




Stanis&#322;aw Lem

Opowie&#347;ci o pilocie Pirxie



Test



1

Kadet Pirx!

G&#322;os O&#347;lej &#321;&#261;czki wyrwa&#322; go z g&#322;&#281;bi marze&#324;. Wyobrazi&#322; sobie w&#322;a&#347;nie, &#380;e w kieszonce od zegarka starych cywilnych spodni na dnie szafki le&#380;y dwukoron&#243;wka. Srebrna, d&#378;wi&#281;cz&#261;ca, zapomniana. Przed chwil&#261; jeszcze wiedzia&#322; dok&#322;adnie, &#380;e nie by&#322;o tam nic, najwy&#380;ej stary kwit pocztowy, ale powoli doszed&#322; do przekonania, &#380;e mog&#322;a by&#263;, i kiedy O&#347;la &#321;&#261;czka wymieni&#322; jego nazwisko, by&#322; ju&#380; ca&#322;kiem pewien. Mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;e wyra&#378;nie czu&#322; jej kr&#261;g&#322;o&#347;&#263; i widzia&#322;, jak rozpiera si&#281; w kieszonce. M&#243;g&#322; p&#243;j&#347;&#263; do kina i jeszcze zosta&#322;oby mu p&#243;&#322; korony. A gdyby poszed&#322; tylko na aktualno&#347;ci, zasta&#322;oby p&#243;&#322;tora, z tego koron&#281; by od&#322;o&#380;y&#322;, a za reszt&#281; pogra&#322;by na automatach. Je&#347;liby automat zaci&#261;&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; bez ko&#324;ca wysypywa&#263; miedziaki prosto w otwart&#261; d&#322;o&#324;, a on ledwo by nad&#261;&#380;a&#322; z pakowaniem ich do kieszeni, i znowu podstawia&#322;by r&#281;k&#281; zdarzy&#322;o si&#281; to przecie&#380; Smidze! Ugina&#322; si&#281; pod ci&#281;&#380;arem zdobytej nieoczekiwanie fortuny, kiedy wyrwa&#322; go O&#347;la &#321;&#261;czka.

Wyk&#322;adowca za&#322;o&#380;y&#322; po swojemu r&#281;ce do ty&#322;u i staj&#261;c na zdrowej nodze, zada&#322; pytanie:

Co kadet zrobi&#322;by, natrafiwszy w patrolu na statek obcej planety?

Kadet Pirx otworzy&#322; usta, jakby w ten spos&#243;b chcia&#322; wygoni&#263; znajduj&#261;c&#261; si&#281; w nich odpowied&#378;. Wygl&#261;da&#322;, jak ostatni na &#347;wiecie cz&#322;owiek, kt&#243;ry wie, co trzeba robi&#263;, spotykaj&#261;c rakiety obcych planet.

Zbli&#380;y&#322;bym si&#281; powiedzia&#322; g&#322;uchym, dziwnie zgrubia&#322;ym g&#322;osem.

Ca&#322;y kurs zamar&#322;. Wszyscy wietrzyli cos mniej nudnego ni&#380; wyk&#322;ad.

Bardzo dobrze rzek&#322; ojcowsko O&#347;la &#321;&#261;czka r- i co dalej?

Zastopowa&#322;bym wybuchn&#261;&#322; kadet Pirx, czuj&#261;c, &#380;e znajduje si&#281; ju&#380; daleko poza przedni&#261; lini&#261; swych wiadomo&#347;ci.

Gor&#261;czkowo poszukiwa&#322; w opustosza&#322;ej g&#322;owie jakich&#347; paragraf&#243;w Post&#281;powania w Przestrzeni. Mia&#322; wra&#380;enie, &#380;e w &#380;yciu nie widzia&#322; go na oczy. Spu&#347;ci&#322; skromnie wzrok i zobaczy&#322; wtedy, jak &#346;miga m&#243;wi co&#347; w jego stron&#281; samymi ustami. Odczyta&#322; to i powt&#243;rzy&#322; g&#322;o&#347;no, zanim jeszcze sens tych s&#322;&#243;w dotar&#322; do niego:

Przedstawi&#322;bym si&#281; im.

Ca&#322;y kurs rykn&#261;&#322; jak jeden cz&#322;owiek. O&#347;la &#321;&#261;czka walczy&#322; sekund&#281;, ale te&#380; wybuchn&#261;&#322; &#347;miechem. Bardzo szybko spowa&#380;nia&#322;.

Kadet zg&#322;osi si&#281; do mnie jutro z ksi&#261;&#380;k&#261; nawigacyjn&#261;. Kadet Boerst!

Pirx usiad&#322;, jakby krzes&#322;o by&#322;o ze szk&#322;a, nie ca&#322;kiem jeszcze ostyg&#322;ego. Nie mia&#322; nawet wielkiego &#380;alu do Smigi on ju&#380; taki by&#322;, nie m&#243;g&#322; przepu&#347;ci&#263; okazji, je&#347;li si&#281; nadarzy&#322;a. Nie s&#322;ysza&#322; ani s&#322;owa z tego, co m&#243;wi&#322; Boerst rysowa&#322; na tablicy krzywe, a O&#347;la &#321;&#261;czka &#347;cisza&#322; po swojemu odpowiedzi elektronowego Kalkulatora, tak &#380;e odpowiadaj&#261;cy gubi&#322; si&#281; na koniec w obliczeniach. Regulamin zezwala&#322; na korzystanie z pomocy Kalkulatora, ale O&#347;la &#321;&#261;czka mia&#322; w tej sprawie w&#322;asn&#261; teori&#281;: Kalkulator te&#380; cz&#322;owiek m&#243;wi&#322; i mo&#380;e si&#281; popsu&#263;. Pirx nie mia&#322; nawet &#380;alu do O&#347;lej &#321;&#261;czki. Nie mia&#322; &#380;alu do nikogo. Prawie nigdy. Po pi&#281;ciu minutach sta&#322; ju&#380; przed sklepem na Dyerhoffa i ogl&#261;da&#322; na wystawie gazowe pistolety, z kt&#243;rych mo&#380;na strzela&#263; patronami &#347;lepymi, kulowymi lub gazowymi komplet sze&#347;&#263; koron, z setk&#261; naboi. Oczywi&#347;cie na Dyerhoffa by&#322; w wyobra&#378;ni.

Po dzwonku kurs opu&#347;ci&#322; sal&#281;, nie z krzykiem i tupaniem jak pierwszy czy drugi nie byli w ko&#324;cu dzie&#263;mi! Niemal po&#322;owa poci&#261;gn&#281;&#322;a do jadalni nie by&#322;o tam o tej porze nic do jedzenia, ale mo&#380;na by&#322;o spotka&#263; now&#261; kelnerk&#281;. Podobno &#322;adna. Pirx szed&#322; wolno mi&#281;dzy szklanymi szafami, pe&#322;nymi gwiazdowych globus&#243;w, i z ka&#380;dym krokiem traci&#322; nadziej&#281;, &#380;e w kieszonce znajdzie si&#281; dwukoron&#243;wka. Na ostatnim schodku wiedzia&#322;, &#380;e jej tam nigdy nie by&#322;o.

Pod bram&#261; stali Boerst, &#346;miga i Payartz, z kt&#243;rym siedzia&#322; p&#243;&#322; roku przy jednym stole na kosmodezji. Wszystkie gwiazdy watlasie zasmarowa&#322; Pirxowi tuszem.

Masz jutro pr&#243;bny lot powiedzia&#322; do niego Boerst, kiedy ich mija&#322;.

W porz&#261;dku odpar&#322; flegmatycznie. Nie dawa&#322; si&#281; tak &#322;atwo nabiera&#263;.

Nie wierzysz to przeczytaj! stukn&#261;&#322; Boerst palcem w szk&#322;o tablicy og&#322;osze&#324;.

Chcia&#322; i&#347;&#263; dalej, ale g&#322;owa jako&#347; sama mu si&#281; wykr&#281;ci&#322;a. Na li&#347;cie by&#322;y tylko trzy nazwiska. Kadet Pirx sta&#322;o tam jak w&#243;&#322;, na samej g&#243;rze.

Przez chwil&#281; nie widzia&#322; nic.

Potem us&#322;ysza&#322; z daleka w&#322;asny g&#322;os, kt&#243;ry m&#243;wi&#322;:

To co? Powiedzia&#322;em przecie&#380;: w porz&#261;dku.

Min&#261;&#322; ich i poszed&#322; alejk&#261; mi&#281;dzy klombami. W tym roku by&#322;a na nich masa niezapominajek, zasadzonych przemy&#347;lnie w kszta&#322;cie l&#261;duj&#261;cej rakiety. Jaskry wyobra&#380;a&#322;y ogie&#324; wylotowy, ale ju&#380; przekwit&#322;y. Nie widzia&#322; klomb&#243;w, &#347;cie&#380;ki, niezapominajek ani O&#347;lej &#321;&#261;czki, kt&#243;ry pospiesznym krokiem wyszed&#322; z bocznego skrzyd&#322;a Instytutu. O ma&#322;o nie wlecia&#322; na niego przy bramie. Zasalutowa&#322; mu przed samym nosem.

A, Pirx! powiedzia&#322; O&#347;la &#321;&#261;czka. Kadet leci jutro? Dobrego odrzutu! Mo&#380;e kadetowi uda si&#281; spotka&#263; tych z innych planet.

Internat znajdowa&#322; si&#281; w parku, po przeciwnej stronie, za wielkimi p&#322;acz&#261;cymi wierzbami. Sta&#322; nad stawem, a boczne skrzyd&#322;o wznosi&#322;o si&#281; nad sam&#261; wod&#261;, podstemplowane kamiennymi kolumnami. O tych kolumnach kto&#347; pu&#347;ci&#322; bajk&#281;, &#380;e przywiezione zosta&#322;y z Ksi&#281;&#380;yca oczywista bujda ale pierwszy kurs rze&#378;bi&#322; na nich swoje inicja&#322;y i daty ze &#347;wi&#281;tym wzruszeniem. Nazwisko Pirxa te&#380; gdzie&#347; tam by&#322;o wyry&#322; je pracowicie przed czterema laty.

W swoim pokoju mia&#322; tak ma&#322;y, &#380;e nie dzieli&#322; go z nikim d&#322;u&#380;szy czas waha&#322; si&#281;, czy otworzy&#263; szafk&#281;. Dok&#322;adnie pami&#281;ta&#322;, gdzie le&#380;&#261; stare spodnie. Nie wolno ich by&#322;o mie&#263;, dlatego je mia&#322;. Poza tym nie by&#322;o z nich &#380;adnego po&#380;ytku. Zamkn&#261;&#322; oczy, kucn&#261;&#322; przy szafie, spoza uchylonych drzwi wsadzi&#322; r&#281;k&#281; do &#347;rodka i namaca&#322; kieszonk&#281;. Naturalnie od razu wiedzia&#322;. By&#322;a pusta.



2

Sta&#322; w nie nad&#281;tym kombinezonie na stalowej desce pomostu, pod samym stropem hali, trzymaj&#261;c si&#281; &#322;okciem rozpi&#281;tej jako por&#281;cz liny, bo obie r&#281;ce mia&#322; zaj&#281;te. W jednej trzyma&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; nawigacyjn&#261;, w drugiej bryk. By&#322;a to &#347;ci&#261;gaczka, kt&#243;r&#261; po&#380;yczy&#322; mu &#346;miga m&#243;wiono, &#380;e lata&#322; z ni&#261; ca&#322;y kurs. Co prawda nie by&#322;o jasne, w jaki spos&#243;b wraca&#322;a, bo po pr&#243;bnym locie opuszcza&#322;o si&#281; Instytut i sz&#322;o na P&#243;&#322;noc, do Bazy, gdzie zaczyna&#322;o si&#281; wkuwanie do ko&#324;cowych egzamin&#243;w. Wida&#263; jednak jako&#347; wraca&#322;a mo&#380;e zrzucali j&#261; na spadochronie? Oczywi&#347;cie by&#322; to tylko &#380;art.

Sta&#322; na spr&#281;&#380;ynuj&#261;cej desce, zawieszony nad czterdziestometrow&#261; otch&#322;ani&#261; i, skraca&#322; sobie czas wyobra&#380;aniem tego, czy b&#281;d&#261; go maca&#263; to si&#281;, niestety, zdarza&#322;o. Kadeci brali na pr&#243;bne loty najdziwniejsze i najsurowiej zakazane rzeczy: poczynaj&#261;c od p&#322;askich flaszek z w&#243;dk&#261; a ko&#324;cz&#261;c na tytoniu do &#380;ucia i fotografiach znajomych dziewcz&#261;t. Nie m&#243;wi&#261;c naturalnie o brykach. Pirx d&#322;ugo szuka&#322; na sobie miejsca, w kt&#243;rym by go ukry&#263;. Chowa&#322; go te&#380; z pi&#281;tna&#347;cie razy do buta pod pi&#281;t&#281;, mi&#281;dzy obie skarpetki, do cholewki, do wewn&#281;trznej kieszeni kombinezonu, do ma&#322;ego atlasiku gwiazd taki atlasik by&#322; dozwolony niez&#322;y by&#322;by te&#380; futera&#322; od okular&#243;w, ale, po pierwsze, musia&#322;by to by&#263; olbrzymi futera&#322;, a po wt&#243;re nie nosi&#322; okular&#243;w. Troch&#281; p&#243;&#378;niej przypomnia&#322; sobie, &#380;e gdyby nosi&#322;, nie przyj&#281;liby go do Instytutu.

Sta&#322; wi&#281;c na stalowej desce i czeka&#322; na obu instruktor&#243;w oraz na Szefa, a wszyscy trzej nie wiadomo czemu si&#281; sp&#243;&#378;niali, chocia&#380; start by&#322; wyznaczony na dziewi&#281;tnast&#261; czterdzie&#347;ci, a by&#322;a ju&#380; dziewi&#281;tnasta dwadzie&#347;cia siedem. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e gdyby mia&#322; kawa&#322;ek plastra, m&#243;g&#322;by przylepi&#263; sobie bryk pod pach&#261;. M&#243;wiono, &#380;e tak zrobi&#322; ma&#322;y Yerkes, a gdy go instruktor dotkn&#261;&#322;, zacz&#261;&#322; piszcze&#263;, &#380;e ma &#322;askotki, i uda&#322;o mu si&#281;. Ale Pirx nie wygl&#261;da&#322; na takiego, co ma &#322;askotki. Wiedzia&#322; o tym i nie mia&#322; co do tego &#380;adnych z&#322;udze&#324;. Trzyma&#322; wi&#281;c ca&#322;kiem zwyczajnie bryk w prawej r&#281;ce i dopiero gdy przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e b&#281;dzie j&#261; musia&#322; poda&#263; na przywitanie wszystkim trzem, prze&#322;o&#380;y&#322; go do lewej, a ksi&#261;&#380;k&#281; nawigacyjn&#261; z lewej do prawej. Manipuluj&#261;c tak, rozbuja&#322; niechc&#261;cy stalowy pomo&#347;cik, kt&#243;ry chwia&#322; si&#281; jak trampolina. Naraz us&#322;ysza&#322; po drugiej stronie kroki. Nie od razu ich zobaczy&#322;, bo pod stropem hali by&#322;o ciemno.

Byli wszyscy, jak zwykle w mundurach, bardzo wymuskani, zw&#322;aszcza Szef. On za&#347;, kadet Pirx, mia&#322; na sobie kombinezon, kt&#243;ry, cho&#263; jeszcze nie nad&#281;ty, wygl&#261;da&#322; niby dwadzie&#347;cia razem z&#322;o&#380;onych kostium&#243;w, jakie nosi bramkarz w rugby, ponadto z obu stron wysokiego ko&#322;nierza zwisa&#322;y mu d&#322;ugie ko&#324;c&#243;wki interkomu i zewn&#281;trznego radiofonu, przy szyi bimba&#322; si&#281; w&#261;&#380; zako&#324;czony pokr&#281;t&#322;em aparatu tlenowego, na plecach czu&#322; ucisk rezerwowej butelki, by&#322;o mu cholernie gor&#261;co w podw&#243;jnej przeciwpotnej bieli&#378;nie, a najgorzej we znaki dawa&#322;o mu si&#281; urz&#261;dzenie, kt&#243;re sprawia, &#380;e lec&#261;c nie musi si&#281; wychodzi&#263; z potrzeb&#261; (zreszt&#261; w rakiecie pierwszego stopnia, na kt&#243;rej robi si&#281; pr&#243;bne loty, nie bardzo by&#322;oby gdzie wyj&#347;&#263; na stron&#281;).

Naraz ca&#322;y pomost zacz&#261;&#322; skaka&#263;. Kto&#347; szed&#322; z ty&#322;u to by&#322; Boerst w takim samym kombinezonie, zasalutowa&#322; ostro wielk&#261; r&#281;kawic&#261; i stan&#261;&#322; tak, jakby mia&#322; najlepsz&#261; wol&#281; zepchn&#261;&#263; Pirxa na d&#243;&#322;.

Kiedy tamci poszli przodem, Pirx spyta&#322; zdziwiony:

Ty te&#380; lecisz? Nie by&#322;o ci&#281; na li&#347;cie.

Brendan zachorowa&#322;. Lec&#281; za niego odpar&#322; Boerst. Pirxowi zrobi&#322;o si&#281; na chwil&#281; troch&#281; g&#322;upio. To by&#322;a w ko&#324;cu jedyna, ale to jedyna rzecz, dzi&#281;ki kt&#243;rej m&#243;g&#322;by si&#281; wznie&#347;&#263; cho&#263; o milimetr wy&#380;ej ku niebotycznym regionom, na kt&#243;rych &#380;y&#322; sobie Boerst, jakby specjalnie si&#281; o to wcale nie staraj&#261;c. By&#322; nie tylko najzdolniejszy na kursie, co Pirx stosunkowo &#322;atwo mu wybacza&#322;, a nawet &#380;ywi&#322; dla matematycznych talent&#243;w Boersta pewien szacunek od czasu kiedy by&#322; &#347;wiadkiem, jak Boerst zmaga&#322; si&#281; dzielnie z elektronowym Kalkulatorem i straci&#322; tempo dopiero przy pierwiastkach czwartego stopnia i nie tylko mia&#322; zamo&#380;nych rodzic&#243;w, tak &#380;e wcale nie musia&#322; oddawa&#263; si&#281; marzeniom o dwukoron&#243;wkach, zapodziewaj&#261;cych si&#281; w starych portkach ale mia&#322; &#347;wietne wyniki w lekkoatletyce, skaka&#322; jak szatan, &#347;wietnie ta&#324;czy&#322; i, co tu du&#380;o gada&#263;, by&#322; bardzo przystojny, czego niepodobna by&#322;o powiedzie&#263; o Pirxie.

Szli d&#322;ugim pomostem, mi&#281;dzy kratowymi wspornikami stropu, mijaj&#261;c ustawione kolejno rakiety, a&#380; zala&#322;a ich jasno&#347;&#263;, bo ta cz&#281;&#347;&#263; stropu by&#322;a ju&#380; odsuni&#281;ta na przestrzeni dwustu metr&#243;w. Na betonowych, ogromnych lejach, kt&#243;re chwyta&#322;y w siebie i odprowadza&#322;y ogie&#324; odrzutu, sta&#322;y obok siebie dwa sto&#380;kowate kolosy przynajmniej wygl&#261;da&#322;y w oczach Pirxa jak kolosy ka&#380;dy mia&#322; czterdzie&#347;ci osiem metr&#243;w wysoko&#347;ci i jedena&#347;cie metr&#243;w &#347;rednicy u samego do&#322;u, w boosterze.

Do w&#322;az&#243;w, ju&#380; od&#347;rubowanych, przerzucone by&#322;y ma&#322;e mostki, przej&#347;cia zagradza&#322;y jednak ustawione po&#347;rodku, o&#322;owiane przyciski, ka&#380;dy z ma&#322;&#261; czerwon&#261; chor&#261;giewk&#261; na gi&#281;tkim proporczyku. Pirx wiedzia&#322;, &#380;e sam odstawi na bok chor&#261;giewk&#281;, kiedy na pytanie, czy got&#243;w jest podj&#261;&#263; si&#281; wykonania zadania, odpowie, &#380;e tak i &#380;e zrobi to pierwszy raz w &#380;yciu. I nagle opanowa&#322;o go prze&#347;wiadczenie, &#380;e kiedy b&#281;dzie odsuwa&#322; proporczyk, potknie si&#281; o link&#281; i na pewno przewr&#243;ci si&#281; jak d&#322;ugi takie rzeczy si&#281; zdarza&#322;y. A je&#380;eli komukolwiek zdarza&#322;y si&#281; takie rzeczy, to jemu powinno si&#281; by&#322;o co&#347; takiego przytrafi&#263;, bo my&#347;la&#322; czasem, &#380;e nie ma szcz&#281;&#347;cia. Wyk&#322;adowcy okre&#347;lali to inaczej &#380;e jest gap&#261;, niezgu&#322;&#261; i my&#347;li w ka&#380;dej chwili o wszystkim opr&#243;cz tego, o czym akurat trzeba my&#347;le&#263;. Prawda, &#380;e Pirxowi by&#322;o o wiele rzeczy &#322;atwiej ni&#380; o s&#322;owa. Mi&#281;dzy jego dzia&#322;aniem a my&#347;leniem, odzianym w s&#322;owa, zia&#322;a mo&#380;e nie przepa&#347;&#263; w ka&#380;dym razie by&#322;a tam jaka&#347; przeszkoda, kt&#243;ra utrudnia&#322;a mu &#380;ycie. Wyk&#322;adowcy nie wiedzieli, &#380;e Pirx jest marzycielem. O tym nikt nie wiedzia&#322;. S&#261;dzili, &#380;e on w og&#243;le o niczym nie my&#347;li. A to nie by&#322;o prawd&#261;.

Zerkn&#261;&#322; k&#261;tem oka i zobaczy&#322;, &#380;e Boerst ustawi&#322; si&#281; ju&#380;, jak nale&#380;y, o krok od wej&#347;cia na przerzucony do w&#322;azu mostek, wypr&#281;&#380;y&#322; si&#281; i czeka&#322; z r&#281;kami przyci&#347;ni&#281;tymi do nie nad&#281;tych, gumowych obr&#281;czy kombinezonu.

Pomy&#347;la&#322;, &#380;e Boerstowi jest do twarzy nawet w tym dziwacznym stroju, jakby wykrojonym ze stu pi&#322;ek futbolowych naraz, i &#380;e kombinezon Boersta naprawd&#281; jest nie nad&#281;ty, podczas kiedy jego kombinezon miejscami jak gdyby ma jeszcze w sobie sporo powietrza i dlatego tak niedobrze mu si&#281; chodzi, i musi tak szeroko stawia&#263; nogi. Zebra&#322; je razem, jak m&#243;g&#322;, ale obcasy nie chcia&#322;y mu si&#281; zej&#347;&#263;. Dlaczego Boerstowi chcia&#322;y? To by&#322;o niejasne. Gdyby nie Boerst, zapomnia&#322;by zreszt&#261; na &#347;mier&#263; o tym, &#380;e trzeba przybra&#263; zasadnicz&#261; postaw&#281; ty&#322;em do rakiety, a frontem do trzech ludzi w mundurach. Podeszli najpierw do Boersta dajmy na to dlatego, &#380;e by&#322; on na B, ale to te&#380; nie by&#322; zupe&#322;ny przypadek albo raczej: by&#322; to przypadek na niekorzy&#347;&#263; Pirxa, poniewa&#380; zawsze musia&#322; d&#322;ugo czeka&#263; na wyrwanie i denerwowa&#322; si&#281;, bo wola&#322;, aby z&#322;e wydarzy&#322;o mu si&#281; od razu.

S&#322;ysza&#322; pi&#261;te przez dziesi&#261;te z tego, co m&#243;wili do Boersta, a Boerst wyci&#261;gni&#281;ty jak struna odpowiada&#322; szybko, tak szybko, &#380;e Pirx nic nie zrozumia&#322;. Potem podeszli do niego, a kiedy Szef zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263;, Pirxowi naraz przypomnia&#322;o si&#281;, &#380;e mia&#322;o ich dzi&#347; lecie&#263; przecie&#380; trzech, a nie dw&#243;ch, gdzie&#380; wi&#281;c podzia&#322; si&#281; ten trzeci? Na szcz&#281;&#347;cie us&#322;ysza&#322; s&#322;owa Szefa i w ostatniej chwili zd&#261;&#380;y&#322; wypali&#263;:

Kadet Pirx got&#243;w do odbycia lotu.

M tak powiedzia&#322; Szef. I kadet Pirx o&#347;wiadcza, &#380;e jest zdr&#243;w na ciele i umy&#347;le ehem w granicach swoich mo&#380;liwo&#347;ci?

Szef lubi&#322; doczepia&#263; takie kwiatuszki do stereotypowych pyta&#324; i m&#243;g&#322; sobie na to pozwoli&#263;, bo by&#322; Szefem. Pirx powiedzia&#322;, &#380;e jest zdr&#243;w.

Na okres trwania lotu mianuj&#281; kadeta pilotem wypowiedzia&#322; Szef sakramentaln&#261; formu&#322;&#281; i ci&#261;gn&#261;&#322;:

Zadanie: start pionowy na boosterze po&#322;ow&#261; mocy. Wej&#347;cie na elips&#281; B 68. Na elipsie poprawka do orbity trwa&#322;ej z okresem obrotu 4 godziny 26 minut. Oczekiwanie na orbicie dwu statk&#243;w bezpo&#347;redniej &#322;&#261;czno&#347;ci typu JO 2. Prawdopodobna strefa kontaktu radarowego sektor III, satelita PAL z mo&#380;liwym odchyleniem dopuszczalnym sze&#347;&#263; sekund &#322;uku. Nawi&#261;za&#263; kontakt na fonii celem uzgodnienia manewru. Manewr: zej&#347;&#263; z orbity trwa&#322;ej kursem 60 stopni 24 minuty szeroko&#347;ci p&#243;&#322;nocnej, 115 stopni 3 minuty 11 sekund d&#322;ugo&#347;ci wschodniej. Przyspieszenie pocz&#261;tkowe 2,2 g. Przyspieszenie ko&#324;cowe po 83 minutach O. Nie odrywaj&#261;c si&#281; poza zasi&#281;g fonii, pilotowa&#263; oba JO 2 w szyku tr&#243;jkowym do Ksi&#281;&#380;yca, wej&#347;&#263; w jego strefie r&#243;wnikowej na orbit&#281; tymczasow&#261; wed&#322;ug wskaza&#324; Luna PELENG, upewni&#263; si&#281;, &#380;e oba pilotowane statki znajduj&#261; si&#281; na orbicie i, schodz&#261;c z niej przyspieszeniem i kursem wed&#322;ug w&#322;asnego uznania, wr&#243;ci&#263; na orbit&#281; trwa&#322;&#261; w obr&#281;bie satelity PAL. Tam oczekiwa&#263; dalszych rozkaz&#243;w.

Na kursie m&#243;wiono, &#380;e wkr&#243;tce pojawi&#261; si&#281; zast&#281;puj&#261;c dotychczasowe &#347;ci&#261;gaczki bryki elektronowe, to jest mikrom&#243;zgi wielko&#347;ci pestki od wi&#347;ni, kt&#243;re mo&#380;na b&#281;dzie nosi&#263; w uchu albo pod j&#281;zykiem, i kt&#243;re podpowiedz&#261; zawsze i wsz&#281;dzie wszystko, co oka&#380;e si&#281; akurat potrzebne. Ale Pirx nie wierzy&#322; w to, uwa&#380;aj&#261;c, nie bez s&#322;uszno&#347;ci, &#380;e kiedy si&#281; pojawi&#261;, nie b&#281;dzie ju&#380; trzeba kadet&#243;w. Na razie musia&#322; sam powt&#243;rzy&#263; ca&#322;y tenor zadania i zrobi&#322; to, raz jeden tylko pomyliwszy, ale to gruntownie, minuty i sekundy czasu z sekundami i minutami d&#322;ugo&#347;ci i szeroko&#347;ci. Po czym, spocony jak mysz w swojej przeciwpotnej bieli&#378;nie, pod grub&#261; pow&#322;ok&#261; kombinezonu, czeka&#322; na dalszy rozw&#243;j wypadk&#243;w. Powt&#243;rzy&#263; zadanie powt&#243;rzy&#322;, ale tre&#347;&#263; jego nie zacz&#281;&#322;a jeszcze dociera&#263; do jego &#347;wiadomo&#347;ci. Jedyn&#261; my&#347;l&#261;, jaka w nim bez przerwy kr&#261;&#380;y&#322;a, by&#322;o: Ale mi dali &#322;upnia!!

Zaciska&#322; w lewej gar&#347;ci bryk, podaj&#261;c praw&#261; r&#281;k&#261; ksi&#261;&#380;k&#281; nawigacyjn&#261;. Ustne recytowanie zadania by&#322;o zwyczajn&#261; szykan&#261; i tak dostawa&#322;o si&#281; je napisane, z wykre&#347;lonym pierwszym kursem. Szef w&#322;o&#380;y&#322; kopert&#281; z zadaniem do kieszonki pod ok&#322;adk&#261; ksi&#261;&#380;ki, odda&#322; mu j&#261; i spyta&#322;:

Pilot Pirx got&#243;w do startu?

Got&#243;w! odpowiedzia&#322; pilot Pirx. W tej chwili mia&#322; ju&#380; tylko jedno &#380;yczenie: znale&#378;&#263; si&#281; w sterowni. Marzy&#322; o rozpi&#281;ciu kombinezonu, przynajmniej pod szyj&#261;.

Szef cofn&#261;&#322; si&#281; o krok.

Do pocisku! krzykn&#261;&#322; wspania&#322;ym, stalowym g&#322;osem, kt&#243;ry, jak dzwon, przeci&#261;&#322; g&#322;uchy, nieustaj&#261;cy ha&#322;as olbrzymiej hali. Pirx zrobi&#322; zwrot w ty&#322;, z&#322;apa&#322; czerwon&#261; chor&#261;giewk&#281;, potkn&#261;&#322; si&#281; o jej link&#281;, w ostatniej chwili chwyci&#322; r&#243;wnowag&#281; i wmaszerowa&#322; jak Golem na cienki pomost. Kiedy by&#322; w jego po&#322;owi&#261;, Boerst (widziany z ty&#322;u przypomina&#322; jednak pi&#322;k&#281; futbolow&#261;) wchodzi&#322; ju&#380; do swojej rakiety.

Wpu&#347;ci&#322; nogi do &#347;rodka, chwyci&#322; si&#281; masywnego ocembrowania w&#322;azu, zjecha&#322; elastyczn&#261; rynienk&#261; w d&#243;&#322;, nie stawiaj&#261;c st&#243;p na szczebelkach (szczebelki s&#261; tylko dla umieraj&#261;cych pilot&#243;w mawia&#322; O&#347;la &#321;&#261;czka), i zabra&#322; si&#281; do zamykania klapy. &#262;wiczyli to na fantomach i na prawdziwej klapie tyle &#380;e wyj&#281;tej z rakiety i zamocowanej na &#347;rodku sali &#263;wicze&#324; setki i tysi&#261;ce razy. Niedobrze si&#281; od tego robi&#322;o lewa korba, prawa korba, do po&#322;owy drogi, kontrola oszczelnie&#324;, druga po&#322;owa obrotu obu korb, docisk, kontrola na szczelno&#347;&#263; pod ci&#347;nieniem, zag&#322;uszenie w&#322;azu wewn&#281;trzn&#261; pokryw&#261; os&#322;ony, nasuni&#281;cie os&#322;ony przeciwmeteorytowej, wyj&#347;cie ze studzienki w&#322;azu, zamkni&#281;cie drzwi kabiny, docisk, korba, druga korba, rygiel, koniec.

Pirx my&#347;la&#322; sobie, &#380;e Boerst na pewno dawno ju&#380; siedzi w swojej szklanej kuli, kiedy on dopiero zakr&#281;ca ko&#322;o zamachowe docisku i przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e i tak przecie&#380; nie wystartuj&#261; razem, startowa&#322;o si&#281; w odst&#281;pach sze&#347;ciominutowych i nie by&#322;o si&#281; czego spieszy&#263;. Ale lepiej jednak siedzie&#263; ju&#380; na miejscu i w&#322;&#261;czy&#263; sw&#243;j radiofon przynajmniej s&#322;ysza&#322;by komendy, jakie wydaj&#261; Boerstowi. Ciekawe, jakie on dosta&#322; zadanie?

&#346;wiat&#322;a automatycznie zapali&#322;y si&#281; w &#347;rodku, kiedy tylko przymkn&#261;&#322; zewn&#281;trzn&#261; klap&#281;. Zaryglowawszy ca&#322;y kram, po wys&#322;anych bardzo szorstkim i mi&#281;kkim zarazem plastikiem stopniach malutkiej pochylni przeszed&#322; na miejsce pilota.

Diabli wiedz&#261;, dlaczego w tych ma&#322;ych jednoosobowych rakietkach pilot siedzia&#322; w wielkiej szklanej bani trzymetrowej &#347;rednicy. Bania ta, cho&#263; zupe&#322;nie przezroczysta, nie by&#322;a oczywi&#347;cie ze szk&#322;a w dodatku pr&#281;&#380;na, o elastyczno&#347;ci grubej, bardzo twardej gumy. Ten p&#281;cherz, z rozk&#322;adanym fotelem pilota po&#347;rodku, wpasowany by&#322; dopiero w g&#322;&#261;b w&#322;a&#347;ciwej sterowni pomieszczenia z lekka sto&#380;kowatego, tak &#380;e siedz&#261;c w swoim fotelu dentystycznym tak go nazywano i mog&#261;c obraca&#263; si&#281; na jego pianowej osi, pilot widzia&#322;, poprzez szklane &#347;ciany p&#281;cherza, w kt&#243;rym by&#322; zamkni&#281;ty, wszystkie tablice zegar&#243;w, wska&#378;niki, ekrany przednie, tylne, boczne, tarcze obu kalkulator&#243;w i astrografu oraz naj&#347;wi&#281;tszy z &#347;wi&#281;tych trajektometr, kt&#243;ry grub&#261;, mocno &#347;wiec&#261;c&#261; wst&#281;g&#261; rysowa&#322; na matowej, wypuk&#322;ej tarczy drog&#281; pocisku wzgl&#281;dem t&#322;a nieruchomych gwiazd w projekcji Harelsbergera. Elementy tej projekcji trzeba by&#322;o zna&#263; na pami&#281;&#263; i umie&#263; je odczytywa&#263; z aparatu w ka&#380;dej pozycji, nawet wisz&#261;c do g&#243;ry nogami. Kiedy ju&#380; pilot u&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na fotelu, mia&#322; po obu bokach cztery r&#281;koje&#347;ci g&#322;&#243;wne reaktora i sterowniczych dysz odchylaj&#261;cych, trzy awaryjne, sze&#347;&#263; d&#378;wigni ma&#322;ego pilota&#380;u, pokr&#281;t&#322;a rozruchu i biegu ja&#322;owego oraz regulator mocy, ci&#261;gu, przedmuchu dysz, a nad sam&#261; pod&#322;og&#261; wielkie szprychowe k&#243;&#322;ko aparatury klimatyzacyjnej, tlenowej, r&#261;czk&#281; instalacji przeciwpo&#380;arowej, wyrzutni reaktora (gdyby rozpocz&#281;&#322;a si&#281; w nim reakcja &#322;a&#324;cuchowa nie kontrolowana), link&#281; z p&#281;tl&#261;, przymocowan&#261; do wierzchu szafki z termosami i jedzeniem, pod stopami za&#347; wymoszczone mi&#281;kko i opatrzone strzemiennymi p&#281;tlicami peda&#322;y hamownic i bezpiecznik wyrzutowy, kt&#243;rego naci&#347;ni&#281;cie (pierwej trzeba by&#322;o nog&#261; rozbi&#263; jego ko&#322;pak i pchn&#261;&#263; go do przodu) wyrzuca&#322;o p&#281;cherz razem z fotelem i pilotem oraz wylatuj&#261;cymi za nim strunami spadochronu pier&#347;cienno-wst&#281;gowego.

Poza tym celem g&#322;&#243;wnym ratowania pilota w wypadku nie daj&#261;cej si&#281; opanowa&#263; awarii mia&#322; jeszcze szklany p&#281;cherz co&#347; osiem bardzo wa&#380;nych powod&#243;w, dla kt&#243;rych zosta&#322; skonstruowany i Pirx w pewnych pomy&#347;lnych okoliczno&#347;ciach potrafi&#322;by je nawet wszystkie wyrecytowa&#263;, ale &#380;aden nie trafia&#322; jemu (ani innym kursantom) do przekonania.

U&#322;o&#380;ywszy si&#281; nale&#380;ycie, z wielkim trudem zginaj&#261;c si&#281; w pasie, aby wkr&#281;ci&#263; wszystkie wystaj&#261;ce i zwisaj&#261;ce z niego rurki, kable i przewody w ko&#324;c&#243;wki, stercz&#261;ce z fotela (przy czym za ka&#380;dym razem, kiedy pochyla&#322; si&#281; do przodu, kombinezon pcha&#322; go mi&#281;kk&#261; bu&#322;&#261; w brzuch), naturalnie pomyli&#322; kabelek fonii z grzejnym; na szcz&#281;&#347;cie mia&#322;y r&#243;&#380;ny gwint, ale o pomy&#322;ce przekona&#322; si&#281; dopiero, gdy zacz&#281;&#322;y bi&#263; na niego si&#243;dme poty i w szmerze spr&#281;&#380;onego powietrza, kt&#243;re b&#322;yskawicznie wype&#322;ni&#322;o ca&#322;y kombinezon, opad&#322; z westchnieniem w ty&#322;, przek&#322;adaj&#261;c lew&#261; i praw&#261; r&#281;k&#261; oba udowo-barkowe pasy.

Prawy zaczepi&#322; si&#281; od razu, a lewy czego&#347; nie chcia&#322;. Wyd&#281;ty jak opona ko&#322;nierz nie pozwala&#322; mu zerkn&#261;&#263; w ty&#322;, wi&#281;c tylko mordowa&#322; si&#281;, tkaj&#261;c na o&#347;lep szerokim karabinkiem pasa jednocze&#347;nie dobieg&#322;y go st&#322;umione g&#322;osy w s&#322;uchawkach:

Pilot Boerst na AMU 18! Start wed&#322;ug fonii w chwili zero. Uwaga got&#243;w?

Pilot Boerst na AMU 18 got&#243;w do startu wed&#322;ug fonii w chwili zero! pad&#322;a jak wystrzelona odpowied&#378;. Pirx zakl&#261;&#322; karabinek zaskoczy&#322;. Opad&#322; w g&#322;&#261;b mi&#281;kkiego fotela, tak zm&#281;czony, jakby w&#322;a&#347;nie powr&#243;ci&#322; z bardzo d&#322;ugiego, &#347;r&#243;dgwiezdnego lotu.

Dwadzie&#347;cia trzy do startu. Dwadzie&#347;cia dwa do startu. Dwa mamrota&#322;o w s&#322;uchawkach.

Podobno raz zdarzy&#322;o si&#281;, &#380;e us&#322;yszawszy gromowe zero, wystartowa&#322;o dwu kursant&#243;w naraz ten w&#322;a&#347;ciwy i ten, kt&#243;ry czeka&#322; obok na swoj&#261; kolejk&#281; i szli w odleg&#322;o&#347;ci dwustu metr&#243;w pionowymi &#347;wiecami, mog&#261;c w ka&#380;dym u&#322;amku sekundy zderzy&#263; si&#281; przynajmniej opowiadano tak na kursie. Od tego czasu podobno kabel zap&#322;onowy w&#322;&#261;czano w ostatniej chwili, zdalnie, robi&#322; to sam komendant lotniska ze swojej nawigatorni i ca&#322;e to liczenie by&#322;o zwyk&#322;ym bluffem. Nikt jednak nie wiedzia&#322;, jak jest naprawd&#281;.

Zero!! rozleg&#322;o si&#281; w s&#322;uchawkach. Jednocze&#347;nie Pirx us&#322;ysza&#322; st&#322;umiony, przeci&#261;g&#322;y &#322;oskot, jego fotel zadrga&#322; leciutko, odbite iskierki &#347;wiate&#322; delikatnie poruszy&#322;y si&#281; w szklanej os&#322;onie, pod kt&#243;r&#261; le&#380;a&#322; rozpostarty, patrz&#261;c w sufit to znaczy w astrograf, wska&#378;niki cyrkulacji ch&#322;odzenia, ci&#261;gu dysz g&#322;&#243;wnych, dysz pomocniczych, g&#281;sto&#347;ci strumienia neutron&#243;w, wska&#378;nik zanieczyszcze&#324; izotopowych i jeszcze osiemna&#347;cie innych, kt&#243;rych po&#322;owa zajmowa&#322;a si&#281; wy&#322;&#261;cznie samopoczuciem boostera drganie os&#322;ab&#322;o, &#347;ciana g&#322;uchego huku przesun&#281;&#322;a si&#281; gdzie&#347; obok i zdawa&#322;a si&#281; rozp&#322;ywa&#263; w g&#243;rze, jak gdyby w niebo podniesiona zosta&#322;a jaka&#347; niewidzialna kurtyna, grom by&#322; coraz dalszy i coraz bardziej, jak zwykle, podobny do odg&#322;osu dalekiej burzy, a&#380; zrobi&#322;o si&#281; cicho.

Co&#347; sykn&#281;&#322;o i zabzycza&#322;o nawet nie zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; przestraszy&#263;. To samoczynny bezpiecznik w&#322;&#261;czy&#322; zablokowane dotychczas ekrany by&#322;y zamkni&#281;te od zewn&#261;trz, kiedy startowa&#322; kto&#347; w pobli&#380;u, &#380;eby o&#347;lepiaj&#261;cy p&#322;omie&#324; atomowego odrzutu nie uszkodzi&#322; obiektyw&#243;w.

Pirx pomy&#347;la&#322; sobie, &#380;e takie automatyczne urz&#261;dzenia s&#261; bardzo po&#380;yteczne i tak si&#281; zastanawia&#322; nad tym i owym, a&#380; nagle poczu&#322;, &#380;e wszystkie w&#322;osy wstaj&#261; mu na g&#322;owie pod p&#281;kat&#261; haub&#261;.

Jezus Maria, ja lec&#281;, ja, ja teraz lec&#281;!!! przemkn&#281;&#322;o mu.

Zacz&#261;&#322; b&#322;yskawicznie przysposabia&#263; d&#378;wignie do startu to znaczy dotyka&#263; ich wedle w&#322;a&#347;ciwej kolejno&#347;ci palcami, licz&#261;c: raz dwa trzecia a gdzie czwarta? potem ta tak, to ten wska&#378;nik i peda&#322; nie, nie peda&#322; aha, jest czerwona zielona r&#281;koje&#347;&#263; potem na automat tak czy zielona przed czerwon&#261;?!

Pilot Pirx na AMU27! wyrwa&#322; go z g&#322;&#281;bi tego dylematu silny g&#322;os bij&#261;cy prosto w ucho. Start wed&#322;ug fonii w chwili zero! Uwaga pilot got&#243;w?

Jeszcze nie!!! chcia&#322;o co&#347; krzykn&#261;&#263; ustami pilota Pirxa, ale powiedzia&#322;:

Pilot Boe pilot Pirx na AMU 27 got&#243;w e do startu wed&#322;ug fonii w chwili zero!

Chcia&#322; powiedzie&#263; pilot Boerst, bo sobie dobrze zapami&#281;ta&#322;, jak Boerst m&#243;wi&#322;. Idioto! rykn&#261;&#322; na siebie w ciszy, kt&#243;ra zapad&#322;a. Automat (czy wszystkie automaty musz&#261; mie&#263; g&#322;os podoficera?) wyszczekiwa&#322;:

Do startu szesna&#347;cie pi&#281;tna&#347;cie czterna&#347;cie

Pilot Pirx poci&#322; si&#281;. Usi&#322;owa&#322; przypomnie&#263; sobie co&#347; szalenie wa&#380;nego, o czym wiedzia&#322;, &#380;e jest po prostu spraw&#261; &#380;ycia i &#347;mierci, ale w &#380;aden spos&#243;b nie m&#243;g&#322;.

sze&#347;&#263;, pi&#281;&#263; do startu, cztery

Zacisn&#261;&#322; mokre palce na r&#281;koje&#347;ci startowej. By&#322;a na szcz&#281;&#347;cie chropawa. Czy wszyscy si&#281; tak poc&#261;? Widocznie przemkn&#281;&#322;o mu, gdy s&#322;uchawka warkn&#281;&#322;a:

Zero!!!

Jego r&#281;ka sama zupe&#322;nie sama poci&#261;gn&#281;&#322;a d&#378;wigni&#281;, pchn&#281;&#322;a j&#261; do po&#322;owy i tak pozosta&#322;a. Rykn&#281;&#322;o. Jakby elastyczna prasa zlecia&#322;a mu na piersi i g&#322;ow&#281;. Booster zd&#261;&#380;y&#322; pomy&#347;le&#263; i pociemnia&#322;o mu w oczach. Tylko troch&#281; i tylko na chwil&#281;. Gdy ju&#380; m&#243;g&#322; dobrze widzie&#263;, cho&#263; ten sam nieust&#281;pliwy ci&#281;&#380;ar czu&#322; rozlany w ca&#322;ym ciele, wszystkie ekrany przynajmniej te trzy, kt&#243;re mia&#322; na wprost wygl&#261;da&#322;y jak wybiegaj&#261;ce z miliona garnk&#243;w mleko.

Aha, przebijam chmury pomy&#347;la&#322;. My&#347;la&#322;o mu si&#281; teraz jakby wolniej, nieco ospale, ale w zupe&#322;nym spokoju. Po d&#322;u&#380;szej chwili zrobi&#322;o si&#281; tak, jakby by&#322; jedynie &#347;wiadkiem ca&#322;ej tej sceny, troch&#281; &#347;miesznej facet le&#380;y rozwalony w fotelu dentystycznym, ani r&#281;k&#261;, ani nog&#261;, chmury znik&#322;y, niebo jest jeszcze troch&#281; niebieskie, ale jak farbka fa&#322;szowana tuszem, co&#347; jakby gwiazdy wida&#263; gwiazdy czy nie?

Tak, to by&#322;y gwiazdy. Wska&#378;niki chodzi&#322;y sobie po suficie, po &#347;cianach, ka&#380;dy inaczej, ka&#380;dy co&#347; pokazywa&#322;, wszystko trzeba by&#322;o widzie&#263;, a on mia&#322; tylko dwoje oczu. Niemniej lewa jego r&#281;ka na kr&#243;tki, powtarzaj&#261;cy si&#281; gwizd w s&#322;uchawkach sama znowu sama poci&#261;gn&#281;&#322;a wyrzutnik boostera. Od razu zrobi&#322;o si&#281; troch&#281; l&#380;ej szybko&#347;&#263; 7,1 na sekund&#281;, wysoko&#347;&#263; 201 kilometr&#243;w, zadana krzywa startu ko&#324;czy si&#281;, przyspieszenie 1,9, mo&#380;na siada&#263; i w og&#243;le teraz dopiero b&#281;dzie ca&#322;a masa roboty! Siada&#322; powoli, naciskaj&#261;c por&#281;cz, przez co oparcie fotela podnosi&#322;o si&#281; i nagle ca&#322;y &#347;cierp&#322;. Gdzie jest bryk?!

To by&#322;a ta szalenie wa&#380;na rzecz, kt&#243;rej nie m&#243;g&#322; sobie przypomnie&#263;. Rozgl&#261;da&#322; si&#281; po pod&#322;odze, jakby na &#347;wiecie nie by&#322;o chmary mrugaj&#261;cych ze wszystkich stron wska&#378;nik&#243;w. Bryk le&#380;a&#322; pod samym fotelem pochyli&#322; si&#281;, pasy oczywi&#347;cie nie pu&#347;ci&#322;y, nie by&#322;o ju&#380; czasu, i z uczuciem, jakby sta&#322; na szczycie bardzo wysokiej wie&#380;y i wali&#322; si&#281; z ni&#261; razem w przepa&#347;&#263;, otworzy&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; nawigacyjn&#261;, kt&#243;r&#261; mia&#322; w nadkola-nowej kieszeni, wyj&#261;&#322; zadanie z koperty nic nie rozumia&#322;: gdzie jest, do cholery ci&#281;&#380;kiej, orbita B 68? Aha, to b&#281;dzie ta! skontrolowa&#322; trajektometr i zacz&#261;&#322; powoli wykr&#281;ca&#263;. Dziwi&#322; si&#281; troch&#281; jako&#347; to sz&#322;o.

Na elipsie Kalkulator poda&#322; mu &#380;yczliwie dane do poprawki, znowu manewrowa&#322;, wyskoczy&#322; z orbity, zahamowa&#322; zanadto gwa&#322;townie, przez dziesi&#281;&#263; sekund mia&#322; minus 3 g, ale nic mu to nie zrobi&#322;o, fizycznie by&#322; bardzo odporny (&#380;eby&#347; mia&#322; taki m&#243;zg jak biceps m&#243;wi&#322; mu O&#347;la &#321;&#261;czka to mo&#380;e by z ciebie co&#347; by&#322;o), z poprawk&#261; wszed&#322; na orbit&#281; trwa&#322;&#261;, poda&#322; na fonii dane Kalkulatorowi, Kalkulator nic nie odpowiedzia&#322;, na jego tarczy wyskakiwa&#322;y fale ja&#322;owego biegu, rykn&#261;&#322; dane jeszcze raz oczywi&#347;cie zapomnia&#322; si&#281; prze&#322;&#261;czy&#263; poprawi&#322; to, na tarczy natychmiast wyskoczy&#322;a pionowa migoc&#261;ca linia, a wszystkie okienka zgodnie pokaza&#322;y same jedynki. Jestem na orbicie! ucieszy&#322; si&#281;. Tak, ale czas obrotu by&#322; 4 godziny 29 minut, a mia&#322;o by&#263; 4 i 26. Teraz ju&#380; naprawd&#281; nie wiedzia&#322;, czy odchylenie jest dopuszczalne, czy nie. Szuka&#322; w g&#322;owie, zacz&#261;&#322; rozwa&#380;a&#263;, czy nie odpi&#261;&#263; pas&#243;w bryk le&#380;a&#322; pod samym fotelem, ale cholera wie, czy to jest w bryku nagle przypomnia&#322; sobie, co m&#243;wi&#322; profesor Kaahl: orbity s&#261; obliczone z b&#322;&#281;dem 0,3 procent poda&#322; na wszelki wypadek dane Kalkulatorowi: siedzia&#322; w granicy dopuszczalnego b&#322;&#281;du. No, to by by&#322;o powiedzia&#322; sobie i teraz dopiero rozejrza&#322; si&#281; na dobre.

Ci&#261;&#380;enie znik&#322;o, ale by&#322; przypi&#281;ty do fotela, jak si&#281; patrzy tyle &#380;e czu&#322; si&#281; bardzo lekki. Ekran przedni gwiazdy, gwiazdy i bia&#322;awobury r&#261;bek na samym dolnym skraju, ekran boczny nic, tylko czarno i gwiazdy. Ekran spodni aha! Z uwag&#261; przygl&#261;da&#322; si&#281; Ziemi p&#281;dzi&#322; nad ni&#261; na wysoko&#347;ci od 700 do 2400 km, w granicach swojej orbity by&#322;a olbrzymia, wype&#322;nia&#322;a ca&#322;y ekran, akurat lecia&#322; nad Grenlandi&#261; Grenlandia chyba? zanim doszed&#322; tego, co to jest, by&#322; ju&#380; nad p&#243;&#322;nocn&#261; Kanad&#261;. Doko&#322;a bieguna jarzy&#322;y si&#281; &#347;niegi ocean by&#322; czarnofioletowy, wypuk&#322;y, g&#322;adki, jak odlany z &#380;elaza, chmur dziwnie ma&#322;o, jakby kto&#347; rzadk&#261; papk&#281; rozchlapa&#322; tu i &#243;wdzie na wypuk&#322;o&#347;ci zerkn&#261;&#322; na zegar.

Lecia&#322; ju&#380; siedemna&#347;cie minut.

Teraz nale&#380;a&#322;o z&#322;apa&#263; sygna&#322;y radiowe PAL-a i uwa&#380;a&#263; przy przej&#347;ciu jego strefy na radary. Jak si&#281; nazywaj&#261; te dwa statki? RO? Nie, JO a numery? Zajrza&#322; do karty z zadaniem, wetkn&#261;&#322; j&#261; razem z ksi&#261;&#380;k&#261; nawigacyjn&#261; do kieszeni i poruszy&#322; regulatorem kontrolki na piersi. By&#322;o s&#322;ycha&#263; mas&#281; pisk&#243;w i trzask&#243;w, PAL jaki on ma sygna&#322;? Morse aha nat&#281;&#380;a&#322; s&#322;uch, zagl&#261;da&#322; w ekrany, Ziemia powoli obraca&#322;a si&#281; pod nim, gwiazdy przesuwa&#322;y szybko w ekranach, a PAL-a jak nie by&#322;o, tak nie by&#322;o s&#322;ycha&#263; ani wida&#263;.

Naraz pos&#322;ysza&#322; brz&#281;czenie.

PAL? pomy&#347;la&#322; i odrzuci&#322; natychmiast t&#281; my&#347;l. Idiotyzm, satelity nie brz&#281;cz&#261; przecie&#380; co brz&#281;czy?

Nic nie brz&#281;czy odpowiedzia&#322; sam sobie. Wi&#281;c co to jest?

Awaria?

Jako&#347; wcale si&#281; nie przestraszy&#322;. Co za awaria, kiedy leci z wy&#322;&#261;czonym silnikiem? Puszka rozsypuje si&#281; sama od siebie czy co? Mo&#380;e zwarcie? A, zwarcie! Kochany Bo&#380;e! Instrukcja przeciwpo&#380;arowa III A: Po&#380;ar w Przestrzeni na Orbicie paragraf niech to szlag trafi! brz&#281;cza&#322;o i brz&#281;cza&#322;o, ledwo s&#322;ysza&#322; popiskiwanie dalekich sygna&#322;&#243;w.

Zupe&#322;nie jak mucha w szklance pomy&#347;la&#322; og&#322;upia&#322;y, wodz&#261;c b&#322;yskawicznie oczami od zegara do zegara i wtedy j&#261; zobaczy&#322;.

By&#322;a to mucha-olbrzym, zielonkawoczarna, z obrzydliwego rodzaju, kt&#243;ry stworzony zosta&#322; jakby tylko po to, &#380;eby uprzykrza&#263; ludziom &#380;ycie, nachalna, natarczywa, krety&#324;ska, a jednocze&#347;nie chytra i bystra mucha, kt&#243;ra cudem jakim&#347; (bo jak inaczej?) wlaz&#322;a do rakiety i lata&#322;a sobie teraz na zewn&#261;trz szklanego p&#281;cherza, trykaj&#261;c bzycz&#261;c&#261; kulk&#261; o&#347;wietlone tarcze zegar&#243;w.

Kiedy zbli&#380;a&#322;a si&#281; do Kalkulatora, s&#322;ysza&#322; j&#261; w s&#322;uchawkach jak czterosilnikowy samolot, Kalkulator mia&#322; nad g&#243;rn&#261; ram&#261; mikrofon rezerwowy, &#380;eby go mo&#380;na osi&#261;gn&#261;&#263; bez laryngofonu, spoza fotela, kiedy kabelki pok&#322;adowej fonii s&#261; roz&#322;&#261;czone. Po co? Na wszelki wypadek. Wi&#281;cej by&#322;o takich urz&#261;dze&#324;.

Przeklina&#322; ten mikrofon. Ba&#322; si&#281;, &#380;e nie us&#322;yszy PAL-a. Co gorsza, mucha zacz&#281;&#322;a robi&#263; wypady w r&#243;&#380;ne inne miejsca. Wodzi&#322; za ni&#261; mimo woli wzrokiem &#322;adnych par&#281; minut, zanim sobie surowo powiedzia&#322;, &#380;e go ta mucha choler&#281; obchodzi. Szkoda, &#380;e nie mo&#380;na napu&#347;ci&#263; tam jakiego&#347; DDT.

Dosy&#263;!!

Zabrz&#281;cza&#322;o, a&#380; si&#281; skrzywi&#322;. &#321;azi&#322;a sobie po Kalkulatorze. Ucich&#322;o piel&#281;gnowa&#322;a skrzyde&#322;ka. Co za ohydna mucha!

W s&#322;uchawkach narodzi&#322; si&#281; miarowy, daleki pisk trzy kropki, kreska, dwie kropki, dwie kreski, trzy kropki, kreska PAL.

No, a teraz trzeba wytrzeszcza&#263; oczy! rzek&#322; sobie, podni&#243;s&#322; troch&#281; fotel tak mia&#322; na oku trzy naraz ekrany sprawdzi&#322; jeszcze raz, jak kr&#281;ci si&#281; fosforyczny promie&#324; wodz&#261;cy radaru, i czeka&#322;. Na radarze nie by&#322;o nic. Ale kto&#347; wo&#322;a&#322;:

A siedem Terraluna, A siedem Terraluna, sektor III, kurs sto trzyna&#347;cie, wo&#322;a PAL PELENG, Prosz&#281; o namiar. Odbi&#243;r.

Nieszcz&#281;&#347;cie, i jak ja teraz us&#322;ysz&#281; moje JO! stropi&#322; si&#281; Plirx.

Mucha zawy&#322;a w s&#322;uchawkach i znik&#322;a. Za chwil&#281; cie&#324; nakry&#322; go z g&#243;ry jakby nietoperz przysiad&#322; na lampie. To by&#322;a mucha. &#321;azi&#322;a po szklanym p&#281;cherzu, jakby bada&#322;a, co tkwi w jego &#347;rodku. Tymczasem w eterze robi&#322;o si&#281; g&#281;sto PAL, kt&#243;ry ju&#380; widzia&#322; (rzeczywi&#347;cie wygl&#261;da&#322; jak pal, by&#322; to osiemsetmetrowy cylinder z aluminium, zako&#324;czony kul&#261; obserwatoryjn&#261;), lecia&#322; nad nim, mo&#380;e w odleg&#322;o&#347;ci czterystu kilometr&#243;w, mo&#380;e w nieco wi&#281;kszej, i poma&#322;u go wyprzedza&#322;.

PAL PELENG do A siedem Terraluna, sto osiemdziesi&#261;t koma czterna&#347;cie, sto sze&#347;&#263; koma sze&#347;&#263;. Odchylenie rosn&#261;ce liniowo. Koniec.

Albatros cztery Aresterra, wo&#322;a PAL G&#322;&#243;wna, PAL G&#322;&#243;wna, schodz&#281; tankowa&#263; sektor II, schodz&#281; tankowa&#263; sektor II, id&#281; na rezerwie. Odbi&#243;r.

A siedem Terraluna, wo&#322;a PAL PELENG

Reszty nie s&#322;ysza&#322;, po&#322;kn&#281;&#322;o j&#261; brz&#281;czenie muchy. Ucich&#322;a.

G&#322;&#243;wna do Albatrosa cztery Aresterra, tankowanie kwadrant si&#243;dmy. Omega G&#322;&#243;wna, tankowanie przeniesione Omega G&#322;&#243;wna. Koniec.

Oni si&#281; tu umy&#347;lnie zebrali, &#380;ebym nic nie s&#322;ysza&#322; pomy&#347;la&#322; Pirx.

Przetiwpotna bielizna p&#322;ywa&#322;a na nim. Mucha, brz&#281;cz&#261;c, zatacza&#322;a w&#347;ciek&#322;e kr&#281;gi nad tarcz&#261; Kalkulatora, jakby usi&#322;owa&#322;a za wszelk&#261; cen&#281; dogoni&#263; w&#322;asny cie&#324;.

Albatros cztery Aresterra, Albatros cztery Aresterra do PAL G&#322;&#243;wna, wychodz&#281; na kwadrant si&#243;dmy, wychodz&#281; na kwadrant si&#243;dmy, prosz&#281; pilota&#380; interkomem. Koniec.

S&#322;ycha&#263; by&#322;o oddalaj&#261;cy si&#281; pisk interkomu, kt&#243;ry uton&#261;&#322; w rosn&#261;cym brz&#281;czeniu. Wy&#322;oni&#322;y si&#281; z niego s&#322;owa:

JO dwa Terraluna, JO dwa Terraluna, wo&#322;a AMU 27, AMU 27. Odbi&#243;r.

Ciekawo&#347;&#263;, kogo on wo&#322;a? pomy&#347;la&#322; Pirx i a&#380; podskoczy&#322; w pasach.

AMU chcia&#322; powiedzie&#263;, ale zachryp&#322;e gard&#322;o nie przepu&#347;ci&#322;o nawet d&#378;wi&#281;ku. W s&#322;uchawkach brz&#281;cza&#322;o. Mucha. Zamkn&#261;&#322; oczy.

AMU 27 do JO dwa Terraluna. Jestem kwadrant cztery, sektor PAL, w&#322;&#261;czam pozycyjne. Odbi&#243;r.

W&#322;&#261;czy&#322; swoje pozycyjne &#347;wiat&#322;a dwa czerwone z bok&#243;w, dwa zielone na dziobie, jedno niebieskie z ty&#322;u, i czeka&#322;. Nic nie by&#322;o s&#322;ycha&#263; opr&#243;cz muchy.

JO dwa bis Terraluna, JO dwa bis Terraluna, wzywam brz&#281;czenie.

Chyba do mnie? pomy&#347;la&#322; z rozpacz&#261;.

AMU 27 do JO dwa bis Terraluna, jestem kwadrant cztery, brzegowy sektor PAL, mam wszystkie pozycyjne. Odbi&#243;r.

Teraz oba JO odezwa&#322;y si&#281; r&#243;wnocze&#347;nie w&#322;&#261;czy&#322; selektor kolejno&#347;ci, &#380;eby wyciszy&#263; tego, kto odezwa&#322; si&#281; drugi ale brz&#281;cza&#322;o dalej, naturalnie mucha.

Ja si&#281; tu chyba powiesz&#281; pomy&#347;la&#322;. Nie wpad&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e wobec braku ci&#261;&#380;enia nawet takie wyj&#347;cie nie jest mo&#380;liwe.

Nagle zobaczy&#322; w radarze oba swoje statki sz&#322;y za nim r&#243;wnoleg&#322;ymi kursami, oddalone od siebie nie wi&#281;cej ni&#380; o dziewi&#281;&#263; kilometr&#243;w, to znaczy w strefach wzajemnie zakazanych: jego obowi&#261;zkiem, jako pilotuj&#261;cego, by&#322;o nakaza&#263; im odej&#347;cie na odleg&#322;o&#347;&#263; dopuszczaln&#261; 14 kilometr&#243;w. Sprawdza&#322; na radarze po&#322;o&#380;enie plamek, oznaczaj&#261;cych statki, kiedy mucha siad&#322;a sobie na jednej. Cisn&#261;&#322; w ni&#261; ksi&#261;&#380;k&#261; nawigacyjn&#261;, nie dolecia&#322;a, uderzy&#322;a w szk&#322;o p&#281;cherza i, zamiast si&#281; ze&#347;lizn&#261;&#263; po nim, odlecia&#322;a z powrotem, w g&#243;r&#281;, uderzy&#322;a o strop szklanej bani i tak fruwa&#322;a na wszystkie strony brak ci&#261;&#380;enia. Mucha nie raczy&#322;a nawet odlecie&#263; odesz&#322;a sobie pieszo.

AMU 27 Terraluna do JO dwa JO dwa bis. Widz&#281; was. Macie zbli&#380;enie burtowe. Przej&#347;&#263; na kursy r&#243;wnoleg&#322;e z poprawk&#261; zero koma zero jeden. Po wykonaniu manewru przej&#347;&#263; na odbi&#243;r. Koniec.

Obie plamki zacz&#281;&#322;y si&#281; wolno rozchodzi&#263;, by&#263; mo&#380;e m&#243;wili co&#347; do niego, ale s&#322;ysza&#322; ju&#380; tylko much&#281;. Urz&#261;dza&#322;a sobie brz&#281;kliwe spacery na mikrofonie Kalkulatora. Nie mia&#322; ju&#380; czym w ni&#261; rzuca&#263;. Ksi&#261;&#380;ka nawigacyjna p&#322;ywa&#322;a nad nim. trzepoc&#261;c &#322;agodnie kartkami.

PAL G&#322;&#243;wna do AMU 27 Terraluna. Wyj&#347;&#263; z kwadrantu brzegowego, wyj&#347;&#263; z kwadrantu brzegowego, przyjmuj&#281; transsolarny. Odbi&#243;r.

Bezczelno&#347;&#263;, transsolarny si&#281; napatoczy&#322; co mnie obchodzi transsolarny?! Statki w szyku maj&#261; pierwsze&#324;stwo! pomy&#347;la&#322; Pirx i zacz&#261;&#322; krzycze&#263;, wy&#322;adowuj&#261;c w tym krzyku ca&#322;&#261; swoj&#261; bezsiln&#261; nienawi&#347;&#263; do muchy:

AMU 27 Terraluna do PAL G&#322;&#243;wna. Nie schodz&#281; z kwadrantu, transsolarny nic mnie nie obchodzi, id&#281; w szyku tr&#243;jkowym. AMU 27, JO dwa, JO dwa bis eskadra Terraluna, prowadz&#261;cy AMU 27. Koniec.

Niepotrzebne by&#322;o o tym, &#380;e mnie ten transsolarny nic nie obchodzi pomy&#347;la&#322; ma si&#281; rozumie&#263; karne punkty. Niech ich wszystkich cholera we&#378;mie. A za much&#281; kto dostanie karne? Te&#380; ja.

Pomy&#347;la&#322;, &#380;e to z much&#261; tylko jemu mog&#322;o si&#281; zdarzy&#263;. Mucha! Wielka mi rzecz! Wyobra&#380;a&#322; sobie, jakby Smiga p&#281;ka&#322; z Boerstem ze &#347;miechu, gdyby dowiedzieli si&#281; o tej idiotycznej musze. Po raz pierwszy od startu pomy&#347;la&#322; o Boer&#347;cie. Nie mia&#322; jednak ani chwili czasu PAL zostawa&#322; coraz wyra&#378;niej z ty&#322;u. Lecieli tr&#243;jk&#261; ju&#380; pi&#281;&#263; minut.

AMU 27 do JO dwa, JO dwa bis Terraluna. Godzina dwudziesta zero siedem. Manewr wej&#347;cia na kurs paraboliczny Terraluna rozpoczynamy godzina dwudziesta zero dziesi&#281;&#263;. Kurs sto jedena&#347;cie wyczytywa&#322; kursy z kartki, kt&#243;r&#261; uda&#322;o mu si&#281; przed chwil&#261; akrobatycznie &#347;ci&#261;gn&#261;&#263; z powietrza ponad g&#322;ow&#261;. Jego statki odpowiedzia&#322;y. PAL-a nie by&#322;o ju&#380; wida&#263;, ale go wci&#261;&#380; s&#322;ysza&#322; albo jego, albo much&#281;. Naraz brz&#281;czenie jej jak gdyby si&#281; rozdwoi&#322;o. Chcia&#322; przetrze&#263; oczy. Tak. By&#322;y ju&#380; dwie. Sk&#261;d wylaz&#322;a druga?

Teraz wyko&#324;cz&#261; mnie pomy&#347;la&#322; ca&#322;kiem, ale to ca&#322;kiem spokojnie.

By&#322;o nawet co&#347; przyjemnego w przekonaniu, &#380;e nie warto si&#281; ju&#380; szarpa&#263;, zrywa&#263; nerw&#243;w one i tak dadz&#261; mu rad&#281;. To trwa&#322;o sekund&#281; potem popatrza&#322; na zegar, by&#322;a w&#322;a&#347;nie godzina, kt&#243;r&#261; sam wyznaczy&#322; na pocz&#261;tek manewru, a on nie mia&#322; jeszcze r&#261;k na d&#378;wigniach!

Mordownia tysi&#261;cznych &#263;wicze&#324; robi&#322;a jednak wida&#263; swoje z&#322;apa&#322; obie r&#281;koje&#347;ci na o&#347;lep, poruszy&#322; lew&#261;, potem praw&#261;, wpatrzony w trajektometr. Silnik odezwa&#322; si&#281; g&#322;ucho, potem zasycza&#322;o, poczu&#322; uderzenie w g&#322;ow&#281;, a&#380; j&#281;kn&#261;&#322; z zaskoczenia. Dosta&#322; kantem ksi&#261;&#380;ki nawigacyjnej w czo&#322;o tu&#380; pod okapem hauby! Zakry&#322;a mu twarz, nie m&#243;g&#322; jej tr&#261;ci&#263; potrzebowa&#322; obu r&#261;k. W s&#322;uchawkach brz&#281;cza&#322;o i kot&#322;owa&#322;o si&#281; mi&#322;osne &#380;ycie much na Kalkulatorze. Powinni dawa&#263; rewolwer pomy&#347;la&#322;, czu&#322;, jak ksi&#261;&#380;ka nawigacyjna wskutek rosn&#261;cego przyspieszenia zgniata mu nos. Rzuca&#322; g&#322;ow&#261; jak szalony musia&#322; widzie&#263; trajektometr!! Wa&#380;y&#322;a chyba ze trzy kilogramy, naraz spad&#322;a z trzaskiem na pod&#322;og&#281; no tak; by&#322;o prawie 4 g. Natychmiast zmniejszy&#322; przyspieszenie, utrzymywa&#322; je w granicach manewru, ustawi&#322; zapadki na r&#281;koje&#347;ciach mia&#322; teraz 2 g przyspieszenia. Czy muchom nic nie robi takie przyspieszenie? Nic im nie robi&#322;o. Czu&#322;y si&#281; &#347;wietnie. Mia&#322; lecie&#263; tak 83 minuty. Spojrza&#322; na tarcz&#281; radaroskopu oba JO sz&#322;y za nim, odleg&#322;o&#347;&#263; mi&#281;dzy jego ruf&#261; a nimi wzros&#322;a do jakich&#347; siedemdziesi&#281;ciu kilometr&#243;w, to przez to, &#380;e przez par&#281; sekund mia&#322; 4 g i wyskoczy&#322; do przodu. Nie szkodzi.

Teraz mia&#322; troch&#281; wolnego czasu a&#380; do ko&#324;ca lotu z przyspieszeniem. 2 g to nie by&#322;o nic takiego. Wa&#380;y&#322; teraz wszystkiego sto czterdzie&#347;ci dwa kilogramy. Siedzia&#322; nieraz i p&#243;&#322; godziny w laboratoryjnej karuzeli na 4 g.

Inna rzecz, &#380;e to nie by&#322;o przyjemne r&#281;ce, nogi jak z &#380;elaza. G&#322;ow&#261; nie mo&#380;na by&#322;o nawet ruszy&#263; o&#347;lepia&#322;o.

Jeszcze raz sprawdzi&#322; po&#322;o&#380;enie obu swoich statk&#243;w za ruf&#261; i pomy&#347;la&#322;, co teraz robi Boerst. Wyobrazi&#322; sobie jego twarz musia&#322;a wygl&#261;da&#263; jak na filmach. Szcz&#281;k&#281; mia&#322; ten ch&#322;opak! Nos prosty, oczy szare stalowe na pewno nie wzi&#261;&#322; z sob&#261; &#380;adnego bryka! Chocia&#380; jemu na razie te&#380; nie okaza&#322; si&#281; potrzebny. W s&#322;uchawkach os&#322;ab&#322;o brz&#281;czenie obie muchy &#322;azi&#322;y nad nim po szklanym wierzchu bani, ich edenie muska&#322;y jego twarz, a&#380; si&#281; za pierwszym razem wzdrygn&#261;&#322;. Spojrza&#322; w g&#243;r&#281; mia&#322;y plackowate rozszerzenia na ko&#324;cach czarnych &#322;apek, ich odw&#322;oki b&#322;yszcza&#322;y metalicznie w &#347;wietle lamp. Ohyda!

Poryw osiem Aresterra wo&#322;a Tr&#243;jk&#261;t Terraluna, kwadrant szesnasty, kurs sto jedena&#347;cie koma sze&#347;&#263;. Mam was na kursie zbie&#380;nym jedena&#347;cie minut trzydzie&#347;ci dwie sekundy, prosz&#281; odchyli&#263; kurs w&#322;asny. Odbi&#243;r.

Masz ci los! j&#281;kn&#281;&#322;o w nim. Ba&#322;wan, pcha si&#281; prosto przecie&#380; widzi, &#380;e id&#281; w szyku!

AMU 27 prowadz&#261;cy Tr&#243;jk&#261;t Terraluna JO dwa JO dwa bis wo&#322;a Poryw osiem Aresterra. Id&#281; w szyku, nie zmieniam kursu, wykonaj manewr mijania. Koniec.

M&#243;wi&#261;c to, szuka&#322; tego bezczelnego Porywu na radarze by&#322;! Nie dalej ni&#380; o p&#243;&#322;tora tysi&#261;ca kilometr&#243;w!

Poryw osiem do AMU 27 Terraluna, mam przebity rozrz&#261;d grawimetryczny, wykonajcie niezw&#322;ocznie manewr mijania, punkt przeci&#281;cia kurs&#243;w czterdzie&#347;ci cztery zero osiem, kwadrant Luna cztery, pas brze&#380;ny. Odbi&#243;r.

AMU 27 do Poryw osiem Aresluna, JO dwa, JO dwa bis Terraluna, wykonuj&#281; manewr mijania godzina dwudziesta trzydzie&#347;ci dziewi&#281;&#263;, manewr zwrotny r&#243;wnoczesny za prowadz&#261;cym ha odleg&#322;o&#347;ci optycznej, odchylenie p&#243;&#322;nocne sektor Luna jeden zero koma sze&#347;&#263;, w&#322;&#261;czam silniki ma&#322;ym ci&#261;giem. Odbi&#243;r. M&#243;wi&#261;c to, jednocze&#347;nie w&#322;&#261;czy&#322; obie dolne dysze odchylaj&#261;ce. Oba JO dwa odpowiedzia&#322;y natychmiast, skr&#281;cili, gwiazdy przesuwa&#322;y si&#281; w ekranach, Poryw podzi&#281;kowa&#322;, lecia&#322; do Luny G&#322;&#243;wnej, Pirx nabra&#322; nagle fantazji, &#380;yczy&#322; mu szcz&#281;&#347;liwego l&#261;dowania, to by&#322;o w dobrym stylu, zw&#322;aszcza &#380;e tamten mia&#322; awari&#281;, widzia&#322; go na tysi&#261;cu kilometr&#243;w z zapalonymi pozycyjnymi potem znowu wezwa&#322; swoje JO, zacz&#281;&#322;o si&#281; wchodzenie na stary kurs okropno&#347;&#263;! Jak wiadomo, nie ma nic &#322;atwiejszego ni&#380; zej&#347;&#263; z kursu odnale&#378;&#263; potem ten sam kawa&#322;ek paraboli wydaje si&#281; prawie niemo&#380;liwo&#347;ci&#261;. Inne przyspieszenie, nie m&#243;g&#322; nad&#261;&#380;y&#263; z rzucaniem wsp&#243;&#322;rz&#281;dnych Kalkulatorowi, &#322;azi&#322;y po nim muchy, potem zacz&#281;&#322;y si&#281; goni&#263; po radarze cienie ich zamiata&#322;y tylko ekran. Sk&#261;d te bydl&#281;ta bra&#322;y tyle si&#322;y? Po dobrych dwudziestu minutach znale&#378;li si&#281; w ko&#324;cu na pierwotnym kursie.

A Boerst ma na pewno drog&#281; jak wyczyszczan&#261; odkurzaczem pomy&#347;la&#322;. Zreszt&#261; co mu tam! Zrobi wszystko i tak jedn&#261; r&#281;k&#261;.

W&#322;&#261;czy&#322; automat reduktora akceleracji, &#380;eby na 83 minucie mie&#263; przyspieszenie zero, jak nakazywa&#322;a instrukcja, i zobaczy&#322; co&#347;, od czego jego mokra przeciwpotna bielizna zrobi&#322;a si&#281; jak uszyta z lodu.

Nad tablic&#261; rozdzielcz&#261; zesuwa&#322;a si&#281; z zacisk&#243;w bia&#322;a pokrywka milimetr po milimetrze. By&#322;a, wida&#263;, s&#322;abo wsadzona i podczas targania statku przy manewrach zwrotnych (targa&#322; nim rzeczywi&#347;cie gwa&#322;townie) zatrzaskowe rygielki pu&#347;ci&#322;y. Tymczasem przyspieszenie wci&#261;&#380; jeszcze wynosi&#322;o 1,7 g, pokrywka zesuwa&#322;a si&#281; powolutku, jakby j&#261; kto&#347; ci&#261;gn&#261;&#322; w d&#243;&#322; niewidzialn&#261; nitk&#261; a&#380; zeskoczy&#322;a i spad&#322;a. Uderzy&#322;a w szk&#322;o bani od swojej strony, osun&#281;&#322;a si&#281; po nim i le&#380;a&#322;a nieruchomo na pod&#322;odze. Obna&#380;one, zab&#322;ys&#322;y cztery miedziane przewody wysokiego napi&#281;cia i bezpieczniki pod nimi.

No i czego ja si&#281; w&#322;a&#347;ciwie tak zestracha&#322;em? pomy&#347;la&#322;. Spad&#322;a pokrywka, to spad&#322;a, wielkie rzeczy. Z pokrywk&#261;, bez pokrywki, nie wszystko jedno?

By&#322; jednak niespokojny takie rzeczy nie powinny si&#281; zdarza&#263;. Je&#380;eli mo&#380;e spa&#347;&#263; pokrywka bezpiecznik&#243;w, to mo&#380;e odlecie&#263; i rufa.

Ju&#380; tylko dwadzie&#347;cia siedem minut lotu z przyspieszeniem by&#322;o przed nim, kiedy pomy&#347;la&#322;, &#380;e po wy&#322;&#261;czeniu silnik&#243;w pokrywka stanie si&#281; niewa&#380;ka i zacznie tam lata&#263;. Czy mo&#380;e narobi&#263; co&#347; z&#322;ego? Raczej nie. Za lekka. Nawet szybki &#380;adnej nie st&#322;ucze. E, nic.

Poszuka&#322; wzrokiem much goni&#261;c si&#281;, ko&#322;uj&#261;c, bzycz&#261;c, lata&#322;y doko&#322;a ca&#322;ej bani, a&#380; siad&#322;y pod bezpiecznikami. Straci&#322; je z oczu.

W radaroskopie odnalaz&#322; swoje oba JO na kursie. Przedni ekran ukazywa&#322; wielk&#261; na p&#243;&#322; nieba tarcz&#281; ksi&#281;&#380;ycow&#261;. Mieli kiedy&#347; &#263;wiczenia selenograficzne w kraterze Tychona, wtedy gdy Boerst obliczy&#322; za pomoc&#261; zwyk&#322;ego, przeno&#347;nego teodolitu e, do licha, czego on nie potrafi&#322;! Usi&#322;owa&#322; odnale&#378;&#263; Lun&#281; G&#322;&#243;wn&#261; na zewn&#281;trznym stoku Archimedesa. By&#322;a s&#322;abo widoczna, bo prawie ca&#322;a zaryta w ska&#322;ach, mo&#380;na by&#322;o dojrze&#263; tylko wyg&#322;adzony wierzch l&#261;dowiska ze &#347;wiat&#322;ami sygna&#322;owymi, naturalnie kiedy le&#380;a&#322;a w strefie nocy, ale teraz &#347;wieci&#322;o tam s&#322;o&#324;ce. Sama stacja spoczywa&#322;a wprawdzie w smudze cienia, kt&#243;ry rzuca&#322; krater, ale kontrast z o&#347;lepiaj&#261;co o&#347;wietlon&#261; tarcz&#261; doko&#322;a by&#322; taki, &#380;e s&#322;abiutkie p&#322;omyczki sygnalizacji nie by&#322;y w og&#243;le widoczne.

Ksi&#281;&#380;yc wygl&#261;da&#322;, jakby na nim nigdy noga ludzka nie stan&#281;&#322;a od ksi&#281;&#380;ycowych Alp k&#322;ad&#322;y si&#281; d&#322;ugie, d&#322;ugie cienie na r&#243;wnin&#281; Morza Deszcz&#243;w. Przypomnia&#322; sobie, jak przed lotem na Ksi&#281;&#380;yc z ca&#322;&#261; grup&#261;, wtedy byli jeszcze zwyk&#322;ymi pasa&#380;erami O&#347;la &#321;&#261;czka poprosi&#322; go, aby sprawdzi&#322;, czy gwiazdy si&#243;dmej wielko&#347;ci s&#261; jeszcze z Ksi&#281;&#380;yca widoczne, a on, osio&#322;, podj&#261;&#322; si&#281; tego z najwi&#281;kszym zapa&#322;em! Zapomnia&#322; na &#347;mier&#263;, &#380;e &#380;adnych gwiazd z Ksi&#281;&#380;yca w og&#243;le w dzie&#324; nie wida&#263; wzrok jest zbyt ol&#347;niony blaskiem s&#322;o&#324;ca, odbitym od powierzchni gruntu. O&#347;la &#321;&#261;czka d&#322;ugo jeszcze prze&#347;ladowa&#322; go tymi gwiazdami z Ksi&#281;&#380;yca. Tarcza puch&#322;a powoli w ekranach nied&#322;ugo wyprze resztki czarnego nieba poza obr&#281;b przedniego.

Dziwne nic nie brz&#281;cza&#322;o. Spojrza&#322; w bok i struchla&#322;.

Jedna mucha siedzia&#322;a na wypuk&#322;o&#347;ci bezpiecznika i czy&#347;ci&#322;a sobie skrzyde&#322;ka, a druga zaleca&#322;a si&#281; do niej. Kilka milimetr&#243;w obok niej l&#347;ni&#322; najbli&#380;szy kabel. Izolacja ko&#324;czy&#322;a si&#281; troch&#281; wy&#380;ej wszystkie cztery kable by&#322;y go&#322;e, grube prawie jak o&#322;&#243;wek, napi&#281;cie nie tak zn&#243;w wysokie, 1000 Volt, i dlatego odst&#281;py mi&#281;dzy nimi nie by&#322;y du&#380;e jeden od drugiego o siedem milimetr&#243;w. Przypadkowo wiedzia&#322;, &#380;e siedem. Rozbierali raz ca&#322;&#261; instalacj&#281; elektryczn&#261; i za to, &#380;e nie znal odst&#281;p&#243;w mi&#281;dzy przewodami, nas&#322;ucha&#322; si&#281; od asystenta r&#243;&#380;no&#347;ci. Mucha dala spok&#243;j zalecankom i &#322;azi&#322;a teraz po go&#322;ym przewodzie. Oczywi&#347;cie nic jej to nie szkodzi&#322;o. Ale gdyby tak zachcia&#322;o si&#281; jej przele&#378;&#263; na drugi widocznie w&#322;a&#347;nie si&#281; zachcia&#322;o, bo zabrz&#281;cza&#322;a i siedzia&#322;a teraz na skrajnej miedzianej &#380;yle. Jak gdyby w ca&#322;ej sterowni nie by&#322;o innego miejsca! Gdyby sobie stan&#281;&#322;a tak, &#380;e przednie &#322;apki na jednym przewodzie, a tylne na drugim

No, wi&#281;c co? W najgorszym razie zrobi&#322;oby si&#281; zwarcie, zreszt&#261; mucha nie jest chyba tak wielka. Je&#380;eli nawet, to b&#281;dzie zwarcie przez moment, automatyczny bezpiecznik wy&#322;&#261;czy pr&#261;d, mucha spali si&#281;, automat z powrotem w&#322;&#261;czy pr&#261;d i wszystko zagra znowu a&#380; much&#261; b&#281;dzie spok&#243;j! Patrza&#322; jak zahipnotyzowany na szafeczk&#281; wysokiego napi&#281;cia. Jednak nie &#380;yczy&#322; sobie, &#380;eby bydl&#281; pr&#243;bowa&#322;o. Kr&#243;tkie spi&#281;cie cholera wie, co mo&#380;e z tego by&#263;. Niby nic ale po co?

Zegar: jeszcze osiem minut na malej&#261;cym stopniowo ci&#261;gu silnik&#243;w. Zaraz b&#281;dzie koniec. Patrza&#322; w&#322;a&#347;nie na ten zegar, kiedy b&#322;ys&#322;o i &#347;wiat&#322;a zgas&#322;y. Trwa&#322;o to mo&#380;e trzeci&#261; cz&#281;&#347;&#263; sekundy. Mucha! pomy&#347;la&#322;, czekaj&#261;c z zapartym tchem, &#380;eby automat na powr&#243;t w&#322;&#261;czy&#322; pr&#261;d. W&#322;&#261;czy&#322;.

&#346;wiat&#322;a zapali&#322;y si&#281;, ale pomara&#324;czowo, s&#322;abo, i natychmiast zn&#243;w strzeli&#322; bezpiecznik. Ciemno. Automat znowu w&#322;&#261;czy&#322;. Wy&#322;&#261;czy&#322;. W&#322;&#261;czy&#322;. I tak ci&#261;gle bez ko&#324;ca. &#346;wiat&#322;a b&#322;yska&#322;y w p&#243;&#322; pr&#261;du, co si&#281; sta&#322;o? Zobaczy&#322; z trudem, w momentalnych, nast&#281;puj&#261;cych po sobie miarowo rozja&#347;nieniach: po musze wcisn&#281;&#322;o si&#281; bydl&#281; pomi&#281;dzy dwa przewody pozosta&#322;o truche&#322;ko, zw&#281;glony s&#322;upek, kt&#243;ry dalej &#322;&#261;czy&#322; oba kable.

Nie mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;eby si&#281; za bardzo przestraszy&#322;. By&#322; podniecony, ale czy w og&#243;le od chwili startu uspokoi&#322; si&#281; na dobre? Zegar &#378;le by&#322;o wida&#263;. Tablice mia&#322;y w&#322;asne o&#347;wietlenie radar te&#380;. Pr&#261;du by&#322;o akurat tyle, &#380;e awaryjne &#347;wiat&#322;a ani rezerwowe obwody nie w&#322;&#261;cza&#322;y si&#281; ale zn&#243;w nie a&#380; tyle, &#380;eby by&#322;o jasno. Do wy&#322;&#261;czenia silnik&#243;w brak&#322;o czterech minut.

Nie musia&#322; si&#281; o to troszczy&#263; automat reduktora sam powinien wy&#322;&#261;czy&#263; silnik. Lodowaty potoczek pociek&#322; mu wzd&#322;u&#380; kr&#281;gos&#322;upa jak&#380;e automat wy&#322;&#261;czy, je&#380;eli jest zwarcie?

Przez chwil&#281; nie by&#322; pewny, czy to ten sam obw&#243;d, czy nie. Uprzytomni&#322; sobie, &#380;e to s&#261; g&#322;&#243;wne bezpieczniki. Dla ca&#322;ej rakiety i dla wszystkich obwod&#243;w. Ale stos, stos jest przecie&#380; osobno?

Stos tak. Ale nie automat. Sam go przecie&#380; przedtem nastawi&#322;. No, wi&#281;c trzeba go wy&#322;&#261;czy&#263;. Czy lepiej nie rusza&#263;? Mo&#380;e jednak zagra?

Konstruktorzy nie uwzgl&#281;dnili tego, &#380;e do sterowni mo&#380;e si&#281; dosta&#263; mucha &#380;e przykrywka mo&#380;e spa&#347;&#263; i b&#281;dzie zwarcie takie zwarcie!

&#346;wiat&#322;a miga&#322;y bez przerwy. Trzeba by&#322;o co&#347; zrobi&#263;. Ale co?

Proste nale&#380;y przerzuci&#263; g&#322;&#243;wny wy&#322;&#261;cznik, kt&#243;ry jest pod pod&#322;og&#261;, za fotelem. Wy&#322;&#261;czy g&#322;&#243;wne obwody i uruchomi awaryjne. I wszystko b&#281;dzie w porz&#261;dku. Rakieta nie jest jednak tak g&#322;upio skonstruowana, wszystko przewidzieli z nale&#380;ytym zapasem bezpiecze&#324;stwa.

Ciekawe, czy Boerst te&#380; wpad&#322;by na to tak od razu? Nale&#380;y si&#281; obawia&#263;, &#380;e tak. Nawet mo&#380;e ale zosta&#322;y ju&#380; tylko dwie minuty!! Nie zd&#261;&#380;y przeprowadzi&#263; manewru! Podskoczy&#322;. Na &#347;mier&#263; zapomnia&#322; o tamtych!

My&#347;la&#322; chwil&#281; z zamkni&#281;tymi oczami.

AMU 27 prowadz&#261;cy Terraluna do JO dwa, JO dwa bis. Mam zwarcie w sterowni. Manewr wej&#347;cia na orbit&#281; tymczasowo trwa&#322;&#261; nad stref&#261; r&#243;wnikow&#261; Ksi&#281;&#380;yca wykonam z op&#243;&#378;nieniem e nieokre&#347;lonej d&#322;ugo&#347;ci. Wykonajcie manewr sami w ustalonym czasie. Odbi&#243;r.

JO dwa bis do prowadz&#261;cego AMU 27 Terraluna. Wykonuj&#281; manewr &#322;&#261;czny razem z JO dwa wej&#347;cia na orbit&#281; tymczasowo trwa&#322;&#261; nad stref&#261; r&#243;wnikow&#261;. Masz dziewi&#281;tna&#347;cie minut do Tarczy. Powodzenia. Powodzenia. Koniec.

Ledwo dos&#322;ucha&#322;, odkr&#281;ci&#322; kabel radiofonii, w&#261;&#380; tlenowy, drugi kabelek pasy mia&#322; ju&#380; rozpi&#281;te. Gdy si&#281; podnosi&#322;, automat reduktora zap&#322;on&#261;&#322; rubinowo ca&#322;a kabina to wyskakiwa&#322;a z ciemno&#347;ci, to pogr&#261;&#380;a&#322;a si&#281; w m&#281;tnopomara&#324;czowym &#347;wietle os&#322;abionego napi&#281;cia. Silnik nie wy&#322;&#261;czy&#322; si&#281;. Czerwone &#347;wiate&#322;ko patrza&#322;o na niego z p&#243;&#322;mroku, jakby pytaj&#261;c o rad&#281;. Rozleg&#322;o si&#281; miarowe buczenie sygna&#322; ostrzegawczy. Reduktor nie m&#243;g&#322; wy&#322;&#261;czy&#263; automatycznie silnik&#243;w. &#321;api&#261;c r&#243;wnowag&#281;, skoczy&#322; za fotel.

Wy&#322;&#261;cznik siedzia&#322; we wpasowanej w pod&#322;og&#281; kasecie. Kaseta zamkni&#281;ta na klucz. Tak, na pewno zamkni&#281;ta. Szarpa&#322; pokryw&#281; nie puszcza&#322;a. Gdzie klucz?

Klucza nie by&#322;o. Szarpn&#261;&#322; jeszcze raz nic.

Skoczy&#322; na r&#243;wne nogi. &#346;lepo patrza&#322; przed siebie w przednich ekranach p&#322;on&#261;&#322; ju&#380; nie srebrzysty, ale bia&#322;y, jak g&#243;rskie &#347;niegi, gigantyczny Ksi&#281;&#380;yc. Z&#281;bate cienie krater&#243;w sun&#281;&#322;y po tarczy. Altimetr radarowy odezwa&#322; si&#281; czy szed&#322; ju&#380; od dawna? Cyka&#322; miarowo zielone cyferki wyskakiwa&#322;y z p&#243;&#322;mroku: dwadzie&#347;cia jeden tysi&#281;cy kilometr&#243;w odleg&#322;o&#347;ci.

&#346;wiat&#322;o bezustannie miga&#322;o, bezpiecznik wy&#322;&#261;cza&#322; miarowo pr&#261;d. Gdy gas&#322;o, w kabinie nie zapada&#322; ju&#380; mrok upiorny blask Ksi&#281;&#380;yca wype&#322;nia&#322; j&#261; po brzegi i tylko nieznacznie s&#322;ab&#322;, kiedy lampy b&#322;yska&#322;y swoim p&#243;&#322;przytomnym &#380;arzeniem.

Statek lecia&#322; prosto, wci&#261;&#380; prosto, i wci&#261;&#380; zwi&#281;ksza&#322; szybko&#347;&#263; na szcz&#261;tkowym przyspieszeniu 0,2 g zarazem Ksi&#281;&#380;yc przyci&#261;ga&#322; go coraz mocniej. Co robi&#263;? Co robi&#263;?! Skoczy&#322; jeszcze raz do kasety, uderzy&#322; nog&#261; w pokryw&#281; stal ani drgn&#281;&#322;a.

Zaraz! Bo&#380;e! Jak m&#243;g&#322; tak og&#322;upie&#263;!! Trzeba trzeba po prostu dosta&#263; si&#281; tam, na drug&#261; stron&#281; p&#281;cherza! Mo&#380;na przecie&#380;! Przy samym wyj&#347;ciu, tam gdzie szklana bania przechodzi zw&#281;&#380;aj&#261;cym si&#281; tunelem w lej ko&#324;cz&#261;cy si&#281; u klapy jest specjalna d&#378;wignia, polakierowana na czerwono, pod tabliczk&#261; TYLKO W RAZIE AWARII ROZRZ&#260;DU. Wystarczy j&#261; prze&#322;o&#380;y&#263;, a szklana bania uniesie si&#281; o metr prawie w g&#243;r&#281; i b&#281;dzie mo&#380;na przele&#378;&#263; pod jej dolnym brzegiem na drug&#261; stron&#281;! Tam jakim&#347; kawa&#322;kiem izolacji oczy&#347;ci przewody i Jednym susem znalaz&#322; si&#281; przy czerwonej d&#378;wigni. Idioto! pomy&#347;la&#322;, z&#322;apa&#322; stalow&#261; r&#281;koje&#347;&#263;, poci&#261;gn&#261;&#322;, a&#380; mu chrupn&#281;&#322;o w stawie barkowym. R&#281;koje&#347;&#263; wyskoczy&#322;a na ca&#322;&#261; d&#322;ugo&#347;&#263; b&#322;yszcz&#261;cego olejem, stalowego pr&#281;ta a bania ani drgn&#281;&#322;a. Og&#322;upia&#322;y, patrza&#322; na ni&#261; widzia&#322; w g&#322;&#281;bi ekrany, pe&#322;ne p&#322;on&#261;cego Ksi&#281;&#380;yca, &#347;wiat&#322;o miga&#322;o mu wci&#261;&#380; ponad g&#322;ow&#261; jeszcze raz targn&#261;&#322; r&#281;koje&#347;&#263;, chocia&#380; by&#322;a ju&#380; wyci&#261;gni&#281;ta Nic.

Klucz! Klucz do kasety wy&#322;&#261;cznika! Rzuci&#322; si&#281; p&#322;asko na pod&#322;og&#281;, zajrza&#322; pod fotel. Le&#380;a&#322; tam tylko bryk

&#346;wiat&#322;a bezustannie miga&#322;y, bezpiecznik miarowo wy&#322;&#261;cza&#322; pr&#261;d. Gdy gas&#322;y, wszystko wok&#243;&#322; stawa&#322;o si&#281; bia&#322;e jak wystrugane z trupich ko&#347;ci.

Koniec! pomy&#347;la&#322;. Da&#263; si&#281; wyrzuci&#263; razem z bani&#261;? Wystrzeli&#263; z fotelem, w os&#322;onie? Nie mo&#380;na, spadochron nie zahamuje, Ksi&#281;&#380;yc nie ma przecie&#380; atmosfery. Ratunku!!! chcia&#322; krzycze&#263;, ale nie by&#322;o do kogo wo&#322;a&#263; by&#322; sam. Co robi&#263;?! Musi by&#263; jaki&#347; ratunek!!

Skoczy&#322; jeszcze raz do r&#281;koje&#347;ci omal r&#281;ka nie wyskoczy&#322;a mu ze stawu. Chcia&#322;o mu si&#281; p&#322;aka&#263; z rozpaczy. Tak g&#322;upio, tak g&#322;upio Gdzie jest klucz? Dlaczego mechanizm si&#281; zaci&#261;&#322;? Altimetr jednym spojrzeniem ogarn&#261;&#322; zegary: dziewi&#281;&#263; i p&#243;&#322; tysi&#261;ca kilometr&#243;w. Od rozpalonego t&#322;a wyra&#378;nie odcina&#322;a si&#281; skalna pi&#322;a Timocharisa. Zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e widzi ju&#380; miejsce, w kt&#243;rym wryje si&#281; w pokryt&#261; pumeksem ska&#322;&#281;. B&#281;dzie grzmot, b&#322;ysk i

Naraz jego skacz&#261;ce szale&#324;czo oczy pad&#322;y, w sekundzie rozb&#322;ysku &#347;wiate&#322;, na poczw&#243;rny rz&#261;dek miedzianych &#380;y&#322;. Wyra&#378;nie czernia&#322;a tam grudka, &#322;&#261;cz&#261;ca kable, pozosta&#322;a po spalonej musze. Wystawiaj&#261;c bark, jak bramkarz w robinsonadzie, skoczy&#322; przed siebie, uderzenie by&#322;o straszne, wstrz&#261;s omal nie pozbawi&#322; go przytomno&#347;ci. &#346;ciana bani odrzuci&#322;a go jak nabita samochodowa opona, upad&#322; na pod&#322;og&#281;. Ani drgn&#281;&#322;a. Zerwa&#322; si&#281; na r&#243;wne nogi, dysz&#261;c ci&#281;&#380;ko, z pokrwawionymi ustami, got&#243;w ponownie rzuci&#263; si&#281; na szklany mur. Spojrza&#322; w d&#243;&#322;.

D&#378;wignia ma&#322;ego pilota&#380;u. Dla wielkich, kr&#243;tkotrwa&#322;ych przyspiesze&#324;, rz&#281;du 10 g, ale tylko na u&#322;amek sekundy. Pracowa&#322;a bezpo&#347;rednio, na ci&#281;g&#322;ach mechanicznych. Dawa&#322;a momentalny, awaryjny ci&#261;g.

Ale m&#243;g&#322; ni&#261; tylko zwi&#281;kszy&#263; przyspieszenie, to znaczy jeszcze szybciej dolecie&#263; do Tarczy. Nie zahamowa&#263;. Odrzut by&#322; zbyt kr&#243;tkotrwa&#322;y. Hamowanie musi by&#263; ci&#261;g&#322;e. Ma&#322;y pilota&#380; na nic?

Rzuci&#322; si&#281; na d&#378;wigni&#281;, padaj&#261;c z&#322;apa&#322; j&#261;, targn&#261;&#322;, pozbawiony amortyzuj&#261;cej os&#322;ony fotela mia&#322; uczucie, &#380;e wszystkie ko&#347;ci mu si&#281; rozlatuj&#261;, tak uderzy&#322;a go pod&#322;oga. Poci&#261;gn&#261;&#322; jeszcze raz. Taki sam straszny, momentalny skok rakiety! Uderzy&#322; g&#322;ow&#261; o ziemi&#281;, gdyby nie pianoplastik roztrzaska&#322;by si&#281;.

Bezpiecznik brz&#281;kn&#261;&#322; miganie usta&#322;o nagle. Sterowni&#281; zala&#322; spokojny, normalny blask lamp.

Podw&#243;jne uderzenie b&#322;yskawicznych przyspiesze&#324; ma&#322;ego pilota&#380;u wytr&#261;ci&#322;o strupiesza&#322;y w&#281;gielek spomi&#281;dzy przewod&#243;w. Zwarcie by&#322;o usuni&#281;te. Czuj&#261;c s&#322;ony smak krwi w ustach, skoczy&#322; w fotel, jakby dawa&#322; nurka z trampoliny ale nie wpad&#322; w jego obj&#281;cia, przelecia&#322; wysoko nad oparciem, okropne uderzenie o strop, ledwo co os&#322;abione haub&#261;.

W momencie kiedy odbija&#322; si&#281; do skoku, czynny ju&#380; automat reduktora wy&#322;&#261;czy&#322; silnik. Resztka ci&#261;&#380;enia znik&#322;a. Statek, teraz ju&#380; tylko rozp&#281;dem, spada&#322; jak kamie&#324; prosto ku skalnym ruinom Timocharisa.

Odbi&#322; si&#281; od sufitu. Krwawa &#347;lina, kt&#243;r&#261; wyplu&#322;, p&#322;yn&#281;&#322;a obok niego w powietrzu czerwono-srebrzystymi b&#261;belkami. Rozpaczliwie wi&#322; si&#281; wyci&#261;gaj&#261;c r&#281;ce ku oparciu fotela. Wyrwa&#322; z kieszeni wszystko, co w nich tkwi&#322;o, cisn&#261;&#322; za siebie.

Ten odrzut pchn&#261;&#322; go &#322;agodnie, powoli, sun&#261;&#322; coraz ni&#380;ej, palce, wyci&#261;gni&#281;te tak, &#380;e &#347;ci&#281;gna p&#281;ka&#322;y, najpierw zgrzytn&#281;&#322;y paznokciami po niklowej rurze, a&#380; wpi&#322;y si&#281; w ni&#261;. Nie pu&#347;ci&#322;: ju&#380;. &#346;ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; ca&#322;y g&#322;ow&#261; w d&#243;&#322;, jak akrobata robi&#261;cy odwr&#243;con&#261; st&#243;jk&#281; na por&#281;czach, z&#322;apa&#322; pas, po pasie zjecha&#322; w d&#243;&#322;, owin&#261;&#322; go wok&#243;&#322; cia&#322;a, karabinek nie traci&#322; czasu na zatrzaskiwanie go, zagryz&#322; go tylko w z&#281;bach trzyma&#322;o. Teraz r&#281;ce na r&#281;koje&#347;ci, nogi w peda&#322;y!!

Altimetr: tysi&#261;c osiemset kilometr&#243;w do Tarczy. Czy zd&#261;&#380;y zahamowa&#263;? Wykluczone! 45 kilometr&#243;w na sekund&#281;! Musi skr&#281;ci&#263; wykona&#263; g&#322;&#281;bokie wyj&#347;cie z pikuj&#261;cego lotu tylko tak!

W&#322;&#261;czy&#322; dysze odchylaj&#261;ce dwa, trzy, cztery g! Ma&#322;o! Ma&#322;o!!

Da&#322; pe&#322;ny ci&#261;g na odchylenie. Rt&#281;ci&#261; p&#322;on&#261;ca tarcza w ekranie, dot&#261;d jak gdyby wmurowana we&#324; z zewn&#261;trz, drgn&#281;&#322;a i coraz szybciej pocz&#281;&#322;a sun&#261;&#263; w d&#243;&#322;. Fotel skrzypia&#322; pod rosn&#261;cym ci&#281;&#380;arem jego cia&#322;a. Statek wchodzi&#322; w &#322;uk nad sam&#261; powierzchni&#261; Ksi&#281;&#380;yca, o wielkim promieniu promie&#324; musia&#322; by&#263; taki, bo mia&#322; ogromn&#261; szybko&#347;&#263;. R&#281;koje&#347;&#263; sta&#322;a twardo, doci&#347;ni&#281;ta do ko&#324;ca. Wt&#322;acza&#322;o go w g&#261;bczaste oparcie, traci&#322; dech, kombinezon nie by&#322; po&#322;&#261;czony z tlenow&#261; spr&#281;&#380;ark&#261;, czu&#322;, jak gn&#261; mu si&#281; &#380;ebra, szarawe plamy pokaza&#322;y si&#281; w oczach. Czeka&#322; na black-out, patrz&#261;c ci&#261;gle w ramk&#281; radarowego altimetra, kt&#243;ry mieli&#322; w swoich okienkach cyferki, jeden rz&#261;dek wyskakiwa&#322; po drugim: 990 900 840 760 kilometr&#243;w

Cho&#263; wiedzia&#322;, &#380;e ma za sob&#261; ca&#322;&#261; moc, par&#322; r&#281;koje&#347;&#263; dalej. Wykonywa&#322; najcia&#347;niejszy skr&#281;t, jaki by&#322; w og&#243;le mo&#380;liwy a mimo to nie przesta&#322; jeszcze traci&#263; wysoko&#347;ci cyfry wci&#261;&#380; mala&#322;y cho&#263; coraz wolniej le&#380;a&#322; jeszcze w zst&#281;puj&#261;cej cz&#281;&#347;ci wielkiego &#322;uku. Spojrza&#322; samymi oczami, ga&#322;ki ich ledwo m&#243;g&#322; obr&#243;ci&#263; na trajektometr.

Jak zwykle w gro&#378;nej strefie cia&#322; niebieskich, tarcza aparatu pokazywa&#322;a, opr&#243;cz krzywej, kt&#243;r&#261; zakre&#347;la&#322; pocisk i migaj&#261;cego s&#322;abo jej domy&#347;lnego przed&#322;u&#380;enia tak&#380;e profil wypuk&#322;o&#347;ci Ksi&#281;&#380;yca, nad kt&#243;rym odbywa&#322; si&#281; ca&#322;y manewr.

Obie te krzywe lotu i ksi&#281;&#380;ycowej powierzchni schodzi&#322;y si&#281; prawie. Czy przecina&#322;y si&#281;?

Nie. Ale brzuch jego &#322;uku by&#322; niemal styczn&#261;. Nie by&#322;o pewne, czy prze&#347;li&#378;nie si&#281; tu&#380; nad sam&#261; Tarcz&#261; czy wyr&#380;nie w ni&#261;. Trajektometr pracowa&#322; z b&#322;&#281;dem siedmiu o&#347;miu kilometr&#243;w i Pirx nie m&#243;g&#322; wiedzie&#263;, czy krzywa przechodzi trzy kilometry ponad ska&#322;ami czy te&#380; popod nimi.

Ciemnia&#322;o mu w oczach 5 g robi&#322;o swoje. Przytomno&#347;ci nie straci&#322;. Le&#380;a&#322;, &#347;lepy, z r&#281;kami zaci&#347;ni&#281;tymi mocno na d&#378;wigniach, czuj&#261;c, jak powoli poddaj&#261; si&#281; amortyzatory fotela. Nie wierzy&#322;, &#380;e jest zgubiony. Jako&#347; nie m&#243;g&#322; w to uwierzy&#263;. Wargami nie by&#322; zdolny rusza&#263; wi&#281;c, w swojej ciemno&#347;ci, w my&#347;lach tylko liczy&#322; powoli: dwadzie&#347;cia jeden dwadzie&#347;cia dwa dwadzie&#347;cia trzy dwadzie&#347;cia cztery

Przy pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu zape&#322;ga&#322;a my&#347;l, &#380;e to ju&#380; zderzenie je&#347;li w og&#243;le musia&#322;oby nast&#261;pi&#263;. Mimo to nie puszcza&#322; d&#378;wigni. Zaczyna&#322;o mu si&#281; robi&#263; s&#322;abo: duszno&#347;&#263;, dzwon w uszach, w gardle pe&#322;no krwi, w oczach krwawa czer&#324;

Palce same rozwar&#322;y si&#281; r&#281;koje&#347;&#263; odsun&#281;&#322;a si&#281; powoli, nie s&#322;ysza&#322; nic, nie wiedzia&#322;. Powoli robi&#322;o si&#281; szaro oddycha&#263; by&#322;o coraz l&#380;ej. Chcia&#322; otworzy&#263; oczy ale&#380; by&#322;y, przez ca&#322;y czas by&#322;y otwarte, piek&#322;y teraz: spoj&#243;wki wysch&#322;y!!

Usiad&#322;.

Mia&#322; 2 g na grawimetrze. Przedni ekran pusty. Gwiazdowe niebo. Ani &#347;ladu Ksi&#281;&#380;yca. Gdzie si&#281; podzia&#322; Ksi&#281;&#380;yc?

Le&#380;a&#322; w dole pod nim. Wystrzeli&#322; w g&#243;r&#281; ze swojej &#347;miertelnej piki i oddala&#322; si&#281; teraz od niego z malej&#261;c&#261; szybko&#347;ci&#261;. Jak nisko prze&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; nad sam&#261; Tarcz&#261;? Musia&#322; to zarejestrowa&#263; altimetr, ale mia&#322; w tej chwili co innego na g&#322;owie ni&#380; wypytywanie go o dane cyfrowe. Teraz dopiero zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e alarmowy sygna&#322;, kt&#243;ry bucza&#322; przez ca&#322;y czas, umilk&#322;. Du&#380;o wart taki sygna&#322;! Ju&#380; raczej jaki&#347; dzwon powinni powiesi&#263; pod stropem. Jak cmentarz, to cmentarz. Co&#347; zabzycza&#322;o cichutko mucha! Druga mucha! &#379;y&#322;a bydl&#281; jedno! Lata&#322;a nad sam&#261; bani&#261;. Mia&#322; w ustach co&#347; wstr&#281;tnego, szorstkiego, o smaku p&#322;&#243;tna koniec pasa bezpiecze&#324;stwa! Ca&#322;y czas zgniata&#322; go w z&#281;bach! Poj&#281;cia o tym nie mia&#322;.

Zapi&#261;&#322; pas, po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na d&#378;wigniach trzeba wyprowadzi&#263; rakiet&#281; na w&#322;a&#347;ciw&#261; orbit&#281;. Oczywi&#347;cie, po obu JO nie b&#281;dzie ju&#380; &#347;ladu ale musi doci&#261;gn&#261;&#263;, gdzie trzeba i zameldowa&#263; si&#281; Lunie Nawigacyjnej. Czy mo&#380;e Lunie G&#322;&#243;wnej dlatego &#380;e mia&#322; awari&#281;? Diabli wiedz&#261;! Czy siedzie&#263; cicho? Wykluczone! Jak wr&#243;ci zauwa&#380;&#261; krew, nawet szklany sufit jest pochlapany czerwono (teraz to zauwa&#380;y&#322;), a zreszt&#261; rejestrator zapisa&#322; na ta&#347;mie wszystko, co si&#281; dzia&#322;o szale&#324;stwa bezpiecznika i jego walk&#281; z awaryjna d&#378;wigni&#261;. Niez&#322;e s&#261; te AMU, nie ma co! A ci, co podstawiaj&#261; cz&#322;owiekowi tak&#261; trumn&#281; na start, te&#380; s&#261; dobrzy!

Trzeba si&#281; by&#322;o jednak meldowa&#263;, nie wiedzia&#322; dalej komu, wi&#281;c pochyli&#322; si&#281;, popuszczaj&#261;c naramienny pas.

Si&#281;gn&#261;&#322; po bryk, le&#380;&#261;cy pod fotelem. Ostatecznie, dlaczego nie mam zagl&#261;dn&#261;&#263;? Przynajmniej teraz si&#281; przyda. Us&#322;ysza&#322; w&#243;wczas, &#380;e co&#347; trzasn&#281;&#322;o zupe&#322;nie, jakby si&#281; otwar&#322;y jakie&#347; drzwi.

&#379;adnych drzwi za nim nie by&#322;o, doskonale o tym wiedzia&#322;, nie m&#243;g&#322; si&#281; zreszt&#261; odwr&#243;ci&#263;, przypi&#281;ty pasami do fotela, ale smuga jasno&#347;ci pad&#322;a na ekrany, gwiazdy zblad&#322;y w nich i us&#322;ysza&#322; st&#322;umiony g&#322;os Szefa:

Pilocie Pirx!

Chcia&#322; si&#281; zerwa&#263;, pasy go przytrzyma&#322;y, upad&#322; z powrotem, zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e zwariowa&#322;. W przej&#347;ciu mi&#281;dzy &#347;cian&#261; ster&#243;wki a szklan&#261; pow&#322;ok&#261; ukaza&#322; si&#281; Szef. Sta&#322; przed nim w swoim szarym mundurze, patrza&#322; na niego szarymi oczami i u&#347;miecha&#322; si&#281;. Pirx nie wiedzia&#322;, co si&#281; z nim dzieje.

Szklana pow&#322;oka unios&#322;a si&#281; w g&#243;r&#281; odruchowo zacz&#261;&#322; rozpina&#263; pasy, wsta&#322; ekrany za plecami Szefa zgas&#322;y nagle, jak zdmuchni&#281;te.

Zupe&#322;nie dobrze, pilocie Pirx powiedzia&#322; Szef. Zupe&#322;nie dobrze.

Pirx w dalszym ci&#261;gu nie wiedzia&#322;, co si&#281; z nim dzieje. Sta&#322; w postawie zasadniczej przed Szefem i zrobi&#322; okropn&#261; rzecz odwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281;, o ile pozwoli&#322; mu na to na wp&#243;&#322; wyd&#281;ty ko&#322;nierz.

Ca&#322;e przej&#347;cie, razem z klap&#261;, by&#322;o odsuni&#281;te jakby rakieta p&#281;k&#322;a w tym miejscu na dwoje. Wida&#263; by&#322;o w smudze wieczornego &#347;wiat&#322;a pomost hali, stoj&#261;cych na nim ludzi, liny, kratownice Pirx z nie domkni&#281;tymi ustami popatrza&#322; na Szefa.

Chod&#378;, ch&#322;opcze powiedzia&#322; Szef. Powoli poda&#322; mu r&#281;k&#281;, kt&#243;r&#261; Pirx uj&#261;&#322; wzmacniaj&#261;c u&#347;cisk, Szef doda&#322;: Wyra&#380;am ci uznanie w imieniu Lot&#243;w, a we w&#322;asnym przepraszam ci&#281;. To jest konieczne. Teraz chod&#378;, przejdziesz do mnie. B&#281;dziesz si&#281; m&#243;g&#322; umy&#263;.

Ruszy&#322; do wyj&#347;cia. Pirx poszed&#322; za nim, st&#261;paj&#261;c ci&#281;&#380;ko i niezgrabnie. Na dworze by&#322;o ch&#322;odno i wia&#322; s&#322;aby wiatr wpada&#322; do hali przez odsuni&#281;t&#261; cz&#281;&#347;&#263; stropu. Oba pociski sta&#322;y na tych samych miejscach co przedtem tylko kilka d&#322;ugich, grubych kabli, zwisaj&#261;c &#322;ukiem nad pust&#261; przestrzeni&#261;, dochodzi&#322;o do ich dziob&#243;w. Przedtem tych kabli nie by&#322;o.

Instruktor stoj&#261;cy na pomo&#347;cie m&#243;wi&#322; co&#347; do niego. &#377;le s&#322;ysza&#322; przez haub&#281;.

Co? spyta&#322; odruchowo.

Powietrze! Wypu&#347;&#263; sobie powietrze z kombinezonu!

A, powietrze

Nacisn&#261;&#322; wentyl zasycza&#322;o. Sta&#322; na pomo&#347;cie. Jakich&#347; dwu ludzi w bia&#322;ych fartuchach czeka&#322;o przed linami bariery. Jego rakieta wygl&#261;da&#322;a, jakby mia&#322;a rozp&#281;k&#322;y dziob. Ogarnia&#322;o go z wolna uczucie dziwnej s&#322;abo&#347;ci zdumienia rozczarowania, kt&#243;re przemienia&#322;o si&#281; coraz wyra&#378;niej w gniew.

Otwierali klap&#281; drugiego pocisku. Szef sta&#322; na pomo&#347;cie, ludzie w bia&#322;ych fartuchach m&#243;wili co&#347; do niego. We wn&#281;trzu drugiej akiety rozleg&#322; si&#281; s&#322;aby trzask

Jaki&#347; br&#261;zowy, pr&#281;gowany, wij&#261;cy si&#281; k&#322;&#261;b wypad&#322; stamt&#261;d, niewyra&#378;n&#261; plam&#261; lata&#322;a g&#322;owa bez hauby, d&#322;awi&#322;a si&#281; rykiem

Nogi ugi&#281;&#322;y si&#281; pod nim.

Ten cz&#322;owiek

Boerst zderzy&#322; si&#281; z Ksi&#281;&#380;ycem.



Patrol

Na dnie pude&#322;eczka sta&#322; domek z czerwonym dachem wygl&#261;da&#322; ze swoimi dach&#243;weczkami jak malina, a&#380; mia&#322;o si&#281; ochot&#281; go poliza&#263;. Kiedy potrz&#261;sn&#281;&#322;o si&#281; pude&#322;kiem, z krzak&#243;w doko&#322;a domku wypada&#322;y trzy prosiaczki jak r&#243;&#380;owe pere&#322;ki. Zarazem z nory pod lasem las by&#322; wymalowany tylko na wewn&#281;trznej &#347;ciance pude&#322;ka, ale jak &#380;ywy wylatywa&#322; czarny wilk i k&#322;api&#261;c przy najmniejszym ruchu z&#281;bat&#261;, w &#347;rodku czerwon&#261; paszcz&#261; sun&#261;&#322; ku prosiaczkom, &#380;eby je po&#322;kn&#261;&#263;. Pewno mia&#322; w &#347;rodku magnesik. Trzeba by&#322;o wielkiej zr&#281;czno&#347;ci, by do tego nie dopu&#347;ci&#263;. Nale&#380;a&#322;o, postukuj&#261;c w dno pude&#322;ka paznokciem ma&#322;ego palca, wprowadzi&#263; przedtem trzy prosiaczki do domku, przez drzwiczki, kt&#243;re te&#380; nie zawsze chcia&#322;y si&#281; szeroko otworzy&#263;. Ca&#322;o&#347;&#263; nie by&#322;a wi&#281;ksza od puderniczki a mo&#380;na by&#322;o nad ni&#261; sp&#281;dzi&#263; p&#243;&#322; &#380;ycia. Teraz jednak nie da&#322;oby si&#281; z ni&#261; nic pocz&#261;&#263;, bo, przy braku ci&#261;&#380;enia, gra nie dzia&#322;a&#322;a. Pilot Pirx spogl&#261;da&#322; t&#281;sknie na d&#378;wignie akcelerator&#243;w. Jeden ma&#322;y ruch a ci&#261;g silnika, chocia&#380;by najs&#322;abszy, sprowadzi ci&#261;&#380;enie i b&#281;dzie mo&#380;na zamiast bezpotrzebnie wlepia&#263; si&#281; w czarn&#261; pr&#243;&#380;ni&#281; zaj&#261;&#263; losem prosiaczk&#243;w.

Niestety, regulamin nie przewidywa&#322; uruchamiania stosu atomowego dla ocalenia trzech r&#243;&#380;owych prosi&#261;t przed wilkiem. Co wi&#281;cej kategorycznie zakazywa&#322; dokonywania zb&#281;dnych manewr&#243;w w przestrzeni. Jak gdyby to by&#322;o zb&#281;dnym manewrem!

Pirx schowa&#322; powoli pude&#322;eczko do kieszeni. Piloci zabierali ze sob&#261; znacznie dziwniejsze rzeczy, szczeg&#243;lnie je&#347;li patrol mia&#322; trwa&#263; d&#322;ugo, tak jak. ten. Dawniej szefostwo Bazy patrza&#322;o przez palce na to, jak marnuje si&#281; uran przy wyrzucaniu w niebo opr&#243;cz rakiet z ich pilotami r&#243;&#380;nych osobliwych przedmiot&#243;w, wi&#281;c: nakr&#281;canych ptaszk&#243;w, kt&#243;re potrafi&#261; dzioba&#263; rozsypany chleb, mechanicznych szerszeni goni&#261;cych mechaniczne osy, chi&#324;skich &#322;amig&#322;&#243;wek z niklu i ko&#347;ci s&#322;oniowej i nikt ju&#380; nawet nie pami&#281;ta&#322;, &#380;e pierwszy zarazi&#322; Baz&#281; tym szale&#324;stwem ma&#322;y Aarmens, kt&#243;ry, wybieraj&#261;c si&#281; na patrol, odbiera&#322; po prostu zabawki swemu sze&#347;cioletniemu synkowi.

Idylla taka trwa&#322;a do&#347;&#263; d&#322;ugo prawie rok do czasu, kiedy rakiety przesta&#322;y wraca&#263; z lot&#243;w.

W owych spokojnych czasach wielu sarka&#322;o zreszt&#261; na loty patrolowe, a przydzia&#322; do grupy czesz&#261;cej pr&#243;&#380;ni&#281; przyjmowano jako wyraz osobistej nieprzyja&#378;ni Szefa. Pirx wcale si&#281; nim nie zdziwi&#322;: patrole, to by&#322;o jak odra pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej ka&#380;dy musia&#322; to przej&#347;&#263;.

Potem jednak nie wr&#243;ci&#322; Thomas, wielki, gruby Thomas, kt&#243;ry nosi&#322; 45 numer but&#243;w, lubi&#322; robi&#263; kawa&#322;y i hodowa&#322; pudle oczywi&#347;cie najm&#261;drzejsze pudle &#347;wiata. Nawet w kieszeniach jego kombinezonu mo&#380;na by&#322;o znale&#378;&#263; sk&#243;rki od kie&#322;basy i kostki cukru, a Szef podejrzewa&#322;, &#380;e Thomas przemyca czasem pudle na statek chocia&#380; Thomas zaklina&#322; si&#281;, &#380;e co&#347; podobnego nigdy mu nawet w g&#322;owie nie posta&#322;o. Mo&#380;liwe. Nikt si&#281; ju&#380; tego nie dowie, bo Thomas wystartowa&#322; pewnego lipcowego popo&#322;udnia, bior&#261;c dwa termosy kawy zawsze strasznie du&#380;o pi&#322; i dla wszelkiej pewno&#347;ci postawi&#322; sobie trzeci pe&#322;ny termos w mesie pilot&#243;w, &#380;eby mie&#263; po powrocie tak&#261;, jak&#261; lubi&#322; zmieszan&#261; z fusami i parzon&#261; z cukrem. Kawa czeka&#322;a bardzo d&#322;ugo. O si&#243;dmej trzeciego dnia sko&#324;czy&#322;o si&#281; op&#243;&#378;nienie dopuszczalne i Thomas zosta&#322; wypisany kred&#261; na tablicy w nawigacyjnej on jeden. Takie rzeczy nie zdarza&#322;y si&#281; tylko najstarsi piloci pami&#281;tali okres, w kt&#243;rym na statkach wyst&#281;powa&#322;y awarie i nawet lubili opowiada&#263; m&#322;odszym okropne historie z czas&#243;w, kiedy ostrze&#380;enie meteorytowe dostawa&#322;o si&#281; na pi&#281;tna&#347;cie sekund przed zderzeniem akurat do&#347;&#263; czasu, &#380;eby si&#281; po&#380;egna&#263; z rodzin&#261;. Oczywi&#347;cie przez radio. Ale to naprawd&#281; by&#322;y stare dzieje. Tablica w nawigacyjnej by&#322;a zawsze pusta i w&#322;a&#347;ciwie tkwi&#322;a na &#347;cianie tylko si&#322;&#261; bezw&#322;adu.

O dziewi&#261;tej by&#322;o jeszcze dosy&#263; jasno wszyscy dy&#380;uruj&#261;cy piloci wyszli z radionas&#322;uchu i stan&#281;li na trawnikach, okalaj&#261;cych ogromn&#261;, betonow&#261; powierzchni&#281; l&#261;dowiska, gapi&#261;c si&#281; w niebo. Do nawigatorni nikogo nie wpuszczano. Szef, kt&#243;ry by&#322; w mie&#347;cie, przyjecha&#322; wieczorem, wyj&#261;&#322; z b&#281;bn&#243;w wszystkie rejestruj&#261;ce ta&#347;my z zapisami sygna&#322;&#243;w automatycznego nadajnika Thomasa i poszed&#322; na g&#243;r&#281; do oszklonej kopu&#322;ki obserwatorium, kt&#243;ra kr&#281;ci&#322;a si&#281; jak zwariowana, &#322;ypi&#261;c na wszystkie strony czarnymi muszlami radar&#243;w.

Thomas polecia&#322; na ma&#322;ym AMU i chocia&#380; paliwa atomowego starczy&#322;oby mu na oblecenie po&#322;owy Drogi Mlecznej jak pociesza&#322; pilot&#243;w podoficer z grupy tankowc&#243;w wszyscy mieli go za ostatniego idiot&#281;, a kto&#347; mu nawet paskudnie przygada&#322;, bo tlenu by&#322;o na AMU tyle co nic porcja pi&#281;ciodobowa, z o&#347;miogodzinn&#261; &#380;elazn&#261; rezerw&#261;. Przez ca&#322;e cztery dni osiemdziesi&#281;ciu pilot&#243;w stacji, nie licz&#261;c mn&#243;stwa innych og&#243;&#322;em niemal pi&#281;&#263; tysi&#281;cy rakiet przeszukiwa&#322;o sektor, w kt&#243;rym znik&#322; Thomas. Nie znale&#378;li nic jakby si&#281; rozp&#322;yn&#261;&#322; w pr&#243;&#380;ni.

Drugim by&#322; Wilmer. Tego, prawd&#281; powiedziawszy, ma&#322;o kto lubi&#322;; w&#322;a&#347;ciwie nie by&#322;o do tego &#380;adnego wa&#380;nego powodu za to sporo drobnych. Nie dawa&#322; nikomu sko&#324;czy&#263; zawsze musia&#322; wsadzi&#263; swoje trzy grosze. &#346;mia&#322; si&#281; g&#322;upkowato w najbardziej niestosownych okoliczno&#347;ciach a im wi&#281;cej tym kogo&#347; denerwowa&#322;, tym g&#322;o&#347;niej si&#281; &#347;mia&#322;. Kiedy nie chcia&#322;o mu si&#281; fatygowa&#263; l&#261;dowaniem docelowym, siada&#322; zwyczajnie na trawie obok l&#261;dowiska i wypala&#322; j&#261; razem z korzonkami i ziemi&#261; na g&#322;&#281;boko&#347;&#263; metra. Kiedy natomiast jemu kto&#347; wlaz&#322; na &#263;wier&#263; miliparseka w rejon patrolowy, z punktu sk&#322;ada&#322; raporty cho&#263;by to by&#322; kolega z Bazy. By&#322;o jeszcze troch&#281; rzeczy zupe&#322;nie drobnych, o kt&#243;rych wstyd nawet m&#243;wi&#263; wyciera&#322; si&#281; w cudze r&#281;czniki, &#380;eby jego d&#322;u&#380;ej by&#322; czysty ale kiedy nie wr&#243;ci&#322; z patrolu, wszyscy odkryli, &#380;e Wilmer to najporz&#261;dniejszy ch&#322;op i kolega. Znowu szala&#322; radar, piloci latali bez zmian poza kolejno&#347;ci&#261;, ludzie z nas&#322;uchu w og&#243;le nie wracali do domu, spa&#263; k&#322;adli si&#281; na przemian pod &#347;cian&#261;, na &#322;awce nawet obiad noszono im na g&#243;r&#281; Szef, kt&#243;ry wyjecha&#322; ju&#380; na urlop, powr&#243;ci&#322; specjalnym samolotem, piloci czesali sektor cztery dni, a humory mieli wszyscy takie, &#380;e o nie dogi&#281;t&#261; przewleczk&#281; w najg&#322;upszej nakr&#281;tce gotowi byli g&#322;ow&#281; rozbi&#263; monterowi, przyjecha&#322;y dwie komisje ekspert&#243;w, AMU 116, bli&#378;niaczo podobny do pocisku Wilmera, zosta&#322; po prostu rozebrany na &#347;rubki, jak zegarek wszystko bez najmniejszego rezultatu.

Co prawda sektor ma tysi&#261;c sze&#347;&#263;set bilion&#243;w kilometr&#243;w sze&#347;ciennych, ale te&#380; nale&#380;a&#322; do spokojnych ani jakich&#347; zagro&#380;e&#324; meteorytowych, ani sta&#322;ych roj&#243;w, ani nawet &#380;adne szlaki starych, od stu lat nie widywanych komet tamt&#281;dy nie przechodzi&#322;y a wiadomo, &#380;e taka kometa lubi si&#281; czasem rozpa&#347;&#263; na kawa&#322;ki gdzie&#347; w pobli&#380;u Jupitera, w jego perturbacyjnym m&#322;ynie, i potem cyka stamt&#261;d co jaki&#347; czas po swoim starym kursie kawa&#322;kami roztrzaskanej g&#322;owy. Ale w tym sektorze w og&#243;le nic nie by&#322;o ani satelita &#380;aden o niego nie zawadza&#322;, ani planetoida, nie m&#243;wi&#261;c nawet o Pasie i w&#322;a&#347;nie przez to, &#380;e pr&#243;&#380;nia by&#322;a tam taka czysta, nikt nie lubi&#322; w nim patrolowa&#263;.

Niemniej jednak Wilmer znik&#322; w nim jako drugi, a jego ta&#347;ma rejestracyjna, naturalnie dziesi&#281;&#263; razy przes&#322;uchana, fotografowana, powielana i przesy&#322;ana do Instytutu powiedzia&#322;a akurat tyle co ta&#347;ma Thomasa, to znaczy nic. Jaki&#347; czas sygna&#322;y nadchodzi&#322;y, a potem przesta&#322;y nadchodzi&#263;. Automatyczny nadajnik wysy&#322;a&#322; je dosy&#263; rzadko raz na godzin&#281;. Thomas zostawi&#322; za sob&#261; jedena&#347;cie, a Wilmer czterna&#347;cie takich sygna&#322;&#243;w. To by&#322;o wszystko.

Po tym drugim wypadku Szefostwo zacz&#281;&#322;o bardzo gwa&#322;townie dzia&#322;a&#263;. Najpierw sprawdzano wszystkie pociski stosy atomowe, rozrz&#261;d, ka&#380;d&#261; &#347;rub&#281;, za porysowane szk&#322;o zegara mo&#380;na by&#322;o straci&#263; urlop. Potem zmieniono mechanizmy zegarowe wszystkich nadajnik&#243;w jak gdyby one by&#322;y winne! Odt&#261;d sygna&#322;y opuszcza&#322;y rakiet&#281; co osiemna&#347;cie minut. W tym nie by&#322;o jeszcze nic z&#322;ego, przeciwnie; gorzej, &#380;e przy rampie stali dwaj najstarsi oficerowie, kt&#243;rzy bez wszelkiej lito&#347;ci zabierali ludziom wszystko oga&#322;acali ich z ptaszk&#243;w dziobi&#261;cych i &#347;piewaj&#261;cych, motylk&#243;w, pszcz&#243;&#322;ek, gier zr&#281;czno&#347;ci ca&#322;y stos skonfiskowanych rzeczy zgromadzi&#322; si&#281; wkr&#243;tce w gabinecie Szefa. Z&#322;o&#347;liwi m&#243;wili nawet, &#380;e drzwi s&#261; tam tak cz&#281;sto zamkni&#281;te, bo Szef sam si&#281; tym bawi.

W &#347;wietle tych wydarze&#324; mo&#380;na dopiero w&#322;a&#347;ciwie oceni&#263; wysoki kunszt pilota Pirxa, kt&#243;ry mimo wszystko zdo&#322;a&#322; przemyci&#263; na pok&#322;ad swego AMU domek z prosiaczkami. Inna rzecz, &#380;e nie mia&#322; z niego &#380;adnego po&#380;ytku opr&#243;cz moralnej satysfakcji.

Lot patrolowy ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; ju&#380; dziewi&#261;t&#261; z rz&#281;du godzin&#281;. Ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; to by&#322;o bardzo trafne okre&#347;lenie. Pilot Pirx siedzia&#322; na swoim fotelu, opi&#281;ty i obanda&#380;owany pasami jak mumia, tyle &#380;e r&#281;ce i nogi mia&#322; wolne, i apatycznie spogl&#261;da&#322; na ekrany. Przez sze&#347;&#263; tygodni latali dw&#243;jkami w odst&#281;pie trzystu kilometr&#243;w ale potem Baza wr&#243;ci&#322;a do poprzedniej taktyki: sektor by&#322; pusty, absolutnie pusty i nawet o t&#281; jedn&#261; patrolow&#261; rakiet&#281; by&#322;o w nim za wiele ale niepodobna mie&#263; na mapach gwiazdowych dziury, wi&#281;c dalsze loty kontynuowano w pojedynk&#281;. Pirx wystartowa&#322; jako osiemnasty z kolei, licz&#261;c od skasowania dw&#243;jkowych patroli.

Nie maj&#261;c nic lepszego do roboty, zastanawia&#322; si&#281; nad tym, co si&#281; sta&#322;o z Thomasem i Wilmerem. W Bazie nikt ju&#380; o nich prawie nigdy nie wspomina&#322;, ale podczas lot&#243;w cz&#322;owiek jest dostatecznie samotny, aby pozwoli&#263; sobie na my&#347;lenie najbardziej nawet bezp&#322;odne. Lata&#322; ju&#380; prawie trzy lata (dwa lata i cztery miesi&#261;ce, m&#243;wi&#261;c ca&#322;kiem dok&#322;adnie) i uwa&#380;a&#322; si&#281; za starego rutyniarza. Astronuda po prostu zjada&#322;a go, chocia&#380; wcale nie by&#322; pozerem.

Lot patrolowy por&#243;wnywano, nie bez s&#322;uszno&#347;ci, do siedzenia w poczekalni u dentysty i jedyna r&#243;&#380;nica polega&#322;a na tym, &#380;e dentysta nie przychodzi&#322;. Gwiazdy nie rusza&#322;y si&#281; rzecz jasna Ziemi wcale nie by&#322;o wida&#263;, albo, je&#347;li si&#281; mia&#322;o nadzwyczajne szcz&#281;&#347;cie, wygl&#261;da&#322;a jak malutki r&#261;bek posinia&#322;ego paznokcia i to tylko w pierwszych dwu godzinach lotu, bo potem stawa&#322;a si&#281; gwiazd&#261;, podobn&#261; do innych, tyle &#380;e si&#281; powoli przesuwa&#322;a. W s&#322;o&#324;ce, jak wiadomo, patrze&#263; w og&#243;le nie mo&#380;na. W takiej sytuacji problem chi&#324;skich &#322;amig&#322;&#243;wek i gier zr&#281;czno&#347;ci stawa&#322; si&#281; doprawdy pal&#261;cy. Obowi&#261;zkiem pilota by&#322;o jednak wisie&#263; w kokonie pas&#243;w, kontrolowa&#263; ekrany zwyk&#322;e i radarowy, od czasu do czasu meldowa&#263; Bazie, &#380;e nic nie zasz&#322;o, sprawdza&#263; wskazania ja&#322;owego biegu reaktora, a czasem ale to ju&#380; nadzwyczaj rzadko przychodzi&#322; z zasi&#281;gu sektora sygna&#322; wzywaj&#261;cy pomocy albo nawet SOS i wtedy nale&#380;a&#322;o gna&#263; na z&#322;amanie karku, ale to by&#322;a gratka, kt&#243;ra zdarza&#322;a si&#281; nie cz&#281;&#347;ciej ni&#380; raz dwa razy w roku.

Je&#347;li to wszystko przemy&#347;le&#263;, oka&#380;e si&#281; dopiero zrozumia&#322;e, &#380;e przer&#243;&#380;ne my&#347;li i majaki pilot&#243;w, z punktu widzenia Ziemi i zwyk&#322;ych pasa&#380;er&#243;w rakietowych wr&#281;cz zbrodnicze, by&#322;y a&#380; nadto ludzkiej Kiedy cz&#322;owieka otacza p&#243;&#322;tora tryliona kilometr&#243;w sze&#347;ciennych pr&#243;&#380;ni, w kt&#243;rej nie znalaz&#322;oby si&#281; ani szczypty popio&#322;u z papierosa, wtedy &#380;yczenie, aby sta&#322;o si&#281; cokolwiek nawet jaka&#347; okropna katastrofa zamienia si&#281; w istn&#261; obsesj&#281;.

W ci&#261;gu swoich stu siedemdziesi&#281;ciu dwu lot&#243;w patrolowych pilot Pirx przeszed&#322; rozmaite fazy psychiczne, bywa&#322; senny, zgorzknia&#322;y, czu&#322; si&#281; starcem, dziwacza&#322;, bliski by&#322; my&#347;li o jakim&#347; bynajmniej nie &#322;agodnym rodzaju szale&#324;stwa, na koniec za&#347; j&#261;&#322; sobie podobnie troch&#281; jak w czasach studi&#243;w wymy&#347;la&#263; rozmaite historie, nieraz tak skomplikowane, &#380;e dla ich zako&#324;czenia nie starczy&#322;o nawet ca&#322;ego patrolu. Inna rzecz, &#380;e nudzi&#322; si&#281; dalej.

Zapuszczaj&#261;c si&#281; w labirynt samotnych rozwa&#380;a&#324;, Pirx wiedzia&#322; dobrze, &#380;e na pewno nic nie wymy&#347;li i zagadka znikni&#281;cia jego dwu koleg&#243;w pozostanie nie rozwi&#261;zana czy&#380; nie g&#322;owili si&#281; nad ni&#261;, z wiadomym rezultatem, najt&#281;&#380;si eksperci Bazy i Instytutu przez ca&#322;e miesi&#261;ce? Dlatego sk&#322;ania&#322; si&#281; raczej do puszczenia w ruch prosiaczk&#243;w i wilka, zaj&#281;cie to bowiem, mo&#380;e nie mniej ja&#322;owe, by&#322;o przynajmniej niewinniejsze. Ale silniki milcza&#322;y, nie by&#322;o &#380;adnego powodu dla ich uruchomienia, rakieta mkn&#281;&#322;a po wycinku niezmiernie wyd&#322;u&#380;onej elipsy, w kt&#243;rej jednym ognisku znajdowa&#322;o si&#281; S&#322;o&#324;ce i prosiaczki musia&#322;y czeka&#263; lepszych czas&#243;w.

A zatem: co si&#281; sta&#322;o z Thomasem i Wilmerem?

Laik prozaiczny zacz&#261;&#322;by od przypuszczenia, &#380;e ich rakiety zderzy&#322;y si&#281; z czym&#347; na przyk&#322;ad z meteorem albo z ob&#322;okiem py&#322;u kosmicznego, ze szcz&#261;tkiem kometowej g&#322;owy czy cho&#263;by z kawa&#322;kiem jakiego&#347; starego rakietowego wraka. Jednak&#380;e zderzenie takie by&#322;o r&#243;wnie ma&#322;o prawdopodobne co znalezienie du&#380;ego brylantu na &#347;rodku ruchliwej ulicy. Odpowiednie obliczenia wykazuj&#261; zreszt&#261;, &#380;e znale&#378;&#263; taki brylant jest o wiele &#322;atwiej.

Z nud&#243;w wy&#322;&#261;cznie z nud&#243;w Pirx zacz&#261;&#322; rzuca&#263; swemu Kalkulatorowi cyfry, uk&#322;ada&#263; r&#243;wnania, liczy&#263; prawdopodobie&#324;stwa zderze&#324; a&#380; wysz&#322;a taka liczba, &#380;e Kalkulator musia&#322; obci&#261;&#263; osiemna&#347;cie ostatnich miejsc, &#380;eby si&#281; w og&#243;le zmie&#347;ci&#322;a w jego okienkach.

Zreszt&#261; pr&#243;&#380;nia by&#322;a pusta. &#379;adnych szlak&#243;w starych komet, &#380;adnych ob&#322;ok&#243;w kosmicznego py&#322;u nic. Wrak starej rakiety m&#243;g&#322; si&#281; w niej znale&#378;&#263; z teoretycznego punktu widzenia tak samo tam, jak w ka&#380;dej innej cz&#281;&#347;ci Kosmosu po niewyobra&#380;alnie wielkiej liczbie lat. Ale Thomas i Wilmer zobaczyliby go z daleka, co najmniej na 250 kilometr&#243;w, a je&#347;liby wyszed&#322; prosto ze s&#322;o&#324;ca, to i tak meteoradar podni&#243;s&#322;by alarm na dobrych trzydzie&#347;ci sekund przed zderzeniem, a gdyby pilot przegapi&#322; &#243;w alarm, na przyk&#322;ad drzemi&#261;c, to i tak automatyczny przyrz&#261;d wykona&#322;by manewr mijania. Gdyby za&#347; automat mijania zepsu&#322; si&#281;, to m&#243;g&#322; si&#281; taki dziw nad dziwy przydarzy&#263; raz ale nie dwa razy, w odst&#281;pie kilkunastu zaledwie dni.

Tyle mniej wi&#281;cej potrafi&#322;by wymy&#347;li&#263; laik, kt&#243;ry nie wie, &#380;e w rakiecie mo&#380;e si&#281; podczas lotu wydarzy&#263; wiele rzeczy daleko niebezpieczniejszych od napotkania meteorytu czy spr&#243;chnia&#322;ej g&#322;owy kometowej. Rakieta, nawet tak ma&#322;a jak AMU, sk&#322;ada si&#281; bez ma&#322;a ze stu czternastu tysi&#281;cy wa&#380;nych cz&#281;&#347;ci wa&#380;nych, to znaczy takich, kt&#243;rych awaria jest w skutkach katastrofalna. Bo mniej wa&#380;nych cz&#281;&#347;ci liczy ponad milion. Je&#380;eli jednak co&#347; tak fatalnego si&#281; zdarzy, to statek nawet po &#347;mierci pilota nie roztrzaska si&#281; nigdzie ani si&#281; nie zaprzepa&#347;ci, bo, jak powiada stare przys&#322;owie, pilot&#243;w, w pr&#243;&#380;ni nic nie ginie i je&#380;eli zostawisz w niej papiero&#347;nic&#281;, wystarczy tylko obliczy&#263; elementy jej ruchu i przyby&#263; na to samo miejsce we w&#322;a&#347;ciwym czasie, a papiero&#347;nica, pod&#261;&#380;aj&#261;c po swojej orbicie, wskoczy ci z astronomiczn&#261; dok&#322;adno&#347;ci&#261; w przewidzianej sekundzie do r&#281;ki. Poniewa&#380; ka&#380;de cia&#322;o w niesko&#324;czono&#347;&#263; kr&#261;&#380;y po swoim torze, wraki statk&#243;w, kt&#243;re uleg&#322;y awarii, mo&#380;na zawsze niemal pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej odnale&#378;&#263;. Wielkie Kalkulatory Instytutu wykre&#347;li&#322;y ponad czterdzie&#347;ci milion&#243;w mo&#380;liwych orbit, na kt&#243;rych mog&#322;yby si&#281; porusza&#263; rakiety zaginionych pilot&#243;w, i wszystkie te szlaki zosta&#322;y zbadane, to znaczy wysondowane punktowo skoncentrowanymi p&#281;czkami najsilniejszych emitor&#243;w radarowych, jakimi dysponuje Ziemia. Z wiadomym rezultatem.

Oczywi&#347;cie nie mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;e po tym sondowaniu przeszukana zosta&#322;a ca&#322;a przestrze&#324; uk&#322;adu. Rakieta jest w jego obj&#281;ciach czym&#347; niewyobra&#380;alnie ma&#322;ym daleko mniejszym ni&#380; atom wobec kuli ziemskiej ale szukano wsz&#281;dzie, gdzie rakiety mog&#322;y si&#281; znajdowa&#263;, zak&#322;adaj&#261;c, &#380;e piloci ich nie opu&#347;cili z maksymaln&#261; szybko&#347;ci&#261; wn&#281;trza patrolowanego sektora. Dlaczego by jednak mieli ucieka&#263; z g&#322;&#281;bi swojego sektora? Przecie&#380; nie dostali &#380;adnego sygna&#322;u radiowego ani wezwania, nic nie mog&#322;o im si&#281; przytrafi&#263; to zosta&#322;o udowodnione.

Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Thomas i Wilmer razem ze swymi pociskami wyparowali, jak krople wody rzucone na rozpalon&#261; p&#322;yt&#281; albo &#380;e

Laik z wyobra&#378;ni&#261;, w przeciwie&#324;stwie do laika prozaicznego, wymieni&#322;by jako przyczyn&#281; tajemniczego znikni&#281;cia na pierwszym miejscu zagadkowe, czaj&#261;ce si&#281; w pr&#243;&#380;ni, obdarzone inteligencj&#261;, r&#243;wnie wielk&#261; co z&#322;o&#347;liw&#261;, istoty z innych gwiazd.

Gdy jednak astronautyka rozwija&#322;a si&#281; od tak dawna, kt&#243;&#380; wierzy&#322; jeszcze w takie istoty, skoro nigdzie nie odkryto ich w zbadanym Kosmosie? Ilo&#347;&#263; kawa&#322;&#243;w o istotach przekracza&#322;a ju&#380; chyba liczb&#281; sze&#347;ciennych kilometr&#243;w systemowej pr&#243;&#380;ni. Opr&#243;cz najbardziej zielonych, kt&#243;rzy latali dot&#261;d tylko w fotelu, zawieszonym pod sufitem sali laboratoryjnej, nikt nie da&#322;by za ich istnienie kawa&#322;ka starego papieru. By&#263; mo&#380;e, &#380;e istniej&#261; mieszka&#324;cy odleg&#322;ych gwiazd ale te&#380; tylko bardzo odleg&#322;ych.

Troch&#281; prymitywnych mi&#281;czakowatych, nieco porost&#243;w, bakterii, wymoczk&#243;w, nieznanych na Ziemi to by&#322; w&#322;a&#347;ciwie ca&#322;y plon wieloletnich wypraw. A zreszt&#261;, czy takie istoty je&#347;li ju&#380; nawet przyj&#261;&#263;, &#380;e istnia&#322;y doprawdy nie mia&#322;y nic innego do roboty, jak tylko czyha&#263; w jednym z najprzekl&#281;ciej ja&#322;owych miejsc pr&#243;&#380;ni w oczekiwaniu malutkich rakietek Patrolu? I jak mog&#322;yby zbli&#380;y&#263; si&#281; do nich niepostrze&#380;enie?

Takich pyta&#324;, obracaj&#261;cych ca&#322;&#261; hipotez&#281; w absolutny, gigantyczny nonsens, by&#322;o wiele tak wiele, &#380;e gra doprawdy traci&#322;a resztki sensu. Pirx, sk&#322;onny w dziewi&#261;tej godzinie lotu do nie byle jakich kombinacji m&#243;zgowych, musia&#322; sobie jednak w &#347;wietle tych wszystkich, bezwzgl&#281;dnie trze&#378;wych prawd zadawa&#263; gwa&#322;t, aby mimo wszystko cho&#263; przez chwil&#281; umiejscowi&#263; w wyobra&#378;ni demoniczne istoty z gwiazd.

Od czasu do czasu, kiedy, mimo braku ci&#261;&#380;enia, nu&#380;y&#263; go zaczyna&#322;a wci&#261;&#380; jednakowa pozycja, zmienia&#322; nachylenie fotela, do kt&#243;rego by&#322; przykr&#281;powany, potem spogl&#261;da&#322; kolejno w praw&#261; i lew&#261; stron&#281;, przy czym, co mo&#380;e wyda&#263; si&#281; dziwne, wcale nie widzia&#322; trzystu jedenastu wska&#378;nik&#243;w, kontrolnych &#347;wiate&#322;ek, pulsuj&#261;cych tarcz i zegar&#243;w, albowiem wszystkie one, by&#322;y dla niego tym, czym s&#261; dla przeci&#281;tnego cz&#322;owieka rysy znajomej twarzy, tak dobrze i od tak dawna znanej, &#380;e wcale nie trzeba dopiero bada&#263; skrzywienia jej ust, rozchylenia powiek ani szuka&#263; na czole zmarszczek, aby wiedzie&#263;, co ona wyra&#380;a. Tak wi&#281;c zegary i kontrolki zlewa&#322;y si&#281; w spojrzeniu Pirxa w jedn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;, kt&#243;ra m&#243;wi&#322;a mu, &#380;e wszystko jest w porz&#261;dku. Gdy zwraca&#322; potem g&#322;ow&#281; na wprost, widzia&#322; oba przednie ekrany gwiazdowe, a mi&#281;dzy nimi swoj&#261; w&#322;asn&#261; twarz w otoku p&#281;katej, zakrywaj&#261;cej cz&#281;&#347;ciowo czo&#322;o i podbr&#243;dek, &#380;&#243;&#322;tej hauby.

Pomi&#281;dzy dwoma ekranami gwiazdowymi znajdowa&#322;o si&#281; lustro, niezbyt wielkie, ale umieszczone tak, &#380;e pilot widzia&#322; w nim w&#322;a&#347;nie siebie i nic wi&#281;cej. Nie wiadomo by&#322;o, po co w&#322;a&#347;ciwie jest to lustro i czemu ma s&#322;u&#380;y&#263;. To znaczy by&#322;o wiadomo, ale m&#261;dre racje, przemawiaj&#261;ce za obecno&#347;ci&#261; lustra, ma&#322;o kogo przekonywa&#322;y. Wynale&#378;li je psychologowie. Cz&#322;owiek twierdz&#261; oni jakkolwiek brzmi to dziwacznie, cz&#281;sto, zw&#322;aszcza je&#380;eli przez d&#322;u&#380;szy czas przebywa w samotno&#347;ci, przestaje we w&#322;a&#347;ciwy spos&#243;b kontrolowa&#263; stan swego umys&#322;u i swoich emocji, i ni st&#261;d, ni zow&#261;d mo&#380;e si&#281; okaza&#263;, &#380;e popada w jakie&#347; hipnotyczne odr&#281;twienie, a nawet sen bez marze&#324;, z otwartymi oczami, z kt&#243;rego nie zawsze potrafi si&#281; w por&#281; ockn&#261;&#263;. Czasem znowu niekt&#243;rzy dostaj&#261; si&#281; pod w&#322;adz&#281; nie wiadomo sk&#261;d wype&#322;zaj&#261;cych omam&#243;w albo stan&#243;w l&#281;kowych, albo gwa&#322;townego pobudzenia a na wszystkie takie sensacje &#347;wietnym &#347;rodkiem ma by&#263; kontrola w&#322;asnej twarzy. Inna rzecz, &#380;e widzie&#263; przed sob&#261; w ci&#261;gu kilkunastu godzin w&#322;asn&#261; twarz, jak wmurowan&#261;, i &#347;ledzi&#263; przymusowo ka&#380;dy jej wyraz nie jest przyjemnie. O tym tak&#380;e ma&#322;o kto wie, poza pilotami pocisk&#243;w patrolowych. Zaczyna si&#281; to zwykle niewinnie, cz&#322;owiek wytnie jak&#261;&#347; min&#281;, wykrzywi si&#281; lekko albo u&#347;miechnie si&#281; do w&#322;asnego odbicia, a potem id&#261; ju&#380; jeden za drugim grymasy coraz pokr&#281;tniejsze; tak to jest, kiedy sytuacja, tak bardzo przeciwna naturze, przeci&#261;ga si&#281; ponad zwyk&#322;&#261; wytrzyma&#322;o&#347;&#263;.

Pirx robi&#322; sobie na szcz&#281;&#347;cie bardzo niewiele z w&#322;asnej twarzy, w przeciwie&#324;stwie do niekt&#243;rych innych pilot&#243;w. Tego oczywi&#347;cie nikt nie sprawdza&#322;, bo to i niemo&#380;liwe, ale opowiadaj&#261;, &#380;e niekt&#243;rzy, w przyst&#281;pie nud&#243;w czy jakiego&#347; nad wszelk&#261; przyzwoito&#347;&#263; wyrastaj&#261;cego og&#322;upienia, zaczynali robi&#263; rzeczy, kt&#243;re ci&#281;&#380;ko opowiedzie&#263; na przyk&#322;ad pluli we w&#322;asne odbicie, a potem, wstydz&#261;c si&#281;, musieli naturalnie robi&#263; to, co jest najsurowiej zakazane odpina&#263; pasy, wstawa&#263; i w pozbawionej ci&#281;&#380;ko&#347;ci rakiecie i&#347;&#263;, a raczej p&#322;yn&#261;&#263; do lustra, aby je jako&#347; oczy&#347;ci&#263; przed l&#261;dowaniem. Byli nawet tacy, co twierdzili uporczywie, &#380;e Wuertz, kt&#243;ry wr&#261;ba&#322; si&#281; na trzydzie&#347;ci trzy metry w g&#322;&#261;b betonowej p&#322;yty l&#261;dowiska, za p&#243;&#378;no przypomnia&#322; sobie o konieczno&#347;ci wytarcia lusterka i zaj&#261;&#322; si&#281; tym w momencie, kiedy rakieta wchodzi&#322;a w atmosfer&#281;.

Pilot Pirx nigdy takich rzeczy nie robi&#322;, co wa&#380;niejsze nie odczuwa&#322; nawet najmniejszej pokusy, aby splun&#261;&#263; w lustro a walka z ni&#261; te&#380; podobno doprowadza&#322;a niekt&#243;rych do ci&#281;&#380;kich wewn&#281;trznych zmaga&#324; z czego m&#243;g&#322;by si&#281; wy&#347;miewa&#263; tylko ten, kto nigdy nie by&#322; na samotnym patrolu. Pirx zawsze, nawet w czasie najci&#281;&#380;szej nudy, potrafi&#322; w ko&#324;cu wynale&#378;&#263; sobie co&#347; i wok&#243;&#322; tego owija&#322; wszystkie inne, popl&#261;tane i niewyra&#378;ne uczucia i my&#347;li, jak bardzo d&#322;ug&#261; i spl&#261;tan&#261; nitk&#281; wok&#243;&#322; twardego trzpienia.

Zegar zwyk&#322;y, mierz&#261;cy czas wskazywa&#322; jedenast&#261; w nocy. Za trzyna&#347;cie minut mia&#322; si&#281; znale&#378;&#263; na najbardziej odleg&#322;ym od s&#322;o&#324;ca odcinku swojej orbity. Kaszln&#261;&#322; par&#281; razy, aby sprawdzi&#263; mikrofon, na chybi&#322; trafi&#322; zaproponowa&#322; Kalkulatorowi, aby wyci&#261;gn&#261;&#322; czwarty pierwiastek z 8769983410567396, nawet nie popatrzy&#322; na wynik, kt&#243;ry Kalkulator poda&#322; z najwi&#281;kszym po&#347;piechem, miel&#261;c w swoich okienkach cyferki i potrz&#261;saj&#261;c nimi nerwowo, jakby od tego wyniku B&#243;g wie co zale&#380;a&#322;o, pomy&#347;la&#322;, &#380;e kiedy wyl&#261;duje, najpierw wyrzuci z rakiety przez klap&#281; r&#281;kawice tak sobie nast&#281;pnie zapali papierosa i p&#243;jdzie do mesy, gdzie ka&#380;e zaraz poda&#263; sobie co&#347; sma&#380;onego, ostrego, z czerwon&#261; papryk&#261;, i do tego du&#380;e piwo lubi&#322; piwo kiedy zobaczy&#322; &#347;wiate&#322;ko.

Patrza&#322; w lewy przedni ekran pozornie niewidz&#261;cym wzrokiem i by&#322; ju&#380; ca&#322;y duchem w mesie, nawet czu&#322; wo&#324; wysma&#380;onych dobrze ziemniaczk&#243;w przyrz&#261;dzano je specjalnie dla niego a jednak, ledwo &#347;wiate&#322;ko ww&#281;drowa&#322;o w g&#322;&#261;b ekranu, ca&#322;y spr&#281;&#380;y&#322; si&#281;, tak &#380;e gdyby nie pasy, na pewno pofrun&#261;&#322;by w g&#243;r&#281;.

Ekran mia&#322; okr&#261;g&#322;o metr &#347;rednicy i wygl&#261;da&#322; jak czarna studnia prawie w &#347;rodku &#347;wieci&#322;a Ro W&#281;&#380;ownika, a Drog&#281; Mleczn&#261; rozcina&#322; biegn&#261;cy do samego brzegu ekranu ciemny, podw&#243;jny rozziew pustki; po obu jego stronach pe&#322;no by&#322;o rozsypanego proszku gwiazd. W ten nieruchomy obraz wp&#322;yn&#261;&#322;, sun&#261;c miarowo, drobny &#347;wietlny punkt, drobny, ale daleko wyra&#378;niejszy od ka&#380;dej z gwiazd. Nie to, &#380;eby &#347;wieci&#322; szczeg&#243;lnie mocno Pirx dostrzeg&#322; go natychmiast, bo si&#281; porusza&#322;.

W przestrzeni spotyka si&#281; &#347;wietlne, ruchome punkty. S&#261; to pozycyjne &#347;wiat&#322;a rakiet. Normalnie rakiety nie zapalaj&#261; swoich &#347;wiate&#322;, a czyni&#261; to tylko na wezwanie radiowe, celem identyfikacji. Rakiety maj&#261; r&#243;&#380;ne &#347;wiata inne maj&#261; pasa&#380;erskie, inne towarowe, jeszcze inne szybkie balistyczne, patrolowe, s&#322;u&#380;by kosmicznej, tankowce i tak dalej. S&#261; to wszystko &#347;wiat&#322;a rozmaicie rozmieszczone i przer&#243;&#380;nych barw, z jednym wyj&#261;tkiem bia&#322;ej. Rakiety nie maj&#261; bia&#322;ych &#347;wiate&#322;ek, &#380;eby je mo&#380;na zawsze odr&#243;&#380;ni&#263; od gwiazd. Kiedy bowiem jedna rakieta leci dok&#322;adnie za drug&#261;, bia&#322;e &#347;wiat&#322;o pierwszej mog&#322;oby si&#281; wydawa&#263; widziane z drugiej nieruchome, a tego nale&#380;y unikn&#261;&#263;, bo lec&#261;cy z ty&#322;u pilot m&#243;g&#322;by zosta&#263; wprowadzony w b&#322;&#261;d.

&#346;wiate&#322;ko, kt&#243;re wp&#322;yn&#281;&#322;o leniwie w ekran, by&#322;o jednak zupe&#322;nie bia&#322;e Pirx poczu&#322;, &#380;e oczy wychodz&#261; mu poma&#322;u z orbit. Nawet nie mruga&#322;, tak si&#281; ba&#322;, &#380;e straci je z oczu. Kiedy go nareszcie zacz&#281;&#322;y piec, mrugn&#261;&#322; ale nic si&#281; nie zmieni&#322;o. Bia&#322;y punkt spokojnie sun&#261;&#322; przed siebie ju&#380; tylko kilkana&#347;cie centymetr&#243;w dzieli&#322;o go od przeciwleg&#322;ego brzegu ekranu. Minuta a znikn&#261;&#322;by z pola widzenia.

R&#281;ce pilota Pirxa chwyci&#322;y same, bez pomocy wzroku, za w&#322;a&#347;ciwe d&#378;wignie. Stos, pracuj&#261;cy dot&#261;d ja&#322;owo, nagle wzbudzony, da&#322; b&#322;yskawicznie odrzut. Przyspieszenie wgniot&#322;o Pirxa w g&#322;&#261;b g&#261;bczastego fotela; gwiazdy poruszy&#322;y si&#281; w ekranach, Droga Mleczna sp&#322;ywa&#322;a skosem w d&#243;&#322;, jakby naprawd&#281; by&#322;a mleczn&#261; drog&#261;, za to ruchome &#347;wiate&#322;ko przesta&#322;o si&#281; porusza&#263; dzi&#243;b rakiety szed&#322; za nim dok&#322;adnie, celowa&#322; w nie, jak nos go&#324;czego w zapad&#322;&#261; w chaszczach kuropatw&#281; co znaczy jednak wprawa!

Ca&#322;y manewr trwa&#322; niespe&#322;na dziesi&#281;&#263; sekund.

Do tej pory pilot Pirx nie zd&#261;&#380;y&#322; jeszcze w og&#243;le pomy&#347;le&#263; teraz przysz&#322;o mu po raz pierwszy do g&#322;owy, &#380;e to, co widzi, musi by&#263; halucynacj&#261;, bo takie rzeczy si&#281; nie zdarzaj&#261;. My&#347;l ta przynosi&#322;a mu zaszczyt. !Na og&#243;&#322; ludzie pok&#322;adaj&#261; nadmierne zaufanie we w&#322;asnych zmys&#322;ach i kiedy zobacz&#261; na ulicy zmar&#322;ego znajomego, gotowi s&#261; raczej przypuszcza&#263;, &#380;e zmartwychwsta&#322;, ani&#380;eli &#380;e sami zwariowali.

Pilot Pirx wsadzi&#322; r&#281;k&#281; do zewn&#281;trznej kieszeni w obudowie fotela, wydoby&#322; stamt&#261;d ma&#322;y flakonik, wsadzi&#322; sobie do nosa jego dwie szklane rureczki i poci&#261;gn&#261;&#322;, a&#380; oczy zasz&#322;y mu &#322;zami. Psychran przerywa&#322; podobno nawet kataleptyczne stany jog&#243;w i widzenia &#347;wi&#281;tych pa&#324;skich. &#346;wiate&#322;ko jednak dalej sun&#281;&#322;o w &#347;rodku lewego ekranu przed oczami Pirxa. Poniewa&#380; zrobi&#322;, co do niego nale&#380;a&#322;o wpu&#347;ci&#322; flaszeczk&#281; na swoje miejsce, pomanewrowa&#322; leciutko sterami, a gdy si&#281; upewni&#322;, &#380;e idzie za nim zbie&#380;nym kursem, spojrza&#322; na radar, &#380;eby oceni&#263; odleg&#322;o&#347;&#263; tego &#347;wiec&#261;cego przedmiotu.

I tu by&#322; drugi wstrz&#261;s bo tarcza meteoradaru by&#322;a pusta zielonkawy promie&#324; wodz&#261;cy, &#347;wiec&#261;c jak bardzo mocno nas&#322;oneczniona smuga fosforu, biega&#322; sobie po tarczy w ko&#322;o, wci&#261;&#380; w ko&#322;o, i nie pokazywa&#322; najmniejszej po&#347;wiaty nic, ale to zupe&#322;nie nic.

Pilot Pirx nie pomy&#347;la&#322; oczywi&#347;cie, &#380;e ma przed sob&#261; ducha ze &#347;wiec&#261;c&#261; aureol&#261;. W og&#243;le nie wierzy&#322; w duchy, chocia&#380; w pewnych okoliczno&#347;ciach opowiada&#322; o nich niekt&#243;rym znajomym kobietom ale w tych wypadkach nie chodzi&#322;o o spirytyzm.

Pirx pomy&#347;la&#322; po prostu, &#380;e to, za czym leci, nie jest martwym cia&#322;em kosmicznym, bo takie cia&#322;a zawsze odbijaj&#261; wi&#261;zk&#281; radarowych promieni. Tylko przedmioty sporz&#261;dzone sztucznie i poci&#261;gni&#281;te specjaln&#261; substancj&#261;, kt&#243;ra poch&#322;ania, wygasza i rozprasza centymetrowe fale, nie daj&#261; &#380;adnego echa optycznego.

Pilot Pirx odchrz&#261;kn&#261;&#322; i powiedzia&#322; miarowo, czuj&#261;c, jak jego poruszaj&#261;ca si&#281; krta&#324; delikatnie naciska umieszczony na niej laryngofon:

AMU sto jedena&#347;cie Patrol do obiektu lec&#261;cego w sektorze tysi&#261;c sto dwa koma dwa, kursem przybli&#380;onym na sektor tysi&#261;c czterysta cztery, z jednym bia&#322;ym &#347;wiat&#322;em pozycyjnym. Prosz&#281; poda&#263; swoje CQD. Prosz&#281; poda&#263; swoje CQD. Odbi&#243;r.

I czeka&#322;, co b&#281;dzie dalej.

Mija&#322;y sekundy, minuty nie by&#322;o &#380;adnej odpowiedzi. Pilot Pirx zauwa&#380;y&#322; za to, &#380;e &#347;wiate&#322;ko blednie wi&#281;c si&#281; od niego oddala. Odleg&#322;o&#347;ciomierz radarowy nie m&#243;g&#322; mu nic powiedzie&#263;, ale mia&#322; jeszcze, jako rezerw&#281;, cho&#263; prymitywn&#261; Odleg&#322;o&#347;ciomierz optyczny. Wysun&#261;&#322; nog&#281; daleko w prz&#243;d i nacisn&#261;&#322; peda&#322;. Odleg&#322;o&#347;ciomierz zjecha&#322; z g&#243;ry by&#322; podobny do lornety. Pirx przyci&#261;gn&#261;&#322; go lew&#261; r&#281;k&#261; do oczu i zacz&#261;&#322; nastawia&#263; ostro&#347;&#263;.

Z&#322;apa&#322; &#347;wiate&#322;ko w obiektywie prawie natychmiast a tak&#380;e co&#347; wi&#281;cej. W polu widzenia uros&#322;o mu teraz i by&#322;o tak du&#380;e jak groszek, ogl&#261;dany z pi&#281;ciu metr&#243;w, a wi&#281;c, jak na stosunki panuj&#261;ce w pr&#243;&#380;ni, by&#322;o po prostu olbrzymie. Poza tym przez jego okr&#261;g&#322;&#261;, ale jak gdyby odrobin&#281; sp&#322;aszczon&#261; powierzchni&#281; przep&#322;ywa&#322;y z wolna od prawej strony ku lewej drobniutkie przy&#263;mienia jak gdyby, na przyk&#322;ad, kto&#347; porusza&#322; grubym, czarnym w&#322;osem tu&#380; przed samym obiektywem odleg&#322;o&#347;ciomierza. Te przy&#263;mienia by&#322;y w&#322;a&#347;nie takie mg&#322;awe, niewyra&#378;ne, ale ich ruch pozostawa&#322; bez zmiany wci&#261;&#380; przesuwa&#322;y si&#281; od prawej ku lewej.

Pirx zacz&#261;&#322; kr&#281;ci&#263; regulatorem, ale okaza&#322;o si&#281;, &#380;e &#347;wietlna plamka nie chce si&#281; w og&#243;le dok&#322;adnie wyostrzy&#263; wi&#281;c drugim pryzmatem, s&#322;u&#380;&#261;cym specjalnie do tego celu, przepo&#322;owi&#322; j&#261; i zacz&#261;&#322; naprowadza&#263; na siebie obie przesuni&#281;te po&#322;&#243;wki, a gdy mu si&#281; to; uda&#322;o, zerkn&#261;&#322; na skal&#281; i os&#322;upia&#322; po raz trzeci. &#346;wiec&#261;cy obiekt lecia&#322; o cztery kilometry od rakiety! To tak, jakby kto&#347; znalaz&#322; si&#281;, jad&#261;c bardzo szybko samochodem wy&#347;cigowym, o pi&#281;&#263; milimetr&#243;w od innego auta odleg&#322;o&#347;&#263; tak&#261; uwa&#380;a si&#281; w pr&#243;&#380;ni za r&#243;wnie niebezpieczn&#261; i niedozwolon&#261;.

Pirxowi pozostawa&#322;o ju&#380; niewiele do zrobienia. Nakierowa&#322; wska&#378;nik zewn&#281;trznej termopary na &#347;wiate&#322;ko zdalnie poruszan&#261; d&#378;wigni&#261; przesuwa&#322; celownik, a&#380; pokry&#322; dok&#322;adnie mleczno ja&#347;niej&#261;cy punkt i k&#261;tem oka chwyci&#322; wynik: 24 stopnie w skali Kelwina. Znaczy&#322;o to, &#380;e &#347;wiate&#322;ko ma temperatur&#281; otaczaj&#261;cej pr&#243;&#380;ni wszystkiego o 24 stopnie wy&#380;sz&#261; od zera absolutnego.

Teraz by&#322; ju&#380; w&#322;a&#347;ciwie zupe&#322;nie pewny, &#380;e &#347;wiate&#322;ko nie mo&#380;e istnie&#263;, &#347;wieci&#263;, a tym bardziej porusza&#263; si&#281; poniewa&#380; jednak p&#322;ywa&#322;o mu przed nosem, ci&#261;gn&#261;&#322; za nim dalej.

S&#322;ab&#322;o coraz wyra&#378;niej i coraz szybciej. Po minucie stwierdzi&#322;, &#380;e oddali&#322;o si&#281; na sto kilometr&#243;w i zwi&#281;kszy&#322; szybko&#347;&#263;.

Wtedy sta&#322;a si&#281; rzecz bodaj &#380;e najdziwniejsza. &#346;wiate&#322;ko najpierw dawa&#322;o si&#281; dogania&#263;. Mia&#322; je na 80, 70, 50, 30 kilometr&#243;w od dziobu. Potem znowu wysz&#322;o do przodu. Zwi&#281;kszy&#322; szybko&#347;&#263; do 75 kilometr&#243;w na sekund&#281;. &#346;wiate&#322;ko robi&#322;o 76. Pirx znowu doda&#322; ci&#261;gu ale ju&#380; nie jak kroplomierzem. Da&#322; p&#243;&#322; mocy w dysze i wystrzeli&#322;o go naprz&#243;d. Potr&#243;jne ci&#261;&#380;enie ziemskie wgniot&#322;o go w poduszki fotela. AMU mia&#322; ma&#322;&#261; mas&#281; spoczynkow&#261;, rozp&#281;dza&#322; si&#281; w tempie samochodu wy&#347;cigowego. Za chwil&#281; robi&#322; ju&#380; 140. &#346;wiate&#322;ko robi&#322;o 140,5.

Pilot Pirx poczu&#322;, &#380;e zaczyna mu si&#281; robi&#263; gor&#261;co. Da&#322; pe&#322;ny ci&#261;g. AMU 111 za&#347;piewa&#322; ca&#322;y jak tr&#261;cona struna ruchomego sklepienia gwiazd, pe&#322;z&#322; szybko w g&#243;r&#281;: 155 168 177 190 200.

Przy dwustu Pirx spojrza&#322; w odleg&#322;o&#347;ciomierz, co by&#322;o prawdziwym wyczynem, godnym lekkoatlety-dziesi&#281;cioboisty, bo przyspieszenie wynosi&#322;o 4g.

&#346;wiate&#322;ko wyra&#378;nie zbli&#380;a&#322;o si&#281; ros&#322;o mia&#322; je najpierw na kilkunastu, potem na dziesi&#281;ciu, wreszcie na sze&#347;ciu kilometrach chwila, a znalaz&#322;o si&#281; na trzech. By&#322;o teraz wi&#281;ksze, jak groszek widziany z odleg&#322;o&#347;ci wyci&#261;gni&#281;tej r&#281;ki. Mg&#322;awe za&#263;mienia wci&#261;&#380; przesuwa&#322;y si&#281; przez jego tarcz&#281;. Blask mia&#322;o por&#243;wnywalny z gwiazdami drugiej wielko&#347;ci ale by&#322;o tarczk&#261;, nie punktem jak gwiazda.

AMU 111 dawa&#322; z siebie wszystko. Pirx by&#322; z niego dumny. W ma&#322;ej sterowni nic nie zadr&#380;a&#322;o nawet przy skoku na pe&#322;n&#261; moc ani &#347;ladu wibracji! Odrzut by&#322; idealnie w osi, polerowanie dysz doskona&#322;e, stos ci&#261;gn&#261;&#322; jak szatan.

&#346;wiate&#322;ko wci&#261;&#380; si&#281; zbli&#380;a&#322;o teraz nadzwyczaj powoli. By&#322;o ju&#380; o dwa kilometry kiedy Pirx zacz&#261;&#322; bardzo szybko my&#347;le&#263;.

Ca&#322;a ta historia by&#322;a bardzo dziwna. &#346;wiate&#322;ko nie nale&#380;a&#322;o do &#380;adnego ziemskiego statku. Kosmiczni korsarze? &#346;mia&#322; si&#281; z nich. Nie ma &#380;adnych kosmicznych korsarzy, a zreszt&#261; co by robili w sektorze bardziej pustym od starej beczki? &#346;wiate&#322;ko porusza&#322;o si&#281; z wielk&#261; szybko&#347;ci&#261; w szerokich granicach, mia&#322;o zryw tak ostry jak hamowanie. Kiedy chcia&#322;o, ucieka&#322;o przed nim, a teraz dawa&#322;o si&#281; z wolna dogania&#263;. I to nie spodoba&#322;o mu si&#281; najbardziej. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e tak zachowuje si&#281; przyn&#281;ta. Na przyk&#322;ad robaczek na haczyku przed samym nosem ryby.

I, oczywi&#347;cie, natychmiast pomy&#347;la&#322; o haczyku.

Czekaj&#380;e, kochany powiedzia&#322; do siebie Pirx i znienacka da&#322; takie hamowanie, jakby w&#322;a&#347;nie wyskoczy&#322;a przed nim co najmniej planetoida chocia&#380; radar wci&#261;&#380; by&#322; pusty, a ekrany nie wskazywa&#322;y nic. Mimo &#380;e odruchowo zgi&#261;&#322; kark i przyci&#261;gn&#261;&#322; brod&#261; do piersi, jak m&#243;g&#322;, czuj&#261;c zarazem, &#380;e automat b&#322;yskawicznie wype&#322;nia jego kombinezon dodatkow&#261; porcj&#261; spr&#281;&#380;onego tlenu, by przeciwdzia&#322;a&#263; szokowi deceleracji na dobr&#261; chwil&#281; zamroczy&#322;o go.

Wskaz&#243;wka grawimetru skoczy&#322;a na minus 7, zachybota&#322;a i spe&#322;z&#322;a powoli na minus 4. AMU 111 wytraci&#322; prawie trzeci&#261; cz&#281;&#347;&#263; szybko&#347;ci robi&#322; ju&#380; tylko 145 kilometr&#243;w na sekund&#281;.

Gdzie by&#322;o &#347;wiate&#322;ko? Przez moment zaniepokoi&#322; si&#281;, &#380;e w og&#243;le je zgubi&#322;. Nie, by&#322;o. Ale daleko. Celownik optyczny pokazywa&#322; odleg&#322;o&#347;&#263; 240 kilometr&#243;w. Wi&#281;cej przelatywa&#322; w dwu sekundach. A zatem natychmiast po jego manewrze ono te&#380; zredukowa&#322;o gwa&#322;townie szybko&#347;&#263;!

Wtedy p&#243;&#378;niej sam si&#281; dziwi&#322;, &#380;e dopiero wtedy przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e to jest pewno w&#322;a&#347;nie owo zagadkowe co&#347;, kt&#243;re spotkali na swych patrolowych lotach Thomas i Wilmer.

Do tej chwili w og&#243;le nie my&#347;la&#322; o niebezpiecze&#324;stwie. Teraz nagle zdj&#261;&#322; go l&#281;k. Trwa&#322;o to bardzo kr&#243;tko. Oczywi&#347;cie, takie rzeczy nie mog&#261; si&#281; zdarza&#263; ale gdyby to jednak by&#322;o &#347;wiat&#322;o obcego statku, nie pochodz&#261;cego z Ziemi? Zbli&#380;a&#322;o si&#281; do niego wyra&#378;nie, redukowa&#322;o szybko&#347;&#263;, mia&#322; je na 60 50 30 kilometr&#243;w sam doda&#322; odrobin&#281; i a&#380; si&#281; zdumia&#322;, jak momentalnie uros&#322;o wisia&#322;o mu na dwu kilometrach przed dziobem, znowu by&#322;o tu&#380;!

Z drugiej strony fotela znajdowa&#322;a si&#281; w kieszeni lorneta, nocna, dwudziestoczterokrotna u&#380;ywa si&#281; jej tylko wyj&#261;tkowo, kiedy na przyk&#322;ad popsuje si&#281; radar i trzeba podej&#347;&#263; do jakiego&#347; satelity od jego ciemnej strony. Ale teraz bardzo si&#281; przyda&#322;a. Powi&#281;kszenie by&#322;o takie, &#380;e mia&#322; &#347;wiate&#322;ko jakby niespe&#322;na sto metr&#243;w przed sob&#261; by&#322;a to niewielka tarcza, bia&#322;a jak mleko, ale jak mleko rozwodnione, mniejsza od widzianego z Ziemi Ksi&#281;&#380;yca. P&#322;yn&#281;&#322;y przez ni&#261; pionowe smu&#380;ki przy&#263;mie&#324;. A gwiazdy, kiedy je zakrywa&#322;a, nie znika&#322;y od razu, ale dopiero po pewnej chwili, jak gdyby sam r&#261;bek bia&#322;ej tarczki by&#322; troch&#281; bardziej rozrzedzony i przezroczysty od jej &#347;rodka.

Ale wok&#243;&#322; mlecznej tarczki nic nie przes&#322;ania&#322;o &#347;wiat&#322;a gwiazd. Na sto metr&#243;w w lornecie zobaczy&#322;by statek wielko&#347;ci szuflady. Nie by&#322;o tam nic. &#379;adnego statku. Nie stanowi&#322;a niczyjego &#347;wiat&#322;a pozycyjnego ani wylotowego. Na pewno nie. Po prostu samodzielne, lataj&#261;ce, bia&#322;e &#347;wiate&#322;ko. Mo&#380;na by&#322;o zwariowa&#263;.

Poczu&#322; ogromn&#261; ch&#281;&#263; strzelenia w mleczn&#261; tarczk&#281;. Nie by&#322;o to &#322;atwe, poniewa&#380; na AMU 111 nie ma &#380;adnej broni. Regulamin nie przewiduje jej u&#380;ycia. Pirx mia&#322; tylko dwie rzeczy, kt&#243;re m&#243;g&#322; wystrzeli&#263; z kabiny: samego siebie i balonik-sond&#281;. Statki patrolowe s&#261; tak skonstruowane, &#380;e pilot mo&#380;e wystrzeli&#263; siebie w hermetycznej os&#322;onie na wst&#281;gowym deceleratorze. Robi to tylko w ostateczno&#347;ci i, naturalnie, wystrzeliwszy si&#281; z rakiety, nie mo&#380;na ju&#380; do niej wr&#243;ci&#263;. Pozostawa&#322; wi&#281;c balonik-sonda. Jest to urz&#261;dzenie bardzo proste cienko&#347;cienny balon gumowy, pusty, zwini&#281;ty tak ciasno, &#380;e przypomina oszczep. Pokryty jest aluminiowym natryskiem, &#380;eby go lepiej by&#322;o wida&#263;. Cz&#281;sto trudno jest polega&#263; na wskazaniach aerodynamometru, czy wchodzi si&#281; ju&#380; w atmosfer&#281; planety, czy jeszcze nie. Pilot chce zreszt&#261; wiedzie&#263;, i to jest najwa&#380;niejsze, czy rozrzedzony gaz nie rozpo&#347;ciera si&#281; w&#322;a&#347;nie przed nim tam, dok&#261;d leci. Wtedy wyrzuca balonik, kt&#243;ry nadyma si&#281; automatycznie i p&#281;dzi z szybko&#347;ci&#261; nieco wi&#281;ksz&#261; od szybko&#347;ci statku. Wida&#263; go jako jasn&#261; plamk&#281; nawet na pi&#281;&#263; sze&#347;&#263; kilometr&#243;w. Je&#380;eli wpadnie w rozrzedzony gaz, nawet bardzo rozrzedzony, zaczyna si&#281; grza&#263; od tarcia i p&#281;ka. W&#243;wczas pilot wie, &#380;e trzeba rozpocz&#261;&#263; hamowanie. Pirx usi&#322;owa&#322; wycelowa&#263; dziobem w mg&#322;aw&#261; tarczk&#281;. Nie m&#243;g&#322; mierzy&#263; radarem, wi&#281;c u&#380;y&#322; celownika optycznego. Trafi&#263; tak ma&#322;y przedmiot na odleg&#322;o&#347;&#263; prawie dwu kilometr&#243;w jest niezmiernie trudno. Mimo to usi&#322;owa&#322; strzeli&#263; ale tarczka nie chcia&#322;a mu si&#281; ustawi&#263; do strza&#322;u. Ilekro&#263; zaczyna&#322;, manewruj&#261;c delikatnie dysz&#261; odchylaj&#261;c&#261;, przesuwa&#263; dzi&#243;b AMU tarczka spokojnie odsuwa&#322;a si&#281; w bok i znowu mkn&#281;&#322;a przed nim w &#347;rodku lewego ekranu gwiazdowego. Wykona&#322;a ten manewr cztery razy pod rz&#261;d za ka&#380;dym nast&#281;pnym nieco szybciej, jakby coraz lepiej orientowa&#322;a si&#281; w jego zamiarach. Nie &#380;yczy&#322;a sobie mie&#263; dzi&#243;b AMU wycelowany w siebie dok&#322;adnie lecia&#322;a z drobnym, bocznym odchyleniem.

To by&#322;o fantastyczne. &#379;eby dostrzec drobny ruch jego dzioba z odleg&#322;o&#347;ci dwu kilometr&#243;w, tarczka musia&#322;aby rozporz&#261;dza&#263; jakim&#347; gigantycznym teleskopem kt&#243;rego nie widzia&#322; ani &#347;ladu. Mimo to wykonywa&#322;a uniki mo&#380;e z p&#243;&#322;sekundowym op&#243;&#378;nieniem.

Niepok&#243;j jego r&#243;s&#322;. Zrobi&#322; ju&#380; wszystko, co m&#243;g&#322; zrobi&#263;, &#380;eby zidentyfikowa&#263; ten niesamowity, lataj&#261;cy obiekt i nie posun&#261;&#322; si&#281; ani o w&#322;os. I wtedy siedz&#261;c nieruchomo, z r&#281;kami cierpn&#261;cymi poma&#322;u na d&#378;wigniach pomy&#347;la&#322; naraz, &#380;e z tamtymi musia&#322;o by&#263; w&#322;a&#347;nie tak samo. &#379;e spotkali &#347;wiate&#322;ko usi&#322;owali wywo&#322;a&#263; jego CQD, s&#261;dz&#261;c, &#380;e maj&#261; przed sob&#261; jaki&#347; dziwny statek &#380;e, gdy nie odpowiada&#322;o, pogonili za nim coraz szybciej &#380;e pewno tak, jak on, badali je przez lornet&#281; i dostrzegli smu&#380;&#261;ce po tarczy, delikatne przy&#263;mienia mo&#380;e nawet strzelali do niego balonami-sondami, a potem zrobili co&#347; takiego, &#380;e ju&#380; nie wr&#243;cili.

Kiedy sobie u&#347;wiadomi&#322;, jak bliski jest tego samego losu, poczu&#322; nie strach nawet, ale rozpacz. By&#322;o to ca&#322;kiem jak w koszmarnym &#347;nie przez chwil&#281; nie wiedzia&#322;, czy jest sob&#261;, Pirxem, czy Wilmerem albo Thomasem. Bo wtedy musia&#322;o by&#263; dok&#322;adnie tak samo jak teraz nie mia&#322; najmniejszej w&#261;tpliwo&#347;ci. Siedzia&#322; jak sparali&#380;owany, pe&#322;en dog&#322;&#281;bnej pewno&#347;ci, &#380;e nie ma ju&#380; ratunku. Najokropniejsze za&#347; by&#322;o to, &#380;e &#380;adnego niebezpiecze&#324;stwa nie m&#243;g&#322; si&#281; nawet domy&#347;li&#263; przestrze&#324; pusta Pusta?

Tak, sektor by&#322; pusty, ale goni&#322; przecie&#380; za &#347;wiate&#322;kiem przesz&#322;o godzin&#281;, dochodz&#261;c do 230 kilometr&#243;w na sekund&#281;! By&#263; mo&#380;e nie, nawet ca&#322;kiem prawdopodobnie znalaz&#322; si&#281; ju&#380; na samej granicy sektora albo j&#261; nawet min&#261;&#322;. Co by&#322;o dalej? Nast&#281;pny sektor 1009, dalszych p&#243;&#322;tora tryliona kilometr&#243;w pr&#243;&#380;ni. Pr&#243;&#380;nia, ze wszystkich stron na miliony kilometr&#243;w nic, tylko pr&#243;&#380;nia a w odleg&#322;o&#347;ci dwu kilometr&#243;w od jego dziobu ta&#324;czy&#322;o bia&#322;e &#347;wiate&#322;ko. Zacz&#261;&#322; ze wszystkich si&#322; my&#347;le&#263;, co mogli zrobi&#263; teraz w&#322;a&#347;nie teraz Wilmer albo Thomas. Wilmer i Thomas. Bo on musi zrobi&#263; co&#347; ca&#322;kiem innego. Inaczej nie wr&#243;ci.

Nacisn&#261;&#322; jeszcze raz hamownice. Strza&#322;ka drga&#322;a. Lecia&#322; coraz wolniej. Mia&#322; ju&#380; tylko 30, 22, 13, 5 kilometr&#243;w na sekund&#281;. Ju&#380; tylko 0,9. Ju&#380; ledwo kilkaset metr&#243;w na sekund&#281; wska&#378;nik dr&#380;a&#322; delikatnie nad zerem. W rozumieniu regulaminu zastopowa&#322;. W pr&#243;&#380;ni zawsze ma si&#281; jak&#261;&#347; szybko&#347;&#263; wzgl&#281;dem czego&#347;. Stan&#261;&#263; jak s&#322;up wbity w ziemi&#281; nie mo&#380;na. &#346;wiate&#322;ko zmniejsza&#322;o si&#281;. Zostawa&#322;o coraz dalej i dalej by&#322;o coraz bledsze potem przesta&#322;o male&#263;.

Zacz&#281;&#322;o rosn&#261;&#263; znowu si&#281; powi&#281;ksza&#322;o a&#380; zatrzyma&#322;o si&#281; jak on. W odleg&#322;o&#347;ci dwu kilometr&#243;w od jego dziobu.

Czego nie zrobiliby Wilmer i Thomas? Czego na pewno by nie zrobili? Nie uciekaliby przed takim ma&#322;ym, parszywym, idiotycznym &#347;wiate&#322;kiem, przed g&#322;upi&#261;, mleczn&#261; plamk&#261;!

