&#322;a co&#347;, co mog&#322;oby przypomina&#263; melodi&#281;  pod warunkiem, &#380;e kt&#243;rakolwiek z nich zna&#322;aby Mahlera. Ale obie go nie zna&#322;y.

Anno, dobrze mi zrobi&#322;a ta rozmowa, ale ju&#380; id&#378;. Myszka si&#281; niecierpliwi Patrz, zaczyna si&#281; kiwa&#263;, co&#347; mruczy

Myszka rzeczywi&#347;cie kiwa&#322;a si&#281;, gdy&#380; my&#347;la&#322;a ju&#380; tylko o tym, &#380;e chcia&#322;aby szybko zje&#347;&#263; obiad i p&#243;j&#347;&#263; na strych.

Trwa&#322; dzie&#324; si&#243;dmy.



Dzie&#324; si&#243;dmy: kobieta i m&#281;&#380;czyzna

Gdy rozsuwa&#322;y si&#281; kolejne zas&#322;ony  mi&#281;kkie, zr&#243;&#380;nicowane w odcieniach czerni, przypominaj&#261;ce paj&#281;czyny, cho&#263; g&#281;&#347;ciejsze  Myszka zastanowi&#322;a si&#281;, czy tak&#380;e Ogr&#243;d nie jest tak&#261; zas&#322;on&#261;, tyle &#380;e barwn&#261;. Tak&#261; jak kurtyna w weso&#322;ym miasteczku.

Weso&#322;e miasteczko przyjecha&#322;o na du&#380;y plac ko&#322;o ich osiedla i rozstawi&#322;o tam karuzele, strzelnice i namioty z tajemnicz&#261; zawarto&#347;ci&#261;. Obok miasteczka pojawi&#322;y si&#281; budki ze s&#322;odkomd&#322;&#261; cukrow&#261; wat&#261;, chrupi&#261;cym popcornem, balonow&#261; gum&#261; do &#380;ucia, coca-col&#261; i wafelkami oblanymi lepk&#261; od lipcowego s&#322;o&#324;ca czekolad&#261;.

Z weso&#322;ego miasteczka ju&#380; z daleka nios&#322;a si&#281; weso&#322;a muzyka i radosne okrzyki dzieci, wi&#281;c Ewie nie uda&#322;o si&#281; wymiga&#263; od pr&#243;&#347;b Myszki, cho&#263; ba&#322;a si&#281; tej wyprawy. A jednak by&#322;o mniej strasznie, ni&#380; s&#261;dzi&#322;a. Bardziej od Myszki uwag&#281; zwiedzaj&#261;cych przyci&#261;ga&#322;y kobiety o dw&#243;ch g&#322;owach lub z brod&#261;, karlice i kar&#322;y, Wr&#243;&#380;ka z Jedynie Prawdziwymi Horoskopami, pot&#281;&#380;ne diabelskie ko&#322;o, salon krzywych luster, strzelnica z b&#322;yszcz&#261;c&#261; pani&#261; z plastiku, z kt&#243;rej  kiedy nab&#243;j z karabinu trafia&#322; w biust  opada&#322;o sk&#261;pe ubranie.

Myszka z zachwytem zwiedzi&#322;a prawie wszystko, poza salonem krzywych luster, gdzie mama nie chcia&#322;a z ni&#261; wej&#347;&#263;. Mama ju&#380; dawno usun&#281;&#322;a z domu wi&#281;kszo&#347;&#263; luster; pozostawi&#322;a tylko to w &#322;azience, w kt&#243;rym dziewczynka widzia&#322;a jedynie czubek g&#322;owy. Mama nie lubi&#322;a, gdy Myszka patrzy&#322;a w lustro; Myszka te&#380; tego nie lubi&#322;a. Przejrza&#322;a si&#281; w lustrze tylko raz  zanim mama zdj&#281;&#322;a je ze &#347;ciany  i wystraszy&#322;a si&#281;. Pokazuj&#261;c palcem na swoje odbicie, potrz&#261;sa&#322;a g&#322;ow&#261;, powtarzaj&#261;c z niepokojeni:

Neee neee

Ewa odnios&#322;a wra&#380;enie, &#380;e jej c&#243;rka wzi&#281;&#322;a swoje lustrzane odbicie za kogo&#347; obcego, kogo nie chcia&#322;a ogl&#261;da&#263;.

Mimo nalega&#324; Myszki nie wsiad&#322;y te&#380; na karuzel&#281;, kt&#243;rej siode&#322;ka wirowa&#322;y w szalonym p&#281;dzie, a pasa&#380;erowie wydawali z siebie podekscytowane piski. Tym razem Ewa obawia&#322;a si&#281; ma&#322;ego nieszcz&#281;&#347;cia, gdyby c&#243;rka si&#281; wystraszy&#322;a. Za to pozwoli&#322;a jej poje&#378;dzi&#263; na drewnianych konikach, kt&#243;re spokojnie buja&#322;y si&#281; w g&#243;r&#281; i w d&#243;&#322;, &#322;agodnie, bezpiecznie, jednostajnie. I tylko dwoje dzieci pokazywa&#322;o Myszk&#281; palcami, gdy&#380; reszta zaj&#281;ta by&#322;a jazd&#261;.

A potem posz&#322;y zrobi&#263; sobie zdj&#281;cie. I Myszka mia&#322;a teraz przed oczami tamto miejsce przeznaczone do wykonywania pami&#261;tkowych fotografii. Po&#347;rodku weso&#322;ego miasteczka rozpi&#281;ta by&#322;a jaskrawa, kolorowa kurtyna. Nieznany artysta namalowa&#322; na niej szmaragdowozielone drzewa; piasek by&#322; &#380;&#243;&#322;ty jak dojrza&#322;a cytryna; morze w kolorze turkusu z maminego pier&#347;cionka, z ba&#322;waniastymi falami, kt&#243;re wie&#324;czy&#322;y mlecznobia&#322;e grzebienie. Poza br&#261;zowo-zielonymi drzewami wida&#263; by&#322;o wielobarwne zwierz&#281;ta: czerwone wiewi&#243;rki, kropkowane symetrycznie &#380;yrafy, zebry z r&#243;wniutko odrysowanymi pasami, a przede wszystkim motyle ze zdumiewaj&#261;c&#261; mieszanin&#261; kolor&#243;w na wielkich skrzyd&#322;ach. Myszka nie mog&#322;a si&#281; im napatrzy&#263;  tak by&#322;y inne od tych, kt&#243;re ogl&#261;da&#322;a, gdy fruwa&#322;y nad ich trawnikiem. Nad t&#261; rozbuchan&#261; feeri&#261; barw rozpo&#347;ciera&#322;o si&#281; niebo, tak szokuj&#261;co szafirowe, &#380;e Myszka a&#380; u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do tego niespotykanego koloru.

Na kurtynie, ko&#322;o pierzastej palmy, sta&#322;y dwie wyrazi&#347;cie odmalowane r&#243;&#380;owe postacie: kobieta i m&#281;&#380;czyzna. Nale&#380;a&#322;o wsadzi&#263; g&#322;ow&#281; do otworu, kt&#243;ry znajdowa&#322; si&#281; tam, gdzie powinny znale&#378;&#263; si&#281; twarze. I ju&#380; po chwili z aparatu fotograficznego leniwie wysuwa&#322;o si&#281; zdj&#281;cie. Dziwnym sposobem zdj&#281;cie by&#322;o mniej kolorowe ni&#380; kurtyna, jakby aparat nie by&#322; w stanie odda&#263; szale&#324;stwa barw. Myszka wiedzia&#322;a o zdj&#281;ciach, mama bowiem, po wielu pro&#347;bach, pozwoli&#322;a jej stan&#261;&#263; na sto&#322;eczku z ty&#322;u kurtyny, w&#322;o&#380;y&#263; buzi&#281; w otw&#243;r i zrobi&#263; sobie zdj&#281;cie. Ale gdy zdj&#281;cie wysun&#281;&#322;o z aparatu kolorowy j&#281;zyk, mama schwyci&#322;a je, jeszcze mokre, zmi&#281;&#322;a i wyrzuci&#322;a do kosza.

Nie wysz&#322;o, trudno  powiedzia&#322;a do Myszki z zak&#322;opotanym u&#347;miechem.

Neee? Jaa?  spyta&#322;a Myszka, a zak&#322;opotany u&#347;miech mamy sta&#322; si&#281; jeszcze bardziej zak&#322;opotany.

Nie, nie ty. Ty jeste&#347; w porz&#261;dku. To ten ten przera&#378;liwy krajobraz wyszed&#322; okropnie. Kolory si&#281; nie uda&#322;y. Wyblak&#322;y  odpar&#322;a mama niezrozumiale.

i w&#322;a&#347;nie ten krajobraz z jaskrawej kurtyny weso&#322;ego miasteczka podobny by&#322; do Ogrodu. Ale nie tego, na kt&#243;ry Myszka dzisiaj patrzy&#322;a, lecz do Ogrodu sprzed kilku dni. Poniewa&#380; zasz&#322;a w nim zmiana.

Myszka post&#261;pi&#322;a krok w prz&#243;d i Ogr&#243;d, jak zwykle, otoczy&#322; j&#261; szczelnie i w taki spos&#243;b, &#380;e nagle odczu&#322;a jego dziwn&#261; niesko&#324;czon&#261; sko&#324;czono&#347;&#263;. W przeciwie&#324;stwie do tego, co On stwarza&#322; wcze&#347;niej  niebo, ziemi&#281;, wod&#281; i przestrze&#324; pomi&#281;dzy nimi  Ogr&#243;d zdecydowanie mia&#322; pocz&#261;tek. I tylko pocz&#261;tek. Myszka mia&#322;a uczucie, &#380;e gdyby sz&#322;a ci&#261;gle naprz&#243;d i naprz&#243;d, wr&#243;ci&#322;aby do tego samego punktu, z kt&#243;rego wysz&#322;a.

Ale nie tylko to si&#281; zmieni&#322;o. Ogr&#243;d mia&#322; teraz bardziej stonowane kolory. On umia&#322; poprawia&#263; swoje b&#322;&#281;dy. Obecny Ogr&#243;d by&#322;, zdaniem Myszki, o wiele &#322;adniejszy. Postanowi&#322;a go zwiedzi&#263; i cichutko posapuj&#261;c, ruszy&#322;a tam, gdzie wydawa&#322;o si&#281; jej, &#380;e w&#347;r&#243;d drzew prze&#347;wituje strumyk.

Ssssp&#243;jrz, jak pi&#281;knie!  zasycza&#322; W&#261;&#380; nad jej g&#322;ow&#261;.

Znowu widzia&#322;a jedynie kilka zwoj&#243;w jego cielska, zwieszonego z drzewa, i pomy&#347;la&#322;a, &#380;e nawet je&#347;li Ogr&#243;d ma tylko pocz&#261;tek, to W&#261;&#380; niew&#261;tpliwie jest niesko&#324;czony. Wcale by si&#281; nie zdziwi&#322;a, gdyby si&#281; okaza&#322;o, &#380;e wielko&#347;&#263; Ogrodu wyznacza jego d&#322;ugie, wij&#261;ce si&#281; cia&#322;o.

Dedooob  powiedzia&#322;a, wiedz&#261;c od mamy, &#380;e zawsze powinno si&#281; m&#243;wi&#263; dzie&#324; dobry.

W&#261;&#380; zasycza&#322; gniewnie:

Ssssst&#243;j, zapomnia&#322;a&#347; o jab&#322;ku.

Nie zapomnia&#322;a. Ale przeczuwa&#322;a, &#380;e czarodziejskie jab&#322;onie do kogo&#347; nale&#380;&#261;. Tym w&#322;a&#347;cicielem nie by&#322; W&#261;&#380;. I ba&#322;a si&#281;, &#380;e gdy zerwie jab&#322;ko, czyj&#347; G&#322;os powie: To NIE jest dobre

Sssssp&#243;jrz, ile ich tu jessst  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; W&#261;&#380;, odpowiadaj&#261;c jej my&#347;lom:  Nie b&#243;j si&#281;, On pozwala je&#347;&#263; jab&#322;ka ze wszysssstkich drzew, poza jednym, kt&#243;rego i tak nie znajdziesz. Jessst dobrze ssschowane.

Gryz&#322;a jab&#322;ko, po&#322;ykaj&#261;c &#322;apczywie soczyste k&#281;sy, i rozgl&#261;da&#322;a si&#281; wok&#243;&#322;.

A gdzie jest to zakazane drzewo?  spyta&#322;a.

Wsz&#281;dzie i nigdzie. To zwyk&#322;e drzewo i dlatego trudno je odnale&#378;&#263;  wyja&#347;ni&#322; uprzejmie W&#261;&#380;.

Zjad&#322;a ca&#322;e jab&#322;ko, a nawet ogryzek. W&#261;&#380; u&#347;miecha&#322; si&#281; do niej, pokazuj&#261;c drobne z&#261;bki.

Jesssste&#347; &#347;liczna i lekka jak motyl  stwierdzi&#322;. I nikt o tym nie wie opr&#243;cz mnie, pomy&#347;la&#322;a Myszka z &#380;alem, ale W&#261;&#380; odpowiedzia&#322; jej my&#347;lom:

W ka&#380;dym cz&#322;owieku powinno by&#263; co&#347;, o czym wie tylko on sam. Cz&#322;owiek bez cho&#263;by jednej tajemnicy jesssst jak orzech, z kt&#243;rego po roz&#322;upaniu zossstanie sssama ssskorupa. Ludzie za cz&#281;sssto dbaj&#261; tylko o ssskorup&#281;. Masz szcz&#281;&#347;cie, &#380;e jessste&#347; inna.

I my&#347;l&#281; teraz tak szybko jak wiatr  pochwali&#322;a si&#281;.

I nie zapominasz  dorzuci&#322; W&#261;&#380;.

Nie zapominam  przytakn&#281;&#322;a.  A co b&#281;dziemy dzisiaj robi&#263;?

Och, to oczywisssste. B&#281;dziemy odpoczywa&#263;. Mamy mn&#243;ssssstwo czasu do wypoczywania. Odpoczynek to ssskomplikowane zaj&#281;cie  oznajmi&#322; W&#261;&#380; i doda&#322;, wci&#261;gaj&#261;c swoje cielsko wy&#380;ej na drzewo:  No, to w&#281;druj sssobie dalej.

I Myszka pow&#281;drowa&#322;a w g&#322;&#261;b Ogrodu, maj&#261;c uczucie, &#380;e zatacza jedynie kr&#261;g wzd&#322;u&#380; niewidzialnego muru wytyczonego cia&#322;em W&#281;&#380;a.

Trawa wci&#261;&#380; by&#322;a szmaragdowa, ale nie taka jak na kurtynie z weso&#322;ego miasteczka. Szafir nieba wyblak&#322;. Pomara&#324;czowe nagietki ju&#380; nie gryz&#322;y w oczy, najwy&#380;ej troszeczk&#281;. W&#281;druj&#261;ca w oddali majestatyczna &#380;yrafa nie mia&#322;a symetrycznych kropek. Jab&#322;onie by&#322;y zwyk&#322;ymi jab&#322;oniami.

Wci&#261;&#380; widzia&#322;a wszystko niezwykle wyrazi&#347;cie i dok&#322;adnie, jakby wyostrzy&#322; si&#281; jej zmys&#322; wzroku lub jakby jej my&#347;li dogoni&#322;y wreszcie spojrzenie (albo na odwr&#243;t, tego nie by&#322;a pewna). Na dole Myszka najpierw co&#347; widzia&#322;a, a dopiero potem w jej m&#243;zgu pojawia&#322;a si&#281; nazwa, w dodatku nie zawsze trafna. Niekiedy pojawia&#322;o si&#281; wiele r&#243;&#380;nych nazw i musia&#322;a zdecydowa&#263; si&#281; na jedn&#261;. Wybiera&#322;a nie zawsze prawid&#322;owo. Tu, na g&#243;rze, wzrok i my&#347;li bieg&#322;y obok siebie, w jednej parze, r&#243;wniutko, p&#322;ynnie, nie natrafiaj&#261;c na &#380;adne przeszkody, a wyb&#243;r w&#322;a&#347;ciwego s&#322;owa nie nastr&#281;cza&#322; &#380;adnych trudno&#347;ci. U&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e ka&#380;d&#261; rzecz mo&#380;na okre&#347;li&#263; wieloma s&#322;owami i &#380;e czasem s&#322;owo zmienia charakter nazwanego przedmiotu. Poj&#281;&#322;a, jak mocny jest zwi&#261;zek mi&#281;dzy nazw&#261; a przedmiotem. R&#243;wnie mocny jak imienia z cz&#322;owiekiem.

&#346;piew strumyka by&#322; wyrazistszy, cho&#263; leniwy, gdy&#380; nie p&#322;yn&#261;&#322; on z g&#243;ry, lecz po r&#243;wninie. Drzewa ros&#322;y coraz rzadziej, ust&#281;puj&#261;c miejsca rozs&#322;onecznionej polanie. Myszka zobaczy&#322;a, &#380;e ko&#322;o strumyka kto&#347; stoi. I niemal r&#243;wnocze&#347;nie jej sprawny m&#243;zg zarejestrowa&#322; dwa fakty: &#380;e to by&#322;a Kobieta i &#380;e to by&#322;a Kobieta ca&#322;kiem naga. Obecno&#347;&#263; Kobiety nie zdziwi&#322;a Myszki. Jej nago&#347;&#263;  tak.

Myszka widzia&#322;a kiedy&#347; nag&#261; mam&#281;. Mama by&#322;a w &#322;azience, my&#322;a si&#281; pod prysznicem i w szparze drzwi nie dostrzeg&#322;a oczu Myszki. Drzwi by&#322;y uchylone, gdy&#380; mama chcia&#322;a s&#322;ysze&#263;, gdyby Myszka j&#261; wo&#322;a&#322;a. Mama zawsze chcia&#322;a by&#263; w zasi&#281;gu g&#322;osu Myszki. Dlatego wszystkie drzwi by&#322;y przymykane, lecz nie domkni&#281;te  opr&#243;cz drzwi do gabinetu taty.

Wi&#281;c Myszka patrzy&#322;a. Mama sta&#322;a w otwartej kabinie prysznicu. Krople wody przez u&#322;amki sekund zatrzymywa&#322;y si&#281; na niej, przypominaj&#261;c ma&#322;e, b&#322;yszcz&#261;ce pere&#322;ki,, a potem sp&#322;ywa&#322;y w d&#243;&#322;. Jej cia&#322;o nie by&#322;o oci&#281;&#380;a&#322;e i nieforemne jak cia&#322;o Myszki. Nie by&#322;o walcowate, nie przypomina&#322;o ma&#322;ego pie&#324;ka w lesie. I wreszcie  a to by&#322;o najwa&#380;niejsze, co Myszka zobaczy&#322;a  nie by&#322;o takie &#322;yse jak jej w&#322;asne. Mama mia&#322;a wg&#322;&#281;bienia i wypuk&#322;o&#347;ci, kt&#243;re zaskoczy&#322;y Myszk&#281;, gdy&#380; nie zawsze by&#322;y w tych miejscach, w kt&#243;rych mo&#380;na si&#281; by&#322;o ich spodziewa&#263;. Na przyk&#322;ad brzuch mamy nie by&#322; ani troch&#281; wypuk&#322;y, jak u Myszki, lecz wkl&#281;s&#322;y. Dla odmiany piersi nie by&#322;y p&#322;askie, z ma&#322;ym guziczkiem po&#347;rodku, lecz okr&#261;g&#322;e i wystawa&#322;y z p&#322;aszczyzny cia&#322;a jak dwa jab&#322;ka obleczone mi&#281;kk&#261; sk&#243;r&#261;. Jednak najbardziej zdumiewaj&#261;cy by&#322; rudawy meszek pod pachami, tam gdzie u Myszki by&#322;o &#322;yso, i taki sam, cho&#263; o wiele g&#281;&#347;ciejszy, w miejscu, gdzie ko&#324;czy&#322;y si&#281; (lub zaczyna&#322;y?) obie nogi, p&#322;ynnie przechodz&#261;ce w g&#322;adki brzuch.

Wi&#281;c w&#322;osy nie rosn&#261; tylko na g&#322;owie?, zdziwi&#322;a si&#281; Myszka, lecz zaraz przypomnia&#322;a sobie tat&#281;. Tata przebiega&#322; czasem przez hol do &#322;azienki. Jego koszula by&#322;a wtedy rozpi&#281;ta i powiewa&#322;a przy ka&#380;dym ruchu; w biegu wk&#322;ada&#322; j&#261; w spodnie i zapina&#322; guziki. Gdy koszula powiewa&#322;a, Myszka widzia&#322;a na piersiach ojca w&#322;osy: kr&#243;tkie, ciemne, twarde, inne ni&#380; te na g&#322;owie. Gdzie jeszcze rosn&#261; tacie w&#322;osy?, zamy&#347;li&#322;a si&#281; i cho&#263; zaraz zapomnia&#322;a o swym niemym pytaniu, odpowied&#378; przysz&#322;a wkr&#243;tce wraz z du&#380;ym albumem, kt&#243;ry mama wnios&#322;a kiedy&#347; do domu, gdy wr&#243;ci&#322;y z zakup&#243;w. Album by&#322; pe&#322;en nagich pa&#324; i pan&#243;w, a gdy Myszka zacz&#281;&#322;a go ogl&#261;da&#263;, mama powiedzia&#322;a, &#380;e to s&#261; reprodukcje obraz&#243;w. Myszka nie poj&#281;&#322;a s&#322;owa reprodukcje, nie mog&#322;a te&#380; zrozumie&#263;, dlaczego te obrazy wolno by&#322;o ogl&#261;da&#263;, a mamy k&#261;pi&#261;cej si&#281; pod prysznicem lub nagich pa&#324; w telewizorze  nie.

Myszka  powiedzia&#322;a wtedy mama spokojnym g&#322;osem, a woda sp&#322;ywa&#322;a z niej ciep&#322;&#261;, pienist&#261; strug&#261;.  Myszka, nie podgl&#261;daj. To nie&#322;adnie.

Ja paaa Ty teeee  odpar&#322;a stropiona Myszka, pami&#281;taj&#261;c, &#380;e przecie&#380; mama te&#380; ogl&#261;da j&#261; golutk&#261;, gdy siedzi w wannie pe&#322;nej mokrej wody.

To co innego  oznajmi&#322;a mama i Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e zaskakuj&#261;ce by&#322;o to wszystko, co mama mia&#322;a, a Myszka nie.

P&#243;&#378;niej Myszka widzia&#322;a jeszcze nagie panie w telewizorze, a raz nawet jednego pana, lecz bardzo kr&#243;tko, gdy&#380; mama klikn&#281;&#322;a pilotem i nagusy przemieni&#322;y si&#281; w psa Pluto. A jeszcze p&#243;&#378;niej Myszka dosta&#322;a Barbie i Kena.

Naga Kobieta w Ogrodzie by&#322;a jak &#380;ywa Barbie. To stwierdzenie nap&#322;yn&#281;&#322;o do m&#243;zgu Myszki r&#243;wnie b&#322;yskawicznie jak rejestrowane wzrokiem szczeg&#243;&#322;y wygl&#261;du Kobiety, tak inne ni&#380; u mamy, tak podobne jak u lalki, kt&#243;rej nigdy nie potrafi&#322;a polubi&#263;.

Jest okropna, pomy&#347;la&#322;a, nie odrywaj&#261;c oczu od Kobiety. Jest r&#243;wnie okropna jak Barbie

Pocz&#261;tkowo ogarn&#261;&#322; j&#261; smutek. By&#322;a pewna, &#380;e On, stwarzaj&#261;c Kobiet&#281;, powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no: TO JEST DOBRE  i czeka&#322;. W Jego g&#322;osie niew&#261;tpliwie zabrzmia&#322;o to bezradne pytanie, kt&#243;re d&#378;wi&#281;cza&#322;o te&#380; wtedy, gdy On stwarza&#322; czerwon&#261; traw&#281;, kwadratowe s&#322;o&#324;ce lub ksi&#281;&#380;yc z nosem. Ale gdy stwarza&#322; Kobiet&#281;, nie by&#322;o nikogo, kto m&#243;g&#322;by zawo&#322;a&#263;: Nie! Nie r&#243;b z niej Barbie! Teraz by&#322;o za p&#243;&#378;no.

Nie powiem, &#380;e pope&#322;ni&#322; b&#322;&#261;d. By&#322;oby Mu smutno, pomy&#347;la&#322;a Myszka i podesz&#322;a kilka krok&#243;w bli&#380;ej.

Kobieta nie widzia&#322;a jej. Patrzy&#322;a przed siebie, w g&#322;&#261;b Ogrodu, cho&#263; bez zainteresowania, i leniwie drapa&#322;a si&#281; pod nag&#261; pach&#261;. Potem przeci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; i wypr&#281;&#380;y&#322;a, cicho wzdychaj&#261;c, i w&#322;a&#347;nie wtedy Myszka dostrzeg&#322;a drugi pow&#243;d, dla kt&#243;rego Kobieta kojarzy&#322;a jej si&#281; z Barbie. Pierwszym by&#322;y w&#322;osy Kobiety i jej twarz. A drugim  piersi. To nie by&#322;y mamine &#380;ywe jab&#322;ka obleczone sk&#243;r&#261; i poruszaj&#261;ce si&#281; p&#322;ynnie z ka&#380;dym ruchem. Piersi ^Kobiety mia&#322;y inny kszta&#322;t: stercza&#322;y wysoko, spiczasto i by&#322;y ca&#322;kowicie martwe.

Myszka nie wytrzyma&#322;a i zapragn&#281;&#322;a to sprawdzi&#263;. Gdy dosta&#322;a Barbie, szybko odkry&#322;a, &#380;e cho&#263; mo&#380;na jej zgina&#263; r&#281;ce i nogi, przekr&#281;ca&#263; g&#322;ow&#281;, splata&#263; lub upina&#263; d&#322;ugie w&#322;osy, to z piersiami nie mo&#380;na nic zrobi&#263;. Myszka usilnie pr&#243;bowa&#322;a je zmniejszy&#263;, ugniata&#322;a je palcami, wciska&#322;a, ale wci&#261;&#380; by&#322;y du&#380;e i tak spiczaste jak te u Kobiety, a w dodatku twarde jak kamie&#324;. Kauczukowe, powiedzia&#322;a mama, patrz&#261;c, jak Myszka nadaremnie usi&#322;uje je sp&#322;aszczy&#263;.

Dziewczynka podesz&#322;a do nieznajomej, wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281; i dotkn&#281;&#322;a jej piersi wyci&#261;gni&#281;tym palcem. Pier&#347; ani drgn&#281;&#322;a, by&#322;a twarda i nieust&#281;pliwa. Za to Kobieta spojrza&#322;a na ni&#261; oczami Barbie. Oczy lalki zawsze zachwyca&#322;y Myszk&#281;, mimo &#380;e bezmy&#347;lnie patrzy&#322;y przed siebie emaliowanym b&#322;&#281;kitem. Za to by&#322;y wielkie, okr&#261;g&#322;e, bez &#380;adnej fa&#322;dki nad powiekami. Oczy Kobiety by&#322;y identyczne. Nosek te&#380; mia&#322;a malutki i zgrabny, usta za&#347; doskonale wypuk&#322;e. A na nich ten bezmy&#347;lny p&#243;&#322;u&#347;miech (zamy&#347;lona mama przygryza&#322;a wargi, a k&#261;ciki jej ust opada&#322;y w d&#243;&#322; lub krzywi&#322;y si&#281;).

Dopiero teraz, gdy Myszka dotkn&#281;&#322;a Kobiety, ta zwr&#243;ci&#322;a na ni&#261; pusty, b&#322;&#281;kitny wzrok.

Ooo  powiedzia&#322;a i odruchowo cofn&#281;&#322;a si&#281;.

I wtedy Myszka ujrza&#322;a, &#380;e  w przeciwie&#324;stwie do mamy  Kobieta nie ma &#380;adnych w&#322;os&#243;w tam, gdzie jej nogi schodzi&#322;y si&#281; w niedu&#380;y, tajemniczy tr&#243;jk&#261;t, przyozdobiony rudawym futerkiem. Ba, Kobieta nie mia&#322;a tam nic. Jak Barbie.

Baar si?  spyta&#322;a raz Myszka, lecz mama nie odpowiedzia&#322;a wprost na pytanie, czym siusia Barbie, tylko o&#347;wiadczy&#322;a, &#380;e lalki w og&#243;le nie siusiaj&#261;. Zatem Kobieta r&#243;wnie&#380; nie siusia&#322;a i by&#322;o to zaskakuj&#261;ce. Gdy&#380; w takim razie nie mog&#322;a by&#263; prawdziwa.

Myszka przygl&#261;da&#322;a si&#281; jej i dostrzega&#322;a coraz wi&#281;cej podobie&#324;stw do swojej lalki. Nogi Barbie by&#322;y przesadnie smuk&#322;e, niemal chude, bardzo d&#322;ugie i  w przeciwie&#324;stwie do n&#243;g mamy  szeroko rozstawione. Uda mamy by&#322;y pe&#322;ne i dotyka&#322;y siebie. Myszka by&#322;a pewna, &#380;e ocieraj&#261; si&#281;, gdy mama chodzi (prawie tak jak jej, co by&#322;o nieprzyjemne, szczeg&#243;lnie latem, gdy Myszka czu&#322;a pot, kt&#243;ry skleja&#322; jej nogi). Nogi lalki by&#322;y r&#243;wnie chude powy&#380;ej kolan jak i w &#322;ydkach, na g&#243;rze za&#347;, pomi&#281;dzy nimi, by&#322; spory, pusty odst&#281;p. Myszka pocz&#261;tkowo my&#347;la&#322;a, &#380;e to jest miejsce na majtki. Ale potem, ogl&#261;daj&#261;c mam&#281; pod prysznicem, stwierdzi&#322;a, &#380;e jest tam co&#347; wi&#281;cej. I &#380;e jest raczej odwrotnie: majtki s&#261; po to, aby to co&#347; przykry&#322;y. Kobieta mia&#322;a takie nogi jak Barbie, a pomi&#281;dzy nimi prze&#347;witywa&#322;a g&#322;adka, cielista przestrze&#324;.

Ona nie siusia  stwierdzi&#322;a po raz wt&#243;ry Myszka, ale poniewa&#380; tu, na g&#243;rze, jej my&#347;li bieg&#322;y r&#243;wnie szybko jak spojrzenie, nie powiedzia&#322;a tego g&#322;o&#347;no, co niew&#261;tpliwie zd&#261;&#380;y&#322;aby zrobi&#263; na dole. Jej my&#347;li pobieg&#322;y dalej i zacz&#281;&#322;y si&#281; uk&#322;ada&#263; w tajemnicze nie wypowiedziane zdanie:

Teraz nie pomo&#380;e &#380;aden pilot

Je&#347;li pilot w r&#281;ku mamy przemieni&#322; kiedy&#347; nagie kobiety w psa Pluto, kilka dni temu za&#347;  nie wiadomo na czyje &#380;yczenie  z&#322;agodzi&#322; nienaturalne barwy Ogrodu, tak tym razem Myszka obawia&#322;a si&#281;, &#380;e Kobieta nie zmieni tak &#322;atwo swego podobie&#324;stwa do Barbie. A zreszt&#261; Myszka nie wiedzia&#322;a, czy tego chce. W dziwny spos&#243;b to podobie&#324;stwo dodawa&#322;o dziewczynce pewno&#347;ci siebie, kt&#243;rej zawsze jej brakowa&#322;o, gdy spotyka&#322;a obc&#261; osob&#281;. &#322;

Myszka instynktownie wyczuwa&#322;a, &#380;e mama nie lubi obcych. Ci jednak z rzadka przychodzili do ich domu, i najpierw ich wzrok zatrzymywa&#322; si&#281; na Myszce, a potem szybko, prawie w pop&#322;ochu, ucieka&#322;, jak wzrok taty. Tyle &#380;e wzrok taty ucieka&#322; daleko, za to spojrzenia obcych ukradkiem powraca&#322;y. Listonosz, pan z elektrowni, &#347;mieciarz, pani z s&#261;siedztwa, pan z pracy taty, kt&#243;ry wpad&#322; nie zapowiedziany (tata prawie przepcha&#322; go z holu do swego gabinetu, jakby chcia&#322; skr&#243;ci&#263; czas, w kt&#243;rym pan b&#281;dzie przewierca&#322; wzrokiem przycupni&#281;t&#261; w k&#261;cie Myszk&#281;), to byli obcy ludzie i na ich widok Myszce instynktownie udziela&#322; si&#281; l&#281;k mamy.

Bawi&#261;c si&#281; Barbie, Myszka odczuwa&#322;a swoj&#261; nad ni&#261; przewag&#281;: wobec emaliowanego b&#322;&#281;kitu jej oczu, ostro stercz&#261;cych piersi, pos&#322;usznej gi&#281;tko&#347;ci r&#261;k i n&#243;g, nieprawdopodobnie w&#261;skiej talii, kt&#243;r&#261; mo&#380;na by&#322;o wygina&#263; w r&#243;&#380;ne strony (lalka sprawia&#322;a wtedy wra&#380;enie, &#380;e zwraca si&#281; ku komu&#347; lub czemu&#347;, z t&#261; sam&#261; znudzon&#261;, grzeczn&#261; oboj&#281;tno&#347;ci&#261;). Barbie by&#322;a okropna, ale to ona, lalka, by&#322;a dla Myszki, a nie na odwr&#243;t. Ju&#380; w przypadku kota niekiedy by&#322;o inaczej.

Kobieta w Ogrodzie by&#322;a zatem sztuczna, nieprawdziwa, w szczeg&#243;lnie odpychaj&#261;cy spos&#243;b, a r&#243;wnocze&#347;nie podoba&#322;a si&#281; jej, gdy&#380; b&#281;d&#261;c Barbie, nie by&#322;a obca. I gdy Myszka spogl&#261;da&#322;a na Kobiet&#281;, widzia&#322;a w jej oczach tyle samo zrozumienia, co w oczach Barbie.

Ssspotka&#322;y&#347;cie si&#281;  zasycza&#322; W&#261;&#380; i opu&#347;ci&#322; d&#322;ugi, w&#261;ski &#322;eb z pobliskiego drzewa. By&#322;a to r&#243;wnie&#380; jab&#322;o&#324; i Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e musi go spyta&#263;, czy nie ma tu innych drzew, na przyk&#322;ad palm, kt&#243;re widzia&#322;a na kurtynie w weso&#322;ym miasteczku. Ledwo to pomy&#347;la&#322;a, wyda&#322;o jej si&#281;, &#380;e w g&#322;&#281;bi Ogrodu widzi charakterystyczny, strz&#281;piasty kszta&#322;t li&#347;ci i wdzi&#281;cznie wygi&#281;ty omsza&#322;y pie&#324;. Szybko&#347;&#263; i spos&#243;b, w jaki ka&#380;da my&#347;l spe&#322;nia&#322;a si&#281; w Ogrodzie, troch&#281; j&#261; zaniepokoi&#322;y.

Czy On nie bierze wszystkiego z moich my&#347;li?, pomy&#347;la&#322;a z nieokre&#347;lonym l&#281;kiem, gdy&#380; czu&#322;a, &#380;e jej g&#322;owa nie bardzo nadaje si&#281; do tego, aby z niej czerpa&#263;. Wprawdzie umia&#322;a Mu pom&#243;c, by nada&#322; ksi&#281;&#380;ycowi i s&#322;o&#324;cu okr&#261;g&#322;e kszta&#322;ty, ale wtedy by&#322;a pewna, &#380;e mia&#322;y by&#263; w&#322;a&#347;nie takie. Jednak jarmarczna uroda Ogrodu pojawi&#322;a si&#281; bez jej woli  podobnie jak wygl&#261;d Kobiety. A jedno i drugie tkwi&#322;o w pami&#281;ci dziewczynki.

Mam w g&#322;owie chaos, a On z niego czerpie, stwierdzi&#322;a wystraszona.

Myszka szybko zapomnia&#322;a o swym problemie, lak by&#322;a zafascynowana spotkaniem obcej osoby, kt&#243;rej si&#281; nie ba&#322;a i kt&#243;ra nie ucieka&#322;a na jej widok x oczami.

Kobieta patrzy&#322;a na Myszk&#281; wzrokiem podobnym do tego, jakim spogl&#261;da&#322;a na poblisk&#261; jab&#322;o&#324;, na szafirowe niebo, na piaszczyst&#261; &#347;cie&#380;k&#281;. Jakby Myszka by&#322;a jeszcze jednym przedmiotem, ro&#347;lin&#261; czy zwierz&#281;ciem, kt&#243;re zawsze nale&#380;a&#322;y do Ogrodu  lub jakby tej Kobiety nic nie ciekawi&#322;o.

Myszka wiedzia&#322;a, co ciekawi lalk&#281; Barbie: szafa z ubraniami, buty na wysokich obcasach, samoch&#243;d i Ken. Wzrok Barbie nigdy nie spocz&#261;&#322; na Myszce, gdy&#380; patrzy&#322; niewiadomogdzie i niewiadomonaco. Dlatego teraz, w odpowiedzi na pytanie W&#281;&#380;a, mog&#322;a spokojnie sk&#322;ama&#263;:

Sssspodoba&#322;a ci si&#281;?  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

Tak, tak  odpar&#322;a z gorliwym po&#347;piechem, a on przyjrza&#322; si&#281; jej uwa&#380;nie.

Uda&#322;a Mu si&#281;  powiedzia&#322; W&#261;&#380;, z ledwie wyczuwaln&#261; w&#261;tpliwo&#347;ci&#261;, ale Myszka us&#322;ysza&#322;a j&#261; i ostro&#380;nie spyta&#322;a:

A jest z niej zadowolony?

To chyba oczywisste  odpar&#322; W&#261;&#380;. Myszka nie chcia&#322;a nikomu robi&#263; przykro&#347;ci, a tym bardziej Temu, kt&#243;ry stworzy&#322; Kobiet&#281;, wi&#281;c tylko kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Kobieta sta&#322;a wci&#261;&#380; w tej samej pozie, leniwie wygi&#281;ta, eksponuj&#261;c tali&#281; jak osa i spiczaste piersi. Gdyby mama mia&#322;a takie, to przytulaj&#261;c si&#281;, na pewno by mnie nimi uk&#322;u&#322;a, pomy&#347;la&#322;a Myszka.

Czy ona umie m&#243;wi&#263;?  spyta&#322;a.

Troch&#281;  odpar&#322; niecierpliwie W&#261;&#380;.  Nauczy si&#281;  doda&#322; po chwili.  Mog&#322;aby&#347; jej w tym pom&#243;c  dorzuci&#322; ponownie, po kr&#243;tkim namy&#347;le.

A umie chodzi&#263;? Czemu stoi wci&#261;&#380; w tym samym miejscu?

&#377;le chodzi  przyzna&#322; W&#261;&#380;.

Bo one zawsze maj&#261; niewygodne buty. Bez nich nie potrafi&#261; nawet sta&#263;  wyja&#347;ni&#322;a Myszka. Barbie mia&#322;a kilka par but&#243;w, a wszystkie na bardzo wysokich obcasach.

Buty w Ogrodzie, te&#380; co&#347; Ja obywam si&#281; bez but&#243;w  skrzywi&#322; si&#281; W&#261;&#380;.  Jeszcze chwila i powiesz, &#380;e powinna by&#263; ubrana!

Powinna mie&#263; szaf&#281; z ubraniami  odruchowo przytakn&#281;&#322;a Myszka, a W&#261;&#380; gwa&#322;townie zaprzeczy&#322;:

Szafa? W Ogrodzie? I ubrania?! Ona musi by&#263; naga, bo nie ma niczego do ukrycia.

Nie ma. Niczego  przytakn&#281;&#322;a Myszka gorliwie, a W&#261;&#380; zerkn&#261;&#322; na ni&#261; nieufnie.

Kobieta nie s&#322;ucha&#322;a ich s&#322;&#243;w. Rozgl&#261;da&#322;a si&#281; po Ogrodzie, obracaj&#261;c sztywno nieskazitelnie pi&#281;kn&#261; g&#322;ow&#281;.

Czy ona umie si&#281; &#347;mia&#263;?  spyta&#322;a znowu Myszka.

Nie  odpar&#322; oschle W&#261;&#380;.  &#379;eby si&#281; &#347;mia&#263;, trzeba mie&#263; z czego. Ale widzisz, &#380;e si&#281; u&#347;miecha!

Hmm  b&#261;kn&#281;&#322;a Myszka, patrz&#261;c na grymas u&#347;miechu i milcz&#261;ce, wypuk&#322;e usta Kobiety.  A czy zechce si&#281; ze mn&#261; zaprzyja&#378;ni&#263;?  spyta&#322;a.

Zechce. Lecz jeszcze nie wie, co to przyja&#378;&#324;.