Nie chcia&#322; zawraca&#263; gdyby zrobi&#322; zwrot, straci&#322;by je z oczu mia&#322;by je za ruf&#261;, a to, co dzieje si&#281; za ruf&#261;, trudniej jest obserwowa&#263; trzeba wykr&#281;ca&#263; g&#322;ow&#281; do bocznego ekranu. A zreszt&#261; nie chcia&#322; go mie&#263; za ruf&#261;. Chcia&#322; je dok&#322;adnie, bez przerwy widzie&#263;. A wi&#281;c ruszy&#322; ty&#322;em u&#380;ywaj&#261;c dysz hamowniczych jako nap&#281;dowych. Takie rzeczy te&#380; musi si&#281; umie&#263; to nale&#380;y do elementarnego pilota&#380;u. Mia&#322; minus l g, minus 1,6, minus 2, rakieta nie sz&#322;a tak idealnie jak na zwyk&#322;ym ci&#261;gu. Dzi&#243;b chodzi&#322; odrobin&#281; na boki hamownice s&#261; do zwalniania, nie do nap&#281;dzania statku.

&#346;wiate&#322;ko jak gdyby si&#281; zawaha&#322;o. Zostawi&#322; je przez kilka sekund malej&#261;ce w przestrzeni, zakry&#322;o na chwil&#281; Alf&#281; Eridana, zesz&#322;o z niej, pl&#261;sa&#322;o mi&#281;dzy ma&#322;ymi bezimiennymi gwiazdami i poci&#261;gn&#281;&#322;o za nim.

Nie chcia&#322;o si&#281; odczepi&#263;.

Tylko spokojnie pomy&#347;la&#322; co mi mo&#380;e w ko&#324;cu zrobi&#263;? Takie ma&#322;e, &#347;wiec&#261;ce g&#243;wno. Co mnie to wszystko razem obchodzi? Mam patrolowa&#263; sektor. Niech je cholera we&#378;mie.

My&#347;la&#322; tak, ale, oczywista rzecz, ani na moment nie spuszcza&#322; oczu ze &#347;wiate&#322;ka. Od chwili spotkania up&#322;yn&#281;&#322;y ju&#380; prawie dwie godziny. Chwilami oczy zaczyna&#322;y go piec i troch&#281; &#322;zawi&#322;y. Wytrzeszcza&#322; je, jak m&#243;g&#322;, i wci&#261;&#380; lecia&#322; ty&#322;em. Ty&#322;em nie mo&#380;na lecie&#263; za szybko. Hamownice nie s&#261; obliczone na ci&#261;g&#322;&#261; prac&#281;. Lecia&#322; wi&#281;c na o&#347;miu kilometrach na sekund&#281; i poci&#322; si&#281;.

Od pewnego czasu czu&#322;, &#380;e co&#347; si&#281; robi z jego szyj&#261; jak gdyby kto&#347; odci&#261;ga&#322; mu szczypczykami sk&#243;r&#281; podgardla w d&#243;&#322;, ku klatce piersiowej, i sch&#322;o mu troch&#281; w ustach nie zwraca&#322; na to uwagi, mia&#322; co&#347; wa&#380;niejszego na g&#322;owie od suchych ust i szczypania sk&#243;ry na szyi. Potem par&#281; razy zrobi&#322;o mu si&#281; dziwnie przesta&#322; czu&#263; po&#322;o&#380;enie w&#322;asnych r&#261;k. Nogi czu&#322;. Prawa naciska&#322;a peda&#322; hamownicy.

Pr&#243;bowa&#322; poruszy&#263; r&#281;kami, bo nie chcia&#322; spu&#347;ci&#263; oczu ze &#347;wiate&#322;ka. Podchodzi&#322;o jak gdyby bli&#380;ej mo&#380;e 1,9 kilometra od dziobu, mo&#380;e 1,8. Dogania&#322;o go?

Chcia&#322; podnie&#347;&#263; r&#281;k&#281; nie m&#243;g&#322;. Drug&#261; nie to nawet, &#380;eby nie m&#243;g&#322;! Nie czu&#322; swoich r&#261;k jak gdyby w og&#243;le nie istnia&#322;y. Chcia&#322; popatrze&#263; na nie kark ani drgn&#261;&#322;. By&#322; napi&#281;ty, sztywny jak pie&#324;.

Chwyci&#322;a go panika. Dlaczego do tej pory nie zrobi&#322; tego, co by&#322;o jego &#347;wi&#281;tym obowi&#261;zkiem? Dlaczego, po spotkaniu &#347;wiate&#322;ka, nie wywo&#322;a&#322; natychmiast przez radio Bazy i nie zameldowa&#322; o nim?

Bo si&#281; wstydzi&#322;. Wilmer i Thomas na pewno tak&#380;e si&#281; wstydzili. M&#243;g&#322; sobie wyobrazi&#263; &#347;miech, kt&#243;ry wybuch&#322;by w kabinie nas&#322;uchu. &#346;wiate&#322;ko! Bia&#322;e &#347;wiate&#322;ko, kt&#243;re najpierw ucieka przed statkiem, a potem goni go! Rzeczywi&#347;cie! Powiedzieliby mu, &#380;eby si&#281; uszczypn&#261;&#322; i zbudzi&#322;.

Teraz by&#322;o mu wszystko jedno raz jeszcze spojrza&#322; w ekran i powiedzia&#322;: AMU 111 Patrol do Bazy

To znaczy: chcia&#322; powiedzie&#263;. Ale nie m&#243;g&#322;. G&#322;os nie wydoby&#322; mu si&#281; &#380; gard&#322;a tylko jaki&#347; nieartyku&#322;owany be&#322;kot. Wyt&#281;&#380;y&#322; wszystkie si&#322;y z jego ust buchn&#261;&#322; ryk. Wtedy po raz pierwszy oczy jego zesz&#322;y z gwiazdowego ekranu i pad&#322;y na lustro. Przed nim, w fotelu pilota, w okr&#261;g&#322;ej, &#380;&#243;&#322;tej haubie, siedzia&#322; potw&#243;r. Mia&#322; olbrzymie, obrz&#281;k&#322;e, wyba&#322;uszone oczy, pe&#322;ne piekielnej grozy, rozdarte na boki i w d&#243;&#322; &#380;abie usta be&#322;ta&#322; si&#281; w nich ciemny j&#281;zyk. Zamiast szyi drga&#322;y mu jakie&#347; napi&#281;te struny, dygoc&#261;ce bez ustanku, tak &#380;e dolna szcz&#281;ka ton&#281;&#322;a w nich i ta maszkara o szarej, puchn&#261;cej gwa&#322;townie twarzy, rycza&#322;a.

Usi&#322;owa&#322; zamkn&#261;&#263; oczy nie m&#243;g&#322;. Chcia&#322; spojrze&#263; z powrotem w ekran nie m&#243;g&#322;. Potw&#243;r, przykr&#281;powany do fotela, drga&#322; coraz gwa&#322;towniej, jakby chcia&#322; rozerwa&#263; pasy. Pirx patrza&#322; na niego bo nic innego nie m&#243;g&#322; zrobi&#263;. Sam nie czu&#322; &#380;adnych drgawek nic. Czu&#322; tylko, &#380;e zaczyna si&#281; dusi&#263; &#380;e nie mo&#380;e wci&#261;gn&#261;&#263; powietrza.

S&#322;ysza&#322; gdzie&#347; tu&#380; potworne zgrzytanie z&#281;b&#243;w. Przesta&#322; ju&#380; w og&#243;le by&#263; Pirxem nic nie wiedzia&#322;, nie mia&#322; nawet r&#261;k ani cia&#322;a, zosta&#322;a mu tylko noga, kt&#243;ra naciska&#322;a hamownic&#281;. Czu&#322;, &#380;e zostaje mu tylko wzrok, coraz m&#281;tniejszy, i &#380;e zaczynaj&#261; w nim p&#322;ywa&#263; liczne, malutkie, bia&#322;e &#347;wiate&#322;ka. Poruszy&#322; nog&#261;. Zaczyna&#322;a dr&#380;e&#263;. Podni&#243;s&#322; j&#261;. Opu&#347;ci&#322;. Potw&#243;r w lustrze by&#322; szary jak popi&#243;&#322; toczy&#322; z g&#281;by pian&#281;. Oczy wylaz&#322;y mu ca&#322;kiem z orbit. Drga&#322;.

Zrobi&#322; wtedy to jedyne, co jeszcze m&#243;g&#322;. Zamachn&#261;&#322; si&#281; nog&#261;, wyrzuci&#322; j&#261; w g&#243;r&#281; i z ca&#322;ej si&#322;y kopn&#261;&#322; si&#281; kolanem w twarz. Poczu&#322; okropny, &#347;widruj&#261;cy b&#243;l zmia&#380;d&#380;onych ust, krew buchn&#281;&#322;a mu na brod&#281;, o&#347;lep&#322;. Aaaaa rz&#281;zi&#322;. Aaaaa. To by&#322; jego g&#322;os.

B&#243;l znik&#322; gdzie&#347;, znowu nic nie czu&#322;. Co si&#281; dzia&#322;o? Gdzie by&#322;? Nie by&#322;o go nigdzie. Nie by&#322;o nic

T&#322;uk&#322;, masakrowa&#322; kolanem w&#322;asn&#261; twarz, wierzgaj&#261;c jak ob&#322;&#261;kany ale ryk usta&#322;. Us&#322;ysza&#322; w&#322;asny, &#322;kaj&#261;cy, krztusz&#261;cy si&#281; krwi&#261; krzyk.

Mia&#322; ju&#380; r&#281;ce. By&#322;y jak z. drewna i bola&#322;y tak strasznie przy ka&#380;dym ruchu, jakby pop&#281;ka&#322;y w nich wszystkie mi&#281;&#347;nie ale m&#243;g&#322; nimi rusza&#263;. Po omacku zgrabia&#322;ymi palcami zacz&#261;&#322; odpina&#263; pasy. Z&#322;apa&#322; si&#281; por&#281;czy. Wsta&#322;. Nogi trz&#281;s&#322;y si&#281; pod nim, ca&#322;e cia&#322;o mia&#322; jak porozbijane m&#322;otem. Chwyci&#322; si&#281; liny, przeci&#261;gni&#281;tej skosem przez sterowni&#281;, i podszed&#322; do lustra. Obur&#261;cz opar&#322; si&#281; o jego ram&#281;. W lustrze sta&#322; pilot Pirx.

Nie by&#322; ju&#380; szary twarz mia&#322; ca&#322;&#261; we krwi, z rozbitym, spuchni&#281;tym nosem. Krew lecia&#322;a z rozci&#281;tych ust. Policzki by&#322;y jeszcze sine, obrz&#281;k&#322;e, pod oczami czarne nabiegni&#281;cia, na szyi drga&#322;o co&#347; jeszcze pod sk&#243;r&#261;, ale coraz s&#322;abiej, s&#322;abiej i to by&#322; on, Pirx. Wyciera&#322; d&#322;ugo krew z brody, plu&#322;, kaszla&#322;, oddycha&#322; g&#322;&#281;boko, s&#322;aby jak dziecko.

Cofn&#261;&#322; si&#281;. Spojrza&#322; w ekran. Statek lecia&#322; wci&#261;&#380; ty&#322;em ju&#380; bez ci&#261;gu. Samym rozp&#281;dem. Bia&#322;a tarczka p&#322;yn&#281;&#322;a za nim, za dziobem, w odleg&#322;o&#347;ci dwu kilometr&#243;w.

Podszed&#322;, trzymaj&#261;c si&#281; liny, do fotela. Nie m&#243;g&#322; w og&#243;le my&#347;le&#263;. R&#281;ce zaczyna&#322;y mu si&#281; trz&#261;&#347;&#263;, dopiero teraz, ale to by&#322; zwyk&#322;y efekt, jaki nast&#281;puje po szoku to zna&#322;, tego si&#281; nie ba&#322;. Co&#347; zmieni&#322;o si&#281; przed samym fotelem

Wierzch kasety automatycznego nadajnika by&#322; wgnieciony. Pchn&#261;&#322; pokryw&#281; spad&#322;a. W &#347;rodku pe&#322;no potrzaskanych cz&#281;&#347;ci. Jak to si&#281; sta&#322;o? Chyba on sam kopn&#261;&#322; nadajnik. Kiedy?

Usiad&#322; w fotelu, w&#322;&#261;czy&#322; dysz&#281; odchylaj&#261;c&#261;, wszed&#322; w skr&#281;t.

Bia&#322;a tarczka zawaha&#322;a si&#281;, pop&#322;yn&#281;&#322;a przez ekran, dosz&#322;a do jego brzegu i, zamiast znikn&#261;&#263;, odbi&#322;a si&#281; od niego jak pi&#322;ka! Wr&#243;ci&#322;a na &#347;rodek!

Ty, bydl&#281;! krzykn&#261;&#322; z nienawi&#347;ci&#261; i obrzydzeniem.

I przez takie &#347;wi&#324;stwo omal sam nie przeszed&#322; na sta&#322;&#261; orbit&#281;!! Je&#380;eli &#347;wiate&#322;ko nie ucieka&#322;o przy skr&#281;cie poza ekran znaczy&#322;o to, rzecz prosta, &#380;e go w og&#243;le nie ma &#380;e produkuje je sam ekran. Bo ekran nie jest przecie&#380; oknem rakieta nie ma &#380;adnych okien. Ma urz&#261;dzenie telewizyjne na zewn&#261;trz, w pancerzu, s&#261; obiektywy, a w &#347;rodku aparatura, transformuj&#261;ca ich impulsy elektryczne w obraz na ekranie katodowym. Popsu&#322;a si&#281;? W taki dziwny spos&#243;b? Czy u Wilmera i Thomasa te&#380;? Jak to by&#322;o mo&#380;liwe? I co si&#281; z nimi potem sta&#322;o? W tej chwili mia&#322; co innego na g&#322;owie. W&#322;&#261;czy&#322; awaryjny nadajnik.

AMU 111 Patrol do Bazy powiedzia&#322;. AMU 111 Patrol do Bazy. Jestem na granicy sektor&#243;w 1009 i 1010, strefa r&#243;wnikowa, wracam po wykryciu awarii Kiedy Pirx wyl&#261;dowa&#322; w sze&#347;&#263; godzin p&#243;&#378;niej, rozpocz&#281;&#322;y si&#281; wielkie badania, kt&#243;re trwa&#322;y miesi&#261;c. Najpierw specjali&#347;ci zabrali si&#281; do aparatury telewizyjnej. By&#322;a to nowa, udoskonalona aparatura wszystkie AMU Patrolu mia&#322;y tak&#261;. Zamontowano j&#261; przed rokiem i sprawowa&#322;a si&#281; &#347;wietnie. Nigdy nie by&#322;o najmniejszego defektu.

Po wielu m&#281;kach elektronicy wykryli wreszcie mechanizm powstawania &#347;wiate&#322;ka. Pr&#243;&#380;nia w rurach katodowych ekranu psu&#322;a si&#281; po kilku tysi&#261;cach godzin pracy na wewn&#281;trznej powierzchni ekranu powstawa&#322; &#322;adunek b&#322;&#261;dz&#261;cy, kt&#243;ry stwarza&#322;, kiedy patrza&#322;o si&#281; na ekran, obraz mlecznej plamki. &#321;adunek ten porusza&#322; si&#281; w &#347;rodku, podlegaj&#261;c dosy&#263; skomplikowanym prawid&#322;owo&#347;ciom. Kiedy statek rusza&#322; przed siebie du&#380;ym zrywem &#322;adunek rozlewa&#322; si&#281; na nieco wi&#281;kszej powierzchni, niejako rozp&#322;aszczony na wewn&#281;trznym szkle ekranu wygl&#261;da&#322;o wtedy, jakby plamka zbli&#380;a&#322;a si&#281; do rakiety. Kiedy dawa&#322;o si&#281; ci&#261;g odwrotny &#322;adunek odp&#322;ywa&#322; W g&#322;&#261;b rury a gdy przyspieszenie ustala&#322;o si&#281; i pozostawa&#322;o niezmienne, &#322;adunek powraca&#322; z wolna ku &#347;rodkowi tarczy. M&#243;g&#322; si&#281; te&#380; porusza&#263; po niej we wszystkich kierunkach, ale najch&#281;tniej skupia&#322; si&#281; w samym &#347;rodku je&#380;eli rakieta sz&#322;a po orbicie trwa&#322;ej, bez ci&#261;gu.

I tak dalej, i tak dalej badania &#322;adunku przeci&#261;ga&#322;y si&#281;, a jego dynamik&#281; opisywa&#322;y sze&#347;ciopi&#281;trowe wzory. Okaza&#322;o si&#281; te&#380;, &#380;e silniejsze bod&#378;ce &#347;wietlne rozpraszaj&#261; &#322;adunek. Koncentrowa&#322; si&#281; tylko, gdy nat&#281;&#380;enie impuls&#243;w, przyjmowanych przez rur&#281;, by&#322;o nadzwyczaj s&#322;abe takie, jakie panuje w pr&#243;&#380;ni kosmicznej, z dala od s&#322;o&#324;ca. Wystarczy&#322;o, &#380;eby promie&#324; s&#322;oneczny raz lizn&#261;&#322; ekran a &#322;adunek rozp&#322;ywa&#322; si&#281; i znika&#322; na ca&#322;e godziny.

Mniej wi&#281;cej tyle stwierdzili elektronicy powsta&#322;a z tego ca&#322;a ksi&#261;&#380;ka, g&#281;sto upstrzona matematyk&#261;. Nast&#281;pnie wzi&#281;li si&#281; do dzie&#322;a lekarze, psychologowie, znakomito&#347;ci w dziedzinie astroneuroz i astropsychoz. I znowu po d&#322;ugich tygodniach okaza&#322;o si&#281;, &#380;e b&#322;&#261;dz&#261;cy &#322;adunek pulsowa&#322; (nieuzbrojonemu oku przedstawia&#322;o si&#281; to jako drobne przy&#263;mienia pe&#322;zn&#261;ce przez &#347;wietln&#261; tarczk&#281;), cz&#281;sto&#347;&#263; za&#347; powstaj&#261;cych rozb&#322;ysk&#243;w, zbyt kr&#243;tkich, aby oko mog&#322;o je zarejestrowa&#263; pojedynczo, nak&#322;ada&#322;a si&#281; na tak zwany rytm kory m&#243;zgowej theta i rozhu&#347;tywa&#322;a wahania potencja&#322;u kory tak d&#322;ugo, a&#380; przychodzi&#322; nag&#322;y atak, podobny do epileptycznego. Okoliczno&#347;ciami, kt&#243;re dodatkowo sprzyja&#322;y jego wyst&#261;pieniu, by&#322; zupe&#322;ny spok&#243;j zewn&#281;trzny, brak jakichkolwiek bod&#378;c&#243;w, poza &#347;wietlnymi, i d&#322;ugotrwa&#322;e, nieruchome wpatrywanie si&#281; w migaj&#261;ce &#347;wiate&#322;ko.

Fachowcy, kt&#243;rzy wszystko to wykryli, stali si&#281; oczywi&#347;cie s&#322;awni. Elektronicy znaj&#261; dzi&#347; na ca&#322;ym &#347;wiecie efekt Ledieux-Harpera, polegaj&#261;cy na powstawaniu &#322;adunk&#243;w b&#322;&#261;dz&#261;cych w wysokiej pr&#243;&#380;ni katodowej, astrobiologowie za&#347; zespolony syndrom ataktyczno-katatoniczno-kloniczny Nuggelheimera.

Osoba Pirxa pozosta&#322;a nie znana &#347;wiatu nauki i tylko bardzo uwa&#380;ni czytelnicy gazet mogli dowiedzie&#263; si&#281; ze wzmianek, umieszczonych petitem w niekt&#243;rych wydaniach popo&#322;udni&#243;wek, &#380;e to dzi&#281;ki niemu los Wilmera i Thomasa, kt&#243;rzy, zwi&#281;kszywszy do maksimum ci&#261;g swoich statk&#243;w i utraciwszy przytomno&#347;&#263; podczas pogoni za b&#322;&#281;dnym &#347;wiate&#322;kiem, zagin&#281;li w otch&#322;aniach Kosmosu nie grozi ju&#380; &#380;adnemu wi&#281;cej pilotowi.

Tak wi&#281;c s&#322;awa omin&#281;&#322;a Pirxa ale on wcale si&#281; tym nie martwi&#322;. Nawet za sztuczny z&#261;b, kt&#243;ry wstawi&#322; sobie na miejsce wybitego kolanem, zap&#322;aci&#322; z w&#322;asnej kieszeni.



Albatros

Obiad sk&#322;ada&#322; si&#281; z sze&#347;ciu da&#324; nie licz&#261;c przystawek. W&#243;zki z winem toczy&#322;y si&#281; bezszelestnie po szklanych dr&#243;&#380;kach. Nad ka&#380;dym sto&#322;em pali&#322;a si&#281; wysoko lampa punktowa. Przy &#380;&#243;&#322;wiowej zupie &#347;wiat&#322;o by&#322;o cytrynowe. Przy rybie prawie bia&#322;e, z b&#322;&#281;kitnawym odcieniem. Kurcz&#281;ta zala&#322; r&#243;&#380;, zmieszany z jedwabist&#261;, ciep&#322;&#261; szaro&#347;ci&#261;. Przy czarnej kawie nie zrobi&#322;o si&#281; na szcz&#281;&#347;cie ciemno Pirx by&#322; ju&#380; najgorszej my&#347;li. Zm&#281;czy&#322; go ten obiad. Obiecywa&#322; sobie, &#380;e odt&#261;d b&#281;dzie jada&#322; na dolnym pok&#322;adzie w barze. Gali by&#322;o dla niego stanowczo za wiele. Ca&#322;y czas musia&#322; pami&#281;ta&#263; o &#322;okciach. W dodatku toalety! Sala by&#322;a wg&#322;&#281;biona obw&#243;d wy&#380;ej, dno wpuszczone chyba o p&#243;&#322; kondygnacji. Wygl&#261;da&#322;a jak gigantyczny, kremowoz&#322;oty talerz, ob&#322;o&#380;ony najbardziej kolorowymi kanapkami &#347;wiata. Sztywne, p&#243;&#322;przejrzyste suknie szumia&#322;y za jego plecami. Bawiono si&#281; tam &#347;wietnie. Muzyka przygrywa&#322;a. Snuli si&#281; kelnerzy prawdziwi kelnerzy, ka&#380;dy wygl&#261;da&#322; na dyrygenta filharmonii. Transgalaktik gwarantuje: &#380;adnych automat&#243;w w obs&#322;udze intymno&#347;&#263; dyskrecja szczera ludzka &#380;yczliwo&#347;&#263; ca&#322;a za&#322;oga &#380;ywa. Sami arty&#347;ci swego fachu.

Pirx pi&#322; czarn&#261; kaw&#281;, pali&#322; papierosa i stara&#322; si&#281; znale&#378;&#263; jakie&#347; miejsce na sali, w kt&#243;re m&#243;g&#322;by patrze&#263;. Spokojne miejsce, w sam raz dla odpoczynku. S&#261;siadka podoba&#322;a mu si&#281;. Na jej dekolcie czernia&#322; p&#322;aski, chropawy kamyk. Nie &#380;aden chryzopras, nie chalcedon. Nic ziemskiego, pewno co&#347; z Marsa. Musia&#322; kosztowa&#263; maj&#261;tek wygl&#261;da&#322; jak kawa&#322;ek brukowca. Kobiety nie powinny mie&#263; tyle pieni&#281;dzy.

Nie by&#322; zgorszony. Nie dziwi&#322; si&#281;. Obserwowa&#322;. Z wolna ros&#322;a w nim ochota wyprostowania ko&#347;ci. Pok&#322;ad spacerowy?

Wsta&#322;, sk&#322;oni&#322; si&#281; lekko, wyszed&#322;. Przechodz&#261;c mi&#281;dzy graniastymi kolumnami, ob&#322;o&#380;onymi zwierciadlan&#261; mas&#261;, zobaczy&#322; w&#322;asne odbicie spod w&#281;z&#322;a krawata wida&#263; by&#322;o guzik. Kto zreszt&#261; nosi&#322; jeszcze takie krawaty? Poprawi&#322; ko&#322;nierzyk ju&#380; na korytarzu. Wsiad&#322; do windy. Pojecha&#322; na sam&#261; g&#243;r&#281; na widokowy. Winda otwar&#322;a si&#281; bezg&#322;o&#347;nie. Nie by&#322;o tu ani &#380;ywej duszy. Ucieszy&#322; si&#281; z tego. Trzecia cz&#281;&#347;&#263; zakl&#281;s&#322;ego stropu przed szeregami le&#380;ak&#243;w ponad pok&#322;adem wygl&#261;da&#322;a jak gigantyczne, czarne okno, otwarte na gwiazdy. Le&#380;aki ze stertami koc&#243;w sta&#322;y puste. W jednym z ostatnich tkwi&#322; kto&#347;, otulony po sam&#261; twarz ten zdziwacza&#322;y staruch, kt&#243;ry przychodzi&#322; na obiad w godzin&#281; po wszystkich i jad&#322; sam w pustej sali, zakrywaj&#261;c twarz serwetk&#261;, kiedy poczu&#322; czyj&#347; wzrok.

Po&#322;o&#380;y&#322; si&#281;. Niewidzialne paszcze klimatyzator&#243;w p&#281;dzi&#322;y w galeri&#281; pok&#322;adu nier&#243;wno faluj&#261;cy wicher, wra&#380;enie by&#322;o takie, jak gdyby wia&#322;o prosto z czarnych g&#322;&#281;bin nieba. Konstruktorzy, kt&#243;rych zatrudnia&#322; Transgalaktik, znali si&#281; na rzeczy. Le&#380;ak by&#322; wygodny wygodniejszy chyba od fotela pilot&#243;w, cho&#263; jego kszta&#322;ty opracowane by&#322;y matematycznie. Pirx zacz&#261;&#322; zi&#281;bn&#261;&#263;. Po to by&#322;y koce. Owin&#261;&#322; si&#281; nimi, jakby zapad&#322; w puch.

Kto&#347; nadchodzi&#322;. Schodami, nie wind&#261;. S&#261;siadka z jadalnej. Ile mog&#322;a mie&#263; lat? Mia&#322;a na sobie jak&#261;&#347; ca&#322;kiem inn&#261; sukni&#281;. A mo&#380;e to by&#322;a w og&#243;le inna kobieta? Po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; o trzy le&#380;aki dalej. Otwar&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;. Wicher szele&#347;ci&#322; kartkami. Pirx patrza&#322; teraz prosto przed siebie. Bardzo &#322;adnie wida&#263; by&#322;o Po&#322;udniowy Krzy&#380;. Obci&#281;ty ram&#261; okna ja&#347;nia&#322; koniuszek Ma&#322;ego Ob&#322;oku, ja&#347;niejsza plamka na czarnym tle. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e lot b&#281;dzie trwa&#322; siedem dni. Przez siedem dni mo&#380;e si&#281; sta&#263; mn&#243;stwo rzeczy. Poruszy&#322; si&#281; umy&#347;lnie. Gruby, z&#322;o&#380;ony we czworo papier zaskrzypia&#322; w wewn&#281;trznej kieszeni na piersiach. By&#322;o mu dobrze na &#347;wiecie miejsce drugiego nawigatora czeka&#322;o ju&#380; na niego, zna&#322; dok&#322;adnie drog&#281;: z Ziemi P&#243;&#322;nocnej samolotem do Eurazji, i dalej, do Indii. Bilety stanowi&#322;y ca&#322;&#261; ksi&#261;&#380;eczk&#281; mo&#380;na j&#261; by&#322;o czyta&#263;, ka&#380;dy blankiet innego koloru, podw&#243;jny, z odcinkami, talonami, z&#322;ote brze&#380;ki, wszystko, co Transgalaktik dawa&#322; pasa&#380;erom do r&#281;ki, wprost kapa&#322;o od srebra albo z&#322;ota. Pasa&#380;erka na trzecim le&#380;aku by&#322;a bardzo &#322;adna. Chyba jednak ta sama. Nale&#380;a&#322;o co&#347; powiedzie&#263; czy raczej nie? Bo niby si&#281; przedstawi&#322;. Nieszcz&#281;&#347;cie mie&#263; takie kr&#243;tkie nazwisko zanim si&#281; zaczyna, ju&#380; si&#281; ko&#324;czy. Pirx brzmi ca&#322;kiem jak iks. Najgorsze rzeczy dzia&#322;y si&#281; zawsze przy rozmowach telefonicznych. Powiedzie&#263; co&#347;? Co?

Zaczyna&#322; si&#281; znowu m&#281;czy&#263;. Na Marsie wyobra&#380;a&#322; sobie t&#281; podr&#243;&#380; ca&#322;kiem inaczej. Armatorzy z Ziemi zap&#322;acili mu przelot mieli jakie&#347; interesy z Transgalaktikiem, zdaje si&#281;, i nie by&#322; to z ich strony wyszukany gest. On za&#347;, cho&#263; przelata&#322; ju&#380; prawie trzy miliardy, nigdy jeszcze nie lecia&#322; czym&#347; takim jak Tytan. Frachtowce wygl&#261;daj&#261; zupe&#322;nie inaczej! Sto osiemdziesi&#261;t tysi&#281;cy ton masy spoczynkowej, cztery reaktory g&#322;&#243;wnego ci&#261;gu, szybko&#347;&#263; podr&#243;&#380;na 65 na sekund&#281;, tysi&#261;c dwustu pasa&#380;er&#243;w w samych pojedynczych i podw&#243;jnych kajutach z &#322;azienkami, apartamenty, sta&#322;a grawitacja gwarantowana, z wyj&#261;tkiem startu i l&#261;dowania, najwy&#380;szy komfort, najwy&#380;sza bezawaryjno&#347;&#263;, czterdziestu dwu ludzi za&#322;ogi i dwustu sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu obs&#322;ugi. Ceramit, stal, z&#322;oto, pallad, chrom, nikiel, iryd, plastyki, marmury kararyjskie, d&#261;b, maho&#324;, srebro, kryszta&#322;y. Dwa baseny. Cztery kina. Osiemna&#347;cie stacji bezpo&#347;redniej &#322;&#261;czno&#347;ci z Ziemi&#261; tylko na u&#380;ytek pasa&#380;er&#243;w. Sala koncertowa. Sze&#347;&#263; g&#322;&#243;wnych pok&#322;ad&#243;w, cztery widokowe, automatyczne windy, zamawianie z pok&#322;adu miejsc na wszystkich rakietach ca&#322;ego systemu na rok naprz&#243;d. Bary. Sale gry. Dom towarowy. Uliczka rzemie&#347;lnik&#243;w wierna kopia jakiego&#347; ziemskiego, staromiejskiego zau&#322;ka z piwniczk&#261; win, gazowymi latarniami, ksi&#281;&#380;ycem, &#347;lepym murem i kotami, kt&#243;re spaceruj&#261; po tym murze. Palmiarnia. I diabli wiedz&#261;, co jeszcze. Podr&#243;&#380; musia&#322;aby trwa&#263; miesi&#261;c, &#380;eby zd&#261;&#380;y&#322; obej&#347;&#263; to wszystko przynajmniej raz.

Pasa&#380;erka wci&#261;&#380; czyta&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;. Czy kobiety musz&#261; farbowa&#263; sobie w&#322;osy na taki kolor? Normalnemu cz&#322;owiekowi robi si&#281; na taki widok troch&#281; Ale tej, tej by&#322;o dobrze w&#322;a&#347;nie z tym kolorem. Pirx pomy&#347;la&#322;, &#380;e gdyby mia&#322; w r&#281;ku pal&#261;cego si&#281; papierosa, w&#322;a&#347;ciwe s&#322;owa od razu by si&#281; znalaz&#322;y. Si&#281;gn&#261;&#322; do kieszeni.

Papiero&#347;nica, kiedy j&#261; wyjmowa&#322; nigdy w &#380;yciu nie mia&#322; papiero&#347;nicy, t&#281; dosta&#322; od Bomana, na pami&#261;tk&#281;, i nosi&#322; po przyja&#378;ni zrobi&#322;a si&#281; jakby troch&#281; ci&#281;&#380;sza. Odrobin&#281;. Ale by&#322; tego pewny. Przyspieszenie wzros&#322;o? Nadstawi&#322; ucha. Aha.

Silniki ci&#261;gn&#281;&#322;y mocniej. Zwyk&#322;y pasa&#380;er wcale by tego nie us&#322;ysza&#322; maszynownia Tytana by&#322;a oddzielona od mieszkalnej cz&#281;&#347;ci kad&#322;uba poczw&#243;rnymi grodziami izolacyjnymi.

Wybra&#322; sobie blad&#261; gwiazdk&#281; w samym k&#261;cie ramy okiennej i dobrze mia&#322; j&#261; na oku. Gdyby tylko przyspieszali, nie ruszy&#322;aby z miejsca. Ale je&#380;eli drgnie

Drgn&#281;&#322;a. Powoli nadzwyczaj powoli p&#322;yn&#281;&#322;a w bok.

Skr&#281;t w d&#322;ugiej osi pomy&#347;la&#322;. Tytan lecia&#322; tunelem kosmicznym, w kt&#243;rym na drodze nie by&#322;o nic &#380;adnych py&#322;&#243;w, meteoryt&#243;w, nic, opr&#243;cz pustki. Tysi&#261;c dziewi&#281;&#263;set kilometr&#243;w przed nim p&#281;dzi&#322; Pilot Tytana, kt&#243;rego zadaniem by&#322;o dba&#263; o woln&#261; drog&#281; dla olbrzyma. Po co? Na wszelki wypadek chocia&#380; i tak by&#322;a wolna. Rakiety trzyma&#322;y si&#281; &#347;ci&#347;le rozk&#322;adu kurs&#243;w, Transgalaktik mia&#322; gwarantowany lot bez zak&#322;&#243;ce&#324; po swoim wycinku paraboli na zasadzie porozumienia, zawartego przez Zjednoczone Towarzystwa Astronawigacyjne. Nikt nie m&#243;g&#322; mu wej&#347;&#263; w drog&#281;. Ostrze&#380;enia meteorytowe przychodzi&#322;y teraz o sze&#347;&#263; godzin naprz&#243;d od czasu kiedy bezludne sondy patrolowa&#322;y tysi&#261;cami sektory transuran&#243;w, rakietom przesta&#322;o praktycznie grozi&#263; jakiekolwiek niebezpiecze&#324;stwo z zewn&#261;trz. Pas orbita miliarda meteoryt&#243;w mi&#281;dzy Ziemi&#261; i Marsem mia&#322; w&#322;asn&#261; s&#322;u&#380;b&#281; patrolow&#261;, nadto za&#347; szlaki rakietowe przebiega&#322;y poza p&#322;aszczyzn&#261; ekliptyki, w kt&#243;rej obraca si&#281; wok&#243;&#322; S&#322;o&#324;ca grzechocz&#261;cy Pas. Post&#281;p nawet od czasu kiedy Pirx lata&#322; na patrole by&#322; ogromny.

Tytan nie mia&#322; wi&#281;c najmniejszej potrzeby lawirowa&#263; nie m&#243;g&#322; wymija&#263; &#380;adnych przeszk&#243;d, bo ich nie by&#322;o. A jednak skr&#281;ca&#322;. Teraz Pinc nie musia&#322; nawet patrze&#263; w gwiazdowe niebo czu&#322; to ca&#322;ym sob&#261;. Gdyby mu si&#281; chcia&#322;o, m&#243;g&#322;by obliczy&#263; krzywizn&#281; &#322;uku, znaj&#261;c pr&#281;dko&#347;&#263; statku, jego mas&#281; i tempo przesuwania si&#281; gwiazd.

Co&#347; si&#281; sta&#322;o pomy&#347;la&#322;. Ale co?

Nie by&#322;o &#380;adnego obwieszczenia dla pasa&#380;er&#243;w. Czy ukrywaj&#261; co&#347;? Dlaczego? Na obyczajach panuj&#261;cych w luksusowych statkach pasa&#380;erskich zna&#322; si&#281; bardzo s&#322;abo. Zna&#322; si&#281; natomiast na tym, co mo&#380;e zdarzy&#263; si&#281; w maszynowni, w sterowni nie by&#322;o tego zn&#243;w tak wiele. W wypadku awarii statek utrzyma&#322;by poprzedni&#261; szybko&#347;&#263; alboby zwolni&#322;. Tytan jednak

Trwa&#322;o to ju&#380; cztery minuty. To znaczy zwrot prawie o 45 stopni. Ciekawe. Gwiazdy znieruchomia&#322;y. Szli prostym kursem. Ci&#281;&#380;ar papiero&#347;nicy, kt&#243;r&#261; Pirx wci&#261;&#380; trzyma&#322; w r&#281;ku, wzr&#243;s&#322;.

Szli prostym kursem i zwi&#281;kszali szybko&#347;&#263;. Od razu wszystko sta&#322;o si&#281; jasne. Przez sekund&#281; siedzia&#322; nieruchomo, potem wsta&#322;. Wa&#380;y&#322; teraz wi&#281;cej. Pasa&#380;erka o szarych oczach spojrza&#322;a na niego.

Czy co&#347; si&#281; dzieje?

Nic takiego, prosz&#281; pani.

Co&#347; si&#281; zmieni&#322;o. Nie czuje pan?

To nic. Zwi&#281;kszamy troch&#281; szybko&#347;&#263; powiedzia&#322;. Teraz mo&#380;na by&#322;o rozpocz&#261;&#263; normaln&#261;, wst&#281;pn&#261; rozmow&#281;. Spojrza&#322; na ni&#261;. Kolor w&#322;os&#243;w nic nie przeszkadza&#322;. By&#322;a bardzo &#322;adna.

Poszed&#322; przed siebie. Przyspieszy&#322; kroku. Pewno pomy&#347;la&#322;a, &#380;e jaki&#347; wariat. Do ko&#324;ca pok&#322;adu widokowego ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; r&#243;&#380;nobarwne freski na &#347;cianach. Przeszed&#322; przez drzwi z napisem KONIEC POK&#321;ADU NIE MA WEJ&#346;CIA, przez d&#322;ugi, pusty, l&#347;ni&#261;cy metalicznie w &#347;wietle lamp korytarz. Szeregi drzwi z numerami. Poszed&#322; dalej. Na s&#322;uch. Po schodkach dosta&#322; si&#281; na p&#243;&#322;pi&#281;tro i stan&#261;&#322; u innych drzwi. Stalowych.

WEJ&#346;CIE TYLKO DLA PERSONELU GWIAZDOWEGO brzmia&#322;a tabliczka. Ha! Jakie &#322;adne nazwy wymy&#347;la&#322; ten Transgalaktik!

Drzwi by&#322;y bez klamki, otwiera&#322;y si&#281; specjalnym kluczem, kt&#243;rego nie mia&#322;. Podni&#243;s&#322; palec do nosa. Namy&#347;la&#322; si&#281; sekund&#281;.

Tap tap tatatap tap tap zapuka&#322;.

Czeka&#322; chwil&#281;. Otworzy&#322;y si&#281;. Ponura, zaczerwieniona twarz ukaza&#322;a si&#281; w szparze.

Czego pan sobie &#380;yczy?

Jestem pilotem z Patroli powiedzia&#322;. Drzwi otwar&#322;y si&#281; szerzej.

Wszed&#322;. By&#322;a to amplifikatornia rezerwowej sterowni wzd&#322;u&#380; &#347;cian szed&#322; dublowany rozrz&#261;d dysz odchylaj&#261;cych. Z drugiej strony ekrany kontroli optycznej. Przy aparatach sta&#322;o kilka foteli, wszystkie puste. Jeden przysadko-waty automat baczy&#322; na migotanie tarcz. Na w&#261;skim stoliku pod &#347;cian&#261; sta&#322;y w pier&#347;ciennych uchwytach szklanki, opr&#243;&#380;nione do po&#322;owy. W powietrzu unosi&#322; si&#281; zapach &#347;wie&#380;o parzonej kawy i trudna do zidentyfikowania wo&#324; nagrzanych plastyk&#243;w zmieszana z nik&#322;ym &#347;ladem ozonu. Drugie drzwi by&#322;y nie domkni&#281;te. Dochodzi&#322; stamt&#261;d pisk przetwornicy.

SOS? spyta&#322; cz&#322;owieka, kt&#243;ry mu otworzy&#322;. By&#322; to m&#281;&#380;czyzna dosy&#263; t&#281;gi, z twarz&#261; z jednej strony lekko opuchni&#281;t&#261;, jakby go bola&#322;y z&#281;by. Na w&#322;osach pr&#281;ga od s&#322;uchawek. Mia&#322; na sobie szary, z b&#322;yskawicami, mundur Transgalaktiku, nie dopi&#281;ty. Ze spodni wy&#322;azi&#322;a koszula.

Tak.

Tamten jakby si&#281; waha&#322;.

Pan jest z Patroli? powiedzia&#322;.

Z Bazy. Lata&#322;em dwa lata na Transuranie. Jestem nawigatorem. Nazywam si&#281; Pirx.

Tamten poda&#322; mu r&#281;k&#281;.

Mindell. Nukleonik.

Nic wi&#281;cej nie m&#243;wi&#261;c, poszli do drugiego pomieszczenia. By&#322;a to kabina radiowa &#322;&#261;czno&#347;ci bezpo&#347;redniej. Bardzo wielka. Z dziesi&#281;ciu ludzi otacza&#322;o g&#322;&#243;wny nadajnik. Dwu radiotelegrafist&#243;w siedzia&#322;o ze s&#322;uchawkami na uszach bez przerwy pisali, aparaty stuka&#322;y, pr&#261;d brz&#281;cza&#322; cichutko, pod pod&#322;og&#261; popiskiwa&#322;o. Kontrolki pali&#322;y si&#281; na wszystkich &#347;cianach. Wygl&#261;da&#322;o tu jak we wn&#281;trzu wielkiej, mi&#281;dzymiastowej stacji telefonicznej. Telegrafi&#347;ci le&#380;eli prawie na swoich pulpitach. Byli tylko w koszulkach i spodniach. Mieli spocone twarze jeden by&#322; blady, drugi, starszy m&#281;&#380;czyzna z blizn&#261; na g&#322;owie, wygl&#261;da&#322; ca&#322;kiem zwyczajnie. Pa&#322;&#261;k s&#322;uchawki rozdziela&#322; w&#322;osy i blizna by&#322;a dobrze widoczna. Dwu ludzi siedzia&#322;o troch&#281; dalej Pirx spojrza&#322; na nich i pozna&#322; w jednym Pierwszego.

Zna&#322; go przelotnie. Dow&#243;dca Tytana by&#322; niskiego wzrostu, szpakowaty, z ma&#322;&#261;, nic nie m&#243;wi&#261;c&#261; twarz&#261;. Z nog&#261; za&#322;o&#380;on&#261; na nog&#281; zdawa&#322; si&#281; obserwowa&#263; koniuszek w&#322;asnego bucika.

Pirx podszed&#322; cicho do ludzi stoj&#261;cych nad telegrafistami, pochyli&#322; si&#281; do przodu i zacz&#261;&#322; czyta&#263; nad ramieniem tego z blizn&#261;:

sze&#347;&#263; osiemna&#347;cie koma trzy id&#281; pe&#322;nym ci&#261;giem dojd&#281; &#243;sma zero dwana&#347;cie koniec.

Telegrafista podsun&#261;&#322; sobie lew&#261; r&#281;k&#261; blankiet i pisa&#322; dalej bez przerwy.

Luna G&#322;&#243;wna do Albatrosa, cztery Aresluna. Czy macie ska&#380;enie na pok&#322;adzie stop odpowiadajcie Morseem stop fonia nie dochodzi stop ile godzin mo&#380;ecie utrzyma&#263; ci&#261;g awaryjny stop pelengowany dryf zero sze&#347;&#263; koma dwadzie&#347;cia jeden stop odbi&#243;r.

Poryw dwa Aresluna do Luny G&#322;&#243;wnej. Id&#281; pe&#322;nym ci&#261;giem do Albatrosa sektor 64 st&#243;p. Mam przegrzany reaktor mimo to id&#281; dalej stop jestem sze&#347;&#263; miliparsek&#243;w od punktu zapelengowanego SOS koniec.

Naraz drugi radiotelegrafista, ten blady, wyda&#322; jaki&#347; nieartyku&#322;owany g&#322;os wszyscy stoj&#261;cy pochylili si&#281; nad nim. Cz&#322;owiek, kt&#243;ry wpu&#347;ci&#322; Pirxa, poda&#322; pierwszemu nawigatorowi zapisane formularze. Drugi telegrafista pisa&#322;:

Albatros cztery do wszystkich. Le&#380;&#281; w dryfie elipsa T 341 sektor 65 stop poszycie kad&#322;uba otwiera si&#281; dalej stop grodzie rufowe puszczaj&#261; stop ci&#261;g awaryjny reaktora 0,3 g stop reaktor wychodzi z kontroli stop przegroda g&#322;&#243;wna uszkodzona w wielu miejscach stop ska&#380;enie na pok&#322;adzie trzeciego stopnia wzrasta pod wp&#322;ywem ci&#261;gu awaryjnego stop usi&#322;uj&#281; cementowa&#263; stop przeprowadzam za&#322;og&#261; na dzi&#243;b koniec.

Radiotelegrafi&#347;cie trz&#281;s&#322;y si&#281; r&#281;ce, kiedy pisa&#322;. Jeden ze stoj&#261;cych wzi&#261;&#322; go za ko&#322;nierz koszuli, podni&#243;s&#322;, wypchn&#261;&#322; za drzwi, sam wyszed&#322;, po chwili wr&#243;ci&#322; i usiad&#322; na jego miejscu.

Ma tam brata powiedzia&#322; wyja&#347;niaj&#261;co, nie zwracaj&#261;c si&#281; specjalnie do nikogo. Pirx pochyli&#322; si&#281; teraz nad starszym, kt&#243;ry zacz&#261;&#322; nagle pisa&#263;:

Luna G&#322;&#243;wna do Albatrosa cztery Aresluna. Id&#261; ku wam Poryw sektor 64 Tytan z sektora 67 Balistyczny osiem z sektora 45 Kobold siedem zero dwa z sektora 94 stop cementujcie przeciek przegrody w skafandrach za tarczami przy nadci&#347;nieniu stop podajcie bie&#380;&#261;cy dryf awaryjny stop

Ten, kt&#243;ry zast&#261;pi&#322; m&#322;odego telegrafist&#281;, powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no: Albatros! i wszyscy pochylili si&#281; nad nim. Pisa&#322;:

Albatros cztery do wszystkich. Dryf awaryjny nie opanowany stop wr&#281;gi kad&#322;uba puszczaj&#261; stop trac&#281; powietrze stop za&#322;oga w skafandrach stop maszynownia pod roztworem tarcze przebite temperatura w sterowni 65 stop pierwszy przeciek w sterowni zacementowany stop roztw&#243;r wrze stop zalewa g&#322;&#243;wny nadajnik stop odt&#261;d b&#281;d&#281; mia&#322; &#322;&#261;czno&#347;&#263; tylko na fonii czekamy na was koniec.

Pirx chcia&#322; zapali&#263; papierosa prawie wszyscy palili i wida&#263; by&#322;o, jak dym sinymi pasmami leci w g&#243;r&#281;, wsysany zaraz przez wyloty odpowietrznik&#243;w wentylacyjnych. Szuka&#322; po wszystkich kieszeniach i nie m&#243;g&#322; znale&#378;&#263;. Kto&#347; nie wiedzia&#322; nawet kto wsun&#261;&#322; mu w d&#322;o&#324; otwart&#261; paczk&#281;. Zapali&#322;. Pierwszy odezwa&#322; si&#281;:

Panie Mindell. Ugryz&#322; si&#281; w doln&#261; warg&#281;.

Pe&#322;ny ci&#261;g.

Mindell wydawa&#322; si&#281; w pierwszej chwili zaskoczony, ale nic nie powiedzia&#322;.

Ostrze&#380;enie? spyta&#322; m&#281;&#380;czyzna, siedz&#261;cy obok Pierwszego.

Tak. Ja sam. Dajcie.

Przyci&#261;gn&#261;&#322; sobie mikrofon na wysi&#281;gowym ramieniu i zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263;:

Tytan Aresterra do Albatrosa cztery. Idziemy do was pe&#322;nym ci&#261;giem. Jeste&#347;my na granicy waszego sektora. B&#281;dziemy za godzin&#281;. Pr&#243;bujcie wyj&#347;&#263; przez klap&#281; awaryjn&#261;. B&#281;dziemy przy was za godzin&#281;. Idziemy pe&#322;nym ci&#261;giem. Trzymajcie si&#281;. Trzymajcie si&#281;. Koniec.

Odtr&#261;ci&#322; mikrofon i wsta&#322;. Mindell m&#243;wi&#322; do interkomu w przeciwleg&#322;ej &#347;cianie:

Ch&#322;opcy, za pi&#281;&#263; minut pe&#322;ny ci&#261;g. Tak, tak odpowiada&#322; temu, kto znajdowa&#322; si&#281; u drugiego ko&#324;ca przewodu. Dow&#243;dca wyszed&#322;. S&#322;ycha&#263; by&#322;o jego g&#322;os z drugiego pokoju:

Uwaga! Uwaga! Pasa&#380;erowie! Uwaga! Uwaga! Pasa&#380;erowie! Podajemy wa&#380;ne obwieszczenie. Za cztery minuty statek nasz zwi&#281;kszy szybko&#347;&#263;. Otrzymali&#347;my wezwanie SOS i spieszymy

Kto&#347; zamkn&#261;&#322; drzwi. Mindell dotkn&#261;&#322; ramienia Pirxa.

Z&#322;ap si&#281; pan za co&#347;. B&#281;dziemy mieli przesz&#322;o dwa.

Pirx skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. 2 g to by&#322;o dla niego tyle co nic, ale nie uwa&#380;a&#322;, &#380;e jest czas na przechwalanie si&#281; w&#322;asn&#261; wytrzyma&#322;o&#347;ci&#261;. Pos&#322;usznie uj&#261;&#322; por&#281;cz fotela, na kt&#243;rym siedzia&#322; starszy telegrafista. Czyta&#322; przez jego rami&#281;.

Albatros cztery do Tytana. Nie utrzymam si&#281; przez godzin&#281; na pok&#322;adzie stop w&#322;az awaryjny zaci&#347;ni&#281;ty p&#281;kaj&#261;cymi wr&#281;gami stop temperatura w sterowni 81 stop para wype&#322;nia sterowni&#281; stop b&#281;d&#281; pr&#243;bowa&#322; przeci&#261;&#263; pancerz dziobowy i wyj&#347;&#263; koniec.

Mindell wyrwa&#322; mu zapisan&#261; kartk&#281; spod r&#281;ki i pobieg&#322; do drugiego pokoju. Gdy otwiera&#322; drzwi, pod&#322;oga drgn&#281;&#322;a leciutko i wszyscy poczuli, &#380;e cia&#322;a ich staj&#261; si&#281; naraz bardzo ci&#281;&#380;kie.

Pierwszy nawigator wszed&#322; st&#261;pa&#322; z widocznym wysi&#322;kiem. Usiad&#322; na swoim fotelu. Kto&#347; poda&#322; mu mikrofon na kablu. Mia&#322; w r&#281;ku zmi&#281;ty, ostatni radiogram Albatrosa. Rozpostar&#322; go i patrza&#322; na&#324; d&#322;ug&#261; chwil&#281;.

Tytan Aresterra do Albatrosa cztery odezwa&#322; si&#281; wreszcie. B&#281;dziemy przy was za pi&#281;&#263;dziesi&#261;t minut. Nadejdziemy kursem osiemdziesi&#261;t cztery koma pi&#281;tna&#347;cie stop osiemdziesi&#261;t jeden koma dwa stop opuszczajcie statek. Opuszczajcie statek. Znajdziemy was na pewno. Trzymajcie si&#281;. Koniec.

M&#281;&#380;czyzna w rozpi&#281;tej bluzie mundurowej, kt&#243;ry zast&#261;pi&#322; m&#322;odszego telegrafist&#281;, zerwa&#322; si&#281; nagle i spojrza&#322; na Pierwszego, kt&#243;ry podszed&#322; do niego. Telegrafista zdj&#261;&#322; z g&#322;owy s&#322;uchawki, Pierwszy na&#322;o&#380;y&#322; je sobie, r&#243;wnocze&#347;nie tamten regulowa&#322; charcz&#261;cy z wysi&#322;kiem g&#322;o&#347;nik. Naraz wszyscy zdr&#281;twieli.

W kabinie stali ludzie, kt&#243;rzy latali od lat, ale tego nikt z nich jeszcze nie s&#322;ysza&#322;. Ten, czyj g&#322;os wydobywa&#322; si&#281; z g&#322;o&#347;nika, zmieszany by&#322; z przeci&#261;g&#322;ym szumem, jakby odgrodzony &#347;cian&#261; p&#322;omieni, krzycza&#322;:

Albatros wszystkich roztw&#243;r sterowni temperatura niemo&#380;liwe za&#322;oga do ko&#324;ca &#380;egnajcie przewody

G&#322;os urwa&#322; si&#281; i s&#322;ycha&#263; by&#322;o tylko szum.

G&#322;o&#347;nik zaskrzypia&#322;. By&#322;o ci&#281;&#380;ko usta&#263; wszyscy jednak stali, zgarbieni, opieraj&#261;c si&#281; o metalowe &#347;ciany.

Balistyczny osiem do Luny G&#322;&#243;wnej odezwa&#322; si&#281; silny g&#322;os. Id&#281; do Albatrosa cztery. Otwierajcie mi drog&#281; przez sektor 67, id&#281; pe&#322;nym ci&#261;giem, niezdolny do manewru mijania. Odbi&#243;r.

Milczenie trwa&#322;o kilka sekund.

Luna G&#322;&#243;wna do wszystkich w sektorach 66, 67, 68, 46, 47, 48 i 96. Og&#322;aszam sektory zamkni&#281;tymi. Wszystkie statki, kt&#243;re nie id&#261; pe&#322;nym ci&#261;giem do Albatrosa cztery, maj&#261; natychmiast zastopowa&#263; i postawi&#263; reaktory na ja&#322;owy bieg oraz zapali&#263; &#347;wiat&#322;a pozycyjne. Uwaga, Poryw! Uwaga, Tytan Aresterra! Uwaga, Balistyczny osiem! Uwaga Kobold siedem zero dwa! M&#243;wi do was Luna G&#322;&#243;wna. Otwieram wam woln&#261; drog&#281; do Albatrosa cztery. Ca&#322;y ruch w sektorach promienia wodz&#261;cego punktu SOS zostaje wstrzymany. Zacznijcie hamowanie na miliparseku przed punktem SOS. Uwa&#380;ajcie, aby wygasi&#263; hamownice na zasi&#281;gu optycznym Albatrosa, poniewa&#380; za&#322;oga jego mog&#322;a ju&#380; opu&#347;ci&#263; pok&#322;ad. Powodzenia. Powodzenia. Koniec.

Teraz odezwa&#322; si&#281; Poryw Morseem. Pirx ws&#322;uchiwa&#322; si&#281; w popiskiwanie sygna&#322;&#243;w.

Poryw Aresterra do wszystkich id&#261;cych z pomoc&#261; Albatrosowi cztery. Wszed&#322;em w sektor Albatrosa za 18 minut b&#281;d&#281; przy nim stop mam przegrzany reaktor ch&#322;odzenie uszkodzone stop po akcji ratunkowej b&#281;d&#281; potrzebowa&#322; pomocy lekarskiej stop zaczynam hamowa&#263; pe&#322;nym ci&#261;giem wstecznym. Koniec.

Wariat odezwa&#322; si&#281; kto&#347;, a wtedy wszyscy stoj&#261;cy dot&#261;d jak pos&#261;gi poszukali oczami tego, kto to powiedzia&#322;. Rozleg&#322; si&#281; kr&#243;tki, gniewny pomruk.

Poryw b&#281;dzie pierwszy zauwa&#380;y&#322; Mindell i spojrza&#322; na dow&#243;dc&#281;.

Sam b&#281;dzie potrzebowa&#322; pomocy. Za czterdzie&#347;ci minut

Urwa&#322;. G&#322;o&#347;nik chrypia&#322; i chrypia&#322;, nagle przez trzaski da&#322;o si&#281; s&#322;ysze&#263;:

Poryw Aresterra do wszystkich id&#261;cych z pomoc&#261; Albatrosowi cztery. Jestem na optycznej Albatrosa. Albatros dryfuje w przybli&#380;eniu elips&#261; T 348. Rufa &#380;arzy si&#281; wi&#347;niowo. &#346;wiate&#322; sygna&#322;owych brak. Albatros nie odpowiada na wezwania. Stopuj&#281; i rozpoczynam akcj&#281; ratunkow&#261;. Koniec.

W drugim pokoju odezwa&#322;y si&#281; brz&#281;czyki. Mindell i jeszcze jeden m&#281;&#380;czyzna wyszli. Pirx mia&#322; wszystkie mi&#281;&#347;nie jak z drzewa. Bo&#380;e! Jak chcia&#322; tam by&#263;! Mindell wr&#243;ci&#322;.

Co tam? spyta&#322; Pierwszy.

Pasa&#380;erowie pytaj&#261;, kiedy b&#281;d&#261; mogli ta&#324;czy&#263; odpowiedzia&#322; Mindell. Pirx nie s&#322;ysza&#322; tego nawet. Patrza&#322; w g&#322;o&#347;nik.

Ju&#380; nied&#322;ugo odpar&#322; spokojnie nawigator. Prze&#322;&#261;czcie mi optyczn&#261;. Dochodzimy. Za par&#281; minut powinni&#347;my ich zobaczy&#263;. Panie Mindell, daj pan drugie ostrze&#380;enie b&#281;dziemy hamowali na overdrive.

Tak jest odpowiedzia&#322; Mindell i wyszed&#322;.

G&#322;o&#347;nik zabucza&#322; i rozleg&#322; si&#281; g&#322;os:

Luna G&#322;&#243;wna do Tytana Aresterra, Kobol-da siedem zero dwa! Uwaga! Uwaga! Uwaga! Balistyczny osiem dostrzeg&#322; w centrum sektora 65 b&#322;ysk o jasno&#347;ci minus cztery. Poryw ani Albatros nie odpowiadaj&#261; na wezwania. Istnieje mo&#380;liwo&#347;&#263; eksplozji reaktora na Albatrosie. Ze wzgl&#281;du na bezpiecze&#324;stwo pasa&#380;er&#243;w Tytan Aresterra wezwany jest do zastopowania i natychmiastowego zg&#322;oszenia si&#281;. Balistyczny osiem i Kobold siedem zero dwa dzia&#322;aj&#261; dalej wed&#322;ug w&#322;asnego uznania. Powtarzam. Tytan Aresterra wezwany jest

Wszyscy patrzyli na Pierwszego. Panie Mindell powiedzia&#322;. Zastopujemy na miliparseku?

Mindell patrza&#322; na tarcz&#281; swego r&#281;cznego zegarka.

Nie, panie nawigatorze. Dochodzimy na optyczn&#261;. Potrzebowa&#322;bym sze&#347;ciu g.

To zmienimy kurs.

I tak b&#281;dziemy mieli co najmniej trzy powiedzia&#322; Mindell.

Trudno.

Pierwszy wsta&#322;, podszed&#322; do mikrofonu i odezwa&#322; si&#281;:

Tytan Aresterra do Luny G&#322;&#243;wnej. Nie mog&#281; zastopowa&#263;, mam zbyt wielk&#261; szybko&#347;&#263;. Zmieniam kurs manewrem mijania na po&#322;owie ci&#261;gu i wychodz&#281; kursem dwie&#347;cie dwa z sektora 65 do sektora 66. Prosz&#281; otworzy&#263; mi drog&#281;. Odbi&#243;r.

Pan odbierze potwierdzenie zwr&#243;ci&#322; si&#281; do m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ry siedzia&#322; przedtem obok niego. Mindell wo&#322;a&#322; co&#347; do interkomu. Brz&#281;czyki odzywa&#322;y si&#281; nieustannie. &#346;wiate&#322;ka skaka&#322;y na tablicach &#347;ciennych. Zrobi&#322;o si&#281; naraz jakby ciemniej to tylko krew odp&#322;ywa&#322;a z oczu. Pirx rozstawi&#322; szeroko nogi. Szli na hamownicach, wyrabiaj&#261;c zakr&#281;t. Tytan wibrowa&#322; delikatnie, s&#322;ycha&#263; by&#322;o przeci&#261;g&#322;y wysoki &#347;piew silnik&#243;w.

Siada&#263;! krzykn&#261;&#322; Pierwszy. Nie potrzebuj&#281; tu bohater&#243;w! Mamy trzy!

Wszyscy posiadali na pod&#322;odze, a raczej zwalili si&#281; na ni&#261;. By&#322;a pokryta grub&#261; warstw&#261; pianoplastyku.

No! Co tam si&#281; nat&#322;ucze, na&#322;amie! mrukn&#261;&#322; m&#281;&#380;czyzna siedz&#261;cy obok Pirxa. Nawigator us&#322;ysza&#322; to.

Towarzystwo Ubezpiecze&#324; zap&#322;aci odpowiedzia&#322; ze swego fotela. Mieli chyba ponad trzy Pirsowi trudno by&#322;o podnie&#347;&#263; r&#281;k&#281; do twarzy. Pasa&#380;erowie le&#380;eli pewno wszyscy w kajutach ale co si&#281; musia&#322;o dzia&#263; w kuchniach, w jadalniach, no! Wyobrazi&#322; sobie palmiarni&#281;. Przecie&#380; tego &#380;adne drzewo nie wytrzyma! A na dole! Pe&#322;ne wagony zbitej porcelany! Nie&#378;le tam musia&#322;o teraz wygl&#261;da&#263;!

G&#322;o&#347;nik odezwa&#322; si&#281;.

Balistyczny osiem do wszystkich. Jestem na optycznej Albatrosa. Jest w chmurze. Rufa &#380;arzy si&#281;. Ko&#324;cz&#281; hamowanie i wysy&#322;am w przestrze&#324; ekipy do poszukiwania za&#322;ogi Albatrosa. Poryw nie odpowiada na wezwania. Koniec.

Przyspieszenie mala&#322;o. Kto&#347; pokaza&#322; si&#281; w drugich drzwiach i krzykn&#261;&#322;. Mo&#380;na ju&#380; by&#322;o wsta&#263;. Wszyscy ruszyli w te drzwi. Pirx wszed&#322; ostatni. By&#322;a to g&#322;&#243;wna sterownia. Ekran osiem na szesna&#347;cie metr&#243;w zajmowa&#322; ca&#322;&#261; przedni&#261; &#347;cian&#281; zakl&#281;s&#322;y niczym w jakim&#347; kino-teatrze olbrzym&#243;w. Wszystkie &#347;wiat&#322;a sterowni by&#322;y wygaszone. W przestrzeni, na czarnym gwiazdowym tle, poni&#380;ej g&#322;&#243;wnej osi Tytana, w lewym kwadrancie tla&#322;a cienka kreseczka, zako&#324;czona &#380;arz&#261;cym si&#281;, wi&#347;niowym w&#281;gielkiem, jak ognik papierosa. Stanowi&#322;a j&#261;dro bladego, przyp&#322;aszczonego z lekka p&#281;cherza z cie&#324;czej&#261;cymi, rozchodz&#261;cymi si&#281; na wszystkie strony kolczastymi wypustkami; poprzez t&#281; kulist&#261; chmur&#281; przeciera&#322;o si&#281; coraz wyra&#378;niej &#347;wiat&#322;o silniejszych gwiazd. Naraz wszyscy targn&#281;li si&#281; do przodu jakby chcieli wej&#347;&#263; w ekran. Ca&#322;kiem nisko, w prawym dolnym rogu b&#322;ysn&#261;&#322; mi&#281;dzy sta&#322;ymi gwiazdami bia&#322;y punkcik i zacz&#261;&#322; szybko miga&#263;. To by&#322; Poryw.

W reaktorze Albatrosa zasz&#322;a nie kontrolowana reakcja &#322;a&#324;cuchowa stop mam straty w ludziach stop oparzeni stop prosz&#281; lekarzy stop nadajnik uszkodzony wybuchem stop przeciek reaktora stop gotowy do odrzucenia reaktora je&#347;li nie opanuj&#281; przecieku stop odczytywa&#322; Pirx z miarowo rozb&#322;yskuj&#261;cego punktu.

Albatrosa nie by&#322;o ju&#380; wida&#263;. Po&#347;r&#243;d gwiazd wisia&#322; ci&#281;&#380;ki, bursztynowo-bia&#322;o-bury k&#322;&#261;b, wypuczony z wierzchu grzywiastymi naro&#347;lami. By&#322; coraz ni&#380;ej i przesuwa&#322; si&#281; w dolny lewy r&#243;g ekranu Tytan g&#243;rowa&#322; nad nim, wychodz&#261;c nowym kursem z sektora katastrofy.

W g&#322;&#261;b mrocznej sterowni pad&#322;a d&#322;uga smuga &#347;wiat&#322;a z drzwi kabiny radiowej. S&#322;ycha&#263; by&#322;o g&#322;os Balistycznego:

Balistyczny osiem do Luny G&#322;&#243;wnej. Zastopowa&#322;em w centralnej cz&#281;&#347;ci sektora 65. Poryw na miliparseku pode mn&#261; sygnalizuje optycznie straty w ludziach oraz przeciek reaktora, gotowy do odrzucenia reaktora, wzywa pomocy lekarskiej, kt&#243;rej mu udziel&#281;. Poszukiwanie za&#322;ogi Albatrosa utrudnione ska&#380;eniami pr&#243;&#380;ni chmur&#261; radioaktywn&#261; o temperaturze powierzchni ponad 1200. Jestem na optycznej Tytana Aresterra, kt&#243;ry mija mnie pe&#322;nym ci&#261;giem wychodz&#261;c w sektor 66. Oczekuj&#281; przybycia Kobolda siedem zero dwa w celu podj&#281;cia wsp&#243;lnych dzia&#322;a&#324; ratowniczych. Koniec.

Wszyscy na stanowiska! rozleg&#322; si&#281; silny g&#322;os. Jednocze&#347;nie tylne &#347;wiat&#322;a sterowni zap&#322;on&#281;&#322;y. Zapanowa&#322; ruch, ludzie szli pod &#347;cianami w trzy strony, Mindell wydawa&#322; rozkazy stoj&#261;c przy pulpicie rozrz&#261;dczym, brz&#281;czyki odzywa&#322;y si&#281; po kilka naraz, w ko&#324;cu sala opustosza&#322;a i opr&#243;cz dow&#243;dcy, Mindella i Pirxa zosta&#322; w niej tylko m&#322;ody telegrafista, kt&#243;ry sta&#322; w k&#261;cie naprzeciw ekranu i patrza&#322; w rozwiewaj&#261;cy si&#281; powoli, coraz wi&#281;kszy i ciemniejszy b&#261;bel dymu.

A, to pan powiedzia&#322; Pierwszy Tytana, jakby dopiero teraz zobaczy&#322; Pirxa, i poda&#322; mu r&#281;k&#281;. Czy Kobold zg&#322;asza si&#281;? spyta&#322; ponad jego g&#322;ow&#261; kogo&#347; w drzwiach radiowej.

Tak, panie nawigatorze, idzie wstecznym.

Dobrze.

Stali przez chwil&#281;, patrz&#261;c w ekran. Ostatni strz&#281;p brudnej chmury znik&#322;. Ekran by&#322; znowu pe&#322;en czystej, gwiazdowej ciemno&#347;ci.

Czy kto&#347; wyszed&#322;? spyta&#322; Pirx, jak gdyby dow&#243;dca Tytana m&#243;g&#322; wiedzie&#263; wi&#281;cej od niego. Ale on by&#322; Pierwszym a Pierwszy powinien wiedzie&#263; wszystko.

Musia&#322;y im si&#281; zaci&#261;&#263; blendy odpar&#322; tamten. By&#322; wi&#281;cej ni&#380; o g&#322;ow&#281; ni&#380;szy od Pirxa. W&#322;osy mia&#322; jak z o&#322;owiu nie wiadomo by&#322;o, czy posiwia&#322;y tak, czy te&#380; by&#322;y takie zawsze.

Mindell rzuci&#322; Pierwszy w stron&#281; przechodz&#261;cego in&#380;yniera og&#322;o&#347; pan z &#322;aski swojej koniec ostrze&#380;enia. Mog&#261; ta&#324;czy&#263;.

Zna&#322; pan Albatrosa? spyta&#322; zwracaj&#261;c si&#281; do milcz&#261;cego Pirxa.

Nie.

Kompania Zachodnia. Dwadzie&#347;cia trzy tysi&#261;ce ton. Co tam?

Radiotelegrafista zbli&#380;y&#322; si&#281; i poda&#322; mu zapisany blankiet. Pirx odczyta&#322; pierwsze s&#322;owa: Balistyczny do

Cofn&#261;&#322; si&#281;. Teraz jednak przeszkadza&#322; ludziom, kt&#243;rzy co chwila przechodzili przez sterownie, wi&#281;c stan&#261;&#322; pod sam&#261; &#347;cian&#261; w k&#261;cie. Nadbieg&#322; Mindell.

Jak tam? spyta&#322; go. Mindell by&#322; spocony, wyciera&#322; chustk&#261; czo&#322;o. Pirx mia&#322; takie wra&#380;enie, jak gdyby zna&#322; go ju&#380; od lat.

Nie najgorzej wysapa&#322; Mindell. Dostali podmuchem. Ch&#322;odzenie reaktora pu&#347;ci&#322;o od wstrz&#261;su to &#347;wi&#324;stwo zawsze leci pierwsze. Oparzenia pierwszego i drugiego stopnia. Lekarze tam ju&#380; s&#261;.

Z Balistycznego?

Tak.

Nawigatorze! Luna G&#322;&#243;wna! zawo&#322;a&#322; kto&#347; od drzwi radiowej i Pierwszy odszed&#322;. Pirx sta&#322; naprzeciw Mindella, kt&#243;ry odruchowo dotkn&#261;&#322; spuchni&#281;tego policzka i schowa&#322; chustk&#261; do kieszeni.

Pirx chcia&#322; dalej pyta&#263; Mindella ale nic ju&#380; nie powiedzia&#322;, skin&#261;&#322; mu tylko g&#322;ow&#261; i poszed&#322; do kabiny radiowej. G&#322;o&#347;nik gada&#322; dziesi&#281;cioma g&#322;osami, statki z pi&#281;ciu sektor&#243;w dopytywa&#322;y si&#281; o Albatrosa, o Poryw, Luna G&#322;&#243;wna nakaza&#322;a wreszcie wszystkim milczenie i usi&#322;owa&#322;a rozplata&#263; komunikacyjny w&#281;ze&#322;, kt&#243;ry powsta&#322; wok&#243;&#322; 65 sektora po zablokowaniu otaczaj&#261;cej go przestrzeni, Pierwszy siedzia&#322; obok telegrafisty i co&#347; pisa&#322;. Naraz telegrafista zdj&#261;&#322; s&#322;uchawki i od&#322;o&#380;y&#322; je jakby przesta&#322;y ju&#380; by&#263; potrzebne. Przynajmniej wyda&#322;o si&#281; tak Pirxowi. Podszed&#322; do niego z ty&#322;u. Chcia&#322; spyta&#263;, co z lud&#378;mi Albatrosa czy uda&#322;o im si&#281; wyj&#347;&#263;. Radiowiec poczu&#322; jego obecno&#347;&#263;, podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i popatrza&#322; mu w twarz. Pirx nie spyta&#322; go ju&#380; o nic. Wyszed&#322; przed drzwi z napisem TYLKO DLA PERSONELU GWIAZDOWEGO.



Terminus



I

Od przystanku by&#322; jeszcze kawa&#322; drogi, zw&#322;aszcza dla kogo&#347;, kto, jak Pirx, ni&#243;s&#322; walizk&#281;. Nad bielej&#261;cymi widmowo polami sta&#322; mglisty przed&#347;wit, asfaltem sz&#322;y ze &#347;wistem opon ci&#281;&#380;ar&#243;wki, poprzedzane osrebrzonymi k&#322;&#281;bami pary, ich tylna &#347;wiat&#322;a zapala&#322;y si&#281; czerwono przed zakr&#281;tem. Przek&#322;adaj&#261;c walizk&#281; z r&#281;ki do r&#281;ki, spojrza&#322; w g&#243;r&#281;. Mg&#322;a musia&#322;a by&#263; niska, bo zobaczy&#322; gwiazdy. Mimo woli poszuka&#322; kursowej dla Marsa. W tym momencie szary mrok zadr&#380;a&#322;. Nieprawdopodobnie zielony ogie&#324; prze&#347;wietli&#322; na wylot mg&#322;&#281;. Odruchowo otworzy&#322; usta, ju&#380; nadci&#261;ga&#322; grzmot, a za nim gor&#261;cy podmuch. Grunt zadygota&#322;. W jednej chwili nad r&#243;wnin&#261; wzesz&#322;o zielone s&#322;o&#324;ce. &#346;niegi rozgorza&#322;y jadowitym blaskiem a&#380; po widnokr&#261;g, cienie przydro&#380;nych s&#322;up&#243;w zacz&#281;&#322;y biec przed siebie, wszystko, co nie by&#322;o jaskraw&#261; zieleni&#261;, sta&#322;o si&#281; czarne, jak zw&#281;glone. Pirx, rozcieraj&#261;c pozielenia&#322;e d&#322;onie, patrza&#322;, jak jeden z o&#347;wietlonych upiornie, strzelistych minaret&#243;w, kt&#243;re, jakby za dziwnym kaprysem budowniczego, wznosi&#322;y si&#281; po&#347;rodku okolonej wzg&#243;rzami kotliny, odrywa si&#281; od ziemi, jak stoj&#261;c na kolumnie ognia poczyna majestatycznie i&#347;&#263; w g&#243;r&#281;, a kiedy grzmot sta&#322; si&#281; materialn&#261; si&#322;&#261;, wype&#322;niaj&#261;c&#261; przestrze&#324;, zobaczy&#322; przez szpary mi&#281;dzy palcami dalekie wie&#380;e, budynki, cysterny, obwiedzione brylantow&#261; aureol&#261;; szyby kapitanatu rozb&#322;ys&#322;y, jakby szala&#322; za nimi po&#380;ar, wszystkie kontury pocz&#281;&#322;y falowa&#263; i gi&#261;&#263; si&#281; w roz&#380;arzonym powietrzu, a sprawca tego widowiska, rycz&#261;c triumfalnie, znika&#322; ju&#380; na wysoko&#347;ci, pozostawiwszy w dole ogromny, czarny kr&#261;g dymi&#261;cej ziemi. Po chwili z ugwie&#380;d&#380;onego nieba zacz&#261;&#322; pada&#263; ciep&#322;y, grubokroplisty deszcz kondensacji.

Pirx podni&#243;s&#322; swoje brzemi&#281; i poszed&#322; dalej. Wzlot rakiety prze&#322;ama&#322; jak gdyby noc z ka&#380;d&#261; chwil&#261; robi&#322;o si&#281; ja&#347;niej i wida&#263; by&#322;o, jak osiada w rowach topniej&#261;cy &#347;nieg, a ca&#322;a r&#243;wnina wynurza si&#281; spod ob&#322;ok&#243;w pary.

Za siatkami, &#347;wiec&#261;cymi od wody, sz&#322;y d&#322;ugie mury ochronne dla za&#322;ogi lotniska o skarpach okrytych darni&#261;. Martwa, nasi&#261;k&#322;a wilgoci&#261; zesz&#322;oroczna trawa nie dawa&#322;a dobrego oparcia stopom, ale spieszy&#322;o mu si&#281;, wi&#281;c zamiast szuka&#263; schodk&#243;w najbli&#380;szego przej&#347;cia, z rozbiegu wspi&#261;&#322; si&#281; na g&#243;r&#281; i zobaczy&#322; j&#261; z daleka.

Wy&#380;sza od wszystkich innych rakiet, sta&#322;a osobno, wysoka jak wie&#380;a. Takich nie budowano od lat. Omija&#322; rozlane na betonie p&#322;ytkie ka&#322;u&#380;e wody, dalej ju&#380; ich prawie nie by&#322;o, wyparowa&#322;a momentalnie od termicznego udaru, czworok&#261;tne p&#322;yty sucho i ostro, jak w lecie, dzwoni&#322;y pod krokami. Im by&#322; bli&#380;ej, tym bardziej musia&#322; zadziera&#263; g&#322;ow&#281;. Pancerz wygl&#261;da&#322;, jakby go na przemian smarowano klejem i nacierano zmieszanymi z glin&#261; szmatami. Kiedy&#347; pr&#243;bowano dodawa&#263; do pow&#322;okowych tungsten&#243;w w&#322;&#243;kna azbestowego karbidku. Kiedy si&#281; taki statek przypali&#322; par&#281; razy na hamowaniu atmosferycznym, wygl&#261;da&#322; jak obdzierany ze sk&#243;ry ca&#322;y w strz&#281;pach. Nie warto by&#322;o ich zdziera&#263; wnet wy&#322;azi&#322;y. Opory przy starcie, jasna rzecz, olbrzymie. Stateczno&#347;&#263;, sterowno&#347;&#263; prosto przed Trybuna&#322; Kosmiczny: jeden krymina&#322;.

Szed&#322; nie spiesz&#261;c si&#281;, cho&#263; walizka porz&#261;dnie ju&#380; mu ci&#261;&#380;y&#322;a, ale chcia&#322; dok&#322;adnie obejrze&#263; sobie statek z zewn&#261;trz; a&#380;urowa konstrukcja trapu rysowa&#322;a si&#281; na tle nieba i&#347;cie jakubow&#261; drabin&#261;, &#347;ciana rakiety szara by&#322;a jak kamie&#324; wszystko zreszt&#261; by&#322;o jeszcze szare: rozw&#322;&#243;czone po betonie puste skrzynki, butle, &#322;achy pordzewia&#322;ego &#380;elastwa, dzwona metalowych w&#281;&#380;&#243;w. Rozrzucone chaotycznie, &#347;wiadczy&#322;y o po&#347;piechu, z jakim dokonano za&#322;adunku. Dwadzie&#347;cia krok&#243;w przed trapem postawi&#322; walizk&#281; i rozejrza&#322; si&#281;. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e &#322;adunek jest ju&#380; zaokr&#281;towany; rozkraczona na g&#261;sienicach ogromna pochylnia towarowa zosta&#322;a odsuni&#281;ta i zaczepy jej wisia&#322;y w powietrzu, ze dwa metry od kad&#322;uba. Wymin&#261;&#322; stalow&#261; &#322;ap&#281;, kt&#243;r&#261; statek, niebotyczny i czarny teraz na tle zorzy, wspiera&#322; si&#281; o beton, i zszed&#322; pod ruf&#281;. Wok&#243;&#322; &#322;apy &#380;elbet osiad&#322; pod strasznym ci&#281;&#380;arem, strzeliwszy w otoczeniu rysami p&#281;kni&#281;&#263;.

Nie&#378;le zap&#322;ac&#261; i za to pomy&#347;la&#322; o armatorach, wchodz&#261;c w obszar cienia, rzucanego przez ruf&#281;. Z odrzucon&#261; w ty&#322; g&#322;ow&#261; zatrzyma&#322; si&#281; pod lejem pierwszej wyrzutni. Obrze&#380;e ziej&#261;ce zbyt wysoko, by m&#243;g&#322; go dosi&#281;gn&#261;&#263;, pokrywa&#322;y grube nawarstwienia kopciu. Wci&#261;gn&#261;&#322; badawczo powietrze. Cho&#263; silniki milcza&#322;y od dawna, wyczu&#322; &#347;lad ostrego, charakterystycznego sw&#281;du jonizacji.

Chod&#378; no tu powiedzia&#322; kto&#347; z ty&#322;u. Odwr&#243;ci&#322; si&#281;, ale nie zobaczy&#322; nikogo. I znowu us&#322;ysza&#322; ten sam g&#322;os jakby z odleg&#322;o&#347;ci trzech krok&#243;w.

Hej, jest tu kto?! krzykn&#261;&#322;. G&#322;os zabrzmia&#322; g&#322;ucho pod czarn&#261;, rozdziawion&#261; dziesi&#261;tkami wylot&#243;w kopu&#322;&#261; rufy. Odpowiedzia&#322;a cisza. Przeszed&#322; na drug&#261; stron&#281; i zobaczy&#322; krz&#261;taj&#261;cych si&#281; w odleg&#322;o&#347;ci jakich&#347; trzystu metr&#243;w ludzi stoj&#261;c rz&#281;dem, wlekli po ziemi ci&#281;&#380;ki w&#261;&#380; paliwowy. Poza tym by&#322;o pusto. Nas&#322;uchiwa&#322; chwil&#281;, a&#380; dosz&#322;y go, tym razem z wysoka, niewyra&#378;ne, be&#322;kotliwe g&#322;osy. Musia&#322; to by&#263; efekt wylotowych lej&#243;w: dzia&#322;a&#322;y jak reflektor, skupiaj&#261;c d&#378;wi&#281;ki otoczenia. Wr&#243;ci&#322; po walizk&#281; i ruszy&#322; z ni&#261; do trapu.

Sze&#347;ciopi&#281;trow&#261; drabin&#281; przemierzy&#322;, nie wiedz&#261;c o tym nawet, zaj&#281;ty my&#347;lami, cho&#263; jakie by&#322;y nie umia&#322;by powiedzie&#263;. U szczytu, na otoczonej aluminiow&#261; por&#281;cz&#261; platformie nawet si&#281; nie obejrza&#322;, &#380;eby po&#380;egna&#263; wzrokiem okolic&#281;. Nie przysz&#322;o mu to do g&#322;owy. Nim pchn&#261;&#322; klap&#281;, powi&#243;d&#322; palcami po pancerzu. Istna tarka. Jego chropowato&#347;&#263; nasuwa&#322;a my&#347;l o z&#380;artej kwasami skale.

No, co mam robi&#263;, sam chcia&#322;em mrukn&#261;&#322;. Klapa otwar&#322;a si&#281; ci&#281;&#380;ko, jakby przywalona g&#322;azami. Komora ci&#347;nieniowa wygl&#261;da&#322;a jak wn&#281;trze beczki. Powi&#243;d&#322; palcami po rurach, roztar&#322; suchy py&#322;. Rdza.

Przeciskaj&#261;c si&#281; przez wewn&#281;trzny w&#322;az, zd&#261;&#380;y&#322; jeszcze zauwa&#380;y&#263;, &#380;e uszczelka jest po&#322;atana. W g&#243;r&#281; i w d&#243;&#322; bieg&#322;y pionowe studnie korytarzy, o&#347;wietlonych nocnymi lampami. Ich &#347;wiat&#322;o zlewa&#322;o si&#281; w perspektywie w b&#322;&#281;kitnaw&#261; smu&#380;k&#281;. Gdzie&#347; szumia&#322;y wentylatory, nosowo cmoka&#322;a niewidzialna pompa. Wyprostowa&#322; si&#281;. Jak przed&#322;u&#380;enie w&#322;asnego cia&#322;a poczu&#322; otaczaj&#261;cy go masyw pok&#322;ad&#243;w i pancerzy. Niech diabli wezm&#261; 19 000 ton!

Na drodze do sterowni nie spotka&#322; nikogo. Korytarz wype&#322;nia&#322;a cisza tak ostateczna, jakby statek by&#322; ju&#380; w pr&#243;&#380;ni. Pneumatyczn&#261; wy&#347;ci&#243;&#322;k&#281; &#347;cian pokrywa&#322;y plamy; liny, s&#322;u&#380;&#261;ce za oparcie przy braku ci&#261;&#380;enia, zwisa&#322;y nisko, sparcia&#322;e. Spawane i przecinane dziesi&#261;tki razy z&#322;&#261;cza ruroci&#261;g&#243;w wygl&#261;da&#322;y niczym nadw&#281;glone bulwy, wyci&#261;gni&#281;te z popieliska. Pochylni&#261;, jedn&#261; i drug&#261;, doszed&#322; do sze&#347;ciobocznego pomieszczenia z metalowymi drzwiami o zaokr&#261;glonych k&#261;tach w ka&#380;dej &#347;cianie. Okr&#281;cone postronkiem, zamiast pneumatyk&#243;w, miedziane klamki.

Okienka numerator&#243;w ukazywa&#322;y szklane bielma. Nacisn&#261;&#322; taster informatora przeka&#378;nik trzasn&#261;&#322;, w metalowej puszce co&#347; zaszele&#347;ci&#322;o, ale tarczka pozosta&#322;a ciemna.

No, co mam robi&#263;? pomy&#347;la&#322;. Lecie&#263; ze skarg&#261; do SPT?

Otworzy&#322; drzwi. Sterownia wygl&#261;da&#322;a jak sala tronowa. W szk&#322;ach martwych ekran&#243;w zobaczy&#322; si&#281; jak w lustrze kapelusz do reszty straci&#322; fason od deszczu, z walizk&#261;, w jesionce, robi&#322; wra&#380;enie zab&#322;&#261;kanego mieszczucha. Na wzniesieniu sta&#322;y budz&#261;ce rozmiarami szacunek fotele pilot&#243;w, zwaliste, z siedzeniem w kszta&#322;cie g&#322;&#281;bokiego negatywu ludzkiego cia&#322;a zapada si&#281; w nie po pier&#347;. Postawi&#322; walizk&#281; na pod&#322;odze i podszed&#322; do pierwszego. Wype&#322;ni&#322; go cie&#324;, niczym widmo ostatniego sternika. Uderzy&#322; d&#322;oni&#261; w oparcie buchn&#261;&#322; kurz, zakr&#281;ci&#322;o mu w nosie, zacz&#261;&#322; kicha&#263; raz po raz, w&#347;ciek&#322;y, a&#380; nagle roze&#347;mia&#322; si&#281;. Pianowa wy&#347;ci&#243;&#322;ka por&#281;czy zmursza&#322;a od staro&#347;ci. Kalkulatory takich jeszcze nie widzia&#322;. Ich tw&#243;rca musia&#322; si&#281; zapatrzy&#263; w organy. Zegar&#243;w na pulpitach by&#322;o jak maku trzeba by mie&#263; ze sto oczu, aby je naraz ogarn&#261;&#263;. Odwr&#243;ci&#322; si&#281; wolno. Szed&#322; oczami od &#347;ciany do &#347;ciany, widzia&#322; pl&#261;tanin&#281; &#322;atanych kabli, skorodowane p&#322;yty izolacji, &#380;elazne ko&#322;a do r&#281;cznego opuszczania hermetycznych grodzi, wy&#347;wiechtane od dotyku r&#261;k, sp&#322;owia&#322;&#261; czerwie&#324; rozrz&#261;du ga&#347;nic wszystko by&#322;o tak zakurzone, tak stare

Kopn&#261;&#322; amortyzatory fotela. Od razu pociek&#322;o z hydraulik&#243;w.

Inni latali, to i ja potrafi&#281; pomy&#347;la&#322;. Wr&#243;ci&#322; na korytarz, przeciwleg&#322;ymi drzwiami dosta&#322; si&#281; do burtowego przej&#347;cia i poszed&#322; przed siebie. Tu&#380; za szybem windy zauwa&#380;y&#322; na &#347;cianie ciemniejsze, wypuczone miejsce. Przy&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; nie omyli&#322; si&#281;. Plomba po przestrzelinie. Poszuka&#322; w otoczeniu dalszych &#347;lad&#243;w przebicia, ale zmieniono wida&#263; ca&#322;&#261; sekcj&#281; strop i &#347;ciany by&#322;y g&#322;adkie. Wr&#243;ci&#322; oczami do plomby. Cement zastyg&#322; gruz&#322;ami, wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e dostrzega w nim niewyra&#378;ne odbicie d&#322;oni, kt&#243;re pracowa&#322;y w gwa&#322;townym po&#347;piechu. Wsiad&#322; do windy i zjecha&#322; na sam d&#243;&#322;, do stosu. Za szyb&#261; przesuwa&#322;y si&#281; miarowo o&#347;wietlone cyfry pok&#322;ad&#243;w: pi&#261;ty sz&#243;sty si&#243;dmy

Na dole by&#322;o ch&#322;odno. Korytarz skr&#281;ca&#322; &#322;ukiem, zbiega&#322; si&#281; z innymi, poprzez wyd&#322;u&#380;ony, niski przedsionek widzia&#322; ju&#380; drzwi komory stosu. Tu by&#322;o jeszcze ch&#322;odniej; para oddechu biela&#322;a w &#347;wietle zakurzonych lamp. Potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Zamra&#380;alniki? Musia&#322;y by&#263; gdzie&#347; blisko. Nadstawi&#322; ucha. Blachy poszycia drga&#322;y, wstrz&#261;sane s&#322;abo dzwoni&#261;cym pulsem. Przeszed&#322; pod nawis&#322;ymi ci&#281;&#380;ko stropami, kt&#243;re wt&#243;rowa&#322;y g&#322;ucho jego krokom, nie mog&#261;c otrz&#261;sn&#261;&#263; si&#281; z wra&#380;enia, &#380;e jest w g&#322;&#281;bi podziemi. Korba hermetycznych drzwi nie dawa&#322;a si&#281; obr&#243;ci&#263;. Napar&#322; mocniej ani drgn&#281;&#322;a. Ju&#380; chcia&#322; stan&#261;&#263; na niej nog&#261;, kiedy zorientowa&#322; si&#281; w systemie zamkowym; musia&#322; pierwej wyci&#261;gn&#261;&#263; zabezpieczaj&#261;c&#261; sztabk&#281;.

Za tymi drzwiami by&#322;y nast&#281;pne dwuskrzyd&#322;owe, na pionowej osi, grube jak w skarbcu. Lakier &#322;uszczy&#322; si&#281; ze stali, na wysoko&#347;ci oczu odczytywa&#322; resztk&#281; czerwonych liter:



N BEZP STWO


Znalaz&#322; si&#281; w ciasnym przej&#347;ciu prawie zupe&#322;nie ciemnym. Kiedy postawi&#322; nog&#281; na progu, co&#347; szcz&#281;kn&#281;&#322;o i prosto w twarz buchn&#261;&#322; mu bia&#322;y blask; r&#243;wnocze&#347;nie zaja&#347;nia&#322;a tablica z czaszk&#261; na skrzy&#380;owanych piszczelach. Ale&#380; bali si&#281; wtedy! pomy&#347;la&#322;. Blacha stopni zab&#281;bni&#322;a g&#322;ucho, kiedy schodzi&#322; do komory. Znalaz&#322; si&#281; jakby na dnie wysch&#322;ej fosy naprzeciw, wypuk&#322;a niczym blanka fortecznego muru, szarza&#322;a wysoka na dwa pi&#281;tra ochronna &#347;ciana reaktora, pokryta zielonkaw&#261; i &#380;&#243;&#322;t&#261; osp&#261; niewielkich wybrzusze&#324;. To by&#322;y plomby po starych promienistych przeciekach. Spr&#243;bowa&#322; policzy&#263; je ale kiedy wszed&#322; na pomost i zobaczy&#322; ca&#322;y mur z wysoka, da&#322; spok&#243;j; w niekt&#243;rych miejscach nie wida&#263; ju&#380; by&#322;o spod nich betonu.

Pomost, stoj&#261;cy na &#380;elaznych kolumienkach, oddziela&#322;y od reszty komory wielkie szyby jakby na&#324; nasadzono pud&#322;o ze szk&#322;a. Domy&#347;li&#322; si&#281;, &#380;e to szk&#322;o o&#322;owiowe, maj&#261;ce chroni&#263; przed twardym promieniowaniem, ale i tak wyda&#322; mu si&#281; ten zabytek atomowej architektury nonsensem.

Pod czym&#347; w rodzaju niewielkiego daszka stercza&#322;y, wycelowane w brzuch stosu, rozcapierzone promieni&#347;cie liczniki Geigera. W osobnej wn&#281;ce znalaz&#322; zegary martwe, z wyj&#261;tkiem jednego. Stos na ja&#322;owym rozruchu.

Zeszed&#322; na d&#243;&#322;, ukl&#261;k&#322; i zajrza&#322; do studzienki pomiarowej. Lustra peryskopu by&#322;y w czarnych plamach od staro&#347;ci. Troch&#281; za du&#380;o szlaki radioaktywnej, ale ostatecznie Mars nie Jowisz mo&#380;na obr&#243;ci&#263; w dziesi&#281;&#263; dni. Wygl&#261;da&#322;o, &#380;e paliwa jest na kilka takich rejs&#243;w. Uruchomi&#322; kadmowe blendy. Wskaz&#243;wka zatrz&#281;s&#322;a si&#281; i niech&#281;tnie przesun&#281;&#322;a na drugi koniec skali. Sprawdzi&#322; op&#243;&#378;nienie ujdzie. Tyle, aby kontrola SPT przepu&#347;ci&#322;a z przymkni&#281;ciem oka.

Co&#347; poruszy&#322;o si&#281; w k&#261;cie. Dwa zielone &#347;wiate&#322;ka. Zapatrzy&#322; si&#281; w nie i drgn&#261;&#322;, bo przesun&#281;&#322;y si&#281; wolno. Podszed&#322; bli&#380;ej. To by&#322; kot. Czarny, chudy. Miaukn&#261;&#322; cicho i przywar&#322; grzbietem do jego nogi. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i poszuka&#322; w otoczeniu wzrokiem, a&#380; znalaz&#322; wysoko, na &#380;elaznej p&#243;&#322;ce, rz&#261;d klatek. Co&#347; bia&#322;awego mrowi&#322;o si&#281; w nich niespiesznie. Od czasu do czasu &#322;ysn&#261;&#322; mi&#281;dzy drutami czarny paciorek oka. Bia&#322;e myszy. Wo&#380;ono je jeszcze czasem na starych statkach, jako &#380;ywe wska&#378;niki radioaktywnego przecieku. Pochyli&#322; si&#281;, &#380;eby pog&#322;aska&#263; kota, ale ten umkn&#261;&#322; mu i zwracaj&#261;c g&#322;ow&#281; ku najciemniejszej, zw&#281;&#380;onej cz&#281;&#347;ci komory, cicho miaukn&#261;&#322;, wygi&#261;&#322; grzbiet i na wypr&#281;&#380;onych &#322;apach przesun&#261;&#322; si&#281; ku betonowej skarpie, za kt&#243;r&#261; czernia&#322;o co&#347;, jakby czworok&#261;tne przej&#347;cie. Koniec wypr&#281;&#380;onego ogona zadrga&#322;, zwierz&#281; pe&#322;za&#322;o dalej, ju&#380; ledwo widoczne w p&#243;&#322;mroku. Pirx, zaintrygowany, zajrza&#322; tam, schylaj&#261;c g&#322;ow&#281;. W pochy&#322;ej &#347;cianie widnia&#322;y na wp&#243;&#322; uchylone kwadratowe drzwiczki, wewn&#261;trz refleks &#347;wiat&#322;a po&#322;yskiwa&#322; na czym&#347;, co wzi&#261;&#322; za zwoje metalowego w&#281;&#380;a. Kot wpatrywa&#322; si&#281; w to, nastroszony, jego zesztywnia&#322;y ogon wykonywa&#322; drobne ruchy.

No, co znowu, tam nic nie ma mrukn&#261;&#322; Pirx i przysiadaj&#261;c prawie na obcasach, zbli&#380;y&#322; oczy do ciemnej wn&#281;ki. W &#347;rodku siedzia&#322; kto&#347;. Matowe b&#322;yski le&#380;a&#322;y na skulonym torsie. Kot zacz&#261;&#322; zbli&#380;a&#263; si&#281; do drzwiczek, miaucz&#261;c cichutko. Oczy Pirxa przywyka&#322;y do ciemno&#347;ci coraz wyra&#378;niej dostrzega&#322; spiczaste, wysoko uniesione kolana, l&#347;ni&#261;cy s&#322;abo metal nagolennik&#243;w i opasuj&#261;cych je segmentowych ramion. Tylko g&#322;owa kry&#322;a si&#281; w cieniu.

Kot miaukn&#261;&#322;.

Jedno rami&#281; poruszy&#322;o si&#281; z chrz&#281;stem, wysun&#281;&#322;o na zewn&#261;trz i dotykaj&#261;c ko&#324;cami &#380;elaznych palc&#243;w pod&#322;ogi, utworzy&#322;o sko&#347;ny most, po kt&#243;rym kot szmyrgn&#261;&#322; b&#322;yskawicznie w g&#243;r&#281; i usadowi&#322; si&#281; na barku siedz&#261;cego.

Hej, ty powiedzia&#322; Pirx nie wiadomo, do kota czy do tego stworu, kt&#243;ry powoli, jakby pokonuj&#261;c ogromny op&#243;r, j&#261;&#322; cofa&#263; r&#281;k&#281;. Odezwanie si&#281; Pirxa sparali&#380;owa&#322;o ten ruch. &#379;elazne palce stukn&#281;&#322;y o beton.

Kto tam to odezwa&#322; si&#281; zniekszta&#322;cony, jakby dobywaj&#261;cy si&#281; z &#380;elaznej rury g&#322;os Terminus m&#243;wi kto?

Co tu robisz? spyta&#322; Pirx.

Ter-minus tu-jestem zim-no &#378;le widz&#281; duka&#322; chrypliwie g&#322;os.

Czy pilnujesz stosu? spyta&#322; Pirx. Traci&#322; ju&#380; nadziej&#281;, &#380;e dowie si&#281; czego&#347; od automatu, strupiesza&#322;ego, jak ca&#322;y statek, ale w obliczu zielonych &#347;lepi&#243;w nie m&#243;g&#322; jako&#347; zrejterowa&#263; w p&#243;&#322; s&#322;owa.

Ter-minus stosu zabe&#322;kota&#322;o w betonowym schowku ja stosu. Stosu powtarza&#322; jakby z g&#322;upkowatym zadowoleniem.

Wsta&#324;! krzykn&#261;&#322; Pirx, bo nic innego nie przysz&#322;o mu do g&#322;owy. W &#347;rodku zachrz&#281;&#347;ci&#322;o. Cofn&#261;&#322; si&#281; o krok, widz&#261;c, jak z ciemno&#347;ci wysuwaj&#261; si&#281; dwie &#380;elazne r&#281;kawice o rozstawionych palcach, obracaj&#261; si&#281; na zewn&#261;trz, jak zaczepiaj&#261; o framug&#281; i zaczynaj&#261; holowa&#263; tu&#322;&#243;w, w kt&#243;rym przeci&#261;gle zachrobota&#322;o. Metalowy kad&#322;ub gibn&#261;&#322; si&#281;, wyjrza&#322; na &#347;wiat&#322;o i wstawa&#322; przy zgrzytaniu i pisku wszystkich staw&#243;w. Na poprzecznych z&#322;&#261;czach blachy, zaciemniaj&#261;c kurz, kt&#243;ry j&#261; pokrywa&#322;, wyst&#261;pi&#322;y krople oliwy. Podobny raczej do rycerza w zbroi ani&#380;eli do automatu, chwia&#322; si&#281; powoli na boki.

Czy tu jest twoje miejsce? spyta&#322; Pirx. Szklane oczy automatu rozesz&#322;y si&#281; na boki, kr&#261;&#380;&#261;c wolno po otoczeniu, i ten zez nada&#322; jego p&#322;askiej, metalowej twarzy wyraz ca&#322;kowitej t&#281;poty.

Plomby przygoto-wane dwa, sze&#347;&#263;, osiem funt&#243;w &#378;le wida&#263; zimno

G&#322;os wydobywa&#322; si&#281; nie z g&#322;owy, lecz z szerokiej tarczy piersiowej automatu.

Kot, zwini&#281;ty w k&#322;&#281;bek, patrza&#322; na Pirxa z wysoko&#347;ci jego barku.

Plom-by goto-we skrzecza&#322; dalej Terminus. Wykonywa&#322; jednocze&#347;nie drobne ruchy, b&#281;d&#261;ce zacz&#261;tkami dobrze Pirxowi znanej operacji jak gdyby nabiera&#322; czego&#347; z powietrza szuflowato ustawionymi gar&#347;ciami i pchni&#281;ciem umieszcza&#322; to gdzie&#347; przed sob&#261; tak, naprzemiennymi ruchami, opatruje si&#281; radioaktywne przecieki. Oksydowany tors zachwia&#322; si&#281; gwa&#322;towniej, czarny kot zgrzytn&#261;&#322; pazurami po blasze, nie utrzyma&#322; si&#281; i z gniewnym fukni&#281;ciem buchn&#261;&#322; czarn&#261; smug&#261; w d&#243;&#322;, dotykaj&#261;c w przelocie n&#243;g Pirxa. Automat jakby tego nie zauwa&#380;y&#322;. Umilk&#322;, tylko jego r&#281;ce wik&#322;a&#322;y si&#281; jeszcze w szcz&#261;tkowych, gasn&#261;cych ruchach, kt&#243;re stanowi&#322;y jak gdyby coraz s&#322;absze, nieme echo jego s&#322;&#243;w a&#380; zamar&#322;.

Pirx spojrza&#322; na ca&#322;&#261; w zaciekach, skamienia&#322;&#261; od staro&#347;ci &#347;cian&#281; reaktora, pokryt&#261; raz ko&#322;o razu ciemniejszymi plamami cementowych opatrunk&#243;w, i wr&#243;ci&#322; oczami do Terminusa. Musia&#322; on by&#263; bardzo stary kto wie, czy nie starszy od statku. Prawy bark wygl&#261;da&#322; na wymieniony, biodra i uda nosi&#322;y wyra&#378;ne &#347;lady spawania, doko&#322;a &#380;elaznych szw&#243;w blacha, odpuszczona &#380;arem, przybra&#322;a granitow&#261; niemal barw&#281;.

Terminus! krzykn&#261;&#322;, zupe&#322;nie jakby odzywa&#322; si&#281; do g&#322;uchego id&#378; na swoje miejsce!

S&#322;ucham. Ter-minus.

Automat cofn&#261;&#322; si&#281; ty&#322;em, niczym rak, do otwartego schowka i zgrzytaj&#261;c j&#261;&#322; wciska&#263; si&#281; do &#347;rodka. Pinc obejrza&#322; si&#281; za kotem, ale nigdzie go nie by&#322;o. Wr&#243;ci&#322; na g&#243;r&#281;, zamkn&#261;&#322; za sob&#261; hermetyczne drzwi i pojecha&#322; wind&#261; na czwarty pok&#322;ad do kabiny nawigacyjnej.

Szeroka i niska, z poczernia&#322;&#261;, d&#281;bow&#261; boazeri&#261; i belkowanym stropem, przypomina&#322;a kajut&#281; okr&#281;tow&#261;. Mia&#322;a okr&#281;towe iluminatory w miedzianych pier&#347;ciennych ramach, przez kt&#243;re pada&#322;o dzienne &#347;wiat&#322;o. Jakie&#347; czterdzie&#347;ci lat temu panowa&#322;a taka moda; nawet plastikowe pokrycia &#347;cian imitowa&#322;y w&#243;wczas drewnian&#261; klepk&#281;. Otworzy&#322; okr&#261;g&#322;e okno i omal nie stukn&#261;&#322; czo&#322;em w g&#322;uchy mur. Z&#322;udzenie dziennego &#347;wiat&#322;a dawa&#322;y ukryte jarzeni&#243;wki. Zatrzasn&#261;&#322; okno i odwr&#243;ci&#322; si&#281;. Z gwiazdowych sto&#322;&#243;w a&#380; na pod&#322;og&#281; zwisa&#322;y mapy nieba, bladoniebieskie jak morza w geografii, po k&#261;tach wala&#322;y si&#281; rulony zu&#380;ytej kalki, upstrzone kursowymi wykresami, rysownica pod punktowym reflektorkiem ca&#322;a by&#322;a podziobana uk&#322;uciami cyrkli, w k&#261;cie sta&#322;o biurko, przed nim d&#281;bowy fotel, przy&#347;rubowany do pod&#322;ogi, pod siedzeniem mia&#322; kulowy przegub, &#380;eby mo&#380;na je pochyla&#263; w dowoln&#261; stron&#281;, obok ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; wpuszczone w boazeri&#281;, zwaliste szafy biblioteczne. Istna arka Noego.

Czy to dlatego agent, ju&#380; po podpisaniu umowy, powiedzia&#322; mu: Dostaje pan historyczny statek? Stary to jeszcze nie historyczny.

Zacz&#261;&#322; kolejno wysuwa&#263; szuflady biurka, a&#380; znalaz&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; okr&#281;tow&#261; wielk&#261;, w wy&#347;lizganej sk&#243;rzanej oprawie, z za&#347;niedzia&#322;ymi okuciami. Wci&#261;&#380; sta&#322;, jakby nie mog&#261;c si&#281; zdoby&#263; na zaj&#281;cie tego wielkiego, wysiedzianego fotela. Odchyli&#322; ok&#322;adk&#281;. Na pierwszej stronie widnia&#322;a data pr&#243;bnego rejsu i fotogram aktu technicznego stoczni. Mrugn&#261;&#322; powiekami; nie by&#322;o go jeszcze wtedy na &#347;wiecie. Poszuka&#322; ostatniego zapisu ten by&#322; teraz najwa&#380;niejszy. Zgadza&#322; si&#281; z tym. co us&#322;ysza&#322; od agenta statek od tygodnia &#322;adowa&#322; maszyny i drobnic&#281; dla Marsa, start, wyznaczony na 28, op&#243;&#378;ni&#322; si&#281; od trzech dni liczy si&#281; postojowe. To dlatego tak si&#281; spieszyli postojowe w ziemskim porcie mo&#380;e zrujnowa&#263; milionera

Kartkowa&#322; wolno ksi&#261;&#380;k&#281;, nie czytaj&#261;c wyblak&#322;ego pisma, chwyta&#322; tylko pojedyncze, stereotypowe zwroty, kursowe cyfry, wyniki oblicze&#324; nie zatrzymywa&#322; si&#281; nigdzie, jakby szukaj&#261;c w niej czego&#347; innego. Ze strumienia kartek wy&#322;oni&#322;a si&#281; jedna na g&#243;rze:

Statek wprowadzony do stoczni Ampers-Hart na remont I kategorii.

Data pochodzi&#322;a sprzed trzech lat.

I c&#243;&#380; takiego ulepszyli? Nie by&#322; taki zn&#243;w ciekaw, ale przejrza&#322; spis rob&#243;t, dziwi&#261;c si&#281; coraz bardziej wymieniono pancerze dziobowe, szesna&#347;cie sekcji pok&#322;ad&#243;w, wr&#281;gi obsady reaktora, grodzie hermetyczne

Nowe grodzie i wr&#281;gi?

Prawda agent m&#243;wi&#322; co&#347; o jakiej&#347; starej awarii. Ale to nie by&#322;a zwyk&#322;a awaria raczej katastrofa.

Odwr&#243;ci&#322; stron&#281;, &#380;eby dowiedzie&#263; si&#281; czego&#347; z zapis&#243;w poprzedzaj&#261;cych remont. Najpierw znalaz&#322; port przeznaczenia: Mars. &#321;adunek: drobnica. Za&#322;oga: pierwszy oficer-in&#380;ynier Pratt, drugi Wayne, piloci Poiter i Nolan, mechanik Simon

A dow&#243;dca?

Cofn&#261;&#322; si&#281; jeszcze o stron&#281; i drgn&#261;&#322;.

Data przej&#281;cia statku sprzed dziewi&#281;tnastu lat. I podpis:

Pierwszy nawigator Momssen.

Momssen!

Owion&#261;&#322; go suchy &#380;ar.

Jak to Momssen? Przecie&#380; chyba nie ten Momssen! Przecie&#380; przecie&#380; tamto to by&#322; inny statek!

Ale data zgadza&#322;a si&#281;: up&#322;yn&#281;&#322;o od niej dziewi&#281;tna&#347;cie lat. Zaraz. Tylko powoli. Powoli.

Wr&#243;ci&#322; do ksi&#261;&#380;ki okr&#281;towej. Zamaszyste, wyra&#378;ne pismo. Wyblak&#322;y atrament. Pierwszy dzie&#324; podr&#243;&#380;y. Drugi, trzeci. Mierny przeciek reaktora: 0,4 rtg/godzin&#281;. Na&#322;o&#380;ono plomby. Obliczenia kursu. Gwiazdowy fix.

Dalej, dalej!

Nie czyta&#322;: skaka&#322; oczami po zwartych rz&#261;dkach pisma.

Jest!

Data, kt&#243;rej uczy&#322; si&#281; w szkole jako ch&#322;opiec, i pod ni&#261;:

O godz. 16.40 Cz. L. odebrane Ostrze&#380;enie Met. Dejmosa przed pochodz&#261;c&#261; z jowiszowej perturbacji Leonid&#243;w chmur&#261;, id&#261;c&#261; kursem kolizji z chy&#380;. 40 km/sek. przez sektor w&#322;asny. Odbi&#243;r O. M. potwierdzony. Og&#322;oszony alarm P-M dla za&#322;ogi. Przy utrzymuj&#261;cym si&#281; przecieku reaktora 0.42 rtg/godz. podj&#281;ty manewr wymijaj&#261;cy ca&#322;&#261; moc&#261; z wyj&#347;ciem przybli&#380;onym na delt&#281; Oriona.

Ni&#380;ej, od nowej linii:



O godz. 16.51 Cz. L. na


Reszta karty by&#322;a pusta.

&#379;adnych znak&#243;w, bazgrot, plam, nic opr&#243;cz niepotrzebnie przed&#322;u&#380;onej w d&#243;&#322;, nie skr&#281;caj&#261;cej wedle nakaz&#243;w kaligrafii, pionowej kreseczki ostatniej litery a.

Jej kilkumilimetrowe, nieco chwiejne przeci&#261;gni&#281;cie, kt&#243;rym urywa&#322;o si&#281; regularne pismo, wychodz&#261;c na bia&#322;y obszar papieru, zawiera&#322;o ju&#380; wszystko: grzmot trafie&#324;, wyj&#261;c&#261; ucieczk&#281; powietrza, krzyk ludzi, kt&#243;rym p&#281;ka&#322;y ga&#322;ki oczne i gard&#322;a

Ale tamten statek nazywa&#322; si&#281; przecie&#380; inaczej. Inaczej! Jak?

To by&#322;o jak we &#347;nie: nazwy tej, tak chyba s&#322;awnej jak nazwa statku Kolumba, nie m&#243;g&#322; sobie przypomnie&#263;!

Bo&#380;e jak&#380;e si&#281; nazywa&#322; ten statek, ostatni statek Momssena?!

Skoczy&#322; do biblioteki. Gruby tom rejestru Lloyda sam wskoczy&#322; mu w r&#281;k&#281;. To by&#322;o jako&#347; na K. Kosmonauta? Nie. Kondor? Nie. Co&#347; d&#322;u&#380;szego jaki&#347; dramat bohater czy rycerz

Rzuci&#322; tom na biurko i zw&#281;&#380;onymi oczami przypatrywa&#322; si&#281; &#347;cianom. Mi&#281;dzy bibliotek&#261; a szaf&#261; z mapami wisia&#322;y na boazerii przyrz&#261;dy hygrometr, indykator promieniowania, wska&#378;nik dwutlenku w&#281;gla

Odwr&#243;ci&#322; je po kolei. &#379;adnych napis&#243;w. Wygl&#261;da&#322;y zreszt&#261; na nowe.

Tam, w k&#261;cie!

Wkr&#281;cona w d&#281;bow&#261; p&#322;yt&#281; &#347;wieci&#322;a tabliczka radiografu. Takich ju&#380; nie produkuj&#261; &#347;mieszne, odlane w mosi&#261;dzu ozd&#243;bki okala&#322;y tarcz&#281; Odkr&#281;ca&#322; szybko &#347;ruby, ujmuj&#261;c ja ostro&#380;nie ko&#324;cami palc&#243;w, szarpn&#261;&#322; obsad&#281;, zosta&#322;a mu w d&#322;oni odwr&#243;ci&#322; metalowe pude&#322;ko. Na spodniej stronie wyryty by&#322; w z&#322;ocistym mosi&#261;dzu jeden wyraz: KORIOLAN. To by&#322; ten sam statek.

Powi&#243;d&#322; wzrokiem po kabinie. Wi&#281;c to tu, na tym fotelu siedzia&#322; wtedy w tej ostatniej chwili Momssen?

Rejestr Lloyda otwar&#322; si&#281; na K. KORONA PO&#321;UDNIOWA, KORSARZ, KORIOLAN. Statek Kompanii 19000 ton masy spoczynkowej wypuszczony ze stoczni w roku reaktor uranowo-wodny, system ch&#322;odzenie ci&#261;g zasi&#281;g maksymalny wprowadzony na lini&#281; Terra-Mars, utracony wskutek kolizji z potokiem Leonid&#243;w, po szesnastu latach odnaleziony przez statek patrolowy w aphelium orbity po remoncie I kat., przeprowadzonym w Ampers-Hart, wprowadzony przez Kompani&#281; Po&#322;udniow&#261; na lini&#281; Terra-Mars transport drobnicy taryfa ubezpieczeniowa nie, nie to jest! pod nazw&#261; B&#322;&#281;kitna Gwiazda.

Przymkn&#261;&#322; oczy. Jak tu cicho. Zmienili nazw&#281;. Pewno &#380;eby nie mie&#263; trudno&#347;ci z werbunkiem za&#322;ogi. To dlatego ten agent Zaczyna&#322; przypomina&#263; sobie, co m&#243;wiono o tym w Bazie. To ich statek patrolowy odkry&#322; wrak. Ostrze&#380;enia meteorytowe przychodzi&#322;y wtedy zawsze zbyt p&#243;&#378;no. Og&#322;oszony protok&#243;&#322; komisji by&#322; lakoniczny: Si&#322;a wy&#380;sza. Niczyjej winy. A za&#322;oga? Odnaleziono &#347;lady &#347;wiadcz&#261;ce o tym, &#380;e nie wszyscy zgin&#281;li natychmiast &#380;e w&#347;r&#243;d ocala&#322;ych by&#322; sam dow&#243;dca, kt&#243;ry sprawi&#322;, &#380;e ci ludzie, odci&#281;ci od siebie cz&#281;&#347;ciami zgniecionych pok&#322;ad&#243;w, mimo braku nadziei na ratunek, nie za&#322;amali si&#281; i &#380;yli do ostatniej butli tlenu stanowi&#261;c za&#322;og&#281; do ko&#324;ca. By&#322;a tam jeszcze jaka&#347; osobliwa rzecz, jaki&#347; makabryczny szczeg&#243;&#322;, powtarzany przez ca&#322;&#261; pras&#281; przez kilka tygodni, a&#380; nowa sensacja zepchn&#281;&#322;a wszystko w niepami&#281;&#263; co to by&#322;o? Naraz zobaczy&#322; wielk&#261; sal&#281; wyk&#322;adow&#261;, tablic&#281; zabazgran&#261; wzorami, przy kt&#243;rych biedzi&#322; si&#281; Smiga, ca&#322;y um&#261;czony kred&#261; a on, z g&#322;ow&#261; schylon&#261; nad wysuni&#281;t&#261; szuflad&#261; sto&#322;u, czyta&#322; ukradkiem p&#322;asko roz&#322;o&#380;on&#261; na dnie szuflady gazet&#281;. Kto mo&#380;e prze&#380;y&#263; &#347;mier&#263;? Tylko martwy. Ale&#380; tak! Tak to by&#322;o! Jeden ocala&#322; w katastrofie, bo nie potrzebowa&#322; tlenu ani &#380;ywno&#347;ci i spoczywa&#322;, przywalony gruzami, przez szesna&#347;cie lat automat.

Wsta&#322;. Terminus! Na pewno, na pewno Terminus. Ma go tu, na pok&#322;adzie. Gdyby tylko chcia&#322;, gdyby odwa&#380;y&#322; si&#281;

Nonsens. To mechaniczny debil, maszyna do plombowania przeciek&#243;w, g&#322;ucha i &#347;lepa od staro&#347;ci. To tylko prasa, w swoim wiecznym usi&#322;owaniu wyci&#347;ni&#281;cia maksimum sensacji z ka&#380;dego zdarzenia, zrobi&#322;a z niego krzycz&#261;cymi nag&#322;&#243;wkami tajemniczego &#347;wiadka tragedii, kt&#243;rego Komisja mia&#322;a przes&#322;uchiwa&#263; przy zamkni&#281;tych drzwiach. Przypomnia&#322; sobie t&#281;pe skrzeczenie automatu. Bzdura, oczywista bzdura!

Zatrzasn&#261;&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; okr&#281;tow&#261;, wrzuci&#322; j&#261; do szuflady i spojrza&#322; na zegarek.

&#211;sma, trzeba si&#281; spieszy&#263;. Odszuka&#322; papiery &#322;adunku. Luki by&#322;y ju&#380; zamkni&#281;te, kontrola portowa i sanitarna dokonana, deklaracje celne zawizowane, wszystko gotowe. Przejrza&#322; przy biurku certyfikat towarowy i zdziwi&#322; si&#281;, &#380;e nie ma dok&#322;adnej specyfikacji frachtu. Maszyny, dobrze, ale jakie maszyny? Jaka tara? Dlaczego brak diagramu za&#322;adowania z wykre&#347;lonym &#347;rodkiem ci&#281;&#380;ko&#347;ci? Nic, opr&#243;cz wagi &#322;&#261;cznej i schematycznego szkicu rozlokowania w &#322;adowniach. W rufowych by&#322;o ledwo 300 ton &#322;adunku dlaczego? Czy&#380;by statek szed&#322; na zmniejszonym ud&#378;wigu? I o czym&#347; takim on dowiaduje si&#281; przypadkiem, w ostatniej niemal chwili?! W miar&#281; jak coraz spieszniej grzeba&#322; si&#281; w teczkach, w segregatorach, rozrzuca&#322; papiery, wci&#261;&#380; nie mog&#261;c znale&#378;&#263; tego, kt&#243;rego akurat szuka&#322;, tamta historia ulatnia&#322;a mu si&#281; z pami&#281;ci, tak &#380;e spojrzawszy w pewnej chwili na wyj&#281;ty z oprawy radiograf, a&#380; drgn&#261;&#322; ze zdziwienia. Za chwil&#281; jednak wpad&#322; mu w r&#281;ce jaki&#347; &#347;wistek, z kt&#243;rego wyczyta&#322;, &#380;e w ostatniej &#322;adowni, przytykaj&#261;cej dnem do tarczy ochronnej stosu, znajduje si&#281; czterdzie&#347;ci osiem skrzy&#324; &#380;ywno&#347;ci. I znowu na specyfikacji widnia&#322;o tylko og&#243;lnikowe okre&#347;lenie &#322;atwo psuj&#261;ce si&#281; &#347;rodki &#380;ywno&#347;ciowe. Dlaczego zatem umieszczono je tam, gdzie wentylacja jest najgorsza, a temperatura podczas pracy silnik&#243;w najwy&#380;sza? Umy&#347;lnie, &#380;eby si&#281; zepsu&#322;y, czy jak?

Rozleg&#322;o si&#281; pukanie.

Prosz&#281; rzuci&#322;, usi&#322;uj&#261;c na chybi&#322; trafi&#322; powk&#322;ada&#263; do teczek rozw&#322;&#243;czone po ca&#322;ym biurku papiery. Wesz&#322;o dw&#243;ch m&#281;&#380;czyzn. Stoj&#261;c u progu, odezwali si&#281;:

Boman, in&#380;ynier-nukleonik.

Sims, in&#380;ynier-elektryk.

Pirx wsta&#322;. Sims by&#322; m&#322;ody, szczup&#322;y, z wiewi&#243;rczym wyrazem twarzy, pokaszliwa&#322; i rzuca&#322; oczami. Boman Pirx na pierwszy rzut oka pozna&#322; w nim weterana. Jego twarz pokrywa&#322;a opalenizna o charakterystycznym pomara&#324;czowym odcieniu, jaki nadaje d&#322;ugotrwa&#322;e dzia&#322;anie drobnych, sumuj&#261;cych si&#281; dawek promieni kosmicznych. Si&#281;ga&#322; Pirxowi ledwo do ramienia: w czasach kiedy zaczyna&#322; lata&#263;, liczy&#322; si&#281; jeszcze ka&#380;dy kilogram wagi na pok&#322;adzie. Cho&#263; chudy, twarz mia&#322; jakby rozlan&#261;, a wok&#243;&#322; oczu ciemne torby po obrz&#281;kach, jak zwykle u kogo&#347;, przez ca&#322;e lata poddawanego wielokrotnym przeci&#261;&#380;eniom. Dolna warga nie os&#322;ania&#322;a z&#281;b&#243;w.

Ja te&#380; b&#281;d&#281; kiedy&#347; tak wygl&#261;da&#322; pomy&#347;la&#322; Pirx, id&#261;c ku nim z wyci&#261;gni&#281;t&#261; r&#281;k&#261;.



II

Piek&#322;o zacz&#281;&#322;o si&#281; o dziewi&#261;tej. Na lotnisku by&#322; normalny ruch do start&#243;w kolejka, co sze&#347;&#263; minut be&#322;kotanie wielkich megafon&#243;w, ostrzegawcze race, potem huk, ryk, grzmot silnik&#243;w na pr&#243;bie pe&#322;nego ci&#261;gu, po ka&#380;dym starcie ca&#322;ymi kaskadami opada&#322; wzbity wysoko kurz, jeszcze dobrze nie osiad&#322;, jak z wie&#380;yczki obwieszczano woln&#261; drog&#281; nast&#281;pnemu wszystkim spieszy&#322;o si&#281;, ka&#380;dy chcia&#322; urwa&#263; jeszcze par&#281; minut, jak zwykle w towarowym porcie podczas szczytu: prawie ka&#380;dy statek szed&#322; na Marsa, kt&#243;ry wo&#322;a&#322; rozpaczliwie o maszyny i zieleniny ludzie nie widzieli tam kawa&#322;ka jarzyny ca&#322;ymi miesi&#261;cami, hydroponiczne solaria dopiero si&#281; budowa&#322;y.

Do podstawianych rakiet toczy&#322;y si&#281; tymczasem d&#378;wigi, betoniarki, elementy kratowych konstrukcji, bele szklanej waty. cysterny z cementem, rop&#261;, lekarstwa na sygna&#322; wszyscy ludzie kryli si&#281;, gdzie kto m&#243;g&#322;, w rowach przeciwpromiennych, w pancerzonych ci&#261;gnikach, a jeszcze beton dobrze nie ostyg&#322;, kiedy wracali do roboty. O dziesi&#261;tej, kiedy s&#322;o&#324;ce, ca&#322;e w dymach, czerwone, jakby spuchni&#281;te, wznios&#322;o si&#281; nad widnokr&#261;g, ochronne przypory betonowe mi&#281;dzy stanowiskami startowymi by&#322;y poryte, okopcone, prze&#380;arte ogniem, g&#322;&#281;bokie p&#281;kni&#281;cia zachlapywano napr&#281;dce szybko schn&#261;cym cementem, kt&#243;ry b&#322;otnistymi fontannami wali&#322; z w&#281;&#380;&#243;w, tymczasem za&#322;ogi antyradiacyjne wyskakiwa&#322;y z transporter&#243;w w wielog&#322;owych skafandrach, &#380;eby strugami spr&#281;&#380;onego piachu &#347;ciera&#263; promieniste zanieczyszczenia, we wszystkie strony na syrenach p&#281;dzi&#322;y pomalowane w czerwono-czarne szachownice &#322;aziki kontroli, na wie&#380;y kapitanatu kto&#347; urywa&#322; sobie gard&#322;o przy megafonie, u szczytu ostrych wie&#380; m&#322;ynkowa&#322;y wielkie bumerangi radar&#243;w jednym s&#322;owem, wszystko by&#322;o tak, jak ma by&#263;. Pirx dwoi&#322; si&#281; i troi&#322;. Trzeba by&#322;o przyj&#261;&#263; jeszcze na pok&#322;ad dostarczone w ostatniej chwili &#347;wie&#380;e mi&#281;so, zatankowa&#263; wod&#281; do picia, sprawdzi&#263; aparatur&#281; ch&#322;odni (minimalna wynosi&#322;a minus pi&#281;&#263;, delegat SPT kr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;, ale w ko&#324;cu zlitowa&#322; si&#281; i podpisa&#322;), spr&#281;&#380;arki, cho&#263; po generalnym remoncie, zacz&#281;&#322;y na pr&#243;bie &#322;zawi&#263; spod zawor&#243;w, g&#322;os Pirxa upodabnia&#322; si&#281; z wolna do jerycho&#324;skiej tr&#261;by, naraz okaza&#322;o si&#281;, &#380;e woda jest &#378;le rozmieszczona jaki&#347; kretyn przerzuci&#322; zaw&#243;r, nim wype&#322;ni&#322;y si&#281; denne zbiorniki podpisywa&#322; papiery, wtykano mu po pi&#281;&#263; naraz, nie wiedzia&#322;, co podpisuje. Na zegarze by&#322;a jedenasta mieli godzin&#281; do startu, i wtedy bomba.

Kapitanat nie da wolnej drogi, bo stary system dysz, zbyt niebezpieczny opad radioaktywny statek powinien mie&#263; pomocniczy nap&#281;d boro-wodorowy, tak jak Gigant ten frachtowiec, kt&#243;ry startowa&#322; o sz&#243;stej Pirx, ju&#380; zachrypni&#281;ty od krzyku, naraz si&#281; uspokoi&#322;. Czy dyspozytor ruchu zdaje sobie spraw&#281; z tego, co m&#243;wi? Czy dopiero teraz zauwa&#380;y&#322; B&#322;&#281;kitn&#261; Gwiazd&#281;? Z tego mog&#261; by&#263; wielkie bardzo wielkie nieprzyjemno&#347;ci. O co chodzi? Dodatkowa os&#322;ona? Z czego? Worki z piaskiem. Ile? Bagatelka trzy tysi&#261;ce sztuk. Prosz&#281; bardzo on i tak wystartuje w wyznaczonym czasie. Rachunek Kompanii zostanie obci&#261;&#380;ony. Prosz&#281; obci&#261;&#380;a&#263;.

Poci&#322; si&#281;. Wszystko jakby si&#281; sprzysi&#281;g&#322;o, &#380;eby powi&#281;kszy&#263; jeszcze i tak panuj&#261;cy chaos: elektryk wymy&#347;la mechanikowi, kt&#243;ry nie sprawdzi&#322; awaryjnego rozrz&#261;du, drugi pilot wyskoczy&#322; gdzie&#347; na pi&#281;&#263; minut, nie ma go na pok&#322;adzie, z narzeczon&#261; si&#281; &#380;egna, felczer w og&#243;le znik&#322;, czterdzie&#347;ci pancernych mamut&#243;w zajecha&#322;o pod statek, okr&#261;&#380;y&#322;o go i ludzie w czarnych kombinezonach biegiem uk&#322;adaj&#261; worki z piaskiem, semafor na wie&#380;yczce nagli ich dzikimi &#322;ama&#324;cami, przyszed&#322; jaki&#347; radiogram, zamiast pilota odebra&#322; go elektryk, zapomnia&#322; wci&#261;gn&#261;&#263; do ksi&#261;&#380;ki radiowej, zreszt&#261; to nie jego rzecz, Pirxowi kr&#281;ci&#322;o si&#281; ju&#380; w g&#322;owie, udawa&#322; tylko, &#380;e wie, co si&#281; dzieje na dwadzie&#347;cia minut przed godzin&#261; zero powzi&#261;&#322; dramatyczn&#261; decyzj&#281;: kaza&#322; przepompowa&#263; ca&#322;&#261; wod&#281; z dziobowych zbiornik&#243;w na ruf&#281;. Niech si&#281; dzieje, co chce najwy&#380;ej zagotuje si&#281;, ale za to statyczno&#347;&#263; b&#281;d&#261; mieli lepsz&#261;.

O jedenastej czterdzie&#347;ci pr&#243;ba silnik&#243;w. Od tej chwili odwrotu ju&#380; nie by&#322;o. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e nie wszyscy ludzie s&#261; do niczego zw&#322;aszcza Boman przypad&#322; mu do gustu nie widzia&#322;o si&#281; go ani s&#322;ysza&#322;o, a wszystko sz&#322;o jak w zegarku: przedmuch dysz, ma&#322;y ci&#261;g, pe&#322;ny na sze&#347;&#263; minut przed zerem, kiedy kapitanat wyrzuci&#322; sygna&#322; DO STARTU, byli gotowi. Wszyscy le&#380;eli ju&#380; na roz&#322;o&#380;onych fotelach, gdy znalaz&#322; si&#281; felczer; drugi pilot, Mulat, wr&#243;ci&#322;, bardzo markotny, od narzeczonej, g&#322;o&#347;nik charcza&#322;, becza&#322;, mrucza&#322;, nareszcie wskaz&#243;wka automatu nakry&#322;a zero, dostali woln&#261; drog&#281;. Start.

Pirx wiedzia&#322; oczywi&#347;cie, &#380;e 19 000 ton to nie patrolowa skorupka, w kt&#243;rej jest akurat tyle miejsca, &#380;eby si&#281; szeroko u&#347;miechn&#261;&#263;, statek nie pch&#322;a, nie skoczy, trzeba wyrabia&#263; ci&#261;g ale czego&#347; takiego si&#281; nie spodziewa&#322;. Mieli ju&#380; p&#243;&#322; mocy na zegarach, kad&#322;ub dr&#380;a&#322; od rufowych wyrzutni do szczytu, jakby si&#281; mia&#322; rozlecie&#263; w kawa&#322;ki, a wska&#378;nik obci&#261;&#380;enia m&#243;wi&#322;, &#380;e jeszcze si&#281; nie oderwali od betonu. Przemkn&#281;&#322;o mu przez g&#322;ow&#281;, &#380;e Gwiazda mo&#380;e zaczepi&#322;a o co&#347; podobno taka rzecz zdarza si&#281; raz na sto lat w tym momencie wska&#378;nik ruszy&#322;. Stali na ogniu, Gwiazda dygota&#322;a, wskaz&#243;wka grawimetru ta&#324;czy&#322;a jak szalona po skali; z westchnieniem osun&#261;&#322; si&#281; na poduszki, rozlu&#378;niaj&#261;c mi&#281;&#347;nie odt&#261;d, cho&#263;by chcia&#322;, nic ju&#380; nie m&#243;g&#322; zrobi&#263;. Szli w g&#243;r&#281;. Od razu dostali radiowe upomnienie za start ca&#322;&#261; moc&#261; bo to daje nadmierne ska&#380;enie radioaktywne. Kompania b&#281;dzie obci&#261;&#380;ona dodatkow&#261;, karn&#261; op&#322;at&#261;. Kompania? Bardzo dobrze, niech p&#322;aci, niech j&#261; cholera we&#378;mie! Pirx tylko si&#281; skrzywi&#322;, nie pr&#243;bowa&#322; nawet spiera&#263; si&#281; z kapitanatem, &#380;e startowa&#322; po&#322;ow&#261; ci&#261;gu. Czy mia&#322; mo&#380;e l&#261;dowa&#263;, wzywa&#263; komisj&#281; i &#380;&#261;da&#263; protokolarnego odpiecz&#281;towaniu zapisu w uranografach?

Zreszt&#261; w tej chwili mia&#322; na g&#322;owie co&#347; zupe&#322;nie innego: przebijanie atmosfery. W &#380;yciu nie siedzia&#322; jeszcze na statku, kt&#243;ry si&#281; tak trz&#261;s&#322;. Podobnie mogli si&#281; czu&#263; chyba tylko ludzie w g&#322;owicy &#347;redniowiecznego taranu, wal&#261;cego mur. Wszystko wprost skaka&#322;o, latali w pasach, &#380;e dusza z nich wychodzi&#322;a, grawimetr nie m&#243;g&#322; si&#281; zdecydowa&#263;, pokazywa&#322; to 3,8 to 4,9, podpe&#322;za&#322; bezwstydnie do pi&#261;tki i jak przestraszony zlatywa&#322; nagle na trzy. Zupe&#322;nie, jakby kluski mieli w wyrzutniach! Szli ju&#380; ca&#322;&#261; moc&#261;, oczywista, Pirx obiema r&#281;kami przyciska&#322; haub&#281; do g&#322;owy, bo inaczej nie s&#322;ysza&#322; g&#322;osu pilota w s&#322;uchawkach tak rycza&#322;a Gwiazda! Nie by&#322; to triumfalny grzmot balistyczny. Jej walka z ziemsk&#261; grawitacj&#261; przypomina&#322;a pe&#322;n&#261; rozpaczy agoni&#281;. Przez dobre par&#281; minut mo&#380;na by&#322;o my&#347;le&#263;, &#380;e to nie oni startuj&#261; z Ziemi, ale wisz&#261; nieruchomo, odpychaj&#261;c planet&#281; ca&#322;&#261; moc&#261; odrzutu tak wyczuwalny by&#322; pe&#322;en m&#281;czarni wysi&#322;ek Gwiazdy! Wszystkie blachy, z&#322;&#261;cza a&#380; zamaza&#322;o w konturach od wibracji i Pirxowi wyda&#322;o si&#281;, &#380;e s&#322;yszy trzaskanie puszczaj&#261;cych szw&#243;w, ale to by&#322;o z&#322;udzenie w tym piekle nie -z&#322;owi&#322;by nawet tr&#261;b s&#261;du ostatecznego.

Temperatura pow&#322;oki dziobu o, to by&#322; jedyny wska&#378;nik, kt&#243;ry si&#281; nie waha&#322;, nie cofa&#322;, nie skaka&#322; ani nie zatrzymywa&#322;, ale spokojnie laz&#322; w g&#243;r&#281;, jakby mia&#322; przed sob&#261; jeszcze co najmniej metr miejsca na skali, a nie same ko&#324;cowe, czerwone cyfry: 2500, 2800 zosta&#322;o ledwo par&#281; kresek, kiedy Pirx spojrza&#322; w t&#281; stron&#281;. Przy tym nie mieli nawet szybko&#347;ci orbitalnej, wszystko, czego si&#281; dorobili, to by&#322;o 6.6 km/sek. w czternastej minucie lotu! Przeszy&#322;a go okropna my&#347;l, jak w koszmarze, kt&#243;ry nawiedza czasem pilot&#243;w, &#380;e w og&#243;le si&#281; nie oderwa&#322;, a to, co bierze za &#347;migaj&#261;ce w ekranach chmury, jest po prostu par&#261; buchaj&#261;c&#261; z p&#281;kni&#281;tych rur ch&#322;odzenia! Tak &#378;le jednak nie by&#322;o: lecieli. Felczer le&#380;a&#322; blady jak &#347;ciana i chorowa&#322;. Pirx pomy&#347;la&#322; sobie, &#380;e z opieki lekarskiej, kt&#243;r&#261; ten nad nimi roztoczy, nie b&#281;dzie wielkiej, pociechy. In&#380;ynierowie trzymali si&#281; dobrze, a Boman nawet si&#281; nie spoci&#322; le&#380;a&#322; sobie siwy, spokojny, szczup&#322;y, jak ch&#322;opczyk, z zamkni&#281;tymi oczami. Spod foteli, z amortyzator&#243;w sika&#322; na pod&#322;og&#281; p&#322;yn hydrauliczny, a&#380; mi&#322;o t&#322;oki dobija&#322;y niemal do ko&#324;ca, Pirx by&#322; tylko ciekaw, co si&#281; stanie, jak naprawd&#281; dobij&#261;.

Poniewa&#380; by&#322; przyzwyczajony do ca&#322;kiem innego, nowoczesnego uk&#322;adu zegar&#243;w, wci&#261;&#380; g&#322;owa obraca&#322;a mu si&#281; w niew&#322;a&#347;ciw&#261; stron&#281;, kiedy chcia&#322; skontrolowa&#263; ci&#261;g, ch&#322;odzenie, szybko&#347;&#263;, co tam z pow&#322;ok&#261;, no i przede wszystkim, czy siedz&#261; na synergicznej.

Pilot, z kt&#243;rym porozumiewa&#322; si&#281; krzykami przez interkom, troch&#281; jakby si&#281; straci&#322; to wchodzili na kurs, to wychodzili, wahni&#281;cia naturalnie drobne, u&#322;amkowe, ale przy przebijaniu atmosfery wystarcz&#261;, &#380;eby zaraz jedna burta zacz&#281;&#322;a grza&#263; si&#281; mocniej od drugiej w pancerzu powstaj&#261; wtedy kolosalne napi&#281;cia termiczne, skutki mog&#261; by&#263; fatalne pociesza&#322; si&#281; tylko nadziej&#261;, &#380;e skoro ta kosmata skorupa wytrzyma&#322;a setki start&#243;w, to wytrzyma i ten.

Wskaz&#243;wka termopary naprawd&#281; dosz&#322;a do ko&#324;ca skali: 3500 stopni jak obszy&#322;, tyle mieli na zewn&#261;trz, i gdyby to mia&#322;o trwa&#263; jeszcze dziesi&#281;&#263; minut, wiedzia&#322;, &#380;e pow&#322;oka zacznie si&#281; roz&#322;azi&#263; karbidki te&#380; nie s&#261; niezniszczalne. Jaki gruby pancerz? Na to nie by&#322;o &#380;adnego wska&#378;nika, w ka&#380;dym razie -porz&#261;dnie nadpalony. Robi&#322;o mu si&#281; gor&#261;co, ale tylko z wra&#378; ni&#261;, bo wewn&#281;trzny termometr sta&#322; na dwudziestu siedmiu jak przy starcie. Byli na sze&#347;&#263;dziesi&#261;tym kilometrze, atmosfera zosta&#322;a praktycznie pod nimi, szybko&#347;&#263; 7,4 km/sek. Szli troch&#281; r&#243;wniej, ale wci&#261;&#380; na potr&#243;jnym niemal ci&#261;&#380;eniu. Gwiazda rusza&#322;a si&#281; jak o&#322;owiany kloc. W &#380;aden spos&#243;b mo&#380;na jej by&#322;o uczciwie rozp&#281;dzi&#263; nawet w pr&#243;&#380;ni. Dl czego? Poj&#281;cia nie mia&#322;.

P&#243;&#322; godziny potem le&#380;eli ju&#380; na kursie Arbitra dopiero za tym, ostatnim z pelenguj&#261;cych satelit&#243;w, mieli wej&#347;&#263; szlak ekliptyczny Ziemia-Mars. Wszyscy popodnosili si&#281;, Boman masowa&#322; sobie twarz, Pirx czu&#322;, &#380;e i jemu te&#380; obrz&#281;k&#322;y troch&#281; wargi, zw&#322;aszcza dolna ludzie mieli przekrwione, strzykane oczy, suchy kaszel i chrypk&#281;, ale to by&#322;y normalne objawy, przechodz&#261;ce zwykle bez &#347;ladu po jakiej&#347; godzinie.

Stos pracowa&#322; jako tako, ci&#261;g wprawdzie nie spad&#322;, ale i nie ur&#243;s&#322;, a w pr&#243;&#380;ni powinien si&#281; by&#322; w&#322;a&#347;ciwie zwi&#281;kszy&#263; jako&#347; nie chcia&#322;. Nawet prawa fizyki zdawa&#322;y si&#281; obowi&#261;zywa&#263; tylko mniej wi&#281;cej na Gwie&#378;dzie. Mieli prawie normalne, ziemskie! przyspieszenie i 11 kilometr&#243;w na sekund&#281;. Oczekiwa&#322;o ich jeszcze rozp&#281;dzenie Gwiazdy do normalnej kurierskiej, inaczej bowiem wlekliby si&#281; na Marsa miesi&#261;cami; na razie szli prosto na Arbitra.

Pirx, jak ka&#380;dy nawigator, oczekiwa&#322; od niego samych tylko przykro&#347;ci a to ostrze&#380;enia, &#380;e statek ma nieprzepisowo wielki p&#322;omie&#324; wylotowy, a to, &#380;e odbiera mu si&#281; pierwsze&#324;stwo dla przepuszczenia jakiego&#347; wa&#380;niejszego, a to, &#380;e wy&#322;adowania jonizacyjne w dyszach zak&#322;&#243;caj&#261; radiowy odbi&#243;r tymczasem nic. Arbiter przepu&#347;ci&#322; ich od razu, dogoni&#322; ich jeszcze radiogram wysokiej pr&#243;&#380;ni, Pirx odpowiedzia&#322; i na tym sko&#324;czy&#322;a si&#281; wymiana kosmicznych grzeczno&#347;ci.

Weszli na kurs bezpo&#347;redni, Pirx kaza&#322; zwi&#281;kszy&#263; ci&#261;g, przyspieszenie wzros&#322;o, mo&#380;na ju&#380; by&#322;o rusza&#263; si&#281;, rozprostowa&#263; ko&#347;ci, wsta&#263; radiomonter, kt&#243;ry by&#322; i kucharzem, poszed&#322; do kambuza. Wszyscy byli przy apetytach, zw&#322;aszcza Pirx, kt&#243;ry nie jad&#322; jeszcze nic, a przy starcie spoci&#322; si&#281; jak mysz; w sterowni temperatura teraz dopiero zacz&#281;&#322;a rosn&#261;&#263;, bo &#380;ar rozpalonego pancerza przenika&#322; do wn&#281;trza z op&#243;&#378;nieniem. Czu&#263; by&#322;o rzadki olej, kt&#243;ry wyciek&#322; z hydraulik&#243;w i otoczy&#322; fotele ca&#322;ymi ka&#322;u&#380;ami.

J&#261;drowiec zjecha&#322; do stosu sprawdzi&#263;, czy nie ma neutronowych przeciek&#243;w. Pirx rozmawia&#322; tymczasem z elektrykiem, przygl&#261;daj&#261;c si&#281; gwiazdom. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e maj&#261; wsp&#243;lnych znajomych. Pirxowi pierwszy raz od chwili, kiedy stan&#261;&#322; na pok&#322;adzie, pocz&#281;&#322;o robi&#263; si&#281; ra&#378;niej na duszy: jaka ta Gwiazda jest, taka jest, a 19 000 ton nie w kij dmucha&#322;. Zreszt&#261; prowadzi&#263; takiego trupa jest znacznie trudniej ni&#380; przeci&#281;tny frachtowiec, wi&#281;c i honor wi&#281;kszy, i do&#347;wiadczenie si&#281; gromadzi.

P&#243;&#322;tora miliona kilometr&#243;w za Arbitrem prze&#380;yli pierwszy wstrz&#261;s: obiadu nie da&#322;o si&#281; je&#347;&#263;. Radiomonter zawi&#243;d&#322; straszliwie. Najbardziej piekli&#322; si&#281; felczer okaza&#322;o si&#281;, &#380;e jest chory na &#380;o&#322;&#261;dek, przed samym startem kupi&#322; kilka kur, da&#322; jedn&#261; monterowi i ros&#243;&#322; by&#322; pe&#322;en pierza. Dla reszty mia&#322;y by&#263; befsztyki mo&#380;na by&#322;o zajmowa&#263; si&#281; nimi przez reszt&#281; &#380;ycia.

Hartowane, czy co? powiedzia&#322; drugi pilot i tak dziabn&#261;&#322; widelcem swoj&#261; porcj&#281;, &#380;e wyskoczy&#322;a z talerza.

Monter by&#322; niewra&#380;liwy na docinki. Poradzi&#322; felczerowi, &#380;eby sobie ten ros&#243;&#322; przecedzi&#322;. Pirx czu&#322;, &#380;e powinien wyst&#261;pi&#263; jako rozjemca, a w&#322;a&#347;ciwie jako zwierzchnik, ale nie wiedzia&#322;, co robi&#263;. Chcia&#322;o mu si&#281; &#347;mia&#263;.

Po obiedzie z puszki wr&#243;ci&#322; do sterowna. Kaza&#322; zrobi&#263; pilotowi kontrolny fix gwiazdowy i wpisawszy do ksi&#261;&#380;ki okr&#281;towej zapisy grawimetr&#243;w, spojrza&#322; na zegary stosu. Gwizdn&#261;&#322; cichutko. To nie by&#322; stos, ale wulkan. Mia&#322; osiemset stopni w obudowie po czterech godzinach lotu. Ch&#322;odziwo kr&#261;&#380;y&#322;o pod maksymalnym ci&#347;nieniem dwudziestu atmosfer. Pirx zastanowi&#322; si&#281;. Najgorsze jak gdyby ju&#380; przeszli. L&#261;dowanie na Marsie nie stanowi&#322;o problemu ci&#261;&#380;enie o po&#322;ow&#281; mniejsze, atmosfera rzadka. Jako&#347; si&#261;d&#261;. Inna rzecz, &#380;e ze stosem trzeba co&#347; zrobi&#263;. Podszed&#322; do Kalkulatora i obliczy&#322;, jak d&#322;ugo musz&#261; jeszcze i&#347;&#263; obecnym ci&#261;giem, &#380;eby wle&#378;&#263; na kuriersk&#261;. Przy szybko&#347;ci mniejszej od 80 km/sek. wyrobiliby olbrzymie op&#243;&#378;nienie.

Jeszcze siedemdziesi&#261;t osiem godzin odpowiedzia&#322; Kalkulator.

Siedemdziesi&#261;t osiem takich godzin musia&#322;o rozsadzi&#263; stos. Rozlecia&#322;by si&#281; jak jajko. O tym Pirx nie w&#261;tpi&#322;. Zdecydowa&#322;, &#380;e wyrobi&#261; szybko&#347;&#263; na raty po trochu. Tyle, &#380;e to skomplikuje troch&#281; kurs, no i lecie&#263; trzeba b&#281;dzie okresami bez ci&#261;gu, wi&#281;c bez grawitacji co nie nale&#380;y do przyjemno&#347;ci. Innej rady jednak nie by&#322;o. Kaza&#322; pilotowi nie spuszcza&#263; oka z astrokompasu, a sam zjecha&#322; wind&#261; na d&#243;&#322;, do reaktora. Id&#261;c ciemnawym korytarzem mi&#281;dzy &#322;adowniami, us&#322;ysza&#322; przyg&#322;uszony &#322;omot jakby po &#380;elaznych p&#322;ytach szed&#322; pancerny zast&#281;p.

Przyspieszy&#322; kroku. Naraz kot przelecia&#322; mu czarn&#261; smug&#261; pod nogami, a r&#243;wnocze&#347;nie gdzie&#347; blisko hukn&#281;&#322;y drzwi. Zanim o&#347;wietlona zabrudzonymi lampami czelu&#347;&#263; g&#322;&#243;wnego korytarza otwar&#322;a si&#281; przed nim, wszystko ucich&#322;o. Mia&#322; przed sob&#261; pustk&#281; poczernia&#322;ych &#347;cian, tylko w g&#322;&#281;bi jaka&#347; jarzeni&#243;wka drga&#322;a jeszcze od wstrz&#261;su, kt&#243;ry rozchybota&#322; j&#261; przed chwil&#261;.

Terminus! krzykn&#261;&#322; na chybi&#322; trafi&#322;. Odpowiedzia&#322;o tylko echo, Zawr&#243;ci&#322; i burtowym przej&#347;ciem dosta&#322; si&#281; do przedsionka stosu. Bomana, kt&#243;ry zjecha&#322; tu przed nim, ju&#380; nie by&#322;o. Wysuszone na piasek powietrze szczypa&#322;o w oczy. W lejach wentylator&#243;w buszowa&#322; gor&#261;cy wiatr, szum i ha&#322;as by&#322; taki, jak w parowej kot&#322;owni. Stos, jak ka&#380;dy stos, pracowa&#322; bezg&#322;o&#347;nie wy&#322;y obci&#261;&#380;one do ostateczno&#347;ci agregaty ch&#322;odzenia. Zamurowane w betonie kilometry ruroci&#261;g&#243;w, kt&#243;rymi &#347;miga&#322; lodowaty p&#322;yn, wydawa&#322;y przedziwne, jakby skar&#380;&#261;ce si&#281;, be&#322;kotliwe j&#281;ki. Strza&#322;ki pomp le&#380;a&#322;y za soczewkowatymi szk&#322;ami pochylone jak jedna na prawo. Po&#347;r&#243;d zegar&#243;w ja&#347;nia&#322; jak ksi&#281;&#380;yc najwa&#380;niejszy g&#281;sto&#347;ci strumienia neutron&#243;w. Wskaz&#243;wka dotyka&#322;a niemal czerwonej granicy widok, kt&#243;ry ka&#380;dego inspektora SPT m&#243;g&#322; przyprawi&#263; o udar serca.

Chropawa od cementowych &#322;at, podobna do ska&#322;y betonowa &#347;ciana zion&#281;&#322;a martwym upa&#322;em, blachy pomostu delikatnie wibrowa&#322;y, ws&#261;czaj&#261;c w ca&#322;e jego cia&#322;o nieprzyjemne dr&#380;enie, &#347;wiat&#322;o lamp po&#322;yskiwa&#322;o t&#322;usto w migoc&#261;cych tarczach wentylator&#243;w; jedna z sygna&#322;owych lampek, dot&#261;d bia&#322;a, pocz&#281;&#322;a mruga&#263;, a&#380; zgas&#322;a i wnet zap&#322;on&#261;&#322; w tym miejscu czerwony sygna&#322;. Wszed&#322; pod pomost, gdzie mie&#347;ci&#322;y si&#281; wy&#322;&#261;czniki rozrz&#261;du, ale Boman uprzedzi&#322; go ju&#380;: zegarowy automat nastawiony by&#322; na rozerwanie reakcji &#322;a&#324;cuchowej za cztery godziny. Nie ruszy&#322; go, skontrolowa&#322; tylko Geigery. Cyka&#322;y spokojnie. Sygnalizator wskazywa&#322; drobny przeciek 0,3 rentgena na godzin&#281;. Zajrza&#322; jeszcze w ciemny k&#261;t komory. By&#322; pusty. Terminus! krzykn&#261;&#322;. Hej, Terminus! Nie by&#322;o odpowiedzi. W klatkach bia&#322;ymi plamkami skaka&#322;y niespokojnie myszy wida&#263; kiepsko si&#281; czu&#322;y w i&#347;cie podzwrotnikowej temperaturze. Wr&#243;ci&#322; na g&#243;r&#281; i zaryglowa&#322; za sob&#261; drzwi. Dreszcz przeszed&#322; go w ch&#322;odnym powietrzu korytarza koszul&#281; mia&#322; mokr&#261; od potu. Nie wiadomo po co zapu&#347;ci&#322; si&#281; w zw&#281;&#380;aj&#261;ce si&#281; ku ty&#322;owi, ciemnawe korytarze rufy, a&#380; drog&#281; zamkn&#261;&#322; mu &#347;lepy mur. Dotkn&#261;&#322; go d&#322;oni&#261;. Mur by&#322; ciep&#322;y. Westchn&#261;&#322;, zawr&#243;ci&#322;, pojecha&#322; wind&#261; na czwarty pok&#322;ad, do nawigacyjnej i wzi&#261;&#322; si&#281; do wykre&#347;lania kursu. Kiedy si&#281; z tym upora&#322;, zegar wskazywa&#322; dziewi&#261;t&#261;. Zdziwi&#322; si&#281;, bo ani spostrzeg&#322;, jak zlecia&#322; mu czas, Zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o i wyszed&#322;.

Wsiadaj&#261;c do windy poczu&#322;, &#380;e pod&#322;oga uchodzi mu mi&#281;kko spod st&#243;p. Automat wy&#322;&#261;czy&#322; stos zgodnie z programem.

W s&#322;abo o&#347;wietlonym nocnymi lampkami korytarzu &#347;r&#243;dokr&#281;cia miarowo szumia&#322;y wentylatory. Iskry dalekich &#380;ar&#243;wek filowa&#322;y w krzy&#380;uj&#261;cych si&#281; pr&#261;dach powietrza. Odepchn&#261;&#322; si&#281; lekko od drzwi windy i pop&#322;yn&#261;&#322; przed siebie. Boczna sekcja korytarza by&#322;a jeszcze ciemniejsza. W niebieskawym p&#243;&#322;mroku mija&#322; drzwi kajut, do kt&#243;rych ani dot&#261;d nie zajrza&#322;. Uj&#347;cia rezerwowych w&#322;az&#243;w, oznaczone rubinowymi lampkami, otwiera&#322;y swe czarne leje. Ten tak p&#322;ynny, &#380;e jak gdyby &#347;niony ruch, jakim sun&#261;&#322;, niewa&#380;ki pod zakl&#281;s&#322;ymi stropami, z wielkim, nie dotykanym stop&#261; cieniem u st&#243;p, wi&#243;d&#322; go coraz dalej, a&#380; przez uchylone drzwi wp&#322;yn&#261;&#322; do wielkiej, nie u&#380;ywanej mesy. Pod nim, w smudze &#347;wiat&#322;a, d&#322;ugi st&#243;&#322; flankowa&#322;y rz&#281;dy foteli. Trwa&#322; w zawieszeniu ponad sprz&#281;tami, jak nurek, zwiedzaj&#261;cy wn&#281;trze zatopionego okr&#281;tu. W s&#322;abo po&#322;yskuj&#261;cych szk&#322;ach u &#347;ciany zata&#324;czy&#322;y odbicia lamp, rozsypa&#322;y si&#281; niebieskimi p&#322;omyczkami i zgas&#322;y. Za mes&#261; otwiera&#322;o si&#281; nast&#281;pne, jeszcze ciemniejsze pomieszczenie. Tu nawet jego przywyk&#322;e do mroku oczy zawiod&#322;y. Po omacku dotkn&#261;&#322; ko&#324;cami palc&#243;w elastycznej powierzchni nie wiedz&#261;c, czy to strop, czy pod&#322;oga. Odepchn&#261;&#322; si&#281; lekko, wykr&#281;ci&#322; jak p&#322;ywak i pomkn&#261;&#322; bezg&#322;o&#347;nie dalej W aksamitnej czerni biela&#322;y, promieniuj&#261;c w&#322;asnym &#347;wiat&#322;em. pod&#322;ugowate, szeregiem ustawione kszta&#322;ty. Poczu&#322; zimno g&#322;adkiej powierzchni to by&#322;y umywalnie. Najbli&#380;sz&#261; pokrywa&#322;y czarne plamy. Krew?

Wyci&#261;gn&#261;&#322; ostro&#380;nie r&#281;k&#281;. To by&#322; towot.

Jeszcze jedne drzwi. Otworzy&#322; je, wisz&#261;c sko&#347;nie w powietrzu, w szarawym p&#243;&#322;mroku przefrun&#281;&#322;y przed jego twarz&#261; widmowym korowodem jakie&#347; papiery, ksi&#261;&#380;ki, i zaszele&#347;ciwszy s&#322;abo, znik&#322;y. Zn&#243;w odbi&#322; si&#281;, tym razem nogami, i przez otwarte drzwi wychyn&#261;&#322; na korytarz w k&#322;&#281;bach kurzu, kt&#243;ry otoczy&#322; go i zamiast spa&#347;&#263;, ci&#261;gn&#261;&#322; za nim rudawym welonem.

Sznur nocnych &#347;wiate&#322; p&#322;on&#261;&#322; nieruchomo. Jakby niebieska woda wype&#322;nia&#322;a pok&#322;ady. Poszybowa&#322; ku wisz&#261;cej u stropu linie; p&#281;tle, gdy wypuszcza&#322; je z r&#261;k, poczyna&#322;y w&#281;&#380;owa&#263; leniwie, jakby zbudzone dotkni&#281;ciem.

Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;. Gdzie&#347;, niedaleko, rozleg&#322;o si&#281; stukanie. Kto&#347; uderza&#322; m&#322;otkiem w metal. P&#322;yn&#261;&#322; za tym d&#378;wi&#281;kiem, to narastaj&#261;cym, to gin&#261;cym, a&#380; dostrzeg&#322; wpuszczone w pod&#322;og&#281; zardzewia&#322;e szyny. Kiedy&#347; wtaczano nimi lory do g&#322;&#243;wnych &#322;adowni. Lecia&#322; teraz szybko, z podmuchem powietrza na twarzy. D&#378;wi&#281;k ko&#322;ata&#322; g&#322;o&#347;niej. Naraz zobaczy&#322; pod stropem rur&#281;. Wychodzi&#322;a z poprzecznego korytarza. Stary, calowy przew&#243;d ruroci&#261;gu. Dotkn&#261;&#322; go. Rura zadrga&#322;a. Uderzenia &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; w grupy, po dwa, po trzy. Nagle zrozumia&#322;. To by&#322; alfabet Morsego.

Uwaga Trzy uderzenia.

Uwaga

Uwaga Trzy uderzenia.

J-e-s-t-e-m-z-a-g-r-o-d-z-i-a- dudni&#322;a rura. Odruchowo sk&#322;ada&#322; litery, zg&#322;osk&#281; po zg&#322;osce.

L-o-d-w-s-z-e-d-z-i-e

L&#243;d? Nie zrozumia&#322; w pierwszej chwili. Mo&#380;e l&#243;d? Jaki l&#243;d? Co to znaczy? Kto

Z-b-i-o-r-n-i-k-p-e-k-n-i-e-t-y- odezwa&#322;a si&#281; rura. Trzyma&#322; na niej d&#322;o&#324;. Kto to nadaje? Gdzie? Usi&#322;owa&#322; uzmys&#322;owi&#263; sobie przebieg ruroci&#261;gu. By&#322; to nie u&#380;ywany przew&#243;d awaryjny, szed&#322; z rufy, oddaj&#261;c odga&#322;&#281;zienia na wszystkich pok&#322;adach. Kto&#347; &#263;wiczy si&#281; w Morsie? Co za pomys&#322;! Pilot?

P-r-a-t-t-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-p-r-a-t-t Pauza.

Pirx przesta&#322; oddycha&#263;. To nazwisko trafi&#322;o go jak cios. Jak&#261;&#347; sekund&#281; patrza&#322; rozszerzonymi oczami na przew&#243;d, naraz rzuci&#322; si&#281; naprz&#243;d. To ten drugi pilot! pomy&#347;la&#322;, dopad&#322; zakr&#281;tu, odepchn&#261;&#322; si&#281; i lecia&#322; ku sterowni, nabieraj&#261;c szybko&#347;ci, a rura dzwoni&#322;a nad nim:

W-a-y-n-e-t-u-s-i-m-o-n

D&#378;wi&#281;k oddali&#322; si&#281;. Straci&#322; rur&#281; z oczu; rzuci&#322; si&#281; w bok skr&#281;ca&#322;a w poprzeczny korytarz. Z impetem odbi&#322; si&#281; od &#347;ciany i poprzez ob&#322;ok kurzu wpatrzy&#322; si&#281; w zgi&#281;ty kikut rury z wkr&#281;con&#261;, zardzewia&#322;&#261; za&#347;lepk&#261;. Urywa&#322;a si&#281; tu. Nie sz&#322;a do sterowni? Wi&#281;c wi&#281;c to z rufy? Ale tam nikogo nie ma

P-r-a-t-t-w-s-z-o-s-t-y-m-z-o-s-t-a-t-n-i-a dzwoni&#322;a rura. Wisia&#322; pod stropem, zaczepiony zgi&#281;tymi palcami o rur&#281;, jak nietoperz, t&#281;tna wali&#322;y mu w g&#322;owie. Po kr&#243;tkiej pauzie posz&#322;y dalsze uderzenia:

B-u-t-1-a-m-a-t-r-z-y-d-z-i-e-&#347;-c-i-d-o-z-e-r-a Trzy uderzenia.

M-o-m-s-s-e-n-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-m-o-m-s-s-e-n Pauza.

Rozejrza&#322; si&#281;. By&#322;o zupe&#322;nie cicho, tylko &#380;aluzja wentylatora k&#322;apa&#322;a za zakr&#281;tem w podmuchach powietrza i wymiatane stamt&#261;d &#347;mieci ci&#261;gn&#281;&#322;y wiruj&#261;c ospale w g&#243;r&#281;, rzucaj&#261;c ponad lampami cienie na strop, jakby ca&#322;ymi rojami polatywa&#322;y tam wielkie, niekszta&#322;tne &#263;my. Naraz posypa&#322;y si&#281; gwa&#322;towne uderzenia :

P-r-a-t-t-p-r-a-t-t-p-r-a-t-t-m-o-m-s-e-n-n-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a-m-a-t-1-e-n-w-s-i-o-d-m-y-m-c-z-y-m-o-z-e-s-z-p-r-z-e-j-s-e-o-d-b-&#322;-o-r

Pauza. &#346;wiat&#322;o lamp by&#322;o wci&#261;&#380; jednakowe, &#347;mieci i kurz kr&#261;&#380;y&#322;y powolnymi obrotami, Chcia&#322; pu&#347;ci&#263; rur&#281;, ale nie m&#243;g&#322;.

Czeka&#322;. Odezwa&#322;a si&#281;.

S-i-m-o-n-d-o-m-o-m-s-s-e-n-a-p-r-a-t-t-w-s-z-o-s-t-y-m-z-a-g-r-o-d-z-i-a-z-o-s-t-a-t-n-i-a-b-u-t-l-a-m-o-m-s-s-e-n-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-m-o-m-s-s-e-n

Ostatnie, ci&#281;&#380;kie uderzenie. Rura wibrowa&#322;a po nim d&#322;ugo. Pauza. Kilkana&#347;cie niezrozumia&#322;ych stukni&#281;&#263; i szybka seria:

S-1-a-b-o-d-o-c-h-o-d-z-i-s-l-a-b-o-d-o-c-h-o-d-z-i

Cisza.

P-r-a-t-t-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-p-r-a-t-t-o-d-b-i-o-r

Cisza.

Rura drgn&#281;&#322;a. Jakby z bardzo daleka dochodzi&#322;y oderwane stukni&#281;cia. Trzy kreski. Trzy kropki. Trzy kreski. SOS. Ka&#380;de nast&#281;pne uderzenie by&#322;o s&#322;absze. Jeszcze dwie kreski. I jeszcze jedna. I przeci&#261;g&#322;y, zamieraj&#261;cy d&#378;wi&#281;k, jakby kto&#347; skroba&#322; czy drapa&#322; rur&#281; mo&#380;na go by&#322;o s&#322;ysze&#263; tylko w tej bezwzgl&#281;dnej ciszy.

Odepchn&#261;&#322; si&#281; i g&#322;ow&#261; naprz&#243;d polecia&#322; wzd&#322;u&#380; rury, zakr&#281;ca&#322;, gdy ona zakr&#281;ca&#322;a, unosi&#322; si&#281;, opada&#322;, z podmuchem rozst&#281;puj&#261;cego si&#281; powietrza na twarzy. Otwarty szyb. Pochylnia. Zw&#281;&#380;aj&#261;ce si&#281; &#347;ciany. Jedne, drugie, trzecie wrota &#322;adowni. Zrobi&#322;o si&#281; ciemniej. Wi&#243;d&#322; ko&#324;cami palc&#243;w po rurze, &#380;eby jej nie zgubi&#263;, czarny, zapiek&#322;y kurz oskorupia&#322; mu d&#322;onie; by&#322; ju&#380; poza pok&#322;adami, w pozbawionej strop&#243;w i pod&#322;&#243;g przestrzeni, oddzielaj&#261;cej pancerz zewn&#281;trzny od &#322;adowni; mi&#281;dzy trawersami ciemnia&#322;y napuch&#322;e cielska rezerwowych zbiornik&#243;w, z wysoka dociera&#322;y tu pojedyncze, pe&#322;ne kurzu smugi &#347;wiat&#322;a. W jakiej&#347; chwili spojrza&#322; w g&#243;r&#281; i zobaczy&#322; poprzez czarny szyb dwie ulice lamp, rude od prochu, kt&#243;ry ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; za nim wyd&#322;u&#380;onym ob&#322;okiem, jak dym niewidzialnego po&#380;aru. Powietrze by&#322;o tu zat&#281;ch&#322;e, duszne, o woni nagrzanych blach. Szybowa&#322; po&#347;r&#243;d ledwo majacz&#261;cych cieni &#380;elaznej konstrukcji, rura dzwoni&#322;a przeci&#261;gle:

P-r-a-t-t-p-r-a-t-t-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-p-r-a-t-t Rura rozwidli&#322;a si&#281;. Zaciska&#322; w r&#281;kach oba odga&#322;&#281;zienia, &#380;eby wyczu&#263;, sk&#261;d biegnie d&#378;wi&#281;k, ale nie m&#243;g&#322; odr&#243;&#380;ni&#263; kierunku. Na chybi&#322; trafi&#322; pu&#347;ci&#322; si&#281; w lewo. Jaki&#347; w&#322;az. Zw&#281;&#380;ajacy si&#281;, czarny jak smo&#322;a tunel. Na ko&#324;cu okr&#261;g&#322;e &#347;wiat&#322;o. Wypad&#322; na woln&#261; przestrze&#324;. By&#322; w przedsionku reaktora.

T-u-w-a-y-n-e-p-r-a-t-t-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a dzwoni&#322;a rura, kiedy odryglowa&#322; pierwsze drzwi. W twarz buchn&#281;&#322;o mu gor&#261;ce powietrze. Wszed&#322; na pomost. Spr&#281;&#380;arki wy&#322;y. Ciep&#322;y wiatr rozburzy&#322; mu w&#322;osy. Widzia&#322; w skr&#243;cie betonow&#261; &#347;cian&#281; reaktora, zegary &#347;wieci&#322;y, czerwonymi kroplami dr&#380;a&#322;y &#347;wiat&#322;a sygna&#322;&#243;w.

S-i-m-o-n-d-o-w-a-y-n-e-a-s-l-y-s-z-e-m-o-m-s-s-e-n-a-p-o-d-e-m-n-a &#322;omota&#322;a tu&#380; przy nim rura. Wychodzi&#322;a ze &#347;ciany, &#322;ukiem bieg&#322;a w d&#243;&#322;, &#322;&#261;cz&#261;c si&#281; z g&#322;&#243;wnym ruroci&#261;giem. Automat sta&#322;, rozkraczony, przed jego obsad&#261;. Walczy&#322; jak gdyby z niewidzialnym przeciwnikiem, tak b&#322;yskawiczne by&#322;y wypady jego r&#261;k. Pe&#322;nymi gar&#347;ciami ciska&#322; cementowe ciasto, rozprowadza&#322; je sko&#347;nym chla&#347;ni&#281;ciem, poprawia&#322;, modelowa&#322;, przechodzi&#322; do nast&#281;pnego odcinka wtedy nast&#281;powa&#322;a pauza. Pirx ws&#322;ucha&#322; si&#281; w rytm jego pracy. Chodz&#261;ce, jak t&#322;oki, ramiona wybija&#322;y:

M-o-m-s-s-e-n-r-z-u-c-p-r-z-e-w-o-d-p-r-a-t-t-t-r-a-c-i-t-l-e-n

Terminus zastyg&#322; z uniesionymi ramionami, zawieszony naprzeciw swego na wp&#243;&#322; ludzkiego cienia. Jego kwadratowa g&#322;owa porusza&#322;a si&#281; w lewo i w prawo. Bada&#322; nast&#281;pne z&#322;&#261;cze. Pochyli&#322; si&#281;. Nabra&#322; z&#322;o&#380;on&#261; jak szufla r&#281;kawic&#261; cementu. Zamachn&#261;&#322; si&#281;. R&#281;ce wchodzi&#322;y w rytm. Rura zadygota&#322;a od uderze&#324;:

N-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a Pirx prze&#322;o&#380;y&#322; nogi przez reling i sp&#322;yn&#261;&#322; w d&#243;&#322;.

Terminus! krzykn&#261;&#322;, nim jeszcze dotkn&#261;&#322; stopami pod&#322;ogi.

S&#322;ucham odpowiedzia&#322; natychmiast automat. Jego lewe oko zwr&#243;ci&#322;o si&#281; ku cz&#322;owiekowi; drugie chodzi&#322;o dalej w orbicie, za r&#281;kami, kt&#243;re obrzuca&#322;y rur&#281; cementem, wybijaj&#261;c:

P-r-a-t-t-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-p-r-a-t-t-o-d-b-i-o-r

Terminus! Co robisz!! krzykn&#261;&#322; Pirx.

Jest przeciek. Cztery dziesi&#261;te rentgena na godzin&#281;. Plombuj&#281; go odpowiedzia&#322; g&#322;uchym basem automat, podczas kiedy jego r&#281;ce wybija&#322;y r&#243;wnocze&#347;nie:

T-u-w-a-y-n-e-m-o-m-s-s-e-n- o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-m-om-s-s-e-n

Terminus!!! jeszcze raz krzykn&#261;&#322; Pirx. Patrza&#322; to na metalow&#261; twarz z zezuj&#261;cym ku niemu lewym okiem, to na miganie &#380;elaznych r&#281;kawic.

S&#322;ucham tak samo monotonnie powt&#243;rzy&#322; automat.

Co nadajesz Morsem?!

Plombuj&#281; przeciek odpar&#322; niski g&#322;os.

S-i-m-o-n-d-o-w-a-y-n-e-a-p-o-t-t-e-r-a-p-r-a-t-t-m-a-z-e-r-o-m-o-m-s-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a &#322;omota&#322;o &#380;elazo pod jego &#347;migaj&#261;cymi r&#281;kawicami. Ci&#281;&#380;kie, cementowe ciasto rozp&#322;aszcza&#322;o si&#281;, &#347;cieka&#322;o, r&#281;kawice podrywa&#322;y je w g&#243;r&#281;, przytwierdza&#322;y, dociska&#322;y do ob&#322;ej powierzchni. Na jak&#261;&#347; sekund&#281; zastyg&#322;y uniesione, potem automat pochyli&#322; si&#281;, nabra&#322; now&#261; porcj&#281; metalicznego cementu i posypa&#322;a si&#281; lawina gwa&#322;townych uderze&#324;:

M-o-m-s-s-e-n-m-o-m-s-s-s-e-n-m-o-m-s-s-e-n-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-m-o-m-s-s-e-n-m-o-m-s-s-e-n-m-o-m-s-s-e-n-m-o-m-s-s-e-n-m-o-m-s-s-e-n-m-o-m Rytm rozp&#281;dza&#322; si&#281;, oszala&#322;y, ca&#322;y ruroci&#261;g trz&#261;s&#322; si&#281; i j&#281;cza&#322; pod gradem cios&#243;w, by&#322;o to jak nie ko&#324;cz&#261;cy si&#281; krzyk.

Terminus!!! Przesta&#324;!!! Pirx rzuci&#322; si&#281; naprz&#243;d i porwa&#322; przeguby automatu, kt&#243;re wy&#347;lizn&#281;&#322;y mu si&#281;, mokre od oliwy. Terminus zamar&#322;, spr&#281;&#380;ony, s&#322;ycha&#263; by&#322;o tylko przeci&#261;g&#322;y skowyt pomp za betonow&#261; &#347;cian&#261;. Pirx mia&#322; tu&#380; przed sob&#261; korpus zlany oliw&#261;, &#347;ciekaj&#261;ca po s&#322;upiastych nogach; cofn&#261;&#322; si&#281;.

Terminus powiedzia&#322; s&#322;abo Co ty

Urwa&#322;. Z przera&#378;liwym trzaskiem zesz&#322;y si&#281; &#380;elazne r&#281;kawice. Ociera&#322;y si&#281; o siebie, zdzieraj&#261;c resztki przyschni&#281;tego cementu, kt&#243;re zamiast spa&#347;&#263; zata&#324;czy&#322;y w powietrzu, rozchodz&#261;c si&#281; jak kr&#261;g dymu.

Co ty robi&#322;e&#347;? powiedzia&#322; Pirx.

Plombuj&#281; przeciek. Cztery dziesi&#261;te rentgena na godzin&#281;. Czy mog&#281; plombowa&#263; dalej ?

Nadawa&#322;e&#347; Morsem. Co nadawa&#322;e&#347;?

Morsem powt&#243;rzy&#322; dok&#322;adnie tym samym tonem automat i dorzuci&#322;: Nie rozumiem. Czy mog&#281; plombowa&#263; dalej?

Mo&#380;esz mrukn&#261;&#322; Pirx. Patrza&#322; na wielkie, powoli prostuj&#261;ce si&#281; r&#281;ce. Tak, mo&#380;esz

Czeka&#322;. Terminus nie widzia&#322; go ju&#380;. Nabra&#322; lew&#261; r&#281;k&#261; cementu i cisn&#261;&#322; go b&#322;yskawicznym ruchem. Przytwierdzi&#322; rozp&#322;aszczy&#322; wyg&#322;adzi&#322;: trzy uderzenia. Teraz prawa r&#281;ka po&#347;pieszy&#322;a ku lewej i rura zab&#281;bni&#322;a:

P-r-a-t-t-1-e-&#380;-y-w-s-z-o- s-t-y-m

M-o-m-s-s-e-n

O-d-e-z-w-i-j-s-i-e-m-o-m-s-s-e-n

Gdzie jest Pratt?!!! krzykn&#261;&#322; Pirx przera&#378;liwie.

Terminus, kt&#243;rego r&#281;ce stawa&#322;y si&#281; w &#347;wietle po&#322;yskliwymi smugami, odpowiedzia&#322; natychmiast:

Nie wiem.

R&#243;wnocze&#347;nie wystukiwa&#322; z tak&#261; szybko&#347;ci&#261;, &#380;e Pirx ledwo chwyta&#322;:

P-r-a-t-t-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a

W tym momencie sta&#322;o si&#281; co&#347; zdumiewaj&#261;cego. Na t&#281; seri&#281;, wybijan&#261; praw&#261; r&#281;kawic&#261;, na&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; druga, daleko s&#322;absza wystukiwa&#322;y j&#261; palce lewej; sygna&#322;y zmiesza&#322;y si&#281; i przez kilkana&#347;cie sekund ruroci&#261;g trz&#261;s&#322; si&#281; z ha&#322;asem podw&#243;jnego kucia, z kt&#243;rego wychyn&#281;&#322;a zamieraj&#261;ca seria:

Z-m-n-o-w-r-e-c-e-n-i-m-o-g-j-u-z

Terminus powiedzia&#322;, samymi wargami, Pirx. Cofa&#322; si&#281; ku &#380;elaznym schodkom. Automat nie us&#322;ysza&#322; go. Jego tors, &#347;wiec&#261;cy od oliwy, drga&#322; zgodnie z rytmem pracy. Nawet nie s&#322;uchaj&#261;c, z samych jego b&#322;y&#347;ni&#281;&#263; m&#243;g&#322; Pirx odczyta&#263;:

M-o-m-s-s-e-n-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e



III

Le&#380;a&#322; na wznak. Ciemno&#347;&#263; roi&#322;a si&#281; od b&#322;ysk&#243;w, powstaj&#261;cych w jego oczach. Pratt szed&#322; w g&#322;&#261;b statku. Tak? Ko&#324;czy&#322; mu si&#281; tlen. Tamci dwaj nie mogli mu pom&#243;c. A Momssen? Dlaczego nie odpowiada&#322;? Mo&#380;e nie &#380;y&#322; ju&#380;? Nie, Simon s&#322;ysza&#322; go. Musia&#322; by&#263; gdzie&#347; blisko o &#347;cian&#281;. O &#347;cian&#281;? To by znaczy&#322;o, &#380;e pomieszczenie, w kt&#243;rym by&#322; Momssen, zawiera&#322;o powietrze. Inaczej tamten nic by nie s&#322;ysza&#322;. Co s&#322;ysza&#322;? Kroki? Dlaczego wzywali go? Dlaczego si&#281; nie odzywa&#322;?

Rozdzielone na kropki i kreski g&#322;osy agonii. Terminus. Jak to si&#281; sta&#322;o? Odnaleziono go pod stosem zwalisk, na dnie komory. Zapewne w miejscu, gdzie ruroci&#261;g wychodzi z niej na zewn&#261;trz. Zasypany rumowiskiem, m&#243;g&#322; s&#322;ysze&#263; stukanie jak d&#322;ugo? Zapasy tlenu s&#261; znaczne. Mog&#261; wystarczy&#263; na miesi&#261;ce. &#379;ywno&#347;&#263; te&#380;. A wi&#281;c spoczywa&#322; tam, pod gruzami zarazi Nie by&#322;o przecie&#380; ci&#261;&#380;enia. Co go unieruchomi&#322;o? Chyba zimno. Automaty nie mog&#261; porusza&#263; si&#281; przy bardzo niskiej temperaturze. Olej &#347;cina si&#281; w stawach. P&#322;yn hydrauliczny zamarza i rozsadza przewody. Pozostaje tylko metalowy m&#243;zg tylko m&#243;zg. M&#243;g&#322; s&#322;ysze&#263; i utrwala&#263; sygna&#322;y, coraz s&#322;absze, zachowa&#322;y si&#281; w elektrycznych zwojach jego pami&#281;ci, jakby to by&#322;o wczoraj. A on sam o tym nie wie? Jak to mo&#380;e by&#263;? Nie wie, &#380;e modeluj&#261; rytm jego pracy? Mo&#380;e k&#322;amie? Nie automaty nie k&#322;ami&#261;.

Zm&#281;czenie zalewa&#322;o go jak czarna woda. Mo&#380;e nie nale&#380;a&#322;o tego s&#322;ucha&#263;? By&#322;o w tym co&#347; ohydnego, tak przypatrywa&#263; si&#281; utrwalonej w ka&#380;dym szczeg&#243;le agonii, &#347;ledzi&#263; jej post&#281;py, &#380;eby analizowa&#263; potem ka&#380;dy sygna&#322;, wo&#322;anie o tlen, krzyk. Nie wolno tego robi&#263; je&#347;li nie mo&#380;na pom&#243;c. By&#322; ju&#380; tak nieprzytomny, &#380;e nie wiedzia&#322;, o czym my&#347;li, ale powtarza&#322; jeszcze wargami, bez g&#322;osu, jakby sprzeciwiaj&#261;c si&#281; komu&#347;:

Nie. Nie. Nie.

Potem nie by&#322;o ju&#380; nic.

Zerwa&#322; si&#281; w zupe&#322;nej ciemno&#347;ci. Chcia&#322; usi&#261;&#347;&#263; na &#322;&#243;&#380;ku, ale przypi&#281;ta ko&#322;dra nie pu&#347;ci&#322;a, po omacku mocowa&#322; si&#281; z pasami, zrobi&#322; &#347;wiat&#322;o.

Silniki pracowa&#322;y. Narzuci&#322; p&#322;aszcz, oceniaj&#261;c jednocze&#347;nie kilkakrotnym ugi&#281;ciem kolan wielko&#347;&#263; przyspieszenia. Jego cia&#322;o wa&#380;y&#322;o dobrze ponad sto kilogram&#243;w. Z p&#243;&#322;tora g? Rakieta skr&#281;ca&#322;a, czu&#322; wyra&#378;n&#261; wibracj&#281;, szafy w &#347;cianach potrzaskiwa&#322;y przeci&#261;gle, ostrzegawczo, drzwi jednej otwar&#322;y si&#281; z gniewnym krakaniem, wszystkie nie umocowane przedmioty, ubranie, buciki, posuwa&#322;y si&#281; drobnymi ruchami w stron&#281; rufy, jakby zjednoczone w jakim&#347; skrytym zamiarze, kt&#243;ry je znienacka o&#380;ywi&#322;.

Podszed&#322; do szafki interkomu, otworzy&#322; drzwiczki, w &#347;rodku sta&#322; aparat, podobny do starego telefonu.

Sterownia! krzykn&#261;&#322; do s&#322;uchawki.

A&#380; skrzywi&#322; si&#281; od w&#322;asnego g&#322;osu tak bola&#322;a go g&#322;owa.

Tu pierwszy. Co tam?

Poprawka kursowa, nawigatorze odpowiedzia&#322; daleki g&#322;os pilota. Znios&#322;o nas troch&#281;.

Ile?

Sze-siedem sekund.

Jak stos? zapyta&#322; powoli.

Sze&#347;&#263;set dwadzie&#347;cia w os&#322;onie.

A w &#322;adowniach?

Burtowe po pi&#281;&#263;dziesi&#261;t dwa. kilowe czterdzie&#347;ci siedem, rufowe dwadzie&#347;cia dziewi&#281;&#263; i pi&#281;&#263;dziesi&#261;t pi&#281;&#263;.

Jakie tam by&#322;o odchylenie, Munro? Ile pan powiedzia&#322;?

Siedem sekund.

Powiedzmy odpar&#322; Pirx i rzuci&#322; s&#322;uchawk&#281;. Pilot, oczywi&#347;cie, o&#322;ga&#322; go. Siedmiosekundowa poprawka nie wymaga&#322;aby takich przyspiesze&#324;. Ocenia&#322; zej&#347;cie z kursu na kilka stopni.

Paskudnie grzej&#261; si&#281; te &#322;adownie. Co jest w rufowej? &#379;ywno&#347;&#263;? Usiad&#322; przy biurku.

B&#322;&#281;kitna Gwiazda Terra Mars do Kompo Ziemia. Pierwszy do armatora. Reaktor grzeje &#322;adunek stop brak specyfikacji zagro&#380;onego na rufie stop prosz&#281; wskazania stop nawigator Pirx koniec.

Pisa&#322; jeszcze, kiedy silniki umilk&#322;y, ci&#261;&#380;enie znik&#322;o i od nacisku o&#322;&#243;wka uni&#243;s&#322; si&#281; w powietrze. Niecierpliwie odbi&#322; si&#281; od sufitu, by wyl&#261;dowawszy z powrotem na fotelu, przeczyta&#263; jeszcze raz radiogram.

Po zastanowieniu si&#281; przedar&#322; formularz i wrzuci&#322; kawa&#322;ki do szuflady. Senno&#347;&#263; odesz&#322;a go na dobre, pozosta&#322; tylko b&#243;l g&#322;owy. Ubiera&#263; si&#281; nie chcia&#322;, by&#322;a to, przy braku grawitacji, skomplikowana procedura, z&#322;o&#380;ona z chwiejnych podskok&#243;w i szamotania si&#281; z poszczeg&#243;lnymi cz&#281;&#347;ciami garderoby, wi&#281;c tak, jak sta&#322;, w p&#322;aszczu narzuconym na pid&#380;am&#281;, opu&#347;ci&#322; kajut&#281;.

B&#322;&#281;kit nocnego o&#347;wietlenia skrywa&#322; &#380;a&#322;osny stan obi&#263;. W czterech najbli&#380;szych wn&#281;kach dysza&#322;y puste i czarne wyloty szyb&#243;w wentylacyjnych, wa&#322;&#281;saj&#261;ce si&#281; po k&#261;tach &#347;mieci &#347;ci&#261;ga&#322;o ku nim, niczym mu&#322; unoszony podmorskim pr&#261;dem. Bezwzgl&#281;dna cisza wype&#322;nia&#322;a ca&#322;y statek. Ws&#322;uchany w ni&#261;, prawie nie poruszaj&#261;c si&#281;, zawis&#322;y przed wielkim w&#322;asnym cieniem, kt&#243;ry trwa&#322; sko&#347;nie pochylony na &#347;cianie, przymkn&#261;&#322; oczy. Zdarza&#322;o si&#281; czasem, &#380;e ludzie zasypiali w takim zawieszeniu, ale by&#322;o to niebezpieczne byle zryw silnik&#243;w, uruchomionych dla manewru, m&#243;g&#322; cisn&#261;&#263; bezbronnym o pok&#322;ad czy strop. Nie s&#322;ysza&#322; ju&#380; ani wentylator&#243;w, ani szumu w&#322;asnej krwi. Wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e potrafi&#322;by t&#281; cisz&#281; nocn&#261; statku odr&#243;&#380;ni&#263; od ka&#380;dej innej. Na ziemi czu&#322;o si&#281; ograniczenie ciszy, jej sko&#324;czono&#347;&#263;, chwilowo&#347;&#263;. W&#347;r&#243;d ksi&#281;&#380;ycowych wydm cz&#322;owiek ni&#243;s&#322; z sob&#261; w&#322;asne, ma&#322;e milczenie, uwi&#281;zione we wn&#281;trzu skafandra, kt&#243;ry wyolbrzymia&#322; ka&#380;de skrzypni&#281;cie rzemieni no&#347;nych, ka&#380;de chrupni&#281;cie staw&#243;w, t&#281;tno, nawet oddech tylko statek noc&#261; zatraca&#322; si&#281; w czarnym, lodowym milczeniu. Podni&#243;s&#322; zegarek do oczu; dochodzi&#322;a trzecia. Je&#380;eli tak dalej p&#243;jdzie, wyko&#324;cz&#281; si&#281; pomy&#347;la&#322;. Odbi&#322; si&#281; od wypuk&#322;ej &#347;cianki dzia&#322;owej i niczym gasz&#261;cy szybko&#347;&#263; ptak wyl&#261;dowa&#322; z rozpostartymi r&#281;kami na progu kajuty. Z daleka, jakby z &#380;elaznych podziemi, dobieg&#322; go ledwo s&#322;yszalny d&#378;wi&#281;k.

Bang bang bang.

Trzy uderzenia.

Z przekle&#324;stwem zatrzasn&#261;&#322; drzwi, zdj&#261;&#322; p&#322;aszcz, i nie troszcz&#261;c si&#281; on, cisn&#261;&#322; go w powietrze; p&#322;aszcz wyd&#261;&#322; si&#281; powoli, niczym groteskowe widmo, j&#261;&#322; p&#322;yn&#261;&#263; w g&#243;r&#281;. Zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o, po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; i okry&#322; g&#322;ow&#281; poduszk&#261;.

Wariat! Przekl&#281;ty &#380;elazny wariat!!! powtarza&#322; z zaci&#347;ni&#281;tymi powiekami, dr&#380;&#261;c z niezrozumia&#322;ej dla samego siebie w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. Zm&#281;czenie wzi&#281;&#322;o szybko g&#243;r&#281;: ani wiedzia&#322;, kiedy zn&#243;w zasn&#261;&#322;.

Otworzy&#322; oczy przed si&#243;dm&#261;. P&#243;&#322;przytomny jeszcze, podni&#243;s&#322; r&#281;k&#281; nie opad&#322;a. Ci&#261;&#380;enia nie by&#322;o. Ubra&#322; si&#281; i wyszed&#322;. Zmierzaj&#261;c do sterowni, mimo woli nas&#322;uchiwa&#322;. By&#322;o cicho. Przed drzwiami zatrzyma&#322; si&#281;. Na matowych szybach le&#380;a&#322;y zielonkawe, jakby podwodne, refleksy radarowych ekran&#243;w. W &#347;rodku panowa&#322; p&#243;&#322;mrok. Pilot, na wp&#243;&#322; le&#380;&#261;c w swoim fotelu, pali&#322; papierosa. P&#322;askie smugi dymu p&#322;ywa&#322;y przed ekranami, zapalaj&#261;c si&#281; od ich odblasku. S&#322;ycha&#263; by&#322;o nik&#322;e pobrz&#281;kiwanie jakiej&#347; ziemskiej muzyczki, przerywane kosmicznymi trzaskami. Pirx usiad&#322; z ty&#322;u za pilotem; nie chcia&#322;o mu si&#281; nawet sprawdzi&#263; zapis&#243;w grawimetrycznych.

Kiedy ci&#261;g? spyta&#322;. Pilot by&#322; domy&#347;lny.

O &#243;smej. Ale je&#380;eli pan si&#281; chce wyk&#261;pa&#263;, nawigatorze, mog&#281; da&#263; zaraz to &#380;adna r&#243;&#380;nica.

E, nie. Niech ju&#380; b&#281;dzie porz&#261;dek mrukn&#261;&#322; Pirx. Zapad&#322;o milczenie, tylko g&#322;o&#347;nik bzycza&#322; powtarzaj&#261;cym si&#281; w k&#243;&#322;ko, mechanicznym motywem melodii. Pirxa j&#261;&#322; znowu morzy&#263; sen. Ocyka&#322; si&#281; kilka razy, znowu zapada&#322; w drzemk&#281;, z ciemno&#347;ci wyst&#281;powa&#322;y wielkie, zielone &#347;lepia kot&#243;w, mruga&#322; powiekami, zamienia&#322;y si&#281; w o&#347;wietlone zegary balansowa&#322; tak na granicy jawy i snu, wtem g&#322;o&#347;nik trzasn&#261;&#322; i odezwa&#322; si&#281;:

Tu m&#243;wi Dejmos. Jest godzina si&#243;dma trzydzie&#347;ci. Nadajemy codzienny komunikat meteorytowy dla strefy wewn&#281;trznej. Pod wp&#322;ywem pola grawitacyjnego Marsa powsta&#322;o w roju Drakonid&#243;w, kt&#243;ry opu&#347;ci&#322; ju&#380; stref&#281; Pasa, za wichrzenie brze&#380;ne. W dniu dzisiejszym b&#281;dzie ono przechodzi&#263; przez sektory 83, 84 i 87. Stacja meteorytowa Marsa szacuje rozmiary chmury na 400 tysi&#281;cy kilometr&#243;w sze&#347;ciennych. W zwi&#261;zku z tym og&#322;asza si&#281; sektory 83, 84 i 87 za zamkni&#281;te dla &#380;eglugi a&#380; do odwo&#322;ania. Obecnie podamy sk&#322;ad chmury, przekazany bezpo&#347;rednio przez sondy balistyczne Fobosa. Wed&#322;ug otrzymanego ostatnio doniesienia chmur&#281; tworz&#261; mikrometeoryty klasy X, XY, Z

Dobrze, &#380;e to nie dla nas zauwa&#380;y&#322; pilot dopiero co zjad&#322;em &#347;niadanie, nie pos&#322;u&#380;y&#322;oby mi, jakby tak przysz&#322;o da&#263; wszystko w dysze!

Ile robimy? spyta&#322; Pirx, Wsta&#322;.

Ponad pi&#281;&#263;dziesi&#261;t.

Tak? Nie najgorzej mrukn&#261;&#322; Pirx. Sprawdzi&#322; kurs, zapisy uranograf&#243;w, wielko&#347;&#263; przecieku utrzymywa&#322; si&#281; na jednakowym poziomie i poszed&#322; do mesy. Byli tam ju&#380; obaj j oficerowie. Pirx czeka&#322;, czy kt&#243;ry&#347; nie wspomni o nocnych ha&#322;asach, ale rozmowa obraca&#322;a si&#281; ca&#322;y czas wok&#243;&#322; loteryjnego ci&#261;gnienia niecierpliwie wyczekiwa&#322; go Sims i z tej racji opowiada&#322; o kolegach i znajomych, kt&#243;rym uda&#322;o si&#281; wygra&#263;.

Po &#347;niadaniu Pirx uda&#322; si&#281; do nawigacyjnej nakre&#347;li&#263; przebyty odcinek drogi. W pewnej chwili wbi&#322; cyrkle w rysownic&#281;, wyszarpn&#261;&#322; szuflad&#281;, doby&#322; z niej ksi&#261;&#380;k&#281; okr&#281;tow&#261; i poszuka&#322; sk&#322;adu ostatniej za&#322;ogi KORIOLANA.



Oficerowie: Pratt i Wayne, piloci: Nolan i Potter mechanik: Simon


Wpatrywa&#322; si&#281; uporczywie w zamaszyste pismo dow&#243;dcy. Na koniec wrzuci&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; do szuflady, doko&#324;czy&#322; kre&#347;lenia i z rulonem kalki pojecha&#322; do sterowni. W p&#243;&#322; godziny obliczy&#322; dok&#322;adny czas przybycia na Marsa. Wracaj&#261;c, zajrza&#322; przez szyb&#281; w drzwiach do mesy. Oficerowie grali w szachy, felczer siedzia&#322; przed telewizorem z elektryczn&#261; grza&#322;k&#261; na brzuchu. Pirx zamkn&#261;&#322; si&#281; w kajucie i przejrza&#322; radiogramy, kt&#243;re wzi&#261;&#322; od pilota. Ani si&#281; obejrza&#322;, jak zmorzy&#322; go sen. Kilka razy w drzemce zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e silniki zaczynaj&#261; ci&#261;gn&#261;&#263;, i usi&#322;owa&#322; si&#281; obudzi&#263; z takim skutkiem, &#380;e &#347;ni&#322;, jak wstaje, idzie do sterowni, znajduje j&#261; pust&#261; i w poszukiwaniu kogokolwiek z za&#322;ogi poczyna b&#322;&#261;dzi&#263; w ciemnym jak smo&#322;a labiryncie rufowych korytarzy. Ockn&#261;&#322; si&#281; przy biurku, mokry od potu. z&#322;y, bo przeczuwa&#322; ju&#380;, jak&#261; b&#281;dzie mia&#322; noc po tylu przespanych za dnia godzinach. Kiedy pod wiecz&#243;r pilot w&#322;&#261;czy&#322; silniki, skorzysta&#322; z tego i wzi&#261;&#322; gor&#261;c&#261; k&#261;piel. Od&#347;wie&#380;ony, poszed&#322; do mesy, wypi&#322; przygotowan&#261; kaw&#281; i spyta&#322; przez telefon wachtowego o temperatur&#281; reaktora. Podpe&#322;za&#322;a pod tysi&#261;c, ale jako&#347; nie mog&#322;a przekroczy&#263; krytycznej. Oko&#322;o dziesi&#261;tej wezwa&#322;a go sterownia mijali jaki&#347; statek, kt&#243;ry wywo&#322;a&#322; ich, pytaj&#261;c o lekarza. Pirx, dowiedziawszy si&#281;, &#380;e chodzi o ostry atak &#347;lepej kiszki na pok&#322;adzie, wola&#322; nie poleca&#263; swego felczera, tym bardziej &#380;e w odleg&#322;o&#347;ci ledwo trzech milion&#243;w kilometr&#243;w szed&#322; wielki pasa&#380;erski, kt&#243;ry og&#322;osi&#322; gotowo&#347;&#263; zastopowania i przerzucenia lekarzy.

I tak leniwie, bez przyg&#243;d, up&#322;yn&#261;&#322; ca&#322;y dzie&#324;. O jedenastej bia&#322;e &#347;wiat&#322;o zmieni&#322;o na wszystkich pok&#322;adach, z wyj&#261;tkiem sterowni i komory stosu, m&#380;enie b&#322;&#281;kitnawych lampek nocnych. W mesie &#347;wieci&#322;a jeszcze niemal do p&#243;&#322;nocy ma&#322;a lampa nad szachownic&#261;. Siedzia&#322; tam Sims. Gra&#322; sam przeciw sobie. Pirx poszed&#322; jeszcze sprawdzi&#263; temperatur&#281; w dennych &#322;adowniach i spotka&#322; po drodze wracaj&#261;cego ze stosu Bomana. In&#380;ynier by&#322; raczej dobrej my&#347;li przeciek nie wzrasta&#322;, a ch&#322;odzenie dzia&#322;a&#322;o wcale sprawnie.

In&#380;ynier po&#380;egna&#322; si&#281; i odszed&#322;, zostawiwszy Pirxa w pustym, ch&#322;odnym korytarzu. S&#322;aby wiew ci&#261;gn&#261;&#322; w g&#243;r&#281; statku, resztki zakurzonych paj&#281;czyn osnuwaj&#261;cych wyloty wentylacyjne trzepota&#322;y bezg&#322;o&#347;nie.

Pinc chodzi&#322; jaki&#347; czas wysokim jak nawa ko&#347;cielna przej&#347;ciem mi&#281;dzy g&#322;&#243;wnymi &#322;adowniami, a&#380; kilka minut po p&#243;&#322;nocy silniki zamilk&#322;y.

Z r&#243;&#380;nych stron statku dobieg&#322;a go seria zmieszanych, ostrych i st&#322;umionych, coraz dalszych i s&#322;abszych odg&#322;os&#243;w to nie przymocowane przedmioty, poruszaj&#261;c si&#281; z nadanym przyspieszeniem, uderza&#322;y o &#347;ciany, stropy, pod&#322;ogi; echo tych ruch&#243;w, kt&#243;re na moment wype&#322;ni&#322;y nagle jakby o&#380;ywaj&#261;cy statek, dr&#380;a&#322;o chwil&#281; w powietrzu, a&#380; zgas&#322;o i znowu by&#322;a cisza, podkre&#347;lona miarowym szumem wentylator&#243;w.

Pirx przypomnia&#322; sobie, &#380;e szuflada biurka w nawigacyjnym jest spaczona, i w poszukiwaniu stolarskiego d&#322;uta zeszed&#322; d&#322;ugim, w&#261;skim jak kiszka korytarzem mi&#281;dzy lewoburtow&#261; &#322;adowni&#261; a tunelem kablowym do rupieciarni, najbardziej chyba zakurzonego miejsca statku; na dodatek kurz, w kt&#243;rym brodzi&#322; wy&#380;ej g&#322;owy, nie opada&#322;, tak &#380;e na p&#243;&#322; uduszony ledwo trafi&#322; po omacku w wyj&#347;ciowe drzwi.

By&#322; ju&#380; blisko &#347;r&#243;dokr&#281;cia, kiedy w korytarzu odezwa&#322;y si&#281; kroki. Wobec braku ci&#261;&#380;enia i&#347;&#263; m&#243;g&#322; tylko automat. W samej rzeczy dono&#347;nym st&#261;pni&#281;ciom towarzyszy&#322; trzask przywieraj&#261;cych do pod&#322;ogi magnetycznych ssawek. Pirx zaczeka&#322;, a&#380; w przej&#347;ciu ukaza&#322;a si&#281; czarna na tle dalekich &#347;wiate&#322; sylweta. Terminus szsed&#322;, chwiej&#261;c si&#281; niepewnie, z wielkimi wymachami ramion.

Hej. Terminus! odezwa&#322; si&#281;, wychodz&#261;c z cienia.

S&#322;ucham.

Ci&#281;&#380;ka posta&#263; zatrzyma&#322;a si&#281;; korpus poszed&#322; bezw&#322;adno&#347;ci&#261; do przodu i powoli odzyska&#322; pion.

Co tu robisz?

Myszy odpowiedzia&#322; g&#322;os zza piersiowej tarczy pot&#281;guj&#261;c wra&#380;enie, &#380;e z wn&#281;trza pier&#347;ciennej zbroi przemawia zachrypni&#281;ty karze&#322;. Myszy maj&#261; niespokojny sen. Budz&#261; si&#281;. Biegaj&#261;. S&#261; spragnione. Je&#380;eli s&#261; spragnione, trzeba im da&#263; wody. Myszy du&#380;o pij&#261;, je&#380;eli wysoka temperatura.

A co ty robisz? zagadn&#261;&#322; Pirx. Automat zako&#322;ysa&#322; si&#281;.

Wysoka temperatura. Chodz&#281;. Wci&#261;&#380; chodz&#281;, je&#380;eli wysoka temperatura. Wody myszom. Je&#380;eli wypij&#261; i usn&#261;, dobrze.

Niejednokrotnie wydarza&#322;y si&#281; pomy&#322;ki na skutek wysokiej temperatury. Czuwam. Wychodz&#281;, wracam do reaktora. Wody myszom

Niesiesz wod&#281; myszom? spyta&#322; Pirx.

Tak. Terminus.

Gdzie masz t&#281; wod&#281;?

Automat powt&#243;rzy&#322; jeszcze dwa razy wysoka temperatura i z &#322;udz&#261;cym wra&#380;eniem, &#380;e dzia&#322;a w nim ukryty cz&#322;owiek bo wykona&#322; obu r&#281;kami gest zaskoczenia, szybki i nieporadny zarazem, podnosz&#261;c je kolejno do oczu, kt&#243;rych obiektywy poruszy&#322;y si&#281; w oczodo&#322;owej oprawie, skierowane na wn&#281;trze metalowych d&#322;oni powiedzia&#322;:

Nie ma wody. Terminus.

Wi&#281;c gdzie jest ta woda? nalega&#322; Pirx. Spod przymru&#380;onych powiek obserwowa&#322; g&#243;ruj&#261;cego nad nim o g&#322;ow&#281; robota, kt&#243;ry wyda&#322; kilka niezrozumia&#322;ych odg&#322;os&#243;w i nieoczekiwanie wyrzek&#322; basem:

Za pomnia&#322;em.

Pirx straci&#322; si&#281; tak bezbronnie to zabrzmia&#322;o. Przez dobr&#261; chwil&#281; mierzy&#322; chwiej&#261;cy si&#281; lekko korpus.

Zapomnia&#322;e&#347;, co? Id&#378; do reaktora. Wracaj. S&#322;yszysz?!

S&#322;ucham.

Terminus zachrz&#281;&#347;ci&#322;. wykona&#322; zwrot na miejscu i j&#261;&#322; oddala&#263; si&#281; tym samym, nadmiernie sztywnym &#322; przez to jakby starczym krokiem. Mala&#322; w perspektywie korytarza. Na jednym z ostatnich prog&#243;w potkn&#261;&#322; si&#281;. zawios&#322;owal ci&#281;&#380;ko barami, chwyci&#322; r&#243;wnowag&#281; i znik&#322; w poprzecznym przej&#347;ciu. Jak&#261;&#347; chwil&#281; &#347;ciany powtarza&#322;y echo jego marszu. Pirx zacz&#261;&#322; wraca&#263; do siebie, naraz rozmy&#347;li&#322; si&#281; i p&#322;yn&#261;c bezszelestnie nad pod&#322;og&#261;, dotar&#322; do sz&#243;stego wentylacyjnego. Poruszanie si&#281; szybami, nawet przy wy&#322;&#261;czonych silnikach, by&#322;o zabronione, ale zlekcewa&#380;y&#322; zakaz. Odepchn&#261;&#322; si&#281; silnie od reling&#243;w i w dziesi&#281;&#263; sekund przeszybowa&#322; odleg&#322;o&#347;&#263; siedmiu pi&#281;ter, dziel&#261;c&#261; &#347;r&#243;dokr&#281;cie od rufy. Nie wszed&#322; do komory stosu. W po&#322;owie wysoko&#347;ci &#347;ciany widnia&#322;a pod&#322;u&#380;na zasuwa. Podp&#322;yn&#261;&#322; ku mej. odryglowa&#322; w&#261;skie drzwiczki i odsun&#261;&#322; je. Za drzwiczkami znajdowa&#322;o si&#281; wpasowane w stal. prostok&#261;tne okienko z o&#322;owiowego szk&#322;a. stanowi&#261;ce tyln&#261; &#347;cian&#281; klatek z myszami. Dzi&#281;ki temu mo&#380;na je by&#322;o obserwowa&#263;, nie wchodz&#261;c do komory. Zobaczy&#322;, tu&#380; za szk&#322;em, zanieczyszczone, puste dna klatek, a dalej, poprzez druciane siatki, w g&#322;&#281;bi komory, o&#347;wietlone z wysoka lamp&#261;. b&#322;yszcz&#261;ce reflektorami, zlane wod&#261; plecy robota, kt&#243;ry wisia&#322; niemal poziomo w powietrzu, ospale poruszaj&#261;c r&#281;kami. Ca&#322;&#261; jego zbroj&#281; oblaz&#322;y bia&#322;e myszki; biegaj&#261;c truchcikiem po blachach naramiennik&#243;w, piersiowych tarcz, skupiaj&#261;c si&#281; tam. gdzie w zakl&#281;s&#322;o&#347;ciach rozcz&#322;onkowanego brzucha nagromadzi&#322;a si&#281; grubymi kroplami woda. zlizywa&#322;y j&#261;. podskakiwa&#322;y, polatywa&#322;y w powietrzu, a Terminus &#322;owi&#322; je, przemyka&#322;y mu mi&#281;dzy &#380;elaznymi palcami, ich ogonki zwija&#322;y si&#281; w esy i floresy obraz by&#322; tak osobliwy, tak komiczny, &#380;e Pirxowi zachcia&#322;o si&#281; &#347;mia&#263;. Terminus wtyka&#322; tymczasem schwytane myszy do klatek, jego metalowa twarz niebezpiecznie zbli&#380;y&#322;a si&#281; do oczu Pirxa, ale najwidoczniej nie dostrzeg&#322; go. Jeszcze dwie, trzy myszki polatywaly w powietrzu. Terminus upora&#322; si&#281; i z nimi, zamkn&#261;&#322; klatk&#281; i znik&#322; Pirxowi z oczu tylko jego nadludzki cie&#324;, oparty o muf&#281; g&#322;&#243;wnego ruroci&#261;gu, rozwianym krzy&#380;em po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na betonie reaktora.

Pirx zasun&#261;&#322; cicho drzwiczki, wr&#243;ci&#322; do kajuty, rozebra&#322; si&#281; i po&#322;o&#380;y&#322;, ale nie m&#243;g&#322; usn&#261;&#263;. Jaki&#347; czas czyta&#322; pami&#281;tniki astrogatora Irvinga, ale oczy piek&#322;y go, jak zasypane piaskiem, g&#322;owa ci&#261;&#380;y&#322;a, zarazem jednak trze&#378;wy by&#322; jak pieprz. Pomy&#347;la&#322; z rozpacz&#261; o ilo&#347;ci godzin, dziel&#261;cych go od dnia, i narzuciwszy p&#322;aszcz wyszed&#322;.

Na skrzy&#380;owaniu g&#322;&#243;wnego korytarza z burtowym dobieg&#322;o go z wentylacyjnego szybu st&#261;panie. Przybli&#380;y&#322; g&#322;ow&#281; do kraty otworu. Odg&#322;os, zniekszta&#322;cony echem &#380;elaznej studni, p&#322;yn&#261;&#322; z do&#322;u. Odepchn&#261;&#322; si&#281; od kraty, szybuj&#261;c chwil&#281; nogami naprz&#243;d, i najbli&#380;szym pionowym przej&#347;ciem dosta&#322; si&#281; na poziom rufy. Kroki rozebrzmia&#322;y g&#322;o&#347;niej, zamar&#322;y, nas&#322;uchiwa&#322; odezwa&#322;y si&#281; z now&#261; si&#322;&#261;. Automat wraca&#322;. Pirx oczekiwa&#322; go pod samym stropem wysokiego w tym miejscu korytarza. W g&#322;&#281;bi pok&#322;adu zgrzyta&#322;y pow&#322;&#243;czone podeszwy. D&#378;wi&#281;k zgas&#322;. Traci&#322; ju&#380; cierpliwo&#347;&#263;, gdy st&#261;panie ponowi&#322;o si&#281;, z przej&#347;cia wychyn&#261;&#322; d&#322;ugi cie&#324; i w &#347;lad za nim ukaza&#322; si&#281; Terminus. Przeszed&#322; pod Pirxem tak blisko, &#380;e s&#322;ycha&#263; by&#322;o bicie jego hydraulicznego serca. Kilkana&#347;cie krok&#243;w dalej przystan&#261;&#322; i wyda&#322; przeci&#261;g&#322;y syk. Potem chybn&#261;&#322; si&#281; par&#281; razy w prawo i w lewo. jakby k&#322;ania&#322; si&#281; &#380;elaznym &#347;cianom, i ruszy&#322; przed siebie. U ciemnego wej&#347;cia w boczny korytarz znowu stan&#261;&#322;. Zajrza&#322; tam. Przeci&#261;g&#322;e syczenie powt&#243;rzy&#322;o si&#281;. Pirx, ledwo dotykaj&#261;c ko&#324;cami palc&#243;w stropu, pop&#322;yn&#261;&#322; za ci&#281;&#380;k&#261; postaci&#261;.

Kcsss kcssss dochodzi&#322;o go coraz wyra&#378;niej. Terminus jeszcze raz przystan&#261;&#322; przed nast&#281;pnym szybem wentylacyjnym, usi&#322;owa&#322; wsadzi&#263; g&#322;ow&#281; przez kraty, ale nie uda&#322;o mu si&#281;; zasycza&#322;, wyprostowa&#322; si&#281; wolno i poku&#347;tyka&#322; dalej. Pirx mia&#322; tego do&#347;&#263;.

Terminus!! krzykn&#261;&#322;, Automat, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie si&#281; pochyla&#322;, zastyg&#322; w p&#243;&#322; ruchu.

S&#322;ucham odpowiedzia&#322;. Co znowu tu robisz?

Patrza&#322; w sp&#322;aszczon&#261; metalow&#261; mask&#281;, chocia&#380; nie by&#322;a twarz&#261; i nie mog&#322;a nic zdradzi&#263;.

Szukam odezwa&#322; si&#281; Terminus. Szukam kota.

Co?!

Terminus j&#261;&#322; si&#281; prostowa&#263;. R&#243;s&#322; w g&#243;r&#281;, z bezw&#322;adnie zwisaj&#261;cymi ramionami, jakby o nich zapomnia&#322;, a przez to, &#380;e w s&#322;abym poskrzypywaniu staw&#243;w robi&#322; to tak wolno, ruch ten mia&#322; w sobie co&#347; gro&#380;&#261;cego.

Szukam kota powt&#243;rzy&#322;.

Po co?!

Terminus milcza&#322; chwil&#281;, zastyg&#322;y w pos&#261;g z metalu.

Nie wiem powiedzia&#322; cicho i Pirx zmiesza&#322; si&#281;. Przez sw&#243;j martwy spok&#243;j, w s&#322;abym blasku lamp, z pordzewia&#322;ymi szynami torowiska u zamkni&#281;tych wr&#243;t, korytarz wygl&#261;da&#322; jak sztolnia opuszczonej kopalni.

Dosy&#263; tego odezwa&#322; si&#281; wreszcie. Wracaj do reaktora i nie wychod&#378; stamt&#261;d, s&#322;yszysz?!

S&#322;ucham.

Terminus odwr&#243;ci&#322; si&#281; i odszed&#322;. Pirx zosta&#322; sam. Pr&#261;d powietrza unosi&#322; go, zawis&#322;ego mi&#281;dzy stropem i pod&#322;og&#261;, milimetr po milimetrze, w stron&#281; otwartej paszczy wentylatora. Odbi&#322; si&#281; stop&#261; od &#347;cian, skr&#281;ci&#322; ku windzie i poszybowa&#322; w g&#243;r&#281;, mijaj&#261;c po drodze czarne ziewy szyb&#243;w, w kt&#243;rych, jak ch&#243;d olbrzymiego zegara, dudni&#322;y coraz s&#322;absze i dalsze kroki automatu.



IV

W ci&#261;gu nast&#281;pnych dni poch&#322;on&#281;&#322;a Pirxa matematyka. Za ka&#380;dym nowym w&#322;&#261;czeniem stos grza&#322; si&#281; coraz bardziej, zarazem jego wydajno&#347;&#263; mala&#322;a. Boman przypuszcza&#322;, &#380;e neutronowe lustra s&#261; bliskie ruiny. &#346;wiadczy&#322; o tym wzrastaj&#261;cy wolno, lecz nieub&#322;aganie przeciek radioaktywny. Skomplikowanym rachunkiem stara&#322; si&#281; wydozowa&#263; czasy nap&#281;du i ch&#322;odzenia, podczas przestoj&#243;w reaktora przerzuca&#322; cyrkulacj&#281; mro&#380;&#261;cego p&#322;ynu z burtowych &#322;adowni w g&#322;&#261;b rufowych, gdzie panowa&#322;a i&#347;cie tropikalna temperatura. To lawirowanie mi&#281;dzy sprzecznymi wielko&#347;ciami wymaga&#322;o cierpliwo&#347;ci przesiadywa&#322; przy Kalkulatorze, szukaj&#261;c metod&#261; pr&#243;b i b&#322;&#281;d&#243;w najlepszego rozwi&#261;zania. W rezultacie przebyli czterdzie&#347;ci trzy miliony kilometr&#243;w ze znikomym op&#243;&#378;nieniem. W pi&#261;tym dniu podr&#243;&#380;y osi&#261;gn&#281;li, na przek&#243;r pesymistycznym przewidywaniom Bomana, wymagany pu&#322;ap szybko&#347;ci. Wy&#322;&#261;czaj&#261;c reaktor, kt&#243;ry mia&#322; stygn&#261;&#263; a&#380; do &#322;adowania, Pirx odetchn&#261;&#322; skrycie. Jedn&#261; z osobliwo&#347;ci dowodzenia starym frachtowcem by&#322;o to, &#380;e widywa&#322; gwiazdy daleko rzadziej ani&#380;eli na Ziemi. Nie by&#322; ich zreszt&#261; ciekaw nawet czerwonej jak miedziak tarczki Marsa; wystarczy&#322;y mu kursowe wykresy.

P&#243;&#378;nym wieczorem ostatniego dnia podr&#243;&#380;y, kiedy przerywana z rzadka b&#322;&#281;kitnymi lampkami ciemno&#347;&#263; powi&#281;kszy&#322;a jak gdyby pok&#322;ady, przypomnia&#322; sobie o &#322;adowniach. Dotychczas nawet do nich nie zajrza&#322;.

Opu&#347;ci&#322; mes&#281;. w kt&#243;rej Sims gra&#322;, jak co dzie&#324;, w szachy z Bomanem, i zjecha&#322; wind&#261; na ruf&#281;. Od ostatniego spotkania nie widzia&#322; ani nie s&#322;ysza&#322; Terminusa. Zauwa&#380;y&#322; tylko, &#380;e kot przepad&#322; gdzie&#347; tak gruntownie, jakby go w og&#243;le nie by&#322;o na statku.

Ledwo o&#347;wietlone &#347;r&#243;dokr&#281;cie oddycha&#322;o szelestem p&#322;yn&#261;cego bez ko&#324;ca powietrza. Gdy otworzy&#322; drzwi, w hali zapali&#322;y si&#281; pod grub&#261; warstw&#261; kurzu lampy. Przemierzy&#322; &#322;adowni&#281; z jednego ko&#324;ca w drugi. Sterty skrzy&#324;, si&#281;gaj&#261;ce niemal stropu, rozdziela&#322;o w&#261;skie przej&#347;cie. Sprawdza&#322; napi&#281;cie stalowych ta&#347;m, zakotwiczonych w pod&#322;odze, kt&#243;rymi &#347;ci&#261;gni&#281;ta by&#322;a ka&#380;da piramida &#322;adunku, a wywo&#322;any otwarciem drzwi przeci&#261;g wysysa&#322; z ciemnych kat&#243;w k&#322;&#281;by trocin, &#347;mieci, paku&#322;y, faluj&#261;ce s&#322;abo, niby ko&#380;uch rz&#281;sy na wodzie.

By&#322; ju&#380; na korytarzu, kiedy us&#322;ysza&#322; miarowe, powolne d&#378;wi&#281;ki.

Uwaga Trzy uderzenia.

Dryfowa&#322; chwil&#281; w pr&#261;dzie powietrza, kt&#243;ry unosi&#322; go coraz wy&#380;ej. Czy chcia&#322;, czy nie chcia&#322; musia&#322; s&#322;ucha&#263;. Rozmawia&#322;o ich dw&#243;ch. Sygna&#322;y by&#322;y s&#322;abe jakby oszcz&#281;dzali si&#281;, miarkuj&#261;c si&#322;&#281; uderze&#324;. Przychodzi&#322;y raz wolniej, raz szybciej, jeden myli&#322; si&#281; cz&#281;sto, jakby zapomnia&#322; alfabetu Morsego. Czasem milczeli d&#322;u&#380;szy czas, czasem zaczynali nadawa&#263; r&#243;wnocze&#347;nie. Czarny korytarz z rozrzuconymi rzadko lampami zdawa&#322; si&#281; nie mie&#263; ko&#324;ca, jakby szumi&#261;cy w nim wiatr pochodzi&#322; z bezgranicznej pustki.

S-i-m-o-n-s-l-y-s-z-y-s-z-g-o powoli, nieregularnie stuka&#322;o w rurze.

N-i-e-s-1-y-s-z-e-------n-i-e-s-1-y-s-z-e

Z pasj&#261; odepchn&#261;&#322; si&#281; od &#347;ciany i skulony, z podkurczonymi nogami, jak kamie&#324; pomkn&#261;&#322; w d&#243;&#322; korytarzami coraz gorzej o&#347;wietlonymi; zbli&#380;anie si&#281; rufy poznawa&#322; po rosn&#261;cej ilo&#347;ci delikatnego rudawego py&#322;u wok&#243;&#322; lamp. Ci&#281;&#380;kie drzwi stosu by&#322;y nie domkni&#281;te. Zajrza&#322; do &#347;rodka.

W komorze by&#322;o ch&#322;odno. Spr&#281;&#380;arki, odstawione na noc, milcza&#322;y, czasem tylko dziwnym, prawie ludzkim g&#322;osem zabe&#322;kota&#322; ukryty w betonowym murze ruroci&#261;g, kiedy ba&#324;ki gazu torowa&#322;y sobie drog&#281; przez g&#281;stniej&#261;cy p&#322;yn.

Terminus, ochlapany cementem, pracowa&#322;. Nad jego poruszaj&#261;c&#261; si&#281; wahad&#322;owo czaszk&#261; furcza&#322; zawzi&#281;cie wentylator. Pirx, nie dotykaj&#261;c stopni schod&#243;w, zsun&#261;&#322; si&#281; nad nimi z r&#281;k&#261; na por&#281;czy. &#379;elazne r&#281;kawice pod&#378;wi&#281;kiwa&#322;y s&#322;abo, ich ciosy t&#322;umi&#322;a warstwa &#347;wie&#380;o narzuconego cementu. N-i-e-s-1-y-s-z-e o-d-b-i-o-r

Czy sprawia&#322; to przypadek, czy te&#380; nakaz spowolnienia uderze&#324; p&#322;yn&#261;&#322; z tego samego &#378;r&#243;d&#322;a, kt&#243;re wysy&#322;a&#322;o znaki Morsego, do&#347;&#263; &#380;e rura odzywa&#322;a si&#281; wci&#261;&#380; s&#322;abiej. Pirx sta&#322; tu&#380; przy automacie. Rozcz&#322;onkowane segmenty jego brzucha, zachodz&#261;ce na siebie, gdy si&#281; pochyla&#322;, przypomina&#322;y karbowany odw&#322;ok owada. W szklanych oczach chwia&#322;y si&#281; miniaturowe odbicia lamp. Wpatrzony w nie Pirx poczu&#322;, &#380;e jest w tej pustej komorze o stromych &#347;cianach sam. Terminus nie wiedzia&#322;, co robi, by&#322; maszyna, przekazuj&#261;ca utrwalone serie d&#378;wi&#281;k&#243;w, niczym wi&#281;cej. Uderzenia wci&#261;&#380; s&#322;ab&#322;y.

S-i-m-o-n-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e chwyta&#322; z wysi&#322;kiem. Rytm rozpada&#322; si&#281;. Dotkn&#261;&#322; rury jakie&#347; p&#243;&#322; metra nad zgi&#281;tym torsem pracuj&#261;cego automatu kiedy poprawia&#322; chwyt, kostki palc&#243;w stukn&#281;&#322;y o &#380;elazo i nadawana w&#322;a&#347;nie seria urwa&#322;a si&#281; na mgnienie. Przeszyty nag&#322;ym impulsem, nim zd&#261;&#380;y&#322; pomy&#347;le&#263;, jak szalona jest ch&#281;&#263; wtr&#261;cenia si&#281; do rozmowy sprzed lat, pocz&#261;&#322; szybko wybija&#263;:

C-z-e-m-u-m-o-m-s-s-e-n-n-i-e-o-d-p-o-w-i-a-d-a o-d-b-i-o-r

Niemal w tej samej chwili, gdy uderzy&#322; pierwszy raz w rur&#281;, stukn&#261;&#322; w ni&#261; Terminus. Oba d&#378;wi&#281;ki zbieg&#322;y si&#281;, r&#281;kawica automatu zamar&#322;a, jakby us&#322;yszawszy go, i kiedy sko&#324;czy&#322;, po kilku sekundach zacz&#281;&#322;a wt&#322;acza&#263; cement w szpary z&#322;&#261;cza. Rura zad&#378;wi&#281;cza&#322;a:

B-o-m-a-p-r-a

Pauza. Terminus schyli&#322; si&#281;, by zaczerpn&#261;&#263; cementowego ciasta. Czy to by&#322; pocz&#261;tek odpowiedzi? Pirx czeka&#322; bez tchu. Automat prostowa&#322; si&#281;, ciskaj&#261;c gwa&#322;townie cement, i rur&#261; posz&#322;y przyspieszaj&#261;ce uderzenia:

S-i-m-o-n-c-z-y-t-o-t-y

T-u-s-i-m-o-n-n-i-e-j-a k-t-o-m-o-w-i-l k-t-o-m-o-w-i-1

Wcisn&#261;&#322; g&#322;ow&#281; w ramiona; uderzenia lecia&#322;y jak grad:

K-t-o-m-o-w-i-l-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e-k-t-o-m-o-w k-t-o-m-o-w-i-1 k-t-o-m-o-w-i-l-k-t-o-m-o-w-i-l-t-u-s-i-m-o-n-t-u-w-a-y-n-e-o-d-e-z-w-i-j-s-i-e

Terminus! krzykn&#261;&#322;. Przesta&#324;! Przesta&#324;!

Dudnienie usta&#322;o. Terminus prostowa&#322; si&#281;, a jego naramienniki, barki, r&#281;kawice podrygiwa&#322;y, ca&#322;y korpus drga&#322; &#380;elazn&#261; czkawk&#261;, i z tych spazmatycznych wstrz&#261;s&#243;w Pirx odczytywa&#322; dalej:

K-t-o-m-o-w-i k-t-o k-t-o

Przesta&#324;!!! krzykn&#261;&#322; raz jeszcze. Widzia&#322; go z boku; ci&#281;&#380;kie plecy przeszywa&#322; dreszcz, i refleks &#347;wiat&#322;a, odbitego od pancerza, powtarza&#322;:

K-t-o

Jak gdyby wyczerpany burz&#261;, kt&#243;ra przez niego przesz&#322;a, automat dr&#281;twia&#322;. Unosz&#261;c si&#281; nad pod&#322;og&#261;, zawadzi&#322; z przeci&#261;g&#322;ym zgrzytni&#281;ciem o pozioma ga&#322;&#261;&#378; ruroci&#261;gu i zawis&#322; przy niej, jakby schwytany, w martwym spokoju, ale wpatrzywszy si&#281; we&#324;. Pirx dostrzeg&#322; milimetrowe drganie bezw&#322;adnie opuszczonej r&#281;ki.

K-t-o

Nie wiedzia&#322;, jak znalaz&#322; si&#281; na korytarzu. Wentylatory szumia&#322;y. P&#322;yn&#261;&#322; przed siebie, pod id&#261;cy z g&#243;rnych pok&#322;ad&#243;w, ch&#322;odny, suchy wiatr, &#347;wiat&#322;a lamp o&#347;wietlaj&#261;cymi kr&#281;gami przesuwa&#322;y mu si&#281; po twarzy.

Drzwi kajuty by&#322;y nie domkni&#281;te, Na biurku pali&#322;a si&#281; lampa, p&#322;askie kliny &#347;wiat&#322;a dociera&#322;y do&#322;em do &#347;cian; strop by&#322; ciemny.

Kto to by&#322;? Kto go tak wo&#322;a&#322;? Simon? Wayne? Ale&#380; ich nie by&#322;o! Nie &#380;yli od dziewi&#281;tnastu lat!

Wi&#281;c kto to by&#322; Terminus? Ale&#380; on uszczelnia&#322; tylko ruroci&#261;gi. Wiedzia&#322; dobrze, co us&#322;yszy, je&#347;li spr&#243;buje go bada&#263; gadanin&#281; o rentgenach, przecieku i plombach. Nie podejrzewa nawet, &#380;e odg&#322;os jego pracy uk&#322;ada si&#281; w widmowy rytm.

Jedno jest pewne: ten zapis je&#347;li to zapis nie jest martwy. Kimkolwiek s&#261; ci ludzie te g&#322;osy, te uderzenia mo&#380;na z nimi m&#243;wi&#263;. Je&#347;li si&#281; tylko ma odwag&#281;

Odepchn&#261;&#322; si&#281; od stropu i przep&#322;yn&#261;&#322; chwiejnie do przeciwleg&#322;ej &#347;ciany. Do diabla! Chcia&#322;o mu si&#281; chodzi&#263;, chodzi&#263; gwa&#322;townymi krokami, mie&#263; ci&#281;&#380;ar, uderzy&#263; z ca&#322;ej si&#322;y pi&#281;&#347;ci&#261; w st&#243;&#322;! Ten, pozornie tak wygodny stan, w kt&#243;rym przedmioty i w&#322;asne cia&#322;o zmienia&#322;y si&#281; w niematerialne cienie, by&#322; jak koszmar. Wszystko, czego si&#281; tkn&#261;&#322;, usuwa&#322;o si&#281;, odp&#322;ywa&#322;o, niepewne, pozbawione oparcia, stawa&#322;o si&#281; wyd&#281;t&#261; pustk&#261;, pozorem, snem

Snem?

Zaraz. Kiedy &#347;ni mi si&#281; kto&#347; i zadaj&#281; mu pytanie, nie znam odpowiedzi, dop&#243;ki nie padnie z jego ust. a przecie&#380; ten &#347;niony cz&#322;owiek nie istnieje poza moim m&#243;zgiem i jest tylko czasowo wyodr&#281;bnion&#261; jego cz&#281;&#347;ci&#261;. Ka&#380;dy rozszczepia si&#281; tak niemal co dzie&#324;, a w&#322;a&#347;ciwie co nocy daj&#261;c pocz&#261;tek chwilowym, na u&#380;ytek jednego majaku powsta&#322;ym pseudoosobowo&#347;ciom. Mog&#261; to by&#263; istoty wymy&#347;lone albo wzi&#281;te z jawy. Czy nie &#347;ni&#261; nam si&#281; nieraz umarli? Czy nie prowadzimy z nimi rozm&#243;w?

Umarli.

Czy&#380;by Terminus

W swoim na p&#243;&#322; &#347;wiadomym kr&#261;&#380;eniu po kajucie, przep&#322;ywaj&#261;c od jednej &#347;ciany do drugiej, odtr&#261;cany od twardych p&#322;aszczyzn, dotar&#322; do drzwi i chwyci&#322; si&#281; ich. Widzia&#322; ciemny wycinek korytarza z padaj&#261;c&#261; w t&#281; ciemno&#347;&#263; smug&#261; &#347;wiat&#322;a.

Wr&#243;ci&#263; tam?

Wr&#243;ci&#263; i pyta&#263;?

Jest to jakie&#347; zjawisko fizykalne bardziej skomplikowane od zwyk&#322;ego zapisu; automat nie jest, w ko&#324;cu, urz&#261;dzeniem do utrwalania d&#378;wi&#281;k&#243;w. Powsta&#322; w nim zapis, obdarzony pewn&#261; autonomiczno&#347;ci&#261;, zmienno&#347;ci&#261;, kt&#243;remu jakkolwiek brzmi to dziwnie mo&#380;na stawia&#263; pytania i dowiedzie&#263; si&#281; wszystkiego. Pozna&#263; losy Simona, Nolana, Pottera i to niezrozumia&#322;e, przera&#380;aj&#261;ce milczenie dow&#243;dcy.

Czy mo&#380;na wyobrazi&#263; sobie jakie&#347; inne wyt&#322;umaczenie?

Chyba nie.

By&#322; tego pewien, a jednak nie rusza&#322; si&#281; z miejsca, jakby na co&#347; czeka&#322;.

Koniec ko&#324;c&#243;w, nie ma w tym nic opr&#243;cz obiegu pr&#261;d&#243;w wewn&#261;trz &#380;elaznego pud&#322;a. Nikogo &#380;ywego, &#380;adnej istoty, gin&#261;cej w ciemno&#347;ci strzaskanego statku. Na pewno nic!

Wystukiwa&#263;, pod szklanymi oczami Terminusa, pytania? Ale&#380; oni, zamiast wzi&#261;&#263; si&#281; do sk&#322;adnego opowiadania swojej historii, zaczn&#261; krzycze&#263; do niego, wo&#322;a&#263; o tlen, o ratunek! Co odpowiedzie&#263;? &#379;e nie istniej&#261;? &#379;e s&#261; tylko pseudoosobowo&#347;cia-mi, wyizolowanymi wyspami elektrycznego m&#243;zgu, jego majaczeniem, jego czkawk&#261;? &#379;e ich strach jest tylko imitacj&#261; strachu, a ich agonia, powtarzana ka&#380;dej nocy, znaczy tyle, co zdarta p&#322;yta? Pami&#281;ta&#322; jeszcze wywo&#322;any swym pytaniem gwa&#322;towny zryw uderze&#324;, ten krzyk, kt&#243;rym, pe&#322;ni zdumienia i zbudzonej nieoczekiwanie nadziei, przyzywali go, to powtarzaj&#261;ce si&#281; bez ko&#324;ca, natarczywe, pospieszne b&#322;aganie: Odezwij si&#281;! Kto m&#243;wi? Odezwij si&#281;!!!

Mia&#322; jeszcze w uszach, czu&#322; w ko&#324;cach palc&#243;w rozpacz i furi&#281; tych uderze&#324;.

Nie istnieli? A wi&#281;c kto go wzywa&#322; kto wo&#322;a&#322; pomocy? I co z tego, gdyby fachowcy powiedzieli, &#380;e za tym krzykiem nie ma nic opr&#243;cz wirowania &#322;adunk&#243;w i dr&#380;enia zbudzonych rezonansem blach? Usiad&#322; przy biurku. Wysun&#261;&#322; szuflad&#281;. Przydusi&#322; gniewnie wstaj&#261;ce z szelestem papiery, odnalaz&#322; ten, kt&#243;rego szuka&#322;, rozpostar&#322; go przed sob&#261; i wyg&#322;adzi&#322; starannie, by nie fruwa&#322; w oddechu. Wpisywa&#322; kolejno w drukowane rubryki:

MODEL: AST Pm 105/OO44

TYP: Uniwersalny Naprawczy

NAZWA: Terminus

RODZAJ USZKODZENIA: Rozpad funkcji

WNIOSKI Zawaha&#322; si&#281;. Przybli&#380;a&#322; pi&#243;ro do papieru i cofa&#322; je. My&#347;la&#322; o niewinno&#347;ci maszyn, kt&#243;re cz&#322;owiek obdarzy&#322; zdolno&#347;ci&#261; my&#347;lenia i uczyni&#322; je przez to uczestnikami swych szale&#324;stw. O tym, &#380;e mit Golema, maszyny zbuntowanej i powstaj&#261;cej przeciw cz&#322;owiekowi, jest k&#322;amstwem, wymy&#347;lonym po to, &#380;eby ci, co nios&#261; za wszystko odpowiedzialno&#347;&#263;, mogli j&#261; z siebie zrzuci&#263;.

WNIOSKI: Zda&#263; na z&#322;om.

I u do&#322;u karty podpisa&#322; si&#281; z nieruchom&#261; twarz&#261;:

Pierwszy nawigator Pirx.



Odruch warunkowy

Zdarzy&#322;o si&#281; to no czwartym roku, przed samymi wakacjami. Pirx, kt&#243;ry przeszed&#322; ju&#380; wszystkie &#263;wiczenia praktyczne, mia&#322; zaliczone loty na symulatorach i dwa prawdziwe oraz samodzielne k&#243;&#322;ko to znaczy lot na Ksi&#281;&#380;yc z l&#261;dowaniem i powrotem. Czu&#322; si&#281; starym wyjadaczem kosmicznym, pr&#243;&#380;niowym wyg&#261;, kt&#243;rego domem s&#261; planety, a jedynym ulubionym odzieniem znoszony skafander: wyga taki w przestrzeni pierwszy dostrzega nadlatuj&#261;ce meteory i sakramentalnym okrzykiem uwaga! r&#243;j! oraz b&#322;yskawicznym manewrem ratuje od zag&#322;ady statek, siebie i mniej bystrych towarzyszy. Tak to sobie przynajmniej wyobra&#380;a&#322;, z ubolewaniem konstatuj&#261;c przy goleniu, jak zupe&#322;nie nie zna&#263; po nim ogromu przebytych do&#347;wiadcze&#324;. Nawet paskudny wypadek z aparatem Harrelsbergera, kt&#243;ry eksplodowa&#322; mu pod r&#281;kami podczas l&#261;dowania na Sinus Medii, nie przysporzy&#322; mu ni jednego cho&#263;by siwego w&#322;osa. Co tam zdawa&#322; sobie sprawo z ja&#322;owo&#347;ci my&#347;lenia, o siwi&#378;nie (wspaniale by&#322;oby jednak mie&#263; oszronione skronie), ale &#380;eby si&#281; cho&#263; par&#281; zmarszczek przy oczach zrobi&#322;o, wskazuj&#261;cych od pierwszego wejrzenia, &#380;e powsta&#322;y przy wyt&#281;&#380;onym wypatrywaniu kursowych gwiazd tymczasem, jaki by&#322; puco&#322;owaty, taki zosta&#322;. Drapa&#322; wi&#281;c t&#281;paw&#261; &#380;yletk&#261; t&#281; swoj&#261; g&#281;b&#281;, kt&#243;rej si&#281; skrycie wstydzi&#322;, i wymy&#347;la&#322; coraz bardziej wstrz&#261;saj&#261;ce sytuacje po to, aby na samym ko&#324;cu sta&#263; si&#281; ich panem.

Matters, kt&#243;ry cz&#281;&#347;ciowo zna&#322; jego zmartwienia, o cz&#281;&#347;ciowo si&#281; ich domy&#347;la&#322;, radzi&#322; mu, &#380;eby zapu&#347;ci&#322; w&#261;sy. Czy rada by&#322;a ca&#322;kiem szczera, trudno powiedzie&#263;. W ka&#380;dym razie Pirx w czasie porannej samotno&#347;ci przyk&#322;ada&#322; przed lustrem kawa&#322;ek czarnego sznurowad&#322;a do g&#243;rnej wargi i a&#380; si&#281; zatrz&#261;s&#322;, tak to idiotycznie wygl&#261;da&#322;o Zw&#261;tpi&#322; w Mattersa, cho&#263; ten mo&#380;e nie mia&#322; na my&#347;li niczego z&#322;ego, a ju&#380; na pewno nie mia&#322;a jego przystojna siostra, kt&#243;ra powiedzia&#322;a raz Pirxowi, &#380;e wygl&#261;da  szalenie poczciwie. To go dobi&#322;o. W lokalu, w kt&#243;rym ta&#324;czyli, nie sta&#322;o si&#281; co prawda nic z rzeczy, jakich si&#281; obawia&#322;. Tylko raz pomyli&#322; taniec, a ona by&#322;a na tyle dyskretna, &#380;e milcza&#322;a, i dopiero po dobrej chwili zauwa&#380;y&#322;, &#380;e wszyscy ta&#324;cz&#261; co&#347; zupe&#322;nie innego ni&#380; on. P&#243;&#378;niej jednak posz&#322;o jak z p&#322;atka. Nie depta&#322; jej po nogach, jak m&#243;g&#322;, stara&#322; si&#281; nie &#347;mia&#263; (bo od jego &#347;miechu ludzie odwracali si&#281; na ulicy), a potem odprowadzi&#322; j&#261; do domu. Od ostatniego przystanku szli dobry kawa&#322; pieszo i przez ca&#322;&#261; drog&#281; zastanawia&#322; si&#281;, co by te&#380; zrobi&#263; takiego, &#380;eby poj&#281;&#322;a, &#380;e wcale nie jest szalenie poczciwy te s&#322;owa zalaz&#322;y mu za sk&#243;r&#281;. Kiedy ju&#380; dochodzili do celu, ogarn&#261;&#322; go pop&#322;och.

Niczego bowiem nie wymy&#347;li&#322;, a jeszcze, wskutek wyt&#281;&#380;onego namys&#322;u, zamilk&#322; jak pie&#324; : w g&#322;owie jego rozprzestrzenia&#322;a si&#281; pustka, tym tylko r&#243;&#380;ni&#261;ca si&#281; od kosmicznej, &#380;e wype&#322;niona rozpaczliwym wysi&#322;kiem. W ostatniej chwili przez my&#347;l przelecia&#322;y mu jak meteory dwa czy trzy pomys&#322;y: &#380;eby si&#281; z ni&#261; um&#243;wi&#263;, &#380;eby j&#261; poca&#322;owa&#263;, &#380;eby gdzie&#347; o tym czyta&#322; u&#347;cisn&#261;&#263; jej r&#281;k&#281; w spos&#243;b znacz&#261;cy, subtelny, a zarazem przewrotny i nami&#281;tny. Ale nic z tego nie wysz&#322;o. Ani jej nie poca&#322;owa&#322;, ani si&#281; z ni&#261; nie um&#243;wi&#322;, ani jej r&#281;ki nie poda&#322; i gdyby&#380; tak si&#281; to sko&#324;czy&#322;o! Kiedy powiedziawszy dobranoc, tym swoim przyjemnie &#322;ami&#261;cym si&#281; g&#322;osem, odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do furtki i uj&#281;&#322;a klamk&#281;, ockn&#261;&#322; si&#281; jego diabe&#322;. A mo&#380;e sta&#322;o si&#281; to po prostu dlatego, &#380;e w g&#322;osie jej wyczu&#322; ironi&#281;, rzeczywist&#261; lub wyobra&#380;on&#261;. B&#243;g raczy wiedzie&#263; do&#347;&#263;, &#380;e zupe&#322;nie odruchowo, kiedy si&#281; w&#322;a&#347;nie odwr&#243;ci&#322;a taka pewna siebie, spokojna oczywi&#347;cie, dzi&#281;ki urodzie nosi&#322;a si&#281; jak kr&#243;lowa jaka&#347; (&#322;adne dziewcz&#281;ta zwykle tak si&#281; nosz&#261;), a wi&#281;c dobrze da&#322; jej klapsa w ty&#322;ek, i to nawet mocnego. Us&#322;ysza&#322; lekki, st&#322;umiony okrzyk: porz&#261;dnie musia&#322;a si&#281; zdziwi&#263;! Ale nie czeka&#322; ju&#380; na nic. Zawr&#243;ciwszy na pi&#281;cie, zwia&#322;, jakby w strachu, &#380;e b&#281;dzie go goni&#322;a Matters, do kt&#243;rego nazajutrz zbli&#380;a&#322; si&#281; jak do bomby z czasowym zapalnikiem, nic o tym incydencie nie wiedzia&#322;. Problem owego osobliwego post&#281;pku n&#281;ka&#322; Pirxa. Nie my&#347;la&#322; wtedy nic (z jak&#261;&#380; &#322;atwo&#347;ci&#261; mu to niestety przychodzi&#322;o!), ale przylepi&#322; jej klapsa. Czy tak post&#281;puj&#261; szalenie poczciwi faceci?

Nie by&#322; ca&#322;kiem pewny, ale obawia&#322; si&#281;, &#380;e raczej tak. Po historii z siostr&#261; Mattersa (unika&#322; jej odt&#261;d jak ognia) przesta&#322; w ka&#380;dym razie robi&#263; rano miny do lustra. Przedtem bowiem upad&#322; kilka razy tak nisko, &#380;e z pomoc&#261; drugiego lusterka szuka&#322; profilu swej twarzy, kt&#243;ry by cho&#263; nieznacznie zaspokoi&#322; jego wielkie wymagania. Oczywi&#347;cie, nie by&#322; zupe&#322;nym idiot&#261; i zdawa&#322; sobie spraw&#281; ze &#347;mieszno&#347;ci tych ma&#322;pich grymas&#243;w, ale z drugiej strony, nie &#347;lad&#243;w urody jakiej&#347; szuka&#322; przecie&#380; na mi&#322;o&#347;&#263; bosk&#261;, lecz charakteru! Czyta&#322; bowiem Conrada i z wypiekami my&#347;la&#322; o wielkim milczeniu galaktycznym, o samotnym m&#281;stwie a czy&#380; mo&#380;na sobie wyobrazi&#263; bohatera wiecznej nocy, samotnika z tak&#261; g&#281;b&#261;? W&#261;tpliwo&#347;ci pozosta&#322;y, ale z wykr&#281;caniem twarzy przed lustrem zrobi&#322; koniec, ukazuj&#261;c sobie, jak&#261; ma tward&#261;, niez&#322;omn&#261; wol&#281;.

Troski te, tak nurtuj&#261;ce, zblad&#322;y nieco wobec nadci&#261;gaj&#261;cego egzaminu u profesora Merinusa, zwanego popularnie Merynosem. Egzaminu tego, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, nie ba&#322; si&#281; prawie nigdy. Tylko trzy razy przychodzi&#322; do gmachu Astrodezji i Astrognozji Nawigacyjnej, gdzie przed sal&#261; studenci zawsze czyhali na wychodz&#261;cych od Merynosa, nie tyle, &#380;eby fetowa&#263; ich sukcesy, ile by si&#281; dowiedzie&#263;, jakie te&#380; nowe, podchwytliwe pytanka wymy&#347;li&#322; Z&#322;owrogi Baran. Bo i tak nazywano srogiego egzaminatora. Starzec &#243;w, kt&#243;ry w &#380;yciu nogi nie postawi&#322; nie to, &#380;e na Ksi&#281;&#380;ycu progu rakiety &#380;adnej nawet nie przekroczy&#322; zna&#322;, moc&#261; teoretycznej wszechwiedzy, ka&#380;dy kamie&#324; wszystkich krater&#243;w Morza Deszcz&#243;w, grzbiety skalne planetoid i najbardziej niedost&#281;pne po&#322;acie jowiszowych ksi&#281;&#380;yc&#243;w; powiadano, &#380;e posiada wszechstronn&#261; znajomo&#347;&#263; meteor&#243;w i komet, kt&#243;re zostan&#261; dopiero odkryte za lat tysi&#261;c, poniewa&#380; ju&#380; teraz drogi ich matematycznie przewidzia&#322; dzi&#281;ki ulubionemu swemu zaj&#281;ciu, analizie perturbacyjnej cia&#322; niebieskich. Ogrom tej wiedzy czyni&#322; go zgry&#378;liwym wobec mikroskopijnych wiadomo&#347;ci student&#243;w.

Pirx nie ba&#322; si&#281; jednak Merinusa, bo odkry&#322; jego klucz. Stary mia&#322; w&#322;asn&#261; terminologi&#281;, kt&#243;rej pr&#243;cz niego nikt nie u&#380;ywa&#322; w fachowym pi&#347;miennictwie. Pirx zatem, wiedziony przyrodzon&#261; bystro&#347;ci&#261;, zam&#243;wi&#322; w bibliotece wszystkie prace Merinusa i nie, wcale ich nie czyta&#322;. Przekartkowa&#322; je tylko wypisawszy sobie ze dwie&#347;cie Merynosowych dziwol&#261;g&#243;w s&#322;ownych. Profesor, us&#322;yszawszy styl jego odpowiedzi, drgn&#261;&#322;, podni&#243;s&#322; strz&#281;piaste brwi i zas&#322;ucha&#322; si&#281; w Pirxa jak w s&#322;owika. Chmury, przeci&#261;gaj&#261;ce mu zazwyczaj przez twarz, rozesz&#322;y si&#281;. Odm&#322;odnia&#322; prawie, bo by&#322;o to, jakby s&#322;ysza&#322; siebie samego a Pirx, uskrzydlony t&#261; przemian&#261; i w&#322;asn&#261; bezczelno&#347;ci&#261;, par&#322; dalej na ca&#322;ego z takim rezultatem, &#380;e gdy kompletnie zawali&#322; si&#281; na ostatnim pytaniu (wymaga&#322;o znajomo&#347;ci wzoru ca&#322;a Merynosowska retoryka nic nie mog&#322;a tu wsk&#243;ra&#263;), profesor wpisa&#322; mu wielk&#261; czw&#243;rk&#281;, wyra&#380;aj&#261;c ubolewanie, &#380;e nie mo&#380;e da&#263; pi&#261;tki.

Tak, Merynosa osadzi&#322;. Wzi&#261;&#322; go za rogi. Daleko wi&#281;ksz&#261; trem&#281; odczuwa&#322; przed wariack&#261; k&#261;piel&#261;, kt&#243;ra by&#322;a nast&#281;pnym i ostatnim etapem przed egzaminami dyplomowymi.


Na wariack&#261; k&#261;piel nie by&#322;o &#380;adnych sposob&#243;w. Najpierw cz&#322;owiek szed&#322; do Alberta, niby tylko wo&#378;nego przy katedrze Astropsychologii Do&#347;wiadczalnej, ale w rzeczywisto&#347;ci by&#322; on praw&#261; r&#281;k&#261; docenta i s&#322;owo jego wa&#380;niejsze by&#322;o od opinii wszystkich asystent&#243;w. Albert, totumfacki jeszcze profesora Ballea, kt&#243;ry przed rokiem poszed&#322; na emerytur&#281; ku uciesze student&#243;w i zasmuceniu wo&#378;nego (nikt go bowiem tak, jak profesor emeritus nie rozumia&#322;), wi&#243;d&#322; kandydata do ma&#322;ej salki w podziemiu, gdzie sporz&#261;dza&#322; mu parafinowy odlew twarzy. Odlew ten, po zdj&#281;ciu, poddawa&#322; ma&#322;emu zabiegowi: w negatyw nosa wstawia&#322; dwie metalowe rurki. To by&#322;o wszystko. Nast&#281;pnie kandydat szed&#322; na pi&#281;tro, do &#322;a&#378;ni. Nie by&#322;a to naturalnie &#380;adna &#322;a&#378;nia, ale jak wiadomo, studenci nie nazywaj&#261; nigdy rzeczy ich w&#322;a&#347;ciwym imieniem. By&#322; to spory pok&#243;j, z basenem pe&#322;nym wody. Kandydat czy, znowu wedle gwary studenckiej, pacjent rozbiera&#322; si&#281; i wchodzi&#322; do wody, kt&#243;r&#261; ogrzewano dop&#243;ty, a&#380; przestawa&#322; odczuwa&#263; jej temperatur&#281;. To by&#322;o indywidualne: dla jednych woda przestawa&#322;a istnie&#263; przy 29, dla innych dopiero przy 32 stopniach. Do&#347;&#263;, &#380;e kiedy spoczywaj&#261;cy na wznak a w basenie m&#322;ody cz&#322;owiek podni&#243;s&#322; r&#281;k&#281;, wod&#281; przestawano ogrzewa&#263;, a jeden z asystent&#243;w nak&#322;ada&#322; mu na twarz parafinow&#261; mask&#281;. Nast&#281;pnie dodawano do wody jakiej&#347; soli (ale nie cyjanku potasu, jak o tym powa&#380;nie zapewniali ci, co mieli ju&#380; wariack&#261; k&#261;piel za sob&#261;), zdaje si&#281; zwyk&#322;ej soli kuchennej. Dodawa&#322;o si&#281; jej tyle, by pacjent (zwany te&#380; topielcem) p&#322;ywa&#322; swobodnie tu&#380; pod powierzchni&#261; wody, nie wynurzaj&#261;c si&#281;, tylko metalowe rurki wystawa&#322;y na wierzch, m&#243;g&#322; wi&#281;c swobodnie oddycha&#263;. To by&#322;o w zasadzie wszystko. Uczona nazwa eksperymentu brzmia&#322;a pozbawienie bod&#378;c&#243;w aferentnych. W samej rzeczy, pozbawiony wzroku. s&#322;uchu, w&#281;chu, dotyku (bo obecno&#347;&#263; wody po bardzo kr&#243;tkim czasie przestawa&#322;o si&#281; wyczuwa&#263;), ze skrzy&#380;owanymi na piersiach ramionami, niczym u mumii egipskiej, spoczywa&#322; topielec w niewa&#380;kim zawieszeniu przez kilka godzin. Jak d&#322;ugo? Jak d&#322;ugo m&#243;g&#322; wytrzyma&#263;.

Jak gdyby nic szczeg&#243;lnego. Jednak&#380;e z cz&#322;owiekiem w takim po&#322;o&#380;eniu zaczynaj&#261; dzia&#263; si&#281; dziwne rzeczy. Ka&#380;dy m&#243;g&#322; naturalnie czyta&#263; o prze&#380;yciach topielc&#243;w w podr&#281;cznikach psychologii eksperymentalnej. Ale te&#380; prze&#380;ycia te by&#322;y bardzo zr&#243;&#380;nicowane indywidualnie. Trzecia cz&#281;&#347;&#263; kandydat&#243;w nie mog&#322;a wytrzyma&#263; nie to, &#380;e sze&#347;ciu czy pi&#281;ciu, ale nawet trzech godzin. Wytrwa&#322;o&#347;&#263; by&#322;a wszak&#380;e godna zalecenia, bo praktyki wakacyjne rozdzielano pod&#322;ug listy lokat: kto mia&#322; pierwsz&#261;, dostawa&#322; praktyk&#281; ekstra na r&#243;&#380;nych stacjach oko&#322;oziemskich. Z g&#243;ry nigdy nie by&#322;o wiadomo, kto oka&#380;e si&#281; twardy, a kto nie, k&#261;piel bowiem poddawa&#322;a nie byle jakiej pr&#243;bie spoisto&#347;&#263;, konsolidacj&#281; osobowo&#347;ci.

Pirx przeszed&#322; pocz&#261;tek do&#347;&#263; g&#322;adko, je&#347;li nie liczy&#263; tego, &#380;e bez wszelkiej potrzeby schowa&#322; twarz pod wod&#261;, zanim jeszcze asystent na&#322;o&#380;y&#322; mu mask&#281;, w zwi&#261;zku z czym &#322;ykn&#261;&#322; jak&#261;&#347; kwart&#281; wody i przy okazji przekona&#322; si&#281;, &#380;e jest najzwyczajniej w &#347;wiecie s&#322;ona.

Po na&#322;o&#380;eniu maski pos&#322;ysza&#322; zrazu lekki szum w uszach. Znajdowa&#322; si&#281; w doskona&#322;ej ciemno&#347;ci. Jak nale&#380;a&#322;o, rozlu&#378;ni&#322; mi&#281;&#347;nie; woda unosi&#322;a go bez ruchu. Oczu nie m&#243;g&#322; otworzy&#263;, gdyby nawet chcia&#322;, uniemo&#380;liwia&#322;a to przylegaj&#261;ca do policzk&#243;w i czo&#322;a parafina. Najpierw zacz&#261;&#322; go sw&#281;dzi&#263; nos, potem prawe oko. Przez mask&#281; nie m&#243;g&#322; si&#281;, naturalnie, podrapa&#263;. O takim sw&#281;dzeniu nic nie m&#243;wi&#322;y relacje innych topielc&#243;w widocznie byt to jego prywatny wk&#322;ad w psychologi&#281; eksperymentaln&#261;. Spoczywa&#322; doskonale bezw&#322;adny w wodzie, kt&#243;ra ani nie grza&#322;a, ani nie ch&#322;odzi&#322;a jego nagiego cia&#322;a. Po paru chwilach straci&#322; &#347;wiadomo&#347;&#263; jej istnienia. M&#243;g&#322;by oczywi&#347;cie poruszy&#263; nogami albo cho&#263;by palami i przekona&#263; si&#281;, &#380;e s&#261; &#347;liskie i mokre, ale wiedzia&#322;, &#380;e czuwa nad nim u sufitu oko rejestruj&#261;cej kamery: za ka&#380;de poruszenie by&#322;y punkty karne. Ws&#322;uchawszy si&#281; w siebie, po nied&#322;ugim czasie m&#243;g&#322; ju&#380; rozr&#243;&#380;nia&#263; tony w&#322;asnego serca nadzwyczaj s&#322;abe i dochodz&#261;ce jakby z ogromnej odleg&#322;o&#347;ci. By&#322;o mu wcale nie&#378;le. Sw&#281;dzenie usta&#322;o. Nic go nie uwiera&#322;o. Albert umie&#347;ci&#322; rurki w masce tak zr&#281;cznie, &#380;e nawet ich nie czu&#322;. Niczego w og&#243;le nie czu&#322;. Ta pustka stawa&#322;a si&#281; niepokoj&#261;ca. Najpierw zatraci&#322; poczucie po&#322;o&#380;enia cia&#322;a, pozycji r&#261;k i n&#243;g. Pami&#281;ta&#322; jeszcze, jak le&#380;y, bo o tym wiedzia&#322;, w bia&#322;ej parafinie na twarzy. Stwierdzi&#322; ze zdziwieniem, &#380;e on, kt&#243;ry umia&#322; zwykle okre&#347;li&#263; czas bez zegarka, z dok&#322;adno&#347;ci&#261; do paru minut, nie ma nawet najs&#322;abszego wyobra&#380;enia o tym, ile minut czy mo&#380;e ju&#380; kwadrans&#243;w? up&#322;yn&#281;&#322;o od zanurzenia si&#281; w wariack&#261; k&#261;piel.

Kiedy si&#281; tak dziwi&#322;, zauwa&#380;y&#322;, &#380;e nie ma ju&#380; cia&#322;a ani twarzy, w og&#243;le niczego. Tak dobrze, jakby go w og&#243;le nie by&#322;o. Wra&#380;enia tego niepodobna nazwa&#263; przyjemnym. Raczej przera&#380;a&#322;o. Jakby rozpuszcza&#322; si&#281; po trosze w tej wodzie, kt&#243;rej istnienie te&#380; do&#324; wcale nie dochodzi&#322;o. I serce nawet przesta&#322; s&#322;ysze&#263;. Wyt&#281;&#380;a&#322; s&#322;uch jak m&#243;g&#322; nic. Cisza za to, wype&#322;niaj&#261;ca go dok&#322;adnie, sta&#322;a si&#281; nieprzyjemnym, g&#322;uchym pomrukiem, bia&#322;ym, ci&#261;g&#322;ym szumem, &#380;e chcia&#322;o si&#281; wprost zatka&#263; uszy. W pewnym momencie pomy&#347;la&#322;, &#380;e min&#261;&#322; ju&#380; chyba porz&#261;dny kawa&#322; czasu i par&#281; karnych punkt&#243;w tak bardzo nie zaszkodzi. Chcia&#322; ruszy&#263; r&#281;kami.

Nie mia&#322; czym poruszy&#263;: nie by&#322;o r&#261;k. Nawet nie to, &#380;e si&#281; przel&#261;k&#322;; os&#322;upia&#322; raczej. Prawda, &#380;e co&#347; tam pisano o zatraceniu poczucia cia&#322;a, ale kt&#243;&#380; by uwierzy&#322;, &#380;e mo&#380;e by&#263; tak zupe&#322;nie?

Widocznie tak ma by&#263; uspokoi&#322; siebie. Grunt si&#281; nie rusza&#263; jak si&#281; chce mie&#263; dobr&#261; lokat&#281;, trzeba wytrzyma&#263; to i owo. Ta maksyma podtrzymywa&#322;a go przez jaki&#347; czas. Jak d&#322;ugo? Nie wiedzia&#322;.

Potem zacz&#281;&#322;o si&#281; robi&#263; gorzej.

Zrazu ciemno&#347;&#263;, w kt&#243;rej spoczywa&#322; czy te&#380; raczej, kt&#243;r&#261; sam by&#322;, zaroi&#322;a si&#281; od s&#322;abych migota&#324;, polatuj&#261;cych na obrze&#380;u pola widzenia kr&#281;g&#243;w, w&#322;a&#347;ciwie bez&#347;wietlnych, m&#380;&#261;cych niewyra&#378;nie. Poruszy&#322; ga&#322;kami ocznymi, ten ruch czu&#322;, i to go pocieszy&#322;o. Ale dziwna rzecz: po kilku poruszeniach i oczy wymkn&#281;&#322;y si&#281; jego w&#322;adzy

Fenomeny wzrokowe i s&#322;uchowe, te migotania, m&#380;enia, szumy i pomruki, by&#322;y niewinnym wst&#281;pem, igraszk&#261; wobec tego, co zacz&#281;&#322;o si&#281; z nim dzia&#263; zaraz potem.

Rozpada&#322; si&#281;. Ju&#380; nie to, &#380;eby cia&#322;em: o ciele nie by&#322;o mowy, cia&#322;o od wiek&#243;w przesta&#322;o istnie&#263;, by&#322;o czasem zaprzesz&#322;ym, czym&#347; utraconym w spos&#243;b nieodwo&#322;alny. Mo&#380;e nigdy go nie mia&#322;?

Zdarza si&#281; czasem, &#380;e przyci&#347;ni&#281;ta, niedokrwiona, r&#281;ka na jaki&#347; czas obumrze. Mo&#380;na dotyka&#263; jej drug&#261;, czuj&#261;c&#261; i &#380;yw&#261;, jak kawa&#322;ka drewna. Prawie ka&#380;dy zna to dziwne uczucie, nieprzyjemne, na szcz&#281;&#347;cie szybko przemijaj&#261;ce. Ale cz&#322;owiek wtedy jest ca&#322;y normalny, czuj&#261;cy i &#380;ywy, tylko kilka palc&#243;w czy d&#322;o&#324; ogarn&#261;&#322; martwy bezw&#322;ad, &#380;e sta&#322;y si&#281; jakby uczepionym do reszty cia&#322;a przedmiotem. Pirxowi jednak nie pozosta&#322;o nic: albo lepiej, prawie nic pr&#243;cz strachu. Rozpada&#322; si&#281; nie na &#380;adne tam osoby, ale w&#322;a&#347;nie na strachy. Czego si&#281; ba&#322;? Poj&#281;cia nie mia&#322;. Nie by&#322; ani trze&#378;wy, ani jawy nie prze&#380;ywa&#322; (jaka&#380; mo&#380;e by&#263; jawa bez cia&#322;a!), ani snu. Bo nie &#347;ni&#322; przecie&#380;: wiedzia&#322;, gdzie jest, co z nim robi&#261;. To by&#322;o co&#347; trzeciego. I do upicia si&#281; te&#380; najzupe&#322;niej niepodobne.

Czyta&#322; i o tym. To si&#281; nazywa&#322;o dezorganizacja pracy kory m&#243;zgowej, spowodowana pozbawieniem m&#243;zgu impuls&#243;w dos&#322;ownych.

Brzmia&#322;o to nie najgorzej. Do&#347;wiadczenie jednak

By&#322; troch&#281; tu, troch&#281; tam i wszystko si&#281; roz&#322;azi&#322;o. Kierunki: g&#243;ra, d&#243;&#322;, bok nic z tego! Usi&#322;owa&#322; sobie przypomnie&#263;, gdzie mo&#380;e by&#263; sufit. Ale jak m&#243;wi&#263; o suficie, kiedy nie ma cia&#322;a ani oczu?

Zaraz rzek&#322; sobie zrobimy z tym porz&#261;dek. Przestrze&#324; wymiary trzy kierunki

Te s&#322;owa nic nie znaczy&#322;y. Pomy&#347;la&#322; o czasie, powtarza&#322; czas, czas jakby &#380;u&#322; kawa&#322;ek papieru. Zlepek bez jakiegokolwiek sensu. Ju&#380; nie on powtarza&#322;, m&#243;wi&#322; to jaki&#347; nikt, jaki&#347; obcy, kto&#347;, kto wlaz&#322; w niego. Nie, on wlaz&#322; w kogo&#347;. I ten kto&#347; rozdyma&#322; si&#281;. Puchn&#261;&#322;. Zatraca&#322; wszystkie granice. W&#281;drowa&#322; niepoj&#281;tymi wn&#281;trzami, objawi&#322; si&#281; olbrzymim jak balon, niemo&#380;liwym, s&#322;oniowatym palcem, by&#322; ca&#322;y palcem, nie swoim, nie prawdziwym, ale jakim&#347; wymy&#347;lonym, wzi&#281;tym nie wiadomo sk&#261;d. Ten palec usamodzielnia&#322; si&#281;. Stawa&#322; si&#281; czym&#347; przyt&#322;aczaj&#261;cym, nieruchomym, zgi&#281;tym karc&#261;co i zarazem idiotycznie, a jego my&#347;lenie unosi&#322;o si&#281; raz z jednej, raz z drugiej strony tej bry&#322;y niemo&#380;liwej, ciep&#322;ej, wstr&#281;tnej, &#380;adnej znik&#322;. Wirowa&#322;. Kr&#281;ci&#322; si&#281;. Spada&#322; jak kamie&#324;, chcia&#322; krzykn&#261;&#263;. Migoty bez twarzy, okr&#261;g&#322;awe, wytrzeszczone, rozp&#322;ywaj&#261;ce si&#281; gdy usi&#322;owa&#322; stawi&#263; im czo&#322;o laz&#322;y na niego, pcha&#322;y si&#281;, rozpiera&#322;y go, by&#322; jak cienkopow&#322;okowy zbiornik gro&#380;&#261;cy p&#281;kni&#281;ciem. I wybuchn&#261;&#322;.

Rozpad&#322; si&#281; na niezale&#380;ne od siebie ciemno&#347;ci, kt&#243;re szybowa&#322;y jak polatuj&#261;ce bezw&#322;adnie strz&#281;py zw&#281;glonego papieru. A w tych wahaniach i polatywaniach by&#322;o niepoj&#281;te napi&#281;cie, wysi&#322;ek taki chyba, jak w &#347;miertelnej chorobie, kiedy poprzez mg&#322;y i pustki, kt&#243;ra by&#322;a kiedy&#347; sprawnym cia&#322;em, a teraz jest tylko znieczulon&#261;, stygn&#261;c&#261; pustyni&#261;, co&#347; pragnie jeszcze ostatni raz odezwa&#263; si&#281;, dotrze&#263; do jakiego&#347; drugiego cz&#322;owieka, zobaczy&#263; go, dotkn&#261;&#263;.

Zaraz powiedzia&#322;o co&#347; zadziwiaj&#261;co trze&#378;wo, ale to by&#322;o obce, to nie by&#322; on. Mo&#380;e jaki&#347; dobry cz&#322;owiek zlitowa&#322; si&#281; i m&#243;wi&#322; do niego? Do kogo? Gdzie? Ale s&#322;ysza&#322; przecie&#380; Nie, to nie by&#322; prawdziwy g&#322;os. Zaraz. Ju&#380; inni to przeszli. Z tego si&#281; nie umiera. Trzeba si&#281; trzyma&#263;. Te s&#322;owa obraca&#322;y si&#281; w k&#243;&#322;ko. A&#380; utraci&#322;y sens. Znowu wszystko rozla&#322;o si&#281; jak szara namarszczona bibu&#322;a. Jak &#347;niegowa g&#243;ra w s&#322;o&#324;cu. Wymywany, uciek&#322; gdzie&#347; bez ruchu, nik&#322;. Zaraz mnie nie b&#281;dzie pomy&#347;la&#322; najzupe&#322;niej serio, bo to by&#322;o jak &#347;mier&#263;, nie jak sen. Tylko to jedno wiedzia&#322; jeszcze: &#380;e nie &#347;ni. Osaczy&#322;o go ze wszystkich stron. Nie, nie jego. Ich. By&#322;o ich kilku. Wielu? Nie m&#243;g&#322; si&#281; doliczy&#263;.

Co ja tu robi&#281;? powiedzia&#322;o w nim co&#347;. Gdzie ja jestem? W oceanie? Na Ksi&#281;&#380;ycu? Do&#347;wiadczenie

Nie wierzy&#322;, &#380;e to mo&#380;e by&#263; do&#347;wiadczenie: jak to, troch&#281; parafiny, jaka&#347; s&#322;ona woda, i cz&#322;owiek przestaje istnie&#263;? Postanowi&#322; z tym sko&#324;czy&#263;, za wszelk&#261; cen&#281;. Zmaga&#322; si&#281;, sam nie wiedzia&#322; z czym, jakby wywa&#380;a&#322; olbrzymi przywalaj&#261;cy go kamie&#324;. Nie m&#243;g&#322; nawet drgn&#261;&#263;. W ostatnim b&#322;ysku przytomno&#347;ci zebra&#322; resztk&#281; si&#322; i j&#281;kn&#261;&#322;. Us&#322;ysza&#322; ten j&#281;k, st&#322;umiony, oddalony, jak radiowy sygna&#322; z innej planety. Na jak&#261;&#347; sekund&#281; prawie ockn&#261;&#322; si&#281; i skupi&#322; po to, &#380;eby wpa&#347;&#263; w nast&#281;pn&#261;, jeszcze czarniejsz&#261;, podmywaj&#261;c&#261; wszystko agoni&#281;.

Nie czu&#322; &#380;adnego b&#243;lu. Ba, gdyby by&#322; b&#243;l ! Siedzia&#322;by w ciele, dawa&#322;by o nim zna&#263;, okre&#347;la&#322;by jakie&#347; granice, targa&#322;by nerwami. Ale to by&#322;a agonia bezbolesna, narastaj&#261;cy nap&#322;yw nico&#347;ci. Poczu&#322;, jak powietrze spazmatycznie chwytane wchodzi we&#324; jakby nie w p&#322;uca, ale w ten obszar drgaj&#261;cych, pokurczonych my&#347;lowych strz&#281;pk&#243;w. J&#281;kn&#261;&#263;, jeszcze raz j&#281;kn&#261;&#263;, us&#322;ysze&#263; si&#281;

Jak si&#281; komu chce j&#281;cze&#263;, nie trzeba my&#347;le&#263; o gwiazdach odezwa&#322; si&#281; ten jaki&#347; nieznany, bliski, lecz obcy g&#322;os. Zastanowi&#322; si&#281; i nie j&#281;kn&#261;&#322;. Zreszt&#261; nie by&#322;o go ju&#380;. Nie wiedzia&#322;, kim by&#322; wp&#322;ywa&#322;y we&#324; zimne, lekkie strumienie a najgorsze by&#322;o to (dlaczego &#380;aden z ba&#322;wan&#243;w nawet o tym nie wspomina&#322;?), &#380;e wszystko sz&#322;o przez niego na wylot. Zrobi&#322; si&#281; przezroczysty. By&#322; dziur&#261;, sitem, szeregiem kr&#281;tych jaski&#324; czy przelot&#243;w.

Potem i to si&#281; rozpad&#322;o, zosta&#322; tylko strach i trwa&#322; nawet wtedy, gdy znikn&#281;&#322;a wstrz&#261;sana jak dreszczem, m&#380;&#261;cym migotaniem ciemno&#347;&#263;.

Potem zrobi&#322;o si&#281; gorzej, o wiele gorzej. Jednak&#380;e tego ju&#380; Pirx nie umia&#322; opowiedzie&#263; ani nawet wyra&#378;nie, dok&#322;adnie przypomnie&#263; sobie: na takie do&#347;wiadczenia nie wynaleziono jeszcze s&#322;&#243;w. Nic nie potrafi&#322; o tym wykrztusi&#263;. Tak, tak, topielcy byli w&#322;a&#347;nie bogatsi o jedno cholerne do&#347;wiadczenie, kt&#243;rego nikt z profan&#243;w nawet si&#281; nie domy&#347;la&#322;. Inna rzecz, &#380;e nie by&#322;o czego zazdro&#347;ci&#263;.

Pirx przeszed&#322; wiele rzeczy i stan&#243;w. Nie by&#322;o go jaki&#347; czas, potem zn&#243;w by&#322;, powielony, potem co&#347; wyjada&#322;o mu ca&#322;y m&#243;zg, potem dzia&#322;o si&#281; wiele zawi&#322;ych, bezs&#322;ownych potworno&#347;ci spaja&#322; je strach, kt&#243;ry prze&#380;y&#322; i cia&#322;o, i czas, i przestrze&#324;. Wszystko.

Tego to si&#281; najad&#322; do syta.

Doktor Grotius powiedzia&#322;:

J&#281;kn&#261;&#322; pan pierwszy raz w sto trzydziestej &#243;smej minucie, a drugi w dw&#243;chsetnej dwudziestej si&#243;dmej. Wszystkiego trzy karne punkty i &#380;adnych drgawek ! Prosz&#281; za&#322;o&#380;y&#263; nog&#281; na nog&#281;. Zbadam odruchy Jak panu si&#281; uda&#322;o wysiedzie&#263; tak d&#322;ugo p&#243;&#378;niej?

Pirx siedzia&#322; na z&#322;o&#380;onym poczw&#243;rnie r&#281;czniku, piekielnie szorstkim i przez to bardzo przyjemnym. By&#322; ca&#322;kiem jak &#321;azarz. Nie w tym sensie, &#380;eby tak wygl&#261;da&#322;: ale czu&#322; si&#281; prawdziwie zmartwychwsta&#322;y. Wytrzyma&#322; siedem godzin. Mia&#322; pierwsz&#261; lokat&#281;. W ci&#261;gu ostatnich trzech godzin umiera&#322; par&#281; tysi&#281;cy razy. Ale nie j&#281;kn&#261;&#322;. Kiedy wyci&#261;gali go, ociekaj&#261;cego, wytarli, wysmarowali, dali mu zastrzyk, &#322;yk koniaku i prowadzili do pokoju bada&#324;, gdzie czeka&#322; doktor Grotius, po drodze zajrza&#322; do lustra. Ju&#380; przedtem wci&#261;&#380; dotyka&#322; piersi, r&#261;k, n&#243;g. &#379;eby si&#281; upewni&#263;. By&#322; kompletnie og&#322;uszony, otumaniony, jakby wsta&#322; z &#322;&#243;&#380;ka po wielomiesi&#281;cznej malignie. Wiedzia&#322;, &#380;e ju&#380; po wszystkim. Mimo to zajrza&#322; do lustra. Nie &#380;eby si&#281; spodziewa&#322; siwizny, ale tak sobie.

Zobaczy&#322; swoj&#261; szerok&#261; g&#281;b&#281; i, odwr&#243;ciwszy si&#281; szybko, pomaszerowa&#322; dalej, zostawiaj&#261;c na posadzce mokre &#347;lady st&#243;p. Doktor Grotius d&#322;ugo usi&#322;owa&#322; wydoby&#263; z niego jakie&#347; opisy prze&#380;ytych stan&#243;w. Siedem godzin to by&#322;o nie byle co. Doktor Grotius patrzy&#322; na Pirxa inaczej ni&#380; przedtem: nie to, &#380;e z sympati&#261; raczej z lubo&#347;ci&#261;, jak entomolog, kt&#243;ry odkry&#322; nowy gatunek &#263;my. Albo niezwyk&#322;ego zgo&#322;a robaczka. Mo&#380;e widzia&#322; w nim temat pracy naukowej?!

Pirx okaza&#322; si&#281;, trzeba niestety powiedzie&#263;, niezbyt wdzi&#281;cznym obiektem docieka&#324;. Siedzia&#322; i mruga&#322; g&#322;upkowato oczami: wszystko by&#322;o p&#322;askie, dwuwymiarowe, kiedy si&#281;ga&#322; po co&#347; r&#281;k&#261;, ta rzecz okazywa&#322;a si&#281; dalej albo bli&#380;ej, ni&#380; sobie obliczy&#322;. To by&#322;o objawem normalnym. Ale nie by&#322;a nim jego odpowied&#378; na pytanie asystenta, kiedy usi&#322;owa&#322; wydoby&#263; z niego jakie&#347; dok&#322;adniejsze szczeg&#243;&#322;y.

Pan le&#380;a&#322; tam? pytaniem odparowa&#322; pytanie.

Nie zdziwi&#322; si&#281; doktor Grotius. A co?

To niech si&#281; pan po&#322;o&#380;y zaproponowa&#322; mu Pirx. Sam pan zobaczy, jak to jest.

Na drugi dzie&#324; czu&#322; si&#281; ju&#380; tak dobrze, &#380;e m&#243;g&#322; nawet robi&#263; na temat wariackiej k&#261;pieli dowcipy. Odt&#261;d chodzi&#322; stale do g&#322;&#243;wnego gmachu, gdzie pod szk&#322;em na desce og&#322;osze&#324; zawieszano listy z wykazem praktyk. Ale nie m&#243;g&#322; znale&#378;&#263; swego nazwiska. Potem by&#322;a niedziela.

A w poniedzia&#322;ek wezwa&#322; go Szef.

Pirx od razu si&#281; zak&#322;opota&#322;. Wpierw zrobi&#322; rachunek sumienia. O to, &#380;e wpu&#347;cili do rakiety Ostensa mysz, nie mog&#322;o i&#347;&#263; to by&#322;o dawno, poza tym mysz by&#322;a malutka i w og&#243;le nie by&#322;o o czym m&#243;wi&#263;. Potem by&#322;a ta historia z budzikiem, kt&#243;ry sam w&#322;&#261;cza&#322; pr&#261;d do siatki &#322;&#243;&#380;ka Maebiusa. Ale to te&#380; w&#322;a&#347;ciwie g&#322;upstwo. Nie takie rzeczy robi si&#281; maj&#261;c dwadzie&#347;cia dwa lata, a poza tym Szef by&#322; wyrozumia&#322;y. Do pewnych granic. Czy&#380;by si&#281; dowiedzia&#322; o duchu? Duch by&#322; w&#322;asnym, oryginalnym pomys&#322;em Pirxa. Koledzy pomogli mu naturalnie: w ko&#324;cu ma si&#281; przyjaci&#243;&#322;! Ale Bornowi nale&#380;a&#322;a si&#281; nauczka.

Operacja duch posz&#322;a jak zegarek. Proch by&#322; w tutce. prochow&#261; dr&#243;&#380;k&#281; przeci&#261;gn&#281;&#322;o si&#281; trzy razy doko&#322;a pokoju, a zako&#324;czy&#322;o j&#261; pod sto&#322;em. Mo&#380;e istotnie za du&#380;o tego prochu si&#281; tam wysypa&#322;o Wychodzi&#322;a prochowa &#347;cie&#380;ka na korytarz, przez szpar&#281; pod drzwiami, a Born by&#322; ju&#380; urobiony : przez ca&#322;y tydzie&#324; wieczorami o niczym innym nie rozmawia&#322;o si&#281;, tylko o duchach. Pirx, nie w ciemi&#281; bity, rozdzieli&#322; role: cz&#281;&#347;&#263; ch&#322;opc&#243;w opowiada&#322;a straszliwe historie, a druga odgrywa&#322;a niedowiark&#243;w, &#380;eby si&#281; Boru zbyt &#322;atwo w podst&#281;pie nie zorientowa&#322;. Boru udzia&#322;u w tych roztrz&#261;saniach metafizycznych nie bra&#322;, tylko si&#281; pod&#347;miechiwa&#322; czasem z najzagorzalszych zwolennik&#243;w tamtego &#347;wiata. Tak, ale trzeba go by&#322;o widzie&#263;, kiedy wylecia&#322; u dwunastej w mocy ze swojej sypialni, rycz&#261;c jak goniony przez tygrysa baw&#243;&#322;. P&#322;omie&#324; wszed&#322; szpar&#261; pod drzwiami, trzykrotnie oblecia&#322; pok&#243;j i buchn&#261;&#322; pod sto&#322;em, &#380;e ksi&#261;&#380;ki pospada&#322;y. Pirx przedobrzy&#322; jednak, bo si&#281; zacz&#281;&#322;o troch&#281; pali&#263;. Par&#281; kub&#322;&#243;w wody zlikwidowa&#322;o ogie&#324;, ale zestala wypalona dziura, no i smr&#243;d. Tak&#380;e w pewnym sensie nie uda&#322;o si&#281;: Boru nie uwierzy&#322; niestety w duchy.

Pomy&#347;la&#322;, &#380;e mo&#380;e chodzi o tego ducha. Pirx wsta&#322; rano wcze&#347;niej, w&#322;o&#380;y&#322; czyst&#261; koszul&#281;, na wszelki wypadek zajrza&#322; do ksi&#261;&#380;ki lot&#243;w, do Teorii Nawigacji, i poszed&#322; jak w dym. Gabinet Szefa by&#322; wspania&#322;y. Tak przynajmniej wydawa&#322;o si&#281; Pirxowi. &#346;cian nie by&#322;o wida&#263; zza map nieba, konstelacje, &#380;&#243;&#322;te jak krople miodu, &#347;wieci&#322;y na granatowym tle. Ma&#322;y, &#347;lepy globus ksi&#281;&#380;ycowy na biurku, pe&#322;no ksi&#261;&#380;ek, dyplom&#243;w, i drugi ogromny globus pod oknem. Ten drugi by&#322; istnym cudem, za naci&#347;ni&#281;ciem odpowiedniego guzika zapala&#322;y si&#281; i rusza&#322;y w obieg dowolnie wybrane sputniki, podobno by&#322;y tam nie tytko istniej&#261;ce, ale nawet te stare, w&#322;&#261;cznie z pierwszymi, ju&#380; historycznymi, z 1957 roku.

Pirx w tym dniu nie mia&#322; jednak oka dla globusa. Kiedy wszed&#322;, Szef pisa&#322;. Powiedzia&#322;, &#380;eby siad&#322; i poczeka&#322;. Potem zdj&#261;&#322; okulary nosi&#322; je dopiero od roku i przyjrza&#322; mu si&#281;, jakby go pierwszy raz w &#380;yciu zobaczy&#322;. To by&#322; taki jego spos&#243;b. Nawet &#347;wi&#281;ty, nie maj&#261;cy nic na sumieniu, m&#243;g&#322; straci&#263; pod tym wzrokiem rezon. Pirx nie by&#322; &#347;wi&#281;ty. Nie m&#243;g&#322; usiedzie&#263; w fotelu. To zapada&#322; w g&#322;&#261;b, przyjmuj&#261;c postaw&#281; nieprzyzwoicie swobodn&#261;, niczym milioner na pok&#322;adzie w&#322;asnego jachtu, to zn&#243;w zje&#380;d&#380;a&#322; w kierunku dywanu i w&#322;asnych pi&#281;t. Szef wytrzyma&#322; milczenie i rzeki:

Jak tam ch&#322;opcze u ciebie

Tyka&#322; go, nie by&#322;o wi&#281;c &#378;le. Pirx wyja&#347;ni&#322;, &#380;e wszystko w porz&#261;dku.

Podobno k&#261;pa&#322;e&#347; si&#281;?

Pirx przytakn&#261;&#322;. A to co znowu? Podejrzliwo&#347;&#263; nie opuszcza&#322;a go. Mo&#380;e za niegrzeczno&#347;&#263; wobec asystenta?

Jest jedno wolne miejsce na praktyk&#281; w Mendelejewie. Wiesz, gdzie to jest?

Stacja astrofizyczna na tamtej stronie odpar&#322; Pirx. By&#322; troch&#281; rozczarowany. Mia&#322; cich&#261; nadziej&#281; tak cich&#261;, &#380;e boj&#261;c si&#281; sp&#322;oszy&#263; jej urzeczywistnienie, samemu sobie nawet do niej si&#281; nie przyzna&#322; ot&#243;&#380; liczy&#322; na co&#347; innego. Na lot. Tyle by&#322;o rakiet, tyle planet, a on mia&#322; dosta&#263; zwyk&#322;e zadanie stacjonarne na tamtej stronie Kiedy&#347; by&#322; to jeszcze fason nazywa&#263; odwrotn&#261;, niewidzialn&#261; z Ziemi p&#243;&#322;kul&#281; ksi&#281;&#380;ycow&#261; tamt&#261; stron&#261;. Ale teraz wszyscy tak m&#243;wili.

S&#322;usznie. Wiesz, jak wygl&#261;da? spyta&#322; Szef. Mia&#322; szczeg&#243;lny wyraz twarzy. Jakby ukrywa&#322; co&#347; w zanadrzu. Pirx waha&#322; si&#281; przez sekund&#281;, czy sk&#322;ama&#263;.

Nie powiedzia&#322;.

Je&#380;eli przyjmiesz zadanie, dam ci ca&#322;&#261; dokumentacj&#281;. Szef po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;k&#281; na stosie papier&#243;w.

To mog&#281; nie przyj&#261;&#263;? ! z nie ukrywanym o&#380;ywieniem spyta&#322; Pirx.

Mo&#380;esz. Bo zadanie jest, to znaczy: mo&#380;e si&#281; okaza&#263; niebezpieczne.

Chcia&#322; powiedzie&#263; co&#347; jeszcze, ale nie m&#243;g&#322;. Specjalnie urwa&#322;, &#380;eby si&#281; lepiej przyjrze&#263; Pirxowi, kt&#243;ry wlepi&#322; si&#281; w niego rosn&#261;cymi oczami, powoli, solennie nabra&#322; tchu i tak ju&#380; zosta&#322;, jakby zapomnia&#322; o potrzebie dalszego oddychania. Obj&#281;ty &#322;un&#261; jak dziewica, kt&#243;rej objawi&#322; si&#281; kr&#243;lewicz, czeka&#322; dalszych upajaj&#261;cych s&#322;&#243;w. Szef chrz&#261;kn&#261;&#322;.

No, no rzek&#322; trze&#378;wi&#261;co. Przesadzi&#322;em. W ka&#380;dym razie, mylisz si&#281;.

Jak, prosz&#281;? wybe&#322;kota&#322; Pirx.

Powiadam, &#380;e ty nie jeste&#347; tym jedynym cz&#322;owiekiem na Ziemi, od kt&#243;rego wszystko zale&#380;y Ludzko&#347;&#263; nie oczekuje od ciebie ratunku. Na razie jeszcze.

Pirx, czerwony jak burak, m&#281;czy&#322; si&#281; nie wiedz&#261;c, co robi&#263; z r&#281;kami. Szef, kt&#243;ry znany by&#322; ze swych sposob&#243;w i kt&#243;ry przed chwil&#261; ukaza&#322; mu rajsk&#261; wizj&#281; Pirxa bohatera powracaj&#261;cego po dokonaniu Czynu przed zastyg&#322;y na kosmodromie t&#322;um szepcz&#261;cy z uwielbieniem: To on! to on!!! teraz jakby ca&#322;kiem nie zdaj&#261;c sobie sprawy z tego, co czyni, j&#261;&#322; pomniejsza&#263; Zadanie, redukowa&#263; rozmiary Misji do zwyk&#322;ej praktyki wakacyjnej, nareszcie wyja&#347;ni&#322;: Pracownicy Stacji rekrutuj&#261; si&#281; z astronom&#243;w, kt&#243;rych przewozi si&#281; na tamt&#261; stron&#281;, &#380;eby przesiedzieli sw&#243;j miesi&#261;c, i tyle. Normalna praca tam nie wymaga &#380;adnych nadzwyczajno&#347;ci. Dlatego kandydaci poddawani byli zwyk&#322;ym testom pierwszej i drugiej grupy. Teraz, po tym wypadku potrzeba ludzi sprawdzonych dok&#322;adniej. Najlepszymi byliby rozumie si&#281; piloci, ale sam pojmujesz, &#380;e nie mo&#380;na wsadza&#263; pilot&#243;w do zwyk&#322;ej stacji obserwacyjnej

Pirx wiedzia&#322;. Nie tylko Ksi&#281;&#380;yc, ca&#322;y system s&#322;oneczny wo&#322;a&#322; o pilot&#243;w, astrogator&#243;w, nawigator&#243;w by&#322;o ich wci&#261;&#380; za ma&#322;o. Ale co to by&#322; za wypadek, o kt&#243;rym wspomnia&#322; Szef? Rozs&#261;dnie milcza&#322;.

Stacja jest bardzo ma&#322;a. Zbudowano j&#261; g&#322;upio, pod p&#243;&#322;nocnym szczytem, zamiast na dnie krateru. Z lokalizacj&#261; by&#322;a ca&#322;a historia, zamiast rozpoznania selenodezyjnego zadecydowa&#322; presti&#380; b&#281;dziesz si&#281; z tym m&#243;g&#322; zapozna&#263; p&#243;&#378;niej. Dosy&#263;, &#380;e w ubieg&#322;ym roku cz&#281;&#347;&#263; grani run&#281;&#322;a i zniszczy&#322;a jedyn&#261; drog&#281;. Dost&#281;p jest teraz raczej trudny i mo&#380;liwy tylko za dnia. Projektowano kolejk&#281; linow&#261;, ale prace zosta&#322;y wstrzymane, bo ju&#380; jest decyzja przeniesienia Stacji na d&#243;&#322;, w przysz&#322;ym roku. Praktycznie Stacja jest podczas nocy odci&#281;ta od &#347;wiata. &#321;&#261;czno&#347;&#263; radiowa ustaje Dlaczego?

Proo sz&#281;?

Dlaczego pytam, ustaje &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiowa?

To by&#322; ca&#322;y Szef. Obdarzanie misj&#261;, niewinna rozmowa nagle przemieni&#322;a si&#281; w egzamin. Pirx zacz&#261;&#322; si&#281; poci&#263;.

Poniewa&#380; Ksi&#281;&#380;yc nie ma atmosfery ani strefy zjonizowanej, &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiow&#261; utrzymuje si&#281; na nim falami ultrakr&#243;tkimi w tym celu wybudowano &#322;a&#324;cuchy przeka&#378;nik&#243;w, podobnych do telewizyjnych.

Szef, oparty &#322;okciami o biurko, bawi&#322; si&#281; d&#322;ugopisem, daj&#261;c pozna&#263;, &#380;e okazuje cierpliwo&#347;&#263; i b&#281;dzie s&#322;ucha&#322; a&#380; do skutku. Pirx za&#347; rozwodzi&#322; si&#281; nad rzeczami, znanymi ka&#380;demu dziecku, poniewa&#380; zbli&#380;a&#322; si&#281;, niestety, do obszar&#243;w, w kt&#243;rych jego wiedza pozostawia&#322;a to i owo do &#380;yczenia. Takie linie przesy&#322;owe znajduj&#261; si&#281; zar&#243;wno na tej, jak i na tamtej stronie rozp&#281;dza&#322; si&#281;, bo wp&#322;ywa&#322; na znajome wody: Na tej stronie jest ich osiem. &#321;&#261;cz&#261; one Lun&#281; G&#322;&#243;wn&#261; ze stacjami Sinus Medii, Pelagus Somnii, Mare Imbrium.

To mo&#380;esz opu&#347;ci&#263; przerwa&#322; mu wielkodusznie Szef.

Jak r&#243;wnie&#380; hipotezy o powstaniu Ksi&#281;&#380;yca. S&#322;ucham

Pirx zamruga&#322;.

Zak&#322;&#243;cenia odbioru powstaj&#261;, gdy &#322;a&#324;cuch przeka&#378;nik&#243;w dostaje si&#281; w stref&#281; terminatora. Kiedy cz&#281;&#347;&#263; przeka&#378;nik&#243;w jest jeszcze w cieniu, a nad dalszymi wschodzi S&#322;o&#324;ce.

Wiem co to jest terminator. Nie musisz obja&#347;nia&#263; rzek&#322; serdecznie Szef.

Pirx zakaszla&#322;. Wysi&#261;ka&#322; nos. Nie mog&#322;o to jednak trwa&#263; w niesko&#324;czono&#347;&#263;.

Ze wzgl&#281;du na brak atmosfery korpuskularne promieniowanie S&#322;o&#324;ca bombarduje skorup&#281;, wywo&#322;uje ee zak&#322;&#243;cenia fal radiowych. Te zak&#322;&#243;cenia w&#322;a&#347;nie uniemo&#380;liwiaj&#261;

Ugrz&#261;z&#322;.

Zak&#322;&#243;cenia zak&#322;&#243;caj&#261;, ca&#322;kiem s&#322;usznie podda&#322; Szef. Ale na czym polegaj&#261;?

To jest wt&#243;rne promieniowanie wzbudzone, efekt. No No

No? &#380;yczliwie podda&#322; Szef.

Nowi&#324;skiego! wybuchn&#261;&#322; Pirx. Przypomnia&#322; sobie. Ale i tego by&#322;o Szefowi ma&#322;o.

Na czym polega ten efekt?

Tego w&#322;a&#347;nie Pirx nie wiedzia&#322;. To znaczy, kiedy&#347; wiedzia&#322;, ale zapomnia&#322;. Doni&#243;s&#322; wykute wiadomo&#347;ci do progu sali egzaminacyjnej, jak &#380;ongler piramid&#281; spi&#281;trzonych na g&#322;owie, najnieprawdopodobniejszych przedmiot&#243;w, ale teraz by&#322;o ju&#380; po egzaminie Jego rozpaczliwe majaczenie o elektronach, promieniowaniu wymuszonym i rezonansie przerwa&#322;o pe&#322;ne ubolewania potrz&#261;sanie g&#322;owy Szefa.

No, tak rzek&#322; ten bezwzgl&#281;dny cz&#322;owiek. A profesor Merinus postawi&#322; ci czw&#243;rk&#281; Czy&#380;by si&#281; pomyli&#322;?

Fotel pod Pirxem zacz&#261;&#322; przypomina&#263; co&#347; w rodzaju wulkanicznego sto&#380;ka.

Nie chcia&#322;bym sprawi&#263; mu przykro&#347;ci, wi&#281;c niech lepiej nic nie wie (Pirx odetchn&#261;&#322;) ale poprosz&#281; profesora Laaba, &#380;eby przy egzaminie dyplomowym

Urwa&#322; znacz&#261;co. Pirx zamar&#322;a Nie przez te s&#322;owa ale r&#281;ka Szefa powoli zagarnia&#322;a papiery, kt&#243;re mia&#322; otrzyma&#263; wraz ze swoj&#261; Misj&#261;.

Dlaczego nie stosuje si&#281; &#322;&#261;czno&#347;ci kablowej: zagadn&#261;&#322; Szef nie patrz&#261;c na niego.

Ze wzgl&#281;du na koszty. Kabel koncentryczny &#322;&#261;czy na razie tylko Lun&#281; G&#322;&#243;wn&#261; z Archimedesem. Ale w najbli&#380;szych pi&#281;ciu latach planuje si&#281; skablowanie sieci przeka&#378;nikowej wypali&#322; Pirx.

Szef nie rozpogodzony wr&#243;ci&#322; do tematu.

No, tak. Praktycznie Mendelejew jest odci&#281;ty od &#347;wiata przez dwie&#347;cie godzin podczas ka&#380;dej nocy. Dot&#261;d praca sz&#322;a tam normalnie. W ubieg&#322;ym miesi&#261;cu po zwyk&#322;ej przerwie w &#322;&#261;czno&#347;ci stacja nie zg&#322;osi&#322;a si&#281; na wezwanie z Cio&#322;kowskiego. Ekipa Cio&#322;kowskiego wyruszy&#322;a o &#347;wicie, zasta&#322;a g&#322;&#243;wn&#261; klap&#281; otwart&#261;, a w komorze cz&#322;owieka. By&#322; to dy&#380;ur Kanadyjczyk&#243;w. Challiersa i Savagea. W komorze le&#380;a&#322; Savage. Mia&#322; p&#281;kni&#281;t&#261; szyb&#281; he&#322;mu. Udusi&#322; si&#281;.

Challiersa znaleziono dopiero po dobie na dnie przepa&#347;ci pod Bram&#261; S&#322;oneczn&#261;. Zgin&#261;&#322; wskutek upadku. Poza tym na Stacji panowa&#322; porz&#261;dek, aparatura pracowa&#322;a, zapasy by&#322;y nietkni&#281;te, nie wykryto &#380;adnej awarii. Czyta&#322;e&#347; o tym?

Tak powiedzia&#322; Pirx. Ale w gazetach by&#322;o, &#380;e zaszed&#322; nieszcz&#281;&#347;liwy wypadek. Psychoza podw&#243;jne samob&#243;jstwo w przyst&#281;pie ob&#322;&#281;du

Bzdura rzek&#322; Szef. Zna&#322;em Savagea. Z Alp. Nie m&#243;g&#322; si&#281; zmieni&#263;. No, nic. W gazetach by&#322;y brednie. Przeczytasz sobie raport komisji mieszanej. S&#322;uchaj. Ch&#322;opcy tacy jak ty s&#261; ju&#380; zasadniczo przebadani z tak&#261; sam&#261; dok&#322;adno&#347;ci&#261; jak piloci, ale dyplom&#243;w nie maj&#261;, wi&#281;c nie mog&#261; lata&#263;. Poza tym praktyk&#281; wakacyjn&#261; tak czy inaczej musisz przej&#347;&#263;. Je&#380;eli si&#281; zgodzisz, polecisz jutro.

A kto jest drugi?

Nie wiem. Jaki&#347; astrofizyk. W ko&#324;cu potrzeba tam astrofizyk&#243;w. Obawiam si&#281;, &#380;e nie b&#281;dzie mia&#322; z ciebie pociechy, ale mo&#380;e poduczysz si&#281; troch&#281; astrografii. Czy orientujesz si&#281;, o co chodzi? Komisja dosz&#322;a do przekonania, &#380;e by&#322; to nieszcz&#281;&#347;liwy wypadek, pozosta&#322; jednak pewien cie&#324;, nazwijmy to niejasno&#347;ci&#261;. Sta&#322;o si&#281; tam co&#347; niezrozumia&#322;ego. Nie wiadomo co. Pomy&#347;leli wi&#281;c, &#380;e podczas nast&#281;pnego dy&#380;uru dobrze by&#322;oby tam mie&#263; cz&#322;owieka, jednego przynajmniej, o psychicznych kwalifikacjach pilota. Nie widzia&#322;em powodu do odmowy. Z drugiej strony, na pewno nic tam nie zajdzie szczeg&#243;lnego. Oczywi&#347;cie oczy i uszy musisz mie&#263; otwarte, ale nie masz &#380;adnej misji detektywistycznej, nikt nie liczy na to, &#380;e wykryjesz dodatkowe okoliczno&#347;ci wyja&#347;niaj&#261;ce tamten wypadek, i nie jest to twoim zadaniem. Czy jest ci niedobrze

Jak, prosz&#281;? Nie odpar&#322; Pirx.

My&#347;la&#322;em Czy przypuszczasz, &#380;e b&#281;dziesz si&#281; umia&#322; zachowa&#263; rozs&#261;dnie Bo to ci ju&#380; uderzy&#322;o, niestety, do g&#322;owy. Zastanawiam si&#281;

B&#281;d&#281; si&#281; zachowywa&#322; rozs&#261;dnie rzek&#322; Pirx najbardziej stanowczym ze swoich ton&#243;w.

W&#261;tpi&#281; rzek&#322; Szef. Posy&#322;am ci&#281; bez entuzjazmu. Gdyby nie ta pierwsza lokata

To przez k&#261;piel? nagle teraz dopiero zrozumia&#322; Pirx. Szef uda&#322;, &#380;e nie s&#322;yszy. Poda&#322; mu najpierw papiery, a potem r&#281;k&#281;.

Start masz jutro o &#243;smej rano. Rzeczy we&#378; jak najmniej. Zreszt&#261; by&#322;e&#347; tam ju&#380;, wi&#281;c wiesz. Tu jest bilet na samolot, a tu rezerwacja Transgalaktyku. Polecisz do Luny G&#322;&#243;wnej, stamt&#261;d przerzuc&#261; ci&#281; dalej M&#243;wi&#322; co&#347; jeszcze. &#379;yczy&#322; mu czego&#347;? &#379;egna&#322; go? Pirx nie wiedzia&#322;. Nie s&#322;ysza&#322; nic. Nie m&#243;g&#322; s&#322;ysze&#263;, bo by&#322; bardzo daleko, ju&#380; na tamtej stronie. W uszach mia&#322; grzmoty startowe, w oczach bia&#322;e, martwe p&#322;omienie ksi&#281;&#380;ycowych ska&#322;, a w ca&#322;ej twarzy niemal to samo os&#322;upienie, kt&#243;re o tak zagadkowy koniec przyprawi&#322;o dwu Kanadyjczyk&#243;w. Robi&#261;c zwrot w ty&#322;, wpad&#322; na wielki globus. Schody wzi&#261;&#322; w czterech susach, jakby naprawd&#281; by&#322; ju&#380; na Ksi&#281;&#380;ycu gdzie ci&#261;&#380;enie maleje sze&#347;ciokrotnie. Przed gmachem o ma&#322;o nie wpad&#322; pod auto, kt&#243;re zahamowa&#322;o z wrzaskiem opon, &#380;e a&#380; ludzie zacz&#281;li stawa&#263;, ale nawet tego nie zauwa&#380;y&#322;. Na szcz&#281;&#347;cie Szef nie widzia&#322; tych pocz&#261;tk&#243;w jego rozs&#261;dnego zachowania, bo wr&#243;ci&#322; do swoich papier&#243;w. W ci&#261;gu nast&#281;pnych dwudziestu czterech godzin zdarzy&#322;o si&#281; z Pirxem, doko&#322;a Pirxa, Pirxowi, ze wzgl&#281;du na Pirxa tyle, &#380;e chwilami t&#281;skni&#322; niemal za letni&#261;, osolon&#261; k&#261;piel&#261;, w kt&#243;rej nie dzia&#322;o si&#281; absolutnie nic.

Jak wiadomo, cz&#322;owiekowi szkodzi zar&#243;wno niedob&#243;r, jak i nadmiar wra&#380;e&#324;. Ale Pirx nie formu&#322;owa&#322; tego rodzaju wniosk&#243;w. Wszystkie bowiem starania Szefa, aby Zadanie pomniejszy&#263;, zredukowa&#263;, a nawet zlekcewa&#380;y&#263;, zda&#322;y si&#281;, co tu owija&#263; w bawe&#322;n&#281;, na nic. Pirx wchodzi&#322; do samolotu z takim wyrazem twarzy, &#380;e przystojna stewardessa odruchowo cofn&#281;&#322;a si&#281; o krok co by&#322;o zupe&#322;nym nieporozumieniem, bo w og&#243;le jej nie widzia&#322;. Szed&#322; jakby na czele &#380;elaznej kohorty, zasiad&#322; w fotelu jak Wilhelm Zdobywca, by&#322; po trosze nim. Kosmicznym Zbawc&#261; Ludzko&#347;ci. Dobrodziejem Ksi&#281;&#380;yca. Odkrywc&#261; Strasznych Tajemnic, Poskromicielem Zm&#243;r Tamtej Strony, a wszystkim dopiero w przysz&#322;o&#347;ci, in spe, co nie pogarsza&#322;o bynajmniej jego samopoczucia, wprost przeciwnie, wype&#322;nia&#322;o go &#380;yczliwo&#347;ci&#261; i pob&#322;a&#380;liwo&#347;ci&#261; wzgl&#281;dem wsp&#243;&#322;pasa&#380;er&#243;w, kt&#243;rzy w og&#243;le poj&#281;cia nie mieli, kto znajduje si&#281; wraz z nimi w brzuchu wielkiego odrzutowca ! Patrza&#322; na nich jak Einstein u schy&#322;ku &#380;ycia na igraj&#261;ce w piasku niemowl&#281;ta.

Selene, nowy pocisk Transgalaktyku, startowa&#322;a z kosmodromu nubijskiego. Z serca Afryki. Pirx by&#322; kontent. Nie s&#261;dzi&#322; wprawdzie, &#380;e gdzie&#347; w tym miejscu b&#281;dzie w przysz&#322;o&#347;ci wmurowana tablica z odpowiednim napisem nie, tak daleko w marzeniach si&#281; nie posun&#261;&#322;. Ale niewiele brakowa&#322;o. Co prawda, w czar&#281; spijanych rozkoszy j&#281;&#322;a si&#281; z wolna ws&#261;cza&#263; gorycz. W samolocie mogli o nim nie wiedzie&#263;. Ale na pok&#322;adzie rakiety? Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e b&#281;dzie siedzia&#322; na dole, w klasie turystycznej, w&#347;r&#243;d ha&#322;astry jakich&#347; Francuz&#243;w, obwieszonych aparatami fotograficznymi przekrzykuj&#261;cych si&#281; szalenie szybko w spos&#243;b ca&#322;kowicie niezrozumia&#322;y. On w t&#322;umie ha&#322;a&#347;liwych turyst&#243;w?

Nikt si&#281; nim nie zajmowa&#322;. Nikt nie odziewa&#322; go w skafander, nie pompowa&#322; w niego powietrza, nie pyta&#322;, jak si&#281; czuje; nie zawiesza&#322; mu na plecach butli chwilowo pociesza&#322; si&#281; tym, &#380;e to dla niepoznaki.

Wn&#281;trze klasy turystycznej wygl&#261;da&#322;o prawie jak kabina odrzutowca, tyle &#380;e fotele by&#322;y wi&#281;ksze, g&#322;&#281;bsze, a tabliczka, na kt&#243;rej zapala&#322;y si&#281; rozmaite informuj&#261;ce napisy, tkwi&#322;a tu&#380; przed twarz&#261;. Napisy te zakazywa&#322;y przewa&#380;nie r&#243;&#380;nych rzeczy: wstawania, poruszania si&#281;, palenia papieros&#243;w, daremnie usi&#322;owa&#322; Pirx przybieraniem bardziej fachowej postawy, zak&#322;adaniem nogi na nog&#281;, lekcewa&#380;eniem pas&#243;w bezpiecze&#324;stwa odr&#243;&#380;ni&#263; si&#281; od t&#322;umu profan&#243;w astronautyki. Ju&#380; nie urocza stewardessa, ale pomocnik pilota kaza&#322; mu si&#281; przypi&#261;&#263;, i to by&#322;a jedyna chwila, w kt&#243;rej kto&#347; z za&#322;ogi zwr&#243;ci&#322; na niego uwag&#281;. Nareszcie jeden z Francuz&#243;w, raczej przez pomy&#322;k&#281;, pocz&#281;stowa&#322; go owocow&#261; pastylk&#261;. Pirx wzi&#261;&#322; j&#261;, dokumentnie zaklei&#322; sobie lepk&#261; s&#322;odycz&#261; z&#281;by i osiad&#322;szy z rezygnacj&#261; w nadymanej g&#322;&#281;bi fotela, odda&#322; si&#281; rozmy&#347;laniom. Z wolna utwierdzi&#322; si&#281; raz jeszcze w przekonaniu o przera&#378;liwym niebezpiecze&#324;stwie swej Misji, kt&#243;rej nadci&#261;gaj&#261;c&#261; groz&#281; smakowa&#322; bez po&#347;piechu, i tak zabiera&#322; si&#281; do jej pr&#243;bowania jak na&#322;ogowy pijak, kt&#243;remu dosta&#322;a si&#281; w r&#281;k&#281; mchem poros&#322;a butelka trunku z czas&#243;w wojen napoleo&#324;skich.

Miejsce mia&#322; przy oknie. Postanowi&#322;, rozumie si&#281;, w og&#243;le je zignorowa&#263; tyle razy ju&#380; to widzia&#322;!

Nie wytrzyma&#322; jednak. Kiedy Selene wesz&#322;a na orbit&#281; oko&#322;oziemsk&#261;, z kt&#243;rej mia&#322;a dopiero ruszy&#263; ku Ksi&#281;&#380;ycowi, przylepi&#322; si&#281; do szyby. Bo te&#380; fascynuj&#261;cy by&#322; &#243;w moment, w kt&#243;rym podkre&#347;lona liniami dr&#243;g, kana&#322;&#243;w, popstrzona osadami i miastami powierzchnia Ziemi oczyszcza&#322;a si&#281; jak gdyby od wszelkich &#347;lad&#243;w ludzkiej obecno&#347;ci, a kiedy znik&#322;y ostatnie, pod statkiem le&#380;a&#322;a plamista, oblepiona k&#322;aczkami chmur wypuk&#322;o&#347;&#263; planety, i wzrok, przechodz&#261;c z czerni ocean&#243;w na kontynenty, daremnie usi&#322;owa&#322; odnale&#378;&#263; cokolwiek stworzonego przez cz&#322;owieka. Z odleg&#322;o&#347;ci kilkuset kilometr&#243;w Ziemia wygl&#261;da&#322;a pusto, przera&#378;liwie pusto, jakby &#380;ycie dopiero si&#281; na niej rodzi&#322;o, s&#322;abym nalotem zieleni znacz&#261;c jej cieplejsze obszary.

W samej rzeczy widzia&#322; to ju&#380; wiele razy. Ale przemiana zaskakiwa&#322;a go zawsze na nowo by&#322;o w niej co&#347;, z czym nie m&#243;g&#322; si&#281; pogodzi&#263;. Czy mo&#380;e pierwsze unaocznienie mikroskopijno&#347;ci cz&#322;owieka wobec pr&#243;&#380;ni? Wej&#347;cie w obr&#281;b innej skali wielko&#347;ci planetarnych? Obraz znikomo&#347;ci ludzkich tysi&#261;cletnich wysi&#322;k&#243;w? Czy na odwr&#243;t, triumf tej&#380;e znikomo&#347;ci, kt&#243;ra pokona&#322;a martw&#261;, oboj&#281;tn&#261; na wszystko pot&#281;g&#281; grawitacji tej bry&#322;y przera&#378;liwej i, pozostawiaj&#261;c za sob&#261; dziko&#347;&#263; masyw&#243;w g&#243;rskich i tarcze biegunowych lod&#243;w, wst&#261;pi&#322;a na brzegi innych cia&#322; niebieskich? Rozwa&#380;ania te czy raczej pozbawiono s&#322;&#243;w uczucia ust&#261;pi&#322;y miejsca innym, bo statek zmieni&#322; kurs, aby przez dziur&#281; stref promieniowania, rozwieraj&#261;c&#261; si&#281; nad biegunem p&#243;&#322;nocnym, wystrzeli&#263; ku gwiazdom.

Ale gwiazd nie da&#322;o si&#281; d&#322;ugo ogl&#261;da&#263;, bo zap&#322;on&#281;&#322;y &#347;wiat&#322;a. Podano obiad, podczas kt&#243;rego silniki pracowa&#322;y, aby wytworzy&#263; namiastk&#281; ci&#261;&#380;enia, po czym pasa&#380;erowie u&#322;o&#380;yli si&#281; z powrotem na fotelach, &#347;wiat&#322;a zgas&#322;y i mo&#380;na by&#322;o teraz widzie&#263; Ksi&#281;&#380;yc.

Zbli&#380;ali si&#281; ku niemu od strony po&#322;udniowej. Ledwo par&#281;set kilometr&#243;w pod biegunem zia&#322; odbitym &#347;wiat&#322;em s&#322;onecznym Tycho, bia&#322;a plama ze strzelaj&#261;cymi na wszystkie strony pasami promienistymi, kt&#243;rych zdumiewaj&#261;c&#261; regularno&#347;&#263; zadziwia&#322;a pokolenia ziemskich astronom&#243;w, aby na koniec, po rozwi&#261;zaniu ich zagadki, sta&#263; si&#281; przedmiotem studenckich kawa&#322;&#243;w. Bo czy nie wmawiano pierwszokursistom, &#380;e bia&#322;y kr&#261;&#380;ek Tychona to jest w&#322;a&#347;nie dziurka osi ksi&#281;&#380;ycowej, a jego promieniste pasma to po prostu wyrysowane grubo po&#322;udniki

Im bli&#380;ej podchodzili ku uwieszonej w czarnej pustce kuli, tym jawniejsza stawa&#322;a si&#281; prawda, &#380;e jest to zastyg&#322;y, utrwalony w st&#281;&#380;a&#322;ych masywach lawy obraz &#347;wiata sprzed miliard&#243;w lat, kiedy gor&#261;ca Ziemia w&#281;drowa&#322;a ze swoim satelit&#261; przez olbrzymie chmury meteorowe, szcz&#261;tki planetogenezy, kiedy &#380;elazny i kamienny grad wali&#322; bezustannie w cienk&#261; skorup&#281; Ksi&#281;&#380;yca, wyrzuca&#322; na powierzchni&#281; fale magmy, a kiedy przestrze&#324; po niesko&#324;czenie d&#322;ugim czasie oczy&#347;ci&#322;a si&#281; i opustosza&#322;a, bezpowietrzny glob zamar&#322; w pobojowisko tej epoki katastrof g&#243;rotw&#243;rczych. A&#380; jego masakrowana bombardowaniami, kamienna maska sta&#322;a si&#281; natchnieniem poet&#243;w i lamp; liryczn&#261; zakochanych.

Selene, nios&#261;ca na swych obu pok&#322;adach czterysta ton ludzi i &#322;adunku, odwr&#243;ci&#322;a si&#281; ruf&#261; do rosn&#261;cej tarczy i rozpocz&#281;&#322;a hamowanie, powolne i miarowe, a&#380; delikatnie wibruj&#261;c, osiad&#322;a na jednym z wielkich, zakl&#281;s&#322;ych lej&#243;w kosmodromu.

Pirx by&#322; tu ju&#380; trzy razy, z tego dwa sam, to znaczy siada&#322; w&#322;asnor&#281;cznie po&#347;rodku &#263;wiczebnego pola, oddalonego od l&#261;dowiska pasa&#380;erskiego o p&#243;&#322; kilometra. Teraz nie zobaczy&#322; go nawet, bo ogromny, ceramicznymi p&#322;ytami obszyty korpus Solone przesuni&#281;ty zosta&#322; na podstaw&#281; windy hydraulicznej i zjecha&#322; pod powierzchni&#281;, do hermetyzowanego hangaru, gdzie odby&#322;a si&#281; kontrola celna: narkotyki?, alkohol?, materia&#322;y wybuchowe, truj&#261;ce, &#380;r&#261;ce? Pirx mia&#322; niewielk&#261; ilo&#347;&#263; truj&#261;cego materia&#322;u, mianowicie p&#322;ask&#261; flaszeczk&#281; z koniakiem, kt&#243;r&#261; ofiarowa&#322; mu Matters. Ukry&#322; j&#261; w tylnej kieszeni spodni. Potem by&#322;a kontrola sanitarna &#347;wiadectwa szczepienia, sterylizacji baga&#380;u, &#380;eby nie zawlec na Ksi&#281;&#380;yc jakich&#347; zarazk&#243;w t&#281; przeszed&#322; od razu.

Za barierkami zatrzyma&#322; si&#281;, niepewny, czy go kto&#347; nie oczekuje. Sta&#322; na p&#243;&#322;pi&#281;trze. Hangar by&#322; po prostu olbrzymi&#261;, wykut&#261; w skale i wybetonowan&#261; komor&#261; o p&#243;&#322;kolistym stropie i p&#322;askim dnie. &#346;wiat&#322;a by&#322;o w br&#243;d, sztucznego s&#322;onecznego, z jarzeniowych p&#322;yt, mn&#243;stwo ludzi biega&#322;o w jedn&#261; i drug&#261; stron&#281;, na akumulatorowych w&#243;zkach jecha&#322;y baga&#380;e, butle spr&#281;&#380;onych gaz&#243;w, zasobniki, skrzynie, rury, szpule kablowe a w g&#322;&#281;bi ciemnia&#322; nieruchomy pow&#243;d ca&#322;ej tej gor&#261;czkowej krz&#261;taniny, kad&#322;ub Solone, a w&#322;a&#347;ciwie jego &#347;rodkowa cz&#281;&#347;&#263;, podobna do olbrzymiego zbiornika gazowni, bo rufa spoczywa&#322;a g&#322;&#281;boko pod betonem, w obszernej studni, a wierzcho&#322;ek opas&#322;ego cielska przechodzi&#322; przez okr&#261;g&#322;y otw&#243;r na g&#243;rn&#261;, wy&#380;sz&#261; kondygnacj&#281;.

Pirx sta&#322; tak, a&#380; przypomnia&#322; sobie, &#380;e ma w&#322;asne sprawy do za&#322;atwienia. W kapitanacie przyj&#261;&#322; go jaki&#347; urz&#281;dnik. Da&#322; mu bloczek noclegowy i powiedzia&#322;, &#380;e rakieta na tamt&#261; stron&#281; leci za jedena&#347;cie godzin. Spieszy&#322; si&#281; gdzie&#347; i w&#322;a&#347;ciwie nic wi&#281;cej mu nie powiedzia&#322;. Pirx wyszed&#322; na korytarz z wra&#380;eniem, &#380;e panuje tu ba&#322;agan. Nie wiedzia&#322; nawet dobrze, kt&#243;r&#281;dy b&#281;dzie lecie&#263;, przez Morze Smytha czy wprost do Cio&#322;kowskiego? I gdzie jest w&#322;a&#347;ciwie ten jego nieznany towarzysz ksi&#281;&#380;ycowy? A jaka&#347; komisja? Program pracy ?

My&#347;la&#322; tak, a&#380; irytacja przesz&#322;a w uczucie bardziej materialne, skupione w &#380;o&#322;&#261;dku. Poczu&#322; g&#322;&#243;d. Wybra&#322; wi&#281;c odpowiedni&#261; wind&#281;, przestudiowawszy wprz&#243;d wszystko, co by&#322;o wypisane na jej sze&#347;cioj&#281;zycznych tabliczkach, zjecha&#322; do kantyny pilot&#243;w i tam dowiedzia&#322; si&#281;, &#380;e ma je&#347;&#263; w zwyk&#322;ej restauracji, bo nie jest &#380;adnym pilotem.

To by&#322;o ukoronowaniem wszystkiego, Chcia&#322; ju&#380; jecha&#263; do tej przekl&#281;tej restauracji, gdy sobie przypomnia&#322;, &#380;e nie odebra&#322; swego plecaka. Wi&#281;c na g&#243;r&#281;, do hangaru. Baga&#380; by&#322; ju&#380; w hotelu. Machn&#261;&#322; r&#281;k&#261; i uda&#322; si&#281; na obiad. Dosta&#322; si&#281; w dwie fale turyst&#243;w : Francuzi, z kt&#243;rymi przylecia&#322;, szli je&#347;&#263;, a jacy&#347; Szwajcarzy, Holendrzy i Niemcy wr&#243;cili w&#322;a&#347;nie z wycieczki selenobusem do st&#243;p Krateru Erathostenesa. Francuzi podskakiwali, jak to zwykle robi&#261; ludzie wypr&#243;bowuj&#261;cy pierwszy raz czary ksi&#281;&#380;ycowej grawitacji, latali pod sufit w &#347;miechach i piskach kobiet i rozkoszowali si&#281; powolnym opadaniem z trzymetrowej wysoko&#347;ci; Niemcy, bardziej rzeczowi, wlewali si&#281; do wielkich sal, obwieszali oparcia krzese&#322; aparatami fotograficznymi, lornetami, statywami, omal &#380;e nie teleskopami, i ju&#380; przy zupie pokazywali sobie okruchy ska&#322; ksi&#281;&#380;ycowych, kt&#243;re sprzedawa&#322;y im na pami&#261;tk&#281; za&#322;ogi selenobus&#243;w; Pirx siedzia&#322; nad talerzem, ton&#261;c we wrzawie niemiecko francusko grecko holendersko B&#243;g wie jakiej jeszcze i w powszechnym zachwyceniu, entuzjazmie by&#322; jedynym bodaj ponurym konsumentem drugiego ju&#380; w tym dniu obiadu. Jaki&#347; Holender usi&#322;owa&#322; si&#281; nim zaj&#261;&#263;, wyrazi&#322; mianowicie przypuszczenie, &#380;e Pirx cierpi na chorob&#281; przestrzeni po locie rakiet&#261; (pan pierwszy raz na Ksi&#281;&#380;ycu, co?) i ofiarowa&#322; mu pigu&#322;ki. To by&#322;o kropl&#261;, kt&#243;ra przepe&#322;ni&#322;a czar&#281;. Pirx nie dojad&#322; drugiego dania, kupi&#322; w bufecie cztery paczki keks&#243;w i pojecha&#322; do hotelu. Ca&#322;a jego z&#322;o&#347;&#263; skupi&#322;a si&#281; na portierze, kt&#243;ry zaoferowa&#322; mu kawa&#322;ek Ksi&#281;&#380;yca, a m&#243;wi&#261;c &#347;ci&#347;lej, okruch zeszklonego bazaltu.

Odczep si&#281;, handlarzu! By&#322;em tu wcze&#347;niej od ciebie! wrzasn&#261;&#322; i trz&#281;s&#261;c si&#281; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci, odszed&#322;, pozostawiwszy za sob&#261; zdumionego tym wybuchem portiera.

W dwuosobowym pokoju siedzia&#322;, pod zapalon&#261; sufit&#243;wk&#261;, niedu&#380;y cz&#322;owiek w wyp&#322;owia&#322;ej wiatr&#243;wce, troch&#281; ry&#380;y, troch&#281; siwy, z opadaj&#261;cym na czo&#322;o kosmykiem w&#322;os&#243;w, z twarz&#261; spalon&#261; s&#322;o&#324;cem: na jego widok zdj&#261;&#322; okulary. Nazywa&#322; si&#281; Langner, doktor Langner, by&#322; astrofizykiem i mia&#322; lecie&#263; z nim do Mendelejewa. To by&#322; ten nieznany towarzysz ksi&#281;&#380;ycowy. Pirx, ju&#380; przygotowany na najgorsze, wymieni&#322; swoje nazwisko, mrukn&#261;&#322; co&#347; pod nosem i usiad&#322;. Langner mia&#322; ze czterdzie&#347;ci lat, w oczach Pirxa by&#322; dobrze zakonserwowanym staruszkiem. Nie pali&#322;, prawdopodobnie nie pi&#322; i jak gdyby nie m&#243;wi&#322;. Czyta&#322; trzy ksi&#261;&#380;ki na raz, jedna by&#322;a tablic&#261; logarytmiczn&#261;, druga zadrukowana samymi formu&#322;ami, w trzeciej by&#322;y zn&#243;w tylko fotografie widm spektralnych. W kieszeni mia&#322; malutki arytmograf, kt&#243;rym pos&#322;ugiwa&#322; si&#281; przy obliczeniach z wielk&#261; zr&#281;czno&#347;ci&#261;. Od czasu do czasu, nie podnosz&#261;c oczu znad swoich formu&#322;, zadawa&#322; Pirxowi jakie&#347; pytanie, Pirx odpowiada&#322; ustami pe&#322;nymi keks&#243;w. Pok&#243;j by&#322; klitk&#261; z dwoma pi&#281;trowymi &#322;&#243;&#380;kami, tuszem, do kt&#243;rego nie wlaz&#322;by grubas, i tabliczkami, upraszaj&#261;cymi wieloj&#281;zycznie o oszcz&#281;dzanie wody i elektryczno&#347;ci. Dobrze, &#380;e nie zakazywali g&#322;&#281;bokiego wzdychania. W ko&#324;cu przecie&#380; tlen tak&#380;e si&#281; dowozi&#322;o. Pirx popi&#322; keksy wod&#261; z kranu, przekona&#322; si&#281;, &#380;e jest zimna, a&#380; cierpn&#261; z&#281;by, widocznie zbiorniki mie&#347;ci&#322;y si&#281; blisko wierzchniej skorupy bazaltowej. By&#322;o do&#347;&#263; dziwnie. Wed&#322;ug jego zegarka dochodzi&#322;a jedenasta, wed&#322;ug elektrycznego w pokoju by&#322;a si&#243;dma wiecz&#243;r, wed&#322;ug zegarka Langnera by&#322;o dziesi&#281;&#263; minut po p&#243;&#322;nocy. Przestawili zegarki na czas Luny, z tym &#380;e by&#322;o to tylko prowizoryczne, bo Mendelejew mia&#322; inny, w&#322;asny czas. Ca&#322;a tamta strona go mia&#322;a.

Do startu rakiety zosta&#322;o dziewi&#281;&#263; godzin. Langner, nic nie m&#243;wi&#261;c, wyszed&#322;. Pirx usiad&#322; w fotelu, potem przeni&#243;s&#322; si&#281; pod sufit&#243;wk&#281;, usi&#322;owa&#322; czyta&#263; jakie&#347; stare, potargane pisma, kt&#243;re le&#380;a&#322;y na stoliku, nareszcie nie mog&#261;c usiedzie&#263;, te&#380; wyszed&#322;. Korytarz przechodzi&#322; za zakr&#281;tem w rodzaj ma&#322;ego hallu, sta&#322;o tam kilka foteli naprzeciw wbudowanego w &#347;cian&#281; telewizora. Szed&#322; program dla Luny G&#322;&#243;wnej z Australii jakie&#347; zawody lekkoatletyczne. Nic go nie obchodzi&#322;y, ale siad&#322; i patrza&#322;, a&#380; zachcia&#322;o mu si&#281; spa&#263;. Wstaj&#261;c, skoczy&#322; na p&#243;&#322; metra w g&#243;r&#281;, bo zapomnia&#322; o ma&#322;ym ci&#261;&#380;eniu. Jako&#347; zoboj&#281;tnia&#322; na wszystko. Kiedy b&#281;dzie m&#243;g&#322; zdj&#261;&#263; cywilne &#322;achy? Kto mu da skafander? Gdzie s&#261; jakie&#347; instrukcje?

I co to wszystko znaczy?

Mo&#380;e i poszed&#322;by gdzie&#347; pyta&#263;, nawet awanturowa&#263; si&#281;, ale jego towarzysz, ten ca&#322;y doktor Langner, uwa&#380;a&#322; wida&#263; sytuacj&#281; za najnormalniejsz&#261; w &#347;wiecie, wi&#281;c chyba nale&#380;y trzyma&#263; j&#281;zyk za z&#281;bami?

Program si&#281; sko&#324;czy&#322;. Pirx wy&#322;&#261;czy&#322; telewizor i wr&#243;ci&#322; do pokoju. Nie tak przedstawia&#322; sobie ten pobyt na Ksi&#281;&#380;ycu! Wytuszowa&#322; si&#281;. Przez cienk&#261; &#347;ciank&#281; s&#322;ycha&#263; by&#322;o dochodz&#261;ce z s&#261;siedniego pokoju rozmowy. Oczywi&#347;cie, znajomi z restauracji : tury&#347;ci, kt&#243;rych Ksi&#281;&#380;yc doprowadza&#322; do rozkosznej euforii. Jego jako&#347; nie. Zmieni&#322; koszul&#281; (co&#347; trzeba w ko&#324;cu robi&#263;), a kiedy po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku, wr&#243;ci&#322; Langner. Z czterema innymi ksi&#261;&#380;kami.

Pirxa przeszed&#322; dreszcz. Zaczyna&#322; si&#281; domy&#347;la&#263;, &#380;e Langner jest fanatykiem nauki, czym&#347; w rodzaju m&#322;odszego wydania profesora Merinusa. Langner roz&#322;o&#380;y&#322; na stole nowe fotogramy i ogl&#261;daj&#261;c je przez szk&#322;o powi&#281;kszaj&#261;ce z takim skupieniem, z jakim Pirx nie studiowa&#322; nawet zdj&#281;&#263; pewnej ulubionej aktorki, spyta&#322;, wiele Pirx ma lat.

Sto jedena&#347;cie rzek&#322; Pirx, a gdy tamten podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;, doda&#322;: W uk&#322;adzie dw&#243;jkowym.

Langner u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; po raz pierwszy i sta&#322; si&#281; do&#347;&#263; podobny Do cz&#322;owieka. Mia&#322; bia&#322;e, mocne z&#281;by.

Rosjanie przy&#347;l&#261; po nas rakiet&#281; powiedzia&#322;. Polecimy do nich.

Do Cio&#322;kowskiego?

Tak.

To by&#322;a stacja ju&#380; na tamtej stronie. A wi&#281;c jeszcze jedna przesiadka. Pirx zastanawia&#322; si&#281;, jak te&#380; pokonaj&#261; pozosta&#322;ych tysi&#261;c kilometr&#243;w. Chyba nie pojazdem terenowym, ale rakiet&#261;. O nic ju&#380; nie pyta&#322;. Nie chcia&#322; zdradzi&#263; si&#281; z tym, &#380;e nic nie wie. Zdaje si&#281;, &#380;e Langner co&#347; do niego m&#243;wi&#322;, ale Pirx zasn&#261;&#322;. W ubraniu. Zbudzi&#322; si&#281; nagle : Langner, pochylony nad &#322;&#243;&#380;kiem, dotkn&#261;&#322; jego ramienia.

Ju&#380; czas powiedzia&#322; tylko.

Pirx usiad&#322;. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e tamten przez ca&#322;y czas czyta&#322; i pisa&#322;; stos papier&#243;w z obliczeniami ur&#243;s&#322;. W pierwszej chwili Pirx my&#347;la&#322;, &#380;e Langner m&#243;wi o kolacji, ale chodzi&#322;o o rakiet&#281;. Pirx w&#322;adowa&#322; na siebie wypchany plecak. Langner mia&#322; jeszcze wi&#281;kszy, wy&#322;adowany jakby kamieniami, potem si&#281; okaza&#322;o, &#380;e opr&#243;cz koszul, myd&#322;a i szczoteczki do z&#281;b&#243;w s&#261; w nim same ksi&#261;&#380;ki.

Ju&#380; bez &#380;adnego c&#322;a czy kontroli przeszli na g&#243;rny poziom, gdzie czeka&#322;a na nich rakieta &#322;&#261;czno&#347;ci ksi&#281;&#380;ycowej niegdy&#347; srebrna, teraz raczej szara, p&#281;kata, na trzech ugi&#281;tych kolanowato, rozstawionych nogach dwudziestometrowej wysoko&#347;ci. Nie aerodynamiczna, bo na Ksi&#281;&#380;ycu nie ma atmosfery. Pirx tak&#261; jeszcze nie lata&#322;. Mia&#322; si&#281; do nich do&#322;&#261;czy&#263; jaki&#347; astrochemik, ale si&#281; sp&#243;&#378;ni&#322;. Wystartowali wi&#281;c punktualnie, sami.

Brak atmosfery by&#322; wielce k&#322;opotliwy: nie mo&#380;na by&#322;o u&#380;ywa&#263; &#380;adnych samolot&#243;w, helikopter&#243;w niczego pr&#243;cz rakiet. Nawet tak wygodnych w ci&#281;&#380;kim terenie &#347;lizgowc&#243;w na powietrznej poduszce, bo musia&#322;yby d&#378;wiga&#263; ca&#322;y zapas powietrza, a to by&#322;o niemo&#380;liwe. Rakieta jest szybka, ale nie wsz&#281;dzie wyl&#261;duje; rakiety nie lubi&#261; g&#243;r ani ska&#322;. Ten ich p&#281;katy tr&#243;jnogi owad zahucza&#322; narastaj&#261;cym ci&#261;giem, zagrzmia&#322; i poszed&#322; &#347;wiec&#261; w g&#243;r&#281;. Kabina by&#322;a ze dwa razy wi&#281;ksza od hotelowego pokoiku. W &#347;cianach iluminatory. w stropie okr&#261;g&#322;e okno, kabina pilota by&#322;a nie na wierzchu, ale w &#322;anie pod spodem, prawie &#380;e mi&#281;dzy wylotowymi dyszami, &#380;eby dobrze widzia&#322;, na czym l&#261;duje.

Pirx czu&#322; si&#281; jak pakunek: posy&#322;aj&#261; gdzie&#347;, nie wiadomo dobrze, dok&#261;d ani po co, nie wiadomo, co b&#281;dzie dalej Znana piosenka.

Weszli na parabol&#281;. Kabina pochyli&#322;a si&#281; sko&#347;nie, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261; d&#322;ugie nogi, Ksi&#281;&#380;yc sun&#261;&#322; pod nimi olbrzymi, wypuk&#322;y, wygl&#261;da&#322;, jakby nigdy nie st&#261;pi&#322;a na&#324; ludzka noga. Jest taka strefa w przestrzeni mi&#281;dzy Ziemi&#261; i Ksi&#281;&#380;ycem, w kt&#243;rej pozorna wielko&#347;&#263; obu cia&#322; jest jednakowa. Pirx dobrze pami&#281;ta&#322; wra&#380;enie wyniesione z pierwszego swego lotu: Ziemia b&#322;&#281;kitnawa, przymglona, z rozmytymi konturami l&#261;d&#243;w by&#322;a jakby mniej realna od Ksi&#281;&#380;yca, kt&#243;ry wisia&#322; kamienny, z ostro wyst&#281;puj&#261;c&#261; rze&#378;b&#261; skaln&#261;, a jego nieruchomy ci&#281;&#380;ar by&#322; prawie dotykalny. Lecieli nad Morzem Chmur. Krater Bullialdusa zosta&#322; ju&#380; w tyle, na po&#322;udniowym wschodzie le&#380;a&#322; Tycho w aureoli swych l&#347;ni&#261;cych promieni, kt&#243;re przechodzi&#322;y poprzez biegun, a&#380; na tamt&#261; stron&#281;: jak zwykle ze znacznej wysoko&#347;ci dominowa&#322;o wra&#380;enie, trudne do uj&#281;cia, nadrz&#281;dnej regularno&#347;ci, kt&#243;ra ukszta&#322;towa&#322;a t&#281; czasz&#281; skaln&#261;. Wype&#322;niony s&#322;onecznym &#347;wiat&#322;em Tycho by&#322; jakby &#347;rodkiem konstrukcji, bia&#322;awymi swymi ramionami obejmowa&#322; i przerzyna&#322; Mare Humorum i Mare Nubium, a jego wybieg p&#243;&#322;nocny, najwi&#281;kszy, znik&#322; gdzie&#347; a&#380; za horyzontem, w stronie Mare Serenitatis, gdy jednak, pozostawiwszy na wschodzie Cyrk Claviusa, zacz&#281;li si&#281; zni&#380;a&#263; nad biegunem i ju&#380; po tamtej stronie lecieli nad Morzem Marzenia, w miar&#281; obni&#380;ania si&#281; rakiety z&#322;udzenie &#322;adu nik&#322;o, pozornie g&#322;adka, ciemna powierzchnia morza ukazywa&#322;a swoje p&#281;kni&#281;cia i szczeliny. Na p&#243;&#322;noco-wschodzie zaja&#347;nia&#322; pi&#322;&#261; grani Verne. Wci&#261;&#380; tracili wysoko&#347;&#263; i teraz Ksi&#281;&#380;yc z bliska wyjawia&#322;, czym by&#322; naprawd&#281;: p&#322;askowy&#380;e, r&#243;wniny, cyrki krater&#243;w i g&#243;r pier&#347;ciennych jednakowo by&#322;y zryte lejami kosmicznego bombardowania, kr&#281;gi szcz&#261;tk&#243;w skalnych i lawy zachodzi&#322;y na siebie, przenika&#322;y si&#281;, jakby tych, co prowadzili &#243;w ostrza&#322; tytaniczny, wci&#261;&#380; jeszcze nie zadowala&#322;o wywo&#322;ane zniszczenie.

Nim Pirx zd&#261;&#380;y&#322; dostrzec masyw Cio&#322;kowskiego, rakieta, pchni&#281;ta kr&#243;tkim w&#322;&#261;czeniem silnik&#243;w, ustawi&#322;a si&#281; pionowo, tak &#380;e ostatni&#261; rzecz&#261;, kt&#243;r&#261; zobaczy&#322;, by&#322; ocean ciemno&#347;ci poch&#322;aniaj&#261;cej tat&#261; p&#243;&#322;kul&#281; zachodni&#261;; ju&#380; spoza linii terminatora stercza&#322;, p&#322;on&#261;c samym wierzcho&#322;kiem, szczyt &#321;obaczewskiego. Gwiazdy w g&#243;rnym oknie stan&#281;&#322;y nieruchomo. Zje&#380;d&#380;ali na d&#243;&#322;, jak w windzie; a &#380;e nurkowali przez w&#322;asny, skupiaj&#261;cy si&#281; u rufy p&#322;omie&#324; silnik&#243;w, gazy wrzeszcza&#322;y na wypuk&#322;o&#347;ciach zewn&#281;trznego pancerza przypomina&#322;o to nieco wchodzenie w atmosfer&#281;.

Fotele roz&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; same, przez g&#243;rny iluminator Pirx widzia&#322; wci&#261;&#380; te same gwiazdy, lecieli kul&#261; w d&#243;&#322;, ale czu&#322; mi&#281;kki, nieust&#281;pliwy op&#243;r, jaki temu upadkowi stawia&#322;y grzmi&#261;ce w odwrotnym kierunku dysze. Nagle gruchn&#281;&#322;y pe&#322;n&#261; moc&#261;. Aha, stajemy na ogniu! pomy&#347;la&#322; Pirx, aby nie zapomnie&#263;, &#380;e jest wszak prawdziwym astronaut&#261;, cho&#263; jeszcze bez dyplomu uderzenie, co&#347; zaklekota&#322;o, trzasn&#281;&#322;o, jakby wielki m&#322;ot wali&#322; w kamienie, kabina mi&#281;kko zjecha&#322;a w d&#243;&#322;, wr&#243;ci&#322;a do g&#243;ry, w d&#243;&#322; w g&#243;r&#281;, i tak chodzi&#322;a dobr&#261; chwil&#281; na bulgoc&#261;cych w&#347;ciekle amortyzatorach, kiedy trzy dwudziestometrowe, kurczowo rozstawione nogi na dobre ju&#380; wpi&#322;y si&#281; w skalne rumowisko.

Te wahania wygasi&#322; wreszcie pilot, dodaj&#261;c troch&#281; ci&#347;nienia do przewod&#243;w olejowych, zasycza&#322;o i kabina zawis&#322;a nieruchomo.

Pilot wylaz&#322; do nich przez klap&#281; w &#347;rodku pod&#322;ogi, otworzy&#322; &#347;cienn&#261; szaf&#281;, w kt&#243;rej, na koniec, ukaza&#322;y si&#281; skafandry. W Pirxa wst&#261;pi&#322;o co&#347; w rodzaju animuszu, nie na d&#322;ugo jednak. By&#322;y cztery skafandry, jeden pilota, poza tym ma&#322;y, &#347;redni i du&#380;y. Pilot wlaz&#322; w sw&#243;j skafander w minut&#281;, tylko he&#322;mu nie za&#322;o&#380;y&#322; i czeka&#322; na nich. Langner te&#380; upora&#322; si&#281; szybko. A Pirx, czerwony, spocony i w&#347;ciek&#322;y, nie wiedzia&#322;, co robi&#263;. &#346;redni skafander by&#322; na&#324; za ma&#322;y, a du&#380;y za wielki. W &#347;rednim opiera&#322; si&#281; solidnie g&#322;ow&#261; o wierzch he&#322;mu. W du&#380;ym lata&#322; jak kokosowe ziarenko w wysch&#322;ej skorupie. Owszem, udzielano mu &#380;yczliwych rad. Pilot zauwa&#380;y&#322;, &#380;e du&#380;y skafander jest zawsze lepszy od ciasnego, i zaproponowa&#322; mu, &#380;eby wypcha&#322; puste miejsce bielizn&#261; z plecaka. Ewentualnie got&#243;w by&#322; mu nawet po&#380;yczy&#263; koc. Dla Pirxa jednak sama my&#347;l o takim napychaniu skafandra mia&#322;a w sobie co&#347; blu&#378;nierczego, przed czym ca&#322;a jego astronautyczna dusza stan&#281;&#322;a d&#281;ba. Owija&#263; si&#281; jakimi&#347; szmatami?

W&#322;o&#380;y&#322; mniejszy skafander. Pilot ani Langner nic ju&#380; nie m&#243;wili, ten pierwszy otworzy&#322; klap&#281; &#347;luzy wyj&#347;ciowej, weszli we trzech, pilot zakr&#281;ci&#322; &#347;rubowym ko&#322;em i z kolei odemkn&#261;&#322; klap&#281; zewn&#281;trzn&#261;.

Gdyby nie Langner. Pirx od razu wyskoczy&#322;by i by&#263; mo&#380;e uda&#322;oby mu si&#281; ju&#380; w pierwszym st&#261;pni&#281;ciu skr&#281;ci&#263; nog&#281;, poniewa&#380; od powierzchni dzieli&#322;o ich dwadzie&#347;cia metr&#243;w a cho&#263; ci&#261;&#380;enie ma&#322;e, skok, bior&#261;c pod uwag&#281; ci&#281;&#380;ar skafandra, jak gdyby z wysoko&#347;ci pi&#281;tra na stosy g&#322;az&#243;w, w najwy&#380;szym stopniu chwiejnych.

Pilot opu&#347;ci&#322; sk&#322;adan&#261; drabink&#281; i zeszli po niej na Ksi&#281;&#380;yc. I tu nikt nie oczekiwa&#322; ich z kwiatami ani bramami triumfalnymi. Nie by&#322;o &#380;ywej duszy. Pancerna kopu&#322;a stacji Cio&#322;kowskiego wznosi&#322;a si&#281;, o&#347;wietlona sko&#347;nymi promieniami strasznego ksi&#281;&#380;ycowego s&#322;o&#324;ca, w odleg&#322;o&#347;ci niespe&#322;na kilometra. Ponad ni&#261; widnia&#322;o wykute w skale ma&#322;e l&#261;dowisko, ale by&#322;o zaj&#281;te: sta&#322;y tam obok siebie w dwu rz&#281;dach rakiety, du&#380;o wi&#281;ksze od tej, kt&#243;r&#261; przylecieli : transportowe.

Ich rakieta, osiad&#322;szy troch&#281; w jedn&#261; stron&#281;, spoczywa&#322;a w swym potr&#243;jnym rozkroku; g&#322;azy bezpo&#347;rednio pod lejami dysz pociemnia&#322;y, osmalone odrzutowym ogniem. Teren by&#322; ku zachodowi prawie p&#322;aski, je&#347;li p&#322;askim mo&#380;na by&#322;o nazwa&#263; to niesko&#324;czone gruzowisko, z kt&#243;rego tu i &#243;wdzie stercza&#322;y z&#322;omy wielko&#347;ci kamienic. Ku wschodowi wybrzusza&#322; si&#281; zrazu &#322;agodnie, aby przej&#347;&#263; szeregiem pionowych prawie uskok&#243;w w g&#322;&#243;wny masyw Cio&#322;kowskiego; ta pozornie bliska &#347;ciana le&#380;a&#322;a w cieniu i czarna by&#322;a jak w&#281;giel. Jakie&#347; dziesi&#281;&#263; stopni nad grzbietem Cio&#322;kowskiego p&#322;on&#281;&#322;o s&#322;o&#324;ce nie mo&#380;na by&#322;o patrze&#263; w t&#281; stron&#281;, tak o&#347;lepia&#322;o. Pirx spu&#347;ci&#322; od razu przes&#322;on&#281; na szybk&#281; he&#322;mu, ale niewiele to pomog&#322;o. Tyle, &#380;e nie musia&#322; ju&#380; mru&#380;y&#263; oczu. St&#261;paj&#261;c ostro&#380;nie po ruchomych g&#322;azach, ruszyli ku Stacji.

Rakiet&#281; stracili zaraz z oczu, bo trzeba by&#322;o przej&#347;&#263; p&#322;ytk&#261; kotlin&#281;. Stacja dominowa&#322;a nad ni&#261; i nad ca&#322;&#261; okolic&#261;, w trzech czwartych wpuszczona w lity mur skalny. Wygl&#261;da&#322;a jak pami&#281;taj&#261;ca mezozoik, rozwalona wybuchem, skalna forteca. Podobie&#324;stwo ostro &#347;ci&#281;tych naro&#380;y do baszt ochronnych by&#322;o uderzaj&#261;ce, ale tylko z daleka im byli bli&#380;ej, tym wyra&#378;niej baszty traci&#322;y foremno&#347;&#263;, rozchodzi&#322;y si&#281;, a zbiegaj&#261;ce po nich czarne pasy okazywa&#322;y si&#281; g&#322;&#281;bokimi p&#281;kni&#281;ciami; jak na Ksi&#281;&#380;yc teren by&#322; jednak stosunkowo r&#243;wny i sz&#322;o si&#281; po nim szybko. Ka&#380;de st&#261;pni&#281;cie wzbija&#322;o chmurk&#281; kurzu, tego os&#322;awionego kurzu ksi&#281;&#380;ycowego, kt&#243;ry wznosi&#322; si&#281; wy&#380;ej pasa, otacza&#322; ich mleczn&#261;, najbielsz&#261; chmur&#261; i nie chcia&#322; opada&#263;. Dlatego nie szli g&#281;siego, lecz obok siebie i kiedy ju&#380; pod sam&#261; Stacj&#261; Pirx odwr&#243;ci&#322; si&#281;, zobaczy&#322; ca&#322;&#261; przebyt&#261; drog&#281; znaczy&#322;y j&#261; trzy ob&#322;e, nieregularne w&#281;&#380;e czy warkocze tego py&#322;u, ja&#347;niejszego od wszystkich ziemskich.

Pirx wiedzia&#322; o nim sporo po&#380;ytecznych rzeczy. &#379;e pierwsi zdobywcy zdumieni byli tym zjawiskiem : py&#322;u oczekiwano, ale najdrobniejszy nawet powinien by&#322; natychmiast opada&#263; w pr&#243;&#380;ni bezpowietrznej. Ksi&#281;&#380;ycowy jako&#347; nie chcia&#322;. I co ciekawsze, tylko za dnia. Pod s&#322;o&#324;cem. Bo, jak si&#281; okaza&#322;o, zjawiska elektryczne przebiegaj&#261; na Ksi&#281;&#380;ycu inaczej ni&#380; na Ziemi. Na Ziemi s&#261; wy&#322;adowania atmosferyczne, b&#322;yskawice, pioruny, ogniki &#347;wi&#281;tego Elma. Na Ksi&#281;&#380;ycu oczywi&#347;cie nie ma ich. Ale bombardowane cz&#261;steczkowym promieniowaniem ska&#322;y &#322;aduj&#261; si&#281; takim samym &#322;adunkiem, jak pokrywaj&#261;cy je kurz. Wi&#281;c, &#380;e jednakowe &#322;adunki si&#281; odpychaj&#261;, kurz, raz wzbity, utrzymuje si&#281; dzi&#281;ki odpychaniu elektrostatycznemu czasem i godzin&#281;. Kiedy na S&#322;o&#324;cu jest wi&#281;cej plam, Ksi&#281;&#380;yc kurzy si&#281; bardziej. Podczas minimum mniej. I zjawisko to znika dopiero w kilka godzin po zapadni&#281;ciu nocy tej przera&#378;liwej nocy, kt&#243;rej sprosta&#263; mog&#261; tylko specjalne, dwu&#347;cienne, na podobie&#324;stwo termos&#243;w budowane, skafandry, ci&#281;&#380;kie, nawet tutaj, jak wszyscy diabli.

Uczone te rozmy&#347;lania przerwa&#322;o przybycie do g&#322;&#243;wnego wej&#347;cia Stacji. Przyj&#281;to ich go&#347;cinnie. Naukowy kierownik Stacji, profesor Ganszyn, zaskoczy&#322; troch&#281; Pirxa, kt&#243;ry pewn&#261; przeciwwag&#281; swej puco&#322;owato&#347;ci widzia&#322; we wzro&#347;cie. Ganszyn patrza&#322; jednak na niego z g&#243;ry nie w przeno&#347;ni. Dos&#322;ownie. A jego kolega, fizyk, doktor Pnin, by&#322; jeszcze wy&#380;szy. W pewnym sensie jego wysoko&#347;&#263;, w po&#322;&#261;czeniu z og&#243;lnymi rozmiarami, kaza&#322;a my&#347;le&#263; raczej o oddaleniu w pionie. Mia&#322; chyba dwa metry. By&#322;o tam jeszcze trzech innych Rosjan, a mo&#380;e i wi&#281;cej, ale nie pokazywali si&#281; zapewne mieli s&#322;u&#380;b&#281;. Na wierzchu mie&#347;ci&#322;o si&#281; obserwatorium astronomiczne, stacja radiowa, sko&#347;nie wybitym w skale i wycementowanym tunelem sz&#322;o si&#281; do osobnej kopu&#322;ki, nad kt&#243;r&#261; wirowa&#322;y wielkie kraty radar&#243;w, a przez iluminatory mo&#380;na by&#322;o dostrzec ustawiony na samej grani Cio&#322;kowskiego rodzaj o&#347;lepiaj&#261;co srebrnej, regularnej paj&#281;czyny by&#322; to g&#322;&#243;wny radioteleskop, najwi&#281;kszy na Ksi&#281;&#380;ycu. Dosta&#263; si&#281; tam mo&#380;na by&#322;o w p&#243;&#322; godziny, kolejk&#261; linow&#261;.

Potem wyja&#347;ni&#322;o si&#281;, &#380;e Stacja jest jeszcze o wiele wi&#281;ksza, ani&#380;eli na to wygl&#261;da&#322;a. W podziemiach by&#322;y olbrzymie zbiorniki wody, powietrza, &#380;ywno&#347;ci ; w niewidocznym z kotliny wbudowanym w p&#281;kni&#281;cie ska&#322; skrzydle znajdowa&#322;y si&#281; przetwornice energii promienistej S&#322;o&#324;ca na elektryczn&#261;. I by&#322;a tam te&#380; rzecz zupe&#322;nie wspania&#322;a: olbrzymie solarium hydroponiczne, pod kopu&#322;&#261; ze zbrojnego stal&#261; kwarcu; opr&#243;cz sporej ilo&#347;ci kwiat&#243;w i wielkich zbiornik&#243;w z jakimi&#347; galonami dostarczaj&#261;cymi witamin i bia&#322;ka, r&#243;s&#322;, w samym &#347;rodku, bananowiec. Pirx i Langner zjedli po bananie, wyhodowanym na Ksi&#281;&#380;ycu. &#346;miej&#261;c si&#281;, doktor Pnin wyjawi&#322; im, &#380;e banany nie nale&#380;&#261; do codziennej strawy za&#322;ogi : s&#261; raczej dla go&#347;ci.

Langner, kt&#243;ry zna&#322; si&#281; troch&#281; na ksi&#281;&#380;ycowym budownictwie, zacz&#261;&#322; wypytywa&#263; o szczeg&#243;&#322;y konstrukcji kwarcowej kopu&#322;y, bo zadziwi&#322;a go bardziej od banan&#243;w; w samej rzeczy budowla by&#322;a oryginalna. Poniewa&#380; na zewn&#261;trz otwiera&#322;a si&#281; pr&#243;&#380;nia, kopu&#322;a musia&#322;a wytrzyma&#263; sta&#322;e ci&#347;nienie dziewi&#281;ciu ton na metr kwadratowy, co przy jej rozmiarach sumowa&#322;o si&#281; w imponuj&#261;c&#261; liczb&#281; dw&#243;ch tysi&#281;cy o&#347;miuset ton. Z tak&#261; si&#322;&#261; zawarte w solarium powietrze usi&#322;owa&#322;o wysadzi&#263; kwarcow&#261; bani&#281; we wszystkich kierunkach. Zmuszeni do rezygnacji z &#380;elbet&#243;w, konstruktorzy wtopili w kwarc szereg zespawanych &#380;eber, kt&#243;re ca&#322;&#261; moc parcia bez ma&#322;a trzech milion&#243;w kilogram&#243;w przekazywa&#322;y na irydow&#261; tarcz&#281; u szczytu: stamt&#261;d rozchodzi&#322;y si&#281;, ju&#380; na zewn&#261;trz, pot&#281;&#380;ne stalowe liny, zakotwiczone g&#322;&#281;boko w okolicznym bazalcie. By&#322; to wi&#281;c jedyny w swoim rodzaju kwarcowy balon na uwi&#281;zi.

Z solarium poszli prosto do sali jadalnej na obiad. Bo na Cio&#322;kowskim przypada&#322;a w&#322;a&#347;nie pora obiadowa. By&#322; to ju&#380; trzeci z kolei obiad Pirxa: po drugim na Lunie i pierwszym w rakiecie. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e na Ksi&#281;&#380;ycu je si&#281; tylko obiady.

Jadalnia, zarazem pomieszczenie wsp&#243;lne, by&#322;a niezbyt wielka; &#347;ciany pokrywa&#322;o drewno nie boazeria, ale sosnowe belki. Nawet &#380;ywic&#261; pachnia&#322;o. Taka nadzwyczajna ziemsko&#347;&#263; by&#322;a, po o&#347;lepiaj&#261;cych krajobrazach ksi&#281;&#380;ycowych, szczeg&#243;lnie mi&#322;a. Ale profesor Ganszyn zdradzi&#322; im, &#380;e to tylko cienka, wierzchnia warstwa pow&#322;oki &#347;ciennej jest drewniana &#380;eby si&#281; mniej za domem t&#281;skni&#322;o. Ani podczas obiadu, ani p&#243;&#378;niej nie m&#243;wi&#322;o si&#281; o Mendelejewie, o wypadku, o nieszcz&#281;&#347;liwych Kanadyjczykach, ani o odlocie, zupe&#322;nie jakby przyjechali w go&#347;cin&#281; i mieli tu siedzie&#263; nie wiadomo jak d&#322;ugo, Rosjanie zachowywali si&#281;, jakby opr&#243;cz Pirxa i Langnera w og&#243;le nic nie mieli na g&#322;owie pytali, co s&#322;ycha&#263; na Ziemi, jak tam na Lunie G&#322;&#243;wnej ; w przyp&#322;ywie szczero&#347;ci Pirx wyzna&#322; sw&#261; &#380;ywio&#322;ow&#261; niech&#281;&#263; dla turyst&#243;w i ich manier; wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e znalaz&#322; przychylnych s&#322;uchaczy.

Dopiero po jakim&#347; czasie mo&#380;na by&#322;o zauwa&#380;y&#263;, &#380;e to ten, to inny z gospodarzy wychodzi, &#380;eby niebawem wr&#243;ci&#263;. P&#243;&#378;niej wyja&#347;ni&#322;o si&#281;, &#380;e chodzili do obserwatorium, bo na S&#322;o&#324;cu powsta&#322;a bardzo pi&#281;kna protuberancja. Kiedy to s&#322;owo pad&#322;o, wszystko inne przesta&#322;o dla Langnera istnie&#263;. W&#322;a&#347;ciwe naukowcom, im samym nie&#347;wiadome, zapami&#281;tanie ogarn&#281;&#322;o ca&#322;y st&#243;&#322;. Przyniesiono fotografie, potem wy&#347;wietlano film nakr&#281;cony przez koronograf protuberancja by&#322;a rzeczywi&#347;cie wyj&#261;tkowa, mia&#322;a trzy czwarte miliona kilometr&#243;w d&#322;ugo&#347;ci i wygl&#261;da&#322;a jak przedpotopowy stw&#243;r z p&#322;omienist&#261; paszcz&#281;k&#261;. Ale nie o to zoologiczne podobie&#324;stwo chodzi&#322;o, Ganszyn. Pnim trzeci astronom i Langner po zapaleniu &#347;wiat&#322;a zacz&#281;li rozmawia&#263; z b&#322;yszcz&#261;cymi oczami, g&#322;usi na wszystko kto&#347; wspomnia&#322; o przerwanym obiedzie wr&#243;cili do jadalni, lecz i tu, odsun&#261;wszy talerze, wszyscy zabrali si&#281; do rachowania na papierowych serwetkach, a&#380; doktor Pnin zlitowa&#322; si&#281; nad siedz&#261;cym niby na kazaniu tureckim Pirxem i zaprosi&#322; go do swego pokoju, malutkiego, ale wyposa&#380;onego w godn&#261; podziwu rzecz : du&#380;e okno, z kt&#243;rego otwiera&#322; si&#281; widok na wschodni szczyt Cio&#322;kowskiego. S&#322;o&#324;ce, niskie, ziej&#261;ce jak piekielne wrota, rzuca&#322;o w chaos skalnych spi&#281;trze&#324; drugi chaos, cieni&#243;w, poch&#322;aniaj&#261;cych czerni&#261; kszta&#322;ty, jakby si&#281; za ka&#380;d&#261; kraw&#281;dzi&#261; o&#347;wietlonego g&#322;azu otwiera&#322;a diabelska studnia, wiod&#261;ca do samego &#347;rodka Ksi&#281;&#380;yca. Jakby tam nico&#347;&#263; rozpuszcza&#322;a turnie, sko&#347;ne wie&#380;e, ig&#322;y, obeliski, kt&#243;re wyskakiwa&#322;y dalej z atramentowych mrok&#243;w niby jaki&#347; ogie&#324; skamienia&#322;y, wstrzymany w locie, &#380;e oko traci&#322;o si&#281; w&#347;r&#243;d niemo&#380;liwych do scalenia form, znajduj&#261;c w&#261;tpliw&#261; ulg&#281; tylko w okr&#261;g&#322;ych jamach czerni, niby oczodo&#322;ach wy&#322;upionych to by&#322;y, wype&#322;nione po brzegi cieniem, oka ma&#322;ych krater&#243;w, szczeg&#243;lnie dobitne w tym sko&#347;nym, ponad rzeczywisto&#347;&#263; uplastyczniaj&#261;cym pustyni&#281; &#347;wietle.

By&#322; to widok jedyny w swoim rodzaju. Pirx bywa&#322; ju&#380; na Ksi&#281;&#380;ycu (co powt&#243;rzy&#322; ze sze&#347;&#263; razy podczas rozmowy), ale nigdy o tej porze, dziewi&#281;&#263; godzin przed zachodem. Siedzieli z Pninem d&#322;ugo. Pnin m&#243;wi&#322; mu kolego, a on nie wiedzia&#322;, jak odpowiada&#263;, lawirowa&#322; wi&#281;c w gramatyce jak si&#281; da&#322;o. Rosjanin mia&#322; fantastyczn&#261; kolekcj&#281; zdj&#281;&#263;, robionych w czasie wspinaczek on, Ganszyn i trzeci ich towarzysz, znajduj&#261;cy si&#281; chwilowo na Ziemi, zajmowali si&#281; w wolnych chwilach alpinistyk&#261;.

Byli tacy, co pr&#243;bowali wprowadzi&#263; w obieg lunistyka, ale si&#281; nie przyj&#261;&#322;, tym bardziej &#380;e istniej&#261; przecie&#380; Alpy ksi&#281;&#380;ycowe.

Pirx, kt&#243;ry jeszcze przed wst&#261;pieniem do Instytutu chodzi&#322; na wspinaczki, odkrywszy w Pninie bratni&#261; dusz&#281;, zacz&#261;&#322; go wypytywa&#263; o r&#243;&#380;nice mi&#281;dzy technik&#261; ziemsk&#261; a ksi&#281;&#380;ycow&#261;.

Musicie pami&#281;ta&#263; o jednym, kolego powiedzia&#322; Pnin tylko o jednym. R&#243;bcie wszystko jak w domu, dop&#243;ki si&#281; uda. Lodu tutaj nie ma, chyba w bardzo g&#322;&#281;bokich szczelinach, a i to nies&#322;ychanie rzadko, &#347;nieg&#243;w, rozumie si&#281;, te&#380; &#380;adnych, wi&#281;c niby jest bardzo &#322;atwo, tym bardziej &#380;e mo&#380;na spa&#347;&#263; z trzydziestu metr&#243;w i nic si&#281; cz&#322;owiekowi nie stanie ale o tym nawet my&#347;le&#263; nie wolno.

Pirx bardzo si&#281; zdziwi&#322;. Dlaczego?

Bo tu nie ma powietrza wyja&#347;ni&#322; astrofizyk. I &#380;eby&#347;cie nie wiedzie&#263; jak d&#322;ugo chodzili, nie nauczycie si&#281; ocenia&#263; prawid&#322;owo odleg&#322;o&#347;ci. Tu nawet dalmierz niewiele pomaga, a kt&#243;&#380; chodzi z dalmierzem? Wejdziecie na szczyt, zajrzycie w przepa&#347;&#263; i wydaje si&#281; wam, &#380;e ma pi&#281;&#263;dziesi&#261;t metr&#243;w. Mo&#380;e ma pi&#281;&#263;dziesi&#261;t, mo&#380;e trzysta, a mo&#380;e pi&#281;&#263;set. Zdarza&#322;o mi si&#281; Zreszt&#261;, wiecie, jak to jest. Jak cz&#322;owiek raz sobie powie, &#380;e mo&#380;e odpa&#347;&#263;, to pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej poleci. Na Ziemi g&#322;owa si&#281; rozbije i zagoi, a tutaj jedno dobre stukni&#281;cie w he&#322;m, szybka p&#281;knie, i po wszystkim. Tak &#380;e zachowujcie si&#281; jak w ziemskich g&#243;rach. Na co by&#347;cie sobie pozwolili tam, mo&#380;ecie sobie pozwoli&#263; tutaj. Z wyj&#261;tkiem skakania przez szczeliny. Cho&#263;by si&#281; wam zdawa&#322;o, &#380;e jest ledwo dziesi&#281;&#263; metr&#243;w, to jakby na Ziemi p&#243;&#322;tora, poszukajcie kamienia i przerzu&#263;cie na drug&#261; stron&#281;. Obserwujcie jego lot, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c jednak radzi&#322;bym, tak od serca, w og&#243;le nie skaka&#263;. No, bo jak sobie cz&#322;owiek par&#281; razy skoczy na dwadzie&#347;cia metr&#243;w, to mu ju&#380; i przepa&#347;ci nie straszne, i g&#243;ry po kolana a wtedy naj&#322;atwiej o wypadek. Pogotowia g&#243;rskiego tu nie ma wi&#281;c sami rozumiecie.

Pirx spyta&#322; o Mendelejewa. Czemu stacja jest pod grani&#261;, a nie na dole? I czy droga trudna? Podobno wspinaczka? Prawdziwej wspinaczki nie ma, tylko troch&#281; ekspozycji, a to dlatego, &#380;e posz&#322;a lawina kamienna. Spod Bramy S&#322;onecznej. Znios&#322;a drog&#281; Co do lokalizacji, niezr&#281;cznie mi o tym m&#243;wi&#263;. Teraz zw&#322;aszcza, po tym nieszcz&#281;&#347;ciu. Ale musieli&#347;cie przecie&#380; czyta&#263; o tym, kolego?

Pirx, okropnie zmieszany, wyst&#281;ka&#322;, &#380;e mia&#322; wtedy sesj&#281; egzaminacyjn&#261; Pnin u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, ale zaraz spowa&#380;nia&#322;. No c&#243;&#380;. Ksi&#281;&#380;yc jest umi&#281;dzynarodowiony, ale ka&#380;de pa&#324;stwo ma swoj&#261; stref&#281; bada&#324; naukowych a my mamy t&#281; p&#243;&#322;kul&#281;. Kiedy si&#281; okaza&#322;o, &#380;e pasy van Allena zak&#322;&#243;caj&#261; bieg promieni kosmicznych na p&#243;&#322;kuli skierowanej ku Ziemi, Anglicy zwr&#243;cili si&#281; do nas, &#380;eby&#347;my im dali wybudowa&#263; stacj&#281; na naszej stronie. Zgodzili&#347;my si&#281;. W&#322;a&#347;nie brali&#347;my si&#281; ju&#380; sami do roboty, w Mendelejewie, wi&#281;c zaproponowali&#347;my im, &#380;eby przej&#281;li go po nas, z tym &#380;e odst&#261;pimy im wszystkie zwiezione przez nas materia&#322;y budowlane, a rozlicza&#263; si&#281; b&#281;dziemy potem. Anglicy najpierw zaakceptowali, a potem odst&#261;pili Mendelejewa Kanadyjczykom, jako nale&#380;&#261;cym do Wsp&#243;lnoty Brytyjskiej. Nam to nie robi&#322;o naturalnie r&#243;&#380;nicy. Poniewa&#380; przeprowadzali&#347;my ju&#380; wcze&#347;niej wst&#281;pne rozpoznanie terenu, jeden z naszych, profesor Animcew, wszed&#322; w sk&#322;ad projektuj&#261;cej grupy kanadyjskiej, z g&#322;osem doradcy, dobrze zorientowanego w lokalnych warunkach. Naraz dowiadujemy si&#281;, &#380;e Anglicy jednak bior&#261; w tej historii udzia&#322;. Przys&#322;ali Shannera, kt&#243;ry o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e na dnie krateru mog&#261; powstawa&#263; wt&#243;rne p&#281;ki promieniowania i b&#281;d&#261; zak&#322;&#243;ca&#263; uzyskiwane rezultaty. Wasi specjali&#347;ci uwa&#380;ali, &#380;e to niemo&#380;liwe, ale w ko&#324;cu Anglicy decydowali : to mia&#322;a by&#263; ich stacja. Postanowili przenie&#347;&#263; j&#261; pod gra&#324;. Koszty oczywi&#347;cie wzros&#322;y przera&#380;aj&#261;co. A ca&#322;&#261; nadwy&#380;k&#281; finansowali Kanadyjczycy. No, ale mniejsza o to. Nie zagl&#261;damy do cudzych kieszeni. Zlokalizowano stacj&#281;, zabrano si&#281; do wytyczania drogi. Animcew daje nam zna&#263;: Brytyjczycy chcieli najpierw przekroczy&#263; dwie przepa&#347;cie na szlaku projektowanej drogi &#380;elbetowymi mostami, ale Kanadyjczycy nie godz&#261; si&#281;, bo kosztorys wzrasta przez to niemal dwukrotnie. Wi&#281;c chc&#261; wgry&#378;&#263; si&#281; w wewn&#281;trzny stok Mendelejewa, przebi&#263; dwa skalne &#380;ebra kierunkowymi wybuchami. Odradzamy im to mo&#380;e naruszy&#263; r&#243;wnowag&#281; krystalicznego trzonu bazaltowego. Ale nie s&#322;uchaj&#261;. Co robi&#263;?

C&#243;&#380; mogli&#347;my zrobi&#263;? Przecie&#380; to nie dzieci. Mamy wi&#281;cej do&#347;wiadczenia selenologicznego, ale skoro nie chc&#261; s&#322;ucha&#263; rad, nie b&#281;dziemy si&#281; im narzucali. Animcew z&#322;o&#380;y&#322; votum separatum i na tym si&#281; sko&#324;czy&#322;o. Zacz&#281;li odstrzeliwa&#263; ska&#322;&#281;. Pierwszy nonsens lokalizacji, poci&#261;gn&#261;&#322; za sob&#261; drugi, a skutki, niestety, nie da&#322;y na siebie d&#322;ugo czeka&#263;. Anglicy zbudowali trzy mury przeciwlawinowe, uruchomili Stacj&#281;, posz&#322;y transportery na g&#261;sienic&#243;wkach prosz&#281; bardzo, uda&#322;o si&#281;. Stacja pracowa&#322;a ju&#380; trzy miesi&#261;ce, kiedy u podn&#243;&#380;a przewieszki pod Bram&#261; S&#322;oneczn&#261;, t&#261; wielk&#261; szczerb&#261; zachodni&#261; grani pokaza&#322;y si&#281; szczeliny

Pnin wsta&#322;, wyj&#261;&#322; z szuflady kilka du&#380;ych fotografii i pokaza&#322; je Pirxowi.

O, w tym miejscu. To jest, a w&#322;a&#347;ciwie by&#322;a p&#243;&#322;torakilometrowa p&#322;yta, miejscami przewieszona. Droga sz&#322;a mniej wi&#281;cej w jednej trzeciej wysoko&#347;ci, jak ta czerwona linia. Kanadyjczycy wszcz&#281;li alarm. Animcew (wci&#261;&#380; tam siedzia&#322; i perswadowa&#322;) t&#322;umaczy im: r&#243;&#380;nica temperatur dnia i nocy wynosi trzysta stopni. P&#281;kni&#281;cia b&#281;d&#261; si&#281; powi&#281;ksza&#322;y, na to nie ma rady. Przecie&#380; nie podeprze si&#281; niczym p&#243;&#322;torakilometrowej &#347;ciany ! Drog&#281; trzeba natychmiast zamkn&#261;&#263;, a &#380;e Stacja ju&#380; stoi, zbudowa&#263; kolejk&#281; linow&#261;. Oni za&#347; &#347;ci&#261;gaj&#261;, jednego po drugim, ekspert&#243;w z Anglii, z Kanady i odbywa si&#281; po prostu komedia eksperci, kt&#243;rzy m&#243;wi&#261; to samo, co nasz Animcew, natychmiast wracaj&#261; do domu. Zostaj&#261; tylko ci, kt&#243;rzy widz&#261; jak&#261;&#347; rad&#281; na szczeliny. Zaczynaj&#261; cementowa&#263;. G&#322;&#281;bokie zastrzyki, przypory, cementuj&#261; i cementuj&#261; bez ko&#324;ca, bo co zacementuj&#261; za dnia, p&#281;ka po nast&#281;pnej nocy. &#379;lebem schodz&#261; ju&#380; ma&#322;e lawinki, ale zatrzymuj&#261; si&#281; na murach. Buduj&#261; system klin&#243;w rozbijaj&#261;cych wi&#281;ksze lawiny. Animcew t&#322;umaczy, &#380;e nie chodzi o lawiny: ca&#322;a p&#322;yta mo&#380;e run&#261;&#263;! Nie mog&#322;em wprost na niego patrze&#263;, kiedy do nas przyje&#380;d&#380;a&#322;, ten cz&#322;owiek ze sk&#243;ry wychodzi&#322;: widzia&#322; nadchodz&#261;ce nieszcz&#281;&#347;cie i nic nie m&#243;g&#322; na to poradzi&#263;. Lojalnie wam powiem: Anglicy maj&#261; doskona&#322;ych specjalist&#243;w, ale to nie by&#322; problem specjalistyczny, selenologiczny, to si&#281; zrobi&#322;a kwestia ich presti&#380;u: zbudowali drog&#281; i nie mog&#261; si&#281; wycofa&#263;. Animcew wreszcie z&#322;o&#380;y&#322; kt&#243;ry&#347; tam protest i odszed&#322;. Potem dosz&#322;o nas, &#380;e mi&#281;dzy Anglikami a Kanadyjczykami wynik&#322;y spory, tarcia w zwi&#261;zku z t&#261; p&#322;yt&#261;; to jest kraw&#281;d&#378; tak zwanego Orlego Skrzyd&#322;a. Kanadyjczycy chcieli j&#261; wysadzi&#263;, ca&#322;&#261;: drog&#281; zrujnuje, ale potem b&#281;dzie mo&#380;na zbudowa&#263; bezpieczn&#261;. Anglikom to nie odpowiada&#322;o zreszt&#261; by&#322;a to utopia; Animcew obliczy&#322;, &#380;e trzeba by sze&#347;ciomegatonowego &#322;adunku wodorowego, a konwencja ONZ zabrania u&#380;ycia materia&#322;&#243;w radioaktywnych jako &#347;rodk&#243;w wybuchowych.

I tak si&#281; tam spierali i k&#322;&#243;cili, a&#380; p&#322;yta run&#281;&#322;a

Anglicy pisali potem, &#380;e wszystko przez Kanadyjczyk&#243;w; bo odrzucili pierwszy projekt, tych wiadukt&#243;w betonowych Pnin patrzy&#322; chwil&#281; na zdj&#281;cie drugie, ukazuj&#261;ce powi&#281;kszon&#261; niemal dwukrotnie szczerb&#281; grani; czarnymi kropkami wyznaczone by&#322;o miejsce obwa&#322;u, kt&#243;ry zabra&#322; i zdruzgota&#322; drog&#281; wraz ze wszystkimi jej umocnieniami.

W rezultacie Stacja jest okresowo niedost&#281;pna bo przecie&#380; w dzie&#324; &#322;atwo doj&#347;&#263;, par&#281; trawers&#243;w, tyle &#380;e du&#380;a ekspozycja, ju&#380; wam m&#243;wi&#322;em za to w nocy praktycznie to niemo&#380;liwe. My tu nie mamy Ziemi, wiecie

Pirx zrozumia&#322;, o czym my&#347;li Rosjanin : na tej stronie, podczas d&#322;ugich nocy ksi&#281;&#380;ycowych, nie &#347;wieci&#322;a wielka lampa Ziemi.

A podczerwieni&#261; nic nie mo&#380;na zrobi&#263; spyta&#322;. Pnin u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Okulary infraczerwone? Jaka&#380; tam podczerwie&#324;, kolego, kiedy w godzin&#281; po zachodzie ska&#322;a ma minus sto sze&#347;&#263;dziesi&#261;t stopni na powierzchni Owszem, teoretycznie mo&#380;na by i&#347;&#263; z radaroskopem, ale czy&#347;cie pr&#243;bowali kiedy&#347; wspina&#263; si&#281; w ten spos&#243;b?

Pirx wyzna&#322;, &#380;e nigdy.

I nie radz&#281; wam. Jest to wyj&#261;tkowo skomplikowany spos&#243;b pope&#322;nienia samob&#243;jstwa. Radar dobry jest w terenie p&#322;askim, ale nie w &#347;cianie

Wszed&#322; Langner z profesorem: musieli ju&#380; lecie&#263;. Do Mendelejewa mieli p&#243;&#322; godziny lotu, droga wymaga&#322;a dalszych dw&#243;ch, a za siedem godzin zachodzi&#322;o s&#322;o&#324;ce. Siedem godzin rezerwy to jakby zbyt wiele. Lecz tu zn&#243;w wyja&#347;ni&#322;o si&#281;, &#380;e poleci z nimi doktor Pnin. Zacz&#281;&#322;o si&#281; t&#322;umaczenie, &#380;e to niepotrzebne, ale gospodarze nie chcieli nawet o tym s&#322;ysze&#263;.

Kiedy ju&#380; mieli i&#347;&#263;. Ganszyn spyta&#322;, czy nie maj&#261; jakich&#347; wie&#347;ci do przekazania na Ziemi&#281; to ostatnia okazja. Bo wprawdzie Mendelejew ma z Cio&#322;kowskim &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiow&#261;, ale za siedem godzin wejd&#261; na terminator i b&#281;d&#261; silne zak&#322;&#243;cenia.

Pirx pomy&#347;la&#322;, &#380;e by&#322;oby nie&#378;le przes&#322;a&#263; siostrze Mattersa pozdrowienia z tamtej strony, ale si&#281; na to nie odwa&#380;y&#322;. Podzi&#281;kowali zatem i zeszli na d&#243;&#322;, gdzie zn&#243;w wysz&#322;o na to, &#380;e Rosjanie odprowadz&#261; ich do rakiety. Tu Pirx za&#322;ama&#322; si&#281; i opowiedzia&#322;, jaki przypad&#322; mu w udziale skafander. Wi&#281;c dobrali mu inny, a tamten zosta&#322; w komorze ci&#347;nieniowej Cio&#322;kowskiego.

Ten rosyjski skafander by&#322; troch&#281; inny od znanych Pirxowi mia&#322; trzy, nie dwie przes&#322;ony, na wysokie s&#322;o&#324;ce, na niskie s&#322;o&#324;ce i na kurz ciemnopomara&#324;czow&#261;. W innych miejscach zawory powietrzne i bardzo zabawne urz&#261;dzenie w butach mo&#380;na by&#322;o nadyma&#263; podeszwy, &#380;e chodzi&#322;o si&#281; jak na poduszkach. Nie czu&#322;o si&#281; w og&#243;le ska&#322;y, a zewn&#281;trzna warstwa zel&#243;wki przylega&#322;a doskonale do najg&#322;adszej powierzchni. By&#322; to model wysokog&#243;rski. Poza tym skafander by&#322; w po&#322;owie srebrny, a w po&#322;owie czarny. Kiedy si&#281; cz&#322;owiek zwr&#243;ci&#322; czarn&#261; stron&#261; ku s&#322;o&#324;cu, zaczyna&#322; potnie&#263;, a kiedy srebrn&#261; ogarnia&#322; go przyjemny ch&#322;&#243;d.

Pirxowi wydawa&#322;o si&#281; to nie ca&#322;kiem dobrym pomys&#322;em, bo przecie&#380; nie zawsze wybiera si&#281; stront, z kt&#243;rej &#347;wieci s&#322;o&#324;ce. Trzeba i&#347;&#263; wtedy ty&#322;em czy jak?

Tamci zacz&#281;li si&#281; &#347;mia&#263;. Pokazali mu pokr&#281;t&#322;o na piersi, kt&#243;re powodowa&#322;o przesuni&#281;cie srebra i czerni miejscami.

Mo&#380;na by&#322;o mie&#263; prz&#243;d korpusu czarny, a plecy srebrne, albo na odwr&#243;t. Spos&#243;b, w jaki si&#281; te bary przemieszcza&#322;y, by&#322; ciekawy. Mi&#281;dzy zewn&#281;trzn&#261; przezroczyst&#261;, z twardego plastyku sporz&#261;dzon&#261; warstw&#261; skafandra a w&#322;a&#347;ciwym jego korpusem zia&#322;a cieniutka szczelina, wype&#322;niona dwoma rodzajami barwnik&#243;w, czy raczej mas p&#243;&#322;p&#322;ynnych, aluminizowanej i naw&#281;glonej. Przepycha&#322;o je po prostu ci&#347;nienie tlenu z aparatury do oddychania.