Myszka zrozumia&#322;a odpowied&#378; W&#281;&#380;a. Barbie te&#380; nie wiedzia&#322;a, co to przyja&#378;&#324;. Pozwala&#322;a si&#281; wygina&#263;, czesa&#263;, przebiera&#263;, ustawia&#263; w wyszukanych pozach i podziwia&#263;. Nie wzbudza&#322;a jednak uczu&#263; ani ich nie dawa&#322;a. Nie mia&#322;a w sobie nieporadno&#347;ci pluszowego mi&#347;ka, z kt&#243;rym dziewczynka sypia&#322;a kiedy&#347; w &#322;&#243;&#380;ku. Nie by&#322;o w niej tak bardzo ludzkiej brzydoty, jak&#261; mia&#322;a szmaciana lalka, siedz&#261;ca w rogu jej pokoju, kt&#243;r&#261; zawsze mo&#380;na by&#322;o pog&#322;aska&#263; po sznurkowych w&#322;osach. W Barbie by&#322;a doskona&#322;o&#347;&#263;, kt&#243;rej nie mo&#380;na by&#322;o osi&#261;gn&#261;&#263; i kt&#243;ra nie budzi&#322;a sympatii.

Tak, ona Mu si&#281; uda&#322;a  westchn&#281;&#322;a Myszka z pokor&#261;. Mo&#380;e gdybym i ja by&#322;a taka, to tata by tak nie biega&#322;?

Kobieta wci&#261;&#380; milcza&#322;a, z tym samym niewyra&#378;nym p&#243;&#322;u&#347;miechem na ustach, wi&#281;c Myszka znudzi&#322;a si&#281; i ju&#380; chcia&#322;a ruszy&#263; dalej, gdy ujrza&#322;a, &#380;e idzie ku nim M&#281;&#380;czyzna. I wcale nie zdziwi&#322;a si&#281; jego wygl&#261;dem. To by&#322;o oczywiste: ta Kobieta mia&#322;a swojego Kena.

M&#281;&#380;czyzna r&#243;wnie&#380; by&#322; nagi.

Wreszcie obejrz&#281; ca&#322;ego M&#281;&#380;czyzn&#281;, pomy&#347;la&#322;a Myszka, przypominaj&#261;c sobie tat&#281;. Myszce nigdy nie uda&#322;o si&#281; ujrze&#263; go pod prysznicem. Tata wchodzi&#322; do &#322;azienki owini&#281;ty w ciemny, jedwabny szlafrok i wychodzi&#322; dok&#322;adnie taki sam, tylko czy&#347;ciejszy. Mimo to Myszka by&#322;a przekonana, &#380;e skoro mama w tym miejscu, gdzie ko&#324;cz&#261; si&#281; nogi, mia&#322;a puszyste futerko, to zapewne u taty musia&#322;o by&#263; tam co&#347; r&#243;wnie zaskakuj&#261;cego, a mo&#380;e nawet bardziej.

Ale M&#281;&#380;czyzna, kt&#243;ry ku nim si&#281; zbli&#380;a&#322; (chodzi&#322; o wiele lepiej ni&#380; Kobieta), tak&#380;e nie mia&#322; tam nic, poza g&#322;adk&#261;, jak wsz&#281;dzie, r&#243;&#380;ow&#261; sk&#243;r&#261;. Myszka najpierw si&#281; zdziwi&#322;a, ale potem przypomnia&#322;a sobie Kena. On te&#380; lam nic nie mia&#322;.

Za to razem maj&#261; dom, auto, psa, konia i szaf&#281; pe&#322;n&#261; ubra&#324;, pomy&#347;la&#322;a.

Sssssp&#243;jrz na nich  zasycza&#322; W&#261;&#380;.  Udali si&#281;?

Ooo, tak  odpar&#322;a, ju&#380; nie wiedz&#261;c, czy k&#322;amie, czy m&#243;wi prawd&#281;.

Nagle Ogr&#243;d zastyg&#322;. Przez chwil&#281; sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e jest nieruchomym obrazem, a nie &#380;ywym Ogrodem. Owady i ptaki zatrzyma&#322;y si&#281; w locie; usta&#322;o ich brz&#281;czenie i trzepotanie skrzyde&#322;. Motyle zawis&#322;y w powietrzu. Krety przesta&#322;y wyrzuca&#263; kopczyki &#347;wie&#380;ej ziemi. Kobieta i M&#281;&#380;czyzna zastygli w swych pozach: on z nog&#261; lekko uniesion&#261; do nast&#281;pnego kroku; ona zwr&#243;cona ku Myszce i wci&#261;&#380; niezbyt ni&#261; zainteresowana. Mimo to sprawiali wra&#380;enie, &#380;e czekaj&#261;. Tak&#380;e W&#261;&#380; przechyli&#322; &#322;eb i wida&#263; by&#322;o, &#380;e nas&#322;uchuje.

I oto rozleg&#322; si&#281; G&#322;os. Niby pyta&#322;, ale jakby czeka&#322; na pochwa&#322;&#281;. Myszka mia&#322;a uczucie, &#380;e oczekuje jedynie odpowiedzi twierdz&#261;cej.

TO JEST DOBRE. Spojrza&#322;a pytaj&#261;co na W&#281;&#380;a.

Sssspraw mu troch&#281; przyjemno&#347;ci, nie ma ich wiele. Ma ssssame k&#322;opoty. Wci&#261;&#380; sssstwarza i sssstwarza, a to, co sssstworzy, ci&#261;gle go zawodzi  sykn&#261;&#322; niecierpliwie.

Mam Mu odpowiedzie&#263;?  szepn&#281;&#322;a.

Ssssssssssk&#261;d&#380;e!  zirytowa&#322; si&#281; W&#261;&#380;.  Sss&#261;dzisz, &#380;e kto&#347; taki jak On b&#281;dzie ci&#281; pyta&#322; o zdanie?! Wyssstarczy, &#380;e pomy&#347;lisz, i&#380; to jessst dobre!

Ale Myszka nie umia&#322;a pomy&#347;le&#263;, &#380;e w&#322;a&#347;nie Barbie  w dodatku Barbie wielko&#347;ci normalnej kobiety  jest dobra i powinna znale&#378;&#263; si&#281; w Ogrodzie. Zw&#322;aszcza je&#347;li mia&#322;a  jak m&#243;wi&#322;a mama  panowa&#263; nad rybami, ptactwem i wszelkim zwierzem. Zamilk&#322;a zatem i ju&#380; tylko nas&#322;uchiwa&#322;a.

TO JEST DOBRE  powt&#243;rzy&#322; G&#322;os bardziej pewnie. Bez znaku zapytania. A jednak Myszka wci&#261;&#380; go s&#322;ysza&#322;a. Malutkie echo w&#261;tpliwo&#347;ci. Tych w&#261;tpliwo&#347;ci, kt&#243;re tkwi&#322;y tak&#380;e w niej. Ogr&#243;d by&#322; wprawdzie mniej jaskrawy, ale jego barwy wci&#261;&#380; przypomina&#322;y raczej obrazek ni&#380; rzeczywisto&#347;&#263;. A Kobieta i M&#281;&#380;czyzna

Wola&#322;a o tym nie my&#347;le&#263;. Co z tego, &#380;e czu&#322;a si&#281; wobec nich pewnie, skoro nie umia&#322;a ani ich polubi&#263;, ani im zaufa&#263;?

TO JEST DOBRE  oznajmi&#322; hucz&#261;cy G&#322;os z, ledwie s&#322;yszaln&#261; odrobin&#261; zniecierpliwienia.

Ogr&#243;d, widocznie ma&#322;o wra&#380;liwy na r&#243;&#380;nice barw g&#322;osu, us&#322;yszawszy s&#322;owa, na kt&#243;re czeka&#322;, znowu o&#380;y&#322;. Kobieta westchn&#281;&#322;a i przeci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281;. M&#281;&#380;czyzna po-si&#261;pi&#322; kilka krok&#243;w i stan&#261;&#322; przy niej, k&#322;ad&#261;c jej r&#281;k&#281; na ramieniu. Jednak dotyka&#322; jej tak, jakby dotkn&#261;&#322; pnia drzewa. I znowu zastygli w swych pozach.

Nudz&#261; si&#281;, jak Barbie z Kenem. Bo sami s&#261; nudni, pomy&#347;la&#322;a Myszka.

Ju&#380;, ju&#380; chcia&#322;a o to spyta&#263;, gdy W&#261;&#380; nagle powiedzia&#322;:

Id&#378; sssobie.

Chcia&#322;abym jeszcze zosta&#263;  odpar&#322;a, ale W&#261;&#380; pokr&#281;ci&#322; p&#322;askim &#322;bem.

Wyssstarczy  oznajmi&#322;.

Dobrze, id&#281;. Ale dlaczego nie mog&#281; zabra&#263; na d&#243;&#322; swojej przemiany?  spyta&#322;a z gniewnym smutkiem.  Czy tylko ty i oni dwoje b&#281;dziecie wiedzie&#263;, jak szybko my&#347;l&#281;? Jak lekko chodz&#281;? Jak ta&#324;cz&#281;?

W&#261;&#380; milcza&#322;, sprawiaj&#261;c wra&#380;enie, &#380;e nas&#322;uchuje. Potem poruszy&#322; si&#281; i szepn&#261;&#322;:

On powiedzia&#322;, &#380;e dosssssstaniesz cz&#261;ssssstk&#281; Ogrodu, &#380;eby ci nie by&#322;o ssssmutno.

Cz&#261;stk&#281; Ogrodu?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.

Akurat tak&#261;, &#380;eby ci o nasss przypomina&#322;a. A teraz id&#378;. Ten dzie&#324; trwa ju&#380; bardzo d&#322;ugo. Mo&#380;e wr&#243;cisz, zanim si&#281; ssssko&#324;czy, a mo&#380;e nie. Ssssam nie wiem, to nie ode mnie zale&#380;y. Ale ten dzie&#324; wci&#261;&#380; trwa i jeszcze b&#281;dzie trwa&#263;.

I co b&#281;dziecie robi&#263; tak d&#322;ugo?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.

Odpoczywa&#263; -; wyja&#347;ni&#322;, a potem zsun&#261;&#322; cz&#281;&#347;&#263; ob&#322;ego cielska z pnia drzewa i popchn&#261;&#322; j&#261; leciutko.

Nawet nie zauwa&#380;y&#322;a, kiedy z powrotem znalaz&#322;a si&#281; na strychu. Kot wci&#261;&#380; spa&#322;, zwini&#281;ty w k&#322;&#281;bek na jednym z pude&#322;.

Oni go tam nie wpuszczaj&#261;, bo jest zbyt prawdziwy, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Zaraz, zaraz A ja?

Szybko znalaz&#322;a odpowied&#378;:

A ja zjadam jab&#322;ko i staj&#281; si&#281; r&#243;wnie nieprawdziwa jak oni.

Myszka, kolacja  powiedzia&#322;a mama, uchylaj&#261;c drzwi strychu. &#379;ar&#243;wka ju&#380; si&#281; &#347;wieci&#322;a, kot si&#281; obudzi&#322; i wszystko wygl&#261;da&#322;o tak zwyczajnie, jak powinno wygl&#261;da&#263;. Z wyj&#261;tkiem Barbie i Kena, kt&#243;rzy le&#380;eli na pod&#322;odze, odarci ze swych ubra&#324;.

Wzi&#281;&#322;a&#347; ze sob&#261; lalki?  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; mama z zadowoleniem. Obecno&#347;&#263; lalek wyja&#347;nia&#322;a, co Myszka mo&#380;e robi&#263; na strychu. Po prostu si&#281; bawi, pomy&#347;la&#322;a Ewa.

A Myszka patrzy&#322;a na Barbie i Kena i zastanawia&#322;a si&#281;, po swojemu, powoli, lecz wytrwale:

Sk&#261;d oni si&#281; wzi&#281;li, skoro ja ich tu nie przynios&#322;am?

I sko&#324;czy&#322; si&#281; wiecz&#243;r, ale wci&#261;&#380; trwa&#322; dzie&#324; si&#243;dmy. Najtrudniejszy i najd&#322;u&#380;szy z ca&#322;ego tygodnia. I najbardziej zagadkowy. Niekt&#243;rzy bowiem twierdzili p&#243;&#378;niej, &#380;e On stworzy&#322; M&#281;&#380;czyzn&#281; i Kobiet&#281; na w&#322;asne podobie&#324;stwo  co by&#322;o niemo&#380;liwe. Innym dla odmiany wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e to Kobieta z M&#281;&#380;czyzn&#261; stworzyli Jego na podobie&#324;stwo swoje, pr&#243;buj&#261;c w ten spos&#243;b zabra&#263; Mu wolno&#347;&#263;. Ale to ju&#380; ca&#322;kiem inna historia, kt&#243;ra nie nale&#380;a&#322;a do dnia si&#243;dmego.



Dzie&#324; si&#243;dmy: Adam i Ewa

Adam mia&#322; przed sob&#261; kolejny dzie&#324; urlopu. Poprzedni zmarnowa&#322; w pensjonacie Pi&#281;kna Jesie&#324;, rozmawiaj&#261;c z nieznajom&#261; staruszk&#261;. Nie wiedzia&#322;, co jeszcze m&#243;g&#322;by zrobi&#263;, aby wyja&#347;ni&#263; tamto nieporozumienie. Przywiezienie Ewy, by rozpozna&#322;a starsz&#261; pani&#261;, nie wchodzi&#322;o w gr&#281;, a on sam ju&#380; jej nie pami&#281;ta&#322;, dziewi&#281;&#263; lat dla dziecka i dla starego cz&#322;owieka to bardzo du&#380;o. Adam nie umia&#322; i nie m&#243;g&#322; rozstrzygn&#261;&#263;, i czy to jest  jak chcia&#322;y recepcjonistka z piel&#281;gniark&#261;  jego babcia z zaburzeniami pami&#281;ci, czy nieznajoma z dwoma wnukami.

Zmarnowa&#322; ca&#322;y dzie&#324;, a teraz nale&#380;a&#322;o do&#322;o&#380;y&#263; bezsenn&#261; noc, sp&#281;dzon&#261; w ma&#322;o komfortowym hotelu w nieznanej miejscowo&#347;ci. Spa&#322; &#378;le, nerwowo, klimatyzacja nie dzia&#322;a&#322;a, a okien nie da&#322;o si&#281; otworzy&#263;. Ledwo kto&#347; z hotelowych go&#347;ci otwiera&#322; kurek z wod&#261;, rury kanalizacyjne w ca&#322;ym budynku fa&#322;szywie tr&#261;bi&#322;y, a drzwi szaf skrzypia&#322;y niemelodyjnie w dziesi&#261;tkach pokoj&#243;w. Za oknami pokrzykiwali pijacy i ujada&#322;y psy. Adam nie spa&#322; i zastanawia&#322; si&#281; t&#281;po, dlaczego wrzaski pijackie i ujadanie ps&#243;w s&#261; tak podobne pod ka&#380;d&#261; szeroko&#347;ci&#261; geograficzn&#261;.

A potem zmarnowa&#322; kolejne p&#243;&#322; dnia. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e s&#261; dwie miejscowo&#347;ci o tej samej nazwie. Ta w&#322;a&#347;ciwa, w kt&#243;rej znajdowa&#322; si&#281; szpital, gdzie czterdzie&#347;ci lat temu stwierdzono zgon jego rodzic&#243;w, by&#322;a kilkaset kilometr&#243;w dalej, w innym regionie. W tej za&#347;, do kt&#243;rej dotar&#322; po m&#281;cz&#261;cej je&#378;dzie, nie by&#322;o &#380;adnego szpitala. Zatem przez d&#322;ugie lata, jako dziecko, wpatrywa&#322; si&#281; w niew&#322;a&#347;ciwy punkt na mapie, g&#322;&#281;boko wierz&#261;c, &#380;e &#322;&#261;czy si&#281; w ten spos&#243;b z rodzicami. Jakim&#347; cudem wydoby&#322; z pami&#281;ci nazw&#281; wojew&#243;dztwa, kt&#243;r&#261; przed laty wymienia&#322;a babcia, i doszed&#322; do wniosku, &#380;e tak jak b&#322;&#261;dzi&#322; wtedy palcem po mapie, tak b&#322;&#261;dzi dzi&#347; w swoich poszukiwaniach.

Nie tylko nie umiem rozpozna&#263; babci, ale nawet &#347;mier&#263; rodzic&#243;w umiejscowi&#322;em nie tam gdzie trzeba, pomy&#347;la&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;, czuj&#261;c, &#380;e wszystko si&#281; przeciw niemu sprzysi&#281;ga, nawet mapy i w&#322;asna pami&#281;&#263;.

Pami&#281;ta&#322;, &#380;e jako dziecko chcia&#322; koniecznie jecha&#263; do tej odleg&#322;ej miejscowo&#347;ci, gdzie ojciec i matka wpadli samochodem na drzewo, rosn&#261;ce na ostrym zakr&#281;cie. Babcia nigdy na to nie pozwoli&#322;a.

Po co? To nie przywr&#243;ci im &#380;ycia  m&#243;wi&#322;a wtedy, gdy by&#322; dzieckiem, i p&#243;&#378;niej, gdy studiowa&#322; i w zasadzie m&#243;g&#322;by sam podj&#261;&#263; decyzj&#281;. Nie reagowa&#322;a na jego pytania, odpowiada&#322;a niech&#281;tnie, p&#243;&#322;g&#281;bkiem lub wcale. Nie zabra&#322;a go ze sob&#261; nie tylko na identyfikacj&#281; ich cia&#322;, ale nawet na pogrzeb.

Dlaczego jej pos&#322;ucha&#322;em?, zamy&#347;li&#322; si&#281;. Mo&#380;e po prostu nie chcia&#322;em ogl&#261;da&#263; drzewa, kt&#243;re zabi&#322;o moich rodzic&#243;w?

Rzeczywi&#347;cie, wtedy nie chcia&#322;. Teraz te&#380; nie. Ale postanowi&#322;, &#380;e je&#347;li to drzewo jeszcze ro&#347;nie, je&#347;li nikt go nie &#347;ci&#261;&#322; (czterdzie&#347;ci lat to du&#380;o dla cz&#322;owieka, ale niewiele dla drzewa), to mimo wszystko je obejrzy. Ale teraz najwa&#380;niejszy by&#322; szpital.

Czy jaki&#347; &#347;lad zosta&#322; po nich w tym szpitalu? I czy w og&#243;le istniej&#261; jakie&#347; archiwa? A mo&#380;e ich akta tkwi&#261; gdzie&#347; w piwnicy, gnij&#261; od wilgoci lub niszczej&#261; nie zabezpieczone, i nikt si&#281; nie pofatyguje, by je odszuka&#263;, nawet je&#347;li zap&#322;ac&#281;?, zastanawia&#322; si&#281;, jad&#261;c do w&#322;a&#347;ciwej miejscowo&#347;ci. Wcze&#347;niej upewni&#322; si&#281;, dzwoni&#261;c z kom&#243;rki, &#380;e jest tam szpital, &#380;e nie pad&#322; ofiar&#261; &#380;adnej reformy ani nie popad&#322; w ruin&#281;. W ko&#324;cu by&#322; to niewielki, prowincjonalny szpitalik. Ale wci&#261;&#380; istnia&#322; i przyjmowa&#322; pacjent&#243;w.

Czego oni tam szukali?, zadawa&#322; sobie to pytanie po wielokro&#263; przez ca&#322;e &#380;ycie. Babcia nigdy na ten temat nie m&#243;wi&#322;a.

Skoro jechali, to widocznie musieli  s&#322;ysza&#322; od niej i zaraz zmienia&#322;a temat. Najwyra&#378;niej nie chcia&#322;a o tym rozmawia&#263;. Pewnie uwa&#380;a&#322;a, &#380;e roztrz&#261;sanie ich &#347;mierci &#378;le na niego wp&#322;ywa. A mo&#380;e &#378;le wp&#322;ywa&#322;o na ni&#261; i dlatego unika&#322;a tematu? W ko&#324;cu jego mama by&#322;a jedyn&#261;, ukochan&#261; c&#243;rk&#261; babci.

Ma&#322;a miejscowo&#347;&#263;, niewielki szpital  i drzewo, rosn&#261;ce raptem dwie&#347;cie metr&#243;w od niego, na ostrym zakr&#281;cie. Nic dziwnego, &#380;e ich tam od razu przewieziono

&#379;ywych czy martwych?, usi&#322;owa&#322; sobie przypomnie&#263;, ale nawet tego nie by&#322; pewny. Chyba jedno z nich (kt&#243;re?) &#380;y&#322;o jeszcze dzie&#324; lub dwa. By&#322;o oczywiste: w szpitalu zrobiono sekcj&#281; zw&#322;ok. W ich aktach zgonu, kt&#243;re le&#380;a&#322;y schowane w babcinej kasetce, dawno odnalaz&#322; d&#322;ugie, wyblak&#322;e &#322;aci&#324;skie nazwy. Nie umia&#322; ich rozszyfrowa&#263;, atrament si&#281; rozmaza&#322;, ale stanowi&#322;y &#347;lad po medycznym badaniu.

Po kolejnych godzinach podr&#243;&#380;y Adam wjecha&#322; na niewielki, typowo ma&#322;omiasteczkowy rynek, kt&#243;ry  jak wszystkie tego typu place  mia&#322; sporo uroku, ale Adam nie mia&#322; czasu ani ochoty, by go podziwia&#263;. Zarejestrowa&#322; wzrokiem obecno&#347;&#263; kiepskiego zapewne hotelu, w kt&#243;rym przyjdzie mu sp&#281;dzi&#263; noc  i ruszy&#322; tam, gdzie kierowa&#322;y go drogowskazy. Szpital by&#322; tu na tyle wa&#380;nym budynkiem, &#380;e oznakowano do niego drog&#281;.



*


Sk&#261;d masz ten kwiatek?  spyta&#322;a Ewa, gdy schodzi&#322;y ze strychu. W zaci&#347;ni&#281;tej d&#322;oni Myszki tkwi&#322; pomara&#324;czowy nagietek.

Pomara&#324;czowy? Niemal parzy Jest jak odblaskowe &#347;wiate&#322;ko roweru, pomy&#347;la&#322;a Ewa i odruchowo stwierdzi&#322;a: Takich kwiatk&#243;w nie ma.

Poka&#380;!  zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Myszki, ale ta zaprotestowa&#322;a gniewnym, nieartyku&#322;owanym chrz&#261;kni&#281;ciem.  Oddam, chc&#281; tylko zobaczy&#263;. I powiedz, sk&#261;d go masz  powt&#243;rzy&#322;a cierpliwie Ewa.

Og  odpar&#322;a Myszka.

Nie sadzi&#322;am kwiat&#243;w w ogrodzie  powiedzia&#322;a Ewa zm&#281;czonym g&#322;osem, gdy&#380; nagle u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e nie hoduje kwiat&#243;w od tylu lat, ile ma ich Myszka.

Poczu&#322;a si&#281; winna. Katastrofa, jak&#261; pocz&#261;tkowo sia&#322;y si&#281; narodziny c&#243;rki, obj&#281;&#322;a nie tylko jej ma&#322;&#380;e&#324;stwo, ale ca&#322;y dom, a nawet ogr&#243;d. Ten ogr&#243;d, kt&#243;ry przed dziewi&#281;ciu laty urz&#261;dza&#322;a specjalnie wynaj&#281;ta firma, aby go &#322;adnie zakomponowa&#263;. Przywieziono nawet traw&#281;, rozpi&#281;t&#261; na mi&#281;kkiej siatce, aby nie musieli czeka&#263;, a&#380; wyro&#347;nie prawdziwa niemal angielska murawa. Zanim zdecydowali si&#281; z Adamem na kompozycj&#281; ogrodu, przejrzeli mn&#243;stwo prospekt&#243;w i kolorowych magazyn&#243;w.

I po co to wszystko, skoro tam ju&#380; nic nie ma. Nie trzeba by&#322;o &#380;adnego kataklizmu, gradobicia, tornada, syberyjskich mroz&#243;w. Wystarczy&#322;y narodziny dziecka, pomy&#347;la&#322;a Ewa z sarkazmem. Nagle u&#347;wiadomi&#322;a sobie, jak bardzo zmieni&#322;a si&#281; jej &#380;yciowa hierarchia warto&#347;ci. To dobrze czy &#378;le?, zamy&#347;li&#322;a si&#281;, lecz nie umia&#322;a na 10 odpowiedzie&#263;.

Og  powt&#243;rzy&#322;a z uporem Myszka.

Ewa, pomimo wysi&#322;k&#243;w logopedy, wci&#261;&#380; nie widzia&#322;a post&#281;p&#243;w w nauce Myszki, Myszka nadal po&#322;yka&#322;a sylaby. Nikt nigdy nie domy&#347;li si&#281;, co znaczy og, stwierdzi&#322;a zrezygnowana. A czy jej wystarczy, &#380;e b&#281;dzie rozumie&#263; siebie sam&#261;?

Og  powt&#243;rzy&#322;a cierpliwie Myszka, wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281; i da&#322;a mamie kwiatek.

Ewa sta&#322;a zapatrzona w jego niezwyk&#322;&#261;, pomara&#324;czow&#261; barw&#281; i nadal my&#347;la&#322;a: Bale charytatywne, spo&#322;eczne akcje, szko&#322;y integracyjne, byle u&#322;omno&#347;&#263; by&#322;a drobna, nikomu nie przeszkadza&#322;a, nie psu&#322;a apetytu.

Og!  wrzasn&#281;&#322;a Myszka, bij&#261;c pi&#281;&#347;ciami o &#347;cian&#281;, i niezgrabnie ruszy&#322;a w stron&#281; wyj&#347;ciowych drzwi.

Ewa odruchowo posz&#322;a za ni&#261;, a ko&#322;o nich, pl&#261;cz&#261;c si&#281; wok&#243;&#322; n&#243;g, ta&#324;czy&#322; Mia. Wysz&#322;y przed dom i skr&#281;ci&#322;y za r&#243;g, gdzie rozci&#261;ga&#322; si&#281; ich wypiel&#281;gnowany niegdy&#347; ogr&#243;d.

Tam s&#261; jedynie pokrzywy, perz, osty i trawa  ostrzeg&#322;a Ewa.  Poparzysz si&#281;, pok&#322;ujesz i b&#281;dziesz p&#322;aka&#263;.

Myszka pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;. Sz&#322;y w stron&#281; niewielkiej drewnianej furtki w wysokim murze, kryj&#261;cym miejsce, w kt&#243;rym nogi Ewy nie posta&#322;y od kilku lat. By&#322; to spory kawa&#322; gruntu, oko&#322;o dwudziestu ar&#243;w, otoczony wyszukanym, estetycznym ogrodzeniem z bia&#322;ego kamienia. Adam, buduj&#261;c dom, dokupi&#322; t&#281; ziemi&#281; i odizolowa&#322; od s&#261;siedztwa, marz&#261;c o tym, &#380;e b&#281;dzie to ich schronienie przed &#347;wiatem; ogr&#243;d marze&#324;  z g&#322;adk&#261;, zielon&#261; muraw&#261;, oczkiem sadzawki, grzecznymi kwiatowymi klombami, skalnymi ogr&#243;dkami i kwitn&#261;cymi krzewami. Pocz&#261;tkowo Ewa wyobra&#380;a&#322;a go sobie inaczej: &#380;e b&#281;dzie bujny, dziki, naturalny; &#380;e wi&#281;cej b&#281;dzie w nim pracy ich r&#261;k, a przede wszystkim wyobra&#378;ni, ale Adam przeforsowa&#322; gotowy projekt eleganckiego ogrodu, typowego dla miejskich rezydencji, mimo to Ewie uda&#322;o si&#281; gdzieniegdzie zburzy&#263; jego &#322;ad, zak&#322;&#243;ci&#263; sztuczn&#261; symetri&#281;, przynajmniej na tyle, &#380;e by&#322;a zdolna go polubi&#263;.

I porzuci&#322;am go, pomy&#347;la&#322;a. Po raz ostatni zamkn&#281;&#322;am t&#281; furtk&#281; cztery dni przed narodzinami Myszki. Prawie dziewi&#281;&#263; lat temu. Ogr&#243;d-marzenie zamieni&#322; si&#281; w ogr&#243;d-pobojowisko. W kr&#243;lestwo pokrzyw i perzu.

Zbli&#380;y&#322;y si&#281; do furtki w murze. Najpierw Ewa poczu&#322;a zapach. Silny i podniecaj&#261;cy.

Chwasty pachn&#261; mocniej od kwiat&#243;w?, zdziwi&#322;a si&#281; i pchn&#281;&#322;a furtk&#281;. Wesz&#322;y do &#347;rodka.

Zapada&#322; zmierzch i wszystkie barwy by&#322;y troch&#281; zgaszone, a mimo to kwiaty &#347;wieci&#322;y jak nagietek w jej d&#322;oni. By&#322;o ich mn&#243;stwo. Rozsia&#322;y si&#281; wsz&#281;dzie nier&#243;wnymi, naturalnymi rabatami, przypominaj&#261;cymi kwietn&#261; d&#380;ungl&#281;. Pomara&#324;czowe nagietki, &#380;&#243;&#322;te irysy, ch&#322;odne b&#322;awatki, gor&#261;ce od czerwieni r&#243;&#380;e, pora&#380;aj&#261;ce biel&#261; lilie Tylko gdzieniegdzie ros&#322;y pokrzywy, ale nie sprawia&#322;y wra&#380;enia chwast&#243;w; Ewa os&#261;dzi&#322;a, &#380;e rosn&#261;, gdy&#380; kto&#347; chcia&#322;, aby ros&#322;o tu wszystko, co pragnie wyjrze&#263; z ziemi na &#347;wiat. I to wszystko razem wydawa&#322;o odurzaj&#261;cy zapach, przy kt&#243;rym gas&#322;a nuta najbardziej wyszukanych perfum. Mimo zmierzchu wci&#261;&#380; s&#322;ysza&#322;a pracowite brz&#281;czenie pszcz&#243;&#322;, buczenie trzmieli, widzia&#322;a dr&#380;&#261;ce trzepotanie motylich skrzyde&#322;. W ogrodzie &#347;piewa&#322;y ptaki i przez chwil&#281; Ewie wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e wznosz&#261; ku mroczniej&#261;cemu niebu jak&#261;&#347; harmonijn&#261;, wsp&#243;lnie wygrywan&#261; melodi&#281;: kantat&#281; na cze&#347;&#263; &#380;ycia, doskonale zinstrumentowan&#261; przez nieznanego kompozytora.

Ogr&#243;d ocala&#322;!  powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no, zdumiona i szcz&#281;&#347;liwa. Ogr&#243;d obroni&#322; si&#281; przede mn&#261;, doda&#322;a w my&#347;lach.

Nagle poczu&#322;a energi&#281;, kt&#243;ra promieniowa&#322;a z tych ro&#347;lin. Ich wol&#281; przetrwania, umi&#322;owanie ka&#380;dego dnia i nocy; ich niecierpliwe wyczekiwanie porannych promieni s&#322;o&#324;ca i kropli nocnej rosy. Ich &#380;&#261;dz&#281; prze&#380;ycia pomimo wszystko.

Ogr&#243;d przetrwa&#322;, bo si&#281; nie podda&#322;, zrozumia&#322;a w nag&#322;ym ol&#347;nieniu.

Jej bierne, beznadziejne pogodzenie si&#281; z losem przemienia&#322;o si&#281; teraz  wraz z ka&#380;dym oddechem, z kt&#243;rym wch&#322;ania&#322;a w siebie zapach ogrodu  w dziwne poczucie mocy. Przecie&#380; ona nie uwa&#380;a Myszki za kl&#281;sk&#281; swojego &#380;ycia! Dbanie o ni&#261;, &#380;mudne nawi&#261;zywanie kontaktu, najpierw uczuciowego, potem s&#322;ownego, nauczenie jej a&#380; tylu rzeczy  nieosi&#261;galnych dla dzieci z tym stopniem choroby i z t&#261; tajemnicz&#261;, ciemn&#261; plamk&#261; w m&#243;zgu  przecie&#380; to nie jest pow&#243;d do kl&#281;ski, ale do dumy! Dlaczego zaniedba&#322;a dom, siebie, swoje zainteresowania i pasje, dlaczego?

Wszystko naprawi&#281;, postanowi&#322;a, czuj&#261;c, &#380;e wst&#281;puje w ni&#261; niezwyk&#322;a energia.

Taaaaaa  powiedzia&#322;a Myszka i wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;ce. Ewa poda&#322;a jej swoje. Nie wiedzia&#322;a, co znaczy to s&#322;owo, lecz instynktownie wyczu&#322;a, co powinna zrobi&#263;. Trzymaj&#261;c si&#281;, zatoczy&#322;y ko&#322;o, jedno, drugie, trzecie, a potem Ewa unios&#322;a w g&#243;r&#281; r&#281;k&#281; Myszki i kilkakrotnie obr&#243;ci&#322;a dziewczynk&#281;, wprawiaj&#261;c j&#261; w wiruj&#261;cy, taneczny ruch. Myszka za&#347;mia&#322;a si&#281; rado&#347;nie. Ewa schwyci&#322;a j&#261; teraz za r&#281;ce i obraca&#322;y si&#281; ju&#380; obie. A ogr&#243;d &#347;piewa&#322; im do rytmu. &#346;piewa&#322; g&#322;osami ptak&#243;w, szumem wiatru, cichn&#261;cym bzyczeniem owad&#243;w, szelestem li&#347;ci.

Mamy ogr&#243;d! Nasz w&#322;asny!  zawo&#322;a&#322;a do c&#243;rki.

Da  powiedzia&#322;a Myszka.

Co mam da&#263;?  za&#347;mia&#322;a si&#281;.

Da og  powiedzia&#322;a z powag&#261; Myszka.

No tak, kto&#347; da&#322; im ogr&#243;d, stwierdzi&#322;a Ewa, nie zastanawiaj&#261;c si&#281; nad sensem s&#322;&#243;w Myszki. Niew&#261;tpliwie darczy&#324;c&#261; by&#322; czas. Czas, kt&#243;ry ocali&#322; to miejsce. I czas, kt&#243;ry p&#322;yn&#261;&#322; w tym ogrodzie inaczej. Ewa nawet nie zauwa&#380;y&#322;a, kiedy zapad&#322;a g&#322;&#281;boka noc.

Musimy wraca&#263;. P&#243;&#378;no  powiedzia&#322;a do c&#243;rki, wci&#261;&#380; zdyszana od ta&#324;ca.  Jutro tu przyjdziemy.

Mamy wreszcie miejsce, w kt&#243;rym mo&#380;emy robi&#263;, co chcemy, i gdzie nikt nas nie zobaczy!

Stych  przypomnia&#322;a jej Myszka.

Ewa nie odezwa&#322;a si&#281;, ale pomy&#347;la&#322;a, &#380;e teraz, gdy odkry&#322;y ogr&#243;d, na pewno nie pozwoli, &#380;eby Myszka tkwi&#322;a godzinami w tym zakurzonym, dusznym i ciemnym pomieszczeniu. Jednak nie powiedzia&#322;a ani s&#322;owa.

W nocy, gdy Myszka ju&#380; spa&#322;a, Ewa cichutko wspi&#281;&#322;a si&#281; po schodach i zamkn&#281;&#322;a strych na klucz, kt&#243;ry schowa&#322;a w puszce po herbacie, wysoko, jak najwy&#380;ej, na szczycie kredensu.

Adam przewraca&#322; si&#281; w niewygodnym hotelowym &#322;&#243;&#380;ku, spocony, w&#347;ciek&#322;y i nieszcz&#281;&#347;liwy. Hotel by&#322; paskudny, najpodlejszej kategorii, lecz czego si&#281; mo&#380;na spodziewa&#263; po hotelu w takiej mie&#347;cinie? Dobrze, &#380;e w og&#243;le by&#322;. Niestety, okna by&#322;y zamkni&#281;te na g&#322;ucho i jak si&#281; okaza&#322;o po bli&#380;szym przyjrzeniu, zabite gwo&#378;dziami (zapewne zamki nie trzyma&#322;y i kto&#347; z personelu zabezpieczy&#322; je przed wiatrem).

W pokoju unosi&#322;y si&#281; wo&#324; st&#281;chlizny, nie wietrzonej po&#347;cieli i kwa&#347;ny od&#243;r papieros&#243;w, wypalonych przez setki dotychczasowych go&#347;ci. O ich liczbie &#347;wiadczy&#322;y wgniecenia w materacu, a zw&#322;aszcza g&#322;&#281;boki do&#322;ek, w kt&#243;ry si&#281; zapada&#322;. Brzydzi&#322; si&#281; tego &#322;&#243;&#380;ka  tak jak brzydzi&#322; si&#281; cudzych ubra&#324;, obcej po&#347;cieli, nie domytych talerzy w restauracjach, szklanek, z kt&#243;rych kto&#347; przed nim pi&#322;  i Myszki. W&#347;ciek&#322;y, zdj&#261;&#322; z &#322;&#243;&#380;ka koc, roz&#347;cieli&#322; na pod&#322;odze, na nim poduszk&#281; i ko&#322;dr&#281;, i wyci&#261;gn&#261;&#322; si&#281;.

Wizyta w szpitalu by&#322;a r&#243;wnie nieudana jak ta w domu starc&#243;w. Ju&#380; na wst&#281;pie, po jego pierwszych s&#322;owach, kobieta w recepcji spojrza&#322;a z ura&#380;onym zdumieniem:

Wypadek sprzed czterdziestu lat?! I chce pan znale&#378;&#263; dokumentacj&#281;? Tu, w naszym szpitalu?

Tu ich przywieziono  powiedzia&#322; Adam.

&#379;ywych czy martwych?  spyta&#322;a i Adam niejasno przeczu&#322;, &#380;e pyta raczej z ciekawo&#347;ci ni&#380; z ch&#281;ci udzielenia mu pomocy.

Nie wiem  odpar&#322; ponuro.

M&#243;wi pan o rodzicach i nie wie pan, jak zmarli?  zdziwi&#322;a si&#281; kobieta ze szczero&#347;ci&#261; cechuj&#261;c&#261; ludzi dobrych, lecz &#378;le wychowanych.

Wpadli na drzewo niedaleko szpitala. Jakie&#347; dwie&#347;cie metr&#243;w obok.

Wdowi D&#261;b  mrukn&#281;&#322;a kobieta.

Jak?  zdziwi&#322; si&#281; z kolei Adam.

M&#243;wi&#281;, &#380;e to na pewno by&#322; Wdowi D&#261;b. Tak nazywamy wielkie drzewo, obok kt&#243;rego musia&#322; pan przeje&#380;d&#380;a&#263;, ale pewnie nie zwr&#243;ci&#322; pan uwagi. Niegdy&#347; sta&#322;o przy samej drodze, ale drog&#281; wiele lat temu przesuni&#281;to. Za du&#380;o by&#322;o wypadk&#243;w. Mama opowiada&#322;a mi, jak to by&#322;o z tym drzewem  ci&#261;gn&#281;&#322;a kobieta z wyra&#378;nym o&#380;ywieniem.  Ono podobno ros&#322;o tak, &#380;e przy wi&#281;kszej pr&#281;dko&#347;ci trudno je by&#322;o omin&#261;&#263;. Wyrasta&#322;o tu&#380; za zakr&#281;tem. Gdy wypadk&#243;w by&#322;o coraz wi&#281;cej, kto&#347; zdecydowa&#322;, &#380;e nale&#380;y &#347;ci&#261;&#263; drzewo albo przesun&#261;&#263; drog&#281;. Wybrano to drugie wyj&#347;cie, bo Wdowi D&#261;b to zabytek przyrody

Wdowi D&#261;b?  powt&#243;rzy&#322; Adam.

Tylko za czas&#243;w mamy zdarzy&#322;o si&#281; tu z pi&#281;tna&#347;cie &#347;miertelnych wypadk&#243;w i drugie tyle katastrof, z kt&#243;rych ludzie cudem wyszli z &#380;yciem. Ju&#380; za czas&#243;w prababki wpadali na drzewo furmankami, saniami, a nawet konno. A jeszcze wcze&#347;niej kto wie, co by&#322;o wcze&#347;niej, skoro to drzewo ma ju&#380; z pi&#281;&#263;set lat? Na pewno to tu zgin&#281;li pana rodzice, bo now&#261; drog&#281; wytyczono jakie&#347; trzydzie&#347;ci lat temu.

Teraz, gdy okaza&#322;o si&#281;, &#380;e Adam m&#243;wi o jednej z tych tragedii, kt&#243;re podnieca&#322;y wyobra&#378;ni&#281; ma&#322;ego miasteczka, kobieta sta&#322;a si&#281; ch&#281;tna do rozmowy; zapewne ka&#380;dy wypadek komentowany by&#322; w tonie sensacji i pami&#281;tano go latami.

Czterdzie&#347;ci lat temu  zamrucza&#322;a pod nosem, szperaj&#261;c w pami&#281;ci.  Z przypadk&#243;w, kt&#243;re ja pami&#281;tam, d&#322;ugo m&#243;wiono o m&#322;odej parze, kt&#243;ra jecha&#322;a t&#281;dy w podr&#243;&#380; po&#347;lubn&#261;

To nie oni  uci&#261;&#322; Adam.

o m&#322;odym ch&#322;opaku, kt&#243;ry ukrad&#322; auto rodzicom, zabi&#322; siebie i, dwie dziewczyny

Adam westchn&#261;&#322;. Zanosi&#322;o si&#281; na d&#322;u&#380;sze wspomnienia.

i o parze z dzieckiem  dorzuci&#322;a zach&#281;caj&#261;co kobieta.