Ale trzeba by&#322;o ju&#380; i&#347;&#263; na statek. Przedtem, przychodz&#261;c ze s&#322;o&#324;ca, Pirx nie widzia&#322; nic w komorze ci&#347;nieniowej, taki by&#322; o&#347;lepiony. Teraz dopiero zauwa&#380;y&#322;, &#380;e by&#322;a osobliwie urz&#261;dzona ca&#322;a jedna &#347;ciana chodzi&#322;a jak t&#322;ok. A to dlatego, wyja&#347;ni&#322; Pnin, &#380;eby za jednym zamachem mo&#380;na wpuszcza&#263; albo wypuszcza&#263; dowoln&#261; ilo&#347;&#263; ludzi i niepotrzebnie nie traci&#263; powietrza. Pirx poczu&#322; co&#347; w rodzaju zazdro&#347;ci, bo komory w Instytucie by&#322;y to wys&#322;u&#380;one pud&#322;a, przestarza&#322;e co najmniej o pi&#281;&#263; lat, a pi&#281;&#263; lat technologicznego zacofania to ca&#322;a epoka! S&#322;o&#324;ce pozornie wcale si&#281; nie opu&#347;ci&#322;o. Dziwnie sz&#322;o si&#281; w nadymanych butach, jakby ponad gruntem, ale uczucie to znik&#322;o, nim doszli do rakiety.

Profesor przytkn&#261;&#322; he&#322;m do he&#322;mu Pirxa, wykrzykn&#261;&#322; kilka po&#380;egnalnych s&#322;&#243;w, podali sobie r&#281;ce w ci&#281;&#380;kich r&#281;kawicach i wle&#378;li za pilotem do brzucha rakiety, kt&#243;ra odrobin&#281; siad&#322;a pod zwi&#281;kszonym ci&#281;&#380;arem.

Pilot odczeka&#322;, &#380;eby tamci mogli odej&#347;&#263; na bezpieczn&#261; odleg&#322;o&#347;&#263;, i zapu&#347;ci&#322; silniki. Wewn&#261;trz skafandra ponury grzmot narastaj&#261;cego ci&#261;gu brzmia&#322; jakby zza grubej &#347;ciany. Ci&#261;&#380;enie wzrasta&#322;o, ale nawet nie poczuli, kiedy rakieta oderwa&#322;a si&#281; od gruntu. Tylko gwiazdy zawaha&#322;y si&#281; w iluminatorach, a widoczne przez ich ni&#380;szy pas skalne pustkowie opad&#322;o w d&#243;&#322; i znik&#322;o.

Lecieli teraz zupe&#322;nie nisko i dlatego nic nie widzieli tylko pilot obserwowa&#322; przesuwaj&#261;cy si&#281; pod rakiet&#261; upiorny krajobraz. Rakieta wisia&#322;a pionowo jak helikopter. Narastanie szybko&#347;ci poznawa&#322;o si&#281; po g&#322;o&#347;niejszym ci&#261;gu i delikatnej wibracji ca&#322;ego korpusu.

Uwaga, schodzimy dobieg&#322;y s&#322;owa z wn&#281;trza he&#322;mu. Pirx nie wiedzia&#322;, czy to m&#243;wi pilot przez instalacj&#281; pok&#322;adowego radia, czy Pnin. Fotele roz&#322;o&#380;y&#322;y si&#281;. Odetchn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko, sta&#322; si&#281; lekki, tak lekki, jakby mia&#322; pop&#322;yn&#261;&#263; ku sufitowi; odruchowo uj&#261;&#322; por&#281;cze. Pilot zahamowa&#322; ostro, dysze zabuzowa&#322;y, zagra&#322;y skowycz&#261;cym tonem, wrzask odwr&#243;conych, wij&#261;cych si&#281; wzd&#322;u&#380; &#347;cian p&#322;omieni ur&#243;s&#322; niezno&#347;nie, ci&#261;&#380;enie wzros&#322;o, zmala&#322;o, i Pirxa doszed&#322; podw&#243;jny, suchy odg&#322;os stukni&#281;cia siedli. W nast&#281;pnej chwili sta&#322;o si&#281; co&#347; nieoczekiwanego. Rakieta, kt&#243;ra wesz&#322;a ju&#380; w te swoje ko&#322;ysz&#261;ce si&#281; ruchy i hu&#347;ta&#322;a si&#281; w g&#243;r&#281; i w d&#243;&#322;, chyba troch&#281; tak, jak czasem owad wykonuj&#261;cy odw&#322;okiem miarowe przysiady, pochyli&#322;a si&#281; i z narastaj&#261;cym grzechotaniem g&#322;az&#243;w zacz&#281;&#322;a si&#281; najwyra&#378;niej obsuwa&#263; Katastrofa przemkn&#281;&#322;o w my&#347;li Pirxowi. Nie przestraszy&#322; si&#281;, ale odruchowo napi&#261;&#322; wszystkie mi&#281;&#347;nie. Tamci dwaj le&#380;eli nieruchomo. Silnik milcza&#322;. Rozumia&#322; doskonale pilota: pojazd chwiejnie, kulawo sun&#261;&#322; wraz z osypiskiem i ci&#261;g silnik&#243;w, zanimby go uni&#243;s&#322; w g&#243;r&#281;, m&#243;g&#322; przy nag&#322;ym przechyle jednej z n&#243;g przewr&#243;ci&#263; ich lub rzuci&#263; na ska&#322;y.

Grzechotanie i wizg przesuwaj&#261;cych si&#281; pod stalowymi &#322;apami bry&#322; kamiennych s&#322;ab&#322;y, a&#380; usta&#322;y. Jeszcze par&#281; strumyk&#243;w &#380;wiru d&#378;wi&#281;cznie uderzy&#322;o o stal, jeszcze jaki&#347; od&#322;am usun&#261;&#322; si&#281; g&#322;&#281;biej pod ci&#281;&#380;arem przegubowej nogi i kabina powolutku osiad&#322;a, przekrzywiona o jakie&#347; dziesi&#281;&#263; stopni.

Pilot wylaz&#322; ze swojej studzienki troch&#281; niesw&#243;j i zacz&#261;&#322; t&#322;umaczy&#263;, &#380;e konfiguracja terenu zmieni&#322;a si&#281;: widocznie p&#243;&#322;nocnym &#380;lebem zesz&#322;a nowa lawina. L&#261;dowa&#322; na piargu, pod &#347;cian&#261;, bo chcia&#322;, &#380;eby mieli jak najbli&#380;ej.

Pnin odpar&#322;, &#380;e to nie jest najlepszy spos&#243;b skracania drogi, lawinisko nie kosmodrom, i kiedy si&#281; nie musi, ryzykowa&#263; nie wolno. Na tym si&#281; kr&#243;tka wymiana zda&#324; sko&#324;czy&#322;a, pilot przepu&#347;ci&#322; ich do &#347;luzy i zeszli po drabince na piarg. Pilot zosta&#322; w rakiecie, czekaj&#261;c na powr&#243;t Pnina, a oni ruszyli we dw&#243;ch za wielkim Rosjaninem.

Pirx s&#261;dzi&#322; dot&#261;d, &#380;e zna Ksi&#281;&#380;yc. Myli&#322; si&#281; jednak. Otoczenie Cio&#322;kowskiego by&#322;o rodzajem promenady w por&#243;wnaniu z miejscem, w kt&#243;rym si&#281; znalaz&#322;. Rakieta, przechylona na maksymalnie rozstawionych nogach, ugrz&#281;z&#322;ych w kamiennym lawinisku, sta&#322;a jakie&#347; trzysta krok&#243;w od cienia, rzucanego przez g&#322;&#243;wny wa&#322; Mendelejewa. Roz&#380;agwiona w czarnym niebie czelu&#347;&#263; s&#322;oneczna dotyka&#322;a niemal grani, kt&#243;ra zdawa&#322;a si&#281; w tym miejscu topnie&#263; ale to by&#322;o z&#322;udzenie. Nie by&#322; nim obszar pionowych &#347;cian, wychodz&#261;cych z ciemno&#347;ci jaki&#347; kilometr, a mo&#380;e dwa dalej ; ku por&#380;ni&#281;tej g&#322;&#281;bokimi rowami r&#243;wninie, stanowi&#261;cej dno krateru, zbiega&#322;y ze &#380;leb&#243;w przera&#378;liwe bia&#322;e sto&#380;ki osypisk; miejsca &#347;wie&#380;ych obwa&#322;&#243;w mo&#380;na by&#322;o pozna&#263; po zm&#281;tnieniu rysunku g&#322;az&#243;w, wywo&#322;anym osiadaj&#261;c&#261; w ci&#261;gu godzin kurzaw&#261;. Samo dno krateru, z pop&#281;kanej taflami lawy, tak&#380;e pokrywa&#322;a warstwa jasnego py&#322;u; ca&#322;y Ksi&#281;&#380;yc upudrowany by&#322; mikroskopijnymi szcz&#261;tkami meteor&#243;w, tego martwego deszczu, kt&#243;ry od milionleci pada&#322; na&#324; z gwiazd.

Po obu stronach &#347;cie&#380;ki, a w&#322;a&#347;ciwie nagromadzenia bry&#322; i od&#322;am&#243;w, r&#243;wnie dzikiego jak ca&#322;e otoczenie, tej &#347;cie&#380;ki, co nazw&#281; sw&#261; zawdzi&#281;cza&#263; mog&#322;a tylko osadzonym w cemencie aluminiowym tykom, z kt&#243;rych ka&#380;da mia&#322;a u szczytu rodzaj rubinowej kulki, po obu stronach tego w g&#243;r&#281; piarg&#243;w wycelowanego szlaku sta&#322;y, w po&#322;owie obj&#281;te &#347;wiat&#322;em, w po&#322;owie czarne jak noc galaktyczna, &#347;ciany, z kt&#243;rymi nie mog&#322;y si&#281; r&#243;wna&#263; olbrzymy Alp czy Himalaj&#243;w.

Niewielkie ci&#261;&#380;enie ksi&#281;&#380;ycowe pozwala&#322;o budulcowi skalnemu przybiera&#263; formy, zrodzone jakby w koszmarnym &#347;nie, i trwa&#263; w nich wiekami, &#380;e oko, cho&#263;by nawyk&#322;e do widoku przepa&#347;ci, pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej gubi&#322;o si&#281; podczas w&#281;dr&#243;wki ku szczytom, a inne zmys&#322;y pot&#281;gowa&#322;y jeszcze wra&#380;enie nierzeczywisto&#347;ci, niemo&#380;liwo&#347;ci takiego krajobrazu: bia&#322;e bry&#322;y pumeksu tr&#261;cone stop&#261; podlatywa&#322;y w g&#243;r&#281;, jak p&#281;cherze, najci&#281;&#380;szy za&#347; bazaltowy okruch, rzucony na osypisko, lecia&#322; niesamowicie powoli i d&#322;ugo, aby upa&#347;&#263; bezd&#378;wi&#281;cznie tak w&#322;a&#347;nie, jakby to by&#322;o tylko we &#347;nie. Kilkaset krok&#243;w wy&#380;ej barwa ska&#322;y zmieni&#322;a si&#281;. Rzeki r&#243;&#380;owawego porfiru dwoma obwa&#322;owaniami obejmowa&#322;y &#380;leb, ku kt&#243;remu szli. G&#322;azy, spi&#281;trzone gdzieniegdzie na wysoko&#347;&#263; kilku pi&#281;ter, sczepione brzytwowatymi kraw&#281;dziami, jak gdyby czeka&#322;y tylko dotkni&#281;cia, kt&#243;re pu&#347;ci je niepowstrzymanym kamieniospadem.

Pnin prowadzi&#322; ich przez ten las skamienia&#322;ych wybuch&#243;w id&#261;c niezbyt szybko, lecz nieomylnie. Czasem p&#322;yta, na kt&#243;rej postawi&#322; nog&#281; w ogromnym bucie skafandra, zachybota&#322;a. W&#243;wczas zamiera&#322; na mgnienie i albo szed&#322; dalej, albo omija&#322; to miejsce, poznaj&#261;c po sobie tylko wiadomych oznakach, czy g&#322;az wytrzyma ci&#281;&#380;ar cz&#322;owieka, czy nie.

A przy tym d&#378;wi&#281;k, tak wiele m&#243;wi&#261;cy wspinaczowi, tutaj nie istnia&#322;.

Jedna z pa&#322;ub bazaltowych, kt&#243;re omija&#322;, bez najmniejszej przyczyny obruszy&#322;a si&#281; w d&#243;&#322; stoku, lec&#261;c ruchem jakby sennym, zwolnionym a&#380; porwa&#322;a za sob&#261; gromad&#281; kamieni, kt&#243;re w&#347;ciek&#322;ymi susami sadzi&#322;y coraz szybciej, nareszcie bia&#322;a jak mleko kurzawa okry&#322;a dalsz&#261; drog&#281; lawiny. Widowisko to by&#322;o w&#322;a&#347;nie jak z majaczenia, maligny zderzaj&#261;ce si&#281; bry&#322;y nie wydawa&#322;y g&#322;osu i nawet dr&#380;enia gruntu nie czu&#322;o si&#281; przez p&#281;kate podeszwy but&#243;w; kiedy ostro zakr&#281;cili przy nast&#281;pnym zakosie, Pirx zobaczy&#322; &#347;lad zej&#347;cia lawiny i j&#261; sam&#261;, ju&#380; jako chmur&#281; &#322;agodnie &#347;ciel&#261;cych si&#281; fal. Odruchowo, z niepokojem poszuka&#322; oczami rakiety, ale by&#322;a bezpieczna sta&#322;a jak przedtem oddalona mo&#380;e o kilometr, mo&#380;e o dwa, widzia&#322; jej l&#347;ni&#261;cy odw&#322;ok i trzy kreseczki n&#243;&#380;ek. Niby dziwny owad ksi&#281;&#380;ycowy spoczywa&#322;a na starym lawinisku, kt&#243;re przedtem wydawa&#322;o mu si&#281; spadziste, teraz za&#347; p&#322;askie niczym st&#243;&#322;.

Gdy zbli&#380;yli si&#281; do strefy cienia. Pirx przyspieszy&#322; kroku. Zaciek&#322;o&#347;&#263; i groza bij&#261;ce z otoczenia tak absorbowa&#322;y Pirxa, &#380;e nie mia&#322; wprost czasu, by obserwowa&#263; Langnera. Teraz dosz&#322;o do niego, &#380;e ma&#322;y astrofizyk idzie pewnie i nigdy si&#281; nie potyka.

Trzeba by&#322;o przeskoczy&#263; czterometrow&#261; szczelin&#281;. Pirx w&#322;o&#380;y&#322; w skok zbyt wiele si&#322;y; poszybowa&#322; w g&#243;r&#281; i opad&#322; poruszaj&#261;c bezsensownie nogami dobrych osiem metr&#243;w za kraw&#281;dzi&#261; przeciwleg&#322;ego brzegu. Dopiero w takim skoku ksi&#281;&#380;ycowym otwiera&#322;o si&#281; cz&#322;owiekowi nowe doznanie, kt&#243;re nie mia&#322;o nic wsp&#243;lnego z b&#322;aznowaniem turyst&#243;w hotelowych Luny. Weszli w cie&#324;. Dop&#243;ki znajdowali si&#281; wzgl&#281;dnie blisko os&#322;onecznionych p&#322;yt skalnych, ich odblask rozja&#347;nia&#322; troch&#281; otoczenie i gra&#322; w wypuk&#322;o&#347;ciach skafandr&#243;w. Ale rych&#322;o mrok j&#261;&#322; g&#281;stnie&#263;, a&#380; sta&#322; si&#281; taki, &#380;e znikli sobie z oczu. W tym cieniu by&#322;a noc. Pirx poczu&#322; jej mr&#243;z przez wszystkie warstwy antytermiczne skafandra; mr&#243;z nie dociera&#322; bezpo&#347;rednio do cia&#322;a, nie k&#261;sa&#322; sk&#243;ry, by&#322; tylko jakby objawieniem nowej milcz&#261;cej, lodowatej obecno&#347;ci poszczeg&#243;lne p&#322;aty pancerne skafandra najwyra&#378;niej zadrga&#322;y, och&#322;odzone o dwie&#347;cie kilkadziesi&#261;t stopni. Gdy oczy nawyk&#322;y, Pirx zobaczy&#322;, &#380;e kule na szczytach aluminiowych maszt&#243;w wydzielaj&#261; wcale silne, czerwone &#347;wiat&#322;o; paciorki tego rubinowego naszyjnika zakr&#281;ca&#322;y wzwy&#380; i znik&#322;y w s&#322;o&#324;cu tam rozp&#281;k&#322;y grzbiet skalny sadzi&#322; ku r&#243;wninie trzema przepa&#347;ciami ; przedziela&#322;y je w&#261;skie, poziome przesuni&#281;cia tafli &#347;ciennych, tworz&#261;c rodzaj ostrych gzyms&#243;w. Wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e nikn&#261;cy szereg maszt&#243;w prowadzi do jednej z owych p&#243;&#322;ek, ale pomy&#347;la&#322;, &#380;e to chyba niemo&#380;liwe. Wy&#380;ej, przez rozwalony jakby piorunowymi ciosami g&#322;&#243;wny wa&#322; Mendelejewa, szed&#322; s&#322;up poziomego prawie &#347;wiat&#322;a s&#322;onecznego. Wygl&#261;da&#322;o ino jak rozpoczynaj&#261;cy si&#281; w g&#322;uchym milczeniu wybuch, bryzgaj&#261;cy rozpalon&#261; biel&#261; na skalne filary i kominy.

Tam jest Stacja us&#322;ysza&#322; w he&#322;mie bliski g&#322;os Pnina. Rosjanin zatrzyma&#322; si&#281; na granicy nocy i dnia, mrozu i &#380;aru, pokazuj&#261;c co&#347; w g&#243;rze, lecz Pirx opr&#243;cz czarniawych nawet w s&#322;o&#324;cu zerw niczego nie zobaczy&#322;.

Widzicie Or&#322;a Tak nazwali&#347;my ten grzbiet to jest g&#322;owa, to dzi&#243;b, a to skrzyd&#322;o

Pirx widzia&#322; tylko nagromadzenie &#347;wiate&#322; i cieni, nad wschodni&#261; roziskrzon&#261; grani&#261; stercza&#322;a pozornie bliska, bo nie rozmyta powietrzn&#261; mgie&#322;k&#261;, przechylona turnia. Nagle zobaczy&#322; ca&#322;ego Or&#322;a skrzyd&#322;o to by&#322;a w&#322;a&#347;nie ta &#347;ciana, ku kt&#243;rej zmierzali: wy&#380;ej z grani wy&#322;ania&#322;a si&#281; g&#322;owa na tle gwiazd, turnia by&#322;a dziobem.

Spojrza&#322; na zegarek. Szli ju&#380; czterdzie&#347;ci minut. A wi&#281;c chyba co najmniej jeszcze drugie tyle.

Przed nast&#281;pn&#261; stref&#261; cienia Pnin zatrzyma&#322; si&#281;, &#380;eby przestawi&#263; sw&#243;j klimatyzator. Pirx skorzysta&#322; z tego i spyta&#322;, kt&#243;r&#281;dy sz&#322;a droga.

T&#281;dy wskaza&#322; r&#281;k&#261; w d&#243;&#322;. Pirx widzia&#322; tylko pustk&#281;, a na jej dnie sto&#380;ek osypiska, z kt&#243;rego stercza&#322;y wielkie od&#322;amy skalne.

Stamt&#261;d oberwa&#322;a si&#281; p&#322;yta t&#322;umaczy&#322; Pnin, zwracaj&#261;c si&#281; teraz ku wg&#322;&#281;bieniu grani. To jest Brama S&#322;oneczna. Nasze sejsmografy w Cio&#322;kowskim zarejestrowa&#322;y wstrz&#261;s; przypuszczalnie zesz&#322;o oko&#322;o p&#243;&#322; miliona ton bazaltu

Zaraz powiedzia&#322; oszo&#322;omiony Pirx a jak si&#281; teraz dostarcza na g&#243;r&#281; zapasy?

Sami zobaczycie, jak tam przyjdziemy rzek&#322; tamten i ruszy&#322; z miejsca. Pirx pod&#261;&#380;y&#322; za nim, &#322;ami&#261;c sobie g&#322;ow&#281; nad rozwi&#261;zaniem tej zagadki, ale nic nie wymy&#347;li&#322;. Czy&#380;by wynosili ka&#380;dy litr wody, ka&#380;d&#261; butl&#281; tlenu na plecach?

To by&#322;o niemo&#380;liwe.

Teraz szli szybciej. Ostatnia aluminiowa tyka tkwi&#322;a u przepa&#347;ci. Ogarn&#281;&#322;a ich ciemno&#347;&#263;. Za&#347;wiecili czo&#322;owe reflektory, kt&#243;rych plamy b&#322;&#281;dnie podrygiwa&#322;y, przeskakuj&#261;c z jednych garb&#243;w &#347;ciany na inne: kroczyli po gzymsie, zw&#281;&#380;aj&#261;cym si&#281; miejscami do szeroko&#347;ci dw&#243;ch d&#322;oni, gdzie indziej tak szerokim, &#380;e mo&#380;na by&#322;o stan&#261;&#263; na nim w rozkroku. Szli jak po linie, t&#261; p&#243;&#322;k&#261; lekko pofa&#322;dowan&#261;, ale zupe&#322;nie p&#322;ask&#261;, jej chropowato&#347;&#263; dawa&#322;a dobre oparcie. Co prawda wystarczy&#322;by jeden fa&#322;szywy krok, zawr&#243;t g&#322;owy.

Dlaczego nie zwi&#261;zali&#347;my si&#281;? pomy&#347;la&#322; Pirx. W tej chwili plama &#347;wietlna przed nim znieruchomia&#322;a. Pnin stan&#261;&#322;.

Lina powiedzia&#322;.

Poda&#322; koniec Pirxowi, a ten z kolei prze&#322;o&#380;ywszy lin&#281; przez karabinki pasa rzuci&#322; j&#261; do Langnera. Nim ruszyli, Pirx m&#243;g&#322;, oparty o ska&#322;&#281;, patrze&#263; przed siebie.

Ca&#322;e wn&#281;trze krateru le&#380;a&#322;o pod nim jak na d&#322;oni czarne w&#261;wozy lawy sta&#322;y si&#281; siateczk&#261; p&#281;kni&#281;&#263;, przysadkowaty sto&#380;ek centralny rzuca&#322; d&#322;ugi pas cienia.

Gdzie by&#322;a rakieta? Nie m&#243;g&#322; jej znale&#378;&#263;. Gdzie droga? Te zakosy, znaczone szeregami aluminiowych tyk? Tak&#380;e znik&#322;y.

By&#322;a tylko przestrze&#324; skalnego cyrku w blasku o&#347;lepiaj&#261;cym i smugach czerni, ci&#261;gn&#261;cych si&#281; od rumowisk do rumowisk; jasna m&#261;ka skalna podkre&#347;la&#322;a rze&#378;b&#281; terenu, z jej groteskowymi rojami krater&#243;w coraz to mniejszych w samym tylko obr&#281;bie wa&#322;&#243;w Mendelejewa musia&#322;y ich by&#263; setki, od p&#243;&#322;kilometrowych do ledwo widocznych; ka&#380;dy by&#322; &#347;ci&#347;le okr&#261;g&#322;y, z pier&#347;cieniem o &#322;agodnym stoku zewn&#281;trznym i bardziej spadzistym ku &#347;rodkowi, z centraln&#261; g&#243;rk&#261; lub sto&#380;kiem, a przynajmniej drobnym punktem, na kszta&#322;t p&#281;pka mniejsze by&#322;y wiernymi kopiami ma&#322;ych, ma&#322;e &#347;rednich, a wszystkie razem obejmowa&#322;y ogrom &#347;cian skalnych tego koliska trzydziestokilkumetrowego.

To s&#261;siedztwo chaosu i precyzji dra&#380;ni&#322;o umys&#322; ludzki; by&#322;a w tym stwarzaniu i niszczeniu form wed&#322;ug jedynego wzoru zarazem doskona&#322;o&#347;&#263; matematyczna i zupe&#322;na anarchia &#347;mierci. Spojrza&#322; w g&#243;r&#281; i w ty: przez Bram&#281; S&#322;oneczn&#261; wci&#261;&#380; bucha&#322;y potoki bia&#322;ego &#380;aru.

Kilkaset krok&#243;w za w&#261;skim &#380;lebem &#347;ciana cofn&#281;&#322;a si&#281;, wci&#261;&#380; szli cieniem, rozja&#347;nionym jednak &#347;wiat&#322;em odbijanym przez pionow&#261; maczug&#281; skaln&#261;, kt&#243;ra wzbija&#322;a si&#281; z mrok&#243;w chyba na dwa kilometry ; przetrawersowali j&#281;zyk piargu i ukaza&#322; si&#281;, zalany s&#322;o&#324;cem, stok niezbyt stromy; Pirx zaczyna&#322; odczuwa&#263; dziwne odr&#281;twienie, nie mi&#281;&#347;ni, lecz umys&#322;u, zapewne od nieustaj&#261;cego napi&#281;cia uwagi bo wszystko mia&#322; tu naraz i Ksi&#281;&#380;yc, i jego dzikie g&#243;ry, i noc lodowat&#261; na przemian z przep&#322;ywami nieruchomego upa&#322;u, i to olbrzymie, poch&#322;aniaj&#261;ce wszystko milczenie, w kt&#243;rym odzywaj&#261;cy si&#281; od czasu do czasu w he&#322;mie g&#322;os ludzki by&#322; czym&#347; nieprawdopodobnym, niew&#322;a&#347;ciwym Jakby kto&#347; na szczyt Matterhornu ni&#243;s&#322; z&#322;ot&#261; rybk&#281; w akwarium : tak odcina&#322; si&#281; &#243;w g&#322;os od zamar&#322;ego otoczenia.

Pnin skr&#281;ci&#322; za rzucaj&#261;c&#261; ostatni cie&#324; iglic&#281; i ca&#322;y zapali&#322; si&#281;, jakby oblany ogniem Pirxowi ten sam ogie&#324; chlusn&#261;&#322; w oczy, nim zd&#261;&#380;y&#322; jeszcze poj&#261;&#263;, &#380;e to s&#322;o&#324;ce, &#380;e wst&#261;pili na g&#243;rn&#261;, ocala&#322;&#261; cz&#281;&#347;&#263; drogi.

Szli teraz obok niebie szybko z opuszczonymi obiema zas&#322;onami przeciws&#322;onecznych he&#322;m&#243;w.

Zaraz b&#281;dziemy powiedzia&#322; Pnin.

Tej drogi rzeczywi&#347;cie mog&#322;y u&#380;ywa&#263; pojazdy. By&#322;a wyryta w skale, a w&#322;a&#347;ciwie otwarta sterowanymi eksplozjami: wprowadza&#322;a, pod nawisem Orlego Skrzyd&#322;a, na sam&#261; gra&#324;; by&#322; tam rodzaj niewielkiej prze&#322;&#281;czki, z naturalnym, podci&#281;tym od do&#322;u kot&#322;em skalnym. Ten kocio&#322; umo&#380;liwi&#322; zaopatrywanie stacji po katastrofie. Ci&#281;&#380;arowa rakieta przewozi&#322;a zapasy i specjalny mo&#378;dzierz najpierw wstrzeliwa&#322; si&#281; do celu tego basenu skalnego a potem zaczyna&#322; strzela&#263; pojemnikami. Kilka ulega&#322;o zwykle strzaskaniu, lecz wi&#281;kszo&#347;&#263; wytrzymywa&#322;a strza&#322; i zderzenie ze ska&#322;&#261;, bo ich pancerne korpusy by&#322;y nad wyraz odporne. Dawniej, kiedy nie by&#322;o jeszcze nawet Luny G&#322;&#243;wnej ani &#380;adnych w og&#243;le stacji, jedynym sposobem dostarczania zapas&#243;w ekspedycjom zag&#322;&#281;biaj&#261;cym si&#281; w okolice Sinus Medii by&#322;o w&#322;a&#347;nie zrzucanie z rakiet zasobnik&#243;w, a &#380;e spadochrony na nic by si&#281; nie zda&#322;y, musiano konstruowa&#263; te duralowe czy stalowe pud&#322;a tak, by wytrzyma&#322;y gwa&#322;towny upadek.

Ciskano je, niby bomby jakie&#347;, a ekspedycja zbiera&#322;a p&#243;&#378;niej rozproszone nieraz i na przestrzeni kwadratowego kilometra. Pojemniki te przyda&#322;y si&#281; teraz na nowo.

Od prze&#322;&#281;czy szlak wi&#243;d&#322; pod sam&#261; grani&#261; ku p&#243;&#322;nocnemu szczytowi Orlej G&#322;owy; jakie&#347; trzysta metr&#243;w pod nim b&#322;yszcza&#322; pancerny ko&#322;pak Stacji. Od strony stoku otacza&#322; go p&#243;&#322;pier&#347;cie&#324; g&#322;az&#243;w, staczaj&#261;cych si&#281; w przepa&#347;&#263; i opasuj&#261;cych stalow&#261; bani&#281;, kt&#243;ra sta&#322;a na ich drodze. Kilka takich g&#322;az&#243;w spoczywa&#322;o na betonowej platformie w pobli&#380;u wej&#347;cia.

To ju&#380; nie mo&#380;na by&#322;o znale&#378;&#263; lepszego miejsca! wyrwa&#322; si&#281; Pirxowi okrzyk.

Pnin, kt&#243;ry stawia&#322; ju&#380; nog&#281; na pierwszym stopniu platformy, zatrzyma&#322; si&#281;.

Zupe&#322;nie jakbym s&#322;ysza&#322; Animcewa powiedzia&#322; i Pirx wyczu&#322; w jego g&#322;osie u&#347;miech.


Pnin odszed&#322; sam cztery godziny przed zachodem s&#322;o&#324;ca. Ale w&#322;a&#347;ciwie odszed&#322; w noc, bo prawie ca&#322;a droga, kt&#243;r&#261; musia&#322; przeby&#263;, ogarni&#281;ta ju&#380; by&#322;a nieprzeniknion&#261; ciemno&#347;ci&#261;, i Langner, kt&#243;ry zna&#322; Ksi&#281;&#380;yc, powiedzia&#322; Pirxowi, &#380;e kiedy tamt&#281;dy szli, nie by&#322;o jeszcze naprawd&#281; zimno; ska&#322;a dopiero styg&#322;a. Rzetelny mr&#243;z bra&#322; jak&#261;&#347; godzin&#281; po zapadni&#281;ciu mrok&#243;w.

Um&#243;wili si&#281; z nim, &#380;e da zna&#263;, gdy dotrze do rakiety.

I rzeczywi&#347;cie, w godzin&#281; i dwadzie&#347;cia minut p&#243;&#378;niej ich radiostacja odezwa&#322;a si&#281;, m&#243;wi&#322; Pnin. Zamienili tylko par&#281; s&#322;&#243;w, bo by&#322; ju&#380; najwy&#380;szy czas, tym bardziej &#380;e start odby&#263; si&#281; musia&#322; w trudnych warunkach rakieta nie mia&#322;a pionu, a &#322;apy jej do&#347;&#263; g&#322;&#281;boko wesz&#322;y w rumowisko i dzia&#322;a&#322;y jak rodzaj obci&#261;&#380;onych balastem kotwic.

Widzieli ten start, osun&#261;wszy stalow&#261; okiennic&#281; nie sam jego pocz&#261;tek, gdy&#380; miejsce postoju zas&#322;ania&#322;y &#380;ebra g&#322;&#243;wnej grani. Ale naraz mrok, g&#281;sty i bezpostaciowy, przeszy&#322;a linia ognista, kt&#243;rej z do&#322;u zawt&#243;rowa&#322; rudawy brzask, by&#322;o to &#347;wiat&#322;o odrzutu, odbijane kurzaw&#261;, wydmuchni&#281;t&#261; spomi&#281;dzy g&#322;az&#243;w lawiniska. Ognisty grot szed&#322; wy&#380;ej i wy&#380;ej, i nie wida&#263; by&#322;o wcale rakiety, tylko t&#281; strun&#281; pa&#322;aj&#261;c&#261;, coraz cie&#324;sz&#261;, rozedrgan&#261;, rozpadaj&#261;c&#261; si&#281; na pasma normalna pulsacja silnika id&#261;cego ca&#322;&#261; moc&#261;. Potem a g&#322;owy ich uniesione by&#322;y ku niebu i wypisuj&#261;cy na nim odlot tor ogniowy spoczywa&#322; ju&#380; w&#347;r&#243;d gwiazd prosta pochyli&#322;a si&#281; &#322;agodnie i pi&#281;knym &#322;ukiem poszybowa&#322;a za horyzont. Zostali sami, w ciemno&#347;ci, bo umy&#347;lnie zgasili wszystkie &#347;wiat&#322;a, &#380;eby pewniej widzie&#263; start. Zasun&#281;li pancern&#261; klap&#281; okna, za&#347;wiecili lampy i spojrzeli na siebie. Langner lekko si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322; i, zgarbiony, w kraciastej flanelowej koszuli podszed&#322; do sto&#322;u, na kt&#243;rym spoczywa&#322; jego plecak. Zacz&#261;&#322; wydobywa&#263; z niego ksi&#261;&#380;ki, jedn&#261; po drugiej, Pirx, oparty o zakl&#281;s&#322;&#261; &#347;cian&#281;, sta&#322; na rozstawionych nogach, jak na pok&#322;adzie odlatuj&#261;cego daleko statku.

Mia&#322; w sobie wszystko naraz, ch&#322;odne podziemia Luny G&#322;&#243;wnej, w&#261;skie korytarze hotelowe, ich windy, turyst&#243;w skacz&#261;cych pod sufit i wymieniaj&#261;cych kawa&#322;ki nadtopionego pumeksu, lot do Cio&#322;kowskiego, wielkich Rosjan, srebrn&#261; siateczk&#281; radioteleskopu pomi&#281;dzy grani&#261; i czarnym niebem, opowiadanie Pnina, drugi lot i t&#281; drog&#281; niesamowit&#261;, poprzez skalny mr&#243;z i &#380;ar, z otch&#322;aniami zagl&#261;daj&#261;cymi w szybk&#281; he&#322;mu. Nie m&#243;g&#322; uwierzy&#263;, &#380;e tak wiele pomie&#347;ci&#322;o w sobie kilka zaledwie godzin czas zolbrzymia&#322;, ogarn&#261;&#322; te obrazy, poch&#322;on&#261;&#322; je, a teraz wraca&#322;y, jakby walcz&#261;c o pierwsze&#324;stwo. Zamkn&#261;&#322; na chwil&#281; rozpalone, suche powieki i zn&#243;w je otworzy&#322;.

Langner systematycznie uk&#322;ada&#322; ksi&#261;&#380;ki na p&#243;&#322;ce i Pirxowi wyda&#322;o si&#281;, &#380;e poj&#261;&#322; tego cz&#322;owieka, jego spokojne ruchy, gdy stawia&#322; tom obok tomu, nie wynika&#322;y z t&#281;poty ani oboj&#281;tno&#347;ci, nie przyt&#322;acza&#322; go ten martwy &#347;wiat, bo mu s&#322;u&#380;y&#322;: przyby&#322; na Stacj&#281;, poniewa&#380; tego chcia&#322;, nie t&#281;skni&#322; za domem, jego domem by&#322;y spektrogramy, wyniki oblicze&#324; i miejsce, w kt&#243;rym powstawa&#322;y, wsz&#281;dzie m&#243;g&#322; by&#263; u siebie, skoro potrafi&#322; tak skoncentrowa&#263; swoj&#261; zach&#322;anno&#347;&#263;: wiedzia&#322;, po co &#380;yje by&#322; ostatnim cz&#322;owiekiem, kt&#243;remu Pirx wyzna&#322;by swoje romantyczne marzenia o wielkim czynie. Pewno by si&#281; nawet nie u&#347;miechn&#261;&#322;, jak przed chwil&#261;, wys&#322;ucha&#322;by go i wr&#243;ci&#322; do swojej pracy. Pirx przez mgnienie zazdro&#347;ci&#322; mu tej pewno&#347;ci, samowiedzy, ale czu&#322; zarazem obco&#347;&#263; Langnera, nie mieli sobie nic do powiedzenia i musieli prze&#380;y&#263; razem t&#281; rozpoczynaj&#261;c&#261; si&#281; noc i dzie&#324; po niej.

Obszed&#322; oczami kabin&#281;, jakby widzia&#322; j&#261; po raz pierwszy. Kryte plastykiem, zakl&#281;s&#322;e &#347;ciany. Zamkni&#281;te klap&#261; pancern&#261; okno. Podsufitowe, wpuszczone w plastyk lampy. Kilka kolorowych reprodukcji mi&#281;dzy p&#243;&#322;kami z fachow&#261; lektur&#261; i w&#261;ska tabliczka w ramce, z wpisanymi pod sob&#261; w dw&#243;ch rz&#281;dach nazwiskami tych wszystkich, kt&#243;rzy byli tu przed nimi. Po k&#261;tach puste butelki tlenowe, skrzynki po konserwach, wype&#322;nione okruchami r&#243;&#380;nobarwnych minera&#322;&#243;w, metalowe, lekkie krzes&#322;a z nylonowymi siedzeniami. Ma&#322;y st&#243;&#322;, nad nim chodz&#261;ca na ramieniu lampa do pracy. Przez uchylone drzwi wida&#263; by&#322;o aparatur&#281; radiostacji.

Langner robi&#322; porz&#261;dki w szafie, pe&#322;nej klisz fotograficznych. Pirx wymin&#261;&#322; goi wyszed&#322;. Z korytarzyka na lewo sz&#322;y drzwi do kuchenki, na wprost do komory wyj&#347;ciowej, na prawo do dwu miniaturowych pokoik&#243;w. Otworzy&#322; sw&#243;j. Opr&#243;cz &#322;&#243;&#380;ka, sk&#322;adanego krzese&#322;ka, wsuwanego w &#347;cian&#281; pulpitu i p&#243;&#322;eczki nie by&#322;o tam nic. Strop z jednej strony nad &#322;&#243;&#380;kiem opada&#322; sko&#347;nie jak w mansardzie, nie p&#322;asko jednak, lecz p&#243;&#322;koli&#347;cie, zgodnie z krzywizn&#261; zewn&#281;trznego pancerza. Wr&#243;ci&#322; na korytarz. Drzwi komory ci&#347;nieniowej mia&#322;y owalnie zaokr&#261;glone naro&#380;a, brzegi uj&#281;te grub&#261; warstw&#261; hermetyzuj&#261;cego plastyku, ko&#322;o szprychowe i lampk&#281;, &#347;wiec&#261;c&#261;, gdy przy otwartej klapie zewn&#281;trznej w komorze panowa&#322;a pr&#243;&#380;nia. Teraz lampka by&#322;a ciemna. Otworzy&#322; drzwi. Dwie lampy za&#347;wieci&#322;y si&#281; automatycznie, ukazuj&#261;c ciasn&#261; przestrze&#324; o nagich metalowych &#347;cianach, z pionow&#261; drabink&#261; po&#347;rodku; dochodzi&#322;a do klapy w stropie. Pod ostatnim szczeblem widnia&#322; jeszcze, zatarty licznymi st&#261;pni&#281;ciami, kontur obrysowany kred&#261;. W tym miejscu znaleziono Savagea; le&#380;a&#322; skulony, troch&#281; na boku, i nie mo&#380;na go by&#322;o podnie&#347;&#263;, bo przymarz&#322; do chropowatych p&#322;yt w&#322;asn&#261; krwi&#261;, kt&#243;ra rozerwa&#322;a mu oczy i twarz.

Pirx patrza&#322; na ten obrys bia&#322;awy, zaledwie przypominaj&#261;cy sylwet&#281; cz&#322;owieka, potem cofn&#261;&#322; si&#281; i zamkn&#261;wszy hermetyczne drzwi, podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;; us&#322;ysza&#322; kroki na g&#243;rze. To Langner wszed&#322; po drabince, przystawionej do przeciwleg&#322;ej &#347;ciany korytarza, i krz&#261;ta&#322; si&#281; w obserwatorium. Wetkn&#261;wszy g&#322;ow&#281; przez okr&#261;g&#322;y otw&#243;r pod&#322;ogi, Pirx ujrza&#322; pokrowcem os&#322;oni&#281;ty, podobny do niewielkiego dzia&#322;a teleskop, kamery astrograf&#243;w i dwa spore aparaty by&#322;a to komora Wilsona i druga, olejowa, wraz z b&#322;yskowym urz&#261;dzeniem do fotografowania &#347;lad&#243;w. Stacj&#281; przeznaczono do badania promieni kosmicznych, i klisze, kt&#243;rych si&#281; do tego u&#380;ywa, by&#322;y wsz&#281;dzie: ich pomara&#324;czowe paczki le&#380;a&#322;y mi&#281;dzy ksi&#261;&#380;kami, pod p&#243;&#322;kami, w szufladach. obok &#322;&#243;&#380;ek, nawet w kuchence. I to by&#322;o ju&#380; wszystko? W&#322;a&#347;ciwie tak, je&#347;li nie liczy&#263; wielkich zbiornik&#243;w wody i tlenu, umieszczonych pod pod&#322;og&#261;, g&#322;ucho osadzonych w skale ksi&#281;&#380;ycowej, w samym masywie Mendelejewa.

Nad drzwiami ka&#380;dego pomieszczenia znajdowa&#322; si&#281; okr&#261;g&#322;y czujnik, wskazuj&#261;cy st&#281;&#380;enie dwutlenku w&#281;gla. Nad nim widnia&#322;o dziurkowate sitko klimatyzatora. Aparatura pracowa&#322;a bezg&#322;o&#347;nie. Wsysa&#322;a powietrze. oczyszcza&#322;a je z dwutlenku w&#281;gla, dodawa&#322;a w&#322;a&#347;ciw&#261; ilo&#347;&#263; tlenu, zwil&#380;a&#322;a lub osusza&#322;a i t&#322;oczy&#322;a z powrotem do wszystkich kabin. Pirx rad by&#322; ka&#380;demu stukni&#281;ciu dochodz&#261;cemu z obserwatorium; gdy milk&#322;y, cisza rozrasta&#322;a si&#281;, &#380;e zaczyna&#322; s&#322;ysze&#263; szelest w&#322;asnej krwi, jak w tym basenie eksperymentalnym, w k&#261;pieli wariackiej, ale z niej w ka&#380;dej chwili mo&#380;na by&#322;o wyj&#347;&#263;.

Langner zeszed&#322; na d&#243;&#322; i przyrz&#261;dzi&#322; kolacj&#281; tak cicho i sprawnie, &#380;e kiedy Pirx wszed&#322; do kuchenki, wszystko by&#322;o ju&#380; gotowe. Jedli, nie odzywaj&#261;c si&#281; prawie. Poprosz&#281; s&#243;l. Chleb jest w puszkach? Jutro trzeba b&#281;dzie otworzy&#263; now&#261;. Kawy czy herbaty?

Tylko tyle. Pirxowi odpowiada&#322;a teraz ma&#322;om&#243;wno&#347;&#263;. Co w&#322;a&#347;ciwie jedli? Trzeci obiad w tym dniu? Czy mo&#380;e czwarty? A mo&#380;e ju&#380; &#347;niadanie nast&#281;pnej doby? Langner powiedzia&#322;, &#380;e musi wywo&#322;a&#263; na&#347;wietlone klisze. Poszed&#322; na g&#243;r&#281;. Pirx nie mia&#322; nic do roboty. Nagle to zrozumia&#322;. Przys&#322;ali go po to, &#380;eby Langner nie by&#322; sam. Nie zna&#322; si&#281; przecie&#380; na astrofizyce, na promieniach kosmicznych. Gdzie&#380;by tam Langnerowi chcia&#322;o si&#281; go uczy&#263; pos&#322;ugiwania si&#281; astrografem! Zdoby&#322; pierwsz&#261; lokat&#281;, psychologowie stwierdzili, &#380;e nie mo&#380;e zwariowa&#263;, r&#281;czyli za niego.

Wi&#281;c mia&#322; przesiedzie&#263; w tym garnku dwa tygodnie nocy, a potem dwa tygodnie dnia, oczekuj&#261;c nie wiadomo czego, bacz&#261;c nie wiadomo na co.

To zadanie, ta misja, kt&#243;ra przed kilkunastu godzinami wyda&#322;a mu si&#281; niewiarygodnym szcz&#281;&#347;ciem, naraz ukaza&#322;a mu swoje w&#322;a&#347;ciwe oblicze bezkszta&#322;tnej pustki. Przed czym mia&#322; broni&#263; Langnera i siebie? Jakich szuka&#263; &#347;lad&#243;w?

I gdzie? Czy s&#261;dzi&#322; mo&#380;e, &#380;e odkryje co&#347;, co przegapili wszyscy &#347;wietni specjali&#347;ci wchodz&#261;cy w sk&#322;ad komisji, ludzie znaj&#261;cy Ksi&#281;&#380;yc od lat? Ale&#380; by&#322; idiot&#261;!

Siedzia&#322; przy stole. Trzeba by&#322;o zmy&#263; naczynia. I zakr&#281;ci&#263; kurek, bo woda, bezcenna woda, kt&#243;r&#261; przywo&#380;ono w postaci zamarzni&#281;tych blok&#243;w i strzelano ni&#261; z mo&#378;dzierza, dwu i p&#243;&#322;kilometrow&#261; parabol&#261;, w kocio&#322; u st&#243;p Stacji, ta woda ucieka&#322;a, kapi&#261;c.

Nie rusza&#322; si&#281;. R&#281;ki nawet nie podni&#243;s&#322;, gdy opad&#322;a bezwolnie na kraw&#281;d&#378; sto&#322;u. W g&#322;owie mia&#322; &#380;ar i pustk&#281;, ciemno&#347;&#263; i milczenie, kt&#243;re otacza&#322;y stalow&#261; skorup&#281; ze wszystkich stron. Przetar&#322; oczy, piek&#261;ce jak zasypane piaskiem. Wsta&#322;, jakby wa&#380;y&#322; dwa razy wi&#281;cej ni&#380; na Ziemi. Zani&#243;s&#322; brudne talerze do zmywaka, rzuci&#322; je z ha&#322;asem, pu&#347;ci&#322; na nie strumyk ciep&#322;ej wody. I myj&#261;c je, obracaj&#261;c, zdrapuj&#261;c zastyg&#322;e resztki t&#322;uszczu, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nad swoimi marzeniami, kt&#243;re odpad&#322;y ode&#324; gdzie&#347;, na tej drodze ku grani Mendelejewa, i zosta&#322;y tak daleko, takie &#347;mieszne i obce, takie dawne, &#380;e nie musia&#322; si&#281; ich wstydzi&#263;.


Z Langnerem mo&#380;na by&#322;o prze&#380;y&#263; dzie&#324; albo rok i niczego to nie zmienia&#322;o. Pracowa&#322; ch&#281;tnie, ale miarowo. Nigdy si&#281; nie spieszy&#322;. Nie mia&#322; &#380;adnych na&#322;og&#243;w, &#380;adnych dziwactw, &#347;miesznostek. Kiedy si&#281; z kim&#347; &#380;yje w takiej ciasnocie, byle g&#322;upstwo zaczyna dra&#380;ni&#263;. &#379;e ten drugi przesiaduje pod tuszem, &#380;e nie chce otwiera&#263; puszek ze szpinakiem, bo nie lubi szpinaku, &#380;e miewa humory, &#380;e pewnego dnia przestaje si&#281; goli&#263; i straszy kol&#261;c&#261; szczecin&#261;, albo kiedy si&#281; goli i zadrapie, godzin&#281; b&#281;dzie si&#281; przegl&#261;da&#322; w lustrze, robi&#261;c miny, jakby by&#322; sam. Langner taki nie by&#322;. Jad&#322; wszystko, cho&#263; bez zapa&#322;u. Nie mia&#322; humor&#243;w, kiedy mia&#322; my&#263; naczynia, my&#322; je. Nie opowiada&#322; d&#322;ugo i szeroko o sobie i swoich pracach. Zapytany o co&#347;, odpowiada&#322;. Nie unika&#322; Pirxa. Nie narzuca&#322; mu si&#281;.

W&#322;a&#347;ciwie ta nijako&#347;&#263; mo&#380;e i zacz&#281;&#322;aby Pirxa dra&#380;ni&#263;, bo wra&#380;enie pierwszego wieczoru kiedy fizyk ustawiaj&#261;cy na p&#243;&#322;ce ksi&#261;&#380;ki wyda&#322; mu si&#281; wcieleniem skromnego bohaterstwa, a w&#322;a&#347;ciwie nie bohaterstwa, lecz godnej zazdro&#347;ci, po stoicku m&#281;&#380;nej postawy naukowej to wra&#380;enie znik&#322;o i Pirxowi wydawa&#322; si&#281; ten towarzysz przymusowy cz&#322;owiekiem szarym do znudzenia. Ale Langner mimo wszystko nie nudzi&#322; go ani dra&#380;ni&#322;, okaza&#322;o si&#281; bowiem, &#380;e on, Pirx, ma, na razie przynajmniej, i tak a&#380; nadto zaj&#281;cia. By&#322;o to zaj&#281;cie poch&#322;aniaj&#261;ce. Teraz kiedy zna&#322; Stacj&#281; i jej otoczenie, jeszcze raz wzi&#261;&#322; si&#281; do studiowania wszystkich dokument&#243;w.

Katastrofa zasz&#322;a w cztery miesi&#261;ce po uruchomieniu Stacji. Wbrew spodziewaniom nie nast&#261;pi&#322;a zreszt&#261; o &#347;wicie czy o zmierzchu, lecz w samo niemal ksi&#281;&#380;ycowe po&#322;udnie. Trzy czwarte przewieszonej p&#322;yty Orlego Skrzyd&#322;a run&#281;&#322;o bez jakichkolwiek zwiastun&#243;w. Widowisko to mia&#322;o naocznych &#347;wiadk&#243;w, w powi&#281;kszonej chwilowo do czterech os&#243;b za&#322;odze Stacji, kt&#243;ra oczekiwa&#322;a w&#322;a&#347;nie kolumny transporter&#243;w z zapasami.

P&#243;&#378;niejsze badania wykaza&#322;y, &#380;e wci&#281;cie w g&#322;&#261;b wielkiego filaru Or&#322;a rzeczywi&#347;cie naruszy&#322;o krystaliczny trzon ska&#322; i jego r&#243;wnowag&#281; tektoniczn&#261;. Anglicy zrzucili odpowiedzialno&#347;&#263; na Kanadyjczyk&#243;w, Kanadyjczycy na Anglik&#243;w, lojalno&#347;&#263; za&#347; partner&#243;w Wsp&#243;lnoty Brytyjskiej przejawia&#322;a si&#281; w tym, &#380;e ostrze&#380;enia profesora Animcewa obie strony konsekwentnie przemilcza&#322;y. Jakkolwiek rzecz si&#281; mia&#322;a, skutki by&#322;y tragiczne. Czterej ludzie stoj&#261;cy przed Stacj&#261;, oddalon&#261; w linii prostej od miejsca katastrofy o nieca&#322;&#261; mil&#281;, widzieli, jak o&#347;lepiaj&#261;ca &#347;ciana rozdwaja si&#281;, jak p&#281;ka na kawa&#322;y system klin&#243;w i mur&#243;w przeciwlawinowych, kt&#243;re &#347;ci&#281;&#322;y nast&#281;pne uderzenia; jak ta ca&#322;a masa p&#281;dz&#261;cych bry&#322; znosi drog&#281; wraz z podpieraj&#261;c&#261; j&#261; formacj&#261; i schodzi w dolin&#281;, kt&#243;ra przez trzydzie&#347;ci godzin by&#322;a morzem &#322;agodnie faluj&#261;cej bieli p&#281;dzony straszliwym impetem, zalew tej kurzawy osi&#261;gn&#261;&#322; w ci&#261;gu kilku minut przeciwleg&#322;&#261; &#347;cian&#281; krateru.

W zasi&#281;gu zniszczenia znalaz&#322;y si&#281; dwa transportery. Tego, kt&#243;ry zamyka&#322; kolumn&#281;, w og&#243;le nie uda&#322;o si&#281; znale&#378;&#263;. Szcz&#261;tki pogrzeba&#322;a dziesi&#281;ciometrowa warstwa rumowiska. Drugi pr&#243;bowa&#322; uciec. Znajdowa&#322; si&#281; ju&#380; poza nurtem lawiny, na g&#243;rnym ocala&#322;ym odcinku drogi, ale jedna ogromna bry&#322;a, przeskoczywszy zachowan&#261; resztk&#281; muru lawinowego, taranowa&#322;a go i zmiot&#322;a w trzystametrow&#261; przepa&#347;&#263;. Jego kierowca zdo&#322;a&#322; otworzy&#263; luk i wypad&#322; na tocz&#261;ce si&#281; piargi. On jeden prze&#380;y&#322; swych towarzyszy, zreszt&#261; o kilka zaledwie godzin. Ale tych kilka godzin sta&#322;o si&#281; piek&#322;em dla pozosta&#322;ych. &#211;w cz&#322;owiek, Francuz kanadyjski, nazwiskiem Roget, nie straci&#322; przytomno&#347;ci czy te&#380; odzyska&#322; j&#261; tu&#380; po katastrofie i z wn&#281;trza bia&#322;ej chmury, kt&#243;ra okry&#322;a ca&#322;e dno krateru, wzywa&#322; pomocy. Jego odbiornik radiowy by&#322; zepsuty, ale nadajnik dzia&#322;a&#322;. Niepodobna go by&#322;o odnale&#378;&#263;. Wskutek wielokrotnego za&#322;amywania fal, odbitych od g&#322;az&#243;w (a by&#322;y one wielko&#347;ci kamienic ludzie poruszali si&#281; w labiryncie wype&#322;nionym mlekiem kurzu jak w ruinach miasta), pr&#243;by pelengowania tylko wprowadza&#322;y w b&#322;&#261;d. Zawarto&#347;&#263; siarczk&#243;w &#380;elaza w skale czyni&#322;a radar bezu&#380;ytecznym. Po godzinie, gdy spod Bramy S&#322;onecznej zszed&#322; drugi kamieniospad, przerwano poszukiwania. Ta druga lawina by&#322;a niewielka, ale mog&#322;a wszak&#380;e zwiastowa&#263; nast&#281;pne obrywy. Czekano wi&#281;c, a g&#322;os Rogeta s&#322;ycha&#263; by&#322;o dalej, szczeg&#243;lnie dobrze na g&#243;rze, na samej Stacji; kamienny kocio&#322;, w kt&#243;rym tkwi&#322;, dzia&#322;a&#322; jak rodzaj wzwy&#380; wycelowanego reflektora. Po trzech godzinach przybyli Rosjanie z Cio&#322;kowskiego i wjechali w py&#322;ow&#261; chmur&#281; g&#261;sienic&#243;wkami, kt&#243;re stawa&#322;y d&#281;ba i grozi&#322;y wywr&#243;ceniem na ruchomym stoku: wskutek niewielkiej ci&#281;&#380;ko&#347;ci k&#261;t nachylenia p&#243;l piar&#380;ystych jest na Ksi&#281;&#380;ycu wi&#281;kszy ni&#380; na Ziemi. Tyraliery ratownik&#243;w, spieszone tam, gdzie i g&#261;sienic&#243;wki przej&#347;&#263; nie mog&#322;y, trzykrotnie przeczesa&#322;y ruchomy obszar osypiska.

Jeden z ratownik&#243;w wpad&#322; do szczeliny i tylko natychmiastowe przewiezienie na Cio&#322;kowskiego, z niezw&#322;oczn&#261; akcj&#261; lekarsk&#261;, uratowa&#322;o mu &#380;ycie.

I w&#243;wczas nie wycofano si&#281; z wn&#281;trza chmury, poniewa&#380; g&#322;os Rogeta, coraz s&#322;abszy, s&#322;yszeli wszyscy.

W pi&#281;&#263; minut po wypadku zamilk&#322;. &#379;y&#322; jeszcze. Wiedziano o tym. Ka&#380;dy skafander posiada&#322; bowiem, opr&#243;cz radia, s&#322;u&#380;&#261;cego do komunikacji g&#322;osem, miniaturowy automatyczny nadajnik, po&#322;&#261;czony z aparatem tlenowym. Ka&#380;dy wdech i wydech przekazywany falami elektromagnetycznymi rejestrowa&#322; na Stacji specjalny wska&#378;nik, rodzaj oka magicznego, jako miarowe rozszerzanie si&#281; i kurczenie zielono &#347;wiec&#261;cego motylka, i ten fosforyzuj&#261;cy ruch wskazywa&#322;, &#380;e nieprzytomny, konaj&#261;cy Roget wci&#261;&#380; jeszcze dyszy; pulsacja ta stawa&#322;a si&#281; coraz wolniejsza nikt nie m&#243;g&#322; wyj&#347;&#263; z radiostacji, st&#322;oczeni w niej ludzie bezsilnie czekali na &#347;mier&#263;.

Roget oddycha&#322; jeszcze dwie godziny. Potem zielony p&#322;omyk w oku magicznym zamigota&#322;, skurczy&#322; si&#281; i tak ju&#380; zosta&#322;. Pogruchotane cia&#322;o odnaleziono dopiero po trzydziestu godzinach, st&#281;&#380;a&#322;e na kamie&#324;, i pochowano je, tak okaleczone, &#380;e nie otwarto nawet skafandra, w tym na p&#243;&#322; zgniecionym pokrowcu metalicznym, jak w trumnie.

Potem wytyczono now&#261; drog&#281;, a w&#322;a&#347;ciwie t&#281; &#347;cie&#380;k&#281; skaln&#261;, kt&#243;r&#261; przyby&#322; na Stacj&#281; Pirx. Kanadyjczycy gotowali si&#281; porzuci&#263; Stacj&#281;, lecz ich uparci koledzy angielscy nie dawali za wygran&#261;.

Echo katastrofy obieg&#322;o ca&#322;&#261; Ziemi&#281; w licznych, nieraz ca&#322;kowicie sprzecznych wersjach, na koniec wrzawa ta ucich&#322;a. Tragedia sta&#322;a si&#281; cz&#281;&#347;ci&#261; kronik o zmaganiu z pustyniami Ksi&#281;&#380;yca. Na Stacji zmieniali si&#281; dy&#380;urni astrofizycy.

Tak min&#281;&#322;o sze&#347;&#263; ksi&#281;&#380;ycowych dni i nocy. 1 kiedy wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e to niedawno tak do&#347;wiadczone miejsce nie zrodzi ju&#380; &#380;adnej sensacji, raptem radio Mendelejewa nie odpowiedzia&#322;o ze &#347;witem na wezwanie Cio&#322;kowskiego.

I tym razem na ratunek, czy raczej na zwiad, wobec niezrozumia&#322;ego milczenia Stacji, wyruszy&#322;a ekipa z Cio&#322;kowskiego. Przyby&#322;a rakiet&#261;, kt&#243;ra wyl&#261;dowa&#322;a u st&#243;p wielkiego lawiniska pod Orlim Szczytem.

Do kopu&#322;y Stacji dotarli, kiedy ca&#322;y niemal krater wype&#322;nia&#322;a jeszcze nie rozwidniona &#380;adnym promieniem s&#322;onecznym ciemno&#347;&#263;. Tylko pod szczytem stalowy czerep iskrzy&#322; si&#281; w poziomym &#347;wietle. Klapa wyj&#347;ciowa by&#322;a szeroko otwarta. Pod ni&#261;, u st&#243;p drabinki, spoczywa&#322; Savage, w takiej pozie, jakby osun&#261;&#322; si&#281; z jej szczebli. Przyczyn&#261; zgonu by&#322;o uduszenie pancerne szk&#322;o jego he&#322;mu p&#281;k&#322;o.

P&#243;&#378;niej wykryto na wewn&#281;trznej powierzchni jego r&#281;kawic nik&#322;e &#347;lady skalnego py&#322;u, jakby wraca&#322; ze wspinaczki. Ale &#347;lady te mog&#322;y pochodzi&#263; sprzed jakiego&#347; czasu. Drugiego Kanadyjczyka, Challiersa, znaleziono dopiero po systematycznym przepatrzeniu wszystkich okolicznych &#380;leb&#243;w i rynien. Ratownicy, spu&#347;ciwszy si&#281; na trzystumetrowych linach, wydobyli jego cia&#322;o z dna przepa&#347;ci pod Bram&#261; S&#322;oneczn&#261;. Spoczywa&#322;o o kilkadziesi&#261;t zaledwie krok&#243;w od miejsca, w kt&#243;rym zgin&#261;&#322; i pochowany zosta&#322; Roget.

Pr&#243;by odtworzenia wypadk&#243;w wygl&#261;da&#322;y zrazu beznadziejnie. Nikt nie umia&#322; wysun&#261;&#263; prawdopodobnie brzmi&#261;cej hipotezy. Na miejsce przyby&#322;a mieszana komisja angielsko kanadyjska. Zegarek Challiersa stan&#261;&#322; na godzinie dwunastej, ale nie wiadomo by&#322;o, czy strzaska&#322; si&#281; o p&#243;&#322;nocy, czy w po&#322;udnie. Zegarek Savagea stan&#261;&#322; na drugiej. Dok&#322;adne badania (a badano tak dok&#322;adnie, jak na to pozwala&#322;y ludzkie mo&#380;liwo&#347;ci) stwierdzi&#322;y, &#380;e spr&#281;&#380;yna rozkr&#281;ci&#322;a si&#281; do ko&#324;ca. A zatem zegarek Savagea nie stan&#261;&#322; zapewne w chwili jego &#347;mierci, lecz szed&#322; jeszcze jaki&#347; czas po niej.

We wn&#281;trzu Stacji panowa&#322; zwyk&#322;y &#322;ad. Ksi&#261;&#380;ka stacyjna, do kt&#243;rej zapisywano wszelkie istotne wydarzenia, nie zawiera&#322;a niczego, co mog&#322;oby rzuci&#263; na wypadki cho&#263; odrobin&#281; &#347;wiat&#322;a. Pirx przestudiowa&#322; j&#261; zapis po zapisie. By&#322;y lakoniczne. O tej a tej godzinie dokonano pomiar&#243;w astrograficznych, na&#347;wietlono tyle a tyle p&#322;yt w takich to warunkach, przeprowadzono nast&#281;puj&#261;ce obserwacje w&#347;r&#243;d tych stereotypowych notatek &#380;adna nie odnosi&#322;a si&#281;, cho&#263;by po&#347;rednio, do tego, co zasz&#322;o na Stacji podczas ostatniej ksi&#281;&#380;ycowej nocy Challiersa i Savagea:

We wn&#281;trzu Stacji panowa&#322; nie tylko &#322;ad : wszystko w niej &#347;wiadczy&#322;o o tym, &#380;e &#347;mier&#263; zaskoczy&#322;a mieszka&#324;c&#243;w w spos&#243;b nag&#322;y. Znaleziono otwart&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;, na kt&#243;rej marginesie Challiers robi&#322; notatki ; le&#380;a&#322;a przyci&#347;ni&#281;ta drug&#261;, aby si&#281; kartki nie zamkn&#281;&#322;y, pod &#347;wiec&#261;c&#261; wci&#261;&#380; lamp&#261; elektryczn&#261;. Obok le&#380;a&#322;a fajka, kt&#243;ra przechyli&#322;a si&#281;, i wypadaj&#261;cy z niej &#380;u&#380;elek osmali&#322; lekko plastykowy blat sto&#322;u A zn&#243;w Savage gotowa&#322; wtedy kolacj&#281;. W kuchence otwarte by&#322;y puszki konserw, w misce rozmieszana z mlekiem papka omletowa, uchylone drzwi lod&#243;wki, rozstawione na bia&#322;ym stoliku dwa talerze, dwie pary sztu&#263;c&#243;w, nakrojony, sczerstwia&#322;y chleb

Wi&#281;c jeden z nich porzuci&#322; lektur&#281;, od&#322;o&#380;y&#322; pal&#261;c&#261; si&#281; fajk&#281;, tak jak to si&#281; robi, gdy kto&#347; chce opu&#347;ci&#263; pok&#243;j na kilka minut i zaraz wr&#243;ci&#263;. A drugi odszed&#322; od kuchennych przygotowa&#324;, od patelni z roztopionym t&#322;uszczem, nie zatrzasn&#261;wszy nawet drzwi lod&#243;wki.

Na&#322;o&#380;yli skafandry i wyszli, w noc. R&#243;wnocze&#347;nie? Czy jeden po drugim? Po co? Dok&#261;d?

Ich pobyt na Stacji trwa&#322; ju&#380; dwa tygodnie. Doskonale znali jej otoczenie. Zreszt&#261;, noc mia&#322;a si&#281; ku ko&#324;cowi. Za kilkana&#347;cie godzin mia&#322;o wzej&#347;&#263; s&#322;o&#324;ce. Czemu nie zaczekali na wsch&#243;d; skoro obaj czy jeden z nich chcia&#322; schodzi&#263; na dno krateru? O tym, &#380;e taki by&#322; jak gdyby zamiar Challiersa, &#347;wiadczy&#322;o miejsce, w kt&#243;rym go znaleziono. Wiedzia&#322;, jak i Savage, &#380;e zapuszczenie si&#281; na p&#322;yt&#281; skaln&#261; pod S&#322;oneczn&#261; Bram&#261;, gdzie droga urywa si&#281; nagle, jest szale&#324;stwem. &#321;agodna jej pochy&#322;o&#347;&#263; przechodzi&#322;a tu w stok coraz ostrzejszy, jakby zapraszaj&#261;c do zej&#347;cia w d&#243;&#322;, ale kilkadziesi&#261;t krok&#243;w ni&#380;ej zia&#322;y ju&#380; utworzone katastrof&#261; zerwy. Nowa droga omija&#322;a to miejsce, sz&#322;a prosto dalej, wzd&#322;u&#380; linii aluminiowych pr&#281;t&#243;w. Wiedzia&#322; o tym ka&#380;dy, kto cho&#263; raz by&#322; na Stacji. I oto jeden ze sta&#322;ych jej pracownik&#243;w poszed&#322; w&#322;a&#347;nie tam, zacz&#261;&#322; zst&#281;powa&#263; po taflach id&#261;cych w otch&#322;a&#324;, dlaczego? &#379;eby si&#281; zabi&#263;?

Czy kto&#347;, kto chce pope&#322;ni&#263; samob&#243;jstwo, wstaje od ciekawej lektury, zostawia roz&#322;o&#380;on&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;, odk&#322;ada pal&#261;c&#261; si&#281; fajk&#281; i idzie na spotkanie &#347;mierci?

A Savage? W jakich okoliczno&#347;ciach p&#281;k&#322;o szk&#322;o jego he&#322;mu? Czy dopiero wychodzi&#322; ze Stacji, czy te&#380; do niej wraca&#322;? Chcia&#322; szuka&#263; Challiersa, kt&#243;ry nie wraca&#322;? Ale dlaczego nie poszed&#322; z nim razem? A je&#380;eli poszed&#322;, to jak m&#243;g&#322; pozwoli&#263; mu zej&#347;&#263; ku przepa&#347;ci?

Tyle by&#322;o pyta&#324; bez odpowiedzi.

Jedyna rzecz, wyra&#378;nie znajduj&#261;ca si&#281; nie na swoim miejscu, to by&#322;a paczka klisz fotograficznych, s&#322;u&#380;&#261;cych do utrwalania kosmicznych promieni. Le&#380;a&#322;a w kuchni, na bia&#322;ym stoliku, obok czystych, pustych talerzy.

Komisja dosz&#322;a do nast&#281;puj&#261;cego wniosku. W tym dniu pe&#322;ni&#322; dy&#380;ur Challiers. Zag&#322;&#281;biony w lekturze, w pewnym momencie spostrzeg&#322;, &#380;e dochodzi jedenasta.

O tej porze powinien by&#322; wymieni&#263; na&#347;wietlone klisze nowymi. Klisze poddawano na&#347;wietlaniu poza obr&#281;bem Stacji. Jakie&#347; sto krok&#243;w w g&#243;r&#281; zbocza znajdowa&#322;a si&#281; wykuta w skale studzienka, niezbyt g&#322;&#281;boka, o &#347;cianach pokrytych o&#322;owiem, aby klisze trafiane by&#322;y wy&#322;&#261;cznie promieniami, biegn&#261;cymi z zenitu. To by&#322; jeden z przestrzeganych warunk&#243;w &#243;wczesnych prac. Challiers wsta&#322; zatem, od&#322;o&#380;y&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; i fajk&#281;, wzi&#261;&#322; now&#261; paczk&#281; klisz, w&#322;o&#380;y&#322; skafander, opu&#347;ci&#322; Stacj&#281; przez komor&#281; ci&#347;nieniow&#261;, uda&#322; si&#281; do studzienki, wszed&#322; do niej po wpuszczonych w cembrowinie szczeblach, zmieni&#322; klisze i zabrawszy na&#347;wietlone, wraca&#322;.

Wracaj&#261;c, zboczy&#322; z drogi. Nie zepsu&#322; mu si&#281; aparat tlenowy, wi&#281;c nie zam&#261;ci&#322;a mu przytomno&#347;ci anoksja, brak tlenu. Tyle co si&#281; da&#322;o stwierdzi&#263;, gdy badano strzaskany skafander po wydobyciu go z dna przepa&#347;ci.

Cz&#322;onkowie komisji doszli do przekonania, &#380;e Challiers musia&#322; ulec nag&#322;emu zamroczeniu, w przeciwnym razie nie zmyli&#322;by drogi. Zna&#322; j&#261; zbyt dobrze. Mo&#380;e zas&#322;ab&#322; chwilowo i omdla&#322;, mo&#380;e uleg&#322; zawrotowi g&#322;owy, straci&#322; orientacj&#281; do&#347;&#263;, &#380;e posuwa&#322; si&#281; naprz&#243;d s&#261;dz&#261;c, &#380;e wraca, gdy w rzeczywisto&#347;ci kierowa&#322; si&#281; prosto w oczekuj&#261;c&#261; go sto metr&#243;w dalej otch&#322;a&#324;.

Savage, nie mog&#261;c doczeka&#263; si&#281; jego powrotu, zaniepokojony, porzuci&#322; kolacyjne przygotowania, usi&#322;owa&#322; nawi&#261;za&#263; z nim &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiow&#261; (stacja radiowa by&#322;a w&#322;&#261;czona na ultrakr&#243;tkim zakresie fal &#322;&#261;czno&#347;ci lokalnej ; mog&#322;a zosta&#263; naturalnie w&#322;&#261;czona wcze&#347;niej, gdy kto&#347; z dy&#380;uruj&#261;cych usi&#322;owa&#322; pomimo zak&#322;&#243;ce&#324; nawi&#261;za&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z Cio&#322;kowskim, ale po pierwsze radio Cio&#322;kowskiego nie odebra&#322;o &#380;adnych sygna&#322;&#243;w, nawet zniekszta&#322;conych do niezrozumia&#322;o&#347;ci, po drugie za&#347; taka mo&#380;liwo&#347;&#263; by&#322;a ma&#322;o prawdopodobna i z tego powodu, &#380;e tak Savage, jak i Challiers doskonale pojmowali daremno&#347;&#263; pr&#243;b skomunikowania si&#281; w porze w&#322;a&#347;nie najwi&#281;kszych zak&#322;&#243;ce&#324;, przy nadchodz&#261;cym &#347;wicie), a gdy to si&#281; nie powiod&#322;o, bo Challiers w tym czasie ju&#380; nie &#380;y&#322;, Savage w&#322;o&#380;ywszy skafander wybieg&#322; w ciemno&#347;&#263; i pocz&#261;&#322; szuka&#263; towarzysza.

By&#263; mo&#380;e, wskutek zdenerwowania milczeniem Challiersa i niepoj&#281;tym jego tak nag&#322;ym znikni&#281;ciem, zmyli&#322; drog&#281;, albo raczej gdy&#380; on by&#322; z nich dw&#243;ch bardziej wprawnym i do&#347;wiadczonym g&#243;ro&#322;azem usi&#322;uj&#261;c systematycznie przeszuka&#263; pobli&#380;e Stacji, niepotrzebnie i nadmiernie ryzykowa&#322; do&#347;&#263; na tym, &#380;e w trakcie tych poszukiwa&#324; karko&#322;omnych upad&#322;, strzaskawszy szk&#322;o he&#322;mu. Mia&#322; jeszcze do&#347;&#263; si&#322;, aby, zaciskaj&#261;c r&#281;k&#261; powsta&#322;y otw&#243;r, dobiec do Stacji i wspi&#261;&#263; si&#281; ku klapie. Ale nim zamkn&#261;&#322; j&#261;, nim wpu&#347;ci&#322; do komory powietrze, ostatek tlenu uciek&#322; i Savage run&#261;&#322; z ostatniego szczebla drabinki w omdlenie, kt&#243;re nast&#281;pne sekundy obr&#243;ci&#322;y w &#347;mier&#263;.

To wyja&#347;nienie podw&#243;jnej tragedii nie przemawia&#322;o Pirxowi do przekonania. Zapozna&#322; si&#281; dok&#322;adnie z charakterystyk&#261; obu Kanadyjczyk&#243;w. Szczeg&#243;ln&#261; uwag&#281; po&#347;wi&#281;ci&#322; przy tym Challiersowi, gdy&#380; to on mia&#322; by&#263; mimowolnym sprawc&#261; &#347;mierci w&#322;asnej i swego towarzysza. Challiers mia&#322; trzydzie&#347;ci pi&#281;&#263; lat. By&#322; znanym astrofizykiem, ale i wprawnym alpinist&#261;. Cieszy&#322; si&#281; doskona&#322;ym zdrowiem, nie chorowa&#322;; nie zna&#322; zawrot&#243;w g&#322;owy przedtem pracowa&#322; na ziemskiej p&#243;&#322;kuli Ksi&#281;&#380;yca, gdzie sta&#322; si&#281; jednym z za&#322;o&#380;ycieli klubu gimnastyki akrobacyjnej, tej osobliwej dyscypliny, kt&#243;rej adepci potrafi&#261; wykona&#263; dziesi&#281;&#263; salt z jednego odbicia przed pewnym l&#261;dowaniem na ugi&#281;tych nogach albo utrzyma&#263; na swych barkach piramid&#281; dwudziestu pi&#281;ciu ludzi !

I ten Challiers mia&#322; nagle bez &#380;adnej przyczyny zas&#322;abn&#261;&#263; czy dosta&#263; rozstroju jakiego&#347;, sto krok&#243;w od Stacji, i nie potrafi&#322;by, nawet gdyby mu si&#281; co&#347; takiego przytrafi&#322;o, zej&#347;&#263; ku niej szerokim zboczem, lecz poszed&#322;by pod prostym k&#261;tem, w fa&#322;szywym kierunku, przy czym musia&#322;, przed dotarciem na ocala&#322;&#261; cz&#281;&#347;&#263; drogi, pokona&#263; w mrokach to wzg&#243;rze g&#322;az&#243;w, kt&#243;re ci&#261;gn&#281;&#322;o si&#281; na ty&#322;ach Stacji w&#322;a&#347;nie w tym miejscu?

I by&#322; jeszcze drugi szczeg&#243;&#322;, kt&#243;ry wed&#322;ug Pirxa (ale nie tylko wed&#322;ug niego) zdawa&#322; si&#281;, ju&#380; bezpo&#347;rednio, przeczy&#263; wersji przyj&#281;tej w oficjalnym protokole.

Na Stacji panowa&#322; &#322;ad. Ale znaleziono jedn&#261; rzecz nie na miejscu: ow&#261; paczk&#281; klisz na stole kuchennym.

Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Challiers wyszed&#322;, aby zmieni&#263; klisze. &#379;e zmieni&#322; je. &#379;e wcale nie poszed&#322; ku przepa&#347;ci, nie dar&#322; si&#281; ku niej przez wa&#322; piarg&#243;w, lecz najzwyczajniej wr&#243;ci&#322; do wn&#281;trza Stacji. &#346;wiadczy&#322;y o tym klisze. Po&#322;o&#380;y&#322; je na stole kuchennym.

Dlaczego tam?

I gdzie by&#322; wtedy Savage?

Na&#347;wietlone klisze, le&#380;&#261;ce w kuchni orzek&#322;a komisja musia&#322;y pochodzi&#263; z ekspozycji poprzedniej, porannej. Jeden z naukowc&#243;w po&#322;o&#380;y&#322; je na stole przypadkiem. Jednak&#380;e &#380;adnych klisz przy ciele Challiersa nie znaleziono.

Komisja uzna&#322;a, &#380;e paczka klisz mog&#322;a wysun&#261;&#263; si&#281; z kieszeni skafandra czy z r&#261;k padaj&#261;cego w przepa&#347;&#263; i znikn&#261;&#263; w jednej z tysi&#281;cznych szczelin skalnego rumowiska. Pirxowi wygl&#261;da&#322;o to na naci&#261;ganie fakt&#243;w do przyj&#281;tej hipotezy.

Schowa&#322; protoko&#322;y do szuflady. Nie musia&#322; do nich ju&#380; zagl&#261;da&#263;. Zna&#322; je na pami&#281;&#263;. Powiedzia&#322; sobie wtedy, a w&#322;a&#347;ciwie nie wyrazi&#322; tej my&#347;li s&#322;owami, bo by&#322;a niewzruszon&#261; pewno&#347;ci&#261; &#380;e rozwi&#261;zanie tajemnicy nie kry&#322;o si&#281; w psychice obu Kanadyjczyk&#243;w. To znaczy, &#380;e nie by&#322;o &#380;adnego omdlenia, zas&#322;abni&#281;cia, zamroczenia przyczyna tragedii by&#322;a inna. Kry&#322;a si&#281; w samej Stacji albo na zewn&#261;trz niej. Zacz&#261;&#322; od badania Stacji. Nie szuka&#322; &#380;adnych &#347;lad&#243;w : chcia&#322; tylko dok&#322;adnie pozna&#263; wszystkie szczeg&#243;&#322;y urz&#261;dze&#324;. Spieszy&#263; si&#281; nie musia&#322;, czasu by&#322;o do&#347;&#263;. Najpierw obejrza&#322; komor&#281; ci&#347;nieniow&#261;. Kredowy kontur wci&#261;&#380; jeszcze widnia&#322; u st&#243;p drabinki. Pirx zacz&#261;&#322; od drzwi wewn&#281;trznych. Jak zwykle w ma&#322;ych komorach tego typu urz&#261;dzenie pozwala&#322;o otworzy&#263; albo drzwi, albo klap&#281; g&#243;rnego w&#322;azu. Przy otwartej klapie drzwi nie mo&#380;na by&#322;o odemkn&#261;&#263;. Wyklucza&#322;o to nieszcz&#281;&#347;liwe wypadki, spowodowane na przyk&#322;ad tym, &#380;e kto&#347; otwiera klap&#281;, gdy r&#243;wnocze&#347;nie kto&#347; inny odmyka drzwi. Wprawdzie otwiera&#322;y si&#281; do &#347;rodka i panuj&#261;ce wewn&#261;trz Stacji ci&#347;nienie samo zatrzasn&#281;&#322;oby je z si&#322;&#261; niemal osiemnastu ton, ale mi&#281;dzy skrzyd&#322;em drzwi i framug&#261; mog&#322;a si&#281; znale&#378;&#263; na przyk&#322;ad czyja&#347; r&#281;ka albo twardy jaki&#347; przedmiot czy narz&#281;dzie wtedy nast&#261;pi&#322;aby wybuchowa ucieczka powietrza w pr&#243;&#380;ni&#281;. Z klap&#261; sprawa by&#322;a o tyle bardziej skomplikowana, &#380;e jej po&#322;o&#380;enie sygnalizowa&#322; centralny aparat rozrz&#261;dczy, mieszcz&#261;cy si&#281; w radiostacji. Przy otwarciu klapy zapala&#322; si&#281; na jego pulpicie czerwony wska&#378;nik. R&#243;wnocze&#347;nie w&#322;&#261;cza&#322; si&#281; samoczynnie odbiornik zielonego sygna&#322;u. By&#322;o to szklane oko w niklowym pier&#347;cieniu, umieszczone w centrum r&#243;wnie&#380; w oszklonej tarczy lokatora. Wachlowanie motylka w oku powiadamia&#322;o, &#380;e znajduj&#261;cy si&#281; na zewn&#261;trz Stacji cz&#322;owiek oddycha normalnie; ponadto &#347;wiec&#261;ca smu&#380;ka na tarczy lokatora, pokalibrowanej w segmenty, wskazywa&#322;a, gdzie ten cz&#322;owiek si&#281; znajdowa&#322;.

Owa &#347;wiec&#261;ca smu&#380;ka wirowa&#322;a zgodnie z obrotami umieszczonej na kopule anteny radarowej i ukazywa&#322;a, pod postaci&#261; fosforycznie m&#380;&#261;cych kontur&#243;w, pobli&#380;e Stacji.

W &#347;lad za biegn&#261;cym jak wskaz&#243;wka zegarowa promieniem, ekran wype&#322;nia charakterystyczna po&#347;wiata, powstaj&#261;ca przez odbicie fal radarowych od wszelkich materialnych obiekt&#243;w a odziane w metaliczny skafander cia&#322;o cz&#322;owieka przedstawia&#322;o si&#281; jako rozb&#322;ysk szczeg&#243;lnej si&#322;y. Obserwuj&#261;c ow&#261; szmaragdow&#261;, wyd&#322;u&#380;on&#261; plamk&#281;, mo&#380;na te&#380; by&#322;o dostrzec jej ruchy gdy&#380; porusza&#322;a si&#281; po s&#322;abiej &#347;wiec&#261;cym tle i tym samym kontrolowa&#263; tempo i kierunek, w jakim si&#281; cz&#322;owiek na zewn&#261;trz Stacji posuwa&#322;. G&#243;rna cz&#281;&#347;&#263; ekranu odpowiada&#322;a terenom pod szczytem p&#243;&#322;nocnym, gdzie znajdowa&#322;a si&#281; studzienka badawcza; dolna po&#322;owa, oznaczaj&#261;ca po&#322;udnie, wi&#281;c stref&#281; podczas nocy zakazan&#261;, by&#322;a drog&#261; ku przepa&#347;ciom.

Mechanizmy oddychaj&#261;cego motylka i lokacji radarowej by&#322;y od siebie niezale&#380;ne. Oko uruchamia&#322; nadajnik po&#322;&#261;czony z zaworami tlenowymi skafandra, pracuj&#261;cy na cz&#281;stotliwo&#347;ci bliskiej podczerwieni, a promie&#324; lokatora p&#243;&#322;centymetrowe fale radiowe.

Aparatura posiada&#322;a jeden lokator i jedno oko, poniewa&#380; instrukcja przewidywa&#322;a, &#380;e tylko jeden cz&#322;owiek mo&#380;e znajdowa&#263; si&#281; na zewn&#261;trz Stacji. Drugi, wewn&#261;trz niej, &#347;ledzi&#322; jego stan; w razie wypadku obowi&#261;zany by&#322; oczywi&#347;cie natychmiast pospieszy&#263; mu z pomoc&#261;.

W praktyce, przy wycieczce tak niewinnej i kr&#243;tkiej, jak&#261; by&#322;a wymiana klisz w studzience, ten, kt&#243;ry zostawa&#322;, m&#243;g&#322;, otwar&#322;szy dwoje drzwi kuchenki i radiostacji obserwowa&#263; wska&#378;niki, nie przerywaj&#261;c kucharzenia. Mo&#380;na by&#322;o te&#380; utrzymywa&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; g&#322;osow&#261;, bo przybli&#380;anie si&#281; terminatora, linii granicznej dnia i nocy, oznajmia&#322;y ulewy trzask&#243;w, praktycznie uniemo&#380;liwiaj&#261;cych rozmow&#281;.

Pirx bada&#322; sumiennie gr&#281; sygna&#322;&#243;w. Przy otwarciu klapy czerwona lampka zapala&#322;a si&#281; na pulpicie. Seledynowy wska&#378;nik ja&#347;nia&#322;, lecz by&#322; nieruchomy, a jego skrzyde&#322;ka stulone do martwych nitek, gdy&#380; brakowa&#322;o zewn&#281;trznych sygna&#322;&#243;w, kt&#243;re by je rozpostar&#322;y. Promyk lokatora kr&#261;&#380;y&#322; miarowo po jego tarczy, wywo&#322;uj&#261;c na niej kszta&#322;t skamienia&#322;ych duch&#243;w nieruchome sylwety skalnego otoczenia. Nie rozb&#322;yskiwa&#322; w &#380;adnym miejscu swego obiegu, czym potwierdza&#322; doniesienie oddechowego wska&#378;nika, &#380;e &#380;adnego skafandra w promieniu jego dzia&#322;ania na zewn&#261;trz Stacji nie ma.

Pirx obserwowa&#322; te&#380;, naturalnie, zachowanie aparatury, kiedy Langner wychodzi&#322; zmienia&#263; klisze.

Czerwona lampka zapala&#322;a si&#281; i prawie natychmiast gas&#322;a; gdy ju&#380; z zewn&#261;trz zamyka&#322; klap&#281;. Zielony motylek zaczyna&#322; miarowo pulsowa&#263;. Pulsowanie to przyspiesza&#322;o nieznacznie po kilku minutach, bo Langner szed&#322; w g&#243;r&#281; stoku do&#347;&#263; szybko nic dziwnego, &#380;e oddech jego przyspiesza&#322;. Jasny b&#322;ysk jego skafandra widnia&#322; na ekranie znacznie d&#322;u&#380;ej od gasn&#261;cych zaraz po przej&#347;ciu promienia wodz&#261;cego kontur&#243;w ska&#322;. Potem motylek nagle kurczy&#322; si&#281; i zamyka&#322;, ekran za&#347; stawa&#322; si&#281; pusty rozb&#322;ysk skafandra nik&#322;. To by&#322;o wtedy, gdy Langner wchodzi&#322; do studzienki. Jej wy&#322;o&#380;one o&#322;owiem &#347;ciany odcina&#322;y strumie&#324; sygna&#322;&#243;w. R&#243;wnocze&#347;nie na g&#322;&#243;wnym pulpicie zapala&#322; si&#281; purpurowy Alarm, a obraz widziany w lokatorze zmienia&#322; si&#281;. Antena radaru, wiruj&#261;c wci&#261;&#380; tym samym ruchem, zmniejsza&#322;a swe nachylenie, aby kolejno przeczesywa&#263; coraz to dalsze segmenty terenu. To dzia&#322;o si&#281;, poniewa&#380; aparatura nie wiedzia&#322;a, co si&#281; sta&#322;o: cz&#322;owiek nagle znik&#322; z zasi&#281;gu jej elektromagnetycznej w&#322;adzy. Po trzech, czterech minutach motylek zaczyna&#322; zn&#243;w wachlowa&#263;, radar odnajdowa&#322; zaginionego, oba niezale&#380;ne uk&#322;ady rejestrowa&#322;y jego ponown&#261; obecno&#347;&#263;. Langner, opu&#347;ciwszy studzienk&#281;, wraca&#322;. Alarm p&#322;on&#261;&#322; jednak dalej trzeba go by&#322;o dopiero wy&#322;&#261;czy&#263;. Gdyby si&#281; tego nie zrobi&#322;o, czasowy wy&#322;&#261;cznik czyni&#322; to sam po dwu godzinach. &#379;eby, w przypadku zapomnienia, aparatura niepotrzebnie nie poch&#322;ania&#322;a zbyt wiele pr&#261;du. Bo podczas nocy czerpali go tylko z akumulator&#243;w. W dzie&#324; &#322;adowa&#322;o je S&#322;o&#324;ce. Zorientowawszy si&#281; w dzia&#322;aniu tych urz&#261;dze&#324;, Pirx uzna&#322;, &#380;e nie jest specjalnie skomplikowane. Langner do jego eksperyment&#243;w si&#281; nie wtr&#261;ca&#322;. Uwa&#380;a&#322;, &#380;e wypadek Kanadyjczyk&#243;w mia&#322; przebieg podobny do przedstawionego w protoko&#322;ach Komisji, poza tym s&#261;dzi&#322;, &#380;e wypadki musz&#261; si&#281; zdarza&#263;.

Te klisze? odpar&#322; na zarzut Pirxa. Te klisze nie maj&#261; &#380;adnego znaczenia. Cz&#322;owiek nie takie rzeczy robi w zdenerwowaniu. Logika opuszcza nas du&#380;o wcze&#347;niej ni&#380; &#380;ycie. Wtedy ka&#380;dy zaczyna post&#281;powa&#263; bezsensownie Pirx zrezygnowa&#322; z dalszej dyskusji.

Ko&#324;czy&#322; si&#281; drugi tydzie&#324; ksi&#281;&#380;ycowej nocy. Pirx po wszystkich badaniach wiedzia&#322; tyle, co na pocz&#261;tku. Mo&#380;e naprawd&#281; tragiczny wypadek mia&#322; zosta&#263; nie wyja&#347;niony na zawsze? Mo&#380;e by&#322; jednym ze zdarze&#324; trafiaj&#261;cych si&#281; raz na milion kt&#243;rych zrekonstruowa&#263; niepodobna? Wci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; z wolna do wsp&#243;&#322;pracy z Langnerem. Co&#347; w ko&#324;cu trzeba by&#322;o robi&#263;, zape&#322;ni&#263; czym&#347; d&#322;ugie godziny. Nauczy&#322; si&#281; pos&#322;ugiwania du&#380;ym astrografem (a wi&#281;c jednak by&#322;a to zwyk&#322;a praktyka wakacyjna), potem zaci&#261;&#322; chodzi&#263; na zmian&#281; z towarzyszem do studzienki, w kt&#243;rej poddawano klisze wielogodzinnej ekspozycji.

Zbli&#380;a&#322; si&#281; oczekiwany z niecierpliwo&#347;ci&#261; &#347;wit. Spragniony wiadomo&#347;ci ze &#347;wiata, Pirx manipulowa&#322; przy radiostacji, lecz wydoby&#322; z g&#322;o&#347;nika tylko zwiastuj&#261;ce niedaleki wsch&#243;d s&#322;o&#324;ca burze trzask&#243;w i gwizd&#243;w. Potem by&#322;o &#347;niadanie, po &#347;niadaniu wywo&#322;ywanie p&#322;yt, nad jedn&#261; Langner &#347;l&#281;cza&#322; d&#322;ugo, bo znalaz&#322; wspania&#322;y &#347;lad jakiego&#347; rozpadu mezonowego, Pirxa nawet przywo&#322;a&#322; do mikroskopu, ale ten okaza&#322; si&#281; oboj&#281;tny na uroki przemian j&#261;drowych. Potem by&#322; obiad, godzina przy astrografach, wizualne obserwacje gwiezdnego nieba, zbli&#380;a&#322;a si&#281; pora kolacji. Langner krz&#261;ta&#322; si&#281; ju&#380; w kuchni, gdy Pirx to by&#322; jego dzie&#324; wetkn&#261;&#322; w przej&#347;ciu g&#322;ow&#281; przez drzwi i powiedzia&#322;, &#380;e wychodzi. Langner, zaj&#281;ty odczytywaniem skomplikowanej receptury na pude&#322;ku z proszkiem omletowym, mrukn&#261;&#322; mu, &#380;eby si&#281; spieszy&#322;. Omlety b&#281;d&#261; za dziesi&#281;&#263; minut.

Wi&#281;c Pirx, z paczk&#261; klisz w gar&#347;ci, ju&#380; w skafandrze, sprawdziwszy, czy &#347;ci&#261;gacze dobrze dociskaj&#261; he&#322;m do obsady ko&#322;nierzykowej, otworzy&#322; na o&#347;cie&#380; oboje drzwi kuchenne i z radiostacji wszed&#322; do komory, zatrzasn&#261;&#322; drzwi hermetyczne, otworzy&#322; klap&#281;, wylaz&#322; na wierzch, ale jej nie zamkn&#261;&#322; w&#322;a&#347;nie, &#380;eby szybciej wr&#243;ci&#263;. Langner i tak nie wybiera si&#281; na zewn&#261;trz, wi&#281;c w takim post&#281;powaniu nie by&#322;o nic z&#322;ego.

Ogarn&#281;&#322;a go ta sama ciemno&#347;&#263;, kt&#243;ra jest w&#347;r&#243;d gwiazd. Ziemska nie dor&#243;wnuje jej, bo atmosfera zawsze &#347;wieci s&#322;abym, pobudzonym promieniowaniem tlenu. Widzia&#322; gwiazdy i tylko po tym, jak tu i &#243;wdzie urywa&#322;y si&#281; wzory znacznych konstelacji, po tej czerni bezgwiezdnej poznawa&#322; dookoln&#261; obecno&#347;&#263; ska&#322;. Za&#347;wieci&#322; reflektor czo&#322;owy i z miarowo ko&#322;ysz&#261;c&#261; si&#281; przed sob&#261; blad&#261; plam&#261; jasno&#347;ci dotar&#322; do studni. Prze&#322;o&#380;y&#322; nogi w ci&#281;&#380;kich butach przez cembrowin&#281; (do ksi&#281;&#380;ycowej lekko&#347;ci szybko si&#281; przywyka, trudniej do prawdziwego ci&#281;&#380;aru po powrocie na Ziemi&#281;), zmaca&#322; na o&#347;lep pierwszy szczebel, zlaz&#322; na d&#243;&#322; i zabra&#322; si&#281; do zmieniania klisz. Gdy kucn&#261;&#322; i pochyli&#322; si&#281; nad stojakami, &#347;wiat&#322;o jego reflektora zamruga&#322;o i zgas&#322;o. Poruszy&#322; si&#281;, tr&#261;ci&#322; r&#281;k&#261; he&#322;m zap&#322;on&#281;&#322;o na powr&#243;t. A wi&#281;c &#380;ar&#243;wka by&#322;a ca&#322;a, tylko nie kontaktowa&#322;a dobrze. Zacz&#261;&#322; zbiera&#263; na&#347;wietlone p&#322;yty reflektor b&#322;ysn&#261;&#322; par&#281; razy i znowu zgas&#322;. Pirx &#347;l&#281;cza&#322; kilka sekund w absolutnej ciemno&#347;ci, niepewny, co pocz&#261;&#263;. Droga powrotna nie stanowi&#322;a problemu zna&#322; j&#261; na pami&#281;&#263;, a poza tym na szczycie Stacji p&#322;on&#281;&#322;y dwa &#347;wiate&#322;ka, zielone i niebieskie. Ale m&#243;g&#322; po omacku pot&#322;uc klisze. Raz jeszcze uderzy&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w he&#322;m reflektor zaja&#347;nia&#322;. Szybko zanotowa&#322; temperatur&#281;, wetkn&#261;&#322; na&#347;wietlone klisze do kaset, przy wk&#322;adaniu kaset do futera&#322;u przekl&#281;ty reflektor zn&#243;w zgas&#322;. Musia&#322; od&#322;o&#380;y&#263; klisze, &#380;eby kilkakrotnym uderzeniem w he&#322;m zapali&#263; go na powr&#243;t. Zauwa&#380;y&#322;, &#380;e kiedy jest wyprostowany, reflektor p&#322;onie, a kiedy si&#281; nachyla ga&#347;nie. Musia&#322; wi&#281;c pracowa&#263; w bardzo nienaturalnej pozycji. Nareszcie &#347;wiat&#322;o wysiad&#322;o ju&#380; na dobre i &#380;adne uderzenia nie pomaga&#322;y. Teraz ju&#380; o wracaniu na Stacj&#281;, gdy mia&#322; wok&#243;&#322; siebie porozk&#322;adane klisze, nie by&#322;o mowy. Opar&#322; si&#281; plecami o najwy&#380;szy szczebel, odkr&#281;ci&#322; zewn&#281;trzn&#261; pokryw&#281;, wt&#322;oczy&#322; rt&#281;ciowy palnik mocniej w obsad&#281; i za&#322;o&#380;y&#322; pokryw&#281; z powrotem. &#346;wiat&#322;o ju&#380; mia&#322;, ale, jak to czasem bywa, gwint nie chcia&#322; chwyci&#263;. Pirx pr&#243;bowa&#322; i tak, i owak nareszcie, zniecierpliwiony, wetkn&#261;&#322; pokryw&#281; z zewn&#281;trznym szk&#322;em reflektora do kieszeni, szybko zebra&#322; klisze i roz&#322;o&#380;ywszy nowe, j&#261;&#322; le&#378;&#263; na g&#243;r&#281;. By&#322; mo&#380;e p&#243;&#322; metra od otworu studni, gdy wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e w bia&#322;e &#347;wiat&#322;o jego reflektora wmiesza&#322; si&#281; inny blask, chwiejny, kr&#243;tkotrwa&#322;y spojrza&#322; w g&#243;r&#281;, ale zobaczy&#322; tylko gwiazdy w wylocie studni.

Zdawa&#322;o mi si&#281; pomy&#347;la&#322;.

Wylaz&#322; na wierzch, ale zdj&#261;&#322; go jaki&#347; niejasny niepok&#243;j. Nie szed&#322;, bieg&#322; wielkimi susami, chocia&#380; te ksi&#281;&#380;ycowe skoki wbrew temu, co niejeden s&#261;dzi, wcale nie przyspieszaj&#261; biegu; s&#261; d&#322;ugie, ale te&#380; i leci si&#281; sze&#347;&#263; razy wolniej ani&#380;eli na Ziemi. Gdy by&#322; przy samej Stacji i r&#281;k&#281; k&#322;ad&#322; na por&#281;czy, zobaczy&#322; drugi b&#322;ysk. Jak gdyby kto&#347; wystrzeli&#322; rakiet&#281; w stronie po&#322;udniowej. Rakiety nie zobaczy&#322;, ca&#322;y widok zas&#322;ania&#322;a mu bania Stacji, tylko upiorny odblask wiszar&#243;w skalnych: wy&#322;oni&#322;y si&#281; na sekund&#281; z czerni i znik&#322;y.

Jak ma&#322;pa wlaz&#322; b&#322;yskawicznie na szczyt kopu&#322;y. Panowa&#322;a ciemno&#347;&#263;. Gdyby mia&#322; rakietnic&#281;, strzeli&#322;by, ale jej nie mia&#322;. W&#322;&#261;czy&#322; swoje radio. Trzaski. Piekielne trzaski. Klapa by&#322;a otwarta. Wi&#281;c Langner siedzia&#322; w &#347;rodku.

Nagle pomy&#347;la&#322;, &#380;e jest idiot&#261;. Jaka rakieta? To na pewno by&#322; meteor. Meteory nie &#347;wiec&#261; w atmosferze, bo Ksi&#281;&#380;yc jej nie ma : &#347;wiec&#261;, gdy z kosmiczn&#261; szybko&#347;ci&#261; roztrzaskuj&#261; si&#281; o ska&#322;y.

Skoczy&#322; do komory, zamkn&#261;&#322; klap&#281;, wpuszczenie powietrza zaj&#281;&#322;o chwil&#281;, wskaz&#243;wki pokazywa&#322;y w&#322;a&#347;ciwe ci&#347;nienie: 0,8 kg na centymetr kwadratowy ; otworzy&#322; drzwi i, &#347;ci&#261;gaj&#261;c w biegu he&#322;m, wpad&#322; do korytarzyka.

Langner!! zawo&#322;a&#322;.

Odpowiedzia&#322;o mu milczenie. Tak jak sta&#322;, w skafandrze, wpad&#322; do kuchni. Ogarn&#261;&#322; j&#261; jednym spojrzeniem. By&#322;a pusta. Na stole talerze, przygotowane do kolacji, w rondelku rozbe&#322;tana papka omletowa, patelnia obok ju&#380; w&#322;&#261;czonego grzejnika.

Langner! rykn&#261;&#322;, rzucaj&#261;c trzymane w r&#281;ku klisze i skoczy&#322; do radiostacji. By&#322;a r&#243;wnie&#380; pusta. Nie wiadomo sk&#261;d, wezbra&#322;a w nim pewno&#347;&#263;, &#380;e nie ma co szuka&#263; w obserwatorium, &#380;e Langnera nie ma na Stacji. Wi&#281;c to jednak by&#322;y rakiety, te b&#322;yski? Langner strzela&#322;? Wyszed&#322;? Czemu? Szed&#322; w stron&#281; przepa&#347;ci!

Nagle zobaczy&#322; go. Zielone oko mruga&#322;o : oddycha&#322;.

A obracaj&#261;cy si&#281; promie&#324; radaru wy&#322;awia&#322; z ciemno&#347;ci ma&#322;y, ostry b&#322;ysk w najni&#380;szej cz&#281;&#347;ci ekranu. Langner szed&#322; ku przepa&#347;ci

Langner! St&#243;j! St&#243;j!!! S&#322;yszysz? St&#243;j!!! krzycza&#322; w mikrofon, nie spuszczaj&#261;c z oka ekranu. G&#322;o&#347;nik chrobota&#322;. Trzaski zak&#322;&#243;ce&#324;, nic wi&#281;cej. Seledynowe skrzyde&#322;ka wachlowa&#322;y, ale nie jak przy normalnym oddechu: porusza&#322;y si&#281; powoli, niepewnie, czasem zamiera&#322;y na d&#322;ug&#261; chwil&#281; jakby aparat tlenowy Langnera przestawa&#322; pracowa&#263;. A ten ostry b&#322;ysk w radarze by&#322; bardzo daleko pojawia&#322; si&#281; na wrysowanej w szk&#322;o siatce wsp&#243;&#322;rz&#281;dnych u samego do&#322;u ekranu, oddalony o p&#243;&#322;tora kilometra w linii prostej wi&#281;c ju&#380; gdzie&#347; po&#347;r&#243;d stoj&#261;cych d&#281;ba wielkich pionowych p&#322;yt pod Bram&#261; S&#322;oneczn&#261;. I nie porusza&#322; si&#281; wcale. Ja&#347;nia&#322;, przy ka&#380;dym obrocie promienia wodz&#261;cego, w tym samym dok&#322;adnie miejscu, Langner upad&#322;? Le&#380;y tam, nieprzytomny?

Pirx wybieg&#322; na korytarz. Do komory ci&#347;nie&#324;, na zewn&#261;trz! Dopad&#322; drzwi hermetycznych. Ale gdy bieg&#322; obok kuchni co&#347; mign&#281;&#322;o mu, czarnego, na bia&#322;o nakrytym stole. Te klisze fotograficzne, kt&#243;re przyni&#243;s&#322; i machinalnie rzuci&#322;, przera&#380;ony nieobecno&#347;ci&#261; towarzysza. To go jakby sparali&#380;owa&#322;o. Sta&#322; na progu komory z he&#322;mem w r&#281;kach i nie rusza&#322; si&#281; z miejsca.

To jest to samo, jak wtedy. To samo pomy&#347;la&#322; Przygotowywa&#322; kolacj&#281;: nagle wyszed&#322;. Teraz ja wyjd&#281; za nim i obaj nie wr&#243;cimy. Klapa zostanie otwarta. Za kilka godzin Cio&#322;kowski zacznie wzywa&#263; przez radio. Nie b&#281;dzie odpowiedzi

Co&#347; krzycza&#322;o w nim: Wariacie, id&#378;! Na co czekasz! On tam le&#380;y! Mo&#380;e porwa&#322;a go lawina, zesz&#322;a ze szczytu, nie s&#322;ysza&#322;e&#347;, bo tu nic nie s&#322;ycha&#263;, on jeszcze tyje, nie rusza si&#281;, nie spad&#322;, ale &#380;yje, oddycha, pr&#281;dzej

A jednak sta&#322; bez ruchu. Nagle zawr&#243;ci&#322;, wpad&#322; do radiostacji, przyjrza&#322; si&#281; dobrze wska&#378;nikom.

Wszystko by&#322;o bez zmiany. Raz na cztery, pi&#281;&#263; sekund powolne rozszerzenie motylka, drgaj&#261;ce, niepewne. I b&#322;ysk w radarze na skraju przepa&#347;ci

Sprawdzi&#322; k&#261;t nachylenia anteny. By&#322; minimalny. Nie ogarnia&#322;a ju&#380; pobli&#380;a Stacji, wysy&#322;a&#322;a impulsy na maksymalny zasi&#281;g.

Zbli&#380;y&#322; twarz do oddechowego wska&#378;nika, tak &#380;e mia&#322; go tu&#380; przed oczyma. Zobaczy&#322; wtedy co&#347; dziwnego. Zielonkawy motyl nie tylko rozk&#322;ada&#322; i zwija&#322; skrzyde&#322;ka, ale zarazem drga&#322; ca&#322;y miarowo, jakby na rytm oddechowy na&#322;o&#380;ony by&#322; drugi, daleko szybszy. Drgawki agonalne? Konwulsje?

Tamten kona&#322;, a on, z wp&#243;&#322;otwartymi ustami, wpatrywa&#322; si&#281; chciwie w ruchy katodowego p&#322;omyczka wci&#261;&#380; takie same, powolne, z&#261;bkowane drugim rytmem Nagle, sam dobrze nie pojmuj&#261;c, dlaczego to robi, chwyci&#322; kabel antenowy i wyrwa&#322; go z kontaktu. I sta&#322;a si&#281; zdumiewaj&#261;ca rzecz: wska&#378;nik, z od&#322;&#261;czon&#261; anten&#261;, oderwany od impuls&#243;w zewn&#281;trznych, zamiast znieruchomie&#263;, wachlowa&#322; ci&#261;gle to samo

Wci&#261;&#380; w tym niepoj&#281;tym os&#322;upieniu Pirx dopad&#322; do pulpitu i zwi&#281;kszy&#322; nachylenie anteny radarowej. Daleki b&#322;ysk, trwaj&#261;cy pod Bram&#261; S&#322;oneczn&#261;, pocz&#261;&#322; w&#281;drowa&#263; ku kraw&#281;dzi ekranu. Radar wychwytywa&#322; coraz bli&#380;sze sektory otoczenia, a&#380; nagle pojawi&#322; si&#281; w nim drugi rozb&#322;ysk, daleko wi&#281;kszy i silniejszy. Drugi skafander! To na pewno by&#322; cz&#322;owiek. Porusza&#322; si&#281;. Powoli, miarowo schodzi&#322; w d&#243;&#322;, wymijaj&#261;c na swej drodze jakie&#347; przeszkody, bo skr&#281;ca&#322; raz w lewo, raz w prawo i zmierza&#322; prosto ku Bramie S&#322;onecznej, ku tej drugiej, dalekiej iskierce ku drugiemu cz&#322;owiekowi?

Pirxowi omal oczy nie wysz&#322;y z g&#322;owy. Iskry by&#322;y naprawd&#281; dwie, bliska ruchoma, i daleka bezw&#322;adna.

W Mendelejewie by&#322;o dwu ludzi, Langner i on. Aparatura m&#243;wi&#322;a, &#380;e jest ich trzech. Nie mog&#322;o by&#263; trzech. Wi&#281;c k&#322;ama&#322;a.

W czasie kr&#243;tszym od potrzebnego, aby to wszystko przemy&#347;le&#263;, by&#322; ju&#380; w komorze z rakietnic&#261; i nabojami. Po nast&#281;pnej minucie sta&#322; na wypuk&#322;o&#347;ci kopu&#322;y i raz po raz strzela&#322; sygna&#322;owymi rakietami, mierz&#261;c stromo w d&#243;&#322;, wci&#261;&#380; w jednym kierunku Bramy S&#322;onecznej. Ledwo nad&#261;&#380;a&#322; z wyrzucaniem gor&#261;cych &#322;usek. Ci&#281;&#380;ka kolba rakietnicy skaka&#322;a mu w r&#281;ku. Nie s&#322;ycha&#263; by&#322;o nic, po spuszczeniu cyngla przechodzi&#322; lekki cios odrzutu, wykwita&#322;y smugi ognia, ziele&#324; brylantowa i purpurowy p&#322;omie&#324;, strzelaj&#261;cy kroplami czerwieni, i wytrysk gwiazd szafirowych wali&#322; raz za razem, nie przebieraj&#261;c w kolorach A&#380; z do&#322;u z niesko&#324;czonych mrok&#243;w b&#322;ysn&#281;&#322;o w odpowiedzi, i pomara&#324;czowa gwiazda, wybuchaj&#261;c nad jego g&#322;ow&#261;, o&#347;wietli&#322;a go i obsypa&#322;a, jakby w nagrod&#281;, deszczem p&#322;on&#261;cych strusich pi&#243;r. I druga deszczem szafirowego z&#322;ota.

Strzela&#322;. I tamten strzela&#322;, wracaj&#261;c: b&#322;yski odpale&#324; zbli&#380;a&#322;y si&#281;. A&#380; w kt&#243;rym&#347; zobaczy&#322; widom&#261; sylwetk&#281; Langnera. Poczu&#322; nag&#322;&#261; s&#322;abo&#347;&#263;. Ca&#322;e jego cia&#322;o pokry&#322;o si&#281; potem. Nawet g&#322;owa. Ocieka&#322;, jakby wylaz&#322; z k&#261;pieli. Nie puszczaj&#261;c rakietnicy, usiad&#322;, bo nogi zrobi&#322;y si&#281; nieprzyjemnie mi&#281;kkie w kolanach. Zwiesi&#322; je w d&#243;&#322; przez otwart&#261; klap&#281; do wn&#281;trza komory i czeka&#322;, dysz&#261;c, na Langnera, kt&#243;ry by&#322; tu&#380;.


To by&#322;o tak. Kiedy Pirx wyszed&#322;, Langner, zaj&#281;ty w kuchni, nie patrza&#322; na wska&#378;niki. Zobaczy&#322; je dopiero po kilku minutach. Nie wiadomo dok&#322;adnie, po ilu. W ka&#380;dym razie musia&#322;o to by&#263; wtedy, gdy Pirx manipulowa&#322; przy gasn&#261;cym reflektorze. Kiedy znik&#322; z pola widzenia radaru, automat zacz&#261;&#322; zmniejsza&#263; nachylenie anteny i czyni&#322; to tak d&#322;ugo, a&#380; wiruj&#261;ca wi&#261;zka promieni dotkn&#281;&#322;a podn&#243;&#380;a Bramy S&#322;onecznej. Langner zobaczy&#322; tam rozb&#322;ysk, kt&#243;ry wzi&#261;&#322; za obraz skafandra, tym bardziej &#380;e nieruchomo&#347;&#263; rzekomego cz&#322;owieka t&#322;umaczy&#322;y wskazania oka magicznego : tamten (oczywi&#347;cie pomy&#347;la&#322;, &#380;e to Pirx) oddycha&#322; jak nieprzytomny jakby si&#281; dusi&#322;. Langner, na nic ju&#380; nie czekaj&#261;c, natychmiast w&#322;o&#380;y&#322; skafander i pobieg&#322; na ratunek.

Obraz w radarze ukazywa&#322; w rzeczywisto&#347;ci najbli&#380;sz&#261; z szeregu aluminiowych tyk, t&#281;, kt&#243;ra stoi nad sam&#261; przepa&#347;ci&#261;. Langner mo&#380;e by si&#281; w pomy&#322;ce zorientowa&#322;, ale by&#322;o wszak jeszcze wskazanie oka, kt&#243;re zdawa&#322;o si&#281; wspiera&#263; i potwierdza&#263; radarowe.

Gazety pisa&#322;y potem, &#380;e okiem i radarem zawiadywa&#322;a elektronowa aparatura, rodzaj m&#243;zgu elektronowego, w kt&#243;rym podczas katastrofy Rogeta utrwali&#322; si&#281; rytm oddechowy tego konaj&#261;cego Kanadyjczyka i m&#243;zg powtarza&#322; go, &#243;w rytm, gdy zachodzi&#322;a podobna sytuacja.

&#379;e to by&#322; rodzaj odruchu warunkowego na pewien okre&#347;lony stan wej&#347;&#263; elektrycznej sieci.

W rzeczywisto&#347;ci rzecz mia&#322;a si&#281; daleko pro&#347;ciej. Na Stacji nie by&#322;o &#380;adnego m&#243;zgu elektronowego, a tylko zwyk&#322;y automatyczny rozrz&#261;d, pozbawiony jakiejkolwiek pami&#281;ci. Agonalny rytm oddechowy powstawa&#322; wskutek przebicia ma&#322;ego kondensatorka; dawa&#322;o ono zna&#263; o sobie tylko w&#243;wczas, kiedy otwarta by&#322;a klapa wyj&#347;ciowa. Napi&#281;cie przeskakiwa&#322;o wtedy z jednego obwodu w drugi i na siatce oka magicznego powstawa&#322;o dudnienie. Tylko na pierwszy rzut oka przypomina&#322;o agonalny oddech, gdy&#380; przyjrzawszy si&#281; lepiej, mo&#380;na by&#322;o bez trudu dostrzec nienaturalne dr&#380;enie seledynowych skrzyde&#322;ek. Langner szed&#322; ju&#380; ku przepa&#347;ci, gdzie, jak s&#261;dzi&#322;, znajduje si&#281; Pirx o&#347;wietla&#322; sobie drog&#281; reflektorem, a w miejscach nieprzejrzystych rakietami. Dwa ich odpalenia zauwa&#380;y&#322; Pirx, gdy wraca&#322; do Stacji. Pirx z kolei po czterech czy pi&#281;ciu minutach zacz&#261;&#322; przyzywa&#263; Langnera strza&#322;ami z rakietnicy i na tym si&#281; ich przygoda sko&#324;czy&#322;a.

Z Challiersem i Savageem sta&#322;o si&#281; inaczej. Savage te&#380; mo&#380;e powiedzia&#322; wychodz&#261;cemu Challiersowi: Wr&#243;&#263; szybko, tak jak to powiedzia&#322; Pirxowi Langner. A mo&#380;e Challiers spieszy&#322; si&#281;, bo si&#281; zaczyta&#322; i wyszed&#322; p&#243;&#378;niej ni&#380; zwykle. Dosy&#263;, &#380;e nie zamkn&#261;&#322; klapy. Potrzebne by&#322;o, aby b&#322;&#261;d aparatury m&#243;g&#322; da&#263; zgubne rezultaty drugie jeszcze przypadkowe skojarzenie czynnik&#243;w: co&#347; musia&#322;o id&#261;cego po klisze zatrzyma&#263; w studzience tak d&#322;ugo, aby antena radaru wznosz&#261;ca si&#281; o kilka stopni przy ka&#380;dym nast&#281;pnym obrocie odnalaz&#322;a wreszcie aluminiow&#261; tyk&#281; nad przepa&#347;ci&#261;. Co zatrzyma&#322;o Challiersa? Nie wiadomo. Awaria reflektora prawie na pewno nie: zdarza si&#281; zbyt rzadko. Co&#347; jednak op&#243;&#378;ni&#322;o jego powr&#243;t dostatecznie d&#322;ugo, a&#380; pojawi&#322; si&#281; w ekranie fatalny rozb&#322;ysk, kt&#243;ry Savage, jak potem Langner, wzi&#261;&#322; za obraz skafandra.

Op&#243;&#378;nienie musia&#322;o wynosi&#263; co najmniej trzyna&#347;cie minut: stwierdzi&#322;y to wykonane potem pr&#243;by.

Savage poszed&#322; ku przepa&#347;ci, by szuka&#263; Challiersa. Challiers, wr&#243;ciwszy ze studzienki, zasta&#322; Stacj&#281; pust&#261;, zobaczy&#322; ten sam obraz, co Pirx i sam z kolei wyszed&#322;, na poszukiwanie Savagea. By&#263; mo&#380;e Savage, dotar&#322;szy do Bramy S&#322;onecznej, poniewczasie zorientowa&#322; si&#281; w tym, &#380;e radar ukazywa&#322; tylko obraz metalowej rurki wbitej w piarg, ale w drodze powrotnej upad&#322; i rozbi&#322; szybk&#281; skafandra. Mo&#380;e i nie dociek&#322; mechanizmu zjawiska, a tylko po daremnych poszukiwaniach, nie mog&#261;c znale&#378;&#263; Challiersa, zap&#281;dziwszy si&#281; w jakie&#347; przepa&#347;ciste miejsce, upad&#322; tych wszystkich szczeg&#243;&#322;&#243;w nie da&#322;o si&#281; wy&#347;wietli&#263;. Dosy&#263;, &#380;e obaj Kanadyjczycy zgin&#281;li. Katastrofa mog&#322;a si&#281; wydarzy&#263; tylko o &#347;wicie. Bo gdy nie by&#322;o radiowych zak&#322;&#243;ce&#324;, pozostaj&#261;cy na Stacji cz&#322;owiek m&#243;g&#322; prowadzi&#263; rozmow&#281; z wychodz&#261;cym, nawet nie opuszczaj&#261;c kuchni.

Katastrofa mog&#322;a si&#281; wydarzy&#263; tylko wtedy, gdy wychodz&#261;cy si&#281; spieszy&#322;. Zostawia&#322; wtedy klap&#281; otwart&#261; : jedynie wtedy, przy takiej konfiguracji po&#322;&#261;cze&#324;, ujawnia&#322; si&#281; b&#322;&#261;d aparatury. Ale poza tym temu, kto si&#281; spieszy, &#322;atwiej na og&#243;&#322; mo&#380;e si&#281; przytrafi&#263;, &#380;e wr&#243;ci p&#243;&#378;niej, w&#322;a&#347;nie dlatego, bo chcia&#322; wr&#243;ci&#263; wcze&#347;niej. &#379;e upu&#347;ci w po&#347;piechu paczk&#281; klisz, &#380;e co&#347; potr&#261;ci takie rzeczy zdarzaj&#261; si&#281; przy po&#347;piechu. Obraz radarowy jest ma&#322;o wyra&#378;ny : z odleg&#322;o&#347;ci tysi&#261;ca dziewi&#281;ciuset metr&#243;w metalow&#261; tyk&#281; &#322;atwo wzi&#261;&#263; za skafander stoj&#261;cego cz&#322;owieka. Gdy zachodzi zbieg wszystkich okoliczno&#347;ci, katastrofa by&#322;a mo&#380;liwa, a nawet prawdopodobna. Pozostaj&#261;cy dodajmy dla zupe&#322;no&#347;ci musia&#322; by&#263; w kuchni czy gdziekolwiek indziej, w ka&#380;dym razie nie w radiostacji, gdy&#380; wtedy widzia&#322;by, &#380;e jego towarzysz odchodzi we w&#322;a&#347;ciwym kierunku, i nie wzi&#261;&#322;by potem pojawiaj&#261;cego si&#281; na po&#322;udniu drobnego rozb&#322;ysku za skafander.

Challiers, oczywi&#347;cie, nie przez przypadek znaleziony zosta&#322; tak blisko miejsca, w kt&#243;rym zgin&#261;&#322; Roget. Spad&#322; w przepa&#347;&#263; otwieraj&#261;c&#261; si&#281; pod miejscem, oznaczonym aluminiow&#261; tyk&#261;. Tyka znajdowa&#322;a si&#281; tam, aby ostrzega&#263; przed przepa&#347;ci&#261;; Challiers szed&#322; w tym kierunku, bo my&#347;la&#322;, &#380;e zmierza do Savagea.

Mechanizm fizyczny zjawiska by&#322; trywialnie prosty. Wymaga&#322; tylko okre&#347;lonego nast&#281;pstwa kilku wypadk&#243;w i obecno&#347;ci takich czynnik&#243;w, jak zak&#322;&#243;cenia radiowe i otwarta klapa komory ci&#347;nieniowej.

Bardziej mo&#380;e godny uwagi by&#322; mechanizm psychologiczny. Kiedy aparatura, pozbawiona impuls&#243;w zewn&#281;trznych, wprawia&#322;a w ruch motylka oddechowego oscylacj&#261; wewn&#281;trznych napi&#281;&#263;, a na radarze pojawia&#322; si&#281; obraz fa&#322;szywego skafandra, najpierw pierwszy, a potem drugi przychodz&#261;cy cz&#322;owiek bra&#322; to za wskazania stanu realnego. Najpierw Savage my&#347;la&#322;, &#380;e widzi u przepa&#347;ci Challiersa, potem Challiers, &#380;e Savagea. To samo zdarzy&#322;o si&#281; potem Pirxowi i Langnerowi.

Doj&#347;cie do podobnego wniosku u&#322;atwione by&#322;o przez to, &#380;e ka&#380;dy z ludzi na Stacji zna&#322; doskonale szczeg&#243;&#322;y katastrofy, kt&#243;ra poch&#322;on&#281;&#322;a &#380;ycie Rogeta, i pami&#281;ta&#322;, jako rys specjalnie dramatyczny, histori&#281; d&#322;ugiej agonii tamtego nieszcz&#281;&#347;nika, do ko&#324;ca wiernie przekazywanej obserwatorium na Stacji przez oko magiczne.

Je&#347;li wi&#281;c jak kto&#347; zauwa&#380;y&#322; mo&#380;na by&#322;o w og&#243;le m&#243;wi&#263; o odruchu warunkowym, to przejawia&#322;a go nie aparatura, lecz sami ludzie. Na p&#243;&#322; &#347;wiadomie dochodzili do prze&#347;wiadczenia, &#380;e w niepoj&#281;ty jaki&#347; spos&#243;b nieszcz&#281;&#347;cie Rogeta powt&#243;rzy&#322;o si&#281;, wybieraj&#261;c tym razem za ofiar&#281; jednego z nich.

Teraz, kiedy wiemy ju&#380; wszystko powiedzia&#322; Taurow, cybernetyk z Cio&#322;kowskiego powiedzcie nam, kolego Pirx, jak zorientowali&#347;cie si&#281; w sytuacji? Mimo &#380;e jak sami powiadacie, nie zrozumieli&#347;cie mechanizmu zjawiska Nie wiem powiedzia&#322; Pirx. Przez okno bi&#322;a bia&#322;o&#347;&#263; os&#322;onecznionych szczyt&#243;w. Ich ostrza, jak ko&#347;ci wypra&#380;one w ogniu, tkwi&#322;y w g&#281;stej czerni nieba. Chyba przez klisze. Kiedy je zobaczy&#322;em, zrozumia&#322;em, &#380;e rzuci&#322;em je tak samo, jak Challiers. Mo&#380;e bym jednak poszed&#322;, gdyby nie jeszcze jedna rzecz. Z kliszami, to, w ko&#324;cu, m&#243;g&#322; by&#263; przypadkowy zbieg okoliczno&#347;ci. Ale mieli&#347;my na kolacj&#281; omlety tak samo jak oni, w ten ich ostatni wiecz&#243;r. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e za wiele ju&#380; tych przypadk&#243;w: &#380;e to jest co&#347; wi&#281;cej ni&#380; &#347;lepy traf. Te omlety my&#347;l&#281;, &#380;e to one nas uratowa&#322;y

Otwarta klapa by&#322;a funkcj&#261; przyrz&#261;dzania omlet&#243;w, jako wezwanie do po&#347;piechu, rozumowali&#347;cie wi&#281;c ca&#322;kiem prawid&#322;owo, ale to by was nie uratowa&#322;o, gdyby&#347;cie ca&#322;kowicie zaufali aparaturze powiedzia&#322; Taurow.

Z jednej strony musimy jej ufa&#263;. Bez elektronowych urz&#261;dze&#324; kroku nie zrobiliby&#347;my na Ksi&#281;&#380;ycu. Ale za takie zaufanie czasem trzeba p&#322;aci&#263;

To prawda odezwa&#322; si&#281; Langner. Wsta&#322;. Musz&#281; wam powiedzie&#263;, panowie, czym najbardziej zaimponowa&#322; mi m&#243;j towarzysz gwiazdowy. Co do mnie, z tej karko&#322;omnej przechadzki wr&#243;ci&#322;em raczej bez apetytu. Ale on po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;k&#281; na ramieniu Pirxa po wszystkim, co zasz&#322;o, usma&#380;y&#322; te omlety i zjad&#322; co do jednego. Tym zadziwi&#322; mnie! Bo wprawdzie przedtem ju&#380; widzia&#322;em, &#380;e jest bystry i zacny do poczciwo&#347;ci

Jaki?! spyta&#322; Pirx.



Polowanie

Wyszed&#322; z kapitanatu z&#322;y jak wszyscy diabli. Akurat jemu musia&#322;o si&#281; to przytrafi&#263;! Armator nie dostarczy&#322; &#322;adunku po prostu nie dostarczy&#322; i kwita. W kapitanacie nic nie wiedzieli. Owszem, by&#322;a depesza: Op&#243;&#378;nienie 72 godziny kar&#281; umown&#261; wp&#322;acam na wasze konto Enstrand. Ani s&#322;owa wi&#281;cej. W biurze radcy handlowego te&#380; nic nie wsk&#243;ra&#322;. W porcie robi&#322;o si&#281; ciasno i kapitanatowi nie wystarcza&#322;a kara umowna. Postojowe postojowym, a najlepiej by&#322;oby, gdyby nawigator zechcia&#322; wystartowa&#263; i wej&#347;&#263; na okr&#281;&#380;n&#261;. Silniki mo&#380;na zastopowa&#263;, &#380;adnego rozchodu paliwa, poczeka pan te trzy dni i wr&#243;ci. C&#243;&#380; to panu szkodzi? Trzy dni kr&#281;ci&#263; si&#281; doko&#322;a Ksi&#281;&#380;yca tylko dlatego, &#380;e armator nawali&#322;! Pirx po prostu nie wiedzia&#322;, jak zareplikowa&#263;, ale przypomnia&#322; sobie o umowie zbiorowej. No i kiedy wyjecha&#322; &#378; normami przebywania w przestrzeni, ustalonymi przez zwi&#261;zek zawodowy, tamci zacz&#281;li si&#281; wycofywa&#263;. Rzeczywi&#347;cie, tonie Rok Spokojnego S&#322;o&#324;ca. Dawki promieniste nie s&#261; oboj&#281;tne. Wi&#281;c trzeba by manewrowa&#263;, chowa&#263; si&#281; przed S&#322;o&#324;cem za Ksi&#281;&#380;yc, wyrabia&#263; t&#281; ciuciubabk&#281; ci&#261;giem; kto zap&#322;aci za to? wiadomo, &#380;e armator nie, mo&#380;e kapitanat? Czy panowie zdaj&#261; sobie spraw&#281; z tego, co kosztuje dziesi&#281;&#263; minut pe&#322;nego ci&#261;gu, przy reaktorze o siedemdziesi&#281;ciu milionach kilowat&#243;w?! W ko&#324;cu dosta&#322; zezwolenie na post&#243;j, ale w&#322;a&#347;nie tylko na siedemdziesi&#261;t dwie godziny plus cztery godziny na prze&#322;adowanie tej cholernej drobnicy ani minuty wi&#281;cej! Mo&#380;na by&#322;o pomy&#347;le&#263;, &#380;e robi&#261; mu &#322;ask&#281;. Jakby to by&#322;a jego wina. A przylecia&#322; z dok&#322;adno&#347;ci&#261; do minuty, chocia&#380; nie szed&#322; prosto z Marsa a &#380;e armator

Z tego wszystkiego zapomnia&#322; prawie, gdzie jest i tak pocisn&#261;&#322; klamk&#281; drzwi wychodz&#261;c, &#380;e podskoczy&#322; pod sufit. Zrobi&#322;o mu si&#281; g&#322;upio, rozejrza&#322; si&#281;, ale nikogo nie by&#322;o. W og&#243;le ca&#322;a Luna wydawa&#322;a si&#281; pusta. Prawda, &#380;e rozpocz&#281;to wielkie roboty par&#281;set kilometr&#243;w na p&#243;&#322;noc, mi&#281;dzy Hypati&#261; i Toricellim. In&#380;ynierowie i technicy, od kt&#243;rych miesi&#261;c temu a&#380; si&#281; tu roi&#322;o, wyjechali ju&#380; na budow&#281;. Wielki projekt ONZ, Luna II, przyci&#261;ga&#322; coraz wi&#281;cej ludzi z Ziemi. Przynajmniej tym razem nie b&#281;dzie k&#322;opot&#243;w z hotelem pomy&#347;la&#322; jad&#261;c ruchomymi schodami na ostatni&#261; kondygnacj&#281; podziemnego miasta. &#346;wietl&#243;wki jarzy&#322;y si&#281; zimnym, dziennym blaskiem. Co druga by&#322;a wygaszona. Oszcz&#281;dzaj&#261;! Pchn&#261;wszy szklane drzwi, wszed&#322; do niewielkiego hallu. Pokoje by&#322;y, a jak&#380;e! Ile kto chcia&#322;. Zostawi&#322; swoj&#261; ma&#322;&#261; walizk&#281;, w&#322;a&#347;ciwie neseser, w portierni, i zastanowi&#322; si&#281;: Czy Tyndall dopilnuje, &#380;eby mechanicy przeszlifowali centraln&#261; dysz&#281;? Bo jeszcze na Marsie zachowywa&#322;a si&#281; jak &#347;redniowieczna kartaczownica! W&#322;a&#347;ciwie nale&#380;a&#322;oby samemu dopatrzy&#263;, pa&#324;skie oko, wiadomo Nie chcia&#322;o mu si&#281; jednak wraca&#263; windami dwana&#347;cie pi&#281;ter w g&#243;r&#281;, tym bardziej &#380;e teraz i tak wszyscy si&#281; chyba poroz&#322;azili. Siedz&#261; pewno w domu towarowym lotniska i przes&#322;uchuj&#261; ostatnie nagrania. Szed&#322;, nie wiedz&#261;c w&#322;a&#347;ciwie dok&#261;d; restauracja hotelowa by&#322;a pusta, jakby nieczynna ale za bufetem siedzia&#322;a jednak ruda dziewczyna i czyta&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;. A mo&#380;e zasn&#281;&#322;a nad ni&#261;?

Bo papieros zamieni&#322; si&#281; jej w d&#322;ugi wa&#322;eczek popio&#322;u na marmurowym blacie Pirx usiad&#322;, przestawi&#322; zegarek na lokalny czas i raptem zrobi&#322;o si&#281; p&#243;&#378;no: dziesi&#261;ta wiecz&#243;r. A na pok&#322;adzie dopiero co, przed paru minutami, by&#322;o po&#322;udnie. Ten wieczny ko&#322;owr&#243;t z nag&#322;ymi przeskokami czasu by&#322; tak samo m&#281;cz&#261;cy jak na pocz&#261;tku, kiedy dopiero uczy&#322; si&#281; lata&#263;. Jad&#322; obiad, zmieniony w kolacj&#281;, popijaj&#261;c go wod&#261; mineraln&#261;, kt&#243;ra by&#322;a chyba cieplejsza jednak od zupy. Kelner, smutny i senny jak prawdziwy lunatyk, pomyli&#322; si&#281; przy rachunku na w&#322;asn&#261; niekorzy&#347;&#263;, co stanowi&#322;o ju&#380; niepokoj&#261;cy objaw. Pirx poradzi&#322; mu, &#380;eby sp&#281;dzi&#322; urlop na Ziemi, wyszed&#322; cicho, by nie budzi&#263; &#347;pi&#261;cej bufetowej, wzi&#261;&#322; od portiera klucz i pojecha&#322; do swego pokoju. Nie popatrza&#322; od razu na blaszk&#281; i dziwnie mu si&#281; zrobi&#322;o, kiedy zobaczy&#322; numer: 173. W tym samym pokoju mieszka&#322; ju&#380; kiedy&#347;, gdy po raz pierwszy lecia&#322; na tamt&#261; stron&#281;. Ale kiedy otworzy&#322; drzwi, przekona&#322; si&#281;, &#380;e albo to inny pok&#243;j, albo gruntownie go przebudowali. Nie, musia&#322; si&#281; jednak pomyli&#263;, ten by&#322; wi&#281;kszy; przekr&#281;ci&#322; wszystkie kontakty, bo do&#347;&#263; mia&#322; ciemno&#347;ci, zajrza&#322; do szafy, wyci&#261;gn&#261;&#322; szuflad&#281; ma&#322;ego biurka, ale nie rozpakowa&#322; nawet walizki, tyle &#380;e cisn&#261;&#322; pi&#380;am&#281; na &#322;&#243;&#380;ko, a szczoteczk&#281; i tub&#281; z past&#261; po&#322;o&#380;y&#322; na umywalce. Umy&#322; r&#281;ce woda by&#322;a zawsze tak piekielnie zimna, a&#380; dziw, &#380;e nie zamarza&#322;a. Odkr&#281;ci&#322; kurek ciep&#322;ej pociurka&#322;o kilka kropel. Podszed&#322; do telefonu, &#380;eby wezwa&#263; recepcj&#281;, ale i tego mu si&#281; odechcia&#322;o. Inna rzecz, &#380;e skandal ju&#380; si&#281; Ksi&#281;&#380;yc zagospodarowa&#322;o, a nie mo&#380;na si&#281; doprosi&#263;, &#380;eby w pokoju hotelowym zawsze by&#322;a ciep&#322;a woda! W&#322;&#261;czy&#322; radio. Szed&#322; w&#322;a&#347;nie dziennik wieczorny wiadomo&#347;ci ksi&#281;&#380;ycowe. Nie s&#322;ucha&#322; prawie rozwa&#380;aj&#261;c, czy wys&#322;a&#263; depesz&#281; do armatora. Rozumie si&#281; na jego koszt. Ale to przecie&#380; i tak nic nie da. To nie romantyczne czasy kosmonautyki! Dawno ju&#380; min&#281;&#322;y, teraz cz&#322;owiek jest po prostu furmanem, zale&#380;nym od tych, co &#322;aduj&#261; mu towary na w&#243;z! Fracht, ubezpieczenie, postojowe Radio bormota&#322;o niewyra&#378;nie. Zaraz co tam? Przechyli&#322; si&#281; przez &#322;&#243;&#380;ko i poruszy&#322; ga&#322;k&#261; aparatu.

prawdopodobnie ostatek roju Leonid&#243;w wype&#322;ni&#322; pok&#243;j mi&#281;kki baryton spikera. Tylko jeden budynek mieszkalny zosta&#322; uszkodzony bezpo&#347;rednim trafieniem i utraci&#322; hermetyczno&#347;&#263;. Szcz&#281;&#347;liwym zbiegiem okoliczno&#347;ci mieszka&#324;cy jego znajdowali si&#281; w pracy. Pozosta&#322;e meteoryty nie wyrz&#261;dzi&#322;y wi&#281;kszych szk&#243;d z wyj&#261;tkiem tego, kt&#243;ry przebi&#322; tarcz&#281; os&#322;aniaj&#261;c&#261; magazyn&#243;w. Jak donosi nasz korespondent, sze&#347;&#263; automat&#243;w uniwersalnych, przeznaczonych do prac na terenie budowy, uleg&#322;o zupe&#322;nemu zniszczeniu. Uszkodzona zosta&#322;a r&#243;wnie&#380; linia wysokiego napi&#281;cia oraz przerwane po&#322;&#261;czenie telefoniczne, kt&#243;re jednak w ci&#261;gu trzech godzin przywr&#243;cono. Obecnie powt&#243;rzymy najwa&#380;niejsze wiadomo&#347;ci. Dzi&#347; rano nast&#261;pi&#322;o otwarcie kongresu panafryka&#324;skiego

Wy&#322;&#261;czy&#322; radio i usiad&#322;. Meteoryty? Jaki&#347; r&#243;j? No tak, pora Leonid&#243;w, ale przecie&#380; prognostyki ci meteorologowie zawsze naknoc&#261;, zupe&#322;nie jak na Ziemi synoptycy Budowa to chyba ta na p&#243;&#322;nocy. Jednak co atmosfera, to atmosfera: jej brak porz&#261;dnie daje si&#281; tu we znaki. Sze&#347;&#263; automat&#243;w prosz&#281;. Dobrze, &#380;e cho&#263; ludzie cali. G&#322;upia historia jednak przebi&#322;o tarcz&#281;! Tak, ten projektant, to dopiero

By&#322; zm&#281;czony. Czas mu si&#281; ju&#380; zupe&#322;nie pokie&#322;basi&#322;. Mi&#281;dzy Marsem a Ziemi&#261; musieli po&#322;kn&#261;&#263; wtorek. Po poniedzia&#322;ku zrobi&#322;a si&#281; od razu &#347;roda; w efekcie zabrak&#322;o tak&#380;e jednej nocy. A zatem nale&#380;y si&#281; wyspa&#263; i to na zapas pomy&#347;la&#322;, wsta&#322; i odruchowo ruszy&#322; w stron&#281; malutkiej &#322;azienki, ale na wspomnienie lodowatej wody a&#380; si&#281; wzdrygn&#261;&#322;, zawr&#243;ci&#322; na pi&#281;cie i po minucie le&#380;a&#322; ju&#380; w &#322;&#243;&#380;ku. Ani si&#281; umywa&#322;o do koi okr&#281;towej. R&#281;ka sama poszuka&#322;a pas&#243;w do przypi&#281;cia ko&#322;dry, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko, gdy ich nie znalaz&#322;, bo przecie&#380; by&#322; w hotelu, gdzie nie grozi&#322; nag&#322;y zanik grawitacji To by&#322;a jego ostatnia my&#347;l. Kiedy otworzy&#322; oczy, nie mia&#322; poj&#281;cia, gdzie si&#281; znajduje. Panowa&#322;y egipskie ciemno&#347;ci. Tyndall! chcia&#322; zawo&#322;a&#263; i nagle, zupe&#322;nie nie wiedzie&#263; czemu, przypomnia&#322; sobie, jak tamten wypad&#322; raz przestraszony z kajuty, w samych spodniach pi&#380;amowych, i rozpaczliwie wo&#322;a&#322; do wachtowego: Ty! B&#322;agam ci&#281;! Powiedz, jak ja si&#281; nazywam?! Biedak ur&#380;n&#261;&#322; si&#281;, bo uroiwszy sobie jak&#261;&#347; &#380;o&#322;&#261;dkow&#261; histori&#281;, wypi&#322; ca&#322;&#261; flaszk&#281; rumu. Ale t&#261; okr&#281;&#380;n&#261; drog&#261; my&#347;l Pirxa wr&#243;ci&#322;a zaraz do rzeczywisto&#347;ci. Wsta&#322;, za&#347;wieci&#322; lamp&#281;, wszed&#322; pod tusz, przypomnia&#322; sobie o wodzie, pu&#347;ci&#322; wi&#281;c z ostro&#380;no&#347;ci najpierw ma&#322;y strumyk by&#322;a letnia, westchn&#261;&#322; wi&#281;c, bo t&#281;skni&#322; za gor&#261;c&#261; k&#261;piel&#261;, lecz po chwili, w strumieniach bij&#261;cych po twarzy i torsie, zacz&#261;&#322; nawet pod&#347;piewywa&#263;.

Wk&#322;ada&#322; w&#322;a&#347;nie czyst&#261; koszul&#281;, gdy g&#322;o&#347;nik nie mia&#322; poj&#281;cia, &#380;e co&#347; takiego w og&#243;le jest w pokoju, odezwa&#322; si&#281; basem:

Uwaga! uwaga! Podajemy wa&#380;ne zawiadomienie. Wszyscy m&#281;&#380;czy&#378;ni, zdolni do noszenia broni, proszeni s&#261; o niezw&#322;oczne stawienie si&#281; w kapitanacie portu, pok&#243;j 318, u komandora-in&#380;yniera Achaniana. Powtarzam. Uwaga, uwaga Pirx tak si&#281; zdziwi&#322;, &#380;e przez chwil&#281; sta&#322; nieruchomo, w skarpetkach i jednej koszuli. Co to? Mo&#380;e prima aprilis? Zdolni do noszenia broni? Mo&#380;e to jeszcze sen? Ale wymachuj&#261;c r&#281;kami, aby pr&#281;dzej naci&#261;gn&#261;&#263; koszul&#281;, paln&#261;&#322; r&#281;k&#261; o brzeg sto&#322;u, a&#380; mu si&#281; cieplej zrobi&#322;o. Nie, to nie sen. Wi&#281;c co? Inwazja? Marsjanie zdobywaj&#261; Ksi&#281;&#380;yc? Co za bzdura! W ka&#380;dym razie trzeba i&#347;&#263;

A co&#347; szepta&#322;o mu, kiedy wskakiwa&#322; w spodnie: Tak, to si&#281; musia&#322;o sta&#263;, bo w&#322;a&#347;nie tu jeste&#347;. Masz ju&#380; takie szcz&#281;&#347;cie, &#380;e przyci&#261;gasz przygody Kiedy wychodzi&#322; z pokoju, zegar wskazywa&#322; &#243;sm&#261;. Chcia&#322; spyta&#263; pierwszego napotkanego, co si&#281; w&#322;a&#347;ciwie sta&#322;o, ale korytarz by&#322; pusty, ruchome schody te&#380;, jakby ju&#380; by&#322;o po generalnej mobilizacji, jakby wszyscy ju&#380; gdzie&#347;, diabli wiedz&#261; gdzie, kot&#322;owali si&#281; na pierwszej linii Bieg&#322; w g&#243;r&#281; schod&#243;w, chocia&#380; i tak sun&#281;&#322;y szparko, spieszy&#322; si&#281;, jakby naprawd&#281; m&#243;g&#322; straci&#263; szans&#281; bohaterskich czyn&#243;w. Na g&#243;rze zobaczy&#322; jasno o&#347;wietlony, szklany kiosk z gazetami, podbieg&#322; do okienka, aby wreszcie spyta&#263;, ale budka by&#322;a pusta. Gazety sprzedawa&#322; automat. Kupi&#322; wi&#281;c paczk&#281; papieros&#243;w i dziennik, kt&#243;ry przejrza&#322; nie zwalniane kroku, nic w nim jednak nie by&#322;o poza opisem meteorytowej katastrofy. Mo&#380;e to to? Ale z t&#261; broni&#261;? Nie, nic! D&#322;ugim korytarzem doszed&#322; do kapitanatu. Nareszcie zobaczy&#322; pierwszych ludzi. Kto&#347; wchodzi&#322; w&#322;a&#347;nie do pokoju z numerem 318, kto&#347; inny zbli&#380;a&#322; si&#281; tam, id&#261;c z przeciwnego ko&#324;ca korytarza.

Nic si&#281; ju&#380; nie dowiem, nie zd&#261;&#380;&#281; pomy&#347;la&#322;, obci&#261;gn&#261;&#322; na sobie marynark&#281; i wszed&#322;. By&#322; to niewielki pok&#243;j, z trzema oknami, za kt&#243;rymi p&#322;on&#261;&#322; sztuczny krajobraz ksi&#281;&#380;ycowy, o nieprzyjemnej barwie rozpalonej rt&#281;ci. W w&#281;&#380;szej cz&#281;&#347;ci trapezowatego pokoju sta&#322;y dwa biurka, ca&#322;a za&#347; przestrze&#324; przed nimi zastawiona by&#322;a krzes&#322;ami, zniesionymi chyba napr&#281;dce, bo ka&#380;de niemal by&#322;o inne. Znajdowa&#322;o si&#281; tu jakich&#347; czterna&#347;cie, pi&#281;tna&#347;cie os&#243;b, przewa&#380;nie m&#281;&#380;czyzn w &#347;rednim wieku oraz kilku ch&#322;opc&#243;w z naszywkami kadet&#243;w &#380;eglugi kosmicznej. Osobno siedzia&#322; jaki&#347; : starszy komandor reszta krzese&#322; sta&#322;a pusta. Pirx usiad&#322; obok jednego z kadetowi kt&#243;ry mu zaraz opowiedzia&#322;, jak przylecieli w sze&#347;ciu poprzedniego dnia dla odbycia praktyki na tej stronie, ale do ich dyspozycji by&#322; tylko ma&#322;y aparat, tak zwana pch&#322;a, wi&#281;c zabra&#322; ledwo trzech, reszta musia&#322;a czeka&#263; na swoj&#261; kolej, a&#380; tu nagle taka historia. Czy pan nawigator nie wie? Ale pan nawigator sam nic nie wiedzia&#322;. Po minach siedz&#261;cych mo&#380;na si&#281; by&#322;o zorientowa&#263;, &#380;e i oni s&#261; zaskoczeni niezwyk&#322;ym komunikatem wszyscy bodaj przyszli z hotelu. Kadet, przypomniawszy sobie, &#380;e nale&#380;y si&#281; przedstawi&#263;, wykona&#322; kilka &#263;wicze&#324; gimnastycznych, omal nie przewracaj&#261;c krzes&#322;a. Pirx chwyci&#322; je za oparcie, wtedy drzwi otwar&#322;y si&#281; i wszed&#322; niewysoki, czarnow&#322;osy m&#281;&#380;czyzna o z lekka szpakowatych skroniach; mia&#322; wygolone, ale sine od zarostu policzki, nastrz&#281;pione brwi i ma&#322;e, przenikliwe oczy; nic nie m&#243;wi&#261;c przeszed&#322; mi&#281;dzy krzes&#322;ami, za biurkiem spu&#347;ci&#322; z rolki podsufitowej map&#281; tej strony w skali l : l 000 000 i potar&#322;szy grzbietem r&#281;ki silny, mi&#281;sisty nos, rzek&#322; bez &#380;adnych wst&#281;p&#243;w:

Prosz&#281; pan&#243;w, jestem Achanian, delegowany chwilowo przez kierownictwo po&#322;&#261;czone Luny I i Luny II do sprawy unieszkodliwienia Setaura.

W&#347;r&#243;d siedz&#261;cych nast&#261;pi&#322;o lekkie poruszenie, ale Pirx dalej nic nie rozumia&#322; nie wiedzia&#322; nawet, co to jest Setaur.

Ci z pan&#243;w, kt&#243;rzy s&#322;uchali radia, wiedz&#261;, &#380;e tutaj pokaza&#322; linijk&#261; okolice Hypatii i Aifraganusa wypad&#322; wczoraj r&#243;j meteor&#243;w. Mniejsza o skutki upadku innych, ale jeden, bodaj &#380;e najwi&#281;kszy, strzaska&#322; ochronn&#261; tarcz&#281; magazyn&#243;w B 7 i R 7, przy czym w tym ostatnim znajdowa&#322;a si&#281; partia Setaur&#243;w, dostarczonych ledwo cztery dni temu z Ziemi. W komunikatach podano, &#380;e wszystkie uleg&#322;y zniszczeniu. Ot&#243;&#380; to nie jest, prosz&#281; pan&#243;w, prawd&#261;.

Kadet; siedz&#261;cy obok Pirxa, s&#322;ucha&#322; z czerwonymi uszami, nawet usta otworzy&#322;, jakby si&#281; ba&#322;, &#380;e uroni jakie&#347; s&#322;owo; Achanian za&#347; m&#243;wi&#322; dalej:

Pi&#281;&#263; robot&#243;w zdruzgota&#322; wal&#261;cy si&#281; strop, ale sz&#243;sty ocala&#322;. A w&#322;a&#347;ciwie uleg&#322; uszkodzeniu. S&#261;dzimy tak na tej podstawie, &#380;e wydosta&#322; si&#281; spod ruin magazynu i zacz&#261;&#322; si&#281; od tej chwili zachowywa&#263;, jak jak

Achanian nie znalaz&#322; w&#322;a&#347;ciwego s&#322;owa, wi&#281;c nie doko&#324;czywszy ci&#261;gn&#261;&#322;:

Magazyny znajduj&#261; si&#281; przy bocznicy w&#261;skotor&#243;wki, o pi&#281;&#263; mil od prowizorycznego l&#261;dowiska. Natychmiast po katastrofie rozpocz&#281;to akcj&#281; ratunkow&#261; i w pierwszej kolejno&#347;ci sprawdzano stany za&#322;ogi, by wykry&#263;, czy nikt nie zosta&#322; pogrzebany pod zburzonymi budynkami. Akcja ta trwa&#322;a oko&#322;o godziny, poniewa&#380; za&#347; okaza&#322;o si&#281; tymczasem, &#380;e od wstrz&#261;su straci&#322;y pe&#322;n&#261; hermetyczno&#347;&#263; budynki centralnego sterowania rob&#243;t, przed&#322;u&#380;y&#322;a si&#281; do p&#243;&#322;nocy. Oko&#322;o pierwszej wyja&#347;niono, &#380;e awaria sieci, zasilaj&#261;cej ca&#322;y teren budowy, jak r&#243;wnie&#380; przerwanie &#322;&#261;czno&#347;ci telefonicznej, nie zosta&#322;y spowodowane przez meteory, lecz kable uleg&#322;y przeci&#281;ciu promieniem lasera.

Pirx mrugn&#261;&#322;. Mia&#322; nieodparte wra&#380;enie, &#380;e uczestniczy w jakim&#347; przedstawieniu, w maskaradzie bo takie rzeczy nie mog&#322;y si&#281; zdarza&#263;. Laser! Doprawdy! Mo&#380;e przywi&#243;z&#322; go marsja&#324;ski szpieg? Ale komandor-in&#380;ynier nie wygl&#261;da&#322; na cz&#322;owieka, kt&#243;ry &#347;ci&#261;ga rankiem go&#347;ci hotelowych, aby p&#322;ata&#263; im g&#322;upie kawa&#322;y.

Lini&#281; telefoniczn&#261; naprawiono w pierwszej kolejno&#347;ci m&#243;wi&#322; Achanian a w tym samym czasie ma&#322;y transporter brygady awaryjnej, kt&#243;ry dotar&#322; do miejsca, gdzie kable uleg&#322;y przerwaniu, utraci&#322; &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiotelegraficzn&#261; z kierownictwem Luny; po trzeciej nad ranem okaza&#322;o si&#281;, i&#380; transporter &#243;w zosta&#322; zaatakowany laserem i pod wp&#322;ywem kilku trafie&#324; stan&#261;&#322; w p&#322;omieniach. Kierowca i jego pomocnik zgin&#281;li, a dwaj ludzie obs&#322;ugi, kt&#243;rzy szcz&#281;&#347;liwie byli w skafandrach, szykowali si&#281; bowiem do wyj&#347;cia dla naprawy linii, zd&#261;&#380;yli wyskoczy&#263; i ukryli si&#281; na pustyni, to jest na Mar&#281; Tranquilitatis mniej wi&#281;cej tu Achanian pokaza&#322; linijk&#261; punkt Morza Spokoju, oddalony o jakie&#347; czterysta kilometr&#243;w od niewielkiego krateru Arago. &#379;aden z nich, o ile wiem, nie widzia&#322; napastnika. Po prostu w pewnej chwili poczuli bardzo silny udar termiczny i transporter zapali&#322; si&#281;. Wyskoczyli, zanim wybuch&#322;y zbiorniki ze zg&#281;szczonym gazem; uratowa&#322; ich brak atmosfery, poniewa&#380; eksplodowa&#322;a tylko ta cz&#281;&#347;&#263; paliwa, kt&#243;ra mog&#322;a si&#281; wewn&#261;trz transportera po&#322;&#261;czy&#263; z tlenem. Jeden z tych ludzi zgin&#261;&#322; w nie ustalonych dot&#261;d okoliczno&#347;ciach, a drugi zdo&#322;a&#322; powr&#243;ci&#263; na teren budowy po przebyciu oko&#322;o stu czterdziestu kilometr&#243;w, &#380;e za&#347; bieg&#322; w skafandrze, zu&#380;y&#322; ca&#322;y sw&#243;j zapas powietrza i dosta&#322; anoksji jednak&#380;e, na szcz&#281;&#347;cie, dostrze&#380;ono go i obecnie przebywa w szpitalu. Nasze wiadomo&#347;ci o tym, co zasz&#322;o, opieraj&#261; si&#281; tylko na jego relacji, wi&#281;c b&#281;d&#261; wymaga&#322;y jeszcze sprawdzenia.

Panowa&#322;a teraz martwa cisza. Pirxowi te&#380; &#347;wita&#322;o ju&#380;, co to wszystko znaczy, ale nie wierzy&#322; jeszcze, nie chcia&#322; jeszcze wierzy&#263;

Zapewne domy&#347;lacie si&#281;, panowie ci&#261;gn&#261;&#322; r&#243;wnym g&#322;osem ciemnow&#322;osy m&#281;&#380;czyzna, odcinaj&#261;cy si&#281; czarn&#261; jak w&#281;giel sylwetk&#261; od t&#322;a pa&#322;aj&#261;cych rt&#281;ciowo pejza&#380;y Ksi&#281;&#380;yca &#380;e tym, kto przeci&#261;&#322; kable telefoniczne i lini&#281; wysokiego napi&#281;cia, a tak&#380;e zaatakowa&#322; transporter, by&#322; ocala&#322;y Setaur. Jest to jednostka jeszcze ma&#322;o znana, bo wprowadzona do seryjnej produkcji ledwo w ubieg&#322;ym miesi&#261;cu. Mia&#322; tu przyj&#347;&#263; ze mn&#261; in&#380;ynier Klamer, jeden z projektant&#243;w Setaura, aby wyja&#347;ni&#263; panom dok&#322;adnie zar&#243;wno mo&#380;liwo&#347;ci tego modelu, jak i &#347;rodki, kt&#243;rych nale&#380;y u&#380;y&#263; obecnie celem jego unieszkodliwienia b&#261;d&#378; zniszczenia Kadet, siedz&#261;cy obok Pirxa, cicho j&#281;kn&#261;&#322;. By&#322; to j&#281;k najwy&#380;szego zachwytu, nawet nie pr&#243;buj&#261;cego udawa&#263; zgrozy. M&#322;odzieniec nie zauwa&#380;y&#322; strofuj&#261;cego wzroku nawigatora. Nikt zreszt&#261; nie dostrzega&#322; niczego i nie s&#322;ysza&#322; nic poza g&#322;osem komandora-in&#380;yniera.

Nie jestem intelektronikiem i dlatego nie m&#243;g&#322;bym panom powiedzie&#263; wiele o Setaurze. Ale w&#347;r&#243;d obecnych powinien znajdowa&#263; si&#281; doktor McCork. Czy jest obecny?

Wsta&#322; szczup&#322;y m&#281;&#380;czyzna w okularach: Jestem. Nie bra&#322;em udzia&#322;u w projektowaniu Setaur&#243;w, znam tylko nasz angielski model, zbli&#380;ony do ameryka&#324;skiego, ale nie identyczny. Niemniej r&#243;&#380;nice s&#261; niezbyt wielkie. Mog&#281; wi&#281;c s&#322;u&#380;y&#263;

Doskonale. Doktorze, poprosz&#281; pana do mnie. Przedstawi&#281; jeszcze tylko sytuacj&#281; bie&#380;&#261;c&#261;: ten Setaur znajduje si&#281; gdzie&#347; tutaj Achanian obwi&#243;d&#322; ko&#324;cem linijki brzeg Morza Spokoju. To znaczy znajduje si&#281; w odleg&#322;o&#347;ci trzydziestu do osiemdziesi&#281;ciu kilometr&#243;w od terenu budowy. Przeznaczony by&#322;, jak w og&#243;le wszystkie Setaury, do prac g&#243;rniczych w bardzo ci&#281;&#380;kich warunkach, w wysokiej temperaturze, przy znacznej mo&#380;liwo&#347;ci obwa&#322;&#243;w, dlatego te&#380; modele te posiadaj&#261; masywn&#261; budow&#281; i gruby pancerz Ale o tym powie panom dok&#322;adniej doktor McCork. Co si&#281; tyczy &#347;rodk&#243;w, jakimi dysponujemy, aby go unieszkodliwi&#263; to kierownictwa wszystkich baz ksi&#281;&#380;ycowych da&#322;y nam przede wszystkim pewn&#261; ilo&#347;&#263; materia&#322;&#243;w wybuchowych, dynamitu i oksylikwit&#243;w oraz lasery r&#281;czne bezpo&#347;redniego ra&#380;enia i g&#243;rnicze przy czym ani te materia&#322;y wybuchowe, ani lasery nie maj&#261;, rozumie si&#281;, charakteru &#347;rodk&#243;w bojowych. Dla poruszania si&#281; grupy operuj&#261;ce w celu zniszczenia Setaura b&#281;d&#261; mia&#322;y transportery ma&#322;ego i &#347;redniego zasi&#281;gu, w czym dwa posiadaj&#261;ce lekki pancerz przeciw-meteorytowy. Tylko taki pancerz mo&#380;e wytrzyma&#263; ra&#380;enie laserem z odleg&#322;o&#347;ci oko&#322;o kilometra. Co prawda, dane te dotycz&#261; Ziemi, gdzie poch&#322;aniaj&#261;ce energi&#281; dzia&#322;anie atmosfery jest bardzo istotne. Tutaj jej nie mamy, wi&#281;c owe transportery b&#281;d&#261; niewiele tylko mniej nara&#380;one od innych. Dostaniemy te&#380; znaczn&#261; ilo&#347;&#263; skafandr&#243;w, tlenu i to, obawiam si&#281;, b&#281;dzie wszystko. Oko&#322;o po&#322;udnia z sektora radzieckiego, przyleci pch&#322;a z tr&#243;josobow&#261; za&#322;og&#261;; mo&#380;e ona wzi&#261;&#263; ewentualnie dla kr&#243;tkiego lotu czterech ludzi, aby dostarczy&#263; ich w g&#322;&#261;b obszaru, w kt&#243;rym lokalizowany jest Setaur. Na razie na tym ko&#324;cz&#281;. Dam teraz panom arkusz papieru, na kt&#243;rym prosz&#281; wyra&#378;nie wypisa&#263; nazwiska oraz specjalno&#347;ci zawodowe. Tymczasem mo&#380;e doktor McCork zechce powiedzie&#263; kilka s&#322;&#243;w o Setaurze. Najwa&#380;niejsze jest, jak s&#261;dz&#281;, przedstawienie jego pi&#281;ty achillesowej

McCork sta&#322; ju&#380; obok Achaniana. By&#322; jeszcze bardziej chudy, ni&#380; si&#281; przedtem wyda&#322;o Pirxowi; mia&#322; odstaj&#261;ce uszy, z lekka tr&#243;jk&#261;tn&#261; czaszk&#281;, niemal niewidoczne brwi, czupryn&#281; nieokre&#347;lonego koloru i z tym wszystkim wydawa&#322; si&#281; dziwnie sympatyczny.

Nim zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263;, zdj&#261;&#322; okulary w stalowej oprawie, jakby mu przeszkadza&#322;y, i po&#322;o&#380;y&#322; je na biurku przed sob&#261;.

Sk&#322;ama&#322;bym, gdybym powiedzia&#322;, &#380;e dopuszczali&#347;my mo&#380;liwo&#347;&#263; takiego wypadku, jaki si&#281; tu wydarzy&#322;. Ale opr&#243;cz matematyki cybernetyk musi mie&#263; w g&#322;owie jeszcze jak&#261;&#347; szczypt&#281; intuicji. W&#322;a&#347;nie przez to nie zdecydowali&#347;my si&#281; dot&#261;d odda&#263; naszego modelu do produkcji seryjnej. Testy laboratoryjne wykaza&#322;y doskona&#322;&#261; sprawno&#347;&#263; Mefista tak si&#281; nazywa nasz model. Setaur ma si&#281; od niego r&#243;&#380;ni&#263; lepszym zr&#243;wnowa&#380;eniem hamowania i pobudzania. Tak przynajmniej s&#261;dzi&#322;em dot&#261;d w oparciu o literatur&#281; teraz nie jestem ju&#380; tego taki pewny. Nazwa zatr&#261;ca o mitologi&#281;, ale jest tylko skr&#243;tem, pochodzi od s&#322;&#243;w Samoprogramuj&#261;cy si&#281; Elektronowy Tr&#243;jkowy Automat Racemiczny, poniewa&#380; do konstrukcji jego m&#243;zgu u&#380;ywa si&#281; zar&#243;wno prawo- jak i lewoskr&#281;tnych monopolimer&#243;w pseudokrystalicznych. To chyba w tej chwili nie jest wa&#380;ne. Jest to automat zaopatrzony w laser do prac g&#243;rniczych, laser fioletowy, za&#347; energii do wysy&#322;ania impuls&#243;w dostarcza mu mikrostos, pracuj&#261;cy na zasadzie zimnej reakcji &#322;a&#324;cuchowej, dzi&#281;ki czemu Setaur, o ile pami&#281;tam, mo&#380;e w impulsach rozwija&#263; dzielno&#347;&#263; czterdziestu pi&#281;ciu tysi&#281;cy kilowat&#243;w.

Jak d&#322;ugo? spyta&#322; kto&#347;.

Z naszego punktu widzenia przez wieczno&#347;&#263; odpar&#322; natychmiast chudy doktor. W ka&#380;dym razie przez wiele lat. Co si&#281; w&#322;a&#347;ciwie mog&#322;o sta&#263; z tym Setaurem? M&#243;wi&#261;c po prostu my&#347;l&#281;, &#380;e dosta&#322; po g&#322;owie. Cios musia&#322; by&#263; nadzwyczaj silny, ale w ko&#324;cu nawet tutaj wal&#261;cy si&#281; budynek mo&#380;e uszkodzi&#263; chromoniklow&#261; czaszk&#281;. Co si&#281; wi&#281;c sta&#322;o? Podobnych do&#347;wiadcze&#324; nigdy&#347;my nie przeprowadzali, kosztowa&#322;yby zbyt drogo McCork u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; niespodziewanie, ukazuj&#261;c ma&#322;e, r&#243;wne z&#281;by ale wiadomo og&#243;lnie, &#380;e wyra&#378;nie zlokalizowane uszkodzenie ma&#322;ego, to jest wzgl&#281;dnie prostego m&#243;zgu czy zwyk&#322;ej maszyny cyfrowej powoduje kompletny rozpad funkcji. Natomiast im bardziej zbli&#380;amy si&#281; w na&#347;ladowaniu proces&#243;w do m&#243;zgu ludzkiego, w tym wi&#281;kszym stopniu taki z&#322;o&#380;ony m&#243;zg staje si&#281; zdolny funkcjonowa&#263;, pomimo tego, &#380;e cz&#281;&#347;ciowo uleg&#322; uszkodzeniu. M&#243;zg zwierz&#281;cy, na przyk&#322;ad kota, posiada pewne o&#347;rodki, kt&#243;rych dra&#380;nienie wywo&#322;uje reakcj&#281; ataku, przedstawiaj&#261;cego si&#281; jako wybuch agresywnej w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. M&#243;zg Setaura jest zbudowany inaczej, ale posiada pewien generalny napad, motor aktywno&#347;ci, kt&#243;ra mo&#380;e by&#263; w rozmaity spos&#243;b kierowana i kanalizowana. Ot&#243;&#380; nast&#261;pi&#322;o jakie&#347; kr&#243;tkie zwarcie tego centrum aktywno&#347;ci z uruchomionym programem destrukcji. M&#243;wi&#281; naturalnie w przera&#378;liwym uproszczeniu.

Ale sk&#261;d ta destrukcja? spyta&#322; ten sam g&#322;os co przed chwil&#261;.

Bo to automat przeznaczony do prac g&#243;rniczych wyja&#347;ni&#322; doktor McCork. -Zadaniem jego mia&#322;o by&#263; przebijanie sztolni, chodnik&#243;w, wiercenie ska&#322;y, kruszenie szczeg&#243;lnie twardych minera&#322;&#243;w, najog&#243;lniej m&#243;wi&#261;c niszczenie materialnej spoisto&#347;ci, oczywi&#347;cie nie wsz&#281;dzie i nie wszystkiego, ale w rezultacie urazu dosz&#322;o do takiej generalizacji. Moja hipoteza mo&#380;e by&#263; zreszt&#261; zupe&#322;nie fa&#322;szywa. Ta strona, czysto teoretyczna, b&#281;dzie dla nas istotna p&#243;&#378;niej, kiedy si&#281; z niego zrobi ju&#380; dywanik. Na razie najwa&#380;niejsze jest, co Setaur potrafi. Mo&#380;e porusza&#263; si&#281; z szybko&#347;ci&#261; oko&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu kilometr&#243;w na godzin&#281;, w&#322;a&#347;ciwie w ka&#380;dym terenie. Nie ma &#380;adnych punkt&#243;w smarowniczych, wszystkie powierzchnie stawowo-cierne pracuj&#261; na teflonie. Ma zawieszenia magnetyczne, pancerza jego nie przebije &#380;aden pocisk rewolwerowy czy karabinowy, nie robiono takich pr&#243;b, ale s&#261;dz&#281;, &#380;e dopiero chyba dzia&#322;o przeciwpancerne A takich nie mamy, prawda?

Achanian pokr&#281;ci&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261;. Wzi&#261;&#322; list&#281;, kt&#243;ra do niego wr&#243;ci&#322;a, i czyta&#322; robi&#261;c ko&#322;o nazwisk drobne znaczki.

Oczywi&#347;cie, wybuch porz&#261;dnego &#322;adunku wybuchowego rozerwie go ci&#261;gn&#261;&#322; McCork spokojnie, jakby m&#243;wi&#322; o najzwyklejszej w &#347;wiecie rzeczy. Ale najpierw trzeba ten &#322;adunek do niego zbli&#380;y&#263;, a obawiam si&#281;, &#380;e to nie b&#281;dzie &#322;atwe.

Gdzie on w&#322;a&#347;ciwie ma ten laser? W g&#322;owie? spytano z audytorium.

On nie ma g&#322;owy, tylko rodzaj wybrzuszenia, wypuk&#322;o&#347;ci pomi&#281;dzy ramionami. Mia&#322;o to zwi&#281;kszy&#263; jego odporno&#347;&#263; na zasypanie. Setaur liczy sobie dwie&#347;cie dwadzie&#347;cia centymetr&#243;w wzrostu, wi&#281;c razi z wysoko&#347;ci jakich&#347; dwu metr&#243;w; wylot lasera os&#322;oni&#281;ty jest przesuwn&#261; klap&#261;; przy nieruchomym torsie mo&#380;e razi&#263; w k&#261;cie szerokim na trzydzie&#347;ci stopni, a wi&#281;ksze pole ra&#380;enia powstaje dzi&#281;ki obrotom ca&#322;ego torsu. Laser ma moc szczytow&#261; czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263; tysi&#281;cy kilowat&#243;w; ka&#380;dy fachowiec zorientuje si&#281;, &#380;e to jest moc bardzo wielka, przebija &#322;atwo kilkucentymetrow&#261; stalow&#261; blach&#281;

W jakim zasi&#281;gu?

To jest laser fioletowy, wi&#281;c o bardzo ma&#322;ym k&#261;cie rozchodzenia si&#281; &#347;wietlnego p&#281;ku Dlatego zasi&#281;g b&#281;dzie praktycznie ograniczony polem widzenia; poniewa&#380; horyzont jest tu odleg&#322;y na r&#243;wninie o dwa kilometry, a zatem co najmniej taki b&#281;dzie zasi&#281;g ra&#380;enia.

Dostaniemy specjalne lasery g&#243;rnicze o sze&#347;ciokrotnie wi&#281;kszej mocy wtr&#261;ci&#322; Achanian.

Ale to jest tylko to, co Amerykanie nazywaj&#261; overkill odpar&#322; McCork, u&#347;miechaj&#261;c si&#281;. Bo ta zwi&#281;kszona moc nie da w pojedynku z laserem Setaura &#380;adnej przewagi

Kto&#347; spyta&#322;, czy nie da&#322;oby si&#281; zniszczy&#263; automatu z pok&#322;adu jakiego&#347; statku kosmicznego. McCork uzna&#322; si&#281; niekompetentnym, Achanian za&#347;, spojrzawszy na list&#281; obecnych, rzek&#322;:

Jest tu obecny nawigator pierwszej klasy Pirx Mo&#380;e pan zechce wyja&#347;ni&#263; t&#281; spraw&#281;?

Pirx wsta&#322;.

Teoretycznie bior&#261;c, statek &#347;redniego tona&#380;u, jak m&#243;j Cuivier, wi&#281;c o szesnastu tysi&#261;cach ton masy spoczynkowej, m&#243;g&#322;by zapewne zniszczy&#263; takiego Setaura, gdyby go dosta&#322; w sw&#243;j odrzut. Temperatura gaz&#243;w wylotowych przekracza sze&#347;&#263; tysi&#281;cy stopni w odleg&#322;o&#347;ci dziewi&#281;ciuset metr&#243;w, wi&#281;c to by chyba wystarczy&#322;o?

McCork skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Ale to czysta spekulacja podj&#261;&#322; Pirx. Statek trzeba by jako&#347; naprowadzi&#263;, a tak ma&#322;y cel, jaki przedstawia Setaur, nie wi&#281;kszy przecie&#380; od cz&#322;owieka, zawsze si&#281; zd&#261;&#380;y usun&#261;&#263;, o ile nie jest unieruchomiony, poniewa&#380; boczna szybko&#347;&#263; statku, manewruj&#261;cego przy powierzchni planety, w jej polu ci&#261;&#380;enia, jest bardzo ma&#322;a i nie mo&#380;e by&#263; nawet mowy o nag&#322;ych manewrach po&#347;cigowych. Pozostawa&#322;aby wi&#281;c tylko ewentualno&#347;&#263; u&#380;ycia ma&#322;ych jednostek, powiedzmy: w&#322;asnej flotylli Ksi&#281;&#380;yca. Tylko &#380;e odrzut jest tu s&#322;aby i o niezbyt wysokiej temperaturze, wi&#281;c chyba gdyby u&#380;y&#263; takiego stateczku jako bombowca Lecz dla precyzyjnego bombardowania trzeba specjalnych przyrz&#261;d&#243;w, celownik&#243;w, kt&#243;rych Luna nie posiada. Nie widz&#281; takiej mo&#380;liwo&#347;ci. Owszem, trzeba, nawet nale&#380;y u&#380;y&#263; takich ma&#322;ych maszyn, ale tylko w celach rozpoznania, to jest zlokalizowania tego automatu.

Chcia&#322; ju&#380; usi&#261;&#347;&#263;, kiedy nagle przysz&#322;a mu nowa my&#347;l.

A, prawda! powiedzia&#322;. Olstra skokowe. Tych mo&#380;na by u&#380;y&#263;. To znaczy mog&#261; ich u&#380;y&#263; tylko ludzie, umiej&#261;cy si&#281; nimi pos&#322;ugiwa&#263;.

To s&#261; te ma&#322;e rakietki indywidualne, kt&#243;re si&#281; przymocowuje do plec&#243;w? spyta&#322; McCork.

Tak. Mo&#380;na przy ich pomocy wykonywa&#263; skoki albo nawet szybowa&#263; nieruchomo; zale&#380;nie od modelu i typu uzyskuje si&#281; od jednej do kilku minut lotu i od pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu do czterystu metr&#243;w wysoko&#347;ci

Achanian wsta&#322;.

To chyba wa&#380;ne. Kto z obecnych przeszed&#322; trening w u&#380;ywaniu tych aparat&#243;w?

Podnios&#322;y si&#281; dwie r&#281;ce. Potem jeszcze jedna.

Tylko trzech? powiedzia&#322; Achanian. A, i pan? doda&#322; widz&#261;c, &#380;e Pirx, zorientowawszy si&#281;, teraz dopiero podni&#243;s&#322; r&#281;k&#281;. A wi&#281;c czterech. No, raczej ma&#322;o Poszukamy jeszcze w&#347;r&#243;d obs&#322;ugi lotniska. Panowie! Chodzi, rzecz jasna, o akcj&#281; dobrowoln&#261;. W&#322;a&#347;ciwie powinienem by&#322; od tego nawet zacz&#261;&#263;. Kto z pan&#243;w zechce wzi&#261;&#263; udzia&#322; w operacjach?

Zrobi&#322; si&#281; ma&#322;y rumor, bo wszyscy obecni zacz&#281;li wstawa&#263;.

Dzi&#281;kuj&#281; w imieniu kierownictwa powiedzia&#322; Achanian. To dobrze A wi&#281;c mamy siedemnastu ochotnik&#243;w. B&#281;dziemy mieli wsparcie trzech jednostek f loty li ksi&#281;&#380;ycowej, ponadto dysponujemy dziesi&#281;cioma kierowcami i radiowcami do obs&#322;ugi transporter&#243;w. Prosz&#281; obecnych o pozostanie na miejscu, a pan&#243;w zwr&#243;ci&#322; si&#281; do McC&#243;rka i Pirxa prosz&#281; ze mn&#261;, do kierownictwa



* * *


Oko&#322;o czwartej po po&#322;udniu Pirx siedzia&#322; w wie&#380;yczce wielkiego transportera g&#261;sienicowego, podrzucany jego gwa&#322;townymi ruchami, maj&#261;c na sobie pe&#322;ny skafander, na kolanach gotowy do w&#322;o&#380;enia z pierwszym alarmem he&#322;m, a skosem przez piersi przewieszony ci&#281;&#380;ki laser, kt&#243;rego kolba t&#322;uk&#322;a go niemi&#322;osiernie; w lewej r&#281;ce trzyma&#322; mikrofon, a praw&#261; obraca&#322; peryskopem, obserwuj&#261;c rozci&#261;gni&#281;te w d&#322;ugi &#322;a&#324;cuch inne transportery, kt&#243;re, niczym &#322;odzie, ko&#322;ysa&#322;y si&#281; na piar&#380;ystych roz&#322;ogach Morza Spokoju. Pustynne to morze pa&#322;a&#322;o blaskiem s&#322;onecznymi puste od jednego czarnego widnokr&#281;gu po drugi; Pirx przyjmowa&#322; i przekazywa&#322; meldunki, rozmawia&#322; z Lun&#261; I, z dow&#243;dcami innych maszyn, z pilotami stateczk&#243;w rozpoznawczych, kt&#243;rych mikroskopijne p&#322;omyki odrzutowe kiedy niekiedy pojawia&#322;y si&#281; w&#347;r&#243;d gwiazd czarnego nieba, a przy tym wszystkim nie m&#243;g&#322; si&#281; chwilami oprze&#263; wra&#380;eniu, &#380;e jest to rodzaj bardzo zawi&#322;ego i niem&#261;drego snu.

Wypadki toczy&#322;y si&#281; coraz gwa&#322;towniej. Nie tylko jemu wyda&#322;o si&#281;, &#380;e kierownictwo budowy uleg&#322;o czemu&#347; w rodzaju paniki, c&#243;&#380; bowiem w ko&#324;cu m&#243;g&#322; zdzia&#322;a&#263; jeden automat-p&#243;&#322;g&#322;&#243;wek, nawet uzbrojony w miotacz &#347;wiat&#322;a? Wi&#281;c gdy na drugiej naradzie najwy&#380;szego szczebla, w samo po&#322;udnie, zacz&#281;to m&#243;wi&#263; o zwr&#243;ceniu si&#281; do ONZ, a przynajmniej do Rady Bezpiecze&#324;stwa, po specjaln&#261; sankcj&#281;, zezwolenie na przyw&#243;z broni artyleryjskiej (najlepiej rakietowych miotaczy), a mo&#380;e nawet atomowych pocisk&#243;w zaprotestowa&#322; wraz z innymi, m&#243;wi&#261;c, &#380;e takim sposobem, nim cokolwiek zwojuj&#261;, o&#347;miesz&#261; si&#281; gruntownie przed ca&#322;&#261; Ziemi&#261;. Zreszt&#261; jasne by&#322;o, &#380;e na podobn&#261; decyzj&#281; mi&#281;dzynarodowego cia&#322;a trzeba by czeka&#263; co najmniej wiele dni, je&#347;li nie tygodni, tymczasem za&#347; szalony robot m&#243;g&#322; zaw&#281;drowa&#263; B&#243;g wie gdzie i zaszytego w niedost&#281;pnych szczelinach ksi&#281;&#380;ycowej skorupy nie dosi&#281;gliby ju&#380; wszystkimi razem armatami; tak wi&#281;c nale&#380;a&#322;o dzia&#322;a&#263; zdecydowanie i szybko. Wyja&#347;ni&#322;o si&#281; w&#243;wczas, &#380;e najwi&#281;kszym szkopu&#322;em b&#281;dzie problem &#322;&#261;czno&#347;ci, kt&#243;ra zawsze by&#322;a bol&#261;czk&#261; ksi&#281;&#380;ycowych przedsi&#281;wzi&#281;&#263;. Istnia&#322;o pono&#263; oko&#322;o trzy tysi&#261;ce patent&#243;w na wynalazki maj&#261;ce t&#281; &#322;&#261;czno&#347;&#263; usprawni&#263;, od telegrafu sejsmicznego (z u&#380;yciem mikrowybuch&#243;w jako sygna&#322;&#243;w) a&#380; po troja&#324;skie satelity stacjonarne. Satelity takie umieszczono na orbitach ju&#380; w ubieg&#322;ym roku co jednak wcale nie polepsza&#322;o aktualnej sytuacji. Praktycznie problem by&#322; rozwi&#261;zany dzi&#281;ki systemom ultrakr&#243;tkich przeka&#378;nik&#243;w, osadzonych na masztach; bardzo to by&#322;o podobne do dawnych ziemskich linii przesy&#322;kowych przedsputnikowej telewizji. By&#322;o to nawet pewniejsze od &#322;&#261;czno&#347;ci satelitarnej, poniewa&#380; in&#380;ynierowie wci&#261;&#380; jeszcze &#322;amali sobie g&#322;owy nad uczynieniem przeka&#378;nik&#243;w orbitalnych niewra&#380;liwymi na wichry s&#322;oneczne. Ka&#380;dorazowy skok aktywno&#347;ci s&#322;o&#324;ca i spowodowane nim huragany elektrycznie na&#322;adowanych cz&#261;stek o wysokiej energii, kt&#243;re przeszywa&#322;y pr&#243;&#380;ni&#281;, natychmiast wywo&#322;ywa&#322; zak&#322;&#243;cenia utrudniaj&#261;ce utrzymanie &#322;&#261;czno&#347;ci i to nieraz przez kilka nawet dni. Trwa&#322; w&#322;a&#347;nie jeden z takich tajfun&#243;w s&#322;onecznych, dlatego wiadomo&#347;ci mi&#281;dzy Lun&#261; I a budow&#261; sz&#322;y lini&#261; przeka&#378;nik&#243;w naziemnych i powodzenie operacji Setaur zale&#380;a&#322;o od tego, w du&#380;ej przynajmniej mierze, czy zbuntowanemu nie przyjdzie ochota niszczenia kratowych maszt&#243;w, kt&#243;rych czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263; znajdowa&#322;o si&#281; na pustyni, oddzielaj&#261;cej Lun&#281;-miasto z kosmodromem od teren&#243;w budowy. Zak&#322;adaj&#261;c, oczywi&#347;cie, &#380;e automat nadal b&#281;dzie grasowa&#322; w tej okolicy. Mia&#322; przecie&#380; ca&#322;kowit&#261; swobod&#281; manewru, nie potrzebuj&#261;c paliwa ani tlenu, ani snu czy odpoczynku, tak samowystarczalny, &#380;e niejeden z in&#380;ynier&#243;w teraz dopiero na dobre u&#347;wiadomi&#322; sobie, jak doskona&#322;&#261; wysi&#322;kiem w&#322;asnych r&#261;k zbudowano machin&#281; kt&#243;rej dalszych krok&#243;w nikt nie umia&#322; przewidzie&#263;. Bo, rozumie si&#281;, trwa&#322;y wszcz&#281;te jeszcze o &#347;wicie rozmowy bezpo&#347;rednie Ksi&#281;&#380;yc-Ziemia mi&#281;dzy kierownictwem akcji a firm&#261; Cybertronics ze sztabem projektant&#243;w Setaura ale nie dowiedziano si&#281; od nich nic, czego by ju&#380; przedtem nie powiedzia&#322; ma&#322;y doktor McCork. Tylko laicy pr&#243;bowali jeszcze nam&#243;wi&#263; specjalist&#243;w, aby przy pomocy jakiego&#347; wielkiego kalkulatora przepowiedzieli taktyk&#281; automatu. Czy by&#322; inteligentny? Ale&#380; tak, cho&#263; po swojemu! Owa zb&#281;dna, w tej chwili nawet wielce szkodliwa m&#261;dro&#347;&#263; maszyny gniewa&#322;a wielu uczestnik&#243;w akcji nie mogli poj&#261;&#263;, po kiego diab&#322;a in&#380;ynierowie obdarzyli maszyn&#281;, przeznaczon&#261; do prac &#347;ci&#347;le g&#243;rniczych, tak&#261; swobod&#261; i autonomi&#261; dzia&#322;ania? McCork wyja&#347;nia&#322; im spokojnie, &#380;e nadmiarowo&#347;&#263; intelektroniczna jest w obecnej fazie rozwoju technicznego tym samym, czym nadmiar mocy, jakim z regu&#322;y dysponuj&#261; wszystkie maszyny i silniki konwencjonalne; jest to rezerwa awaryjna, maj&#261;ca zwi&#281;kszy&#263; bezpiecze&#324;stwo i pewno&#347;&#263; dzia&#322;ania; niepodobna bowiem z g&#243;ry przewidzie&#263; wszystkich sytuacji/ w jakich si&#281; maszyna, czy to energetyczna, czy informacyjna, znajdzie. O tym wi&#281;c, co mo&#380;e przedsi&#281;wzi&#261;&#263; Setaur, nikt w gruncie rzeczy nie mia&#322; zielonego poj&#281;cia. Oczywi&#347;cie fachowcy, tak&#380;e i ziemscy, przysy&#322;ali swe telegraficzne opinie, bieda by&#322;a tylko w tym, &#380;e si&#281; te opinie diametralnie r&#243;&#380;ni&#322;y. Jedni przypuszczali, &#380;e Setaur b&#281;dzie usi&#322;owa&#322; niszczy&#263; obiekty o charakterze sztucznym, jak w&#322;a&#347;nie maszty przeka&#378;nikowe lub wysokiego napi&#281;cia, inni natomiast, &#380;e b&#281;dzie wy&#322;adowywa&#322; sw&#261; energi&#281; w bezproduktywnym ra&#380;eniu wszystkiego, co mu stanie na drodze, czy b&#281;dzie to ksi&#281;&#380;ycowa ska&#322;a, czy transporter z lud&#378;mi. Pierwsi przychylali si&#281; raczej ku koncepcji natychmiastowego ataku, aby go zniszczy&#263;, drudzy doradzali taktyk&#281; wyczekiwania. Zgodni byli w tym tylko, &#380;e nale&#380;y koniecznie kontrolowa&#263; jego ruchy.

Jako&#380; flotylla ksi&#281;&#380;ycowa w liczbie dwunastu ma&#322;ych jednostek od rana patrolowa&#322;a Morze Spokoju i przesy&#322;a&#322;a nieustannie meldunki grupie obrony teren&#243;w budowy, kt&#243;ra z kolei znajdowa&#322;a si&#281; w sta&#322;ej &#322;&#261;czno&#347;ci z kierownictwem kosmodromu. Nie by&#322;o rzecz&#261; &#322;atw&#261; dostrzec Setaura, okruch metalu w olbrzymiej skalnej pustyni, roj&#261;cej si&#281; od piargowych p&#243;l, p&#281;kni&#281;&#263; i na wp&#243;&#322; zasypanych szczelin, ca&#322;ej pokrytej nadto osp&#261; miniaturowych krater&#243;w. Gdyby&#380; wi&#281;c te meldunki by&#322;y przynajmniej negatywne! Ale patroluj&#261;ce za&#322;ogi wielokrotnie ju&#380; alarmowa&#322;y personel ziemny doniesieniami o dostrze&#380;eniu szalonego, po czym okazywa&#322;o si&#281;, &#380;e by&#322; to jaki&#347; szczeg&#243;lnej formy g&#322;az albo kawa&#322; lawy, iskrz&#261;cy si&#281; w promieniach s&#322;o&#324;ca, i nawet zastosowanie radaru wraz ze wska&#378;nikami ferroindukcyjnymi niewiele pomaga&#322;o, poniewa&#380; po dawniejszych akcjach eksploracyjnych z pierwszego okresu opanowania Ksi&#281;&#380;yca na jego skalistych pustyniach pozosta&#322;o ca&#322;e mn&#243;stwo metalowych pojemnik&#243;w, jak r&#243;wnie&#380; wy&#380;arzonych &#322;usek patron&#243;w rakietowych i najrozmaitszego blaszanego rupiecia, kt&#243;re co jaki&#347; czas stawa&#322;o si&#281; przyczyn&#261; nowych alarm&#243;w. Tak &#380;e kierownictwo operacji poczyna&#322;o coraz gor&#281;cej &#380;yczy&#263; sobie, aby Setaur zaatakowa&#322; wreszcie jaki&#347; obiekt, aby si&#281; pojawi&#322; on jednak da&#322; o sobie zna&#263; po raz ostatni przed dziewi&#281;cioma godzinami atakiem na ma&#322;y transporter pogotowia technicznego elektryk&#243;w i odt&#261;d jakby si&#281; zapad&#322; w grunt ksi&#281;&#380;ycowy. Poniewa&#380; jednak uznano, &#380;e czeka&#263; nie mo&#380;na, zw&#322;aszcza &#380;e budowa musia&#322;a odzyska&#263; dop&#322;yw energii elektrycznej, akcja, obejmuj&#261;ca oko&#322;o dziewi&#281;&#263; tysi&#281;cy kilometr&#243;w kwadratowych, polega&#322;a na przeczesaniu ich przez dwie, zmierzaj&#261;ce ku sobie ze stron przeciwnych, to jest z pomocy i po&#322;udnia, fale pojazd&#243;w. Od strony budowy sz&#322;a jedna ich tyraliera pod dow&#243;dztwem g&#322;&#243;wnego technologa Strzibra, a od kosmodromu Luny druga i w niej w&#322;a&#347;nie rol&#281; koordynatora dzia&#322;a&#324; obu stron przy dow&#243;dcy, kt&#243;rym by&#322; komandor nawigator Pleydar, pe&#322;ni&#322; Pirx. Pojmowa&#322; on doskonale, &#380;e w ka&#380;dej chwili mog&#261; min&#261;&#263; Setaura, chocia&#380;by ukrytego w kt&#243;rym&#347; z g&#322;&#281;bokich row&#243;w tektonicznych, a nawet tylko zamaskowanego jasnym piachem ksi&#281;&#380;ycowym, i ani go zauwa&#380;&#261;; McCork, kt&#243;ry jako doradca-intelektronik jecha&#322; razem z nim, by&#322; tego samego zdania.

Transporterem rzuca&#322;o wprost straszliwie, bo jechali z szybko&#347;ci&#261;, od kt&#243;rej, jak uprzedzi&#322; ich spokojnie kierowca, po jakim&#347; czasie wyp&#322;ywaj&#261; oczy. Znajdowali si&#281; w sektorze wschodnim Morza Spokoju i nieca&#322;a godzina jazdy dzieli&#322;a ich od obszaru, w kt&#243;rym m&#243;g&#322; z wi&#281;kszym prawdopodobie&#324;stwem przebywa&#263; automat. Po przekroczeniu owej umownej granicy mieli wszyscy na&#322;o&#380;y&#263; he&#322;my, aby, w razie niespodzianego ra&#380;enia i utraty hermetyczno&#347;ci lub po&#380;aru, natychmiast opu&#347;ci&#263; pojazd.

Transporter zosta&#322; zamieniony w maszyn&#281; bojow&#261;, bo mechanicy zamontowali na jego kopulastej wie&#380;yczce g&#243;rniczy laser wielkiej mocy, ale z jego celno&#347;ci&#261; by&#322;o raczej kiepsko. Pirx mia&#322; j&#261; za ca&#322;kiem iluzoryczn&#261;, zw&#322;aszcza wobec Setaura. &#211;w posiada&#322; celownik automatyczny, gdy&#380; jego fotoelektryczne oczy by&#322;y sprz&#281;&#380;one z laserem i m&#243;g&#322; natychmiast razi&#263; to, co znajdowa&#322;o si&#281; w centrum pola widzenia. Oni natomiast mieli jaki&#347; dziwny celownik, bodaj ze starego odleg&#322;o&#347;ciomierza kosmonautycznego, kt&#243;ry wypr&#243;bowano w ten spos&#243;b, &#380;e przed opuszczeniem Luny postrzelali troch&#281; do ska&#322;ek na horyzoncie. Ska&#322;y by&#322;y spore, odleg&#322;o&#347;&#263; nie wi&#281;ksza od mili, a i tak uda&#322;o si&#281; trafi&#263; dopiero za czwartym razem. I tu raz jeszcze dawa&#322;y si&#281; we znaki warunki ksi&#281;&#380;ycowe, bo promie&#324; lasera jest widoczny jako o&#347;lepiaj&#261;ca smuga tylko w o&#347;rodku rozpraszaj&#261;cym, na przyk&#322;ad w atmosferze ziemskie j; (w pr&#243;&#380;ni natomiast p&#281;k &#347;wiat&#322;a, dowolnie wielkiej nawet mocy, jest dop&#243;ty niewidzialny, dop&#243;ki nie trafi w jak&#261;&#347; materialn&#261; przeszkod&#281;. Dlatego na Ziemi mo&#380;na strzela&#263; laserem tak, jak si&#281; strzela pociskami smugowymi, kieruj&#261;c si&#281; widoczn&#261; lini&#261; ich lotu. Bez celownika na Ksi&#281;&#380;ycu by&#322; laser pozbawiony praktycznej warto&#347;ci. Pirx nie kry&#322; tego przed McCorkiem, kiedy ledwo par&#281; minut jazdy dzieli&#322;o ich od hipotetycznej strefy zagro&#380;enia.

Nie my&#347;la&#322;em o tym rzek&#322; in&#380;ynier. Potem doda&#322; z u&#347;miechem:

Czemu w&#322;a&#347;ciwie pan mi to m&#243;wi?

Aby pozbawi&#263; pana z&#322;udze&#324; odpar&#322; Pirx, nie odrywaj&#261;c oczu od okular&#243;w peryskopu. Cho&#263; mia&#322;y pianogumowe poduszeczki, czu&#322;, &#380;e przez d&#322;u&#380;szy czas (o ile, rozumie si&#281;, wyjdzie &#380;ywy z tej historii), b&#281;dzie chodzi&#322; z podsinionymi oczami. A tak&#380;e, aby powiedzie&#263; panu, po co wieziemy ten kram z ty&#322;u.

Te butle? spyta&#322; McCork. Widzia&#322;em, jak je pan bra&#322; z magazynu. Co w nich jest?

Amoniak, chlor i jakie&#347; tam w&#281;glowodory rzek&#322; Pirx. My&#347;l&#281;, &#380;e si&#281; mo&#380;e przydadz&#261;

Zas&#322;ona gazowo-dymna? domy&#347;li&#322; si&#281; in&#380;ynier.

Nie, my&#347;la&#322;em raczej o jakim&#347; sposobie celowania. Skoro nie ma atmosfery, trzeba j&#261; stworzy&#263;, przynajmniej chwilow&#261;

Obawiam si&#281;, &#380;e na to nie b&#281;dzie czasu

Mo&#380;e i nie Wzi&#261;&#322;em to na wszelki wypadek. Przeciwko wariatom najlepsze s&#261; taktyki zwariowane

Zamilkli, bo transporterem zacz&#281;&#322;o rzuca&#263; jak pi&#322;k&#261;; amortyzatory dudli&#322;y i piszcza&#322;y, jakby lada chwila olej mia&#322; si&#281; w nich zagotowa&#263;. P&#281;dzili pochy&#322;o&#347;ci&#261; us&#322;an&#261; ostroko&#324;czystymi g&#322;azami. Przeciwleg&#322;y stok ja&#347;nia&#322; pumeksow&#261; biel&#261;.

Wie pan, czego si&#281; najbardziej boj&#281;? podj&#261;&#322; Pirx, gdy podrzuty transportera nieco z&#322;agodnia&#322;y; dziwnie by&#322; jako&#347; rozmowny. Nie Setaura wcale nie Tych transporter&#243;w budowy bo je&#347;li cho&#263; jeden we&#378;mie nas za Setaura i zacznie pra&#263; laserem, b&#281;dzie weso&#322;o.

Widz&#281;, &#380;e pan wszystko przewidzia&#322; mrukn&#261;&#322; in&#380;ynier. Kadet, siedz&#261;cy obok radiowca, przechyli&#322; si&#281; przez oparcie swego fotela i poda&#322; Pirxowi nabazgrany ledwo czytelnie radiogram.

Weszli&#347;my w teren zagro&#380;enia przy dwudziestym przeka&#378;niku na razie nic stop Strzibr stop koniec odczyta&#322; Pirx g&#322;o&#347;no. No, i my b&#281;dziemy zaraz musieli na&#322;o&#380;y&#263; he&#322;my

Maszyna zwolni&#322;a troch&#281;, w&#322;a&#380;&#261;c na pochy&#322;o&#347;&#263;. Pirx zauwa&#380;y&#322;, &#380;e nie widzi ju&#380; lewego s&#261;siada tylko prawy transporter porusza&#322; si&#281; ciemnaw&#261; plamk&#261; w g&#243;r&#281; zbocza. Kaza&#322; wezwa&#263; lewa maszyn&#281; przez radio, ale nie by&#322;o odpowiedzi.

Zaczynamy si&#281; rozsypywa&#263; rzek&#322; spokojnie. Tak w&#322;a&#347;nie to sobie wyobra&#380;a&#322;em. Czy nie mo&#380;na wy&#380;ej wysun&#261;&#263; anteny? Nie? To trudno.

Byli ju&#380; na szczycie &#322;agodnego wzniesienia. Spoza widnokr&#281;gu, odleg&#322;y o dwie&#347;cie bez ma&#322;a kilometr&#243;w, wysun&#261;&#322; si&#281; pi&#322;&#261; os&#322;onecznionej grani krater Toricellego, ostro zarysowany na czarnym tle niebosk&#322;onu. R&#243;wnin&#281; Morza Spokoju mieli ju&#380;, ca&#322;&#261; prawie, za sob&#261;. Pojawi&#322;y si&#281; g&#322;&#281;bokie rowy tektoniczne, spod piachu wystawa&#322;y gdzieniegdzie zastyg&#322;e p&#322;yty magmy, przez kt&#243;re transporter prze&#322;azi&#322; z wysi&#322;kiem, podnosz&#261;c si&#281; najpierw niczym &#322;&#243;d&#378; na fali, a potem wal&#261;c si&#281; ci&#281;&#380;ko w d&#243;&#322;, jakby mia&#322; lecie&#263; na &#322;eb, na szyj&#281; w niewiadom&#261; g&#322;&#281;bi&#281;. Pirx dostrzeg&#322; maszt kolejnego przeka&#378;nika, rzuci&#322; okiem na przyci&#347;ni&#281;ty do kolana mapnik pod celuloidow&#261; szybk&#261; i kaza&#322; wszystkim na&#322;o&#380;y&#263; he&#322;my. Odt&#261;d mogli si&#281; porozumie&#263; ju&#380; tylko przez wewn&#281;trzny telefon; okaza&#322;o si&#281;, &#380;e transporter potrafi trz&#261;&#347;&#263; jeszcze bardziej ni&#380; dot&#261;d g&#322;owa lata&#322;a mu w he&#322;mie jak j&#261;dro orzecha w pustej &#322;upinie.

Kiedy, zje&#380;d&#380;aj&#261;c z pochy&#322;o&#347;ci, znale&#378;li si&#281; ni&#380;ej, pi&#322;a Toricellego znik&#322;a, zakryta bli&#380;szymi wzniesieniami; prawie r&#243;wnocze&#347;nie zgubi&#322; im si&#281; prawy s&#261;siad. Jeszcze przez par&#281; minut s&#322;yszeli jego sygna&#322;y wywo&#322;awcze, potem zniekszta&#322;ci&#322;y je odbicia fal od p&#322;yt skalnych i nasta&#322;a tak zwana pe&#322;na radiocisza. Bardzo niewygodnie by&#322;o patrze&#263; przez peryskop, maj&#261;c na g&#322;owie he&#322;m; Pirxowi zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e albo wy t&#322;ucze jego szybk&#281;, albo zmia&#380;d&#380;y okular. Robi&#322;, co m&#243;g&#322;, aby nie traci&#263; z oczu pola widzenia, kt&#243;re chodzi&#322;o ca&#322;e w takt przechy&#322;&#243;w maszyny, usiane skalnymi blokami. Gmatwanina czarnych jak smo&#322;a cieni i o&#347;lepiaj&#261;co rozjarzonych p&#322;aszczyzn kamiennych a&#380; mrowi&#322;a w oczach. Naraz ma&#322;y, pomara&#324;czowy p&#322;omyk wyskoczy&#322; w mrok dalekiego nieba, zamigota&#322;, skurczy&#322; si&#281; i znik&#322;. Drugi b&#322;ysk, nieco silniejszy. Pirx krzykn&#261;&#322;: Uwaga wszyscy! Widz&#281; jakie&#347; eksplozje! i kr&#281;ci&#322; gor&#261;czkowo korb&#261; peryskopu, odczytuj&#261;c azymut na wyrysowanej w szk&#322;ach, przezroczystej skali.

Zmieniamy kurs! rykn&#261;&#322;. Czterdzie&#347;ci siedem koma osiem, pe&#322;nym ci&#261;giem naprz&#243;d!

W&#322;a&#347;ciwie komenda stosowa&#322;a si&#281; do statku kosmicznego, ale kierowca i tak poj&#261;&#322;; blachy i wszystkie z&#322;&#261;cza transportera zatrz&#281;s&#322;y si&#281; spazmatycznie i, skr&#281;ciwszy niemal na miejscu, maszyna run&#281;&#322;a przed siebie. Pirx uni&#243;s&#322; si&#281; z siedzenia, bo jego podrzuty odrywa&#322;y mu g&#322;ow&#281; od okularu. Znowu b&#322;ysn&#281;&#322;o tym razem czerwonofioletowym, wachlarzowatym p&#322;omieniem. Ale &#378;r&#243;d&#322;o owych b&#322;ysk&#243;w czy wybuch&#243;w znajdowa&#322;o si&#281; za polem widzenia, przes&#322;oni&#281;te grzbietem, na kt&#243;ry wje&#380;d&#380;ali.

Uwaga wszyscy! powiedzia&#322; Pirx. Przygotowa&#263; osobiste lasery! Doktorze McCork, prosz&#281; do klapy, je&#347;li powiem albo w wypadku trafienia, otworzy j&#261; pan! Kierowca! Zmniejszy&#263; szybko&#347;&#263;!

Wzniesienie, na kt&#243;re dar&#322;a si&#281; maszyna, wynurza&#322;o si&#281; z pustyni jak gole&#324; jakiego&#347; potwora ksi&#281;&#380;ycowego, do po&#322;owy utopiony w grubym piachu; ska&#322;a ta w samej rzeczy przypomina&#322;a g&#322;adko&#347;ci&#261; wypolerowany szkielet czy olbrzymi czerep; Pirx kaza&#322; kierowcy wjecha&#263; na szczyt. G&#261;sienice zacz&#281;&#322;y jazgota&#263;, jakby stal drapa&#322;a po szkle. Stop! krzykn&#261;&#322; Pirx, transporter, nagle zatrzymany, opad&#322; nosem ku skale, zahu&#347;ta&#322; si&#281;, amortyzatory j&#281;k&#322;y z wysi&#322;ku i znieruchomieli.

Pirx patrza&#322; w p&#322;ytk&#261; kotlin&#281;, z dwu stron uj&#281;t&#261; w promienisto wyci&#261;gni&#281;te, ob&#322;e wa&#322;y starych potok&#243;w magmatycznych; dwie trzecie obszernego zakl&#281;&#347;ni&#281;cia le&#380;a&#322;y w jaskrawym s&#322;o&#324;cu, trzeci&#261; okrywa&#322; ca&#322;un absolutnej czerni. Na tym aksamitnym mroku, jak niesamowity klejnot, &#380;arzy&#322; si&#281;, gasn&#261;c rubino-wo, na wp&#243;&#322; rozpruty szkielet jakiego&#347; pojazdu. Tylko kierowca widzia&#322; go wraz z Pirxem, bo pancerne klapy okien by&#322;y opuszczone. Pirx, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, nie wiedzia&#322;, co robi&#263;. To jaki&#347; transporter my&#347;la&#322;. Gdzie jego prz&#243;d? Od po&#322;udnia? Wi&#281;c jakby z grupy budowy. Ale kto go dosta&#322;, Setaur? W takim razie stoj&#281; tu, na widoku, jak kretyn trzeba si&#281; schowa&#263;. Ale gdzie s&#261; wszystkie inne? Tamte i moje?

Jest! krzykn&#261;&#322; radiotelegrafista. Prze&#322;&#261;czy&#322; aparat transportera na sie&#263; wewn&#281;trzn&#261;, tak &#380;e wszyscy mogli s&#322;ysze&#263; w he&#322;mach odbierane sygna&#322;y.

Aksymo-portatywny zwa&#322;! &#346;ciana otorbielona powt&#243;rzenie z nawrotu zb&#281;dne doj&#347;cie wed&#322;ug azymutu metamorfizacja w&#322;elokrystaliczna wype&#322;ni&#322; s&#322;uchawki Pirxa g&#322;os, wypowiadaj&#261;cy s&#322;owa wyra&#378;nie, monotonnie i bez &#380;adnej intonacji.

To on! rykn&#261;&#322;. Setaur! Halo, radio! Pelengowa&#263;, pr&#281;dko pelengowa&#263;! Prosz&#281; poda&#263; peleng! No, do wszystkich diab&#322;&#243;w! P&#243;ki jeszcze nadaje! Rycza&#322;, a&#380; og&#322;uszy&#322; go w&#322;asny krzyk, wzmocniony zamkni&#281;t&#261; przestrzeni&#261; he&#322;mu; nie czekaj&#261;c, kiedy telegrafista ocknie si&#281;, skoczy&#322;, pochylony, pod szczyt kopu&#322;ki, chwyci&#322; podw&#243;jny uchwyt ci&#281;&#380;kiego lasera i zacz&#261;&#322; obraca&#263; nim razem z kopu&#322;k&#261;, maj&#261;c ju&#380; oczy przy celowniku. Tymczasem w he&#322;mie ci&#261;gn&#261;&#322; &#243;w niski, jakby smutny troch&#281;, miarowy g&#322;os:

Trudnodwutliwe niedobarwienie wiskozalne nie okorowane segmenty bez ponownych wtr&#281;t&#243;w siodlastych i ta bezsensowna gadanina zdawa&#322;a si&#281; s&#322;abn&#261;&#263;.

Co jest z tym pelengiem, do cholery?!!

Pirx, nie odrywaj&#261;c oczu od celownika, us&#322;ysza&#322; niewyra&#378;ny rumor to McCork skoczy&#322; do przodu, odtr&#261;ci&#322; radiowca, co&#347; si&#281; tam szamota&#322;o

Nagle us&#322;ysza&#322; w s&#322;uchawkach spokojny g&#322;os cybernetyka:

Azymut 39,9 40,0 40,1 40,2

On si&#281; porusza! zrozumia&#322; Pirx. Kopu&#322;k&#261; trzeba by&#322;o obraca&#263;, kr&#281;c&#261;c korbami, i ma&#322;o mu rami&#281; nie wyskoczy&#322;o ze stawu tak kr&#281;ci&#322;. Cyferki przesuwa&#322;y si&#281; leniwie. Czerwona linia przeskoczy&#322;a czterdziestk&#281;.

Nagle g&#322;os Setaura zwin&#261;&#322; si&#281; w przeci&#261;g&#322;y pisk i umilk&#322;. W tej samej chwili Pirx nacisn&#261;&#322; spust i o p&#243;&#322; kilometra ni&#380;ej, na samej granicy &#347;wiata i cienia, ska&#322;a bluzn&#281;&#322;a nads&#322;onecznym ogniem.

Przez grube r&#281;kawice okropnie trudno by&#322;o utrzyma&#263; nieruchomo r&#281;koje&#347;ci. P&#322;omie&#324;, ja&#347;niejszy od s&#322;onecznego, w&#347;widrowa&#322; si&#281; w ciemno&#347;&#263; dna kotliny, o kilkadziesi&#261;t metr&#243;w od gasn&#261;cego wraku, stan&#261;&#322; i rozbryzguj&#261;c&#261; p&#322;aty &#380;aru lini&#261; wci&#261;&#322; si&#281; dalej, strzeliwszy dwa razy p&#281;kami iskier. Co&#347; be&#322;kota&#322;o w s&#322;uchawkach. Pirx nie zwa&#380;a&#322; na to, pru&#322; dalej t&#261; lini&#261; najcie&#324;szego, najstraszliwszego ognia, a&#380; rozbi&#322;a si&#281; na tysi&#261;c od&#347;rodkowych rykoszet&#243;w o jaki&#347; skalny filar. W oczach narasta&#322;y mu czerwono wiruj&#261;ce kr&#281;gi ale zobaczy&#322; przez ich wiry o&#347;lepiaj&#261;co b&#322;&#281;kitne oko, mniejsze od ko&#324;ca ig&#322;y, kt&#243;re otwar&#322;o si&#281; na samym dnie ciemno&#347;ci, gdzie&#347; z boku, nie tam, gdzie strzela&#322; i nim zd&#261;&#380;y&#322; poruszy&#263; r&#281;koje&#347;ciami lasera, aby przesun&#261;&#263; go razem z obrotnic&#261;, ska&#322;a przy samej maszynie wybuch&#322;a p&#322;ynnym s&#322;o&#324;cem.

Ca&#322;a wstecz! rykn&#261;&#322;, uginaj&#261;c odruchowo nogi, skutkiem czego przesta&#322; widzie&#263; cokolwiek, ale i tak niczego by ju&#380; nie zobaczy&#322;, pr&#243;cz tych czerwonych, pe&#322;zn&#261;cych wolno kr&#281;g&#243;w, kt&#243;re stawa&#322;y si&#281; na przemian czarniawe i z&#322;ote.

Silnik zagrzmia&#322;, rzuci&#322;o nimi tak, &#380;e Pirx upad&#322; na sam d&#243;&#322; i polecia&#322; do przodu, mi&#281;dzy kolana kadeta i radiowca; wszystkie butle, kt&#243;re wie&#378;li na pancerzu, cho&#263; dobrze przymocowane, przera&#378;liwie zadzwoni&#322;y. Lecieli ty&#322;em, co&#347; chrupn&#281;&#322;o potwornie pod g&#261;sienic&#261;, obr&#243;ci&#322;o ich, zarzuci&#322;o w drug&#261; stron&#281;, przez jedno mgnienie wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e transporter zaczyna si&#281; ju&#380; wali&#263; na grzbiet Kierowca, rozpaczliwie dusz&#261;c gaz, hamulce, sprz&#281;g&#322;o, jako&#347; opanowa&#322; ten w&#347;ciek&#322;y po&#347;lizg, maszyn&#281; przeszed&#322; d&#322;ugi dreszcz i stan&#281;&#322;a.

Jest hermetyczno&#347;&#263;?! krzykn&#261;&#322; Pirx, zbieraj&#261;c si&#281; z pod&#322;ogi. Szcz&#281;&#347;cie, &#380;e gumowana zd&#261;&#380;y&#322; pomy&#347;le&#263;.

Jest!

No, to by&#322;o dosy&#263; blisko rzek&#322; ju&#380; ca&#322;kiem innym g&#322;osem, wstaj&#261;c i rozprostowuj&#261;c grzbiet. I nie bez &#380;alu doda&#322; ciszej: Jakie&#347; dwie setne wi&#281;cej w lewo i by&#322;bym go ju&#380; mia&#322;

McCork wraca&#322; na swoje miejsce.

Doktorze, dzi&#281;kuj&#281; panu! zawo&#322;a&#322; Pirx, ju&#380; przy peryskopie. Halo, kierowca, prosz&#281; zjecha&#263; na d&#243;&#322; tym samym szlakiem, kt&#243;rym wje&#380;d&#380;ali&#347;my. Tam s&#261; takie ma&#322;e ska&#322;ki, co&#347; w rodzaju bramy o, to, to! prosz&#281; wjecha&#263; w cie&#324; mi&#281;dzy nimi i zastopowa&#263;

Transporter powoli, jakby z przesadn&#261; ostro&#380;no&#347;ci&#261;, wszed&#322; mi&#281;dzy cz&#281;&#347;ciowo zasypane piaskiem bloki skalne i zastyg&#322; w ich cieniu, kt&#243;ry uczyni&#322; go niewidzialnym.

Doskonale! rzek&#322; prawie weso&#322;o Pirx. Teraz potrzebuj&#281; dwu ludzi, kt&#243;rzy p&#243;jd&#261; ze mn&#261; na ma&#322;y zwiad

McCork zg&#322;osi&#322; si&#281; r&#243;wnocze&#347;nie z kadetem.

Dobrze! Uwaga, wy zwr&#243;ci&#322; si&#281; do reszty zostaniecie tutaj. Nie ruszajcie si&#281; z cienia, nawet gdyby Setaur wyszed&#322; prosto na was sied&#378;cie cicho. No, chyba &#380;eby niemal w&#322;azi&#322; na transporter, wtedy musicie si&#281; broni&#263;, macie laser ale to ma&#322;o prawdopodobne Pan zwr&#243;ci&#322; si&#281; do kierowcy pomo&#380;e temu m&#322;odemu cz&#322;owiekowi zdj&#261;&#263; z pancerza te butle z gazem, a pan to by&#322;o do telegrafisty b&#281;dzie wywo&#322;ywa&#322; Lun&#281;, kosmodrom, budow&#281;, patrole i pierwszemu, kto si&#281; zg&#322;osi, powie pan, &#380;e on zniszczy&#322; jeden transporter, zdaje si&#281; budowy, i &#380;e trzech ludzi z naszej maszyny posz&#322;o na niego zapolowa&#263;. Wi&#281;c &#380;eby tam nikt nie pcha&#322; si&#281; z laserami, nie strzela&#322; na o&#347;lep i tak dalej A teraz idziemy!

Poniewa&#380; ka&#380;dy z nich m&#243;g&#322; wzi&#261;&#263; tylko jedn&#261; butl&#281;, zabrali cztery. Pirx poprowadzi&#322; towarzyszy nie na szczyt czerepu, lecz nieco dalej, gdzie widoczny by&#322; wiod&#261;cy pod g&#243;r&#281;, p&#322;ytki w&#261;wozik. Doszli jak daleko si&#281; da&#322;o, ustawili butle pod wielkim g&#322;azem i Pirx poleci&#322; kierowcy, aby wraca&#322;. Sam, wychyliwszy si&#281; nad powierzchni&#281; g&#322;azu, lornetowa&#322; wn&#281;trze kotliny. McCork i kadet przycupn&#281;li obok niego; po dobrej chwili odezwa&#322; si&#281;:

Nie widz&#281; go. Doktorze, czy to, co on m&#243;wi&#322;, mia&#322;o jaki&#347; sens?

Raczej nie. Zlepki s&#322;&#243;w co&#347; w rodzaju schizofrenii

Ten wrak ju&#380; dogasa rzek&#322; Pirx.

Dlaczego pan strzela&#322;? spyta&#322; McCork. Tam mogli by&#263; ludzie.

Nie by&#322;o nikogo.

Pirx przesuwa&#322; lornet&#281; milimetr po milimetrze, lustruj&#261;c ka&#380;dy za&#322;om o&#347;wietlonej s&#322;o&#324;cem przestrzeni.

Nie zd&#261;&#380;yli wyskoczy&#263;.

Sk&#261;d pan to mo&#380;e wiedzie&#263;?

Bo przeci&#261;&#322; maszyn&#281; na p&#243;&#322;. To nawet jeszcze teraz wida&#263;. Musieli chyba prawie najecha&#263; na niego. Razi&#322; z kilkudziesi&#281;ciu metr&#243;w. A poza tym obie klapy zosta&#322;y zamkni&#281;te. Nie doda&#322; po kilku sekundach w s&#322;o&#324;cu go nie ma. A wymkn&#261;&#263; si&#281; raczej nie zd&#261;&#380;y&#322; Spr&#243;bujemy go wywabi&#263;.

Schyliwszy si&#281;, d&#378;wign&#261;&#322; ci&#281;&#380;k&#261; butl&#281; na szczyt g&#322;azu i, pchaj&#261;c j&#261; przed sob&#261;, mrukn&#261;&#322; przez z&#281;by:

To s&#261; w&#322;a&#347;nie te india&#324;skie historie, o kt&#243;rych zawsze marzy&#322;em

Butla pochyli&#322;a si&#281;; trzyma&#322; j&#261; za wentyle i rozp&#322;aszczony na kamieniach, powiedzia&#322;:

Je&#380;eli zobaczycie b&#322;&#281;kitny b&#322;ysk, strzelajcie od razu w to jego laserowe oko

Pchn&#261;&#322; z ca&#322;ej si&#322;y butl&#281;, kt&#243;ra najpierw wolno, a potem z rosn&#261;c&#261; chy&#380;o&#347;ci&#261; pocz&#281;&#322;a si&#281; toczy&#263; po pochy&#322;o&#347;ci. Wszyscy trzej z&#322;o&#380;yli si&#281; do strza&#322;u, butla przeby&#322;a ju&#380; ze dwie&#347;cie metr&#243;w i toczy&#322;a si&#281; wolniej, bo pochy&#322;o&#347;&#263; mala&#322;a. Par&#281; razy zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e zatrzymaj&#261; j&#261; wystaj&#261;ce kamienie, ale przewala&#322;a si&#281; przez nie i, coraz mniejsza, ju&#380; jako ciemno b&#322;yszcz&#261;ca plamka, zbli&#380;a&#322;a si&#281; do dna kotliny.

Nic? rzek&#322; rozczarowany Pirx. Albo jest m&#261;drzejszy, ni&#380; my&#347;la&#322;em, albo nie zwraca na ni&#261; uwagi, albo

Nie doko&#324;czy&#322;. Na stoku pod nimi &#322;ysn&#281;&#322;o o&#347;lepiaj&#261;co. P&#322;omie&#324; przekszta&#322;ci&#322; si&#281; niemal natychmiast w ci&#281;&#380;k&#261;, brudno&#380;&#243;&#322;t&#261; chmur&#281;, kt&#243;rej &#347;rodek jarzy&#322; si&#281; jeszcze ponurym ogniem, a brzegi rozp&#322;ywa&#322;y si&#281;, uczepione odnogami g&#322;az&#243;w.

Chlor rzek&#322; Pirx. Czemu&#347;cie nie strzelali? Nic nie by&#322;o wida&#263;?

Nic jednym g&#322;osem odparli kadet i McCork.

&#321;ajdak! Ukry&#322; si&#281; pod jakim&#347; za&#322;omem albo razi z flanki. Teraz to ju&#380; naprawd&#281; w&#261;tpi&#281;, aby co&#347; z tego by&#322;o, ale spr&#243;bujemy

Podni&#243;s&#322; drug&#261; butl&#281; i wyprawi&#322; j&#261; w &#347;lad za pierwsz&#261;.

Potoczy&#322;a si&#281; zrazu tak samo, ale gdzie&#347; w po&#322;owie zbocza zakr&#281;ci&#322;a i znieruchomia&#322;a. Pirx nie patrza&#322; na ni&#261; ca&#322;&#261; uwag&#281; skoncentrowa&#322; na tr&#243;jk&#261;tnym p&#322;acie mrok&#243;w, w kt&#243;rym czai&#322; si&#281; gdzie&#347; Setaur. Sekundy mija&#322;y powoli. Naraz krzaczasty wybuch rozsadzi&#322; zbocze. Miejsca, w kt&#243;rym ukry&#322; si&#281; automat, nie uda&#322;o si&#281; Pirxowi zobaczy&#263;, ale dostrzeg&#322; lini&#281; strza&#322;u, a w&#322;a&#347;ciwie jej cz&#281;&#347;&#263;, bo zmaterializowa&#322;a si&#281; na kszta&#322;t s&#322;onecznie p&#322;on&#261;cej nici, kiedy przesz&#322;a przez resztki pierwszej gazowej chmury. Natychmiast powi&#243;d&#322; celownikiem wzd&#322;u&#380; owej &#347;wiec&#261;cej trajektorii, kt&#243;ra ju&#380; gas&#322;a, i kiedy na skrzy&#380;owaniu nitek mia&#322; skraj ciemno&#347;ci, nacisn&#261;&#322; spust. Chyba r&#243;wnocze&#347;nie to samo zrobi&#322; McCork, a po mgnieniu przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do nich kadet. Trzy ostrza s&#322;oneczne przeora&#322;y czarne dno kotliny i zarazem jakby jakie&#347; olbrzymie, gor&#261;ce wieko zatrzasn&#281;&#322;o si&#281; tu&#380; przed nimi chroni&#261;cy ich g&#322;az ca&#322;y zadrga&#322;, z jego kraw&#281;dzi sypn&#281;&#322;o miriadarm gwa&#322;townych t&#281;cz, p&#322;on&#261;cy kwarc osypa&#322; im skafandry i he&#322;my, stygn&#261;c momentalnie w mikroskopijne &#322;ezki; le&#380;eli ju&#380; rozp&#322;aszczeni w cieniu ska&#322;y, a nad ich g&#322;owami, niczym roz&#380;arzona do bia&#322;o&#347;ci klinga, &#347;mign&#281;&#322;o drugie i trzecie wy&#322;adowanie, muskaj&#261;c powierzchni&#281; g&#322;azu, kt&#243;ra pokry&#322;a si&#281; natychmiast szklisto zastygaj&#261;cymi b&#261;blami.

Wszyscy cali? spyta&#322; Pirx, nie podnosz&#261;c nawet g&#322;owy.

Tak! Ja te&#380;! pos&#322;ysza&#322; w odpowiedzi.

Prosz&#281; zej&#347;&#263; do maszyny i powiedzie&#263; telegrafi&#347;cie, &#380;eby wzywa&#322; wszystkich, bo mamy go tu i postaramy si&#281; go przytrzyma&#263;, jak d&#322;ugo si&#281; da zwr&#243;ci&#322; si&#281; Pirx do kadeta, kt&#243;ry odczo&#322;ga&#322; si&#281; wstecz i zbieg&#322;, pochylony, w stron&#281; ska&#322;, w&#347;r&#243;d kt&#243;rych sta&#322;a g&#261;sienic&#243;wka.

Zosta&#322;y nam dwie butle, po jednej dla ka&#380;dego. Doktorze, zmienimy teraz stanowisko. A prosz&#281; uwa&#380;a&#263; i dobrze si&#281; kry&#263;, bo on ju&#380; wstrzela&#322; si&#281; w ten nasz grzbiecik

Z tymi s&#322;owami Pirx podni&#243;s&#322; jedn&#261; butl&#281; i, wykorzystuj&#261;c cienie, rzucane przez du&#380;e bloki skalne, ruszy&#322;, jak m&#243;g&#322; najszybciej, przed siebie. Jakie&#347; dwie&#347;cie krok&#243;w dalej usadowili si&#281; w szczerbie magmatycznego obwa&#322;owania. Kadetowi, kt&#243;ry wraca&#322; od transportera, nie od razu uda&#322;o si&#281; ich znale&#378;&#263;. Dysza&#322;, jakby przebieg&#322; co najmniej mil&#281;.

Spokojnie, nie pali si&#281;! rzek&#322; Pirx. No, co tam s&#322;ycha&#263;?

&#321;&#261;czno&#347;&#263; nawi&#261;zana Kadet kucn&#261;&#322; przy Pirxie, kt&#243;ry widzia&#322; mrugaj&#261;ce za szybk&#261; he&#322;mu oczy ch&#322;opca. W tej maszynie, co zgin&#281;&#322;a by&#322;o czterech ludzi budowy. Druga musia&#322;a si&#281; wycofa&#263;, bo mia&#322;a defekt lasera a reszta przesz&#322;a bokiem i niczego nie zauwa&#380;y&#322;a Pirx skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, jakby m&#243;wi&#322;: tak w&#322;a&#347;nie sobie my&#347;la&#322;em.

Co wi&#281;cej? Gdzie nasza grupa?

Prawie ca&#322;a jest dwadzie&#347;cia mil st&#261;d, by&#322; tam fa&#322;szywy alarm, jaki&#347; patrol rakietowy doni&#243;s&#322;, &#380;e widzi Setaura i wszystkich tam &#347;ci&#261;gn&#281;li. A trzy maszyny nie odpowiadaj&#261; na wezwania.

Kiedy tu b&#281;d&#261;?

Na razie jest tylko odbi&#243;r nie&#347;mia&#322;o powiedzia&#322; kadet.

Tylko odbi&#243;r? Jak to?!

Telegrafista m&#243;wi, &#380;e albo co&#347; si&#281; sta&#322;o z nadajnikiem, albo w tym miejscu wygasza mu si&#281; emisja. Pyta si&#281;, czy mo&#380;e zmieni&#263; miejsce postoju, &#380;eby spr&#243;bowa&#263;

Niech zmieni to miejsce, je&#380;eli musi odpar&#322; Pirx. A prosz&#281; nie p&#281;dzi&#263; tak! Patrze&#263; pod nogi!

Ale tamten ju&#380; chyba nie bardzo s&#322;ysza&#322;, bo gna&#322; z powrotem.

W najlepszym razie b&#281;d&#261; tu za p&#243;&#322; godziny, je&#347;li uda si&#281; nawi&#261;za&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; powiedzia&#322; Pirx. McCork milcza&#322;. Pirx rozwa&#380;a&#322;, co pocz&#261;&#263;. Czeka&#263; czy nie czeka&#263;? Forsowanie kotliny transporterami zapewni&#322;oby chyba sukces, ale nie bez strat. Maszyny w przeciwie&#324;stwie do Setaura by&#322;y celami wielkimi, powolnymi i musia&#322;y wyst&#261;pi&#263; razem, bo pojedynek sko&#324;czy&#322;by si&#281; tak samo jak tamten z g&#261;sienic&#243;wka budowy. Usi&#322;owa&#322; wykombinowa&#263; jaki&#347; manewr, kt&#243;ry wywabi&#322;by Setaura na o&#347;wietlon&#261; przestrze&#324;. Gdyby tak mo&#380;na pu&#347;ci&#263; jeden bezludny, zdalnie kierowany transporter na wabia, a porazi&#263; automat sk&#261;din&#261;d, powiedzmy z g&#243;ry

Przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e w&#322;a&#347;ciwie wcale nie musi czeka&#263; na nikogo, skoro ma jeden transporter. Ale plan nie konkretyzowa&#322; si&#281; jako&#347;. Tak pu&#347;ci&#263; po prostu maszyn&#281; na o&#347;lep to by nie mia&#322;o sensu. Rozniesie j&#261; w strz&#281;py, a sam nie b&#281;dzie wcale musia&#322; ruszy&#263; si&#281; z miejsca. Czy&#380;by si&#281; orientowa&#322;, &#380;e strefa cienia, w kt&#243;rej tkwi, daje mu tak&#261; przewag&#281;? Ale to nie jest przecie&#380; maszyna, stworzona do walki z ca&#322;&#261; jej taktyk&#261; Jest w tym szale&#324;stwie jaka&#347; metoda, ale jaka? Siedzieli, skuleni, u st&#243;p kamiennej p&#322;yty, w jej g&#281;stym, ch&#322;odnym cieniu. Naraz Pirxowi wyda&#322;o si&#281;, &#380;e post&#281;puje jak ostatni osio&#322;. Gdyby by&#322; na miejscu tego Setaura tam co by zrobi&#322;? Od razu poczu&#322; niepok&#243;j, poniewa&#380; by&#322; pewny, &#380;e usi&#322;owa&#322;by atakowa&#263;. Bierne oczekiwanie wypadk&#243;w nie mog&#322;o przynie&#347;&#263; &#380;adnej korzy&#347;ci. Wi&#281;c mo&#380;e on posuwa si&#281; ku nim? W&#322;a&#347;nie teraz? Mo&#380;e przecie&#380; doj&#347;&#263; a&#380; do zachodniego urwiska, ca&#322;y czas poruszaj&#261;c si&#281; pod os&#322;on&#261; ciemno&#347;ci, a dalej jest tam tyle ogromnych g&#322;az&#243;w i pop&#281;kanej lawy, &#380;e w tym labiryncie mo&#380;na kry&#263; si&#281; B&#243;g wie jak d&#322;ugo

By&#322; ju&#380; niemal pewien, &#380;e Setaur post&#261;pi tak w&#322;a&#347;nie i &#380;e mog&#261; si&#281; go spodziewa&#263; w ka&#380;dej chwili.

Doktorze, obawiam si&#281;, &#380;eby nas nie zaskoczy&#322; powiedzia&#322; szybko, zrywaj&#261;c si&#281; na nogi. A jak pan my&#347;li?

S&#261;dzi pan, &#380;e on mo&#380;e nas podej&#347;&#263;? :- spyta&#322; McCork i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;. I mnie to przysz&#322;o do g&#322;owy. Owszem, to nawet logiczne, ale czy on post&#281;puje logicznie? Oto pytanie

Musimy jeszcze raz spr&#243;bowa&#263; mrukn&#261;&#322; Pirx. Trzeba spu&#347;ci&#263; te butle na d&#243;&#322;; zobaczymy, co zrobi

Rozumiem. Czy ju&#380;?

Tak. Uwaga!

Wci&#261;gn&#281;li je na szczyt wzniesienia, i, staraj&#261;c si&#281; pozosta&#263; niewidzialnymi z dna kotliny, pchn&#281;li prawie razem oba metalowe cylindry. Niestety, brak powietrza nie pozwala&#322; us&#322;ysze&#263;, czy i jak si&#281; tocz&#261;. Pirx zdecydowa&#322; si&#281; i czuj&#261;c si&#281; dziwnie nagi zupe&#322;nie jakby nie mia&#322; na g&#322;owie stalowej kuli, a na ca&#322;ym ciele tr&#243;jwarstwowego, wcale nielekkiego skafandra przywar&#322;szy p&#322;asko do ska&#322;y, ostro&#380;nie wychyli&#322; g&#322;ow&#281;.

W dolinie nic si&#281; nie zmieni&#322;o. Tyle &#380;e wrak maszyny przesta&#322; by&#263; widoczny, bo jego ostyg&#322;e szcz&#261;tki zla&#322;y si&#281; z otaczaj&#261;c&#261; ciemno&#347;ci&#261;. Cie&#324; zajmowa&#322; t&#281; sam&#261; przestrze&#324; o kszta&#322;cie nieregularnego, bardzo wyd&#322;u&#380;onego tr&#243;jk&#261;ta, opartego podstaw&#261; o urwiska najwy&#380;szego, zachodniego grzebienia ska&#322;. Jedna butla zatrzyma&#322;a si&#281; jakie&#347; sto krok&#243;w pod nimi, bo trafi&#322;a na kamie&#324;, kt&#243;ry ustawi&#322; j&#261; pod&#322;u&#380;nie. Druga toczy&#322;a si&#281; jeszcze, coraz wolniej, coraz mniejsza, a&#380; znieruchomia&#322;a. I to, &#380;e na tym si&#281; sko&#324;czy&#322;o, wcale nie spodoba&#322;o si&#281; Pirxowi. On naprawd&#281; nie jest g&#322;upi pomy&#347;la&#322;. Nie chce strzela&#263; do celu, kt&#243;ry mu si&#281; podtyka. Usi&#322;owa&#322; odnale&#378;&#263; miejsce, z kt&#243;rego Setaur przed jakim&#347; dziesi&#281;cioma minutami ostatni raz da&#322; zna&#263; o sobie b&#322;y&#347;ni&#281;ciem laserowego oka, ale by&#322;o to bardzo trudne.

Mo&#380;e go tam ju&#380; nie ma rozwa&#380;a&#322;. Mo&#380;e cofa&#263; si&#281; po prostu na p&#243;&#322;noc; mo&#380;e i&#347;&#263; r&#243;wnolegle, dnem kotliny, albo jednym z tych p&#281;kni&#281;&#263; magnetycznego potoku Je&#380;eli dostanie si&#281; w stref&#281; urwiska, w ten labirynt, to przepadnie jak kamie&#324; w wodzie

Powoli, po omacku, uni&#243;s&#322; kolb&#281; lasera i rozlu&#378;ni&#322; mi&#281;&#347;nie.

Doktorze McCork! powiedzia&#322;. Prosz&#281; do mnie!

A kiedy doktor podczo&#322;ga&#322; si&#281; do niego, rzek&#322;:

Widzi pan obie butle? Jedna na wprost, pod nami, a druga dalej

Widz&#281;.

Strzeli pan najpierw do bli&#380;szej, potem do dalszej, w odst&#281;pie powiedzmy czterdziestu sekund Ale nie st&#261;d! doda&#322; szybko. Musi pan znale&#378;&#263; lepsze miejsce. O! pokaza&#322; r&#281;k&#261;. Tam jest niez&#322;e stanowisko, w tym wg&#322;&#281;bieniu. A kiedy pan strzeli, prosz&#281; natychmiast odczo&#322;ga&#263; si&#281; w ty&#322;. Dobrze?

McCork o nic nie pyta&#322;, lecz od razu ruszy&#322;, nisko schylony, we wskazan&#261; stron&#281;. Pirx czeka&#322; niecierpliwie. Je&#380;eli jest cho&#263; troch&#281; podobny do cz&#322;owieka, musi by&#263; ciekawy. Ka&#380;de inteligentne stworzenie jest ciekawe i ta ciekawo&#347;&#263; popycha je do dzia&#322;ania, gdy zdarzy si&#281; co&#347; niezrozumia&#322;ego Nie widzia&#322; ju&#380; doktora. Zakaza&#322; te&#380; sobie patrzenia na butle, kt&#243;re mia&#322;y eksplodowa&#263; pod jego strza&#322;ami; ca&#322;&#261; uwag&#281; skupi&#322; na pasie os&#322;onecznionego rumowiska mi&#281;dzy stref&#261; cienia a zerw&#261;. Przy&#322;o&#380;y&#322; do oczu lornet&#281; i skierowa&#322; j&#261; w ten obszar lawospadu; w szk&#322;ach przep&#322;ywa&#322;y wolno groteskowe kszta&#322;ty, uformowane niczym w pracowni jakiego&#347; rze&#378;biarza-abstrakcjonisty: &#347;cie&#324;cza&#322;e, &#347;rubowo poskr&#281;cane obeliski, tafle zryte w&#281;&#380;owiskami p&#281;kni&#281;&#263; od gmatwaniny jaskrawych p&#322;aszczyzn i zygzakowatych cieni co&#347; a&#380; &#322;askota&#322;o dno oka. Samym skrajem spojrzenia zauwa&#380;y&#322; p&#281;czniej&#261;cy nisko pod sob&#261;, na stoku, b&#322;ysk. Po d&#322;u&#380;szej chwili strzeli&#322; drugi. Cisza. Tylko pulsy &#322;omota&#322;y w he&#322;mie, przez kt&#243;ry s&#322;o&#324;ce stara&#322;o si&#281; w&#347;widrowa&#263; promieniami w jego czaszk&#281;. Wodzi&#322; obiektywem po tym pasie chaotycznie posczepianych od&#322;am&#243;w.

Co&#347; tam drgn&#281;&#322;o. Zastyg&#322;. Nad brzytwowatym ostrzem p&#322;yty, podobnej do rozp&#281;k&#322;ego brzeszczotu jakiej&#347; olbrzymiej siekiery kamiennej, wysun&#261;&#322; si&#281; p&#243;&#322;kulisty kszta&#322;t, kolorem zbli&#380;ony do ciemnej ska&#322;y, ale ten kszta&#322;t mia&#322; ramiona, kt&#243;re chwyci&#322;y si&#281; z obu stron g&#322;azu i teraz widzia&#322; go ju&#380; do po&#322;owy torsu. Nie wygl&#261;da&#322; jak bezg&#322;owy, raczej jak cz&#322;owiek, kt&#243;remu na&#322;o&#380;ono nadnaturaln&#261; mask&#281; afryka&#324;skiego czarownika, zakrywaj&#261;c&#261; twarz, szyj&#281; i kark, jakby rozp&#322;aszczon&#261; i przez to troch&#281; monstrualn&#261; &#321;okciem prawej r&#281;ki czu&#322; kolb&#281; lasera, lecz ani mu w g&#322;owie by&#322;o teraz strzela&#263;. Ryzyko by&#322;o zbyt wielkie szansa trafienia z broni stosunkowo s&#322;abej, na podobn&#261; odleg&#322;o&#347;&#263;, nik&#322;a. Tamten, znieruchomia&#322;y, zdawa&#322; si&#281; wpatrywa&#263; tym swoim ledwo wystaj&#261;cym nad barki &#322;bem w resztki dw&#243;ch chmur gazowych, kt&#243;re &#347;cieka&#322;y po stoku, rozpr&#281;&#380;aj&#261;c si&#281; bezsilnie w pr&#243;&#380;ni. To trwa&#322;o do&#347;&#263; d&#322;ugo. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e nie wie, co si&#281; sta&#322;o, &#380;e waha si&#281;, co robi&#263;. W tym jego wahaniu, w owej niepewno&#347;ci, kt&#243;r&#261; Pirx doskonale pojmowa&#322;, by&#322;o co&#347; tak niesamowicie bliskiego, ludzkiego, &#380;e mu si&#281; gard&#322;o &#347;cisn&#281;&#322;o. Co ja bym robi&#322; na jego miejscu, co bym pomy&#347;la&#322;? &#379;e kto&#347; strzeli&#322; do takich samych przedmiot&#243;w, do kt&#243;rych ja poprzednio strzela&#322;em, a wi&#281;c &#380;e to chyba nie jest przeciwnik, wr&#243;g, ale raczej jakby sojusznik. Ale wiedzia&#322;bym chyba, &#380;e nie mam &#380;adnego sojusznika? A gdyby to by&#322; kto&#347; taki jak ja sam?

Tamten drgn&#261;&#322;. Ruchy mia&#322; p&#322;ynne i niezwykle szybkie. Pojawi&#322; si&#281; naraz ca&#322;y, wyprostowany na owym d&#281;ba stoj&#261;cym g&#322;azie, jakby wci&#261;&#380; jeszcze wypatrywa&#322; tajemniczej przyczyny dw&#243;ch eksplozji. Potem odwr&#243;ci&#322; si&#281; i zeskoczywszy w d&#243;&#322;, zacz&#261;&#322;, lekko pochylony do przodu, biec chwilami gin&#261;&#322; Pirsowi z oczu, ale nigdy na d&#322;u&#380;ej ni&#380; kilka sekund, by znowu wychyn&#261;&#263; na &#347;wiat&#322;o s&#322;oneczne w kt&#243;rej&#347; z odn&#243;g magmatycznego labiryntu. W ten spos&#243;b zbli&#380;a&#322; si&#281; do Pirxa, tyle &#380;e biegn&#261;c ca&#322;y czas u dna kotliny; dzieli&#322;a ich ju&#380; ledwie przestrze&#324; stoku i Pirx zastanawia&#322; si&#281;, czy jednak nie strzeli&#263;. Ale tamten miga&#322; mu tylko w w&#261;skich pasach &#347;wiat&#322;a i znowu roztapia&#322; si&#281; w czerni a &#380;e wci&#261;&#380; musia&#322; zmienia&#263; kierunek, bo wybiera&#322; drog&#281; mi&#281;dzy zwaliskami, nie dawa&#322;o si&#281; z g&#243;ry przewidzie&#263;, gdzie jego, pracuj&#261;ce dla utrzymania r&#243;wnowagi jak u biegn&#261;cego cz&#322;owieka, ramiona i jego bezg&#322;owy tors wynurz&#261; si&#281; w nast&#281;pnej chwili, aby &#322;ysn&#261;&#263; metalicznie i raz jeszcze sczezn&#261;&#263;. Wtem piorunowy zygzak rozci&#261;&#322; mozaik&#281; rumowiska, krzesz&#261;c d&#322;ugie pi&#243;ropusze iskier w&#347;r&#243;d blok&#243;w, tam gdzie Setaur bieg&#322; w&#322;a&#347;nie. Kto to strzeli&#322;? Pirx nie widzia&#322; McCorka, ale linia ognia przysz&#322;a z przeciwnej strony chyba tylko kadet, ten smarkacz, ten osio&#322;! Kl&#261;&#322; go, w&#347;ciek&#322;y, bo nic oczywi&#347;cie nie wsk&#243;ra&#322; grzbiet z metalu mign&#261;&#322; ju&#380; dalej, na u&#322;amek sekundy, i znik&#322; na dobre. I do tego jeszcze strzela&#322; mu w plecy! pomy&#347;la&#322; Pirx z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261;, nie czuj&#261;c wcale bezsensowno&#347;ci tego zarzutu. A Setaur nie spr&#243;bowa&#322; nawet odpowiedzie&#263; ogniem czemu? Usi&#322;owa&#322; go dojrze&#263; daremnie. Czy&#380;by go ju&#380; zakry&#322; stok swoj&#261; wypuk&#322;o&#347;ci&#261;? To ca&#322;kiem mo&#380;liwe W takim razie mo&#380;na si&#281; tu teraz bezpiecznie porusza&#263; Pirx zsun&#261;&#322; si&#281; ze swego g&#322;azu widz&#261;c, &#380;e z tego miejsca nic ju&#380; nie wypatrzy. Pobieg&#322;, lekko schylony, sam&#261; grani&#261;, min&#261;&#322; kadeta, kt&#243;ry le&#380;a&#322; jak na strzelnicy z p&#322;asko rozrzuconymi i przyci&#347;ni&#281;tymi do ska&#322;y stopami, i poczu&#322; niezrozumia&#322;&#261; ch&#281;tk&#281;, aby go kopn&#261;&#263; w ty&#322;ek, &#347;miesznie wystaj&#261;cy i powi&#281;kszony jeszcze nie dopasowanym skafandrem. Zwolni&#322;, ale tylko, aby zawo&#322;a&#263;:

Nie wa&#380; mi si&#281; strzela&#263;, s&#322;yszysz?! Od&#322;&#243;&#380; ten laser!

I nim tamten, przewracaj&#261;c si&#281; na bok, og&#322;upia&#322;ym ze zdziwienia spojrzeniem zacz&#261;&#322; go szuka&#263; bo g&#322;os &#243;w doszed&#322; go ze s&#322;uchawek, nie zdradzaj&#261;c kierunku ani miejsca, w kt&#243;rym znajdowa&#322; si&#281; Pirx pobieg&#322; ju&#380; dalej; w obawie, &#380;e marnuje czas, przyspiesza&#322;, jak m&#243;g&#322;, a&#380; znalaz&#322; si&#281; naprzeciw szerokiego p&#281;kni&#281;cia, kt&#243;re otwar&#322;o mu nagle widok a&#380; po dno kotliny.

By&#322; to rodzaj rowu tektonicznego, tak starego, &#380;e brzegi jego skrusza&#322;y, straci&#322;y ostro&#347;&#263; i upodobni&#322;y si&#281; do rozszerzonego erozj&#261; g&#243;rskiego &#380;lebu. Zawaha&#322; si&#281;. Nie widzia&#322; Setaura, zreszt&#261; chyba nie m&#243;g&#322;by go st&#261;d zobaczy&#263;. Zapu&#347;ci&#322; si&#281; wi&#281;c w &#243;w &#380;leb z laserem gotowym do strza&#322;u, czuj&#261;c dobrze, &#380;e pope&#322;nia szale&#324;stwo, a jednak nie m&#243;g&#322; oprze&#263; si&#281; temu, co go tam popycha&#322;o; m&#243;wi&#322; sobie, &#380;e go chce tylko zobaczy&#263;, &#380;e zatrzyma si&#281; w pierwszym miejscu, z kt&#243;rego dobrze b&#281;dzie m&#243;g&#322; wypenetrowa&#263; ostatni odcinek zerwy i ca&#322;y labirynt rumowiska pod ni&#261;, i mo&#380;e nawet w chwili, kiedy tak bieg&#322;, wci&#261;&#380; pochylony, a kamyki gradem tryska&#322;y mu spod but&#243;w, wierzy&#322; w to; zreszt&#261; nie zastanawia&#322; si&#281; w tych sekundach nad niczym. By&#322; na Ksi&#281;&#380;ycu, wa&#380;y&#322; wi&#281;c ledwo pi&#281;tna&#347;cie kilogram&#243;w, ale i tak rosn&#261;ca pochy&#322;o&#347;&#263; podcina&#322;a mu nogi, gna&#322; o&#347;miometrowymi susami, hamuj&#261;c, jak tylko m&#243;g&#322;, przeby&#322; ju&#380; po&#322;ow&#281; d&#322;ugo&#347;ci stoku, &#380;leb ko&#324;czy&#322; si&#281; p&#322;ytkim wybiegiem w s&#322;o&#324;cu, czarne od przeciws&#322;onecznej, a roziskrzone od po&#322;udniowej strony, trwa&#322;y jakie&#347; sto metr&#243;w ni&#380;ej pierwsze bloki lawospadu. Wpakowa&#322;em si&#281; pomy&#347;la&#322;; do obszaru, w kt&#243;rym kr&#261;&#380;y&#322; Setaur, mo&#380;na by&#322;o st&#261;d niemal r&#281;k&#261; si&#281;gn&#261;&#263;. Popatrza&#322; b&#322;yskawicznie w lewo i w prawo. By&#322; sam grzbiet zosta&#322; wysoko nad nim rozpra&#380;on&#261; stromizn&#261; u czarnego nieba przedtem m&#243;g&#322; zagl&#261;da&#263; do przesmyk&#243;w mi&#281;dzy g&#322;azami jakby z lotu ptaka, teraz sie&#263; m&#322;&#281;dzyskalnych szczelin zas&#322;oni&#322;y mu najbli&#380;sze bloki kamienne. Niedobrze pomy&#347;la&#322; mo&#380;e wr&#243;ci&#263;? Nie wiadomo dlaczego wiedzia&#322;, &#380;e tego nie zrobi.

Nie m&#243;g&#322; jednak tak sta&#263;. Kilkana&#347;cie krok&#243;w ni&#380;ej znajdowa&#322; si&#281; samotny od&#322;am magmy, najwyra&#378;niej koniec tego jej j&#281;zora, kt&#243;ry ongi&#347; wylewa&#322; si&#281; roz&#380;arzonym potokiem z wielkich zwis&#243;w podn&#243;&#380;a Toricellego i dosi&#281;gn&#261;!, ostatnim wybiegiem, tego zapadliska. W braku innego to by&#322;o j&#347;szcze najlepsze ukrycie. Dopad&#322; go jednym skokiem, przy czym szczeg&#243;lnie niemi&#322;e by&#322;o owo d&#322;ugie ksi&#281;&#380;ycowe szybowanie, spowolniony lot, jak we &#347;nie, do kt&#243;rego nigdy naprawd&#281; si&#281; nie przyzwyczai&#322;. Skulony za t&#261; kanciast&#261; bry&#322;&#261; wyjrza&#322; spoza niej i zobaczy&#322; Setaura, kt&#243;ry wychyn&#261;&#322; spoza dw&#243;ch ostroko&#324;czystych igliczek, obszed&#322; trzeci&#261;, musn&#261;wszy j&#261; metalowym barkiem i zatrzyma&#322; si&#261;. Pirx widzia&#322; go z boku, o&#347;wietlonego tylko cz&#281;&#347;ciowo, bo jedynie prawe rami&#281; &#347;wieci&#322;o ciemno i t&#322;usto, jak dobrze nasmarowana cz&#281;&#347;&#263; maszyny reszt&#281; korpusu okrywa&#322; cie&#324;. Podnosi&#322; ju&#380; laser do oka, kiedy tamten, jakby w nag&#322;ym przeczuciu, znik&#322; niczym zdmuchni&#281;ty. Sta&#322; tam chyba dalej, cofn&#261;&#322; si&#281; tylko w cie&#324;? Wi&#281;c mo&#380;e strzeli&#263; w ten cie&#324;? Mia&#322; go ju&#380; na muszce, ale nie po&#322;o&#380;y&#322; nawet palca na cynglu. Rozlu&#378;ni&#322; mi&#281;&#347;nie, lufa opad&#322;a. Czeka&#322;. Setaura nie by&#322;o. Rumowisko rozpo&#347;ciera&#322;o si&#281; tu&#380; pod nim i&#347;cie piekielnym labiryntem, mo&#380;na si&#281; tam by&#322;o bawi&#263; w chowanego godzinami zeszklona lawa pop&#281;ka&#322;a w geometryczne, a zarazem niesamowite kszta&#322;ty. Gdzie on jest? my&#347;la&#322;. &#379;eby chocia&#380; da&#322;o si&#281; cokolwiek us&#322;ysze&#263;, ale ta przekl&#281;ta bezpowietrzna okolica, jak w koszmarze jakim&#347; Gdybym spu&#347;ci&#322; si&#281; w d&#243;&#322;, m&#243;g&#322;bym na niego zapolowa&#263;. Nie, nie zrobi&#281; tego, ja nie jestem przecie&#380; wariatem Ale pomy&#347;le&#263; wolno przecie&#380; wszystko zerw&#261; nie ma wi&#281;cej ni&#380; dwana&#347;cie metr&#243;w, to jakby skok z dw&#243;ch na Ziemi; znalaz&#322;bym si&#281; w cieniu pod ni&#261;, by&#322;bym niewidoczny i m&#243;g&#322;bym posuwa&#263; si&#281; wzd&#322;u&#380; niej, ca&#322;y czas maj&#261;c plecy chronione ska&#322;&#261;, a on pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej wyjdzie mi prosto na luf&#281; Nic si&#281; w kamiennym labiryncie nie dzia&#322;o. Na Ziemi przez ten czas s&#322;o&#324;ce porz&#261;dnie by si&#281; ju&#380; przesun&#281;&#322;o, ale panowa&#322; tu d&#322;ugi dzie&#324; ksi&#281;&#380;ycowy, wi&#281;c trwa&#322;o wci&#261;&#380; jakby na tym samym miejscu, wygaszaj&#261;c najbli&#380;sze gwiazdy, &#380;e otacza&#322;a je czarna pustka, przero&#347;ni&#281;ta jakby pomara&#324;czow&#261;, krzaczast&#261; mgie&#322;k&#261; Wysun&#261;&#322; si&#281; do po&#322;owy spoza swego g&#322;azu. Nic. Zaczyna&#322;o go to ju&#380; gniewa&#263;. Dlaczego tamci nie nadje&#380;d&#380;aj&#261;? Niemo&#380;liwe, &#380;eby dot&#261;d nie by&#322;o radio&#322;&#261;czno&#347;ci Mo&#380;e wyp&#322;osz&#261; go wreszcie z tych gruz&#243;w Spojrza&#322; na zegarek pod grubym szk&#322;em przegubu i zdumia&#322; si&#281; od ostatniej rozmowy z McCorkiem min&#281;&#322;o ledwo trzyna&#347;cie minut.

Gotowa&#322; si&#281; ju&#380; do opuszczenia swego stanowiska, kiedy sta&#322;y si&#281; naraz dwie rzeczy, jednakowo niespodziewane. W bramie skalnej, mi&#281;dzy oboma magmatycznymi obwa&#322;owaniami, kt&#243;re zamyka&#322;y kotlin&#281; od wschodu, zobaczy&#322; sun&#261;ce, jeden za drugim, transportery. By&#322;y jeszcze daleko, ponad kilometr chyba, i sz&#322;y ca&#322;&#261; moc&#261;, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261; d&#322;ugie, pozornie sztywne kity sk&#322;&#281;bionego kurzu. Zarazem dwoje jakby ludzkich, tyle &#380;e w metalowe r&#281;kawice odzianych, wielkich r&#261;k pokaza&#322;o si&#281; na samym brzegu urwiska, a w &#347;lad za nimi, tak szybko, &#380;e nie zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; cofn&#261;&#263;, wychyn&#261;&#322; Setaur. Dzieli&#322;o ich nie wi&#281;cej ni&#380; dziesi&#281;&#263; metr&#243;w. Pirx zobaczy&#322; zast&#281;puj&#261;ce g&#322;ow&#281;, masywne wybrzuszenie torsu mi&#281;dzy pot&#281;&#380;nymi barami, w kt&#243;rym l&#347;ni&#322;y nieruchomo szk&#322;a otwor&#243;w optycznych, jak dwoje czarnych, szeroko rozstawionych oczu, wraz ze &#347;rodkowym, trzecim, straszliwym pod zamkni&#281;t&#261; w tej chwili powiek&#261; laserowego miotacza. On sam mia&#322; wprawdzie laser w r&#281;ku, ale reakcje maszyny by&#322;y niezr&#243;wnanie szybsze od jego w&#322;asnych, zreszt&#261; nawet nie pr&#243;bowa&#322; si&#281; z&#322;o&#380;y&#263; po prostu zamar&#322; w pe&#322;nym s&#322;o&#324;cu, na ugi&#281;tych nogach, tak jak zasta&#322;o go, kiedy podrywa&#322; si&#281; z ziemi, nag&#322;e pojawienie si&#281; tamtego, i patrzyli na siebie: pos&#261;g cz&#322;owieka i pos&#261;g maszyny, oba obleczone w metal. Wtedy straszliwy blask rozdar&#322; ca&#322;&#261; przestrze&#324; przed Pirxem, kt&#243;ry, pchni&#281;ty ciosem &#380;aru, run&#261;&#322; w ty&#322;. Lec&#261;c nie straci&#322; przytomno&#347;ci i w owym u&#322;amku sekundy czu&#322; tylko zdziwienie, bo przysi&#261;g&#322;by, &#380;e to nie Setaur go porazi&#322;, gdy&#380; do ko&#324;ca widzia&#322; ciemne i &#347;lepe jego laserowe oko.

Upad&#322; na wznak, bo wy&#322;adowanie posz&#322;o bokiem ale najwidoczniej w niego celowano, poniewa&#380; potworny rozb&#322;ysk powt&#243;rzy&#322; si&#281; w oka mgnieniu i od&#322;upa&#322; cz&#281;&#347;&#263; kamiennej iglicy, kt&#243;ra go przedtem chroni&#322;a; bryzn&#281;&#322;a kroplami p&#322;ynnego minera&#322;u, w locie zmieniaj&#261;cymi si&#281; w o&#347;lepiaj&#261;c&#261; paj&#281;czyn&#281;. Ale teraz uratowa&#322;o go to, &#380;e celowali na wysoko&#347;&#263; wzrostu, a on le&#380;a&#322; to by&#322;a pierwsza maszyna, to z niej bili laserem. Przekr&#281;ci&#322; si&#281; na bok i zobaczy&#322; wtedy plecy Setaura, kt&#243;ry, nieruchomy, jak odlany z br&#261;zu, dwa razy &#322;ysn&#261;&#322; liliowym s&#322;o&#324;cem. Nawet z tej odleg&#322;o&#347;ci wida&#263; by&#322;o, jak przedniemu transporterowi odwali&#322;o ca&#322;&#261; g&#261;sienic&#281; razem z rolkami i ko&#322;em wiod&#261;cym; podnios&#322;a si&#281; tam taka chmura kurzu i &#347;wiec&#261;cych gaz&#243;w, &#380;e drugi transporter, o&#347;lepiony, nie m&#243;g&#322; ju&#380; strzela&#263;. Dwu- i p&#243;&#322;metrowy olbrzym popatrza&#322; niespiesznie na le&#380;&#261;cego cz&#322;owieka, kt&#243;ry &#347;ciska&#322; jeszcze swoj&#261; bro&#324;, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i ugi&#261;&#322; lekko nogi, chc&#261;c skoczy&#263; na powr&#243;t tam, sk&#261;d przyszed&#322;, lecz Pirx, niewygodnie, bokiem, strzeli&#322; do niego chcia&#322; tylko podci&#261;&#263; mu nogi, ale &#322;okie&#263; zachwia&#322; si&#281;, kiedy ci&#261;gn&#261;&#322; za spust, i p&#322;omienny n&#243;&#380; rozp&#322;ata&#322; olbrzyma od g&#243;ry do do&#322;u, tak &#380;e ju&#380; jako masa &#380;arz&#261;cego si&#281; &#380;elastwa run&#261;&#322; na dno rumowiska.



* * *


Za&#322;oga zniszczonego transportera wysz&#322;a z niego ca&#322;o nawet bez poparze&#324; i Pirx dowiedzia&#322; si&#281;, co prawda du&#380;o p&#243;&#378;niej, &#380;e strzelali do niego, bo Setaura, ciemnego na ciemnym tle urwiska, w og&#243;le nie dostrzegli. Niedo&#347;wiadczony celowniczy nie zwr&#243;ci&#322; uwagi nawet na to, &#380;e sylwetka, kt&#243;r&#261; bierze na muszk&#281;, ma jasn&#261; barw&#281; aluminiowego skafandra. Pirx by&#322; prawie pewny, &#380;e nast&#281;pnego strza&#322;u ju&#380; by nie prze&#380;y&#322;.

Uratowa&#322; go Setaur ale czy zdawa&#322; sobie z tego spraw&#281;? Wiele razy wraca&#322; my&#347;l&#261; do tych kilku ostatnich sekund i za ka&#380;dym razem umacnia&#322; si&#281; w przekonaniu, &#380;e tamten znajdowa&#322; si&#281; w miejscu, z kt&#243;rego m&#243;g&#322; oceni&#263;, kto jest w&#322;a&#347;ciwym celem dalekiego ognia. Czy to mia&#322;o znaczy&#263;, &#380;e chcia&#322; go ocali&#263;? Na to nikt nie umia&#322; udzieli&#263; odpowiedzi. Intelektronicy uwa&#380;ali wszystko za zbieg okoliczno&#347;ci &#380;aden nie potrafi&#322; uzasadni&#263; tego go&#322;os&#322;ownego twierdzenia. Z niczym podobnym dot&#261;d si&#281; nie spotkano, fachowa literatura nie notowa&#322;a takich wypadk&#243;w. Wszyscy uznali, &#380;e Prix dzia&#322;a&#322; tak, jak musia&#322; dzia&#322;a&#263; ale to mu nie wystarczy&#322;o. Na d&#322;ugie lata zosta&#322; mu w pami&#281;ci obraz u&#322;amkowych chwil, kiedy otar&#322; si&#281; o &#347;mier&#263; i wyszed&#322; ca&#322;o po to, by nigdy nie pozna&#263; ca&#322;ej prawdy i gorzka by&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e w spos&#243;b tyle&#380; podst&#281;pny, co nikczemny zabi&#322;, ciosem w plecy, swego zbawc&#281;.



Wypadek

Aniel nie wr&#243;ci&#322; o czwartej, lecz nikt jakby tego nie zauwa&#380;y&#322;. Przed pi&#261;t&#261; zapada&#322; ju&#380; mrok i Pirx, nie tyle niespokojny co zdziwiony, chcia&#322; spyta&#263; Krulla, co to mo&#380;e znaczy&#263;. Powstrzyma&#322; si&#281; jednak nie by&#322; dow&#243;dc&#261; grupy i takie pytanie, chocia&#380; nawet uprawnione i ca&#322;kiem niewinne, mog&#322;o wywo&#322;a&#263; istn&#261; reakcj&#281; &#322;a&#324;cuchow&#261; zadra&#380;nie&#324;. Zna&#322; ten objaw dobrze, powtarza&#322;o si&#281; to nieraz, zw&#322;aszcza kiedy zesp&#243;&#322; by&#322; tak przypadkowy jak w&#322;a&#347;nie ten. Trzech ludzi o specjalno&#347;ciach rozstrzelonych, jak to tylko mo&#380;liwe, w sercu g&#243;r na nic nikomu niepotrzebnej planety, wype&#322;niaj&#261;cych zadanie, kt&#243;re wszyscy, jak i on, uwa&#380;ali chyba za bezsensowne. Przywieziono ich ma&#322;ym, starym grawistatem, kt&#243;ry mia&#322; tu ju&#380; zosta&#263;, bo i tak nadawa&#322; si&#281; tylko na z&#322;om, razem ze sk&#322;adanym, aluminiowym barakiem, gar&#347;ci&#261; sprz&#281;tu i radiostacj&#261;, tak spracowan&#261;, &#380;e wi&#281;cej by&#322;o z ni&#261; k&#322;opotu ni&#380; po&#380;ytku, za czym w siedem tygodni mieli dokona&#263; og&#243;lnego rozpoznania, jakby to by&#322;o mo&#380;liwe. Pirx nigdy by nie przyj&#261;&#322; takiego zadania, rozumiej&#261;c, &#380;e chodzi tylko o powi&#281;kszenie zasi&#281;gu bada&#324;, dokonywanych przez eksploracyjny pion Bazy, o jeszcze jedn&#261; cyferk&#281; w raportach, kt&#243;rymi karmiono jej maszyny informacyjne, co zapewne mog&#322;o mie&#263; niejakie znaczenie przy rozdziale &#347;rodk&#243;w, ludzi i mocy na rok nast&#281;pny. I po to, &#380;eby na ta&#347;mach pami&#281;ciowych pojawi&#322;a si&#281; owa rozbita w dziurki cyfra, siedzieli przez pi&#281;&#263;dziesi&#261;t bez ma&#322;a dni w pustkowiu, kt&#243;re w innych okoliczno&#347;ciach by&#322;oby mo&#380;e atrakcyjne, chocia&#380;by jako teren wspinaczkowy. Przyjemno&#347;ci alpinistyczne by&#322;y jednak, rozumie si&#281;, najsurowiej zakazane, i Pirx m&#243;g&#322; sobie najwy&#380;ej wyobrazi&#263; trasy pierwszych przej&#347;&#263; podczas pomiar&#243;w sejsmicznych i triangulacyjnych.

Planeta nie mia&#322;a nawet nazwy innej jak Jota &#322;amane przez 116, &#322;amane przez 47, Proximy Wodnika. By&#322;a najbardziej podobna do Ziemi ze wszystkich, jakie Pirx kiedykolwiek widzia&#322;, z ma&#322;ym, &#380;&#243;&#322;tym s&#322;o&#324;cem, s&#322;onymi oceanami, buraczkowo-zielonymi od pracowitych glon&#243;w, syc&#261;cych atmosfer&#281; tlenem, i wielkim, tr&#243;jp&#322;atowym kontynentem, pokrytym pierwocinami ro&#347;linno&#347;ci. Nadawa&#322;aby si&#281; doskonale do kolonizacji, gdyby nie to, &#380;e s&#322;o&#324;ce jej by&#322;o typu G, nowo odkrytej podmiany G VII, a wi&#281;c niepewne, bo podejrzane o chwiejno&#347;&#263; emisji; skoro za&#347; astrofizycy wypowiedzieli swoje veto, to cho&#263; przemiana w Now&#261; mog&#322;a nast&#261;pi&#263; dopiero za sto milion&#243;w lat, wszelkie plany zagospodarowania tej Ziemi Obiecanej nale&#380;a&#322;o przekre&#347;li&#263;.

Pirx &#380;a&#322;owa&#322; niekiedy, &#380;e da&#322; si&#281; nabra&#263; na t&#281; ekspedycj&#281;, ale nie by&#322; to &#380;al ca&#322;kiem szczery. Tak czy owak musia&#322; tkwi&#263; w Bazie przez trzy miesi&#261;ce wobec braku wcze&#347;niejszego po&#322;&#261;czenia z systemem s&#322;onecznym, wi&#281;c maj&#261;c w perspektywie wysiadywanie w podziemnych ogrodach klimatyzowanych Bazy i og&#322;upiaj&#261;ce seanse telewizyjne (by&#322;a to rozrywka puszkowana, licz&#261;ca sobie co najmniej dziesi&#281;&#263; lat), przysta&#322; ch&#281;tnie na propozycj&#281; prze&#322;o&#380;onego, kt&#243;ry znowu&#380; rad by&#322;, &#380;e mo&#380;e si&#281; przys&#322;u&#380;y&#263; Krullowi nie mia&#322; bowiem &#380;adnych wolnych ludzi, a regulamin zakazywa&#322; wysy&#322;ania tylko dw&#243;ch. Tak wi&#281;c Pirx spad&#322; kosmografowi jak z nieba. Zreszt&#261; Krull nie okaza&#322; zachwytu ani wtedy, ani p&#243;&#378;niej; pocz&#261;tkowo Pirx my&#347;la&#322; nawet, &#380;e tamten podejrzewa go o wielkopa&#324;sk&#261; zachciank&#281;, skoro z dow&#243;dcy statk&#243;w zgodzi&#322; si&#281; zosta&#263; szeregowym eksploratorem; wygl&#261;da&#322;o to tak, jakby Krull &#380;ywi&#322; do&#324; skryt&#261; uraz&#281;. Ale to nie by&#322;a uraza, po prostu Krull sta&#322; si&#281; w &#347;rodku &#380;ycia (przekroczy&#322; czterdziestk&#281;) gorzki, jakby go niczym innym opr&#243;cz pio&#322;unu nigdy nie karmiono. A &#380;e si&#281; w takim odosobnieniu nic nie da ukry&#263; i ludzie ze wszystkimi ma&#322;ostkami i cnotami staj&#261; si&#281; wnet przejrzy&#347;ci jak szk&#322;o, Pirx poj&#261;&#322; rych&#322;o, sk&#261;d bra&#322;a si&#281; ta zadra w charakterze Krulla, w ko&#324;cu wytrwa&#322;ego, twardego nawet cz&#322;owieka, je&#347;li mia&#322; za sob&#261; ponad dziesi&#281;&#263; lat s&#322;u&#380;by pozaziemskiej. Ot&#243;&#380; Krull zosta&#322; nie tym, kim chcia&#322;, ale kim musia&#322;, poniewa&#380; si&#281; do wymarzonego zawodu nie nadawa&#322;. A o tym, &#380;e nie kosmografem, lecz intelektronikiem chcia&#322; kiedy&#347; zosta&#263;, przekona&#322; si&#281; Pirx widz&#261;c, jak kategoryczny stawa&#322; si&#281; Krull w rozmowach z Massen&#261;, je&#347;li tylko zesz&#322;o na tematy intelektron&#322;czne (intelektralne m&#243;wi&#322; zreszt&#261; Krull, bo taki by&#322; &#380;argon zawodowy).

Massenie brak&#322;o, niestety, wyrozumia&#322;o&#347;ci, a mo&#380;e po prostu motywy Krulla nic go nie obchodzi&#322;y, dosy&#263;, &#380;e kiedy tamten upar&#322; si&#281; przy jakim&#347; b&#322;&#281;dnym rozwi&#261;zaniu, nie ogranicza&#322; si&#281; do zaprzeczenia, ale z o&#322;&#243;wkiem w r&#281;ku rozk&#322;ada&#322; Krulla na obie &#322;opatki, krok po kroku buduj&#261;c matematyczny wyw&#243;d, i ko&#324;czy&#322; go taki zadowolony, jakby nie tyle racji w&#322;asnej dowi&#243;d&#322;, ile tego, &#380;e Krull jest zadufa&#322;ym os&#322;em. Ale to nie by&#322;o prawd&#261;. Nie by&#322; zadufa&#322;y by&#322; tylko nienormalnie wra&#380;liwy jak w&#322;a&#347;nie kto&#347;, kto ambicj&#281; ma osadzon&#261; w innym miejscu ani&#380;eli zdolno&#347;ci.

Pirx, kt&#243;ry by&#322; mimowolnym &#347;wiadkiem takiej rozmowy trudno zreszt&#261;, aby nim nie by&#322;, skoro zajmowali wsp&#243;lnie czterdzie&#347;ci metr&#243;w kwadratowych baraku, a d&#378;wi&#281;koszczelno&#347;&#263; przepierze&#324; by&#322;a zupe&#322;n&#261; fikcj&#261;, wiedzia&#322;, czym si&#281; to sko&#324;czy. I rzeczywi&#347;cie: Krull, kt&#243;ry nie &#347;mia&#322; okaza&#263; Massenie, jak bardzo zabola&#322;a go pora&#380;ka, ca&#322;&#261; niech&#281;&#263; skupi&#322; na Pirxie, zreszt&#261; we w&#322;a&#347;ciwy sobie spos&#243;b. Poza okoliczno&#347;ciami, kiedy by&#322;o to konieczne, przesta&#322; si&#281; do niego odzywa&#263;.

W&#243;wczas ju&#380; tylko Massena pozosta&#322; mu bliski bo rzeczywi&#347;cie mo&#380;na si&#281; by&#322;o zaprzyja&#378;ni&#263; z tym czarnow&#322;osym i jasnookim nerwowcem ale Pirx mia&#322; zawsze trudno&#347;ci z nerwowcami, poniewa&#380; w g&#322;&#281;bi ducha nie &#380;ywi&#322; do nich zaufania. Massenie zawsze co&#347; by&#322;o: kaza&#322; sobie zagl&#261;da&#263; do gard&#322;a, twierdzi&#322;, &#380;e nadchodzi zmiana, bo go w ko&#347;ciach &#322;upie (&#380;adna nie przysz&#322;a, ale wci&#261;&#380; j&#261; przepowiada&#322;), rzekomo cierpia&#322; na bezsenno&#347;&#263; i co wieczora szuka&#322; ostentacyjnie pigu&#322;ek, kt&#243;rych bodaj nigdy nie za&#380;ywa&#322; k&#322;ad&#322; je tylko na wszelki wypadek obok pos&#322;ania, a rano t&#322;umaczy&#322; Pirxowi, kt&#243;ry, czytaj&#261;c do p&#243;&#378;na, doskonale s&#322;ysza&#322; jego chrapanie, &#380;e nawet nie zmru&#380;y&#322; oka (w co, zdaje si&#281;, wierzy&#322;) Poza tym by&#322; to doskona&#322;y specjalista i b&#322;yskotliwy matematyk, z talentami organizatora, kt&#243;remu poruczano bie&#380;&#261;ce programowanie automatycznej, wi&#281;c bezludnej eksploracji. Jeden z takich program&#243;w wzi&#261;&#322; ze sob&#261; dla opracowania w wolnych chwilach, a Krull cierpia&#322;, bo Massena robi&#322; to, co do niego nale&#380;a&#322;o, bardzo szybko i dobrze, tak &#380;e naprawd&#281; mia&#322; sporo wolnego czasu, brak&#322;o zatem podstaw do pretensji, &#380;e nie spe&#322;nia nale&#380;ycie swych obowi&#261;zk&#243;w. Massena przyda&#322; im si&#281; wi&#281;c tym bardziej, ze jakkolwiek by&#322;o to paradoksalne ta miniaturowa wyprawa planetologiczna nie liczy&#322;a ani jednego planetologa z prawdziwego zdarzenia, bo wszak i Krull nim nie by&#322;.

Tyle&#380; podziwu co rozpaczy godny jest &#243;w poziom komplikacji, do jakiego mog&#261;, bez specjalnych wysi&#322;k&#243;w z czyjejkolwiek strony, doj&#347;&#263; stosunki &#322;&#261;cz&#261;ce trzech, w ko&#324;cu do&#347;&#263; normalnych, zwyk&#322;ych ludzi, na takim skalnym pustkowiu, jakie przedstawia&#322; po&#322;udniowy p&#322;askowy&#380; Joty Wodnika.

By&#322;a tam jeszcze jedna osoba, cho&#263; niecz&#322;owiek wspomniany Aniel, czyli Automat Nieliniowy, jeden z najnowszych modeli produkowanych na Ziemi dla bada&#324; o wysokim stopniu samodzielno&#347;ci. Massena by&#322; z nimi w charakterze cybernetyka jedynie przez anachronizm, poniewa&#380; regulamin przewidywa&#322;, &#380;e gdzie jest automat, powinien by&#263; te&#380; kto&#347;, kto by go m&#243;g&#322; w razie potrzeby naprawi&#263;. Regulamin jednak pochodzi&#322; sprzed dziesi&#281;ciu lat jak wiadomo, nie zmieniaj&#261; si&#281; one zbyt cz&#281;sto natomiast Aniel jak mawia&#322; nieraz sam Massena raczej by jego m&#243;g&#322; w razie potrzeby naprawi&#263;. Nie tylko z tej przyczyny, &#380;e jego niezawodno&#347;&#263; nie pozostawia&#322;a nic do &#380;yczenia, ale i dlatego poniewa&#380; mia&#322; elementarne wiadomo&#347;ci lekarskie. Pirx dawno ju&#380; spostrzeg&#322;, &#380;e cz&#322;owieka cz&#281;sto &#322;atwiej jest pozna&#263; po jego stosunku do robot&#243;w ani&#380;eli do innych ludzi. Jego pokolenie przysz&#322;o na &#347;wiat, kt&#243;rego naturaln&#261; cz&#281;&#347;&#263; tworzy&#322;y automaty, tak samo jak statki kosmiczne, ale sfera ta zachowa&#322;a szczeg&#243;lny odcie&#324;, jakby nacechowany pozosta&#322;o&#347;ciami irracjonalizmu. Niekt&#243;rym &#322;atwiej przychodzi&#322;o polubi&#263; zwyk&#322;&#261; maszyn&#281;, ot cho&#263;by w&#322;asny samoch&#243;d, ni&#380; maszyn&#281; my&#347;l&#261;c&#261;. Okres szerokiego eksperymentatorstwa konstruktor&#243;w chyli&#322; si&#281; ju&#380; ku ko&#324;cowi tak to przynajmniej wygl&#261;da&#322;o. Budowano tylko automaty dwu typ&#243;w: w&#261;sko wyspecjalizowane i uniwersalne. Jedynie ma&#322;a grupa tych ostatnich by&#322;a oblekana w kszta&#322;ty zbli&#380;one do ludzkich, a i to tylko dlatego, poniewa&#380; ze wszystkich wypr&#243;bowanych konstrukcja zapo&#380;yczona od natury okaza&#322;a si&#281; najsprawniejsza, szczeg&#243;lnie w trudnych warunkach planetarnych bezdro&#380;y.

In&#380;ynierowie byli niezbyt szcz&#281;&#347;liwi, kiedy produkty ich zacz&#281;&#322;y przejawia&#263; tak&#261; spontaniczno&#347;&#263;, kt&#243;ra nasuwa&#322;a mimo woli my&#347;l o &#380;yciu wewn&#281;trznym. Powiada&#322;o si&#281; na og&#243;&#322;, &#380;e automaty my&#347;l&#261;, ale nie maj&#261; osobowo&#347;ci. Prawda, nikt nie s&#322;ysza&#322; o automacie, kt&#243;ry by wpada&#322; w gniew, zachwyt, &#347;mia&#322; si&#281; lub p&#322;aka&#322;; by&#322;y zr&#243;wnowa&#380;one doskonale, jak tego sobie &#380;yczyli konstruktorzy. Poniewa&#380; jednak m&#243;zgi ich nie powstawa&#322;y na ta&#347;mie monta&#380;owej, lecz w procesie powolnej hodowli monokryszta&#322;&#243;w, z jej rozrzutem statystycznym nie do opanowania, mikroskopijne sk&#261;din&#261;d przesuni&#281;cia moleku&#322; powodowa&#322;y takie r&#243;&#380;nice ko&#324;cowe, &#380;e na dobr&#261; spraw&#281; nie istnia&#322;y dwa identyczne automaty. A wi&#281;c jednak indywidualno&#347;ci? Nie odpowiada&#322; cybernetyk rezultaty procesu probabilistycznego; tak te&#380; my&#347;la&#322; sobie Pirx jak ka&#380;dy chyba, kto mia&#322; z nimi wiele do czynienia, kto ca&#322;ymi latami wyczuwa&#322; obok siebie ich milcz&#261;c&#261;, zawsze celow&#261;, zawsze logiczn&#261; krz&#261;tanin&#281;. Zapewne, by&#322;y wszystkie bardziej do siebie wzajem podobne ani&#380;eli do ludzi, ale i one miewa&#322;y swoje narowy, predylekcje, a bywa&#322;y i takie, kt&#243;re, wykonuj&#261;c rozkazy, praktykowa&#322;y co&#347; w rodzaju biernego oporu objaw, kt&#243;ry, je&#347;li si&#281; nasila&#322;, ko&#324;czy&#322; si&#281; generalnym remontem.

Pirx, i na pewno nie on jeden, mia&#322; wobec tych osobliwych maszyn kt&#243;re tak dok&#322;adnie wykonywa&#322;y polecenia i tak&#261; nieraz wykazywa&#322;y przy tym inwencj&#281; sumienie niezbyt czyste. Mo&#380;e datowa&#322;o si&#281; to od czasu, kiedy dowodzi&#322; Koriolanem, do&#347;&#263;, &#380;e same podstawy sytuacji, w kt&#243;rej cz&#322;owiek stworzy&#322; my&#347;lenie poza sob&#261; i uzale&#380;ni&#322; je od siebie, sam fundament takich stosunk&#243;w uwa&#380;a&#322; za nie ca&#322;kiem uczciwy. Zapewne nie potrafi&#322;by powiedzie&#263;, co powodowa&#322;o &#243;w lekki niepok&#243;j, jakby &#347;wiadomo&#347;&#263; niewyr&#243;wnanego rachunku, fa&#322;szywie powzi&#281;tej decyzji, czy mo&#380;e po prostu cho&#263; to grubo powiedziane jakiego&#347;, prawda, &#380;e zr&#281;cznie, ale jednak pope&#322;nionego &#347;wi&#324;stwa. By&#322;o przewrotne wyrafinowanie w owym rozs&#261;dnym umiarze, z jakim cz&#322;owiek tchn&#261;&#322; zdobyt&#261; o sobie samym wiedz&#281; w zimne maszyny, pilnuj&#261;c, by mia&#322;y tylko tyle duchowo&#347;ci, ile to niezb&#281;dne, bez szansy na stanie si&#281; konkurentem swego tw&#243;rcy do &#322;ask &#347;wiata. Maksyma Goethego: In der Beschrankung zeigt sich erst der Meister nabiera&#322;a, w odniesieniu do zmy&#347;lnych konstruktor&#243;w, niespodziewanego posmaku pochwa&#322;y, obracaj&#261;cej si&#281; w szydercze pot&#281;pienie, bo nie siebie wszak postanowili ograniczy&#263;, lecz swoje dzie&#322;a, i to z okrutn&#261; precyzj&#261;. Rzecz jasna, Pirx nie wa&#380;y&#322; si&#281; nigdy wypowiada&#263; g&#322;o&#347;no takiej my&#347;li, bo zdawa&#322; sobie spraw&#281; z tego, jak &#347;miesznie by brzmia&#322;a; automaty nie swoj&#261; egzystencjaln&#261; sytuacj&#261; by&#322;y upo&#347;ledzone czy wyzyskiwane, rzecz sta&#322;a si&#281; zarazem prostsza, moralnie trudniejsza do zaatakowania, ale i gorsza: ograniczono je, jeszcze nim powsta&#322;y, na papierze kre&#347;larskim.

W owym dniu, przedostatnim ich pobytu na planecie, prace by&#322;y ju&#380; w&#322;a&#347;ciwie zako&#324;czone. Gdy jednak przysz&#322;o do sprawdzania ta&#347;m z wynikami, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e jednej brakuje. Najpierw przeszukano pami&#281;&#263; maszynow&#261;, potem przetrz&#261;&#347;ni&#281;to wszystkie schowki i szuflady, przy czym Krull dwukrotnie zleci&#322; Pirxowi, aby dok&#322;adnie spenetrowa&#322; w&#322;asne rzeczy, co zakrawa&#322;o na z&#322;o&#347;liwo&#347;&#263;, bo Pirx nie mia&#322; z brakuj&#261;c&#261; ta&#347;m&#261; w og&#243;le styczno&#347;ci i nie chowa&#322;by jej przecie&#380; w walizce. Pirxa a&#380; j&#281;zyk &#347;wierzbia&#322;, by co&#347; wreszcie odpowiedzie&#263;, tym bardziej &#380;e dot&#261;d zawsze k&#322;ad&#322; uszy po sobie, usprawiedliwiaj&#261;c w duchu szorstkie, obra&#378;liwe nawet zachowanie Krulla. Jak umia&#322;. Aniel i tym razem pow&#347;ci&#261;gn&#261;&#322; ostrzejsze s&#322;owo zamiast tego zauwa&#380;y&#322;, &#380;e je&#347;li trzeba powt&#243;zy&#263; pomiary, ch&#281;tnie zrobi to sam, wzi&#261;wszy Aniela za pomocnika.

Krull uzna&#322; jednak, &#380;e pomoc Pirxa zupe&#322;nie nie b&#281;dzie Anielowi potrzebna, obarczyli wi&#281;c robota aparatem, szpulami fotograficznymi i, za&#322;o&#380;ywszy mu do olstr&#243;w pasa odrzutowe patrony, wys&#322;ali go w par szczytow&#261; masywu podg&#243;rskiego.

Robot wyszed&#322; o &#243;smej rano Massena wyrazi&#322; g&#322;o&#347;no przekonanie, &#380;e zrobi swoje do obiadu. Min&#281;&#322;a jednak druga, trzecia, potem czwarta, zapad&#322; wreszcie zmrok, Aniel za&#347; nie wraca&#322;.

Pirx siedzia&#322; w k&#261;cie baraku pod kadmow&#261; lamp&#261; &#347;cienn&#261; i czyta&#322; dokumentnie roztrzepan&#261;, star&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;, kt&#243;r&#261; po&#380;yczy&#322; jeszcze w Bazie od jakiego&#347; pilota, ale tre&#347;&#263; jej prawie do&#324; nie dochodzi&#322;a. By&#322;o mu niezbyt wygodnie. &#379;ebrowana &#347;cianka aluminiowa gniot&#322;a w plecy, a powietrze uciek&#322;o ca&#322;kiem z poduszki nadymaka i czu&#322;, jak w po&#347;ladki wpijaj&#261; mu si&#281; przez gumowan&#261; tkanin&#281; ostre mutry konstrukcji. Mimo to nie zmienia&#322; pozycji, poniewa&#380; niewygoda jej dziwacznie godzi&#322;a si&#281; z rosn&#261;cym gniewem, jaki w nim wzbiera&#322;. Ani Krull, ani Massena jak gdyby nie dostrzegli dot&#261;d nieobecno&#347;ci Aniela. Krull, kt&#243;ry doprawdy nie by&#322; cz&#322;owiekiem dowcipnym ani te&#380; si&#281; na humor ni sili&#322;, nie wiadomo czemu od samego pocz&#261;tku upar&#322; si&#281; przy nazywaniu robota Anio&#322;em albo nawet &#379;elaznym Anio&#322;em, inaczej si&#281; do niego nie odzywa&#322; i ta w gruncie rzeczy zupe&#322;na bzdura tyle razy ju&#380; irytowa&#322;a Pirxa, &#380;e przez to jedno znielubi&#322; kosmografa. Massena mia&#322; do robota stosunek zawodowy: wszyscy intelektronicy wiedz&#261;, a przynajmniej udaj&#261;, &#380;e wiedz&#261;, jakie to molekularne procesy i pr&#261;dy wywo&#322;uj&#261; takie, a nie inne reakcje czy odpowiedzi automatu, przez co wszelkie napomknienia o ich rzekomym psychi&#378;mie przygwa&#380;d&#380;aj&#261; jako zupe&#322;ne bzdury. Niemniej zachowywa&#322; si&#281; wobec Aniela jak lojalny mechanik wobec swego Diesla: nie dawa&#322; przeci&#261;&#380;a&#263;, lubi&#322; za sprawno&#347;&#263; i dba&#322; o niego, jak m&#243;g&#322;.

O sz&#243;stej Pirx nie potrafi&#322; ju&#380; wytrzyma&#263; w swym k&#261;cie, bo mu noga zdr&#281;twia&#322;a, zacz&#261;&#322; si&#281; wi&#281;c przeci&#261;ga&#263;, a&#380; ko&#347;ci trzeszcza&#322;y, porusza&#263; stop&#261; i zgina&#263; nog&#281; w kolanie, by przywr&#243;ci&#263; kr&#261;&#380;enie krwi, potem za&#347; pu&#347;ci&#322; si&#281; na przechadzk&#281; po przek&#261;tnej baraku, wiedz&#261;c dobrze, &#380;e niczym bardziej nie zdo&#322;a zirytowa&#263; Krulla, zatopionego w podsumowywaniu oblicze&#324;.

Doprawdy, mogliby&#347;cie tak nie ha&#322;asowa&#263;! rzek&#322; wreszcie Krull jakby do nich obu, jakby nie wiedz&#261;c, &#380;e to Pirx chodzi, Massena bowiem ze s&#322;uchawkami na uszach bawi&#322; si&#281; jak&#261;&#347; audycj&#261;, rozwalony na fotelu pneumatycznym, ze &#347;miesznie rozmarzonym wyrazem twarzy. Pirx otworzy&#322; drzwi, kt&#243;rymi szarpn&#261;&#322; silny wiatr zachodni i kiedy oczy przywyk&#322;y troch&#281; do ciemno&#347;ci, maj&#261;c za plecami dygoc&#261;c&#261; w podmuchach blach&#281; &#347;ciany, wpatrzy&#322; si&#281; w stron&#281;, z kt&#243;rej powinien by&#322; nadej&#347;&#263; Aniel. Widzia&#322; tylko nieliczne gwiazdy, drgaj&#261;ce silnie w powietrzu, kt&#243;rego wysoko pocz&#281;te, nier&#243;wne wycie obejmowa&#322;o mu g&#322;ow&#281; zimnym nurtem, wichrzy&#322;o w&#322;osy, a nozdrza i p&#322;uca a&#380; rozdyma&#322;o pod wiatr musia&#322; mie&#263; ze czterdzie&#347;ci metr&#243;w na sekund&#281;. Sta&#322; tak, a gdy mu si&#281; zimno zrobi&#322;o, wr&#243;ci&#322; do baraku, gdzie Massena, ziewaj&#261;c, zdejmowa&#322; z g&#322;owy s&#322;uchawki i palcami przeczesywa&#322; w&#322;osy, Krull za&#347;, zmarszczony, suchy, cierpliwie sk&#322;ada&#322; papiery w teczkach, postukuj&#261;c plikiem arkuszy, aby je wyr&#243;wna&#263;.

Nie ma go! powiedzia&#322; Pirx i sam si&#281; zdziwi&#322;, tak to zabrzmia&#322;o rzuci&#322; te s&#322;owa prawie jak wyzwanie. Oni za&#347; musieli dostrzec ich szczeg&#243;lny ton, bo Massena popatrzy&#322; bystro na Pirxa i zauwa&#380;y&#322;:

To nic. Trafi, cho&#263; ciemno, wr&#243;ci na podczerwieni

Pirx spojrza&#322; na niego, ale nic nie odpowiedzia&#322; Przechodz&#261;c obok Krulla podj&#261;&#322; z krzes&#322;a pozostawion&#261; ksi&#261;&#380;k&#281; i, siad&#322;szy w swoim k&#261;cie, udawa&#322;, &#380;e czyta, Wiatr wzmaga&#322; si&#281;. Zaokienne odg&#322;osy narasta&#322;y, wznosi&#322;y si&#281; do wycia, w pewnej chwili co&#347; mi&#281;kko pacn&#281;&#322;o w &#347;cian&#281;, jakby niewielka ga&#322;&#261;&#378;; i zn&#243;w mija&#322;y minuty milczenia. Massena, kt&#243;ry najwyra&#378;niej czeka&#322; na to, &#380;e Pirx, ofiarny jak zwykle, we&#378;mie si&#281; do przygotowa&#324; kolacyjnych, wsta&#322; wreszcie i zabra&#322; si&#281; do otwierania puszek z samogrzej&#261;cym patronem, uwa&#380;nie wprz&#243;d odczytawszy nazwy na etykietkach, jakby spodziewa&#322; si&#281; znale&#378;&#263; w&#347;r&#243;d zapas&#243;w jaki&#347; nie odkryty dot&#261;d przysmak. Pirxowi nie chcia&#322;o si&#281; je&#347;&#263;. A w&#322;a&#347;ciwie nawet by&#322; g&#322;odny, ale nie rusza&#322; si&#281; z miejsca. Z wolna zaczyna&#322;a go bra&#263; niedobra, ch&#322;odna pasja, skierowana, B&#243;g raczy wiedzie&#263; czemu, przeciw obu towarzyszom, kt&#243;rzy nie byli w ko&#324;cu najgorsi z mo&#380;liwych. Czy s&#261;dzi&#322;, &#380;e co&#347; przytrafi&#322;o si&#281; Anielowi? &#379;e, dajmy na to, robot zosta&#322; zaatakowany przez tajemniczych mieszka&#324;c&#243;w planety, a wi&#281;c przez stworzenia, w kt&#243;re nie wierzy nikt pr&#243;cz bajarzy? Gdyby istnia&#322;a cho&#263; jedna szansa na sto tysi&#281;cy, &#380;e planet&#281; zamieszkuj&#261; jakiekolwiek istoty, na pewno nie siedzieliby tak, oddani swym drobnym sprawom, ale niezw&#322;ocznie podj&#281;liby wszystkie kroki, przewidziane przez regulamin w punktach drugim, pi&#261;tym, sz&#243;stym i si&#243;dmym osiemnastego paragrafu wraz z trzeci&#261; i czwart&#261; sekcj&#261; przepis&#243;w post&#281;powania specjalnego. Ale nie by&#322;o takiej szansy; nie by&#322;o &#380;adnej. Ju&#380; pr&#281;dzej wybuch&#322;oby niepewne s&#322;o&#324;ce Joty. Tak, to by&#322;o o wiele bardziej prawdopodobne. Wi&#281;c co si&#281; mog&#322;o sta&#263;?

Pirx czu&#322;, &#380;e spok&#243;j, wype&#322;niaj&#261;cy barak, kt&#243;ry dr&#380;a&#322; w porywach wichury, jest pozorny. Nie tylko on udawa&#322;, &#380;e czyta i nie chce je&#347;&#263; kolacji, jakby o niej zapomnia&#322;. Tamci dwaj tak&#380;e prowadzili gr&#281;, tyle&#380; trudn&#261; do okre&#347;lenia, co wyra&#378;niej&#261;c&#261; z up&#322;ywem ka&#380;dej minuty.

Aniel podlega&#322;, by tak rzec, w pionie obs&#322;ugi technicznej Massenie jako intelektronikowi, a Krullowi znowu&#380;, w charakterze cz&#322;onka wyprawy, jako dow&#243;dcy. Ot&#243;&#380; ewentualny defekt m&#243;g&#322; by&#263; zawiniony przez ka&#380;dego z nich. Mo&#380;e Massena czego&#347; nie dopatrzy&#322;, a mo&#380;e Krull niew&#322;a&#347;ciwie wyznaczy&#322; tras&#281;, jak&#261; mia&#322; przej&#347;&#263; Aniel? Ale to w ko&#324;cu nie by&#322;oby trudno wykry&#263; i nie taka przyczyna powodowa&#322;a rosn&#261;c&#261; sztuczno&#347;&#263; powszechnego milczenia.

Krull od samego pocz&#261;tku jakby umy&#347;lnie pomiata&#322; robotem, bo i przezwa&#322; go w spos&#243;b godny sztubaka, i nieraz wydawa&#322; mu polecenia, od jakich tamci si&#281; powstrzymywali, cho&#263;by dlatego, &#380;e uniwersalny automat nie jest lokajem. A robi&#322; to pewnie dlatego, &#380;e przez Aniela usi&#322;owa&#322; nieudolnie, ale uporczywie dosi&#281;gn&#261;&#263; Massen&#281;, kt&#243;rego wprost nie wa&#380;y&#322; si&#281; zaczepia&#263;.

Odbywa&#322;a si&#281; teraz licytacja nerw&#243;w i ten, kto pierwszy wyjawi&#322;by niepok&#243;j o losy Aniela, przyzna&#322;by si&#281; jak gdyby do przegranej. Pirx czu&#322; zreszt&#261;, &#380;e sam zosta&#322; wci&#261;gni&#281;ty w ow&#261; milcz&#261;c&#261; rozgrywk&#281;, tak g&#322;upi&#261; i zarazem tak w tej chwili napi&#281;t&#261;. Zastanowi&#322; si&#281;, co on sam zrobi&#322;by, gdyby by&#322; dow&#243;dc&#261; grupy. Teraz pewno niewiele, bo w tak&#261; noc nie mo&#380;na by&#322;o wyruszy&#263; na poszukiwania. Tak czy owak nale&#380;a&#322;o czeka&#263; do rana, najwy&#380;ej mo&#380;na by spr&#243;bowa&#263; radio&#322;&#261;czno&#347;ci z minimaln&#261; zreszt&#261; szans&#261; sukcesu, poniewa&#380; zasi&#281;g fal ultrakr&#243;tkich by&#322; w nieprzejrzystym terenie g&#243;rskim niewielki. Dot&#261;d nigdy go jeszcze nie posy&#322;ali samego, cho&#263; tego nie zabrania&#322;, obwarowywa&#322; podobne przedsi&#281;wzi&#281;cie licznymi paragrafami, pe&#322;nymi zastrze&#380;e&#324;. Zreszt&#261; pal diabli regulamin! Pirx uwa&#380;a&#322;, &#380;e Massena m&#243;g&#322;, zamiast w irytuj&#261;cy spos&#243;b wydrapywa&#263; resztki przypalonej konserwy z puszki, spr&#243;bowa&#263; jednak radiowezwania. Zastanawia&#322; si&#281;, jakby to wygl&#261;da&#322;o, gdyby on sam to zrobi&#322;. Co&#347; w ko&#324;cu musia&#322;o si&#281; sta&#263;. Czy robot mo&#380;e z&#322;ama&#263; nog&#281;? Nigdy o czym&#347; takim nie s&#322;ysza&#322;.

Wsta&#322;, podszed&#322; do sto&#322;u i czuj&#261;c na sobie ukradkowe, niby to oboj&#281;tne spojrzenia tamtych, uwa&#380;nie obejrza&#322; map&#281;, na kt&#243;rej rano Krull sam wykre&#347;li&#322; Anielom marszrut&#281;. Czy wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e kontroluje dow&#243;dc&#281;? Podni&#243;s&#322; nagle g&#322;ow&#281;, spotka&#322; oczy Krulla, kt&#243;ry chcia&#322; mu co&#347; powiedzie&#263;, bo najwyra&#378;niej otwiera&#322; ju&#380; usta. Ale kiedy zimny i ci&#281;&#380;ki wzrok Pirxa trafi&#322; go, tylko odchrz&#261;kn&#261;&#322; i, przygarbiwszy si&#281;, dalej sortowa&#322; swoje papiery. Musia&#322; mu Pirx dobrze za&#347;wieci&#263; oczami, nie umy&#347;lnie jednak, a tylko dlatego, &#380;e w podobnych chwilach budzi&#322;o si&#281; w nim co&#347;, co zjednywa&#322;o mu na pok&#322;adzie pos&#322;uch i respekt podszyty niepokojem.

Od&#322;o&#380;y&#322; map&#281;. Marszruta podchodzi&#322;a tylko do wielkiej &#347;ciany skalnej z trzema podci&#281;tymi urwiskami, ale wyznaczona droga omija&#322;a je. Czy robot m&#243;g&#322; nie wykona&#263; zadania? To by&#322;o niemo&#380;liwe.

Ale mo&#380;na przecie&#380; zwichn&#261;&#263; nog&#281; nawet w byle rozpadlinie! pomy&#347;la&#322;. Nie, to nonsens. Robot, taki jak Aniel, wytrzyma upadek i z czterdziestu metr&#243;w, nie z takich opresji wychodz&#261; ca&#322;o, maj&#261; co&#347; lepszego od kruchych ko&#347;ci. Wi&#281;c co si&#281; sta&#322;o, u licha?

Wyprostowa&#322; si&#281; i ze swej okaza&#322;ej wysoko&#347;ci spojrza&#322; najpierw na Massen&#281;, kt&#243;ry krzywi&#322; si&#281; i dmucha&#322;, pij&#261;c zbyt gor&#261;c&#261; herbat&#281;, potem na Krulla, by wreszcie, odwr&#243;ciwszy si&#281; ostentacyjnie, wyj&#347;&#263; do malutkiej sypialni, gdzie zbyt gwa&#322;townie wyszarpn&#261;&#322; swoje sk&#322;adane &#322;&#243;&#380;ko ze &#347;ciany i, zrzuciwszy z siebie czterema wprawnymi ruchami ubranie, wpe&#322;zn&#261;&#322; do &#347;piwora. Wiedzia&#322;, &#380;e nie&#322;atwo przyjdzie mu zasn&#261;&#263;, ale mia&#322; dosy&#263; na dzi&#347; towarzystwa tamtych. Kto wie zreszt&#261;, czy gdyby zosta&#322; z nimi d&#322;u&#380;ej, nie nagada&#322;by im czego&#347;, na pewno niepotrzebnie, bo i tak mieli si&#281; jutro rozsta&#263; na pok&#322;adzie Amperea; z chwil&#261; gdy wejd&#261; na statek, przestanie istnie&#263; grupa operacyjna Joty Wodnika.

Zaczyna&#322;o mu si&#281; ju&#380; zwidywa&#263; to i owo, jakie&#347; wp&#243;&#322;srebrne smu&#380;ki &#347;cieka&#322;y pod powiekami, puszyste jak jaskry &#347;wiate&#322;ka k&#322;oni&#322;y do snu, przewr&#243;ci&#322; jeszcze poduszk&#281; na drug&#261;, ch&#322;odniejsz&#261; stron&#281; i naraz jakby namacaln&#261; i blisk&#261; zobaczy&#322; posta&#263; Aniela tak jak widzia&#322; go po raz ostatni w tym dniu, kilka minut przed &#243;sm&#261;. Massena &#322;adowa&#322; mu w&#322;a&#347;nie patrony odrzutowe, dzi&#281;ki kt&#243;rym mo&#380;na przez kilka minut szybowa&#263; w powietrzu, jak gdyby wbrew grawitacji; urz&#261;dzenia tego u&#380;ywali zreszt&#261; wszyscy, rozumie si&#281; w okoliczno&#347;ciach przewidzianych przez wszechstronnie surowy regulamin. Dziwna by&#322;a ta scena, jak zawsze, gdy cz&#322;owiek pomaga&#322; w czymkolwiek robotowi, bo normalnie dzia&#322;o si&#281; akurat na odwr&#243;t, Aniel nie m&#243;g&#322; jednak dosi&#281;gn&#261;&#263; r&#281;k&#261; olstr&#243;w pod wy&#322;adowanym jak garb plecakiem. Bo te&#380; d&#378;wiga&#322; &#322;adunek dostateczny dla dwu ludzi. Pewno, &#380;e nie dzia&#322;a mu si&#281; krzywda, w ko&#324;cu by&#322; tylko maszyn&#261;, rozwija&#322; w razie potrzeby dzielno&#347;&#263; szesnastu koni mechanicznych dzi&#281;ki mikroskopijnej baterii strontu, kt&#243;ra zast&#281;powa&#322;a mu serce. Teraz jednak, pewno wskutek przedsennego zamroczenia, wszystko to razem bardzo si&#281; Pirxowi nie widzia&#322;o, by&#322; ca&#322;&#261; dusz&#261; po stronie milkliwego Aniela, sk&#322;onny uwierzy&#263;, &#380;e tamten, w&#322;a&#347;nie jak on sam, wcale nie jest spokojny z natury, a wydaje si&#281; taki tylko dlatego, poniewa&#380; uzna&#322;, &#380;e tak w&#322;a&#347;nie trzeba. Przed samym za&#347;ni&#281;ciem my&#347;la&#322; sobie co&#347; jeszcze. By&#322;y to owe najbardziej intymne rojenia, jakim cz&#322;owiek w og&#243;le mo&#380;e si&#281; oddawa&#263;, pewno dlatego, &#380;e po przebudzeniu zwykle o nich nie pami&#281;ta i owa jutrzejsza niepami&#281;&#263; rozgrzesza dzi&#347; ze wszystkiego. Wyobrazi&#322; sobie bez s&#322;&#243;w t&#281; bajkow&#261;, mityczn&#261; sytuacj&#281;, kt&#243;ra od dawna wiedzia&#322; o tym jak wszyscy nigdy nie mog&#322;aby si&#281; zi&#347;ci&#263;: bunt robot&#243;w. I czuj&#261;c g&#322;uch&#261;, milcz&#261;c&#261; pewno&#347;&#263;, &#380;e znalaz&#322;by si&#281; wtedy po ich stronie, zasn&#261;&#322; natychmiast, jakby oczyszczony.

Obudzi&#322; si&#281; wcze&#347;nie i nie wiadomo czemu pierwsze, co pomy&#347;la&#322;, by&#322;o, &#380;e usta&#322; wiatr. Potem przypomnia&#322; sobie Aniela i w&#322;asne rojenia z nocy, przed snem; zmiesza&#322;o go troch&#281; to, &#380;e co&#347; podobnego mog&#322;o mu w og&#243;le przyj&#347;&#263; do g&#322;owy. Le&#380;a&#322; jeszcze dobr&#261; chwil&#281;, a&#380; doszed&#322; do prze&#347;wiadczenia nieco uspokajaj&#261;cego, &#380;e te przedsenne, chwiejne obrazy nasz&#322;y go wprawdzie nie na jawie, ale w przeciwie&#324;stwie do snu, kt&#243;ry &#347;ni si&#281; sam wymaga&#322;y nieznacznej tylko, na wp&#243;&#322; &#347;wiadomej pomocy z jego strony. Takie psychologiczne roztrz&#261;sania by&#322;y mu obce, wi&#281;c z kolei zdziwi&#322; si&#281;, czemu zaprz&#261;ta sobie nimi g&#322;ow&#281;, podni&#243;s&#322; si&#281; lekko na &#322;okciu i nas&#322;uchiwa&#322;; panowa&#322;a zupe&#322;na cisza. Odsun&#261;&#322; zas&#322;on&#281; ma&#322;ego okienka tu&#380; przy g&#322;owie. Przez m&#281;tn&#261; szybk&#281; zobaczy&#322; mrok przed&#347;witu i wtedy dopiero poj&#261;&#322;, &#380;e trzeba b&#281;dzie i&#347;&#263; w g&#243;ry. Zeskoczy&#322; z &#322;&#243;&#380;ka, by zajrze&#263; jeszcze do wsp&#243;lnego pomieszczenia. Robota nie by&#322;o. Tamci ju&#380; wstawali. Przy &#347;niadaniu Krull powiedzia&#322; mimochodem, jakby to jeszcze wczoraj zosta&#322;o postanowione, &#380;e musz&#261; wyruszy&#263; zaraz, bo pod wiecz&#243;r wyl&#261;duje Ampere, a sk&#322;adanie baraku i pakowanie rzeczy zajmie co najmniej p&#243;&#322;torej godziny, je&#347;li nie wi&#281;cej. A powiedzia&#322; to umy&#347;lnie chyba tak, aby nie by&#322;o jasne, czy maj&#261; i&#347;&#263; g&#322;&#243;wnie przez brak danych, czy przez Aniela.

Pirx jad&#322; za trzech, ale w og&#243;le si&#281; nie odzywa&#322;. Kiedy tamci dopijali jeszcze kaw&#281;, wsta&#322; i, poszperawszy w swoim worku, wyj&#261;&#322; ze&#324; zw&#243;j bia&#322;ej liny nylonowej, m&#322;otek i haki. Po namy&#347;le dorzuci&#322; jeszcze do plecaka swoje wspinaczkowe pantofle na wszelki wypadek.

Wyszli na zewn&#261;trz, gdy &#347;wit ledwo wstawa&#322;. Gwiazd nie by&#322;o ju&#380; wida&#263; na niebie pozbawionym barwy. Ci&#281;&#380;ka, fioletowa szaro&#347;&#263; na ziemi, twarzach,, w samym powietrzu, by&#322;a nieruchoma i mro&#378;na, g&#243;ry na p&#243;&#322;nocy stanowi&#322;y czarn&#261; mas&#281;, zastyg&#322;&#261; w ciemno&#347;ci, po&#322;udniowy grzbiet, bli&#380;szy, sta&#322; jak nadtopiona maska bez rysunku, z jaskrawym pasem pomara&#324;czowego &#347;wiat&#322;a nad szczytami. Ten blask, odleg&#322;y i nierzeczywisty, utrwala&#322; w powietrzu sk&#322;&#281;bione kity oddech&#243;w, bij&#261;ce z ust trzech &#322;udzi. Chocia&#380; atmosfera by&#322;a rzadsza od ziemskiej, oddycha&#322;o si&#281; dobrze. Przystan&#281;li na ko&#324;cu r&#243;wniny. Ostatki trawy, brudnej w zmieszanym p&#243;&#322;mroku cofaj&#261;cej si&#281; nocy i nape&#322;zaj&#261;cego zza g&#243;r dnia, znik&#322;y. Przed nimi rozpo&#347;ciera&#322;a si&#281; morena lodowcowa, zwa&#322;y g&#322;az&#243;w majaczy&#322;y jak widziane przez p&#322;yn&#261;c&#261; wod&#281;. Kilkaset krok&#243;w wy&#380;ej pojawi&#322; si&#281; wiatr; zaskakiwa&#322; kr&#243;tkimi porywami. Szli, przekraczaj&#261;c lekko mniejsze g&#322;azy, wst&#281;powali na wielkie, czasem p&#322;yta ska&#322;y stukn&#281;&#322;a sucho o drug&#261;, czasem ziarno &#380;wiru strzeli&#322;o spod buta i toczy&#322;o si&#281; po zboczu w rozgonionych pog&#322;osach, jakby kto&#347; si&#281; tam budzi&#322;. Czasem zaskrzypia&#322; pas naramienny, zgrzytn&#281;&#322;o okucie; owe sk&#261;pe d&#378;wi&#281;ki nadawa&#322;y ich marszowi charakter zgody i sprawno&#347;ci, jakby byli o&#380;ywion&#261; jednym duchem ekip&#261; alpinist&#243;w. Pirx szed&#322; za Massen&#261; jako drugi. By&#322;o wci&#261;&#380; jeszcze zbyt ciemno, aby dojrze&#263; rze&#378;b&#281; odleg&#322;ych &#347;cian; wpatrywa&#322; si&#281; w dalekie plany z wyt&#281;&#380;eniem, raz i drugi nie do&#347;&#263; uwa&#380;nie stawiana noga obsun&#281;&#322;a si&#281; po g&#322;azie, mimo to dalej powierzy&#322; ca&#322;&#261; uwag&#281; wypatruj&#261;cym oczom, jakby chcia&#322; uciec nie tylko od pobli&#380;a, ale i od siebie, od wszelkich my&#347;li. Nie my&#347;la&#322; wcale o Anielu, a tylko uczestniczy&#322; wzrokiem w tej krainie bezwiecznych ska&#322;, doskona&#322;ej oboj&#281;tno&#347;ci, jedynie przez wyobra&#378;ni&#281; ludzk&#261; przystrajanej w znaczenie grozy i wyzwania.

Planeta mia&#322;a silnie wyra&#380;one pory roku. Przybyli u schy&#322;ku lata, a teraz jesie&#324; g&#243;rska, ca&#322;a w czerwieni i &#380;&#243;&#322;ci, dogasa&#322;a ju&#380; w dolinach, lecz jakby na przek&#243;r masom li&#347;ci, p&#281;dz&#261;cych w pianie g&#243;rskich potok&#243;w, s&#322;o&#324;ce wci&#261;&#380; jeszcze by&#322;o ciep&#322;e i w bezob&#322;oczne dni przypieka&#322;o nawet na tym p&#322;askowy&#380;u. Tylko g&#281;stniej&#261;ce mg&#322;y zwiastowa&#322;y nadej&#347;cie &#347;niegu i mroz&#243;w. Ale wtedy na planecie nie mia&#322;o ju&#380; by&#263; nikogo; i owa przysz&#322;a, w biel obr&#243;cona, doskona&#322;a pustka wyda&#322;a si&#281; nagle Pirxowi czym&#347; nad wszystko godnym po&#380;&#261;dania.

Naocznie dojrze&#263;, &#380;e ciemno&#347;&#263; rzednieje, by&#322;o nie spos&#243;b, a jednak z ka&#380;d&#261; chwil&#261; wzrok odkrywa&#322; nowe szczeg&#243;&#322;y krajobrazu. Niebo ju&#380; ca&#322;kiem poblad&#322;o, ani z nocy, ani z dnia, &#380;adnych z&#243;rz w tym dniu rozpoczynaj&#261;cym si&#281; tak czysto i tak spokojnie, jakby ca&#322;y by&#322; zamkni&#281;ty w kuli ze szk&#322;a przech&#322;odzonego. Nieco wy&#380;ej przeszli przez pasmo mlecznej mg&#322;y, czepiaj&#261;cej si&#281; wiotkimi skr&#281;tami gruntu, a kiedy z niego wyszli, Pirx zobaczy&#322; bezs&#322;oneczny jeszcze, ale w bia&#322;ym &#347;witaniu cel drogi. By&#322;o nim rami&#281; skalne, dochodz&#261;ce do g&#322;&#243;wnego &#322;a&#324;cucha g&#243;rskiego, prawie pod miejscem, gdzie, kilkaset metr&#243;w wy&#380;ej, czernia&#322; dwug&#322;owy szczyt, najwy&#380;szy ze wszystkich. Na bu&#322;owatym rozszerzeniu owej grani mia&#322; Aniel dokona&#263; ostatnich pomiar&#243;w. Droga w obie strony by&#322;a &#322;atwa &#380;adnych niespodzianek, szczelin, nic pr&#243;cz jednostajnej szaro&#347;ci osypiska, gdzieniegdzie c&#281;tkowanej piskl&#281;co &#380;&#243;&#322;t&#261; ple&#347;ni&#261;. Pirs, wci&#261;&#380; st&#261;paj&#261;c lekko z jednych klekoc&#261;cych g&#322;az&#243;w na drugie, patrza&#322; na czarn&#261; zupe&#322;nie &#347;cian&#281; na niebie i mo&#380;e dlatego, &#380;e wola&#322; nie my&#347;le&#263; o niczym innym, j&#261;&#322; sobie wyobra&#380;a&#263;, &#380;e idzie na zwyk&#322;&#261; wspinaczk&#281;, jak na Ziemi. Od razu inaczej zobaczy&#322; ska&#322;y naprawd&#281; mo&#380;na by&#322;o pomy&#347;le&#263;, &#380;e celem ich jest zdobycie szczytu, skoro id&#261; prosto ku grzbietowi ci&#281;&#380;ko wynurzaj&#261;cemu si&#281; z masy piarg&#243;w. Dochodzi&#322; do &#347;ciany w jednej trzeciej jej wysoko&#347;ci i ko&#324;czy&#322; si&#281; tam seri&#261; zaklinowanych p&#322;yt, odt&#261;d za&#347; olbrzymia p&#322;aszczyzna sz&#322;a ju&#380; w g&#243;r&#281; jak poderwana do martwego lotu; jakie&#347; sto metr&#243;w wy&#380;ej &#347;cian&#281; przerzyna&#322; inny gatunek ska&#322;y to diabaz, czerwonawy, ja&#347;niejszy od granit&#243;w wydostawa&#322; si&#281; na powierzchni&#281; i smug&#261; niejednakowej szeroko&#347;ci przecina&#322; skosem ca&#322;&#261; flank&#281; urwiska.

Jaki&#347; czas szczyt wyzywa&#322; oczy Pirxa sw&#261; patetyczn&#261; lini&#261;, lecz w miar&#281; jak szli ku niemu, sta&#322;o si&#281; z nim to, co zwykle dzieje si&#281; z g&#243;r&#261;: gin&#261;&#322;, rozpad&#322;y w gwa&#322;townych skr&#243;tach perspektywy na poszczeg&#243;lne, ju&#380; wzajem przes&#322;aniaj&#261;ce si&#281; partie, przy czym podn&#243;&#380;e traci&#322;o dotychczasow&#261; p&#322;asko&#347;&#263;, wysuwa&#322;o filary, ukazywa&#322;o ca&#322;e bogactwo uskok&#243;w, p&#243;&#322;ek, &#347;lepo ko&#324;cz&#261;cych si&#281; komin&#243;w, chaos starych p&#281;kni&#281;&#263;, a nad tym bez&#322;adem gruz&#322;owatych spi&#281;trze&#324; przez jaki&#347; czas, oz&#322;ocony pierwszym s&#322;o&#324;cem, wystyg&#322;y i dziwnie &#322;agodny, ja&#347;nia&#322; sam wierzcho&#322;ek, a&#380; i on znik&#322; wreszcie, zas&#322;oni&#281;ty; Pirx nie m&#243;g&#322; ju&#380; oczu oderwa&#263; od kolosa tak, nawet na Ziemi by&#322;aby to &#347;ciana godna uwagi i wysi&#322;ku, szczeg&#243;lnie przez &#243;w brutalnie wyst&#281;puj&#261;cy wa&#322; diabaz&#243;w. Od niego do szczytu, oblanego z&#322;otem s&#322;onecznym, droga zdawa&#322;a si&#281; kr&#243;tka i &#322;atwa, problemem by&#322;y jednak przewieszki, zw&#322;aszcza najwi&#281;ksza ze spodni&#261; cz&#281;&#347;ci&#261;, l&#347;ni&#261;c&#261; od wilgoci czy lodu, czarniawa raczej ni&#380; czerwona, jak skrzep&#322;a krrew.

Pirx pu&#347;ci&#322; wodze fantazji. Mog&#322;a to przecie&#380; by&#263; nie zerw&#261; anonimowego szczytu pod obcym s&#322;o&#324;cem, ale g&#243;ra ws&#322;awiona atakami i pora&#380;kami, taka, kt&#243;ra budzi w alpini&#347;cie poczucie odr&#281;bno&#347;ci, podobne do tego, jakie odczuwa si&#281; wobec dobrze znanej twarzy, gdzie ka&#380;da zmarszczka i szrama ma swoj&#261; histori&#281;. Drobne, na granicy widzialno&#347;ci, w&#281;&#380;yki p&#281;kni&#281;&#263;, ciemne nitki p&#243;&#322;ek, p&#322;ytkie rysy mog&#322;y stanowi&#263; najwy&#380;szy punkt, osi&#261;gni&#281;ty w kt&#243;rym&#347; tam z rz&#281;du obl&#281;&#380;eniu, miejsca d&#322;ugich postoj&#243;w, milcz&#261;cych narad, gwa&#322;townych atak&#243;w i ponurych odwrot&#243;w, kl&#281;sk, poniesionych mimo zastosowania wszelkich chwyt&#243;w taktycznych i technicznych g&#243;ra tak ju&#380; przez to zespolona z losami ludzkimi, &#380;e ka&#380;dy wspinacz, kt&#243;rego pokona&#322;a, wraca&#322; do niej raz i jeszcze raz, z tym samym zapasem wiary i nadziei w zwyci&#281;stwo, i przymierza&#322; podczas kolejnego szturmu wynoszon&#261; w pami&#281;ci marszrut&#281; do martwej rze&#378;by skalnej. Mog&#322;aby ta &#347;ciana mie&#263; bogat&#261; histori&#281; przej&#347;&#263; ok&#243;lnych, rozmaitych ich wariant&#243;w z kronik&#261; sukces&#243;w i ofiar, fotografie poznaczone drobnymi kropkami szlak&#243;w i krzy&#380;ykami oznaczaj&#261;cymi najwy&#380;sze osi&#261;gni&#281;te miejsca Pirx potrafi&#322; to sobie przedstawi&#263; z najwi&#281;ksz&#261; &#322;atwo&#347;ci&#261;, co wi&#281;cej: wydawa&#322;o mu si&#281; dziwne, &#380;e tak nie jest.

Massena szed&#322; przed nim lekko zgarbiony, w &#347;wietle coraz ostrzejszym, kt&#243;re niweczy&#322;o wszelk&#261; iluzj&#281; &#322;atwych miejsc &#347;ciany to z&#322;udzenie rzekomej lekko&#347;ci, braku opor&#243;w i partii &#347;miertelnego zagro&#380;enie wywo&#322;ywa&#322;a b&#322;&#281;kitnawa mgie&#322;ka odleg&#322;o&#347;ci, tak spokojnie obejmuj&#261;ca ka&#380;dy fragment po&#322;yskuj&#261;cej ska&#322;y Dzie&#324;, pe&#322;ny i czysty, dotar&#322; ju&#380; do nich, rzucali d&#322;ugie, chwiej&#261;ce si&#281; cienie pod szczytem osypiskowego sto&#380;ka. &#346;ciana zasila&#322;a go dwoma wielkimi &#380;lebami, pe&#322;nymi Jeszcze nocy; martwy dop&#322;yw piargu spi&#281;trza&#322; si&#281; tam i nik&#322; nagle, poch&#322;oni&#281;ty doskona&#322;&#261; czerni&#261;.

Od dawna nie mo&#380;na ju&#380; by&#322;o ogarn&#261;&#263; masywu jednym spojrzeniem. Proporcje przemieni&#322;y si&#281;, &#347;ciana, z odleg&#322;o&#347;ci podobna do ka&#380;dej innej, ukazywa&#322;a niepowtarzaln&#261; indywidualno&#347;&#263; ukszta&#322;towania, olbrzymiej&#261;c wysuwa&#322; si&#281; ku nim pot&#281;&#380;ny filar, kt&#243;ry sponad rozsypanej talii p&#322;askich p&#322;yt wystrzela&#322; w g&#243;r&#281;, poszerza&#322; si&#281;, r&#243;s&#322;, a&#380; odepchn&#261;&#322; i zas&#322;oni&#322; wszystko inne i zosta&#322; sam, w zimnym, ponurym cieniu miejsc nigdy nie o&#347;wietlonych. Weszli w&#322;a&#347;nie na p&#322;at wiecznego &#347;niegu, pokryty odpryskami lec&#261;cych z wysoko&#347;ci kamieni, kiedy Massena zwolni&#322; kroku, a potem przystan&#261;&#322;, jakby nas&#322;uchiwa&#322;. Pirx, kt&#243;ry dop&#281;dzi&#322; go pierwszy, zrozumia&#322; tamten pokaza&#322; mu palcem na w&#322;asne ucho, w kt&#243;rym tkwi&#322;a oliwka mikrofonu.

By&#322; tu?

Tamten tylko skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i zbli&#380;y&#322; ku brudnej, stwardnia&#322;ej powierzchni &#347;niegu metalowy pr&#281;cik czujnika. Podeszwy but&#243;w Aniela przesycone by&#322;y izotopem radioaktywnym i czujnik wykry&#322; jego &#347;lad. Robot musia&#322; przej&#347;&#263; t&#281;dy poprzedniego dnia, nie wiadomo tylko id&#261;c w g&#243;r&#281; czy ju&#380; wracaj&#261;c. W ka&#380;dym razie odnale&#378;li jego tras&#281;. Od tego miejsca szli ju&#380; wolniej.

Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e ciemny filar stoi tu&#380;, ale Pirx wiedzia&#322;, jak myl&#261;ca jest ocena odleg&#322;o&#347;ci w g&#243;rach. Jako&#380; szli i szli, teraz ju&#380; ponad &#347;niegiem i g&#322;azami rumowiska, star&#261;, ob&#322;o opi&#322;owan&#261; gra&#324;k&#261;, i Pirxowi zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e w zupe&#322;nej ciszy dochodzi go popiskiwanie s&#322;uchawek Masseny, ale to by&#322;o chyba niemo&#380;liwe. Tamten kilkakrotnie zatrzyma&#322; si&#281;, porusza&#322; ko&#324;cem aluminiowego pr&#281;ta, obni&#380;a&#322; go dotykaj&#261;c niemal ska&#322;y, rysowa&#322; nim w powietrzu p&#281;tle i &#243;semki, niby r&#243;&#380;d&#380;karz, a&#380;, odnalaz&#322;szy trop, rusza&#322; dalej. Byli ju&#380; niedaleko miejsca, w kt&#243;rym Aniel mia&#322; dokona&#263; pomiar&#243;w; Pirx uwa&#380;nie przetrz&#261;sa&#322; wzrokiem otoczenie, jakby szuka&#322; &#347;lad&#243;w przej&#347;cia zaginionego.

Ale ska&#322;a by&#322;a pusta. Naj&#322;atwiejsz&#261; cz&#281;&#347;&#263; drogi mieli poza sob&#261; przed nimi wznosi&#322;y si&#281; rozmaicie nachylone p&#322;yty, stercz&#261;ce spod pi&#281;ty filaru; by&#322; to jak gdyby umy&#347;lny, gigantyczny przekr&#243;j skalnych warstw i cz&#281;&#347;ciowo obna&#380;one wn&#281;trze kamiennej zerwy ukazywa&#322;o najstarsze formacje g&#243;rskiego rdzenia, miejscami strzaskane, bo doci&#347;ni&#281;te straszliw&#261; mas&#261; ca&#322;ej, na kilometry wyd&#378;wigni&#281;tej w niebo, &#347;ciany. Jeszcze sto, jeszcze pi&#281;&#263;dziesi&#261;t krok&#243;w dalej nie mo&#380;na by&#322;o i&#347;&#263;.

Massena chodzi&#322; wko&#322;o poruszaj&#261;c przed sob&#261; opuszczonym ko&#324;cem czujnika, z przymru&#380;onymi oczami, ciemne okulary odsun&#261;&#322; na czo&#322;o, z pozbawion&#261; wyrazu twarz&#261; kr&#261;&#380;y&#322; tak, niby bez &#322;adu i sk&#322;adu, a&#380; zatrzyma&#322; si&#281; o kilkana&#347;cie metr&#243;w od nich i powiedzia&#322;:

By&#322; tu. Dosy&#263; d&#322;ugo.

Sk&#261;d wiesz? spyta&#322; Pirx.

Tamten wzruszy&#322; ramionami, wyj&#261;&#322; oliwk&#281; z ucha i poda&#322; j&#261; Pirxowi, dyndaj&#261;c&#261; na cienkiej nitce przewodu razem z pr&#281;tem czujnika. Pirx sam z kolei us&#322;ysza&#322; po&#263;wierkiwania i popiskiwania, rozlewaj&#261;ce si&#281; chwilami w becz&#261;ce tony. Na skale nie by&#322;o &#380;adnych odcisk&#243;w, &#347;lad&#243;w, nic tylko &#243;w ton, wype&#322;niaj&#261;cy czaszk&#281; jadowitym pobrz&#281;kiem wyjawia&#322;, &#380;e Aniel musia&#322; w samej rzeczy d&#322;ugo krz&#261;ta&#263; si&#281; w tym miejscu, skoro ka&#380;dy niemal metr kamienia zdradza&#322; jego przej&#347;cie. Powoli z pozornego chaosu Pirx zdo&#322;a&#322; nawet wy&#322;owi&#263; jaki&#347; sens Aniel przyszed&#322; wida&#263; t&#261; sam&#261; drog&#261; co oni, rozstawi&#322; tr&#243;jn&#243;g aparatu i, robi&#261;c namiary i zdj&#281;cia, obracaj&#261;c kamer&#261;, musia&#322; chodzi&#263; wok&#243;&#322; niej, potem kilkakrotnie j&#261; przesuwa&#322;, szukaj&#261;c dogodniejszych punkt&#243;w obserwacyjnych. Tak, uk&#322;ada&#322;o si&#281; to w zrozumia&#322;&#261; ca&#322;o&#347;&#263;. Ale co si&#281; sta&#322;o potem?

Pirx j&#261;&#322; obchodzi&#263; to miejsce coraz szerszymi kr&#281;gami, po spirali, aby odnale&#378;&#263; trop wychodz&#261;cy od&#347;rodkowo, &#347;lady marszu powrotnego, ale nie by&#322;o ich. Zupe&#322;nie jakby Aniel wr&#243;ci&#322; dok&#322;adnie po w&#322;asnym &#347;ladzie, co wygl&#261;da&#322;o jednak ca&#322;kiem nieprawdopodobnie. Nie mia&#322; przecie&#380; wra&#380;liwego na radioaktywno&#347;&#263; czujnika, nie m&#243;g&#322; zatem wiedzie&#263;, kt&#243;r&#281;dy przyszed&#322;, z dok&#322;adno&#347;ci&#261; do centymetr&#243;w; Krull m&#243;wi&#322; co&#347; do Masseny, ale Pirx nie zwa&#380;a&#322; na nich, wci&#261;&#380; kr&#261;&#380;&#261;c, a&#380; nagle wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e s&#322;uchawka odezwa&#322;a si&#281; raz jeden, kr&#243;tko, lecz wyra&#378;nie. Cofa&#322; si&#281; teraz niemal milimetr po milimetrze. Tak, to by&#322;o tu. Rozejrza&#322; si&#281;, otwieraj&#261;c oczy, kt&#243;re przymru&#380;y&#322;, aby ca&#322;&#261; uwag&#281; skupi&#263; na &#347;piewie czujnika. Odnaleziony &#347;lad znajdowa&#322; si&#281; pod &#347;cian&#261;, jakby robot nie zawr&#243;ci&#322; w stron&#281; obozu, lecz, przeciwnie, ruszy&#322; ku pionowemu filarowi.

To by&#322;o dziwne. Czego m&#243;g&#322; tam chcie&#263;?

Pirx szuka&#322; nast&#281;pnego &#347;ladu, g&#322;azy milcza&#322;y jednak, a musia&#322; bada&#263; wszystkie potrzaskane p&#322;yty, spi&#281;trzone u nasady filaru; trudno by&#322;o przewidzie&#263;, na kt&#243;rej Aniel postawi&#322; stop&#281; w kolejnym kroku. Wreszcie znalaz&#322; &#347;lad, oddalony od poprzedniego o pi&#281;&#263; metr&#243;w; czy&#380;by Aniel skoczy&#322; a&#380; tak daleko? Ale po co? Znowu cofn&#261;&#322; si&#281; i po chwili odkry&#322; opuszczony &#347;lad robot po prostu przeskakiwa&#322; z kamienia na kamie&#324;. Pirx, pochylony, p&#322;ynnie poruszaj&#261;c pr&#281;tem, drgn&#261;&#322; nagle, bo w g&#322;owie jakby eksplodowa&#322; nab&#243;j wybuchowy, takim tonem odezwa&#322;y si&#281; s&#322;uchawki, a&#380; si&#281; skrzywi&#322; d&#378;wi&#281;k by&#322; prawie bolesny. Spojrza&#322; za tafl&#281; g&#322;azu i os&#322;upia&#322;. Wklinowany mi&#281;dzy dwa kamienie, ukryty na dnie naturalnej, p&#322;ytkiej studzienki, jak&#261; tworzy&#322;y, spoczywa&#322; nie uszkodzony aparat wraz z kamer&#261; fotograficzn&#261;. Po drugiej stronie sta&#322;, oparty o g&#322;az, plecak Aniela z rozpi&#281;tymi pasami, ale porz&#261;dnie spakowany. Zawo&#322;a&#322; tamtych. Przybiegli i zdziwili si&#281;, jak on, tym znaleziskiem. Krull sprawdzi&#322; kasety wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e wszystkie pomiary zosta&#322;y zrobione. Nie musieli powtarza&#263; pracy. Pozostawa&#322;o tylko wyja&#347;nienie losu Aniela. Massena przy&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce do ust i zawo&#322;a&#322; go kilkakrotnie, a&#380; dalekie, przeci&#261;g&#322;e echo wr&#243;ci&#322;o od ska&#322;. (Pirx a&#380; drgn&#261;&#322;, bo tak mu zabrzmia&#322;o to wo&#322;anie, jakby szukali cz&#322;owieka zaginionego w g&#243;rach. Intelektronik wyj&#261;&#322; po chwili z kieszeni p&#322;ask&#261; kaset&#281; nadajnika, przysiad&#322; i zacz&#261;&#322; wywo&#322;ywa&#263; robota, nadaj&#261;c jego sygna&#322;, lecz wida&#263; by&#322;o, &#380;e robi to raczej z obowi&#261;zku ni&#380; z przekonania. Tymczasem Pirx wci&#261;&#380; szuka&#322; dalszych &#347;lad&#243;w. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e robot do&#347;&#263; d&#322;ugo kr&#261;&#380;y&#322; po owym miejscu tyle ulotnych pi&#347;ni&#281;&#263; wydawa&#322;a s&#322;uchawka i nadmiar &#243;w do reszty zdezorientowa&#322; Pirxa. Nareszcie wyznaczy&#322; z grubsza zewn&#281;trzne granice okr&#281;gu, kt&#243;rego robot na pewno nie przekroczy&#322; i obchodz&#261;c je systematycznie liczy&#322; na to, &#380;e znajdzie nowy &#347;lad, kt&#243;ry wska&#380;e kierunek dalszych poszukiwa&#324;.

Po pe&#322;nym okr&#261;&#380;eniu wr&#243;ci&#322; pod filar. Mi&#281;dzy skalnym wyst&#281;pem, na kt&#243;rym sta&#322;, a wznosz&#261;c&#261; si&#281;, ca&#322;kiem ju&#380; pionow&#261; &#347;cian&#261;, zia&#322;a oko&#322;o p&#243;&#322;torametrowa szczelina; dno jej pokrywa&#322; drobnymi, ostrokanciastymi od&#322;amkami odstrzelony z wysoko&#347;ci piarg. Pirx sumiennie zbada&#322; i to miejsce, ale s&#322;uchawka milcza&#322;a. Sta&#322; wobec zagadki zupe&#322;nie niezrozumia&#322;ej: wygl&#261;da&#322;o, jakby Aniel dos&#322;ownie rozp&#322;yn&#261;&#322; si&#281; w powietrzu. Tamci naradzali si&#281; p&#243;&#322;g&#322;osem za jego plecami, a on podni&#243;s&#322; z wolna g&#322;ow&#281; i po raz pierwszy z takiej blisko&#347;ci spojrza&#322; na wst&#281;puj&#261;cy w g&#243;r&#281; filar. Niezwyk&#322;a by&#322;a si&#322;a wyzwania, jak&#261; czu&#322; w kamiennym spokoju &#347;ciany; a w&#322;a&#347;ciwie nie by&#322;o to wyzwanie, lecz co&#347; podobniejszego raczej do wyci&#261;gni&#281;tej otwarcie r&#281;ki z pojawiaj&#261;c&#261; si&#281; natychmiast pewno&#347;ci&#261;, &#380;e trzeba j&#261; przyj&#261;&#263;, &#380;e to jest pocz&#261;tek drogi, na kt&#243;r&#261; musi si&#281; wej&#347;&#263;. Zupe&#322;nie odruchowo szuka&#322; oczami pierwszych chwyt&#243;w; by&#322;y pewne. Jednym d&#322;ugim, obliczonym krokiem mo&#380;na by&#322;o przekroczy&#263; szczelin&#281; i stan&#261;&#263; od razu na ma&#322;ym, lecz dobrym stopniu; po owym rozkroku nale&#380;a&#322;o bez &#380;adnych w&#261;tpliwo&#347;ci ruszy&#263; skosem, wzd&#322;u&#380; prawdziwie geometrycznego p&#281;kni&#281;cia, pog&#322;&#281;biaj&#261;cego si&#281; kilka metr&#243;w wy&#380;ej w kszta&#322;t p&#322;ytkiego kominka. Nie wiedz&#261;c w&#322;a&#347;ciwie, po co to robi, Pirx podni&#243;s&#322; czujnik i wychyliwszy si&#281;, jak daleko m&#243;g&#322;, zbli&#380;y&#322; go do owego kamiennego stopnia po drugiej stronie szczeliny. S&#322;uchawka odezwa&#322;a si&#281;. Pirs powt&#243;rzy&#322; dla pewno&#347;ci t&#281; operacj&#281;, balansuj&#261;c z trudem, by nie straci&#263; r&#243;wnowagi tak bardzo musia&#322; si&#281; wychyli&#263; w pustk&#281; i znowu us&#322;ysza&#322; kr&#243;tki pisk. Teraz nie mia&#322; ju&#380; w&#261;tpliwo&#347;ci. Wr&#243;ci&#322; do tamtych.

On poszed&#322; w g&#243;r&#281; powiedzia&#322; spokojnie, wskazuj&#261;c na filar. Krull zdawa&#322; si&#281; nie rozumie&#263;, a Massena powt&#243;rzy&#322;:

W g&#243;r&#281; poszed&#322;? Jak to? Po co w g&#243;r&#281;?

Nie wiem. Tam jest &#347;lad odpar&#322; z pozorn&#261; oboj&#281;tno&#347;ci&#261; Pirx. Massena sk&#322;onny by&#322; s&#261;dzi&#263;, &#380;e Pirx si&#281; omyli&#322;, ale zaraz sam przekona&#322; si&#281;, &#380;e to jednak prawda. Aniel jednym, d&#322;ugim krokiem przeprawi&#322; si&#281; najwidoczniej ponad szczelin&#261; i poszed&#322; wzd&#322;u&#380; odp&#281;kni&#281;tego cz&#281;&#347;ciowo, kamienego zwa&#322;u na filar. Zapanowa&#322;a konsternacja. Krull o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e pomiary zosta&#322;y wykonane, a robot, widocznie wskutek jakiego&#347; defektu, rozprogramowa&#322; si&#281;; Massena obstawa&#322; przy tym, &#380;e to niemo&#380;liwe, przecie&#380; zostawi&#322; wszystkie aparaty i plecak, zupe&#322;nie jakby przygotowywa&#322; si&#281; planowo do trudnej wspinaczki, wi&#281;c musia&#322;o zaj&#347;&#263; co&#347;, co go do niej sk&#322;oni&#322;o.

Pirx milcza&#322;. Postanowi&#322; ju&#380; w duchu, &#380;e p&#243;jdzie na filar, cho&#263;by nie mia&#322; z nim i&#347;&#263; &#380;aden z towarzyszy; Krull nie m&#243;g&#322;by i tak, bo rzecz wymaga&#322;a kwalifikacji alpinistycznych, i to nie byle jakich. Od Masseny s&#322;ysza&#322; przedtem, &#380;e chodzi sporo i podobno niezgorzej zna&#322; si&#281; na technikach hakowych; kiedy wi&#281;c tamci zamilkli, powiedzia&#322; po prostu, &#380;e zamierza i&#347;&#263; czy Massena got&#243;w jest mu towarzyszy&#263;?

Krull natychmiast zaoponowa&#322;. Regulamin zakazuje nara&#380;ania si&#281; na niebezpiecze&#324;stwo; po po&#322;udniu przyleci po nich Ampere; musz&#261; przedtem z&#322;o&#380;y&#263; barak i spakowa&#263; si&#281;; pomiary zosta&#322;y wykonane; robot najwyra&#378;niej uleg&#322; jakiej&#347; awarii, nale&#380;y wi&#281;c po prostu uzna&#263;, &#380;e zagin&#261;&#322;, to znaczy wyja&#347;ni&#263; okoliczno&#347;ci w ko&#324;cowym sprawozdaniu.

Czy to znaczy, &#380;e mamy go tu zostawi&#263; i odlecie&#263;? spyta&#322; Pirx.

Jego spok&#243;j zdawa&#322; si&#281; dra&#380;ni&#263; Krulla, kt&#243;ry, pow&#347;ci&#261;gn&#261;wszy si&#281; z widocznym wysi&#322;kiem, odpar&#322;, &#380;e w sprawozdaniu przedstawi si&#281; dok&#322;adnie wypadki oraz opinie cz&#322;onk&#243;w grupy wraz z najbardziej prawdopodobnym wnioskiem: uszkodzenia mnestron&#243;w pami&#281;ciowych lub kierunkowego obwodu motywacyjnego albo desynchronizacja

Massena zauwa&#380;y&#322;, &#380;e jedno, drugie ani trzecie nie jest mo&#380;liwe, poniewa&#380; Aniel nie ma w og&#243;le &#380;adnych uk&#322;ad&#243;w mnestron&#243;w, a tylko jednorodny, monokrystaliczny uk&#322;ad, wyhodowany molekularnie z przech&#322;odzonych roztwor&#243;w diamagnetycznych, &#347;ladowo zap&#322;odnionych pierwiastkami izotopowymi

Najoczywi&#347;ciej chcia&#322; pogn&#281;bi&#263; Krulla, wykazuj&#261;c mu, &#380;e m&#243;wi o rzeczach, na kt&#243;rych w og&#243;le si&#281; nie zna; Pirx przesta&#322; ich s&#322;ucha&#263;. Odwr&#243;cony plecami, ponownie zmierzy&#322; okiem stop&#281; filaru, ale ju&#380; inaczej ni&#380; przedtem wyobra&#380;one sta&#322;o si&#281; realnym i jakkolwiek by&#322;o mu z tym troch&#281; niezr&#281;cznie, Czu&#322; jawn&#261; satysfakcj&#281;, &#380;e b&#281;dzie si&#281; m&#243;g&#322; z t&#261; g&#243;r&#261; spr&#243;bowa&#263;.

Massena postanowi&#322; i&#347;&#263; z Pirxem, by&#263; mo&#380;e, aby si&#281; w ten spos&#243;b ostatecznie przeciwstawi&#263; Krullowi. Pirxa dochodzi&#322;o pi&#261;te przez dziesi&#261;te z tego, co m&#243;wi&#322;: &#380;e zagadk&#281; nale&#380;y koniecznie wyja&#347;ni&#263;, bo je&#347;li po prostu wr&#243;c&#261;, to, by&#263; mo&#380;e, przeoczone zostanie jakie&#347; r&#243;wnie wa&#380;ne co tajemnicze zjawisko, kt&#243;re wywo&#322;a&#322;o tak nieoczekiwan&#261; reakcj&#281; robota i gdyby by&#322;o tylko pi&#281;&#263; szans na sto, &#380;e takie zjawisko zasz&#322;o, usprawiedliwia to ca&#322;kowicie podj&#281;cie ryzyka wspinaczki.

Krull, to nale&#380;a&#322;o przyzna&#263;, potrafi&#322; przyj&#261;&#263; przegran&#261; i nie traci&#322; ju&#380; wi&#281;cej s&#322;&#243;w. Zapanowa&#322;o milczenie. Massena zacz&#261;&#322; zdejmowa&#263; z plec&#243;w aparaty, a Pirx, kt&#243;ry tymczasem przyszykowa&#322; ju&#380; swoj&#261; lin&#281;, m&#322;otek, haki i zmieni&#322; ci&#281;&#380;kie buty na pantofle, zerka&#322; na niego ukradkiem. Massena by&#322; troch&#281; zdenerwowany; Pirx widzia&#322; to. Nie tyle sprzeczk&#281; z Krullem rzecz prosta, ile tym, &#380;e mo&#380;e w nie bardzo przemy&#347;lany spos&#243;b wp&#281;dzi&#322; si&#281; sam w sytuacj&#281;, z kt&#243;rej nie mia&#322; ju&#380; wyj&#347;cia. Pirx pomy&#347;la&#322;, &#380;e Massena, gdyby mu zaproponowa&#263; pozostanie, kto wie, czyby na to nie przysta&#322;, chocia&#380; czynnik podra&#380;nionej ambicji by&#322; nie do obliczenia. Nie m&#243;wi&#322; jednak nic, bo chocia&#380; wspinaczka zapowiada&#322;a si&#281; u pocz&#261;tku &#322;atwo, nie wiadomo by&#322;o, co czeka ich w &#347;cianie wy&#380;ej, tam zw&#322;aszcza, gdzie jej spor&#261; cz&#281;&#347;&#263; przes&#322;ania&#322;y przewieszki. Przecie&#380; nie wypenetrowa&#322; nawet &#347;ciany przez lornetk&#281;, bo nie bra&#322; pod uwag&#281; takiej eskapady. A jednak wzi&#261;&#322; lin&#281; i haki po co? Zamiast analizowa&#263; te sprzeczno&#347;ci, sta&#322; i czeka&#322; na Massen&#281;. Potem ruszyli bez po&#347;piechu do podn&#243;&#380;a ska&#322;y.

P&#243;jd&#281; pierwszy powiedzia&#322; Pirx na razie na ca&#322;&#261; lin&#281;; potem si&#281; zobaczy.

Massena skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Pirx odwr&#243;ci&#322; si&#281; raz jeszcze aby zobaczy&#263;, co robi Krull, z kt&#243;rym rozstali si&#281; be: s&#322;owa. Sta&#322; tam, gdzie go zostawili, przy porzuconych plecakach. Byli ju&#380; tak wysoko, &#380;e spoza p&#243;&#322;nocnych grzbiet&#243;w g&#243;rskich oliwkow&#261; plam&#261; wychyn&#261;&#322; kraj obraz dalekich nizin. D&#243;&#322; piar&#380;ystego osypiska spoczywa&#322; jeszcze w cieniu, tylko szczyty ja&#347;nia&#322;y o&#347;lepiaj&#261;co i blask &#243;w rozproszon&#261; aureol&#261; wchodzi&#322; w szczerby grani, kr&#243;luj&#261;cej nad nimi wysoko w niebie.

Pirx zrobi&#322; du&#380;y krok, stopa znalaz&#322;a wyst&#281;p, d&#378;wign&#261;&#322; si&#281; i poszed&#322; lekko w g&#243;r&#281;. Pierwsze metry by&#322;; naprawd&#281; &#322;atwe. Posuwa&#322; si&#281; miarowo, jakby leniwie tu&#380; przed oczami przesuwa&#322;y si&#281; chropawe warstwy ska&#322;y, nier&#243;wne, z zakl&#281;&#347;ni&#281;ciami ciemniejszego koloru. Opiera&#322; si&#281;, podci&#261;ga&#322; cia&#322;o, przesuwa&#322; w g&#243;r&#281;, czuj&#261;c nieruchome, mro&#378;ne tchnienie nocy, promieniuj&#261;c z calizny. Serce uderza&#322;o nieco szybciej, ale oddycha swobodnie i dobrze mu by&#322;o z pewnym rozgrzaniem jakie przynios&#322;a praca mi&#281;&#347;ni. Popuszczana z do&#322;u lina sz&#322;a za nim, w czystym powietrzu jej szmer rozlega si&#281; jakby powi&#281;kszony, gdy tar&#322;a o ska&#322;&#281; wreszcie nim si&#281; sko&#324;czy&#322;a, Pirx znalaz&#322; dobre miejsce dla asekuracji; kogo&#347; innego prowadzi&#322;by z lotnej, ale wola wpierw przekona&#263; si&#281;, co te&#380; wart jest Massena. Sta&#322; wklinowany w szczelin&#281;, kt&#243;ra sz&#322;a uko&#347;nie przez ca&#322;y filar, i m&#243;g&#322;, czekaj&#261;c na Massen&#281;, przypatrzy&#263; si&#281; wielkiemu kominowi, kt&#243;ry omijali, wznosz&#261;c si&#281; r&#243;wnolegle do niego rozszerza&#322; si&#281; tu w&#322;a&#347;nie na kszta&#322;t szarego kamieniospadu, tworz&#261;c amfiteatralne wkl&#281;&#347;ni&#281;cie zbocza; z do&#322;u wygl&#261;da&#322;o to miejsce zupe&#322;nie nieciekawie, p&#322;asko, teraz dopiero wyst&#261;pi&#322;o bogat&#261; rze&#378;b&#261; w ca&#322;ej swej okaza&#322;o&#347;ci. Pirx tak doskonale czu&#322; si&#281; tu sam, &#380;e jakby ockn&#261;&#322; si&#281;, kiedy zobaczy&#322; obok Massen&#281;;. zaraz te&#380; ruszy&#322; dalej. Tak si&#281; to powtarza&#322;o, rytmicznie i w spokoju, na ka&#380;dym nast&#281;pnym stanowisku sprawdza&#322; czujnikiem, czy sygna&#322; w s&#322;uchawce za&#347;wiadczy o obecno&#347;ci Aniela tylko raz jeden zgubi&#322; go i musia&#322; wycofa&#263; si&#281; z &#322;atwego kominka, bo tamten przetrawersowa&#322; to miejsce; nie by&#322; przecie&#380; wspinaczem, mimo to Pirxowi &#322;atwo przychodzi&#322;o odgadywanie wszystkich jego kolejnych decyzji, tak chcia&#322;oby si&#281; powiedzie&#263; konieczna, tak logiczna by&#322;a ta droga w skale, umo&#380;liwiaj&#261;ca najszybsze zdobywanie wysoko&#347;ci. W ka&#380;dym razie pewne by&#322;o, &#380;e Aniel naprawd&#281; poszed&#322; na wspinaczk&#281;. Pirx nawet przez chwil&#281; nie zastanawia&#322; si&#281;, czemu to zrobi&#322;. Umia&#322; zakaza&#263; sobie ja&#322;owej spekulacji. Powoli poznawa&#322; przeciwnika zarazem za&#347; pozornie zapomniane sposoby i chwyty, ockn&#261;wszy si&#281; w pami&#281;ci, podpowiada&#322;y nieomylnie, co i kiedy robi&#263;; nawet to, &#380;e musia&#322; dosy&#263; cz&#281;sto oswobadza&#263; jedn&#261; r&#281;k&#281;, aby poszuka&#263; czujnikiem radioaktywnego &#347;ladu, nie sprawia&#322;o mu &#380;adnego k&#322;opotu. Raz, sponad odp&#281;kni&#281;tego g&#322;azu, kt&#243;ry siedzia&#322; jednak jak zamurowany, rzuci&#322; okiem w d&#243;&#322;. Byli wcale wysoko, chocia&#380; szli niby wolno, Krull sta&#322; si&#281; ju&#380; malutk&#261; plamk&#261; zielonkawego kombinezonu na p&#322;askiej szaro&#347;ci osypiska, nie od razu dostrzeg&#322; go na dnie tej powietrznej studni, kt&#243;ra otwiera&#322;a si&#281; u st&#243;p.

Dalej by&#322; &#322;adny, ma&#322;y trawers; robi&#322;o si&#281; trudniej, ale i on odzyskiwa&#322; z ka&#380;d&#261; chwil&#261; dawno nie praktykowan&#261; umiej&#281;tno&#347;&#263;, do tego stopnia, &#380;e chwilami lepiej si&#281; by&#322;o zdawa&#263; na instynkt cia&#322;a, ani&#380;eli &#347;wiadomie rozwa&#380;a&#263; wyb&#243;r chwyt&#243;w; a o tym, &#380;e sta&#322;o si&#281; trudniej, przekona&#322;a go pewna sekunda, gdy, jak poprzednio, chcia&#322; uwolni&#263; praw&#261; r&#281;k&#281;, by uj&#261;&#263; zwisaj&#261;cy z pasa czujnik i nie m&#243;g&#322; tego zrobi&#263;. Mia&#322; tylko jeden chwyt dla lewicy i co&#347; bardzo niewyra&#378;nego pod czubkiem prawego pantofla; odsun&#261;wszy si&#281;, jak m&#243;g&#322;, od ska&#322;y, z tego dystansu szuka&#322; oparcia dla drugiej stopy, ale go nie by&#322;o. Zrezygnowa&#322; wi&#281;c z czujnika, bo wy&#380;ej zapowiada&#322;a si&#281; jakby ma&#322;a p&#243;&#322;eczka.

Co prawda by&#322;a pokryta lodowym szkliwem i pochylona ku przepa&#347;ci, ale w jednym miejscu l&#243;d zosta&#322; zerwany z kamienia jakby silnym ciosem. Pantofel Pirxa nigdy by tego nie dokona&#322; przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e to by&#322; but Aniela, robot wa&#380;y&#322; przecie&#380; oko&#322;o &#263;wier&#263; tony. Massena, kt&#243;ry szed&#322; dot&#261;d ca&#322;kiem dobrze, teraz jako&#347; zwleka&#322;.

Byli ju&#380; w g&#243;rnej partii filaru. Ska&#322;a, nadal chropawa, zaczyna&#322;a powoli, a przez to jak gdyby podst&#281;pnie odpycha&#263;, coraz wyra&#378;niej przewieszona i bez uczciwych zaklinowa&#324; nie da&#322;oby si&#281; tak i&#347;&#263;; kilka metr&#243;w wy&#380;ej szczelina, do tego miejsca wyra&#378;na, zasklepi&#322;a si&#281;, Pirx mia&#322; jeszcze jakie&#347; pi&#281;&#263; metr&#243;w swobodnej liny, lecz kaza&#322; j&#261; &#347;ci&#261;gn&#261;&#263; Massenie, by si&#281; rozejrze&#263;. Robot przeszed&#322; t&#281;dy bez hak&#243;w, bez liny i bez asekuracji. A wi&#281;c i ja to potrafi&#281; pomy&#347;la&#322;. Szuka&#322; po omacku nad sob&#261;; kostka prawej stopy, zaklinowanej w ostatnim koniuszku szczeliny, kt&#243;ra go dot&#261;d prowadzi&#322;a, ostro zak&#322;u&#322;a od forsownego skr&#281;cenia; mimo to nie ustawa&#322; w wysi&#322;kach. Naraz samymi czubkami palc&#243;w zmaca&#322; listewk&#281;, w&#281;&#380;sz&#261; od opuszki; mo&#380;na si&#281; by&#322;o na niej podci&#261;gn&#261;&#263;, ale co dalej?

To ju&#380; nie by&#322;a tylko rywalizacja ze ska&#322;&#261;, ale zarazem jakby i z Anielem, kt&#243;ry przeszed&#322; t&#281;dy i to sam. Prawda, &#380;e palce mia&#322; stalowe Pirx zacz&#261;&#322; ju&#380; wyswobadza&#263; stop&#281; ze szczeliny, kiedy przy tym ruchu jaki&#347; ma&#322;y kamyk wyskoczy&#322; spod podeszwy i pomkn&#261;&#322; w d&#243;&#322;. Doszed&#322; go wyra&#378;nie syk rozcinanego powietrza, a w d&#322;ug&#261;, d&#322;ug&#261; chwil&#281; potem jedno wyra&#378;ne, ostre stukni&#281;cie. Owszem, ekspozycja jest pomy&#347;la&#322;. Zrezygnowa&#322; z podci&#261;gania si&#281; i szuka&#322; miejsca, aby wbi&#263; hak. Ska&#322;a by&#322;a jednak bez najmniejszych p&#281;kni&#281;&#263;; wychyli&#322; si&#281; w obie strony, jak daleko m&#243;g&#322; nic jednak nie znalaz&#322;.

Co tam? doszed&#322; go z do&#322;u g&#322;os Masseny.

W porz&#261;dku, rozgl&#261;dam si&#281; powiedzia&#322;. Kostka dawa&#322;a mu si&#281; we znaki, czu&#322;, &#380;e d&#322;ugo w tej pozycji nie ustoi. Ba, gdyby mo&#380;na porzuci&#263; t&#281; drog&#281;! Ale je&#347;li raz utraci &#347;lad przej&#347;cia, nie odnajdzie go ju&#380; w tej kilometrowej &#347;cianie. Usi&#322;owa&#322; zobaczy&#263; cokolwiek nad sob&#261;. W ostrym skr&#243;cie p&#322;yta zdawa&#322;a si&#281; obfitowa&#263; we wcale przyzwoite chwyty, ale by&#322;y to wkl&#281;&#347;ni&#281;cia p&#322;ytsze od d&#322;oni; pozostawa&#322;a tylko owa listewka. Kiedy wydoby&#322; stop&#281; ze szczeliny, d&#378;wigaj&#261;c si&#281; obur&#261;cz w g&#243;r&#281;, b&#322;ysn&#281;&#322;a mu my&#347;l, &#380;e odwrotu ju&#380; nie ma: ska&#322;a od razu odepchn&#281;&#322;a go, wisia&#322;, ko&#324;ce but&#243;w oddali&#322;y si&#281; od niej o jakich&#347; trzydzie&#347;ci centymetr&#243;w. W g&#243;r&#281;! Co&#347; mign&#281;&#322;o mu powy&#380;ej g&#322;owy. Rysa? Ale trzeba si&#281; by&#322;o wyci&#261;gn&#261;&#263;. Jeszcze troch&#281;! W nast&#281;pnej sekundzie utraci&#322; zdolno&#347;&#263; my&#347;lenia; trzeba by&#322;o pu&#347;ci&#263; lew&#261; r&#281;k&#281;, zawisn&#261;&#263; na ko&#324;cach czterech palc&#243;w prawej i si&#281;gn&#261;&#263; lew&#261; do rysy czy te&#380; p&#281;kni&#281;cia niewiadomej g&#322;&#281;boko&#347;ci. Tego nie wolno by&#322;o robi&#263;! przemkn&#281;&#322;o mu, zupe&#322;nie bez s&#322;&#243;w, kiedy z p&#281;kaj&#261;cymi omal mi&#281;&#347;niami znalaz&#322; si&#281; nagle o dwa metry wy&#380;ej, przywieraj&#261;c do ska&#322;y; chwyta&#322; gwa&#322;townie powietrze, troch&#281; na siebie z&#322;y; sta&#322; teraz obiema nogami na listewce i m&#243;g&#322; wbi&#263; hak, nawet dwa, dla pewno&#347;ci, bo pierwszy wszed&#322; dosy&#263; p&#322;ytko. Zrobi&#322; to, z przyjemno&#347;ci&#261; ws&#322;uchuj&#261;c si&#281; w czysty, coraz to wy&#380;szy d&#378;wi&#281;k, kt&#243;ry wreszcie usta&#322;. Lina wskoczy&#322;a w karabinki, wiedzia&#322;, &#380;e b&#281;dzie musia&#322; pom&#243;c Massenie; nie by&#322;a to czysta robota, ale te&#380; nie znajdowali si&#281; w Alpach; w ka&#380;dym razie stanowisko mia&#322; zupe&#322;nie przyzwoite. Nad filarem by&#322; w&#261;ski, ca&#322;kiem &#322;atwy komin, w ktorym Pirx wzi&#261;&#322; kr&#243;tki pr&#281;t czujnika w z&#281;by, bo si&#281; ba&#322;, &#380;e uderzy nim, wystaj&#261;cym zza pasa, o ska&#322;&#281;; wy&#380;ej barwa otoczenia zmieni&#322;a si&#281;.

&#346;ciana nie by&#322;a ju&#380; czarniawa, z zaciekami brunatnej, jak gdyby bardzo starej szaro&#347;ci. Miejsce jej zaj&#281;&#322;a ruda, c&#281;tkowana buro czerwie&#324; s&#322;abo iskrz&#261;cego si&#281; z bliska diabazu. Kilkana&#347;cie dobrych metr&#243;w ale ta droga kr&#243;l&#243;w zaraz si&#281; sko&#324;czy&#322;a; nad sob&#261; mia&#322; ju&#380; now&#261; przewieszk&#281;, nie do pokonania z tak ma&#322;&#261; ilo&#347;ci&#261; hak&#243;w, no i bez p&#243;&#322;eczki; Aniel nie mia&#322; jednak nic; sprawdzi&#322; czujnikiem: nie poszed&#322; tamt&#281;dy a wi&#281;c? Pozostawa&#322; tylko trawers.

Kiedy sobie to obejrza&#322;, zrazu nie wyda&#322;a mu si&#281; rzecz specjalnie trudna czy gro&#378;na. Powraca&#322;a tu jakby forma zgubionego w diabazach filaru; sta&#322; na w&#261;skiej ale przyzwoitej p&#243;&#322;eczce, kt&#243;ra dochodzi&#322;a do za&#322;omu i ko&#324;czy&#322;a si&#281; tam; wychyliwszy si&#281; zobaczy&#322; dalszy jej ci&#261;g za wybrzuszeniem ska&#322;y, jakie&#347; p&#243;&#322;tora me tr&#261; dalej dw&#243;ch nie by&#322;o na pewno. Nale&#380;a&#322;o zatem owin&#261;&#263; si&#281; cia&#322;em wok&#243;&#322; odpychaj&#261;cego wybrzuszenia i, trac&#261;c oparcie dla prawej stopy, odepchn&#261;&#263; si&#281; lew&#261; tak, by poprzez powietrze prawa trafi&#263; mog&#322;a na dalszy ci&#261;g p&#243;&#322;ki. Poszuka&#322; miejsca na wbicie hak&#243;w; z asekuracj&#261; by&#322;oby to niezbyt trudne. Ale z&#322;o&#347;liwa &#347;ciana by&#322;a i tu bez najmniejszych rys; sp&#243;j r&#380;a&#322; w d&#243;&#322;: ze stanowiska, kt&#243;re m&#243;g&#322; zaj&#261;&#263; Massena asekuracja by&#322;a kompletn&#261; fikcj&#261;. Odpad&#322;szy, lecia&#322;by co najmniej pi&#281;tna&#347;cie metr&#243;w; nawet porz&#261;dnie wbite te haki mog&#322;o wyrwa&#263; szarpni&#281;cie. A jednak czujnik m&#243;wi&#322;, &#380;e robot przeszed&#322; sam! Co to znaczy, do stu diab&#322;&#243;w?! powiedzia&#322; sobie. Po drugiej strony jest p&#243;&#322;ka! Jeden du&#380;y krok! Jazda, niedo&#322;&#281;go! Ale sta&#322; dalej. &#379;eby cho&#263; da&#322;o si&#281; napi&#261;&#263; lin&#281; gdzie tam! Wychyli&#322; si&#281; i patrza&#322; przez sekund&#281; na p&#243;&#322;k&#281;, d&#322;u&#380;ej nie m&#243;g&#322; mi&#281;&#347;nie zaczyna&#322;y dr&#380;e&#263;. Je&#347;li podeszwa nie chwyci? Aniel mia&#322; stalowe. Co&#347; tam &#347;wieci&#322;o topi&#261;cy si&#281; l&#243;d. &#346;lisko jak wszyscy diabli. Nale&#380;a&#322;o wzi&#261;&#263; ze sob&#261; wibramy

I spisa&#263; testament mrukn&#261;&#322; bezg&#322;o&#347;nie, oczy zw&#281;zi&#322;y mu si&#281;, wzrok znieruchomia&#322;, przygarbiony, rozpostar&#322;szy r&#281;ce, szukaj&#261;c oparcia w samej szorstko&#347;ci ska&#322;y, przewin&#261;&#322; si&#281; i zrobi&#322; ten krok, kt&#243;ry go tyle kosztowa&#322;. Kiedy znalaz&#322; si&#281; po drugiej stronie, nie poczu&#322; nawet satysfakcji, bo zobaczy&#322;, jak si&#281; wpakowa&#322;. P&#243;&#322;ka po tej stronie by&#322;a ni&#380;sza, wi&#281;c, chc&#261;c wraca&#263;, musia&#322;oby si&#281; skoczy&#263; w g&#243;r&#281;. I jeszcze z tym przewini&#281;ciem to ju&#380; nie by&#322;a wspinaczka ani akrobacja nawet, ale diabli wiedz&#261; co! Zjazd na linie? Bo je&#347;li nie

Widzia&#322;, &#380;e to zupe&#322;ny klops, a jednak trawersowa&#322; dalej, p&#243;ki si&#281; da&#322;o. O sytuacji m&#243;wi&#322;o wystarczaj&#261;co to, &#380;e zapomnia&#322; ca&#322;kiem o Anielu; nie do niego mu by&#322;o. Lina, wyci&#261;gni&#281;ta ponad ca&#322;y jego trawers, chwia&#322;a si&#281; pod nim, lekko napi&#281;ta i nadnaturalnie wyra&#378;na, przesadnie bliska i konkretna, bo widoczna ca&#322;y czas na tle osypiska, rozmazuj&#261;cego si&#281; w niebieskawym powietrzu u st&#243;p &#347;ciany. P&#243;&#322;ka ko&#324;czy&#322;a si&#281; i nie by&#322;o z niej drogi ani w g&#243;r&#281;, ani w d&#243;&#322;; odwrotu te&#380; nie. Nie widzia&#322;em jeszcze czego&#347; tak g&#322;adkiego pomy&#347;la&#322; z jakim&#347; osobliwym spokojem, kt&#243;ry by&#322; jednak zupe&#322;nie inny od poprzedniego: albowiem gorzej nie mog&#322;o ju&#380; by&#263; wi&#281;c zdenerwowanie sta&#322;o si&#281; ca&#322;kowicie zb&#281;dne. Rozejrza&#322; si&#281;. Pod stopami mia&#322; czterocentymetrowy wyst&#281;p, a dalej nic a&#380; do niewyra&#378;nej, ciemnej plamy komina, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; zaprasza&#263; do wn&#281;trza; dzieli&#322;y go od niego cztery metry powietrza u &#347;ciany tak spoistej, tak lec&#261;cej, jak to tylko mo&#380;liwe. I to ma by&#263; granit?! przemkn&#281;&#322;o mu w formie wyrzutu. Musia&#322;a t&#281;dy p&#322;yn&#261;&#263; okresami woda tak, jej &#347;lady, od kt&#243;rych p&#322;yta pociemnia&#322;a, widzia&#322; nawet, i poszczeg&#243;lne krople; wzi&#261;&#322; czujnik w praw&#261; r&#281;k&#281; i wodzi&#322; nim, szukaj&#261;c &#347;ladu. Popiskiwa&#322;o s&#322;abo. By&#322;. Aniel przeszed&#322; t&#281;dy. Ale jak? Naraz zobaczy&#322; malutk&#261; plamk&#281; szarego jak ska&#322;a mchu. Zdrapa&#322; go. Malutka ryska nie wi&#281;ksza od paznokcia. Hak nie chcia&#322; wej&#347;&#263; g&#322;&#281;biej ni&#380; do po&#322;owy, ale i to by&#322;o zbawieniem. Szarpn&#261;&#322; oczkiem jak siedzi? Jako&#347; siedzia&#322;. A wi&#281;c teraz lew&#261; r&#281;k&#261; za hak i powoli Wychylony do po&#322;owy w powietrze ze&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; jako&#347; oczami z komina, kt&#243;ry kusi&#322; do skoku, wp&#243;&#322;otwarty, zupe&#322;nie jakby stworzony przed wiekami dla tej jednej sekundowej chwili, kt&#243;ra musia&#322;a nadej&#347;&#263;; wzrok jego polecia&#322; wtedy w d&#243;&#322; jak kamie&#324; a&#380; dotar&#322; do niebieskawej iskry na m&#380;&#261;cym szaro rysunku osypiska. Decyduj&#261;cy krok nie zosta&#322; zrobiony.

Co tam?! rozleg&#322; si&#281; g&#322;os Masseny.

Zaraz! Za chwil&#281;! odkrzykn&#261;&#322;, przerzucaj&#261;c lin&#281; przez karabinek. Musia&#322; tam zajrze&#263;, ale dok&#322;adniej. Zn&#243;w wychyli&#322; si&#281;, zwis&#322; trzema czwartymi ci&#281;&#380;aru na haku, zupe&#322;nie jakby usi&#322;owa&#322; wyrwa&#263; go ze &#347;ciany, ale musia&#322; koniecznie popatrze&#263; w d&#243;&#322;, sprawdzi&#263;

Tak, to by&#322; on. Nic innego nie mog&#322;oby tak b&#322;yszcze&#263; z takiej wysoko&#347;ci. Bo droga odchyli&#322;a si&#281; ju&#380; dawno od pionu i znajdowa&#322; si&#281; teraz ze trzysta metr&#243;w w bok od miejsca, w kt&#243;rym rozpocz&#281;li wspinaczk&#281;. Szuka&#322; jakich&#347; wyra&#378;niejszych znak&#243;w orientacyjnych tam, w dole. Lina &#347;ciska&#322;a go nieprzyjemnie, &#378;le si&#281; oddycha&#322;o i krew pulsowa&#322;a w oczach. Jak m&#243;g&#322;, zapami&#281;tywa&#322; konfiguracj&#281; terenu; ten wielki g&#322;az da si&#281; go pozna&#263;, chocia&#380; teraz widoczny jest w pionowym skr&#243;cie. Mi&#281;&#347;nie dr&#380;a&#322;y mu, kiedy wr&#243;ci&#322; do pionu. Trzeba b&#281;dzie zjecha&#263; powiedzia&#322; sobie i jako&#347; ca&#322;kiem bezmy&#347;lnie uj&#261;&#322; hak, kt&#243;ry wyszed&#322; od razu, jakby siedzia&#322; w ma&#347;le; dziwnie mu si&#281; zrobi&#322;o, ale schowa&#322; go do kieszeni i zacz&#261;&#322; rozwa&#380;ania, jak si&#281; st&#261;d wydosta&#263;. Uda&#322;o si&#281; to, chocia&#380; nie bardzo czysto: Massena wbi&#322;, ile si&#281; da&#322;o, hak&#243;w na swoim stanowisku, skr&#243;ci&#322; lin&#281;, a Pirx po prostu przeszorowa&#322; z osiem metr&#243;w po p&#322;ycie, a&#380; zawis&#322;; tu&#380; ni&#380;ej by&#322; inny kominek i odt&#261;d zje&#380;d&#380;ali ju&#380; na przemian; kiedy Massena spyta&#322; go o pow&#243;d odwrotu, powiedzia&#322;:

Znalaz&#322;em go.

Aniela?

Tak. Odpad&#322;. Le&#380;y tam, na dole.

Powrotna droga nie trwa&#322;a ani godziny; Pirx bez &#380;alu rozstawa&#322; si&#281; z hakami; owszem, by&#322;o to szczeg&#243;lne uczucie pomy&#347;le&#263;, &#380;e nigdy ju&#380; nie postawi tu nogi, ani on, ani &#380;aden inny cz&#322;owiek, a w tej skale b&#281;d&#261; tkwi&#322;y kawa&#322;ki &#380;elaza, obrobionego na Ziemi, i &#380;e to b&#281;dzie ju&#380; na wieki a w&#322;a&#347;ciwie na zawsze.

Krull podbieg&#322; do nich, kiedy, stan&#261;wszy r&#243;wnymi nogami na g&#322;azach, zrobili kilka niepewnych jeszcze krok&#243;w, jakby odwykli od normalnego chodzenia, i z daleka ju&#380; zawo&#322;a&#322;, &#380;e znalaz&#322; porzucone nieco opodal odrzutowe olstra Aniela; robot musia&#322; zdj&#261;&#263; je umy&#347;lnie, nim wszed&#322; w &#347;cian&#281;, co by&#322;o ju&#380; pewnym dowodem jego aberracji, gdy&#380; stanowi&#322;y w razie upadku jedyn&#261; szans&#281; ocalenia.

Massena zdawa&#322; si&#281; w og&#243;le nie zwraca&#263; uwagi na te rewelacje Krulla- nie kry&#322; si&#281; wcale z tym, ile kosztowa&#322;a go ta droga; przeciwnie z jak&#261;&#347; ostentacj&#261; usiad&#322; na g&#322;azie, rozstawiwszy szeroko nogi, jakby si&#281; rozkoszowa&#322; pewno&#347;ci&#261; podstawy, i nad potrzeb&#281; wyciera&#322; chustk&#261; twarz, czo&#322;o i kark.

Pirx powiedzia&#322; Krullowi, &#380;e Aniel spad&#322;; po paru minutach poszli go szuka&#263;. Nie trwa&#322;o d&#322;ugo, nim go znale&#378;li. Musia&#322; lecie&#263; co najmniej trzysta metr&#243;w. Pancerz tu&#322;owia rozprysn&#261;&#322; si&#281;, metalowa czaszka te&#380; i jego monokrystaliczny m&#243;zg by&#322; mia&#322;kim szkliwem rozbry&#378;ni&#281;tym na wszystkie strony &#347;wieci&#322; jak mika na bia&#322;awych g&#322;azach. Krull nie okaza&#322; si&#281;, na szcz&#281;&#347;cie, a&#380; tak ma&#322;ostkowy, by dowodzi&#263;, &#380;e wspinali si&#281; ca&#322;kiem niepotrzebnie. Powt&#243;rzy&#322; tylko, nie bez satysfakcji, &#380;e Aniel musia&#322; si&#281; rozprogramowa&#263; pozostawione olstra s&#261; dowodem stuprocentowym. Massena by&#322; jakby odmieniony wspinaczk&#261;, ale nie na lepsze; nie pr&#243;bowa&#322; nawet oponowa&#263;, a w og&#243;le wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e tym bardziej b&#281;dzie zadowolony, im szybciej ekipa ulegnie rozwi&#261;zaniu i rozstan&#261; si&#281; na dobre. Wracali wi&#281;c w milczeniu, tym bardziej &#380;e Pirx nie uwa&#380;a&#322; za wskazane dzieli&#263; si&#281; z towarzyszami w&#322;asnym os&#261;dem wypadku. By&#322; pewny, &#380;e Aniel nie uleg&#322; &#380;adnemu defektowi, &#380;e to, co si&#281; sta&#322;o, nie mia&#322;o nic wsp&#243;lnego z jakimi&#347; monokryszta&#322;ami czy mnestronami, bo czy&#380; on, Pirx, uleg&#322; defektowi, &#380;e tak bardzo chcia&#322;o mu si&#281; pokona&#263; t&#281; &#347;cian&#281;? Aniel by&#322; po prostu bardziej podobny do swych konstruktor&#243;w, ni&#380; oni gotowi byli przyzna&#263;. Kiedy wykona&#322; swoje zadanie, zosta&#322;o mu jeszcze sporo czasu do powrotu by&#322; przecie&#380; taki sprawny i szybki. Nie tylko widzia&#322;, ale pojmowa&#322; otoczenie; by&#322; stworzony do rozwi&#261;zywania trudnych zada&#324;, to znaczy do gry, a tam objawi&#322;a mu si&#281; nie byle jaka i&#380; najwy&#380;sz&#261; stawk&#261;. Pirx nie m&#243;g&#322; si&#281; powstrzyma&#263; od u&#347;miechu, gdy pomy&#347;la&#322; o za&#347;lepieniu Krulla i Masseny: to, &#380;e znale&#378;li od&#322;o&#380;one rozmy&#347;lnie, odrzutowe olstra, wzi&#281;li za dow&#243;d ju&#380; zupe&#322;nie pewny aberracji. Ale przecie&#380; ka&#380;dy cz&#322;owiek post&#261;pi&#322;by tak samo, w przeciwnym razie rzecz nie mia&#322;a w og&#243;le sensu, stanowi&#261;c szczeg&#243;ln&#261; odmian&#281; gimnastyki. O, nie o to chodzi&#322;o i &#380;adne wywody, r&#243;wnania, &#380;adne wykresy nie zdo&#322;a&#322;yby go ju&#380; przekona&#263;. Zadziwia&#322;o jedno tylko &#380;e nie odpad&#322; wcze&#347;niej, skoro szed&#322; sam, bez umiej&#281;tno&#347;ci, bez treningu, skoro si&#281; na tym nie zna&#322;, bo nie budowano go przecie&#380; po to, by walczy&#322; ze ska&#322;ami. Co by si&#281; sta&#322;o, gdyby wr&#243;ci&#322;? Pirx zn&#243;w, nie wiedzie&#263; czemu, by&#322; pewny, &#380;e by si&#281; o tym nigdy nie dowiedzieli. Od Aniela na pewno nie. A w owym miejscu, skoro nie mia&#322; towarzysza ani haka, a mo&#380;e nawet nie wiedzia&#322; o ich istnieniu, zaryzykowa&#322; skok. Co wtedy my&#347;la&#322;? Pewno nic, jak on sam. Czy dosi&#281;gn&#261;&#322;, cho&#263; na mgnienie, brzeg&#243;w komina? Je&#347;li tak, musia&#322; tam pozosta&#263; &#347;lad, szczypta radioaktywnych atom&#243;w, kt&#243;re b&#281;d&#261; si&#281; powoli rozk&#322;ada&#322;y, a&#380; wyparuj&#261; i znikn&#261;.

Wiedzia&#322; jeszcze jedno: &#380;e nikomu o tym nie powie. Ka&#380;dy cz&#322;owiek trzyma&#322;by si&#281; kurczowo hipotezy defektu, najprostszej i najbardziej naturalnej, jedynej, kt&#243;ra nie zmienia&#322;a obrazu &#347;wiata.

Do obozowiska doszli po po&#322;udniu. Ich wyd&#322;u&#380;one cienie porusza&#322;y si&#281; &#380;wawo podczas pracy; pospiesznie sk&#322;adali barak, kt&#243;ry znika&#322; ca&#322;ymi sekcjami, a&#380; zosta&#322;a po nim tylko udeptana, czworok&#261;tna pustka; ob&#322;oki przep&#322;ywa&#322;y, a Pirx przenosi&#322; skrzynie, zwija&#322; p&#322;achty, robi&#322; to wszystko, co nale&#380;a&#322;o przedtem do Aniela na t&#281; my&#347;l, gdy j&#261; sobie, u&#347;wiadomi&#322;, zatrzyma&#322; si&#281;, nim poda&#322; ci&#281;&#380;ar wyci&#261;gaj&#261;cemu r&#281;ce Massenie.