Oni jechali sami  stwierdzi&#322; oschle.  Ja zosta&#322;em w domu, z babci&#261;.

Czego tu szukali? Ani to wczasowisko, ani droga przelotowa  mrukn&#281;&#322;a kobieta, ale Adam milcza&#322;. On r&#243;wnie&#380; tego nie wiedzia&#322;.

Kobieta znowu wysila&#322;a pami&#281;&#263;.

Kto wie, czy starego archiwum nie przenie&#347;li do piwnicy. Mo&#380;e je zniszczyli, a mo&#380;e nie? Nie ma obowi&#261;zku trzyma&#263; tego tyle lat, ale Jadwiga mo&#380;e to przechowa&#322;a.

Jadwiga?  podchwyci&#322; Adam.

Nasza archiwistka. Przesz&#322;a na emerytur&#281;, ale zanim odesz&#322;a, zrobi&#322;a porz&#261;dek z papierami. Wie pan, ona zawsze by&#322;a akuratna Dzi&#347; ju&#380; takich nie ma  dorzuci&#322;a po namy&#347;le.

Dzi&#347; od tego s&#261; komputery  powiedzia&#322; Adam.

No  przytakn&#281;&#322;a bez entuzjazmu rozm&#243;wczyni.

A gdzie mam szuka&#263; tej pani Jadwigi?

Jadwig&#281;, starsz&#261; pani&#261; powy&#380;ej sze&#347;&#263;dziesi&#261;tki, rzeczywi&#347;cie zast&#261;pi&#322;y dwa komputery. Ale ona sama nadal pracowa&#322;a, prowadzi&#322;a w szpitalu niewielki bufet dla pracownik&#243;w i pacjent&#243;w.

Czterdzie&#347;ci lat, m&#243;wi pan  zamrucza&#322;a w zadumie.  To mia&#322;am wtedy jakie&#347; dwadzie&#347;cia trzy Wszystko pami&#281;tam. Widzi pan, tych co si&#281; rozbijali o Wdowi D&#261;b, zawsze zwozili do nas. Powiem panu, &#380;e ten szpital to zbudowali g&#322;&#243;wnie dlatego. Szpital i kostnic&#281;. Ufundowa&#322; je tutejszy dziedzic, jeszcze w dziewi&#281;tnastym wieku, i tak zosta&#322;o. Kostnica, a jak kto&#347; prze&#380;y&#322;, to renimka.

Adam podni&#243;s&#322; brwi, wi&#281;c Jadwiga zaraz wyja&#347;ni&#322;a:

Sala do reanimacji, tak na ni&#261; m&#243;wimy. Niekt&#243;rzy wychodz&#261; z niej do &#380;ycia, inni nogami do przodu W jakim kolorze by&#322;o to auto?  spyta&#322;a nagle po kobiecemu. Adam odpowiedzia&#322; bez namys&#322;u:

Zielone.

Przed oczami znowu mign&#261;&#322; mu ten widok: on, wychylony przez okno, trzymany za rami&#281; przez babci&#281;  i oni, z br&#261;zowym, kud&#322;atym psem, wsiadaj&#261;cy do zielonego samochodu. Mama macha&#322;a r&#281;k&#261; na po&#380;egnanie. Tak&#261; j&#261; zapami&#281;ta&#322;: w jasnej sukience, z rozwianymi w&#322;osami, z u&#347;miechem na zwr&#243;conej ku niemu twarzy i z r&#281;k&#261; na g&#322;owie psa. Nie wiedzia&#322;a, &#380;e ten jej u&#347;miech i ten gest r&#281;ki zastygn&#261; ju&#380; na zawsze na kliszy pami&#281;ci i &#380;e w tej pami&#281;ci ona ju&#380; nigdy nie wykona innego gestu.

Para ludzi, oko&#322;o trzydziestki?

Ojciec mia&#322; trzydzie&#347;ci cztery, ona trzydzie&#347;ci  powiedzia&#322;.

By&#322;a taka para, ale z dzieckiem. Ojciec i dziecko zgin&#281;li na miejscu, ona &#380;y&#322;a jeszcze ca&#322;y dzie&#324;. Bardzo si&#281; m&#281;czy&#322;a. Wci&#261;&#380; o nich pyta&#322;a.

To nie oni. Oni mieli tylko psa.

Pies m&#243;g&#322; uciec

Nie wiem, co si&#281; sta&#322;o z psem  powiedzia&#322;, troch&#281; zdziwiony, &#380;e pies zatar&#322; si&#281; w mrokach niepami&#281;ci. A przecie&#380; musia&#322; kocha&#263; go jako dziecko

Na usilne pro&#347;by Adama i po wsuni&#281;ciu w r&#281;k&#281; starej kobiety nowego banknotu bufet zosta&#322; zamkni&#281;ty i Jadwiga zesz&#322;a z nim do piwnicy. W wilgotnym, dusznym pomieszczeniu, obok ch&#322;odnych rur centralnego ogrzewania, na kt&#243;rych skrapla&#322;a si&#281; woda, le&#380;a&#322;y wielkie tekturowe pud&#322;a ze starymi kartotekami. Recepcjonistka nie k&#322;ama&#322;a. Pani Jadwiga by&#322;a akuratna. Na ka&#380;dym z pude&#322; wypisa&#322;a starannie odpowiedni rok, bez trudu wi&#281;c znale&#378;li to, w kt&#243;rym powinna le&#380;e&#263; dokumentacja dotycz&#261;ca rodzic&#243;w Adama. I le&#380;a&#322;a. W szarej teczce, obwi&#261;zanej sznurkiem.

Takie to zbutwia&#322;e, zawilg&#322;e  pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261; pani Jadwiga.  Cz&#322;owiek o to dba&#322;, sk&#322;ada&#322; wed&#322;ug alfabetu, przechowywa&#322; w teczkach, a oni do piwnicy Na zmarnowanie A tu co kartka to czyje&#347; &#380;ycie.

&#379;ycie rodzic&#243;w Adama skry&#322;o si&#281; na trzech kartkach, ale nazwisk tylko si&#281; mo&#380;na by&#322;o domy&#347;li&#263;.

ko&#324;czy si&#281; na icz, wi&#281;cby si&#281; zgadza&#322;o  powiedzia&#322;a niepewnie pani Jadwiga, patrz&#261;c na rozmazane atramentowe plamy.  Mama to by&#322;a Maria?

Tak  powiedzia&#322; Adam, wstrzymuj&#261;c oddech  Maria

Maria, kleks, icz  oto co z niej zosta&#322;o, pomy&#347;la&#322;.

Przywieziona o godzinie 13.40. Zmar&#322;a nast&#281;pnego dnia o 23.25.

Adam milcza&#322; i my&#347;la&#322; o godzinach, w czasie kt&#243;rych jego matka  przytomna? nie&#347;wiadoma?  le&#380;a&#322;a na &#322;&#243;&#380;ku w jednym z pokoi tego ma&#322;ego szpitala. Co czu&#322;a? Czy zd&#261;&#380;y&#322;a o nim pomy&#347;le&#263;? Czy zdawa&#322;a sobie spraw&#281; z tego, &#380;e umiera i nigdy go nie zobaczy? &#379;e go opuszcza? Zostawia samego? I &#380;e on ma tylko pi&#281;&#263; lat i rozpaczliwie jej potrzebuje?

A m&#243;wi&#322;am, &#380;e by&#322;y trzy osoby  przerwa&#322;a mu pani Jadwiga, kt&#243;ra w okularach na nosie analizowa&#322;a rozmazany przez wilgo&#263; jedyny &#347;lad po jego rodzicach, zamkni&#281;ty w trzech zbutwia&#322;ych kartkach.

Pan patrzy: tu s&#261; jeszcze dwie osoby i chyba obie o tym samym nazwisku? Ko&#324;c&#243;wka icz na drugiej kartce jest zamazana, ale zgadza si&#281; pierwsza litera. R, widzi pan? W jednym wypadku to by&#322; m&#281;&#380;czyzna i nawet mamy jego wiek: trzydzie&#347;ci cztery lata. A w drugim wiek si&#281; rozmaza&#322; Zaraz to te&#380; m&#281;&#380;czyzna. Albo dziecko? Dziecko p&#322;ci m&#281;skiej. Kto ich tam wie, jak akurat w rubryce wiek plama Ale obie osoby zmar&#322;y w tym samym czasie, i tu napisano, &#380;e wskutek wypadku. A &#380;e te trzy kartki s&#261; razem spi&#281;te, wi&#281;c wszystko pochodzi z tej samej katastrofy. Na pewno rodzina  ci&#261;gn&#281;&#322;a pani Jadwiga z niezrozumia&#322;ym dla Adama o&#380;ywieniem. Na jej twarz wyst&#261;pi&#322;y rumie&#324;ce, a na ustach pojawi&#322; si&#281; u&#347;miech. Uprzytomni&#322; sobie, &#380;e ona nie wspomina tych dramatycznych zgon&#243;w, lecz swoj&#261; m&#322;odo&#347;&#263;. Gdy jego rodzic&#243;w przywieziono do szpitala, ta sze&#347;&#263;dziesi&#281;cioparoletnia kobieta mia&#322;a dwadzie&#347;cia trzy lata. By&#322;a m&#322;oda, mo&#380;e &#322;adna, pe&#322;na nadziei i &#380;ycia. Przed jego rodzicami ju&#380; nie by&#322;o niczego  przed ni&#261; wszystko. Wi&#281;c u&#347;miecha&#322;a si&#281; teraz do wspomnie&#324;, patrz&#261;c na sterty zniszczonych, butwiej&#261;cych akt, kt&#243;rych Kiedy&#347; dotyka&#322;y jej m&#322;ode, g&#322;adkie d&#322;onie. Adam nie mia&#322; jej tego za z&#322;e- Ale sprostowa&#322; pomy&#322;k&#281;:

Nie mog&#322;o by&#263; ich troje.

Jednak tutaj jest tr&#243;jka  powt&#243;rzy&#322;a z uporem pani Jadwiga.

Adama nagle ol&#347;ni&#322;o:

Mogli wzi&#261;&#263; jakiego&#347; autostopowicza  zacz&#261;&#322;, a po chwili wyszepta&#322;:  A je&#347;li wpadli na drzewo, bo chcieli wymin&#261;&#263; przechodnia? Je&#347;li  urwa&#322; zmieszany.

je&#347;li przejechali go  doko&#324;czy&#322;a kobieta.  Pyta pan, co by by&#322;o wtedy, gdyby kogo&#347; przejechali? Czy przywieziono by ich razem do szpitala? Pewnie tak.

Ten kto&#347; m&#243;g&#322; by&#263; pijany m&#243;g&#322; wtargn&#261;&#263; na jezdni&#281;  powiedzia&#322; usprawiedliwiaj&#261;co Adam. Nie chcia&#322; nawet teraz, po tylu fatach, pogodzi&#263; si&#281; z my&#347;l&#261;, ze jego rodzice, sami ulegli wypadkowi, mogli r&#243;wnocze&#347;nie spowodowa&#263; czyja&#347; &#347;mier&#263;. W jego rozbiegane, rozgor&#261;czkowane my&#347;li wtargn&#261;&#322; trze&#378;wy g&#322;os pani Jadwigi:

Wiem tylko tyle, &#380;e by&#322;am sumienn&#261; urz&#281;dniczk&#261;. Nigdy bym nie podpi&#261;&#322; obcego do akt rodziny.

Niech pani spr&#243;buje sobie przypomnie&#263;  poprosi&#322; nagl&#261;co.

Chyba chyba &#380;e ten obcy nie mia&#322; dokument&#243;w i odruchowo wpi&#281;&#322;am go w kartotek&#281; pana ojca? No bo zgin&#281;li razem, w tym samym czasie, nie?

Adam westchn&#261;&#322;. To w zasadzie wszystko wyja&#347;nia&#322;o. Pijany lub lekkomy&#347;lny przechodzie&#324;, mo&#380;e dziecko, nag&#322;y, sp&#243;&#378;niony skr&#281;t kierownicy, potr&#243;jna &#347;mier&#263;, a w&#347;r&#243;d nich jedna przed&#322;u&#380;ona o wiele godzin m&#281;czarni, o strach o bliskich i fizyczny b&#243;l.

Mam nadziej&#281;, &#380;e by&#322;a nieprzytomna, pomy&#347;la&#322;.

By&#322; z nimi pies  przypomnia&#322; dla porz&#261;dku.

M&#243;g&#322; ocale&#263; i uciec. A zreszt&#261; kto by pisa&#322; o psie w powa&#380;nych szpitalnych aktach? Pies to pies  powiedzia&#322;a kobieta.

Niemal r&#243;wnocze&#347;nie z jej s&#322;owami Adamowi zakr&#281;ci&#322;y si&#281; w oczach &#322;zy. W absurdalny spos&#243;b wstrz&#261;sn&#281;&#322;a nim my&#347;l o oszala&#322;ym z przera&#380;enia psie, kt&#243;ry b&#322;&#261;dzi po nieznanej okolicy.

Szybko si&#281; opanowa&#322;, nie chc&#261;c, by urz&#281;dniczka dostrzeg&#322;a jego wzruszenie. Przypomnia&#322; sobie, po co jecha&#322; tyle godzin. Czy tylko po to, by ujrze&#263; miejsce, gdzie jego rodzice prze&#380;yli ostatnie chwile &#380;ycia?

Czy zrobiono sekcj&#281;?  spyta&#322;.

Mo&#380;e i tak, ale z tych kartek si&#281; nie dowiemy  powiedzia&#322;a pani Jadwiga.  Pan patrzy Same kleksy plamy albo tak wyblak&#322;e pismo, &#380;e si&#281; nie przeczyta.

Ale ja musz&#281; wiedzie&#263;!  zawo&#322;a&#322; gwa&#322;townie.

Co?  zdziwi&#322;a si&#281; urz&#281;dniczka.

Chc&#281; pozna&#263; ich geny, rodzinne choroby, wszystko, co mo&#380;na wywnioskowa&#263; z bada&#324; krwi, kt&#243;re na pewno kto&#347; im zrobi&#322;!

Po co to panu? Nie wystarczy, &#380;e umarli? I to w ten spos&#243;b?  spyta&#322;a kobieta.

Pani nic nie rozumie. I nie jest pani w stanie zrozumie&#263;  powiedzia&#322; z nie zamierzon&#261; arogancj&#261;.  &#379;yjemy ju&#380; w innych czasach ni&#380; te, o kt&#243;rych pani pami&#281;ta. Na podstawie drobnych, pozornie ma&#322;o znacz&#261;cych bada&#324; mo&#380;emy wywr&#243;&#380;y&#263; przysz&#322;o&#347;&#263; wielu pokole&#324;. Dzi&#347; mo&#380;na zrobi&#263; analiz&#281; krwi ma&#322;ej dziewczynki i na tej podstawie przewidzie&#263;, jakie dziecko urodzi za dwadzie&#347;cia lat Mo&#380;emy si&#281; dowiedzie&#263;, czy to dziecko za lat pi&#281;&#263;dziesi&#261;t zachoruje na alzheimera lub nowotw&#243;r, czy nie grozi mu op&#243;&#378;nienie w rozwoju lub inna genetyczna skaza. Mo&#380;emy nie dopu&#347;ci&#263;, &#380;eby  Adam urwa&#322;.

&#380;eby co?, pomy&#347;la&#322; nagle. &#379;eby jaka&#347; kobieta nigdy w &#380;yciu nie urodzi&#322;a dziecka, bo istnieje prawdopodobie&#324;stwo, &#380;e b&#281;dzie to dziecko z downem, z nowotworem, z niedorozwojem m&#243;zgu, z afazj&#261; mi&#281;&#347;ni?

Po co to panu  powt&#243;rzy&#322;a Jadwiga i Adam ujrza&#322;, &#380;e patrzy na niego ze wsp&#243;&#322;czuciem.

No tak Jej miejsce w dzisiejszych czasach by&#322;o ju&#380; tylko w tym n&#281;dznym, szpitalnym bufecie, a on pr&#243;bowa&#322; z ni&#261; rozmawia&#263; jak z przedstawicielem Homo sapiens na miar&#281; dwudziestego pierwszego wieku.

Wyblak&#322;e oczy emerytowanej urz&#281;dniczki patrzy&#322;y na niego z rosn&#261;c&#261; lito&#347;ci&#261;.

Wdowi D&#261;b stoi jakie&#347; dwie&#347;cie metr&#243;w od szpitala, ale ju&#380; nie przy drodze, tylko na &#322;&#261;ce. Zobaczy go pan na pierwszym zakr&#281;cie w lewo. Mo&#380;na tam podej&#347;&#263;, jest &#347;cie&#380;ka. Na drzewie przybito krzy&#380;. Dla upami&#281;tnienia tych, co zgin&#281;li. Okoliczni ludzie pal&#261; tam &#347;wiece w Dzie&#324; Zaduszny, a czasem i w inne dni. Niech pan idzie. Przecie&#380; po to pan jecha&#322; tyle kilometr&#243;w

Po to?, zdziwi&#322; si&#281;. Nie przyjecha&#322; tu, aby sta&#263; pod Wdowim D&#281;bem, ani nawet by pozna&#263; dziwn&#261; nazw&#281; tego pot&#281;&#380;nego, roz&#322;o&#380;ystego drzewa, kt&#243;remu rzeczywi&#347;cie nale&#380;a&#322;o si&#281; miano pomnika przyrody. A jednak p&#243;&#322; godziny p&#243;&#378;niej ju&#380; pod nim sta&#322;.

Jego wzrok w&#281;drowa&#322; po burej, grubej, chropawej korze pnia, szukaj&#261;c starych, dawno zabli&#378;nionych ran od uderze&#324; wielu ton &#380;elastwa. Nie znalaz&#322; jednak ani &#347;ladu, poza wyci&#281;tym sercem z czyimi&#347; inicja&#322;ami.

Kto&#347; tu umiera&#322;, a kto&#347; inny kocha&#322; si&#281; w cieniu tych ga&#322;&#281;zi, pomy&#347;la&#322;.

&#321;agodny, ciep&#322;y wiatr poruszy&#322; li&#347;&#263;mi i nagle wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e drzewo m&#243;wi do niego &#347;piewnym, cienkim g&#322;osem. Mama?, pomy&#347;la&#322;.

asio Adasio

Mamo  wyszepta&#322; nagle Adam, obj&#261;&#322; pie&#324; i zap&#322;aka&#322;. &#321;zy p&#322;yn&#281;&#322;y niekontrolowane i musia&#322;o to trwa&#263; d&#322;ugo, skoro poczu&#322; je na twarzy, na szyi, na r&#281;kach.

aaasio Adasio o&#263; o&#263;

Nie p&#322;aka&#322; tak od czas&#243;w, gdy przesta&#322; by&#263; dzieckiem. A przesta&#322; nim by&#263; bardzo wcze&#347;nie, gdy&#380; jak sam stwierdzi&#322;, dzie&#263;mi s&#261; tylko ci, kt&#243;rzy maj&#261; rodzic&#243;w  nawet gdy s&#261; ju&#380; doros&#322;ymi lud&#378;mi. On przesta&#322; by&#263; dzieckiem w wieku lat pi&#281;ciu, gdy babcia powiedzia&#322;a mu nienaturalnie spokojnym g&#322;osem:

Mama i tata nigdy nie wr&#243;c&#261;. P&#322;aka&#322; teraz d&#322;ugo, cho&#263; ju&#380; bez &#322;ez, a d&#261;b opowiada&#322; co&#347; w swojej niezrozumia&#322;ej, szeleszcz&#261;cej mowie.

O&#263;, o&#263; Bawimy si&#281;?asio, Adasio O&#263; o&#263;

To drzewo m&#243;wi do mnie dzieci&#281;cym g&#322;osem. Czy to m&#243;j g&#322;os, gdy mia&#322;em pi&#281;&#263; lat? I czy drzewa m&#243;wi&#261;?, pomy&#347;la&#322;, a drzewo wci&#261;&#380; szepta&#322;o, poruszaj&#261;c li&#347;&#263;mi:

O&#263; o&#263; Aaa&#347; O&#263;

Drzewa nie m&#243;wi&#261;  powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no i stanowczo do grubego, burego pnia, i drzewo zamilk&#322;o.

Adam cofn&#261;&#322; si&#281; o par&#281; krok&#243;w i podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;, by mu si&#281; przyjrze&#263;. By&#322;o pot&#281;&#380;ne. Zabi&#322;o tylu ludzi, a samo wci&#261;&#380; &#380;y&#322;o.

Nie czu&#322; &#380;alu do d&#281;bu. Pr&#281;dzej do tej trzeciej, obcej osoby, kt&#243;rej kart&#281; podpi&#281;to do ostatnich akt jego rodzic&#243;w. Osoba p&#322;ci m&#281;skiej (a mo&#380;e dziecko?), kt&#243;ra wtargn&#281;&#322;a pod samoch&#243;d jego rodzic&#243;w i

spowodowa&#322;a wypadek, doko&#324;czy&#322; w my&#347;lach, a jaki&#347; zimny, niezno&#347;nie logiczny g&#322;os powtarza&#322; mu w m&#243;zgu: albo jechali za szybko i zabili nie tylko siebie, ale i Bogu ducha winnego cz&#322;owieka. Prawdopodobnie dziecko.

Zrozumia&#322;, &#380;e nie chce wiedzie&#263;, jak by&#322;o naprawd&#281;. I ze po&#347;rednio wyja&#347;ni&#322;o si&#281;, dlaczego babcia nigdy nie chcia&#322;a rozmawia&#263; z nim o wypadku. Musia&#322;a wiedzie&#263;, ze wina le&#380;a&#322;a po ich stronie, i nie chcia&#322;a go obci&#261;&#380;a&#263; t&#261; straszn&#261; wiedz&#261;.

Zapad&#322;a noc i Adam le&#380;a&#322; bezsennie na pod&#322;odze okropnego hoteliku, przewracaj&#261;c si&#281; z boku na bok, spocony, z&#322;y i smutny.

Po choler&#281; tu przyjecha&#322;em  szepta&#322;, powtarzaj&#261;c to zdanie tak d&#322;ugo, wci&#261;&#380; na nowo, niemal licz ko&#324;ca, a&#380; wreszcie zasn&#261;&#322;.

W nocy przy&#347;ni&#322;a mu si&#281; Myszka, kt&#243;ra rozebra&#322;a si&#281; do naga na najbardziej ruchliwym skrzy&#380;owaniu miasta, ko&#322;o jego biurowca, i ta&#324;czy&#322;a w pokraczny, nieprzyzwoity spos&#243;b, nie&#347;wiadoma tego, co robi. Dooko&#322;a narasta&#322; korek tr&#261;bi&#261;cych zajadle, rozjuszonych jak byki czerwonych samochod&#243;w, a z okien wygl&#261;da&#322;y twarze podekscytowanych ludzi.

To pana c&#243;rka, panie prezesie?  pyta&#322; grzeczny g&#322;os jego asystentki.

Nie  odpar&#322; ch&#322;odno Adam.  Moje geny s&#261; czyste. Sprawdzi&#322;em je na Wdowim D&#281;bie.

Rano wsiad&#322; do samochodu i nawet nie jedz&#261;c &#347;niadania, ruszy&#322; w powrotn&#261; drog&#281;. Do domu.

Do domu?, zada&#322; sobie pytanie. Czy jeszcze jest gdzie&#347; m&#243;j dom?

I znowu u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e Myszka zabra&#322;a mu wszystko, co mia&#322;, wszystko, co tworzy&#322; i co budowa&#322; z tak&#261; pasj&#261; i optymizmem  i nic mu w zamian nie da&#322;a. Nic.



*


Ewa sprz&#261;ta&#322;a dom i &#347;piewa&#322;a. S&#322;ysz&#261;c w&#322;asny g&#322;os w tej lekkiej i pogodnej melodii, najpierw si&#281; zdziwi&#322;a. U&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e przez ostatnich dziewi&#281;&#263; lat nie zanuci&#322;a ani razu, cho&#263; wcze&#347;niej, przed narodzinami Myszki, &#347;piewa&#322;a przy lada okazji. Roze&#347;mia&#322;a si&#281; i zanuci&#322;a g&#322;o&#347;niej.

Wszystko posprz&#261;tam, wszystko naprawi&#281;, przywr&#243;c&#281; temu domowi &#322;ad i urod&#281;, pomy&#347;la&#322;a z nie znan&#261; sobie energi&#261;.

Wczoraj, w tym cudem ocala&#322;ym ogrodzie, zrozumia&#322;a, &#380;e &#380;y&#322;a z dnia na dzie&#324;, ju&#380; o poranku marz&#261;c o nocy, kt&#243;ra nieuchronnie przyjdzie i na kr&#243;tko pozwoli zapomnie&#263;, a w nocy daj&#261;c upust l&#281;kowi, &#380;e nie ma odroczenia od kolejnego dnia, podobnego kropla w kropl&#281; do tego, kt&#243;ry min&#261;&#322;. &#379;y&#322;a w beznadziejnym poczuciu uczciwie spe&#322;nianego obowi&#261;zku, kt&#243;ry spad&#322; na ni&#261; bez jej woli i kt&#243;rego dobrowolnie nigdy by na siebie nie wzi&#281;&#322;a. &#379;y&#322;a bez rado&#347;ci i bez poczucia sensu, cho&#263; ze &#347;wiadomo&#347;ci&#261; czystego sumienia.

Czyste sumienie to tak ma&#322;o, u&#347;wiadomi&#322;a sobie, stwierdzaj&#261;c ze zdumieniem, &#380;e je&#347;li czystemu sumieniu nie towarzysz&#261; mi&#322;o&#347;&#263; i rado&#347;&#263;, to wszystko przemienia si&#281; w gorycz i poczucie kl&#281;ski.

Wola &#380;ycia emanuj&#261;ca z ogrodu, jego uroda, zapach, przedziwna moc  kt&#243;re p&#322;yn&#281;&#322;y ku niej  zdemaskowa&#322;y pustk&#281;, kt&#243;ra j&#261; osaczy&#322;a. A przecie&#380; pustki nie powinno by&#263;  i w rzeczywisto&#347;ci nie by&#322;o. Przecie&#380; obok niej, z ni&#261;, w niej ca&#322;y czas by&#322;a Myszka. To Ewa nauczy&#322;a j&#261; chodzi&#263;, m&#243;wi&#263;, ubiera&#263; si&#281;, ostro&#380;nie stawia&#263; kubek, samodzielnie wyciera&#263; za&#347;linion&#261; buzi&#281;, sznurowa&#263; buty, je&#347;&#263;, ogl&#261;da&#263; ksi&#261;&#380;ki z obrazkami. Nauczy&#322;a j&#261; wszystkiego, co innym dzieciom przychodzi&#322;o z &#322;atwo&#347;ci&#261;, lecz im wi&#281;kszy by&#322; trud, jaki wk&#322;ada&#322;y w t&#281; nauk&#281;, tym wi&#281;ksza by&#322;a rado&#347;&#263; Ewy. I to ona, lwa, odbiera&#322;a codziennie ufny u&#347;miech c&#243;rki; to ona dawa&#322;a jej poczucie bezpiecze&#324;stwa i w zamian by&#322;a obdarzana mi&#322;o&#347;ci&#261;.

Przecie&#380; kocham Myszk&#281;, a ona kocha mnie! I powinnam si&#281; z tego cieszy&#263;, a pogr&#261;&#380;y&#322;am si&#281; w poczuciu beznadziei. Ale teraz wszystko naprawi&#281;. Wszystko. W domu. W sobie. Wsz&#281;dzie, my&#347;la&#322;a gor&#261;czkowo, i czyszcz&#261;c zastarza&#322;e plamy na herbacianej niegdy&#347; kanapie i na ongi&#347; kremowym dywanie, zeskrobuj&#261;c je ze sto&#322;u, z por&#281;czy schod&#243;w, pr&#243;buj&#261;c przywr&#243;ci&#263; domowi jego pogodn&#261; jasno&#347;&#263;.

Po raz pierwszy od d&#322;u&#380;szego czasu wyj&#281;&#322;a z gara&#380;u kosiark&#281; i nadal pogodnie nuc&#261;c, przystrzyg&#322;a trawnik przed domem. Spojrza&#322;a z dum&#261; na swoje dzie&#322;o i roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Taka prosta rzecz, a wszystko inaczej wygl&#261;da, stwierdzi&#322;a.

Myszka chodzi&#322;a za ni&#261; krok w krok, patrz&#261;c w skupieniu i z nieokre&#347;lonym niepokojem. &#379;ywio&#322;owa rado&#347;&#263; matki by&#322;a czym&#347; zbyt nowym, by mog&#322;a si&#281; jej udzieli&#263;. Drepta&#322;a za Ew&#261;, obserwuj&#261;c j&#261; czujnie i z niedobrym przeczuciem, &#380;e ta zmiana niekoniecznie dobrze wr&#243;&#380;y. Wreszcie uzna&#322;a, &#380;e przed t&#261; zmian&#261; trzeba si&#281; schowa&#263;. Nale&#380;y j&#261; przeczeka&#263; i zobaczy&#263;, co z tego wyniknie.

Stych  powiedzia&#322;a ufnie do matki.

Zmienno&#347;&#263; strychu by&#322;a dla niej czym&#347; naturalnym. Zmienno&#347;&#263; tego wszystkiego tu, na dole, by&#322;a niepokoj&#261;ca i nieprzewidywalna. On stwarza&#322; tam wszystko wci&#261;&#380; od nowa i od nowa, wi&#281;c oczekiwanie na kolejn&#261; zmian&#281; by&#322;o cz&#281;&#347;ci&#261; harmonii panuj&#261;cej w Ogrodzie. Zmiany na dole zbyt cz&#281;sto przynosi&#322;y niedobre zako&#324;czenia.

Stych  powt&#243;rzy&#322;a, ci&#261;gn&#261;c matk&#281; za r&#281;kaw. Ewa oderwa&#322;a si&#281; od porz&#261;dkowania p&#243;&#322;ek z ksi&#261;&#380;kami. Pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261; i powiedzia&#322;a usprawiedliwiaj&#261;co:

Nie, ju&#380; nie zostawi&#281; ci&#281; samej. By&#322;am egoistyczna, szuka&#322;am chwili spokoju i porzuca&#322;am ci&#281; na tym zakurzonym, ciemnym strychu. Teraz ju&#380; zawsze b&#281;dziemy razem. P&#243;jdziemy na spacer, do parku, gdzie tylko chcesz Nawet do supermarketu  doda&#322;a po namy&#347;le, gotowa stawi&#263; czo&#322;o wszystkim nachalnym, natr&#281;tnie zaciekawionym spojrzeniom.  Nie b&#281;d&#281; si&#281; wstydzi&#263;, przeciwnie, b&#281;d&#281; z ciebie dumna  ci&#261;gn&#281;&#322;a bardziej do siebie ni&#380; do dziewczynki, nie patrz&#261;c w jej stron&#281;. W tym momencie by&#322;a psychicznie gotowa nawet na to, by ubra&#263; Myszk&#281; w najlepsz&#261; sukienk&#281; i p&#243;j&#347;&#263; z ni&#261; do biura Adama.

Wesz&#322;abym i m&#243;wi&#322;abym ka&#380;demu z pracownik&#243;w: A to jest c&#243;rka waszego szefa, zachichota&#322;a na my&#347;l o ich spojrzeniach i za&#380;enowaniu Adama. Zrobi&#281; to, pomy&#347;la&#322;a z m&#347;ciw&#261;, gniewn&#261; pasj&#261;.

Nie zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e wyraz twarzy Myszki zmieni&#322; si&#281;, jej rysy st&#281;&#380;a&#322;y, &#380;e dziewczynka zaczerwieni&#322;a si&#281;, trac&#261;c oddech.

Mama chcia&#322;a jej zabra&#263; strych Marna zamierza&#322;a zakaza&#263; jej p&#243;j&#347;cia tam, gdzie ona, Myszka, mog&#322;a by&#263; sob&#261;; gdzie by&#322;a lekka szybka, zwinna; gdzie mog&#322;a ta&#324;czy&#263;. I gdzie jej oczekiwano. Myszka wyczuwa&#322;a, &#380;e ogr&#243;d to jedyne miejsce, gdzie kto&#347; naprawd&#281; cieszy si&#281; na jej widok. W&#261;&#380;, Kobieta, M&#281;&#380;czyzna, i wreszcie On. By&#322; wprawdzie niewidzialny, ale objawia&#322; si&#281; G&#322;osem. Budowa&#322; dla niej kolejny &#347;wiat, nie zawsze najpi&#281;kniejszy, ale natychmiast poprawia&#322; to, co zepsu&#322;. I ona, Myszka, mog&#322;a o tym wsp&#243;&#322;decydowa&#263;. Tu, na dole, nie umia&#322;a powstrzyma&#263; nieustannego biegu ojca, a w mi&#322;o&#347;ci matki instynktownie wyczuwa&#322;a brak rado&#347;ci. I tutaj nic si&#281; jej nie udawa&#322;o.

Stych  spr&#243;bowa&#322;a powiedzie&#263; jeszcze raz, ale bezsilno&#347;&#263; podesz&#322;a jej do gard&#322;a i zd&#322;awi&#322;a nie tylko oddech, ale s&#322;owa.

Poczu&#322;a, &#380;e musi nabra&#263; tchu  i wrzasn&#281;&#322;a. Wraz z powietrzem, kt&#243;re nap&#322;yn&#281;&#322;o do jej s&#322;abych p&#322;uc, z jej ust wydoby&#322;o si&#281; rozpaczliwe wycie.

Myszka wy&#322;a w straszliwy spos&#243;b, i by&#322;y to d&#378;wi&#281;ki, jakich Ewa jeszcze nie s&#322;ysza&#322;a. Zacz&#281;&#322;a uderza&#263; g&#322;ow&#261; o &#347;cian&#281;. Chcia&#322;a wyrzuci&#263; z wn&#281;trza g&#322;owy t&#281; okropn&#261; my&#347;l, &#380;e ju&#380; nigdy nie p&#243;jdzie na strych i nigdy nie zobaczy Ogrodu. Nie my&#347;la&#322;a o niczym innym, tylko o tym (upo&#347;ledzone dzieci obsesyjnie my&#347;l&#261; o jednej i tej samej rzeczy, a niezdolno&#347;&#263; jej wyartyku&#322;owania wywo&#322;uje u nich fal&#281; paniki i agresji).

Uderza&#322;a g&#322;ow&#261; tak mocno, z tak&#261; pasj&#261;, pe&#322;na l&#281;ku i gotowa do walki, &#380;e po kilku uderzeniach z jej czo&#322;a zacz&#281;&#322;a s&#261;czy&#263; si&#281; krew (agresja u dzieci upo&#347;ledzonych niezwykle cz&#281;sto przemienia si&#281; w autoagresj&#281;).

Myszka! Myszka!  krzycza&#322;a Ewa, nie rozumiej&#261;c, co si&#281; dzieje. W jej okrzyku najpierw by&#322;o zdumienie, strach, ale wkr&#243;tce do&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; gwa&#322;towna i pe&#322;na &#380;alu w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; (rodzice niepe&#322;nosprawnego dziecka musz&#261; kontrolowa&#263; swoje reakcje, gdy&#380; &#380;yj&#261;c w silnym stresie, obdarzaj&#261; je na przemian nadmiarem mi&#322;o&#347;ci, kt&#243;ra staje si&#281; wtedy uczuciem toksycznym, lub kompensuj&#261; sw&#243;j zaw&#243;d i poczucie krzywdy atakami gniewu. Tymczasem upo&#347;ledzone dziecko potrzebuje zachowa&#324; emocjonalnie wyr&#243;wnanych, po to aby mog&#322;o czu&#263; si&#281; bezpiecznie).

Wtedy gdy jestem gotowa odmieni&#263; dla niej &#380;ycie i cieszy&#263; si&#281; z jej istnienia, w&#322;a&#347;nie wtedy ona wszystko psuje!, pomy&#347;la&#322;a nagle z zimn&#261; furi&#261;.

Jej r&#281;ce niemal odruchowo schwyci&#322;y Myszk&#281;, i cho&#263; powstrzyma&#322;a j&#261; od dalszego bicia g&#322;ow&#261; w &#347;cian&#281;, to r&#243;wnocze&#347;nie zacz&#281;&#322;a ok&#322;ada&#263; dziewczynk&#281; mocnymi, gwa&#322;townymi uderzeniami. Ewa bi&#322;a c&#243;rk&#281; i wrzeszcza&#322;a w niepohamowanym, rozpaczliwym poczuciu &#380;alu:

To ja dla ciebie! A ty! Potworze! Grubasie! Poczwaro!

Z ust Ewy wymyka&#322;y si&#281; s&#322;owa brutalne, wulgarne, nienawistne. Po raz pierwszy od o&#347;miu lat odrzuci&#322;a wszelkie hamulce i wyrzuca&#322;a z siebie d&#322;ugo t&#322;umione negatywne uczucia, kt&#243;re tkwi&#322;y w niej r&#243;wnie mocno jak mi&#322;o&#347;&#263; do c&#243;rki.

Tylko Myszka k&#261;tem sko&#347;nych oczu dostrzeg&#322;a ojca stoj&#261;cego w drzwiach. Po raz pierwszy od d&#322;u&#380;szego czasu sta&#322; nieruchomo, a nie bieg&#322;, i patrzy&#322; teraz na nie z mieszanin&#261; zdumienia, wstr&#281;tu i bezradno&#347;ci.

Teraz podejdzie i mnie dotknie. We&#378;mie mnie na r&#281;ce i uratuje przed gniewem mamy, pomy&#347;la&#322;a Myszka z nadziej&#261;.

Adam wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;ce, schwyci&#322; rozszala&#322;&#261; Ew&#281; i odci&#261;gn&#261;&#322; od dziecka.

Ewa sta&#322;a przez chwil&#281; oszo&#322;omiona, z r&#281;kami uniesionymi w g&#243;r&#281;, wstrzymuj&#261;c oddech. Potem g&#322;o&#347;no wci&#261;gn&#281;&#322;a powietrze i zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;.

Maa Maaa  powiedzia&#322;a Myszka grubym g&#322;osem, czuj&#261;c, jak mi&#322;o&#347;&#263; do matki ro&#347;nie w niej r&#243;wnie gwa&#322;townie jak gniew Ewy.  Maaa  powt&#243;rzy&#322;a i przytuli&#322;a si&#281; do niej mocno. Po chwili ju&#380; obie p&#322;aka&#322;y, obj&#281;te ramionami; obie przera&#380;one i nie rozumiej&#261;ce tego, co si&#281; z nimi dzieje. Nie zauwa&#380;y&#322;y, &#380;e Adam odchodzi i zamyka za sob&#261; drzwi.

I sta&#322; si&#281; kolejny wiecz&#243;r dnia si&#243;dmego. I by&#322; to dzie&#324; odpoczynku jedynie z nazwy, gdy&#380; stwarzanie cz&#322;owieka odbywa&#322;o si&#281; z najwi&#281;kszym mozo&#322;em. Tym wi&#281;kszym, &#380;e nikt nigdy nie umia&#322; odpowiedzie&#263;, czy to jest dobre.



Dzie&#324; si&#243;dmy: Nic pod figowym li&#347;ciem

Myszka, znowu na strych?  spyta&#322;a Ewa z rezygnacj&#261;, a zarazem ulg&#261;, s&#322;ysz&#261;c, jak dziewczynka, st&#261;paj&#261;c z w&#322;a&#347;ciw&#261; sobie oci&#281;&#380;a&#322;o&#347;ci&#261;, wspina si&#281; po drewnianych schodach. Ka&#380;dy stopie&#324; skrzypia&#322; pod jej ci&#281;&#380;arem i to oddalaj&#261;ce si&#281; skrzypienie z wolna przywraca&#322;o Ewie spok&#243;j. Godzin&#281; temu wspi&#281;&#322;a si&#281; na krzes&#322;o i wyj&#281;&#322;a klucz z puszki po herbacie. Otworzy&#322;a drzwi strychu, a potem z ulg&#261; zbieg&#322;a na d&#243;&#322;.

Nie b&#281;d&#281; jej niczego zabrania&#263;, postanowi&#322;a. Niech b&#281;dzie, jak jest. Ka&#380;da pr&#243;ba zmiany jest w jej przypadku wy&#322;&#261;cznie zmian&#261; na gorsze. Ja te&#380; nie b&#281;d&#281; w sobie niczego zmienia&#263;. Mo&#380;e nawet ju&#380; nie umiem? Niech wi&#281;c to trwa.

U&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e dok&#322;adnie od tylu lat, ile liczy Myszka, nastawi&#322;a si&#281; wy&#322;&#261;cznie na przetrwanie.