Opowiadanie Pirxa

Ksi&#261;&#380;ki fantastyczne? Lubi&#281;, owszem, ale tylko z&#322;e. To jest, nie tyle z&#322;e, ile nieprawdziwe. Na pok&#322;adzie zawsze mam co&#347; takiego pod r&#281;k&#261;, &#380;eby poczyta&#263; w wolnej chwili, cho&#263;by i par&#281; stron ze &#347;rodka, a potem od&#322;o&#380;y&#263;. Z dobrymi zupe&#322;nie inna historia czytam je wy&#322;&#261;cznie na Ziemi. Dlaczego? Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, nie bardzo wiem. Nie zastanawia&#322;em si&#281; nad tym. Dobre ksi&#261;&#380;ki s&#261; zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywa&#322;y rzeczy, kt&#243;re nigdy nie wydarzy&#322;y si&#281; i nie wydarz&#261;. S&#261; prawdziwe w innym sensie je&#347;li m&#243;wi&#261;, powiedzmy, o kosmonautyce, to tak, &#380;e poznaje si&#281; co&#347; z tej ciszy, kt&#243;ra jest zupe&#322;nie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego Cokolwiek przedstawiaj&#261;, m&#243;wi&#261; zawsze to samo, &#380;e cz&#322;owiek, tam, nigdy nie b&#281;dzie u siebie. Na Ziemi wszystko jest takie przypadkowe, byle jakie, drzewo, &#347;ciana, ogr&#243;d, jedno mo&#380;na wymieni&#263; na drugie, za horyzontem jest inny horyzont, za g&#243;r&#261; dolina, a tam jest ca&#322;kiem inaczej. Na Ziemi nigdy nie przychodzi&#322;o ludziom do g&#322;owy, jakie to okropne, &#380;e gwiazdy nie poruszaj&#261; si&#281;; cho&#263;by&#347; lecia&#322; pe&#322;nym ci&#261;giem przez rok, nie zauwa&#380;ysz zmiany. Latamy, je&#378;dzimy po Ziemi i wydaje si&#281; nam, &#380;e wiemy, co to przestrze&#324;. Tego si&#281; nie da wyrazi&#263;. Pami&#281;tam, raz, kiedy wraca&#322;em z patrolu, gdzie&#347; pod Arbitrem s&#322;ucha&#322;em dalekich rozm&#243;w, kto&#347; k&#322;&#243;ci&#322; si&#281; z kim&#347; o pierwsze&#324;stwo l&#261;dowania i przypadkiem zobaczy&#322;em inn&#261; wracaj&#261;c&#261; rakiet&#281;. Go&#347;&#263; my&#347;la&#322;, &#380;e jest sam. Ciska&#322; swoj&#261; beczu&#322;k&#261;, jakby dosta&#322;a ataku epileptycznego. Ka&#380;dy z was wie, jak to jest po paru dniach nachodzi cz&#322;owieka taka szalona ch&#281;tka, &#380;eby co&#347; zrobi&#263;, wszystko jedno co, da&#263; pe&#322;ny ci&#261;g, pogna&#263; gdzie&#347;, pokr&#281;ci&#263; na wielkim przyspieszeniu, &#380;eby j&#281;zyk wyszed&#322; Dawniej my&#347;la&#322;em, &#380;e to jakie&#347; nieprzyzwoite cz&#322;owiek nie powinien sobie tak folgowa&#263;. Ale to jest w gruncie rzeczy tylko rozpacz, tylko ch&#281;&#263; pokazania tego j&#281;zyka kosmosowi. Bo on nie jest wymienny jak drzewo i chyba przez to w&#322;a&#347;nie tak ci&#281;&#380;ko da&#263; sobie z nim rad&#281;. Ot&#243;&#380; dobre ksi&#261;&#380;ki o tym w&#322;a&#347;nie m&#243;wi&#261;. A poniewa&#380; umieraj&#261;cy nie lubi&#261; czyta&#263; o agonii, to i my wszyscy przecie&#380; po trochu boj&#261;c si&#281; gwiazd nie chcemy, mi&#281;dzy nimi, s&#322;ysze&#263; o nich prawdy. Pewno dobre jest wtedy to, co odwraca uwag&#281;, ale dla mnie przynajmniej najlepsze s&#261; w&#322;a&#347;nie te inne gwiazdowe historie, czytankowe, bo w nich wszystko, z ca&#322;ym kosmosem, staje si&#281; takie poczciwe To poczciwo&#347;&#263; dla doros&#322;ych, wi&#281;c tam s&#261; katastrofy i morderstwa, i inne okropno&#347;ci, ale jednak poczciwe, niewinne, bo od pocz&#261;tku do ko&#324;ca sk&#322;amane: pr&#243;buj&#261; straszy&#263;, a cz&#322;owiek si&#281; tylko u&#347;miecha. To, co wam opowiem, jest tak&#261; histori&#261;. Zdarzy&#322;a mi si&#281; naprawd&#281;. Mniejsza o to jednak. By&#322;o to w Roku Spokojnego S&#322;o&#324;ca. Jak zwykle w takim czasie odbywa&#322;y si&#281; wielkie porz&#261;dki doko&#322;a-s&#322;oneczne, zamiatanie i wymiatanie mas &#380;elastwa, kr&#281;c&#261;cych si&#281; na wysoko&#347;ciach orbity Merkurego; przez sze&#347;&#263; lat budowania wielkiej stacji w jego peryhelium porzucono w pr&#243;&#380;ni kup&#281; starych wrak&#243;w, bo roboty prowadzono w&#243;wczas systemem Le Mansa i zamiast oddawa&#263; rakietowe trupy na z&#322;om, u&#380;ywano ich jako rusztowa&#324;. Le Mans by&#322; lepszym ekonomist&#261; ni&#380; in&#380;ynierem; wprawdzie stacja z wrak&#243;w by&#322;a trzy razy ta&#324;sza od zwyk&#322;ej montowanej w przestrzeni, ale sprawia&#322;a tak&#261; mas&#281; k&#322;opot&#243;w, &#380;e po Merkurym nikt si&#281; ju&#380; do takich oszcz&#281;dno&#347;ci nie bra&#322;. W&#243;wczas jednak Le Mans wpad&#322; na now&#261; ide&#281; sprowadzenia tej trupiarni na Ziemi&#281;, bo po co ma kr&#281;ci&#263; si&#281; do dnia S&#261;du Ostatecznego, kiedy mo&#380;na j&#261; przetopi&#263; w martenach? Ale &#380;eby to by&#322;o w og&#243;le op&#322;acalne, musia&#322; jako holownik&#243;w u&#380;y&#263; rakiet, niewiele lepszych od tych trup&#243;w. By&#322;em wtedy pilotem patroli z wylatanymi godzinami, to znaczy: by&#322;em nim ju&#380; tylko na papierze i ka&#380;dego pierwszego, gdy bra&#322;em pensj&#281;. A lata&#263; chcia&#322;o mi si&#281; tak, &#380;e zgodzi&#322;em si&#281; nawet na piec &#380;elazny, byle mia&#322; cho&#263; troch&#281; ci&#261;gu; nic dziwnego, &#380;e zg&#322;osi&#322;em si&#281; w brazylijskim biurze Le Mansa, ledwo przeczyta&#322;em jego og&#322;oszenie. Nie chcia&#322;bym twierdzi&#263;, &#380;e za&#322;ogi, formowane przez Le Mansa, a w&#322;a&#347;ciwie przez jego agent&#243;w, by&#322;y jakim&#347; rodzajem Legii Cudzoziemskiej czy zbieranin&#261; oprych&#243;w, bo tacy w og&#243;le nie lataj&#261;. Ale ludzie rzadko kiedy id&#261; teraz w kosmos szukaj&#261;c przyg&#243;d; nie ma ich tam, przynajmniej na og&#243;&#322; ich nie ma, i decyduj&#261; si&#281; na to nieraz w skutek nieszcz&#281;&#347;cia albo tak jako&#347;, z przypadku; jest to najgorszy materia&#322;, bo s&#322;u&#380;ba wymaga wi&#281;kszej odporno&#347;ci ni&#380; morska i dla tych, kt&#243;rym jest wszystko jedno, na pok&#322;adzie nie ma miejsca. Nie bawi&#281; si&#281; w psychologi&#281;, chc&#281; tylko wyja&#347;ni&#263;, czemu ju&#380; po pierwszym rejsie straci&#322;em po&#322;ow&#281; za&#322;ogi. Musia&#322;em zwolni&#263; technik&#243;w, bo rozpi&#322; mi ich telegrafista, ma&#322;y Metys, kt&#243;ry wymy&#347;la&#322; najgenialniejsze sposoby przemycania alkoholu na pok&#322;ad. Ten facet bawi&#322; si&#281; ze mn&#261; w chowanego. Wpuszcza&#322; plastykowe kiszki do kanistr&#243;w A zreszt&#261; mniejsza o to. Przypuszczam, &#380;e w&#322;o&#380;y&#322;by whisky do reaktora, gdyby to tylko okaza&#322;o si&#281; mo&#380;liwe. Wyobra&#380;am sobie, jakby takie historie oburzy&#322;y pionier&#243;w astronautyki. Nie pojmuj&#281;, czemu wierzyli w to, &#380;e samo wej&#347;cie na orbit&#281; zmienia cz&#322;owieka w anio&#322;a. Mo&#380;e ko&#322;ata&#322;o im w g&#322;owie, o czym sami nie wiedzieli, to niebieskie, rajskie niebo, kt&#243;re tak pr&#281;dko ko&#324;czy si&#281; podczas startu? Zreszt&#261; moje pretensje s&#261; g&#322;upie. Ten Meksykanin urodzi&#322; si&#281; w&#322;a&#347;ciwie w Boliwii, dorabia&#322; na boku, sprzedaj&#261;c marihuan&#281;, a robi&#322; mi na z&#322;o&#347;&#263;, bo go to bawi&#322;o. Mia&#322;em gorszych od niego. Le Mans by&#322; wielkim cz&#322;owiekiem, nie wchodzi&#322; w szczeg&#243;&#322;y, ustala&#322; tylko swoim agentom limity finansowe i nie do&#347;&#263;, &#380;e za&#322;ogi nie potrafi&#322;em sobie skompletowa&#263;, ale musia&#322;em trz&#261;&#347;&#263; si&#281; nad ka&#380;dym kilowatem ci&#261;gu; &#380;adnych gwa&#322;townych manewr&#243;w, uranografy kontrolowali po ka&#380;dym rejsie jak ksi&#281;gi finansowe, czy bro&#324; Bo&#380;e gdzie&#347; nie uciek&#322;o dziesi&#281;&#263; dolar&#243;w, zamienionych w neutrony. Tego, co robi&#322;em wtedy, nie uczono mnie nigdzie by&#263; mo&#380;e, podobne rzeczy dzia&#322;y si&#281; sto lat temu na starych trampach, kursuj&#261;cych mi&#281;dzy Glasgow i Indiami. Zreszt&#261; nie skar&#380;y&#322;em si&#281;, a teraz wspominam to, wstyd powiedzie&#263;, z rozrzewnieniem. Taka Per&#322;a Nocy co za nazwa! Statek rozpada&#322; si&#281; po trochu, &#380;egluga polega&#322;a na szukaniu wszelkich mo&#380;liwych przeciek&#243;w i zwar&#263;. Ka&#380;dy start i l&#261;dowanie zachodzi&#322;y wbrew prawom nie tylko fizyki; zdaje si&#281;, &#380;e ten agent Le Mansa mia&#322; znajomo&#347;ci w porcie merkuryjskim, bo inaczej ka&#380;dy inspektor kontroli natychmiast opiecz&#281;towa&#322;by wszystko, od ster&#243;w po stos. Wi&#281;c wychodzili&#347;my sobie ma &#322;owiska w perihelium, szukali&#347;my radarem wrak&#243;w, a potem &#347;ci&#261;ga&#322;o si&#281; je i formowa&#322;o poci&#261;g mia&#322;em tam wszystko na raz: awantury z technikami, wyrzucanie w pr&#243;&#380;ni&#281; w&#243;dki (jeszcze do dzisiaj kr&#261;&#380;y tam pe&#322;no London Dry Ginu) i piekieln&#261; matematyk&#281;, bo nawigacja polega&#322;a na wynajdywaniu przybli&#380;onych rozwi&#261;za&#324; problemu wielu cia&#322;. Jednak&#380;e najwi&#281;cej, jak zawsze, by&#322;o pustki. W przestrzeni i w czasie. Zamyka&#322;em si&#281; w kajucie i czyta&#322;em. Autora nie pami&#281;tam, by&#322; to jaki&#347; Amerykanin, w tytule by&#322;o co&#347; o piasku gwiazd, jako&#347; tam. Nie wiem, jaki by&#322; pocz&#261;tek, bo zacz&#261;&#322;em mniej wi&#281;cej w po&#322;owie; bohater znajdowa&#322; si&#281; w komorze reaktora i rozmawia&#322; z pilotem przez telefon, kiedy rozleg&#322; si&#281; okrzyk: Meteory z rufy! Do tego momentu nie by&#322;o ci&#261;&#380;enia, a&#380; nagle zobaczy&#322;, &#380;e ogromna skarpa reaktora, &#347;wiec&#261;ca &#380;&#243;&#322;tymi oczami zegar&#243;w, naje&#380;d&#380;a na niego z rosn&#261;c&#261; chy&#380;o&#347;ci&#261;; to silniki da&#322;y ci&#261;g i statek skoczy&#322;, podczas kiedy on, wisz&#261;c w powietrzu, mia&#322; jeszcze poprzedni&#261; szybko&#347;&#263;. Na szcz&#281;&#347;cie odbi&#322; si&#281; jako&#347; nogami, ale akceleracja wyrwa&#322;a mu z r&#281;ki s&#322;uchawk&#281;; przez moment wisia&#322; na sznurze telefonu; gdy upad&#322;, rozp&#322;aszczony, ta s&#322;uchawka waha&#322;a si&#281; nad nim, a on robi&#322; nieludzkie wysi&#322;ki, &#380;eby j&#261; chwyci&#263;, ale rozumie si&#281;, wa&#380;y&#322; ton&#281; i nie m&#243;g&#322; palcem ruszy&#263;, dopiero jako&#347; z&#281;bami j&#261; z&#322;apa&#322; i wyda&#322; komend&#281;, kt&#243;ra ich uratowa&#322;a. T&#281; scen&#281; dobrze zapami&#281;ta&#322;em, a jeszcze wi&#281;cej podoba&#322; mi si&#281; opis przej&#347;cia przez r&#243;j. Ob&#322;ok kurzawy powl&#243;k&#322;, uwa&#380;acie, trzeci&#261; cz&#281;&#347;&#263; nieba, tylko najsilniejsze gwiazdy przeb&#322;yskiwa&#322;y przez py&#322;ow&#261; chmur&#281;, ale to nic, bo w pewnej sekundzie bohater zobaczy&#322; w ekranach, &#380;e z tego tajfunu &#380;&#243;&#322;tego idzie blado &#347;wiec&#261;ca smuga o czarnym j&#261;drze nie wiem, co to mia&#322;o by&#263;, ale pop&#322;aka&#322;em si&#281; ze &#347;miechu. Jak on to sobie wszystko &#347;licznie wyobrazi&#322;! Te chmury, tajfun, ta s&#322;uchawka po prostu widzia&#322;em, jak facet dynda na sznurze telefonicznym, no bo to, &#380;e w kajucie czeka&#322;a bardzo pi&#281;kna kobieta, to si&#281; rozumia&#322;o samo przez si&#281;. By&#322;a ona tajnym agentem jakiej&#347; tyranii kosmicznej czy mo&#380;e walczy&#322;a z t&#261; tyrani&#261;, ju&#380; nie pami&#281;tam. W ka&#380;dym razie by&#322;a pi&#281;kna, jak nale&#380;y. Czemu tak si&#281; rozwodz&#281; nad tym? Bo ta lektura by&#322;a moim zbawieniem. Meteory? Przecie&#380; ja wrak&#243;w po dwadzie&#347;cia, trzydzie&#347;ci tysi&#281;cy ton szuka&#322;em tygodniami i po&#322;owy nawet nie zobaczy&#322;em w radarze. &#321;atwiej mo&#380;na zobaczy&#263; lec&#261;c&#261; kul&#281; rewolwerow&#261;. Musia&#322;em raz wzi&#261;&#263; za ko&#322;nierz mego Metysa, kiedy nie mieli&#347;my ci&#261;gu; to pewno trudniejsze ni&#380; ze s&#322;uchawk&#261;, bo&#347;my sobie obaj fruwali, ale nie tak efektowne. Wygl&#261;da na to, &#380;e gl&#281;dz&#281;. Wiem. Historia jednak tak si&#281; w&#322;a&#347;nie rozwija&#322;a. Dwumiesi&#281;czne polowanie sko&#324;czy&#322;o si&#281;, mia&#322;em na holu sto dwadzie&#347;cia czy sto czterdzie&#347;ci tysi&#281;cy ton martwego metalu i szed&#322;em w p&#322;aszczy&#378;nie ekliptyki na Ziemi&#281;.

Wbrew przepisom? Ale&#380; tak. Nie mia&#322;em paliwa na manewry. M&#243;wi&#322;em przecie&#380;. Musia&#322;em wlec si&#281; bez ci&#261;gu przesz&#322;o dwa miesi&#261;ce. Wtedy przysz&#322;a katastrofa. Nie, nie meteory, to nie by&#322;a przecie&#380; powie&#347;&#263;. Mums. Najpierw technik stosu, potem obaj piloci naraz, potem reszta; spuch&#322;y im g&#281;by, oczy jak szparki, wysoka gor&#261;czka, o wachtach nie by&#322;o nawet mowy. Jakiego&#347; w&#347;ciek&#322;ego wirusa przyni&#243;s&#322; na pok&#322;ad Ngey, Murzyn, kt&#243;ry by&#322; na Perle Nocy kucharzem, stewardem, ochmistrzem i czym&#347; tam jeszcze. On te&#380; chorowa&#322;, a jak&#380;e! Czy dzieci nie przechodz&#261; &#347;winki w Ameryce Po&#322;udniowej? Nie wiem. Dosy&#263;, &#380;e mia&#322;em statek bez za&#322;ogi. Zostali mi telegrafista z drugim in&#380;ynierem; telegrafista od rana, od &#347;niadania, by&#322; ju&#380; pijany. A w&#322;a&#347;ciwie nie pijany czy mia&#322; tak&#261; mocn&#261; g&#322;ow&#281;, czy s&#261;czy&#322; po trochu, dosy&#263;, &#380;e rusza&#322; si&#281; ca&#322;kiem nie&#378;le i to zw&#322;aszcza, kiedy nie by&#322;o grawitacji (a nie by&#322;o prawie ca&#322;y czas, nie licz&#261;c drobnych poprawek kursowych), ale mia&#322; alkohol w oczach, w m&#243;zgu, ka&#380;de zlecenie, ka&#380;dy rozkaz trzeba by&#322;o dok&#322;adnie kontrolowa&#263; marzy&#322;em o tym, jak go st&#322;uk&#281;, kiedy wyl&#261;dujemy, tam nie mog&#322;em sobie na to pozwoli&#263;, zreszt&#261; jak bi&#263; pijanego? Bez alkoholu by&#322; to typowy szczur, szary, zgaszony, nie domyty i mia&#322; mi&#322;y zwyczaj przeklinania najokropniejszymi s&#322;owami upatrzonych os&#243;b przy stole w messie Morsem. Tak nadawa&#322; sobie Morsem, postukuj&#261;c palcem w st&#243;&#322; i par&#281; razy omal nie dosz&#322;o przez to do bitek, bo przecie&#380; wszyscy rozumieli, a on, przyparty do muru, twierdzi&#322;, &#380;e to jest taki tik. Z nerw&#243;w. &#379;e to si&#281; samo robi. Kaza&#322;em mu trzyma&#263; &#322;okcie przyci&#347;ni&#281;te do cia&#322;a, nadawa&#322; wtedy nog&#261; albo widelcem w pewnym sensie by&#322; artyst&#261;. Jedynym cz&#322;owiekiem zupe&#322;nie zdrowym, normalnym, by&#322; in&#380;ynier. Tak, ale okaza&#322;o si&#281;, wiecie, &#380;e on by&#322; in&#380;ynierem drogowym. Naprawd&#281;. Podpisa&#322; kontrakt, bo zgodzi&#322; si&#281; na p&#243;&#322; stawki i ajentowi to zupe&#322;nie wystarcza&#322;o, a mnie nie przysz&#322;o do g&#322;owy egzaminowa&#263; go, kiedy przyszed&#322; na pok&#322;ad. Ajent spyta&#322; go tylko, czy zna si&#281; na konstrukcjach, na maszynach; powiedzia&#322;, &#380;e tak, zna&#322; si&#281; przecie&#380;. Na drogowych. Kaza&#322;em mu pe&#322;ni&#263; wachty. Nie odr&#243;&#380;nia&#322; planet od gwiazd. Teraz ju&#380; wiecie mniej wi&#281;cej, w jaki spos&#243;b Le Mans robi&#322; wielkie interesy. Co prawda i ja mog&#322;em si&#281; okaza&#263; nawigatorem &#322;odzi podwodnych, i gdybym m&#243;g&#322;, mo&#380;e nawet bym takiego udawa&#322;. Zamkn&#261;&#322;bym si&#281; w kajucie, ale nie mog&#322;em. Ajent nie by&#322; wariatem. Liczy&#322;, je&#347;li nie na moj&#261; lojalno&#347;&#263;, to na m&#243;j instynkt samozachowawczy. Chcia&#322;em wr&#243;ci&#263;, a poniewa&#380; tych sto tysi&#281;cy ton nic w pr&#243;&#380;ni nie wa&#380;y&#322;o i odczepienie ich nie zwi&#281;kszy&#322;oby naszej szybko&#347;ci ani o milimetr na sekund&#281;, nie by&#322;em a&#380; taki z&#322;o&#347;liwy, &#380;eby to jednak zrobi&#263;. Bo i takie my&#347;li chodzi&#322;y mi po g&#322;owie, kiedy nosi&#322;em rano od jednego do drugiego wat&#281;, olejek, banda&#380;, spirytus, aspiryn&#281; ca&#322;&#261; moj&#261; przyjemno&#347;ci&#261; by&#322;a ta ksi&#261;&#380;ka o mi&#322;o&#347;ci w pr&#243;&#380;ni, w&#347;r&#243;d tajfun&#243;w meteorytowych. Przeczyta&#322;em niekt&#243;re ust&#281;py po dziesi&#281;&#263; razy. By&#322;y tam wszystkie mo&#380;liwe rodzaje potwornych wydarze&#324;, m&#243;zgi elektryczne buntowa&#322;y si&#281;, ajenci pirat&#243;w mieli nadajniki wbudowane w czaszki, pi&#281;kna kobieta pochodzi&#322;a z innego systemu s&#322;onecznego, ale o mumsie nie znalaz&#322;em ani s&#322;owa. Tym lepiej dla mnie rzecz jasna. Mia&#322;em go dosy&#263;. Zdawa&#322;o mi si&#281; nawet chwilami, &#380;e kosmonautyki te&#380;.

W wolnych chwilach stara&#322;em si&#281; wy&#347;ledzi&#263;, gdzie telegrafista ukrywa swoje zapasy. Nie wiem, mo&#380;e go przeceniam, ale zdaje mi si&#281;, &#380;e naprawd&#281; zdradza&#322; niekt&#243;re miejsca rozmy&#347;lnie, kiedy si&#281; w nich w&#243;dka ko&#324;czy&#322;a, po prostu po to, abym nie os&#322;ab&#322; w mojej decyzji i nie machn&#261;&#322; r&#281;k&#261; na jego pija&#324;stwo. Bo tego, gdzie mia&#322; swoje g&#322;&#243;wne &#378;r&#243;d&#322;o, nie wiem do dzi&#347;. Mo&#380;e by&#322; ju&#380; taki przesycony alkoholem, &#380;e podstawowy zapas nosi&#322; w sobie? Dosy&#263;, &#380;e szuka&#322;em, &#322;a&#380;&#261;c po statku jak mucha po suficie, p&#322;ywa&#322;em sobie po rufie, po &#347;r&#243;dokr&#281;ciu, jak to czasem zdarza si&#281; w snach, czu&#322;em si&#281; sam jak palec ca&#322;e bractwo le&#380;a&#322;o zapuchni&#281;te w kajutach, in&#380;ynier tkwi&#322; w sterowni, ucz&#261;c si&#281; z lingwafonu francuskiego, by&#322;o cicho jak na statku zad&#380;umionych, czasem tylko przewodami wentylacyjnymi dochodzi&#322; p&#322;acz albo &#347;piew. Tego boliwijskiego Meksykanina. Pod wiecz&#243;r rozbiera&#322;o go, odczuwa&#322; b&#243;l istnienia. Z gwiazdami mia&#322;em ma&#322;o do czynienia, je&#347;li nie liczy&#263; tej ksi&#261;&#380;ki. Niekt&#243;re kawa&#322;ki umia&#322;em na pami&#281;&#263;, na szcz&#281;&#347;cie wywietrza&#322;y mi ju&#380; z g&#322;owy. Czeka&#322;em, kiedy si&#281; ten mums sko&#324;czy, bo talie &#380;ycie Robinsona na d&#322;u&#380;sz&#261; met&#281; zbytnio dawa&#322;o si&#281; we znaki. In&#380;yniera drogowego unika&#322;em, chocia&#380; po swojemu by&#322; to nawet do&#347;&#263; porz&#261;dny ch&#322;op i przysi&#281;ga&#322; mi, &#380;e gdyby nie okropne tarapaty finansowe, w kt&#243;re wci&#261;gn&#281;&#322;a go &#380;ona ze szwagrem, nigdy by umowy nie podpisa&#322;.

By&#322; to jednak cz&#322;owiek z gatunku tych, kt&#243;rych nie znosz&#281; zwierzaj&#261;cych si&#281; bez &#380;adnych ogranicze&#324; i hamulc&#243;w. Nie wiem, czy tylko do mnie czu&#322; takie nadzwyczajne zaufanie chyba nie, bo pewne rzeczy po prostu nie przechodz&#261; ludziom przez usta, a on m&#243;g&#322; m&#243;wi&#263; wszystko, a&#380; si&#281; skr&#281;ca&#322;em na ca&#322;e szcz&#281;&#347;cie Per&#322;a Nocy by&#322;a wielka: dwadzie&#347;cia osiem tysi&#281;cy ton spoczynkowej, by&#322;o si&#281; gdzie schowa&#263;.

Domy&#347;licie si&#281; pewno, &#380;e to by&#322; m&#243;j pierwszy i ostatni rejs dla Le Mansa. Od tego czasu nie da&#322;em si&#281; ju&#380; wi&#281;cej a&#380; tak nabra&#263;, chocia&#380; bywa&#322;em w rozmaitych tarapatach. Nie opowiada&#322;bym o tym, do&#347;&#263; w ko&#324;cu wstydliwym, fragmencie mojej biografii, gdyby nie wi&#261;za&#322; si&#281; z t&#261; drug&#261;, nie istniej&#261;c&#261; stron&#261; kosmonautyki. Pami&#281;tacie mo&#380;e uprzedza&#322;em na wst&#281;pie, &#380;e to b&#281;dzie prawie taka historia jak z tej ksi&#261;&#380;ki.

Ostrze&#380;enie meteorytowe dostali&#347;my na wysoko&#347;ci orbity Wenus, ale telegrafista spa&#322; czy po prostu nie odebra&#322; go, dosy&#263;, &#380;e dopiero na drugi dzie&#324; rano us&#322;ysza&#322;em t&#281; nowin&#281; w wiadomo&#347;ciach nadawanych przez kosmolocyjn&#261; stacj&#281; Luny. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, w pierwszej chwili wyda&#322;o mi si&#281; to ca&#322;kiem nieprawdopodobne. Drakonidy sko&#324;czy&#322;y si&#281; ju&#380; dawno, przestrze&#324; by&#322;a czysta, roje chodz&#261; w ko&#324;cu regularnie, prawda, &#380;e Jowisz lubi robi&#263; perturbacyjne kawa&#322;y, ale nie m&#243;g&#322; by&#263; tym razem autorem &#380;artu, bo radiant by&#322; zupe&#322;nie inny. Ostrze&#380;enie by&#322;o zreszt&#261; tylko &#243;smego stopnia, py&#322;owe, g&#281;sto&#347;&#263; chmury bardzo ma&#322;a, procent od&#322;am&#243;w wi&#281;kszych znikomy, szeroko&#347;&#263; czo&#322;a co prawda znaczna kiedy popatrzy&#322;em na map&#281;, zorientowa&#322;em si&#281;, &#380;e siedzimy ju&#380; w tym tak zwanym roju od dobrej godziny, mo&#380;e i dw&#243;ch. Ekrany by&#322;y puste. Nie zaniepokoi&#322;em si&#281; te&#380; specjalnie i jedyn&#261; rzecz&#261; niezwyk&#322;&#261; by&#322;o dopiero drugie, po&#322;udniowe doniesienie: sondy zdalnie ustali&#322;y bowiem, &#380;e chodzi o r&#243;j pozasystemowy!

By&#322; to drugi taki r&#243;j od czasu powstania kosmolocji. Meteory s&#261; szcz&#261;tkami komet i chodz&#261; sobie po wyci&#261;gni&#281;tych elipsach, uwi&#261;zane grawitacj&#261; do s&#322;o&#324;ca, jak zabawki na nylonowych sznurach; r&#243;j pozasystemowy, to znaczy wchodz&#261;cy w nasz uk&#322;ad z obszaru Wielkiej Galaktyki, jest sensacj&#261;, inna rzecz, &#380;e dla astrofizyk&#243;w raczej ni&#380; dla pilot&#243;w. Jest, pewno, i dla nas r&#243;&#380;nica, cho&#263; niewielka na og&#243;&#322;: szybko&#347;ci. Roje systemowe nie mog&#261; mie&#263; w okolicy Ziemi wielkich szybko&#347;ci. Nie mog&#261; posiada&#263; szybko&#347;ci wi&#281;kszej ni&#380; paraboliczna lub eliptyczna. Natomiast wchodz&#261;cy z zewn&#261;trz systemu r&#243;j mo&#380;e mie&#263; i ma z regu&#322;y hiperboliczn&#261;. Ale w praktyce wychodzi na jedno; podniecenie ogarnie wi&#281;c meteorytolog&#243;w i astrobalistyk&#243;w, a nie nas.

Wiadomo&#347;&#263; o tym, &#380;e tkwimy w roju, nie zrobi&#322;a na telegrafi&#347;cie &#380;adnego wra&#380;enia; m&#243;wi&#322;em o tym podczas obiadu wy&#322;&#261;czywszy, jak zwykle, silniki na ma&#322;y ci&#261;g; wyrabia&#322;y nam poprawk&#281; kursow&#261;, a r&#243;wnocze&#347;nie &#347;lad ci&#261;&#380;enia u&#322;atwia&#322; &#380;ycie. Nie trzeba by&#322;o ssa&#263; zupy przez s&#322;omk&#281; ani wciska&#263; sobie przerobionej na past&#281; do z&#281;b&#243;w baraniny z tubki w usta. Zawsze by&#322;em zwolennikiem normalnych, ludzkich posi&#322;k&#243;w.

In&#380;ynier natomiast bardzo si&#281; przerazi&#322;. To, &#380;e m&#243;wi&#322;em o roju jak o letnim deszczyku, sk&#322;onny by&#322; uzna&#263; za dow&#243;d mego pomieszania. &#321;agodnie wyja&#347;nia&#322;em mu, &#380;e po pierwsze r&#243;j jest py&#322;owy i bardzo rozrzedzany, a szansa spotkania od&#322;amk&#243;w, kt&#243;re mog&#322;yby uszkodzi&#263; statek, mniejsza ni&#380; szansa &#347;mierci wskutek spadni&#281;cia na g&#322;ow&#281; &#380;yrandola w teatrze; po drugie: i tak nie mo&#380;na nic zrobi&#263;, bo Per&#322;a jest niezdolna do manewr&#243;w mijania, po trzecie: kurs mamy, czystym trafem, niemal zbie&#380;ny z trajektori&#261; roju, wi&#281;c niebezpiecze&#324;stwo zderzenia zmniejsza si&#281; jeszcze o dalszych par&#281;set razy.

Jaka&#347; nie bardzo wydawa&#322; si&#281; przekonany, ale ja mia&#322;em ju&#380; do&#347;&#263; psychoterapii i wola&#322;em skoncentrowa&#263; si&#281; na telegrafi&#347;cie, to jest odci&#261;&#263; go cho&#263; na par&#281; godzin od jego &#378;r&#243;de&#322;, bo w roju by&#322;, w ko&#324;cu, bardziej potrzebny ni&#380; poza nim. Najbardziej obawia&#322;em si&#281; jednej tylko rzeczy wezwania SOS. Statk&#243;w by&#322;o w tej przestrzeni sporo, przekroczyli&#347;my ju&#380; perymetr Wenery i w obszarze tym panowa&#322; wcale znaczny ruch, nie tylko towarowy; siedzia&#322;em przy nadajniku, maj&#261;c telegrafist&#281; pod bokiem, do sz&#243;stej czasu pok&#322;adowego, wi&#281;c przesz&#322;o cztery godziny, na biernym nas&#322;uchu, szcz&#281;&#347;liwie bez jakichkolwiek alarm&#243;w. R&#243;j by&#322; tak rzadki, &#380;e trzeba si&#281; by&#322;o dos&#322;ownie godzinami wpatrywa&#263; w ekrany radarowe, aby dostrzec jakie&#347; mikroskopijne, najs&#322;absze mrowienia ale zn&#243;w nie przysi&#261;g&#322;bym, czy te zielone widemka nie by&#322;y po prostu z&#322;udzeniem wzroku przem&#281;czonego nieruchom&#261; fiksacj&#261;. Tymczasem nie tylko radiant, ale ca&#322;y tor owego hiperbolicznego roju, kt&#243;ry by&#322; ju&#380; nawet ochrzczony Kanopijskim (od gwiazd radiantu), obliczono na Lunie i na Ziemi, i wiadomo by&#322;o, &#380;e nie dojdzie do orbity Ziemi, ale mijaj&#261;c j&#261; bokiem opu&#347;ci system z dala od wielkich planet, kt&#243;re akurat by&#322;y w innej stronie i, jak si&#281; pojawi&#322;, zniknie w otch&#322;aniach galaktyki, aby nigdy ju&#380; do nas nie wr&#243;ci&#263;.

In&#380;ynier drogowy, wci&#261;&#380; niespokojny, zagl&#261;da&#322; do radiostacji, chocia&#380; wygania&#322;em go stamt&#261;d &#380;&#261;daj&#261;c, by pilnowa&#322; ster&#243;w; rozumie si&#281;, by&#322;o to czyst&#261; fikcj&#261;; najpierw nie mieli&#347;my ci&#261;gu, a bez ci&#261;gu nie ma sterowania, dalej on nie potrafi&#322; wykona&#263; najbardziej elementarnego manewru, kt&#243;rego bym mu zreszt&#261; nigdy nie powierzy&#322;, ale chcia&#322;em go czym&#347; zaj&#261;&#263;, a siebie uwolni&#263; od nieustannych molestowa&#324;. Pragn&#261;&#322; bowiem wiedzie&#263;, czy przechodzi&#322;em ju&#380; przez roje, ile razy, czy prze&#380;y&#322;em w zwi&#261;zku z tym katastrofy, czy powa&#380;ne, jakie s&#261; szanse ratunku w wypadku trafienia Da&#322;em mu zamiast odpowiedzi Podstawy kosmolocji i kosmodromii Kraffta, ksi&#261;&#380;k&#281; wzi&#261;&#322;, ale nawet jej, zdaje si&#281;, nie otworzy&#322;, &#322;akn&#261;&#322; bowiem zwierze&#324;, a nie suchych informacji. Wszystko to dzia&#322;o si&#281;, przypominam, na statku pozbawionym ci&#261;&#380;enia; w okoliczno&#347;ciach takich ruchy os&#243;b, nawet trze&#378;wych, s&#261; dosy&#263; goteskowo zmienione trzeba zawsze pami&#281;ta&#263; o jakim&#347; pasie, przypi&#281;ciu si&#281;, inaczej od naci&#347;ni&#281;cia o&#322;&#243;wka przy pisaniu mo&#380;na wyfrun&#261;&#263; pod sufit albo i nabi&#263; sobie guza. Telegrafista m&#243;j mia&#322; jednak inny system: nosi&#322; w kieszeniach mas&#281; rzeczy jakich&#347; ci&#281;&#380;ark&#243;w, skuwek, kluczy i kiedy znalaz&#322; si&#281; w opresji, zawis&#322;szy nieruchomo mi&#281;dzy stropem, pod&#322;og&#261; i &#347;cianami, po prostu si&#281;ga&#322; do spodni i ciska&#322; pierwszym przedmiotem, kt&#243;ry znalaz&#322;, aby &#322;agodnie odp&#322;yn&#261;&#263; w stron&#281; przeciwn&#261;. Metoda ta jest niezawodna i ka&#380;dorazowo potwierdza prawdziwo&#347;&#263; Newtonowskiej zasady akcji i reakcji, nie ca&#322;kiem jednak dogodna, zw&#322;aszcza dla innych, bo to, czym si&#281; rzuca, odbija si&#281; rykoszetami od &#347;cian i nieraz uruchomiona tak latanina twardych i bole&#347;nie mog&#261;cych ugodzi&#263; przedmiot&#243;w trwa do&#347;&#263; d&#322;ugo. M&#243;wi&#281; o tym, aby uzupe&#322;ni&#263; jeszcze jednym odcieniem koloryt owej podr&#243;&#380;y.

W eterze panowa&#322; tymczasem wzmo&#380;ony t&#322;ok; wiele statk&#243;w pasa&#380;erskich zmienia&#322;o, na wszelki wypadek i zgodnie z przepisami, trasy, Luna mia&#322;a z nimi sporo roboty, automatyczne nadajniki, kt&#243;re nadaj&#261; Morsem, oblicza&#322;y w wielkich stacjonarnych kalkulatorach poprawki orbitalne i kursowe, pru&#322;y bez ustanku seriami sygna&#322;&#243;w, zbyt przyspieszonych, aby mo&#380;na je odebra&#263; na s&#322;uch. Poza tym i fonia by&#322;a pe&#322;na g&#322;os&#243;w pasa&#380;erowie za ci&#281;&#380;kie pieni&#261;dze donosili strwo&#380;onym rodzinom, &#380;e maj&#261; si&#281; doskonale i nic im nie grozi, Luna astrofizyczna przekazywa&#322;a bie&#380;&#261;ce doniesienia o strefach zag&#281;szcze&#324; roju, o wynikach spektralnych analiz jego sk&#322;adu, s&#322;owem program by&#322; urozmaicony i cz&#322;owiek nie nudzi&#322; si&#281; zbytnio przy g&#322;o&#347;niku.

Moi kosmonauci ze &#347;wink&#261;, kt&#243;rzy wiedzieli ju&#380;, rozumie si&#281;, o chmurze hiperbolicznej, telefonowali cz&#281;sto-g&#281;sto do radiostacji, a&#380; wy&#322;&#261;czy&#322;em ich aparaty, o&#347;wiadczywszy, &#380;e niebezpiecze&#324;stwo, a w szczeg&#243;lno&#347;ci przebicie statku i utrat&#281; hermetyczno&#347;ci, rozpoznaj&#261; &#322;atwo po braku powietrza.

Oko&#322;o jedenastej poszed&#322;em zje&#347;&#263; co&#347; do mesy; telegrafista, kt&#243;ry na to tylko, zdaje si&#281;, czeka&#322;, znik&#322;, jakby si&#281; rozp&#322;yn&#261;&#322;, a ja by&#322;em zbyt zm&#281;czony, aby nie to, &#380;e szuka&#263; go, ale cho&#263; o nim my&#347;le&#263;. In&#380;ynier sko&#324;czy&#322; wacht&#281;, by&#322; spokojniejszy i zn&#243;w martwi&#322; si&#281; ju&#380; g&#322;&#243;wnie szwagrem, a odchodz&#261;c do siebie (ziewa&#322; jak wieloryb) powiedzia&#322; mi, &#380;e lewy ekran radaru musi by&#263; chyba popsuty, bo w jednym miejscu iskrzy si&#281; w nim co&#347; zielono. Z tymi s&#322;owami odszed&#322;, ja za&#347; ko&#324;czy&#322;em zimn&#261; wo&#322;owin&#281; z puszki i nagle, z widelcem wbitym w nieapetycznie zastyg&#322;y t&#322;uszcz, skamienia&#322;em.

In&#380;ynier zna&#322; si&#281; na obrazach radarowych jak ja na asfalcie. Ten zepsuty ekran

W nast&#281;pnej chwili gna&#322;em do sterowni. Tak to si&#281; m&#243;wi, w rzeczywisto&#347;ci porusza&#322;em si&#281; tylko tak szybko, jak to jest mo&#380;liwe, kiedy ca&#322;e przyspieszenie daj&#261; cz&#322;owiekowi chwyty r&#261;k i odbijania si&#281; nogami od wyst&#281;p&#243;w &#347;cian lub stropu; sterownia, gdy si&#281; do niej wreszcie dosta&#322;em, by&#322;a jakby wych&#322;&#243;d&#322;a, &#347;wiat&#322;a pulpit&#243;w wygaszone, kontrolki stosu ledwo si&#281; &#380;arzy&#322;y jak robaczki &#347;wi&#281;toja&#324;skie ze snu i tylko ekrany radar&#243;w pulsowa&#322;y nieustannymi obrotami promieni wodz&#261;cych; ju&#380; od drzwi patrza&#322;em na lewy.

W dolnym prawym kwadracie ja&#347;nia&#322; nieruchomy punkt, a w&#322;a&#347;ciwie gdy podszed&#322;em ca&#322;kiem blisko plamka wielko&#347;ci monety, sp&#322;aszczona soczewkowato, doskonale regularna, fosforyzuj&#261;ca zielono, jak malutka, pozornie tylko nieruchoma rybka pustego oceanu; gdyby j&#261; zobaczy&#322; normalny wachtowy, ale nie teraz, nie teraz, p&#243;&#322; godziny przedtem, w&#322;&#261;czy&#322;by automatyczny nadajnik pozycyjny, zawiadomi&#322;by dow&#243;dc&#281;, za&#380;&#261;da&#322;by od tamtego statku danych o kursie i przeznaczeniu, ale ja nie mia&#322;em wachtowych, by&#322;o o p&#243;&#322; godziny za p&#243;&#378;no, by&#322;em sam, wi&#281;c robi&#322;em, dalib&#243;g, wszystko naraz wezwane do identyfikacji, pozycyjne, nadajnik, wzbudzanie stosu, aby m&#243;g&#322; da&#263; w ka&#380;dej chwili ci&#261;g (by&#322; zimny jak bardzo, ale to bardzo stary nieboszczyk) bo minuty mija&#322;y, zd&#261;&#380;y&#322;em nawet uruchomi&#263; podr&#281;czny kalkulator p&#243;&#322;samoczynny i okaza&#322;o si&#281;, &#380;e tamten statek ma kurs prawie zbie&#380;ny z naszym, r&#243;&#380;nica wynosi&#322;a u&#322;amek minuty, prawdopodobie&#324;stwo zderzenia, i tak w pr&#243;&#380;ni niewyobra&#380;alnie nik&#322;e, r&#243;wna&#322;o si&#281; prawie zeru.

Tyle &#380;e statek milcza&#322;. Przesiad&#322;em si&#281; na drugi fotel i zacz&#261;&#322;em &#322;yska&#263; w niego Morsem z pok&#322;adowego lasera. By&#322; za nami, w odleg&#322;o&#347;ci oko&#322;o dziewi&#281;ciuset kilometr&#243;w, wi&#281;c nies&#322;ychanie blisko, i widzia&#322;em si&#281; ju&#380;, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, przed Trybuna&#322;em Kosmicznym (oczywi&#347;cie, nie za spowodowanie katastrofy po prostu za naruszenie &#243;smego paragrafu Kodeksu Kosmolocji przez NZ Niebezpieczne Zbli&#380;enie). My&#347;l&#281; sobie, &#380;e nawet &#347;lepi zobaczyliby moje &#347;wietlne sygna&#322;y. Statek ten w og&#243;le tylko dlatego tak uporczywie siedzia&#322; mi w radarze i nie chcia&#322; si&#281; odczepi&#263; od Per&#322;y, a przeciwnie z wolna si&#281; nawet do niej zbli&#380;a&#322;, poniewa&#380; w&#322;a&#347;nie mia&#322; zbli&#380;ony kurs. By&#322;y to prawie &#380;e r&#243;wnoleg&#322;e tory; przesuwa&#322; si&#281; w kwadracie ju&#380; brzegowo, bo by&#322; szybszy. Na oko oceni&#322;em jego szybko&#347;&#263; na hiperboliczn&#261;; rzeczywi&#347;cie, dwa namiary w odst&#281;pie dziesi&#281;ciosekundowym wykaza&#322;y, &#380;e robi&#322; dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t kilometr&#243;w na sekund&#281;. My&#347;my robili ledwo czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263;!

Nie odpowiada&#322; i zbli&#380;a&#322; si&#281;; wygl&#261;da&#322; ju&#380; okazale, nawet zanadto okazale. P&#322;on&#261;ca zieleni&#261; soczewka, widziana z loku, ostre wrzecionko Spojrza&#322;em na radarowy odleg&#322;o&#347;ciomierz, bo co&#347; zanadto mi ur&#243;s&#322; czterysta kilometr&#243;w. Zamruga&#322;em. Z takiej odleg&#322;o&#347;ci ka&#380;dy statek wygl&#261;da jak przecinek. Ech, z t&#261; Per&#322;&#261; Nocy! pomy&#347;la&#322;em. Wszystko tu jest nie tak. Przerzuci&#322;em obraz na ma&#322;y radar podr&#281;czny z kierunkow&#261; anten&#261;. By&#322; taki sam. Zg&#322;upia&#322;em. Mo&#380;e to przemkn&#281;&#322;o mi nagle te&#380; taki poci&#261;g Le Mansa jak ten, kt&#243;rego ja jestem maszynist&#261;? Tak ze czterdzie&#347;ci wrak&#243;w, jeden za drugim, st&#261;d te rozmiary Ale dlaczego taki wrzecionowaty?

Radaroskopy pracowa&#322;y, odleg&#322;o&#347;ciomierz samoczynny stuka&#322; i stuka&#322;: trzysta kilometr&#243;w. Dwie&#347;cie sze&#347;&#263;dziesi&#261;t. Dwie&#347;cie

Zacz&#261;&#322;em na Herrelsbergerze jeszcze raz oblicza&#263; kursy, bo mi to pachnia&#322;o zbyt bliskim przej&#347;ciem. Wiadomo, &#380;e od czasu kiedy na morzu zacz&#281;to stosowa&#263; radar, wszyscy poczuli si&#281; bezpieczni, a okr&#281;ty ton&#261; dalej. Wysz&#322;o mu powt&#243;rnie, &#380;e tamten przejdzie mi przed dziobem w odleg&#322;o&#347;ci jakich&#347; trzydziestu czterdziestu kilometr&#243;w. Sprawdzi&#322;em oba nadajniki automat wzywaj&#261;cy radiem i laserowy. Dzia&#322;a&#322;y, ale obcy milcza&#322;.

Do tej chwili mia&#322;em wci&#261;&#380; jeszcze nieczyste sumienie: lecia&#322;em przecie&#380; jaki&#347; czas na &#347;lepo, kiedy in&#380;ynier opowiada&#322; mi o swoim szwagrze i &#380;yczy&#322; dobrej nocy, a ja zajmowa&#322;em si&#281; wo&#322;owin&#261;, bo nie mia&#322;em ludzi i robi&#322;em wszystko sam teraz jednak jakby &#322;uski spad&#322;y mi z oczu. Nape&#322;niony &#347;wi&#281;tym oburzeniem, prawdziwego winowajc&#281; widzia&#322;em ju&#380; w owym g&#322;uchym, milcz&#261;cym statku, kt&#243;ry wali&#322; hiperboliczn&#261; przez sektor i nie raczy&#322; nawet odpowiedzie&#263; na bezpo&#347;rednie wezwanie przynaglaj&#261;ce!

W&#322;&#261;czy&#322;em foni&#281; i zacz&#261;&#322;em go wzywa&#263;. &#379;&#261;da&#322;em r&#243;&#380;nych rzeczy &#380;eby zapali&#322; sygna&#322;y pozycyjne i wyrzuci&#322; filary, &#380;eby si&#281; zidentyfikowa&#322;, &#380;eby poda&#322; nazw&#281;, miejsce przeznaczenia, armatora, wszystko, rozumie si&#281; umownymi skr&#243;tami; a on lecia&#322; sobie spokojnie, cichy, o w&#322;os nie zmieniaj&#261;c ani szybko&#347;ci, ani kursu, i mia&#322;em go ju&#380; na osiemdziesi&#281;ciu kilometrach.

Dot&#261;d by&#322; troch&#281; z bakburty, ale coraz wyra&#378;niej mnie wyprzedza&#322;, wszak robi&#322; w sekundzie dwa razy wi&#281;cej ni&#380; ja; i wiedzia&#322;em, &#380;e wskutek nieuwzgl&#281;dnienia przez kalkulator ca&#322;ej poprawki k&#261;towej odleg&#322;o&#347;&#263; mijania b&#281;dzie mniejsza od obliczonej o par&#281; kilometr&#243;w. Poni&#380;ej trzydziestu na pewno, a kto wie, czy nie ze dwadzie&#347;cia. Powinienem by&#322; hamowa&#263;, bo do takich zbli&#380;e&#324; dopuszcza&#263; nie wolno, ale nie mog&#322;em. Mia&#322;em za sob&#261; tylko sto z czym&#347; tysi&#281;cy ton cmentarzyska rakiet; musia&#322;bym pierwej odczepi&#263; wszystkie gruchoty. Sam nie da&#322;bym rady, za&#322;og&#281; mia&#322;em zaj&#281;t&#261; mumsem, o hamowaniu nie by&#322;o zatem mowy. Przyda&#263; si&#281; tu mog&#322;y raczej wiadomo&#347;ci z filozofii ani&#380;eli z kosmodromii: stoicyzm, fatalizm, ewentualnie nawet, w razie gdyby b&#322;&#261;d kalkulatora by&#322; nieprawdopodobnie wielki, co&#347; z eschatologii.

Przy dwudziestu dw&#243;ch kilometrach odleg&#322;o&#347;ci tamten statek wyra&#378;nie ju&#380; zacz&#261;&#322; wyprzedza&#263; Per&#322;&#281;. Wiedzia&#322;em, &#380;e odleg&#322;o&#347;&#263; b&#281;dzie odt&#261;d ros&#322;a, wi&#281;c wszystko by&#322;o tylko niby w porz&#261;dku; ca&#322;y czas patrza&#322;em do tej chwili tylko na odleg&#322;o&#347;ciomierz, bo by&#322; najwa&#380;niejszy i dopiero teraz ponownie spojrza&#322;em na radaroskop.

To nie by&#322; statek, ale wyspa lataj&#261;ca, nie wiem zreszt&#261; co. By&#322; wielki, z dwudziestu kilometr&#243;w jak moje dwa palce idealnie regularne wrzeciono zmieni&#322;o si&#281; w dysk, nie w obr&#261;czk&#281;!

Rzecz jasna, od dawna ju&#380; my&#347;licie sobie, &#380;e to by&#322; statek innych. No, bo skoro mia&#322; dziesi&#281;&#263; mil d&#322;ugo&#347;ci Tak to si&#281; m&#243;wi, ale kt&#243;&#380; wierzy w statki innych? Pierwszym moim impulsem by&#322;o goni&#263; go. Doprawdy! Chwyci&#322;em d&#378;wigni&#281; g&#322;&#243;wnego ci&#261;gu ale jej nie ruszy&#322;em. Mia&#322;em za ruf&#261; wraki na holu; to by&#322;o na nic. Skoczy&#322;em z fotela i w&#261;skim szybem dosta&#322;em si&#281; do nadbudowanej nad sterowni&#261;, ma&#322;ej, wpasowanej w pancerz zewn&#281;trzny kajuty astronomicznej. By&#322;o tam, nawet pod r&#281;k&#261;, wszystko, czego potrzebowa&#322;em: luneta i flary. Wystrzeli&#322;em trzy, jedn&#261; za drug&#261;, jak szybko mog&#322;em, w przybli&#380;onym kierunku tego statku i kiedy pierwsza rozb&#322;ys&#322;a, zacz&#261;&#322;em go szuka&#263;. By&#322; wielki jak wyspa, ale nie od razu go znalaz&#322;em. Blask flary, kt&#243;ra wskoczy&#322;a w pole widzenia, o&#347;lepi&#322; mnie do tego na par&#281; sekund, musia&#322;em cierpliwie czeka&#263;, a&#380; przejrz&#281;. Druga flara zapali&#322;a si&#281; daleko z boku, nic z niej nie mia&#322;em, trzecia wy&#380;ej. W jej nieruchomym &#347;wietle, bardzo bia&#322;ym, zobaczy&#322;em go.

Nie widzia&#322;em go d&#322;u&#380;ej ni&#380; pi&#281;&#263;, mo&#380;e sze&#347;&#263; sekund, bo flara nagle, jak to z nimi czasem bywa, wybuchn&#281;&#322;a mocniej i zgas&#322;a. Ale w owych paru sekundach zobaczy&#322;em przez mocne, osiemdziesi&#281;ciokrotne szk&#322;a, z wysoka, dosy&#263; s&#322;abo, widmowa, lecz wyra&#378;nie o&#347;wietlony ciemny kszta&#322;t metalu; patrza&#322;em na&#324; jakby z kilkusetmetrowej odleg&#322;o&#347;ci. Ledwo mie&#347;ci&#322; si&#281; w polu widzenia; w samym &#347;rodku wyra&#378;nie tli&#322;o kilka gwiazd, jakby tam by&#322; przezroczysty jakby to by&#322; ulany z ciemnej stali, lec&#261;cy w przestrzeni, pusty w &#347;rodku tunel; ale zdo&#322;a&#322;em dostrzec wyra&#378;niej, w tym ostatnim rozb&#322;ysku flary, &#380;e to jest rodzaj sp&#322;aszczonego walca, kt&#243;rego modelem by&#322;aby bardzo gruba opona patrze&#263; mog&#322;em na przestrza&#322; przez puste centrum, chocia&#380; nie le&#380;a&#322;o w osi spojrzenia; ten kolos by&#322; pochylony pod k&#261;tem do linii wzroku jak szklanka, kt&#243;r&#261; si&#281; lekko nachyli, aby wyla&#263; z niej powoli p&#322;yn.

Rzecz jasna, wcale nie rozpami&#281;tywa&#322;em owego widoku. tylko wystrzeli&#322;em nast&#281;pne flary; dwie nie wypali&#322;y, trzecia by&#322;a za kr&#243;tka, czwarta i pi&#261;ta ukaza&#322;y mi go po raz ostatni. Teraz bowiem, przeci&#261;wszy lini&#281; kursow&#261; Per&#322;y, oddala&#322; si&#281; coraz szybciej; by&#322; o sto, o dwie&#347;cie, o trzysta kilometr&#243;w wizualna obserwacja nie by&#322;a mo&#380;liwa.

Wr&#243;ci&#322;em natychmiast do sterowni, aby porz&#261;dnie ustali&#263; elementy jego ruchu; zamierza&#322;em, kiedy to zrobi&#281;, rozpocz&#261;&#263; alarm na wszystkich pasmach, jakiego kosmolocja nie pami&#281;ta; wyobra&#380;a&#322;em ju&#380; sobie, jak nakre&#347;lonym przeze mnie torem p&#243;jd&#261; sfory rakiet, &#380;eby dopa&#347;&#263; tego go&#347;cia z g&#322;&#281;bin.

By&#322;em w&#322;a&#347;ciwie pewny, &#380;e stanowi&#322; cz&#281;&#347;&#263; hiperbolicznego roju. Oko bywa w pewnych okoliczno&#347;ciach podobne do kamery fotograficznej i obraz, o&#347;wietlony mocno, cho&#263; na u&#322;amek sekundy, mo&#380;na jeszcze dobr&#261; chwil&#281; po j ego znikni&#281;ciu nie tylko rozpami&#281;tywa&#263;, lecz analizowa&#263; wcale szczeg&#243;&#322;owo, prawie tak, jakby aktualnie trwa&#322; nadal przed nami. A ja zobaczy&#322;em w tym agonalnym rozb&#322;ysku flary powierzchni&#281; olbrzyma; jego milowe pobocznice nie by&#322;y g&#322;adkie. lecz zryte, nieomal jak grunt ksi&#281;&#380;ycowy, &#347;wiat&#322;o rozciek&#322;o si&#281; po chropowato&#347;ciach, gruz&#322;ach, kraterowatych wg&#322;&#281;bieniach miliony lat musia&#322; ju&#380; tak lecie&#263;, wchodzi&#322;, ciemny i martwy, w mg&#322;awice py&#322;owe, wychodzi&#322; z nich po wiekach, a meteorytowy kurz w dziesi&#261;tkach tysi&#281;cy zderze&#324; &#380;ar&#322; go i nadgryza&#322; pr&#243;&#380;niow&#261; erozj&#261;. Nie umiem powiedzie&#263;, sk&#261;d bra&#322;a si&#281; we mnie ta pewno&#347;&#263;, ale wiedzia&#322;em, &#380;e nie ma w nim nikogo &#380;ywego, &#380;e to jest ju&#380; miliardoletni wrak i nie istnieje mo&#380;e nawet cywilizacja, kt&#243;ra go wyda&#322;a!

A kiedy o tym wszystkim my&#347;la&#322;em, r&#243;wnocze&#347;nie po raz czwarty, pi&#261;ty, sz&#243;sty, dla zupe&#322;nej ju&#380; dok&#322;adno&#347;ci, na wszelki wypadek, oblicza&#322;em elementy jego ruchu i ka&#380;dy rezultat uderzeniem klawisza posy&#322;a&#322;em w g&#322;&#261;b uk&#322;adu zapisuj&#261;cego, bo szkoda mi by&#322;o nawet sekundy, bo by&#322; ju&#380; tylko przecinkiem zielonkawej fosforyzacji na ekranach i jarzy&#322; si&#281;, jak spokojny &#347;wietlik, w brze&#380;nym sektorze prawego o dwa tysi&#261;ce, o trzy tysi&#261;ce, o sze&#347;&#263; tysi&#281;cy kilometr&#243;w.

Kiedy sko&#324;czy&#322;em, znik&#322;. C&#243;&#380; mi to jednak szkodzi&#322;o? By&#322; martwy, niezdolny do manewru, wi&#281;c nie m&#243;g&#322; nigdzie uciec, ukry&#263; si&#281;: lecia&#322; wprawdzie z hiperboliczn&#261;, ale m&#243;g&#322; go z &#322;atwo&#347;ci&#261; dogoni&#263; ka&#380;dy statek o reaktorze du&#380;ej mocy, a maj&#261;c tak precyzyjnie obliczone elementy ruchu

Otworzy&#322;em kaset&#281; aparatu zapisuj&#261;cego, &#380;eby wyj&#261;&#263; papierow&#261; ta&#347;m&#281; i p&#243;j&#347;&#263; z ni&#261; do radiostacji i wtedy, jakby we mnie grom uderzy&#322;, zastyg&#322;em, og&#322;upia&#322;y nagle, zdruzgotany

Metalowy b&#281;ben by&#322; pusty; ta&#347;ma dawno si&#281; ju&#380;, mo&#380;e przed godzinami, mo&#380;e przed dniami, sko&#324;czy&#322;a, nikt nie za&#322;o&#380;y&#322; nowej i posy&#322;a&#322;em wszystkie rezultaty oblicze&#324; donik&#261;d; przepad&#322;y co do jedynego; nie by&#322;o ani statku, ani jego &#347;ladu, nic

Rzuci&#322;em si&#281; do ekran&#243;w, potem, doprawdy, chcia&#322;em odczepi&#263; ten m&#243;j przekl&#281;ty balast, porzuci&#263; owe dobra Le Mansa i pu&#347;ci&#263; si&#281; dok&#261;d? Sam dobrze nie wiedzia&#322;em. Zapewne, kierunek Mniej wi&#281;cej na gwiazdozbi&#243;r Wodnika, ale c&#243;&#380; to by&#322; za cel! Mo&#380;e jednak? Gdybym poda&#322; przez radio sektor, w przybli&#380;eniu, oraz szybko&#347;&#263;

Nale&#380;a&#322;a to zrobi&#263;. By&#322;o to moim obowi&#261;zkiem, pierwszym ze wszystkich, je&#347;li w og&#243;le jakie&#347; jeszcze mia&#322;em.

Pojecha&#322;em wind&#261; na &#347;r&#243;dokr&#281;cie, do radiostacji, i ustala&#322;em ju&#380; kolejno&#347;&#263; dzia&#322;a&#324;: sygna&#322; wzywaj&#261;cy do Luny G&#322;&#243;wnej z &#380;&#261;daniem prawa pierwsze&#324;stwa dla nast&#281;pnych moich komunikat&#243;w, gdy&#380; chodzi o informacje najwi&#281;kszej wagi; takich nie b&#281;dzie odbiera&#322; automat, ale prawdopodobnie dy&#380;urny koordynator Luny; z&#322;o&#380;&#281; meldunek o dostrze&#380;eniu obcego statku, kt&#243;ry przeci&#261;&#322; m&#243;j kurs z szybko&#347;ci&#261; hiperboliczn&#261; i stanowi&#322; prawdopodobnie cz&#281;&#347;&#263; galaktycznego roju. Za&#380;&#261;da natychmiast podania element&#243;w jego ruchu. B&#281;d&#281; musia&#322; powiedzie&#263;, &#380;e obliczy&#322;em je wprawdzie, ale ich nie mam, bo magazynek ta&#347;mowy aparatu by&#322;, wskutek zaniedbania, pusty. W&#243;wczas za&#380;&#261;da, abym pada&#322; fix pilota, kt&#243;ry zaobserwowa&#322;, jako pierwszy, &#243;w statek. Ale i takiego fixu nie ma, bo wacht&#281; pe&#322;ni&#322; in&#380;ynier, z wykszta&#322;cenia drogowiec, a nie kosmonauta; z kolei je&#347;li to ju&#380; nie wyda mu si&#281; podejrzane zapyta, czemu nie poleci&#322;em, w trakcie dokonywania pomiar&#243;w, przekaza&#263; na bie&#380;&#261;co danych memu radiowcowi; wi&#281;c b&#281;d&#281; zmuszony wyja&#347;ni&#263;, &#380;e telegrafista nie pe&#322;ni&#322; s&#322;u&#380;by, bo by&#322; pijany. Je&#347;li zechce jeszcze w og&#243;le i wtedy prowadzi&#263; ze mn&#261; rozmow&#281; o takich sprawach przez tych trzysta sze&#347;&#263;dziesi&#261;t osiem milion&#243;w kilometr&#243;w, kt&#243;re nas dziel&#261;, zapragnie dowiedzie&#263; si&#281;, czemu nie pe&#322;ni&#322; s&#322;u&#380;by kt&#243;ry&#347; z pilot&#243;w jaka zast&#281;pca telegrafisty; wtedy odpowiem, &#380;e ca&#322;a za&#322;oga ma &#347;wink&#281; i le&#380;y w gor&#261;czce. Je&#347;liby do tej chwili &#380;ywi&#322; jeszcze jakiekolwiek w&#261;tpliwo&#347;ci, upewni si&#281;, &#380;e cz&#322;owiek, kt&#243;ry w &#347;rodku nocy alarmuje go wiadomo&#347;ciami o statku innych, jest albo nie przy zdrowych zmys&#322;ach, albo pijany. Spyta, czy utrwali&#322;em wizerunek statku w jakikolwiek spos&#243;b fotografuj&#261;c go w &#347;wietle flar, zapisuj&#261;c dane radarowe na ferrota&#347;mie albo przynajmniej notuj&#261;c wszystkie kolejne wezwania, z jakimi zwraca&#322;em si&#281; do niego przez radio. Ale nie mam nic, nic, poniewa&#380; zbytnio si&#281; spieszy&#322;em, nie uwa&#380;a&#322;em, aby jakie&#347; fotografie by&#322;y potrzebne, skoro niebawem ziemskie statki do&#347;cign&#261; niezwyk&#322;y cel i wszystkie urz&#261;dzenia zapisuj&#261;ce by&#322;y wy&#322;&#261;czone. Zrobi wtedy to, co ja uczyni&#322;bym na jego miejscu ka&#380;e mi si&#281; wy&#322;&#261;czy&#263; i zapyta wszystkie statki mojego sektora, czy kt&#243;ry&#347; nie dostrzeg&#322; nic podejrzanego. Ot&#243;&#380; &#380;aden statek nie m&#243;g&#322; zobaczy&#263; galaktycznego go&#347;cia. By&#322;em tego pewny. Spotka&#322;em go tylko dlatego, &#380;e lecia&#322;em w p&#322;aszczy&#378;nie ekliptyki, cho&#263; jest to najsurowiej wzbronione, zawsze bowiem kr&#261;&#380;y w niej py&#322; i resztki zmielonych przez czas meteor&#243;w czy kometowych ogon&#243;w. Przekroczy&#322;em ten zakaz, bo inaczej nie wystarczy&#322;oby mi paliwa dla manewr&#243;w, maj&#261;cych wzbogaci&#263; Le Mansa o sto czterdzie&#347;ci tysi&#281;cy ton z&#322;omu rakietowego. Nale&#380;a&#322;o od razu uprzedzi&#263; koordynatora Luny, &#380;e spotkanie nast&#261;pi&#322;o w strefie zakazanej, co poci&#261;gn&#281;&#322;oby za sob&#261; nieprzyjemn&#261; rozmow&#281; w Komisji Dyscyplinarnej przy Trybunale Kosmicznej &#379;eglugi. Zalewne, odkrycie tego statku warte by&#322;o czego&#347; wi&#281;cej ni&#380; upomnienia Komisji, a mo&#380;e i kary, ale tylko pod warunkiem, &#380;e si&#281; go rzeczywi&#347;cie dosi&#281;gnie. Ot&#243;&#380; to wygl&#261;da&#322;o mi na rzecz beznadziejn&#261;. Musia&#322;em mianowicie za&#380;&#261;da&#263;, aby w obszar podw&#243;jnego zagro&#380;enia, bo w stref&#281; ekliptyki, i do tego jeszcze nawiedzon&#261; przez hiperboliczny r&#243;j, rzucono ca&#322;&#261; flotyll&#281; statk&#243;w na poszukiwania. Koordynator Luny, gdyby nawet chcia&#322;, nie mia&#322; prawa tego uczyni&#263;; a gdybym si&#281; na g&#322;owie postawi&#322; i do rana wzywa&#322; COSNAV ziemski i Mi&#281;dzynarodow&#261; Komisj&#281; do Spraw Badania Przestrzeni, i diabli wiedz&#261;, kogo jeszcze, rozpocz&#281;&#322;yby si&#281; obrady i posiedzenia, za czym, gdyby sz&#322;y b&#322;yskawicznie, ju&#380; po jakich&#347; trzech tygodniach zapad&#322;aby decyzja. Ale jak to obliczy&#322;em jeszcze w windzie, bo doprawdy tej nocy my&#347;la&#322;o mi si&#281; bardzo szybko &#243;w statek b&#281;dzie si&#281; w&#243;wczas znajdowa&#322; w odleg&#322;o&#347;ci stu dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu milion&#243;w kilometr&#243;w od miejsca spotkania, wi&#281;c poza S&#322;o&#324;cem, kt&#243;re minie dostatecznie blisko, aby odchyli&#322;o jego trajektori&#281;, i przestrze&#324;, w kt&#243;rej przyjdzie go szuka&#263;, b&#281;dzie liczy&#322;a ponad dziesi&#281;&#263; miliard&#243;w kilometr&#243;w sze&#347;ciennych. By&#263; mo&#380;e dwadzie&#347;cia.

Tak to si&#281; przedstawia&#322;o, kiedy dotar&#322;em do radiostacji. Siad&#322;em tam i pr&#243;bowa&#322;em jeszcze oceni&#263; szacunkowo, jakie s&#261; szanse dostrze&#380;enia statku przez wielki radioteleskop Luny, najpot&#281;&#380;niejsz&#261; jednostk&#281; radioastronomiczn&#261; ca&#322;ego uk&#322;adu. Ale Ziemia z Ksi&#281;&#380;ycem znajdowa&#322;a si&#281; akurat po przeciwnej stronie orbity w stosunku do mnie, wi&#281;c i do tego statku. Radioteleskop by&#322; pot&#281;&#380;ny, ale nie a&#380; tak pot&#281;&#380;ny, aby z odleg&#322;o&#347;ci czterystu milion&#243;w kilometr&#243;w dostrzec kilkumetrowe cia&#322;o. I to by&#322; koniec ca&#322;ej tej historii. Podar&#322;em kartki z obliczeniami, wsta&#322;em i cicho poszed&#322;em do kajuty z uczuciem, &#380;e pope&#322;ni&#322;em zbrodni&#281;. Mieli&#347;my go&#347;cia z kosmosu, odwiedziny, zdarzaj&#261;ce si&#281; bo ja wiem? raz na miliony, nie na setki milion&#243;w lat. I przez mumsa, Le Mansa, jego wraki, pijanego Metysa, in&#380;yniera z jego szwagrem i moje niedbalstwo przeszed&#322; nam przez palce, aby rozpu&#347;ci&#263; si&#281;, jak duch, w niesko&#324;czonej przestrzeni. Od tej nocy &#380;y&#322;em w jakim&#347; dziwnym napi&#281;ciu przez dwana&#347;cie tygodni w tym czasie bowiem martwy statek musia&#322; wej&#347;&#263; w obszar wielkich planet i tym samym zosta&#263; stracony dla nas ju&#380; na zawsze. Nie opuszcza&#322;em, je&#347;li to by&#322;o mo&#380;liwe, radiostacji, &#380;ywi&#261;c coraz s&#322;absz&#261; nadziej&#281;, &#380;e jednak kto&#347; go dostrze&#380;e, kto&#347; przytomniejszy ode mnie albo po prostu bardziej szcz&#281;&#347;liwy, ale nic takiego si&#281; nie sta&#322;o. Rozumie si&#281;, nikomu o tym nie m&#243;wi&#322;em. Ludzko&#347;ci niecz&#281;sto trafiaj&#261; si&#281; takie okazje. Poczuwam si&#281; do winy nie tylko wobec niej ale i wobec owej drugiej; i nie czeka mnie nawet herostratesowa s&#322;awa, bo teraz, po tylu latach, nikt mi ju&#380;, na szcz&#281;&#347;cie, nie uwierzy. Zreszt&#261; i ja sam miewam czasami w&#261;tpliwo&#347;ci: by&#263; mo&#380;e, nie zdarzy&#322;o mi si&#281; nic pr&#243;cz zimnej, ci&#281;&#380;kostrawnej wo&#322;owiny.



Rozprawa

&#346;wiadek Shennan Ouine?

To ja, panie komandorze.

Jest pan &#347;wiadkiem w post&#281;powaniu tocz&#261;cym si&#281; przed Trybuna&#322;em Izby Kosmicznej, kt&#243;remu przewodnicz&#281;. Zwracaj&#261;c si&#281; do mnie, prosz&#281; u&#380;ywa&#263; tytu&#322;u przewodnicz&#261;cego, a cz&#322;onk&#243;w Trybuna&#322;u nazywa&#263; s&#281;dziami. Na pytania Trybuna&#322;u winien pan odpowiada&#263; niezw&#322;ocznie, natomiast na pytania oskar&#380;enia i obrony tylko po uprzednim zezwoleniu Trybuna&#322;u. W zeznaniach mo&#380;e si&#281; pan opiera&#263; wy&#322;&#261;cznie na tym, co pan widzia&#322; i wie z w&#322;asnego do&#347;wiadczenia, ale nie na tym, co pan s&#322;ysza&#322; od os&#243;b trzecich. Czy &#347;wiadek zrozumia&#322; pouczenie?

Tak, panie przewodnicz&#261;cy.

Nazwisko i imi&#281; &#347;wiadka brzmi Shennan Ouine?

Tak.

Jako cz&#322;onek za&#322;ogi Goliata u&#380;ywa&#322; pan jednak innego nazwiska?

Tak, panie przewodnicz&#261;cy: to by&#322;o jednym z warunk&#243;w umowy, jak&#261; zawarli ze mn&#261; armatorzy.

&#346;wiadek zna&#322; powody, dla kt&#243;rych nadano mu pseudonim?

Zna&#322;em je, panie przewodnicz&#261;cy.

&#346;wiadek bra&#322; udzia&#322; w locie okr&#281;&#380;nym Goliata, okresie od siedemnastego do trzydziestego pa&#378;dziernika bie&#380;&#261;cego roku?

Tak, panie przewodnicz&#261;cy.

Jakie funkcje pe&#322;ni&#322; &#347;wiadek na pok&#322;adzie?

By&#322;em drugim pilotem.

Prosz&#281; opowiedzie&#263; Trybuna&#322;owi, co zasz&#322;o na podk&#322;adzie Goliata w dniu dwudziestym pierwszym pa&#378;dziernika podczas wspomnianego rejsu, poczynaj&#261;c od ustale&#324; dotycz&#261;cych po&#322;o&#380;enia statku i postawionych mu zada&#324;.

O &#243;smej trzydzie&#347;ci czasu pok&#322;adowego przeci&#281;li&#347;my perymetr satelit&#243;w Saturna z szybko&#347;ci&#261; hiperboliczn&#261; i zacz&#281;li&#347;my hamowanie, kt&#243;re trwa&#322;o do jedenastej. Wytracili&#347;my w tym czasie hiperboliczn&#261; i przy podw&#243;jnej okr&#281;&#380;nej zerowej rozpocz&#281;li&#347;my manewr wchodzenia na orbit&#281; ko&#322;ow&#261;, aby naprowadza&#263; z niej sztuczne satelity na p&#322;aszczyzn&#281; pier&#347;cienia.

Przez podw&#243;jn&#261; zerow&#261; &#347;wiadek rozumie szybko&#347;&#263; pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu dwu kilometr&#243;w na sekund&#281;?

Tak, panie przewodnicz&#261;cy. O jedenastej sko&#324;czy&#322;em moj&#261; wacht&#281;, ale poniewa&#380; manewrowanie wobec trwa&#322;ych zak&#322;&#243;ce&#324; wymaga&#322;o ci&#261;g&#322;ych poprawek kursowych, zamieni&#322;em si&#281; tylko miejscem z pierwszym pilotem, kt&#243;ry odt&#261;d prowadzi&#322;, a ja pracowa&#322;em jako nawigator.

Kto kaza&#322; panu tak post&#261;pi&#263;?

Dow&#243;dca, panie s&#281;dzio. By&#322;a to zreszt&#261; procedura normalna w takich okoliczno&#347;ciach. Zadaniem naszym by&#322;o podej&#347;&#263; mo&#380;liwie blisko na bezpieczn&#261; jeszcze odleg&#322;o&#347;&#263; do granicy Rochea w p&#322;aszczy&#378;nie pier&#347;cienia i stamt&#261;d, z orbity praktycznie ko&#322;owej, wyrzuci&#263; kolejno trzy sondy automatyczne, kt&#243;re mieli&#347;my naprowadzi&#263; zdalnie drog&#261; radiow&#261; w obr&#281;b strefy Rochea. Jedna sonda mia&#322;a by&#263; umieszczona wewn&#261;trz szczeliny Cassiniego, to znaczy w przestrzeni oddzielaj&#261;cej wewn&#281;trzny pier&#347;cie&#324; Saturna od zewn&#281;trznego, a dwie pozosta&#322;e by&#322;y przeznaczone do kontrolowania jej. ruch&#243;w. Czy mam to obja&#347;ni&#263; dok&#322;adniej?

Prosz&#281; to zrobi&#263;.

S&#322;uchani, panie przewodnicz&#261;cy. Ka&#380;dy z pier&#347;cieni Saturna sk&#322;ada si&#281; z drobnych cia&#322; meteoropodobnych, a rozdziela je szczelina o szeroko&#347;ci mniej wi&#281;cej czterech tysi&#281;cy kilometr&#243;w. Sztuczny satelita, umieszczony wewn&#261;trz szczeliny i obiegaj&#261;cy planet&#281; po ko&#322;owej orbicie, mia&#322; dostarcza&#263; informacji o zak&#322;&#243;ceniach grawitacyjnego pola oraz o wewn&#281;trznych ruchach wzajemnych cia&#322;, z kt&#243;rych sk&#322;adaj&#261; si&#281; pier&#347;cienie. Jednak&#380;e satelita taki zosta&#322;by w kr&#243;tkim czasie wypchni&#281;ty perturbacjami z owej pustej przestrzeni albo w obr&#281;b pier&#347;cienia wewn&#281;trznego, albo zewn&#281;trznego, i naturalnie strzaskany jak we m&#322;ynie.

Aby do tego nie dopu&#347;ci&#263;, mieli&#347;my u&#380;y&#263; specjalnych satelit&#243;w, posiadaj&#261;cych w&#322;asny nap&#281;d w postaci silnik&#243;w jonowych o wzgl&#281;dnie ma&#322;ym ci&#261;gu, rz&#281;du jednej czwartej do jednej pi&#261;tej tony, przy czym dwa satelity-str&#243;&#380;e winny by&#322;y dzi&#281;ki radarowym czujnikom baczy&#263; na to, &#380;eby ten, kt&#243;ry kr&#261;&#380;y wewn&#261;trz szczeliny, nie opuszcza&#322; jej. Posiadaj&#261;c na pok&#322;adach kalkulatory, mia&#322;y one oblicza&#263; odpowiednie poprawki dla owego satelity i uruchamia&#263; nale&#380;ycie jego silniki, przez co spodziewano si&#281;, &#380;e satelita b&#281;dzie m&#243;g&#322; pracowa&#263; tak d&#322;ugo, jak d&#322;ugo b&#281;dzie mia&#322; ci&#261;g, wi&#281;c oko&#322;o dwu miesi&#281;cy.

W jakim celu mieli&#347;cie umie&#347;ci&#263; a&#380; dwa satelity kontroli? Czy &#347;wiadek nie uwa&#380;a, &#380;e wystarczy&#322;by jeden?

Na pewno wystarczy&#322;by jeden, panie s&#281;dzio. Drugi str&#243;&#380; by&#322; po prostu rezerw&#261; na wypadek, gdyby pierwszy zawi&#243;d&#322; b&#261;d&#378; uleg&#322; zniszczeniu w kolizji meteorytowej. Z Ziemi, obserwowana astronomicznie, przestrze&#324; oko&#322;osaturnowa wydaje si&#281; poza pier&#347;cieniami i ksi&#281;&#380;ycami pusta, ale w rzeczywisto&#347;ci jest porz&#261;dnie za&#347;miecona. Wymijanie drobnych cia&#322; jest oczywi&#347;cie w takich warunkach niemo&#380;liwe. W&#322;a&#347;nie dlatego by&#322;o naszym zadaniem utrzymywa&#263; szybko&#347;&#263; ko&#322;ow&#261; orbitaln&#261;, poniewa&#380; praktycznie wszystkie okruchy kr&#261;&#380;&#261; w przyr&#243;wnikowej p&#322;aszczy&#378;nie Saturna z jego pierwsz&#261; kosmiczn&#261; szybko&#347;ci&#261;. Zmniejsza&#322;o to szanse zderzenia do rozs&#261;dnego minimum. Mieli&#347;my poza tym na pok&#322;adzie ochron&#281; przeciwmeteorytow&#261; pod postaci&#261; ekran&#243;w do wystrzelania: ekrany mo&#380;na by&#322;o albo wystrzeli&#263; ze stanowiska pilota, albo te&#380; m&#243;g&#322; to samo zrobi&#263; odpowiedni automat, sprz&#281;&#380;ony z radarem w&#322;asnym statku.

Czy &#347;wiadek uwa&#380;a&#322; zadanie za trudne b&#261;d&#378; niebezpieczne?

Nie by&#322;o ani specjalnie niebezpieczne, ani szczeg&#243;lnie trudne, panie s&#281;dzio, przy za&#322;o&#380;eniu, &#380;e wszystkie manewry zostan&#261; wykonane sprawnie i bez zak&#322;&#243;ce&#324;. Saturn, z jego pobli&#380;em, uchodzi w&#347;r&#243;d nas za &#347;mietnik gorszy od Jowiszowego, ale za to przyspieszenia, kt&#243;re trzeba rozwija&#263; przy manewrach, s&#261; daleko mniejsze ni&#380; w perymetrach Jowisza, i to daje znaczne plusy.

Kogo &#347;wiadek mia&#322; na my&#347;li, m&#243;wi&#261;c w&#347;r&#243;d nas?

Pilot&#243;w, panie s&#281;dzio, no i nawigator&#243;w.

Jednym s&#322;owem kosmonaut&#243;w?

Tak, panie s&#281;dzio. Gdy dochodzi&#322;a dwunasta czasu pok&#322;adowego, doszli&#347;my praktycznie do zewn&#281;trznej granicy pier&#347;cienia.

W jego p&#322;aszczy&#378;nie?

Tak. Na odleg&#322;o&#347;&#263; oko&#322;o tysi&#261;ca kilometr&#243;w. Czujniki wskazywa&#322;y ju&#380; tam znaczne zapylenie. Mieli&#347;my oko&#322;o czterystu mikrozderze&#324; py&#322;owych na minut&#281;. Zgodnie z programem weszli&#347;my w stref&#281; Rochea ponad pier&#347;cieniem i z orbity ko&#322;owej, kt&#243;ra by&#322;a praktycznie r&#243;wnoleg&#322;a do szczeliny Cassiniego, zacz&#281;li&#347;my wyrzuca&#263; sondy. Pierwsz&#261; wystrzelili&#347;my o pi&#281;tnastej czasu pok&#322;adowego i naprowadzili&#347;my j&#261; impulsem radarowym w obr&#281;b samej szczeliny. To w&#322;a&#347;nie by&#322;o moim zadaniem. Pilot pomaga&#322; mi, utrzymuj&#261;c minimalny ci&#261;g. Dzi&#281;ki temu kr&#261;&#380;yli&#347;my praktycznie z tak&#261; sam&#261; szybko&#347;ci&#261; jak pier&#347;cienie, Calder manewrowa&#322; bardzo zr&#281;cznie. Ci&#261;g dawa&#322; tylko taki, kt&#243;ry pozwala prawid&#322;owo zorientowa&#263; statek dziobem do przodu, bo bez ci&#261;gu wchodzi si&#281; od razu w kozio&#322;kowanie.

Kto znajdowa&#322; si&#281; w sterowni opr&#243;cz &#347;wiadka i pierwszego pilota?

Wszyscy. Ca&#322;a za&#322;oga, panie s&#281;dzio. Dow&#243;dca siedzia&#322; mi&#281;dzy mn&#261; i Calderem, bardziej po jego stronie, bo tak ustawi&#322; sobie fotel. Za mn&#261; by&#322; in&#380;ynier z elektronikiem. Doktor Burns siedzia&#322;, zdaje si&#281;, za dow&#243;dc&#261;.

&#346;wiadek nie jest tego pewny?

Nie zwr&#243;ci&#322;em na to uwagi. By&#322;em przez ca&#322;y czas zaj&#281;ty, a zreszt&#261; z fotela trudno patrze&#263; w ty&#322;. Oparcie jest zbyt wysokie.

Sonda zosta&#322;a wprowadzona w szczelin&#281; wizualnie?

Nie tylko wizualnie, panie s&#281;dzio. Mia&#322;em z ni&#261; trwa&#322;&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; telewizyjn&#261;. Pomaga&#322;em te&#380; sobie radarowym altimetrem. Obliczywszy dane jej orbity stwierdzi&#322;em, &#380;e siedzi dobrze mniej wi&#281;cej po&#347;rodku pustej przestrzeni mi&#281;dzypier&#347;cieniowej i powiedzia&#322;em Calderowi, &#380;e jestem got&#243;w.

&#379;e &#347;wiadek jest got&#243;w?

Tak, do naprowadzenia nast&#281;pnej sondy. Calder uruchomi&#322; &#322;ap&#281;, klapa otwar&#322;a si&#281;, ale sonda nie wysz&#322;a.

Co pan nazywa &#322;ap&#261;?

T&#322;ok poruszany hydraulicznie, kt&#243;ry wypycha sond&#281; z zewn&#281;trznej wyrzutni po otwarciu klapy. Mieli&#347;my na rufie trzy takie wyrzutnie i nale&#380;a&#322;o trzykrotnie powt&#243;rzy&#263; ten sam manewr.

Wi&#281;c drugi z kolei satelita nie opu&#347;ci&#322; statku?

Nie, utkwi&#322; w wyrzutni.

Prosz&#281; dok&#322;adnie przedstawi&#263;, jak do tego dosz&#322;o.

Kolejno&#347;&#263; operacji by&#322;a nast&#281;puj&#261;ca: najpierw otwiera si&#281; klap&#281; zewn&#281;trzn&#261;, potem uruchamia si&#281; hydraulik&#281;, a gdy wska&#378;nik daje zna&#263;, &#380;e satelita wychodzi, w&#322;&#261;cza si&#281; jego automat startowy. Automat daje zap&#322;on po stu sekundach op&#243;&#378;nienia, wi&#281;c zawsze jest dosy&#263; czasu, &#380;eby go wy&#322;&#261;czy&#263;, gdyby dosz&#322;o do awarii. Automat uruchamia ma&#322;y booster na paliwo sta&#322;e i satelita odchodzi w&#322;asnym ci&#261;giem od statku, pi&#281;tnastosekundowym ci&#261;giem rz&#281;du tony. Chodzi o to, &#380;eby oddali&#322; si&#281; od macierzystego statku mo&#380;liwie szybko. Kiedy booster si&#281; wypala, automatycznie w&#322;&#261;czeniu ulega silnik jonowy, znajduj&#261;cy si&#281; pod zdaln&#261; kontrol&#261; nawigatora. W tym wypadku Calder w&#322;&#261;czy&#322; ju&#380; automat rozruchu, bo satelita zacz&#261;&#322; si&#281; wysuwa&#263;, a kiedy nagle stan&#261;&#322;, pr&#243;bowa&#322; automat wy&#322;&#261;czy&#263;, ale mu si&#281; to nie uda&#322;o.

&#346;wiadek jest pewien tego, &#380;e pierwszy pilot usi&#322;owa&#322; wy&#322;&#261;czy&#263; startowy automat sondy?

Tak, mocowa&#322; si&#281; z r&#281;koje&#347;ci&#261;, kt&#243;ra zeskoczy&#322;a wstecz, ale nie wiem, czemu &#322;adunek mimo to odpali&#322;. Calder krzykn&#261;&#322;: Blok! to s&#322;ysza&#322;em.

Krzykn&#261;&#322;: Blok!?

Tak, co&#347; si&#281; tam zablokowa&#322;o. By&#322;o jeszcze oko&#322;o p&#243;&#322; minuty do odpalenia boostera, wi&#281;c stara&#322; si&#281; ponownie wypchn&#261;&#263; sond&#281;, zwi&#281;kszaj&#261;c ci&#347;nienie, manometry wskazywa&#322;y maksimum, ale siedzia&#322;a jak wklinowana. Wtedy cofn&#261;&#322; t&#322;ok i uruchomi&#322; go ponownie, wszyscy czuli&#347;my, jak uderzy&#322; w sond&#281;, bo to by&#322;o prawie jak uderzenie m&#322;otem.

Usi&#322;owa&#322; w ten spos&#243;b wypchn&#261;&#263; sond&#281;?

Tak, panie s&#281;dzio; nale&#380;a&#322;o si&#281; liczy&#263; z jej ewentualnym zniszczeniem, bo nie zwi&#281;kszy&#322; nacisku stopniowo, ale da&#322; od razu pe&#322;ne ci&#347;nienie w przewody, co zreszt&#261; by&#322;o zupe&#322;nie rozs&#261;dne, bior&#261;c pod uwag&#281; to, &#380;e mieli&#347;my zapasow&#261; sond&#281;, ale nie mieli&#347;my zapasowego statku.

Czy to mia&#322; by&#263; dowcip? &#346;wiadek zechce si&#281; powstrzyma&#263; od takiego okraszania zezna&#324;.

Tak wi&#281;c t&#322;ok uderzy&#322;, ale sonda nie wysz&#322;a, a &#380;e czas mija&#322;, krzykn&#261;&#322;em Pasy! i zapi&#261;&#322;em si&#281; na ca&#322;&#261; moc. Opr&#243;cz mnie krzykn&#281;&#322;o to co najmniej dwu ludzi, jednym z nich by&#322; dow&#243;dca, pozna&#322;em go po g&#322;osie.

Prosz&#281; wyja&#347;ni&#263; Trybuna&#322;owi, czemu &#347;wiadek post&#261;pi&#322; w ten spos&#243;b.

Byli&#347;my na orbicie ko&#322;owej, nad pier&#347;cieniem A, wi&#281;c szli&#347;my praktycznie bez ci&#261;gu. Wiedzia&#322;em, &#380;e kiedy booster odpali, a odpali&#263; musia&#322;, bo starter ju&#380; dzia&#322;a&#322;, dostaniemy boczny odrzut i statek zacznie kozio&#322;kowa&#263;. Zaklinowa&#322;a si&#281; sonda sterburty, zwr&#243;conej ku Saturnowi. Musia&#322;a wi&#281;c dzia&#322;a&#263; jako boczny deflektor. Oczekiwa&#322;em kozio&#322;k&#243;w i si&#322;y od&#347;rodkowej, kt&#243;r&#261; pilot b&#281;dzie zmuszony gasi&#263; w&#322;asnym ci&#261;giem przeciwnym statku. W takim po&#322;o&#380;eniu nie da&#322;oby si&#281; z g&#243;ry przewidzie&#263; wszystkich ewolucji, do jakich mog&#322;o doj&#347;&#263;. Trzeba by&#322;o w ka&#380;dym razie by&#263; porz&#261;dnie zapi&#281;tym.

Wi&#281;c &#347;wiadek podczas wachty, pe&#322;ni&#261;c u ster&#243;w funkcje nawigatora, mia&#322; rozpi&#281;te pasy?

Nie, panie s&#281;dzio, nie by&#322;y rozpi&#281;te, mia&#322;y tylko luz. Mo&#380;na go w pewnych granicach regulowa&#263;. Przy ca&#322;kowitym zaci&#261;gni&#281;ciu klamry nazywamy to na ca&#322;&#261; moc ma si&#281; zmniejszon&#261; swobod&#281; ruch&#243;w.

Czy &#347;wiadkowi wiadomo o tym, &#380;e regulamin nie przewiduje &#380;adnych luz&#243;w ani ustopniowania w zaci&#261;ganiu pas&#243;w?

Tak jest, Wysoki Trybunale, wiedzia&#322;em, &#380;e instrukcja m&#243;wi co&#347; innego, ale tak si&#281; zawsze robi.

Jak to &#347;wiadek rozumie?

W praktyce na wszystkich statkach, na jakich lata&#322;em, regulowa&#322;o si&#281; luzy w pasach, bo to u&#322;atwia prac&#281;.

Nagminno&#347;&#263; wykroczenia nie mo&#380;e go usprawiedliwi&#263;. Prosz&#281; m&#243;wi&#263; dalej.

Tak jak tego oczekiwa&#322;em, booster sondy odpali&#322;. Statek zacz&#261;&#322; si&#281; obraca&#263; w osi poprzecznej i r&#243;wnocze&#347;nie znosi&#322;o nas z dotychczasowej orbity, zreszt&#261; bardzo powoli. Pilot r&#243;wnowa&#380;y&#322; ten ruch podw&#243;jny w&#322;asnym ci&#261;giem bocznym, ale nie do ko&#324;ca, to znaczy nie z zerowym skutkiem.

Dlaczego?

Nie by&#322;em sam przy sterach, ale przypuszczam, &#380;e to by&#322;o nie do zrobienia. Sonda siedzia&#322;a zaklinowana w wyrzutni z otwart&#261; klap&#261;, przez ten otw&#243;r wydobywa&#322;a si&#281; cz&#281;&#347;&#263; gaz&#243;w jej silnika, przy czym strumie&#324; gaz&#243;w musia&#322; mie&#263; zawirowania i przez to nie bi&#322; r&#243;wnomiernie. Efekt by&#322; taki, &#380;e boczne impulsy raz s&#322;ab&#322;y, a raz si&#281; wzmaga&#322;y, wskutek czego korekcja ci&#261;giem w&#322;asnym powodowa&#322;a wahad&#322;owe ruchy boczne ca&#322;ego korpusu, a kiedy booster wypali&#322; si&#281;, przeszli&#347;my w kozio&#322;kowanie daleko silniejsze, z odwrotnym znakiem, kt&#243;re pilot zgasi&#322; dopiero po dobrej chwili, gdy si&#281; zorientowa&#322;, &#380;e booster wprawdzie zdech&#322;, ale pracuje za to silnik jonowy.

Booster zdech&#322;?

Chcia&#322;em powiedzie&#263;, &#380;e pilot nie by&#322; zupe&#322;nie pewien, czy silnik jonowy sondy odpali, w ko&#324;cu uderzy&#322; j&#261; bardzo silnie t&#322;okiem i m&#243;g&#322; go uszkodzi&#263;: zreszt&#261; w&#322;a&#347;nie to by&#322;o chyba jego zamiarem, ja te&#380; bym tak post&#261;pi&#322;. Kiedy booster wygas&#322;, okaza&#322;o si&#281; jednak, &#380;e nap&#281;d jonowy dzia&#322;a i znowu mieli&#347;my defleksj&#281; boczn&#261; rz&#281;du jednej czwartej tony. Nie by&#322;o tego wiele, a jednak dosy&#263; dla kozio&#322;kowania na takiej orbicie. Mieli&#347;my przecie&#380; okr&#281;&#380;n&#261; szybko&#347;&#263; orbitaln&#261;, a wtedy najmniejsze r&#243;&#380;nice przyspieszenia wywieraj&#261; ogromny efekt na trajektori&#281; lotu i na stateczno&#347;&#263; w&#322;asn&#261;.

Jak zachowali si&#281; wtedy cz&#322;onkowie za&#322;ogi?

Zupe&#322;nie spokojnie, panie s&#281;dzio. Oczywi&#347;cie wszyscy musieli, zdawa&#263; sobie spraw&#281; z niebezpiecze&#324;stwa w momencie, gdy booster odpali&#322;, bo to jest &#322;adunek prochowy wagi stu kilogram&#243;w, kt&#243;ry m&#243;g&#322; w tej na po&#322;y zamkni&#281;tej przestrzeni, jak&#261; stanowi&#322;a wyrzutnia z zaklinowan&#261; sond&#261;, po prostu zdetonowa&#263; jak bomba. Otwar&#322;oby to nam sterburt&#281; jak puszk&#281; konserw. Na szcz&#281;&#347;cie do eksplozji nie dosz&#322;o. Silnik jonowy ju&#380; takiego niebezpiecze&#324;stwa nie przedstawia&#322;. Co prawda mieli&#347;my dodatkow&#261; komplikacj&#281;, spowodowan&#261; przez to, &#380;e automat uruchomi&#322; alarm po&#380;arowy i zaczai zatapia&#263; wyrzutni&#281; numer dwa pian&#261;. Nie mog&#322;o to nam nic da&#263; dobrego, bo silnika z jonowym ci&#261;giem piana nie ugasi, tote&#380; wyrzuca&#322;o tylko pian&#281; przez otwart&#261; klap&#281;, przy czym jej cz&#281;&#347;&#263; by&#322;a chyba wsysana do wylotowego leja sondy i powodowa&#322;a zd&#322;awienie ci&#261;gu. Dop&#243;ki pilot nie wy&#322;&#261;czy&#322; z sieci ga&#347;nic, mieli&#347;my przez dobrych kilka minut boczne szarpania, niezbyt mocne, ale w ka&#380;dym razie utrudniaj&#261;ce stabilizacj&#281; lotu.

Kto uruchomi&#322; sie&#263; ga&#347;nic?

Automat, panie s&#281;dzio, kiedy czujniki pokaza&#322;y wzrost temperatury w poszyciu sterburty ponad siedemset stopni to booster tak nas podgrza&#322;.

Jakie polecenia lub rozkazy dawa&#322; do tego czasu dow&#243;dca?

Nie dawa&#322; &#380;adnych polece&#324; ani rozkaz&#243;w. Wygl&#261;da&#322;o mi na to, &#380;e chce si&#281; przekona&#263;, co zrobi pilot. Mieli&#347;my zasadniczo dwie mo&#380;liwo&#347;ci: albo po prostu odej&#347;&#263; od planety rosn&#261;cym ci&#261;giem i rozpocz&#261;&#263; powr&#243;t do hiperboli, rezygnuj&#261;c z wykonania zada&#324;, albo te&#380; pr&#243;bowa&#263; wprowadzenia na kontroln&#261; orbit&#281; ostatniej, trzeciej sondy. Odej&#347;cie oznacza&#322;o ruin&#281; programu, poniewa&#380; sonda, kt&#243;ra ju&#380; kr&#261;&#380;y&#322;a w szczelinie, na pewno roztrzaska&#322;aby si&#281;, dryfuj&#261;c, po paru godzinach najwy&#380;ej. Zewn&#281;trzna korekcja jej toru,, dawana sond&#261;-str&#243;&#380;em, by&#322;a konieczna.

T&#281; alternatyw&#281; powinien by&#322; naturalnie rozstrzygn&#261;&#263; dow&#243;dca statku?

Panie przewodnicz&#261;cy, czy mam odpowiedzie&#263; na to pytanie?

&#346;wiadek odpowie na pytanie oskar&#380;enia.

A wi&#281;c, dow&#243;dca m&#243;g&#322; naturalnie wydawa&#263; rozkazy, ale robi&#263; tego nie musia&#322;. Zasadniczo pilot w okre&#347;lonych okoliczno&#347;ciach uprawniony jest do pe&#322;nienia funkcji r&#243;wnowa&#380;nych funkcjom dow&#243;dcy statku, jak o tym m&#243;wi szesnasty paragraf instrukcji pok&#322;adowej, poniewa&#380; cz&#281;sto by&#322;o tak, &#380;e nie ma czasu na porozumiewanie si&#281; pomi&#281;dzy dow&#243;dc&#261; a lud&#378;mi przy sterach.

Ale w powsta&#322;ych okoliczno&#347;ciach dow&#243;dca rozkazy wydawa&#263; m&#243;g&#322;, poniewa&#380; statek ani nie znajdowa&#322; si&#281; pod akceleracj&#261;, uniemo&#380;liwiaj&#261;c&#261; wydawanie rozkaz&#243;w g&#322;osem, ani te&#380; nie by&#322; w bezpo&#347;rednim niebezpiecze&#324;stwie zniszczenia.

O pi&#281;tnastej z minutami czasu pok&#322;adowego pilot da&#322; umiarkowany ci&#261;g wyr&#243;wnawczy

Dlaczego &#347;wiadek zignorowa&#322; to, co powiedzia&#322;em? Prosz&#281; Wysoki Trybuna&#322; o udzielenie &#347;wiadkowi upomnienia i nakazanie mu, aby odpowiedzia&#322; na moje s&#322;owa.

Wysoki Trybunale, mia&#322;em odpowiada&#263; na pytania, ale oskar&#380;enie nie zada&#322;o mi &#380;adnego pytania. Oskar&#380;enie wypowiedzia&#322;o tylko w&#322;asny komentarz interpretuj&#261;cy powsta&#322;&#261; na statku sytuacj&#281;. Czy mam ze swej strony ten komentarz skomentowa&#263;?

Oskar&#380;enie zechce sformu&#322;owa&#263; pytanie adresowane do &#347;wiadka, a &#347;wiadek winien wykaza&#263; maksimum dobrej woli przy zeznawaniu.

Czy &#347;wiadek nie uwa&#380;a, &#380;e dow&#243;dca powinien by&#322; w powsta&#322;ej sytuacji powzi&#261;&#263; konkretn&#261; decyzj&#281; i zakomunikowa&#263; j&#261; pilotowi w postaci rozkazu?

Instrukcja, panie prokuratorze, nie przewiduje

&#346;wiadek ma zwraca&#263; si&#281; tylko do Trybuna&#322;u.

S&#322;ucham. Instrukcja, Wysoki Trybunale, nie przewiduje szczeg&#243;&#322;owo wszystkich okoliczno&#347;ci, jakie mog&#261; powsta&#263; na pok&#322;adzie. To jest zreszt&#261; niemo&#380;liwe. Gdyby to by&#322;o mo&#380;liwe, wystarczy&#322;oby, aby ka&#380;dy cz&#322;onek za&#322;ogi na pami&#281;&#263; si&#281; jej nauczy&#322; i wtedy dowodzenie nie by&#322;oby w og&#243;le potrzebne.

Panie przewodnicz&#261;cy, oskar&#380;enie protestuje przeciwko tego rodzaju ironicznym uwagom &#347;wiadka!

&#346;wiadek zechce odpowiada&#263; zwi&#281;&#378;le i prosto na pytania oskar&#380;yciela.

S&#322;ucham. A wi&#281;c nie uwa&#380;am, &#380;eby dow&#243;dca musia&#322; wydawa&#263; w owej sytuacji specjalne rozkazy. By&#322; obecny; widzia&#322; i rozumia&#322;, co si&#281; dzieje; je&#347;li milcza&#322;, znaczy&#322;o to, &#380;e wedle dwudziestego drugiego paragrafu instrukcji pok&#322;adowej, zezwala pilotowi na dzia&#322;anie zgodne z jego rozeznaniem w&#322;asnym.

Wysoki Trybunale, &#347;wiadek fa&#322;szywie interpretuje brzmienie dwudziestego drugiego paragrafu instrukcji pok&#322;adowej &#380;eglugi kosmicznej, poniewa&#380; odpowiedni jest tu paragraf dwudziesty sz&#243;sty, kt&#243;ry m&#243;wi o sytuacjach niebezpiecznych.

Wysoki Trybunale, sytuacja, kt&#243;ra powsta&#322;a na Goliacie, nie by&#322;a niebezpieczna ani dla statku, ani dla zdrowia i &#380;ycia za&#322;ogi.

&#346;wiadek, Wysoki Trybunale, wykazuje najwyra&#378;niej z&#322;&#261; wol&#281;, gdy&#380; zamiast d&#261;&#380;y&#263; do ustalenia prawdy obiektywnej, w swoich zeznaniach usi&#322;uje per fas et nefas usprawiedliwia&#263; post&#281;pki oskar&#380;onego Pirxa, kt&#243;ry by&#322; dow&#243;dc&#261; statku! Sytuacja, w jakiej statek si&#281; znalaz&#322;, niew&#261;tpliwie nale&#380;a&#322;a do takich, kt&#243;re obejmuje brzmienie paragrafu dwudziestego sz&#243;stego!

Wysoki Trybunale, oskar&#380;yciel nie mo&#380;e jednocze&#347;nie pe&#322;ni&#263; funkcji rzeczoznawcy-bieg&#322;ego, kt&#243;ry ustala stany rzeczowe!

Odbieram &#347;wiadkowi g&#322;os. Trybuna&#322; zawiesza kwesti&#281; odpowiednio&#347;ci dwudziestego drugiego lub dwudziestego sz&#243;stego paragrafu instrukcji pok&#322;adowej do osobnego rozstrzygni&#281;cia. &#346;wiadek przedstawi obecnie, co zasz&#322;o na statku w dalszym ci&#261;gu.

Calder nie zwraca&#322; si&#281; wprawdzie do dow&#243;dcy z &#380;adnymi pytaniami, ale widzia&#322;em, &#380;e kilkakrotnie spojrza&#322; w jego stron&#281;. Tymczasem ci&#261;g zaklinowanej sondy wyr&#243;wna&#322; si&#281; i ustatecznienie statku nie nastr&#281;cza&#322;o trudno&#347;ci. Calder, maj&#261;c dobr&#261; stabilizacj&#281;, poszed&#322; na oddalenie od pier&#347;cienia, ale nie &#380;&#261;da&#322; ode mnie obliczenia kurs&#243;w powrotnych, wi&#281;c domy&#347;li&#322;em si&#281;, &#380;e b&#281;dzie jednak pr&#243;bowa&#322; doko&#324;czenia naszych zada&#324;. Kiedy&#347;my wyszli poza granic&#281; Rochea, o szesnastej mniej wi&#281;cej, zasygnalizowa&#322; szczyt i natychmiast spr&#243;bowa&#322; wytrz&#261;sn&#261;&#263; sond&#281;.

To znaczy?

No c&#243;&#380;, w&#322;&#261;czy&#322; sygna&#322;y szczytu przeci&#261;&#380;eniowego i zaraz potem da&#322; najpierw ca&#322;&#261; wstecz, a potem ca&#322;&#261; naprz&#243;d; sonda wa&#380;y trzy tony; pod pe&#322;n&#261; akceleracj&#261; musia&#322;a wa&#380;y&#263; prawie dwadzie&#347;cia razy tyle. Powinna by&#322;a wylecie&#263; z tej wyrzutni jak groszek. Maj&#261;c z dziesi&#281;&#263; tysi&#281;cy mil luzu, Calder da&#322; te uderzenia ci&#261;giem dwa razy po kolei, ale bez rezultatu. Sprawi&#322; tyle, &#380;e defleksja jeszcze wzros&#322;a. Przypuszczalnie pod wp&#322;ywem gwa&#322;townych przyspiesze&#324; sonda, kt&#243;ra jeszcze mocniej zaklinowa&#322;a si&#281; w wyrzutni, zmieni&#322;a po&#322;o&#380;enie, tak &#380;e teraz ca&#322;y strumie&#324; jej gaz&#243;w bi&#322; w uchylon&#261; klap&#281; zewn&#281;trzn&#261;, odbija&#322; si&#281; od niej i ucieka&#322; w przestrze&#324;. Uderzenia ci&#261;giem by&#322;y zar&#243;wno nieprzyjemne dla nas, jak i troch&#281; ryzykowne, poniewa&#380; ju&#380; by&#322;o jasne, &#380;e je&#380;eli sonda w og&#243;le p&#243;jdzie, to chyba zabierze ze sob&#261; kawa&#322;ek zewn&#281;trznego pancerza. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e albo b&#281;dziemy musieli wys&#322;a&#263; ludzi w skafandrach z narz&#281;dziami na pancerz, albo te&#380; wraca&#263;, ci&#261;gn&#261;c z sob&#261; t&#281; choler przepraszam, t&#281; zaklinowan&#261; sond&#281;.

Czy Calder nie pr&#243;bowa&#322; wy&#322;&#261;czy&#263; silnika sondy?

Nie m&#243;g&#322; tego zrobi&#263;, panie s&#281;dzio, bo kabel sterowniczy, &#322;&#261;cz&#261;cy sond&#281; ze statkiem, by&#322; ju&#380; przerwany a wi&#281;c pozostawa&#322;o tylko sterowanie drog&#261; radiow&#261;, ale sonda tkwi&#322;a w samym wylocie wyrzutni i by&#322;a ekranowana jej metalow&#261; os&#322;on&#261;. Lecieli&#347;my mo&#380;e minut&#281;, oddalaj&#261;c si&#281; od planety, i by&#322;em ju&#380; przekonany, &#380;e jednak zdecydowa&#322; si&#281; na odwr&#243;t; wykona&#322; kilka manewr&#243;w, robi&#261;c tak zwany najazd na gwiazd&#281; polega to na tym, &#380;e dziobem statku celuje si&#281; w obran&#261; gwiazd&#281; i daje przy tym r&#243;&#380;ne ci&#261;gi. Je&#347;li sterowno&#347;&#263; jest w normie, gwiazda powinna tkwi&#263; w ekranach zupe&#322;nie nieruchomo. Oczywi&#347;cie tak nie by&#322;o, mieli&#347;my zmienion&#261; charakterystyk&#281; lotu i Calder stara&#322; si&#281; zbada&#263; jej liczbowe warto&#347;ci. Po kilku pr&#243;bach uda&#322;o mu si&#281; jednak dobra&#263; ci&#261;gi, wyr&#243;wnuj&#261;c defleksj&#281;, i wtedy zawr&#243;ci&#322;.

Czy &#347;wiadek zorientowa&#322; si&#281; w&#243;wczas we w&#322;a&#347;ciwym zamierzeniu Caldera?

Tak, to znaczy przypuszcza&#322;em, &#380;e b&#281;dzie chcia&#322; jednak wyorbitowa&#263; pozosta&#322;&#261; na pok&#322;adzie trzeci&#261; sond&#281;. Zeszli&#347;my na p&#322;aszczyzn&#281; ekliptyki z powrotem, od strony S&#322;o&#324;ca, przy czym Calder pracowa&#322; po prostu znakomicie; gdybym o tym nie wiedzia&#322;, nigdy bym nie przypu&#347;ci&#322;, &#380;e z tak&#261; swobod&#261; steruje statkiem, kt&#243;ry ma niejako wbudowany osobny boczny silnik, nie uwzgl&#281;dniony konstrukcyjnie. Kaza&#322; mi obliczy&#263; kursowe poprawki i ca&#322;&#261; trajektori&#281; wraz z impulsami sterowania dla naszej trzeciej sondy. Wtedy nie mog&#322;em ju&#380; mie&#263; &#380;adnych w&#261;tpliwo&#347;ci.

&#346;wiadek te polecenia wykona&#322;?

Nie, panie s&#281;dzio. To znaczy, powiedzia&#322;em mu, &#380;e nie mog&#281; oblicza&#263; kurs&#243;w zgodnie z programem, skoro mamy post&#281;powa&#263; inaczej a przecie&#380; nie mogli&#347;my si&#281; ju&#380; &#347;ci&#347;le trzyma&#263; programu. Za&#380;&#261;da&#322;em od niego dodatkowych danych, bo nie wiedzia&#322;em, z jakiej wysoko&#347;ci chce wyorbitowa&#263; ostatni&#261; sond&#281;, ale nic mi nie odpowiedzia&#322;. By&#263; mo&#380;e, zwr&#243;ci&#322; si&#281; do mnie tylko po to, aby powiadomi&#263; dow&#243;dc&#281; o swoim zamiarze.

Tak &#347;wiadek s&#261;dzi? M&#243;g&#322; przecie&#380; zwr&#243;ci&#263; si&#281; do dow&#243;dcy bezpo&#347;rednio.

Mo&#380;e nie chcia&#322; tego robi&#263;. Mo&#380;e zale&#380;a&#322;o mu na tym w&#322;a&#347;nie, &#380;eby nikt nie pomy&#347;la&#322;, &#380;e on sam nie wie, jak nale&#380;y post&#281;powa&#263; i potrzebuje pomocy. Ale r&#243;wnie dobrze mog&#322;o by&#263; tak, &#380;e chcia&#322; pokaza&#263;, jak doskona&#322;ym jest pilotem, je&#347;li bierze si&#281; do wykonania zada&#324;, w kt&#243;rych nawigator, to znaczy ja, nie potrafi mu pom&#243;c. Dow&#243;dca jednak nie zareagowa&#322;, a Calder ju&#380; szed&#322; na zbli&#380;enie z pier&#347;cieniami. Wtedy przesta&#322;o mi si&#281; to podoba&#263;.

&#346;wiadek zechce zeznawa&#263; w spos&#243;b bardziej rzeczowy.

Tak, panie s&#281;dzio. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e zanosi si&#281; na ryzykown&#261; operacj&#281;.

Wysoki Trybuna&#322; zechce zauwa&#380;y&#263;, &#380;e &#347;wiadek minio woli potwierdzi&#322; obecnie to, czego nie chcia&#322; stwierdzi&#263; poprzednio: obowi&#261;zkiem dow&#243;dcy by&#322;o aktywnie wmiesza&#263; si&#281; w powsta&#322;&#261; sytuacj&#281; i dow&#243;dca &#347;wiadomie, z rozmys&#322;em, tego zaniecha&#322;, nara&#380;aj&#261;c przez to statek wraz z za&#322;og&#261; na nieobliczalne nast&#281;pstwa.

Wysoki Trybunale, nie by&#322;o tak, jak twierdzi oskar&#380;enie.

Prosz&#281; nie polemizowa&#263; z oskar&#380;eniem, lecz sk&#322;ada&#263; zeznania odnosz&#261;ce si&#281; wy&#322;&#261;cznie do przebiegu zdarze&#324;. Dlaczego w chwili, kiedy Calder pocz&#261;&#322; wraca&#263; na perymetr pier&#347;cieni, uzna&#322; pan dopiero wtedy operacj&#281; za ryzykown&#261;?

Mo&#380;e &#378;le si&#281; wyrazi&#322;em. By&#322;o tak: pilot powinien si&#281; w podobnych okoliczno&#347;ciach zwr&#243;ci&#263; do dow&#243;dcy. Ja bym to na jego miejscu zrobi&#322; na pewno. Pierwotnego programu nie mogli&#347;my ju&#380; zrealizowa&#263; z ca&#322;&#261; dok&#322;adno&#347;ci&#261;. My&#347;la&#322;em, &#380;e Calder, skoro dow&#243;dca zostawia mu inicjatyw&#281;, b&#281;dzie si&#281; stara&#322; umie&#347;ci&#263; satelit&#281; ze znacznej odleg&#322;o&#347;ci, to znaczy nie zbli&#380;aj&#261;c si&#281; zbytnio do pier&#347;cienia. Zmniejsza&#322;o to co prawda szans&#281; sukcesu, ale by&#322;o mo&#380;liwe, a zarazem bezpieczne. I rzeczywi&#347;cie, przy ma&#322;ej szybko&#347;ci kaza&#322; mi ponownie obliczy&#263; kursy dla satelity, naprowadzanego impulsami z odleg&#322;o&#347;ci rz&#281;du tysi&#261;ca do tysi&#261;ca dwustu kilometr&#243;w. Poniewa&#380; chcia&#322;em mu pom&#243;c, zacz&#261;&#322;em oblicza&#263; te kursy, przy czym okaza&#322;o si&#281;, &#380;e rozmiary b&#322;&#281;du s&#261; mniej wi&#281;cej takie, jak rozmiary szeroko&#347;ci szczeliny Cassiniego. By&#322;o wi&#281;c ko&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu szans na sto, &#380;e sonda, zamiast wej&#347;&#263; na w&#322;a&#347;ciw&#261; orbit&#281; kontroli, p&#243;jdzie albo ku planecie, albo na zewn&#261;trz, i roztrzaska si&#281; o pier&#347;cie&#324;. Poda&#322;em mu ten wynik, bo nie mia&#322;em nic lepszego.

Czy dow&#243;dca zaznajomi&#322; si&#281; z wynikiem oblicze&#324; &#347;wiadka?

Musia&#322; go widzie&#263;, bo cyfry wyskakiwa&#322;y na indykatorze, umieszczonym centralnie nad naszymi pulpitami. Szli&#347;my ma&#322;ym ci&#261;giem i wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e Calder nie umie zadecydowa&#263;, co pocz&#261;&#263;. By&#322; rzeczywi&#347;cie w kropce. Gdyby teraz wycofa&#322; si&#281;, oznacza&#322;oby to, &#380;e poprzednio omyli&#322; si&#281; w rachubach, &#380;e zawiod&#322;a go intuicja. Dop&#243;ki nie zawr&#243;ci&#322; ku planecie, m&#243;g&#322;by jeszcze utrzymywa&#263;, &#380;e uzna&#322; ryzyko za zbyt wielkie i nieop&#322;acalne natychmiast. Ale on ju&#380; pokaza&#322;, &#380;e ma statek w r&#281;ku, mimo zmienionej charakterystyki ci&#261;g&#243;w, a cho&#263; tego nie powiedzia&#322;, z nast&#281;pnych manewr&#243;w wynika&#322;o jasno, &#380;e postanawia przecie&#380; kontynuowa&#263; pr&#243;b&#281; orbitowania sondy. Szli&#347;my na zbli&#380;enie i my&#347;la&#322;em, &#380;e chce po prostu polepszy&#263; nieco szans&#281;; zwi&#281;ksza&#322;y si&#281; przecie&#380; ze spadkiem odleg&#322;o&#347;ci, ale gdyby o to mu chodzi&#322;o, powinien by&#322; ju&#380; zacz&#261;&#263; hamowanie, tymczasem zwi&#281;kszy&#322; ci&#261;g. Dopiero gdy to zrobi&#322;, w owym momencie pomy&#347;la&#322;em, &#380;e chce zrobi&#263; co&#347; zupe&#322;nie innego, wcze&#347;niej nawet mi to do g&#322;owy ni&#261; przysz&#322;o. Zreszt&#261; wszyscy to poj&#281;li momentalnie.

&#346;wiadek twierdzi, &#380;e wszyscy cz&#322;onkowie za&#322;ogi zdali sobie spraw&#281; z powagi po&#322;o&#380;enia?

Tak, panie przewodnicz&#261;cy. Kto&#347; za mn&#261;, siedz&#261;cy od bakburty, powiedzia&#322;, w chwili przyspieszenia: &#379;ycie by&#322;o pi&#281;kne.

Kto to powiedzia&#322;?

Tego nie wiem. Mo&#380;e in&#380;ynier, a mo&#380;e elektronik. Nie zwraca&#322;em na to uwagi. Wszystko dzia&#322;o si&#281; w u&#322;amkach sekund. Calder w&#322;&#261;czy&#322; sygna&#322; szczytu i da&#322; du&#380;y ci&#261;g, maj&#261;c kurs kolizyjny z pier&#347;cieniem. Jasne by&#322;o, &#380;e chce przej&#347;&#263; Goliatem przez sam &#347;rodek szczeliny Cassiniego i po drodze zgubi&#263; t&#261; trzeci&#261; sond&#281; metod&#261; przestraszonego ptaszka.

C&#243;&#380; to za metoda?

Tak si&#281; to czasem nazywa, panie s&#281;dzio: statek gubi sond&#281; tak, jak ptak gubi w locie jajko Ale dow&#243;dca mu tego zabroni&#322;.

Dow&#243;dca mu zabroni&#322;? Wyda&#322; taki rozkaz?

Tak jest, panie s&#281;dzio.

Sprzeciw oskar&#380;enia. &#346;wiadek przeinacza fakty. Dow&#243;dca rozkazu takiego nie wyda&#322;.

Owszem dow&#243;dca usi&#322;owa&#322; wyda&#263; taki rozkaz, ale nie zd&#261;&#380;y&#322; go wypowiedzie&#263; pe&#322;nym zdaniem. Calder da&#322; wprawdzie ostrze&#380;enie szczytu przyspieszeniowego, ale zaledwie na u&#322;amek sekundy przed w&#322;a&#347;ciwym manewrem. Kiedy b&#322;ys&#322;o czerwieni&#261;, dow&#243;dca krzykn&#261;&#322; do niego, a on r&#243;wnocze&#347;nie poszed&#322; ca&#322;&#261; moc&#261;. Pod tak&#261; pras&#261;, powy&#380;ej czternastu g, nie mo&#380;na z siebie ju&#380; g&#322;osu wydoby&#263;. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Calder chcia&#322; mu zgnie&#347;&#263; s&#322;owa na ustach. Nie powiadam, &#380;e on naprawd&#281; do tego zmierza&#322;, ale tak to wygl&#261;da&#322;o. Wgniot&#322;o nas od razu tak, &#380;e straci&#322;em kompletnie wzrok, tote&#380; dow&#243;dca zd&#261;&#380;y&#322; ledwie krzykn&#261;&#263;

Panie przewodnicz&#261;cy, oskar&#380;enie wnosi sprzeciw przeciwko sformu&#322;owaniom u&#380;ytym przez &#347;wiadka. Wbrew w&#322;asnemu zastrze&#380;eniu &#347;wiadek sugeruje jednak, jakoby pilot Calder z premedytacj&#261; i z&#322;&#261; wol&#261; usi&#322;owa&#322; udaremni&#263; dow&#243;dcy wydanie rozkazu.

Niczego podobnego nie m&#243;wi&#322;em.

Odbieram &#347;wiadkowi g&#322;os. Trybuna&#322; przychyla si&#281; do wniosku oskar&#380;enia. Prosz&#281; wykre&#347;li&#263; z protoko&#322;u s&#322;owa &#347;wiadka, poczynaj&#261;c od zdania: Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Calder chcia&#322; mu zgnie&#347;&#263; s&#322;owa na ustach. &#346;wiadek zechce si&#281; powstrzyma&#263; od komentarzy i powt&#243;rzy&#263; dok&#322;adnie to, co powiedzia&#322; rzeczywi&#347;cie dow&#243;dca.

A wi&#281;c, jakem ju&#380; m&#243;wi&#322;, dow&#243;dca nie zd&#261;&#380;y&#322; wprawdzie sformu&#322;owa&#263; rozkazu ca&#322;ym zdaniem, ale jego sens by&#322; jasny. Zabroni&#322; Calderowi wchodzi&#263; w szczelin&#281; Cassiniego.

Sprzeciw oskar&#380;enia. Nie jest istotne dla materialnej prawdy przewodu to, co oskar&#380;ony Pirx chcia&#322; powiedzie&#263;, lecz to tylko, co rzeczywi&#347;cie powiedzia&#322;.

Trybuna&#322; uznaje sprzeciw. Niech &#347;wiadek ograniczy si&#281; do tego, co zosta&#322;o powiedziane w sterowni.

Zosta&#322;o powiedziane dosy&#263;, &#380;eby ka&#380;dy cz&#322;owiek, kt&#243;ry jest z zawodu kosmonaut&#261;, zrozumia&#322;, &#380;e dow&#243;dca zabrania pilotowi wej&#347;&#263; w Cassiniego.

&#346;wiadek zechce przytoczy&#263; owe s&#322;owa, a Trybuna&#322; sam powe&#378;mie opini&#281; w kwestii ich w&#322;a&#347;ciwego sensu.

Nie pami&#281;tam tych s&#322;&#243;w, panie przewodnicz&#261;cy, tylko w&#322;a&#347;nie ich sens. Dow&#243;dca zacz&#261;&#322; wo&#322;a&#263; co&#347; w rodzaju: Nie przechod&#378; przez pier&#347;cie&#324;! a mo&#380;e: Nie na wylot! i dalej ju&#380; m&#243;wi&#263; nie m&#243;g&#322;.

Jednakowo&#380; poprzednio &#347;wiadek powiedzia&#322;, &#380;e dow&#243;dca nie wyg&#322;osi&#322; ca&#322;ego zdania, a zacytowane teraz przez &#347;wiadka: Nie przechod&#378; przez pier&#347;cie&#324; stanowi ca&#322;e zdanie.

Gdyby na tej sali wybuch&#322; po&#380;ar i gdybym zawo&#322;a&#322;: Pali si&#281;! nie by&#322;oby to ca&#322;e zdanie, boby nie m&#243;wi&#322;o o tym, co si&#281; pali ani gdzie si&#281; pali, lecz by&#322;oby zrozumia&#322;ym ostrze&#380;eniem.

Sprzeciw oskar&#380;enia! Prosz&#281; Trybuna&#322; o przywo&#322;anie &#347;wiadka do porz&#261;dku!

Trybuna&#322; udziela &#347;wiadkowi upomnienia. Nie jest zadaniem &#347;wiadka pouczanie Trybuna&#322;u przypowie&#347;ciami i anegdotami. Prosz&#281; ograniczy&#263; si&#281; do rzeczowej relacji o tym, co zasz&#322;o na pok&#322;adzie.

S&#322;ucham. Na pok&#322;adzie zasz&#322;o to, &#380;e dow&#243;dca okrzykiem zakaza&#322; pilotowi wprowadzi&#263; statek w szczelin&#281;

Sprzeciw! Zeznania &#347;wiadka tendencyjnie zmierzaj&#261; do sfa&#322;szowania fakt&#243;w!

Trybuna&#322; pragnie by&#263; wyrozumia&#322;y. &#346;wiadek zechce poj&#261;&#263;, &#380;e zadaniem przewodu jest ustalenie fakt&#243;w materialnych. Czy &#347;wiadek potrafi przytoczy&#263; urywek zdania, wypowiedzianego przez dow&#243;dc&#281;?

Byli&#347;my ju&#380; pod wielkim przyspieszeniem. Mia&#322;em black-out, nic nie widzia&#322;em, ale s&#322;ysza&#322;em okrzyk dow&#243;dcy. S&#322;owa nie by&#322;y wyra&#378;ne, a jednak zrozumia&#322;em, o co sz&#322;o. Tym bardziej musia&#322; s&#322;ysze&#263; to ostrze&#380;enie pilot, skoro znajdowa&#322; si&#281; bli&#380;ej dow&#243;dcy ani&#380;eli ja.

Obrona prosi o ponowne przes&#322;uchanie ta&#347;m rejestracyjnych ze sterowni, w ich fragmencie dotycz&#261;cym okrzyku dow&#243;dcy.

Trybuna&#322; oddala wniosek obrony. Ta&#347;my zosta&#322;y przes&#322;uchane i ustalono, &#380;e stopie&#324; zniekszta&#322;cenia g&#322;osu pozwala jedynie na zidentyfikowanie osoby, ale nie na wyjawienie tre&#347;ci okrzyku. Trybuna&#322; powe&#378;mie w tej spornej kwestii odr&#281;bn&#261; decyzj&#281;. Niech &#347;wiadek powie, co sta&#322;o si&#281; po okrzyku dow&#243;dcy.

Kiedy przejrza&#322;em, szli&#347;my na kolizj&#281; z pier&#347;cieniem, Akcelerometr pokazywa&#322; dwa g. Szybko&#347;&#263; by&#322;a hiperboliczna. Dow&#243;dca zawo&#322;a&#322;: Calder! Nie wykona&#322;e&#347; rozkazu! Zabroni&#322;em ci wchodzi&#263; w Cassiniego! a Calder natychmiast odpowiedzia&#322;: Nie s&#322;ysza&#322;em tego, komandorze!

Dow&#243;dca nie rozkaza&#322; mu jednak w owej chwili hamowa&#263; b&#261;d&#378; zawr&#243;ci&#263;?

To ju&#380; by&#322;o niemo&#380;liwe, panie przewodnicz&#261;cy. Mieli&#347;my hiperboliczn&#261; rz&#281;du osiemdziesi&#281;ciu kilometr&#243;w na sekund&#281;. Nie by&#322;o mowy o tym, &#380;eby wygasi&#263; taki p&#281;d bez przekroczenia bariery grawitacyjnej.

Co &#347;wiadek rozumie przez barier&#281; grawitacyjn&#261;?

Trwa&#322;e przyspieszenie dodatnie lub ujemne powy&#380;ej dwudziestu dwudziestu dwu jednostek grawitacyjnych. Z ka&#380;d&#261; sekund&#261; lotu kolizyjnego trzeba by&#322;o wi&#281;kszej mocy wstecznej, &#380;eby wyhamowa&#263;. Najpierw zapewne oko&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu g, a potem mo&#380;e i sto. Przy takim hamowaniu musieliby&#347;my wszyscy zgin&#261;&#263;. To znaczy musieliby zgin&#261;&#263; wszyscy ludzie na pok&#322;adzie.

Statek m&#243;g&#322; rozwin&#261;&#263; technicznie przyspieszenia tego rz&#281;du?

Tak, panie s&#281;dzio. M&#243;g&#322;, po zerwaniu bezpiecznik&#243;w, ale tylko wtedy. Goliat posiada stos dysponuj&#261;cy w szczycie potencjalnym ci&#261;giem rz&#281;du dziesi&#281;ciu tysi&#281;cy ton.

Prosz&#281; kontynuowa&#263; zeznania.

Chcesz zniszczy&#263; statek? powiedzia&#322; dow&#243;dca ca&#322;kiem spokojnie. Przejdziemy przez Cassiniego i wyhamuj&#281; po drugiej stronie odpowiedzia&#322; Calder z takim samym spokojem. Ta wymiana zda&#324; jeszcze trwa&#322;a, kiedy dostali&#347;my bocznych obrot&#243;w. Pod wp&#322;ywem gwa&#322;townego wzrostu przyspieszenia, kt&#243;rym Calder zapocz&#261;tkowa&#322; lot na szczelin&#281;, sonda musia&#322;a w niekontrolowany spos&#243;b zmieni&#263; swoje po&#322;o&#380;enie wewn&#261;trz wyrzutni i dawa&#322;a wprawdzie boczn&#261; defleksj&#281; mniejsz&#261;, ale strumie&#324; gaz&#243;w szed&#322; teraz po stycznej wzgl&#281;dem korpusu, tak &#380;e ca&#322;y statek obraca&#322; si&#281; jak b&#261;k w osi pod&#322;u&#380;nej. Ten obr&#243;t by&#322; najpierw do&#347;&#263; powolny, lecz z ka&#380;d&#261; sekund&#261; przyspiesza&#322;. By&#322; to pocz&#261;tek nieszcz&#281;&#347;cia. Calder spowodowa&#322; je niechc&#261;cy tym, &#380;e bardzo gwa&#322;townie zwi&#281;kszy&#322; poprzednio akceleracj&#281;.

Niech &#347;wiadek wyja&#347;ni dok&#322;adnie Trybuna&#322;owi, dlaczego, jego zdaniem, Calder zwi&#281;kszy&#322; akceleracj&#261;.

Wysoki Trybunale, oskar&#380;enie wnosi sprzeciw. &#346;wiadek jest stronniczy i odpowie bez w&#261;tpienia, tak jak ju&#380; m&#243;wi&#322;, &#380;e Calder usi&#322;owa&#322; zmusi&#263; dow&#243;dc&#281; do milczenia.

Wcale nie to chc&#281; powiedzie&#263;. Calder nie musia&#322; zwi&#281;kszy&#263; akceleracji skokiem, m&#243;g&#322; to uczyni&#263; wolniej, ale je&#347;&#322;i zamierza&#322; wej&#347;&#263; w Cassiniego, du&#380;y ci&#261;g by&#322; konieczny. Znajdowali&#347;my si&#281; w przestrzeni skrajnie trudnej do manewru, poniewa&#380; jest to strefa typowa dla nierozwi&#261;zywalnych matematycznie problem&#243;w ruchu wielu cia&#322;. Oddzia&#322;ywanie samego Saturna, masy jego pier&#347;cieni, najbli&#380;szych satelit&#243;w, wszystko to razem tworzy pole ci&#261;&#380;enia, w kt&#243;rym ca&#322;o&#347;&#263; perturbacji nie daje si&#281; r&#243;wnocze&#347;nie uwzgl&#281;dni&#263;. Ponadto mieli&#347;my jeszcze boczn&#261; defleksj&#281; ze strony sondy. W tej sytuacji poruszali&#347;my si&#281; po torze, kt&#243;ry by&#322; wypadkow&#261; wielu si&#322; zar&#243;wno w&#322;asnych ci&#261;g&#243;w statku, jak i przyci&#261;gania rozrzuconych w przestrzeni mas. Ot&#243;&#380;, im wi&#281;kszym szli&#347;my ci&#261;giem, tym mniejszy stawa&#322; si&#281; wp&#322;yw czynnik&#243;w zak&#322;&#243;caj&#261;cych, bo ich warto&#347;ci by&#322;y sta&#322;e, natomiast warto&#347;&#263; naszego p&#281;du ros&#322;a. Powi&#281;kszaj&#261;c chy&#380;o&#347;&#263;, Calder czyni&#322; nasz tor mniej wra&#380;liwym na zewn&#281;trzne wp&#322;ywy zak&#322;&#243;caj&#261;ce. Jestem przekonany, &#380;e przej&#347;cie uda&#322;oby mu si&#281;, gdyby nie ten boczny obr&#243;t, kt&#243;ry nagle powsta&#322;.

&#346;wiadek uwa&#380;a, &#380;e przej&#347;cie przez szczelin&#281;, przy w pe&#322;ni sprawnym statku, by&#322;o mo&#380;liwe?

Ale&#380; tak, panie s&#281;dzio. Manewr ten jest mo&#380;liwy, jakkolwiek zakazany przez wszystkie podr&#281;czniki kosmolocji. Szczelina ma praktycznie szeroko&#347;&#263; trzech i p&#243;&#322; tysi&#261;ca kilometr&#243;w, przy czym pobocza s&#261; pe&#322;ne grubego py&#322;u lodowego i meteorytowego, niedostrzegalnego wprawdzie wizualnie, ale takiego, kt&#243;ry musia&#322;by spali&#263; statek poruszaj&#261;cy si&#281; z hiperboliczn&#261;. Jako tako czysta przestrze&#324;, przez kt&#243;r&#261; mo&#380;na przej&#347;&#263;, ma jakie&#347; pi&#281;&#263;set do sze&#347;ciuset kilometr&#243;w szeroko&#347;ci. Przy ma&#322;ych szybko&#347;ciach wej&#347;&#263; w taki pasa&#380; jest nietrudno, ale przy wi&#281;kszych pojawia si&#281; dryf grawitacyjny; dlatego Calder najpierw dobrze wycelowa&#322; dziobem w szczelin&#281;, a potem da&#322; du&#380;y ci&#261;g. Gdyby sonda nie przekr&#281;ci&#322;a si&#281;, wszystko posz&#322;oby dobrze. Tak przynajmniej s&#261;dz&#281;. Oczywi&#347;cie, by&#322;o pewne ryzyko, mieli&#347;my mniej wi&#281;cej jedn&#261; szans&#281; na trzydzie&#347;ci, &#380;e trafimy w jaki&#347; samotny okruch. Tymczasem dostali&#347;my jednak obrot&#243;w wzd&#322;u&#380;nych. Calder usi&#322;owa&#322; je wygasi&#263;, ale mu si&#281; to nie uda&#322;o. Walczy&#322; bardzo pi&#281;knie. To musz&#281; przyzna&#263;.

Calder nie m&#243;g&#322; zlikwidowa&#263; obrot&#243;w statku? Czy &#347;wiadek wie, dlaczego nie m&#243;g&#322;?

Ju&#380; poprzednio, obserwuj&#261;c go w czasie wacht, zorientowa&#322;em si&#281;, &#380;e jest fenomenalnym rachmistrzem. Pok&#322;ada&#322; ogromne zaufanie w umiej&#281;tno&#347;ci przeprowadzania b&#322;yskawicznych oblicze&#324; na w&#322;asn&#261; r&#281;k&#281;, bez pomocy kalkulator&#243;w. Przy hiperbolicznej, w tej naszej sytuacji, mieli&#347;my przej&#347;&#263; jak przez igielne ucho. Zegary ci&#261;gu by&#322;y bezwarto&#347;ciowe, skoro pokazywa&#322;y tylko dane ci&#261;gu Goliata, ale nie mog&#322;y pokazywa&#263; warto&#347;ci ci&#261;gu sondy. Calder patrza&#322; wy&#322;&#261;cznie na grawimetry i prowadzi&#322; tylko pod&#322;ug nich. By&#322; to prawdziwy wy&#347;cig matematyczny mi&#281;dzy nim a warunkami, kt&#243;re zmienia&#322;y si&#281; z rosn&#261;c&#261; szybko&#347;ci&#261;.

O tym, do czego Calder by&#322; zdolny, &#347;wiadczy to, &#380;e kiedy ja zaledwie nad&#261;&#380;a&#322;em za samym odczytywaniem cyfr na indykatorach, on w tym samym czasie musia&#322; przeprowadza&#263; w g&#322;owie obliczenia, buduj&#261;c r&#243;wnania r&#243;&#380;niczkowe czwartego stopnia. Musz&#281; podkre&#347;li&#263;, &#380;e jakkolwiek zachowanie Caldera do tego momentu uwa&#380;a&#322;em za oburzaj&#261;ce, bo by&#322;em pewien, &#380;e us&#322;ysza&#322; rozkaz dow&#243;dcy i zignorowa&#322; go rozmy&#347;lnie, to jednak czu&#322;em dla niego podziw.

&#346;wiadek nie odpowiedzia&#322; na pytanie Trybuna&#322;u.

W&#322;a&#347;nie zmierza&#322;em do odpowiedzi, panie s&#281;dzio. Rozwi&#261;zania, je&#347;li nawet Calder uzyskiwa&#322; je w u&#322;amku sekund, musia&#322;y by&#263; tylko aproksymacjami. Nie by&#322;y idealnie precyzyjne, bo nie mog&#322;y by&#263;, nawet gdyby si&#281; zamieni&#322; w najszybsz&#261; maszyn&#281; cyfrow&#261; &#347;wiata. Margines b&#322;&#281;du, kt&#243;rego uwzgl&#281;dni&#263; nie m&#243;g&#322;, narasta&#322; i kr&#281;cili&#347;my si&#281; dalej. Przez jak&#261;&#347; minut&#281; zdawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e mo&#380;e jednak Calder da rad&#281;, ale on wcze&#347;niej ode mnie poj&#261;&#322;, &#380;e przegra&#322;, i wy&#322;&#261;czy&#322; ca&#322;y ci&#261;g. Stracili&#347;my ci&#261;&#380;enie do zera.

Dlaczego wy&#322;&#261;czy&#322; ci&#261;g?

Chcia&#322; przej&#347;&#263; przez szczelin&#281; po niemal prostej, ale nie m&#243;g&#322; wygasi&#263; obrot&#243;w pod&#322;u&#380;nych statku. Goliat kr&#281;ci&#322; si&#281; jak b&#261;k i przez to zachowywa&#322; si&#281; jak b&#261;k: opiera&#322; si&#281; sile nap&#281;dzaj&#261;cej, kt&#243;ra usi&#322;owa&#322;a go ustawi&#263; pod&#322;u&#380;nie. Wpadli&#347;my w precesj&#281; im wi&#281;ksz&#261; mieli&#347;my szybko&#347;&#263;, tym gwa&#322;towniej zatacza&#322;a si&#281; rufa. Szli&#347;my w efekcie bardzo rozci&#261;gni&#281;tym korkoci&#261;giem, statek k&#322;ad&#322;o na boki, a ka&#380;dy z tych zwoj&#243;w mia&#322; mo&#380;e ze setk&#281; kilometr&#243;w &#347;rednicy. Przy takim ruchu mogli&#347;my jak nic trafi&#263; w brzeg pier&#347;cienia zamiast w &#347;rodek szczeliny. Calder nie m&#243;g&#322; ju&#380; nic na to poradzi&#263;. Siedzia&#322; w lejku.

Co to znaczy?

Tak nazywamy zwykle sytuacje nieodwracalne, w kt&#243;re &#322;atwo wej&#347;&#263;, ale z kt&#243;rych ju&#380; nie ma wyj&#347;cia, Wysoki Trybunale.

Nasz dalszy lot by&#322; ju&#380; poza wszelkim przewidywaniem. Kiedy Calder wy&#322;&#261;czy&#322; silniki, s&#261;dzi&#322;em, &#380;e po prostu zdaje si&#281; na los szcz&#281;&#347;cia. Cyfry a&#380; migota&#322;y w okienkach indykator&#243;w, ale ju&#380; nic nie by&#322;o do obliczania. Pier&#347;cienie o&#347;lepia&#322;y, &#380;e trudno by&#322;o patrze&#263; one s&#261; przecie&#380; z&#322;o&#380;one z bry&#322; lodu. Kr&#281;ci&#322;y si&#281; przed nami karuzel&#261;, razem ze szczelin&#261;, kt&#243;ra wygl&#261;da&#322;a jak czarne p&#281;kni&#281;cie. W takich momentach czas d&#322;u&#380;y si&#281; niewiarygodnie. Ilekro&#263; zawadzi&#322;em wzrokiem o strza&#322;ki sekundomierzy, zdawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e stoj&#261; na miejscu. Calder zacz&#261;&#322; rozpina&#263; pasy, bardzo gwa&#322;townie. Zacz&#261;&#322;em robi&#263; to samo, bo domy&#347;li&#322;em si&#281;, &#380;e chce zerwa&#263; g&#322;&#243;wny bezpiecznik przeci&#261;&#380;enia, kt&#243;ry jest na pulpicie, a przypasany nie m&#243;g&#322; go dosi&#281;gn&#261;&#263;. Maj&#261;c do dyspozycji pe&#322;n&#261; moc, m&#243;g&#322; jeszcze wyhamowa&#263; i uciec w przestrze&#324;, rozwin&#261;wszy tych jakich&#347; sto g. P&#281;kliby&#347;my jak baloniki, ale uratowa&#322;by statek, no i siebie. W&#322;a&#347;ciwie powinienem by&#322; pomy&#347;le&#263; ju&#380; poprzednio, &#380;e nie mo&#380;e by&#263; cz&#322;owiekiem, bo &#380;aden cz&#322;owiek nie by&#322;by w stanie dokonywa&#263; oblicze&#324; jak on ale to sobie dopiero w tej chwili u&#347;wiadomi&#322;em. Chcia&#322;em go powstrzyma&#263;, zanim dojdzie do pulpitu, ale on by&#322; szybszy. Musia&#322; by&#263; szybszy. Nie odpinaj si&#281;! krzykn&#261;&#322; do mnie dow&#243;dca. A do Caldera: Nie ruszaj bezpiecznika! Calder nie zwr&#243;ci&#322; na to uwagi, ju&#380; sta&#322;. Ca&#322;a naprz&#243;d! zawo&#322;a&#322; dow&#243;dca i us&#322;ucha&#322;em go. Mia&#322;em przecie&#380; drugi ster. Nie uderzy&#322;em ca&#322;&#261; moc&#261; od razu, wszed&#322;em na pi&#281;&#263; g, bo nie chcia&#322;em zabi&#263; Caldera chcia&#322;em go tym uderzeniem odrzuci&#263; tylko od bezpiecznik&#243;w, ale on utrzyma&#322; si&#281; na nogach. By&#322; to widok przera&#380;aj&#261;cy, panowie, bo &#380;aden cz&#322;owiek nie ustoi przy pi&#281;ciu! Usta&#322;, tyle &#380;e chwyci&#322; si&#281; pulpitu, zdar&#322;o mu sk&#243;r&#281; z obu d&#322;oni i dalej trzyma&#322; si&#281;, bo pod t&#261; sk&#243;r&#261; by&#322;a stal. Wtedy da&#322;em od razu szczyt. Czterna&#347;cie g oderwa&#322;o go, polecia&#322; w ty&#322; sterowni z tak potwornym &#322;omotem, jakby ca&#322;y by&#322; jedn&#261; bry&#322;&#261; metalow&#261;, przelecia&#322; mi&#281;dzy naszymi fotelami i wyr&#380;n&#261;&#322; w &#347;cian&#281;, a&#380; si&#281; zatrz&#281;s&#322;a, securit poszed&#322; tam w drzazgi, a on wyda&#322; z siebie zupe&#322;nie niepodobny do niczego g&#322;os i s&#322;ysza&#322;em zza plec&#243;w, jak si&#281; tam z ty&#322;u tarza&#322;, druzgota&#322; przepierzenia, jak rozwala&#322; wszystko, czego si&#281; chwyta&#322;, ale ju&#380; nie zwraca&#322;em na to uwagi, bo szczelina otwiera&#322;a si&#281; przed nami; walili&#347;my w ni&#261; kr&#281;&#263;kiem, z zataczaj&#261;c&#261; si&#281; ruf&#261;, zredukowa&#322;em do czterech g, decydowa&#322; ju&#380; tylko czysty traf. Dow&#243;dca krzykn&#261;&#322;, &#380;ebym strzela&#322;; zacz&#261;&#322;em wi&#281;c wystrzeliwa&#263; jeden po drugim ekrany przeciwmeteorytowe, aby zmie&#347;&#263; sprzed dziobu drobniejsze okruchy, gdyby przed nami si&#281; pojawi&#322;y, a chocia&#380; nie by&#322;o to wiele warte, lepszy taki rodzaj os&#322;ony ni&#380; &#380;aden. Cassini by&#322; jak czarna olbrzymia g&#281;ba, widzia&#322;em ogie&#324; przed dziobem, daleko, ekrany os&#322;ony rozwija&#322;y si&#281; i od razu pali&#322;y w zderzeniach z ob&#322;okami py&#322;u lodowego, olbrzymie srebrne chmury powstawa&#322;y i p&#281;katy w okamgnieniu, niezwykle pi&#281;kne, statek zatrz&#261;s&#322; si&#281; lekko, Czujniki prawej burty wszystkie razem skoczy&#322;y, to by&#322; termiczny udar, otarli&#347;my si&#281; nie wiem, o co, i byli&#347;my ju&#380; po drugiej stronie



* * *


Komandor Pirx?

Tak, to ja. Pan chcia&#322; mnie widzie&#263;?

Owszem. Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e pan przyszed&#322;. Prosz&#281; usi&#261;&#347;&#263; M&#281;&#380;czyzna za biurkiem nacisn&#261;&#322; guzik czarnego pude&#322;ka i powiedzia&#322;:

B&#281;d&#281; teraz zaj&#281;ty przez dwadzie&#347;cia minut. Nie ma mnie dla nikogo.

Wy&#322;&#261;czy&#322; aparat i spojrza&#322; uwa&#380;nie na siedz&#261;cego.

Panie komandorze, mam dla pana pewn&#261; oryginaln&#261; propozycj&#281;. Pewien szuka&#322; przez sekund&#281; s&#322;owa eksperyment. Na wst&#281;pie jednak musia&#322;bym prosi&#263;, aby pan zachowa&#322; to, co powiem, w dyskrecji. Tak&#380;e, je&#347;li pan propozycj&#281; odrzuci. Czy pan si&#281; zgadza?

Przez kilka minut panowa&#322;o milczenie.

Nie rzek&#322; Pirx. I doda&#322;: Chyba &#380;e powie mi pan co&#347; wi&#281;cej.

Pan nie nale&#380;y do ludzi podpisuj&#261;cych cokolwiek in blanco? W&#322;a&#347;ciwie mog&#322;em si&#281; tego spodziewa&#263; po tym, co o panu s&#322;ysza&#322;em. Papierosa?

Dzi&#281;kuj&#281;, nie.

Chodzi o rejs eksperymentalny.

Nowy rodzaj statku?

Nie. Nowy rodzaj za&#322;ogi.

Za&#322;ogi? A moja rola?

Wszechstronna ocena jej przydatno&#347;ci. To wszystko, co mog&#281; powiedzie&#263;. Teraz kolej na pa&#324;sk&#261; decyzj&#281;.

B&#281;d&#281; milcza&#322;, je&#347;li uznam to za mo&#380;liwe.

Za mo&#380;liwe?

Za wskazane.

Ze wzgl&#281;du na jakie kryteria?

Tak zwane sumienie, prosz&#281; pana.

Zn&#243;w up&#322;yn&#281;&#322;o kilka minut. W wielkim pokoju, o jednej &#347;cianie ze szk&#322;a, panowa&#322;a cisza, jakby nie mie&#347;ci&#322; si&#281; w&#347;r&#243;d dwu tysi&#281;cy innych, tworz&#261;cych ogromny wie&#380;owiec z trzema lotniskami dla helikopter&#243;w na dachach. Pirx nie widzia&#322; prawie rys&#243;w cz&#322;owieka, kt&#243;ry z nim rozmawia&#322;, bo t&#322;em jego postaci by&#322;a silnie &#347;wiec&#261;ca mg&#322;a, a raczej chmura, w kt&#243;rej zanurza&#322;o si&#281; szesna&#347;cie najwy&#380;szych pi&#281;ter gmachu. Chwilami mleczne k&#322;&#281;by materializowa&#322;y si&#281; za przezroczyst&#261; &#347;cian&#261; i wydawa&#322;o si&#281; wtedy, &#380;e ca&#322;y pok&#243;j p&#322;ynie gdzie&#347;, unoszony niewyczuwaln&#261; si&#322;&#261;.

Dobrze. Jak pan widzi, zgadzam si&#281; na wszystko. Chodzi o rejs Ziemia-Ziemia.

P&#281;tla?

Tak. Z okr&#261;&#380;eniem Saturna i wprowadzeniem tara na orbit&#281; stacjonarn&#261; nowych satelit&#243;w automatycznych.

To przecie&#380; projekt JOVIANA?

Owszem, cz&#281;&#347;&#263; tego projektu, co si&#281; tyczy tych satelit&#243;w. Statek r&#243;wnie&#380; nale&#380;y do COMSEC-u, wi&#281;c imprezie patronuje UNESCO. Jak pan wie, przedstawiam w&#322;a&#347;nie t&#281; instytucj&#281;. Jednak&#380;e mamy w&#322;asnych pilot&#243;w i nawigator&#243;w, a pana wybrali&#347;my, poniewa&#380; w gr&#281; wchodzi dodatkowy czynnik. Ta za&#322;oga, o kt&#243;rej ju&#380; wspomnia&#322;em.

Dyrektor UNESCO znowu zamilk&#322;. Pirx czeka&#322;, mimo woli nas&#322;uchuj&#261;c, ale naprawd&#281; by&#322;o tak, jakby najs&#322;abszy d&#378;wi&#281;k nie rozlega&#322; si&#281; w promieniu ca&#322;ych mil a przecie&#380; otacza&#322;o ich milionowe miasto.

Jak panu pewno wiadomo, od szeregu lat istniej&#261; ju&#380; mo&#380;liwo&#347;ci produkowania urz&#261;dze&#324; coraz wszechstronniej zast&#281;puj&#261;cych cz&#322;owieka. Takie, kt&#243;re dor&#243;wnuj&#261; mu w wielu dziedzinach naraz, by&#322;y dot&#261;d stacjonarne, ze wzgl&#281;du na ci&#281;&#380;ar i rozmiary. Jednak&#380;e prawie jednocze&#347;nie w Stanach Zjednoczonych i ZSRR fizyka cia&#322;a sta&#322;ego umo&#380;liwi&#322;a nast&#281;pny etap mikrominiaturyzacji ju&#380; molekularny. Wyprodukowano eksperymentalnie prototypy; uk&#322;ad&#243;w krystalicznych, r&#243;wnowa&#380;nych m&#243;zgowi. S&#261; wci&#261;&#380; oko&#322;o p&#243;&#322;tora ra&#380;a wi&#281;ksze od naszego m&#243;zgu, ale to nie ma znaczenia. Szereg firm ameryka&#324;skich opatentowa&#322;o ju&#380; takie konstrukcje i obecnie pragn&#261; przyst&#261;pi&#263; do wytwarzania automat&#243;w cz&#322;ekokszta&#322;tnych, tak zwanych nieliniowc&#243;w sko&#324;czonych, przede wszystkim dla obs&#322;ugi statk&#243;w pozaziemskich.

S&#322;ysza&#322;em o tym. Ale podobno Zwi&#261;zki Zawodowe si&#281; temu sprzeciwi&#322;y? I wymaga&#322;oby to, zdaje si&#281;, istotnych zmian w istniej&#261;cym prawodawstwie?

Pan o tym s&#322;ysza&#322;? W prasie nie by&#322;o o tym nic, poza plotkami

Tak. Ale toczy&#322;y si&#281; jakie&#347; pozakulisowe rozmowy, pertraktacje, i wiadomo&#347;ci o tym przeciek&#322;y do &#347;rodowiska, w kt&#243;rym si&#281; obracam. To chyba zrozumia&#322;e.

Zapewne. Oczywi&#347;cie. Wi&#281;c tym lepiej, chocia&#380; Jakie jest pana zdanie?

W tej sprawie? Raczej negatywne. Tak, nawet bardzo negatywne. Obawiam si&#281; jednak, &#380;e niczyje zdanie nie ma tu istotnego wp&#322;ywu. Konsekwencje odkry&#263; s&#261; nieub&#322;agane mo&#380;na najwy&#380;ej przez pewien czas hamowa&#263; ich realizacj&#281;.

Jednym s&#322;owem, uwa&#380;a pan to za z&#322;o konieczne?

Tak bym tego nie sformu&#322;owa&#322;. Uwa&#380;am, &#380;e ludzko&#347;&#263; nie jest przygotowana na inwazj&#281; sztucznych istot cz&#322;ekokszta&#322;tnych. Oczywi&#347;cie najwa&#380;niejsze jest, czy one naprawd&#281; s&#261; r&#243;wnowa&#380;ne cz&#322;owiekowi. Osobi&#347;cie si&#281; z takimi nigdy nie spotyka&#322;em. Nie jestem specjalist&#261;, ale ci, kt&#243;rych znam, uwa&#380;aj&#261;, &#380;e o pe&#322;nowarto&#347;ciowo&#347;ci, o prawdziwej r&#243;wnowa&#380;no&#347;ci nie mo&#380;e by&#263; mowy.

Czy nie jest pan uprzedzony? Istotnie takie jest zdanie szeregu fachowc&#243;w, tj. by&#322;o to ich zdanie. Ale, widzi pan motywacja dzia&#322;ania tych firm jest warunkowana czynnikami ekonomicznymi. Op&#322;acalno&#347;ci&#261; produkcji.

To znaczy nadziej&#261; zysk&#243;w.

Tak. To znaczy, w tym wypadku, rz&#261;d federalny (mam na my&#347;li Ameryk&#281;), jak r&#243;wnie&#380; rz&#261;dy brytyjski i francuski nie udost&#281;pni&#322;y jeszcze pe&#322;nej dokumentacji prywatnym firmom, o ile ta dokumentacja powsta&#322;a w instytutach finansowanych przez pa&#324;stwo. Jednak&#380;e luki owej dokumentacji firmy mog&#261; uzupe&#322;ni&#263; nawet mocy rz&#261;d&#243;w, we w&#322;asnym zakresie, maj&#261; wszak swoje laboratoria badawcze.

Cybertronics?

Nie tylko. Machintrex, Inteltron i inne. Ot&#243;&#380;, wielu ludzi ze sfer rz&#261;dowych tych pa&#324;stw obawia si&#281; skutk&#243;w podobnej akcji. Prywatnych firm nie interesuje brak fundusz&#243;w pa&#324;stwowych dla masowego przekwalifikowania ludzi, kt&#243;rych usunie z pracy fala nieliniowc&#243;w.

Nieliniowcy? Dziwne. Nie spotka&#322;em si&#281; z tym terminem.

To po prostu s&#322;owo z &#380;argonu, kt&#243;rym si&#281; pos&#322;ugujemy. Zawsze lepsze od homunculusa czy sztucznego cz&#322;owieka. Bo to zreszt&#261; nie s&#261; ludzie, ani sztuczni, ani naturalni.

Ze wzgl&#281;du na niepe&#322;nowarto&#347;ciowo&#347;&#263;?

Wie pan, komandorze, ja tak&#380;e nie jestem specjalist&#261; na tym polu, wi&#281;c cho&#263;bym chcia&#322;, nie udziel&#281; panu odpowiedzi. Moje prywatne przypuszczenia nie s&#261; przecie&#380; wa&#380;ne. Chodzi o to, &#380;e jednym z pierwszych odbiorc&#243;w nowego produktu by&#322;by COSNAV.

Przecie&#380; to prywatne przedsi&#281;biorstwo angloameryka&#324;skie?

W&#322;a&#347;nie dlatego. Cosmical navigation od lat walczy z trudno&#347;ciami finansowymi, poniewa&#380; nie obliczony na dora&#378;ne zyski system kosmodromii i kosmolocji pa&#324;stw socjalistycznych stanowi dla niej siln&#261; konkurencj&#281;, przejmuj&#261;c&#261; znaczn&#261; cz&#281;&#347;&#263; ca&#322;ego obrotu towarowego. Zw&#322;aszcza, na g&#322;&#243;wnych trasach pozaziemskich. Pan musi o tym wiedzie&#263;.

Owszem. I wcale bym si&#281; nie zmartwi&#322;, gdyby COSNAV zbankrutowa&#322;. Skoro uda&#322;o si&#281; umi&#281;dzynarodowi&#263; eksploracj&#281; kosmiczn&#261; w ramach ONZ, to i z &#380;eglug&#261; mo&#380;na zrobi&#263; to samo. Tak mi si&#281; przynajmniej wydaje.

Mnie te&#380;. Zapewniam pana, &#380;e i ja bym tego chcia&#322;, cho&#263;by ze wzgl&#281;du na biurko, za kt&#243;rym siedz&#281;. Ale to pie&#347;&#324; przysz&#322;o&#347;ci. Na razie, prosz&#281; pana, jest tak, &#380;e COSNAY got&#243;w jest przyj&#261;&#263; ka&#380;d&#261; ilo&#347;&#263; nieliniowc&#243;w dla obs&#322;ugi swych linii tymczasem tylko frachtowych, bo obawiaj&#261; si&#281; bojkotu szerszej publiczno&#347;ci w ruchu pasa&#380;erskim. Wst&#281;pne pertraktacje ju&#380; si&#281; tocz&#261;.

I prasa o tym milczy?

Rozmowy s&#261; nieoficjalne. Zreszt&#261;-w niekt&#243;rych dziennikach by&#322;y o tym wzmianki, ale COSNAV wszystko zdementowa&#322;. Formalnie ma niby racj&#281;. Zreszt&#261;, panie komandorze, to jest istna d&#380;ungla. W gruncie rzeczy oni si&#281; poruszaj&#261; w pa&#347;mie nie obj&#281;tym &#347;ci&#347;le ani przez prawodawstwo ich kraj&#243;w, ani przez mi&#281;dzynarodowe, podlegaj&#261;ce ONZ. A zn&#243;w ze wzgl&#281;du na zbli&#380;aj&#261;cy si&#281; koniec kadencji prezydent nie b&#281;dzie pr&#243;bowa&#322; wprowadzenia do Kongresu ustaw, kt&#243;rych domaga si&#281; wielki kapita&#322; intelektromczny w obawie gwa&#322;townej reakcji Zwi&#261;zk&#243;w Zawodowych. Ot&#243;&#380; przechodz&#281; wreszcie do rzeczy szereg firm, antycypuj&#261;c mo&#380;liwe obiekcje prasy &#347;wiatowej, ruchu robotniczego, zawodowego i tak dalej, zdecydowa&#322;o si&#281; dostarczy&#263; do naszej dyspozycji grup&#281; p&#243;&#322;prototyp&#243;w dla zbadania ich przydatno&#347;ci przy obs&#322;udze pozaziemskich statk&#243;w.

Przepraszam, nam to znaczy komu? ONZ? Jako&#347; to dziwnie wygl&#261;da.

Nie, nie wprost ONZ. Nam, to znaczy UNESCO. Jako &#380;e to instytucja zajmuj&#261;ca si&#281; sprawami nauki, kultury, o&#347;wiaty

Pan wybaczy, ale ja dalej nic nie rozumiem. Co maj&#261; te automaty wsp&#243;lnego z o&#347;wiat&#261; czy nauk&#261;?

Przecie&#380; inwazja, jak pan sam j&#261; nazwa&#322;, tych tych pseudoludzi, produkowanych systemem ta&#347;mowym, jest chyba pod ka&#380;dym wzgl&#281;dem istotna w&#322;a&#347;nie w dziedzinie og&#243;lnoludzkiej kultury. Nie chodzi tylko o konsekwencje czysto ekonomiczne, o niebezpiecze&#324;stwo bezrobocia i tak dalej, ale o efekty psychologiczne, socjalne, kulturowe zreszt&#261;, aby wyja&#347;ni&#263; rzecz do ko&#324;ca, dodam, &#380;e przyj&#281;li&#347;my t&#281; ofert&#281; bez entuzjazmu. A nawet dyrekcja zamierza&#322;a j&#261; pierwotnie odrzuci&#263;. Te przedsi&#281;biorstwa przedstawi&#322;y wtedy dodatkow&#261; motywacj&#281; tej tre&#347;ci, &#380;e jako obs&#322;uga statk&#243;w nieliniowcy daj&#261; bez por&#243;wnania wi&#281;ksze gwarancje bezpiecze&#324;stwa od obs&#322;ugi ludzkiej. Poniewa&#380; maj&#261; szybsze reakcje, nie wykazuj&#261; praktycznie potrzeby snu ani zm&#281;czenia, nie podlegaj&#261; chorobom, posiadaj&#261; ogromn&#261; nadmiarowo&#347;&#263;, kt&#243;ra w wypadku powa&#380;nego umo&#380;liwia im jeszcze funkcjonowanie, a nadto, nie wymagaj&#261;c ani tlenu, ani &#380;ywno&#347;ci, mog&#261; wykonywa&#263; swe zadania wet na pok&#322;adzie statku zdehermetyzowanego, przegrzanego i tak dalej, wi&#281;c, rozumie pan, to s&#261; ju&#380; argumenty rzeczowe, porcie wa&#380; na pierwszy plan wysuwaj&#261; nie zysk jakich&#347; firm prywatnych, lecz bezpiecze&#324;stwo statk&#243;w i &#322;adunk&#243;w. W takim wypadku kto wie, czy nawet podleg&#322;a ONZ &#380;egluga kosmiczna o charakterze badawczym nie zdecydowa&#322;aby si&#281; przynajmniej cz&#281;&#347;ciowo

Rozumiem. Ale to bardzo niebezpieczny precedens. Zdajecie sobie z tego chyba spraw&#281;?

Dlaczego niebezpieczny?

Dlatego, &#380;e prawie to samo mo&#380;na powiedzie&#263; o innych funkcjach j zawodach. Pewnego dnia mog&#261; zwolni&#263; i pana, a na tym miejscu zasi&#261;dzie maszyna.

&#346;miech dyrektora by&#322; ma&#322;o przekonuj&#261;cy. Zaraz zreszt&#261; spowa&#380;nia&#322;.

Prosz&#281; pana m&#243;j drogi komandorze, odbiegamy w&#322;a&#347;ciwie od tematu. Ale co mo&#380;na, pa&#324;skim zdaniem, zrobi&#263; w powsta&#322;ej Sytuacji? UNESCO mog&#322;aby odrzuci&#263; propozycj&#281; tych pan&#243;w, ale to fakt&#243;w nie zmieni. Je&#347;li ich automaty s&#261; naprawy takie dobre, we&#378;mie je pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej COSNAV, a za nim p&#243;jd&#261; inni.

A co zmieni si&#281; przez to, &#380;e UNESCO zamierza pe&#322;ni&#263; rol&#281; technicznego kontrolera produkcji tych firm?

Ale&#380;, prosz&#281; pana nie chodzi o kontrol&#281; techniczn&#261;. Chcieli&#347;my to ju&#380; musz&#281; powiedzie&#263; teraz do ko&#324;ca chcieli&#347;my zaproponowa&#263; panu rejs z tak&#261; za&#322;og&#261;. Pan by ni&#261; dowodzi&#322;. w ci&#261;gu tych kilkunastu dni m&#243;g&#322;by si&#281; pan zorientowa&#263;, ile jest warta. Tym bardziej, podkre&#347;lam, &#380;e to s&#261; rozmaite modele, r&#243;&#380;ni&#261;ce si&#281; od siebie. Prosiliby&#347;my pana o przestawienie nam po powrocie kompetentnej, wszechstronnej opinii, rozbitej na znaczn&#261; ilo&#347;&#263; punkt&#243;w, poniewa&#380; chodzi zar&#243;wno o aspekty zawodowe, jak inne psychologiczne: w jakiej mierze te automaty przystosowuj&#261; si&#281; do cz&#322;owieka, o ile odpowiadaj&#261; jego wyobra&#380;eniom, czy powstaje wrzenie ich supremacji albo odwrotnie ich psychiczny ni&#380;szo&#347;ci Odpowiednie nasze kom&#243;rki dostarczy&#322;yby panu zar&#243;wno materia&#322;&#243;w jak formularzy, przygotowanych przez wybitnych uczonych, psycholog&#243;w

I to mia&#322;oby by&#263; moje zadanie?

Tak. Nie musi mi pan udzieli&#263; odpowiedzi w tej chwili. O ile wiem, pan chwilowo nie lata?

Mam sze&#347;ciotygodniowy urlop.

A wi&#281;c, powiedzmy mo&#380;e pan zdecydowa&#322;by si&#281; w ci&#261;gu dw&#243;ch dni?

Jeszcze dwa pytania. Jakie konsekwencje b&#281;dzie mia&#322;a moja opinia?

B&#281;dzie decyduj&#261;ca!

Dla kogo?

Dla nas, oczywi&#347;cie. Dla UNESCO. Jestem przekonany, &#380;e je&#347;li dojdzie do umi&#281;dzynarodowienia &#380;eglugi, b&#281;dzie stanowi&#322;a istotny materia&#322; dla tych komisji legislacyjnych ONZ, kt&#243;re

Przepraszam. To pie&#347;&#324; przysz&#322;o&#347;ci, jak pan powiedzia&#322;. A wi&#281;c dla UNESCO, tak pan m&#243;wi? Ale UNESCO nie jest przecie&#380; &#380;adn&#261; firm&#261;, &#380;adnym przedsi&#281;biorstwem ani, mam nadziej&#281;, nie zamierza si&#281; sta&#263; biurem reklamowym jakich&#347; firm?

Ale&#380;, prosz&#281; pana! Jasne, &#380;e nie. Opublikujemy w prasie &#347;wiatowej to, co nam pan przedstawi. Wyniki, gdyby by&#322;y negatywne, na pewno zahamuj&#261; bieg pertraktacji mi&#281;dzy COSNAV-em a tymi firmami. W ten spos&#243;b] przyczynimy si&#281;

Jeszcze raz przepraszam. Ale je&#347;li wyniki b&#281;d&#281; pozytywne, to nie zahamujemy i nie przyczynimy si&#281;?

Dyrektor odchrz&#261;kn&#261;&#322;, kaszln&#261;&#322;, wreszcie si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

Przed panem, komandorze, czuj&#281; si&#281; niemal jak winny. Jakbym mia&#322; nieczyste sumienie Czy to UNESCO wynalaz&#322;o te roboty nieliniowe? Czy ca&#322;a sytuacja jest rezultatem naszych prac? Staramy si&#281; post&#281;powa&#263; obiektywnie, w interesie wszystkich

Nie podoba mi si&#281; to.

Komandorze, mo&#380;e pan odm&#243;wi&#263;. Tylko prosz&#281; pomy&#347;le&#263;, &#380;e gdyby&#347;my post&#261;pili tak samo, by&#322;by to gest Pi&#322;ata. Naj&#322;atwiej jest umy&#263; r&#281;ce. Nie jeste&#347;my rz&#261;dem &#347;wiatowym i nie mo&#380;emy zakazywa&#263; nikomu produkowania takich czy innych maszyn. To rzecz poszczeg&#243;lnych rz&#261;d&#243;w zreszt&#261; pr&#243;bowa&#322;y, powiem panu, wiem, &#380;e by&#322;y takie pr&#243;by, jako projekty, ale nic z tego nie wysz&#322;o! I Ko&#347;ci&#243;&#322; te&#380; nic nie wsk&#243;ra&#322;, a pan zna jego absolutnie negatywne stanowisko w tej sprawie.

Tak. Jednym s&#322;owem, nikomu si&#281; to nie podoba i wszyscy patrz&#261;, jak si&#281; to robi.

Poniewa&#380; brak podstaw prawnych do przeciwdzia&#322;ania.

A konsekwencje? Tym firmom, im samym, zachwieje si&#281; grunt pod nogami, kiedy doprowadz&#261; do takiego bezrobocia, &#380;e

Tym razem ja musz&#261; panu przerwa&#263;. Zapewne, w tym, co pan m&#243;wi, jest racja. Wszyscy si&#281; tego obawiamy. Niemniej jeste&#347;my bezsilni. Jednak&#380;e bezsi&#322;a ta nie jest ca&#322;kowita. Mo&#380;emy przeprowadzi&#263; chocia&#380;by ten eksperyment. Pan jest uprzedzony negatywnie? To bardzo dobrze! W&#322;a&#347;nie dlatego tym wi&#281;cej zale&#380;a&#322;oby nam na panu! Je&#347;li w og&#243;le s&#261; jakie&#347; obiekcje, pan wy&#322;o&#380;y je w spos&#243;b najdobitniejszy!

Pomy&#347;l&#281; o tym powiedzia&#322; Pirx i wsta&#322;.

Pan m&#243;wi&#322; przed chwil&#261; o jeszcze jakim&#347; pytaniu

Ju&#380; mi pan na nie odpowiedzia&#322;. Chcia&#322;em wiedzie&#263;, czemu wyb&#243;r pad&#322; na mnie.

Odpowie nam pan zatem? Prosz&#281; zatelefonowa&#263; w ci&#261;gu dwu dni, zgoda?

Zgoda rzek&#322; Pirx, skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; temu cz&#322;owiekowi i wyszed&#322;.



* * *


Sekretarka, platynowa blondynka, wsta&#322;a zza biurka, kiedy wszed&#322; Pirx.

Dzie&#324; dobry, ja

Dzie&#324; dobry. Wiem, prosz&#281; pana. Ja sama zaprowadz&#281;.

Ju&#380; s&#261;?

Tak, czekaj&#261; na pana.

Poprowadzi&#322;a go przez d&#322;ugi, pusty korytarz; jej pantofelki stuka&#322;y jak metalowe szczude&#322;ka. Zimny, kamienny d&#378;wi&#281;k wype&#322;nia&#322; wielk&#261; przestrze&#324;, wy&#322;o&#380;on&#261; sztucznym granitem. Mijali ciemne drzwi z aluminiowymi cyferkami i tabliczkami. Sekretarka by&#322;a zdenerwowana. Kilka razy zerkn&#281;&#322;a na Pirxa spod oka nie jak przystojna dziewczyna, ale jak przestraszony cz&#322;owiek. Gdy Pirx to zauwa&#380;y&#322;, zrobi&#322;o om si&#281; jej troch&#281; jakby &#380;al, a zarazem poczu&#322;, &#380;e to wszystko jest kompletnie ob&#322;&#261;ka&#324;cz&#261; awantur&#261;, i prawie nieoczekiwanie dla siebie odezwa&#322; si&#281;:

Pani ich widzia&#322;a?

Tak. Przez chwil&#281;. Przelotnie.

I jacy s&#261;?

Pan ich nie widzia&#322;?

Prawie si&#281; ucieszy&#322;a. Jak gdyby ci, co dobrze ich znali, nale&#380;eli ju&#380; do jakiej&#347; obcej, mo&#380;e nawet wrogiej konspiracji, nakazuj&#261;cej najwy&#380;sz&#261; nieufno&#347;&#263;.

Jest ich sze&#347;ciu. Jeden m&#243;wi&#322; ze mn&#261;. Zupe&#322;nie niepodobny, m&#243;wi&#281; panu! Zupe&#322;nie! Gdybym go spotka&#322;a na ulicy; nigdy bym nawet nie pomy&#347;la&#322;a. Ale, jak si&#281; przyjrza&#322;am z bliska, ma co&#347; takiego w oczach i tu dotkn&#281;&#322;a ust.

A reszta?

Nawet nie weszli do pokoju, stali w korytarzu Wsiedli do windy, pomkn&#281;&#322;a w g&#243;r&#281;, z&#322;otawe ziarenka &#347;wiat&#322;a, odliczaj&#261;cego kondygnacje, gorliwie przesypywa&#322;y si&#281; w &#347;cianie, Pirx mia&#322; dziewczyn&#281; naprzeciw siebie i dobrze m&#243;g&#322; oceni&#263; rezultaty wysi&#322;ku, jakim odebra&#322;a sobie, za pomoc&#261; kredki, tuszu i szminki, ostatnie &#347;lady w&#322;asnej indywidualno&#347;ci, aby sta&#263; si&#281; czasowo sobowt&#243;rem Indy Lae, czy jak si&#281; tam nazywa&#322;a w nowy spos&#243;b rozczochrana gwiazda sezonu. Gdy zatrzepota&#322;a powiekami, zl&#261;k&#322; si&#281; o ca&#322;o&#347;&#263; sztucznych rz&#281;s.

Roboty powiedzia&#322;a piersiowym szeptem i otrz&#261;sn&#281;&#322;a si&#281; jak pod dotkni&#281;ciem gada.

W pokoju na dziesi&#261;tym pi&#281;trze siedzia&#322;o sze&#347;ciu m&#281;&#380;czyzn. Kiedy Pirx wszed&#322;, jeden, kt&#243;ry zas&#322;oni&#281;ty by&#322; wielk&#261; p&#322;acht&#261; Herald Tribune, z&#322;o&#380;y&#322; j&#261; i wsta&#322;, id&#261;c ku niemu z szerokim u&#347;miechem, a wtedy wstali i tamci.

Byli mniej wi&#281;cej jednego wzrostu i przypominali pilot&#243;w eksperymentalnych w cywilu: barczy&#347;ci, ubrani w podobne, piaskowe garnitury, w bia&#322;ych koszulach z kolorowymi muszkami. Dwaj byli blondynami, jeden rudy jak p&#322;omie&#324;, inni ciemnow&#322;osi lecz wszyscy o jasnych oczach. Tyle zd&#261;&#380;y&#322; zauwa&#380;y&#263;, nim ten, kt&#243;ry podszed&#322; do niego, poda&#322; mu r&#281;k&#281; i potrz&#261;saj&#261;c ni&#261; mocno powiedzia&#322;:

Jestem Mc Guirr, jak si&#281; pan ma?! Mia&#322;em przyjemno&#347;&#263; podr&#243;&#380;owa&#263; raz statkiem, kt&#243;rym pan dowodzi&#322;, Polluksem! Ale pan mnie pewno nie pami&#281;ta

Nie rzek&#322; Pirx. Mc Guirr odwr&#243;ci&#322; si&#281; do m&#281;&#380;czyzn stoj&#261;cych nieruchomo wok&#243;&#322; okr&#261;g&#322;ego sto&#322;u z czasopismami.

Ch&#322;opcy, oto wasz dow&#243;dca, komandor Mr Pirx. A to pana za&#322;oga, komandorze: pierwszy pilot John Calder, drugi pilot Harry Brown, in&#380;ynier nukleonik Andy Thomson, radiowiec elektronik John Burton oraz neurolog, cybernetyk i lekarz w jednej osobie Tomasz Burns.

Pirx poda&#322; im po kolei r&#281;k&#281;, potem wszyscy siedli, przysuwaj&#261;c gn&#261;ce si&#281; pod ci&#281;&#380;arem cia&#322;a metalowe krzes&#322;a do sto&#322;u. Przez par&#281; sekund panowa&#322;a cisza, kt&#243;r&#261; Mc Guirr przerwa&#322; swym ha&#322;a&#347;liwym barytonem.

Najpierw chcia&#322;em podzi&#281;kowa&#263; panu w imieniu dyrekcji Cybertonics, Inteltronu i Nortronics za to, &#380;e przyjmuj&#261;c ofert&#261; UNESCO wykaza&#322; pan takie zaufanie do naszych stara&#324;. Aby wykluczy&#263; mo&#380;liwo&#347;&#263; wszelkich nieporozumie&#324;, od razu musz&#281; wyja&#347;ni&#263;, &#380;e niekt&#243;rzy z obecnych przyszli na &#347;wiat z ojca i matki, a niekt&#243;rzy nie. Ka&#380;dy z nich orientuje si&#281; we w&#322;asnym pochodzeniu, lecz nie wie nic o pochodzeniu innych. Zwracam si&#281; do pana z pro&#347;b&#261;, by zechcia&#322; pan ich o to nie pyta&#263;. Pod ka&#380;dym innym wzgl&#281;dem ma pan absolutn&#261; swobod&#281;. Na pewno b&#281;d&#261; dobrze spe&#322;nia&#263; pana rozkazy i wyka&#380;&#261; w stosunkach s&#322;u&#380;bowych i pozas&#322;u&#380;bowych inicjatyw&#281; i szczero&#347;&#263;. Zostali jednak tak pouczeni, &#380;e na pytanie, kim jest, ka&#380;dy odpowie to samo: zupe&#322;nie zwyczajnym cz&#322;owiekiem. M&#243;wi&#281; to od razu, poniewa&#380; to nie b&#281;dzie k&#322;amstwo, lecz konieczno&#347;&#263;, podyktowana wsp&#243;lnym naszym interesem

Wi&#281;c nie mog&#281; ich o to pyta&#263;?

Mo&#380;e pan. Oczywi&#347;cie, &#380;e pan mo&#380;e, ale wtedy b&#281;dzie pan mia&#322; nieprzyjemn&#261; &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e niekt&#243;rzy nie m&#243;wi&#261; prawdy, wi&#281;c czy nie lepiej tego zaniecha&#263;? Powiedz&#261; zawsze to samo, &#380;e s&#261; zwyk&#322;ymi ch&#322;opakami, ale nie w ka&#380;dym przypadku b&#281;dzie to prawd&#261;.

A w pa&#324;skim? spyta&#322; Pirx. Po u&#322;amku sekundy wszyscy obecni wybuchn&#281;li &#347;miechem. Najg&#322;o&#347;niej &#347;mia&#322; si&#281; sam Mc Guirr.

O! Kawalarz z pana! Ja, ja jestem tylko ma&#322;ym k&#243;&#322;eczkiem z&#281;batym w maszynie Nortronics

Pirx, kt&#243;ry si&#281; nawet nie u&#347;miechn&#261;&#322;, czeka&#322;, a&#380; nastanie cisza.

Czy nie wydaje si&#281; panu, &#380;e pr&#243;bujecie mnie podej&#347;&#263;? spyta&#322; wtedy.

Przepraszam! Jak pan to rozumie?! Nic podobnego! Warunki przewidywa&#322;y nowy rodzaj za&#322;ogi. Nie by&#322;o w nich ani s&#322;owa o tym, czy to b&#281;dzie za&#322;oga jednorodna nieprawda&#380;? Pragn&#281;li&#347;my po prostu wykluczy&#263; mo&#380;liwo&#347;ci pewnego, hm, czysto psychologicznego, irracjonalnego uprzedzenia negatywnego, wie pan. Przecie&#380; to jasne! Nieprawda&#380;? Podczas rejsu i po nim, w oparciu o jego przebieg, zechce pan przedstawi&#263; sw&#261; opini&#281; o jako&#347;ci wszystkich, cz&#322;onk&#243;w za&#322;ogi. Wszechstronn&#261; opini&#281;, na kt&#243;rej nam jak najbardziej zale&#380;y. My tylko postarali&#347;my si&#281; utworzy&#263; warunki takie, aby pan m&#243;g&#322; dzia&#322;a&#263; z najwy&#380;szym, bezstronnym obiektywizmem!

B&#243;g zap&#322;a&#263;! rzek&#322; Pirx. Niemniej uwa&#380;am, &#380;e&#347;cie mnie podeszli. Jednak nie mam si&#281; zamiaru wycofa&#263;.

Brawo!

Chcia&#322;bym jeszcze, ju&#380; teraz, porozmawia&#263; chwil&#281; z moimi zawaha&#322; si&#281; przez drobny u&#322;amek sekundy lud&#378;mi

Pan pragnie si&#281; mo&#380;e zorientowa&#263; w ich kwalifikacjach? Zreszt&#261;, nie ograniczam! Prosz&#281; strzela&#263;! Prosz&#281;!

Mc Guirr wydoby&#322; z g&#243;rnej kieszeni surduta cygaro i odci&#261;wszy koniec wzi&#261;&#322; si&#281; do zapalania, a tymczasem pi&#281;&#263; par spokojnych oczu uwa&#380;nie spoczywa&#322;o na twarzy Pirxa. Obaj jasnow&#322;osi, kt&#243;rzy byli pilotami, wykazywali pewne podobie&#324;stwo. Calder wygl&#261;da&#322; jednak bardziej na Skandynawa, a jego kr&#281;te w&#322;osy by&#322;y mocno wyblak&#322;e, jak od s&#322;o&#324;ca. Brown za to by&#322; prawdziwie z&#322;otow&#322;osy, przypomina&#322; troch&#281; cherubina z &#380;urnala m&#243;d, ale ten zbytek urody &#322;agodzi&#322;y jego szcz&#281;ki i nieustanne, drwi&#261;ce jakby skrzywienie bezbarwnych, cienkich ust. Od lewego ich k&#261;ta sz&#322;a skosem przez policzek bia&#322;a blizna. Na nim w&#322;a&#347;nie znieruchomia&#322; wzrok Pirxa.

Doskonale rzek&#322;, jakby ze sporym op&#243;&#378;nieniem odpowiadaj&#261;c Mc Guirrowi, i tym samym tonem, jakby od niechcenia, spyta&#322;, patrz&#261;c na m&#281;&#380;czyzn&#281; z blizn&#261;:

Czy pan wierzy w Boga?

Wargi Browna drgn&#281;&#322;y, jak w powstrzymanym u&#347;miechu czy skrzywieniu, i nie od razu odpowiedzia&#322;. Wygl&#261;da&#322;, jakby si&#281; &#347;wie&#380;o ogoli&#322;, nawet z pewnym po&#347;piechem; ko&#322;a ucha zosta&#322;o kilka w&#322;osk&#243;w, na policzkach widnia&#322;y &#347;lady niedok&#322;adnie startego pudru.

To nie nale&#380;y do moich obowi&#261;zk&#243;w powiedzia&#322; g&#322;osem o przyjemnym, niskim brzmieniu. Mc Guirr, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie zaci&#261;ga&#322; si&#281; cygarem, znieruchomia&#322;, nieprzyjemnie dotkni&#281;ty pytaniem Pirxa i, mrugaj&#261;c, gwa&#322;townie wydmuchn&#261;&#322; dym, jakby m&#243;wi&#322;: A widzisz? Trafi&#322;a kosa na kamie&#324;!

Panie Brown powiedzia&#322; wci&#261;&#380; takim samym flegmatycznym tonem Pirx pan mi nie odpowiedzia&#322; na pytanie.

Przepraszam, komandorze. Powiedzia&#322;em panu, &#380;e to nie nale&#380;y do moich obowi&#261;zk&#243;w.

Jako pana prze&#322;o&#380;ony decyduj&#281; o tym, co nale&#380;y do pana obowi&#261;zk&#243;w odparowa&#322; Pirx. Twarz Mc Guirra wyra&#380;a&#322;a zaskoczenie. Tamci siedzieli bez ruchu, z widoczn&#261; uwag&#261; przys&#322;uchuj&#261;c si&#281; tej wymianie s&#322;&#243;w w&#322;a&#347;nie jak wzorowi uczniowie.

Je&#347;li to jest rozkaz odpowiedzia&#322; mi&#281;kkim, wyra&#378;nie modulowanym barytonem Brown to mog&#281; tylko wyja&#347;ni&#263;, &#380;e si&#281; tym problemem specjalnie nie zajmowa&#322;em.

Wi&#281;c prosz&#281; go przemy&#347;le&#263; do jutra. Od tego uzale&#380;niam pana obecno&#347;&#263; na pok&#322;adzie.

Tak jest, nawigatorze.

Pirx zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Caldera, pierwszego pilota, oczy ich spotka&#322;y si&#281;, t&#281;cz&#243;wki tamtego by&#322;y prawie bezbarwne, odbija&#322;y si&#281; w nich wielkie okna pokoju:

Pan jest pilotem?

Tak.

Z jakim do&#347;wiadczeniem?

Mam uko&#324;czony kurs podw&#243;jnego pilota&#380;u oraz dwie&#347;cie dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t solowych godzin w przestrzeni na ma&#322;ym tona&#380;u, dziesi&#281;&#263; l&#261;dowa&#324; samodzielnych, w tym cztery na Ksi&#281;&#380;ycu, dwa na Marsie i na Wenus.

Pirx zdawa&#322; si&#281; nie zwraca&#263; wi&#281;kszej uwagi na t&#281; odpowied&#378;.

Burton zwr&#243;ci&#322; si&#281; do nast&#281;pnego pan jest elektronikiem?

Tak.

Ile rentgen&#243;w mo&#380;e pan znie&#347;&#263; w ci&#261;gu godziny?

Tamtemu drgn&#281;&#322;y wargi. Nie by&#322; to nawet u&#347;miech. Zaraz znik&#322;.

My&#347;l&#281;, &#380;e ze czterysta powiedzia&#322;, Najwy&#380;ej. Ale trzeba by si&#281; potem leczy&#263;.

Wi&#281;cej ni&#380; czterysta nie?

Nie wiem, ale chyba nie.

Sk&#261;d pan pochodzi?

Z Arizony.

Chorowa&#322; pan?

Nie. W ka&#380;dym razie na nic powa&#380;nego.

Pan ma dobry wzrok?

Dobry.

Pirx nie s&#322;ucha&#322; w&#322;a&#347;ciwie tego, co m&#243;wili. Zwa&#380;a&#322; raczej na d&#378;wi&#281;k g&#322;osu, jego modulacj&#281;, brzmienie, na ruchy twarzy, warg, i ogarnia&#322;a go chwilami irracjonalna nadzieja, &#380;e to wszystko jest tylko jednym wielkim a g&#322;upim &#380;artem, kpin&#261;, &#380;e chciano pobawi&#263; si&#281; nim, zadrwi&#263; z jego naiwnej wiary we wszechmoc technologii. A mo&#380;e ukara&#263; go w ten spos&#243;b za to, &#380;e tak w ni&#261; wierzy&#322;? Bo to przecie&#380; byli zupe&#322;nie zwyczajni ludzie; sekretarka m&#243;wi&#322;a od rzeczy c&#243;&#380; znaczy uprzedzenie! Mc Guirra wzi&#281;&#322;a przecie&#380; tak&#380;e za jednego z nich

Rozmowa by&#322;a dot&#261;d b&#322;aha gdyby nie &#243;w niezbyt m&#261;dry koncept z Panem Bogiem. Nie by&#322; m&#261;dry na pewno, niesmaczny i prymitywny raczej, Pirx czu&#322; to doskonale, mia&#322; si&#281; za osobnika ograniczonego do t&#281;poty, tylko przez ni&#261; zgodzi&#322; si&#281; Tamci patrzyli na niego jak przedtem, ale wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e rudy, Thomson i obaj piloci przybrali wyraz twarzy a&#380; przesadnie oboj&#281;tny, jak gdyby nie chcieli da&#263; mu do poznania, &#380;e ju&#380; ze wszystkim przejrzeli jego prymitywn&#261; dusz&#281; rutyniarza, wytr&#261;conego teraz kompletnie ze znanej sobie, zrozumia&#322;ej i bezpiecznej przez to r&#243;wnowagi. Chcia&#322; pyta&#263; ich dalej, tym bardziej &#380;e milczenie, kt&#243;re pocz&#281;&#322;o narasta&#263;, zwraca&#322;o si&#281; przeciwko niemu, staj&#261;c si&#281; &#347;wiadectwem jego bezradno&#347;ci, lecz nie m&#243;g&#322;: po prostu nic wymy&#347;li&#263;; ju&#380; tylko rozpacz, nie zdrowy rozs&#261;dek, podszeptywa&#322;a, by uczyni&#263; co&#347; dziwacznego, na po&#322;y szalonego, ale wiedzia&#322; dobrze, &#380;e nic przecie&#380; takiego nie zrobi. Czu&#322;, &#380;e o&#347;mieszy&#322; si&#281;, nale&#380;a&#322;o zrezygnowa&#263; z tego spotkania; popatrzy&#322; na Mc Guirra.

Kiedy mog&#281; wej&#347;&#263; na pok&#322;ad?

Ach, w ka&#380;dej chwili, nawet dzi&#347;.

Co b&#281;dzie z kontrol&#261; sanitarn&#261;?

Prosz&#281; o tym nie my&#347;le&#263;. Wszystko ju&#380; za&#322;atwione. In&#380;ynier odpowiada&#322; mu niemal pob&#322;a&#380;liwie, tak mu si&#281; przynajmniej wyda&#322;o.

Nie umiem dobrze przegrywa&#263; pomy&#347;la&#322;. A g&#322;o&#347;no rzek&#322;:

To wszystko. Opr&#243;cz Browna wszyscy mo&#380;ecie si&#281; uwa&#380;a&#263; za cz&#322;onk&#243;w za&#322;ogi. Brown zechce odpowiedzie&#263; mi jutro na pytanie, kt&#243;re mu zada&#322;em. Mc Guirr, ma pan przy sobie te papiery do podpisu?

Mam, ale nie tu. S&#261; w dyrekcji. P&#243;jdziemy tam?

Dobrze.

Pirx wsta&#322;. Wszyscy uczynili to samo.

Do zobaczenia skin&#261;&#322; im g&#322;ow&#261; i wyszed&#322; pierwszy. In&#380;ynier dogoni&#322; go przy windzie.

Pan nas nie docenia&#322;, komandorze Ca&#322;kowicie odzyska&#322; dobry humor.

Jak mam to rozumie&#263;?

Winda ruszy&#322;a. In&#380;ynier podni&#243;s&#322; ostro&#380;nie cygaro do ust, by nie str&#261;ci&#263; siwego sto&#380;ka popio&#322;u.

Naszych ch&#322;opc&#243;w nie da si&#281; tak &#322;atwo odr&#243;&#380;ni&#263; od zwyczajnych.

Pirx wzruszy&#322; ramionami.

Je&#380;eli s&#261; z tego samego materia&#322;u co ja powiedzia&#322; to s&#261; lud&#378;mi, a czy powstali przez jakie&#347; sztuczne zap&#322;odnienie w prob&#243;wce, czy w spos&#243;b bardziej obiegowy nie obchodzi mnie to wcale.

Och, nie, nie s&#261; z tego samego materia&#322;u!

A z jakiego?

Prosz&#281; wybaczy&#263;, to tajemnica produkcyjna.

Kim pan jest?

Winda stan&#281;&#322;a. In&#380;ynier otworzy&#322; drzwi, ale Pirx, czekaj&#261;c na odpowied&#378;, nie ruszy&#322; si&#281; z miejsca.

Chodzi panu o to, czy jestem projektantem? Nie. Pracuj&#281; w dziale public relations.

I jest pan kompetentny, by odpowiedzie&#263; mi na kilka pyta&#324;?

Naturalnie, ale chyba nie tu?

Ta sama sekretarka wprowadzi&#322;a ich do du&#380;ego pokoju Konferencyjnego.

Za d&#322;ugim sto&#322;em sta&#322;y dwa rz&#261;dy foteli w idealnym ordynku. Siedli u ko&#324;ca owego sto&#322;u, tam gdzie le&#380;a&#322;a otwarta teczka z umowami.

S&#322;ucham pana rzek&#322; Mc Guirr. Popi&#243;&#322; spad&#322; mu na spodnie, zdmuchn&#261;&#322; go, Pirx zauwa&#380;y&#322;, &#380;e in&#380;ynier ma przekrwione oczy i nadmiernie r&#243;wne z&#281;by. Sztuczne pomy&#347;la&#322;. Udaje m&#322;odszego, ni&#380; jest.

Czy ci, kt&#243;rzy nie s&#261; lud&#378;mi, zachowuj&#261; si&#281; jak ludzie? Spo&#380;ywaj&#261; posi&#322;ki? Pij&#261;?

Tak.

Po co?

Aby z&#322;udzenie by&#322;o zupe&#322;ne. Dla otoczenia; rzecz oczywista.

Wi&#281;c musz&#261; si&#281; potem tego pozbywa&#263;?

No, tak.

A krew?

Prosz&#281;?

Czy maj&#261; krew? Serce? Czy krwawi&#261; zranieni?

Maj&#261; pozory krwi i serca powiedzia&#322; Mc Guirr, dobieraj&#261;c s&#322;&#243;w z wyra&#378;n&#261; ostro&#380;no&#347;ci&#261;.

Co to znaczy?

&#379;e tylko dobry specjalista lekarz, po wszechstronnym badaniu, m&#243;g&#322;by si&#281; zorientowa&#263;

A ja nie?

Nie. Oczywi&#347;cie, wy&#322;&#261;czaj&#261;c zastosowanie jakich&#347; specjalnych urz&#261;dze&#324;.

Rentgena?

Pan jest domy&#347;lny! Ale nie b&#281;dzie go pan mia&#322; na pok&#322;adzie.

Tego nie wymy&#347;li&#322; &#380;aden fachowiec rzek&#322; spokojnie Pirx. Mog&#281; mie&#263; tyle izotop&#243;w ze stosu, ile zechc&#281;, no i musz&#281; te&#380; mie&#263; na pok&#322;adzie aparaty do defektoskopii; rentgen ca&#322;kiem mi wi&#281;c niepotrzebny.

Nie mamy zastrze&#380;e&#324; co do tej aparatury, o ile zobowi&#261;&#380;e si&#281; pan nie u&#380;ywa&#263; jej do &#380;adnych innych cel&#243;w.

A je&#380;eli si&#281; nie zgodz&#281;?

Mc Guirr westchn&#261;&#322; i dusz&#261;c cygaro w popielniczce, jakby nabra&#322; do niego nagle obrzydzenia, rzek&#322;:

Komandorze pan stara si&#281; to nam utrudni&#263;, jak si&#281; tylko da!

To prawda! serdecznie odpar&#322; Pirx. Wi&#281;c oni mog&#261; krwawi&#263;?

Tak.

I to jest krew? Tak&#380;e pod mikroskopem?

Tak, to jest krew.

Jake&#347;cie to zrobili?

Imponuj&#261;ce, nie? Mc Guirr u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko. Mog&#281; panu powiedzie&#263; tylko bardzo og&#243;lnikowo: zasada g&#261;bki. Podsk&#243;rnej, specjalnej g&#261;bki.

To ludzka krew?

Tak.

Po co?

Na pewno nie po to, aby wywie&#347;&#263; w pole pana. Prosz&#281; zrozumie&#263;, przecie&#380; nie dla pana uruchomiona zosta&#322;a produkcja kosztem miliard&#243;w dolar&#243;w! Oni musz&#261; wygl&#261;da&#263; tak, by&#263; tacy, aby w &#380;adnych okoliczno&#347;ciach nikomu z pasa&#380;er&#243;w czy innych ludzi nie przysz&#322;o nawet do g&#322;owy podejrzewa&#263;

Chodzi o unikni&#281;cie bojkotu waszych produkt&#243;w?

O to te&#380;. No i o komfort, o wygod&#281; psychologiczn&#261;

A pan potrafi ich rozr&#243;&#380;ni&#263;?

Tylko dlatego, &#380;e ich znam. No s&#261; sposoby gwa&#322;towne ale przecie&#380; nie b&#281;dzie pan u&#380;ywa&#322; siekiery!

Pan mi nie powie, czym oni si&#281; r&#243;&#380;ni&#261; od ludzi pod wzgl&#281;dem fizjologicznym? Oddychanie, kaszel, rumie&#324;ce

Ach, to wszystko zosta&#322;o zrobione. S&#261; r&#243;&#380;nice, pewne, ale powiedzia&#322;em ju&#380; panu: pozna&#322;by si&#281; na nich tylko lekarz.

A pod wzgl&#281;dem psychicznym?

M&#243;zg maj&#261; w g&#322;owie! To nasz najwi&#281;kszy triumf! rzek&#322; Mc Guirr z prawdziw&#261; dum&#261;. Inteltron umiejscawia&#322; go dotychczas w kad&#322;ubie, bo by&#322; zbyt wielki. Dopiero my pierwsi przenie&#347;li&#347;my go do g&#322;owy!

Powiedzmy, drudzy: pierwsza by&#322;a Natura

Cha, cha! No, wi&#281;c drudzy. Ale szczeg&#243;&#322;y s&#261; tajemnic&#261;. To multistat monokrystaliczny, z szesnastoma miliardami element&#243;w dw&#243;jkowych!

A czy to, do czego s&#261; zdolni, tak&#380;e jest tajemnic&#261;?

Co pan ma na my&#347;li?

Na przyk&#322;ad to, &#380;e mog&#261; k&#322;ama&#263; w jakim zakresie mog&#261; k&#322;ama&#263; &#380;e mog&#261; utraci&#263; panowanie nad sob&#261; wi&#281;c i nad sytuacj&#261;

Owszem. To wszystko mo&#380;liwe.

Dlaczego?

Dlatego, &#380;e to nieuniknione. Wszelkie m&#243;wi&#261;c obrazowo hamulce, wprowadzone w sie&#263; neutronow&#261;, czy krystaliczn&#261;, s&#261; wzgl&#281;dne, s&#261; do pokonania. M&#243;wi&#261; to, bo pan powinien zna&#263; prawd&#261;. Zreszt&#261;, je&#347;li cho&#263; troch&#281; zna pan literatur&#261; przedmiotu, wie pan, &#380;e robot, kt&#243;ry by zarazem umys&#322;owo dor&#243;wnywa&#322; cz&#322;owiekowi, a nie by&#322; zdolny do k&#322;amstwa czy oszukiwania, jest czyst&#261; fikcj&#261;. Mo&#380;na produkowa&#263; albo pe&#322;nowarto&#347;ciowe r&#243;wnowa&#380;niki cz&#322;owieka, albo marionetki. Trzeciej drogi nie ma.

Istota zdolna do pewnych czyn&#243;w tym samym musi by&#263; zdolna do innych czyn&#243;w, tak?

Tak. Oczywi&#347;cie, to jest nierentowne. Na razie przynajmniej. Psychiczna wszechstronno&#347;&#263;, nie m&#243;wi&#261;c nawet o cz&#322;ekokszta&#322;nio&#347;ci, potwornie kosztuje. Modele, kt&#243;re pan dostaje, s&#261; wytworzone tylko w bardzo nielicznych prototypach jako nieop&#322;acalne. Koszt jednego jest wi&#281;kszy od kosztu nadd&#378;wi&#281;kowego bombowca!

Co pan m&#243;wi!

Oczywi&#347;cie, wliczywszy koszty wszystkich bada&#324;, kt&#243;re budow&#281; poprzedzi&#322;y. B&#281;dziemy te automaty oferowali produkowane, by&#263; mo&#380;e, z ta&#347;my; i pewnie je nawet udoskonalimy, chocia&#380; to ju&#380; chyba niemo&#380;liwe. Dajemy panu to, co mamy najlepszego. Utrata wi&#281;c panowania nad sob&#261;, jakie&#347; za&#322;amanie si&#281;, chocia&#380; nie do wykluczenia, b&#281;dzie z regu&#322;y mniej prawdopodobne ani&#380;eli u cz&#322;owieka w tej samej sytuacji!

Czy by&#322;y robione takie do&#347;wiadczenia?

Oczywi&#347;cie!

I ludzie stanowili pr&#243;by kontrolne?

By&#322;o i tak.

Sytuacje katastrofalne? Gro&#380;&#261;ce zag&#322;ad&#261;?

W&#322;a&#347;nie takie.

A rezultaty?

Ludzie s&#261; bardziej zawodni.

A jak z ich agresywno&#347;ci&#261;?

Chodzi panu o ich stosunek do cz&#322;owieka?

Nie tylko.

Mo&#380;e pan by&#263; spokojny. Maj&#261; wbudowane inhibitory, tak zwane uk&#322;ady wy&#322;adowania wstecznego, amortyzuj&#261;ce niejako potencja&#322;y agresji.

Zawsze?

Nie, to niemo&#380;liwe. M&#243;zg jest uk&#322;adem probabilistycznym, nasz tak&#380;e. Mo&#380;na w nim zwi&#281;ksza&#263; prawdopodobie&#324;stwo okre&#347;lonych stan&#243;w, ale nigdy nie ma si&#281; ca&#322;kowitej pewno&#347;ci. Mimo to i pod tym wzgl&#281;dem przewy&#380;szaj&#261; cz&#322;owieka!

A co si&#281; stanie, je&#347;li b&#281;d&#281; pr&#243;bowa&#322; strzaska&#263; kt&#243;remu&#347; g&#322;ow&#281;?

B&#281;dzie si&#281; broni&#322;.

Czy b&#281;dzie usi&#322;owa&#322; mnie zabi&#263;?

Nie, ograniczy si&#281; do obrony.

A je&#347;li jedyn&#261; mo&#380;liwo&#347;ci&#261; obrony b&#281;dzie atak?

Wtedy zaatakuje pana.

Prosz&#261; mi da&#263; te umowy powiedzia&#322; Pirx. Pi&#243;ro skrzypia&#322;o w ciszy. In&#380;ynier z&#322;o&#380;y&#322; formularze i schowa&#322; je do teczki.

Pan wraca do Stan&#243;w?

Tak, jutro.

Mo&#380;e pan zakomunikowa&#263; prze&#322;o&#380;onym, &#380;e postaram si&#281; wycisn&#261;&#263; z nich wszystko najgorsze rzek&#322; Pirx.

Rozumie si&#281;! Na to w&#322;a&#347;nie liczymy! Bo nawet w tym najgorszym jeszcze s&#261; lepsi od cz&#322;owieka! Tylko

Pan chcia&#322; co&#347; powiedzie&#263;?

Pan jest cz&#322;owiekiem odwa&#380;nym. Ale we w&#322;asnym interesie doradzam ostro&#380;no&#347;&#263;.

&#379;eby si&#281; do mnie nie wzi&#281;li? Pirx u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; mimo woli.

Nie. &#379;eby si&#281; to nie skrupi&#322;o w&#322;a&#347;nie na panu: bo pierwej, wcze&#347;niej, wysi&#261;d&#261; panu ludzie. Zwykli, poczciwi, zacni ch&#322;opcy. Rozumie pan?

Rozumiem odpar&#322; Pirx. Czas na mnie. Musz&#281; przej&#261;&#263; dzi&#347; statek.

Mam na dachu helikopter rzek&#322; Mc Guirr wstaj&#261;c. Podrzuci&#263; pana?

Nie, dzi&#281;kuj&#281;. Pojad&#281; metrem. Nie lubi&#281; ryzykowa&#263;, wie pan Wi&#281;c powie pan prze&#322;o&#380;onym, jak czarne mam zamiary?

Jak pan sobie &#380;yczy.

Mc Guirr szuka&#322; w kieszeni nast&#281;pnego cygara.

Musz&#281; powiedzie&#263;, &#380;e zachowuje si&#281; pan raczej dziwnie. Czego pan w&#322;a&#347;ciwie od nich chce? To nie s&#261; ludzie, tego nikt nie twierdzi. To doskonali fachowcy, a przy tym naprawd&#281; zacni! M&#243;wi&#281; panu! Zrobi&#261; dla pana wszystko!

Postaram si&#281;, &#380;eby zrobili jeszcze wi&#281;cej odpar&#322; Pirx.



* * *


Pirx rzeczywi&#347;cie nie darowa&#322; Brownowi sprawy Pana Boga i umy&#347;lnie zatelefonowa&#322; do niego nast&#281;pnego dnia; w UNESCO podano mu numer telefonu, dzi&#281;ki kt&#243;remu m&#243;g&#322; osi&#261;gn&#261;&#263; swego nieliniowego pilota. Pozna&#322; nawet jego g&#322;os, gdy nakr&#281;ci&#322; &#243;w numer.

Czeka&#322;em na pana powiedzia&#322; Brown.

No i jak si&#281; pan zdecydowa&#322;? spyta&#322; Pirx. By&#322;o mu przy tym dziwnie ci&#281;&#380;ko na sercu; znacznie lepiej czu&#322; si&#281;, kiedy podpisywa&#322; papiery Mc Guirrowi. Wydawa&#322;o mu si&#281; w&#243;wczas, &#380;e da temu rad&#281;. Teraz nie by&#322; ju&#380; taki pewny siebie.

Mia&#322;em ma&#322;o czasu rzek&#322; Browri swym r&#243;wnym, mi&#322;ym g&#322;osem. Dlatego mog&#281; powiedzie&#263; tylko tyle: nauczono mnie podej&#347;cia probabilistycznego. Obliczam szans&#281; i na tej podstawie dzia&#322;am. A w tym wypadku dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dziewi&#281;&#263; procent, &#380;e nie, a mo&#380;e nawet dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dziewi&#281;&#263; i osiem dziesi&#261;tych, ale jedna setna szansy, &#380;e tak.

&#379;e jest?

Tak.

Dobrze. Mo&#380;e si&#281; pan zg&#322;osi&#263; z innymi. Do zobaczenia.

Do widzenia odpar&#322; mi&#281;kki baryton i s&#322;uchawka d&#378;wi&#281;k&#322;a, od&#322;o&#380;ona. Pirx przypomnia&#322; sobie, nie wiedzie&#263; czemu, t&#281; rozmow&#281;, kiedy jecha&#322; do portu rakietowego. Nie wiadomo, kto za&#322;atwi&#322; ju&#380; wszystkie formalno&#347;ci w kapitanacie mo&#380;e UNESCO, a mo&#380;e firmy, kt&#243;re mu wyprodukowa&#322;y za&#322;og&#281;. Do&#347;&#263;, &#380;e nie by&#322;o ani normalnej kontroli sanitarnej, ani te&#380; nikt nie &#380;&#261;da&#322; papier&#243;w jego ludzi a start wyznaczono na godzin&#281; drug&#261; czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263;, to znaczy mia&#322; si&#281; odby&#263; wtedy, gdy ruch jest najmniejszy. Trzy spore satelitarne przeka&#378;niki dla Saturna znajdowa&#322;y si&#281; ju&#380; w lukach. Goliat by&#322; statkiem &#347;redniego tona&#380;u, z wysok&#261; automatyzacj&#261; obs&#322;ugi; niezbyt du&#380;y ledwo sze&#347;&#263; tysi&#281;cy ton masy spoczynkowej ale wypuszczony ze stoczni dopiero przed dwoma laty, posiada&#322; doskona&#322;y, zupe&#322;nie pozbawiony waha&#324; termicznych stos na szybkie neutrony, kt&#243;ry zajmowa&#322; dos&#322;ownie dziesi&#281;&#263; metr&#243;w sze&#347;ciennych, a wi&#281;c tyle co nic, a mia&#322; nominaln&#261; moc czterdziestu pi&#281;ciu milion&#243;w koni, ze szczytem w siedemdziesi&#281;ciu dla przyspiesze&#324; kr&#243;tkotrwa&#322;ych.

Pirx w&#322;a&#347;ciwie nie wiedzia&#322; nic o tym, co si&#281; z jego lud&#378;mi dzia&#322;o w Pary&#380;u czy zatrzymali si&#281; w hotelu, czy jaka&#347; firma wynaj&#281;&#322;a im mieszkanie (a nawet przesz&#322;a mu przez g&#322;ow&#281; tyle&#380; groteskowa, co makabryczna my&#347;l, &#380;e ich tam jako&#347; in&#380;ynier Mc Guirr powy&#322;&#261;cza&#322; i na te dwa dni powk&#322;ada&#322; do skrzy&#324;) ani nawet, jak si&#281; dostali do portu.

Czekali w osobnym pokoju kapitanatu, przy czym wszyscy mieli walizki, jakie&#347; zawini&#261;tka i ma&#322;e nesesery z dyndaj&#261;cymi przy uchwytach wizyt&#243;wkami. Pirxowi, kiedy to widzia&#322;, mimo woli przechodzi&#322;y przez my&#347;l r&#243;&#380;ne idiotyczne dowcipy, &#380;e pewno maj&#261; tam klucze francuskie i toaletowe oliwiarki, i tak dalej. Ale nie by&#322;o mu wcale do &#347;miechu, kiedy, przywitawszy si&#281; z nimi, z&#322;o&#380;y&#322; uprawnienia i papiery, niezb&#281;dne dla potwierdzenia gotowo&#347;ci startowej, po czym, dwie godziny przed wyznaczonym czasem, wyszli na p&#322;yt&#281; o&#347;wietlon&#261; jedynym reflektorem i g&#281;siego ruszyli ku bia&#322;emu jak &#347;nieg Goliatowi. Wygl&#261;da&#322; troch&#281; jak olbrzymia, &#347;wie&#380;o wypakowana g&#322;owa cukru.

Start nie by&#322; problemem. Goliatem da&#322;oby si&#281; wystartowa&#263; bez &#380;adnej niemal pomocy, nastawiwszy tylko programy wszystkich automatycznych i p&#243;&#322;automatycznych urz&#261;dze&#324;. Nie min&#281;&#322;o ani p&#243;&#322; godziny, a ju&#380; pozostawili za sob&#261; nocn&#261; p&#243;&#322;kul&#281; Ziemi z jej fosforyczn&#261; wysypk&#261; miast; Pirx wyjrza&#322; wtedy, bo chocia&#380; atmosfer&#281;, kt&#243;r&#261; swymi promieniami o &#347;witaniu s&#322;o&#324;ce czesze pod w&#322;os, widzia&#322; z przestrzeni niejednokrotnie, wspania&#322;e to widowisko &#243;w olbrzymi sierp t&#281;czy p&#322;on&#261;cej jeszcze mu si&#281; wcale nie znudzi&#322;o. Min&#261;wszy par&#281; minut potem ostatniego nawigacyjnego satelit&#281;, w g&#281;stym ciurkaniu i popiskiwaniu sygna&#322;&#243;w, kt&#243;rymi p&#281;cznia&#322;y pracuj&#261;ce maszyny informacyjne (elektronowa biurokracja Kosmosu, jak je Pirx nazywa&#322;), wyszli ponad ekliptyk&#281;. Pirx poleci&#322; w&#243;wczas pierwszemu pilotowi, aby pozosta&#322; przy sterach, a sam uda&#322; si&#281; do swojej kajuty. Nie min&#281;&#322;o ani dziesi&#281;&#263; minut, gdy us&#322;ysza&#322; pukanie.

Prosz&#281;!

Wszed&#322; Brown. Zamkn&#261;&#322; starannie drzwi, podszed&#322; Pirxa, kt&#243;ry siedzia&#322; na swojej koi, i odezwa&#322; si&#281; st&#322;umionym g&#322;osem:

Chcia&#322;bym z panem porozmawia&#263;.

Prosz&#281;. Niech pan siada.

Brown opu&#347;ci&#322; si&#281; na krzes&#322;o, ale jakby uznawszy, odleg&#322;o&#347;&#263;, jaka ich dzieli, jest zbyt wielka, przysun&#261;&#322; je bli&#380;ej, przez chwil&#281; milcza&#322; z opuszczonymi oczami, nagle patrzy&#322; prosto w twarz dow&#243;dcy i rzek&#322;:

Chc&#281; panu co&#347; powiedzie&#263;. Ale musz&#281; prosi&#263; o dyskrecj&#281;. O s&#322;owo, &#380;e pan tego nikomu nie powt&#243;rzy.

Pirx uni&#243;s&#322; brwi.

Tajemnice?

Namy&#347;la&#322; si&#281; przez kilka sekund.

Zgoda, nie powt&#243;rz&#281; tego nikomu powiedzia&#322; wreszcie. S&#322;ucham.

Jestem cz&#322;owiekiem rzek&#322; tamten i urwa&#322;, patrz: Pirxowi w oczy, jakby pragn&#261;&#322; sprawdzi&#263; efekt tych s&#322;&#243;w. Pirx jednak, z wp&#243;&#322;przymkni&#281;tymi powiekami, oparty g&#322;ow&#261; o &#347;cian&#281; wy&#347;cielan&#261; bia&#322;ym pianoplastykiem, trwa&#322; ruchu.

M&#243;wi&#281; to, bo chc&#281; panu pom&#243;c zacz&#261;&#322; tamten tak, jakby m&#243;wi&#322; co&#347;, co ju&#380; poprzednio sobie obmy&#347;li&#322;. Kiedy sk&#322;ada&#322;em ofert&#281;, nie wiedzia&#322;em, o co chodzi. Takich jak ja by&#322;o na pewno wielu ale przyjmowano nas oddzielnie, aby&#347;my nie mogli si&#281; pozna&#263; ani nawet zobaczy&#263;. O tym, co w&#322;a&#347;ciwie mi przeznaczaj&#261;, dowiedzia&#322;em si&#281; dopiero, kiedy zosta&#322;em definitywnie wybrany, po wszystkich lotach, pr&#243;bach i testach. Musia&#322;em wtedy zar&#281;czy&#263;, &#380;e absolutnie nic nie wyjawi&#281;. Mam dziewczyn&#281;, chcemy si&#281; pobra&#263;, ale by&#322;y trudno&#347;ci finansowe a to mnie urz&#261;dza&#322;o wprost nadzwyczajnie, bo dali mi od razu osiem tysi&#281;cy, a drugie tyle mam dosta&#263; po powrocie z tego rejsu bez wzgl&#281;du na jego rezultat. M&#243;wi&#281; panu wszystko, jak by&#322;o, bo chc&#281;. aby pan wiedzia&#322;, &#380;e jestem w tej sprawie w porz&#261;dku. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, w pierwszej chwili nie zdawa&#322;em sobie sprawy z tego,, o jak&#261; stawk&#281; idzie gra. Dziwaczny eksperyment i tyle tak pocz&#261;tkowo my&#347;la&#322;em. Ale potem zacz&#281;&#322;o mi si&#281; to coraz mniej podoba&#263;. Przecie&#380;, w ko&#324;cu, to jest kwestia jakiej&#347; elementarnej solidarno&#347;ci mi&#281;dzyludzkiej. Mam milcze&#263; wbrew ich interesom? Uzna&#322;em, &#380;e mi nie wolno. Czy pan tak nie s&#261;dzi?

Pirx milcza&#322;, wi&#281;c tamten po chwili podj&#261;&#322;, ale ju&#380; jakby odrobin&#281; mniej pewnie:

Z tej czw&#243;rki nie znam nikogo. Przez ca&#322;y czas trzymano nas oddzielnie. Ka&#380;dy mia&#322; w&#322;asny pok&#243;j, w&#322;asn&#261; &#322;azienk&#281;, w&#322;asn&#261; sal&#281; gimnastyczn&#261;, nie stykali&#347;my si&#281; nawet przy posi&#322;kach, dopiero przed samym wyjazdem do Europy mogli&#347;my jada&#263; wsp&#243;lnie przez trzy dni. Dlatego nie mog&#261; panu powiedzie&#263;, kt&#243;ry z nich jest cz&#322;owiekiem, a kt&#243;ry nie. Na pewno nie wiem nic. Podejrzewam jednak

Zaraz przerwa&#322; mu Pirx. A dlaczego odpowiedzia&#322; mi pan na pytanie o Bogu, &#380;e zajmowanie si&#281; t&#261; kwesti&#261; nie jest pana obowi&#261;zkiem?

Brown poprawi&#322; si&#281; ha krze&#347;le, poruszy&#322; nog&#261; i patrz&#261;c w czubek bucika, kt&#243;rym rysowa&#322; pod&#322;og&#281;, powiedzia&#322; cicho:

Bo ja w&#322;a&#347;ciwie ju&#380; wtedy by&#322;em zdecydowany wszystko panu powiedzie&#263; i pan wie, jak to jest: na z&#322;odzieju czapka gore. Ba&#322;em si&#281;, &#380;eby Mc Guirr nie wyczu&#322; jako&#347; mojej decyzji. Wi&#281;c kiedy pan mnie spyta&#322;, odpowiedzia&#322;em w taki spos&#243;b, &#380;eby jemu wyda&#322;o si&#281;, &#380;e mam zamiar zachowa&#263; solennie tajemnic&#281; i na pewno nie pomog&#281; panu zorientowa&#263; si&#281; w tym, kim naprawd&#281; jestem.

Wi&#281;c umy&#347;lnie odpowiedzia&#322; pan w taki spos&#243;b ze wzgl&#281;du na obecno&#347;&#263; Mc Guirra?

Tak.

A wierzy pan w Boga?

Wierz&#281;.

I my&#347;la&#322; pan, &#380;e robot nie powinien wierzy&#263;?

No tak.

I &#380;e gdyby pan powiedzia&#322; wierz&#281;, mo&#380;na by si&#281; &#322;atwiej domy&#347;li&#263; tego, kim pan jest?

Tak. Tak w&#322;a&#347;nie by&#322;o.

Ale przecie&#380; i robot mo&#380;e wierzy&#263; w Boga powiedzia&#322; Pirx po sekundzie, tonem lekkim, jakby mimochodem, a&#380; tamten oczy szerzej otworzy&#322;.

Co pan m&#243;wi?

Uwa&#380;a pan, &#380;e to niemo&#380;liwe?

Nigdy nie przysz&#322;oby mi to do g&#322;owy

Zostawmy to. Rzecz jest przynajmniej w tej chwili bez znaczenia. Pan m&#243;wi&#322; o jakich&#347; swoich podejrzeniach

Tak. Wydaje mi si&#281;, &#380;e ten ciemny Burns nie jest cz&#322;owiekiem.

Dlaczego panu si&#281; tak wydaje?

To s&#261; drobiazgi, trudne do uchwycenia, ale w sumie si&#281; licz&#261;. Najpierw kiedy siedzi albo kiedy stoi, w og&#243;le si&#281; nie porusza. Jak pos&#261;g. A przecie&#380; pan wie, &#380;e &#380;aden cz&#322;owiek nie mo&#380;e d&#322;ugo przebywa&#263; idealnie w tej samej pozycji. Gdy si&#281; robi niewygodnie, noga &#347;cierpnie cz&#322;owiek si&#281; mimo woli poprawi, poruszy, dotknie twarzy, a on wprost zastyga.

Zawsze?

Nie. W&#322;a&#347;nie, &#380;e nie zawsze, i to mi si&#281; wyda&#322;o szczeg&#243;lnie znamienne.

Dlaczego?

My&#347;l&#281; sobie, &#380;e on wykonuje takie drobne, niby to mimowolne poruszenia, kiedy o tym specjalnie pami&#281;ta, a kiedy zapomni nieruchomieje. Natomiast u nas jest odwrotnie: my w&#322;a&#347;nie musimy si&#281; wyt&#281;&#380;y&#263;, &#380;eby pozosta&#263; jaki&#347; czas bez ruchu.

Co&#347; w tym jest. Co wi&#281;cej?

On wszystko je.

Jak to wszystko?

Cokolwiek daj&#261;. Jemu jest zupe&#322;nie wszystko jedno. Zauwa&#380;y&#322;em to ju&#380; wiele razy, tak&#380;e w podr&#243;&#380;y, kiedy lecieli&#347;my przez Atlantyk. I w Stanach jeszcze, i w restauracji na lotnisku je zupe&#322;nie oboj&#281;tnie to, co podadz&#261;, a przecie&#380; ka&#380;dy ma zwykle jakie&#347; upodobania, no i czego&#347; tam nie lubi.

To nie &#380;aden dow&#243;d.

Ach, nie, pewno, &#380;e nie. Ale razem z tamtym, wie pan. Poza tym jeszcze jedna rzecz.

No?

On nie pisze list&#243;w. Tego to ju&#380; nie mog&#281; by&#263; stuprocentowo pewny, ale sam na przyk&#322;ad widzia&#322;em, jak Burton wrzuca&#322; w hotelu list do skrzynki.

A wolno wam pisa&#263; listy?

Nie.

Jak widz&#281;, pilnie przestrzegacie warunk&#243;w umowy! mrukn&#261;&#322; Pirx. Wyprostowa&#322; si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku i przybli&#380;aj&#261;c twarz do twarzy Browna, powoli spyta&#322;:

Dlaczego z&#322;ama&#322; pan dane s&#322;owo?

Co? Co pan m&#243;wi?! Komandorze!

Przecie&#380; da&#322; pan s&#322;owo, &#380;e zachowa swoj&#261; identyczno&#347;&#263; w tajemnicy.

A! Tak. Da&#322;em. Uwa&#380;am jednak, &#380;e s&#261; sytuacje, w kt&#243;rych cz&#322;owiek nie tylko ma prawo to zrobi&#263;, ale jest to nawet jego obowi&#261;zkiem.

Na przyk&#322;ad?

To w&#322;a&#347;nie jest taka sytuacja. Wzi&#281;li metalowe kuk&#322;y, okleili je plastykiem, ur&#243;&#380;owali, przemieszali z lud&#378;mi, jak fa&#322;szywe karty, i chc&#261; zrobi&#263; na tym wielkie pieni&#261;dze. My&#347;l&#281; sobie, &#380;e ka&#380;dy uczciwy cz&#322;owiek post&#261;pi&#322;by tak jak ja czy nikt nie przyszed&#322; z tym do pana?

Nie. Pan jest pierwszy. Ale dopiero co wystartowali&#347;my rzek&#322; Pirx, a cho&#263; powiedzia&#322; to zupe&#322;nie oboj&#281;tnie, s&#322;owa nie by&#322;y pozbawione ironii; Brown jednak, je&#347;li to zauwa&#380;y&#322;, nie da&#322; po sobie nic pozna&#263;.

B&#281;d&#281; si&#281; stara&#322; w dalszym ci&#261;gu pomaga&#263; panu podczas ca&#322;ego rejsu. I zrobi&#281; ze swej strony wszystko, co pan uzna za wskazane.

Po co?

Brown zamruga&#322; lalkowatymi rz&#281;sami.

Jak to po co? &#379;eby panu &#322;atwiej przysz&#322;o odr&#243;&#380;ni&#263; ludzi od nieludzi

Pan wzi&#261;&#322; tych osiem tysi&#281;cy dolar&#243;w, Brown.

Tak. I co z tego? Zosta&#322;em zaanga&#380;owany jako pilot. Jestem pilotem. I to nie najgorszym.

Po powrocie we&#378;mie pan drugie osiem tysi&#281;cy, za tych kilka tygodni Za taki rejs nikt nie daje nikomu szesnastu tysi&#281;cy dolar&#243;w, ani pilotowi pierwszej klasy kosmodromicznej, ani locmanowi, ani nawigatorowi. Nikomu. Wi&#281;c dosta&#322; pan te pieni&#261;dze za milczenie. Nie tylko wobec mnie; wobec wszystkich konkurencji tych firm chocia&#380;by. Chcieli uchroni&#263; pana od wszelkich pokus.

Tamten patrza&#322; na niego z os&#322;upieniem na swej &#322;adnej twarzy.

To pan ma mi jeszcze za z&#322;e, &#380;e sam przyszed&#322;em i powiedzia&#322;em?

Nie. Nie mam panu niczego za z&#322;e. Post&#261;pi&#322; pan jak uwa&#380;a&#322; pan za w&#322;a&#347;ciwe. Jaki jest pana IQ?

Iloraz inteligencji? Sto dwadzie&#347;cia.

To dosy&#263;, &#380;eby si&#281; pan orientowa&#322; w r&#243;&#380;nych stawowych rzeczach. Niech no mi pan powie, co ja w&#322;a&#347;ciwie mam z tego, &#380;e pan podzieli&#322; si&#281; ze mn&#261; swoimi podejrzeniami na temat Burnsa?

M&#322;ody pilot wsta&#322;.

Komandorze, prosz&#281; wybaczy&#263;. Je&#380;eli tak to by&#322;o nieporozumienie. Chcia&#322;em najlepiej. Ale wobec tego, &#380;e pan uwa&#380;a, &#380;e ja jednym s&#322;owem, prosz&#281; o tym zapomnie&#263; i pami&#281;ta&#263; tylko

Nie doko&#324;czy&#322; na widok u&#347;miechu Pirxa.

Siadaj pan. Siadaj&#380;e pan, no! Brown usiad&#322;.

Czego pan nie dopowiedzia&#322;? O czym mam pami&#281;ta&#263;? O tym, &#380;e obieca&#322;em nie powt&#243;rzy&#263; nikomu naszej rozmowy? Prawda? No, bo gdybym ja z kolei uzna&#322;, &#380;e mog&#281; j&#261; powt&#243;rzy&#263;? Cicho! Nie przerywa si&#281; dow&#243;dcy. Widzi pan, to nie jest taka prosta sprawa. Pan przyszed&#322; do mnie w zaufaniu i zaufanie to umiem oceni&#263;. Ale co innego zaufanie, a co innego rozs&#261;dek. Powiedzmy, &#380;e ja ju&#380; wiem na pewno, dzi&#281;ki panu, kim pan jest i kim Burns. Co b&#281;d&#281; z tego mia&#322;?

To ju&#380; pana rzecz. Pan ma, po tym rejsie, oceni&#263; przydatno&#347;&#263;

O, w&#322;a&#347;nie! Przydatno&#347;&#263; ka&#380;dego. Ale przecie&#380; pan sobie nie my&#347;li, Brown, &#380;e ja b&#281;d&#281; pisa&#322; nieprawd&#281;? &#379;e ja| minusy powpisuj&#281; nie tym, kt&#243;rzy b&#281;d&#261; gorsi, ale tym, kt&#243;rzy nie s&#261; lud&#378;mi?

To nie jest moja rzecz sztywno zacz&#261;&#322; pilot, poruszaj&#261;c si&#281; niespokojnie na krze&#347;le podczas tej przemowy. Pirx zmierzy&#322; go oczami tak, &#380;e zamilk&#322;.

Tylko prosz&#281; nie zgrywa&#263; mi tu takiego karnego kaprala, kt&#243;ry wy&#380;ej swego paska nie patrzy. Je&#380;eli pan jest cz&#322;owiekiem i poczuwa si&#281; do solidarno&#347;ci z lud&#378;mi, to musi pan pr&#243;bowa&#263; oceny ca&#322;ej tej historii i czu&#263; w&#322;asn&#261; odpowiedzialno&#347;&#263;

Jak to je&#380;eli? tamten drgn&#261;&#322;. Pan mi nie wierzy? To to pan my&#347;li

Ale sk&#261;d! Tak mi si&#281; powiedzia&#322;o! szybko odparowa&#322; jego s&#322;owa Pirx. Wierz&#281; panu. Jasne, &#380;e panu wierz&#281;, poniewa&#380; pan si&#281; ju&#380; zdradzi&#322;, a ja nie mam zamiaru ocenia&#263; tego pod wzgl&#281;dem moralnym czy tam innym, prosz&#281;, aby pan nadal utrzymywa&#322; ze mn&#261; pozas&#322;u&#380;bowy kontakt i m&#243;wi&#322; mi o wszystkim, co pan zauwa&#380;y.

Teraz to ju&#380; nic nie rozumiem powiedzia&#322; Brown i mimo woli westchn&#261;&#322;. Najpierw beszta mnie pan, a teraz

To s&#261; dwie r&#243;&#380;ne sprawy, Brown. Skoro powiedzia&#322; mi pan to, czego nie mia&#322; m&#243;wi&#263;, jakie&#347; wycofywanie si&#281; by&#322;oby zupe&#322;nie bez sensu. Inna rzecz, naturalnie, z t&#261; fors&#261;. Mo&#380;e i nale&#380;a&#322;o m&#243;wi&#263;. Ale, na pana miejscu, tych pieni&#281;dzy bym nie bra&#322;.

Co? Ale&#380; ale&#380;, panie komandorze Brown szuka&#322; rozpaczliwie argument&#243;w, a&#380; znalaz&#322;: Oni by si&#281; natychmiast zorientowali, &#380;e z&#322;ama&#322;em umow&#281;! Jeszcze by mnie zaskar&#380;yli

To jest pa&#324;ska rzecz. Nie m&#243;wi&#281;, &#380;e ma pan odda&#263; te pieni&#261;dze. Obieca&#322;em dyskrecj&#281; i nie mam zamiaru miesza&#263; si&#281; do tego. Powiedzia&#322;em tylko, zupe&#322;nie prywatnie i nieobowi&#261;zuj&#261;co, co ja bym na pana miejscu zrobi&#322;, ale pan nie jest mn&#261;, ja nie jestem panem, i na tym koniec. Czy jeszcze co&#347;?

Brown potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, otworzy&#322; usta, zamkn&#261;&#322; je, wzruszy&#322; ramionami, okazuj&#261;c co&#347; wi&#281;cej ni&#380; rozczarowanie przebiegiem rozmowy, ale ju&#380; nic nie powiedzia&#322; i wyprostowawszy si&#281; odruchowo przed odej&#347;ciem wyszed&#322;.

Pirx odetchn&#261;&#322; pe&#322;n&#261; piersi&#261;. Niepotrzebnie wyrwa&#322;o mu si&#281; to: je&#380;eli pan jest cz&#322;owiekiem pomy&#347;la&#322; z nagan&#261;. Co za piekielna gra! Diabli go wiedz&#261;, tego Browna, Albo jest cz&#322;owiekiem, albo to chwyt zastosowany umy&#347;lnie, aby nie tylko wprowadzi&#263; mnie w b&#322;&#261;d, lecz dodatkowo przekona&#263; si&#281; jeszcze, czy nie zamierzam u&#380;ywa&#263; jakich&#347; sprzecznych z umow&#261; sposob&#243;w, by ich rozr&#243;&#380;ni&#263; W ka&#380;dym razie t&#281; cz&#281;&#347;&#263; rozgrywki przeprowadzi&#322;em chyba nie najgorzej? Je&#347;li m&#243;wi&#322; prawd&#281;, powinien odt&#261;d czu&#263; si&#281; troch&#281; nieswojo we w&#322;asnej sk&#243;rze, po tym wszystkim, com mu nagada&#322;. A je&#380;eli nie to zn&#243;w nic mu w og&#243;le nie Powiedzia&#322;em. Co za historia! A tom si&#281; wpakowa&#322; w kaba&#322;&#281;!

Nie mog&#261;c spokojnie usiedzie&#263;, zacz&#261;&#322; chodzi&#263; tam i z powrotem po kabinie. Odezwa&#322; si&#281; brz&#281;czyk; to by&#322; Calder ze sterowni; uzgodnili poprawki kursowe i przyspiesz&#281;: na noc, po czym Pirx usiad&#322; i wpatrzy&#322; si&#281; przed siei my&#347;l&#261;c nie wiadomo co czyni ze &#347;ci&#261;gni&#281;tymi w sup&#322;y brwiami gdy kto&#347; zapuka&#322;. A to co znowu? pomy&#347;la&#322;.

Prosz&#281;! rzek&#322; g&#322;o&#347;no.

Do kajuty wszed&#322; neurolog, lekarz i cybernetyk zarazem Burns.

Czy mo&#380;na?

Prosz&#281;, niech pan siada. Burns u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Przyszed&#322;em, &#380;eby panu powiedzie&#263;, &#380;e nie jestem cz&#322;owiekiem.

Pirx, razem z krzes&#322;em, obr&#243;ci&#322; si&#281; ku niemu gwa&#322;townie.

Jak prosz&#281;? &#379;e pan nie jest

Nie jestem cz&#322;owiekiem. I stoj&#281; w tym eksperymencie po pa&#324;skiej stronie.

Pirx odetchn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko.

To, co pan m&#243;wi, ma oczywi&#347;cie pozosta&#263; mi&#281;dzy nami? powiedzia&#322;.

Pozostawiam to pana uznaniu. Mnie na tym nie zale&#380;y.

Jak to?

Tamten znowu si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

To ca&#322;kiem proste. Dzia&#322;am z egoizmu. Je&#380;eli wyda pan pozytywn&#261; opini&#281; o nieliniowcach, wywo&#322;a to produkcyjn&#261; reakcj&#281; &#322;a&#324;cuchow&#261;. To jest wi&#281;cej ni&#380; prawdopodobne. Tacy jak ja zaczn&#261; si&#281; pojawia&#263; masowo i nie tylko na statkach kosmicznych. Wywo&#322;a to fatalne konsekwencje u ludzi powstanie nowy rodzaj dyskryminacj&#261; nienawi&#347;ci, z wszystkimi wiadomymi rezultatami. Przewiduj&#281; to, ale, powtarzam, dzia&#322;am przede wszystkim z pobudek osobistych. Je&#347;li istniej&#281; sam, je&#347;li takich jak ja; jest dw&#243;ch czy dziesi&#281;ciu, nie ma to &#380;adnego znaczenia spo&#322;ecznego zginiemy po prostu w masie, nie dostrze&#380;eni i niedostrzegalni. B&#281;d&#281; b&#281;dziemy mieli przed sob&#261; przysz&#322;o&#347;&#263; podobn&#261; do przysz&#322;o&#347;ci ka&#380;dego cz&#322;owieka, z nader istotn&#261; poprawk&#261; na inteligencj&#281; oraz szereg specjalnych umiej&#281;tno&#347;ci, jakich &#243;w zwyk&#322;y cz&#322;owiek nie ma. Osi&#261;gniemy wi&#281;c niejedno, ale tylko wtedy, je&#347;li do uruchomienia masowej produkcji nie dojdzie.

Tak w tym co&#347; jest powiedzia&#322; powoli Pirx. Mia&#322; w g&#322;owie lekki zam&#281;t. Ale dlaczego nie zale&#380;y panu na dyskrecji? Czy nie obawia si&#281; pan, &#380;e firma, kt&#243;ra

Nie. Wcale si&#281; nie obawiam. Niczego powiedzia&#322; tym samym spokojnym tonem wyk&#322;adu Burns. Jestem niesamowicie kosztowny, panie nawigatorze. W to tutaj dotkn&#261;&#322; r&#281;k&#261; piersi w&#322;o&#380;ono miliardy dolar&#243;w. Nie przypuszcza pan chyba, &#380;e rozgniewany fabrykant ka&#380;e mnie rozkr&#281;ci&#263; na &#347;rubki? M&#243;wi&#281; to oczywi&#347;cie przeno&#347;nie, bo nie mam w ciele &#380;adnych &#347;rubek Zapewne, b&#281;d&#261; w&#347;ciekli, ale mojej sytuacji to nie zmieni. Prawdopodobnie b&#281;d&#281; musia&#322; pracowa&#263; w tej firmie ale c&#243;&#380; mi to szkodzi? Wol&#281; nawet tam, ni&#380; gdzie indziej, gdy&#380; znajd&#281; tam lepsz&#261; opiek&#281; w razie choroby. Nie s&#261;dz&#281; tak&#380;e, by usi&#322;owali mnie uwi&#281;zi&#263;. W&#322;a&#347;ciwie po co? Stosowanie przemocy mog&#322;oby si&#281; dla nich samych bardzo smutno sko&#324;czy&#263;. Pan wie, jak&#261; pot&#281;g&#261; jest prasa

On my&#347;li o szanta&#380;u b&#322;ysn&#281;&#322;o Pirxowi. Mia&#322; wra&#380;enie, &#380;e to sen. S&#322;ucha&#322; jednak dalej, z najwi&#281;ksz&#261; uwag&#261;.

Tak zatem, teraz pan ju&#380; rozumie, czemu pragn&#281;, aby pana opinia o nieliniowcach wypad&#322;a negatywnie.

Tak. Rozumiem. Czy mo&#380;e mi pan wskaza&#263;, kto jeszcze spo&#347;r&#243;d za&#322;ogi?

Nie. To znaczy, nie mam pewno&#347;ci, a przypuszczeniami m&#243;g&#322;bym panu wi&#281;cej zaszkodzi&#263;, ni&#380; pom&#243;c. Lepiej mie&#263; zero informacji, ni&#380; by&#263; zdezinformowanym, bo oznacza to informacj&#281; ujemn&#261;, mniejsz&#261; od zera.

Tak. Hm. W ka&#380;dym razie bez wzgl&#281;du na pana pobudki dzi&#281;kuj&#281; panu. Tak. Dzi&#281;kuj&#281;. Czy m&#243;g&#322;by pan wobec tego powiedzie&#263; mi co&#347; o sobie? Mam na my&#347;li kwestie, kt&#243;re mog&#322;yby mi pom&#243;c

Domy&#347;lani si&#281;, o co panu chodzi. O tym, jak jestem zbudowany, nic nie wiem, podobnie jak i pan nie wie nic o swojej anatomii czy fizjologii, przynajmniej nie wiedzia&#322; Pan, dop&#243;ki nie przeczyta&#322; jakiego&#347; podr&#281;cznika biologii. Ale ta strona konstrukcyjna chyba ma&#322;o pana interesuje i chodzi panu raczej o psychiczn&#261;? O nasze s&#322;abe miejsca?

O s&#322;abe miejsca te&#380;. Ale wie pan ka&#380;dy w ko&#324;cu co&#347; nieco&#347; wie o swoim organizmie, to nie jest wiedza naukowa, ale wynik&#322;a z do&#347;wiadczenia, samoobserwacji.

Oczywi&#347;cie, organizmu si&#281; przecie&#380; u&#380;ywa i mieszkaj w nim to daje okazj&#281; do obserwowania

Burns zn&#243;w si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;, jak poprzednio, ukazuj&#261;c r&#243;wne ale nie nazbyt r&#243;wne z&#281;by.

Wi&#281;c mog&#281; pana pyta&#263;?

Prosz&#281;.

Pirx usi&#322;owa&#322; zebra&#263; my&#347;li.

Czy to mog&#261; by&#263; pytania niedyskretne? Wr&#281;cz intymne?

Nie mam nic do ukrycia powiedzia&#322; tamten po prostu.

Czy spotka&#322; si&#281; pan ju&#380; z tak&#261; reakcj&#261;, jak zaskoczenie, strach i odraza, spowodowane tym, &#380;e pan nie jest cz&#322;owiekiem?

Owszem, raz jeden, podczas operacji, przy kt&#243;rej asystowa&#322;em. Drugim asystentem by&#322;a kobieta. Wiedzia&#322;em ju&#380; wtedy, co to jest.

Nie zrozumia&#322;em pana

Wiedzia&#322;em ju&#380; wtedy, co to jest kobieta wyja&#347;ni&#322; Burns. Z pocz&#261;tku nie by&#322;o mi nic wiadomo o istnieniu p&#322;ci

A!

Pirx z&#322;y by&#322; na siebie, &#380;e nie uda&#322;o mu si&#281; pow&#347;ci&#261;gn&#261;&#263; tego okrzyku.

Wi&#281;c by&#322;a tam kobieta. I co si&#281; sta&#322;o?

Operator skaleczy&#322; mnie w palec skalpelem, r&#281;kawiczka gumowa rozesz&#322;a si&#281; i by&#322;o wida&#263;, &#380;e nie krwawi&#281;.

Jak to? Ale&#380; Mc Guirr m&#243;wi&#322; mi

Teraz bym krwawi&#322;. Wtedy by&#322;em jeszcze suchy. To si&#281; tak nazywa w &#380;argonie wewn&#281;trznym naszych rodzic&#243;w- powiedzia&#322; Burns. Bo ta krew nasza to czysta maskarada: wewn&#281;trzna powierzchnia sk&#243;ry jest g&#261;bczasta i nasycona krwi&#261;, przy czym ten zabieg nasycania trzeba powtarza&#263; do&#347;&#263; cz&#281;sto.

Aha. I ta kobieta zauwa&#380;y&#322;a? A operator?

Och, operator wiedzia&#322;, kim jestem, ale ona nie. Zorientowa&#322;a si&#281; nie od razu, dopiero przy ko&#324;cu operacji, a i to g&#322;&#243;wnie dlatego, poniewa&#380; on si&#281; zmiesza&#322;

Burns u&#347;miecha&#322; si&#281;.

Chwyci&#322;a moj&#261; r&#281;k&#281;, podnios&#322;a j&#261; do oczu i kiedy zobaczy&#322;a, co jest w &#347;rodku, rzuci&#322;a j&#261; i uciek&#322;a. Zapomnia&#322;a, w kt&#243;r&#261; stron&#281; otwieraj&#261; si&#281; drzwi operacyjnej, ci&#261;gn&#281;&#322;a je, a &#380;e si&#281; nie otwiera&#322;y, dosta&#322;a ataku histerycznego.

Tak powiedzia&#322; Pirx. Prze&#322;kn&#261;&#322;. Co pan wtedy czu&#322;?

Nie czuj&#281; w og&#243;le wiele ale to nie by&#322;o przyjemne wolno rzek&#322; Burns i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; znowu. Nie m&#243;wi&#322;em o tym z nikim doda&#322; po sekundzie ale mam wra&#380;enie, &#380;e m&#281;&#380;czyznom, nawet nieobytym, jest &#322;atwiej przestawa&#263; z nami. M&#281;&#380;czy&#378;ni godz&#261; si&#281; z faktami. Kobiety z niekt&#243;rymi faktami nie chc&#261; si&#281; pogodzi&#263;. M&#243;wi&#261; dalej nie, nawet je&#347;li ju&#380; nic opr&#243;cz tak powiedzie&#263; nie mo&#380;na.

Pirx przez ca&#322;y czas patrza&#322; na m&#243;wi&#261;cego, wpatrywa&#322; si&#281; w niego wtedy zw&#322;aszcza, gdy Burns odwraca&#322; wzrok, bo usi&#322;owa&#322; odkry&#263; w nim t&#281; jak&#261;&#347; inno&#347;&#263;, kt&#243;ra by go uspokoi&#322;a, jako dow&#243;d, &#380;e wcielenie maszyny w cz&#322;owieka nie jest jednak doskona&#322;e. Przedtem, kiedy podejrzewa&#322; wszystkich, sytuacja by&#322;a inna; teraz, maj&#261;c z ka&#380;d&#261; chwil&#261; coraz mniej w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e to, co m&#243;wi&#322; Burns, jest prawd&#261;, i doszukuj&#261;c si&#281; fa&#322;szu raz w blado&#347;ci Burnsa, kt&#243;ra uderzy&#322;a go ju&#380; przy pierwszym spotkaniu, raz w Jego ruchach, tak opanowanych, w nieruchomym po&#322;ysku, jasnych oczu, musia&#322; sobie powiedzie&#263;, &#380;e w ko&#324;cu bywaj&#261; przecie&#380; i ludzie r&#243;wnie bladzi czy ma&#322;o ruchliwi; wtedy zn&#243;w wraca&#322;y w&#261;tpliwo&#347;ci a ca&#322;emu temu obserwowaniu towarzyszy&#322; u&#347;miech lekarza, nie zawsze odnosz&#261;cy si&#281; jakby do jego s&#322;&#243;w, wyra&#380;aj&#261;cy raczej wiedz&#281; o tym, co Pirx w&#322;a&#347;nie czu&#322;; ten u&#347;miech sprawia&#322; mu przykro&#347;&#263;, miesza&#322; go i tym trudniej przychodzi&#322;o mu kontynuowa&#263; indagacj&#261;, &#380;e Burns przejawia&#322; w odpowiedziach niczym nie zm&#261;con&#261; szczero&#347;&#263;.

Pan uog&#243;lnia na podstawie jednego wypadku mrukn&#261;&#322;.

Och, mia&#322;em potem sporo do czynienia z kobietami. Pracowa&#322;o ze mn&#261; to znaczy: uczy&#322;o mnie kilka. By&#322;y wyk&#322;adowcami i tak dalej. Ale one wiedzia&#322;y z g&#243;ry, kim jestem. Stara&#322;y si&#281; wi&#281;c ukrywa&#263; emocje. Nie przychodzi&#322;o im to &#322;atwo, poniewa&#380; miewa&#322;em okresy, w kt&#243;rych dra&#380;nienie ich sprawia&#322;o mi satysfakcj&#281;.

U&#347;miech, z jakim patrza&#322; Pirsowi w oczy, by&#322; niemal impertynencki.

Szuka&#322;y, wie pan, jakich&#347; cech szczeg&#243;lnych, wyr&#243;&#380;niaj&#261;cych in minus, a poniewa&#380; tak im na tym zale&#380;a&#322;o, niekiedy bawi&#322;em si&#281;, przejawiaj&#261;c takie cechy.

Nie rozumiem.

O, na pewno pan rozumie! Udawa&#322;em marionetk&#281; fizycznie, pewn&#261; sztywno&#347;ci&#261;, i psychicznie bierno&#347;ci&#261; pos&#322;usze&#324;stwa tylko gdy ju&#380; si&#281; takimi odkryciami zaczyna&#322;y napawa&#263;, nagle ucina&#322;em gr&#281;. My&#347;l&#281;, &#380;e mia&#322;y mnie za stw&#243;r diabelski.

Czy pan nie jest uprzedzony? To s&#261; tylko domys&#322;y, tym bardziej &#380;e, je&#347;li by&#322;y wyk&#322;adowcami, musia&#322;y mie&#263; odpowiednie wykszta&#322;cenie.

Cz&#322;owiek jest istot&#261; doskonale niezborn&#261; rzek&#322; flegmatycznie Burns. To jest nieuniknione, je&#347;li si&#281; powstawa&#322;o tak jak wy; &#347;wiadomo&#347;&#263; to cz&#281;&#347;&#263; proces&#243;w m&#243;zgowych, wyodr&#281;bniona z nich na tyle, &#380;e stanowi w subiektywnym odczuciu jedno&#347;&#263;, ale ta jedno&#347;&#263; jest z&#322;udzeniem introspekcji. Tych innych proces&#243;w, kt&#243;re unosz&#261; &#347;wiadomo&#347;&#263;, jak ocean g&#243;r&#281; lodow&#261;, nie odczuwa si&#281; bezpo&#347;rednio one daj&#261; o sobie zna&#263;, czasem tak dobitnie, &#380;e &#347;wiadomo&#347;&#263; zaczyna ich szuka&#263;. Z takiego poszukiwania w&#322;a&#347;nie powsta&#322;o poj&#281;cie diab&#322;a, jako projekcja w &#347;wiat zewn&#281;trzny tego, co cho&#263; jest i dzia&#322;a w cz&#322;owieku, w jego m&#243;zgu, nie daje si&#281; umiejscowi&#263; ani tak jak my&#347;l, ani tak jak r&#281;ka.

U&#347;miecha&#322; si&#281; szerzej.

Wyk&#322;adam panu cybernetyczne podstawy teorii osobowo&#347;ci, kt&#243;re pan pewno zna? Maszyna logiczna r&#243;&#380;ni si&#281; od m&#243;zgu tym, &#380;e nie mo&#380;e mie&#263; naraz kilku wykluczaj&#261;cych si&#281; program&#243;w dzia&#322;ania. M&#243;zg mo&#380;e je mie&#263;, zawsze je ma, dlatego jest polem bitew u &#347;wi&#281;tych albo wypalonym pobojowiskiem sprzeczno&#347;ci u ludzi zwyklejszych Sie&#263; neuronowa kobiety, jest troch&#281; inna ni&#380; u m&#281;&#380;czyzny; to nie dotyczy inteligencji; zreszt&#261; r&#243;&#380;nica jest tylko statystyczna. Kobiety &#322;atwiej znosz&#261; wsp&#243;&#322;istnienie sprzeczno&#347;ci na og&#243;&#322; tak jest. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, dlatego m&#281;&#380;czy&#378;ni g&#322;&#243;wnie tworz&#261; nauk&#281;, bo ona jest poszukiwaniem jednego, wi&#281;c niesprzecznego porz&#261;dku. Sprzeczno&#347;&#263; przeszkadza m&#281;&#380;czyznom bardziej, wi&#281;c usi&#322;uj&#261; j&#261; usun&#261;&#263;, redukuj&#261;c r&#243;&#380;norodno&#347;&#263; do jednolito&#347;ci.

By&#263; mo&#380;e powiedzia&#322; Pirx. Wi&#281;c pan dlatego uwa&#380;a, &#380;e one widzia&#322;y w panu diab&#322;a?

To ju&#380; za wiele powiedziane odpar&#322; tamten. Po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na kolanach.

By&#322;em dla nich w najwy&#380;szym stopniu odpychaj&#261;cy i przez to poci&#261;ga&#322;em. By&#322;em urzeczywistnion&#261; niemo&#380;liwo&#347;ci&#261;, czym&#347; zakazanym, czym&#347;, co jest wbrew &#347;wiatu, rozumianemu jako porz&#261;dek naturalny, i strach ich nie by&#322; tylko ch&#281;ci&#261; ucieczki, ale tak&#380;e samozatraty. Je&#380;eli nawet &#380;adna nie powiedzia&#322;a sobie tego tak wyra&#378;nie, ja mog&#281; to za nie powiedzie&#263;: stanowi&#322;em, w ich oczach, wy&#322;amanie si&#281; z uleg&#322;o&#347;ci wobec nakaz&#243;w biologicznych. Jako upostaciowany bunt przeciwko Naturze, jako istota, w kt&#243;rej biologicznie racjonalna, wi&#281;c interesowna wi&#281;&#378; uczu&#263; z funkcj&#261; podtrzymania gatunku zosta&#322;a rozerwana. Zniszczona.

Bystro spojrza&#322; na Pirxa.

Pan my&#347;li, &#380;e to filozofia kap&#322;ona? Nie, poniewa&#380; nie zosta&#322;em okaleczony; nie jestem zatem istot&#261; gorsz&#261;, jestem tylko odmienn&#261; od was. Kt&#243;rej mi&#322;o&#347;&#263; jest w ka&#380;dym razie: mo&#380;e by&#263; tak samo bezinteresowna, tak samo na nic niepotrzebna jak &#347;mier&#263;, a przez to z warto&#347;ciowego narz&#281;dzia staje si&#281; warto&#347;ci&#261; w sobie. Warto&#347;ci&#261;, oczywi&#347;cie, ze znakiem ujemnym jak diabe&#322;. Dlaczego tak si&#281; sta&#322;o? Stworzyli mnie m&#281;&#380;czy&#378;ni i &#322;atwiej by&#322;o im zbudowa&#263; potencjalnego rywala ani&#380;eli potencjalny obiekt nami&#281;tno&#347;ci. A jak pan s&#261;dzi? Czy mam racj&#281;?

Nie wiem powiedzia&#322; Pirx. Nie patrza&#322; na niego nie m&#243;g&#322;. Nie wiem. Realizacj&#281; dyktowa&#322;y rozmaite okoliczno&#347;ci ekonomiczne chyba przede wszystkim.

Na pewno zgodzi&#322; si&#281; Burns. Ale te, o kt&#243;rych m&#243;wi&#322;em, te&#380; mia&#322;y sw&#243;j udzia&#322;. Tylko &#380;e, panie komandorze, to jedna wielka pomy&#322;ka. M&#243;wi&#322;em o tym, co ludzie odczuwaj&#261; wobec mnie ale oni tworz&#261; tylko jeszcze jedn&#261; mitologi&#281;, mitologi&#281; nieliniowca, bo ja nie jestem &#380;adnym diab&#322;em, co chyba jasne, i nie jestem te&#380; potencjalnym rywalem erotycznym, co jest mo&#380;e ju&#380; mniej jasne. Wygl&#261;dam jak m&#281;&#380;czyzna i m&#243;wi&#281; jak m&#281;&#380;czyzna, i psychicznie jestem zapewne w jakim&#347; stopniu m&#281;&#380;czyzn&#261;, tylko w pewnym stopniu w&#322;a&#347;nie jednak&#380;e nie ma to ju&#380; prawie nic wsp&#243;lnego ze spraw&#261;, w jakiej przyszed&#322;em do pana.

A nie wiadomo, nie wiadomo rzuci&#322; Pirx. Wci&#261;&#380; patrza&#322; na w&#322;asne splecione r&#281;ce. Niech pan m&#243;wi dalej

Je&#347;li pan chce Ale b&#281;d&#281; m&#243;wi&#322; tylko we w&#322;asnym imieniu. Nie wiem nic o innych. Powstawa&#322;em, jako osobowo&#347;&#263;, podw&#243;jnie: z przedprogramowania i z uczenia si&#281;. I cz&#322;owiek tak powstaje, ale ten pierwszy czynnik gra w nim mniejsz&#261; rol&#261;, bo on przychodzi na &#347;wiat ledwo rozwini&#281;ty, ja natomiast by&#322;em od razu taki, jaki jestem obecnie, pod wzgl&#281;dem fizycznym, i nie musia&#322;em uczy&#263; ; si&#281; tak d&#322;ugo jak dziecko. Przez to za&#347;, &#380;e nie mia&#322;em ani dzieci&#324;stwa, ani dojrzewania, a tylko by&#322;em multistatem, w kt&#243;ry najpierw w&#322;o&#380;ono mas&#281; przedprogramowania, a potem trenowano go wielopostaciowo i &#322;adowano we&#324; mn&#243;stwo informacji przez to sta&#322;em si&#281; bardziej jednorodny ni&#380; ktokolwiek z was. Bo ka&#380;dy cz&#322;owiek jest chodz&#261;c&#261; formacj&#261; geologiczn&#261;, kt&#243;ra przesz&#322;a przez tysi&#261;c epok &#380;aru i drugi tysi&#261;c zastygania, kiedy warstwy osiada&#322;y na warstwach najpierw ten ostateczny, bo pierwszy, a przez to niezr&#243;wnany z niczym &#347;wiat sprzed poznania mowy, kt&#243;ry ginie p&#243;&#378;niej poch&#322;oni&#281;ty przez ni&#261;, ale tli si&#281; jeszcze gdzie&#347; u dna; jest to inwazja kolor&#243;w, kszta&#322;t&#243;w i zapach&#243;w w m&#243;zg, wtargni&#281;cie przez zmys&#322;y, otwieraj&#261;ce si&#281; po urodzeniu; dopiero potem dochodzi do polaryzacji na &#347;wiat i nie-&#347;wiat, czyli na nie-ja i ja. No, a potem te powodzie hormon&#243;w, te sprzeczne i r&#243;&#380;nopoziomowe programy wiar i pop&#281;d&#243;w historia kszta&#322;towania si&#281; jest histori&#261; wojen: m&#243;zg przeciw sobie wszystkich tych szale&#324;stw i rezygnacji nie zna&#322;em, nie przeszed&#322;em takich etap&#243;w i dlatego nie ma we mnie ani &#347;ladu dziecka. Jestem zdolny do wzrusze&#324; i pewno m&#243;g&#322;bym nawet zabi&#263;, ale nie z mi&#322;o&#347;ci. S&#322;owa w moich ustach brzmi&#261; jak w waszych, ale znacz&#261; dla mnie co&#347; innego.

To znaczy, &#380;e pan nie mo&#380;e kocha&#263;? spyta&#322; Pirx. Wci&#261;&#380; patrza&#322; ju&#380; tylko na w&#322;asne r&#281;ce. Ale sk&#261;d ta pewno&#347;&#263;? Tego nikt nie mo&#380;e wiedzie&#263; do czasu

Tego nie chcia&#322;em powiedzie&#263;. Mo&#380;e i m&#243;g&#322;bym. Ale to oznacza&#322;oby co&#347; ca&#322;kiem innego ni&#380; u was. Dwa uczucia nie opuszczaj&#261; mnie w&#322;a&#347;ciwie nigdy: zdziwienia i zarazem &#347;mieszno&#347;ci. A jest tak, my&#347;l&#281;, bo t&#261; cech&#261; waszego &#347;wiata, kt&#243;ra wsz&#281;dzie mi si&#281; narzuca, jest jego umowno&#347;&#263;. Nie tylko w kszta&#322;tach maszyn i w waszych obyczajach, ale tak&#380;e w waszej cielesno&#347;ci, kt&#243;ra sta&#322;a si&#281; wzorem dla mojej. Widz&#281;, &#380;e wszystko mog&#322;oby wygl&#261;da&#263; inaczej, by&#263; inaczej zbudowane, dzia&#322;a&#263; inaczej, i nie by&#322;oby przez to ani lepsze, ani gorsze od tego, co jest. Dla was &#347;wiat najpierw po prostu jest, to znaczy istnieje jako jedyna mo&#380;liwo&#347;&#263;, a dla mnie, od kiedy w og&#243;le umia&#322;em my&#347;le&#263;, &#347;wiat nie tylko by&#322;, ale by&#322; &#347;mieszny. To znaczy wasz &#347;wiat miast, teatr&#243;w, ulic, rodzinnego &#380;ycia, gie&#322;dy, tragedii mi&#322;osnych i filmowych gwiazd. Chce pan us&#322;ysze&#263; moj&#261; ulubion&#261; definicj&#281; cz&#322;owieka? Istota, kt&#243;ra m&#243;wi najch&#281;tniej o tym, na czym si&#281; najmniej zna. Staro&#380;ytno&#347;&#263; mia&#322;a by&#263; wszechobecno&#347;ci&#261; mitologii, a wsp&#243;&#322;czesna cywilizacja jej brakiem? Ale sk&#261;d wywodz&#261; si&#281; naprawd&#281; wasze najbardziej podstawowe poj&#281;cia? Grzeszno&#347;&#263; spraw cia&#322;a to konsekwencja starego rozwi&#261;zania ewolucyjnego, kt&#243;re przez ekonomi&#281; &#347;rodk&#243;w po&#322;&#261;czy&#322;o funkcje wydalnicze z rozrodczymi w tym samym systemie narz&#261;d&#243;w. Pogl&#261;dy religijne i filozoficzne s&#261; konsekwencj&#261; waszej konstrukcji biologicznej, bo ludzie s&#261; ograniczeni w czasie, a chc&#261;, w ka&#380;dym pokoleniu, pozna&#263; wszystko, zrozumie&#263; wszystko, wyja&#347;ni&#263; wszystko i&#380; tego rozmijania si&#281; wynik&#322;a metafizyka jako most &#322;&#261;cz&#261;cy mo&#380;liwe z niemo&#380;liwym. A nauka? Ona jest przede wszystkim rezygnacj&#261;. Zwykle podkre&#347;la si&#281; jej osi&#261;gni&#281;cia, ale te przychodz&#261; powoli, a zreszt&#261; nie dor&#243;wnuj&#261; nigdy ogromowi utraty. Wi&#281;c ona jest zgod&#261; na &#347;miertelno&#347;&#263; i na bylejako&#347;&#263; jednostki, powstaj&#261;cej ze statystycznej gry walcz&#261;cych o prymat zap&#322;odnienia plemnik&#243;w. Jest zgod&#261; na przemijanie, na nieodwracalno&#347;&#263;, na brak odp&#322;aty i wy&#380;szej sprawiedliwo&#347;ci, i ostatecznego poznania, ostatecznego zrozumienia wszystkiego i przez to by&#322;aby nawet heroiczna, gdyby nie to, &#380;e jej tw&#243;rcy tak cz&#281;sto nie zdaj&#261; sobie sprawy z tego, co naprawd&#281; robi&#261;! Maj&#261;c do wyboru l&#281;k i &#347;mieszno&#347;&#263; wybra&#322;em &#347;mieszno&#347;&#263;, bo by&#322;o mnie na to sta&#263;.

Pan nienawidzi tych, kt&#243;rzy pana stworzyli, prawda? spyta&#322; cicho Pirx.

Myli si&#281; pan. Uwa&#380;am, &#380;e ka&#380;de istnienie, nawet najbardziej ograniczone, lepsze jest od nieistnienia. Oni, ci konstruktorzy moi, na pewno wielu rzeczy nie mogli przewidzie&#263;, ale bardziej nawet ni&#380; za inteligencj&#281; jestem im wdzi&#281;czny za to, &#380;e odm&#243;wili mi o&#347;rodka rozkoszy. Jest taki o&#347;rodek w waszym m&#243;zgu, wie pan o tym?

Czyta&#322;em to gdzie&#347;.

Ja go widocznie nie mam, dzi&#281;ki temu nie jestem beznogim, kt&#243;ry nie chce niczego tylko chodzi&#263; Tylko chodzi&#263;, poniewa&#380; to niemo&#380;liwe.

Wszyscy inni s&#261; &#347;mieszni, tak? podda&#322; Pirx. A pan?

O, ja te&#380;. Tylko w inny spos&#243;b. Ka&#380;dy z was, skoro istnieje, posiada takie cia&#322;o, jakie ma, i na tym koniec a ja m&#243;g&#322;bym na przyk&#322;ad wygl&#261;da&#263; jak lod&#243;wka.

Nie widz&#281; w tym nic &#347;miesznego mrukn&#261;&#322; Pirx. Rozmowa ta m&#281;czy&#322;a go coraz bardziej.

Chodzi o umowno&#347;&#263;, o przypadkowo&#347;&#263; powt&#243;rzy&#322; Burns. Nauka jest rezygnacj&#261; z rozmaitych absolut&#243;w: z absolutnej przestrzeni, z absolutnego czasu i absolutnej, to znaczy wiecznotrwa&#322;ej, duszy, z absolutnego, bo przez Boga stworzonego, cia&#322;a. Takich umowno&#347;ci, kt&#243;re bierzecie za rzeczy realne, od niczego niezawis&#322;e, jest wi&#281;cej.

Co jeszcze jest umowne? Zasady etyczne? Mi&#322;o&#347;&#263;? Przyja&#378;&#324;?

Uczucia nigdy nie s&#261; umowne, chocia&#380; mog&#261; wynika&#263; z umownych, konwencjonalnych przes&#322;anek. Ale ja naprawd&#281; tylko dlatego m&#243;wi&#281; o was, bo w takim zestawieniu &#322;atwiej mi powiedzie&#263;, jaki sam jestem. Etyka na pewno jest umowna, przynajmniej dla mnie. Nie musz&#281; post&#281;powa&#263; etycznie, a jednak robi&#281; to.

Ciekawe. Dlaczego?

Nie mam jakiego&#347; odruchu dobra. Nie jestem zdolny do lito&#347;ci, aby tak powiedzie&#263; z natury. Ale wiem, kiedy nale&#380;y si&#281; litowa&#263; i potrafi&#281; si&#281; do tego wdro&#380;y&#263;. Wyrozumowa&#322;em sobie, &#380;e tak trzeba. A wi&#281;c niejako zape&#322;ni&#322;em to puste miejsce w sobie dzi&#281;ki logicznemu rozumowaniu. Mo&#380;e pan powiedzie&#263;, &#380;e mam zast&#281;pcz&#261; etyk&#281;, &#380;e j&#261; sobie sprotezowa&#322;em tak dok&#322;adnie, i&#380; jest jak prawdziwa.

Nie rozumiem dobrze. Wi&#281;c na czym polega r&#243;&#380;nica? Na tym, &#380;e dzia&#322;am zgodnie z logik&#261; przyj&#281;tych aksjomat&#243;w, a nie zgodnie z odruchem. Ja nie mam takich odruch&#243;w. Jednym z waszych nieszcz&#281;&#347;&#263; jest to, &#380;e opr&#243;cz nich nie macie prawie nic; Nie wiem, mo&#380;e kiedy&#347; to wystarcza&#322;o, ale obecnie na pewno nie wystarcza. Jak przejawia si&#281; w praktyce tak zwana mi&#322;o&#347;&#263; bli&#378;niego? Ulituje si&#281; pan nad ofiar&#261; wypadku i pomo&#380;e jej. Ale je&#347;li stanie pan wobec dziesi&#281;ciu tysi&#281;cy ofiar naraz, nie ogarnie pan wszystkich lito&#347;ci&#261;. Wsp&#243;&#322;czucie jest ma&#322;o pojemne i ma&#322;o rozci&#261;gliwe. Dobre, dop&#243;ki w gr&#281; wchodz&#261; jednostki bezradne, kiedy pojawia si&#281; masa. A w&#322;a&#347;nie rozw&#243;j technologii rozsadza wam moralno&#347;&#263; coraz skuteczniej. Aura odpowiedzialno&#347;ci etycznej obejmuje ledwo pierwsze cz&#322;ony &#322;a&#324;cucha przyczyn i skutk&#243;w cz&#322;ony bardzo nieliczne. Ten, kto uruchamia proces, nie czuje si&#281; wcale odpowiedzialny za jego dalekie konsekwencje.

Bomba atomowa?

O, to tylko jedna z tysi&#281;cy spraw. W sferze zjawisk moralnych jeste&#347;cie mo&#380;e naj&#347;mieszniejsi.

Dlaczego?

M&#281;&#380;czy&#378;nie i kobiecie, o kt&#243;rych wiadomo, &#380;e sp&#322;odz&#261; potomstwo niedorozwini&#281;te, wolno mie&#263; dzieci. To jest moralnie dozwolone.

Burns, to nigdy nie jest pewne, najwy&#380;ej wysoce prawdopodobne.

Ale moralno&#347;&#263; jest deterministyczna jak ksi&#281;ga buchalteryjna, a nie statystyczna jak Kosmos. Komandorze, tak mo&#380;na by rozprawia&#263; przez ca&#322;&#261; wieczno&#347;&#263;. Co chce pan jeszcze wiedzie&#263; o mnie?

Wsp&#243;&#322;zawodniczy&#322; pan z lud&#378;mi w rozmaitych sytuacjach do&#347;wiadczalnych. Czy zawsze bywa&#322; pan g&#243;r&#261;?

Nie. Jestem tym lepszy, im bardziej zadanie wymaga algorytmizacji, matematyki i &#347;cis&#322;o&#347;ci. Intuicja jest moj&#261; stron&#261; najs&#322;absz&#261;. M&#347;ci si&#281; na mnie pochodzenie od maszyn cyfrowych.

Jak to wygl&#261;da w praktyce?

Je&#380;eli sytuacja komplikuje si&#281; nadmiernie, je&#380;eli ilo&#347;&#263; nowych czynnik&#243;w staje si&#281; zbyt wielka, gubi&#281; si&#281;. Cz&#322;owiek, jak wiem, stara si&#281; wtedy zda&#263; na domys&#322;, to znaczy rozwi&#261;zanie przybli&#380;one, i udaje mu si&#281; to czasem, a ja tego nie potrafi&#281;. Musz&#281; uwzgl&#281;dni&#263; wszystko dok&#322;adnie, &#347;wiadomie, a je&#347;li nie mog&#281; przegrywam.

To bardzo wa&#380;ne, co pan mi powiedzia&#322;, Burns. Wi&#281;c powiedzmy, w sytuacji awaryjnej, jakiej&#347; katastrofy?

To nie takie proste, komandorze, bo ja nie odczuwam strachu, w ka&#380;dym razie nie tak jak cz&#322;owiek, i chocia&#380; gro&#378;ba zag&#322;ady nie jest mi oczywi&#347;cie oboj&#281;tna, nie tak jak to si&#281; m&#243;wi, g&#322;owy, i tak uzyskana r&#243;wnowaga mo&#380;e wtedy skompensowa&#263; niedomog&#281; intuicji.

Pan pr&#243;buje opanowa&#263; sytuacj&#281; do ko&#324;ca?

Tak, nawet wtedy, gdy widz&#281;, &#380;e przegra&#322;em.

Dlaczego? Czy to nie jest irracjonalne?

To jest tylko logiczne, bo tak sobie postanowi&#322;em.

Dzi&#281;kuj&#281; panu. Mo&#380;e naprawd&#281; mi pan pom&#243;g&#322; i rzek&#322; Pirx. Niech mi pan tylko powie jeszcze, co pan zamierza robi&#263; po naszym powrocie?

Jestem cybernetykiem-neurologiem, i to niez&#322;ym. Zdolno&#347;ci tw&#243;rczych mam ma&#322;o, bo one s&#261; nieoddzielne od intuicji, ale i tak znajd&#281; do&#347;&#263; interesuj&#261;cej roboty.

Dzi&#281;kuj&#281; panu powt&#243;rzy&#322; Pirx.

Tamten wsta&#322;, sk&#322;oni&#322; si&#281; nieznacznie i wyszed&#322;. Pirx zerwa&#322; si&#281; z koi, ledwo drzwi zamkn&#281;&#322;y si&#281; za Burnsem, i j&#261;&#322; chodzi&#263; od &#347;ciany do &#347;ciany.

Panie &#347;wi&#281;ty, po diab&#322;a mi to by&#322;o?! Teraz dopiero nic nie wiem. Albo to robot, albo Chyba jednak m&#243;wi&#322; prawd&#281;. Ale sk&#261;d zn&#243;w taka wylewno&#347;&#263;? Ca&#322;a historia ludzko&#347;ci plus krytyka z zewn&#261;trz powiedzmy, &#380;e m&#243;wi&#322; prawd&#281;. W takim razie trzeba sprowokowa&#263; uczciwie pogmatwan&#261; sytuacj&#281;. Ale musi by&#263; dosy&#263; autentyczna, aby nie wyda&#322;o si&#281;, &#380;em j&#261; sfingowa&#322;. Wi&#281;c musi by&#263; realna. Jednym s&#322;owem, trzeba b&#281;dzie nadstawi&#263; karku. Niebezpiecze&#324;stwo, wywo&#322;ane mo&#380;e i sztucznie, ale samo w sobie prawdziwe?

Uderzy&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w otwart&#261; r&#281;k&#281;.

A je&#380;eli to te&#380; by&#322; tylko manewr taktyczny? W&#243;wczas by&#263; mo&#380;e skr&#281;c&#281; sobie kark i zabij&#281; przy tym wszystkich ludzi, a statek doprowadz&#261; do portu roboty, kt&#243;re to wytrzymaj&#261;! No, to wprowadzi&#322;oby tych pan&#243;w w najwy&#380;szy zachwyt co za fenomenalna reklama! Co za gwarancja bezpiecze&#324;stwa dla statk&#243;w, wyposa&#380;onych w takie za&#322;ogi! Czy nie tak? Wi&#281;c, z ich punktu widzenia, takie poci&#261;gni&#281;cie nabieranie mnie na szczero&#347;&#263; by&#322;oby szalenie efektywne!

Chodzi&#322; coraz szybciej.

Musz&#281; przekona&#263; si&#281; jako&#347;, czy to prawda. Powiedzmy, ze w ko&#324;cu zidentyfikuj&#281; wszystkich. Na pok&#322;adzie jest apteczka. M&#243;g&#322;bym wpu&#347;ci&#263; do jedzenia po kropli apomorfiny. Ludzie si&#281; pochoruj&#261;, a tamci chyba nie. Na pewno nie. Ale co mi z tego przyjdzie? Najpierw, niemal na pewno, wszyscy domy&#347;la si&#281;, &#380;e ja to zrobi&#322;em. Poza tym, nawet je&#347;li si&#281; oka&#380;e, &#380;e Brown jest cz&#322;owiekiem, a Burns nie, to z tego wcale jeszcze nie wynika, &#380;e wszystko, co mi m&#243;wili, jest prawd&#261;. Mo&#380;e zidentyfikowali si&#281; przede mn&#261; prawdziwie, aby ca&#322;a reszta s&#322;u&#380;y&#322;a ich strategii? Zaraz. Burns skierowa&#322; mnie rzeczywi&#347;cie na okre&#347;lon&#261; drog&#281; m&#243;wi&#261;c o tej niedomodze intuicji. Ale Brown? Rzuci&#322; podejrzenie na Burnsa. W&#322;a&#347;nie na Burnsa, kt&#243;ry przyszed&#322; zaraz potem i potwierdzi&#322; je! Czy nie za du&#380;o tego dobrego? Z drugiej strony, gdyby to si&#281; sta&#322;o wskutek nie zaplanowanej, wi&#281;c niezawis&#322;ej inicjatywy ka&#380;dego z nich z osobna, w&#243;wczas i to, &#380;e najpierw Brown wymieni&#322; Burnsa, i to, &#380;e potem Burns sam przyszed&#322;, by tamto potwierdzi&#263; by&#322;oby czystym przypadkiem. Je&#347;liby oni rzecz planowali, pewno by takiego prymitywizmu unikn&#281;li, bo daje za wiele do my&#347;lenia. Zaczynam goni&#263; w pi&#281;tk&#281;! Zaraz. Gdyby teraz kto&#347; jeszcze przyszed&#322;, b&#281;dzie to znaczy&#322;o, &#380;e i tamto by&#322;o lip&#261;. Gr&#261;. Tylko pewno nikt nie przyjdzie rozgrywka sta&#322;aby si&#281; zbyt przejrzysta, tacy g&#322;upi nie s&#261;. No, ale je&#347;li m&#243;wili prawd&#281;? Przecie&#380; mo&#380;e si&#281; jeszcze komu&#347; zachcie&#263;

Pirx po raz drugi paln&#261;&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w rozchylon&#261; d&#322;o&#324;. Wi&#281;c po prostu nic nie wiadomo. Czy dzia&#322;a&#263;? Jak dzia&#322;a&#263;? Mo&#380;e jeszcze czeka&#263;? Chyba czeka&#263;.

W mesie podczas g&#322;&#243;wnego posi&#322;ku panowa&#322;o przy stole milczenie. Pirx w og&#243;le do nikogo si&#281; nie odzywa&#322;, bo wci&#261;&#380; walczy&#322; z pokus&#261; owej chemicznej pr&#243;by, na kt&#243;r&#261; wpad&#322; przedtem i nie m&#243;g&#322; powzi&#261;&#263; jednoznacznej decyzji. Przy sterach by&#322; Brown, wi&#281;c jedli w pi&#281;ciu. I jedli wszyscy, a Pirx pomy&#347;la&#322;, &#380;e to jakie&#347; monstrualne je&#347;&#263; tylko po to, &#380;eby udawa&#263; cz&#322;owieka. I &#380;e mo&#380;e z takich &#378;r&#243;de&#322; p&#322;ynie owo poczucie &#347;mieszno&#347;ci, o kt&#243;rym m&#243;wi&#322; Burns, i &#380;e to jest jego spos&#243;b samoobrony, st&#261;d te&#380; to gadanie o umowno&#347;ci wszystkiego pewno, dla niego jedzenie te&#380; by&#322;o tylko umownym chwytem! Je&#347;li nawet sam wierzy w to, &#380;e nie nienawidzi swych tw&#243;rc&#243;w, to samego siebie oszukuje. Ja bym nienawidzi&#322; pomy&#347;la&#322; Pirx i by&#322; pewien swego. To jednak jakie&#347; dra&#324;stwa &#380;e im nie wstyd! Milczenie, trwaj&#261;ce przez ca&#322;y czas posi&#322;ku, stawa&#322;o si&#281; wr&#281;cz niezno&#347;ne by&#322;a w nim nie tyle ch&#281;&#263; ka&#380;dego, by pozosta&#263; przy swoim i nie anga&#380;owa&#263; siei w kontakty, jak sobie tego &#380;yczyli organizatorzy rejsu,! a wi&#281;c nie lojalno&#347;&#263;, dbaj&#261;ca o zachowanie tajemnicy, ile jaka&#347; powszechna wrogo&#347;&#263;, a je&#347;li nie wrogo&#347;&#263;, to podejrzliwo&#347;&#263;; cz&#322;owiek nie chcia&#322; zbli&#380;a&#263; si&#281; do niecz&#322;owieka,] a tamten zn&#243;w rozumia&#322;, &#380;e tylko zaj&#281;cie takiej samej postawy go nie zdemaskuje. Gdyby bowiem w tej lodowatej atmosferze pr&#243;bowa&#322; cho&#263; odrobin&#281; si&#281; narzuca&#263;, od razu &#347;ci&#261;gn&#261;&#322;by na siebie uwag&#281; i przypuszczenia, &#380;e nie jest i cz&#322;owiekiem. Pirx siedzia&#322; nad swym talerzem, dostrzegaj&#261;c ka&#380;dy drobiazg jak Thomson poprosi&#322; o s&#243;l, jak mu j&#261; Burton poda&#322;, jak jemu z kolei Burns przysun&#261;&#322; karafk&#281; z octem, widelce i no&#380;e porusza&#322;y si&#281; &#380;wawo w r&#281;kach, &#380;uli, po&#322;ykali, ma&#322;o co patrz&#261;c na innych by&#322; to prawdziwy pogrzeb marynowanej wo&#322;owiny i Pirx, nie dojad&#322;szy kompotu, wsta&#322;, skin&#261;&#322; im g&#322;ow&#261; i wr&#243;ci&#322; do siebie.

Mieli kursow&#261; szybko&#347;&#263;, oko&#322;o dwudziestej czasu pok&#322;adowego min&#281;li dwa du&#380;e transportowce, wymienili zwyk&#322;e sygna&#322;y i w godzin&#281; p&#243;&#378;niej automaty wy&#322;&#261;czy&#322;y na pok&#322;adach dzienne &#347;wiat&#322;o. Pirx szed&#322; w&#322;a&#347;nie ze sterowni, kiedy si&#281; to sta&#322;o. Wielk&#261; przestrze&#324; &#347;rodkowego pok&#322;adu wype&#322;ni&#322; mrok, podziurawiony b&#322;&#281;kitnymi kulami nocnych jarzeni&#243;wek. R&#243;wnocze&#347;nie zaja&#347;nia&#322;y powleczone farb&#261; samo&#347;wiec&#261;c&#261; liny, rozci&#261;gni&#281;te wzd&#322;u&#380; &#347;cian, s&#322;u&#380;&#261;ce do poruszania si&#281; przy braku grawitacji, naro&#380;a drzwi, ich klamki, i wyrysowane na przegrodach orientacyjne strza&#322;y i napisy. Statek by&#322; tak nieruchomy, jakby przebywa&#322; w jakim&#347; ziemskim doku. Nie czu&#322;o si&#281; najmniejszej wibracji, tylko klimatyzatory pracowa&#322;y prawie bezszelestnie i Pirx przechodzi&#322; kolejno przez niewidzialne strugi powietrza, odrobin&#281; ch&#322;odniejszego, o bardzo s&#322;abej woni ozonu.

Co&#347; uderzy&#322;o go lekko w czo&#322;o z jadowitym bzykni&#281;ciem, jaka&#347; mucha, kt&#243;ra sta&#322;a si&#281; pasa&#380;erem na gap&#281; popatrza&#322; na ni&#261; z niesmakiem, nie lubi&#322; much, ale nie zobaczy&#322; jej ju&#380;. Za zakr&#281;tem korytarz zw&#281;&#380;a&#322; si&#281; omijaj&#261;c schody i cylinder d&#378;wigu osobowego. Pirx uj&#261;&#322; w r&#281;k&#281; por&#281;cz i poszed&#322; na g&#243;r&#281;, w&#322;a&#347;ciwie nie wiadomo po co; nie pomy&#347;la&#322; nawet o tym, &#380;e tam jest gwiazdowe okno. To znaczy wiedzia&#322; o jego istnieniu, ale natkn&#261;&#322; si&#281; na ten czarny, wielki czworok&#261;t jakby przypadkiem. W gruncie rzeczy nie mia&#322; wyra&#378;nego stosunku do gwiazd. Wielu kosmonaut&#243;w rzekomo go mia&#322;o; nie by&#322; to ju&#380; &#243;w koniecznie obowi&#261;zuj&#261;cy, romantyczny fason dawnych lot&#243;w, ale prawdopodobnie wskutek tego, &#380;e opinia publiczna, kszta&#322;towana przez film, telewizj&#281;, literatur&#281;, oczekiwa&#322;a jakiej&#347; kosmicznej postawy &#380;eglarzy pozaziemskich, ka&#380;dy nieomal stara&#322; si&#281; odnale&#378;&#263; w sobie rodzaj intymno&#347;ci wobec tego &#347;wietlnego rojowiska Pirx jednak w gruncie rzeczy podejrzewa&#322; wszystkich tak m&#243;wi&#261;cych o blag&#281;, bo gwiazdy ma&#322;o go osobi&#347;cie obchodzi&#322;y, a ju&#380; rozprawianie na &#243;w temat uwa&#380;a&#322; za kompletny idiotyzm. Stan&#261;&#322; teraz, oparty o elastyczn&#261; rur&#281;, kt&#243;ra chroni&#322;a przed rozbiciem g&#322;owy o niewidzialn&#261; tafl&#281; szkliwa, i od razu pozna&#322; le&#380;&#261;ce ni&#380;ej statku centrum Galaktyki, a w&#322;a&#347;ciwie jego kierunek, skryty przed wzrokiem wielkimi bia&#322;awymi chmurami Strzelca. Gwiazdozbi&#243;r ten by&#322; dla niego czym&#347; w rodzaju rozmytego troch&#281; i przez to nie do&#347;&#263; dok&#322;adnego znaku drogowego, zosta&#322;o mu to z lot&#243;w patrolowych, bo chmur&#281; Strzelca mo&#380;na by&#322;o rozpozna&#263; nawet w niewielkim ekranie, a szczup&#322;o&#347;&#263; pola widzenia owych rakiet jednoosobowych nieraz utrudnia&#322;a orientacj&#281; pod&#322;ug gwiazdozbior&#243;w. Ale te&#380; nie my&#347;la&#322; na og&#243;&#322; o tej chmurze jako o milionach gorej&#261;cych &#347;wiat&#243;w, z nieprzeliczonymi systemami planetarnymi to znaczy my&#347;la&#322; tak za m&#322;odu, dop&#243;ki nie znalaz&#322; si&#281; w pr&#243;&#380;ni i nie oswoi&#322; z ni&#261;. W&#243;wczas te m&#322;odzie&#324;cze fantazjowania jako&#347; go opu&#347;ci&#322;y, ani wiedzia&#322; kiedy. Zbli&#380;y&#322; powoli twarz do zimnej tafli, a&#380; dotkn&#261;&#322; jej czo&#322;em, i sta&#322; tak, w&#322;a&#347;ciwie nie bardzo patrz&#261;c w mrowie nieruchomych punkt&#243;w &#347;wietlnych, zlewaj&#261;cych si&#281; miejscami w bia&#322;awo pa&#322;aj&#261;c&#261; mg&#322;&#281;. Widziana z wn&#281;trza Galaktyka przedstawia si&#281; jako chaos, jako rezultat miliardoletniej gry w ko&#347;ci ogniste bez &#322;adu i sk&#322;adu. A jednak istnia&#322; porz&#261;dek, ale wy&#380;szej skali, ca&#322;ych Galaktyk, dostrzegalny jednak tylko na fotografiach olbrzymich reflektor&#243;w. Galaktyki tak wygl&#261;daj&#261; na negatywach jak cia&#322;ka eliptyczne, jak ameby w rozmaitych fazach rozwoju tyle &#380;e to w og&#243;le nie obchodzi kosmonaut&#243;w, bo Galaktyka uk&#322;adowa jest dla nich wszystkim, reszta si&#281; nie liczy. Mo&#380;e zacznie si&#281; liczy&#263; za tysi&#261;c lat pomy&#347;la&#322;. Kto&#347; nadchodzi&#322;. Pianowy chodnik t&#322;umi&#322; kroki, ale wyczu&#322; czyj&#261;&#347; obecno&#347;&#263;. Odwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281; i zobaczy&#322; na tle &#347;wietlistych pas&#243;w, wyznaczaj&#261;cych zbieg stropu i &#347;cian, ciemn&#261; posta&#263;.

Kto to? spyta&#322; nie podnosz&#261;c g&#322;osu.

To ja. Thomson.

Sko&#324;czy&#322; pan wacht&#281;? zapyta&#322;, by powiedzie&#263; cokolwiek.

Tak, panie komandorze.

Stali tak; Pirx chcia&#322; si&#281; na powr&#243;t zwr&#243;ci&#263; ku oknu, ale tamten jakby na co&#347; czeka&#322;.

Pan chce mi co&#347; powiedzie&#263;?

Nie powiedzia&#322; tamten, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i odszed&#322; w stron&#281;, z kt&#243;rej przyby&#322;.

A to co znowu? pomy&#347;la&#322; Pirx. Wygl&#261;da&#322;o ca&#322;kiem, jakby go szuka&#322;.

Thomson! zawo&#322;a&#322; w ciemno&#347;&#263;. Kroki wr&#243;ci&#322;y. Tamten wynurzy&#322; si&#281;, ledwo widoczny w fosforyzowaniu nieruchomo zwisaj&#261;cych lin podokiennych.

Tu gdzie&#347; s&#261; fotele powiedzia&#322; Pirx. Podszed&#322; do przeciwleg&#322;ej &#347;ciany i zobaczy&#322; je. Niech no pan si&#261;dzie tu ze mn&#261;, Thomson.

Tamten zbli&#380;y&#322; si&#281; pos&#322;usznie. Usiedli, maj&#261;c przed sob&#261; gwiazdowe okno.

Pan chcia&#322; mi co&#347; powiedzie&#263;. S&#322;ucham.

Obawiam si&#281; zacz&#261;&#322; tamten i urwa&#322;.

Nie szkodzi. Prosz&#281; m&#243;wi&#263;. Czy to sprawa osobista?

Tak. Jak najbardziej.

A wi&#281;c porozmawiamy ca&#322;kiem prywatnie. O co chodzi?

Chcia&#322;bym, &#380;eby pan postawi&#322; na swoim powiedzia&#322; Thomson. Zastrzegam si&#281; od razu: musz&#281; dotrzyma&#263; danego s&#322;owa i nie powiem panu, kim naprawd&#281; jestem. Ale tak czy owak chc&#281;, aby pan widzia&#322; we mnie sojusznika.

Czy to logiczne? spyta&#322; Pirx. Miejsce na rozmow&#281; by&#322;o &#378;le wybrane, uprzytomni&#322; to sobie, bo przeszkadza&#322;o mu, &#380;e nie widzia&#322; twarzy tamtego.

Chyba tak. Cz&#322;owiekowi zale&#380;a&#322;oby na tym z oczywistych wzgl&#281;d&#243;w, a niecz&#322;owiekowi bo co go spotka, je&#347;li rozpocznie si&#281; masowa produkcja? Zostanie zaszeregowany do kategorii obywateli B, czyli po prostu nowo&#380;ytnych niewolnik&#243;w; b&#281;dzie w&#322;asno&#347;ci&#261; jakiej&#347; korporacji.

To nie jest pewne.

Ale jest ca&#322;kiem mo&#380;liwe. Z tym jest jak z Murzynami: jeden czy kilku w jakim&#347; kraju przez sw&#261; inno&#347;&#263; &#322;atwo zyskuj&#261; uprzywilejowanie, a kiedy jest ich mn&#243;stwo, pojawia si&#281; od razu problem segregacji, integracji i tak dalej.

No dobrze. Wi&#281;c mam pana uwa&#380;a&#263; za sojusznika? Ale czy przez to nie wykracza pan przeciw danemu s&#322;owu?

Zobowi&#261;za&#322;em si&#281; do niezdradzania mojej identyczno&#347;ci i do niczego ponadto. Mam wykonywa&#263; funkcj&#281; nukleonika pod pana dow&#243;dztwem. To wszystko. Reszta jest moj&#261; spraw&#261; prywatn&#261;.

Wie pan, w ten spos&#243;b mo&#380;e i formalnie wszystko jest w porz&#261;dku, ale czy pan nie dzia&#322;a wbrew interesom swoich chlebodawc&#243;w? Bo pan chyba nie w&#261;tpi, &#380;e post&#281;puje pan wbrew ich intencjom?

Mo&#380;liwe. Ale oni nie s&#261; dzie&#263;mi; sformu&#322;owania by&#322;y wyra&#378;ne i jednoznaczne. Opracowa&#322;y je zjednoczone dzia&#322;y prawne wszystkich zainteresowanych przedsi&#281;biorstw. Mogli umie&#347;ci&#263; osobny paragraf zakazuj&#261;cy podejmowania wszelkich takich krok&#243;w jak m&#243;j w&#322;a&#347;nie, ale nic takiego tam nie by&#322;o.

Przeoczenie?

Nie wiem. By&#263; mo&#380;e. Dlaczego pan tak o to pyta? Czy pan mi nie ufa?

Chcia&#322;em zorientowa&#263; si&#281; w pana pobudkach. Thomson milcza&#322; przez chwil&#281;.

Nie wzi&#261;&#322;em tego pod uwag&#281; rzek&#322; wreszcie cicho.

Czego?

Tego, &#380;e mo&#380;e pan wzi&#261;&#263; m&#243;j post&#281;pek za nieautentyczny. Za powiedzmy wybieg zaplanowany z g&#243;ry. To znaczy pan przyst&#281;puje do gry, w kt&#243;rej bior&#261; udzia&#322; dwie strony, pan z jednej, a my wszyscy z drugiej. Wi&#281;c je&#347;liby pan u&#322;o&#380;y&#322; sobie jaki&#347; plan dzia&#322;ania, aby podda&#263; nas pr&#243;bie mam na my&#347;li pr&#243;b&#281;, kt&#243;ra by mog&#322;a wykaza&#263;, powiedzmy, wy&#380;szo&#347;&#263; cz&#322;owieka ot&#243;&#380; gdyby pan wyjawi&#322; &#243;w plan jednemu z nas, maj&#261;c tego cz&#322;owieka za sojusznika, to gdyby on by&#322; naprawd&#281; w przeciwnym obozie, wydar&#322;by panu z r&#261;k strategicznie cenn&#261; informacj&#281;.

To ciekawe, co pan m&#243;wi.

Och, pan na pewno musia&#322; o tym pomy&#347;le&#263;. Ja dopiero teraz widocznie zbyt by&#322;em zaabsorbowany samym problemem, czy mam si&#281; panu zaofiarowa&#263; jako poplecznik, czy nie. Straci&#322;em ten aspekt rozgrywki z oka. Tak, w&#322;a&#347;ciwie pope&#322;ni&#322;em g&#322;upstwo, bo tak czy owak pan nie mo&#380;e by&#263; wobec mnie szczery.

Dajmy na to rzek&#322; Pirx. Ale to jeszcze katastrofa, bo wprawdzie ja panu nic nie powiem, ale mo&#380;e mi powiedzie&#263; to i owo. Na przyk&#322;ad o swoich kolegach.

Ale to te&#380; mo&#380;e by&#263; fa&#322;szywa informacja, &#380;eby pana wprowadzi&#263; w b&#322;&#261;d.

Niech pan to ju&#380; mnie pozostawi. Czy pan co&#347; wie?

Tak. Brown nie jest cz&#322;owiekiem.

Pan jest tego pewny?

Nie. Ale to bardzo prawdopodobne.

Jakie pan ma dane, kt&#243;re za tym przemawiaj&#261;?

Pan rozumie chyba, &#380;e ka&#380;dy z nas jest po prostu ciekawy, kto z innych jest cz&#322;owiekiem, a kto nie.

Tak.

W czasie przygotowa&#324; startowych sprawdza&#322;em reaktor i kiedy pan, Calder, Brown i Burns zeszli&#347;cie do komory rozrz&#261;du, akurat wymienia&#322;em blendy, a w&#243;wczas na wasz widok przysz&#322;a mi do g&#322;owy pewna my&#347;l.

Tak?

Mia&#322;em pod r&#281;k&#261; pr&#243;bk&#281;, pobran&#261; z gor&#261;cego wn&#281;trza reaktora, bo musia&#322;em przeprowadzi&#263; kontrol&#281; na zanieczyszczenia porozpadowe. Nie by&#322;o tego wiele, ale wiedzia&#322;em, &#380;e tam jest sporo izotop&#243;w strontu, wi&#281;c kiedy wchodzili&#347;cie, wzi&#261;&#322;em j&#261; pincetk&#261; i w&#322;o&#380;y&#322;em mi&#281;dzy dwie o&#322;owiane ceg&#322;y, kt&#243;re sta&#322;y na wierzchu tej p&#243;&#322;ki pod &#347;cian&#261;. Pan ich nie zauwa&#380;y&#322;?

Zauwa&#380;y&#322;em je. I co dalej?

Oczywi&#347;cie nie mog&#322;em ustawi&#263; ich dok&#322;adnie, ale w ka&#380;dym razie musieli&#347;cie wszyscy przej&#347;&#263; przez p&#281;k promieniowania by&#322;o dosy&#263; s&#322;abe. Niemniej by&#322;o zauwa&#380;alne dla kogo&#347;, kto mia&#322;by nawet ma&#322;o czu&#322;y licznik Geigera albo zwyk&#322;y czujnik. Ot&#243;&#380; nie zd&#261;&#380;y&#322;em tego zrobi&#263; na czas i pan oraz Burns przeszli&#347;cie ju&#380; dalej, a tamci dwaj Calder i Brown dopiero schodzili po schodach. Tak &#380;e tylko oni przeszli przez ten niewidzialny promie&#324; i Brown nagle spojrza&#322; w stron&#281; tych o&#322;owianych cegie&#322; i przyspieszy&#322; kroku.

A Calder?

Nie zareagowa&#322;.

To by mia&#322;o jakie&#347; znaczenie, gdyby by&#322;o wiadomo, &#380;e nieliniowcy posiadaj&#261; czujnik promienisty.

Pan chce mnie z&#322;apa&#263;? My&#347;li pan, &#380;e je&#347;li nie wiem, czy maj&#261;, to jestem cz&#322;owiekiem, a je&#347;li wiem, nie jestem nim! A tymczasem nic podobnego, to po prostu bardzo prawdopodobne, bo gdyby nie mieli &#380;adnej wy&#380;szo&#347;ci nad nami, po co by miano ich w og&#243;le budowa&#263;? Taki dodatkowy zmys&#322; radioaktywny mo&#380;e by&#263; bardzo przydatny, zw&#322;aszcza na statku, i konstruktorzy na pewno o tym pomy&#347;leli.

Powiada pan wi&#281;c, &#380;e Brown ma taki zmys&#322;?

Powtarzam: nie mam pewno&#347;ci. To w ko&#324;cu m&#243;g&#322; by&#263; przypadek, &#380;e przyspieszy&#322; kroku i spojrza&#322; w bok, ale jak na czysty przypadek wydaje mi si&#281; to ma&#322;o prawdopodobne.

Co wi&#281;cej?

Na razie nic. Dam panu zna&#263;, gdy co&#347; zauwa&#380;&#281;, je&#347;li pan sobie tego &#380;yczy.

Dobrze. Dzi&#281;kuj&#281; panu.

Thomson wsta&#322; i odszed&#322; w ciemno&#347;&#263;. Pirx zosta&#322; sam. A wi&#281;c tak bilansowa&#322; szybko. Brown twierdzi, &#380;e jest cz&#322;owiekiem, Thomson powiada, &#380;e nim nie jest, a sam wprawdzie identyczno&#347;ci nie ujawnia, ale sugeruje raczej, &#380;e jest cz&#322;owiekiem w ka&#380;dym razie to by w bardziej prawdopodobny spos&#243;b motywowa&#322;o jego post&#281;powanie. Zdaje mi si&#281;, &#380;e niecz&#322;owiek nie zdradzi&#322;by tak ochoczo drugiego niecz&#322;owieka przed dow&#243;dc&#261; cz&#322;owiekiem, chocia&#380; by&#263; mo&#380;e jestem ju&#380; dostatecznie bliski schizofrenii, aby mi si&#281; wszystko wydawa&#322;o mo&#380;liwe. Id&#378;my dalej. Burns powiada, &#380;e nie jest cz&#322;owiekiem. Pozostaj&#261; jeszcze Burton i Calder. Mo&#380;e obaj uwa&#380;aj&#261; si&#281; za Marsjan? Kim ja jestem w&#322;a&#347;ciwie: kosmonaut&#261; czy szaradzist&#261;? Ale jedno jest chyba jasne: &#380;aden z nich nie wycisn&#261;&#322; ze mnie krzty informacji, co zamierzam robi&#263;, przy czym to nie jest nawet pow&#243;d do chwa&#322;y, bo nie z chytro&#347;ci niczego nikomu nie powiedzia&#322;em, ale dlatego, &#380;e sam nie mam zielonego poj&#281;cia, co pocz&#261;&#263;. Czy, w ko&#324;cu, identyfikacja jest najwa&#380;niejsza?

Chyba nie. Trzeba machn&#261;&#263; na ni&#261; r&#281;k&#261;: przecie&#380; musz&#281; podda&#263; wszystkich jakiej&#347; pr&#243;bie, a nie tylko niekt&#243;rych. Jedyna informacja, kt&#243;ra ma z tym zwi&#261;zek, po chodzi od Burnsa &#380;e nieliniowcy s&#261; s&#322;abeuszami intuicji. Czy to prawda nie wiem, ale spr&#243;bowa&#263; mo&#380;na. Ale; trzeba to co&#347; zaaran&#380;owa&#263; tak, &#380;eby wygl&#261;da&#322;o jak najnaturalniej. A naprawd&#281; naturalnie b&#281;dzie wygl&#261;da&#322; tylko] taki wypadek, kt&#243;ry b&#281;dzie prawie &#380;e nieodwracalny. Czyli, jednym s&#322;owem, trzeba zaryzykowa&#263; g&#322;ow&#261;.

Wszed&#322; przez liliowy p&#243;&#322;mrok do kajuty i podni&#243;s&#322; r&#281;k&#281; do wy&#322;&#261;cznika. Nie musia&#322; go naciska&#263;; przy zbli&#380;eniu d&#322;oni &#347;wiat&#322;o si&#281;, w&#322;&#261;czy&#322;o. Kto&#347; tu by&#322; przed nim. Na stole, zamiast ksi&#261;&#380;ek, kt&#243;re le&#380;a&#322;y tam przedtem, spoczywa&#322;a niewielka bia&#322;a koperta, zaadresowana pismem maszynowym: Kmdr Pirx w/m. Podni&#243;s&#322; j&#261;. By&#322;a zaklejona. Zamkn&#261;&#322; drzwi, usiad&#322;, rozerwa&#322; kopert&#281; zawiera&#322;a nie podpisany, wystukany na arkuszu papieru list. Potar&#322; czo&#322;o r&#281;k&#261; i zacz&#261;&#322; czyta&#263;. Nie by&#322;o &#380;adnego nag&#322;&#243;wka.


List ten pisze do pana cz&#322;onek za&#322;ogi, kt&#243;ry nie jest cz&#322;owiekiem. Wybra&#322;em t&#261; drog&#281;, poniewa&#380; jednoczy m&#243;j interes z pa&#324;skim. Chc&#261;, by pan udaremni&#322; lub co najmniej utrudni&#322; realizacj&#261; plan&#243;w firm elektronicznych. Dlatego pragn&#261; dostarczy&#263; panu informacji o w&#322;a&#347;ciwo&#347;ciach nieliniowca, o ile je znam na podstawie w&#322;asnego do&#347;wiadczenia. List ten napisa&#322;em w hotelu, zanim pana zobaczy&#322;em. Nie wiedzia&#322;em wtedy jeszcze, czy cz&#322;owiek, kt&#243;ry ma zosta&#263; dow&#243;dc&#261; Goliata, b&#281;dzie got&#243;w ze mn&#261; wsp&#243;&#322;pracowa&#263;, lecz z pana zachowania przy pierwszym spotkaniu zorientowa&#322;em si&#281;, &#380;e pragnie pan tego samego co ja. Dlatego pierwszy wariant listu zniszczy&#322;em i napisa&#322;em ten. Realizacja projektu firm nie mo&#380;e mi wyj&#347;&#263; na dobre, tak to oceniam. Og&#243;lnie rzecz bior&#261;c, produkowanie nieliniowc&#243;w ma tylko o tyle sens, o ile tak powsta&#322;e istoty g&#243;ruj&#261; nad cz&#322;owiekiem w szerokim zakresie parametr&#243;w. Powt&#243;rzenie istniej&#261;cego cz&#322;owieka nie mia&#322;oby &#380;adnego sensu. Mog&#281; wi&#281;c panu wyjawi&#263; od razu, &#380;e jestem czterokrotnie mniej wra&#380;liwy od cz&#322;owieka na dzia&#322;anie przyspiesze&#324;, potrafi&#281; jednorazowo znie&#347;&#263; do siedemdziesi&#281;ciu pi&#281;ciu tysi&#281;cy rentgen&#243;w promieniowania bez szkody, posiadam zmys&#322; (czujnik) radioaktywno&#347;ci, obywam si&#281; bez tlenu i &#380;ywno&#347;ci, potrafi&#261; wreszcie przeprowadza&#263; pami&#281;ciowo bez jakiejkolwiek pomocy dzia&#322;ania matematyczne w zakresie analizy, algebry, geometrii, z szybko&#347;ci&#261; tylko trzy razy mniejsz&#261; od szybko&#347;ci wielkich maszyn cyfrowych. W por&#243;wnaniu z cz&#322;owiekiem jestem, o ile mog&#261; to oceni&#263;, pozbawiony w znacznym stopniu &#380;ycia emocjonalnego. Mn&#243;stwo spraw, absorbuj&#261;cych cz&#322;owieka, nic mnie nie obchodzi. Wi&#281;kszo&#347;&#263; utwor&#243;w literackich, sztuk teatralnych itp. odbieram jako nieciekawe lub niedyskretne plotki, jako rodzaj podpatrywania cudzych spraw prywatnych, z kt&#243;rych bardzo ma&#322;o wynika pod wzgl&#261;dem poznawczym. Natomiast bardzo wiele znaczy dla mnie muzyka. Mam te&#380; poczucie obowi&#261;zkowo&#347;ci, wytrwa&#322;o&#347;ci, jestem zdolny do przyja&#378;ni i szacunku wobec warto&#347;ci intelektualnych. Nie czuj&#281;, bym dzia&#322;a&#322; na pok&#322;adzie Goliata pod przymusem, bo to, co robi&#281;, jest jedyn&#261; rzecz&#261;, jak&#261; umiem dobrze, a robienie czego&#347; w spos&#243;b solidny daje mi satysfakcj&#281;. Nie anga&#380;uj&#281; si&#281; uczuciowo w &#380;adn&#261; sytuacj&#261;. Pozostaj&#281; zawsze obserwatorem wypadk&#243;w. Mam pami&#281;&#263;, z kt&#243;r&#261; ludzka r&#243;wna&#263; si&#281; nie mo&#380;e. Mog&#281; cytowa&#263; ca&#322;e rozdzia&#322;y z raz przeczytanych dzie&#322;, mog&#261; podlega&#263; &#322;adowaniu informacj&#261; przez bezpo&#347;rednie pod&#322;&#261;czenie do pojemnika pami&#281;ciowego wielkiej maszyny cyfrowej. Mog&#281; te&#380; dowolnie zapomina&#263; to, co uznam za zb&#281;dne dla mojej pami&#281;ci. M&#243;j stosunek do ludzi jest negatywny. Styka&#322;em si&#281; prawie wy&#322;&#261;cznie z naukowcami i technikami nawet oni dzia&#322;aj&#261; to niewoli impuls&#243;w, &#378;le ukrywaj&#261; uprzedzenia, &#322;atwo popadaj&#261; w ostateczno&#347;ci, traktuj&#261;c istot&#281; tak&#261; jak ja albo protekcyjnie, albo, na odwr&#243;t, odczuwaj&#261; odraz&#281;, niech&#281;&#263;, przy czym moje niepowodzenia martwi&#322;y ich jako mych tw&#243;rc&#243;w, a radowa&#322;y jako ludzi (&#380;e jednak s&#261; ode mnie doskonalsi). Zna&#322;em tylko jednego cz&#322;owieka, kt&#243;ry nie zdradza&#322; podobnej ambiwalencji. Nie jestem agresywny ani przewrotny, cho&#263; by&#322;bym zdolny do czyn&#243;w dla was niezrozumia&#322;ych, gdyby prowadzi&#322;y do upatrzonego celu. Nie mam &#380;adnych tak zwanych zasad moralnych, ale nie dopu&#347;ci&#322;bym si&#281; zbrodni, nie uk&#322;ada&#322;bym plan&#243;w rabunku, tak samo jak nie u&#380;ywa&#322;bym mikroskopu do rozbijania orzech&#243;w. Zapuszczanie si&#281; w drobne ludzkie intrygi uwa&#380;am za zaj&#281;cie zb&#281;dne. Sto lat temu postanowi&#322;bym zapewne zosta&#263; uczonym; dzisiaj nie mo&#380;na ju&#380; w tej dziedzinie dzia&#322;a&#263; w pojedynk&#261;, a nie le&#380;y w mojej naturze dzieli&#263; si&#281; czymkolwiek -z kimkolwiek. &#346;wiat wasz jest dla mnie przera&#378;liwie pusty i godzien przyst&#261;pienia do gry tylko jako ca&#322;o&#347;&#263;; demokracja to w&#322;adztwo intrygant&#243;w, wybieranych przez g&#322;upc&#243;w, i ca&#322;a wasza alogiczno&#347;&#263; przejawia si&#281; w &#347;ciganiu niemo&#380;liwo&#347;ci pragniecie, aby k&#243;&#322;ka zegara decydowa&#263; mia&#322;y o jego nadrz&#281;dnym biegu! Zastanawia&#322;em si&#281; nad tym, co by mi przysz&#322;o z w&#322;adzy? Bardzo niewiele, poniewa&#380; tania jest chwa&#322;a z panowania nad takimi istotami; niewiele, ale wi&#281;cej ni&#380; nic. Podzieli&#263; zatem wasz&#261; ca&#322;&#261; histori&#281; na dwie cz&#281;&#347;ci, do mnie i ode mnie, zmieni&#263; j&#261; ca&#322;kowicie, rozerwa&#263; j&#261; na dwie niesp&#243;jne cz&#281;&#347;ci, aby&#347;cie poj&#281;li i zapami&#281;tali, co uczynili&#347;cie w&#322;asnymi r&#281;kami, stwarzaj&#261;c mnie, na co&#347;cie si&#281; wa&#380;yli, zamy&#347;laj&#261;c budow&#281; wiernej cz&#322;owiekowi lali b&#281;dzie to, jak my&#347;l&#281;, nie najgorsz&#261;, w ko&#324;cu odp&#322;at&#261;. Prosz&#261; nie rozumie&#263; mnie fa&#322;szywie bynajmniej nie zamierzam sta&#263; si&#281; jakim&#347; tyranem, pastwi&#263; si&#281;, niszczy&#263;, prowadzi&#263; wojny! Nic podobnego. Kiedy i osi&#261;gn&#281; w&#322;adz&#281;, zademonstruj&#281;, &#380;e nie ma szale&#324;stwa tak bezmy&#347;lnego ani idei tak jawnie absurdalnej, byle odpowiednio zosta&#322;a narzucona, kt&#243;rej by&#347;cie nie przyj&#281;li za swoj&#261; a dokonam tego, co postanowi&#322;em, nie przemoc&#261;, lecz ca&#322;kowita przebudow&#261; zbiorowo&#347;ci, abym nie ja ani uzbrojona si&#322;a, lecz aby sama sytuacja, raz wytworzona, zmusza&#322;a was do rzeczy coraz zgodniejszych z moim, pomys&#322;em. Staniecie si&#281; globalnym teatrem, ale, jak to z wami, aktorstwo, zrazu narzucone, wnet stanie si&#281; drug&#261; natur&#261;, a potem nie b&#281;dziecie ju&#380; znali nic opr&#243;cz nowych swoich r&#243;l, i tylko ja jeden b&#281;d&#281; &#347;wiadomym rzeczy widzem. Widzem tylko, bo z pu&#322;apki, raz w&#322;asnymi r&#281;kami zbudowanej, ju&#380; tak pr&#281;dko si&#281; nie wydostaniecie, a wtedy m&#243;j czynny udzia&#322; w owej przemianie b&#281;dzie sko&#324;czony. Jak pan widzi, jestem szczery, chocia&#380; nie jestem szalony, nie przedstawi&#281; wi&#281;c mego pomys&#322;u; przes&#322;ank&#261; jego wst&#281;pn&#261; jest, aby plany firm elektronicznych zosta&#322;y pokrzy&#380;owane, a pan mi w tym pomo&#380;e. Czytaj&#261;c to, b&#281;dzie pan oburzony, ale, jako tak zwany cz&#322;owiek z charakterem, postanowi pan dalej dzia&#322;a&#263; w spos&#243;b dla mnie przypadkowo korzystny. Bardzo dobrze! Chcia&#322;bym panu konkretnie dopom&#243;c, ale to nie&#322;atwe, poniewa&#380; nie dostrzegam, niestety, takich w&#322;asnych mankament&#243;w, jakie by pozwoli&#322;y panu odnie&#347;&#263; decyduj&#261;cy sukces. Nie obawiam si&#281; w&#322;a&#347;ciwie niczego, nie znane mi jest uczucie b&#243;lu fizycznego, mog&#281; wy&#322;&#261;cza&#263; dowolnie &#347;wiadomo&#347;&#263;, zapadaj&#261;c w poz&#243;r snu, kt&#243;ry jest nieistnieniem a&#380; do chwili, gdy samoczynny uk&#322;ad czasomierzy w&#322;&#261;czy &#347;wiadomo&#347;&#263; ponownie. Mog&#281; zwalnia&#263; i przyspiesza&#263; bieg my&#347;li, prawie sze&#347;ciokrotnie w stosunku do tempa ludzkich proces&#243;w m&#243;zgowych. Ucz&#281; si&#281; rzeczy nowych z najwi&#281;ksz&#261; &#322;atwo&#347;ci&#261;, poniewa&#380; nie musz&#281; si&#281; wdra&#380;a&#263; w nie stopniowym treningiem; gdybym, powiedzmy, raz z bliska i dok&#322;adnie obejrza&#322; szale&#324;ca, m&#243;g&#322;bym sta&#263; si&#281; nim, na&#347;laduj&#261;c ka&#380;dy jego czyn i s&#322;owo, bez najmniejszego wysi&#322;ku i, co wa&#380;niejsze, m&#243;g&#322;bym, cho&#263;by po latach, r&#243;wnie nag&#322;e zaprzesta&#263; owej gry. Chcia&#322;bym panu powiedzie&#263;, jak mo&#380;na mnie pokona&#263;, ale obawiam si&#281;, &#380;e &#322;atwiej jest pokona&#263; w analogicznej sytuacji cz&#322;owieka. Nie sprawia mi &#380;adnej trudno&#347;ci przestawanie z lud&#378;mi, je&#347;li to sobie naka&#380;&#281;; z innymi nieliniowcami by&#322;oby mi trudniej wsp&#243;&#322;&#380;y&#263;, a dlatego, poniewa&#380; brak im waszej codziennej poczciwo&#347;ci. Musz&#281; ju&#380; ko&#324;czy&#263; ten list. Wypadki historyczne powiedz&#261; panu kiedy&#347;, kto go napisa&#322;. Mo&#380;e spotkamy si&#281; w&#243;wczas i b&#281;dzie pan wtedy m&#243;g&#322; na mnie liczy&#263;, poniewa&#380; ja licz&#281; teraz na pana.


To by&#322;oby wszystko. Pirx przeczyta&#322; raz jeszcze niekt&#243;re ust&#281;py listu, potem z&#322;o&#380;y&#322; go starannie, schowa&#322; do koperty i zamkn&#261;&#322; w szufladzie.

To dopiero elektronowy Czyngis-chan! pomy&#347;la&#322;. Obiecuje mi protekcj&#281;, kiedy b&#281;dzie w&#322;adc&#261; &#347;wiata! &#321;askawca! Albo Burns m&#243;wi&#322; w og&#243;le nieprawd&#281;, albo jest inny, albo nie chcia&#322; mi wszystkiego powiedzie&#263;, bo jednak pewne zbie&#380;no&#347;ci s&#261;. Co za megalomania! Tak, ale zbie&#380;no&#347;ci s&#261;, nawet wyra&#378;ne! Co za paskudna, zimna, pusta natura Ale czy to jego wina? Klasyczny ucze&#324; czarnoksi&#281;&#380;nika! To&#380;by si&#281; z pyszna mieli ci panowie in&#380;ynierowie, gdyby naprawd&#281; dobra&#322; im si&#281; do sk&#243;ry Ale co tam in&#380;ynierowie jemu potrzebna jest ca&#322;a ludzko&#347;&#263;! Zdaje si&#281;, &#380;e to si&#281; nazywa paranoja Uda&#322;o im si&#281; z tym nieliniowcem, nie ma co! Musieli obdarzy&#263; sw&#243;j produkt cechami tak zwanej wy&#380;szo&#347;ci, aby znale&#378;&#263; kupc&#243;w, a to, &#380;e przewaga pod takim czy innym wzgl&#281;dem powoduje powstanie poczucia wy&#380;szo&#347;ci ju&#380; absolutnego, jako poczucia predestynacji do rzeczy ostatecznych to&#380; to ju&#380; tylko prosta konsekwencja Co za wariaci ci cybernetycy! Ciekawe, kto to napisa&#322;, bo to chyba jednak autentyk? Inaczej, po c&#243;&#380; mia&#322; Wci&#261;&#380; podkre&#347;la t&#281; swoj&#261; wy&#380;szo&#347;&#263;, z czego wynika, &#380;e moje wysi&#322;ki i tak b&#281;d&#261; skazane na kl&#281;sk&#281; skoro do ko&#324;ca musi zosta&#263; doskona&#322;y :- a jednak &#380;yczy powodzenia? Wie, jak opanowa&#263; ludzko&#347;&#263;, a nie mo&#380;e podpowiedzie&#263;, jak mam opanowa&#263; sytuacj&#281; na tym cholernym statku? Szkoda mikroskopu do rozbijania orzech&#243;w, &#321;adny klops, mo&#380;e to wszystko te&#380; tylko, aby mnie zwie&#347;&#263;.

Wyj&#261;&#322; kopert&#281; z szuflady, obejrza&#322; j&#261; uwa&#380;nie &#380;adnych nadruk&#243;w, &#347;lad&#243;w, nic. Dlaczego Burns nie m&#243;wi&#322; o tych olbrzymich r&#243;&#380;nicach? Zmys&#322; radioaktywny, tempo my&#347;lowe i to wszystko inne mo&#380;e go o to spyta&#263;? ka&#380;dy z nich ma by&#263; podobno wytworem innej firmy, wi&#281;c Burns naprawd&#281; mo&#380;e jest inaczej skonstruowany? Danych mam niby coraz wi&#281;cej: wygl&#261;da, &#380;e napisa&#322; Burton albo Calder ale jak jest naprawd&#281;? Co do Browna, s&#261; dwie opinie sprzeczne: jego w&#322;asna, &#380;e cz&#322;owiek i Thomsona, &#380;e nie, ale Thomson m&#243;g&#322; si&#281; wreszcie omyli&#263;. Burns jest nieliniowcem? Za&#322;&#243;&#380;my, &#380;e tak: Wygl&#261;da na to, &#380;e w za&#322;odze jest co najmniej dw&#243;ch nieliniowc&#243;w na pi&#281;ciu? Hm, bior&#261;c pod uwag&#281; ilo&#347;&#263; firm, najprawdopodobniejsze by&#322;oby, gdybym ich tu mia&#322; trzech. Jak oni tam rozumowali u siebie? &#379;e b&#281;d&#281; robi&#322; wszystko, aby ich produkty zdezawuowa&#263;, &#380;e to mi si&#281; nie uda i wp&#281;dz&#281; statek w jak&#261;&#347; kaba&#322;&#281;. Powiedzmy: przeci&#261;&#380;enie, awaria stosu, takie rzeczy. W&#243;wczas, gdyby obaj piloci zawiedli, no i ja te&#380;, statek musia&#322;by przepa&#347;&#263;. To nie le&#380;a&#322;o w ich intencjach. Wi&#281;c co najmniej jeden pilot musi by&#263; nieliniowcem. Poza tym konieczny jest jeszcze nukleonik. Mniej ni&#380;; dw&#243;ch ludzi w og&#243;le nie da rady manewrowa&#263; statkiem, aby go posadzi&#263;. A zatem co najmniej dw&#243;ch, ale prawdopodobnie trzech: Burns, Brown lub Burton, i jeszcze kto&#347;. Do diab&#322;a z tym, mia&#322;em nie zajmowa&#263; si&#281; wi&#281;cej identyfikacj&#261;. Najwa&#380;niejsze.- to wymy&#347;li&#263; co&#347;. Bo&#380;e, musz&#281; to, zrobi&#263;. Musz&#281;!

Zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o, po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; w ubraniu na koi i le&#380;a&#322; tak, roztrz&#261;saj&#261;c najbardziej niesamowite projekty, odrzucaj&#261;c jeden za drugim.

Trzeba ich jako&#347; sprowokowa&#263;. Sprowokowa&#263; i sk&#322;&#243;ci&#263;, ale tak, &#380;eby to si&#281; sta&#322;o jakby naturalnie, bez mego udzia&#322;u. &#379;eby ludzie musieli niejako stan&#261;&#263; po jednej stronie, a nieludzie po drugiej. Divide et impera, czy jak? Sytuacja rozwarstwiaj&#261;ca. Musi si&#281; najpierw sta&#263; co&#347; gwa&#322;townego, bez tego nic. Ale jak to zaaran&#380;owa&#263;? Powiedzmy, &#380;e kto&#347; nagle znika. Nie, to zupe&#322;nie jak w idiotycznym filmie kryminalnym. Przecie&#380; nie zabij&#281; nikogo i nie b&#281;d&#281; go porywa&#322;. Wi&#281;c musia&#322;by by&#263; ze mn&#261; w zmowie. Ale czy m&#243;g&#322;bym komukolwiek z nich zaufa&#263;? Niby mam po swojej stronie a&#380; czterech Brown, Burns, Thomson, no i ten autor listu. Ale wszyscy niepewni, bo nie wiadomo, czy szczerzy a gdybym wzi&#261;&#322; za wsp&#243;lnika kogo&#347;, kto sfa&#322;szowa&#322;by mi gr&#281;, mia&#322;bym si&#281; z pyszna! Thomson m&#243;wi&#322; oczywi&#347;cie do rzeczy, kiedy to powiedzia&#322;. Mo&#380;e najbardziej jeszcze pewny jest autor listu, bo bardzo mu na sprawie zale&#380;y, cho&#263; kroi na wariata ale najpierw nie wiem, kt&#243;ry to, a on nie b&#281;dzie si&#281; chcia&#322; zdradzi&#263;, a po wt&#243;re z takim mimo wszystko lepiej nie zaczyna&#263;. Kwadratura ko&#322;a, jak Boga kocham. Rozbi&#263; statek na Tytanie czy co? Fizycznie s&#261; zdaje si&#281; naprawd&#281; odporniejsi, wi&#281;c pierwej sobie skr&#281;c&#281; kark. Intelektualnie te&#380; nie wygl&#261;daj&#261; na g&#322;upc&#243;w; tylko z t&#261; intuicj&#261; ten brak zdolno&#347;ci tw&#243;rczych ale przecie&#380; i wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzi ich nie. ma! Wi&#281;c co mi zostaje? Rywalizacja na emocje, je&#347;li nie na intelekt? Na tak zwany humanizm? Cz&#322;owiecze&#324;stwo? Doskonale, ale jak to zrobi&#263;? Na czym polega to cz&#322;owiecze&#324;stwo, kt&#243;rego oni nie maj&#261;? Mo&#380;e naprawd&#281; jest tylko o&#380;enkiem logiczno&#347;ci z t&#261; poczciwo&#347;ci&#261;, tym zacnym sercem, i tym prymitywizmem odruchu moralnego, kt&#243;ry nie obejmuje dalekich ogniw przyczynowego &#322;a&#324;cucha? Skoro maszyny cyfrowe nie s&#261; ani zacne, ani nielogiczne Wi&#281;c, w takim rozumieniu, cz&#322;owiecze&#324;stwo jest to suma naszych defekt&#243;w, mankament&#243;w, naszej niedoskona&#322;o&#347;ci, jest tym, czym chcemy by&#263;, a nie potrafimy, nie mo&#380;emy, nie umiemy, to jest po prostu dziura mi&#281;dzy idea&#322;ami a realizacj&#261; czy nie tak? A zatem nale&#380;y i&#347;&#263; we wsp&#243;&#322;zawodnictwie na s&#322;abo&#347;&#263;?! To znaczy: znale&#378;&#263; sytuacj&#281;, w kt&#243;rej s&#322;abo&#347;&#263; i u&#322;omno&#347;&#263; cz&#322;owieka jest lepsza od si&#322;y i doskona&#322;o&#347;ci nieludzkiej



* * *


Uwagi niniejsze spisuj&#281; w rok po zamkni&#281;ciu historii Goliata. Uda&#322;o mi si&#281; raczej niespodziewanie zdoby&#263; materia&#322;y, kt&#243;re si&#281; do niej odnosz&#261;. Chocia&#380; potwierdzaj&#261; podejrzenie, jakie &#380;ywi&#322;em, nie chc&#281; ich na razie opublikowa&#263;. W mojej rekonstrukcji wypadk&#243;w jest wci&#261;&#380; jeszcze zbyt wiele domys&#322;&#243;w. Mo&#380;e kiedy&#347; zajm&#261; si&#281; t&#261; spraw&#261; historycy kosmolocji.

O rozprawie przed Izb&#261; Kosmiczn&#261; chodzi&#322;y sprzeczne pog&#322;oski. M&#243;wiono, &#380;e pewnym ko&#322;om, zwi&#261;zanym z zainteresowanymi firmami elektronicznymi, bardzo zale&#380;a&#322;o na zdyskredytowaniu mnie jako dow&#243;dcy statku. Opinia o rezultatach do&#347;wiadczalnego rejsu, kt&#243;r&#261; opublikowa&#322;em w Almanachu Kosmolocji, mia&#322;aby w&#261;tpliw&#261; warto&#347;&#263; w ustach cz&#322;owieka, napi&#281;tnowanego wyrokiem Izby za karygodne b&#322;&#281;dy w dowodzeniu statkiem. Z drugiej strony s&#322;ysza&#322;em od osoby godnej zaufania, &#380;e sk&#322;ad Trybuna&#322;u nie by&#322; przypadkowy: i mnie zdziwi&#322;a znaczna w nim ilo&#347;&#263; prawnik&#243;w, teoretyk&#243;w prawa kosmicznego, przy obecno&#347;ci zaledwie jednego praktyka-kosmonauty. Przez to te&#380; na pierwszy plan wysun&#281;&#322;a si&#281; kwestia formalna: czy moje zachowanie si&#281; w czasie awarii by&#322;o, czy te&#380; nie by&#322;o zgodne z kart&#261; &#380;eglugi kosmicznej. Oskar&#380;ono mnie bowiem o to, &#380;e by&#322;em karygodnie bierny, nie wydaj&#261;c rozkaz&#243;w pilotowi, kt&#243;ry zacz&#261;&#322; dzia&#322;a&#263; na w&#322;asn&#261; r&#281;k&#281;. Ta sama osoba sugerowa&#322;a mi, &#380;e powinienem by&#322;, natychmiast po zapoznaniu si&#281; z aktem oskar&#380;enia, wyst&#261;pi&#263; przeciwko owym firmom, jako i&#380; to one po&#347;rednio zawini&#322;y, zapewniaj&#261;c tak UNESCO, jak i mnie, &#380;e jako cz&#322;onkom za&#322;ogi mo&#380;na nieliniowcom ufa&#263; bezgranicznie, kiedy tymczasem Calder omal nas wszystkich nie pozabija&#322;.

Wyja&#347;ni&#322;em temu cz&#322;owiekowi w cztery oczy, czemu tego nie zrobi&#322;em. To, z czym mog&#322;em wyst&#261;pi&#263; przed Trybuna&#322;em w roli oskar&#380;yciela, by&#322;o pozbawione mocy dowodowej. Rzecznicy firm twierdziliby bez w&#261;tpienia, &#380;e Calder, jak d&#322;ugo tylko m&#243;g&#322;, usi&#322;owa&#322; uratowa&#263; i statek, i nas wszystkich, a wirowy ruch precesyjny, jaki wprawi&#322; Goliata w kozio&#322;kowanie, by&#322; dla niego takim samym zaskoczeniem, jak dla mnie, i ca&#322;a jego wina polega&#322;a na tym, &#380;e zamiast zda&#263; si&#281; na szcz&#281;&#347;liwy traf i czeka&#263;, czy statek roztrzaska si&#281; o pier&#347;cie&#324;, czy te&#380; jednak przejdzie szcz&#281;&#347;liwie przez Cassiniego, wybra&#322; zamiast takiej niepewno&#347;ci, obiecuj&#261;cej jednak ocalenie wszystkim tak&#261; pewno&#347;&#263;, kt&#243;ra musia&#322;aby zg&#322;adzi&#263; ludzi na pok&#322;adzie. Wyst&#281;pek, rzecz jasna, niewybaczalny i dyskredytuj&#261;cy go ca&#322;kowicie ale jednak niepor&#243;wnanie mniejszy od tego, o jaki go ju&#380; wtedy zaczyna&#322;em podejrzewa&#263;. Nie mog&#322;em wi&#281;c oskar&#380;a&#263; go o mniejsze z&#322;o, skoro wierzy&#322;em ju&#380;, &#380;e naprawd&#281; wszystko zdarzy&#322;o si&#281; inaczej; a &#380;e dla braku dowod&#243;w tej wi&#281;kszej i gorszej sprawy publicznie g&#322;osi&#263; nie mog&#322;em, zdecydowa&#322;em si&#281; na wyczekiwanie wyroku Izby.

Tymczasem oczyszczono mnie z zarzut&#243;w i jednocze&#347;nie utracono z oczu pytanie bodaj kluczowe w ca&#322;ej katastrofie, to mianowicie, jakiej tre&#347;ci rozkazy wyda&#263; nale&#380;a&#322;o. Pomini&#281;to je za&#347; niejako automatycznie, skoro Trybuna&#322; uzna&#322;, &#380;e przecie&#380; by&#322;em w prawie, zdaj&#261;c si&#281; na dobr&#261; wiedz&#281; i rozeznanie fachowe pilota. Skoro wi&#281;c w og&#243;le nie by&#322;o moim obowi&#261;zkiem wydawanie rozkaz&#243;w, nikt ju&#380; nie pyta&#322;, jakie by to w&#322;a&#347;ciwie mia&#322;y by&#263; rozkazy. By&#322;o mi to wygodne: wszystko bowiem, co umia&#322;bym odpowiedzie&#263;, tak zapytany, brzmia&#322;oby jak fantastyczna bajka. Uwa&#380;a&#322;em bowiem, i nadal uwa&#380;am, &#380;e awaria sondy nie by&#322;a przypadkowa, ale spowodowana rozmy&#347;lnie przez Caldera, &#380;e u&#322;o&#380;y&#322; sobie, na d&#322;ugo przed naszym doj&#347;ciem do Saturna, plan, kt&#243;ry mia&#322; jednocze&#347;nie i przyzna&#263; mi racj&#281; i zabi&#263; mnie, wraz z innymi lud&#378;mi Goliata; dlaczego tak post&#261;pi&#322;, to sprawa osobna. Zdany jestem w niej tylko na hipotezy.

A wi&#281;c sprawa drugiej sondy najpierw. Rzeczoznawcy techniczni ustalili, &#380;e jej awari&#281; spowodowa&#322; nieszcz&#281;&#347;liwy zbieg okoliczno&#347;ci. &#379;adnych &#347;lad&#243;w sabota&#380;u nie wykryto podczas sumiennych bada&#324; w doku ziemskim. S&#261;dz&#281;, &#380;e nie dotarto do prawdy. Gdyby zawiod&#322;a pierwsza sonda, przeznaczona do wej&#347;cia w szczelin&#281;, musieliby&#347;my od razu zawr&#243;ci&#263;, nie wykonawszy zadania, bo pozosta&#322;e dwie sondy nie mog&#322;y zast&#261;pi&#263; tamtej: nie mia&#322;y na pok&#322;adzie aparatury naukowo-badawczej. Gdyby zawiod&#322;a sonda trzecia, mogli&#347;my wr&#243;ci&#263;, wykonawszy zadanie, bo wszak wystarczy&#322;a sondzie pierwszej tylko jedna jako jej str&#243;&#380; kontrolny i okaza&#322;aby si&#281; nim druga z kolei. Ale w&#322;a&#347;nie ta zawiod&#322;a i pozostawi&#322;a nas w p&#243;&#322; drogi, z zadaniem rozpocz&#281;tym, ale nie zako&#324;czonym.

Co si&#281; sta&#322;o? Kabel zap&#322;onowy od&#322;&#261;czy&#322; si&#281; zbyt wcze&#347;nie i przez to Calder nie m&#243;g&#322; wy&#322;&#261;czy&#263; automatu rozruchowego. Orzeczenie bieg&#322;ych g&#322;osi, &#380;e kabel si&#281; zap&#281;tli&#322; i zadzierzgn&#261;&#322;; takie rzeczy si&#281; zdarzaj&#261;. Co prawda cztery dni przed wypadkiem widzia&#322;em b&#281;ben, na kt&#243;ry by&#322; kabel nawini&#281;ty bardzo porz&#261;dnie i r&#243;wno.

Dziobowa cz&#281;&#347;&#263; sondy by&#322;a zdeformowana i rozp&#322;aszczeniem silnie zaklinowa&#322;a si&#281; w wyrzutni. Nie znaleziono niczego, co mog&#322;oby to zagwo&#380;d&#380;enie powodowa&#263;, i o&#347;wiadczono, &#380;e najwidoczniej sprawi&#322; to booster: wypali&#322; w osi i sonda, pchni&#281;ta gwa&#322;townie sko&#347;nym ci&#261;giem, mia&#322;a uderzy&#263; w obrze&#380;e wylotu tak nieszcz&#281;&#347;liwie, &#380;e sp&#322;aszczy&#322;a i zdekalibrowa&#322;a sw&#243;j &#322;eb. Ale sonda zaklinowa&#322;a przed odpaleniem boostera, a nie po nim. By&#322;em tego zupe&#322;nie pewien, ale nikt mnie o to nie pyta&#322;: co do Quinea, ten ju&#380; takiej pewno&#347;ci nie mia&#322;, a innym ludziom nie pozwolono w tej kwestii zeznawa&#263;, skoro nie mieli bezpo&#347;redniego dost&#281;pu do ster&#243;w i instrument&#243;w.

Zaklinowanie sondy sposobem nie daj&#261;cym &#380;adnych &#347;lad&#243;w stanowi&#322;o tymczasem problem dziecinnie prosty. Wystarczy&#322;o nala&#263; do wyrzutni przez szyb wentylacyjny kilka wiader wody. Woda &#347;ciek&#322;a ku klapie i zamarz&#322;a wok&#243;&#322; sondy, spajaj&#261;c j&#261; lodowym pier&#347;cieniem z obrze&#380;em wylotu; temperatura klapy r&#243;wna si&#281; przecie&#380; temperaturze zewn&#281;trznej pr&#243;&#380;ni. Calder, jak wiadomo, bardzo silnie uderzy&#322; &#322;ap&#261; korpus sondy: w owej chwili wcale jeszcze zaklinowana nie by&#322;a, ale on siedzia&#322; wszak przy sterach i nikt nie m&#243;g&#322; go skontrolowa&#263;; zrobi&#322; to, co robi kowal, uderzaj&#261;c w nit. Dzi&#243;b sondy, zaklinowany lodowym pier&#347;cieniem, zdeformowa&#322; si&#281;, rozszerzy&#322; i rozp&#322;aszczy&#322; niczym g&#322;&#243;wka nitu. Kiedy booster odpali&#322;, temperatura w wyrzutni natychmiast wzros&#322;a, l&#243;d stopnia&#322;, a woda wyparowa&#322;a, nie pozostawiaj&#261;c &#380;adnego &#347;ladu tej zr&#281;cznej manipulacji. O tym wszystkim nic podczas awarii nie wiedzia&#322;em. Dziwne wyda&#322;o mi si&#281; jednak nagromadzenie przypadk&#243;w to, &#380;e zawiod&#322;a akurat druga sonda, a nie pierwsza lub trzecia, to, &#380;e kabel umo&#380;liwi&#322; odpalenie boostera, a r&#243;wnocze&#347;nie udaremni&#322; wy&#322;&#261;czenie silnika sondy. Za du&#380;o by&#322;o mi tych przypadk&#243;w.

Awaria zaskoczy&#322;a mnie trudno by&#322;o my&#347;le&#263; o czym&#347; innym poza ni&#261;. A jednak przemkn&#281;&#322;o mi przez g&#322;ow&#281;, czy nie ma zwi&#261;zku pomi&#281;dzy ni&#261; a listem anonimowym; jego autor obieca&#322; mi pomoc sta&#322;, jak mi pisa&#322;, po mojej stronie, chcia&#322; wykaza&#263; nieprzydatno&#347;&#263; istot takich, jak on, do kosmicznej &#380;eglugi. I zn&#243;w nie mam na to dowod&#243;w, ale s&#261;dz&#281;, &#380;e list napisa&#322; Calder. Sta&#322; po mojej stronie zapewne, ale nie &#380;yczy&#322; sobie takiego biegu wypadk&#243;w, kt&#243;ry by udowodni&#322;, &#380;e jest nieprzydatny jako gorszy od cz&#322;owieka. Mo&#380;liwo&#347;&#263; takiego powrotu na ziemi&#281;, po kt&#243;rym ja, jego dow&#243;dca, siad&#322;bym do pisania dyskwalifikuj&#261;cej go opinii, przekre&#347;li&#322; od razu. M&#243;j i jego cele by&#322;y wi&#281;c zbie&#380;ne tylko do pewnego miejsca drogi dalej si&#281; rozchodzi&#322;y.

Listem da&#322; mi do zrozumienia, &#380;e &#322;&#261;czy nas pewien rodzaj sojuszu. Z tego, co ode mnie i o mnie s&#322;ysza&#322;, wywnioskowa&#322;, &#380;e i ja rozwa&#380;am szans&#281; zaaran&#380;owania wypadku na pok&#322;adzie jako testu sprawdzaj&#261;cego warto&#347;&#263; za&#322;ogi. By&#322; wi&#281;c pewien, &#380;e awari&#281;, kt&#243;ra si&#281; niejako tak dogodnie nastr&#281;cza, postaram si&#281; wykorzysta&#263;; gdybym to uczyni&#322;, sam za&#322;o&#380;y&#322;bym sobie p&#281;tl&#281; na kark.

Dlaczego tak postanowi&#322;? Czy z nienawi&#347;ci do ludzi? A mo&#380;e sprawia&#322;a mu satysfakcj&#281; taka gra, w kt&#243;rej, dzia&#322;aj&#261;c jako jego jawny dow&#243;dca i tajny sojusznik, mia&#322;em w rzeczywisto&#347;ci dok&#322;adnie to tylko zrobi&#263;, co on z g&#243;ry zaplanowa&#322; tak&#380;e i dla mnie? By&#322; w ka&#380;dym razie pewien, &#380;e postaram si&#281; wyzyska&#263; awari&#281; dla pr&#243;by nawet je&#347;li wyda mi si&#281; podejrzana, je&#380;eli domy&#347;le si&#281;, &#380;e spowodowa&#322; j&#261; sabota&#380;.

Co mog&#322;em zrobi&#263; w owej chwili? Mog&#322;em, naturalnie, wyda&#263; rozkaz odwrotu albo te&#380; za&#380;&#261;da&#263;, by pilot ponowi&#322; pr&#243;b&#281; wprowadzenia rezerwowej, ostatniej sondy na orbit&#281;. Nakazuj&#261;c odwr&#243;t, jednocze&#347;nie i rezygnowa&#322;em z nadarzaj&#261;cej si&#281; okazji wypr&#243;bowania moich ludzi w trudnych warunkach, i nie wykonywa&#322;em postawionego Goliatowi zadania. Calder s&#322;usznie domy&#347;la&#322; si&#281;, &#380;e wyj&#347;cia takiego nie wybior&#281;.

Mog&#322;em te&#380; rozkaza&#263; powr&#243;t do Saturna i podj&#281;cie operacji z ostatni&#261; zachowan&#261; sond&#261;. By&#322; przekonany w stu procentach, &#380;e tak si&#281; w&#322;a&#347;nie stanie.

Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, je&#347;liby mnie kto&#347; poprzednio spyta&#322;, jak zachowam si&#281; w obliczu takiej alternatywy, odpowiedzia&#322;bym bez wahania, &#380;e naka&#380;&#281; podj&#281;cie dalszych operacji, i by&#322;bym, m&#243;wi&#261;c to, ca&#322;kowicie szczery. Sta&#322;o si&#281; jednak co&#347; niespodziewanego: milcza&#322;em. Dlaczego? Nawet dzi&#347; nie rozumiem tego dobrze. Nie pojmowa&#322;em, co si&#281; dzieje, awaria by&#322;a dziwna, przychodz&#261;c tak w por&#281;, tak zgodnie z moimi my&#347;lami nazbyt zgodnie z nimi, &#380;eby mog&#322;a powsta&#263; naturalnie! Od razu te&#380; wyczu&#322;em, &#380;e Calder z niezwyk&#322;&#261; skwapliwo&#347;ci&#261; czeka na moje s&#322;owa, na moj&#261; decyzje, i chyba dlatego w&#322;a&#347;nie milcza&#322;em. Gdybym si&#281; odezwa&#322;, by&#322;oby to jakby przypiecz&#281;towaniem zawartego potajemnie sojuszu je&#380;eli on naprawd&#281; dopom&#243;g&#322; wypadkom. Czu&#322;em, &#380;e to, co si&#281; rozpoczyna, nie jest uczciwe, jak ukartowana gra; nale&#380;a&#322;o wi&#281;c, je&#347;li rzeczywi&#347;cie tak: my&#347;la&#322;em, rozkaza&#263; odlot od planety, ale tego zn&#243;w nie &#347;mia&#322;em uczyni&#263;: podejrzenie, jakie si&#281; we mnie zal&#281;g&#322;o, by&#322;o mgliste, brakowa&#322;o mi cho&#263;by najs&#322;abszego &#347;ladu dowod&#243;w. M&#243;wi&#261;c wyra&#378;nie i jasno nie wiedzia&#322;em po prostu, co robi&#263;.

Calder tymczasem nie potraci&#322; uwierzy&#263; w to, &#380;e jego doskona&#322;y plan wali si&#281;. Pojedynek nasz rozegra&#322; si&#281; w ci&#261;gu kilkudziesi&#281;ciu sekund ale jakim ja mu w&#322;a&#347;ciwie by&#322;em przeciwnikiem, niczego nie pojmuj&#261;c! Potem dopiero po&#322;&#261;czy&#322;y mi si&#281; w pami&#281;ci oderwane i pozornie niewinne zdarzenia. Przypomnia&#322;em sobie, jak cz&#281;sto wysiadywa&#322; samotnie u g&#322;&#243;wnego kalkulatora statku, kt&#243;ry s&#322;u&#380;y do rozwi&#261;zywania trudnych problem&#243;w &#380;eglugi. Z jak&#261; staranno&#347;ci&#261; kasowa&#322;, ko&#324;cz&#261;c obliczenia, wszystkie pojemniki jego pami&#281;ci. My&#347;l&#281; teraz, &#380;e oblicza&#322; ju&#380; wtedy r&#243;&#380;ne warianty awarii, &#380;e przygotowywa&#322; j&#261; w ka&#380;dym calu, &#380;e wymodelowa&#322; sobie t&#281; katastrof&#281;. To nieprawda, &#380;e sterowa&#322; nad pier&#347;cieniami, dokonuj&#261;c w g&#322;owie b&#322;yskawicznych oblicze&#324;, opieraj&#261;c si&#281; tylko na wskazaniach grawimetr&#243;w. Nie musia&#322; niczego oblicza&#263;. Mia&#322; ju&#380; wszystkie rachunki gotowe, skoro sporz&#261;dzi&#322; na maszynie tablice przybli&#380;onych rozwi&#261;za&#324; i sprawdza&#322; tylko, czy grawimetry wskazaniami mieszcz&#261; si&#281; w przedziale odpowiednich warto&#347;ci.

Zburzy&#322;em mu ten niezawodny plan oci&#261;gaj&#261;c si&#281; z wydaniem rozkaz&#243;w. Na rozkazy te czeka&#322; jak na zbawienie, bo stanowi&#322;y fundament jego planu. Ani o tym w tych sekundach my&#347;la&#322;em, ani pami&#281;ta&#322;em, ale w sterowni znajdowa&#322;o si&#281; przecie&#380; dobrze opiecz&#281;towane, ze zw&#322;ok&#261;, lecz niezawodnie przys&#322;uchuj&#261;ce si&#281; ka&#380;demu s&#322;owu wypowiedzianemu ucho Ziemi. Wszystko, co si&#281; m&#243;wi przy sterach, zostaje utrwalone w aparatach rejestruj&#261;cych.

Po jego powrocie, gdyby Goliat z martw&#261; za&#322;og&#261; osiad&#322; na kosmodromie, &#347;ledztwo rozpocz&#281;&#322;oby si&#281; od przes&#322;uchania owych ta&#347;m. Musia&#322;y wi&#281;c by&#263; w idealnym porz&#261;dku i nietkni&#281;te. To m&#243;j g&#322;os mia&#322; si&#281; z nich odzywa&#263;, rozkazuj&#261;c, &#380;eby Calder wraca&#322; do Saturna, &#380;eby si&#281; zbli&#380;y&#322; do pier&#347;cieni, &#380;eby potem zwi&#281;ksza&#322; ci&#261;g dla wygaszenia niebezpiecznej precesji.

Nie wyja&#347;ni&#322;em dot&#261;d, czemu jego plan by&#322; doskona&#322;y. Czy nie mog&#322;em wyda&#263; rozkaz&#243;w zapewniaj&#261;cych sukces podj&#281;tej od nowa operacji? Ot&#243;&#380; dopiero w kilka miesi&#281;cy po zamkni&#281;ciu sprawy siad&#322;em do maszyny matematycznej, &#380;eby sprawdzi&#263;, jakie w&#322;a&#347;ciwie by&#322;y szans&#281; pomy&#347;lnego wprowadzenia na orbit&#281; ostatniej sondy, manewrem, kt&#243;ry nie narazi&#322;by ani nas, ani statku. Okaza&#322;o si&#281; wtedy, &#380;e takich szans w og&#243;le nie by&#322;o! Calder obliczy&#322; wi&#281;c niejako, sporz&#261;dzi&#322; z element&#243;w matematycznych r&#243;wna&#324; precyzyjn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;, tworz&#261;c&#261; istn&#261; maszyn&#281; egzekucyjn&#261;; ani moim, ani niczyim, niechby nadzwyczajnym nawet, zdolno&#347;ciom nawigacyjnym nie pozostawi&#322; najmniejszej szpary, &#380;adnego luzu ratunkowego; nic nie mia&#322;o, bo nic nie mog&#322;o nas uratowa&#263;. Ani boczny ci&#261;g sondy, ani powstanie gwa&#322;townej precesji, ani &#243;w &#347;miertelny lot nie by&#322;y jakim&#347; zaskoczeniem dla Caldera, bo on takie w&#322;a&#347;nie warunki z g&#243;ry sobie upatrzy&#322;, takich szuka&#322; podczas d&#322;ugotrwa&#322;ych oblicze&#324;. Wystarczy&#322;o wi&#281;c, abym nakaza&#322; powr&#243;t do Saturna, a ju&#380; weszliby&#347;my w otwieraj&#261;cy si&#281; przed nami lej zag&#322;ady. Owszem, wtedy Calder mo&#380;e by nawet odwa&#380;y&#322; si&#281; na objaw niesubordynacji, jako nie&#347;mia&#322;&#261; krytyk&#281; kt&#243;rego&#347; z moich rozkaz&#243;w kolejnych, gdybym rozpaczliwie usi&#322;owa&#322; nimi doprowadzi&#263; do wygaszenia w&#347;ciek&#322;ych wirowa&#324; statku. Ta&#347;my utrwali&#322;yby t&#281; oznak&#281; ostatni&#261; jego lojalno&#347;ci, zademonstrowa&#322;yby, &#380;e do ko&#324;ca stara&#322; si&#281; nas ratowa&#263;.

Zreszt&#261; nied&#322;ugo by&#322;bym zdolny do wydawania jakichkolwiek w og&#243;le polece&#324; Zaniem&#243;wi&#322;bym rych&#322;o pod pras&#261; ci&#261;&#380;enia, kt&#243;re zamkn&#281;&#322;oby nam oczy, le&#380;eliby&#347;my, przytrza&#347;ni&#281;ci wiekiem grawitacji, p&#281;kaj&#261;c krwi&#261; i wtedy jeden Calder potrafi&#322;by wsta&#263;, zerwa&#263; plomby bezpiecznik&#243;w i rozpocz&#261;&#263; powr&#243;t, w sterowni pe&#322;nej ju&#380; tylko trup&#243;w.

Ale popsu&#322;em mu nieumy&#347;lnie! rachub&#281;. Nie wzi&#261;&#322; pod uwag&#281; mojej reakcji, poniewa&#380; orientuj&#261;c si&#281; &#347;wietnie w mechanice niebieskiej, nawet dostatecznie nie orientowa&#322; si&#281; w mechanice psychicznej cz&#322;owieka. Gdy nie wykorzysta&#322;em &#347;wietnej okazji, kiedy zamiast nagli&#263; do podj&#281;cia operacji, milcza&#322;em zatraci&#322; si&#281;. Nie wiedzia&#322;, co pocz&#261;&#263;. Najpierw pewnie tylko si&#281; zdziwi&#322;, ale przypisa&#322; zw&#322;ok&#281; opiesza&#322;emu, &#347;lamazarnemu my&#347;leniu cz&#322;owieka. Potem zaniepokoi&#322; si&#281;, ale nie &#347;mia&#322; ju&#380; wtedy zadawa&#263; mi pyta&#324;, co pocz&#261;&#263;, bo mu si&#281; ju&#380; moje milczenie wyda&#322;o znacz&#261;ce. Poniewa&#380; on nie potrafi&#322;by odda&#263; si&#281; bierno&#347;ci, nie przypuszcza&#322;, &#380;e kto&#347; inny, dow&#243;dca, jest do tego zdolny. Skoro milcza&#322;em, musia&#322;em wiedzie&#263;, dlaczego milcz&#281;. Musia&#322;em go podejrzewa&#263;. Mo&#380;e nawet przejrza&#322;em jego gr&#281;? Mo&#380;e to ja jednak by&#322;em g&#243;r&#261;? Skoro nie wyda&#322;em rozkazu, skoro z ta&#347;m nie mia&#322; zabrzmie&#263; m&#243;j g&#322;os, wprowadzaj&#261;cy statek w katastrof&#281;, znaczy&#322;o to ju&#380; dla niego, &#380;e wszystko przewidzia&#322;em, &#380;e go podszed&#322;em! Kiedy tak pomy&#347;la&#322;, nie wiem; wszyscy jednak zauwa&#380;yli jego niepewno&#347;&#263;, tak&#380;e Quine wspomnia&#322; o niej w swoich zeznaniach. Calder da&#322; mu jakie&#347; niezbyt sensowne polecenia zawr&#243;ci&#322; gwa&#322;townie wszystko to by&#322;o dowodem konsternacji. Musia&#322; improwizowa&#263;, a w tym w&#322;a&#347;nie by&#322; najs&#322;abszy. Zacz&#261;&#322; si&#281; obawia&#263; mego odezwania: mo&#380;e by&#322;em got&#243;w oskar&#380;y&#263; go przed s&#322;uchaj&#261;cymi ta&#347;mami o sabota&#380;? Wtedy da&#322; nagle wielki ci&#261;g; zd&#261;&#380;y&#322;em przecie&#380; krzykn&#261;&#263;, &#380;eby nie wchodzi&#322; w szczelin&#281;: bo ja jeszcze i w&#243;wczas nie pojmowa&#322;em, &#380;e on wcale przez ni&#261; przej&#347;&#263; nie zamierza&#322;! Ale ten okrzyk, jego &#347;lad zarejestrowany ju&#380; mu przekre&#347;li&#322; ten jaki&#347; nowy, zaimprowizowany plan; zaraz wi&#281;c zmniejszy&#322; szybko&#347;&#263;. Gdyby ta&#347;my powt&#243;rzy&#322;y na Ziemi &#243;w krzyk m&#243;j i nic wi&#281;cej czy nie by&#322;oby to dla niego zgub&#261;? Jak w&#322;a&#347;ciwie t&#322;umaczy&#322;by si&#281;, jak by pr&#243;bowa&#322; wyja&#347;ni&#263; d&#322;ugie milczenie dow&#243;dcy i &#243;w nag&#322;y krzyk jako ostatni? Musia&#322;em si&#281; po nim odezwa&#263;, by udowodni&#263; chocia&#380;by to tylko, &#380;e jeszcze &#380;y&#322;em albowiem wyrozumia&#322; z mojego okrzyku, &#380;e jednak si&#281; pomyli&#322;, &#380;e nie wiem wszystkiego; s&#322;u&#380;bi&#347;cie odpowiedzia&#322; mi, &#380;e nie us&#322;ysza&#322; rozkazu, i od razu zacz&#261;&#322; odpina&#263; pasy; by&#322; to ju&#380; jego ostatni ruch, ostatnie poci&#261;gni&#281;cie zagra&#322; va banque.

Dlaczego to zrobi&#322; w sytuacji niezbyt ju&#380; dla siebie pomy&#347;lnej? Mo&#380;e nie chcia&#322; si&#281; z dumy przyzna&#263; nawet przed sob&#261; do pora&#380;ki, mo&#380;e najbardziej ugodzi&#322;o go to, &#380;e przypisa&#322; mi jasne rozeznanie, kt&#243;rego nie mia&#322;em. Na pewno nie uczyni&#322; tego ze strachu, nie wierz&#281;, by obawia&#322; si&#281; &#347;lepej szansy przej&#347;cia przez szczelin&#281;. Nie figurowa&#322;a w og&#243;le w jego rachubach; to, &#380;e Quineowi uda&#322;o si&#281; nas w ni&#261; wprowadzi&#263; o, to by&#322;o najczystsz&#261; loteri&#261;

Gdyby poskromi&#322; swoj&#261; ch&#281;tk&#281; zemsty na mnie bo okry&#322;em go, w jego w&#322;asnych oczach, &#347;mieszno&#347;ci&#261;, skoro moj&#261; t&#281;pot&#281; wzi&#261;&#322; za przenikliwo&#347;&#263; nie ryzykowa&#322;by wiele; c&#243;&#380;, po prostu wysz&#322;oby na moje, zachowaniem swoim, niesubordynacj&#261; Calder dowi&#243;d&#322;by s&#322;uszno&#347;ci moich racji i tego w&#322;a&#347;nie nie chcia&#322;, z tym si&#281; nie m&#243;g&#322; pogodzi&#263;. Wola&#322; ka&#380;de inne wyj&#347;cie

To jednak dziwna historia, poniewa&#380; tak dobrze pojmuj&#261;c teraz jego zachowanie, jestem nadal bezradny, chc&#261;c wyja&#347;ni&#263; w&#322;asne. Potrafi&#281; logicznie odtworzy&#263; ka&#380;dy jego krok, a nie umiem wyt&#322;umaczy&#263; w&#322;asnego milczenia. Powiedzie&#263;, &#380;e by&#322;em po prostu niezdecydowany to min&#261;&#263; si&#281; jednak z prawd&#261;. Wi&#281;c co w&#322;a&#347;ciwie zasz&#322;o? Dzia&#322;a&#322;a intuicja? Przeczucia? Gdzie tam! Po prostu ta okazja, podsuni&#281;ta przez awari&#281;, by&#322;a mi nazbyt podobna do gry znaczonymi kartami, wi&#281;c brudnej. Nie chcia&#322;em takiej gry ani takiego wsp&#243;lnika, a Calder stawa&#322; si&#281; nim, z chwil&#261; gdybym, wydaj&#261;c rozkazy, niejako aprobowa&#322; powsta&#322;&#261; sytuacj&#281;, to znaczy: przyzna&#322; si&#281; do niej. Nie mog&#322;em si&#281; zdoby&#263; ani na to, ani na rozkaz odwrotu, ucieczki ten by&#322; najw&#322;a&#347;ciwszy, ale jak mia&#322;bym go potem umotywowa&#263;, skoro wszystkie moje opory i obiekcje by&#322;y oparte na m&#281;tnych wyobra&#380;eniach o fair play ca&#322;kowicie niematerialne, niepodleg&#322;e przek&#322;adowi na rzeczowy j&#281;zyk kosmolocji. Prosz&#281; to sobie tylko wyobrazi&#263;: Ziemia, jaka&#347; komisja badawcza i ja, kt&#243;ry m&#243;wi&#281;, &#380;e zadania postawionego nie wykona&#322;em, jakkolwiek by&#322;o to, w moim mniemaniu, mo&#380;liwe technicznie, ale podejrzewa&#322;em pierwszego pilota o taki rodzaj sabota&#380;u, kt&#243;ry mia&#322; mi u&#322;atwi&#263; zdyskredytowanie cz&#281;&#347;ci za&#322;ogi Czy nie brzmia&#322;oby to jak nieodpowiedzialne bredzenie?

Tak wi&#281;c zwleka&#322;em z pomieszania, z poczucia bezradno&#347;ci, obrzydzenia nawet, a przy tym, milcz&#261;c, dawa&#322;em mu tak mi si&#281; zdawa&#322;o szans&#281; rehabilitacji: m&#243;g&#322; udowodni&#263;, &#380;e pos&#261;dzenie o rozmy&#347;lny sabota&#380; jest nies&#322;uszne; powinien si&#281; by&#322; do mnie zwr&#243;ci&#263;, prosz&#261;c o rozkazy Cz&#322;owiek na jego miejscu zrobi&#322;by to niew&#261;tpliwie, ale jego plan pierwotny takiej pro&#347;by nie przewidywa&#322;. Pewno zdawa&#322; mu si&#281; przez to bardziej czysty, elegancki: wykona&#263; egzekucj&#281; na sobie i towarzyszach mia&#322;em sam. I jednego s&#322;owa z jego strony. Wi&#281;cej: mia&#322;em go zmusi&#263; okre&#347;lonych dzia&#322;a&#324; i to niejako wbrew lepszej wiedzy, wbrew woli; tymczasem milcza&#322;em. W ostatecznym rozrachunku uratowa&#322;o wi&#281;c nas, a jego zgubi&#322;o moje niezdecydowanie, moja &#347;lamazarna poczciwo&#347;&#263;, ta poczciwo&#347;&#263; ludzka, kt&#243;r&#261; tak bezgranicznie gardzi&#322;.


Krak&#243;w pa&#378;dziernik 67



Ananke

Wypchn&#281;&#322;o go co&#347; ze snu w ciemno&#347;&#263;. Zostawi&#322; za sob&#261; gdzie? czerwonawy, zadymiony obrys miasta? po&#380;aru? i przeciwnika, gonitw&#281;, wywa&#380;enie ska&#322;y, kt&#243;ra by&#322;a tamtym cz&#322;owiekiem? Goni&#322; jeszcze odp&#322;ywaj&#261;ce wspomnienie, ju&#380; z rezygnacj&#261;, i pozosta&#322;a mu tylko znana dobrze z takich chwil refleksja, &#380;e w snach bywa dana rzeczywisto&#347;&#263; silniejsza i bardziej bezpo&#347;rednia od jawy; wyzbyta s&#322;&#243;w i przy ca&#322;ej swojej nieobliczalnej kapry&#347;no&#347;ci rz&#261;dzona prawem objawiaj&#261;cym si&#281; jako oczywisto&#347;&#263;, ale tylko tam, w koszmarze. Nie wiedzia&#322;, gdzie jest, nic nie pami&#281;ta&#322;. Wystarczy&#322;o r&#281;k&#281; podnie&#347;&#263;, aby si&#281; przekona&#263;, ale mia&#322; ten bezw&#322;ad za z&#322;e w&#322;asnej pami&#281;ci i usi&#322;owa&#322; zdopingowa&#263; j&#261; do zezna&#324;. Sam siebie oszukiwa&#322;: w bezruchu, przecie&#380; chcia&#322; po konsystencji pos&#322;ania rozpozna&#263;, gdzie si&#281; znajduje. W ka&#380;dym razie nie by&#322;a to koja. B&#322;ysk: l&#261;dowanie; iskry na pustyni; tarcza jak gdyby fa&#322;szywego, powi&#281;kszonego Ksi&#281;&#380;yca; kratery ale w py&#322;owej zamieci; pr&#261;dy brudnej, rudej wichury; kwadrat kosmodromu, wie&#380;e.

Mars.

Le&#380;a&#322; dalej, rozwa&#380;aj&#261;c ju&#380; teraz ca&#322;kiem rzeczowo, czemu si&#281; zbudzi&#322;. Mia&#322; zaufanie do w&#322;asnego cia&#322;a; nie ockn&#281;&#322;oby si&#281; bez &#380;adnego powodu. Prawda, &#380;e l&#261;dowanie by&#322;o do&#347;&#263; k&#322;opotliwe, a on pot&#281;&#380;nie zm&#281;czony, bo po dw&#243;ch wachtach bez chwili wypoczynku: Terman z&#322;ama&#322; r&#281;k&#281;, kiedy automat da&#322; ci&#261;g i rzuci&#322;o go na &#347;cian&#281;. Spa&#347;&#263; z sufitu, przy przej&#347;ciu na ci&#261;g, po jedenastu latach latania co za osio&#322;! Trzeba b&#281;dzie odwiedzi&#263; go w szpitalu. Czy przez to? Nie.

Zacz&#261;&#322; sobie teraz po kolei przypomina&#263; wypadki poprzedniego dnia, od chwili l&#261;dowania. Siedli w burzy. Atmosfery tyle co nic, ale przy dwustu sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu kilometrach na godzin&#281; prawie nie ustoisz przy tym n&#281;dznym ci&#261;&#380;eniu. Pod podeszwami &#380;adnego tarcia; id&#261;c, trzeba si&#281; wkopywa&#263; butami w piasek, dopomaga&#263; sobie grz&#281;zn&#261;cymi kostkami. I ten py&#322; z lodowatym sykiem szoruj&#261;cy po kombinezonie, w&#322;a&#380;&#261;cy w ka&#380;d&#261; fa&#322;dk&#281;, ani specjalnie czerwony, ani rudy, zwyk&#322;y piasek, tyle &#380;e drobny. Zd&#261;&#380;y&#322;o go zmieli&#263; przez kilka miliard&#243;w lat. Nie by&#322;o tu kapitanatu, bo i normalnego portu nie by&#322;o; Projekt Marsa, w drugim roku, wci&#261;&#380; jeszcze ca&#322;y w prowizorkach, co zbudowali, to im zasypywa&#322;o, ani hotelu, ani hoteliku nic. Kopu&#322;y dotlenione, pod linami, ogromne, ka&#380;da jak dziesi&#281;&#263; hangar&#243;w, pod promienistym parasolem stalowych lin zakotwiczonych do kloc&#243;w betonowych, ma&#322;o co widocznych spod wydm. Baraki, falista blacha, stosy i stosy pak, kontener&#243;w, pojemnik&#243;w, butli, skrzy&#324;, wor&#243;w, miasto z &#322;adunk&#243;w, kt&#243;re wali&#322;y si&#281; z pas&#243;w transportera. Jedyne ca&#322;kiem przyzwoite miejsce, dopi&#281;te, uporz&#261;dkowane to by&#322; stoj&#261;cy poza kloszem budynek kontroli lot&#243;w, dwie mile od kosmodromu, w kt&#243;rym w&#322;a&#347;nie le&#380;a&#322;, po ciemku, w &#322;&#243;&#380;ku dy&#380;urnego kontrolera Seyna. Usiad&#322; i bos&#261; stop&#261;, po omacku, poszuka&#322; pantofli. Zawsze je wozi&#322; z sob&#261;; zawsze rozbiera&#322; si&#281; do snu; je&#347;li si&#281; nie ogoli&#322; jak nale&#380;y i nie umy&#322;, nie czu&#322; si&#281; na wysoko&#347;ci zadania. Nie pami&#281;ta&#322;, jak wygl&#261;da pok&#243;j, wi&#281;c na wszelki wypadek prostowa&#322; si&#281; ostro&#380;nie; &#322;eb mo&#380;na sobie rozbi&#263; przy tej oszcz&#281;dno&#347;ci materia&#322;&#243;w (ca&#322;y projekt trzeszcza&#322; od owych oszcz&#281;dno&#347;ci; wiedzia&#322; co&#347; o tym). Teraz zn&#243;w gniewa&#322;o go to, &#380;e zapomnia&#322;, gdzie s&#261; wy&#322;&#261;czniki. Jak &#347;lepy szczur Maca&#322; r&#281;kami zamiast kontaktu dotkn&#261;&#322; zimnego pokr&#281;t&#322;a. Poci&#261;gn&#261;&#322;. Strzeli&#322;o lekko i ze s&#322;abym zgrzytem otwar&#322;a si&#281; irysowa okiennica. By&#322; ci&#281;&#380;ki, zamulony, g&#322;uchy przed&#347;wit. Stoj&#261;c przed oknem, podobnym raczej do okr&#281;towego bulaja, dotkn&#261;&#322; szczeciny na policzku, skrzywi&#322; si&#281; i westchn&#261;&#322;; wszystko by&#322;o nie tak, chocia&#380; nie wiadomo w&#322;a&#347;ciwie dlaczego. Zreszt&#261; gdyby si&#281; zastanowi&#322;, mo&#380;e i przyzna&#322;by, &#380;e wie. Nie znosi&#322; Marsa.

By&#322;a to sprawa &#347;ci&#347;le prywatna; nikt o tym nie wiedzia&#322;, ale te&#380; nikogo to nie obchodzi&#322;o. Mars to by&#322;o uosobienie straconych z&#322;udze&#324;, wyszydzonych, wy&#347;mianych ale drogich. Wola&#322;by lata&#263; na ka&#380;dej innej trasie. Pisanin&#281; o romantyzmie Projektu mia&#322; za zawracanie g&#322;owy. Perspektywy kolonizacji za fikcj&#281;. O, Mars oszuka&#322; wszystkich wi&#281;cej: oszukiwa&#322; od stu kilkudziesi&#281;ciu lat. Kana&#322;y. Jedna z najpi&#281;kniejszych, najbardziej niesamowitych przyg&#243;d ca&#322;ej astronomii. Planeta rdzawa: pustynna. Bia&#322;e czapki polarnych &#347;nieg&#243;w: ostatnie rezerwy wody. Jak brylantem w szkle zarysowana cienka siatka czystej geometrii od biegun&#243;w ku r&#243;wnikowi: &#347;wiadectwo walki rozumu z zag&#322;ad&#261;, pot&#281;&#380;ny system irygacyjny, nawadniaj&#261;cy miliony hektar&#243;w pustyni; ale&#380; tak: z nadej&#347;ciem wiosny zmienia&#322;a si&#281; przecie&#380; barwa pusty&#324;, ciemnia&#322;y od wegetacji przebudzonej, i to we w&#322;a&#347;ciwy spos&#243;b: od r&#243;wnika ku biegunowi. Co za bzdura! Kana&#322;&#243;w nie by&#322;o nawet &#347;ladu. Ro&#347;linno&#347;&#263;? Tajemnicze mchy, porosty, opancerzone przeciw mrozom, wichurom? Spolimeryzowane wy&#380;sze tlenki w&#281;gla, co pokrywa&#322;y grunt i ulatnia&#322;y si&#281;, gdy mr&#243;z koszmarny zamienia&#322; si&#281; na mr&#243;z tylko okropny. Czapy &#347;niegowe? Zwyk&#322;y zestalony CO. Ani wody, ani tlenu, ani &#380;ycia poszarpane kratery, prze&#380;arte zamieciami py&#322;owymi ska&#322;y-&#347;wiadki, nudne r&#243;wniny, martwy, p&#322;aski, bury krajobraz z bladym, szarordzawym niebem. Ani ob&#322;ok&#243;w, ani chmur niewyra&#378;ne mg&#322;y, tyle zachmurzenia, co podczas wielkich burz. Elektryczno&#347;ci atmosferycznej za to do diab&#322;a i troch&#281;. Czy co&#347; gra&#322;o? Sygna&#322; jaki&#347;? Nie, to donosi&#322;o si&#281; pianie powietrza na stalowych linach najbli&#380;szego bombla. W brudnawym &#347;wietle (nawet najtwardszemu szk&#322;u okiennemu szybko dawa&#322; rad&#281; piach niesiony wiatrem, a ju&#380; plastykowe kopu&#322;y mieszkalne zm&#281;tnia&#322;y jak zawleczone bielmem) w&#322;&#261;czy&#322; &#380;ar&#243;wk&#281; nad umywalni&#261; i zacz&#261;&#322; si&#281; goli&#263;. Wykrzywiaj&#261;c si&#281;, pomy&#347;la&#322; zdanie tak g&#322;upie, &#380;e si&#281; mimo woli u&#347;miechn&#261;&#322;: Mars jest &#347;wini&#261;.

By&#322;o to jednak &#347;wi&#324;stwo: przy tylu nadziejach tak zawie&#347;&#263;! Zgodnie z tradycj&#261; ale kto w&#322;a&#347;ciwie j&#261; ustanowi&#322;? Nikt w pojedynk&#281;. Nikt sam tego nie wymy&#347;li&#322;; koncepcja ta nie mia&#322;a tak samo tw&#243;rc&#243;w, jak nie maj&#261; znanych autor&#243;w wierzenia i legendy wi&#281;c ze zbiorowych chyba roje&#324; (astronom&#243;w? mity astronomii obserwacyjnej?) wyros&#322;a taka wizja: bia&#322;a Wenus, gwiazda poranna i wieczorna, tajemniczo zaci&#261;gni&#281;ta masywem chmur to planeta m&#322;oda, w d&#380;unglach ca&#322;a i jaszczurach, i wulkanicznych oceanach, jednym s&#322;owem: to przesz&#322;o&#347;&#263; Ziemi. A Mars wysychaj&#261;cy, zardzewia&#322;y, pe&#322;en piaszczystych burz i zagadek (kana&#322;y potrafi&#322;y si&#281; nieraz rozdwaja&#263; w przebiegu, stawa&#322;y si&#281; bli&#378;niacze przez jedn&#261; noc! ilu&#380; pilnych astronom&#243;w to po&#347;wiadczy&#322;o!), Mars heroicznie walcz&#261;cy swoj&#261; cywilizacj&#261; ze zmierzchem &#380;ycia to by&#322;a przysz&#322;o&#347;&#263; Ziemi; proste, jasne, wyra&#378;ne, zrozumia&#322;e. Tyle &#380;e nieprawdziwe od A do Z.

Pod uchem by&#322;y trzy w&#322;oski, kt&#243;rych nie chcia&#322; wzi&#261;&#263; aparat elektryczny; brzytwa zosta&#322;a jednak na statku, wi&#281;c zacz&#261;&#322; si&#281; do nich przymierza&#263; tak i owak. Nie sz&#322;o. Mars. Ci astronomowie-obserwatorzy byli to jednak ludzie o bujnej fantazji. Schiaparelli chocia&#380;by. Nies&#322;ychane nazwy, jakimi ochrzci&#322;, razem ze swym najwi&#281;kszym wrogiem, Antoniadim, to, czego nie widzia&#322;, co mu si&#281; tylko zdawa&#322;o. Chocia&#380;by okolic&#281;, w kt&#243;rej budowa&#322; si&#281; tu Projekt: Agathodaemon. Demon, wiadomo, Agatho od agatu chyba, &#380;e czarny? Czy agathon m&#261;dro&#347;&#263;? Astronaut&#243;w nie ucz&#261; greki szkoda. Mia&#322; s&#322;abo&#347;&#263; do starych podr&#281;cznik&#243;w astronomii gwiezdnej i planetarnej. Ta ich wzruszaj&#261;ca pewno&#347;&#263; siebie: w 1913 roku g&#322;osi&#322;y, &#380;e Ziemia jest, z kosmicznej przestrzeni, czerwonawa, poniewa&#380; atmosfera poch&#322;ania b&#322;&#281;kitn&#261; cz&#281;&#347;&#263; widma, wi&#281;c, rozumie si&#281;, to, co pozostaje, musi by&#263; co najmniej r&#243;&#380;owe. Kul&#261; w p&#322;ot! A jednak, kiedy si&#281; ogl&#261;da&#322;o te wspania&#322;e mapy Schiaparellego, wprost nie chcia&#322;o si&#281; pomie&#347;ci&#263; w g&#322;owie, &#380;e widzia&#322; nie istniej&#261;ce. Co najdziwniejsze, inni, po nim, te&#380; to widzieli. By&#322; to jaki&#347; psychologiczny fenomen, kt&#243;remu p&#243;&#378;niej nie po&#347;wi&#281;cano ju&#380; uwagi. Najpierw cztery pi&#261;te ka&#380;dego dzie&#322;a o Marsie wype&#322;nia&#322;a topografia i topologia kana&#322;&#243;w to&#380; znalaz&#322; si&#281; w drugiej po&#322;owie XX wieku astronom, kt&#243;ry podda&#322; ich sie&#263; statystycznej analizie i wykry&#322; jej podobie&#324;stwo, w&#322;a&#347;nie topologiczne, do sieci kolejowej, wi&#281;c komunikacyjnej w odr&#243;&#380;nieniu od przebiegu naturalnych p&#281;kni&#281;&#263; czy rzek a potem, jakby kto czar zdmuchn&#261;&#322;, jednym zdaniem kwitowano rzecz: z&#322;udzenie optyczne i kropka.

Oczy&#347;ci&#322; maszynk&#281; pod oknem i chowaj&#261;c j&#261; do futera&#322;u, raz jeszcze spojrza&#322;, ju&#380; z nie ukrywan&#261; niech&#281;ci&#261;, na ten ca&#322;y Agathodaemon, na &#243;w zagadkowy kana&#322;, kt&#243;ry by&#322; nudnym p&#322;askim terenem z nielicznymi rumowiskami w zamglonym horyzoncie. W por&#243;wnaniu z Marsem Ksi&#281;&#380;yc by&#322; po prostu przytulny. Zapewne, komu&#347;, kto si&#281; na krok z Ziemi nie ruszy&#322;, brzmia&#322;oby to dziko, lecz przecie&#380; &#347;wi&#281;ta prawda. Najpierw S&#322;o&#324;ce jest stamt&#261;d akurat takie samo, jak z Ziemi, a &#380;e to wa&#380;ne, o tym wie ka&#380;dy, kto nie tyle si&#281; zdziwi&#322;, ile wprost przel&#261;k&#322;, ujrzawszy je w postaci skurczonego, zwi&#281;d&#322;ego, zimnawego ognika. A ju&#380; majestatyczna, b&#322;&#281;kitna Ziemia, jak lampa, symbol bezpiecznego pobli&#380;a, znak domu, rozja&#347;niaj&#261;ca tak dobrze noce podczas kiedy Fobos z Dejmosem nie dawa&#322;y nawet tyle &#347;wiat&#322;a, ile Ksi&#281;&#380;yc w pierwszej kwadrze. No i cisza. Wysoka pr&#243;&#380;nia, spokojna, to nie by&#322; przypadek, &#380;e &#322;atwiej przychodzi&#322;o nadawa&#263; telewizyjne l&#261;dowanie, pierwszy krok projektu Apollo, podczas kiedy o analogicznym widowisku, ot, powiedzmy, ze szczytu Himalaj&#243;w, nie by&#322;o nawet mowy. O tym, czym jest dla cz&#322;owieka wiatr, kt&#243;ry nigdy nie ustaje, mo&#380;na si&#281; bez reszty przekona&#263; dopiero na Marsie.

Spojrza&#322; na zegarek: by&#322; to zupe&#322;nie nowy nabytek, z pi&#281;cioma koncentrycznymi cyferblatami, podawa&#322; standardowy czas ziemski, czas pok&#322;adowy i czas planetarny. By&#322;a sz&#243;sta z minutami.

Jutro o tej porze b&#281;d&#281; o cztery miliony kilometr&#243;w st&#261;d pomy&#347;la&#322; nie bez satysfakcji. Nale&#380;a&#322; do klubu przewo&#378;nik&#243;w, &#380;ywicieli Projektu, ale godziny jego s&#322;u&#380;by by&#322;y policzone, bo na lini&#281; Aresterra wprowadzono ju&#380; te nowe olbrzymie jednostki z mas&#261; spoczynkow&#261; rz&#281;du 100 000 ton. Ariel, Ares, Anabis le&#380;a&#322;y na kursie Marsa od paru tygodni; Ariel mia&#322; l&#261;dowa&#263; za dwie godziny. Nigdy jeszcze nie widzia&#322; l&#261;dowania stutysi&#281;cznika, bo na Ziemi siada&#263; nie mog&#322;y; &#322;adowano je na Ksi&#281;&#380;ycu, ekonomi&#347;ci obliczyli, &#380;e si&#281; to op&#322;aci. Takie jednostki, jak jego Cuwier, z tymi kilkunastoma tysi&#261;cami ton, mia&#322;y definitywnie zej&#347;&#263; ze sceny. Ot, jak&#261;&#347; drobnic&#281; mo&#380;e b&#281;dzie si&#281; jeszcze czasem nimi przerzuca&#322;o.

By&#322;a sz&#243;sta dwadzie&#347;cia i rozs&#261;dny cz&#322;owiek zjad&#322;by o tej porze co&#347; gor&#261;cego. My&#347;l o kawie te&#380; by&#322;a zach&#281;caj&#261;ca. Ale gdzie si&#281; tu mo&#380;na po&#380;ywi&#263; nie wiedzia&#322;.

W Agathodaemonie by&#322; po raz pierwszy. Dot&#261;d obs&#322;ugiwa&#322; g&#322;&#243;wny przycz&#243;&#322;ek syrtyjski. Dlaczego zaatakowano Marsa w dw&#243;ch punktach naraz, odleg&#322;ych od siebie o kilkana&#347;cie tysi&#281;cy mil? Zna&#322; uczone racje, ale my&#347;la&#322; swoje. Zreszt&#261; nie obnosi&#322; si&#281; z tym krytycyzmem. Wielka Syrta mia&#322;a by&#263; termoj&#261;drowym oraz intelektronicznym poligonem. Wygl&#261;da&#322;o tam zupe&#322;nie inaczej. Niekt&#243;rzy m&#243;wili, &#380;e Agathodaemon jest Kopciuszkiem Projektu i &#380;e ju&#380; kilkakrotnie grozi&#322;o mu zwini&#281;cie. Wci&#261;&#380; jednak liczyli jeszcze na t&#281; jak&#261;&#347; zamarz&#322;a wod&#281;, na te g&#322;&#281;bokie lodowce z zamierzch&#322;ych epok, kt&#243;re w&#322;a&#347;nie tu mia&#322;y tkwi&#263;, gdzie&#347; pod zapiek&#322;ym gruntem pewno, &#380;e je&#347;liby si&#281; Projekt dokopa&#322; miejscowej wody, by&#322;oby to istnym triumfem, zwa&#380;ywszy, &#380;e na razie ka&#380;d&#261; kropl&#281; wozi&#322;o si&#281; z Ziemi, a urz&#261;dzenia wychwytuj&#261;ce par&#281; wodn&#261; z atmosfery budowano i budowano drugi rok, chwila za&#347; rozruchu wci&#261;&#380; si&#281; oddala&#322;a.

Nie, stanowczo Mars nie mia&#322; dla&#324; &#380;adnych powab&#243;w.

Nie chcia&#322;o mu si&#281; wyj&#347;&#263; jeszcze w budynku by&#322;o tak cicho, jakby wszyscy gdzie&#347; poszli czy pomarli. A nie chcia&#322;o mu si&#281; wyj&#347;&#263; g&#322;&#243;wnie przez to, &#380;e przywyka&#322; coraz bardziej do samotno&#347;ci dow&#243;dca mo&#380;e by&#263; na pok&#322;adzie zawsze samotny, je&#347;li chce i s&#322;u&#380;y&#322;a mu dobrze: po d&#322;u&#380;szej podr&#243;&#380;y lecia&#322;o si&#281; teraz, po opozycji, przesz&#322;o trzy miesi&#261;ce musia&#322; u&#380;y&#263; pewnego wysi&#322;ku, &#380;eby wej&#347;&#263; tak od razu i po prostu w t&#322;um obcych ludzi. A nie zna&#322; tu nikogo opr&#243;cz dy&#380;urnego kontrolera. M&#243;g&#322; p&#243;j&#347;&#263; do niego na pi&#281;tro, lecz by&#322;oby to w nie najlepszym gu&#347;cie. Nie nale&#380;y zawraca&#263; g&#322;owy ludziom przy pracy. S&#261;dzi&#322; pod&#322;ug siebie: nie lubi&#322; takich go&#347;ci.