Czy Myszka te&#380; my&#347;li tylko chwil&#261;, jak ja? Boj&#261;c si&#281; jutra? I czy w og&#243;le my&#347;li? Czy te&#380; jej doznania s&#261; obrazem? Melodi&#261;? Czuciem? A mo&#380;e s&#261; to tylko rozb&#322;yski &#347;wiat&#322;a w mrocznym chaosie?, my&#347;la&#322;a, id&#261;c do salonu.

Schody wci&#261;&#380; skrzypia&#322;y, zatem Myszka w&#281;drowa&#322;a na g&#243;r&#281;, gdzie jak zwykle utknie na wiele godzin. Ona za&#347;, Ewa, poczyta sobie pogodn&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;, nieuchronnie zmierzaj&#261;c&#261; do happy endu. Wszystkie takie ksi&#261;&#380;ki by&#322;y ilu siebie podobne, ale mia&#322;y jedn&#261; zalet&#281;: nie smuci&#322;y.

Co Myszka widzi w tym strychu, pomy&#347;la&#322;a po raz nie wiadomo kt&#243;ry, cho&#263; bez szczeg&#243;lnego zainteresowania. By&#322;o oczywiste, &#380;e na strychu nie ma nic ciekawego.

Myszka nie dziwi&#322;a si&#281;, &#380;e w Ogrodzie wci&#261;&#380; by&#322; dzie&#324;. Nigdy nie zapada&#322;a tu ciemna noc czy cho&#263;by szary zmierzch. Rozumia&#322;a, &#380;e noc i dzie&#324;, kt&#243;rych stwarzanie On pozwoli&#322; jej zobaczy&#263;, przynale&#380;a&#322;y do strefy do&#322;u. Do miejsca, w kt&#243;rym &#380;y&#322;a z mam&#261; i z przebiegaj&#261;cym przez dom ojcem. Tam spad&#322;y Jego gwiazdy, aby roz&#347;wietla&#263; mrok. Tu, w Ogrodzie, nie tylko ci&#261;gle by&#322; dzie&#324;, ale w dodatku by&#322; to stale ten sam &#347;wie&#380;y, rze&#347;ki poranek.

Dziewczynka zjad&#322;a jab&#322;ko i poczu&#322;a, jak jej cia&#322;o wzlatuje. Zjadanie jab&#322;ka nale&#380;a&#322;o ju&#380; do rytua&#322;u, tak pik taniec. Po buzi Myszki jeszcze sp&#322;ywa&#322; sok, z&#281;by prze&#380;uwa&#322;y ostatni k&#281;s owocu, ale cia&#322;o ju&#380; czu&#322;o porywaj&#261;c&#261; lekko&#347;&#263; i dr&#380;&#261;c z emocji, przygotowywa&#322;o si&#281; do szalonego piruetu. W ta&#324;cu Myszka najbardziej lubi&#322;a wirowanie, tak szybkie, &#380;e wszystkie kolory przestawa&#322;y si&#281; r&#243;&#380;ni&#263; i scala&#322;y w jeden t&#281;czowy blask. Uwielbia&#322;a na&#347;ladowa&#263; uginaj&#261;ce si&#281; na wietrze ga&#322;&#281;zie; jej ramiona wyci&#261;ga&#322;y si&#281; ku g&#243;rze, aby opa&#347;&#263; ku stopom, a ca&#322;e cia&#322;o by&#322;o wiotkie i elastyczne jak trzcina. Kiedy&#347; widzia&#322;a taki taniec w telewizorze: tancerki ubrane by&#322;y na bia&#322;o, w kr&#243;ciutkie, sztywno stercz&#261;ce sp&#243;dniczki, i Myszka wiedzia&#322;a bez s&#322;&#243;w, &#380;e s&#261; &#322;ab&#281;dziami. Ich cia&#322;a gi&#281;&#322;y si&#281; jak &#322;ab&#281;dzie szyje  w taki sam spos&#243;b, jak teraz gi&#281;&#322;o si&#281; cia&#322;o Myszki. Potem sfrun&#261;&#322; ku nim czarny &#322;ab&#281;d&#378;  najpi&#281;kniejsza tancerka, w r&#243;wnie pi&#281;knym, b&#322;yszcz&#261;cym czarnym stroju  i zawirowa&#322;. Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e unosi si&#281; w powietrzu, &#380;e fruwa jak prawdziwy ptak.

Teraz w Ogrodzie Myszka by&#322;a na przemian to bia&#322;ym, to czarnym &#322;ab&#281;dziem, wykonuj&#261;cym swoje pas na czubkach paluszk&#243;w lub szybuj&#261;cym jak ptak.

Ta&#324;cz&#261;c, Myszka zawsze s&#322;ysza&#322;a muzyk&#281;. Nie zna&#322;a nazwisk kompozytor&#243;w, kt&#243;rzy j&#261; stworzyli  tak jak On stwarza&#322; niebo i gwiazdy, zapewne nie znaj&#261;c ich nazw  ale wiedzia&#322;a, &#380;e jest to muzyka z pokoju taty; ta, kt&#243;ra dobiega&#322;a do niej zza grubo obitych drzwi gabinetu, przenika&#322;a przez &#347;ciany i wprawia&#322;a dziewczynk&#281; w szczeg&#243;lny trans. To ta muzyka, s&#322;yszana od czasu, gdy jeszcze raczkowa&#322;a po domu i dopiero uczy&#322;a si&#281; rozr&#243;&#380;nia&#263; d&#378;wi&#281;ki, tchn&#281;&#322;a w ni&#261; impuls do ta&#324;ca. I teraz Myszka, nic o tym nie wiedz&#261;c, ta&#324;czy&#322;a do muzyki Czajkowskiego. To Czajkowskiego wygrywa&#322;y wszystkie &#347;wierszcze, wy&#347;piewywa&#322;y ptaki, szumia&#322;y li&#347;cie drzew, a nawet brz&#281;cza&#322;y komary.

By&#322;a &#347;wiadoma, &#380;e W&#261;&#380;, jak zwykle, obserwuje j&#261; w trakcie ta&#324;ca, ale sprawia&#322;o jej to przyjemno&#347;&#263;. Mia&#322;a w nim widza uwa&#380;nego i &#380;yczliwego, kt&#243;ry nie ucieka&#322; juk lato, nie lekcewa&#380;y&#322; jej, jak niekiedy mama, widzia&#322; i rozumia&#322; wszystko.

Zako&#324;czy&#322;a sw&#243;j taniec g&#322;&#281;bokim uk&#322;onem, takim, jaki widzia&#322;a w telewizorze u prawdziwych tancerek. K&#322;ania&#322;a N si&#281; po kolei drzewom, krzewom, kwiatom, W&#281;&#380;owi  i niewidzialnemu Jemu, kt&#243;ry obdarzy&#322; j&#261; darem.

Potem ruszy&#322;a przed siebie. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e w Ogrodzie wsz&#281;dzie jest blisko i nie mo&#380;na si&#281; zgubi&#263;. Ogr&#243;d ima&#322; przecie&#380; tylko pocz&#261;tek, a ogranicza&#322; go niewidoczny ogon W&#281;&#380;a. Gdyby mia&#322;a zb&#322;&#261;dzi&#263; czy skr&#281;ci&#263; przez pomy&#322;k&#281; do innego &#347;wiata ni&#380; jej w&#322;asny lub do Ogrodu zamieszkanego przez inne istoty  w kt&#243;rym On nie przewidzia&#322; dla niej miejsca  by&#322;a pewna, &#380;e W&#261;&#380; w odpowiedniej chwili leciutko uderzy j&#261; p&#322;askim &#322;bem i zawr&#243;ci na w&#322;a&#347;ciw&#261; &#347;cie&#380;k&#281;. Ale dziewczynka nie chcia&#322;a szuka&#263; innych &#347;cie&#380;ek ni&#380; te, kt&#243;re by&#322;y dla niej wytyczone.

Kobieta i M&#281;&#380;czyzna znajdowali si&#281; w tym samym miejscu co poprzednio, w pobli&#380;u strumienia, a strumie&#324; p&#322;yn&#261;&#322; leniwie, gdy&#380; najprawdopodobniej kr&#281;ci&#322; si&#281; w k&#243;&#322;ko. Nigdy nie zdo&#322;a&#322; rozwin&#261;&#263; si&#281; w rzek&#281;. Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e rzeka jest pomi&#281;dzy: pomi&#281;dzy strumieniem a morzem lub strumieniem a inn&#261; rzek&#261;. Rzeka nie by&#322;a Pocz&#261;tkiem, lecz &#346;rodkiem, wi&#281;c nie mog&#322;o jej by&#263; w Ogrodzie. Kobieta i M&#281;&#380;czyzna te&#380; byli tylko Pocz&#261;tkiem Kobiety i M&#281;&#380;czyzny. Ale to nie by&#322; najlepszy Pocz&#261;tek  Barbie i Ken  bowiem Myszka wiedzia&#322;a, jaki jest ich &#346;rodek: szafa pe&#322;na ubra&#324;.

Zostawi&#261; po sobie tylko szaf&#281;?, zamy&#347;li&#322;a si&#281;.

Podesz&#322;a bli&#380;ej, ale skry&#322;a si&#281; za drzewo. Chcia&#322;a przyjrze&#263; si&#281; Kobiecie i M&#281;&#380;czy&#378;nie, sprawdzi&#263;, czy i rzeczywi&#347;cie nie ma &#380;adnych r&#243;&#380;nic mi&#281;dzy nimi a Barbie i Kenem. Ju&#380; pierwsze uwa&#380;ne spojrzenie wywo&#322;a&#322;o na jej twarzy rumieniec. Odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281; i zagryz&#322;a wargi. To, co zobaczy&#322;a, by&#322;o niezgodne z tym, co powinno by&#322;o by&#263;, i niew&#261;tpliwie by&#322;o nieprzyzwoite. Tymczasem Kobieta dostrzeg&#322;a j&#261; swymi okr&#261;g&#322;ymi, b&#322;&#281;kitnymi oczami:

Widz&#281; ci&#281; zza tamtego drzewa. Dlaczego si&#281; chowasz? I odwracasz g&#322;ow&#281;? Czy jestem a&#380; tak brzydka, &#380;e nie mo&#380;esz na mnie patrzy&#263;?  spyta&#322;a z niepokojem.

Ona my&#347;li tylko o wygl&#261;dzie, jak Barbie, skonstatowa&#322;a z niech&#281;ci&#261; Myszka.

Nie mog&#281; na was patrze&#263;  wyzna&#322;a wreszcie. Nie umia&#322;a k&#322;ama&#263;, ale nie chcia&#322;a m&#243;wi&#263; prawdy. Wyjawienie im, &#380;e s&#261; Barbie i Kenem, by&#322;o, jej zdaniem, tak&#380;e nieprzyzwoite.  Nie mog&#281; na was patrzy&#263;, ale nie dlatego, &#380;e jeste&#347;cie brzydcy. Przeciwnie, jeste&#347;cie zbyt &#322;adni  doda&#322;a szybko, aby pozosta&#263; wobec nich uczciw&#261;, lecz nie powiedzie&#263; wszystkiego.

To dlaczego odwracasz od nas wzrok?  zdziwi&#322; si&#281; M&#281;&#380;czyzna. On tak&#380;e spostrzeg&#322;, &#380;e spojrzenie dziewczynki w&#281;druje wsz&#281;dzie, byle nie w ich stron&#281;. A co zerknie ku nim, to odwraca g&#322;ow&#281;, udaj&#261;c zainteresowanie drzewami, traw&#261; lub nieskazitelnym b&#322;&#281;kitem. M&#281;&#380;czyzn&#281; zdenerwowa&#322;o to podw&#243;jnie: zaobserwowa&#322; to p&#243;&#378;niej ni&#380; Kobieta, co odczu&#322; jako pora&#380;k&#281;. I mia&#322; niejasne przekonanie, &#380;e we wszystkim powinien by&#263; lepszy ni&#380; Kobieta, gdy&#380; On stworzy&#322; go pierwszym. Kobieta rozumowa&#322;a podobnie: On stworzy&#322; j&#261; drug&#261;, wi&#281;c niew&#261;tpliwie musia&#322;a by&#263; lepsza od M&#281;&#380;czyzny. Za drugim razem pope&#322;nia si&#281; przecie&#380; mniej b&#322;&#281;d&#243;w. A mimo to oboje nie podobali si&#281; tej dziewczynce.

Co ci si&#281; w nas nie podoba?  spyta&#322; M&#281;&#380;czyzna po d&#322;ugim namy&#347;le.

On my&#347;li tak jak ja na dole. Jego my&#347;li nie mog&#261; dogoni&#263; oczu, stwierdzi&#322;a Myszka.

To nie tak Podobacie mi si&#281;. Ja tylko wstydz&#281; si&#281; na was patrzy&#263;  powiedzia&#322;a niech&#281;tnie.

Dlaczego?  zdziwi&#322;a si&#281; Kobieta.

Nnnie wiem  sk&#322;ania&#322;a. Ale W&#261;&#380; ju&#380; zsun&#261;&#322; si&#281; z drzewa i dmuchn&#261;&#322; jej w kark, sycz&#261;c:

Ssspr&#243;buj im to powiedzie&#263;

Myszka milcza&#322;a. Nie mia&#322;a pewno&#347;ci, czy On by tego chcia&#322;. Stwarzaj&#261;c Kobiet&#281; i M&#281;&#380;czyzn&#281; takimi, jacy byli, zapewne wierzy&#322; w ich doskona&#322;o&#347;&#263;. Wzi&#261;&#322; ich obraz z jej g&#322;owy, nie wiedz&#261;c, &#380;e obraz ten znalaz&#322; si&#281; tam tylko przypadkiem, za spraw&#261; taty. W dodatku Myszka zastanawia&#322;a si&#281;, czy to, czego im brakuje, nie jest jednak dowodem doskona&#322;o&#347;ci. By&#263; mo&#380;e istnienie tego jest przyczyn&#261; wielu problem&#243;w

M&#243;w  ponagli&#322; W&#261;&#380;, a Kobieta i M&#281;&#380;czyzna patrzyli na ni&#261; wyczekuj&#261;co. Niema pro&#347;ba w oczach Kobiety poruszy&#322;a Myszk&#281;, bo ciekawo&#347;&#263; i &#380;al zmieni&#322;y wyraz jej emaliowanych, b&#322;&#281;kitnych oczu. W pustym, pozbawionym g&#322;&#281;bi b&#322;&#281;kicie b&#322;ysn&#281;&#322;o malutkie &#347;wiate&#322;ko. Powiem, zdecydowa&#322;a.

Wstydz&#281; si&#281;, bo gdy nas was patrz&#281;, to widz&#281;, &#380;e nic tam nie macie  szepn&#281;&#322;a cichutko.

Gdzie?  spyta&#322; zdziwiony M&#281;&#380;czyzna, ale Kobieta ju&#380; opuszcza&#322;a g&#322;ow&#281;, aby zbada&#263; wskazane przez Myszk&#281; miejsce.

A co mamy tam mie&#263;?  spyta&#322;a z irytacj&#261;.

Nie wiem  wyzna&#322;a Myszka.  Ale to, co tam macie, a raczej to, czego nie macie, jest nieprzyzwoite i nie chc&#281; na to patrzy&#263;.

Dlaczego?  spyta&#322; M&#281;&#380;czyzna.

Bo to jest Nic  odpar&#322;a i odetchn&#281;&#322;a z ulg&#261;, &#380;e ma to za sob&#261;.

M&#281;&#380;czyzna siedzia&#322; nieruchomo, z pos&#281;pn&#261; min&#261;, lecz w oczach Kobiety znowu co&#347; zaiskrzy&#322;o:

Chc&#281; wiedzie&#263;, co powinnam tam mie&#263;!  zawo&#322;a&#322;a z gniewem.

Myszka zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e gdy Kobieta si&#281; gniewa, jej podobie&#324;stwo do Barbie maleje. Ale w odpowiedzi na okrzyk Kobiety umia&#322;a tylko wzruszy&#263; ramionami. To, co widzia&#322;a u mamy w &#322;azience, ogl&#261;da&#322;a zbyt kr&#243;tko, aby opisa&#263;. Nie s&#261;dzi&#322;a zreszt&#261;, &#380;e opis co&#347; pomo&#380;e.

Zatem to, co tam mamy, jest nieprzyzwoite  powt&#243;rzy&#322; M&#281;&#380;czyzna po kolejnym d&#322;ugim namy&#347;le.

To czego tam nie macie  poprawi&#322;a go Myszka.

W&#261;&#380;, zaciekawiony rozmow&#261;, koleba&#322; si&#281; na boki, poruszaj&#261;c rytmicznie p&#322;askim &#322;bem. Kobieta nie namy&#347;la&#322;a si&#281; tak d&#322;ugo jak M&#281;&#380;czyzna.

Mo&#380;emy to Nic czym&#347; przys&#322;oni&#263;! Czy wtedy b&#281;dziesz na nas patrzy&#263;?  spyta&#322;a.

Tak!  o&#380;ywi&#322;a si&#281; Myszka.  To przecie&#380; jasne! Musicie znale&#378;&#263; jakie&#347; ubranie!

No i zaczyna si&#281;, uprzytomni&#322;a sobie z niepokojem. Zaraz b&#281;dzie szafa z ubraniami

A jednak wola&#322;a Barbie ubran&#261; ni&#380; nag&#261;. Go&#322;&#261; Barbie tam, na dole, przenosi&#322;a wci&#261;&#380; z miejsca na miejsce, maj&#261;c nadziej&#281;, &#380;e zniknie. Lub &#380;e mama j&#261; wyrzuci. Ale Barbie na dole nie znika&#322;a  podobnie jak Kobieta w Ogrodzie. Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e Barbie s&#261; wszechobecne i niezniszczalne.

Czy ubranie to co&#347;, co przys&#322;ania Nic?  spyta&#322; wolno M&#281;&#380;czyzna, lecz Kobieta ju&#380; rozgl&#261;da&#322;a si&#281; po Ogrodzie. Po chwili wsta&#322;a i si&#281;gn&#281;&#322;a po li&#347;&#263; jab&#322;oni.

Za ma&#322;y?  spyta&#322;a.

Troch&#281; ma&#322;y  przymkn&#281;&#322;a niepewnie Myszka. Skoro li&#347;&#263; mia&#322; przykry&#263; Nic, jego wielko&#347;&#263; by&#322;a istotna.

Najwi&#281;kszy w Ogrodzie jest li&#347;&#263; figi  stwierdzi&#322; M&#281;&#380;czyzna.

Myszka musia&#322;a przyzna&#263;, &#380;e cho&#263; M&#281;&#380;czyzna my&#347;li wolniej ni&#380; Kobieta, to cz&#281;&#347;ciej zdarza mu si&#281; trafi&#263; w sedno. On tymczasem ju&#380; szed&#322; ku drzewu.

Czy tak jest dobrze?  spyta&#322;a Kobieta, gdy ka&#380;de z nich zakry&#322;o Nic du&#380;ym i mi&#281;sistym li&#347;ciem.

Wssssspaniale  zasycza&#322; W&#261;&#380;, zanim Myszka zd&#261;&#380;y&#322;a przytakn&#261;&#263;. Dziewczynka mia&#322;a uczucie, &#380;e W&#261;&#380; doskonale si&#281; bawi, ale najbardziej roz&#347;miesza go figiel, jaki Mu robi. Skoro On stworzy&#322; Kobiet&#281; i M&#281;&#380;czyzn&#281; bez figowych li&#347;ci, ca&#322;kiem nagich, zapewne musia&#322; mie&#263; w tym jaki&#347; cel.

No, teraz ju&#380; mo&#380;esz na nas patrzy&#263;  powiedzia&#322;a Kobieta. &#322;

Mog&#281;  przyzna&#322;a dziewczynka. Patrzenie na Nic by&#322;o czym&#347; bardzo m&#281;cz&#261;cym. Za to Nic pod ligowym li&#347;ciem wygl&#261;da&#322;o interesuj&#261;co. Dziewczynka ze zdumieniem odkry&#322;a, &#380;e Nic, je&#347;li jest zakryte, mo&#380;e wzbudzi&#263; ciekawo&#347;&#263;. W&#261;&#380; zachichota&#322; i zrozumia&#322;a, &#380;e &#347;mieje si&#281; do jej my&#347;li.

Teraz ju&#380; mo&#380;esz z nami rozmawia&#263;  rzek&#322; M&#281;&#380;czyzna.

bo troch&#281; si&#281; nudzimy  dorzuci&#322;a Kobieta.

Myszka jednak czu&#322;a, &#380;e do rozmowy nadal czego&#347; brakuje. My&#347;la&#322;a chwil&#281;, zn&#243;w zauwa&#380;aj&#261;c, &#380;e jej my&#347;li w Ogrodzie biegn&#261; niemal tak szybko jak s&#322;owa, a czasem nawet szybciej, i o&#347;wiadczy&#322;a:

Jeszcze nie mo&#380;emy rozmawia&#263;. Nie wiem, jak si&#281; do was zwraca&#263;.

Czy to jest wa&#380;ne w rozmowie?  zainteresowa&#322; si&#281; M&#281;&#380;czyzna.

Wa&#380;ne. Musz&#281; zna&#263; wasze imiona. Ja jestem Myszka  oznajmi&#322;a.

W&#261;&#380; znowu zachichota&#322;, najwyra&#378;niej zadowolony.

Dlaczego nie mamy imion?  spyta&#322;a z pretensj&#261; Kobieta, zwracaj&#261;c si&#281; nie wiadomo do kogo: do M&#281;&#380;czyzny? Do W&#281;&#380;a? Do Niego?

My&#347;l&#281;, &#380;e z imionami nie ma k&#322;opotu  powiedzia&#322;a Myszka.  Mo&#380;ecie sobie wybra&#263; takie, jakie si&#281; wam podobaj&#261;.

Nie znam &#380;adnych imion, wi&#281;c sk&#261;d mam wiedzie&#263;, kt&#243;re jest &#322;adne?  obruszy&#322;a si&#281; Kobieta.

Tak, nie znamy &#380;adnych imion  przytakn&#261;&#322; M&#281;&#380;czyzna.

Ona je zna  podpowiedzia&#322; us&#322;u&#380;nie W&#261;&#380;, wskazuj&#261;c &#322;ebkiem na Myszk&#281;.

Wi&#281;c daj mi imi&#281;  poprosi&#322;a Kobieta.

I mnie te&#380;  do&#322;&#261;czy&#322; M&#281;&#380;czyzna.

Myszka nie wiedzia&#322;a, jakie imiona dla nich wybra&#263;. Odruchowo chcia&#322;a powiedzie&#263; Barbie i Ken, ale pomy&#347;la&#322;a, &#380;e to ich obrazi. W telewizorze s&#322;ysza&#322;a r&#243;&#380;ne dziwaczne imiona: Esmeralda, Emanuela, And&#380;elika, Patryk, lecz &#380;adne jej si&#281; nie podoba&#322;o. Naprawd&#281; zna&#322;a tylko dwa imiona.

Ty b&#281;dziesz Ew&#261;, a on Adamem  oznajmi&#322;a.

Co za pomyssss&#322;owo&#347;&#263;!  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

Te&#380; mi si&#281; podobaj&#261;  stwierdzi&#322;a Kobieta, a M&#281;&#380;czyzna skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; twierdz&#261;co.

Ewa  powiedzia&#322;, patrz&#261;c na Kobiet&#281; tak, jakby wraz z imieniem na nowo j&#261; odkry&#322;.

Adam  rzek&#322;a ona, a Myszka po raz pierwszy us&#322;ysza&#322;a w jej g&#322;osie nik&#322;y &#347;lad czu&#322;o&#347;ci. By&#263; mo&#380;e uczucie musi mie&#263; jakie&#347; imiona, pomy&#347;la&#322;a.

Teraz gdy nada&#322;a&#347; im imiona, ssstworzy&#322;a&#347; ich po raz wt&#243;ry  ostrzeg&#322; W&#261;&#380;. Dziewczynka spojrza&#322;a na mego niespokojnie, ale nic nie powiedzia&#322;a. Nie wiedzia&#322;a, co mog&#322;aby powiedzie&#263;.

Nagle ca&#322;y Ogr&#243;d wstrzyma&#322; oddech i rozleg&#322; si&#281; jego pot&#281;&#380;ny, hucz&#261;cy G&#322;os:

CZY TO JEST DOBRE

Echo Jego w&#261;tpliwo&#347;ci ugodzi&#322;o tym razem w dziewczynk&#281; i zabola&#322;o. Czu&#322;a si&#281; winna, zw&#322;aszcza &#380;e wci&#261;&#380; nic wiedzia&#322;a, co powiedzie&#263;.

Tymczasem Kobieta z M&#281;&#380;czyzn&#261; bawili si&#281; swoimi imionami.

Adam  powtarza&#322;a &#347;piewnie ona, wk&#322;adaj&#261;c w to coraz wi&#281;cej r&#243;&#380;nych uczu&#263;, jakby poznaj&#261;c nie znane sobie mo&#380;liwo&#347;ci: imi&#281; jako pieszczota, oboj&#281;tno&#347;&#263;, gniew, t&#281;sknota, mi&#322;o&#347;&#263;, nienawi&#347;&#263;. Imi&#281; jako dotyk. Imi&#281; jako cios. Imi&#281; jako narodziny. Imi&#281; jako &#347;mier&#263;. Myszka razem z Ew&#261; poznawa&#322;a r&#243;&#380;ne mo&#380;liwo&#347;ci imion i ros&#322;o w niej zdumienie. By&#322;a to ca&#322;kiem nowa wiedza.

Ewa  odpowiada&#322; M&#281;&#380;czyzna, odkrywaj&#261;c, &#380;e samym brzmieniem g&#322;osu mo&#380;na wyrazi&#263; a&#380; tyle znacze&#324;.

Adam

Ewa

Wyssstarczy  powiedzia&#322; nagle W&#261;&#380; do Myszki.  Wtr&#261;ci&#322;a&#347; Mu si&#281; w ssstwarzanie, ale teraz ju&#380; sssobie ul&#380;. No, id&#378;, id&#378;, bo ka&#380;da zmiana potrzebuje troch&#281; sssamotno&#347;ci Tylko wr&#243;&#263;, p&#243;ki trwa dzie&#324; si&#243;dmy, bo w &#243;sssmym b&#281;dzie za p&#243;&#378;no.

Popchn&#261;&#322; j&#261; leciutko i sama nie wiedzia&#322;a, kiedy ani lak znalaz&#322;a si&#281; na strychu. Mia obudzi&#322; si&#281; z g&#322;&#281;bokiego Miu, otworzy&#322; &#347;lepia i zamrucza&#322;.

Mia  powiedzia&#322;a Myszka grubym, be&#322;kotliwym g&#322;osem i nagle zat&#281;skni&#322;a do muzyki, jak&#261; mo&#380;na wydoby&#263; z siebie jednym kr&#243;tkim s&#322;owem. Ale tu, na dole, ta sztuka by&#322;a dla niej niedost&#281;pna. Gdyby umia&#322;a &#347;piewnie, z ca&#322;&#261; gam&#261; uczu&#263; powiedzie&#263; tatusiu  tak jak Kobieta wymawia&#322;a imi&#281; M&#281;&#380;czyzny  tato na pewno by si&#281; zatrzyma&#322; cho&#263;by na chwil&#281;. Stan&#261;&#322;by przy niej i spyta&#322;: S&#322;ucham ci&#281;, Myszko I s&#322;ucha&#322;by naprawd&#281;.

O&#263;, o&#263;, Mia  powiedzia&#322;a, czuj&#261;c wszystkie ograniczenia swojego j&#281;zyka, swego cia&#322;a i umys&#322;u.

I sta&#322; si&#281; kolejny wiecz&#243;r dnia si&#243;dmego, dnia odpoczynku, w kt&#243;rym okaza&#322;o si&#281;, &#380;e Nic mo&#380;e by&#263; bardziej k&#322;opotliwe ni&#380; Co&#347;.



Dzie&#324; si&#243;dmy: grzech

Gdy Ewa z Myszk&#261; wesz&#322;y nazajutrz do ogrodu za domem  zasta&#322;y tylko chwasty, perz i zwi&#281;dni&#281;te, wysuszone str&#261;ki. Kwiaty znik&#322;y. Ich zapach rozwia&#322; si&#281; w powietrzu, ust&#281;puj&#261;c miejsca md&#322;ej woni zgnilizny.

To niemo&#380;liwe! Mia&#322;am omamy?  powiedzia&#322;a zdumiona Ewa.  By&#322;am pewna, &#380;e wczoraj wieczorem by&#322; tu prawdziwy ogr&#243;d

Bo by&#322;, pomy&#347;la&#322;a Myszka. On nam go da&#322;. Ale do jego piel&#281;gnacji potrzebna by&#322;a mi&#322;o&#347;&#263;, a nie gniew.

Ta my&#347;l nie przebieg&#322;a jej przez g&#322;ow&#281; g&#322;adko i szybko, jak tata, gdy przemyka&#322; przez dom, ale mozolnie wspina&#322;a si&#281; po stromych i nier&#243;wnych schodkach jej umys&#322;u. Utyka&#322;a w zau&#322;kach, wpada&#322;a w czarne dziury, w kt&#243;rych czas sta&#322; w miejscu, rozpryskiwa&#322;a si&#281; jak mydlana ba&#324;ka i dobrn&#281;&#322;a do ko&#324;ca jako nie wypowiedziane domniemanie.

Ooog byyyu  powiedzia&#322;a be&#322;kotliwie. Ewa jednak ci&#261;gn&#281;&#322;a dalej, zas&#322;uchana bardziej w siebie ni&#380; w c&#243;rk&#281;:

albo to ja psuj&#281; wszystko, czego dotkn&#281;.

Wraz ze &#347;mierci&#261; ogrodu znowu ogarn&#281;&#322;o j&#261; beznadziejne uczucie zm&#281;czenia i strach przed my&#347;leniem w perspektywie dalszej ni&#380; nast&#281;pny dzie&#324;. W tajemniczy spos&#243;b ten prawdziwy, &#380;ywy ogr&#243;d, kt&#243;ry przetrwa&#322; tyle lat, wci&#261;&#380; pi&#281;kniej&#261;c, dawa&#322; nadziej&#281; na to, &#380;e co&#347; si&#281; odmieni. Znikni&#281;cie ogrodu odebra&#322;o t&#281; nadziej&#281;.

Niech si&#281; zmieni cho&#263;by na gorsze, byle w og&#243;le przysz&#322;a zmiana, pomy&#347;la&#322;a z rozpacz&#261;, ci&#261;gn&#261;c Myszk&#281; z powrotem w stron&#281; domu.

Zamkn&#281;&#322;a furtk&#281; i skr&#281;ci&#322;a za mur. Nagle zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e przed ich bram&#261; stoj&#261; dwie obce kobiety.

&#346;wiadkowie Jehowy, stwierdzi&#322;a odruchowo, wiedz&#261;c, &#380;e wyznawcy tej religii chodz&#261; po domach zawsze dw&#243;jkami i &#380;e najcz&#281;&#347;ciej s&#261; to kobiety. Ju&#380; niejeden raz m&#243;wi&#322;a im, przez zamkni&#281;te drzwi, by sobie posz&#322;y, lub s&#322;ucha&#322;a w milczeniu cytat&#243;w z Biblii.

A teraz mia&#322;a je przed sob&#261;. Nieznajome sta&#322;y pomi&#281;dzy ni&#261; a upragnionymi drzwiami. I patrzy&#322;y na Myszk&#281;. Patrzy&#322;y tym najgorszym z mo&#380;liwych spojrze&#324;: zach&#322;annie ciekawym, &#322;apczywie dociekliwym. Nie spuszcza&#322;y z niej wzroku. Ew&#281; ogarn&#261;&#322; niepok&#243;j. Przypadkowi obserwatorzy na og&#243;&#322; uciekali spojrzeniem, zw&#322;aszcza gdy popatrzy&#322;a na nich wrogo i agresywnie, lub udawali, &#380;e odmienno&#347;&#263; Myszki jest czym&#347;, co ich w og&#243;le nie obchodzi.

Prosz&#281; odej&#347;&#263;, to prywatna posesja  powiedzia&#322;a z determinacj&#261;.

Ale my w tej sprawie  powiedzia&#322;a starsza z kobiet, wykonuj&#261;c r&#281;k&#261; nieokre&#347;lony ruch, tak jakby ogarnia&#322;a nim nie tylko Ew&#281;, ale i jej c&#243;rk&#281;.

Mo&#380;e wpu&#347;ci nas pani do domu? Przecie&#380; nie b&#281;dziemy tak sta&#263;  odezwa&#322;a si&#281; druga. Dopiero teraz Ewa ujrza&#322;a, &#380;e kobieta trzyma w r&#281;ce nie czarn&#261; Bibli&#281;, z jak&#261; chadzali &#347;wiadkowie Jehowy, lecz czarn&#261;, zapinan&#261; na szyfrowy zamek teczk&#281;.

Osoby urz&#281;dowe, u&#347;wiadomi&#322;a sobie ze szczeg&#243;lnym rodzajem l&#281;ku. Ostatni&#261; urz&#281;dow&#261; osob&#261;, z jak&#261; mia&#322;a do czynienia, by&#322;a pani z wydzia&#322;u opieki spo&#322;ecznej, kt&#243;ra mia&#322;a zabra&#263; Myszk&#281; zaraz po jej narodzinach, by odda&#263; j&#261; do zak&#322;adu. Papiery w ostatniej chwili Ewa podar&#322;a We wszystkich urz&#281;dnikach jest jaki&#347; wsp&#243;lny rys, odr&#243;&#380;niaj&#261;cy ich od os&#243;b prywatnych. Jakby ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; za nimi niewidoczny cie&#324; biurka, opoki ich w&#322;adzy, pomy&#347;la&#322;a.

Nie wpuszczam obcych do domu  powiedzia&#322;a ostro.

Jeste&#347;my z wydzia&#322;u opieki  oznajmi&#322;a pierwsza z kobiet, tak jakby to wszystko wyja&#347;nia&#322;o. Ewa milcza&#322;a.  Mamy informacj&#281;, &#380;e mieszka tu dziecko, kt&#243;re co najmniej od roku obejmuje obowi&#261;zek szkolny. Je&#347;li dobrze licz&#281;, to obowi&#261;zek szkolny nie jest faktycznie dope&#322;niany od dw&#243;ch lat  ci&#261;gn&#281;&#322;a kobieta urz&#281;dowym, bezosobowym j&#281;zykiem, w kt&#243;rym my przybiera&#322;o posta&#263; pot&#281;&#380;nego, mrocznego gmachu, po kt&#243;rym a&#380; do dzi&#347; kr&#261;&#380;y J&#243;zef K. i nie mo&#380;e znale&#378;&#263; wyj&#347;cia. Wzrok kobiety niemal przyssa&#322; si&#281; do Myszki i przewierca&#322; j&#261; na wylot.

Nie, nie zobaczysz tego, co jest w niej w &#347;rodku. Nikt tego nie zobaczy, pomy&#347;la&#322;a Ewa z dziwn&#261; satysfakcj&#261;.

Obowi&#261;zek szkolny  zacz&#281;&#322;a, a potem machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;:  Je&#380;eli ma pani oczy, je&#380;eli pani cokolwiek widzi

Widz&#281;  przerwa&#322;a ostro druga kobieta.  Widz&#281; ci&#281;&#380;ko niedorozwini&#281;te dziecko, pozbawione fachowej opieki. Dziecko odizolowane od spo&#322;ecze&#324;stwa

Od jakiego spo&#322;ecze&#324;stwa?! O kim pani m&#243;wi?  krzykn&#281;&#322;a Ewa i zaraz umilk&#322;a. To Adam, uprzytomni&#322;a sobie. Adam zatelefonowa&#322; do jakiego&#347; urz&#281;du.

Je&#347;li dziecko nie nadaje si&#281; do normalnej szko&#322;y, to przecie&#380; s&#261; szko&#322;y specjalne. I specjalne zak&#322;ady dziennej lub sta&#322;ej opieki  powiedzia&#322;a pierwsza z kobiet.  Nie mo&#380;e pani przetrzymywa&#263; jej w domu, odizolowanej od &#347;wiata.

To &#347;wiat izoluje si&#281; od mojej c&#243;rki!  zawo&#322;a&#322;a gwa&#322;townie.

Kto tu si&#281; izoluje? Przecie&#380; to my przychodzimy do pani, a nie pani do nas  spyta&#322;a druga nieznajoma.  I przysz&#322;y&#347;my po to, aby to dziecko wr&#243;ci&#322;o do &#347;wiata. Szko&#322;a specjalna przygotuje je do &#380;ycia.

Jakiego &#380;ycia?  spyta&#322;a Ewa. Kobiety zamilk&#322;y. Te&#380; tego nie wiedzia&#322;y. Spojrza&#322;y po sobie, jakby szukaj&#261;c gotowej formu&#322;y.

Maa Doom. O&#263;, o&#263;  wybe&#322;kota&#322;a Myszka. Jej r&#261;czka tak mocno &#347;ciska&#322;a d&#322;o&#324; Ewy, jakby chcia&#322;a zmia&#380;d&#380;y&#263; jej palce. Banieczka &#347;liny p&#281;k&#322;a w k&#261;ciku jej ust i sp&#322;yn&#281;&#322;a po brodzie.

Szko&#322;a specjalna nauczy j&#261; m&#243;wi&#263;  zacz&#281;&#322;a pierwsza z kobiet.

Nie  odpar&#322;a Ewa.  Nie nauczy. I nie nauczy jej wyplata&#263; koszyk&#243;w. Ani malowa&#263; szk&#322;a czy klei&#263; kopert. Nie w tym stadium..Nie w jej stanie; poza syndromem Downa ma jeszcze dodatkowe uszkodzenie m&#243;zgu. Nie zechce jej &#380;adne przedszkole ani &#380;adna szko&#322;a. Szko&#322;a integracyjna lubi normalne kalectwa, a ja nie dam jej do o&#347;rodka dla najci&#281;&#380;ej upo&#347;ledzonych, bo ona Ona Prosz&#281; nas przepu&#347;ci&#263;!

Ruszy&#322;a naprz&#243;d, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261; Myszk&#281;, ale kobiety sta&#322;y przed drzwiami nieruchomo. Zatrzyma&#322;a si&#281;.

Instytucje specjalnej troski upomn&#261; si&#281; o to dziecko i zapewni&#261; mu opiek&#281;, czy pani tego chce, czy nie  zacz&#281;&#322;a pierwsza z kobiet.

Mamy fundusze Charytatywne datki  powiedzia&#322;a nagle druga.

I charytatywne bale, pomy&#347;la&#322;a Ewa, zaciskaj&#261;c z&#281;by. Bale, na kt&#243;rych udawa&#322;o si&#281; zebra&#263; ma&#322;&#261; cz&#261;stk&#281; tego, co balowicze wydawali na w&#322;asne stroje, bi&#380;uteri&#281;, kosmetyki. Sama bywa&#322;a na nich niegdy&#347;, nie zastanawiaj&#261;c si&#281; nad szczytnymi celami, kt&#243;rym s&#322;u&#380;y&#322;y. Bawi&#322;a si&#281;. Pozowa&#322;a do fotografii w kolorowych pismach.

Otwieramy nowe o&#347;rodki  ci&#261;gn&#281;&#322;a tamta, cho&#263; z mniejszym przekonaniem. Jej wzrok w&#281;drowa&#322; nadal po Myszce, ale ju&#380; zaczyna&#322; ucieka&#263;.

Maa  zabe&#322;kota&#322;a Myszka i Ewa k&#261;tem oka ujrza&#322;a stru&#380;k&#281; sp&#322;ywaj&#261;c&#261; po nogach c&#243;rki.

mamy fachowc&#243;w, zapewnimy jej opiek&#281;  m&#243;wi&#322;a dalej kobieta, lecz urwa&#322;a i nerwowo spogl&#261;da&#322;a na powi&#281;kszaj&#261;c&#261; si&#281; ka&#322;u&#380;&#281;.

Ewa spojrza&#322;a jej prosto w twarz. Tamta zamruga&#322;a powiekami i odruchowo cofn&#281;&#322;a si&#281; przed zlewaj&#261;c&#261; si&#281; ku niej ka&#322;u&#380;&#261;. Na jej twarzy pojawi&#322;o si&#281; obrzydzenie.

Myszka nie potrzebuje opieki. Ona potrzebuje mi&#322;o&#347;ci. Czy pani j&#261; jej da? Czy posprz&#261;ta pani po niej i zrobi to tak, aby ona nie czu&#322;a si&#281; winna? A je&#347;li dostanie ze strachu biegunki, czy we&#378;mie j&#261; pani na r&#281;ce, aby przesta&#322;a si&#281; ba&#263;?  pyta&#322;a Ewa, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261; Myszk&#281; i id&#261;c prosto na kobiety. Rozst&#261;pi&#322;y si&#281;. Ewa przy&#347;pieszy&#322;a kroku, wlok&#261;c Myszk&#281;, i zatrzasn&#281;&#322;a za sob&#261; drzwi.

Usiad&#322;a w kuchni i zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;.

Nee paa  powiedzia&#322;a Myszka, obejmuj&#261;c j&#261; r&#261;czkami.

W okno kto&#347; nagle zastuka&#322;. Ewa wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;, a dziewczynka krzykn&#281;&#322;a. W twarzy rozp&#322;aszczonej na szybie, jak karykaturalny, plackowaty zegar Salvadora Dali, Ewa rozpozna&#322;a twarz jednej z kobiet.

Chcia&#322;y&#347;my dobrze, prosz&#281; mi wierzy&#263;  m&#243;wi&#322;a tamta g&#322;osem zniekszta&#322;conym przez grub&#261; szyb&#281;.

Ja pani wierz&#281;  odpar&#322;a bezradnie Ewa, dodaj&#261;c w duchu: I co z tego?

Gdyby pani czego&#347; potrzebowa&#322;a gdyby pani chcia&#322;a jakiej&#347; porady albo gdyby pani mia&#322;a do&#347;&#263;  m&#243;wi&#322;a kobieta, a Ewa z trudem powstrzyma&#322;a si&#281; od wrzasku: Ale&#380; ja mam do&#347;&#263;! Mam do&#347;&#263;!

zostawi&#281; w pani drzwiach moj&#261; wizyt&#243;wk&#281;  zako&#324;czy&#322;a tamta, zawaha&#322;a si&#281; chwilk&#281;, a potem jej twarz znikn&#281;&#322;a.

Nee ceee  obwie&#347;ci&#322;a Myszka grubym g&#322;osem, t&#322;uk&#261;c pi&#281;&#347;ciami w blat sto&#322;u. Wiedzia&#322;a jedno: kto&#347; chce j&#261; zabra&#263; z domu, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Ewa &#322;agodnie przytrzyma&#322;a jej d&#322;onie.

Ciii w porz&#261;dku Nic si&#281; nie zmienia. Nigdzie nie p&#243;jdziesz Ciiii

A Myszka, uderzaj&#261;c pi&#281;&#347;ciami w st&#243;&#322;, my&#347;la&#322;a tylko o tym, &#380;e je&#347;li musi i&#347;&#263; z domu, to tylko w jedno, jedyne miejsce: na g&#243;r&#281;.

Adam w&#281;drowa&#322; po Internecie szlakami genetyki. Przypomina&#322;o to rozdrapywanie nie goj&#261;cej si&#281; rany.

Wprawdzie obecnie dwadzie&#347;cia trzy kraje Europy oraz USA podpisa&#322;y konwencj&#281; zakazuj&#261;c&#261; klonowania ludzi, lecz naukowcy przewiduj&#261;, &#380;e w ci&#261;gu najbli&#380;szych 20-30 lat projektowanie doskona&#322;ego genetycznie cz&#322;owieka stanie si&#281; faktem. Tego procesu nikt nie zatrzyma  o&#347;wiadczy&#322; wybitny fizyk, Stephen Hawking, w prognozie przygotowanej dla Rady Prze&#322;omu Tysi&#261;clecia, z inicjatywy Bia&#322;ego Domu. Homo sapiens geneticus stanie si&#281; faktem. W przysz&#322;o&#347;ci b&#281;dzie mo&#380;na nie tylko wykrywa&#263; wady genetyczne embrion&#243;w, ale usuwa&#263; je przed ich wszczepieniem do narz&#261;d&#243;w rodnych kobiety

Dlaczego nie &#380;yjemy trzydzie&#347;ci lat p&#243;&#378;niej?, rozmy&#347;la&#322; Adam. Mogliby&#347;my okre&#347;li&#263; nie tylko pojemno&#347;&#263; m&#243;zgu swego dziecka, ale nawet kszta&#322;ty cia&#322;a. Po &#347;wiecie chodziliby pi&#281;kni ludzie, z m&#243;zgami Einstein&#243;w, a w&#347;r&#243;d nich nasza c&#243;rka i jedliby transgeniczne hamburgery, w przerwie pomi&#281;dzy wymy&#347;laniem kolejnych, coraz bardziej nieludzkich udoskonale&#324;. A pewnego dnia pytanie o to, kto stworzy&#322; &#347;wiat, B&#243;g, cz&#322;owiek czy przypadek, przesta&#322;oby mie&#263; jakikolwiek sens, wi&#281;c ju&#380; nikt by go nie zadawa&#322;. Pytano by jedynie o genom, sk&#322;ad chemiczny i fizyczn&#261; mas&#281;, przebieg&#322;o mu przez g&#322;ow&#281;, ale zaraz odrzuci&#322; t&#281; my&#347;l. Sie&#263; podsuwa&#322;a mu us&#322;u&#380;nie kolejne informacje:

Sekwencja genomu ludzkiego jest prawie gotowa, ju&#380; znajduje si&#281; w r&#281;kach naukowc&#243;w. Zidentyfikowano 80-100 tysi&#281;cy gen&#243;w, kt&#243;re okre&#347;laj&#261; wi&#281;kszo&#347;&#263; cech cz&#322;owieka. Ten genetyczny obraz pozwoli lekarzom skutecznie leczy&#263; chorych, a ludziom zdrowym podejmowa&#263; decyzje, co robi&#263;, by zachowa&#263; zdrowie. Nawet na tak trywialne pytania  co je&#347;&#263;, co pi&#263;  pojawi&#261; si&#281; jedynie s&#322;uszne i racjonalne odpowiedzi

Na wszystko znajd&#261; si&#281; racjonalne odpowiedzi. Zabraknie pyta&#324;, na kt&#243;re nie ma odpowiedzi, stwierdzi&#322; Adam z fascynacj&#261;, lecz niespokojna cz&#281;&#347;&#263; jego umys&#322;u zn&#243;w zak&#322;&#243;ci&#322;a mu pod&#261;&#380;anie za my&#347;l&#261; naukowc&#243;w:,Je&#380;eli ka&#380;demu pytaniu towarzyszy&#263; b&#281;dzie racjonalna odpowied&#378;, to gdzie pozostanie miejsce na tajemnic&#281;?

Myszka to tajemnica, u&#347;wiadomi&#322; sobie i g&#322;o&#347;no powiedzia&#322;:  &#346;wiat bez Myszki b&#281;dzie doskonalszy. &#346;wiat bez tajemnic b&#281;dzie  i urwa&#322;. Jakim stanie si&#281; &#347;wiat bez tajemnic? Czy taki jak bez Myszki? Z doskona&#322;ymi genetycznie lud&#378;mi, kt&#243;rych b&#281;dzie tak wielu, &#380;e powoli przestanie si&#281; odr&#243;&#380;nia&#263; jednych od drugich? B&#281;d&#261; jak o&#380;ywione, precyzyjne klocki lego, z kt&#243;rych stworzy si&#281; dowoln&#261;, przewidywaln&#261; konstrukcj&#281;? Bez &#380;adnych niespodzianek i zaskocze&#324;?

W drzwi jego gabinetu nagle kto&#347; zacz&#261;&#322; uderza&#263; pi&#281;&#347;ciami.

Ty &#347;winio! Ty potworze! Nas&#322;a&#322;e&#347; na nas obcych! Chcesz odda&#263; Myszk&#281;! Nie pozwol&#281;! Nienawidz&#281; ci&#281;!

Gwa&#322;townie klikn&#261;&#322; myszk&#261; i wy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; z Internetu. Drzwi, na szcz&#281;&#347;cie, by&#322;y zamkni&#281;te na klucz. Znieruchomia&#322;, udaj&#261;c, &#380;e go nie ma. G&#322;os Ewy zacz&#261;&#322; si&#281; oddala&#263;, a potem ucich&#322;.

Tak, chcia&#322; odda&#263; Myszk&#281;. Chcia&#322; jej zapewni&#263; bezpieczn&#261; egzystencj&#281;, z dala od nich obojga: minimum, kt&#243;rego ta dziewczynka potrzebowa&#322;a, aby prze&#380;y&#263;  jedzenie, czyste ubranie, opiek&#281; lekarsk&#261;. I chcia&#322; te&#380; odzyska&#263; &#380;on&#281;, je&#347;li by&#322;o to jeszcze mo&#380;liwe. Ale Ewa nie umia&#322;a tego zrozumie&#263; ani doceni&#263;.

A przecie&#380;, nawet gdyby jej geny by&#322;y uszkodzone, mogliby&#347;my mie&#263; dziecko z odpowiednio dobranego materia&#322;u. Stephen Hawking twierdzi, &#380;e to tylko kwestia czasu i &#380;e ju&#380; nied&#322;ugo na pewno b&#281;dziemy poprawia&#263; ludzi. Wtedy wszystkie Myszki znikn&#261; z powierzchni ziemi, pomy&#347;la&#322;.

Nagle sobie u&#347;wiadomi&#322;: c&#243;&#380; to za paradoks! Przecie&#380; Stephen Hawking jest genialnym m&#243;zgiem w kalekim ciele! Je&#378;dzi na inwalidzkim w&#243;zku, karmi&#261; go przez rurk&#281;, a g&#322;os ze sparali&#380;owanej krtani wydobywa jedynie za pomoc&#261; specjalnego aparatu!

Gdyby poprawiono jego poczwarkowat&#261; fizyczno&#347;&#263;, czy ten genialny m&#243;zg by&#322;by r&#243;wnie bezb&#322;&#281;dny, czy te&#380; poprawiony Stephen Hawking by&#322;by, na przyk&#322;ad, zadowolonym ze swego &#380;ycia przeci&#281;tnym zjadaczem chleba?, zamy&#347;li&#322; si&#281; Adam.

Nagle wyobrazi&#322; sobie ca&#322;y zast&#281;p, ba, armi&#281; doskona&#322;ych ludzi, wyhodowanych wed&#322;ug tego samego wzorca. Mogliby zaludni&#263; naukowe laboratoria, instytuty, szpitale.

A je&#347;li mimo u&#380;ycia tego samego genetycznego materia&#322;u ka&#380;dy z nich by&#322;by ca&#322;kowicie inny? Wbrew i emu, co m&#243;wi prezydent USA, j&#281;zyk Boga musi by&#263; czym&#347; wi&#281;cej ni&#380; tylko zapisem kodu DNA

J&#281;zyk Boga  za&#347;mia&#322; si&#281; szyderczo, ale zaraz si&#281; zas&#281;pi&#322;: Czy jest mo&#380;liwe, &#380;e te dzieci nazwano Darami Pana, bo lepiej rozumiej&#261; j&#281;zyk Boga ni&#380; wszyscy uczeni &#347;wiata razem wzi&#281;ci?

Cichutko otworzy&#322; drzwi gabinetu i na palcach przeszed&#322; do kuchni, &#380;eby zrobi&#263; sobie kaw&#281;. Ewa, na szcz&#281;&#347;cie, by&#322;a w salonie, a hol by&#322; pusty. W k&#261;cie le&#380;a&#322; poszarpany pluszowy mi&#347; bez jednej nogi. Barbie i Ken znikn&#281;li.

Wreszcie zniszczy&#322;a lalki. Mo&#380;e kupi&#263; nowe?, zastanowi&#322; si&#281; przelotnie, ale zaraz sobie uprzytomni&#322;, &#380;e Myszka nie jest w stanie odr&#243;&#380;ni&#263; tak pi&#281;knej lalki jak Barbie od zwyk&#322;ego szmacianego potworka.



*


Myszka znowu obserwowa&#322;a zza drzewa mieszka&#324;c&#243;w Ogrodu. Teraz, gdy ju&#380; mieli imiona, sprawiali inne wra&#380;enie, ni&#380; gdy ujrza&#322;a ich po raz pierwszy. Byli jakby mniej plastikowi, cho&#263; wci&#261;&#380; im czego&#347; brakowa&#322;o. I nie chodzi&#322;o ju&#380; o Nic pod figowym li&#347;ciem. Dziewczynka przygl&#261;da&#322;a si&#281; nieruchomej, oboj&#281;tnej twarzy Adama i idealnemu obliczu Ewy, zastyg&#322;emu w grymasie wydatnych warg.

Wiem  uprzytomni&#322;a sobie i ruszy&#322;a ku nim.

Jeste&#347; wreszcie  powiedzia&#322;a oskar&#380;ycielsko Kobieta.  Zn&#243;w stoisz za tym drzewem i nas obserwujesz, nie podchodzisz. Co ci si&#281; tym razem nie podoba?

Sk&#261;d wiesz, &#380;e sta&#322;am za drzewem?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.

On mi powiedzia&#322;  i Ewa wskaza&#322;a na W&#281;&#380;a. W&#261;&#380; zachichota&#322;. Zdrajca, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Lubi mnie, ale nie wolno mu ufa&#263;. A jednak ja te&#380; go lubi&#281;, bo wiem, czego si&#281; po nim spodziewa&#263;.

Nie wiesz, &#380;e jeste&#347; nam potrzebna?  ci&#261;gn&#281;&#322;a z irytacj&#261; Kobieta.

Do czego?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.

On wprawdzie nas stworzy&#322;, ale poza zakazem zjadania jab&#322;ek z jakiego&#347; drzewa, o kt&#243;rym nie wiemy, gdzie ro&#347;nie, nie powiedzia&#322;, co mamy robi&#263;. Wi&#281;c tkwimy ko&#322;o strumienia i nudzimy si&#281;  wyja&#347;ni&#322; Adam ponuro.

I tak b&#281;dzie wiecznie!  zawo&#322;a&#322;a Ewa.

Wiecznie?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka. W&#261;&#380; znowu zachichota&#322; i leniwie przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; na swoim drzewie.

Oni sss&#261; nie&#347;miertelni  wyja&#347;ni&#322;.  Maj&#261; Pocz&#261;tek, ale nie b&#281;d&#261; mieli Ko&#324;ca.

Myszka zamy&#347;li&#322;a si&#281;. My&#347;li kr&#261;&#380;y&#322;y tym razem z szybko&#347;ci&#261; tak zawrotn&#261;, &#380;e a&#380; jej si&#281; zawr&#243;ci&#322;o w g&#322;owie.

Maj&#261; Pocz&#261;tek, nie b&#281;d&#261; mie&#263; Ko&#324;ca, lecz mog&#261; mie&#263; &#346;rodek  oznajmi&#322;a.  Ale najpierw musz&#261; nauczy&#263; si&#281; u&#347;miechu. Posiadaj&#261; nie&#347;miertelno&#347;&#263; i nie umiej&#261; si&#281; z niej cieszy&#263;?

Nie wiem, czy jessst z czego  mrukn&#261;&#322; W&#261;&#380;, ale lak cicho, &#380;e us&#322;ysza&#322;a go tylko Myszka. Uda&#322;a, &#380;e nie s&#322;yszy, i m&#243;wi&#322;a dalej:  Musicie si&#281; u&#347;miecha&#263;! U&#347;miechnij si&#281; do Adama, Ewo

U&#347;miechnij?  spyta&#322;a z niezrozumieniem Kobieta.

Ooo, tak, widzisz?  i Myszka rozchyli&#322;a usta,:i poniewa&#380; rozbawi&#322; j&#261; zdziwiony wyraz twarzy nowych znajomych, zacz&#281;&#322;a si&#281; g&#322;o&#347;no &#347;mia&#263;. Ewa i Adam pr&#243;bowali j&#261; na&#347;ladowa&#263;. Pocz&#261;tkowo czynili to nieudolnie, ale po chwili zacz&#281;li wydawa&#263; z siebie d&#378;wi&#281;ki, kt&#243;re przypomina&#322;y &#347;miech. Im d&#322;u&#380;ej to trwa&#322;o, tym &#347;miech stawa&#322; si&#281; prawdziwszy, jakby Kobieta i M&#281;&#380;czyzna zara&#380;ali si&#281; nim od Myszki i od siebie nawzajem.

Prawie dobrze  orzek&#322;a Myszka z zadowoleniem.

Do czego potrzebny jest &#347;miech?  spyta&#322;a Ewa, wci&#261;&#380; chichocz&#261;c.

Myszka zamy&#347;li&#322;a si&#281;. Mama nie u&#347;miecha&#322;a si&#281; zbyt cz&#281;sto, a jednak od jej u&#347;miechu robi&#322;o si&#281; ja&#347;niej, i to zar&#243;wno w miejscu, gdzie przebywa&#322;y, jak i we wn&#281;trzu Myszki. Tata nigdy si&#281; nie u&#347;miecha&#322;  i gdy si&#281; pojawia&#322;, zachmurzony, dziewczynka mia&#322;a uczucie, &#380;e sufit w holu obni&#380;a si&#281; i zsuwa ku jej g&#322;owie, a &#347;ciany zbiegaj&#261; si&#281; wok&#243;&#322; i zamykaj&#261; jak niebezpieczna pu&#322;apka.

&#346;miech o&#347;wietla &#380;ycie. Jest jak lampa  odpar&#322;a.  Bez niego jest ciemno, duszno i ciasno, nawet w&#243;wczas, gdy &#347;wieci s&#322;o&#324;ce. Dlatego tam, na dole, tak cz&#281;sto panuje mrok.

Chcia&#322;abym zobaczy&#263; mrok  powiedzia&#322;a t&#281;sknie Ewa i rozejrza&#322;a si&#281; po rozs&#322;onecznionym Ogrodzie. Dopiero teraz Myszka zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e nie ma tu cienia. Nie daj&#261; go ani drzewa, ani ludzie. Nawet W&#261;&#380; nie dawa&#322; cienia. S&#322;o&#324;ce bez cienia jest mniej s&#322;oneczne, u&#347;wiadomi&#322;a sobie ze zdziwieniem.

Adam wskaza&#322; li&#347;&#263; figowca i spyta&#322;:

Czy tam, sk&#261;d przychodzisz, kobiety i m&#281;&#380;czy&#378;ni maj&#261; co&#347; pod nimi?

Ooo, tak. I chyba co&#347; wa&#380;nego. Dlatego przykrywaj&#261; to ubraniami  odpar&#322;a dziewczynka.

Skoro to takie wa&#380;ne, to czemu przykrywaj&#261;?  zdziwi&#322; si&#281; Adam.

Myszk&#281; zaskoczy&#322;a jego uwaga. Przykrywanie zajmowa&#322;o ludziom na dole bardzo wiele czasu. A zarazem to, co przykryte, budzi&#322;o wi&#281;ksz&#261; ciekawo&#347;&#263;. Nago&#347;&#263; Adama i Ewy by&#322;a monotonna.

To co przykryte, wydaje si&#281; ciekawsze ni&#380; to, co na wierzchu  odpar&#322;a.  Ale tam, na dole, oni ju&#380; zapomnieli, po co si&#281; przykrywaj&#261;, i teraz wa&#380;niejsze jest dla nich, czym to robi&#261;. Ka&#380;dy chce mie&#263; lepszy li&#347;&#263; figowy ni&#380; inni. Wi&#281;kszy i &#322;adniejszy. Taki, &#380;eby inni zazdro&#347;cili  doda&#322;a po chwili, przypominaj&#261;c sobie kolorowe &#380;urnale mamy i pe&#322;n&#261; ubra&#324; szaf&#281; Barbie.

W Ogrodzie wszystkie li&#347;cie figowe s&#261; jednakowe  zwr&#243;ci&#322; uwag&#281; Adam.

Ja te&#380; chc&#281; mie&#263; &#322;adniejszy li&#347;&#263; ni&#380; ten!  zawo&#322;a&#322;a Ewa.  I chc&#281; mie&#263; to samo pod li&#347;ciem, co maj&#261; ludzie na dole!

W&#261;&#380; opu&#347;ci&#322; si&#281; ze swego drzewa i szturchn&#261;&#322; j&#261; gniewnie:

On da&#322; ci tak wiele, jessste&#347; nie&#347;miertelna, nie czeka ci&#281; Koniec, dosssta&#322;a&#347; imi&#281;, otrzyma&#322;a&#347; w darze u&#347;miech i wci&#261;&#380; jessste&#347; niezadowolona!

Ewa wzruszy&#322;a ramionami:

Wola&#322;abym by&#263; na dole i mie&#263; &#346;rodek i Koniec. Czas chyba p&#322;ynie szybciej, gdy czeka si&#281; na Koniec? Nie widzisz, &#380;e stoimy z Adamem w miejscu? I straszliwie si&#281; nudzimy?

Ale na dole nie zawsze jest dobrze  odpar&#322;a ostro&#380;nie Myszka.  Cia&#322;o jest ci&#281;&#380;sze ni&#380; tu. Czasem a&#380; boli.

Tam cia&#322;o trwa kr&#243;tko, a tutaj wiecznie. Tam bywa chore, a tu jest dosssskona&#322;e  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

Ale tutaj jest nudno!  tupn&#281;&#322;a nog&#261; Ewa.

Spr&#243;bujcie si&#281; pobawi&#263;, wtedy nie b&#281;dzie wam nudno  zaproponowa&#322;a Myszka.

Czym?  spyta&#322;a gniewnie Ewa.  Czym mamy si&#281; bawi&#263;?

Dziewczynka znowu si&#281; zamy&#347;li&#322;a. Zastanawia&#322;a si&#281;, co ona, Myszka, robi wtedy, gdy si&#281; nudzi  je&#347;li w og&#243;le si&#281; nudzi (stwierdzi&#322;a, &#380;e prawie nigdy)  i wreszcie sobie przypomnia&#322;a:

Zr&#243;bcie sobie lalk&#281;  powiedzia&#322;a z o&#380;ywieniem.

Co to jest lalka?  spyta&#322;a Ewa.

Lalka lalka jest malutkim, nieprawdziwym dzieckiem  orzek&#322;a po namy&#347;le.  Zaraz wam poka&#380;&#281;

Zrobienie lalki w Ogrodzie, bez pomocy mamy, bez szmatek czy plasteliny, nie by&#322;o &#322;atwe. A jednak uda&#322;o si&#281;. Lalka mia&#322;a tu&#322;&#243;w z grubego patyka, g&#322;ow&#281; z jab&#322;ka, oczy z pestek, nos z kwiatowej &#322;ody&#380;ki i usta z rozgniecionych malin. P&#281;k trawy zast&#261;pi&#322; w&#322;osy. Kolejne patyki sta&#322;y si&#281; r&#281;kami i nogami, a li&#347;cie ubraniem. A gdy Myszka zanuci&#322;a ko&#322;ysank&#281; i pohu&#347;ta&#322;a lalk&#281; na r&#281;kach, Ewa wyda&#322;a okrzyk rado&#347;ci i wyrwa&#322;a j&#261; z jej r&#261;k.

Moja lalka  powiedzia&#322;a stanowczo.

Twoja  przytakn&#281;&#322;a Myszka.

Nasza  poprawi&#322; Adam.

Wasza  zgodzi&#322;a si&#281; dziewczynka.  Szkoda, &#380;e to nie jest prawdziwe dziecko, wtedy ju&#380; nigdy by&#347;cie si&#281; nie nudzili. Ale &#380;ywe dzieci s&#261; tylko na dole.

Jak bardzo s&#261; &#380;ywe? Takie jak ty?  spyta&#322; Adam.

Troch&#281; lepsze  odpar&#322;a szczerze Myszka. Zdawa&#322;a sobie spraw&#281; ze swojej inno&#347;ci.

Chcia&#322;abym mie&#263; &#380;ywe dziecko  westchn&#281;&#322;a Ewa.

Nie mo&#380;ecie mie&#263; dziecka, p&#243;ki jeste&#347;cie w Ogrodzie  powiedzia&#322;a Myszka.  Wszystko tutaj jest od razu du&#380;e. Ptaki, zaj&#261;ce, krowy i kangury Jakby nigdy nie by&#322;y dzie&#263;mi. A zarazem nie s&#261; tak du&#380;e, aby mog&#322;y mie&#263; w&#322;asne dzieci.

Ewa, zaj&#281;ta lalk&#261;, nie zwr&#243;ci&#322;a uwagi na s&#322;owa Myszki, ale Adam s&#322;ucha&#322; zaintrygowany.

My&#347;lisz, &#380;e jest w nas czego&#347; za ma&#322;o?

Jest w was za ma&#322;o wad  odpar&#322;a odruchowo Myszka.

W&#261;&#380; za jej plecami zachichota&#322;.

Kobieta szybko poj&#281;&#322;a, co robi&#263; z lalk&#261;. Ju&#380; po chwili nuci&#322;a jej ko&#322;ysank&#281;, trawiaste w&#322;osy zaplata&#322;a w warkocze i karmi&#322;a j&#261; sokiem z jab&#322;ka.

Wszyscy tam, na dole, maj&#261; dzieci?  spyta&#322;a Myszki.

Nie wszyscy, ale wi&#281;kszo&#347;&#263;  odpar&#322;a Myszka.

Musz&#281; mie&#263; prawdziwe, &#380;ywe dziecko  szepn&#281;&#322;a Ewa.

Czasem dziecko rodzi si&#281; zepsute  powiedzia&#322;a Myszka.  Co by&#347; zrobi&#322;a, gdyby nie mia&#322;o r&#281;ki? Nogi? gdyby mia&#322;o chor&#261; g&#322;ow&#281;, ci&#281;&#380;kie cia&#322;o, brzydk&#261; twarz i nie umia&#322;o ta&#324;czy&#263;?

Tu, w Ogrodzie, ro&#347;nie ma&#322;e, cherlawe drzewko. Wszystkie wok&#243;&#322; s&#261; du&#380;e i pi&#281;kne, a tylko to jedno choruje  zacz&#281;&#322;a Ewa, a Myszka pomy&#347;la&#322;a z odrobin&#261; satysfakcji: Znowu co&#347; Mu si&#281; nie uda&#322;o. W&#261;&#380; za jej plecami poruszy&#322; si&#281; niespokojnie.  I wszystkie drzewa, poza tym jednym, w og&#243;le mnie nie potrzebuj&#261;  ci&#261;gn&#281;&#322;a tymczasem Ewa.  Za to ono codziennie beze mnie umiera i tak&#380;e codziennie na nowo od&#380;ywa, gdy podlewam je wod&#261; i obrywam uschni&#281;te listki. Chcia&#322;abym mie&#263; w&#322;a&#347;nie takie dziecko jak to drzewko  powiedzia&#322;a Ewa.

Tuli&#322;a do siebie lalk&#281;, trzymaj&#261;c j&#261; z tak&#261; wpraw&#261;, jakby przez ca&#322;e &#380;ycie nic innego nie robi&#322;a. Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e kobiety rodz&#261; si&#281; z t&#261; umiej&#281;tno&#347;ci&#261;. Niekt&#243;re z nich rodz&#261; si&#281; te&#380; z umiej&#281;tno&#347;ci&#261; pokochania tego, kogo nikt nie chce. By&#263; mo&#380;e Ewa do nich nale&#380;a&#322;a. Ale Adam?

Czy umia&#322;by&#347; pokocha&#263; zepsute dziecko?  spyta&#322;a.

Co to znaczy pokocha&#263;?  spyta&#322; Adam w odpowiedzi.

Przez Ogr&#243;d przemkn&#261;&#322; lekki, &#322;agodny wietrzyk. Trawy pochyli&#322;y si&#281;, a ga&#322;&#281;zie dotkn&#281;&#322;y w przelotnej pieszczocie.

Wiem, pomy&#347;la&#322;a nagle Myszka.

Przytul j&#261;  powiedzia&#322;a do Adama.  Ona ma wprawdzie lalk&#281;, ale ty masz je obie. Nie b&#243;j si&#281; Wyci&#261;gnij r&#281;ce Ooo, tak B&#281;dzie wam dobrze, ciep&#322;o i bezpiecznie.

Adam niezgrabnie obj&#261;&#322; Ew&#281;, najpierw zdziwiony jej blisko&#347;ci&#261;, potem zaciekawiony, a wreszcie z wyra&#378;n&#261; fascynacj&#261;.

Wysssstarczy  zasycza&#322; niecierpliwie W&#261;&#380;, lecz Myszka go nie s&#322;ucha&#322;a.

A teraz j&#261; poca&#322;uj  podpowiedzia&#322;a, przypominaj&#261;c sobie filmy z telewizora.

Poka&#380;, jak  powiedzia&#322;a niecierpliwie Ewa. Myszka z&#322;o&#380;y&#322;a wargi jak do poca&#322;unku i cmokn&#281;&#322;a Adama w policzek.

Teraz ja  zdecydowa&#322; Adam i poca&#322;owa&#322; Ew&#281;. Plastikowy policzek Kobiety na u&#322;amek chwili nabra&#322; cielistego odcienia prawdziwej sk&#243;ry.

Poca&#322;uj j&#261; w usta  powiedzia&#322;a Myszka szybko, aby nie traci&#263; czasu. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e jest szansa na to, by Barbie i Ken ust&#261;pili miejsca prawdziwej Kobiecie i r&#243;wnie prawdziwemu M&#281;&#380;czy&#378;nie. I trzeba do tego o wiele mniej, ni&#380; s&#261;dzi&#322;a. Tylko troch&#281; uczucia.

Mo&#380;e oni s&#261; tylko uwi&#281;zieni w tej plastikowej skorupie, ale w &#347;rodku s&#261; &#380;ywi?, pomy&#347;la&#322;a.

Poca&#322;unek tym razem trwa&#322; d&#322;ugo. Ramiona Adama mocniej obj&#281;&#322;y Ew&#281;, a ona przylgn&#281;&#322;a do niego. Myszka patrzy&#322;a, jak powoli zanika nienaturalna g&#322;adko&#347;&#263; i sztuczna r&#243;&#380;owo&#347;&#263; ich cia&#322;. Z ka&#380;d&#261; chwil&#261; stawali si&#281; mniej plastikowi, a r&#243;wnocze&#347;nie zacz&#281;li si&#281; zmienia&#263;. Nogi Ewy ju&#380; nie by&#322;y d&#322;ugie, o wyrafinowanym kszta&#322;cie, za to wydawa&#322;y si&#281; mocniejsze; nadawa&#322;y si&#281; do chodzenia, a nie tylko do stania w wyszukanej pozie; i nie by&#322;y ju&#380; tak g&#322;adkie, gdy&#380; pokry&#322; je puszek, a sk&#243;ra na kolanach zgrubia&#322;a. Na jej twarzy pojawi&#322;y si&#281; drobne piegi, nos si&#281; powi&#281;kszy&#322;, oczy zmala&#322;y, a kunsztowna, spi&#281;trzona fryzura opad&#322;a w str&#261;kach na ramiona. Na jej r&#281;kach uwypukli&#322;y si&#281; niebieskie &#380;y&#322;ki. Podobne zmiany zachodzi&#322;y w Adamie. Oboje ju&#380; nie byli doskonale pi&#281;kni; na oczach Myszki tworzy&#322; si&#281; inny rodzaj urody. By&#322;a to uroda skaz i wad; uroda spoconej sk&#243;ry, z fa&#322;dkami i za&#322;amaniami, z meszkiem w&#322;os&#243;w, z drobnymi otworkami por&#243;w na poprzednio nienaturalnej g&#322;adko&#347;ci. Uroda swojska, bliska, zapraszaj&#261;ca do dotyku, jakby nowo rodz&#261;ce si&#281; uczucie torowa&#322;o sobie drog&#281; w poprzednim, odpychaj&#261;co doskona&#322;ym wygl&#261;dzie, &#380;&#322;obi&#261;c w nim bruzdy powszednio&#347;ci.

Doskona&#322;o&#347;&#263; jest zimna i boi si&#281; zbli&#380;enia, u&#347;wiadomi&#322;a sobie Myszka.

O dziwo, razem z Adamem i Ew&#261; normalnia&#322; Ogr&#243;d. Ju&#380; nie przypomina&#322; kurtyny z weso&#322;ego miasteczka. G&#322;adkie pnie drzew nabywa&#322;y chropowato&#347;ci; sypki i &#380;&#243;&#322;ty piasek na &#347;cie&#380;kach zgrubia&#322; i zszarza&#322;; zmatowia&#322;y fluorescencyjny szafir nieba i szmaragdowa zielono&#347;&#263; trawy. Czerwone wiewi&#243;rki zrudzia&#322;y, kropki &#380;yrafy zr&#243;&#380;nicowa&#322;y swoj&#261; wielko&#347;&#263;, a paski na sk&#243;rze zebry ju&#380; nie przypomina&#322;y pi&#380;amy Myszki. Dziewczynce przez chwil&#281; zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e Adam i Ewa, a nawet drzewa, zacz&#281;li rzuca&#263; cie&#324;. Trwa&#322;o to jednak kr&#243;tko i cie&#324; roztopi&#322; si&#281; zaraz w zbyt promiennym s&#322;o&#324;cu.

Cie&#324; to czas, u&#347;wiadomi&#322;a sobie. A tutaj nie ma czasu. Brak cienia to nierzeczywisto&#347;&#263;

Dossskonale  wyszepta&#322; W&#261;&#380;, hu&#347;taj&#261;c si&#281; na pobliskiej jab&#322;oni.  Brak cienia to nie&#347;miertelno&#347;&#263;.

Nagle W&#261;&#380; zasycza&#322; niespokojnie. Ogr&#243;d znieruchomia&#322;, jakby zdziwiony tym, co si&#281; dzieje, i zamar&#322; w oczekiwaniu. Dziewczynka ju&#380; wiedzia&#322;a, co wywo&#322;uje ten stan wyczekiwania. I rzeczywi&#347;cie. Jego G&#322;os da&#322; si&#281; s&#322;ysze&#263; r&#243;wnocze&#347;nie z mocnym tchnieniem wiatru.

TO JEST DOBRE  zamrucza&#322;, a pot&#281;&#380;ne, hucz&#261;ce echo w&#261;tpliwo&#347;ci odbi&#322;o si&#281; od grubych pni drzew i powr&#243;ci&#322;o, zwielokrotnione i bezradne. W Ogrodzie zrobi&#322;o si&#281; cicho i jedynym d&#378;wi&#281;kiem by&#322; mi&#281;kki szelest, z jakim W&#261;&#380; przesuwa&#322; si&#281; po pniu drzewa.

Myszka spojrza&#322;a pytaj&#261;co na W&#281;&#380;a, a on popchn&#261;&#322; j&#261; swym l&#347;ni&#261;cym &#322;bem:

On pyta siebie i nikogo wi&#281;cej, nie rozumiesz? Ka&#380;dej odpowiedzi szuka si&#281; najpierw w sssssobie.

Ale czy to jest dobre?, zaniepokoi&#322;a si&#281; Myszka, gdy&#380; ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e w tym Ogrodzie, pi&#281;knym, kolorowym i bezgrzesznym, jest miejsce dla Barbie i Kena, lecz nie ma go dla Adama i Ewy.

W&#261;&#380; zata&#324;czy&#322; swym cielskiem, kolebi&#261;c p&#322;ask&#261; g&#322;&#243;wk&#261; na wszystkie strony.

Wtr&#261;casz Mu si&#281; w sssstwarzanie, Myszko. Zabierasz Mu Jego odwieczne pytania. Czynisz za Niego zmiany  sykn&#261;&#322;.

Myszka rozejrza&#322;a si&#281; niespokojnie, lecz Ogr&#243;d tajemniczo milcza&#322;.

No id&#378; ju&#380;, id&#378; Ale wr&#243;&#263;, p&#243;ki trwa dzie&#324; si&#243;dmy i p&#243;ki wci&#261;&#380; wypoczywamy  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.

A jaki b&#281;dzie dzie&#324; &#243;smy?  spyta&#322;a Myszka.

Tego jeszcze nie wie nikt, nawet On  odpar&#322;.

Myszka spojrza&#322;a na niego wyczekuj&#261;co.

Id&#378;  pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.  Wprowadzasz tu zbyt wiele chaossssu To mia&#322;o by&#263; ssssspokojne miejsssce, nie sssssprawiaj&#261;ce Mu k&#322;opot&#243;w. On ssssstworzy&#322; wiele &#347;wiat&#243;w i wszyssstkie Go zawiod&#322;y. Niech chocia&#380; w tym odpocznie, inaczej b&#281;dzie tak zm&#281;czony, &#380;e przez pomy&#322;k&#281; ssstworzy co&#347; potwornego, a tego by&#347; nie chcia&#322;a. Czy nie masz do&#347;&#263; potworno&#347;ci tam, na dole? Ale pami&#281;taj, &#380;e imiona tym potworno&#347;ciom nadali ludzie, a nie On. Zossssstaw Go ssssamego i wr&#243;&#263; do siebie.

Nie wiem, czy tam, na dole, jest moje miejsce. Nie zawsze jest mi tam dobrze  odpar&#322;a Myszka z wahaniem.

Tam, na dole, nie wolno my&#347;le&#263; tylko o sssobie. Dopiero tu, w Ogrodzie, mo&#380;esz odpocz&#261;&#263;. Tam musisz my&#347;le&#263; o tym, co dajesz innym  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.

Co daj&#281; innym?  spyta&#322;a Myszka.

W&#261;&#380; patrzy&#322; na ni&#261; uwa&#380;nie, milcz&#261;c. Potem znieruchomia&#322; i sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e s&#322;ucha. Li&#347;cie w Ogrodzie zn&#243;w zaszele&#347;ci&#322;y, dotkni&#281;te mi&#281;kkim, ciep&#322;ym wiatrem; poruszy&#322;y si&#281; ga&#322;&#281;zie; po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; trawa; chmury zatrzyma&#322;y si&#281; w powolnym pe&#322;zni&#281;ciu po b&#322;&#281;kicie nieba.

Cierpienie  powiedzia&#322; W&#261;&#380; echem czyjego&#347; g&#322;osu.

Czy nie daj&#281; go za du&#380;o? Niekiedy my&#347;l&#281;, &#380;e nie mam miary  odpar&#322;a Myszka.

Gdy miara si&#281; wype&#322;ni, wr&#243;cisz do Ogrodu  szepn&#261;&#322; W&#261;&#380;.

I to b&#281;dzie dzie&#324; &#243;smy  powiedzia&#322;a Myszka ze zrozumieniem, a W&#261;&#380; poruszy&#322; si&#281; na ga&#322;&#281;zi, nic nie m&#243;wi&#261;c, i popchn&#261;&#322; j&#261; leciutko.

Post&#261;pi&#322;a jeden niewielki krok  i znalaz&#322;a si&#281; na strychu. Kot spa&#322; w tekturowym pudle. Teraz otwar&#322; oczy, przeci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; i otar&#322; o jej nogi.

O&#263;, o&#263;  powiedzia&#322;a i oboje zeszli na d&#243;&#322;.

I sta&#322; si&#281; kolejny wiecz&#243;r dnia si&#243;dmego, kt&#243;ry wci&#261;&#380; trwa&#322; i nie spieszy&#322; si&#281; przemieni&#263; w dzie&#324; &#243;smy, gdy&#380; On jeszcze nie wiedzia&#322;, jaki ten dzie&#324; ma by&#263; i czy w og&#243;le winien nast&#261;pi&#263;.



Dzie&#324; si&#243;dmy: drzewo

Ewa budzi&#322;a si&#281;, gdy&#380; promienie s&#322;o&#324;ca, mimo grubych zas&#322;on, przenika&#322;y do sypialni, i zasypia&#322;a z powrotem m&#281;cz&#261;cym, p&#322;ytkim snem, kt&#243;remu towarzyszy&#322;o niezrozumia&#322;e mruczenie Myszki. Dziewczynka siedzia&#322;a na pod&#322;odze ko&#322;o &#322;&#243;&#380;ka i bawi&#322;a si&#281;. Ewa nigdy nie wiedzia&#322;a, na czym polega ta zabawa, gdy&#380; obok Myszki nie by&#322;o &#380;adnych lalek, mi&#347;k&#243;w, klock&#243;w. Sprawia&#322;o to wra&#380;enie, &#380;e dziewczynka bawi si&#281; wpadaj&#261;cymi do pokoju promieniami s&#322;o&#324;ca, &#380;e chwyta cie&#324; zas&#322;on na &#347;cianie, &#380;e z tego blasku i cienia uk&#322;ada sobie tylko wiadome kompozycje. Ewa czu&#322;a, &#380;e nie ma po co docieka&#263; sensu w tej zabawie, gdy&#380; go tam nie ma. Zamyka&#322;a oczy i ponownie zasypia&#322;a, by zyska&#263; na up&#322;ywaj&#261;cym czasie.

Powr&#243;ci&#322;a do poprzedniego stanu, w kt&#243;rym usi&#322;owa&#322;a op&#243;&#378;ni&#263; nadej&#347;cie kolejnego dnia. Ka&#380;dy z nich m&#243;g&#322; przynie&#347;&#263; nowe k&#322;opoty, a nie by&#322; w stanie dostarczy&#263; rado&#347;ci. Zdaniem lekarza i jej samej, Myszka osi&#261;gn&#281;&#322;a ju&#380; wszystko, co mog&#322;a osi&#261;gn&#261;&#263; ludzka istota w tym stopniu upo&#347;ledzenia. Znikn&#281;&#322;y zatem drobne powody do dumy, gdy uda&#322;o si&#281; j&#261; wreszcie nauczy&#263; najprostszych czynno&#347;ci lub gdy z be&#322;kotliwych, niezrozumia&#322;ych d&#378;wi&#281;k&#243;w wy&#322;ania&#322; si&#281; jaki&#347; sens. W dodatku by&#322; to sens wychwytywany jedynie przez Ew&#281;. Lekarz orzek&#322;, &#380;e Myszka od tej pory zatrzyma si&#281; w rozwoju, gdy&#380; dla takich jak ona ma on okre&#347;lone granice. Myszka nigdy nie nauczy si&#281; czyta&#263;, pisa&#263; ani wypowiada&#263; cho&#263;by jednego pe&#322;nego zdania.

bo to nie jest czysty przypadek mongolizmu, to co&#347; wi&#281;cej, ale co, nie mamy poj&#281;cia. Niestety, mogliby&#347;my to zdiagnozowa&#263; dopiero po trepanacji czaszki  powiedzia&#322; lekarz to samo, co kiedy&#347;, z ledwie s&#322;yszalnym odcieniem &#380;alu, &#380;e rozwi&#261;zanie zagadki nie jest mo&#380;liwe natychmiast, z sukcesem dla medycyny.

Dla Ewy jednak c&#243;rka nie by&#322;a medyczn&#261; zagadk&#261;, lecz pozbawion&#261; nadziei codzienno&#347;ci&#261;. A r&#243;wnocze&#347;nie Ewa czu&#322;a, &#380;e Myszka jest daleka od debilizmu, o kt&#243;ry  nie u&#380;ywaj&#261;c tego s&#322;owa  pos&#261;dza&#322; j&#261; lekarz; wiedzia&#322;a, &#380;e w &#347;rodku tego dziecka tkwi kto&#347; czuj&#261;cy daleko wi&#281;cej, ni&#380; umie przekaza&#263;, kto nigdy nikomu tego nie przeka&#380;e, dodawa&#322;a w my&#347;lach.

Ka&#380;dego wi&#281;c ranka Ewa mocno zamyka&#322;a powieki i usi&#322;owa&#322;a uciec w sen, aby op&#243;&#378;ni&#263; wej&#347;cie w kolejny dzie&#324;, w kt&#243;rym zn&#243;w b&#281;dzie musia&#322;a zastanawia&#263; si&#281;, jaka przysz&#322;o&#347;&#263; czeka jej c&#243;rk&#281;, co z ni&#261; b&#281;dzie, gdyby jej, Ewie, co&#347; si&#281; sta&#322;o, i jak ma broni&#263; Myszk&#281; przed kolejn&#261; interwencj&#261; tajemniczych przedstawicieli instytucji opieku&#324;czych.

Zdaniem tych urz&#281;dniczek, nie jestem lepsza od kobiety z Mazur, kt&#243;ra zamkn&#281;&#322;a swoje dziecko w stajni, cho&#263; to nie jest stajnia, tylko wygodny dom, dostatek i spok&#243;j. A jednak, w pewnym sensie, nie ma mi&#281;dzy nami du&#380;ej r&#243;&#380;nicy, my&#347;la&#322;a Ewa, usi&#322;uj&#261;c bezskutecznie uciec w sen. Mamrotanie Myszki uniemo&#380;liwia&#322;o jej to i przywo&#322;ywa&#322;o do rzeczywisto&#347;ci.

Teoretycznie te urz&#281;dniczki mia&#322;y racj&#281;: dziewczynka powinna znale&#378;&#263; si&#281; w jakiej&#347; wyspecjalizowanej plac&#243;wce. Powinna przebywa&#263; z innymi dzie&#263;mi, oswaja&#263; si&#281; z obecno&#347;ci&#261; innych os&#243;b, nie tylko matki. Ale Ewa mia&#322;a okrutn&#261; &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e m&#243;g&#322;by to by&#263; jedynie najci&#281;&#380;szy rodzaj zak&#322;adu, przeznaczony dla beznadziejnych przypadk&#243;w. Miejsce do wegetacji.

i nie b&#281;dzie tam os&#243;b, kt&#243;re j&#261; zrozumiej&#261;, kt&#243;re wy&#322;owi&#261; z jej be&#322;kotu sens, kt&#243;re uwierz&#261;, &#380;e jest tam jaka&#347; tre&#347;&#263;, my&#347;la&#322;a Ewa.

Wiedzia&#322;a, &#380;e z wszystkich mo&#380;liwych decyzji podj&#281;&#322;a najgorsz&#261;, a zarazem jedyn&#261;, jak&#261; mog&#322;a podj&#261;&#263;: odizolowa&#322;a Myszk&#281; od &#347;wiata, by oszcz&#281;dzi&#263; jej b&#243;lu i rozczarowania, a sobie wstydu i rozpaczy. S&#322;ysza&#322;a wprawdzie o istnieniu o&#347;rodk&#243;w pr&#243;buj&#261;cych przyj&#347;&#263; z pomoc&#261; dzieciom takim jak jej c&#243;rka. Po wizycie urz&#281;dniczek znalaz&#322;a pod progiem pozostawione broszury. By&#322;o w nich pe&#322;no adres&#243;w i zdj&#281;&#263;. Ze zdj&#281;&#263; u&#347;miecha&#322;y si&#281; komunikatywne muminki, kt&#243;rych IQ by&#322; na tyle wysoki, &#380;e mog&#322;y wyplata&#263; koszyki lub klei&#263; koperty (cho&#263; o wiele lepiej robi&#322;y to maszyny), ale Ewa nie odnajdywa&#322;a w tych dzieciach &#380;adnego podobie&#324;stwa do swojej c&#243;rki.

Tak, Myszka by&#322;a inna (a mo&#380;e ka&#380;de z tych upo&#347;ledzonych dzieci jest na sw&#243;j spos&#243;b inne?, pomy&#347;la&#322;a, przypominaj&#261;c sobie, &#380;e c&#243;rka Anny maluje, dobieraj&#261;c kolory wed&#322;ug d&#378;wi&#281;k&#243;w, kt&#243;re jej zdaniem one z siebie wydaj&#261;). Myszka by&#322;a bardziej upo&#347;ledzona ni&#380; typowy muminek i zarazem w dziwny spos&#243;b kry&#322;a w sobie jak&#261;&#347; tajemnic&#281; (chyba ka&#380;de z tych dzieci ma swoj&#261; tajemnic&#281;, ale nikt nie umie jej odgadn&#261;&#263;, doda&#322;a w my&#347;lach).

Z niech&#281;ci&#261; otwar&#322;a oczy, odsun&#281;&#322;a zas&#322;on&#281; i wyjrza&#322;a przez okno, aby popatrzy&#263; na nieodmiennie ten sam widok: gara&#380; w g&#322;&#281;bi, na lewo, na wprost wysoki mur, zza kt&#243;rego wystawa&#322;y dachy s&#261;siednich dom&#243;w; zaniedbany trawnik z prawej strony.

Ale dzisiaj co&#347; zaburzy&#322;o t&#281; niezmienno&#347;&#263;. Pod murem okalaj&#261;cym dom, na skraju trawnika, majaczy&#322; nieznany kszta&#322;t. Co&#347;, czego wczoraj tu nie by&#322;o. A przecie&#380; zna&#322;a ten widok na pami&#281;&#263;. Teraz, na tle jasnego muru, rysowa&#322; si&#281; w tym miejscu jaki&#347; nowy, obcy kontur.

Drzewo  powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no, a Myszka przesta&#322;a mrucze&#263; i spojrza&#322;a na ni&#261; kosymi oczami.  Tam ro&#347;nie drzewo.

Dziewczynka unios&#322;a g&#322;ow&#281;, wsta&#322;a z pod&#322;ogi i podesz&#322;a do okna. Nagle za&#347;mia&#322;a si&#281; grubym, zachrypni&#281;tym g&#322;osem. Ewa otworzy&#322;a okno i wychyli&#322;a si&#281;. Kszta&#322;t i rodzaj drzewa nabra&#322;y wyrazisto&#347;ci.

Jab&#322;o&#324; Myszka, to jab&#322;o&#324;! Najprawdziwsza jab&#322;o&#324;! Przecie&#380; nie mog&#322;a wyrosn&#261;&#263; przez noc! Myszka, widzisz? Ile ma owoc&#243;w  doda&#322;a bardziej do siebie ni&#380; do niej, przekonana, &#380;e dla umys&#322;u Myszki jab&#322;o&#324; drzewo i jab&#322;ko owoc to dwa nie powi&#261;zane ze sob&#261; poj&#281;cia.

Daa  powiedzia&#322;a Myszka i wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niej r&#281;k&#281;.  O&#263;

Ewa wsta&#322;a z &#322;&#243;&#380;ka i ruszy&#322;a ku drzwiom. Jab&#322;onka, obsypana owocami, ros&#322;a sobie pod murem, tak dorodna i wyro&#347;ni&#281;ta, jakby by&#322;a tu wczoraj, miesi&#261;c temu i dziesi&#281;&#263; lat wstecz. Sprawia&#322;a wra&#380;enie najbardziej zadomowionej spo&#347;r&#243;d jab&#322;onek. Zbli&#380;y&#322;y si&#281; do niej obie i przystan&#281;&#322;y.

Tutaj nigdy nie by&#322;o &#380;adnego drzewa  powt&#243;rzy&#322;a zdumiona Ewa, dotykaj&#261;c &#380;ywego, szorstkiego pnia. Nagle u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e skoro drzewo tu jest  a nie mog&#322;o wyrosn&#261;&#263; przez noc  zatem musia&#322;o by&#263; zawsze, ale wiod&#261;c takie &#380;ycie przy Myszce, nawet nie zauwa&#380;y&#322;am, jak ro&#347;nie, pomy&#347;la&#322;a.

Dziewczynka tymczasem si&#281;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#261; po jeden z owoc&#243;w, ugryz&#322;a go i zacz&#281;&#322;a &#380;u&#263;. &#379;u&#322;a powoli, starannie, sok zmieszany ze &#347;lin&#261; kapa&#322; jej po brodzie, a na twarzy zacz&#281;&#322;o malowa&#263; si&#281; zdziwienie.

Niedobre?  spyta&#322;a Ewa.  Pewnie kwa&#347;ne. To dzika jab&#322;o&#324;. Nie jedz tego, w kuchni s&#261; prawdziwe jab&#322;ka  doda&#322;a. Ale Myszka potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; i wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niej r&#281;k&#281; z nadgryzionym owocem. Ewa, nie chc&#261;c jej robi&#263; przykro&#347;ci, wzi&#281;&#322;a od niej jab&#322;ko i ugryz&#322;a spory kawa&#322;ek. Jeszcze zanim zd&#261;&#380;y&#322;a prze&#322;kn&#261;&#263;, poczu&#322;a w ustach jego przedziwny smak. Zdawa&#322;o si&#281; jej, &#380;e czuje go nie tylko w ustach, lecz w ca&#322;ym ciele, &#380;e dociera nawet do koniuszk&#243;w palc&#243;w u r&#261;k i n&#243;g, czyni&#261;c j&#261; ca&#322;&#261; lekk&#261;, rze&#347;k&#261;, odrodzon&#261;.

Nigdy czego&#347; takiego nie jad&#322;am!  zawo&#322;a&#322;a.  Jest doskona&#322;e! Dlaczego nie jesz?

Ale dziewczynka zn&#243;w pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;.

Jec tyyy  powiedzia&#322;a nakazuj&#261;ce, wi&#281;c Ewa ugryz&#322;a kolejny k&#281;s. I jeszcze jeden. I nast&#281;pny Sok jeszcze sp&#322;ywa&#322; jej do gard&#322;a, gdy przeci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; leniwie i powiedzia&#322;a, patrz&#261;c z zachwytem w zachmurzone niebo:

Patrz, Myszka, jaki pi&#281;kny dzie&#324; Po prostu cudowny!

Buzia Myszki rozja&#347;ni&#322;a si&#281; w tym szczeg&#243;lnym u&#347;miechu, kt&#243;ry wzrusza&#322; Ew&#281;, a niepokoi&#322; obcych. Dla Ewy ten u&#347;miech by&#322; dowodem, &#380;e jej c&#243;rka jest szcz&#281;&#347;liwa; wszystkim obcym, z Adamem w&#322;&#261;cznie, ten grymas wydawa&#322; si&#281; obrzydliwy. Dziewczynka za&#347;mia&#322;a si&#281; g&#322;o&#347;no, a Ewa jej zawt&#243;rowa&#322;a.

Mam dopiero czterdzie&#347;ci trzy lata, przede mn&#261; d&#322;ugie &#380;ycie i czeka mnie tyle nowych rzeczy, pomy&#347;la&#322;a nagle. Na pewno gdzie&#347; na tym &#347;wiecie jest miejsce dla takich jak Myszka, i ja to miejsce znajd&#281;. Znajd&#281;. Mam du&#380;o czasu.

Roze&#347;mia&#322;a si&#281; znowu, g&#322;o&#347;no, dono&#347;nie i swobodnie, i wtedy uprzytomni&#322;a sobie, &#380;e dawno nie s&#322;ysza&#322;a w&#322;asnego &#347;miechu. Jakie to wspania&#322;e uczucie: &#347;mia&#263; si&#281;, pomy&#347;la&#322;a z zachwytem.

Adam przenikn&#261;&#322; biegiem do gara&#380;u, nie patrz&#261;c w stron&#281; Ewy i Myszki, cho&#263; doskonale je widzia&#322;: t&#281; ci&#261;gle pi&#281;kn&#261;, cho&#263; zniszczon&#261; kobiet&#281;, kt&#243;r&#261; nadal kocha&#322;, i grub&#261;, nieforemn&#261;, za&#347;linion&#261; dziewczynk&#281;, kt&#243;r&#261; odrzuci&#322;. Sta&#322;y ko&#322;o drzewa, trzymaj&#261;c si&#281; za r&#281;ce, i g&#322;o&#347;no si&#281; &#347;mia&#322;y. Przez kr&#243;tk&#261; chwil&#281; mia&#322; niemi&#322;e podejrzenie, &#380;e &#347;miej&#261; si&#281; z niego.

Ciekawe, &#380;e nigdy nie zauwa&#380;y&#322;em tego drzewa, pomy&#347;la&#322;, odsuwaj&#261;c my&#347;l o c&#243;rce i &#380;onie. Wieczorem, gdy wr&#243;c&#281;, skosztuj&#281; tych jab&#322;ek. W ko&#324;cu s&#261; moje. To g&#322;upio mie&#263; jab&#322;o&#324; i nie zna&#263; smaku jej owoc&#243;w, my&#347;la&#322;, jad&#261;c samochodem, byle tylko uwolni&#263; si&#281; od obrazu roze&#347;mianej &#380;ony ze &#347;miej&#261;c&#261; si&#281; Myszk&#261;, ta&#324;cz&#261;cych pod t&#261; rajsk&#261; jab&#322;onk&#261;.

Nagle przypomnia&#322;a mu si&#281; stara sentencja: ch&#322;opiec staje si&#281; prawdziwym m&#281;&#380;czyzn&#261; dopiero wtedy, gdy wybuduje dom dla &#380;ony i posadzi drzewo dla syna. Dom wybudowa&#322; dziewi&#281;&#263; lat temu, zamiast syna urodzi&#322;a si&#281; Myszka, a drzewo nie tylko wyros&#322;o tu bez jego woli, ale nawet nie zauwa&#380;y&#322;, kiedy.

Mama si&#281; &#347;mia&#322;a. I to przez ca&#322;y dzie&#324;. U&#347;miecha&#322;a si&#281;, robi&#261;c &#347;niadanie, sprz&#261;taj&#261;c dom, przygotowuj&#261;c obiad. Wzi&#281;&#322;a Myszk&#281; za r&#281;ce i zata&#324;czy&#322;a z ni&#261; na trawniku, w pobli&#380;u drzewa, &#347;miej&#261;c si&#281; g&#322;o&#347;no i zara&#378;liwie, tak &#380;e po chwili &#347;mia&#322;y si&#281; ju&#380; obie. Potem mama &#347;mia&#322;a si&#281; z rysunku Myszki (dwie skrzy&#380;owane, krzywe kreski biegn&#261;ce przez ca&#322;&#261; kartk&#281;), a p&#243;&#378;niej z kota, kt&#243;ry bawi&#322; si&#281; k&#322;&#281;bkiem we&#322;ny. &#346;miej&#261;c si&#281;, mama by&#322;a o wiele pi&#281;kniejsza, i dziewczynka czu&#322;a, &#380;e mimo zachmurzonego nieba wsz&#281;dzie przybywa &#347;wiat&#322;a, a &#347;ciany domu rozsuwaj&#261; si&#281;, tworz&#261;c bezkresn&#261;, cho&#263; bezpieczn&#261; przestrze&#324;.

Mama &#347;mia&#322;a si&#281;, zatem by&#322;a szcz&#281;&#347;liwa. Szcz&#281;&#347;liwa mama by&#322;a kim&#347; do tej pory nie znanym Myszce i wspania&#322;ym. Przypomina&#322;a s&#322;o&#324;ce z ksi&#281;gi z bajkami, nieprawdopodobne i weso&#322;e, z promieniami, kt&#243;re w&#281;drowa&#322;y ku cz&#322;owiekowi i mo&#380;na je by&#322;o chwyta&#263; w r&#281;ce. Myszka ogrzewa&#322;a si&#281; w nich i by&#322;o jej tak dobrze jak jeszcze nigdy i nigdzie  poza Ogrodem.

By&#322;a tym tak przej&#281;ta, &#380;e zjawi&#322;a si&#281; na strychu dopiero wraz z zapadaj&#261;cym zmierzchem, ale w Ogrodzie nadal by&#322; poranek. W&#261;&#380; czeka&#322; na ni&#261;, gdy&#380; ledwo zjad&#322;a jab&#322;ko i zawirowa&#322;a w ta&#324;cu, od razu powiedzia&#322;, nie czekaj&#261;c, a&#380; sko&#324;czy:

Nie ssssp&#243;&#378;niaj si&#281;. Wkr&#243;tce sssko&#324;czy si&#281; dzie&#324; si&#243;dmy Nie mamy czasssu.

Myszka rozejrza&#322;a si&#281;: w Ogrodzie nic nie wskazywa&#322;o na to, aby jeden dzie&#324; mia&#322; przemieni&#263; si&#281; w drugi. Do tego potrzebna by&#322;a noc. A wcze&#347;niej zmierzch. I wiele odmian mroku. Ale i tak od rozmowy o porach dnia wa&#380;niejsze by&#322;o co&#347; innego:

Czy wiesz, &#380;e On da&#322; mi drzewo?  spyta&#322;a W&#281;&#380;a.

Wiem  odpar&#322; W&#261;&#380;.

Ale to nie jest czarodziejska jab&#322;o&#324;. Zjad&#322;am z niej jab&#322;ko i nadal by&#322;am ci&#281;&#380;ka. Nie umia&#322;am oderwa&#263; si&#281; od ziemi  po&#380;ali&#322;a si&#281;.

Bo to nie jessst jab&#322;o&#324; dla ciebie, ale dla twojej mamy  wyja&#347;ni&#322; W&#261;&#380;.

Dlaczego?  zdziwi&#322;a si&#281;.

&#379;eby&#347; mog&#322;a ussss&#322;ysze&#263; jej &#347;miech.

S&#322;ysza&#322;am!  zawo&#322;a&#322;a.

&#379;eby&#347; mog&#322;a odczu&#263; jej rado&#347;&#263; z twojego issstnienia  ci&#261;gn&#261;&#322; smuk&#322;y przyjaciel.

Czu&#322;am!  u&#347;wiadomi&#322;a sobie Myszka.

I &#380;eby&#347; zrozumia&#322;a, &#380;e wkr&#243;tce zosssstanie po tobie tylko to drzewo. Myszka zamilk&#322;a.

Ale gdy odejdziesz, twoja mama, je&#347;li potrafi, ussss&#322;yszy w nim tw&#243;j g&#322;osss. Je&#347;li nie potrafi, usss&#322;yszy tylko szelessst li&#347;ci  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

Wi&#281;c mama i tato nigdy nie zobacz&#261;, jak ta&#324;cz&#281;?  spyta&#322;a ze smutkiem.

Nigdy. Ale w &#347;piewie drzewa ussss&#322;ysz&#261; tw&#243;j prawdziwy g&#322;osss i domy&#347;la si&#281;, &#380;e nie tylko by&#322;a&#347; pi&#281;kna, lecz pi&#281;knie ta&#324;czy&#322;a&#347;  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.

Naprawd&#281;?  ucieszy&#322;a si&#281; Myszka.

Naprawd&#281;  wyja&#347;ni&#322; z powag&#261; W&#261;&#380;.

Wi&#281;c to nie jest drzewo dla mnie, ale dla nich  zrozumia&#322;a dziewczynka.

Twoje drzewa rosssn&#261; tutaj  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.  Rozejrzyj si&#281;.

Myszka rozejrza&#322;a si&#281; i ze zdumieniem stwierdzi&#322;a, ze Ogr&#243;d wygl&#261;da inaczej. Nie mia&#322; ju&#380; nic wsp&#243;lnego z, plastikow&#261; kurtyn&#261; z weso&#322;ego miasteczka. Nie przypomina&#322; niczego, co zna&#322;a, cho&#263; wci&#261;&#380; pozostawa&#322; Ogrodem. By&#322; r&#243;wnocze&#347;nie &#347;wiat&#322;em i mrokiem, harmoni&#261; i chaosem, muzyk&#261; i cisz&#261;, zielono&#347;ci&#261; i b&#322;&#281;kitem, nieruchomo&#347;ci&#261; i wiatrem. By&#322; jedno&#347;ci&#261;. By&#322; wielo&#347;ci&#261;. By&#322; wszystkim. By&#322; niczym. By&#322;.

Oszo&#322;omiona zamruga&#322;a oczami, i zn&#243;w pojawi&#322;y si&#281; swojskie, dobrze jej znane jab&#322;onie, strumyk p&#322;yn&#261;cy pomi&#281;dzy nimi, poruszaj&#261;ce si&#281; w oddali sylwetki Adama i Ewy i smuk&#322;e cia&#322;o W&#281;&#380;a zwieszaj&#261;ce si&#281; z ga&#322;&#281;zi nad jej g&#322;ow&#261;. Co&#347; mi si&#281; zdawa&#322;o, pomy&#347;la&#322;a.

M&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e jedno z drzew jest zakazane i nie wolno je&#347;&#263; z niego owoc&#243;w  przypomnia&#322;a sobie.

Tak, to drzewo bowiem rodzi najzwyklejsze owoce, kt&#243;re nie daj&#261; przemiany. Ten kto je zje, b&#281;dzie po prostu zwyk&#322;ym &#347;miertelnikiem. Gdy ty je zjesz, znajdziesz si&#281; z powrotem na dole. I ju&#380; nie wr&#243;cisz. B&#281;dziesz na zawsze przynale&#380;e&#263; do ziemi. Gdyby zjedli je Adam i Ewa, musieliby odej&#347;&#263; z Ogrodu. Ale to drzewo jest dobrze ukryte, gdy&#380; On nie chce, aby&#347;cie je znale&#378;li  powiedzia&#322; W&#261;&#380;.

On, On i On, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Rozmawiamy o Nim, nasze my&#347;li kr&#261;&#380;&#261; wok&#243;&#322; Niego, czujemy Jego oddech i nigdy Go nie widzimy.

Czy nie chcia&#322;by&#347;  zacz&#281;ta i urwa&#322;a. O co w&#322;a&#347;ciwie mam pyta&#263;?

Chcia&#322;bym  odpar&#322; W&#261;&#380;.  Pragniesz wiedzie&#263;, jak On wygl&#261;da. No c&#243;&#380;  poruszy&#322; p&#322;askim &#322;bem, jakby si&#281; namy&#347;la&#322;:  On w og&#243;le nie wygl&#261;da. Nie ma wygl&#261;du. Mo&#380;na Go ssssobie wyobra&#380;a&#263; na r&#243;&#380;ne sssposssoby. Mo&#380;na w Niego wierzy&#263; i nie wierzy&#263;. Mo&#380;na Go czu&#263; i nie wyczuwa&#263;. Mo&#380;na Go sss&#322;ucha&#263; i nie sss&#322;ysze&#263;. Mo&#380;na widzie&#263; w nim kobiet&#281;, m&#281;&#380;czyzn&#281;, a nawet dziecko. On jessst wszyssstkim i niczym. I o to chodzi. Dzi&#281;ki temu mo&#380;e zaj&#261;&#263; si&#281; tym, co lubi najbardziej: ssstwarzaniem, albowiem ludzie, nie znajduj&#261;c Go, nie mog&#261; Go nachodzi&#263;, m&#281;czy&#263;, prze&#347;ladowa&#263;. I dlatego On jesst poza czasssem i ssstwarza. Ssstwarza i ssstwarza bez ko&#324;ca, ale i bez pocz&#261;tku, i jessst wci&#261;&#380; niezadowolony, dlatego pr&#243;buje na nowo. Ju&#380; nie wierzy w to, &#380;e ssstworzy co&#347; dossskona&#322;ego, ale nadal pr&#243;buje, gdy&#380; musi zape&#322;ni&#263; ogromn&#261; pussstk&#281; w sssobie i wok&#243;&#322; siebie. Co jeszcze chcesz wiedzie&#263;? I po co? Wiara nie potrzebuje wiedzy  stwierdzi&#322; w zadumie W&#261;&#380;.

Myszka poczu&#322;a, &#380;e nie powinna dalej pyta&#263;, bo przecie&#380; wie. On czasami jest Panem, a niekiedy G&#322;osem, lub te&#380; migocz&#261;c, przeobra&#380;a swe kszta&#322;ty i przypomina Ew&#281; lub Adama, lecz tylko po to, by zaspokoi&#263; ich pr&#243;&#380;no&#347;&#263;. A naprawd&#281; jest niepodobny do niczego. W te dni, gdy jest kobiecy, G&#322;os ma &#347;piewny, &#322;agodny i przypomina matk&#281;. Niekiedy mknie z wiatrem i z piorunami, i wtedy jest ojcem. A czasem w og&#243;le Go nie ma, cho&#263; jest. I wtedy najbardziej jest sob&#261;.

Wy, ludzie, wyobra&#380;acie sssobie na Jego temat r&#243;&#380;ne rzeczy, mniej lub bardziej prawdziwe, ale raczej mniej ni&#380; bardziej. I o to chodzi  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; W&#261;&#380;.

Myszka przyjrza&#322;a mu si&#281; nieufnie.

Nie wiesz, &#380;e nie trzeba, a nawet nie nale&#380;y wszysssstkiego wyja&#347;nia&#263;?  spyta&#322; z u&#347;miechem.

Nie wiem  przyzna&#322;a, czuj&#261;c, &#380;e naprawd&#281; nie chce wiedzie&#263;, jak On wygl&#261;da. I nie chce, aby w og&#243;le mia&#322; wygl&#261;d.

Przez Ogr&#243;d przemkn&#261;&#322; wiatr. Pan g&#322;&#281;boko westchn&#261;&#322; i zapad&#322; si&#281; w &#347;wiat&#322;ocie&#324;, a W&#261;&#380; pod&#261;&#380;y&#322; Jego &#347;ladem. Mia&#322; zwyczaj pojawia&#263; si&#281; nagle i znika&#263; r&#243;wnie niespodziewanie, lecz odnajdywa&#322; si&#281; zawsze wtedy, gdy by&#322; dziewczynce potrzebny.

Myszka ruszy&#322;a szuka&#263; Adama i Ewy. Nie by&#322;o ich nad strumykiem i d&#322;ugo kr&#261;&#380;y&#322;a po Ogrodzie, zanim natrafi&#322;a na ich &#347;lad ko&#322;o jednej z jab&#322;oni. W przeciwie&#324;stwie do innych, ta wydawa&#322;a si&#281; mniejsza. Sprawia&#322;a wra&#380;enie kar&#322;owatej i u&#322;omnej. Myszka zrozumia&#322;a, &#380;e o tym drzewie m&#243;wi&#322;a jej kiedy&#347; Ewa. To ono by&#322;o cherlawe, s&#322;abe i nale&#380;a&#322;o o nie dba&#263;, by nie usch&#322;o.

Ewa obrywa&#322;a chore ga&#322;&#261;zki i spryskiwa&#322;a wod&#261; te, kt&#243;rym uda&#322;o si&#281; zachowa&#263; &#380;ycie. Jej lalka, porzucona niedbale, le&#380;a&#322;a ko&#322;o pnia. Jab&#322;kowa g&#322;owa zacz&#281;&#322;a gni&#263;. P&#281;ki trawy, udaj&#261;ce w&#322;osy, po&#380;&#243;&#322;k&#322;y od s&#322;o&#324;ca. Patyki, imituj&#261;ce nogi i r&#281;ce, po&#322;ama&#322;y si&#281;. Trzeba zrobi&#263; now&#261;, pomy&#347;la&#322;a Myszka, ale Ewa na jej widok o&#380;ywi&#322;a si&#281; i powiedzia&#322;a:

Dobrze, &#380;e przysz&#322;a&#347;, bo mogliby&#347;my si&#281; nie spotka&#263;. Chcemy st&#261;d odej&#347;&#263;.

Opuszczacie Ogr&#243;d?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.  Przecie&#380; tutaj jest &#347;licznie.

Tak, tutaj ca&#322;y czas jest &#347;licznie  potwierdzi&#322; Adam.  Ani przez chwilk&#281; nic nie jest brzydkie

wi&#281;c my tak&#380;e wci&#261;&#380; jeste&#347;my tacy sami  dorzuci&#322;a Ewa.  Podobno bezgrzeszni, jak m&#243;wi W&#261;&#380;, ale dlatego zamiast prawdziwego dziecka mamy lalk&#281;. I sp&#243;jrz, jak ona wygl&#261;da! Nawet nie mo&#380;na jej przytuli&#263;.

Ale macie tu wieczne &#380;ycie, wieczn&#261; m&#322;odo&#347;&#263;, wieczny dzie&#324;. Nie wiecie, co to ci&#281;&#380;ar, choroba i noc  zaprotestowa&#322;a Myszka.

Chcemy i&#347;&#263; tam, gdzie b&#281;dziemy m&#281;&#380;czyzn&#261; i kobiet&#261;  o&#347;wiadczy&#322; Adam.

Przecie&#380; jeste&#347;cie M&#281;&#380;czyzn&#261; i Kobiet&#261;!  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.

Nie  odpar&#322;a Ewa.  Sama m&#243;wi&#322;a&#347;, &#380;e nie mamy tam Nic, opr&#243;cz figowego li&#347;cia. Sp&#243;jrz na Ogr&#243;d Wszystkie tutejsze zwierz&#281;ta nie maj&#261; dzieci. Tak&#380;e ro&#347;liny ich nie maj&#261;. Nawet jab&#322;ka ca&#322;y czas s&#261; takie same. Chc&#281; wiedzie&#263;, jak wygl&#261;da noc. Wol&#281; zna&#263; Koniec, ni&#380; tkwi&#263; zawsze na Pocz&#261;tku.

I zostawicie Go samego?  spyta&#322;a ze smutkiem Myszka.

My&#347;l&#281;, &#380;e tutaj jeste&#347;my tylko Jego lalkami  powiedzia&#322;a Ewa, a Myszka pomy&#347;la&#322;a, &#380;e Kobieta nawet nie wie, jak bliska jest prawdy.

Chcemy by&#263; prawdziwi. Z krwi i ko&#347;ci  o&#347;wiadczy&#322; Adam.

Z brudu i b&#322;ota, z py&#322;u i sssssadzy, ze &#347;liny i flegmy  zasycza&#322; W&#261;&#380; za ich plecami, ale tego nie us&#322;yszeli. Nie chcieli s&#322;ysze&#263;.

Z cia&#322;a  dorzuci&#322; Adam.

Z cia&#322;a, kt&#243;re choruje, ssstarzeje si&#281; i rozsssypuje w proch  dopowiedzia&#322; bezlito&#347;nie W&#261;&#380;.

Co On na to, &#380;e chcecie odej&#347;&#263;?  spyta&#322;a niespokojnie Myszka.

Powiedzia&#322; nam, przez W&#281;&#380;a, &#380;e mo&#380;emy zje&#347;&#263; wszystkie jab&#322;ka w Jego Ogrodzie, byleby&#347;my zostali. Ale ile mo&#380;na zje&#347;&#263; jab&#322;ek, nawet je&#347;li s&#261; zaczarowane?  po&#380;ali&#322;a si&#281; Ewa.

Zaczarowane powinny zdarza&#263; si&#281; wyj&#261;tkowo, a nie by&#263; na co dzie&#324;  doda&#322; po namy&#347;le Adam.

Myszka namy&#347;la&#322;a si&#281;. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e jedno, jedyne drzewo w Ogrodzie by&#322;o inne. Nie mia&#322;o cudownych, rajskich owoc&#243;w; by&#322;o zwyk&#322;ym drzewem najzwyklejszych wiadomo&#347;ci z&#322;ego i dobrego. Takich samych jak te w telewizyjnych Wiadomo&#347;ciach. Nie mia&#322;o mocy czarodziejskiej przemiany, nie dawa&#322;o uczucia odlotu; przeciwnie: bezlito&#347;nie sprowadza&#322;o na ziemi&#281;. Ko&#322;o tego drzewa sta&#322;a teraz Ewa. To nim opiekowa&#322;a si&#281;, aby nie usch&#322;o. To ono &#380;y&#322;o dzi&#281;ki jej pomocy. Wymyka&#322;o si&#281; rajskim poj&#281;ciom urody i by&#322;o kluczem do opuszczenia Ogrodu. W&#261;&#380; m&#243;wi&#322;, &#380;e to drzewo by&#322;o dobrze ukryte. To prawda. Sta&#322;o w samym &#347;rodku, po&#347;r&#243;d innych drzew, i by&#322;o najbrzydsze, i to by&#322;o najlepszym ukryciem, jakie mo&#380;na by&#322;o wymy&#347;li&#263;..

Je&#347;li chcecie opu&#347;ci&#263; Ogr&#243;d, musicie zerwa&#263; jab&#322;ko z zakazanego drzewa i je zje&#347;&#263;  powiedzia&#322;a, pe&#322;na smutku, &#380;e pomaga w zburzeniu czego&#347;, co mog&#322;oby trwa&#263; przez wieki. Pi&#281;kne, nieskalane, nie&#347;miertelne, cho&#263; ma&#322;o prawdziwe.

Jak mamy znale&#378;&#263; zakazane drzewo?  spyta&#322; Adam.  On ukry&#322; je przed nami.

Zassstan&#243;w si&#281;, Myszko  sykn&#261;&#322; ostrzegawczo W&#261;&#380;.  Czy wiesz, co robisz?

Myszka jednak nie s&#322;ucha&#322;a W&#281;&#380;a. Ju&#380; przemy&#347;la&#322;a wszystko.

Stoicie przy tym drzewie  stwierdzi&#322;a rzeczowo.

Niemo&#380;liwe!  zawo&#322;a&#322;a Ewa.  Przecie&#380; to ja uratowa&#322;am je od &#347;mierci! To moje drzewo, a nie Jego!

Myszka nie chcia&#322;a odbiera&#263; jej z&#322;udze&#324;. Ju&#380; przeczuwa&#322;a, &#380;e istnieje niesko&#324;czona liczba Ogrod&#243;w, z niesko&#324;czon&#261; liczb&#261; Adam&#243;w i Ew, kt&#243;rzy pewnego dnia  nie wbrew Niemu, lecz z Jego pomoc&#261;  opuszczaj&#261; to miejsce i id&#261; na d&#243;&#322;, do ludzi. Ju&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e On wci&#261;&#380; stwarza i stwarza kolejne Ogrody, kolejnych Adam&#243;w i Ewy, wierz&#261;c, &#380;e pewnego dnia stworzy istot&#281;, z kt&#243;rej naprawd&#281; b&#281;dzie zadowolony. Na razie wci&#261;&#380; Mu si&#281; nie udawa&#322;o. I dlatego w ka&#380;dym Ogrodzie ros&#322;o zakazane drzewo  tylko po to, aby jego mieszka&#324;cy mogli z&#322;ama&#263; Jego zakaz i odej&#347;&#263;, gdy znowu Go rozczaruj&#261;.

Musicie zje&#347;&#263; jab&#322;ko z tego drzewa. To ono jest kluczem do wszystkiego, w&#322;a&#347;nie dlatego, &#380;e wydaje si&#281; chore i kalekie  powiedzia&#322;a Myszka.

One nie nadaj&#261; si&#281; do jedzenia!  zawo&#322;a&#322;a Ewa.  Przyjrzyj si&#281; im, s&#261; brzydkie, a wi&#281;c na pewno kwa&#347;ne i niesmaczne!

Myszka przygl&#261;da&#322;a si&#281; owocom cherlawej jab&#322;onki.

To jab&#322;ko musi by&#263; takie jak ziemia, na kt&#243;r&#261; chcecie zej&#347;&#263;  powiedzia&#322;a. Jej bystry wzrok ogarn&#261;&#322; prawie wszystkie owoce, gdy&#380; by&#322;o ich niewiele na tym drzewie. Wi&#281;kszo&#347;&#263; nosi&#322;a na sobie pi&#281;tno walki o &#380;ycie. Nadgni&#322;a i pomarszczona przedwcze&#347;nie sk&#243;rka s&#261;siadowa&#322;a z pokryt&#261; ple&#347;ni&#261; lub poszarza&#322;&#261; czerwieni&#261;. Niekt&#243;re jab&#322;ka mia&#322;y w sobie dziurki, z nich za&#347; wygl&#261;da&#322;y robaki. Wszystkie toczy&#322;a choroba.

Musicie zje&#347;&#263; takie jab&#322;ko  powt&#243;rzy&#322;a Myszka, wskazuj&#261;c na to, kt&#243;re wydawa&#322;o si&#281; najbrzydsze.

Ewa otrz&#261;sn&#281;&#322;a si&#281; ze wstr&#281;tem, ale potem przyjrza&#322;a si&#281; owocowi, ostro&#380;nie dotykaj&#261;c go palcem.

Jest paskudny, ale zjemy go  powiedzia&#322;a, decyduj&#261;c za siebie i za Adama.

Ale ziemia Ziemia jest taka osobna. B&#281;dziecie puka&#263; i nikt nie otworzy. B&#281;dziecie p&#322;aka&#263; i nikt nie us&#322;yszy  szepn&#281;&#322;a Myszka, przypominaj&#261;c sobie d&#378;wi&#281;koszczelne, obite sk&#243;r&#261; drzwi pokoju ojca.

Ooo, nie Ziemia musi by&#263; cudowna  rozmarzy&#322;a si&#281; Ewa.  On  wskaza&#322;a na W&#281;&#380;a  on m&#243;wi, &#380;e tam b&#281;d&#281; mia&#322;a prawdziwe cia&#322;o.

i prawdziwe piersi  dorzuci&#322; Adam, troch&#281; zdumiony tym, co m&#243;wi, gdy&#380; w Ogrodzie piersi Ewy wydawa&#322;y mu si&#281; zb&#281;dnymi wypuk&#322;o&#347;ciami.

I tam b&#281;dziemy mie&#263; Dziecko. Mo&#380;e takie jak ty?  powiedzia&#322;a Ewa.

Nie, nie Oczywi&#347;cie, &#380;e inne, pomy&#347;la&#322;a Myszka. Ono nigdy nie zajrzy na &#380;aden strych. Jego mama nie b&#281;dzie przez nie p&#322;aka&#263;, a tato zawsze przystanie, gdy ono zawo&#322;a.

Tam nie b&#281;d&#281; nosi&#322; figowego li&#347;cia!  roze&#347;mia&#322; si&#281; Adam.

Wiem. Tam b&#281;dziesz nosi&#322; garnitur, krawat, czarn&#261; teczk&#281;, kom&#243;rk&#281; i laptopa, pomy&#347;la&#322;a Myszka.

Jak przekonacie Go, by si&#281; nie gniewa&#322;?  spyta&#322;a.

Nie b&#281;dziemy pyta&#263; Go o zgod&#281;  o&#347;wiadczy&#322; bu&#324;czucznie Adam.

On si&#281; zgadza  powiedzia&#322; &#322;agodnie W&#261;&#380;, a Myszka pomy&#347;la&#322;a: Oczywi&#347;cie, &#380;e si&#281; zgadza. I ledwo sobie p&#243;jd&#261;, on zacznie stwarza&#263; kolejny Ogr&#243;d i kolejnego M&#281;&#380;czyzn&#281; i Kobiet&#281;.

I tutaj, w tym Ogrodzie, zostanie sam?  spyta&#322;a g&#322;o&#347;no i ze wsp&#243;&#322;czuciem.

On nie jesst tu sssam  za&#347;mia&#322; si&#281; W&#261;&#380;.

A kto z Nim jest?  spyta&#322;a zafascynowana Myszka. Chcia&#322;a zobaczy&#263; te inne istoty zamieszkuj&#261;ce Ogr&#243;d, kt&#243;rych obecno&#347;ci jeszcze nie przeczu&#322;a.

Poznasz je. Ju&#380; nied&#322;ugo  obieca&#322; W&#261;&#380;.

Tak, poznasz je, bo tu zostaniesz  o&#347;wiadczy&#322; Adam.

Dlaczego?  spyta&#322;a Myszka bez zdziwienia.

Zassstan&#243;w si&#281; Nie mo&#380;na przebywa&#263; r&#243;wnocze&#347;nie tu i tam  zasycza&#322; W&#261;&#380;.  Wi&#281;c b&#281;dziesz musia&#322;a si&#281; zdecydowa&#263;, Myszko

Jeszcze nie  powiedzia&#322;a prosz&#261;co dziewczynka. Jeszcze tylu spraw nie zako&#324;czy&#322;am tam, na dole. Mama ju&#380; si&#281; &#347;mieje, ale tato Tato nadal biega, pomy&#347;la&#322;a z niepokojem.

Nie mamy wiele czassssu  odpar&#322; W&#261;&#380;.  Ale On daje ci prawo wyboru. Wi&#281;c je&#347;li chcesz tam zossssta&#263;

W&#261;&#380; urwa&#322; i leciutko zata&#324;czy&#322; na obie strony swym gadzim &#322;bem.

Tam tam jestem taka ci&#281;&#380;ka, pomy&#347;la&#322;a Myszka, patrz&#261;c na niego, a on spojrza&#322; na ni&#261; koralikowymi oczami i zn&#243;w poruszy&#322; p&#322;askim &#322;bem w lewo i w prawo.

Tam jestem zamkni&#281;ta w domu, bo mama boi si&#281; zabra&#263; mnie do parku, do supermarketu, a nawet na ulic&#281;, my&#347;la&#322;a Myszka, nie odrywaj&#261;c wzroku od W&#281;&#380;a. Jego &#322;eb coraz szybciej ta&#324;czy&#322; w z&#322;ocistym s&#322;o&#324;cu.

Tam dzieci nie chc&#261; si&#281; ze mn&#261; bawi&#263; i patrz&#261; na mnie tak, jakby si&#281; ba&#322;y lub brzydzi&#322;y

&#321;eb W&#281;&#380;a ta&#324;czy&#322; ju&#380; tak szybko, &#380;e Myszka z trudem nad&#261;&#380;a&#322;a wzrokiem za jego ruchami. Nagle znieruchomia&#322;, a jego ma&#322;e oczy wpi&#322;y si&#281; w twarz Myszki.

Tu mog&#281; ta&#324;czy&#263;, uprzytomni&#322;a sobie, wspi&#281;&#322;a si&#281; na palce i zawirowa&#322;a, wykonuj&#261;c swobodny, lekki piruet. Owia&#322; j&#261; ciep&#322;y wiatr, a wiruj&#261;c, poczu&#322;a szalon&#261; rado&#347;&#263; i niesko&#324;czon&#261; wolno&#347;&#263;. Tak mog&#322;o by&#263; zawsze.

Dobrze  powiedzia&#322;a, zatrzymuj&#261;c si&#281; i oddychaj&#261;c g&#322;&#281;boko.  Powiedz Mu, &#380;eby ich pu&#347;ci&#322;.

Zostan&#281; z wami. Ale zejd&#281; na d&#243;&#322; jeszcze ten jeden, jedyny raz, aby si&#281; po&#380;egna&#263;. I zaraz wr&#243;c&#281;. I sta&#322; si&#281; ostatni wiecz&#243;r dnia si&#243;dmego.

Adam zajecha&#322; w nocy przed gara&#380; i czekaj&#261;c, a&#380; podnios&#261; si&#281; elektronicznie uchylane drzwi, zn&#243;w spojrza&#322; na samotn&#261; jab&#322;onk&#281; na skraju trawnika.

Musia&#322;a tam zawsze rosn&#261;&#263;, stwierdzi&#322;, wysiad&#322; z auta i ruszy&#322; trawnikiem na prze&#322;aj. Nigdy wcze&#347;niej nie zwr&#243;ci&#322; na ni&#261; uwagi. Trzeba spr&#243;bowa&#263; w&#322;asnego jab&#322;ka, pomy&#347;la&#322;. Mia&#322; dom, kt&#243;ry by&#322; jak cudzy; &#380;on&#281;, kt&#243;ra &#380;y&#322;a we w&#322;asnym &#347;wiecie; c&#243;rk&#281;, kt&#243;rej nie chcia&#322;; mia&#322; jab&#322;o&#324; o nieznanym smaku owoc&#243;w.

Jab&#322;onka sta&#322;a nieruchomo w &#347;wietle ksi&#281;&#380;yca. Nagle wiatr poruszy&#322; jej ga&#322;&#281;ziami i li&#347;cie cicho za&#347;piewa&#322;y. Adamowi wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e s&#322;yszy czyj&#347; cichy i dobrze znany g&#322;os:

aaasio-adasio o&#263;, o&#263; b&#281;dziemy si&#281; bawi&#263; o&#263;, o&#263;

Potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Niepokoj&#261;cy szmer ucich&#322;. Wraca&#322; do domu, gryz&#261;c owoc. By&#322; troch&#281; kwa&#347;ny, troch&#281; gorzki. I dziwnie smaczny.

Jedz&#261;c jab&#322;ko, przekr&#281;ca&#322; klucz w drzwiach gabinetu i nagle wydoby&#322; z pami&#281;ci t&#281; twarz. Stan&#281;&#322;a mu przed oczami jak &#380;ywa i w&#322;a&#347;nie gdy po&#322;yka&#322; kolejny k&#281;s, przypomnia&#322; sobie nie tylko jej twarz, lecz tak&#380;e imi&#281;.

Pani Aleksandra Jak mog&#322;em zapomnie&#263;

Jedyna przyjaci&#243;&#322;ka babci, mieszkaj&#261;ca z nimi drzwi w drzwi, znaj&#261;ca od dziecka jego zmar&#322;&#261; matk&#281;. Pani Aleksandra, kt&#243;ra prawie codziennie bywa&#322;a u nich w domu lub zaprasza&#322;a do siebie; kt&#243;ra zna&#322;a ich &#380;ycie niemal od podszewki.

Ona b&#281;dzie wszystko wiedzie&#263;. Ona mi powie, czy w mojej rodzinie zdarza&#322;y si&#281; choroby umys&#322;owe lub upo&#347;ledzenia. Ona mnie oczy&#347;ci i b&#281;d&#281; wiedzia&#322;, kogo mam wini&#263;, siebie czy Ew&#281;, i czy mo&#380;emy mie&#263; nasze drugie, tym razem zdrowe dziecko. Nazwisko m&#243;j Bo&#380;e, jakie ona mia&#322;a nazwisko?

Nazwisko pani Aleksandry przypomnia&#322; sobie z ostatnim k&#281;sem jab&#322;ka. Miejscowo&#347;&#263; zna&#322;. Przecie&#380; tam mieszkali z babci&#261; i rodzicami, zanim, w trzy lata po tragicznym wypadku, przenie&#347;li si&#281; tutaj. Jakby babcia pragn&#281;&#322;a rozpocz&#261;&#263; &#380;ycie ca&#322;kiem od nowa, w nowym mie&#347;cie, w nowym mieszkaniu, bezpowrotnie wymazuj&#261;c przesz&#322;o&#347;&#263;.

Nazw&#281; ulicy w tamtym mie&#347;cie ca&#322;y czas mia&#322; w pami&#281;ci. Trudno zapomnie&#263; ulic&#281; w&#322;asnego dzieci&#324;stwa, kt&#243;ra jest przecie&#380; jedna jedyna  z podw&#243;rkiem, trzepakiem i wielkim, starym drzewem, pod kt&#243;rym jesieni&#261; zbiera si&#281; l&#347;ni&#261;ce, br&#261;zowe, niemal magiczne kasztany.

Jad&#281; tam jutro, postanowi&#322;.



Dzie&#324; &#243;smy

Myszka spa&#322;a i spa&#322;a. Dawno min&#281;&#322;a pora &#347;niadania i powoli zbli&#380;a&#322; si&#281; obiad. Pocz&#261;tkowo Ewa by&#322;a zadowolona z.tego cichego, spokojnego poranka. Zw&#322;aszcza &#380;e Adam jak zwykle znikn&#261;&#322;, zanim otworzy&#322;a oczy.

Na stole w kuchni le&#380;a&#322;a ich tygodni&#243;wka  suma, kt&#243;r&#261; Adam zostawia&#322; w ka&#380;dy poniedzia&#322;ek na ich ca&#322;otygodniowe wydatki. Ale to by&#322;a niedziela. Pomy&#322;ki, w przypadku Adama, nigdy si&#281; nie zdarza&#322;y. Zatem Adam zak&#322;ada&#322;, &#380;e w poniedzia&#322;ek te&#380; go nie b&#281;dzie.

Znowu gdzie&#347; wyjecha&#322;?, pomy&#347;la&#322;a.

Oko&#322;o pierwszej po po&#322;udniu zacz&#281;&#322;a budzi&#263; Myszk&#281;. Dziewczynka otworzy&#322;a oczy i spojrza&#322;a na ni&#261; niewidz&#261;cym wzrokiem.

Myszka  szepn&#281;&#322;a &#322;agodnie. Wzrok Myszki spoczywa&#322; wci&#261;&#380; na niej, ale Ewa mia&#322;a pewno&#347;&#263;, &#380;e dziewczynka nie wie, na co patrzy.

Musia&#322;o jej si&#281; co&#347; &#347;ni&#263; Jakby nie wiedzia&#322;a, gdzie jest, stwierdzi&#322;a i powt&#243;rzy&#322;a, szarpi&#261;c gwa&#322;townie c&#243;rk&#281; za rami&#281;:  Myszka, obud&#378; si&#281;!

Teraz Myszka powinna zamruga&#263; oczami, przeci&#261;gn&#261;&#263; si&#281;, odrzuci&#263; ko&#322;dr&#281; (Ewa za ka&#380;dym razem nie umia&#322;a uciec od irytuj&#261;cej my&#347;li, &#380;e jej c&#243;rka jest gruba i nieforemna; &#380;e jest dziewczynk&#261;, a nie mo&#380;na ubra&#263; jej w te wszystkie &#347;liczne, pe&#322;ne wdzi&#281;ku ciuszki widziane na wystawach sklep&#243;w), a potem mia&#322; pojawi&#263; si&#281; ten szeroki, ufny u&#347;miech, kt&#243;ry ka&#380;dorazowo sprawia&#322;, &#380;e wybacza&#322;a c&#243;rce zaw&#243;d, jaki jej sprawi&#322;a swymi narodzinami.

Ten u&#347;miech nie pojawi&#322; si&#281; jednak. Przeciwnie: usta Myszki by&#322;y mocno zaci&#347;ni&#281;te, jak w chwili najwy&#380;szego skupienia.

Myszka  powt&#243;rzy&#322;a Ewa z niepokojem i przy&#322;o&#380;y&#322;a d&#322;o&#324; do jej czo&#322;a. By&#322;o ch&#322;odne. Ale oczy dziewczynki nadal patrzy&#322;y nie na ni&#261;, lecz przez ni&#261;, jakby Ewa by&#322;a prze&#378;roczysta.

Schwyci&#322;a r&#281;k&#281; Myszki i usi&#322;owa&#322;a podnie&#347;&#263; j&#261;, aby zmusi&#263; do wstania. R&#281;ka c&#243;rki by&#322;a ci&#281;&#380;ka i bezw&#322;adna. Gdy Ewa j&#261; pu&#347;ci&#322;a, opad&#322;a na ko&#322;dr&#281;.

Ona jest chora  szepn&#281;&#322;a i chwyci&#322;a za s&#322;uchawk&#281; telefonu.

Niekontaktowa? Ale bez temperatury?  wypytywa&#322; lekarz.  Kaszle? Ma katar? Nie Trudno&#347;ci z oddechem? Nie Oczywi&#347;cie, &#380;e przyjad&#281;, ale nie widz&#281; powodu do po&#347;piechu. Z pani opisu wynika, &#380;e nic si&#281; nie dzieje. Przecie&#380; ona prawie zawsze jest niekontaktowa, prawda?

Ewa mia&#322;a ochot&#281; wrzasn&#261;&#263;: Co za bzdury pan wygaduje! To najbardziej kontaktowe dziecko w &#347;wiecie! Tylko idiota nie umie si&#281; z ni&#261; porozumie&#263;!, lecz zamiast tego powt&#243;rzy&#322;a z naciskiem, &#380;e jej zdaniem Myszka jest inna ni&#380; zwykle.

A je&#347;li to nie jest choroba, to co?

Upo&#347;ledzone dzieci potrafi&#261; zachowywa&#263; si&#281; dziwacznie. A przecie&#380; opr&#243;cz DS mamy jeszcze t&#281; ciemn&#261; plamk&#281; na m&#243;zgu. I w&#322;a&#347;nie ona ma prawo dawa&#263; nieprzewidywalne zachowania  odpar&#322; lekarz i dorzuci&#322; uspokajaj&#261;co:  B&#281;d&#281; za dwie, trzy godziny. Mam pilne domowe wizyty i trzech pacjent&#243;w w poczekalni. Do tego czasu nic z&#322;ego si&#281; nie stanie, prosz&#281; si&#281; uspokoi&#263;. Do widzenia

Ma&#322;a ciemna plamka w m&#243;zgu, przypomnia&#322;a sobie Ewa. Mo&#380;e guz, mo&#380;e t&#281;tniak, a mo&#380;e co&#347; jeszcze innego? A je&#347;li to t&#281;tniak i w&#322;a&#347;nie si&#281; rozla&#322;? Ale wtedy powinna nast&#261;pi&#263; nag&#322;a utrata przytomno&#347;ci  uspokoi&#322;a si&#281;, przywo&#322;uj&#261;c swoj&#261; poradnikowo-podr&#281;cznikow&#261; wiedz&#281;. Myszka tymczasem by&#322;a nieprzytomna, ale inaczej (Inteligentna inaczej, sprawna inaczej, nawet nieprzytomna inaczej, pomy&#347;la&#322;a gorzko).

Myszka patrzy&#322;a, ale nie widzia&#322;a. Lub widzia&#322;a co&#347; innego, nie Ew&#281;, cho&#263; ta nachyla&#322;a si&#281; nad dziewczynk&#261;, wpatruj&#261;c si&#281; w jej skryte pod grubymi powiekami oczy, i kto&#347; z boku m&#243;g&#322;by pomy&#347;le&#263;, &#380;e dziewczynka odwzajemnia spojrzenie matki. Ale Myszka by&#322;a bezw&#322;adna i nieobecna.

Ewie nie pozosta&#322;o nic innego, jak czeka&#263; na lekarza.

Z adresem, zapisanym na kartce, Adam b&#322;&#261;dzi&#322; po dzielnicy swego dzieci&#324;stwa. Wyjecha&#322; skoro &#347;wit i na miejscu by&#322; ju&#380; oko&#322;o &#243;smej.

Nic nie pami&#281;tam, my&#347;la&#322; sp&#322;oszony, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; wok&#243;&#322;. Dlaczego nie pami&#281;tam tych ulic, tych zau&#322;k&#243;w, tych podw&#243;rek, gdzie bawi&#322;em si&#281; z kolegami w dwa ognie i w chowanego?

Nie wzi&#261;&#322; mapy, zawierzaj&#261;c swoim wspomnieniom. A teraz po rodzinnym mie&#347;cie prowadzili go przypadkowi przechodnie i jad&#261;c &#347;ladami ich wskaz&#243;wek, dopiero po godzinie odnalaz&#322; t&#281; zniszczon&#261; przedwojenn&#261; kamienic&#281;. Gdy wchodzi&#322; po schodach, wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e j&#261; rozpoznaje, cho&#263; nie by&#322;o to &#322;atwe: jak mia&#322; odkry&#263; pi&#281;kny dom swego dzieci&#324;stwa w rozpadaj&#261;cej si&#281; ruderze, pod liszajami strupiesza&#322;ych &#322;at kiepskiej farby? Wszystko wydawa&#322;o mu si&#281; mniejsze  i brzydsze, ni&#380; by&#322;o w&#243;wczas.

To tu Na pewno tu To te schody To na nich gra&#322;em z ch&#322;opakami w kapsle. Te same schody. Ale wtedy mniej skrzypia&#322;y i le&#380;a&#322; na nich czerwony chodnik. A ze mn&#261; zawsze by&#322; pies. Nasz pies. Br&#261;zowy i du&#380;y. Mi&#281;kki i ciep&#322;y. Chyba go kocha&#322;em. A babcia przesiadywa&#322;a w mieszkaniu swojej przyjaci&#243;&#322;ki, przypomina&#322; sobie powoli, lecz wytrwale.

Rozpozna&#322; drzwi, te drugie, naprzeciw, z t&#261; sam&#261; metalow&#261;, zmatowia&#322;&#261;, lecz wci&#261;&#380; eleganck&#261; wizyt&#243;wk&#261;. Na drzwiach ich mieszkania widnia&#322;y dwa obce nazwiska. Nic dziwnego. To by&#322;o du&#380;e mieszkanie. Drzwi, do kt&#243;rych zmierza&#322;, znajdowa&#322;y si&#281; tu&#380; obok. Nie zmieniana od kilkudziesi&#281;ciu lat tabliczka, z nazwiskiem wyrytym uko&#347;nym pismem, z zawijasem na pocz&#261;tku i ko&#324;cu. Te same litery, ten sam zawijas. To samo nazwisko.

Zadzwoni&#322;. D&#322;u&#380;szy czas panowa&#322;a cisza, i ju&#380; chcia&#322; odej&#347;&#263;, rozczarowany i z&#322;y, gdy us&#322;ysza&#322; szuranie. Ten charakterystyczny d&#378;wi&#281;k, po kt&#243;rym rozpoznaje si&#281; kroki zm&#281;czonych, starych n&#243;g. W wizjerze pojawi&#322;a si&#281; ciemna plama, na pewno jej oko. Szcz&#281;kn&#261;&#322; dwukrotnie zamek, zachrz&#281;&#347;ci&#322; metalicznie &#322;a&#324;cuch, kt&#243;ry przesuwa&#322;a, aby uchyli&#263; drzwi i wyjrze&#263;. Te dwa staro&#347;wieckie klucze i &#322;a&#324;cuch przy drzwiach by&#322;y typowe dla starych ludzi. Wierzyli w moc ich bezpiecze&#324;stwa, nie wiedzieli, &#380;e przest&#281;pcom wystarcza w&#261;ska szpara. I to zaufanie, z jakim spojrza&#322;a przez wizjer na obcego, przyzwoicie wygl&#261;daj&#261;cego m&#281;&#380;czyzn&#281;!

Pan do kogo?  spyta&#322;a, wsadzaj&#261;c g&#322;ow&#281; pomi&#281;dzy &#322;a&#324;cuch a drzwi, a on z trudem, ale jednak rozpozna&#322; w niej tamt&#261; energiczn&#261; i zawsze zadban&#261; kobiet&#281; w &#347;rednim wieku. Teraz patrzy&#322;a na niego staruszka, o zm&#281;tnia&#322;ych ciemnych oczach, ubrana w za du&#380;y, zniszczony sweter.

Ja do pani  odpar&#322; z odruchow&#261;, grzeczn&#261; osch&#322;o&#347;ci&#261;. Potem przypomnia&#322; sobie, &#380;e przecie&#380; j&#261; lubi&#322;. Bardzo j&#261; lubi&#322;. Zanim si&#281; wyprowadzili  to w&#322;a&#347;nie ona &#322;agodzi&#322;a surowe wymagania babci, w&#243;wczas gdy by&#322; jeszcze dzieckiem, a potem ch&#322;opcem. Dawa&#322;a mu na kino, wyprasza&#322;a zgod&#281; na to, aby m&#243;g&#322; wyj&#347;&#263; do ch&#322;opak&#243;w na podw&#243;rko, cho&#263; za kar&#281; mia&#322; si&#281; uczy&#263; w domu. Bardzo d&#322;ugo nauk&#281; kojarzy&#322; z kar&#261;. Dopiero na studiach, z du&#380;ymi k&#322;opotami, dotar&#322;o do niego, &#380;e wszystko, co robi, robi dla siebie. Nie dla matki czy ojca, kt&#243;rych ledwo pami&#281;ta&#322;, i nie dla babci, kt&#243;rej polece&#324; nie lubi&#322; wykonywa&#263;. Dla siebie. Ta stara kobieta usi&#322;owa&#322;a go wtedy o tym przekona&#263;, ale jej nie wierzy&#322;.

Pani Olu, to ja, Adam  powiedzia&#322; &#322;agodnie.

Adam?  powt&#243;rzy&#322;a nieufnie. Ju&#380; zacz&#261;&#322; si&#281; ba&#263;, &#380;e jej pami&#281;&#263; te&#380; za&#263;mi&#322; czas, lecz w tych m&#281;tnych oczach pojawi&#322; si&#281; b&#322;ysk rozpoznania.

Janek Jasio-Adasio  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;, i w tym u&#347;miechu rozpozna&#322; j&#261; po raz drugi.

Nie pami&#281;ta&#322; tego przezwiska: Jasio-Adasio. I kim by&#322; Janek, z kt&#243;rym pomyli&#322;a go w pierwszym skojarzeniu? Inny ch&#322;opak z ich podw&#243;rka, kt&#243;rym mo&#380;e opiekowa&#322;a si&#281;, bo jak wi&#281;kszo&#347;&#263; os&#243;b samotnych, lubi&#322;a cudze dzieci? Albo myli&#322;a go z ojcem? Wi&#281;c ona tak&#380;e mia&#322;a zm&#261;cony, starczy umys&#322;, jak babcia? I znowu niczego si&#281; nie dowie

Tak, to ja, Ada&#347;  przytakn&#261;&#322; (imi&#281; Ada&#347; zna&#322; tylko z dzieci&#324;stwa, od wielu lat by&#322; ju&#380; wy&#322;&#261;cznie Adamem). Ona tymczasem mocowa&#322;a si&#281; z &#322;a&#324;cuchem. Odsun&#281;&#322;a si&#281;, aby go wpu&#347;ci&#263; do d&#322;ugiego, w&#261;skiego korytarza.

Odwiedzi&#322;e&#347; j&#261; wreszcie?  spyta&#322;a bez &#380;adnych wst&#281;p&#243;w, a on, nie pytaj&#261;c, o kim m&#243;wi, od razu odpar&#322;:

Nie. Nie odwiedza&#322;em jej, bo  szuka&#322; w my&#347;lach jakiego&#347; &#322;agodnego k&#322;amstwa -przecie&#380; ona nikogo nie rozpoznaje. Jest jej oboj&#281;tne, kto j&#261; odwiedza.

Starsza pani roze&#347;mia&#322;a si&#281;, ale mia&#322; uczucie, &#380;e w tym &#347;miechu nie ma nic weso&#322;ego. Wci&#261;&#380; &#347;miej&#261;c si&#281;, co w dziwny spos&#243;b przypomina&#322;o mu p&#322;acz, podsun&#281;&#322;a krzes&#322;o i nie czekaj&#261;c, a&#380; usi&#261;dzie, odwr&#243;ci&#322;a si&#281;, by wysun&#261;&#263; szuflad&#281; starego kredensu. Na stole znalaz&#322;y si&#281; dwa grube pliki list&#243;w, jeden przewi&#261;zany wst&#261;&#380;eczk&#261;, drugi spi&#281;ty gumk&#261;.

Jej listy. Nie zauwa&#380;y&#322;am, by nie wiedzia&#322;a, co pisze  powiedzia&#322;a nagle sucho i nieprzyja&#378;nie.

&#346;miech znikn&#261;&#322; z jej twarzy. Patrzy&#322;a teraz ch&#322;odno i oskar&#380;ycielsko.

Zostawi&#322;e&#347; j&#261;, i tyle  m&#243;wi&#322;a dalej.  Nigdy jej nie lubi&#322;e&#347;, nie umia&#322;e&#347; doceni&#263; tego, co dla ciebie robi. A jednak matur&#281; masz tylko dzi&#281;ki niej, inaczej zszed&#322;by&#347; na psy, jak tylu twoich koleg&#243;w. Wiem, sko&#324;czy&#322;e&#347; studia, masz w&#322;asn&#261; firm&#281;, zbudowa&#322;e&#347; dom. I masz &#380;on&#281;. Dziecko. Pisa&#322;a o tym. Bardzo by&#322;a z ciebie dumna.

Dumna?  powt&#243;rzy&#322; odruchowo, aby zyska&#263; na czasie.

Dumna. I wybaczy&#322;a ci, &#380;e j&#261; zostawi&#322;e&#347;. To zawsze by&#322;a silna kobieta. Wi&#281;c usun&#281;&#322;a ci si&#281; z drogi. Widzisz?  wskaza&#322;a na listy.  Do mnie pisze, do ciebie nie. Dla mnie ma pami&#281;&#263;, dla ciebie jej nie ma, bo tak by&#322;o ci wygodnie, prawda?

Zostawia&#322;a otwarty gaz. Zapomina&#322;a mn&#243;stwa rzeczy. Mia&#322;a skleroz&#281;  powiedzia&#322; szybko, ale stara kobieta znowu si&#281; za&#347;mia&#322;a.

Ja te&#380; mam skleroz&#281;. W pierwszej chwili nazwa&#322;am ci&#281; Jankiem

Pomyli&#322;a mnie pani z kim&#347; innym, to si&#281; zdarza  podpowiedzia&#322;.

Pomyli&#322;am, a nie powinnam.  Ciemne oczy utraci&#322;y matowo&#347;&#263; i spojrza&#322;y na niego czujnie:  A ty nie zna&#322;e&#347; &#380;adnego Janka?

Zna&#322;em paru. Cho&#263;by m&#243;j ojciec Pani chce powiedzie&#263;, &#380;e babcia udaje? Udawa&#322;a, &#380;e mnie nie zna, gdy odwiedzi&#322;em j&#261; kilka dni temu?  pyta&#322; spokojnie i ch&#322;odno, cho&#263; w &#347;rodku poczu&#322; si&#281; nagle ma&#322;ym, skarconym ch&#322;opcem.

Nie wiem, nie by&#322;o mnie przy tym  uci&#281;&#322;a oschle.  Korespondujemy ze sob&#261;, ale nie odwiedzamy si&#281;. To dla mnie za daleko. Jestem za stara, &#380;eby tam jecha&#263;. Ona jest za s&#322;aba, by przyjecha&#263; tutaj. Ostatni raz widzia&#322;y&#347;my si&#281; pi&#281;tna&#347;cie lat temu. Ale list od niej dosta&#322;am przed pi&#281;cioma dniami.

By&#322;em w tamtym szpitalu  powiedzia&#322;, zmieniaj&#261;c temat, gdy&#380; nie wiedzia&#322;, jak si&#281; zachowa&#263;. Najch&#281;tniej rozp&#322;aka&#322;by si&#281;, tak jak kiedy&#347;, trzydzie&#347;ci par&#281; lat temu, gdy babcia zabrania&#322;a mu czego&#347;, a on p&#322;aczem wyprasza&#322; sobie wstawiennictwo pani Aleksandry.

Chorowa&#322;e&#347;?  spyta&#322;a.

Nie. By&#322;em w tamtym szpitalu Spojrza&#322;a na niego ze zrozumieniem.

tak tam, gdzie umarli moi rodzice  doko&#324;czy&#322;.  Gdzie zawieziono ich po wypadku. Ale tam pracuje ju&#380; tylko jedna emerytowana urz&#281;dniczka. Nic nie pami&#281;ta.

A co mia&#322;aby pami&#281;ta&#263;?  spyta&#322;a.

Nie wiem  odpar&#322; nieszczerze. Nie chcia&#322; wyznawa&#263; tej starej kobiecie, &#380;e szuka&#322; szpitalnych zapis&#243;w o przebytych chorobach, dziedzicznych obci&#261;&#380;eniach, genetycznych skazach rodzic&#243;w. Sam nie wiedzia&#322;, czego. &#346;lad&#243;w. Trop&#243;w swojego genotypu.

Ta pracownica pami&#281;ta&#322;a tylko tyle, &#380;e po katastrofie przywieziono ich troje. Mam&#281;, tat&#281; i przypadkow&#261; ofiar&#281; wypadku. Czy to mo&#380;liwe? Podobno to by&#322;o dziecko? Babcia pani o tym m&#243;wi&#322;a? Czy ono wpad&#322;o pod auto, czy te&#380; oni  zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281;, ale zaraz doko&#324;czy&#322;: -czy to oni byli winni jego &#347;mierci?

Br&#261;zowe oczy znowu spojrza&#322;y czujnie, trac&#261;c poprzedni&#261;, zm&#281;tnia&#322;&#261; matowo&#347;&#263;. Starsza pani nabra&#322;a gwa&#322;townie oddechu:

Jak to jakie&#347; dziecko. Chyba nie chcesz powiedzie&#263;, &#380;e

Urwa&#322;a i przyjrza&#322;a, mu si&#281; tak, jakby widzia&#322;a go po raz pierwszy. Nagle rysy jej twarzy rozlu&#378;ni&#322;y si&#281;, zmi&#281;k&#322;y i spyta&#322;a &#322;agodnie:

Ona ci tego nie powiedzia&#322;a? Nigdy? Nawet wtedy, gdy ju&#380; by&#322;e&#347; doros&#322;ym m&#281;&#380;czyzn&#261;?

Czego?  spyta&#322; szeptem, czuj&#261;c, &#380;e zaraz us&#322;yszy co&#347;, co dawno powinien by&#322; wiedzie&#263;, ba, co zawsze wiedzia&#322;, cho&#263; nie chcia&#322; o tym pami&#281;ta&#263;. Musz&#281; st&#261;d wyj&#347;&#263;, zanim ona powie co&#347;, co mnie przerazi, my&#347;la&#322; gor&#261;czkowo, ale sta&#322; nieruchomo, w napi&#281;ciu.

Tw&#243;j brat Nie pami&#281;tasz twojego brata? A wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e tak bardzo go kocha&#322;e&#347;  powiedzia&#322;a stara kobieta.

W pokoju zapanowa&#322;a cisza i by&#322; to ten rodzaj ciszy, gdy wydaje si&#281;, &#380;e czas staje i nie zamierza dalej p&#322;yn&#261;&#263;. Adam zanikn&#261;&#322; oczy, otworzy&#322; je i rozejrza&#322; si&#281; po mieszkaniu, w kt&#243;rym tyle razy przebywa&#322; sam lub z babci&#261; i nie tylko z ni&#261; By&#322; ze mn&#261; kto&#347; jeszcze. Zawsze. Zawsze by&#322;. Znowu zamkn&#261;&#322; oczy i ukaza&#322; mu si&#281; niezwykle wyra&#378;ny obraz: ojciec i matka wychodz&#261; z domu, aby uda&#263; si&#281; w swoj&#261; ostatni&#261; podr&#243;&#380;. Z nimi idzie du&#380;y br&#261;zowy pies Nieprawda. Nie pies To jego pami&#281;&#263; przetworzy&#322;a to stworzenie w psa. Po to, by &#322;atwiej zapomnie&#263; Kud&#322;aty br&#261;zowy pies, ukochany pies. Br&#261;zowe, kr&#281;te w&#322;osy i puchata br&#261;zowa kurtka Ukochany ma&#322;y nied&#378;wiadek

Ada&#347; Pami&#281;tasz, prawda?  podpowiada&#322;a stara kobieta, ale on ju&#380; wiedzia&#322;: jego o&#347;mioletni brat, Ada&#347;. Ukochany braciszek, przezywany nied&#378;wiadkiem. By&#322; ze mn&#261; w tym mieszkaniu, i zawsze mocno trzyma&#322;em go za r&#281;k&#281; On tego chcia&#322;, a ja to lubi&#322;em Ada&#347;, starszy o trzy lata, ale to on, Janek, cho&#263; mia&#322; tylko lat pi&#281;&#263;, by&#322; tym m&#261;drzejszym i opieku&#324;czym bratem. Ada&#347; mia&#322; sko&#347;ne, mongolskie oczy i ufny, bezradny u&#347;miech. To Adasia uczy&#322;, jak wypuszcza&#263; z r&#261;czki kubek z mlekiem i stawia&#263; na stole, jak m&#243;wi&#263; ca&#322;ymi zdaniami, wk&#322;ada&#263; samodzielnie kurtk&#281; i sznurowa&#263; buciki, uk&#322;ada&#263; klocki i robi&#263; babki z piasku. To z mi&#322;o&#347;ci do Adasia pobi&#322; koleg&#281;, kt&#243;ry wyzywa&#322; jego brata od przyg&#322;up&#243;w, i ugryz&#322; w nog&#281; s&#261;siadk&#281;, gdy ta, w obronie jedynaka, powiedzia&#322;a, &#380;e przyg&#322;up to przecie&#380; niedorozwini&#281;ty i dziecko nic z&#322;ego nie mia&#322;o na my&#347;li.

Ada&#347; jest dorozwini&#281;ty, to pani jest przyg&#322;up!  krzycza&#322; w&#243;wczas, kopi&#261;c nogami, a ojciec zabra&#322; go z klatki schodowej i przemoc&#261; zawl&#243;k&#322; do mieszkania.

Uspok&#243;j si&#281;  powiedzia&#322;.  My wiemy, &#380;e Ada&#347; jest m&#261;dry, wra&#380;liwy i dobry. My to wiemy i wystarczy.

W uszach rozbrzmia&#322;a mu nagle tak dobrze zapami&#281;tana fraza przekomarza&#324; z bratem, kt&#243;ra teraz, po latach, zagra&#322;a pe&#322;n&#261; gam&#261; d&#378;wi&#281;k&#243;w. Ta ich w&#322;asna symfonia na dwa g&#322;osy: nieporadny, be&#322;kotliwy, lecz zawsze zrozumia&#322;y (dla niego) g&#322;os braciszka, Adasia  i jego w&#322;asny.

aaasio o&#263;, o&#263;

Bawimy si&#281;? Ada&#347;?

O&#263;, o&#263; aaasio

To tymi dwoma g&#322;osami przemawia&#322; do niego Wdowi D&#261;b, lecz on, Jasio-Adasio, nie chcia&#322; ich pami&#281;ta&#263;, ani nawet us&#322;ysze&#263;. Ten prawdziwy, &#380;yj&#261;cy w nim, cho&#263; tragicznie zmar&#322;y Ada&#347; by&#322; tak ca&#322;kowicie przez niego wch&#322;oni&#281;ty, &#380;e a&#380; do granic unicestwienia; tak przyswojony, &#380;e a&#380; wyrzucony z pami&#281;ci. I nie z powodu u&#322;omno&#347;ci uczu&#263; i kalekiej pami&#281;ci, ale z b&#243;lu.

Przed oczami jeszcze raz zobaczy&#322; tamt&#261; scen&#281;: odje&#380;d&#380;ali razem, ca&#322;a tr&#243;jka. Patrzy&#322; za nimi, wychylony z okna mieszkania. Ada&#347; o g&#281;stych, ciemnych w&#322;osach, w br&#261;zowym p&#322;aszczyku z misia, macha mu r&#261;czk&#261;, prowadzony przez mam&#281;. Mama u&#347;miecha si&#281; do niego czule, a ojciec wo&#322;a: Opiekuj si&#281; babci&#261;, Janek! Wr&#243;cimy jutro wieczorem!

Nigdy nie wr&#243;cili.

Nagle przypomnia&#322; sobie, po co jechali. Przecie&#380; je&#378;dzili tam co miesi&#261;c! W tym niewielkim prowincjonalnym szpitaliku pracowa&#322; stary, cierpliwy pediatra. Mia&#322; syna chorego na downa; sam opracowa&#322; kilka skutecznych metod adaptowania dzieci z DS do normalnego &#380;ycia. Rodzice je&#378;dzili do niego z Adasiem, konsultowali osi&#261;gni&#281;te post&#281;py, uczyli si&#281; nast&#281;pnych &#380;mudnych &#263;wicze&#324;.

Nagle rozbrzmia&#322;a mu w pami&#281;ci rozmowa rodzic&#243;w  pods&#322;uchana tu&#380; przed fataln&#261; podr&#243;&#380;&#261;  w kt&#243;r&#261; wkroczy&#322; znienacka, z dzieci&#281;cym impetem:

Co b&#281;dzie z Adasiem, gdy nas zabraknie?  To m&#243;wi&#322; ojciec.,

Nie wiem. Cz&#281;sto nie mog&#281; zasn&#261;&#263;, bo o tym my&#347;l&#281;. &#346;ni mi si&#281; to po nocach.  To m&#243;wi&#322; smutny, &#347;piewny g&#322;os matki.

Wbieg&#322; do ich pokoju i krzycza&#322;: Nie, nie! Was nigdy nie zabraknie! Wy b&#281;dziecie zawsze! Zawsze!, ale potem, pogodzony z nieuchronnym, powiedzia&#322; z dzieci&#281;c&#261;, niezachwian&#261; pewno&#347;ci&#261;:

Nigdy nie zostawi&#281; Adasia. Ada&#347; b&#281;dzie ze mn&#261;.

Teraz, z perspektywy czterdziestu lat, poj&#261;&#322;, &#380;e mu uwierzyli; &#380;e zdj&#261;&#322; z nich najwi&#281;kszy, najstraszliwszy l&#281;k. &#379;e rodzice z ca&#322;&#261; powag&#261; zaufali jemu, pi&#281;ciolatkowi, kt&#243;ry zobowi&#261;za&#322; si&#281; do opieki nad bratem, do nieopuszczania go a&#380; do &#347;mierci; do przekre&#347;lenia okrutnej wizji zak&#322;adu specjalnego i bolesnej samotno&#347;ci ch&#322;opca.

Jasio Adasio O&#263;, o&#263; Pobawimy si&#281;  wyszepta&#322; cicho, sam do siebie, przywo&#322;uj&#261;c w&#322;asne dzieci&#324;stwo. To by&#322;o dobre, szcz&#281;&#347;liwe dzieci&#324;stwo. Tak&#380;e dzi&#281;ki Adasiowi.

Co Ada&#347; powiedzia&#322; do niego przed odjazdem?

aaasio, ja wr&#243;&#243;&#243;ce.

To by&#322;y te s&#322;owa. Us&#322;ysza&#322; je teraz po raz wt&#243;ry; zabrzmia&#322;y mu w uszach tak, jakby to by&#322;o wczoraj.

aaaasio wr&#243;&#243;&#243;ce

I wr&#243;ci&#322;.

Kiedy babcia pierwszy raz powiedzia&#322;a do niego Ada&#347;? Nazajutrz, gdy przyjecha&#322;a z tego odleg&#322;ego szpitala, gdzie musia&#322;a rozpozna&#263; ich zw&#322;oki? Czy wiele dni p&#243;&#378;niej? Nie pami&#281;ta&#322;. Pami&#281;ta&#322; tylko, &#380;e przyj&#261;&#322; to bez s&#322;owa sprzeciwu. S&#322;ysz&#261;c znowu to imi&#281;, mia&#322; uczucie, &#380;e Ada&#347; wci&#261;&#380; &#380;yje. W nim. Wi&#281;c nie protestowa&#322;.

Dlaczego ona to zrobi&#322;a?  spyta&#322;, patrz&#261;c na siedz&#261;c&#261; przy stole staruszk&#281;. Ona u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;:

Dlaczego nazwa&#322;a ci&#281; Adasiem? Dlaczego zabra&#322;a ci prawdziwe imi&#281;, a w tamtym szpitalu sk&#322;ama&#322;a? W zmar&#322;ym Adasiu rozpozna&#322;a ciebie, i o&#347;wiadczy&#322;a, &#380;e zgin&#261;&#322; Janek? Dlaczego to zrobi&#322;a Nigdy mi si&#281; nie zwierza&#322;a, mog&#281; si&#281; tylko domy&#347;la&#263;. Mocne kobiety, z charakterem i godno&#347;ci&#261; a ona jest taka takie kobiety bardziej od &#322;ab&#281;dzi kochaj&#261; brzydkie kacz&#261;tka. Kochaj&#261; kulawe piskl&#281;ta i bezradne dziewczynki z zapa&#322;kami  powiedzia&#322;a z zadum&#261; starsza pani.  Wi&#281;c nie dziw si&#281;, &#380;e ona bardziej ni&#380; ciebie kocha&#322;a Adasia. Nie miej jej tego za z&#322;e.

Tak  powiedzia&#322; Adam i znowu to zobaczy&#322;: gruby, nieforemny ch&#322;opiec, z br&#261;zowymi, kr&#281;conymi w&#322;osami, ubrany w br&#261;zow&#261; kurtk&#281;. Jego ma&#322;y, starszy braciszek. Zn&#243;w przypomnia&#322; sobie to ostatnie spojrzenie spod mongolskiej fa&#322;dy i nie&#347;mia&#322;y u&#347;miech. Nasz nied&#378;wiadek, nasz Mi&#347; Puchatek, jak mawia&#322;a mama, Ada&#347; bowiem by&#322; powolny, oci&#281;&#380;a&#322;y i ufny jak ksi&#261;&#380;kowy Mi&#347; i tak jak on kochany przez wszystkie zwierz&#281;ta w Lesie.

Babcia chcia&#322;a ocali&#263; istnienie Adasia  m&#243;wi&#322;a starsza pani.  Wi&#281;c z&#322;&#261;czy&#322;a was w jedno. Daj&#261;c ci jego imi&#281;, uwierzy&#322;a, &#380;e w ten spos&#243;b jakby obdarowa&#322;a Adasia zdrowym, silnym cia&#322;em i lekkim, sprawnym umys&#322;em, zachowuj&#261;c jego dusz&#281; i wra&#380;liwo&#347;&#263;. Z was dw&#243;ch stworzy&#322;a jednego. I kocha&#322;a ci&#281; za dw&#243;ch.

Staruszka zamilk&#322;a. Adam te&#380; milcza&#322;, pora&#380;ony jedn&#261; jedyn&#261; my&#347;l&#261;: Ada&#347; obieca&#322;, &#380;e wr&#243;ci. Wr&#243;ci&#322;. Ale go odrzuci&#322;em.

Przepraszam Spiesz&#281; si&#281;  powiedzia&#322; nagle, zrywaj&#261;c si&#281; z krzes&#322;a, kt&#243;re si&#281; wywr&#243;ci&#322;o. Postawi&#322; je z powrotem, niezdarnie i z po&#347;piechem.

Starsza pani spojrza&#322;a na niego z uwag&#261;.

Nie mam czasu  powiedzia&#322; gor&#261;czkowo, bardziej do siebie ni&#380; do niej.  Odwiedz&#281; j&#261; wkr&#243;tce to znaczy babci&#281; wezm&#281; z powrotem do domu Przywioz&#281; j&#261; do pani z wizyt&#261;, dobrze? Ale naprawd&#281; nie mam czasu Prosz&#281; si&#281; nie gniewa&#263;

Patrzy&#322;a na niego ze zrozumieniem. Bez s&#322;owa zamkn&#281;&#322;a za nim drzwi i s&#322;ucha&#322;a tupotu n&#243;g na schodach. Bieg&#322; tak szybko i g&#322;o&#347;no, jak kiedy&#347; biega&#322; po nich ma&#322;y Janek. Przez kr&#243;tk&#261; chwil&#281; wydawa&#322;o jej si&#281;, &#380;e s&#322;yszy jeszcze echo innych krok&#243;w. Powolne, ostro&#380;ne kroki ma&#322;ego Adasia. Noga opuszczana powolutku o stopie&#324; ni&#380;ej, a za ni&#261; druga, dostawiana powoli i z l&#281;kiem. Tuptuptuptuptuptup Lubi&#322;a ten d&#378;wi&#281;k.



*


Lekarz zwleka&#322; z diagnoz&#261;.

P&#322;uca czyste Temperatury brak. Mo&#380;e to co&#347; m&#243;zgowego?  powiedzia&#322; z wahaniem.  Poczekajmy dzie&#324;, dwa, a&#380; co&#347; si&#281; wyja&#347;ni. Trudno dobra&#263; lek do choroby, kt&#243;rej nie znamy.

A je&#347;li to ta ma&#322;a ciemna plamka? I je&#347;li jest to, na przyk&#322;ad, t&#281;tniak?  spyta&#322;a niepewnie Ewa.

Bomba zegarowa w g&#322;owie  zamy&#347;li&#322; si&#281; lekarz.  Ale ona nie utraci&#322;a przytomno&#347;ci. Jest przytomna, tylko niekontaktowa. Ca&#322;y czas patrzy i co&#347; widzi, ale nie nas. Nie wiemy, co. Mo&#380;e nic.

To co mo&#380;emy zrobi&#263;?  zdenerwowa&#322;a si&#281; Ewa.

.- Czeka&#263;  odpar&#322; lekarz.  Z upo&#347;ledzonymi dzie&#263;mi nigdy nic nie wiadomo.

Powiedzia&#322; to tak, jakby ofiarowywa&#322; mi nadziej&#281;, u&#347;wiadomi&#322;a sobie Ewa.

Lekarz wyszed&#322;, Ewa zosta&#322;a sama. Nie wiedzia&#322;a, na co czeka.

A je&#347;li czekam, a&#380; ona umrze?, pomy&#347;la&#322;a z l&#281;kiem. By&#322; to strach zar&#243;wno przed odej&#347;ciem Myszki, jak i przed sam&#261; sob&#261;. Gdzie&#347; g&#322;&#281;boko, w najmroczniejszych zakamarkach umys&#322;u, czai&#322;a si&#281; w Ewie nadzieja na rozpocz&#281;cie wszystkiego jeszcze raz od pocz&#261;tku. I nie by&#322;o tam miejsca dla Myszki.

Ewa usiad&#322;a na &#322;&#243;&#380;ku c&#243;rki, obj&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; r&#281;kami i zacz&#281;&#322;a si&#281; kiwa&#263;  w prz&#243;d i w ty&#322;, w prz&#243;d i w ty&#322;. I czeka&#322;a. Na to, co si&#281; stanie, i na w&#322;asn&#261; reakcj&#281;, kt&#243;rej nie umia&#322;a przewidzie&#263;.

Myszka te&#380; czeka&#322;a. Bezw&#322;ad, kt&#243;ry j&#261; ogarn&#261;&#322;, gdy oko&#322;o po&#322;udnia otworzy&#322;a oczy, odczu&#322;a jako co&#347; normalnego. Jej cia&#322;o rozstawa&#322;o si&#281; w ten spos&#243;b z domem, w kt&#243;rym do tej pory &#380;y&#322;a. Dotyka&#322;a go ju&#380; tylko umys&#322;em. Widzia&#322;a i s&#322;ysza&#322;a matk&#281;; rozumia&#322;a jej rozmow&#281; z lekarzem. Ale nas&#322;uchiwa&#322;a, kiedy zostanie wezwana.

Czekaj&#261;c na wezwanie, czu&#322;a, &#380;e w domu nie ma taty. Zawsze wiedzia&#322;a, kiedy jest, a kiedy go nie ma, nawet gdy by&#322; zamkni&#281;ty w swoim pokoju i zachowywa&#322; si&#281;, jakby go nie by&#322;o. Ale teraz nie by&#322;o go naprawd&#281;. Myszka ba&#322;a si&#281;, &#380;e on ju&#380; nie zd&#261;&#380;y przybiec i przystan&#261;&#263;.

A potem poczu&#322;a, &#380;e si&#281; zbli&#380;a. By&#322; niedaleko. Bieg&#322;.



*


Adam zaparkowa&#322; auto na trawniku i bieg&#322; do drzwi. Dom ton&#261;&#322; w mroku. Z trzaskiem otworzy&#322; wej&#347;ciowe drzwi i przebieg&#322; przez hol, kt&#243;ry po raz pierwszy wydawa&#322; mu si&#281; zbyt du&#380;y i zbyt d&#322;ugi. Ca&#322;y dom rozrasta&#322; si&#281; i wyd&#322;u&#380;a&#322;, jakby chcia&#322; przeszkodzi&#263; mu w osi&#261;gni&#281;ciu celu.

W drzwiach sypialni zderzy&#322; si&#281; z Ew&#261;. Irracjonalnie pomy&#347;la&#322;, &#380;e zastawia mu drog&#281;, ale ona powiedzia&#322;a, bez cienia z&#322;o&#347;ci, ale i bez cienia buntu:

Myszka jest chora

Nie. Nieprawda. Nie teraz, to niemo&#380;liwe  m&#243;wi&#322; gor&#261;czkowo.  Zawo&#322;amy lekarza Najlepszych lekarzy

Ona umiera  szepn&#281;&#322;a Ewa z dziwn&#261; bierno&#347;ci&#261;.  Ju&#380; to wiem. B&#261;d&#378; cicho i pozw&#243;l jej odej&#347;&#263;.

Odsun&#261;&#322; j&#261; zbyt gwa&#322;townie, tak &#380;e zatoczy&#322;a si&#281; na &#347;cian&#281; i zastyg&#322;a oparta o ni&#261;, a on podbieg&#322; do tego wielkiego &#322;&#243;&#380;ka. Przypomnia&#322; sobie dzie&#324;, w kt&#243;rym osobi&#347;cie wybra&#322; je z katalogu: szerokie, z wysokim, bogato rze&#378;bionym wezg&#322;owiem. By&#322;o teraz tak du&#380;e (wszystko wybieram za du&#380;e, pomy&#347;la&#322;), &#380;e najpierw wyda&#322;o mu si&#281; puste. Potem dostrzeg&#322; drobny kszta&#322;t skryty pod ko&#322;dr&#261; i sklejone od potu ciemne, kr&#281;te w&#322;osy. Sko&#347;ne niewidz&#261;ce oczy Myszki patrzy&#322;y na niego.

Usiad&#322; na skraju &#322;&#243;&#380;ka, boj&#261;c si&#281; jej dotkn&#261;&#263;. Ewa, milcz&#261;c, stan&#281;&#322;a za nim.

Co mam zrobi&#263;?  spyta&#322; bezradnie.

Nic  odpar&#322;a (ju&#380; teraz nic, pomy&#347;la&#322;a).

Co m&#243;wi&#322; lekarz? Musia&#322; co&#347; powiedzie&#263;!

&#379;e takie dzieci jak ona odchodz&#261; przed czasem  odpar&#322;a.

Przed jakim czasem?!  zawo&#322;a&#322;. Zanim zd&#261;&#380;ysz je pokocha&#263;, odpowiedzia&#322;a bez s&#322;&#243;w Ewa, patrz&#261;c na niego ze skupieniem.

Ona wyzdrowieje, musi wyzdrowie&#263;, i wtedy wszystko naprawimy. Zaczniemy jeszcze raz od pocz&#261;tku  powiedzia&#322;.

&#379;eby nast&#261;pi&#322; pocz&#261;tek, wcze&#347;niej musi by&#263; koniec, my&#347;la&#322;a Ewa, wci&#261;&#380; patrz&#261;c na niego. Wsp&#243;&#322;czu&#322;a mu.

Naprawianie ma wy&#322;&#261;cznie jeden kierunek  powiedzia&#322;a cicho.

Wiesz mia&#322;em niepe&#322;nosprawnego braciszka, z zespo&#322;em Downa  szepn&#261;&#322; i urwa&#322;.

To ty by&#322;e&#347; niepe&#322;nosprawny, nie tw&#243;j braciszek. Ty, a nie Myszka, my&#347;la&#322;a Ewa.

Gdy ona przysz&#322;a na &#347;wiat, by&#322;em taki zawiedziony, ale  zacz&#261;&#322; znowu i znowu urwa&#322;.

ale ostatecznie to ona zawiod&#322;a si&#281; na tobie, dopowiedzia&#322;a w my&#347;lach Ewa.

Myszka umiera&#322;a ca&#322;y d&#322;ugi dzie&#324;. Najpierw przesta&#322;a widzie&#263;. Po raz pierwszy poczu&#322;a blisko&#347;&#263; ojca  ju&#380; nigdzie si&#281; nie spieszy&#322;, nie ucieka&#322;, siedzia&#322; na jej &#322;&#243;&#380;ku, ale nie by&#322;a zdolna go dojrze&#263;.

Potem przesta&#322;a s&#322;ysze&#263;. Nie s&#322;ysza&#322;a g&#322;osu matki, ojca ani nawet &#380;adnego szelestu dochodz&#261;cego z pokoju. Cisza, w kt&#243;rej si&#281; znalaz&#322;a, by&#322;a przera&#380;aj&#261;ca.

Wtedy jednak, gdy ba&#322;a si&#281; najbardziej, us&#322;ysza&#322;a G&#322;os. Ten sam, kt&#243;ry mia&#322; w sobie ogrom samotno&#347;ci i kt&#243;ry wcze&#347;niej pyta&#322;, nie oczekuj&#261;c odpowiedzi, a echo Jego w&#261;tpliwo&#347;ci obija&#322;o si&#281; bezradnie o pnie drzew w Ogrodzie. Ten, kt&#243;ry mia&#322; w sobie surowo&#347;&#263; dojrza&#322;ego m&#281;&#380;czyzny, &#347;piewn&#261; mi&#281;kko&#347;&#263; kobiety, wieloznaczny syk W&#281;&#380;a, ciep&#322;y i g&#322;&#281;boki oddech wiatru.

Chod&#378; do mnie, Myszko

Id&#281;  odpar&#322;a potulnie, nie otwieraj&#261;c ust.  Ale tam, gdzie mnie zabierasz, nie b&#281;dzie mamy i taty.

Mi&#322;o&#347;&#263; nie musi nosi&#263; imion  odpar&#322; G&#322;os, &#347;piewnie i ciep&#322;o.

A co jest tam, gdzie z Tob&#261; p&#243;jd&#281;?  spyta&#322;a Myszka.

Strych, a potem Ogr&#243;d  rzek&#322; G&#322;os surowo i z m&#281;sk&#261; rzeczowo&#347;ci&#261;.

Naprawd&#281;?  upewni&#322;a si&#281; Myszka, bo strychu si&#281; nie ba&#322;a, a Ogr&#243;d by&#322; pi&#281;kny, cho&#263; troch&#281; za ma&#322;y.

Tak. Tam b&#281;dzie Strych z jego mrokiem, ciemno&#347;ci&#261; i wszystkimi l&#281;kami tego &#347;wiata  odpar&#322; surowy G&#322;os.

Myszka sp&#322;oszy&#322;a si&#281; i na jej twarzy pojawi&#322; si&#281; wyraz niepewno&#347;ci.

Ona si&#281; czego&#347; boi  powiedzia&#322; z b&#243;lem Adam.

Odchodzenie zawsze &#322;&#261;czy si&#281; ze strachem  szepn&#281;&#322;a Ewa.

Tam b&#281;dzie Strych ze wszystkimi tajemnicami, marzeniami i cudowno&#347;ci&#261; tego &#347;wiata. Tam b&#281;d&#261; wszystkie odpowiedzi i ca&#322;kiem nowe pytania  rzek&#322; melodyjny, ciep&#322;y G&#322;os.

A je&#347;li ju&#380; zadam wszystkie pytania i poznani odpowiedzi?  zaniepokoi&#322;a si&#281; Myszka.

Cha!Cha!Cha! Sssspr&#243;buj.,. To niewykonalne. Pytania i odpowiedzi nie maj&#261; Pocz&#261;tku i Ko&#324;ca, one maj&#261; tylko &#346;rodek  za&#347;mia&#322; si&#281; sycz&#261;co G&#322;os.

A je&#347;li ju&#380; obejd&#281; wszystkie zakamarki Strychu i ca&#322;y Ogr&#243;d?  spyta&#322;a Myszka.

Ssstrychy nie maj&#261; Ko&#324;ca, tak jak niesssko&#324;czone sss&#261; tajemnice i marzenia, i niesssko&#324;czony jest l&#281;k  odpar&#322; sycz&#261;co G&#322;os.

Nie chc&#281; si&#281; ju&#380; ba&#263;  szepn&#281;&#322;a Myszka.

Nie b&#243;j si&#281;, Myszko. Pewnego razu trafisz na Strych, na kt&#243;rym nie b&#281;dzie ju&#380; nic opr&#243;cz mi&#322;o&#347;ci  uspokoi&#322; j&#261; ciep&#322;y, melodyjny G&#322;os.

Ale Ogr&#243;d  zacz&#281;&#322;a niepewnie.  Jest taki ma&#322;y i ma tylko Pocz&#261;tek.

Teraz poka&#380;&#281; ci ca&#322;y Ogr&#243;d, a nie tylko ten fragment, stworzony specjalnie dla ciebie. Poka&#380;&#281; ci wiele Pocz&#261;tk&#243;w i ca&#322;y &#346;rodek  rzek&#322; G&#322;os &#322;agodnie i mi&#281;kko.

A Koniec?  spyta&#322;a Myszka.

M&#243;j Ogr&#243;d nie ma Ko&#324;ca  stwierdzi&#322; surowy G&#322;os i nie by&#322;o w nim cienia w&#261;tpliwo&#347;ci.

To dobrze  ucieszy&#322;a si&#281; Myszka.

Ona si&#281; u&#347;miecha  szepn&#261;&#322; Adam.

Mo&#380;e tylko nam odchodzenie wydaje si&#281; straszne? Mo&#380;e bardziej cierpi&#261; ci, co zostaj&#261;?  powiedzia&#322;a Ewa. Adam przykry&#322; jej szczup&#322;&#261; d&#322;o&#324; swoj&#261; du&#380;&#261; r&#281;k&#261;. Odwzajemni&#322;a u&#347;cisk. Oboje siedzieli na skraju ma&#322;&#380;e&#324;skiego &#322;&#243;&#380;ka i oboje bali si&#281; dotkn&#261;&#263; c&#243;rki, jakby ten dotyk, zamiast sprowadzi&#263; j&#261; na ziemi&#281;, mia&#322; przy&#347;pieszy&#263; jej odej&#347;cie.

Dotkn&#281; jej i nagle si&#281; oka&#380;e, &#380;e nigdy jej nie by&#322;o, my&#347;la&#322;a Ewa.

Dotkn&#281; jej i ucieknie gdzie&#347; daleko, przera&#380;ona moj&#261; blisko&#347;ci&#261;, kt&#243;rej nigdy nie zazna&#322;a, my&#347;la&#322; Adam, wstrzymuj&#261;c si&#281; od wzi&#281;cia c&#243;rki za r&#281;k&#281;.

Poka&#380;&#281; ci co&#347;  powiedzia&#322; nagle G&#322;os, porzucaj&#261;c kobiec&#261; mi&#281;kko&#347;&#263; i m&#281;sk&#261; surowo&#347;&#263;. By&#322; teraz G&#322;osem g&#322;os&#243;w, G&#322;osem wszystkiego.

Poka&#380;esz mi, jak si&#281; stwarza &#347;wiaty?  spyta&#322;a z nadziej&#261;.

Tego nie mo&#380;na pokaza&#263;  odpar&#322;.

A czym jest to, co pokazywa&#322;e&#347; mi i co wci&#261;&#380; pokazujesz, je&#347;li nie stwarzaniem?  zdziwi&#322;a si&#281;.

To  G&#322;os zawaha&#322; si&#281;.  To by&#322;o co&#347; innego. Co&#347; tylko dla ciebie, co&#347;, co daj&#281; moim dzieciom, aby nie czu&#322;y si&#281; samotne. A teraz wejd&#378; do Ogrodu, Myszko

Wesz&#322;a jak zawsze z rado&#347;ci&#261;, ale i z poczuciem, &#380;e ju&#380; tu zostanie.

Sssp&#243;jrz  zasycza&#322; dobrze jej znany g&#322;os.

Rozejrza&#322;a si&#281;. To jaz nie by&#322; Ogr&#243;d, w kt&#243;rym mama mog&#322;a co&#347; zmieni&#263; pilotem od telewizora. Ju&#380; nie mo&#380;na by&#322;o rozja&#347;ni&#263; ani przyciemni&#263; jego barw; u&#322;o&#380;y&#263; go, jak puzzle, z kawa&#322;k&#243;w obrazk&#243;w, ogl&#261;danych tam, na dole, i przypadkowo wydobywanych z pami&#281;ci. Ju&#380; nie mo&#380;na by&#322;o wp&#322;yn&#261;&#263; na kszta&#322;t jego &#347;wiate&#322; i barw&#281; trawy. To by&#322; ju&#380; tylko Jego Ogr&#243;d i &#380;adne s&#322;owa nie by&#322;y zdolne go opisa&#263;. Nie by&#322;o w nim jab&#322;oni ani &#380;adnych drzew. On sam by&#322; drzewem. Nie by&#322;o czarodziejskich owoc&#243;w wywo&#322;uj&#261;cych cudown&#261; przemian&#281;. On sam by&#322; cudown&#261; przemian&#261;. Nie by&#322;o strumyka, gdy&#380; On by&#322; wod&#261;. Nie by&#322;o Adama i Ewy, gdy&#380; On sam by&#322; wszystkimi lud&#378;mi naraz  i ich zaprzeczeniem. Nie stworzy&#322; ich na swoje podobie&#324;stwo, gdy&#380; niepodobny by&#322; do niczego. W Ogrodzie nie by&#322;o &#347;wiat&#322;a ani cienia, gdy&#380; to On by&#322; &#347;wiat&#322;ocieniem.

Co&#347; ci poka&#380;&#281;, Myszko, chod&#378;  powiedzia&#322;.

Myszka ufnie ruszy&#322;a za Nim w g&#322;&#261;b Ogrodu-Nie-ogrodu. W oddali co&#347; majaczy&#322;o, porusza&#322;o si&#281;, chowa&#322;o, to znowu pojawia&#322;o przed jej oczami. Nie, nie co&#347; Kto&#347;. Mn&#243;stwo istot. Ta&#324;czy&#322;y.

Dary Pana  zasycza&#322; melodyjnie W&#261;&#380;.

Tak, to moje Dary  przytakn&#261;&#322; &#347;piewny, kobiecy i pe&#322;en mi&#322;o&#347;ci G&#322;os.

Dlaczego nazywasz je Darami?  zdziwi&#322;a si&#281; Myszka.  To przecie&#380; zwyk&#322;e dzieci

Nie sss&#261; zwyk&#322;e  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

S&#261; Darami, gdy&#380; obdarowany mo&#380;e je przyj&#261;&#263; lub odrzuci&#263;  odpar&#322; surowy G&#322;os.

Myszka podesz&#322;a do kr&#281;gu ta&#324;cz&#261;cych istot i wpatrzy&#322;a si&#281; w nie.

By&#322;a tu dziewczynka, kt&#243;ra zamiast n&#243;g mia&#322;a szcz&#261;tkowe kikuty, a jednak ta&#324;czy&#322;a na nich z r&#243;wnym wdzi&#281;kiem jak d&#322;ugonogie tancerki. By&#322; ma&#322;y ch&#322;opiec z g&#322;ow&#261; olbrzyma, ze stercz&#261;cym garbem na plecach, poruszaj&#261;cy si&#281; na w&#261;t&#322;ych n&#243;&#380;kach karze&#322;ka. By&#322;a dziewczynka z g&#322;&#281;bokim otworem zamiast nosa i z g&#322;ow&#261; rozszerzaj&#261;c&#261; si&#281; baloniasto ku g&#243;rze, u&#347;miechaj&#261;ca si&#281; zaj&#281;cz&#261; warg&#261;. By&#322;y dzieci bez r&#261;k i n&#243;g; z brakiem lub z przerostem cz&#322;onk&#243;w; nieme, nies&#322;ysz&#261;ce, niezdolne na ziemi do &#380;adnego ruchu. By&#322;y dzieci zrzucane w staro&#380;ytno&#347;ci ze ska&#322;, ledwie ujrzano po narodzinach ich zdeformowane cia&#322;a. By&#322;y niemowl&#281;ta zwane w &#347;redniowieczu diabelskim pomiotem i palone na stosach. Dzieci topione jak koci&#281;ta przez matki, kt&#243;re przera&#380;a&#322;o widmo procesu o czary  i nieszcz&#281;&#347;nicy pokazywani jako monstra na jarmarkach miast i miasteczek ca&#322;ego &#347;wiata. Byli ci, kt&#243;rych los wyni&#243;s&#322; wysoko mimo zdeformowanego cia&#322;a, gdy&#380; uda&#322;o im si&#281; odgrywa&#263; rol&#281; b&#322;azn&#243;w u boku g&#322;upszych od siebie. By&#322;y zast&#281;py dzieci, na kt&#243;rych dokonywano eksperyment&#243;w, by zbada&#263;, jak powstaje deformacja i czego unika&#263; w procesie tworzenia doskona&#322;ego cz&#322;owieka. By&#322;y dzieci zamykane przed ludzkimi oczami w stajniach, piwnicach, kom&#243;rkach, &#380;yj&#261;ce w wiecznej ciemno&#347;ci i izolacji. Dzieci, kt&#243;re ca&#322;e &#380;ycie sp&#281;dzi&#322;y w zamkni&#281;tych zak&#322;adach, nie znaj&#261;c rodzic&#243;w. Dziesi&#261;tki, setki, tysi&#261;ce poczwarek, kt&#243;re na zawsze zamkn&#281;&#322;y w sobie motyla, ze z&#322;o&#380;onymi, wielobarwnymi skrzyd&#322;ami.

Tu, w Ogrodzie, wszystkie te dzieci ta&#324;czy&#322;y, a ich uczucia przenika&#322;y przez niekszta&#322;tne pancerze cia&#322; i unosi&#322;y si&#281; wok&#243;&#322;, l&#380;ejsze od oddechu. Myszka odbiera&#322;a je ca&#322;&#261; sob&#261;, s&#322;ysza&#322;a i rozumia&#322;a.

Kim jeste&#347;?  spyta&#322;a, bez s&#322;&#243;w, najbli&#380;ej ta&#324;cz&#261;cej istoty.

Mnie w og&#243;le nie ma, nigdy si&#281; nie urodzi&#322;em. Moja mama ujrza&#322;a mnie, gdy by&#322;em tak ma&#322;y jak jej d&#322;o&#324;, i zatrzyma&#322;a w p&#243;&#322; drogi  odpowiedzia&#322; ch&#322;opiec ze zro&#347;ni&#281;tymi palcami r&#261;k i n&#243;g i ze zdeformowanym cia&#322;em.  Zazdroszcz&#281; wam, kt&#243;rzy&#347;cie widzieli ziemi&#281;. Chcia&#322;bym tam przebywa&#263;, nawet gdyby trwa&#322;o to kr&#243;tko i mia&#322;o bole&#263;

Boli, tak, to boli  przytakn&#281;&#322;a dziewczynka, trzepocz&#261;ca, jak ptak, szcz&#261;tkami ko&#324;czyn.  Ale tam jest tyle rzeczy do zobaczenia i tyle mi&#322;o&#347;ci. By&#322;am kochana!  za&#347;piewa&#322;a nagle na ca&#322;y Ogr&#243;d-Nie-ogr&#243;d.  By&#322;am kochana! Kochana!

A mnie nie chcieli  powiedzia&#322; ch&#322;opiec z nogami kar&#322;a i g&#322;ow&#261; olbrzyma.  Zostawili mnie w specjalnym domu i sp&#281;dzi&#322;em w nim ca&#322;e &#380;ycie. Ale ogl&#261;da&#322;em przez okno &#347;wiat, widzia&#322;em ludzi innych ni&#380; ja, patrzy&#322;em w niebo, nie tak niebieskie jak w Ogrodzie, lecz co dzie&#324; inne. I t&#281;skni&#281; za tym, wi&#281;c ju&#380; wiem, co to t&#281;sknota. Warto dla niej zej&#347;&#263; na ziemi&#281;.

Wo&#380;ono nas w klatce po wielu miastach i pobierano op&#322;at&#281; za pokazywanie t&#322;umom. T&#322;umy &#347;mia&#322;y si&#281; i trz&#281;s&#322;y ze strachu, ale widzia&#322;y&#347;my tyle miejsc i tyle zdumiewaj&#261;cych zjawisk Ziemia jest pi&#281;kna  powiedzia&#322;y ch&#243;rem syjamskie siostry, zro&#347;ni&#281;te tu&#322;owiami, kt&#243;rych zniekszta&#322;cone, za du&#380;e g&#322;owy odchyla&#322;y si&#281; w dwie r&#243;&#380;ne strony.

Chcia&#322;em &#380;y&#263;, nawet gdyby to mia&#322;o by&#263; straszne, ale nie dano mi. Urodzi&#322;em si&#281; w czasie, gdy pozwalano &#380;y&#263; tylko dzieciom doskona&#322;ym. Zazdroszcz&#281; ci, Myszko. By&#322;a&#347; na &#347;wiecie a&#380; osiem d&#322;ugich lat  powiedzia&#322; ch&#322;opczyk, kt&#243;rego malutka g&#322;owa, pozbawiona szyi, wyrasta&#322;a wprost z przero&#347;ni&#281;tego tu&#322;owia.

Zazdro&#347;cimy ci, Myszko Tyle widzia&#322;a&#347; Tyle prze&#380;y&#322;a&#347; Kochano ci&#281;  &#347;piewa&#322;y Dary Pana, kt&#243;re przebywa&#322;y na ziemi kr&#243;tko lub nie widzia&#322;y jej wcale.

Ka&#380;da sekunda na ziemi jest warta milion&#243;w lat pami&#281;ci  nuci&#322;y inne, wspominaj&#261;c czas, w kt&#243;rym nawet b&#243;l by&#322; dowodem &#380;ycia.

Dary Pana ta&#324;czy&#322;y, wyra&#380;aj&#261;c rado&#347;&#263; z kr&#243;tkiego pobytu na ziemi, z kr&#243;tkich, lecz prawdziwych uczu&#263;, kt&#243;rych tam zazna&#322;y  mi&#322;o&#347;ci, nienawi&#347;ci, przyj&#281;cia lub odrzucenia, izolacji lub samotno&#347;ci; osaczenia spojrzeniami i zimn&#261; ciekawo&#347;ci&#261; lub nadmiernym wsp&#243;&#322;czuciem; czasami, cho&#263; rzadko, do&#347;wiadcza&#322;y oboj&#281;tnej zgody na swoj&#261; odr&#281;bno&#347;&#263;. Motyl skryty w poczwarce ich cia&#322;a trzepota&#322; bezradnie niewidzialnymi dla ludzi skrzyd&#322;ami; niekiedy kto&#347; pog&#322;aska&#322; go po wiecznie zwini&#281;tych skrzyd&#322;ach, i te chwile Dary Pana pami&#281;ta&#322;y najmocniej. Inne wyra&#380;a&#322;y w ta&#324;cu t&#281;sknot&#281; za nigdy nie do&#347;wiadczonym darem &#380;ycia, za nieznan&#261; ziemi&#261;, za niedobrymi, ale prawdziwymi uczuciami, kt&#243;re mo&#380;liwe by&#322;y tylko tam.

Nagle w grupie ta&#324;cz&#261;cych dzieci Myszka dostrzeg&#322;a ch&#322;opca o oczach takich samych jak jej oczy, z okr&#261;g&#322;&#261; buzi&#261;, z nieforemnym cia&#322;em i dziwnie bliskim u&#347;miechem.

Chyba ci&#281; znam?  spyta&#322;a, bior&#261;c go za r&#281;k&#281;.

O, tak  odpowiedzia&#322;.  Zawsze przeczuwa&#322;a&#347; mnie w swoim tacie  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; znowu, nie&#347;mia&#322;o, lecz ufnie.

Tak!  zawo&#322;a&#322;a.  Tak! I wiem, kim jeste&#347;! Jeste&#347; t&#261; jego cz&#261;stk&#261;, kt&#243;ra mnie szuka&#322;a!

Tak, Myszko. I by&#322;em szcz&#281;&#347;liwy tam, na dole. Kochali mnie.

M&#243;j tato te&#380;?  spyta&#322;a z nadziej&#261;.

On najbardziej.

I nie ucieka&#322;?  ponowi&#322;a pytanie, wstrzymuj&#261;c oddech.

Zawsze trzyma&#322; mnie za r&#281;k&#281;. Kocha&#322; mnie tak, jak teraz kocha ciebie.

Kocha mnie?  szepn&#281;&#322;a Myszka.

Ca&#322;y czas ci&#281; kocha&#322;, ale dopiero teraz o tym wie. Ludzie bardzo cz&#281;sto dowiaduj&#261; si&#281; o czym&#347; za p&#243;&#378;no  powiedzia&#322; ch&#322;opiec, ale ju&#380; podbieg&#322;y do nich inne Dary Pana i ch&#322;opiec znikn&#261;&#322; jej z oczu. Znajd&#281; go, wiem o tym, pomy&#347;la&#322;a z rado&#347;ci&#261;. Mo&#380;na tu znale&#378;&#263; wszystko, co zgubi&#322;o si&#281; na ziemi.

&#379;ycie by&#322;o pi&#281;kne, Myszko! Ale nie &#380;a&#322;uj, &#380;e si&#281; ko&#324;czy. Wszystko musi si&#281; sko&#324;czy&#263;, nie tylko rado&#347;&#263;, ale i b&#243;l. Tu b&#281;dzie ci dobrze, tu nie ma b&#243;lu  zach&#281;ca&#322;a j&#261; dziewczynka z wielk&#261; g&#322;ow&#261; i ciemnym otworem zamiast nosa.

Dary Pana ta&#324;czy&#322;y i Myszka zapragn&#281;&#322;a do&#322;&#261;czy&#263; do ich kr&#281;gu, gdy znowu us&#322;ysza&#322;a surowy G&#322;os:

Pozwalam ci ostatni raz zej&#347;&#263; na d&#243;&#322;. Na chwilk&#281;

Na chwilk&#281;  powt&#243;rzy&#322;a pokornie i szeroko otworzy&#322;a oczy.

Le&#380;a&#322;a w &#322;&#243;&#380;ku, ko&#322;dra by&#322;a niezwykle ci&#281;&#380;ka i uniemo&#380;liwia&#322;a ruchy; cia&#322;o mia&#322;a spocone, a przez mg&#322;&#281; zalewaj&#261;cego oczy potu wydawa&#322;o jej si&#281;, &#380;e widzi nad sob&#261; nie tylko mam&#281;, ale i tat&#281;.

Ta? O?  powiedzia&#322;a szeptem, kt&#243;rego nikt nie us&#322;ysza&#322;, gdy&#380; bardziej przypomina&#322; westchnienie ni&#380; s&#322;owa.

Ona si&#281; u&#347;miecha? Do mnie?  spyta&#322; tata (albo On, ale Myszka ju&#380; nie umia&#322;a ich rozr&#243;&#380;ni&#263;).

Daj r&#261;czk&#281;, Myszko  powiedzia&#322; tata albo On, gdy&#380; zaraz us&#322;ysza&#322;a ponownie:

Daj r&#281;k&#281;. Wracamy. Musisz zrobi&#263; miejsce dla twojej siostry

Siostry?  ucieszy&#322;a si&#281; Myszka, lecz zaraz posmutnia&#322;a:  Czy nigdy jej nie poznani?

Nigdy. Ona dopiero si&#281; zjawi. I nie b&#281;dzie taka jak ty, lecz zwyk&#322;a. Ale nie martw si&#281;, w Ogrodzie masz wiele braci i si&#243;str. Chod&#378;, Myszko, daj r&#281;k&#281;  za&#347;piewa&#322; &#322;agodny, melodyjny G&#322;os.

Myszka ufnie wyci&#261;gn&#281;&#322;a d&#322;o&#324; i poczu&#322;a mocny, ciep&#322;y u&#347;cisk.

Gdyby tatu&#347; poszed&#322; ze mn&#261; na spacer, dotyk jego r&#281;ki by&#322;by taki sam, pomy&#347;la&#322;a.

Adam po raz pierwszy obejmowa&#322; ma&#322;&#261; d&#322;o&#324; swojej c&#243;rki. R&#281;ka Adasia, przypomnia&#322; sobie nagle. Taka sama nieforemna i kr&#243;tkopalca, bezradna i spocona by&#322;a r&#261;czka Adasia Przez moment poczu&#322;, jak te kr&#243;tkie, palce zaciskaj&#261; si&#281; mocno na jego du&#380;ej r&#281;ce. Czy to Ada&#347;, czy Myszka, czy oboje razem, jedno w drugim?, zadawa&#322; sobie pytanie.

Myszka  szepn&#261;&#322;.

Myszko, idziemy  powiedzia&#322; stanowczo G&#322;os.

Idziemy  szepn&#281;&#322;a bez s&#322;&#243;w, zastanawiaj&#261;c si&#281;, czyja d&#322;o&#324; jest taka du&#380;a, dobra i bezpieczna.

Gdzie jeste&#347;?  spyta&#322;a Myszka.

Wsz&#281;dzie  odpar&#322; G&#322;os.

Nie widz&#281; Ci&#281;  zmartwi&#322;a si&#281; Myszka.  Ale&#380; widzisz sp&#243;jrz Widzisz mnie w &#347;wiat&#322;ocieniu tego Ogrodu i wszystkich innych Ogrod&#243;w. S&#322;yszysz mnie w &#347;piewie wiatru. Czujesz mnie w wilgoci rosy, w mi&#281;kko&#347;ci wody Jestem na dole, jestem na g&#243;rze, jestem na Pocz&#261;tku, na Ko&#324;cu i w &#346;rodku

Widz&#281;, s&#322;ysz&#281;, czuj&#281;  ucieszy&#322;a si&#281; Myszka, lecz zaraz spyta&#322;a, my&#347;l&#261;c o tych, kt&#243;rych zostawi&#322;a na dole:  Czy nie b&#281;dzie im smutno beze mnie?

Urodzi si&#281; im nowe dziecko  przypomnia&#322; pogodnie G&#322;os.

I b&#281;dzie lekkie? Zwinne? Zata&#324;czy, gdy us&#322;yszy muzyk&#281;?

Tak.

A m&#243;j tata? Chcia&#322;abym, &#380;eby mnie kocha&#322;, cho&#263; mnie ju&#380; nie ma

Kocha ci&#281;.

Jak?  spyta&#322;a Myszka.

Jak siebie samego.

Czy to jest wielka mi&#322;o&#347;&#263;?

Najwi&#281;ksza, na jak&#261; sta&#263; cz&#322;owieka  odpowiedzia&#322; G&#322;os z surow&#261; pewno&#347;ci&#261;.

Westchn&#281;&#322;a i zacz&#281;&#322;a si&#281; zastanawia&#263;, o co ma jeszcze zapyta&#263;. Wreszcie szepn&#281;&#322;a:

A czy ty mnie kochasz?

Kocham ci&#281;, Myszko  zasycza&#322; W&#261;&#380;.

A On?

Marudzisz, Myszko  powiedzia&#322; W&#261;&#380;, ale On ju&#380; odpowiada&#322; g&#322;osem taty:

Kocham ci&#281;. Kocham ci&#281; bardzo.

I Myszka rzuci&#322;a Mu si&#281; w obj&#281;cia. Zaton&#281;&#322;a w nich i zawirowa&#322;a na paluszkach w nie ko&#324;cz&#261;cym si&#281; ta&#324;cu. Wirowa&#322;a tak szybko, &#380;e zacz&#281;&#322;a przemienia&#263; si&#281; w rozmazan&#261;, po&#322;yskliw&#261;, coraz s&#322;abiej widoczn&#261; kolorow&#261; plam&#281;. I ta&#324;cz&#261;c w Jego pot&#281;&#380;nych, bezkresnych ramionach, by&#322;a coraz l&#380;ejsza i l&#380;ejsza, a&#380; wreszcie sta&#322;a si&#281; tak lekka, jakby jej nigdy nie by&#322;o.



Dzie&#324; pierwszy: kobiety, m&#281;&#380;czy&#378;ni

Jab&#322;o&#324; na skraju trawnika dawa&#322;a przyjazny cie&#324; i cicho szele&#347;ci&#322;a li&#347;&#263;mi. Kobieta i m&#281;&#380;czyzna siedzieli pod ni&#261; na &#322;awce, trzymaj&#261;c si&#281; za r&#281;ce, i patrzyli na swoj&#261; c&#243;rk&#281;. Dziewczynka ta&#324;czy&#322;a.

Jest &#347;liczna, prawda?  powiedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; do &#380;ony.

&#346;liczna  przyzna&#322;a ona.  A jak pi&#281;knie ta&#324;czy, sp&#243;jrz Mo&#380;e b&#281;dzie tancerk&#261;?

Nie, nie  sprzeciwi&#322; si&#281; &#322;agodnie m&#281;&#380;czyzna. Powia&#322; lekki, ciep&#322;y wiatr i drzewo mocniej zaszemra&#322;o li&#347;&#263;mi. Dziewczynka zatrzyma&#322;a si&#281; i zas&#322;ucha&#322;a.

Myszszszszszszszka O&#263; O&#263; Myszszsz szszszka  &#347;piewa&#322;y cicho li&#347;cie drzewa.

Mamusiu, kto to jest Myszka?  spyta&#322;a dziewczynka.

Rodzice spojrzeli po sobie.

Twoja siostra, Marysia. Tak j&#261; nazywali&#347;my: Myszka  odpar&#322;a kobieta.

Opowiada&#322;em ci o niej  powiedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna z wyrzutem.

My&#347;la&#322;am, &#380;e to bajka  powiedzia&#322;a dziewczynka.

Czasem te&#380; tak my&#347;la&#322;am  przyzna&#322;a kobieta. Drzewo &#347;piewa&#322;o z szumem li&#347;ci:

Myszszszszszszka O&#263; o&#263;

A jaka ona by&#322;a?  spyta&#322;a dziewczynka.

&#346;liczna, jak ty  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; kobieta.

I r&#243;wnie pi&#281;knie ta&#324;czy&#322;a  doda&#322; m&#281;&#380;czyzna po namy&#347;le.

Gdzie teraz jest?  pyta&#322;a dalej dziewczynka. M&#281;&#380;czyzna bezradnie spojrza&#322; na kobiet&#281;, ale ona, zas&#322;uchana w &#347;piew drzewa, u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;:

Myszka jest teraz w Ogrodzie, w kt&#243;rym zawsze jest poranek, zawsze jest s&#322;o&#324;ce i bardzo niebieskie niebo. Ta&#324;czy.

Myszszszszszszszka O&#263; O&#263;  &#347;piewa&#322;o drzewo, g&#322;askane ciep&#322;ym wiatrem.

Krak&#243;w-Mazury, 2000 r.