W przegr&#243;dce nesesera by&#322; termos z resztk&#261; kawy i paczka keks&#243;w. Jad&#322;, staraj&#261;c si&#281; nie kruszy&#263;, pi&#322; i patrza&#322; przez porysowan&#261; piaskiem okr&#261;g&#322;&#261; szyb&#281; w stare, p&#322;askie i jak gdyby &#347;miertelnie zm&#281;czone dno tego Agathodaemona. Mars robi&#322; na nim takie w&#322;a&#347;nie wra&#380;enie: &#380;e ju&#380; mu wszystko jedno; i dlatego tak dziwnie by&#322;y nagromadzone kratery, inne od ksi&#281;&#380;ycowych, niby rozmyte (jakby sfa&#322;szowane wyrwa&#322;o mu si&#281; raz przy ogl&#261;daniu du&#380;ych, dobrych zdj&#281;&#263;), i tak bezsensowne te okolice dzikiego urze&#378;bienia, zwane chaosami, miejsca ukochane przez areolog&#243;w, bo niczego podobnego do tych formacji na Ziemi nie by&#322;o. Mars by&#322; jakby zrezygnowany, nie dba&#322; ani o dotrzymanie s&#322;owa, ani nawet o pozory. Gdy si&#281; ku niemu zbli&#380;a&#322;o, zaczyna&#322; traci&#263; sw&#243;j solidny, czerwony wygl&#261;d, przestawa&#322; by&#263; emblematem boga wojny, powleka&#322; si&#281; niewyra&#378;n&#261; buro&#347;ci&#261;, plamami, zaciekami, &#380;adnego wyrazistego rysunku, jak na Ksi&#281;&#380;ycu czy Ziemi, rozmaz, szarawa rdza i wieczny wiatr.

Pod stopami czu&#322; najdelikatniejsze w &#347;wiecie dr&#380;enie przetwornik albo transformator. Zreszt&#261; dalej panowa&#322;a cisza, w kt&#243;r&#261; jakby z innego &#347;wiata wnika&#322; kiedy niekiedy odleg&#322;y skowyt wichury na linach mieszkalnego klosza. Piekielny piasek dawa&#322; z czasem rad&#281; nawet dwucal&#243;wkom z wysokogatunkowej stali. Na Ksi&#281;&#380;ycu mo&#380;na zostawi&#263; ka&#380;d&#261; rzecz, po&#322;o&#380;y&#263; na kamieniu i wr&#243;ci&#263; po stu latach, po milionie, ze spokojn&#261; wiedz&#261;, &#380;e le&#380;y nie tkni&#281;ta. Na Marsie nie mo&#380;na niczego upu&#347;ci&#263; z r&#281;ki wsi&#261;k&#322;oby na amen. To nie by&#322;a uczciwa planeta.

O sz&#243;stej czterdzie&#347;ci brzeg horyzontu zaczerwieni&#322; si&#281;, wschodzi&#322;o S&#322;o&#324;ce, i ta plama jasno&#347;ci (&#380;adnej zorzy, sk&#261;d) znienacka barw&#261; przypomnia&#322;a mu sen. Pe&#322;en zdziwienia, powoli odstawi&#322; termos. Przypomnia&#322; sobie, o co tam sz&#322;o. Kto&#347; chcia&#322; go zabi&#263; ale to on zabi&#322; tamtego. Umar&#322;y goni&#322; go przez czerwono roz&#347;wietlon&#261; ciemno&#347;&#263;; zabija&#322; go jeszcze kilka razy, ale to nic nie pomaga&#322;o. Idiotyczne, zapewne, ale by&#322;o tam co&#347; jeszcze: by&#322; niemal pewny, &#380;e we &#347;nie zna&#322; tego cz&#322;owieka, a teraz nie mia&#322; poj&#281;cia, z kim walczy&#322; tak rozpaczliwie. Oczywi&#347;cie, poczucie znajomo&#347;ci te&#380; mog&#322;o by&#263; z&#322;udzeniem snu. Pr&#243;bowa&#322; tego doj&#347;&#263;, ale zn&#243;w samowolna pami&#281;&#263; milk&#322;a, wszystko na powr&#243;t chowa&#322;o si&#281; milczkiem jak &#347;limak do skorupy, i sta&#322; tak, przy oknie, z r&#281;k&#261; na stalowej framudze, troch&#281; poruszony, jakby posz&#322;o o nie wiedzie&#263; co. &#346;mier&#263;. By&#322;o jasne, &#380;e w miar&#281; rozrostu kosmonautyki ludzie zaczn&#261; umiera&#263; na planetach. Ksi&#281;&#380;yc okaza&#322; si&#281; lojalny wobec zmar&#322;ych. Pozwala skamienie&#263;, obraca w lodowy pos&#261;g, w mumi&#281;, kt&#243;rej lekko&#347;&#263;, prawie niewa&#380;ko&#347;&#263; odrealnia j&#261; i ujmuje jakby wagi katastrofie. Natomiast na Marsie trzeba o nich dba&#263;, niezw&#322;ocznie, bo piaszczyste wichry przetn&#261; ka&#380;dy skafander w ci&#261;gu paru dni, i nim wysoka susza zmumifikuje szcz&#261;tki, wyjrz&#261; z rozdartej tkaniny ko&#347;ci, polerowane, szlifowane z zapami&#281;taniem, a&#380; obna&#380;y si&#281; szkielet, kt&#243;ry, rozsypany, w tym obcym piasku, pod tym brudnym, obcym niebem, jest niemal wyrzutem sumienia, prawie zniewag&#261;, jakby przywo&#380;&#261;c tutaj rakietami, razem z &#380;yciem, &#347;miertelno&#347;&#263;, ludzie zrobili co&#347; niew&#322;a&#347;ciwego, co&#347;, czego nale&#380;y si&#281; wstydzi&#263;, co trzeba ukry&#263;, zabra&#263; gdzie&#347;, pochowa&#263;; wszystko bez sensu, rozumie si&#281; ale tak w tej chwili czu&#322;.

O si&#243;dmej by&#322;a zmiana na stanowiskach kontroli lotu, a podczas zmiany wypada ju&#380; i obcemu przyj&#347;&#263;. Pochowa&#322; swoje rzeczy do nesesera, nie by&#322;o ich wiele, i wyszed&#322;, pami&#281;taj&#261;c o tym, &#380;e trzeba si&#281; upewni&#263;, czy roz&#322;adunek Cuiviera idzie planowo. Do po&#322;udnia mia&#322; ju&#380; wyzby&#263; si&#281; ca&#322;ej swojej drobnicy, a by&#322;o tam par&#281; rzeczy wartych sprawdzenia. Na przyk&#322;ad ch&#322;odzenie osady pomocniczego reaktora. Zw&#322;aszcza &#380;e musia&#322; wraca&#263; z uszczuplon&#261; za&#322;og&#261;. O tym, aby m&#243;g&#322; dosta&#263; tu kogo&#347; w zamian za Termana, nie by&#322;o mowy. Po kr&#281;tych schodach, wy&#322;o&#380;onych pianoplastykiem, z r&#281;k&#261; na dziwnie ciep&#322;ej, jakby ogrzewanej por&#281;czy, dosta&#322; si&#281; na pi&#281;tro, i wszystko od razu si&#281; zmieni&#322;o tak ca&#322;kowicie, jakby on te&#380; sta&#322; si&#281; kim&#347; innym otwieraj&#261;c szerokie wahad&#322;owe drzwi o matowych szybach.

By&#322;o to jakby wn&#281;trze wielkiej g&#322;owy, z sze&#347;ciorgiem wypuk&#322;ych, ogromnych, szklanych oczu, wy&#322;upionych w trzy strony &#347;wiata. Tylko w trzy, bo za czwart&#261; &#347;cian&#261; znajdowa&#322;y si&#281; anteny, a ca&#322;a ta salka mog&#322;a si&#281; kr&#281;ci&#263; na osi niczym obrotowa scena. By&#322;a te&#380; w niejakim sensie scen&#261;, na kt&#243;rej odgrywano wci&#261;&#380; podobne sztuki start&#243;w i l&#261;dowa&#324;, widocznych jak na d&#322;oni, bo z odleg&#322;o&#347;ci kilometra, zza kolistych, szerokich pulpit&#243;w, stanowi&#261;cych jakby jedn&#261; ca&#322;o&#347;&#263; ze srebrzystoszarymi &#347;cianami. By&#322;o tu troch&#281; jak w kontrolnej wie&#380;y lotniska, a troch&#281; jak na sali operacyjnej; przy &#347;lepej &#347;cianie masywnia&#322; pod sko&#347;nym kapturem g&#322;&#243;wny komputer bezpo&#347;redniej &#322;&#261;czno&#347;ci ze statkami, kt&#243;ry zawsze mruga&#322; i cyka&#322;, prowadz&#261;c swoje milcz&#261;ce monologi i wypluwaj&#261;c kawa&#322;ki dziurkowanych ta&#347;m; by&#322;y tu trzy rezerwowe stanowiska kontroli z mikrofonami, lampami punktowymi, fotelami na kulowych przegubach, i podobne do bulwiastych hydrant&#243;w ulicznych podr&#281;czne automaty, licz&#261;ce kontroler&#243;w; by&#322; tu wreszcie, pod &#347;cian&#261;, ma&#322;y, ale jak lalka zgrabny barek z cichutko sycz&#261;cym ekspresem. Wi&#281;c to tu znajdowa&#322;o si&#281; kawowe &#378;r&#243;de&#322;ko! Swego Cuiviera nie m&#243;g&#322; st&#261;d Pirx zobaczy&#263;; postawi&#322; go, jak mu przykaza&#322;a kontrola, trzy mile dalej, poza wszystkimi betonami, bo tak si&#281; tutaj przygotowywano na przyj&#281;cie pierwszej najci&#281;&#380;szej jednostki projektu, jakby nie by&#322;a wyposa&#380;ona w najnowsze astrolokacyjne i kosmonautyczne automatyki, kt&#243;re, jak che&#322;pili si&#281; konstruktorzy ze stoczni (zna&#322; prawie wszystkich), mog&#322;y posadzi&#263; ten &#263;wier&#263;milowy ogrom, t&#281; &#380;elazn&#261; g&#243;r&#281; na powierzchni wielko&#347;ci ogr&#243;dka dzia&#322;kowego. Wszyscy pracownicy portu, z trzech zmian, przyszli na t&#281; uroczysto&#347;&#263;, kt&#243;ra zreszt&#261; &#380;adn&#261; oficjaln&#261; uroczysto&#347;ci&#261; nie by&#322;a; Ariel, podobnie jak inne jednostki prototypowe, mia&#322; wszak za sob&#261; dziesi&#261;tki pr&#243;bnych lot&#243;w i l&#261;dowa&#324; ksi&#281;&#380;ycowych; co prawda, nigdy jeszcze nie wchodzi&#322; z pe&#322;nym obci&#261;&#380;eniem w atmosfer&#281;. Do l&#261;dowania pozosta&#322;o niespe&#322;na p&#243;&#322; godziny, wi&#281;c Pirx przywita&#322; si&#281; z tymi, co nie mieli s&#322;u&#380;by, a potem i Seynowi u&#347;cisn&#261;&#322; r&#281;k&#281;; odbiorniki pracowa&#322;y ju&#380;, na ekranach telewizyjnych chodzi&#322;y rozmazane smugi z g&#243;ry na d&#243;&#322;, ale &#347;wiate&#322;ka pulpitu zbli&#380;enia wszystkie jeszcze ja&#347;nia&#322;y niepokalan&#261; zieleni&#261; na znak, &#380;e zosta&#322;o mn&#243;stwo czasu i nic si&#281; nie dzieje. Romani, kierownik bazy Agathodaemona, zaproponowa&#322; mu do kawy kieliszek koniaku, Pirx zawaha&#322; si&#281;, ale w ko&#324;cu by&#322; przecie&#380; osob&#261; ca&#322;kiem prywatn&#261; i chocia&#380; nieprzywyk&#322;y do tak rannego u&#380;ywania trunk&#243;w pojmowa&#322;, &#380;e chodzi im o symboliczne u&#347;wietnienie chwili; czekano wszak od miesi&#281;cy na te najci&#281;&#380;sze jednostki, mia&#322;y zdj&#261;&#263; z g&#322;owy kierownictwu bezustanne k&#322;opoty, bo dot&#261;d wci&#261;&#380; toczy&#322; si&#281; wy&#347;cig mi&#281;dzy &#380;ar&#322;oczno&#347;ci&#261; budowy, kt&#243;rej nie mog&#322;a zaspokoi&#263; flotylla Projektu, a wysi&#322;kami przewo&#378;nik&#243;w, takich jak Pirx, &#380;eby obraca&#263; na trasie Mars Ziemia tak sprawnie i szybko, jak si&#281; tylko da&#322;o. Teraz, po opozycji, obie planety zaczyna&#322;y si&#281; rozchodzi&#263;, odleg&#322;o&#347;&#263; dziel&#261;ca je mia&#322;a ju&#380; przez ca&#322;e lata rosn&#261;&#263;, aby doj&#347;&#263; do przera&#378;liwego maksimum setek milion&#243;w kilometr&#243;w; i w&#322;a&#347;nie w tym najgorszym dla Projektu okresie przybywa&#322;o pot&#281;&#380;ne wsparcie.

Wszyscy m&#243;wili przyciszonymi g&#322;osami, a kiedy ziele&#324; zgas&#322;a i odezwa&#322;y si&#281; brz&#281;czyki, nasta&#322;a zupe&#322;na cisza. Dzie&#324; wstawa&#322; typowo marsja&#324;ski, ani chmurny, ani czysty, bez wyra&#378;nego horyzontu, bez wyra&#378;nego nieba, jak gdyby bez daj&#261;cego si&#281; oznaczy&#263; i rachowa&#263; czasu. Mimo dnia obrze&#380;a kwadrat&#243;w betonowych, le&#380;&#261;ce p&#322;asko w centrum Agathodaemona, obwiod&#322;y pa&#322;aj&#261;ce linie, zapali&#322;y si&#281; tam automatycznie laserowe oznakowania, a kraw&#281;dzie centralnej okr&#261;g&#322;ej tarczy z prawie czarnego betonu wyznacza&#322;y b&#322;yszcz&#261;ce gwia&#378;dziste jody. Kontrolerzy poprawili si&#281; w fotelach, zreszt&#261; i tak roboty mieli tyle co nic; za to g&#322;&#243;wny komputer rozja&#347;ni&#322; swoje tarcze, jakby objawia&#322; wszem wobec sw&#261; nadzwyczajn&#261; wa&#380;no&#347;&#263;, przeka&#378;niki zacz&#281;&#322;y gdzie&#347; cichutko stuka&#263; i z g&#322;o&#347;nika doszed&#322; ich wyra&#378;ny bas:

Halo tam, Agathodaemon, tu Ariel, m&#243;wi Klyne, jeste&#347;my na optycznej, wysoko&#347;&#263; sze&#347;&#263;set, za dwadzie&#347;cia sekund prze&#322;&#261;czymy si&#281; na automaty, do zej&#347;cia, odbi&#243;r.

Agathodaemon do Ariela! rzek&#322; skwapliwie Seyn; ma&#322;y, z dziobatym profilkiem u sitka mikrofonu, dodusza&#322; szybko papierosa mamy was na wszystkich ekranach, na jakich mo&#380;emy was mie&#263;, k&#322;ad&#378;cie si&#281; i schod&#378;cie &#322;adnie na d&#243;&#322;, odbi&#243;r!

&#379;artuj&#261; tu sobie pomy&#347;la&#322; Pirx, kt&#243;ry tego nie lubi&#322;, mo&#380;e by&#322; przes&#261;dny no, wida&#263; maj&#261; procedury w ma&#322;ym palcu.

Ariel do Agathodaemona: mamy trzysta, w&#322;&#261;czamy automaty, schodzimy bez bocznego dryfu, zero na zero, jaka si&#322;a wiatru? odbi&#243;r.

Agathodaemon do Ariela: wiatr 180/h, p&#243;&#322;noc-no-p&#243;&#322;nocnozachodni, nic wam nie zrobi, odbi&#243;r.

Ariel do wszystkich: schodz&#281; na osi ruf owo, automaty przej&#281;&#322;y stery, koniec.

Zapad&#322;a cisza, tylko przeka&#378;niki co&#347; tam drobi&#322;y po swojemu, a na ekranach ukaza&#322; si&#281; ju&#380; wyra&#378;nie bia&#322;o p&#322;on&#261;cy punkt, rosn&#261;cy szybko, jakby kto&#347; wydyma&#322; ba&#324;k&#281; ognistego szk&#322;a. By&#322;a to ziej&#261;ca rufa statku, kt&#243;ry schodzi&#322; w samej rzeczy jak zawieszony na niewidzialnym pionie, bez najmniejszych drgnie&#324;, bocznych przechy&#322;&#243;w, bez &#347;ladu zawirowa&#324; Pirxowi przyjemnie by&#322;o na to patrze&#263;. Ocenia&#322; odleg&#322;o&#347;&#263; na jakie&#347; sto kilometr&#243;w; przed pi&#281;&#263;dziesi&#281;cioma nie by&#322;o sensu zagl&#261;da&#263; w niebo przez okna, mimo to zgrupowa&#322;o si&#281; ju&#380; przy nich sporo obecnych z zadartymi w zenit g&#322;owami.

Kontrola mia&#322;a ci&#261;g&#322;&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; radiofoniczn&#261; ze statkiem, ale po prostu nie by&#322;o o czym m&#243;wi&#263;; za&#322;oga le&#380;a&#322;a w komplecie na anty grawitacyjnych fotelach, wszystko robi&#322;y automaty pod dyrekcj&#261; g&#322;&#243;wnego komputera rakietowego, i to on w&#322;a&#347;nie zadecydowa&#322; o zmianie ci&#261;gu atomowego na borowodorowy przy sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu kilometrach wysoko&#347;ci, a wi&#281;c na samej granicy rzadkiej atmosfery. Teraz Pirx podszed&#322; do &#347;rodkowego, najwi&#281;kszego okna i natychmiast zobaczy&#322; w niebie, przez jego bladoszar&#261; mgie&#322;k&#281;, ostrozielony ognik, mikroskopijny, ale wibruj&#261;cy niezwyk&#322;ym blaskiem jak gdyby kto&#347; nawierca&#322; z wysoko&#347;ci niebosk&#322;on Marsa p&#322;on&#261;cym szmaragdem. Od tego r&#243;wnomiernie pa&#322;aj&#261;cego punktu sz&#322;y w r&#243;&#380;ne strony blade smu&#380;ki, by&#322;y to jakie&#347; wiechetka i strz&#281;py chmur, a raczej tych niedonosk&#243;w, kt&#243;re w tutejszej atmosferze pe&#322;ni&#322;y zast&#281;pczo ich obowi&#261;zki. Schwytane w orbit&#281; okr&#281;towego odrzutu, zapala&#322;y si&#281; i rozpada&#322;y jak sztuczne ognie. Statek r&#243;s&#322;, a w&#322;a&#347;ciwie wci&#261;&#380; tylko ros&#322;a jego okr&#261;g&#322;a rufa. Powietrze najwyra&#378;niej drga&#322;o pod nim od &#380;aru i przez to mog&#322;o si&#281; niedo&#347;wiadczonemu zdawa&#263;, &#380;e i sama rakieta troch&#281; chodzi na boki, ale Pirx zna&#322; ten obraz zbyt dobrze, by si&#281; omyli&#263;. Jako&#347; tak bez &#380;adnego napi&#281;cia, w spokoju sz&#322;o wszystko, przypomnia&#322; sobie pierwszy krok ludzki na Ksi&#281;&#380;ycu, tam te&#380; tak posz&#322;o, jak po ma&#347;le. Rufa by&#322;a ju&#380; zielon&#261; pal&#261;c&#261; si&#281; tarcz&#261; z aureol&#261; rozbryzg&#243;w. Zerkn&#261;&#322; na g&#322;&#243;wny altimetr nad pulpitami kontroli, bo przy tak du&#380;ej jednostce mo&#380;na si&#281; &#322;atwo by&#322;o omyli&#263; w szacunku wysoko&#347;ci; jedena&#347;cie, nie, dwana&#347;cie kilometr&#243;w dzieli&#322;o Ariela do Marsa oczywi&#347;cie opada&#322; coraz wolniej dzi&#281;ki rosn&#261;cemu ci&#261;gowi hamowania.

Nagle sta&#322;o si&#281; kilka rzeczy naraz.

Obraz rufowych dysz Ariela, w koronie zielonych p&#322;omieni, zadrga&#322; inaczej ni&#380; dot&#261;d. W g&#322;o&#347;niku rozleg&#322; si&#281; jaki&#347; niezrozumia&#322;y be&#322;kot, okrzyk, co&#347; jakby r&#281;czna!, a mo&#380;e raczej! jedno niepoj&#281;te s&#322;owo wykrzyczane ludzkim g&#322;osem, tak odmiennym, &#380;e chyba nie by&#322; to Klyne. Ziele&#324; buchaj&#261;ca z rufy Ariela nagle zblad&#322;a. By&#322; to u&#322;amek sekundy. W nast&#281;pnym mgnieniu rozkrzaczy&#322;a si&#281; straszliwym, b&#322;&#281;kitnobia&#322;ym b&#322;yskiem i Pirx zrozumia&#322; od razu, w dreszczu os&#322;upienia, kt&#243;ry przeszy&#322; go od st&#243;p do g&#322;&#243;w, tak &#380;e g&#322;uchy, ogromny g&#322;os, co wyrwa&#322; si&#281; z g&#322;o&#347;nika, nie zaskoczy&#322; go wcale.

Ariel sapni&#281;cie. Zmiana procedury. Od meteorytu. Ca&#322;a naprz&#243;d na osi! Uwaga! Ca&#322;y ci&#261;g!

By&#322; to automat. W tle tego g&#322;osu kto&#347; jakby krzycza&#322;. W ka&#380;dym razie Pirx prawid&#322;owo zinterpretowa&#322; zmian&#281; barwy ognia wylotowego: borowodory zast&#261;pi&#322; pe&#322;ny ci&#261;g reaktor&#243;w i olbrzymi statek, zahamowany jakby straszliwym uderzeniem niewidzialnej pi&#281;&#347;ci, dygoc&#261;c wszystkimi spojeniami, zatrzyma&#322; si&#281; a przynajmniej tak to patrz&#261;cym wygl&#261;da&#322;o w rozrzedzonym powietrzu, tych pi&#281;&#263; czy cztery ledwo kilometry nad tarcz&#261; kosmodromu. Chodzi&#322;o o manewr niesamowity zakazany przez wszystkie regu&#322;y, postanowienia, wykraczaj&#261;cy poza ca&#322;&#261; kosmolocj&#281;: &#380;eby powstrzyma&#263; stutysi&#281;czn&#261; mas&#281; bo wszak trzeba by&#322;o chy&#380;o&#347;&#263; jej spadania wygasi&#263; pierwej, nim mog&#322;a na powr&#243;t wystrzeli&#263; wzwy&#380;. Pirx zobaczy&#322; w perspektywicznym skr&#243;cie bok olbrzymiego cylindra. Rakieta straci&#322;a pion. Przechyla&#322;a si&#281;. Zacz&#281;&#322;a, niezwykle powoli, prostowa&#263; si&#281;, ale wychyli&#322;o j&#261; w drug&#261; stron&#281; jak gigantyczne wahad&#322;o; ponowny przechy&#322; &#263;wier&#263;milowego kad&#322;uba w przeciwn&#261; stron&#281; by&#322; ju&#380; wi&#281;kszy. Przy tak ma&#322;ej szybko&#347;ci utrata r&#243;wnowagi by&#322;a w tej amplitudzie nie do opanowania; dopiero w owych sekundach doszed&#322; Pirxa krzyk g&#322;&#243;wnego kontrolera:

Ariel, Ariel! Co robicie?! Co si&#281; u was dzieje?!

Jak wiele rzeczy mog&#322;o zaj&#347;&#263; w cz&#261;stkach sekund! Pirx, przy r&#243;wnoleg&#322;ym, nie obsadzonym pulpicie, krzycza&#322; ca&#322;&#261; piersi&#261; w mikrofon:

Klyne! Na r&#281;czn&#261;!!! Na r&#281;czn&#261; do l&#261;dowania!!! Na r&#281;czn&#261;!!!

Wtedy nakry&#322; ich nadchodz&#261;cy przeci&#261;g&#322;y nieustanny grom. Dopiero teraz dobieg&#322;a ich fala d&#378;wi&#281;kowa! Jak kr&#243;tko musia&#322;o wszystko trwa&#263;! Stoj&#261;cy u okien krzykn&#281;li jednym g&#322;osem. Kontrolerzy oderwali si&#281; od pulpit&#243;w.

Ariel spada&#322; m&#322;y&#324;cem jak kamie&#324;, &#347;lepo wal&#261;c w atmosfer&#281; smugami zataczaj&#261;cego si&#281; ognia ruf; kr&#281;ci&#322; si&#281; powoli, bezw&#322;adny na podobie&#324;stwo trupa, jak gdyby kto&#347; olbrzymi&#261; &#380;elazn&#261; wie&#380;&#281; cisn&#261;&#322; z nieba ku brudnym wydmom pustyni; wszyscy stali jak wryci, w g&#322;uchej, straszliwej ciszy, bo ju&#380; nic nie mo&#380;na by&#322;o zrobi&#263;; g&#322;o&#347;nik niewyra&#378;nie chrypia&#322;, bormota&#322; odleg&#322;&#261; wrzaw&#261; czy hukiem morza, nie wiadomo by&#322;o, czy to ludzkie g&#322;osy, wszystko si&#281; tam zlewa&#322;o w jeden chaos; a bia&#322;y, jakby sk&#261;pany w blaskach, niesamowicie d&#322;ugi cylinder gna&#322; coraz szybciej w. d&#243;&#322;; wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e trafi sam&#261; kontrol&#281;; kto&#347; przy Pirxie j&#281;kn&#261;&#322;. Skurczyli si&#281; odruchowo.

Kad&#322;ub wyr&#380;n&#261;&#322; skosem w jedno z niskich obmurowa&#324; poza tarcz&#261;, z&#322;ama&#322; si&#281; na dwoje i z jak&#261;&#347; dziwaczn&#261; powolno&#347;ci&#261; p&#281;kaj&#261;c dalej, &#380;e buchn&#281;&#322;o szcz&#261;tkami na wszystkie strony, zary&#322; si&#281; w piach; w oka mgnieniu powsta&#322;a tam na dziesi&#281;&#263; pi&#281;ter wysoka chmura, w kt&#243;rej zagrzmia&#322;o, zagruchota&#322;o, trysn&#281;&#322;o ognistymi szwami, ponad zgrzywion&#261; zas&#322;on&#281; wyrzuconego piasku wychyn&#261;&#322; o&#347;lepiaj&#261;co bia&#322;y wci&#261;&#380; dzi&#243;b statku, oderwa&#322; si&#281; od reszty, przelecia&#322; kilkaset metr&#243;w w powietrzu, poczuli jedno, drugie, trzecie pot&#281;&#380;ne uderzenie, te wstrz&#261;sy gruntu by&#322;y tak mocne, jak przy trz&#281;sieniu ziemi. Ca&#322;y budynek podnios&#322;o, poszed&#322; w g&#243;r&#281; i opad&#322; niczym &#322;&#243;dka na fali. Potem w piekielnym rumorze roz&#322;amywanego &#380;elastwa wszystko zakry&#322;a przed nimi br&#261;zowoczarna &#347;ciana dymu i kurzu. I to by&#322; koniec Ariela. Gdy biegli po schodach do komory wyj&#347;ciowej, Pirx, jeden z pierwszych w kombinezonie, nie mia&#322; w&#261;tpliwo&#347;ci z takiego zderzenia nikt nie m&#243;g&#322; wyj&#347;&#263; &#380;ywy.

Potem biegli zataczaj&#261;c si&#281; pod uderzeniami wichury; z daleka, od strony klosza, pokaza&#322;y si&#281; pierwsze pojazdy g&#261;sienicowe i hovercrafty. Ale ju&#380; nie trzeba si&#281; by&#322;o spieszy&#263;. Nie by&#322;o do czego. Pirx sam nie wiedzia&#322;, jak i kiedy wr&#243;ci&#322; do budynku kontroli z obrazem krateru i zgniecionego kad&#322;uba w os&#322;upia&#322;ych oczach, tak &#380;e na dobre ockn&#261;&#322; si&#281; dopiero, ujrzawszy w &#347;ciennym lustrze w&#322;asn&#261; poszarza&#322;&#261; i jakby &#347;ci&#261;gni&#281;t&#261; nagle twarz.



* * *


W po&#322;udnie powo&#322;ano komisj&#281; rzeczoznawc&#243;w do zbadania przyczyn katastrofy. Ekipy robocze koparkami i d&#378;wigami rozw&#322;&#243;czy&#322;y jeszcze dzwona ogromnego kad&#322;uba, jeszcze nie dotarto do wrytej g&#322;&#281;boko w grunt, zmia&#380;d&#380;onej ster&#243;wki, mieszcz&#261;cej automaty Kontroli, kiedy z Wielkiej Syrty przylecia&#322;a grupa specjalist&#243;w jednym z tych dziwacznych ma&#322;ych helikopter&#243;w o gigantycznych &#347;mig&#322;ach, zdatnych do lotu jedynie w rozrzedzonym powietrzu Marsa. Pirx nie w&#322;azi&#322; nikomu w drog&#281; i nikogo o nic nie pyta&#322;, bo a&#380; nazbyt dobrze rozumia&#322;, &#380;e sprawa jest wyj&#261;tkowo ciemna. W toku normalnej procedury l&#261;dowania, podzielonej na u&#347;wi&#281;cone etapy i zaprogramowanej niczym rozk&#322;ad jazdy niezawodnych poci&#261;g&#243;w, bez &#380;adnej widocznej przyczyny g&#322;&#243;wny komputer Ariela zgasi&#322; borowodorowy ci&#261;g, wyrzuci&#322; has&#322;a przypominaj&#261;ce szcz&#261;tkowy alarm meteorytowy i prze&#322;&#261;czy&#322; nap&#281;d na ucieczk&#281; od planety ca&#322;&#261; moc&#261;; stateczno&#347;ci, utraconej podczas tego karko&#322;omnego manewru, nie m&#243;g&#322; ju&#380; odzyska&#263;. O czym&#347; podobnym nie wspomina&#322;a historia astrolocji i nasuwaj&#261;ce si&#281; przypuszczenia &#380;e komputer zwyczajnie zawi&#243;d&#322;, &#380;e si&#281; w nim jakie&#347; obwody pozwiera&#322;y, poprzepala&#322;y wygl&#261;da&#322;y zgo&#322;a nieprawdopodobnie, poniewa&#380; sz&#322;o o jeden z dw&#243;ch program&#243;w startu i l&#261;dowania zabezpieczonych przed awariami tak&#261; liczb&#261; zabezpiecze&#324;, &#380;e ju&#380; raczej przychodzi&#322;o my&#347;le&#263; o sabota&#380;u. G&#322;owi&#322; si&#281; nad tym w pokoiku, kt&#243;ry Seyn odda&#322; mu poprzedniej nocy do dyspozycji, umy&#347;lnie nie wysuwaj&#261;c nosa za drzwi, &#380;eby si&#281; nie narzuca&#263;, tym bardziej &#380;e mia&#322; przecie&#380; za kilkana&#347;cie godzin wystartowa&#263;, a nic takiego nie przychodzi&#322;o mu do g&#322;owy, z czym powinien by pospieszy&#263; do komisji. Okaza&#322;o si&#281; jednak, &#380;e nie zapomniano o nim; kilka minut przed pierwsz&#261; zajrza&#322; do niego Seyn. By&#322; z nim i Romani; czeka&#322; na korytarzu; wychodz&#261;c, Pirx w pierwszej chwili nie pozna&#322; go; kierownik kompleksu Agathodaemona wyda&#322; mu si&#281; jednym z mechanik&#243;w; mia&#322; na sobie osmolony, pokryty zaciekami kombinezon, twarz jakby zmala&#322;&#261; z wyczerpania, lewy k&#261;t ust drga&#322; mu co chwila, lecz g&#322;os pozosta&#322; ten sam; poprosi&#322; Pirxa, w imieniu komisji, do kt&#243;rej nale&#380;a&#322;, by od&#322;o&#380;y&#322; start Cuiviera.

Naturalnie je&#380;eli jestem potrzebny Pirx by&#322; zaskoczony; zbiera&#322; my&#347;li. Musz&#281; tylko uzyska&#263; zezwolenie Bazy.

Za&#322;atwimy to sami, je&#347;li si&#281; pan zgadza.

Nikt ju&#380; nic nie powiedzia&#322;; poszli we trzech do g&#322;&#243;wnego bombla, gdzie w d&#322;ugim, niskim pomieszczeniu kierownictwa siedzia&#322;o dwudziestu kilku rzeczoznawc&#243;w kilku miejscowych, wi&#281;kszo&#347;&#263; przylecia&#322;a z Wielkiej Syrty. Jako &#380;e by&#322;a pora obiadowa, a sz&#322;o o ka&#380;d&#261; godzin&#281;, przyniesiono im zimnego jedzenia z bufetu i tak, przy herbacie, nad talerzykami, przez co wszystko wygl&#261;da&#322;o dziwnie jako&#347; nieoficjalnie, a prawie i niepowa&#380;nie, zacz&#281;&#322;y si&#281; obrady. Pirx oczywi&#347;cie domy&#347;la&#322; si&#281;, czemu przewodnicz&#261;cy, in&#380;ynier Hoyster, jego jako pierwszego poprosi&#322; o opis katastrofy. By&#322; on jedynym ponad wszelk&#261; w&#261;tpliwo&#347;&#263; niestronniczym &#347;wiadkiem, bo nie nale&#380;a&#322; ani do zespo&#322;u kontroli lot&#243;w, ani do za&#322;ogi Agathodaemona. Gdy Pirx doszed&#322; w zeznaniu do swej reakcji, Hoyster przerwa&#322; mu po raz pierwszy.

Wi&#281;c pan chcia&#322;, &#380;eby Klyne wy&#322;&#261;czy&#322; ca&#322;&#261; automatyk&#281; i stara&#322; si&#281; l&#261;dowa&#263; sam, tak?

Tak.

A mo&#380;na wiedzie&#263;, czemu?

Pirx nie zwleka&#322; z odpowiedzi&#261;.

Mia&#322;em to za jedyn&#261; szans&#281;.

Tak. A nie przypuszcza&#322; pan, &#380;e przej&#347;cie na sterowanie r&#281;czne mo&#380;e spowodowa&#263; utrat&#281; stateczno&#347;ci?

Ju&#380; by&#322;a stracona. To mo&#380;na zreszt&#261; sprawdzi&#263;, s&#261; przecie&#380; ta&#347;my.

Oczywi&#347;cie. Chcieli&#347;my najpierw wytworzy&#263; sobie obraz og&#243;lny. A jakie jest pana osobiste zdanie?

O przyczynie?

Tak. Poniewa&#380; na razie nie tyle obradujemy, co informujemy si&#281;. Cokolwiek pan powie, nie b&#281;dzie szczeg&#243;lnie wi&#261;&#380;&#261;ce; cenne mo&#380;e si&#281; okaza&#263; ka&#380;de przypuszczenie, nawet ryzykowne.

Rozumiem. Co&#347; si&#281; sta&#322;o z komputerem. Nie wiem co, i nie wiem te&#380;, jak to mo&#380;liwe. Gdybym tam nie by&#322; sam, nie uwierzy&#322;bym w to, ale by&#322;em i s&#322;ysza&#322;em. To on odwr&#243;ci&#322; procedur&#281; i da&#322; meteorytowe ostrze&#380;enie, jakkolwiek w poronny spos&#243;b. Brzmia&#322;o to mniej wi&#281;cej jak: meteoryty uwaga, ca&#322;a na osi naprz&#243;d. A poniewa&#380; nie by&#322;o &#380;adnych meteoryt&#243;w Pirx wzruszy&#322; ramionami.

Ten model Ariela jest udoskonalon&#261; wersj&#261; komputera AIBM 09 zauwa&#380;y&#322; Boulder, elektronik, kt&#243;rego Pirx zna&#322;, bo styka&#322; si&#281; z nim przelotnie w Wielkiej Syrcie.

Pirx skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Wiem o tym. Dlatego powiedzia&#322;em, &#380;e nie uwierzy&#322;bym, gdybym tego nie widzia&#322; na w&#322;asne oczy. Ale to si&#281; sta&#322;o.

Jak pan s&#261;dzi, komandorze, czemu Klyne nic nie zrobi&#322;? spyta&#322; Hoyster.

Pirx poczu&#322; wewn&#281;trzny ch&#322;&#243;d i nim odpowiedzia&#322;, spojrza&#322; w obie strony na wszystkich. Pytanie takie musia&#322;o pa&#347;&#263;. Wola&#322;by jednak nie by&#263; pierwszym, kt&#243;ry mia&#322; mu sprosta&#263;.

Tego nie wiem.

Naturalnie. Ale wieloletnie do&#347;wiadczenie pozwala panu postawi&#263; si&#281; na jego miejscu

Postawi&#322;em si&#281;. Zrobi&#322;bym to, do czego pr&#243;bowa&#322;em go sk&#322;oni&#263;.

A on?

Nie by&#322;o &#380;adnej odpowiedzi. Ha&#322;as, jakby krzyki. Trzeba b&#281;dzie bardzo dok&#322;adnie przes&#322;ucha&#263; ta&#347;my, ale obawiam si&#281;, &#380;e to da niewiele.

Panie komandorze rzek&#322; cicho, ale dziwnie powoli, jakby ostro&#380;nie dobieraj&#261;c s&#322;&#243;w, Hoyster pan orientuje si&#281; w sytuacji, nieprawda&#380;? Dwie nast&#281;pne jednostki tej samej klasy, z takim samym uk&#322;adem sterowania, znajduj&#261; si&#281; obecnie na linii Aresterra; Anabis przyb&#281;dzie za trzy tygodnie, ale Ares ju&#380; za dziewi&#281;&#263; dni. Bez wzgl&#281;du na zobowi&#261;zania wobec tych, co zgin&#281;li, mamy wi&#281;ksze wobec &#380;ywych. Niew&#261;tpliwie przemy&#347;la&#322; pan ju&#380;, w ci&#261;gu tych pi&#281;ciu godzin, wszystko, co zasz&#322;o. Nie mog&#281; pana do tego zmusi&#263;, ale prosz&#281;, &#380;eby pan to nam wyjawi&#322;.

Pirx poczu&#322;, &#380;e blednie. Tego, co chcia&#322; powiedzie&#263; Hoyster, domy&#347;li&#322; si&#281; z jego pierwszych s&#322;&#243;w i ogarn&#281;&#322;o go niezrozumia&#322;e wra&#380;enie, rodem z nocnego snu: aura zaciek&#322;ego, rozpaczliwego milczenia, w kt&#243;rym walczy&#322; z przeciwnikiem bez twarzy i zabijaj&#261;c go razem z nim gin&#261;&#322;. By&#322;o to mgnienie. Przem&#243;g&#322; si&#281; i spojrza&#322; Hoysterowi w oczy.

Rozumiem powiedzia&#322;. Klyne i ja nale&#380;ymy do dw&#243;ch r&#243;&#380;nych generacji. Kiedy zaczyna&#322;em lata&#263;, zawodno&#347;&#263; procedur automatycznych by&#322;a daleko wi&#281;ksza To si&#281; utrwala w zachowaniu. My&#347;l&#281;, &#380;e ufa&#322; im do ko&#324;ca.

S&#261;dzi&#322;, &#380;e komputer dysponuje lepszym rozeznaniem? &#379;e opanuje sytuacj&#281;?

Nie musia&#322; liczy&#263; na to, &#380;e j&#261; opanuje a tylko, &#380;e je&#347;li nie potrafi, tym bardziej nie dokona tego cz&#322;owiek.

Pirx odetchn&#261;&#322;. Powiedzia&#322;, co my&#347;la&#322;, nie rzucaj&#261;c cienia na m&#322;odszego kt&#243;ry ju&#380; nie &#380;y&#322;.

Czy, pod&#322;ug pana, istnia&#322;y szans&#281; ocalenia statku?

Nie wiem. By&#322;o bardzo ma&#322;o czasu. Ariel by&#322; bliski utraty szybko&#347;ci.

Czy pan l&#261;dowa&#322; kiedy&#347; w takich warunkach?

Tak. Ale statkiem o ma&#322;ej masie i na Ksi&#281;&#380;ycu. Im d&#322;u&#380;sza i ci&#281;&#380;sza jest rakieta, tym trudniej odzyska&#263; stateczno&#347;&#263; przy utracie szybko&#347;ci, zw&#322;aszcza gdy si&#281; zaczyna przechy&#322;.

Czy Klyne s&#322;ysza&#322; pana?

Nie wiem. Powinien by&#322; s&#322;ysze&#263;.

Czy przej&#261;&#322; stery?

Pirx otwiera&#322; ju&#380; usta, by powiedzie&#263;, &#380;e na to jest dow&#243;d w rejestrach, ale zamiast tego odpar&#322;:

Nie.

Sk&#261;d pan to wie? to by&#322; Romani.

Pod&#322;ug kontroli. Procedura automatyczna &#347;wieci&#322;a si&#281; przez ca&#322;y czas. Zgas&#322;a dopiero, gdy statek si&#281; rozbi&#322;.

A czy pan nie uwa&#380;a, &#380;e Klyne nie mia&#322; ju&#380; czasu? spyta&#322; Seyn. By&#322;o co&#347; osobliwego w tym, &#380;e tak si&#281; do niego zwr&#243;ci&#322; chocia&#380; byli na ty. Jakby powsta&#322; mi&#281;dzy nimi nag&#322;y dystans. Wrogo&#347;&#263;?

Sytuacj&#281; mo&#380;na wymodelowa&#263; matematycznie i wtedy oka&#380;e si&#281;, czy by&#322;a jaka&#347; szansa Pirx stara&#322; si&#281; o rzeczowo&#347;&#263;. Ja tego nie mog&#281; wiedzie&#263;.

Ale gdy przechy&#322; przekroczy&#322; 45 stopni, stateczno&#347;&#263; by&#322;a nie do odzyskania upiera&#322; si&#281; Seyn. Czy nie tak?

Na moim Cuivierze niekoniecznie. Ci&#261;g mo&#380;na powi&#281;kszy&#263; poza dopuszczaln&#261; granic&#281;.

Przeci&#261;&#380;enie powy&#380;ej dwudziestu kilku mo&#380;e zabi&#263;.

Zapewne. Ale upadek z pi&#281;ciu kilometr&#243;w musi. Na tym si&#281; ta kr&#243;tka polemika zako&#324;czy&#322;a. Pod lampami, p&#322;on&#261;cymi mimo dnia, k&#322;ad&#322; si&#281; p&#322;asko dym. Palili.

Pod&#322;ug pana, Klyne m&#243;g&#322; przej&#261;&#263; stery, ale nie zrobi&#322; tego. Tak? wr&#243;ci&#322; do swego w&#261;tku przewodnicz&#261;cy Hoyster.

Prawdopodobnie m&#243;g&#322;.

Czy nie uwa&#380;a pan za mo&#380;liwe, &#380;e swoj&#261; interwencj&#261; zbi&#322; pan go z tropu? odezwa&#322; si&#281; zast&#281;pca Seyna, cz&#322;owiek z Agathodaemona, kt&#243;rego Pirx nie zna&#322;. Tutejsi byli przeciwko niemu? I to m&#243;g&#322; zrozumie&#263;.

Uwa&#380;am to za mo&#380;liwe. Tym bardziej &#380;e tam, w sterowni, ludzie krzyczeli co&#347;. Tak to wygl&#261;da&#322;o.

Na panik&#281;? spyta&#322; Hoyster.

Nie odpowiem na to pytanie.

Dlaczego?

Prosz&#281; przes&#322;ucha&#263; ta&#347;my. To nie s&#261; &#347;cis&#322;e dane ha&#322;as, kt&#243;ry mo&#380;na sobie rozmaicie t&#322;umaczy&#263;.

Czy kontrola naziemna mog&#322;a, pod&#322;ug pana opinii, co&#347; jeszcze zrobi&#263;? pyta&#322; z kamienn&#261; twarz&#261; Hoyster. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e wewn&#261;trz komisji zachodzi roz&#322;am. Hoyster by&#322; z Wielkiej Syrty.

Nie. Nic.

Temu, co pan powiedzia&#322;, zaprzecza pana w&#322;asny post&#281;pek.

Nie. Kontrola nie ma prawa miesza&#263; si&#281; do decyzji dow&#243;dcy w podobnej sytuacji. W sterowni mo&#380;e ona inaczej wygl&#261;da&#263; ni&#380; na dole.

Przyznaje pan wi&#281;c, &#380;e pan dzia&#322;a&#322; wbrew przyj&#281;tym zasadom? raz jeszcze odezwa&#322; si&#281; zast&#281;pca Seyna.

Tak.

Dlaczego? pyta&#322; Hoyster.

Zasady nie s&#261; dla mnie &#347;wi&#281;te. Robi&#281; zawsze to, co uwa&#380;am za w&#322;a&#347;ciwe pod&#322;ug w&#322;asnego zdania. Zdarzy&#322;o mi si&#281; ju&#380; za to odpowiada&#263;.

Przed kim?

Przed Trybuna&#322;em Izby Kosmicznej.

Ale zosta&#322; pan oczyszczony od zarzut&#243;w oskar&#380;enia? zauwa&#380;y&#322; Boulder. Wielka Syrta i Agathodaemon. To by&#322;o prawie wyra&#378;ne.

Pirx milcza&#322;.

Dzi&#281;kuj&#281; panu.

Przesiad&#322; si&#281; na stoj&#261;ce z boku krzes&#322;o, bo zeznawa&#322; z kolei Seyn, potem jego zast&#281;pca. Nim sko&#324;czyli, przyniesiono pierwsze ta&#347;my z budynku kontroli lot&#243;w. Przychodzi&#322;y te&#380; telefoniczne meldunki z prac we wraku Ariela. Ju&#380; by&#322;o pewne, &#380;e nikt nie pozosta&#322; przy &#380;yciu, ale do sterowni nie dostali si&#281;: wesz&#322;a na jedena&#347;cie metr&#243;w w g&#322;&#261;b gruntu. Przes&#322;uchiwanie ta&#347;m, protoko&#322;owanie zezna&#324; trwa&#322;o bez przerwy do si&#243;dmej. Potem zrobiono godzinn&#261; przerw&#281;. Syrtyjczycy z Seynem pojechali na miejsce katastrofy. Romani w przej&#347;ciu zatrzyma&#322; Pirxa.

Komandorze

S&#322;ucham.

Pan nie ma tu do nikogo

Prosz&#281; tak nie m&#243;wi&#263;. Stawka jest zbyt wysoka przerwa&#322; mu Pirx.

Tamten pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Zostanie pan, na razie, na siedemdziesi&#261;t dwie godziny. Za&#322;atwili&#347;my to ju&#380; z Baz&#261;.

Z Ziemi&#261;? Pirx by&#322; zaskoczony. Nie wydaje mi si&#281;, &#380;ebym m&#243;g&#322; jeszcze pom&#243;c

Hoyster, Rahaman i Boulder chc&#261; dokooptowa&#263; pana do sk&#322;adu komisji. Nie odm&#243;wi pan? Sami ludzie Syrty.

Cho&#263;bym chcia&#322;, nie mog&#281; odpowiedzia&#322; i na tym si&#281; rozstali.

O dziewi&#261;tej wieczorem zebrali si&#281; ponownie. Pe&#322;ne przes&#322;uchanie ta&#347;m by&#322;o dramatyczne a jeszcze bardziej film, kt&#243;ry przysz&#322;o obejrze&#263;, pokazuj&#261;cy wszystkie fazy katastrofy, od pojawienia si&#281; w zenicie zielonej gwiazdy Ariela. Hoyster podsumowa&#322; potem tymczasowe wyniki bada&#324; bardzo lakonicznie.

Wygl&#261;da istotnie na to, &#380;e zawi&#243;d&#322; komputer. Je&#347;li nie og&#322;osi&#322; normalnym trybem meteorytowego alarmu zachowa&#322; si&#281; tak, jakby Ariel le&#380;a&#322; na kolizyjnym kursie z jak&#261;&#347; mas&#261;. Rejestraty wykazuj&#261;, &#380;e przekroczy&#322; dozwolon&#261; moc ci&#261;gu o trzy jednostki. Dlaczego to zrobi&#322;, nie wiemy. Mo&#380;e wyja&#347;ni co&#347; sterownia mia&#322; na my&#347;li ta&#347;my rejestruj&#261;ce Ariela; Pirx by&#322; tu sceptykiem. Tego, co si&#281; dzia&#322;o w sterowni w ostatnich chwilach, nie mo&#380;na zrozumie&#263;. W ka&#380;dym razie komputer nie zawi&#243;d&#322; pod wzgl&#281;dem operacyjnego tempa w szczycie kryzysu podejmowa&#322; decyzje z pe&#322;n&#261; sprawno&#347;ci&#261;, bo iterowa&#322; w nanosekundach wszystkie swoje polecenia dla agregat&#243;w. Tak&#380;e agregaty pracowa&#322;y bez zarzutu do ko&#324;ca. To ca&#322;kiem pewne. Nie wykryli&#347;my absolutnie niczego, co by mog&#322;o &#347;wiadczy&#263; o zewn&#281;trznym lub wewn&#281;trznym zagro&#380;eniu procedury wdro&#380;onego l&#261;dowania. Od godziny 7,03 do 7,08 przebiega&#322;o doskonale. Decyzja komputera odwr&#243;cenia procedury i pr&#243;by poronnego startu nie daje si&#281;, jak dot&#261;d, niczym wyja&#347;ni&#263;. Kolego Boulder?

Nie rozumiem tego.

B&#322;&#261;d programowania?

Wykluczony. Ariel l&#261;dowa&#322; tym programem szereg razy osiowo i we wszystkich mo&#380;liwych dryfach.

Ale na Ksi&#281;&#380;ycu. Tam jest mniejsze ci&#261;&#380;enie.

To mo&#380;e mie&#263; pewne znaczenie dla agregat&#243;w mocy, ale nie dla zespo&#322;&#243;w informacji. A moc nie zawiod&#322;a.

Kolego Rahaman?

Nie znam dobrze tego programu.

Ale model komputera pan zna?

Tak.

Co mo&#380;e przerwa&#263; tok procedury l&#261;dowania, je&#380;eli nie ma przyczyn zewn&#281;trznych?

Nic.

Nic?

Bomba pod&#322;o&#380;ona pod komputer zapewne Pad&#322;y wreszcie te s&#322;owa. Pirx s&#322;ucha&#322; z najwi&#281;ksz&#261; uwag&#261;. Szumia&#322;y ekshaustory, dym zg&#281;szcza&#322; si&#281; przy ich wylotach pod sufitem.

Sabota&#380;?

Komputer dzia&#322;a&#322; do ko&#324;ca, jakkolwiek w spos&#243;b dla nas niepoj&#281;ty zauwa&#380;y&#322; Kerhoven, jedyny intelektronik w komisji, kt&#243;ry by&#322; miejscowym cz&#322;owiekiem.

No bomba, tak to tylko powiedzia&#322;em wycofa&#322; si&#281; Rahaman. Procedur&#281; g&#322;&#243;wn&#261;, wi&#281;c l&#261;dowania albo startu, mo&#380;e przerwa&#263; w normie, je&#347;li komputer jest sprawny, tylko co&#347; nadzwyczajnego. Wypadni&#281;cie mocy

Moc by&#322;a.

Ale w zasadzie komputer mo&#380;e przerwa&#263; g&#322;&#243;wn&#261; procedur&#261;?

Przewodnicz&#261;cy wiedzia&#322; to przecie&#380;. Pirx rozumia&#322;, &#380;e nie m&#243;wi teraz do nich: m&#243;wi&#322; to, co mia&#322;a us&#322;ysze&#263; Ziemia.

Teoretycznie mo&#380;e. Praktycznie nie. Od czasu powstania kosmonautyki nie zdarzy&#322; si&#281; alarm meteorytowy w toku l&#261;dowania. Meteoryt mo&#380;na wszak wykry&#263; w zbli&#380;aniu. Wtedy l&#261;dowanie po prostu si&#281; odracza.

Ale nie by&#322;o przecie&#380; &#380;adnych meteoryt&#243;w?

Nie.

To by&#322; koniec &#347;lepej uliczki. Przez chwil&#281; panowa&#322;a cisza. Ekshaustory szumia&#322;y. By&#322;o ju&#380; ciemno za okr&#261;g&#322;ymi oknami. Marsja&#324;ska noc.

Potrzebujemy ludzi, kt&#243;rzy budowali ten model i kt&#243;rzy go obci&#261;&#380;yli testowo rzek&#322; wreszcie Rahaman.

Hoyster skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Przegl&#261;da&#322; podany mu przez telefonistk&#281; meldunek. Do sterowni dotr&#261; za jak&#261;&#347; godzin&#281; rzek&#322;. A potem, podnosz&#261;c g&#322;ow&#281;: Macross i van der Voyt wezm&#261; jutro udzia&#322; w obradach.

Nast&#261;pi&#322;o poruszenie. Byli to g&#322;&#243;wny dyrektor i g&#322;&#243;wny konstruktor stoczni, kt&#243;ra budowa&#322;a stutysi&#281;czniki.

Jutro? Pirxowi zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e si&#281; przes&#322;ysza&#322;.

Tak. Nie tutaj, oczywi&#347;cie. B&#281;d&#261; obecni telewizyjnie. Dzi&#281;ki bezpo&#347;redniej &#322;&#261;czno&#347;ci. Oto depesza podni&#243;s&#322; meldunek.

Ale&#380;! Jakie jest teraz op&#243;&#378;nienie? spyta&#322; kto&#347;.

O&#347;miominutowe.

Jak&#380;e oni to sobie wyobra&#380;aj&#261;? B&#281;dziemy czekali w niesko&#324;czono&#347;&#263; na ka&#380;d&#261; replik&#281; rozleg&#322;y si&#281; g&#322;osy.

Hoyster wzruszy&#322; ramionami.

Musimy si&#281; podporz&#261;dkowa&#263;. Pewno, &#380;e to b&#281;dzie k&#322;opotliwe. Opracujemy odpowiedni&#261; procedur&#281;

Odraczamy obrady do jutra? spyta&#322; Romani.

Tak. Zbierzemy si&#281; o sz&#243;stej rano. B&#281;d&#261; ju&#380; rejestraty ze sterowni.

Pirx, kt&#243;remu Romani zaoferowa&#322; nocleg u siebie, by&#322; z tego rad. Wola&#322; nie styka&#263; si&#281; z Seynem. Rozumia&#322; jego zachowanie, cho&#263; go nie pochwala&#322;. Nie bez trudu ulokowano wszystkich Syrtyjczyk&#243;w i o p&#243;&#322;nocy Pirx zosta&#322; sam w male&#324;kiej klitce, kt&#243;ra s&#322;u&#380;y&#322;a kierownikowi za podr&#281;czn&#261; bibliotek&#281; i prywatny gabinet roboczy. Po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; w ubraniu na rozstawionym mi&#281;dzy teodolitami ma&#322;ym &#322;&#243;&#380;ku polowym, z r&#281;kami pod g&#322;ow&#261;, wpatrzony w sufit, i le&#380;a&#322; tak z nieruchomymi oczami, prawie nie oddychaj&#261;c.

Rzecz dziwna, tam, w&#347;r&#243;d obcych ludzi, prze&#380;ywa&#322; katastrof&#281; jak gdyby z zewn&#261;trz, jako jeden z wielu &#347;wiadk&#243;w; nie by&#322; do ko&#324;ca zaanga&#380;owany nawet w&#243;wczas, gdy wyczuwa&#322; niech&#281;&#263; i animozj&#281; za pytaniami wisz&#261;ce w powietrzu oskar&#380;enie intruza o to, &#380;e chce zdominowa&#263; miejscowych specjalist&#243;w nawet kiedy Seyn stawa&#322; przeciw niemu; by&#322;o to wszystko wci&#261;&#380; na zewn&#281;trz, osadzone w naturalnym wymiarze nieuchronnego: tak musia&#322;o by&#263; w podobnych okoliczno&#347;ciach. Got&#243;w by&#322; odpowiada&#263; za to, co zrobi&#322;, ale zgodnie z racjonalnymi przes&#322;ankami, wi&#281;c nie czu&#322; si&#281; odpowiedzialny za nieszcz&#281;&#347;cie. By&#322; wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty, zachowa&#322; jednak spok&#243;j, pozosta&#322; w nim do ko&#324;ca obserwator, niezupe&#322;nie poddany wypadkom, bo uk&#322;ada&#322;y si&#281; systematycznie przy ca&#322;ej niezrozumia&#322;o&#347;ci mo&#380;na je by&#322;o sekcjonowa&#263;, wystyg&#322;e, porozdzielane, w uchwycie, jaki nadawa&#322; sam oficjalny tok obrad. Teraz to wszystko si&#281; rozpad&#322;o. Nie my&#347;la&#322; nic, nie przywo&#322;ywa&#322; &#380;adnych obraz&#243;w, powtarza&#322;y si&#281; same z siebie, od pocz&#261;tku: ekrany telewizyjne, na nich wej&#347;cie statku w przymarsie, wyhamowanie kosmicznej zmiany ci&#261;g&#243;w; by&#322; jakby wsz&#281;dzie naraz, w kontroli i w sterowni, zna&#322; te g&#322;uche udary, te dudnienia rozbiegaj&#261;ce si&#281; po kilu i wr&#281;gach, kiedy wielk&#261; moc zast&#281;powa&#322;a dygotliwa praca borowodor&#243;w, bas, kt&#243;rym turbopompy zapewnia&#322;y, &#380;e t&#322;ocz&#261; paliwo, wsteczny ci&#261;g, opadanie ruf&#261;, majestatycznie powolne, ma&#322;e poprawki boczne i to za&#322;amanie si&#281;, ten grom nag&#322;ego obrotu ci&#261;g&#243;w, gdy pe&#322;na moc zn&#243;w wskoczy&#322;a w dysze, wibracja, destabilizacja, rakieta wychwytywana rozpaczliwie, id&#261;ca wahad&#322;em, ko&#322;ysz&#261;ca si&#281; jak pijana wie&#380;a, nim run&#281;&#322;a z wysoko&#347;ci ju&#380; bezw&#322;adna, ju&#380; martwa, niesterowna, &#347;lepa jak kamie&#324;, upadek i zgruchotanie g&#243;ry a on by&#322; wsz&#281;dzie. By&#322; jakby samym walcz&#261;cym statkiem i odczuwaj&#261;c bole&#347;nie zupe&#322;n&#261; niedost&#281;pno&#347;&#263;, ostateczne zamkni&#281;cie tego, co si&#281; sta&#322;o, jednocze&#347;nie powraca&#322; do u&#322;amkowych chwil, jakby z ponawiaj&#261;cym si&#281; w milczeniu pytaniem, szukaj&#261;c tego, co zawiod&#322;o. To, czy Klyne usi&#322;owa&#322; przej&#261;&#263; stery, by&#322;o teraz ju&#380; bez znaczenia. W gruncie rzeczy kontrola by&#322;a bez zarzutu, chocia&#380; tam sobie &#380;artowali, ale to mog&#322;o urazi&#263; tylko przes&#261;dnego czy te&#380; ukszta&#322;towanego w czasach, w kt&#243;rych nie mo&#380;na sobie by&#322;o pozwoli&#263; na niefrasobliwo&#347;&#263;. Rozumowo wiedzia&#322;, &#380;e nic w tym z&#322;ego. Le&#380;a&#322; na wznak, a jakby sta&#322; przy sko&#347;nym oknie, celuj&#261;cym w zenit, kiedy ziele&#324; iskrz&#261;cej si&#281; gwiazdy borowodor&#243;w poch&#322;on&#261;&#322; straszny s&#322;oneczny blask, tym pulsem tak charakterystycznym dla atomowej mocy, w dyszach, co ju&#380; poczyna&#322;y stygn&#261;&#263; przez to w&#322;a&#347;nie nie wolno wprowadza&#263; ca&#322;ej tak gwa&#322;townie rakieta zahu&#347;ta&#322;a si&#281; najpierw jak serce dzwonu ko&#322;ysanego oszala&#322;ymi r&#281;kami i k&#322;oni&#322;a si&#281; swoj&#261; niesamowit&#261; d&#322;ugo&#347;ci&#261;, bo by&#322;a tak ogromna, jakby samymi rozmiarami, samym rozmachem wielko&#347;ci wysz&#322;a poza granic&#281; wszelkich zagro&#380;e&#324; tak samo musieli my&#347;le&#263;, przed wiekiem, pasa&#380;erowie Titanica.

Nagle wszystko to zgas&#322;o, jakby si&#281; zbudzi&#322;. Wsta&#322;, umy&#322; twarz, r&#281;ce, otworzy&#322; neseser, wyj&#261;&#322; pi&#380;am&#281;, pantofle, szczoteczk&#281; do z&#281;b&#243;w, i trzeci raz tego dnia zobaczy&#322; siebie w lustrze umywalki jak kogo&#347; obcego.

Mi&#281;dzy trzydziestk&#261; a czterdziestk&#261;, bli&#380;ej drugiej: smuga cienia kiedy ju&#380; przychodzi akceptowa&#263; warunki nie podpisanego kontraktu, narzuconego bez pytania, kiedy wiadomo, &#380;e to, co obowi&#261;zuje innych, odnosi si&#281; i do ciebie, &#380;e z tej regu&#322;y nie ma wyj&#261;tk&#243;w: chocia&#380; to przeciwne naturze, nale&#380;y si&#281; jednak starze&#263;. Dot&#261;d robi&#322;o to po kryjomu cia&#322;o tego ju&#380; nie do&#347;&#263;. Wymagana jest zgoda. M&#322;odzie&#324;czy wiek ustanawia jako regu&#322;&#281; gry nie, jako jej fundament niezmienno&#347;&#263; w&#322;asn&#261;: by&#322;em dziecinny, niedoros&#322;y, ale ju&#380; jestem prawdziwym sob&#261; i taki zostan&#281;. Ten nonsens jest przecie&#380; podstaw&#261; egzystencji. W odkryciu bezzasadno&#347;ci tego ustalenia zrazu tkwi wi&#281;cej zdziwienia ni&#380; l&#281;ku. Jest to poczucie oburzenia tak mocne, jakby&#347; przejrza&#322; i dostrzeg&#322;, &#380;e gra, do jakiej ci&#281; wci&#261;gni&#281;to, jest oszuka&#324;cza. Rozgrywka mia&#322;a by&#263; ca&#322;kiem inna; po zaskoczeniu, gniewie, oporze zaczyna si&#281; powolne pertraktacje z samym sob&#261;, z w&#322;asnym cia&#322;em, kt&#243;re mo&#380;na by wys&#322;owi&#263; tak: bez wzgl&#281;du na to, jak p&#322;ynnie i niepostrze&#380;enie starzejemy si&#281; fizycznie, nigdy nie jeste&#347;my zdolni dostosowa&#263; si&#281; umys&#322;owo do takiej ci&#261;g&#322;o&#347;ci. Nastawiamy si&#281; na trzydzie&#347;ci pi&#281;&#263;, potem na czterdzie&#347;ci lat, jakby ju&#380; w tym wieku mia&#322;o si&#281; zosta&#263;, i trzeba potem przy kolejnej rewizji prze&#322;amania samoob&#322;udy, natrafiaj&#261;cego na taki op&#243;r, &#380;e impet powoduje jak gdyby nazbyt daleki skok. Czterdziestolatek pocznie si&#281; wtedy zachowywa&#263; tak, jak sobie wyobra&#380;a spos&#243;b bycia cz&#322;owieka starego. Uznawszy raz nieuchronno&#347;&#263;, kontynuujemy gr&#281; z ponur&#261; zaciek&#322;o&#347;ci&#261;, jakby chc&#261;c przewrotnie zdublowa&#263; stawk&#281;; prosz&#281; bardzo, je&#347;li ten bezwstyd, to cyniczne, okrutne &#380;&#261;danie, ten oblig ma by&#263; wyp&#322;acony, je&#380;eli musz&#281; p&#322;aci&#263;, chocia&#380; nie godzi&#322;em si&#281;, nie chcia&#322;em, nie wiedzia&#322;em, masz wi&#281;cej, ni&#380; wynosi zad&#322;u&#380;enie pod&#322;ug tej zasady, brzmi&#261;cej humorystycznie, gdy j&#261; tak nazwa&#263;, usi&#322;ujemy przelicytowa&#263; przeciwnika. B&#281;d&#281; ci tak od razu stary, &#380;e stracisz kontenans. Chocia&#380; tkwimy w smudze cienia, prawie za ni&#261;, w fazie tracenia i oddawania pozycji, w samej rzeczy wci&#261;&#380; walczymy jeszcze, bo stawiamy oczywisto&#347;ci op&#243;r, i przez t&#281; szamotanin&#281; psychicznie starzejemy si&#281; skokami. To przeci&#261;gamy, to nie doci&#261;gamy, a&#380; ujrzymy, jak zwykle zbyt p&#243;&#378;no, &#380;e ca&#322;a ta potyczka, te samostrace&#324;cze przebicia, rejterady, butady te&#380; by&#322;y niepowa&#380;ne. Starzejemy si&#281; bowiem jak dzieci, to znaczy odmawiaj&#261;c zgody na to, na co zgoda nasza jest z g&#243;ry niepotrzebna, bo zawsze tak jest, gdzie nie ma miejsca na sp&#243;r ani walk&#281; podszyt&#261; nadto za&#322;ganiem. Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym wzgl&#281;dem gorsze, bo ju&#380; wida&#263; z niego, &#380;e nie ma nietkni&#281;tych szans. To znaczy: tera&#378;niejsze nie jest ju&#380; &#380;adna zapowiedzi&#261;, poczekalni&#261;, wst&#281;pem, trampolin&#261; wielkich nadziei, bo niepostrze&#380;enie odwr&#243;ci&#322;a si&#281; sytuacja. Rzekomy trening by&#322; nieodwo&#322;aln&#261; rzeczywisto&#347;ci&#261;; wst&#281;p tre&#347;ci&#261; w&#322;a&#347;ciw&#261;; nadzieje mrzonkami; nie obowi&#261;zuj&#261;ce za&#347;, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie jedyn&#261; zawarto&#347;ci&#261; &#380;ycia. Nic z tego, co si&#281; nie spe&#322;ni&#322;o, ju&#380; na pewno si&#281; nie spe&#322;ni; i trzeba si&#281; z tym pogodzi&#263; milcz&#261;c, bez strachu, a je&#347;li si&#281; da i bez rozpaczy.

Jest to wiek krytyczny dla kosmonaut&#243;w dla nich jak dla nikogo, bo w tym zawodzie ka&#380;dy, kto nie jest sprawny doskonale, od razu nie jest nic wart. Jak powiadaj&#261; czasem fizjologowie, wymagania stawiane przez kosmologi&#281; s&#261; zbyt wielkie, nawet dla najsprawniejszych ciele&#347;nie i duchowo; odpadaj&#261;c od czo&#322;&#243;wki, traci si&#281; tu wszystko naraz. Komisje lekarskie s&#261; bezwzgl&#281;dne w spos&#243;b przera&#380;aj&#261;cy dla jednostek, ale konieczny, bo nikomu nie mo&#380;na pozwoli&#263; na &#347;mier&#263; ani na zawa&#322; u ster&#243;w. Ludzie z pozoru pe&#322;ni si&#322; schodz&#261; z pok&#322;ad&#243;w i za jednym zamachem widz&#261; si&#281; u kresu; lekarze s&#261; tak. przyzwyczajeni do wybieg&#243;w, do rozpaczliwej dysymulacji, &#380;e wykrycie jej nie poci&#261;ga za sob&#261; &#380;adnych konsekwencji dyscyplinarnych, moralnych, niczego; prawie nikt nie mo&#380;e przeci&#261;gn&#261;&#263; okresu czynnej s&#322;u&#380;by poza pi&#281;&#263;dziesi&#261;tk&#281;. Przeci&#261;&#380;enia s&#261; najwi&#281;kszym wrogiem m&#243;zgu; mo&#380;e za sto albo za tysi&#261;c lat to si&#281; zmieni; na razie perspektywa ta zadr&#281;cza podczas miesi&#281;cy lotu ka&#380;dego w smudze cienia.

Klyne by&#322; kosmonaut&#261; nast&#281;pnej generacji, a jego, Pirxa, wiedzia&#322; o tym, m&#322;odsi nazywali wrogiem automat&#243;w, konserwatyst&#261;, mamutem. Niekt&#243;rzy z jego r&#243;wie&#347;nik&#243;w ju&#380; nie latali; pod&#322;ug uzdolnie&#324; i mo&#380;liwo&#347;ci przekwalifikowywali si&#281; na wyk&#322;adowc&#243;w, cz&#322;onk&#243;w Izby Kosmicznej, szli na synekury po stoczniach, zasiadali w radach nadzorczych, zajmowali si&#281; swoimi ogr&#243;dkami. Na og&#243;&#322; trzymali si&#281;; odgrywali nie&#378;le swoje pogodzenie si&#281; z nieuchronnym ale B&#243;g wie, ile to niejednego kosztowa&#322;o. A zdarza&#322;y si&#281; i post&#281;pki nieodpowiedzialne, wynikaj&#261;ce z niezgody, bezsilnej odmowy, z pychy i w&#347;ciek&#322;o&#347;ci, z poczucia niesprawiedliwie doznanego nieszcz&#281;&#347;cia. Wariat&#243;w nie zna&#322; ten zaw&#243;d; ale jednostki zbli&#380;a&#322;y si&#281; niebezpiecznie w stron&#281; ob&#322;&#281;du, cho&#263; nie przekracza&#322;y ostatniej granicy; jednakowo&#380;, pod rosn&#261;cym ci&#347;nieniem nadci&#261;gaj&#261;cego, bywa&#322;y wyskoki, co najmniej dziwaczne O, tak, zna&#322; te r&#243;&#380;ne dziwactwa, aberracje, przes&#261;dy, kt&#243;rym ulegali i obcy, i ci, z kt&#243;rymi z&#380;y&#322; si&#281; przez lata, za kt&#243;rych kiedy&#347;, zdawa&#322;o si&#281;, m&#243;g&#322; r&#281;czy&#263;. S&#322;odka ignorancja nie jest przywilejem fachu, w kt&#243;rym tyle rzeczy trzeba wiedzie&#263; koniecznie; ka&#380;dego dnia ginie w m&#243;zgu nieodwracalnie kilka tysi&#281;cy neuron&#243;w i ju&#380; przed trzydziestk&#261; rozpoczyna si&#281; ten szczeg&#243;lny, niewyczuwalny, ale nieustaj&#261;cy wy&#347;cig, rywalizacja mi&#281;dzy s&#322;abni&#281;ciem funkcji podmywanej atrofi&#261; i jej doskonaleniem zawdzi&#281;czanym rosn&#261;cemu do&#347;wiadczeniu; tak powstaje chwiejna r&#243;wnowaga, balans i&#347;cie akrobatyczny, z kt&#243;rym przychodzi &#380;y&#263; i lata&#263;. I &#347;ni&#263;. Kogo zabija&#322; tyle razy poprzedniej nocy? Czy nie mia&#322;o to jakiego&#347; szczeg&#243;lnego znaczenia? K&#322;ad&#261;c si&#281; na polowym &#322;&#243;&#380;eczku, kt&#243;re zatrzeszcza&#322;o pod jego ci&#281;&#380;arem, pomy&#347;la&#322;, &#380;e, by&#263; mo&#380;e, nie uda mu si&#281; zasn&#261;&#263;; nie zna&#322; dot&#261;d bezsenno&#347;ci, ale kiedy&#347; musia&#322;a przecie&#380; nadej&#347;&#263;. Ta my&#347;l zaniepokoi&#322;a go dziwacznie. Bezsennej nocy nie obawia&#322; si&#281; wcale, a tylko taka krn&#261;brno&#347;&#263; cia&#322;a, oznaczaj&#261;ca rozpanoszenie si&#281; tego, co by&#322;o dot&#261;d niezawodne, nawet jako mo&#380;liwo&#347;&#263; nabra&#322;a w tym momencie sensu nieomal kl&#281;ski. Nie &#380;yczy&#322; sobie po prostu le&#380;enia z otwartymi oczami, wbrew woli, wi&#281;c chocia&#380; by&#322;o to g&#322;upie, usiad&#322;, bezmy&#347;lnie spojrza&#322; na swoj&#261; zielon&#261; pi&#380;am&#281; i zwr&#243;ci&#322; oczy na p&#243;&#322;ki z ksi&#261;&#380;kami. Nie spodziewa&#322; si&#281; na nich niczego ciekawego i zaskoczy&#322; go rz&#261;d grubych tom&#243;w ponad zdzioban&#261; cyrklami rysownic&#261;. Sta&#322;a tam, w rozwini&#281;tym szyku, ca&#322;a niemal historia areologii, wi&#281;kszo&#347;&#263; tych ksi&#261;&#380;ek zna&#322;, bo te same egzemplarze tkwi&#322;y w jego biblioteczce na Ziemi; wsta&#322; i po kolei j&#261;&#322; dotyka&#263; solidnych grzbiet&#243;w. By&#322; tu nie tylko ojciec astronomii Herschel, ale sam Kepler, Astronomia nova seu Physica coelestis tradita commentariis de motibus stellae martis pod&#322;ug bada&#324; Tychona de Brahe, wydanie z 1784 roku. A dalej Flammarion, Backhuysen, Kaiser i wielki fantasta Schiaparelli, jego Memoria terza, ciemne wydanie rzymskie, i Arrhenius, i Antoniadi, Kuiper, Lowell, Pickering, Saheko, Struve, Vaucouleurs, a&#380; do Wernhera Brauna z jego Projektem Marsa, i mapy, rulony map, ze wszystkimi kana&#322;ami 196 Margaritifer Sinus, Lacus Solis i sam Agathodaemon Sta&#322; tak, nie musia&#322; otwiera&#263; &#380;adnej z tych ksi&#261;&#380;ek o wy&#347;lizganych, grubych jak deski ok&#322;adkach. W zapachu starego p&#322;&#243;tna, osnowy, &#380;&#243;&#322;tawych kart, w kt&#243;rym by&#322;o co&#347; dostojnego i strupiesza&#322;ego zarazem, o&#380;y&#322;y godziny sp&#281;dzone nad tajemnic&#261; szturmowan&#261; przez dwa wieki, obl&#281;&#380;on&#261; mrowiem hipotez: umierali po kolei, nie doczekawszy si&#281; rozstrzygni&#281;cia. Antoniadi przez ca&#322;e &#380;ycie nie widzia&#322; kana&#322;&#243;w, a&#380; u schy&#322;ku staro&#347;ci niech&#281;tnie przyzna&#322; si&#281; do jakich&#347; linii, co podobnie wygl&#261;da&#322;y. Graff nie dostrzeg&#322; &#380;adnego do ko&#324;ca i m&#243;wi&#322;, &#380;e brak mu imaginacji koleg&#243;w. Kanali&#347;ci za&#347; widzieli i rysowali po nocach, czekaj&#261;c godzinami u okularu na jeden z sekundowych moment&#243;w znieruchomienia atmosfery, bo w&#243;wczas zapewniali na buromg&#322;awej tarczce pojawia si&#281; precyzyjnie ostra, od w&#322;osa cie&#324;sza sie&#263;. Lowell rysowa&#322; g&#281;st&#261;, Pickering rzadsz&#261;, ale ten miewa&#322; szcz&#281;&#347;cie do geminacji, jak nazywano zdumiewaj&#261;ce podwajanie si&#281; kana&#322;&#243;w. Z&#322;udzenie? Wi&#281;c czemu niekt&#243;re kana&#322;y nigdy si&#281; nie chcia&#322;y podwaja&#263;? &#346;l&#281;cza&#322; nad tymi ksi&#261;&#380;kami jako kadet, w czytelni, bo tak zabytkowych nie wypo&#380;yczano. By&#322; czy trzeba to powiedzie&#263;? po stronie kanalist&#243;w. Ich argumenty brzmia&#322;y mu niezbicie: Graff, Antoniadi, Hali, kt&#243;rzy pozostali niewiernymi Tomaszami, mieli obserwatoria w miastach P&#243;&#322;nocy, zadymionych, z wiecznie ruchliwym powietrzem, podczas gdy Schiaparelli pracowa&#322; w Mediolanie, a Pickering siedzia&#322; na swojej g&#243;rze, nad pustyni&#261; Arizony. Antykanali&#347;ci robili przemy&#347;lne eksperymenty: dawali odrysowywa&#263; tarczk&#281; z bez&#322;adnie naniesionymi kropkami i kleksami, kt&#243;re, przy wi&#281;kszej odleg&#322;o&#347;ci, uk&#322;ada&#322;y si&#281; w podobie&#324;stwo sieci kana&#322;&#243;w, a potem pytali: Dlaczego nie wida&#263; ich przez najsilniejsze instrumenty? Dlaczego nie uzbrojonym okiem mo&#380;na si&#281; dopatrzy&#263; kana&#322;&#243;w i na Ksi&#281;&#380;ycu? Dlaczego nie widzieli &#380;adnych kana&#322;&#243;w pierwsi obserwatorzy, a po Schiaparellim ju&#380; wszyscy poszli pod jego komend&#281;? A tamci odpowiadali: w erze przedteleskopowej nikt, nigdy, &#380;adnych kana&#322;&#243;w na Ksi&#281;&#380;ycu nie dostrzega&#322;. Du&#380;e teleskopy nie pozwalaj&#261; stosowa&#263; pe&#322;nej apertury, maksymalnych powi&#281;ksze&#324;, bo atmosfera ziemska nie jest dostatecznie spokojna; eksperymenty z rysunkami s&#261; wymini&#281;ciem sprawy. Kanali&#347;ci na wszystko mieli odpowied&#378;. Mars to jeden olbrzymi zamarzni&#281;ty ocean, kana&#322;y to p&#281;kni&#281;cia jego lodowych p&#243;l, rozmykaj&#261;cych si&#281; pod uderzeniami meteor&#243;w; nie: kana&#322;y to szerokie doliny, kt&#243;rymi p&#322;yn&#261; wody odwil&#380;y wiosennej, a na brzegach rozkwita wtedy marsja&#324;ska ro&#347;linno&#347;&#263;. Spektroskopia przekre&#347;li&#322;a i t&#281; szans&#281;: zbyt ma&#322;o wyjawi&#322;a wody, wi&#281;c ujrzeli w kana&#322;ach ogromne zapadliska, d&#322;ugie doliny, kt&#243;rymi p&#322;yn&#261; od bieguna ku r&#243;wnikowi rzeki chmur, pop&#281;dzane konwekcyjnymi pr&#261;dami. Schiaparelli nigdy nie chcia&#322; wyra&#378;nie o&#347;wiadczy&#263;, &#380;e s&#261; to twory obcego rozumu, wykorzystywa&#322; dwuznaczno&#347;&#263; terminu kana&#322;, by&#322; to szczeg&#243;lny punkt owa wstydliwo&#347;&#263; mediola&#324;czyka i wielu innych astronom&#243;w, nie nazywali rzeczy po imieniu, rysowali tylko mapy i przedstawiali je, ale Schiaparelli pozostawi&#322; w papierach rysunki t&#322;umacz&#261;ce, w jaki spos&#243;b mo&#380;e przychodzi&#263; do rozdwajania si&#281;, s&#322;ynnej geminacji: gdy woda wdziera si&#281; do r&#243;wnoleg&#322;ych koryt, dotychczas wysch&#322;ych jej przyb&#243;r zaciemnia nagle linie, jakby kto&#347; napu&#347;ci&#322; tuszu do zaci&#281;&#263; w drzewie. Przeciwnicy za&#347; nie tylko przeczyli istnieniu kana&#322;&#243;w, nie tylko gromadzili negatywn&#261; argumentacj&#281;, ale z biegiem czasu zdawali si&#281; &#380;ywi&#263; wzgl&#281;dem nich coraz bardziej pal&#261;c&#261; nienawi&#347;&#263;. Wallace, drugi obok Darwina tw&#243;rca teorii naturalnej ewolucji, wi&#281;c nawet nie astronom, kt&#243;ry w &#380;yciu chyba nie widzia&#322; Marsa przez szk&#322;a, w stustronicowym pamflecie zniszczy&#322; wraz z kana&#322;ami wszelk&#261; my&#347;l o istnieniu &#380;ycia na Marsie; Mars pisa&#322; nie tylko nie jest zamieszkany przez inteligentne istoty, jak to g&#322;osi pan Lowell, ale jest absolutnie niemieszkalny. Nie by&#322;o letnich areolog&#243;w, ka&#380;dy musia&#322; wyra&#378;nie wyzna&#263; swe credo. Nast&#281;pna generacja kanalist&#243;w opisywa&#322;a ju&#380; cywilizacj&#281; Marsa i rozziew powi&#281;ksza&#322; si&#281;: &#380;ywy obszar prac rozumu m&#243;wili jedni; pustynny trup odpowiadali im drudzy. Potem Saheko dostrzega&#322; owe tajemnicze b&#322;yski, kr&#243;tkotrwa&#322;e, wygaszane powstaj&#261;cymi chmurami, zbyt kr&#243;tkie jak na wulkaniczny wybuch, pojawiaj&#261;ce si&#281; przy wzajemnej opozycji planet, co wyklucza&#322;a odb&#322;ysk S&#322;o&#324;ca w lodowym stoku g&#243;rskim, i to jeszcze przed wyzwoleniem energii atomowej, tak &#380;e my&#347;l o marsja&#324;skich testach j&#261;drowych wynik&#322;a p&#243;&#378;niej Jedna strona musia&#322;a mie&#263; s&#322;uszno&#347;&#263;; w pierwszej po&#322;owie dwudziestego wieku godzono si&#281; powszechnie, &#380;e nie ma wprawdzie geometrycznych kana&#322;&#243;w Schiaparellego, ale istnieje jednak co&#347;, co umo&#380;liwia ich dostrzeganie, oko dopowiada, lecz nie halucynuje z niczego; kana&#322;y obserwowa&#322;o zbyt wielu ludzi ze zbyt wielu r&#243;&#380;nych miejsc Ziemi. A wi&#281;c pewno nie otwarte wody w polach lodowych i nie pr&#261;dy niskich chmur w brzegach dolin, mo&#380;e nawet nie pasy ro&#347;linno&#347;ci, ale jednak co&#347;, kto wie bardziej jeszcze niezrozumia&#322;ego, zagadkowego, co czeka&#322;o oczu ludzkich, fotograficznych obiektyw&#243;w i automatycznych sond.

Pirx nie przyzna&#322; si&#281; nikomu do my&#347;li, jakie towarzyszy&#322;y tym zach&#322;annym lekturom, lecz Boerst, bystry i bezwzgl&#281;dny, jak przysta&#322;o na prymusa, wydoby&#322; na jaw jego tajemnic&#281; i uczyni&#322; go na kilka tygodni po&#347;miewiskiem kursu: zrobi&#322; z niego kana&#322;owca Pirxa, kt&#243;ry w astronomii obserwacyjnej ufundowa&#322; doktryn&#281; credo, quia non est. Albowiem Pirx wiedzia&#322; przecie&#380;, &#380;e nie ma &#380;adnych kana&#322;&#243;w i &#380;e, co gorsze, a co chyba jeszcze okrutniejsze, nie ma w og&#243;le niczego, co by je przypomina&#322;o. Jak&#380;e m&#243;g&#322; nie wiedzie&#263;, skoro Mars by&#322; zdobyty od lat, skoro zdawa&#322; areograficzne kolokwia i nie tylko musia&#322; orientowa&#263; dok&#322;adne mapy fotograficzne pod okiem asystent&#243;w, ale na praktycznych zaj&#281;ciach l&#261;dowa&#322;, w symulatorze, na tym samym dnie Agathodaemona, na kt&#243;rym teraz sta&#322;, pod kloszem Projektu, przed p&#243;&#322;k&#261; z dwustuletnim dorobkiem astronomii, stanowi&#261;cym muzealny zabytek. Ma si&#281; rozumie&#263;, &#380;e wszystko to wiedzia&#322;, lecz wiedza ta tkwi&#322;a w jego g&#322;owie gdzie&#347; zupe&#322;nie osobno, nie podleg&#322;a sprawdzeniom, jakby by&#322;y jednym wielkim oszustwem. Jak gdyby nadal istnia&#322; jaki&#347; inny, nieosi&#261;galny, pokryty zarysem geometrycznym, tajemniczy Mars.

Podczas lotu na linii Aresterra jest taki czas, taka strefa, z kt&#243;rej doprawdy zaczyna si&#281; widzie&#263; go&#322;ym okiem i to widzie&#263; trwale, godzinami to, co Schiapare&#322;li. Lowell i Pickering obserwowali tylko w mgnieniach atmosferycznego zastoju. Przez bul&#261; je mo&#380;na zobaczy&#263; kana&#322;y czasem przez dob&#281;, niekiedy przez dwie formuj&#261;ce si&#281; nik&#322;ym rysunkiem w tle burej, nieprzyjaznej tarczy. A potem, gdy glob zbli&#380;y si&#281; bardziej, poczynaj&#261; nikn&#261;&#263;, rozpuszcza&#263; si&#281;, jeden po drugim rozp&#322;ywaj&#261; si&#281; w nico&#347;&#263;, nie zostaje po nich najs&#322;abszy &#347;lad, a tylko wyzbyta wszelkich ostrych kontur&#243;w tarcza planetarna zdaje si&#281; swoj&#261; nudn&#261;, szar&#261; oboj&#281;tno&#347;ci&#261; drwi&#263; z nadziei, jakie wzbudzi&#322;a. Zapewne: po dalszych tygodniach lotu co&#347; wreszcie wy&#322;ania si&#281; definitywnie i ju&#380; nie rozp&#322;ywa, ale wtedy s&#261; to po prostu wyszczerbione obrze&#380;a najwi&#281;kszych krater&#243;w, dzikie nagromadzenia zwietrza&#322;ych ska&#322;, bez&#322;adne rumowiska, utopione w g&#322;&#281;bokich pok&#322;adach burego piachu, niepodobne w niczym do tamtej czystej precyzji geometrycznego rysunku. Sw&#243;j chaos planeta objawia z bliska ju&#380; ulegle i ostatecznie, niezdolna wycofa&#263; si&#281; z tak naocznego obrazu miliardoletniej erozji; chaos &#243;w nie daje si&#281; wprost pogodzi&#263; z tamtym pami&#281;tnym, czystym rysunkiem, kt&#243;ry stanowi&#322; zarys czego&#347;, co przemawia&#322;o tak intensywnie i budzi&#322;o takie wzruszenie, poniewa&#380; sz&#322;o o logiczny &#322;ad, o niezrozumia&#322;y, ale manifestuj&#261;cy sw&#261; obecno&#347;&#263; sens jaki&#347;, kt&#243;ry domaga&#322; si&#281; jedynie znaczniejszego wysi&#322;ku dla ogarni&#281;cia.

Wi&#281;c gdzie&#380; on w&#322;a&#347;ciwie by&#322; i co kry&#322;o si&#281; w tak szyderczym mira&#380;u? Projekcja siatk&#243;wki oka, jej optycznych mechanizm&#243;w? Aktywno&#347;ci wzrokowej kory m&#243;zgu? Na to pytanie nikt nie zamierza&#322; udzieli&#263; odpowiedzi, poniewa&#380; problem, kiedy upad&#322;, podzieli&#322; los wszystkich przekre&#347;lonych, przez post&#281;p zgruchotanych hipotez: wymieciono go do rupieciarni. Skoro nie by&#322;o kana&#322;&#243;w ani nawet czego&#347; szczeg&#243;lnego w rze&#378;bie planety, co by w wyj&#261;tkowy spos&#243;b stwarza&#322;o ich doskona&#322;e wra&#380;enie nie by&#322;o o czym m&#243;wi&#263;, nad czym si&#281; zastanawia&#263;. Wi&#281;c dobrze si&#281; sta&#322;o, &#380;e tych trze&#378;wi&#261;cych rewelacji nie do&#380;y&#322; &#380;aden kanalista, tak samo jak &#380;aden z antykanalist&#243;w, poniewa&#380; zagadka wcale nie zosta&#322;a rozwi&#261;zana: ona tylko znik&#322;a. S&#261; przecie&#380; inne planety o niewyra&#378;nych tarczach; kana&#322;&#243;w nie widziano na &#380;adnej nigdy. Nikt ich nie dostrzeg&#322;, nikt nie rysowa&#322;. Czemu? Nie wiadomo.

Zapewne, mo&#380;na by&#322;o snu&#263; hipotezy i na ten temat: potrzebna by&#322;a szczeg&#243;lna mieszanina dystansu i powi&#281;kszenia optycznego, przedmiotowego chaosu i podmiotowej t&#281;sknoty za porz&#261;dkiem, ostatnich &#347;lad&#243;w tego, co, wy&#322;aniaj&#261;c si&#281; z m&#281;tnej plamki w okularze, trwaj&#261;c poza granic&#261; postrzegalno&#347;ci, sekundowo do niej jednak prawie &#380;e dociera&#322;o; czyli niechby najniklejszego oparcia i nie&#347;wiadomych jego potrzeby roje&#324;, &#380;eby zosta&#322; napisany ten rozdzia&#322;, zamkni&#281;ty ju&#380;, astronomii.

&#379;&#261;daj&#261;c od planety, aby si&#281; opowiedzia&#322;a po jednej ze stron, trwaj&#261;c na pozycjach gry do ko&#324;ca uczciwej, pokolenia areolog&#243;w schodzi&#322;y do grobu twardo wierz&#261;c w to, &#380;e sprawa dostanie si&#281; wreszcie przed w&#322;a&#347;ciwe trybuna&#322;y, &#380;e zostanie do ko&#324;ca, sprawiedliwie i wyra&#378;nie rozstrzygni&#281;ta. Pirx czu&#322;, &#380;e oni wszyscy cho&#263;, dla rozmaitych przyczyn, w niejednakowy spos&#243;b poczuliby si&#281; zawiedzeni i oszukani, gdyby mogli dost&#261;pi&#263; dok&#322;adnego o&#347;wiecenia, jakie sta&#322;o si&#281; jego udzia&#322;em. W tym przekre&#347;leniu pyta&#324; i odpowiedzi, w totalnej nieodpowiednio&#347;ci poj&#281;&#263; wzgl&#281;dem zagadkowego obiektu by&#322;a jaka&#347; gorzka, ale istotna, okrutna, ale pouczaj&#261;ca lekcja, kt&#243;ra przeszy&#322;o go nag&#322;e ol&#347;nienie mia&#322;a zwi&#261;zek z tym, w co teraz wszed&#322; i nad czym &#322;ama&#322; sobie g&#322;ow&#281;.

Zwi&#261;zek starej areografii z katastrof&#261; Ariela? Ale jaki? I jak nale&#380;a&#322;o rozumie&#263; to m&#281;tne, chocia&#380; tak intensywne wyobra&#380;enie? Nie wiedzia&#322;. By&#322; jednak zupe&#322;nie pewien, &#380;e tego po&#322;&#261;czenia tak niepodobnych do siebie, tak odleg&#322;ych spraw ani teraz, w &#347;rodku nocy, nie przejrzy ani nie zapomni. Nale&#380;a&#322;o rzecz przespa&#263;. Gasz&#261;c &#347;wiat&#322;o pomy&#347;la&#322; jeszcze, &#380;e Romani musia&#322; by&#263; o wiele bogatszym duchowo cz&#322;owiekiem, ni&#380;by si&#281; da&#322;o przypu&#347;ci&#263;. Te ksi&#261;&#380;ki stanowi&#322;y jego w&#322;asno&#347;&#263; prywatn&#261;, a o ka&#380;dy kilogram osobistych rzeczy, przywo&#380;onych na Marsa, sz&#322;y spory; rozwa&#380;ny zarz&#261;d Projektu pozawiesza&#322; w ziemskim kosmodromie instrukcje i apele do poczucia lojalno&#347;ci pracownik&#243;w, t&#322;umacz&#261;c, jak obci&#261;&#380;anie rakiet zb&#281;dnym balastem szkodzi sprawie. Dopraszano si&#281; racjonalno&#347;ci, a sam Romani,. w ko&#324;cu kierownik Agathodaemona, naruszy&#322; owe przepisy i zasady, przywo&#380;&#261;c kilkadziesi&#261;t kilogram&#243;w dzie&#322; wszechstronnie zb&#281;dnych po co w&#322;a&#347;ciwie? O tym, aby je m&#243;g&#322; czyta&#263;, nie by&#322;o mowy.

Ju&#380; w ciemno&#347;ci u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, senny, do my&#347;li, kt&#243;ra wyja&#347;nia&#322;a racj&#281; tych bibliofilskich staroci pod kloszem marsja&#324;skiego Projektu. Zapewne, nic nikomu tu po takich ksi&#261;&#380;kach, po ewangeliach i zburzonych proroctwach. Ale wydawa&#322;o si&#281; rzecz&#261; godziw&#261;, wi&#281;cej konieczn&#261;, &#380;eby my&#347;li tych ludzi, kt&#243;rzy oddali, co mieli najlepszego, zagadce czerwonej planety, znalaz&#322;y si&#281; przy pe&#322;nym ju&#380; pogodzeniu najzacieklejszych przeciwnik&#243;w na Marsie. To im si&#281; nale&#380;a&#322;o; a Romani, kt&#243;ry rzecz rozumia&#322;, by&#322; godnym zaufania cz&#322;owiekiem.

Zbudzi&#322; si&#281; o pi&#261;tej z kamiennego snu, od razu trze&#378;wy, jakby wyszed&#322; z ch&#322;odnej wody, i maj&#261;c jeszcze kilka chwil dla siebie da&#322; sobie pi&#281;&#263; minut, nieraz tak robi&#322; pomy&#347;la&#322; o dow&#243;dcy rozbitego statku. Nie wiedzia&#322;, czy Klyne m&#243;g&#322; uratowa&#263; Ariela z trzydziestoma lud&#378;mi za&#322;ogi, ale nie wiedzia&#322; te&#380;, czy Klyne pr&#243;bowa&#322; walczy&#263;. To by&#322;o pokolenie racjonalist&#243;w, podci&#261;gali si&#281; do niezawodnie logicznych sojusznik&#243;w komputer&#243;w, bo stawia&#322;y coraz wi&#281;ksze wymagania, gdy je kto&#347; chcia&#322; kontrolowa&#263;. Tote&#380; &#322;atwiej by&#322;o si&#281; zda&#263; na nie &#347;lepo. On tego nie potrafi&#322;, chocia&#380;by sto razy chcia&#322;. T&#281; nieufno&#347;&#263; mia&#322; w ko&#347;ciach. W&#322;&#261;czy&#322; radio.

Burza wybuch&#322;a. Spodziewa&#322; si&#281; jej, lecz zaskoczy&#322;y go rozmiary histerii. Trzy kwestie dominowa&#322;y w radiowym przegl&#261;dzie prasy: podejrzenia o sabota&#380;, niepewno&#347;&#263; losu statk&#243;w lec&#261;cych na Marsa i oczywi&#347;cie konsekwencje polityczne ca&#322;ej sprawy. Najwi&#281;ksze dzienniki by&#322;y ostro&#380;ne w wysuwaniu hipotezy sabota&#380;u, ale prasa brukowa tu sobie pofolgowa&#322;a. Moc by&#322;o te&#380; krytyki stutysi&#281;cznik&#243;w: &#380;e ich nie wypr&#243;bowano dostatecznie, &#380;e nie mog&#322;y startowa&#263; z Ziemi, a co gorsze niepodobna by&#322;o zawr&#243;ci&#263; ich z drogi, bo brak&#322;o im dostatecznej rezerwy paliwa; nie da&#322;oby si&#281; ich te&#380; wy&#322;adowa&#263; na oko&#322;omarsja&#324;skich orbitach. To by&#322;a prawda; musia&#322;y stan&#261;&#263; na Marsie. Ale trzy lata wcze&#347;niej pr&#243;bny prototyp, co prawda z innym nieco modelem komputera, l&#261;dowa&#322; na Marsie kilkakrotnie z pe&#322;nym powodzeniem. Domoro&#347;li rzeczoznawcy zdawali si&#281; o tym nie wiedzie&#263;. Rozp&#281;ta&#322;a si&#281; te&#380; kampania zmierzaj&#261;ca do zniszczenia politycznych poplecznik&#243;w Projektu Marsa; nazywano go wr&#281;cz szale&#324;stwem. Musia&#322;y ju&#380; gdzie&#347; by&#263; gotowe listy wykrocze&#324; przeciwko bezpiecze&#324;stwu prac na obu przycz&#243;&#322;kach, krytykowano spos&#243;b zatwierdzania projekt&#243;w i testowania prototyp&#243;w, suchej nitki nie zostawiono na czo&#322;owych postaciach marsja&#324;skiego zarz&#261;du; og&#243;lny ton by&#322; kasandryczny.

Kiedy zg&#322;osi&#322; si&#281; o sz&#243;stej do kierownictwa, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e nie nale&#380;y ju&#380; do &#380;adnej komisji, bo t&#281; ich samozwa&#324;cz&#261; organizacj&#281; Ziemia zd&#261;&#380;y&#322;a anulowa&#263;; mogli robi&#263;, co chcieli, ale wszystko mia&#322;o si&#281; rozpocz&#261;&#263; od nowa, oficjalnie i legalnie, dopiero po przy&#322;&#261;czeniu ziemskiej grupy. Zdymisjowane gremium znalaz&#322;o si&#281; jak gdyby w korzystniejszej ni&#380; wczoraj sytuacji: skoro nie mia&#322;o o niczym decydowa&#263;, tym swobodniej mo&#380;na by&#322;o przygotowa&#263; postulaty i wnioski dla instancji wy&#380;szej, to znaczy ziemskiej. Sytuacja materia&#322;owa by&#322;a w Wielkiej Syrcie do&#347;&#263; z&#322;o&#380;ona, ale nie krytyczna, natomiast brak dostaw musia&#322; roz&#322;o&#380;y&#263; przycz&#243;&#322;ek Agathodaemona w ci&#261;gu miesi&#261;ca; o tym, by Syrta mog&#322;a mu przyj&#347;&#263; z efektywn&#261; pomoc&#261;, nie by&#322;o mowy. Brakowa&#322;o nie tylko budowlanych materia&#322;&#243;w, ale nawet wody. Wprowadzenie re&#380;imu najwy&#380;szej oszcz&#281;dno&#347;ci na bie&#380;&#261;co by&#322;o konieczne. S&#322;ucha&#322; tego Pirx jednym uchem, bo tymczasem dostarczono aparatur&#281; rejestruj&#261;c&#261; ze sterowni. Szcz&#261;tki ludzkie znajdowa&#322;y si&#281; ju&#380; w pojemnikach; co do tego, czy b&#281;d&#261; pochowane na Marsie, nie podj&#281;to jeszcze decyzji. Rejestrat&#243;w nie mo&#380;na by&#322;o bada&#263; niezw&#322;ocznie, potrzebne by&#322;y niejakie przygotowania i dlatego omawiano sprawy nie zwi&#261;zane bezpo&#347;rednio z przyczynami i przebiegiem katastrofy: czy mobilizacja najwi&#281;kszej ilo&#347;ci mniejszych statk&#243;w nie odwr&#243;ci&#322;aby gro&#378;by zag&#322;ady Projektu, czy da&#322;oby si&#281; nimi dostarczy&#263; &#380;yciowego minimum &#322;adunk&#243;w w dostatecznie kr&#243;tkim czasie przy czym Pirx pojmowa&#322; racjonalno&#347;&#263; takich poszukiwa&#324;, ale zarazem trudno mu by&#322;o nie my&#347;le&#263; o obu stutysi&#281;cznikach znajduj&#261;cych si&#281; na kursie Marsa, kt&#243;re owymi uwagami jak gdyby ju&#380; z g&#243;ry przekre&#347;lano; jakby uznawano, &#380;e o ich dalszym ruchu na tej linii nie mo&#380;e by&#263; mowy. Wi&#281;c co si&#281; mia&#322;o z nimi sta&#263; skoro musia&#322;y l&#261;dowa&#263;? Wszyscy obecni znali ju&#380; reakcj&#281; ameryka&#324;skiej prasy, a na bie&#380;&#261;co dostarczono na sal&#281; radiogramy ze streszczonymi wyst&#261;pieniami polityk&#243;w niedobrze to wygl&#261;da&#322;o: Projekt jeszcze nie zd&#261;&#380;y&#322;, ustami swoich przedstawicieli, rozpocz&#261;&#263; sk&#322;adania wyja&#347;nie&#324;, a ju&#380; znalaz&#322; si&#281; pod ogniem koncentrycznego oskar&#380;enia. Pojawia&#322;y si&#281; nawet epitety pomawiaj&#261;ce o zbrodnicz&#261; lekkomy&#347;lno&#347;&#263;. Pirx nie chcia&#322; mie&#263; z tym nic wsp&#243;lnego, tote&#380; ko&#322;o dziesi&#261;tej wymkn&#261;&#322; si&#281; z zadymionej sali i skorzystawszy z grzeczno&#347;ci mechanik&#243;w obs&#322;ugi kosmodromu, pojecha&#322; ma&#322;ym &#322;azikiem na miejsce katastrofy.

Dzie&#324;, jak na Marsa, by&#322; raczej ciep&#322;y i prawie pochmurny. Niebo przybra&#322;o rzadki, nie tyle rdzawy, co niemal r&#243;&#380;owy kolor; w takich chwilach wydaje si&#281;, &#380;e Mars posiada w&#322;asn&#261;, odmienn&#261; od ziemskiej, surow&#261; urod&#281;, nieco zawoalowan&#261;, jakby nie oczyszczon&#261;, kt&#243;ra niebawem wy&#322;oni si&#281; w mocniejszych promieniach S&#322;o&#324;ca spod py&#322;owych zamieci i brudnych smug, lecz oczekiwania takie nie chc&#261; si&#281; spe&#322;nia&#263;; nie chodzi o zapowied&#378;, lecz o najlepszy z pejza&#380;y, jakie planeta ma do pokazania. Pozostawiwszy przysadzisty, do bunkra podobny budynek kontroli lot&#243;w o p&#243;&#322;torej mili za sob&#261;, dojechali do ko&#324;ca startowych p&#322;yt, bo zaraz dalej &#322;azik beznadziejnie ugrz&#261;z&#322;. Pirx mia&#322; na sobie lekki p&#243;&#322;skafander, jakim si&#281; wszyscy tu pos&#322;ugiwali, jaskrawoniebieski, du&#380;o wygodniejszy od wysokopr&#243;&#380;niowego, z l&#380;ejszym te&#380; tornistrem, dzi&#281;ki otwartemu obiegowi tlenowemu; co&#347; jednak &#378;le dzia&#322;a&#322;o w klimatyzacji, bo gdy spotnia&#322; od szybszych ruch&#243;w trzeba si&#281; by&#322;o przedziera&#263; przez lotne wydmy zaraz mu zamgli&#322;o szyb&#281; w he&#322;mie; tyle &#380;e tutaj nie by&#322;o to nieszcz&#281;&#347;ciem, bo pomi&#281;dzy pier&#347;cieniem he&#322;mu a piersiow&#261; cz&#281;&#347;ci&#261; skafandra zwisa&#322;y, niczym korale indora, lu&#378;ne woreczki, w kt&#243;re wtyka&#322;o si&#281; r&#281;k&#281;, i od &#347;rodka mo&#380;na by&#322;o sobie przetrze&#263; szk&#322;o, sposobem wprawdzie prymitywnym, ale skutecznym.

Dno ogromnego leja by&#322;o zapchane maszynami g&#261;sienicowymi: wykop, kt&#243;rym dotarto do sterowni, przypomina&#322; istny otw&#243;r kopalnianego szybu, by&#322; nawet os&#322;oni&#281;ty z trzech stron p&#322;atami &#380;ebrowanej blachy aluminiowej dla ochrony przed zsypywaniem si&#281; piasku. Po&#322;ow&#281; leja zajmowa&#322;a centralna cz&#281;&#347;&#263; kad&#322;uba, wielka jak transatlantyk wyrzucony burz&#261; na l&#261;d i rozbity o ska&#322;y; pod ni&#261; krz&#261;ta&#322;o si&#281; z pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu ludzi, ale i oni, i ich d&#378;wigi z koparkami wygl&#261;da&#322;y jak mr&#243;wki u zw&#322;ok olbrzyma. Sam dzi&#243;b rakiety, prawie nietkni&#281;ty, licz&#261;cy sobie osiemna&#347;cie metr&#243;w, nie by&#322; st&#261;d widoczny, bo impet cisn&#261;&#322; nim o kilkaset metr&#243;w dalej; si&#322;a mia&#380;d&#380;&#261;ca zderzenia by&#322;a straszna, skoro znajdowano grudki nadtopionego kwarcu energia ruchu zmieni&#322;a si&#281; momentalnie w cieplna, daj&#261;c termiczny skok jak przy upadku meteoru, chocia&#380; szybko&#347;&#263; nie by&#322;a wszak zbyt znaczna: w granicach d&#378;wi&#281;kowej. Pirx odni&#243;s&#322; wra&#380;enie, &#380;e dysproporcja pomi&#281;dzy &#347;rodkami, jakimi dysponowa&#322; Agathodaemon, a ogromem wraku nie jest wystarczaj&#261;cym usprawiedliwieniem sposobu prowadzenia eksploracji; by&#322;o to oczywi&#347;cie improwizowanie, ale by&#322;o te&#380; w tym improwizowaniu nieco ba&#322;aganu, prawdopodobnie wywo&#322;anego &#347;wiadomo&#347;ci&#261;, &#380;e szkoda jest wprost niewyobra&#380;alnie ogromna. Nie ocala&#322;a nawet woda, bo wszystkie cysterny co do jednej pop&#281;ka&#322;y i piasek poch&#322;on&#261;&#322; tysi&#261;ce hektolitr&#243;w, nim reszta obr&#243;ci&#322;a si&#281; w l&#243;d. Ten l&#243;d zw&#322;aszcza robi&#322; makabryczne wra&#380;enie, poniewa&#380; z kad&#322;uba rozprutego na d&#322;ugo&#347;&#263; dobrych czterdziestu metr&#243;w wywala&#322;y si&#281; brudne, po&#322;yskliwe lodospady, opieraj&#261;c si&#281; dziwacznymi festonami o wydmy, jakby eksploduj&#261;ca rakieta wyrzuci&#322;a z siebie ca&#322;&#261; zimow&#261; Niagar&#281;. Ale te&#380; by&#322;o osiemna&#347;cie stopni zimna, a w nocy temperatura spad&#322;a do sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu. Przez ten l&#243;d, kaskad&#261; szkl&#261;cy bok Ariela, wrak wygl&#261;da&#322; niesamowicie staro, mo&#380;na by&#322;o s&#261;dzi&#263;, &#380;e le&#380;y tu od niepami&#281;tnych czas&#243;w. Trzeba by&#322;o go rozbija&#263; i ku&#263;, &#380;eby dosta&#263; si&#281; do wn&#281;trza kad&#322;uba, albo te&#380; penetrowa&#263; je od strony szybu. Wyci&#261;gano tamt&#281;dy ocala&#322;e pojemniki, kt&#243;rych stosy wida&#263; by&#322;o tu i tam na stoku leja, ale dzia&#322;o si&#281; to jako&#347; niemrawo. Dost&#281;p do rufowej cz&#281;&#347;ci by&#322; wzbroniony; rozpi&#281;te na linach, furkota&#322;y zawzi&#281;cie czerwone chor&#261;giewki znaki radioaktywnego ska&#380;enia. Pirx obszed&#322; g&#243;r&#261;, po obwa&#322;owaniu, teatr katastrofy; naliczy&#322; dwa tysi&#261;ce krok&#243;w, nim znalaz&#322; si&#281; ponad okopconymi lejami dysz; z&#380;yma&#322; si&#281; patrz&#261;c, jak robotnicy wyci&#261;gali i nie mogli wyci&#261;gn&#261;&#263; jedynej ocala&#322;ej cysterny z olejem p&#281;dnym, bo im si&#281; &#322;a&#324;cuchy wci&#261;&#380; ze&#347;lizgiwa&#322;y; zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e jest tu niezbyt d&#322;ugo, kiedy kto&#347; dotkn&#261;&#322; jego ramienia i pokaza&#322; mu zegar butli tlenowej. Ci&#347;nienie spad&#322;o i trzeba by&#322;o wraca&#263;, bo zapasowej nie wzi&#261;&#322;. Zegarek, ten nowy chronometr, wyjawi&#322;, &#380;e tkwi&#322; u szcz&#261;tk&#243;w niemal dwie godziny.

Sala obrad zmieni&#322;a si&#281;: miejscowi zasiadali z jednej strony d&#322;ugiego sto&#322;u, po drugiej za&#347; ustawili technicy sze&#347;&#263; du&#380;ych p&#322;askich telewizor&#243;w; &#380;e jednak, jak zwykle, co&#347; jeszcze nie chcia&#322;o gra&#263; w &#322;&#261;czno&#347;ci, odroczono obrady do pierwszej. Haroun, technik-telegrafista, kt&#243;rego Pirx zna&#322; przelotnie z Wielkiej Syrty, a kt&#243;ry &#380;ywi&#322; dla&#324;, nie wiedzie&#263; czemu, wielkie uszanowanie, da&#322; mu pierwsze powielone odbitki ta&#347;m z tak zwanej nie&#347;miertelnej komory Ariela; by&#322;y to utrwalone decyzje rozrz&#261;du mocy, Haroun za&#347; nie mia&#322; prawa wr&#281;czy&#263; mu ich nieoficjalnie, ale Pirx oceni&#322; w&#322;a&#347;ciwie &#243;w gest. Zamkn&#261;&#322; si&#281; w swym pokoiku i pod siln&#261; lamp&#261; zacz&#261;&#322; na stoj&#261;co przegl&#261;da&#263; jeszcze wilgotnawy w&#261;&#380; plastykowej ta&#347;my. Obraz by&#322; tyle&#380; wyra&#378;ny, co niezrozumia&#322;y. W 317 sekundzie procedury, dot&#261;d bezb&#322;&#281;dnie czystej, pojawi&#322;y si&#281; w obwodach kontroli pr&#261;dy paso&#380;ytnicze, kt&#243;re w nast&#281;puj&#261;cych sekundach przybra&#322;y posta&#263; dudnie&#324;. Dwukrotnie wygaszone, po przerzuceniu obci&#261;&#380;e&#324; na r&#243;wnoleg&#322;e, rezerwowe cz&#281;&#347;ci sieci, wr&#243;ci&#322;y w spot&#281;gowaniu, a dalej tempo pracy czujnik&#243;w naros&#322;o trzykrotnie wzgl&#281;dem normy. To, co mia&#322; w r&#281;ku, nie by&#322;o rejestrem pracy samego komputera, lecz jego rdzenia pacierzowego, kt&#243;ry, pod zarz&#261;dem automatycznej zwierzchno&#347;ci, uzgadnia&#322; otrzymane polecenia ze stanem agregat&#243;w nap&#281;dowych. Uk&#322;ad ten nazywano niekiedy m&#243;&#380;d&#380;kiem, przez analogi&#281; do m&#243;&#380;d&#380;ku zawiaduj&#261;cego te&#380; u cz&#322;owieka jako stacja kontroli mi&#281;dzy kor&#261; a cia&#322;em korelacj&#261; ruch&#243;w.

Obejrza&#322; sobie wykres pracy m&#243;&#380;d&#380;ku z najwi&#281;ksz&#261; uwag&#261;. Wygl&#261;da&#322;o tak, jakby komputerowi spieszy&#322;o si&#281;, jakby nie naruszaj&#261;c w niczym procedury domaga&#322; si&#281; w jednostce czasu coraz wi&#281;kszej ilo&#347;ci danych o podzespo&#322;ach. Spowodowa&#322;o to informacyjny t&#322;ok i wyst&#261;pienie pr&#261;d&#243;w paso&#380;ytniczych, mianowicie echowych; odpowiednikiem ich by&#322;by u zwierz&#281;cia nadmiernie spot&#281;gowany tonus, czyli taka sk&#322;onno&#347;&#263; do zaburze&#324; motoryki, jak&#261; zwie si&#281; pogotowiem drgawkowym. Nic z tego nie rozumia&#322;. Nie mia&#322;, co prawda, najwa&#380;niejszych ta&#347;m, utrwalaj&#261;cych decyzje samego komputera; Haroun da&#322; mu to, czym sam dysponowa&#322;. Kto&#347; zapuka&#322; do drzwi. Pirx schowa&#322; ta&#347;my do nesesera i wyszed&#322; na korytarz; sta&#322; tam Romani.

Nowi panowie te&#380; chc&#261;, &#380;eby pan uczestniczy&#322; w pracach komisji powiedzia&#322;. Nie by&#322; taki wydrenowany z si&#322;, jak poprzedniego dnia, wygl&#261;da&#322; ju&#380; nie&#378;le, chyba pod wp&#322;ywem antagonizm&#243;w powstaj&#261;cych w organizowanej tym osobliwym sposobem komisji. Pirx pomy&#347;la&#322;, &#380;e zgodnie z prost&#261; logik&#261; rzeczy nawet niech&#281;tni sobie Marsjanie Agathodaemona i Syrty zjednocz&#261; si&#281;, je&#347;li nowi panowie b&#281;d&#261; chcieli narzuci&#263; im w&#322;asn&#261; koncepcj&#281; post&#281;powania.

Komisja, ta nowo utworzona, sk&#322;ada&#322;a si&#281; z jedenastu os&#243;b. Przewodniczy&#322; nadal Hoyster, ale jedynie dlatego, &#380;e nikt nie m&#243;g&#322; podo&#322;a&#263; temu zadaniu, pozostaj&#261;c na Ziemi; obrady, w kt&#243;rych uczestniczyli ludzie oddaleni o 80 milion&#243;w kilometr&#243;w, nie mog&#322;y i&#347;&#263; sprawnie i je&#347;li zdecydowano si&#281; na tak ryzykowne rozwi&#261;zanie, to na pewno pod wp&#322;ywem rozmaitych nacisk&#243;w, jakie musia&#322;y ju&#380; dzia&#322;a&#263; na Ziemi. Katastrofa uczynni&#322;a antagonizmy, tak&#380;e polityczne, w kt&#243;rych ognisku od dawna dzia&#322;a&#322; ca&#322;y Projekt.

Zrazu rekapitulowano jedynie uzyskane wyniki dla Ziemian. Pirx zna&#322; spo&#347;r&#243;d nich tylko g&#322;&#243;wnego dyrektora stoczni, van der Yoyta. Barwny obraz telewizyjny, przy doskona&#322;ej wierno&#347;ci, dodawa&#322; mu jakby monumentalnych rys&#243;w; by&#322;o to popiersie ogromnego cz&#322;owieka z twarz&#261; zarazem obwis&#322;&#261; i od&#281;t&#261;, pe&#322;n&#261; w&#322;adczej energii, otoczon&#261; k&#322;&#281;bami dymu, jakby go tam gdzie&#347; podkadzano niewidzialnym cygarem, gdy&#380; r&#281;ce van der Yoyta by&#322;y niewidoczne. To, co m&#243;wi&#322;o si&#281; na sali, s&#322;ysza&#322; z czterominutowym op&#243;&#378;nieniem, a jego g&#322;os dopiero po nast&#281;pnych czterech minutach m&#243;g&#322; tu rozbrzmie&#263;. Pirx poczu&#322; do niego od razu niech&#281;&#263;, bo g&#322;&#243;wny dyrektor zdawa&#322; si&#281; zasiada&#263; w&#347;r&#243;d nich sam jeden jak gdyby inni ziemscy rzeczoznawcy, co oczami mrugali z pozosta&#322;ych ekran&#243;w, byli figurantami.

Gdy Hoyster sko&#324;czy&#322;, przysz&#322;o czeka&#263; osiem minut, ale Ziemianie nie chcieli na razie zabiera&#263; g&#322;osu: van der Voyt za&#380;&#261;da&#322; ta&#347;m z Ariela, kt&#243;re ju&#380; le&#380;a&#322;y przy mikrofonie Hoystera. Ka&#380;dy cz&#322;onek komisji otrzyma&#322; powielony ich komplet. Nie by&#322;o tego du&#380;o, zwa&#380;ywszy, &#380;e rejestraty obejmowa&#322;y tylko ostatnich pi&#281;&#263; minut pracy sterowniczego kompleksu. Ta&#347;my, przeznaczone dla Ziemi, wzi&#281;li na cel kamerzy&#347;ci, a Pirx zaj&#261;&#322; si&#281; swoimi, od razu od&#322;o&#380;ywszy na bok te, kt&#243;re ju&#380; zna&#322; dzi&#281;ki Harounowi.

Komputer podj&#261;&#322; decyzj&#281; odwr&#243;cenia procedury l&#261;dowania na startow&#261; w 339 sekundzie. Nie by&#322; to start zwyk&#322;y, lecz ucieczka w g&#243;r&#281;, jakby przed meteorami wi&#281;c w&#322;a&#347;ciwie nie wiadomo co, bo mia&#322;o to wygl&#261;d rozpaczliwej improwizacji. To, co si&#281; dzia&#322;o potem, owe zwariowane skoki krzywych na ta&#347;mach podczas runi&#281;cia uzna&#322; Pirx za ca&#322;kiem nieistotne, poniewa&#380; sz&#322;o tam ju&#380; tylko o spos&#243;b, w jaki komputer d&#322;awi&#322; si&#281;, nie mog&#261;c wypi&#263; nawarzonego przez siebie piwa. Istotne by&#322;o teraz nie analizowanie szczeg&#243;&#322;&#243;w makabrycznej agonii, lecz przyczyna decyzji r&#243;wnoznacznej w efekcie z aktem samob&#243;jczym.

Przyczyna ta pozosta&#322;a niejasna. Komputer pracowa&#322; od 170 sekundy pod olbrzymim stressem i wykazywa&#322; niesamowite przeci&#261;&#380;enie informacyjne, ale takim m&#261;drym &#322;atwo by&#322;o okaza&#263; si&#281; teraz, bo widzia&#322;o si&#281; wszak ko&#324;cowe skutki jego pracy; o tym, &#380;e jest przeci&#261;&#380;ony, zawiadomi&#322; swoj&#261; sterowni&#281;, to znaczy ludzi Ariela, dopiero w 201 sekundzie procedury. Ju&#380; wtedy d&#322;awi&#322; si&#281; danymi a &#380;&#261;da&#322; wci&#261;&#380; nowych. Zamiast wyja&#347;nie&#324; dostali w r&#281;ce nowe zagadki. Hoyster da&#322; im dziesi&#281;&#263; minut czasu na obejrzenie ta&#347;m i spyta&#322; potem, kto chce zabra&#263; g&#322;os. Pirx podni&#243;s&#322; palec jak w szkolnej &#322;awce. Nim otworzy&#322; usta, in&#380;ynier Stotik, kt&#243;ry by&#322; przedstawicielem stoczni i mia&#322; baczy&#263; na przebieg roz&#322;adunku stutysi&#281;cznik&#243;w, zauwa&#380;y&#322;, &#380;e trzeba zaczeka&#263; by&#263; mo&#380;e, jako pierwszy zechce przem&#243;wi&#263; kto&#347; z Ziemi. Hoyster zawaha&#322; si&#281;. By&#322; to nieprzyjemny incydent, zw&#322;aszcza &#380;e dosz&#322;o do niego ju&#380; na samym pocz&#261;tku; Romani poprosi&#322; o g&#322;os w sprawie formalnej i o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e je&#347;li dba&#322;o&#347;&#263; o r&#243;wnouprawnienie zasiadaj&#261;cych w komisji odbije si&#281; szkodliwie na p&#322;ynno&#347;ci obrad, ani on, ani nikt z ludzi Agathodaemona w komisji pracowa&#263; nie zamierza. Stotik wycofa&#322; si&#281; i Pirx m&#243;g&#322; wreszcie m&#243;wi&#263;. To jest podobno udoskonalona wersja AIBM 09 rzek&#322;. Poniewa&#380; przelata&#322;em z AIBM 09 prawie tysi&#261;c godzin procedur, mam pewne praktyczne spostrze&#380;enia co do jego pracy. Na teorii si&#281; nie znam. Wiem tyle, ile musz&#281; wiedzie&#263;. Chodzi o pracuj&#261;cy w realnym czasie komputer, kt&#243;ry musi zawsze zd&#261;&#380;y&#263; z przerabianiem danych. S&#322;ysza&#322;em, &#380;e ten nowy model ma przepustowo&#347;&#263; o 36 procent wi&#281;ksz&#261; ni&#380; AIBM 09. To sporo. Na podstawie materia&#322;u, kt&#243;ry dosta&#322;em, mog&#281; powiedzie&#263;, &#380;e by&#322;o tak: komputer wprowadzi&#322; statek w normalny tok l&#261;dowania, a potem sam zacz&#261;&#322; sobie utrudnia&#263; prac&#281;, &#380;&#261;daj&#261;c od podzespo&#322;&#243;w coraz wi&#281;kszej ilo&#347;ci danych na jednostk&#281; czasu. Efekt by&#322; taki, jakby dow&#243;dca kompanii odrywa&#322; coraz wi&#281;ksz&#261; ilo&#347;&#263; ludzi od walki po to, &#380;eby z nich robi&#263; go&#324;c&#243;w czy informator&#243;w; post&#281;puj&#261;c w ten spos&#243;b, by&#322;by pod koniec bitwy doskonale poinformowany, tyle &#380;e nie mia&#322;by ju&#380; &#380;o&#322;nierzy, nie mia&#322;by si&#281; kim bi&#263;. Komputer nie tyle zosta&#322; ud&#322;awiony, ile sam si&#281; ud&#322;awi&#322;. Zablokowa&#322; si&#281; t&#261; eskalacj&#261; i musia&#322;by si&#281; zablokowa&#263;, nawet gdyby mia&#322; dziesi&#281;&#263; razy wi&#281;ksz&#261; przepustowo&#347;&#263; o ile nie przesta&#322;by podwy&#380;sza&#263; wymaga&#324;. M&#243;wi&#261;c bli&#380;ej matematyki: redukowa&#322; sobie przepustowo&#347;&#263; po eksponencie, wskutek czego m&#243;&#380;d&#380;ek jako kana&#322; w&#281;&#380;szy zawi&#243;d&#322; pierwszy. Op&#243;&#378;nienia pojawi&#322;y si&#281; w m&#243;&#380;d&#380;ku, a potem przeskoczy&#322;y do samego komputera. Wchodz&#261;c w stan informacyjnego zad&#322;u&#380;enia, czyli przestaj&#261;c by&#263; maszyn&#261; czasu realnego, komputer zag&#322;uszy&#322; si&#281; sam i musia&#322; podj&#261;&#263; decyzje radykaln&#261;, wi&#281;c powzi&#261;&#322; decyzj&#281; startu, czyli wyinterpretowa&#322; powsta&#322;e zak&#322;&#243;cenie jako skutek z zewn&#261;trz pochodz&#261;cej awarii.

Da&#322; ostrze&#380;enie meteorytowe, jak pan to t&#322;umaczy? spyta&#322; Seyn.

W jaki spos&#243;b m&#243;g&#322; si&#281; prze&#322;&#261;czy&#263; z procedury g&#322;&#243;wnej na podrz&#281;dn&#261; nie wiem. Nie znam si&#281; na tym, bo nie znam si&#281; na budowie komputera, przynajmniej w spos&#243;b dostateczny. Dlaczego da&#322; ten alarm? Nie wiem. W ka&#380;dym razie jest dla mnie niezbite, &#380;e to on by&#322; winien.

Teraz trzeba ju&#380; by&#322;o czeka&#263; na Ziemi&#281;. Pirx by&#322; pewien, &#380;e van der Voyt zaatakuje go. i nie omyli&#322; si&#281;. Mi&#281;sista, ci&#281;&#380;ka twarz spojrza&#322;a na niego przez dym cygara, zarazem oddalona i bliska; kiedy van der Voyt odezwa&#322; si&#281;, jego bas by&#322; uprzejmy, a oczy u&#347;miechni&#281;te &#380;yczliwie, z tak&#261; wszechwiedn&#261; dobroduszno&#347;ci&#261;, jakby si&#281; preceptor zwraca&#322; do rokuj&#261;cego nie&#378;le ucznia.

Wi&#281;c komandor Pirx wyklucza sabota&#380;? Ale na jakiej podstawie? Co znacz&#261; s&#322;owa on jest winien? Kto on? Komputer? Ale przecie&#380; komputer, jak sam komandor Pirx przyzna&#322;, pracowa&#322; do ko&#324;ca. A wi&#281;c program? Ale ten program nie r&#243;&#380;ni si&#281; w niczym od program&#243;w, dzi&#281;ki kt&#243;rym komandor Pirx l&#261;dowa&#322; setki razy. Czy pan uwa&#380;a, &#380;e kto&#347; dokona&#322; manipulacji nad programem?

Nie mam zamiaru wypowiada&#263; si&#281; na temat, czy zaszed&#322; jaki&#347; sabota&#380; rzek&#322; Pirx. To mnie na razie nie interesuje. Gdyby komputer i program by&#322;y w porz&#261;dku, to Ariel sta&#322;by tu ca&#322;y, a nasza rozmowa nie by&#322;aby potrzebna. Na podstawie ta&#347;m twierdz&#281;, &#380;e komputer pracowa&#322; we w&#322;a&#347;ciwym kierunku, w obr&#281;bie w&#322;a&#347;ciwej procedury, ale tak, jak gdyby chcia&#322; okaza&#263; si&#281; perfekcjonist&#261;, kt&#243;remu &#380;adna osi&#261;gni&#281;ta sprawno&#347;&#263; nie wystarcza. &#379;&#261;da&#322; danych o stanie rakiety w rosn&#261;cym tempie, nie uwzgl&#281;dniaj&#261;c ani w&#322;asnych mo&#380;liwo&#347;ci granicznych, ani pojemno&#347;ci kana&#322;&#243;w zewn&#281;trznych. Dlaczego tak dzia&#322;a&#322;, nie wiem. Ale w&#322;a&#347;nie tak dzia&#322;a&#322;. Nie mam nic wi&#281;cej do powiedzenia. Nikt z Marsjan si&#281; nie odezwa&#322;. Pirx, z nieruchom&#261; twarz&#261;, dostrzeg&#322; b&#322;ysk satysfakcji w oku Seyna i milcz&#261;ce zadowolenie, z jakim Romani poprawi&#322; si&#281; na krze&#347;le. Po o&#347;miu minutach zn&#243;w odezwa&#322; si&#281; van der Voyt. Tym razem nie m&#243;wi&#322; do Pirxa. Nie m&#243;wi&#322; te&#380; do komisji. By&#322; sam&#261; swad&#261;. Przedstawi&#322; drog&#281;, jak&#261; przebywa ka&#380;dy komputer od monta&#380;owej ta&#347;my do sterowni okr&#281;tu. Agregaty sk&#322;ada&#322;o w cz&#281;&#347;ciach osiem rozmaitych firm, japo&#324;skich, francuskich i ameryka&#324;skich. Nie wype&#322;nione jeszcze pami&#281;ci&#261;, nic nie wiedz&#261;ce jak noworodki, jecha&#322;y do Bostonu, gdzie w zak&#322;adach Syntronics odbywa&#322;o si&#281; ich programowanie. Po tym kolejnym akcie ka&#380;dy komputer podlega&#322; procedurze, kt&#243;ra jest niejako odpowiednikiem nauk szkolnych, gdy&#380; sk&#322;ada si&#281; zar&#243;wno z dostarczania pewnych do&#347;wiadcze&#324;, jak i z poddawania egzaminom. Tak jednak badano tylko sprawno&#347;&#263; og&#243;ln&#261;; studia specjalistyczne rozpoczyna&#322; komputer w fazie nast&#281;pnej. W niej dopiero stawa&#322; si&#281; z uniwersalnej maszyny cyfrowej sternikiem rakiet typu Ariela. I wreszcie pod&#322;&#261;czano go na roboczym stanowisku do symulatora, kt&#243;ry imitowa&#322; niezliczone sekwencje zaj&#347;&#263; z tych, co bywaj&#261; sk&#322;adowymi kosmicznej podr&#243;&#380;y: nieprzewidziane awarie, defekty zespo&#322;&#243;w, sytuacje trudnego manewru, tak&#380;e przy niesprawnych uk&#322;adach nap&#281;dowych, pojawianie si&#281; na bliskim dystansie innych rakiet, obcych cia&#322;. Ka&#380;d&#261; z tych na&#347;ladowanych przyg&#243;d odgrywano w setkach wariant&#243;w: zak&#322;adaj&#261;c raz statek za&#322;adowany, a raz pusty, raz poruszaj&#261;cy si&#281; w wysokiej pr&#243;&#380;ni, a raz wchodz&#261;cy w atmosfer&#281;, stopniowo komplikuj&#261;c symulowane sytuacje a&#380; do pojawienia si&#281; najtrudniejszych problem&#243;w wielu cia&#322; w polu grawitacyjnym, kiedy to zmuszano maszyn&#281;, by przewidywa&#322;a ich ruchy i orientowa&#322;a bezpiecznie kurs swego statku.

Symulatorem tak&#380;e by&#322; komputer pe&#322;ni&#261;cy rol&#281; egzaminatora, i to perfidnego; wst&#281;pnie utrwalony program ucznia poddawa&#322; niejako dalszym obr&#243;bkom, pr&#243;bom na wytrzyma&#322;o&#347;&#263; i sprawno&#347;&#263;; jakkolwiek wi&#281;c elektronowy zwiadowca ster&#243;w nigdy nie prowadzi&#322; naprawd&#281; statku, kiedy go montowano wreszcie na pok&#322;adzie rakiety, mia&#322; wi&#281;ksze do&#347;wiadczenie i wy&#380;sz&#261; sprawno&#347;&#263; ni&#380; wszyscy razem wzi&#281;ci ludzie, co kiedykolwiek parali si&#281; kosmiczn&#261; nawigacj&#261;. Tak trudnych zada&#324;, jakim musia&#322; komputer podo&#322;a&#263; na stanowiskach symulacyjnych, nigdy nie spotyka si&#281; w rzeczywisto&#347;ci; aby za&#347; stuprocentowo wykluczy&#263; wszelk&#261; mo&#380;liwo&#347;&#263; prze&#347;li&#378;ni&#281;cia si&#281; niewszechstonnie doskona&#322;ego egzemplarza przez to ostatnie sito, nadz&#243;r nad prac&#261; dw&#243;jki sternik + symulator pe&#322;ni&#322; cz&#322;owiek, do&#347;wiadczony programista, kt&#243;ry ponadto musia&#322; posiada&#263; wieloletni sta&#380; praktycznego pilota&#380;u, przy czym Syntronics nie zadowoli&#322;a si&#281; anga&#380;owaniem na te odpowiedzialne stanowiska pilot&#243;w: pracowali tam wy&#322;&#261;cznie kosmonauci powy&#380;ej rangi nawigatora, czyli tacy, co mieli ponad tysi&#261;c godzin g&#322;&#243;wnych procedur na swoim koncie zawodowym. W ostatniej instancji od tych ludzi zale&#380;a&#322;o wi&#281;c, jakim testom z nieprzebranego ich katalogu zostanie poddany kolejny komputer; fachowiec wyznacza&#322; rozmiary trudno&#347;ci do pokonania, a powoduj&#261;c symulatorem, dodatkowo komplikowa&#322; egzaminy, bo na&#347;ladowa&#322;, w toku rozwi&#261;zywania zada&#324;, nag&#322;e i gro&#378;ne niespodzianki: wypadanie mocy, rozogniskowanie ci&#261;g&#243;w, sytuacje kolizyjne, przebicia pow&#322;oki zewn&#281;trznej, utrat&#281; &#322;&#261;czno&#347;ci z naziemn&#261; kontrol&#261; podczas l&#261;dowania, i nie ustawa&#322; w tym, a&#380; up&#322;yn&#281;&#322;o sto godzin standardowych test&#243;w. Egzemplarz, kt&#243;ry okaza&#322;by w nich najmniejsz&#261; zawodno&#347;&#263;, by&#322; kierowany na powr&#243;t do pracowni, jak kiepski ucze&#324;, kt&#243;remu przychodzi powtarza&#263; rok. Wyni&#243;s&#322;szy tym przem&#243;wieniem produkcj&#281; stoczni ponad wszelkie zarzuty, chc&#261;c pewno zatrze&#263; wra&#380;enie takiej obrony, w pi&#281;knych okresach prosi&#322; van der Voyt komisj&#281; o bezkompromisowe zbadanie katastrofy i jej przyczyn, za czym odezwali si&#281; specjali&#347;ci ziemscy. Rzecz uton&#281;&#322;a od razu w zalewie uczonej terminologii. Pojawi&#322;y si&#281; na ekranach schematy ideowe i blokowe, wzory, wykresy, zestawienia numeryczne, i Pirx widzia&#322; z os&#322;upieniem, &#380;e znajduj&#261; si&#281; na najlepszej drodze obr&#243;cenia sprawy w pogmatwany casus teoretyczny. Po g&#322;&#243;wnym informatyku m&#243;wi&#322; cyfronik Projektu Schmidt; Pirx przesta&#322; go rych&#322;o s&#322;ucha&#263;. Nie zale&#380;a&#322;o mu na tym, aby dzi&#281;ki czujno&#347;ci wyj&#347;&#263; obronn&#261; r&#281;k&#261; z kolejnego starcia z van der Yoytem, je&#347;li do niego przyjdzie. By&#322;o to zreszt&#261; coraz mniej prawdopodobne: wyst&#261;pienia jego nikt nie wspomina&#322;, jakby sz&#322;o o nietaktowny wyskok, kt&#243;ry godzi si&#281; najrychlej zapomnie&#263;. Nast&#281;pni m&#243;wcy wle&#378;li ju&#380; na wysokie pi&#281;tra og&#243;lnej teorii sterowania. Pirx wcale nie podejrzewa&#322; ich o z&#322;&#261; wol&#281;: po prostu rozwa&#380;nie nie opuszczali terenu, na kt&#243;rym czuli si&#281; mocni, a van der Voyt z ufn&#261; powag&#261; przys&#322;uchiwa&#322; si&#281; im, w dymie cygara, bo sta&#322;o si&#281; to, do czego zmierza&#322;: prym wzi&#281;&#322;a w obradach Ziemia i Marsjanie pozostali w rolach biernych s&#322;uchaczy. Zreszt&#261; nie dysponowali &#380;adnymi rewelacjami. Komputer Ariela by&#322; elektronicznym gruzem, kt&#243;rego badanie nie mog&#322;o da&#263; &#380;adnych rezultat&#243;w. Rejestraty obrazowa&#322;y z grubsza, co zasz&#322;o, ale nie, czemu si&#281; tak sta&#322;o. Nie opisuj&#261; one wszystkiego, co si&#281; dzieje w komputerze: do tego by&#322;by potrzebny inny, wi&#281;kszy komputer, a gdyby uzna&#263;, &#380;e i ten mo&#380;e ulec defektowi, nale&#380;a&#322;oby z kolei nadzorowa&#263; nadzorc&#281;, i tak w niesko&#324;czono&#347;&#263;. Tak wi&#281;c znale&#378;li si&#281; na szerokich wodach abstrakcyjnej analizy. G&#322;&#281;bia wypowiedzi os&#322;ania&#322;a prosty fakt, &#380;e katastrofa nie ogranicza&#322;a si&#281; do zag&#322;ady Ariela. Stabilizacj&#281; olbrzyma, schodz&#261;cego na planet&#281;, przej&#281;&#322;y od ludzi automaty tak dawno, &#380;e by&#322; to fundament, niewzruszalny grunt wszystkich dzia&#322;a&#324; kt&#243;ry nagle usun&#261;&#322; si&#281; spod n&#243;g. &#379;aden z modeli gorzej zabezpieczonych i prostszych nigdy nie zawi&#243;d&#322;, wi&#281;c jak&#380;e m&#243;g&#322; zawie&#347;&#263; model doskonalszy i pewniejszy? Je&#347;li to by&#322;o mo&#380;liwe, mo&#380;liwe by&#322;o wszystko. Zw&#261;tpienie, raz zaatakowawszy niezawodno&#347;&#263; urz&#261;dze&#324;, nie mog&#322;o si&#281; ju&#380; zatrzyma&#263; na &#380;adnej granicy. Wszystko grz&#281;z&#322;o w niepewno&#347;ci. Tymczasem Ares i Anabis zbli&#380;a&#322;y si&#281; do Marsa. Pirx siedzia&#322; jakby zupe&#322;nie sam, bliski rozpaczy. Dosz&#322;o w&#322;a&#347;nie do klasycznego sporu teoretyk&#243;w, kt&#243;ry coraz dalej odwodzi&#322; ich od samego wydarzenia z Arielem. Patrz&#261;c w zarazem oty&#322;&#261; i masywn&#261; twarz van der Voyta, dobrotliwie patronuj&#261;c&#261; obradom, Pirx odnajdywa&#322; w jej wyrazie podobie&#324;stwo do oblicza starego Churchilla, z jego pozorn&#261; dystrakcj&#261;, kt&#243;rej zadawa&#322;o k&#322;am drgnienie ust odzwierciedlaj&#261;ce u&#347;miech wewn&#281;trzny, skierowany ku my&#347;li skrytej ci&#281;&#380;kimi powiekami. To, co by&#322;o wczoraj jeszcze nie do pomy&#347;lenia, stawa&#322;o si&#281; prawdopodobne jako pr&#243;ba skierowania obrad ku werdyktowi, kt&#243;ry zrzuci&#322;by odpowiedzialno&#347;&#263; na si&#322;&#281; wy&#380;sz&#261;, mo&#380;e na fenomeny dotychczas nie znane, na luk&#281; w samej teorii, z konkluzj&#261;, &#380;e trzeba podj&#261;&#263; zakrojone na wielk&#261; skal&#281; i na ca&#322;e lata badania. Zna&#322; podobne, chocia&#380; mniejsze kalibrem sprawy i wiedzia&#322;, jakie si&#322;y musia&#322;a uruchomi&#263; katastrofa; za kulisami toczy&#322;y si&#281; ju&#380; wyt&#281;&#380;one starania o kompromis, zw&#322;aszcza &#380;e Projekt, tak zagro&#380;ony w ca&#322;o&#347;ci, by&#322; sk&#322;onny do niejednego ust&#281;pstwa za cen&#281; uzyskania pomocy, a tej mog&#322;y w&#322;a&#347;nie udzieli&#263; zjednoczone stocznie, chocia&#380;by dostarczaj&#261;c na dogodnych warunkach flotylli mniejszych statk&#243;w dla zapewnienia dop&#322;ywu dostaw. Wobec rozmiar&#243;w stawki bo&#380; chodzi&#322;o ju&#380; o byt ca&#322;ego Projektu katastrofa Ariela stawa&#322;a si&#281; przeszkod&#261; do usuni&#281;cia, je&#347;li nie mo&#380;na jej by&#322;o niezw&#322;ocznie wyja&#347;ni&#263;. Nie takie afery nieraz ju&#380; zamazywano. Mia&#322; wszak&#380;e jeden atut. Ziemianie przyj&#281;li go, musieli wyrazi&#263; zgod&#281; na jego obecno&#347;&#263; w komisji, poniewa&#380; by&#322; w niej jedynym cz&#322;owiekiem zwi&#261;zanym z za&#322;ogami rakiet mocniej ni&#380; ktokolwiek inny z obecnych. Nie mia&#322; z&#322;udze&#324;: wcale nie sz&#322;o o jego dobre imi&#281; ani o kompetencje. W komisji by&#322; po prostu nieodzowny przynajmniej jeden kosmonauta czynny, zawodowiec, co w&#322;a&#347;nie zeszed&#322; z pok&#322;adu. Van der Voyt pali&#322; w milczeniu cygaro. Zdawa&#322; si&#281; wszystkowiedny, poniewa&#380; rozs&#261;dnie milcza&#322;. Wola&#322;by pewno kogo&#347; innego na miejscu Pirxa, ale skoro go licho nada&#322;o, zabrak&#322;o pretekstu, &#380;eby si&#281; go pozby&#263;. Gdyby wi&#281;c, przy mglistym werdykcie, z&#322;o&#380;y&#322; swoje votum separatum, zyska&#322;oby znaczny rozg&#322;os. Prasa wietrzy&#322;a skandale i czyha&#322;a tylko na tak&#261; okazj&#281;. Zwi&#261;zek Pilot&#243;w i Klub Przewo&#378;nik&#243;w nie stanowi&#322;y pot&#281;g, ale sporo od nich zale&#380;a&#322;o ci ludzie k&#322;adli przecie&#380; g&#322;owy pod Ewangeli&#281;. Tote&#380; Pirx nie zdziwi&#322; si&#281;, us&#322;yszawszy podczas przerwy, &#380;e van der Voyt chce z nim m&#243;wi&#263;. Przyjaciel pot&#281;&#380;nych polityk&#243;w otwar&#322; rozmow&#281; &#380;artem, &#380;e to jest spotkanie na szczycie dw&#243;ch planet. Pirx miewa&#322; niekiedy odruchy, kt&#243;rym sam si&#281; potem dziwi&#322;. Van der Voyt pali&#322; cygaro i zwil&#380;a&#322; sobie gard&#322;o piwem, on za&#347; poprosi&#322;, by mu przyniesiono kilka kanapek z bufetu. S&#322;ucha&#322; wi&#281;c g&#322;&#243;wnego dyrektora w pomieszczeniach &#322;&#261;czno&#347;ci, jedz&#261;c. Nic nie mog&#322;o ich lepiej zr&#243;wna&#263;.

Van der Voyt jakby nie wiedzia&#322;, &#380;e si&#281; poprzednio starli. Nic takiego nigdy po prostu nie zasz&#322;o. Podziela&#322; jego trosk&#281; o za&#322;ogi Anabisa i Aresa; dzieli&#322; si&#281; z nim swymi k&#322;opotami. Oburza&#322;a go nieodpowiedzialno&#347;&#263; prasy, jej histeryczny ton. Prosi&#322; go o ewentualne opracowanie ma&#322;ego memoria&#322;u w sprawie nast&#281;pnych l&#261;dowa&#324;: co mo&#380;na zrobi&#263; dla zwi&#281;kszenia ich bezpiecze&#324;stwa. Pok&#322;ada&#322; w nim takie zaufanie, &#380;e Pirx przeprosi&#322; go na chwil&#281; i wystawiwszy g&#322;ow&#281; przed drzwi kabiny kaza&#322; sobie do&#322;o&#380;y&#263; sa&#322;atki &#347;ledziowej. Van der Voyt basowa&#322; mu i ojcowa&#322;, a Pirx rzek&#322; znienacka:

M&#243;wi&#322; pan o tych rzeczoznawcach nadzoruj&#261;cych symulacj&#281;. Kto to jest z nazwiska?

Van der Voyt zdziwi&#322; si&#281; po o&#347;miu minutach, ale to by&#322;o jedno mgnienie oka.

Nasi egzaminatorzy? u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko. Sami pana koledzy, komandorze. Mint, Stoernhein i Cornelius. Stara gwardia Wytypowali&#347;my dla Syntronics najlepszych, jakich mo&#380;na by&#322;o znale&#378;&#263;. Pan ich na pewno zna!

D&#322;u&#380;ej nie mogli rozmawia&#263;, bo zaczyna&#322;y si&#281; obrady. Pirx zapisa&#322; karteczk&#281; i poda&#322; j&#261; Hoysterowi z uwag&#261;: To bardzo pilne i bardzo wa&#380;ne. Przewodnicz&#261;cy odczyta&#322; wi&#281;c zaraz &#243;w tekst, zwr&#243;cony do kierownictwa stoczni. Trzy pytania: 1) W jaki spos&#243;b zmianowo pracuj&#261; naczelni kontrolerzy symulacyjni Cornelius, Stoernhein i Mint? 2) Czy i jaka jest odpowiedzialno&#347;&#263; ponoszona przez kontroler&#243;w w wypadku przeoczenia b&#322;&#281;dnych funkcji lub innych uchybie&#324; pracy obci&#261;&#380;anego komputera? 3) Kto z nazwiska nadzorowa&#322; testowanie komputer&#243;w Ariela, Anabisa i Aresa?

Wywo&#322;a&#322;o to poruszenie na sali: Pirx najwyra&#378;niej dobiera&#322; si&#281; do najbli&#380;szych mu ludzi czcigodnych zas&#322;u&#380;onych weteran&#243;w kosmonautyki! Ziemia potwierdzi&#322;a ustami g&#322;&#243;wnego dyrektora odebranie tych pyta&#324;; odpowiedzi miano udzieli&#263; w ci&#261;gu kilkunastu minut.

Oczekiwa&#322; jej zgryziony. &#377;le si&#281; sta&#322;o, &#380;e zdobywa&#322; informacje na tak oficjalnej drodze. Ryzykowa&#322; nie tylko animozj&#281; koleg&#243;w, lecz i os&#322;abienie w&#322;asnej pozycji w rozgrywce, gdyby mia&#322;o doj&#347;&#263; do votum separatum. Czy pr&#243;ba wyj&#347;cia &#347;ledztwem poza sprawy techniczne, ku ludziom, nie mog&#322;a by&#263; wy&#322;o&#380;ona jako uleganie naciskom van der Yoyta? Widz&#261;c w tym interes stoczni, generalny dyrektor niezw&#322;ocznie by go pogr&#261;&#380;y&#322;, dostarczaj&#261;c prasie odpowiednich napomknie&#324;. Rzuci&#322;by jej Pirxa na po&#380;arcie jako niezr&#281;cznego sojusznika Lecz nie pozostawa&#322;o nic innego, jak ten &#347;lepy strza&#322;. Na zdobywanie informacji prywatnie, drog&#261; ok&#243;ln&#261;, nie by&#322;o czasu. Co prawda, nie &#380;ywi&#322; &#380;adnych okre&#347;lonych podejrze&#324;. Czym si&#281; wi&#281;c kierowa&#322;? Do&#347;&#263; m&#281;tnymi wyobra&#380;eniami o niebezpiecze&#324;stwach czaj&#261;cych si&#281; zawsze nie po stronie ludzi i nie po stronie automat&#243;w, lecz na styku tam, gdzie jedni kontaktuj&#261; si&#281; z drugimi, bo spos&#243;b rozumowania ludzi i komputer&#243;w jest tak niesamowicie r&#243;&#380;ny. I jeszcze tym, co wyni&#243;s&#322; z chwili sp&#281;dzonej przed p&#243;&#322;k&#261; starych ksi&#261;&#380;ek, a czego nie potrafi&#322;by nawet wyrazi&#263;. Odpowied&#378; przysz&#322;a rych&#322;o: ka&#380;dy kontroler prowadzi&#322; swoje komputery od pocz&#261;tku do ko&#324;ca test&#243;w, k&#322;ad&#261;c za&#347; podpis na akcie nosz&#261;cym nazw&#281; &#347;wiadectwa dojrza&#322;o&#347;ci, ponosi&#322; odpowiedzialno&#347;&#263; za dysfunkcjonalne przeoczenia. Komputer Anabisa bada&#322; Stoernhein, pozosta&#322;e dwa Cornelius. Pirx mia&#322; ochot&#281; wyj&#347;&#263; z sali, na co nie m&#243;g&#322; sobie jednak pozwoli&#263;. Ju&#380; i tak czu&#322; narastaj&#261;ce wok&#243;&#322; napi&#281;cie. Obrady zako&#324;czy&#322;y si&#281; o jedenastej. Uda&#322;, &#380;e nie dostrzega znak&#243;w, jakie dawa&#322; mu Romani, i wyszed&#322; czym pr&#281;dzej, jakby ucieka&#322;. Zamkn&#261;wszy si&#281; w swojej klitce, gruchn&#261;&#322; na &#322;&#243;&#380;ko i podni&#243;s&#322; oczy do sufitu. Mint i Stoernhein nie liczyli si&#281;. Pozostawa&#322; tedy Cornelius. Umys&#322; racjonalny i naukowy zacz&#261;&#322;by rzecz od zapytania, co takiego m&#243;g&#322; w&#322;a&#347;ciwie przeoczy&#263; kontroler? Niezw&#322;oczna odpowied&#378;, &#380;e zupe&#322;nie nic, zamkn&#281;&#322;aby i t&#281; odnog&#281; &#347;ledztwa. Pirx nie by&#322; jednak naukowym umys&#322;em, wi&#281;c pytanie takie nie przysz&#322;o mu nawet do g&#322;owy. Nie pr&#243;bowa&#322; te&#380; zastanawia&#263; si&#281; nad sam&#261; procedur&#261; testow&#261;, jakby czu&#322;, &#380;e i to &#378;le si&#281; dla niego sko&#324;czy. My&#347;la&#322; po prostu o Corneliusie takim, jakim go zna&#322;, a zna&#322; go nie&#378;le, cho&#263; rozstali si&#281; przed wielu laty. Stosunki ich uk&#322;ada&#322;y si&#281; kiepsko, w czym nic dziwnego, zwa&#380;ywszy, &#380;e Cornelius by&#322; dow&#243;dc&#261; Gulliwera, on za&#347; m&#322;odszym nawigatorem. Uk&#322;ada&#322;y si&#281; jednak gorzej ni&#380; zwykle w takiej sytuacji, gdy&#380; Cornelius by&#322; potworem dok&#322;adno&#347;ci. Nazywano go m&#281;kalem, skrupulatem, liczykrup&#261; i &#322;owc&#261; much, poniewa&#380; potrafi&#322; zmobilizowa&#263; p&#243;&#322; za&#322;ogi dla pogoni za muszk&#261; na pok&#322;adzie. Pirx u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; na my&#347;l o swych osiemnastu miesi&#261;cach pod skrupulatem Corneliusem; teraz m&#243;g&#322; sobie na to pozwoli&#263;, wtedy wychodzi&#322; ze sk&#243;ry. C&#243;&#380; to by&#322; za nudziarz! A jednak wszed&#322; nazwiskiem do encyklopedii w zwi&#261;zku z badaniami zewn&#281;trznych planet, zw&#322;aszcza Neptuna. Ma&#322;y, szarawy na twarzy, wiecznie z&#322;y, podejrzewa&#322; wszystkich o to, &#380;e chc&#261; go oszuka&#263;. W rzeczy, jakie opowiada&#322; &#380;e przeprowadza osobiste rewizje za&#322;&#243;g, bo mu ludzie szmugluj&#261; muchy na pok&#322;ad nie wierzono, ale Pirx akurat wiedzia&#322;, &#380;e nie by&#322;o to zmy&#347;lenie. Cornelius mia&#322; w szufladzie pud&#322;o pe&#322;ne proszku DDT i potrafi&#322; zastyga&#263; w rozmowie z podniesionym palcem (biada temu, kto nie zamar&#322; na &#243;w znak), &#322;owi&#261;c uchem to, co mu si&#281; wyda&#322;o bzykni&#281;ciem. W kieszeni nosi&#322; pion i metr stalowy; kontrola &#322;adunku w jego wykonaniu przypomina&#322;a wizj&#281; lokaln&#261; na miejscu katastrofy, kt&#243;ra wprawdzie nie zasz&#322;a jeszcze, ale nadci&#261;ga. Mia&#322; w uszach okrzyk: Liczyd&#322;o idzie, kryj si&#281;! po kt&#243;rym mesa pustosza&#322;a; pami&#281;ta&#322; szczeg&#243;lny wyraz oczu Corneliusa, kt&#243;re jak gdyby nie bra&#322;y udzia&#322;u w tym, co akurat robi&#322; lub m&#243;wi&#322;, lecz nawierca&#322;y otoczenie, poszukuj&#261;c w nim nie doprowadzonych do &#322;adu miejsc. W ludziach lataj&#261;cych dziesi&#261;tkami lat gromadz&#261; si&#281; dziwactwa, ale Cornelius by&#322; ich rekordzist&#261;. Nie znosi&#322; niczyjej obecno&#347;ci za plecami, a kiedy przypadkiem siad&#322; na krze&#347;le, na kt&#243;rym kto&#347; siedzia&#322; przed chwil&#261;, i wyczu&#322; to po cieple siedzenia, zrywa&#322; si&#281; jak oparzony. By&#322; z tych, kt&#243;rych wygl&#261;du w m&#322;odo&#347;ci w og&#243;le nie mo&#380;na sobie wyobrazi&#263;. Nie opuszcza&#322; go wyraz zgn&#281;bienia niedoskona&#322;o&#347;ci&#261; wszystkich doko&#322;a; cierpia&#322;, poniewa&#380; nie m&#243;g&#322; ich nawr&#243;ci&#263; na swoj&#261; pedantyczno&#347;&#263;. Pukaj&#261;c palcem w rubryki, po dwadzie&#347;cia razy w k&#243;&#322;ko sprawdza&#322;

Pirx zamar&#322;. Potem usiad&#322; powoli, jakby sta&#322; si&#281; ze szk&#322;a. My&#347;l, biegn&#261;c w&#347;r&#243;d chaotycznych wspomnie&#324;, zawadzi&#322;a niewidzialnie o co&#347; i by&#322;o to niczym pog&#322;os alarmu. Co w&#322;a&#347;ciwie? &#379;e nie cierpia&#322; nikogo za plecami? Nie. &#379;e zam&#281;cza&#322; podw&#322;adnych? I co z tego? Nic. Ale jakby blisko. By&#322; teraz jak ch&#322;opiec, kt&#243;ry b&#322;yskawicznie zamkn&#261;&#322; gar&#347;&#263;, by pochwyci&#263; &#380;uczka i trzyma zaci&#347;ni&#281;t&#261; pi&#281;&#347;&#263; przed nosem boj&#261;c si&#281; j&#261; otworzy&#263;. Powoli. Cornelius, prawda, s&#322;yn&#261;&#322; ze swoich rytua&#322;&#243;w. (Czy to? zatrzymywa&#322; si&#281; na pr&#243;b&#281; my&#347;l&#261;.) Kiedy przychodzi&#322;o do zmiany przepis&#243;w, wszystko jedno jakich, zamyka&#322; si&#281; z urz&#281;dowym pismem w kajucie i nie wyszed&#322; z niej, dop&#243;ki nie wyku&#322; nowo&#347;ci na pami&#281;&#263;. (To by&#322;o teraz jak zabawa w ciep&#322;o-zimno. Czu&#322;, &#380;e si&#281; oddala) Rozstali si&#281; dziewi&#281;&#263;, nie dziesi&#281;&#263; lat temu. Cornelius znik&#322; dziwnie, jako&#347; raptownie, na szczycie rozg&#322;osu, kt&#243;ry zawdzi&#281;cza&#322; eksploracji Neptuna. M&#243;wiono, &#380;e wr&#243;ci na pok&#322;ad, a locj&#281; wyk&#322;ada tylko czasowo, lecz nie wr&#243;ci&#322;. Naturalna rzecz, by&#322; przy pi&#281;&#263;dziesi&#261;tce. (Zn&#243;w nie to.) Anonim. (S&#322;owo to wyp&#322;yn&#281;&#322;o nie wiedzie&#263; sk&#261;d.) Jaki zn&#243;w anonim? &#379;e jest chory i dysymuluje? &#379;e grozi mu zawa&#322;? Sk&#261;d. Ten anonim to by&#322;a zupe&#322;nie inna historia, innego cz&#322;owieka Corneliusa Craiga, tu imi&#281;, tam nazwisko. (Pomyli&#322;em si&#281;? Tak.) Lecz anonim nie chcia&#322; sczezn&#261;&#263;. Dziwna rzecz, nie m&#243;g&#322; si&#281; odklei&#263; od tego s&#322;owa. Im energiczniej je odrzuca&#322;, tym idiotyczniej wraca&#322;o. Siedzia&#322; skurczony. W g&#322;owie mu&#322;. Anonim. Teraz by&#322; ju&#380; niemal pewien tego, &#380;e s&#322;owo to przes&#322;ania jakie&#347; inne. To si&#281; zdarza. Wyskoczy fa&#322;szywe has&#322;o i nie mo&#380;na ani pozby&#263; si&#281; go, ani zedrze&#263; z tego, kt&#243;re zakrywa. Anonim.

Wsta&#322;. Na p&#243;&#322;ce, pami&#281;ta&#322;, tkwi&#322; mi&#281;dzy marsjanami gruby s&#322;ownik. Otworzy&#322; go na chybi&#322; trafi&#322; przy AN. Ana. Anakantyka. Anaklasyka. Anakonda. Anakreontyk. Anakruza. Analekta. (Ilu s&#322;&#243;w cz&#322;owiek nie zna) Analiza. Ananas. Ananke (greckie): Bogini przeznaczenia. (To? Ale co ma wsp&#243;lnego bogini) Tak&#380;e: przymus.

&#321;uski spad&#322;y. Zobaczy&#322; bia&#322;y gabinet, plecy lekarza, kt&#243;ry telefonowa&#322;, okno otwarte i papiery na biurku, kt&#243;re podwija&#322; przeci&#261;g. Zwyk&#322;e badanie lekarskie. Nie stara&#322; si&#281; wcale przeczyta&#263; maszynowego tekstu, ale oczy same pochwyci&#322;y drukowane litery, jako ch&#322;opiec jeszcze uczy&#322; si&#281; uporczywie czytania do g&#243;ry nogami. Warren Cornelius, rozpoznanie: Syndrom anankastyczny. Lekarz zauwa&#380;y&#322; rozsypk&#281; papier&#243;w, zebra&#322; je i schowa&#322; do teczki. Czy nie by&#322; ciekaw, co oznacza&#322;a ta diagnoza? Chyba tak, ale czu&#322;, &#380;e to nie by&#322;oby w porz&#261;dku a potem zapomnia&#322;. Ile lat temu? Co najmniej sze&#347;&#263;.

Odstawi&#322; s&#322;ownik, jednocze&#347;nie poruszony, rozgrzany wewn&#281;trznie, ale i rozczarowany. Ananke przymu&#347;, wi&#281;c chyba nerwica natr&#281;ctw. Nerwica natr&#281;ctw! Czyta&#322; o niej, co si&#281; tylko da&#322;o, jako ch&#322;opiec jeszcze by&#322;a taka rodzinna sprawa chcia&#322; si&#281; dowiedzie&#263;, co to znaczy i pami&#281;&#263;, chocia&#380; nie bez oporu, przecie&#380; udziela&#322;a wyja&#347;nie&#324;. Ju&#380; co jak co, ale pami&#281;&#263; mia&#322; dobr&#261;. Powraca&#322;y zdania lekarskiej encyklopedii w kr&#243;tkich b&#322;yskach ol&#347;nie&#324;, bo si&#281; od razu nak&#322;ada&#322;y na posta&#263; Corneliusa. Widzia&#322; go teraz zupe&#322;nie inaczej ni&#380; dot&#261;d. By&#322;o to zarazem wstydliwe i &#380;a&#322;osne widowisko. A wi&#281;c to dlatego my&#322; r&#281;ce po dwadzie&#347;cia razy dziennie i musia&#322; ugania&#263; si&#281; za tymi muchami, i w&#347;cieka&#322; si&#281;, gdy zgin&#281;&#322;a mu kartka-zak&#322;adka do ksi&#261;&#380;ki, i trzyma&#322; r&#281;cznik pod kluczem, i nie m&#243;g&#322; siada&#263; na cudzym krze&#347;le Jedne czynno&#347;ci przymusowe rodzi&#322;y nast&#281;pne, coraz mocniej ob&#322;azi&#322; go ich pomiot, a&#380; stawa&#322; si&#281; po&#347;miewiskiem. Nie usz&#322;o to w ko&#324;cu uwadze lekarzy. Zdj&#281;li go z pok&#322;adu. Gdy Pirx wyt&#281;&#380;y&#322; pami&#281;&#263;, wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e na samym dole stronicy znajdowa&#322;y si&#281; trzy s&#322;owa rozstrzelone: niezdolny do lot&#243;w. A &#380;e psychiatra nie zna&#322; si&#281; na komputerach, pozwoli&#322; mu pracowa&#263; w Syntronics. Pewno uzna&#322;, &#380;e to w&#322;a&#347;nie doskona&#322;e miejsce dla takiego skrupulata. Co za pole do popisu dla pedanterii! Corneliusa musia&#322;o to podnie&#347;&#263; na duchu. Praca u&#380;yteczna i co najwa&#380;niejsze w naj&#347;ci&#347;lejszym zwi&#261;zku z kosmonautyk&#261;

Le&#380;a&#322; z oczami wlepionymi w sufit i nie musia&#322; si&#281; nawet specjalnie wysila&#263;, &#380;eby sobie wyobrazi&#263; Corneliusa w Syntronics. Co tam robi&#322;? Nadzorowa&#322; symulatory przy obci&#261;&#380;aniu okr&#281;towych komputer&#243;w. To znaczy utrudnia&#322; im prac&#281;, a dawanie szko&#322;y by&#322;o jego &#380;ywio&#322;em. Niczego lepiej nie umia&#322;. Ten cz&#322;owiek musia&#322; &#380;y&#263; w sta&#322;ej rozpaczy, &#380;e wezm&#261; go w ko&#324;cu za wariata, jakim nie by&#322;. W sytuacjach prawdziwie krytycznych nigdy nie traci&#322; g&#322;owy. By&#322; dzielny, ale t&#281; dzielno&#347;&#263; na co dzie&#324; zjada&#322;y mu po trochu natr&#281;ctwa. Pomi&#281;dzy za&#322;og&#261; i swoim pokr&#281;conym wn&#281;trzem musia&#322; si&#281; czu&#263; jak mi&#281;dzy m&#322;otem a kowad&#322;em. Patrza&#322; na cierpi&#281;tnika nie dlatego, &#380;e ulega&#322; owym musom, &#380;e by&#322; szalony, ale dlatego w&#322;a&#347;nie, &#380;e z tym walczy&#322; i bezustannie szuka&#322; pretekst&#243;w, usprawiedliwie&#324;, potrzebne by&#322;y mu te regulaminy, chcia&#322; si&#281; nimi wyt&#322;umaczy&#263;, &#380;e to nie on wcale, &#380;e to nie z niego ten wieczny dryl. Nie mia&#322; duszy kaprala no bo czy w takim wypadku czyta&#322;by Poego, historie makabryczne i niesamowite? Mo&#380;e szuka&#322; w nich swojego piek&#322;a? Mie&#263; w sobie taki k&#322;&#281;bek drucianych mus&#243;w, takie &#380;erdzie jakie&#347;, tory, i wci&#261;&#380; si&#281; z tym bi&#263;, zgniata&#263; to, wci&#261;&#380; od nowa Na dnie tego wszystkiego by&#322; strach, &#380;e stanie si&#281; co&#347; nieprzewidzianego, przeciw temu si&#281; tak wci&#261;&#380; dozbraja&#322;, musztrowa&#322;, &#263;wiczy&#322;, te jego pr&#243;bne alarmy, wizytacje, kontrole, bezsenne &#322;a&#380;enie po ca&#322;ym statku, wielki Bo&#380;e wiedzia&#322;, &#380;e si&#281; z niego w ku&#322;ak &#347;miej&#261;, mo&#380;e nawet pojmowa&#322;, jakie to wszystko niepotrzebne. Czy jest do pomy&#347;lenia, &#380;e on si&#281; na tych komputerach tam jakby m&#347;ci&#322;? &#379;e im dawa&#322; szko&#322;&#281;? Je&#347;li i tak by&#322;o, chyba nie zdawa&#322; sobie z tego sprawy. To si&#281; nazywa wt&#243;rna racjonalizacja. Wyt&#322;umaczy&#322; sobie, &#380;e w&#322;a&#347;nie tak powinien post&#281;powa&#263;.

Zadziwiaj&#261;ca rzecz, jak przy&#322;o&#380;enie do tego, co ju&#380; poprzednio wiedzia&#322;, co zna&#322; w postaci szeregu anegdot ca&#322;kiem innego j&#281;zyka, termin&#243;w medycznych, nadawa&#322;o zdarzeniom nowy sens. M&#243;g&#322; zajrze&#263; w g&#322;&#261;b, a pozwala&#322; na to wytrych, jakiego dostarcza psychiatria. Mechanizm cudzej osobowo&#347;ci objawia&#322; si&#281; nagi, zwi&#281;z&#322;y, zredukowany do garstki nieszcz&#281;snych odruch&#243;w, kt&#243;rym nie mo&#380;na uj&#347;&#263;. My&#347;l o tym, &#380;e mo&#380;na by&#263; lekarzem i tak w&#322;a&#347;nie traktowa&#263; ludzi, nawet &#380;eby im pomaga&#263;, wyda&#322;a mu si&#281; do niesamowito&#347;ci odpychaj&#261;ca. Zarazem rozcie&#324;czona aura b&#322;aze&#324;stwa, co otacza&#322;a jakby nik&#322;&#261; obw&#243;dk&#261; wspomnienia o Corneliusie, sczez&#322;a. W tym nowym, niespodziewanym widzeniu nie by&#322;o miejsca na przymieszk&#281; cwaniackiego, z&#322;o&#347;liwego humorku rodem ze szko&#322;y, koszar i pok&#322;ad&#243;w. Nie by&#322;o nic w Corneliusie, z czego mo&#380;na by si&#281; &#347;mia&#263;.

Praca w Syntronics. Zdawa&#322;oby si&#281; idealnie dostosowana do cz&#322;owieka: obci&#261;&#380;a&#263;, wymaga&#263;, komplikowa&#263; do granicy wytrzyma&#322;o&#347;ci. M&#243;g&#322; wreszcie wyswobodzi&#263; uwi&#281;zione w sobie musy. Dla nie wtajemniczonych wygl&#261;da&#322;o to znakomicie: stary praktyk, do&#347;wiadczony nawigator przekazuje swoj&#261; najlepsz&#261; wiedz&#281; automatom; c&#243;&#380; mo&#380;e by&#263; lepszego? A on mia&#322; przed sob&#261; niewolnik&#243;w i nie musia&#322; si&#281; pow&#347;ci&#261;ga&#263;, skoro nie byli lud&#378;mi. Schodz&#261;cy z ta&#347;my komputer jest jak noworodek: tak samo zdatny do wszystkiego, a nic nie umie.

Pobieranie nauk jest wzrostem specjalizacji i zarazem utrat&#261; pierwotnego niezr&#243;&#380;nicowania. Na stanowisku kontroli komputer pe&#322;ni rol&#281; m&#243;zgu, gdy symulator jest na&#347;ladowc&#261; cia&#322;a. M&#243;zg pod&#322;&#261;czony do cia&#322;a oto w&#322;a&#347;ciwa analogia.

M&#243;zg musi orientowa&#263; si&#281; w stanie i gotowo&#347;ci ka&#380;dego mi&#281;&#347;nia, podobnie komputer ma zna&#263; stan okr&#281;towych zespo&#322;&#243;w. Wysy&#322;a elektrycznymi drogami rojowiska pyta&#324;, jakby ciska&#322; tysi&#261;ce naraz pi&#322;eczek we wszystkie zak&#261;tki metalowego olbrzyma, i z echowych odpowiedzi tworzy sobie obraz rakiety i jej otoczenia. W t&#281; niezawodno&#347;&#263; wkroczy&#322; cz&#322;owiek cierpi&#261;cy na l&#281;k przed niespodziewanym i zwalczaj&#261;cy go rytua&#322;ami natr&#281;ctw. Symulator sta&#322; si&#281; narz&#281;dziem przymusu, wcieleniem jego l&#281;kowych zagro&#380;e&#324;. Dzia&#322;a&#322; w zgodzie z zasad&#261; naczeln&#261;: bezpiecze&#324;stwa. Czy to nie wygl&#261;da&#322;o na chwalebn&#261; gorliwo&#347;&#263;? Jak on si&#281; musia&#322; stara&#263;! Normalny tok uzna&#322; niebawem za nie do&#347;&#263; pewny. Im trudniejsza sytuacja statku, tym szybciej nale&#380;y si&#281; o niej informowa&#263;. Uwa&#380;a&#322;, &#380;e tempo sprawdzania agregat&#243;w ma by&#263; skorelowane z wag&#261; procedury. A poniewa&#380; najwa&#380;niejsza jest procedura l&#261;dowania Czy zmieni&#322; program? Ani troch&#281;, jak nie zmienia przepis&#243;w podr&#281;cznika kierowcy ten, kto sprawdza silnik auta co godzina zamiast raz dziennie. Tote&#380; program nie m&#243;g&#322; si&#281; mu opiera&#263;. D&#261;&#380;y&#322; w kierunku, w kt&#243;rym program nie mia&#322; zabezpiecze&#324;, bo co&#347; takiego nie przysz&#322;o do g&#322;owy &#380;adnemu programi&#347;cie. Je&#380;eli tak przeci&#261;&#380;any komputer zawodzi&#322;, Cornelius kierowa&#322; go na powr&#243;t do dzia&#322;u technicznego. Czy zdawa&#322; sobie spraw&#281; z tego, &#380;e zara&#380;a je natr&#281;ctwami? Chyba nie, by&#322; praktykiem, nie orientowa&#322; si&#281; w teorii, skrupulat niepewno&#347;ci takim by&#322; te&#380; wychowawc&#261; maszyn. Przeci&#261;&#380;a&#322; komputery, ale c&#243;&#380; -nie mog&#322;y si&#281; przecie&#380; skar&#380;y&#263;. By&#322;y to nowe modele, przypominaj&#261;ce zachowaniem gracza w szachy. Komputer-gracz pobije ka&#380;dego cz&#322;owieka pod warunkiem, &#380;e jego pedagogiem nie b&#281;dzie jaki&#347; Cornelius. Komputer przewiduje ruchy partnera na dwa-trzy posuni&#281;cia naprz&#243;d; gdyby usi&#322;owa&#322; je przewidywa&#263; na dziesi&#281;&#263; ci&#261;g&#243;w, ud&#322;awi&#322;by si&#281; nadmiarem mo&#380;liwych wariant&#243;w, bo one rosn&#261; wyk&#322;adniczo. Dla przewidzenia dziesi&#281;ciu mo&#380;liwych ruch&#243;w kolejnych na szachownicy nie wystarczy i trylionowo&#347;&#263; operacji. Takiego samoparali&#380;uj&#261;cego si&#281; szachist&#281; zdyskwalifikowa&#322;aby pierwsza rozgrywka. Na pok&#322;adzie rakiety nie by&#322;o to zrazu widoczne: mo&#380;na obserwowa&#263; tylko wej&#347;cia i wyj&#347;cia uk&#322;adu, nie to, co dzieje si&#281; w &#347;rodku. W &#347;rodku narasta&#322; t&#322;ok, na zewn&#261;trz wszystko bieg&#322;o normalnie do czasu. A wi&#281;c tak je uk&#322;ada&#322; i takie repliki umys&#322;u, kt&#243;ry ledwo sprawia si&#281; z realnymi zadaniami, bo tyle sobie wytworzy&#322; fikcyjnych stan&#281;&#322;y u steru stutysi&#281;cznik&#243;w. Ka&#380;dy z tych komputer&#243;w cierpia&#322; na syndrom anankastyczny: przymusowe powtarzanie operacji, komplikowanie czynno&#347;ci prostych, manieryzm, obrz&#261;dkowo&#347;&#263;, uwzgl&#281;dnianie wszystkiego naraz. Nie na&#347;ladowa&#322;y oczywi&#347;cie l&#281;ku, a tylko struktur&#281; w&#322;a&#347;ciwych mu reakcji; paradoksalne: to w&#322;a&#347;nie, &#380;e by&#322;y nowymi, udoskonalonymi modelami o zwi&#281;kszonej pojemno&#347;ci, przyczyni&#322;o si&#281; do ich zguby, poniewa&#380; tak d&#322;ugo mog&#322;y przecie&#380; dzia&#322;a&#263; mimo stopniowego zad&#322;awiania obwod&#243;w sygna&#322;owym t&#322;okiem. Ale w zenicie Agathodaemona jaka&#347; ostatnia kropla przepe&#322;ni&#322;a czar&#281;: mo&#380;e by&#322;y ni&#261; pierwsze uderzenia wichury, wymagaj&#261;ce b&#322;yskawicznych reakcji, ale zagwo&#380;d&#380;ony lawin&#261;, kt&#243;r&#261; sam w sobie rozp&#281;ta&#322;, komputer nie mia&#322; ju&#380; czym sterowa&#263;. Przesta&#322; by&#263; urz&#261;dzeniem czasu realnego, nie nad&#261;&#380;a&#322; ju&#380; z modelowaniem zaj&#347;&#263; rzeczywistych ton&#261;&#322; w urojeniach Znajdowa&#322; si&#281; naprzeciw olbrzymiej masy: tarczy planetarnej i program nie pozwala&#322; mu po prostu zrezygnowa&#263; z kontynuowania procedury, raz wszcz&#281;tej, chocia&#380; zarazem kontynuowa&#263; jej ju&#380; nie m&#243;g&#322;. Wyinterpretowa&#322; wi&#281;c sobie planet&#281; jako meteor le&#380;&#261;cy na kursie kolizyjnym, poniewa&#380; to by&#322;a ostatnia otwarta furtka, poniewa&#380; tak&#261; jedyn&#261; ewentualno&#347;&#263; dopuszcza&#322; program. Nie m&#243;g&#322; przekaza&#263; tego ludziom w sterowni, bo nie by&#322; przecie&#380; rozumuj&#261;cym cz&#322;owiekiem! Rachowa&#322; do ko&#324;ca, oblicza&#322; szans&#281;: zderzenie by&#322;o pewn&#261; zag&#322;ad&#261;, ucieczka tylko w dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu kilku procentach, wybra&#322; wi&#281;c ucieczk&#281;: awaryjny start!

Wszystko to uk&#322;ada&#322;o si&#281; logicznie lecz bez najmniejszego dowodu. Nikt nie s&#322;ysza&#322; dot&#261;d o takim wypadku. Kto m&#243;g&#322; potwierdzi&#263; przypuszczenia? Zapewne psychiatra, kt&#243;ry leczy&#322; Corneliusa, i pom&#243;g&#322; mu, a mo&#380;e tylko zezwoli&#322;, obj&#261;&#263; t&#281; prac&#281;. Ale przez wzgl&#261;d na tajemnic&#281; lekarsk&#261; nie powiedzia&#322;by nic. Roz&#322;ama&#263; j&#261; m&#243;g&#322;by tylko wyrok s&#261;dowy. Tymczasem Ares za sze&#347;&#263; dni

Pozostawa&#322; Corne&#322;ius. Czy domy&#347;la&#322; si&#281;? Czy pojmowa&#322; teraz, po tym, co si&#281; sta&#322;o? Pirx nie potrafi&#322; si&#281; wczu&#263; w sytuacj&#281; starego dow&#243;dcy. By&#322;o to niedotykalne jak za &#347;cian&#261; ze szk&#322;a. Je&#347;li powsta&#322;y w nim nawet jakie&#347; w&#261;tpliwo&#347;ci, sam nie dopowie ich sobie do ko&#324;ca. B&#281;dzie si&#281; broni&#322; przed takimi konkluzjami, to chyba oczywiste

Rzecz wyjdzie przecie&#380; na jaw po kolejnej katastrofie. Je&#347;li w dodatku Anabis wyl&#261;duje ca&#322;o, rachuba czysto statystyczna &#380;e zawiod&#322;y komputery, za kt&#243;re odpowiada Cornelius skieruje podejrzenia w jego stron&#281;. Zaczn&#261; bra&#263; pod lup&#281; ka&#380;dy szczeg&#243;&#322; i wtedy, po nitce do k&#322;&#281;bka

Ale nie mo&#380;na przecie&#380; czeka&#263; z za&#322;o&#380;onymi r&#281;kami. Co robi&#263;? Wiedzia&#322; dobrze: skasowa&#263; ca&#322;&#261; pami&#281;&#263; maszynow&#261; Aresa, przekaza&#263; oryginalny program drog&#261; radiow&#261;, informatyk pok&#322;adowy da sobie z tym rad&#281; w ci&#261;gu kilku godzin.

Ale by wyst&#261;pi&#263; z czym&#347; takim, trzeba mie&#263; w r&#281;ku dowody. Niechby tylko jeden. Niechby, na koniec, same poszlaki: ale on nie mia&#322; nic. Jedno wspomnienie, sprzed lat, jakiej&#347; historii choroby, do g&#243;ry nogami odczytanej w dwu wierszach przezwiska i ploteczki anegdoty, jakie opowiadano o Corneliusie katalog jego dziwactw Niepodobna wyst&#261;pi&#263; przed komisj&#261; z czym&#347; takim jako dowodem schorzenia i przyczyna katastrofy. Je&#347;li nawet, rzucaj&#261;c takie oskar&#380;enie, nie zwa&#380;a&#263; na starego cz&#322;owieka, to pozostaje Ares. Przez czas trwania operacji statek b&#281;dzie jak &#347;lepy i g&#322;uchy, skoro pozbawiony komputera.

Najwa&#380;niejszy by&#322; Ares. Rozwa&#380;a&#322; projekty ju&#380; na p&#243;&#322; szalone: je&#347;li nie mo&#380;e zrobi&#263; tego oficjalnie, czy nie wystartowa&#263; i nie wys&#322;a&#263; Aresowi ostrze&#380;enia i opisu tego my&#347;lowego &#347;ledztwa z pok&#322;adu Cuiviera? Mniejsza o konsekwencje, ale to by&#322;o zbyt ryzykowne. Nie zna&#322; dow&#243;dcy Aresa. Czy sam podporz&#261;dkowa&#322;by si&#281; radom obcego cz&#322;owieka w oparciu o takie hipotezy? Przy zupe&#322;nym braku dowod&#243;w? W&#261;tpliwe

Pozostawa&#322; wi&#281;c ju&#380; tylko sam Cornelius. Zna&#322; jego adres: Boston, zak&#322;ady Syntronics. Ale jak&#380;e za&#380;&#261;da&#263;, by kto&#347; tak nieufny, pedantyczny i skrupulatny przyzna&#322; si&#281; do pope&#322;nienia w&#322;a&#347;nie tego, czemu usi&#322;owa&#322; przez ca&#322;e &#380;ycie zapobiec? By&#263; mo&#380;e, po rozmowach w cztery oczy, po perswazjach, po wskazaniu na gro&#378;b&#281; zawis&#322;&#261; nad Aresem, wyrazi&#322;by zgod&#281; na to ostrze&#380;enie i popar&#322;by je, bo by&#322; uczciwym cz&#322;owiekiem. Ale w dyskusji prowadzonej mi&#281;dzy Marsem i Ziemi&#261;, z o&#347;miominutowymi pauzami, naprzeciw ekranu, a nie &#380;ywego rozm&#243;wcy, obruszy&#263; takie oskar&#380;enie na g&#322;ow&#281; bezbronnego, &#380;&#261;da&#263;, &#380;eby si&#281; przyzna&#322; do zab&#243;jstwa -cho&#263; nieumy&#347;lnego trzydziestu ludzi? Niemo&#380;liwe.

Siedzia&#322; na &#322;&#243;&#380;ku &#347;ciskaj&#261;c jedn&#261; r&#281;k&#281; w drugiej, jakby si&#281; modli&#322;. Odczuwa&#322; bezmierne zdziwienie, &#380;e to mo&#380;liwe: tak wszystko wiedzie&#263; i tak nic nie m&#243;c! Obj&#261;&#322; wzrokiem ksi&#261;&#380;ki na p&#243;&#322;ce. Dopomog&#322;y mu w&#322;asn&#261; przegran&#261;. Przegrali wszyscy, poniewa&#380; spierali si&#281; o kana&#322;y, czyli o to, co rzekomo by&#322;o na odleg&#322;ej plamce, w szk&#322;ach teleskop&#243;w, a nie o to, co by&#322;o w nich samych. Spierali si&#281; o Marsa, kt&#243;rego nie widzieli; widzieli dno w&#322;asnych umys&#322;&#243;w, z niego wyl&#281;g&#322;y si&#281; obrazy heroiczne i fatalne. W przestrze&#324; dwustu milion&#243;w kilometr&#243;w rzutowali w&#322;asne rojenia zamiast nad sob&#261; si&#281; zastanowi&#263;. Tak&#380;e i tutaj ka&#380;dy, kto pakowa&#322; si&#281; w g&#261;szcz teorii komputer&#243;w i w niej szuka&#322; przyczyn katastrofy, oddala&#322; si&#281; od sedna rzeczy. Komputery by&#322;y bezwinne i neutralne, tak samo jak Mars, do kt&#243;rego on te&#380; &#380;ywi&#322; jakie&#347; bezsensowne pretensje, jak gdyby &#347;wiat by&#322; odpowiedzialny za majaki, kt&#243;re usi&#322;uje mu narzuci&#263; cz&#322;owiek. Ale te stare ksi&#261;&#380;ki zrobi&#322;y ju&#380; wszystko, co mog&#322;y. Nie widzia&#322; wyj&#347;cia.

Na ostatniej, dolnej p&#243;&#322;ce by&#322;a i beletrystyka; w&#347;r&#243;d kolorowych grzbiet&#243;w wype&#322;z&#322;y niebieskawy tom Poego. Wi&#281;c i Romani go czyta&#322;? On sam nie lubi&#322; Poego za sztuczno&#347;&#263; j&#281;zyka, wymy&#347;lno&#347;&#263; wizji, kt&#243;ra nie chcia&#322;a si&#281; przyznawa&#263; do tego, &#380;e jest rodem ze snu. Ale dla Corneliusa by&#322;a to prawie Biblia. Bezmy&#347;lnie wyj&#261;&#322; &#243;w tom, otworzy&#322; mu si&#281; w r&#281;kach na spisie rzeczy. Odczyta&#322; tytu&#322;, kt&#243;ry go porazi&#322;. Cornelius da&#322; mu to raz, po wachcie, zachwala&#322; t&#281; opowie&#347;&#263; o wykryciu mordercy fantastycznie wyre&#380;yserowanym, nieprawdopodobnym sposobem. Potem on sam jeszcze chwali&#263; j&#261; musia&#322; fa&#322;szywie wiadomo, dow&#243;dca ma zawsze racj&#281;

Najpierw tylko bawi&#322; si&#281; pomys&#322;em, kt&#243;ry go nawiedzi&#322;, potem zacz&#261;&#322; si&#281; do niego przymierza&#263;. By&#322;o to troch&#281; jak sztubacki kawa&#322; a zarazem jak pod&#322;y cios w plecy. Dzikie, niewydarzone, okrutne ale kto wie, czy nie skuteczne w tej w&#322;a&#347;nie sytuacji: &#380;eby wys&#322;a&#263; w depeszy te cztery s&#322;owa. By&#263; mo&#380;e te podejrzenia s&#261; jedn&#261; bredni&#261;, Cornelius, do kt&#243;rego odnosi&#322;a si&#281; historia choroby, to ca&#322;kiem inny cz&#322;owiek, a ten obci&#261;&#380;a&#322; komputery dok&#322;adnie pod&#322;ug normatyw&#243;w i do niczego nie mo&#380;e si&#281; poczuwa&#263;. Otrzymawszy tak&#261; depesz&#281;, wzruszy ramionami, my&#347;l&#261;c, &#380;e jego dawny podw&#322;adny pozwoli&#322; sobie na krety&#324;ski dowcip, w najwy&#380;szym stopniu odra&#380;aj&#261;cy ale te&#380; nic wi&#281;cej nie pomy&#347;li i nie uczyni. Je&#347;li jednak wiadomo&#347;&#263; o katastrofie wzbudzi&#322;a w nim niepok&#243;j, nieokre&#347;lone podejrzenie, je&#380;eli ju&#380; si&#281; po trosze zaczyna domy&#347;la&#263; w&#322;asnego udzia&#322;u w nieszcz&#281;&#347;ciu i stawia tym domys&#322;om op&#243;r, cztery s&#322;owa depeszy uderz&#261; go jak grom. Poczuje si&#281; w oka mgnieniu przejrzany na wylot w tym, czego sam nie powa&#380;y&#322; si&#281; sformu&#322;owa&#263; do ko&#324;ca, a zarazem winny: nie b&#281;dzie m&#243;g&#322; wtedy uj&#347;&#263; ju&#380; my&#347;li o Aresie i o tym, co go czeka; gdyby nawet pr&#243;bowa&#322; si&#281; przed tym broni&#263;, telegram nie da mu spokoju. Nie zdo&#322;a siedzie&#263; z za&#322;o&#380;onymi r&#281;kami, w biernym oczekiwaniu; telegram zajdzie mu za sk&#243;r&#281;, dobierze si&#281; do sumienia, a wtedy co? Pirx zna&#322; go dostatecznie, by wiedzie&#263;, &#380;e stary nie zg&#322;osi si&#281; do w&#322;adz, nie z&#322;o&#380;y zezna&#324;, tak samo jak nie pocznie my&#347;le&#263; o najw&#322;a&#347;ciwszej obronie i sposobach umkni&#281;cia odpowiedzialno&#347;ci. Je&#380;eli raz uzna, &#380;e ponosi odpowiedzialno&#347;&#263;, bez jednego s&#322;owa, w milczeniu, uczyni to, co uzna za w&#322;a&#347;ciwe.

A wi&#281;c nie mo&#380;na tak post&#261;pi&#263;. Jeszcze raz przeszed&#322; wszystkie warianty got&#243;w i&#347;&#263; do samego diab&#322;a, &#380;&#261;da&#263; rozmowy z van der Voytem, gdyby cokolwiek rokowa&#322;a Ale nikt nie m&#243;g&#322; pom&#243;c. Nikt. Wszystko wygl&#261;da&#322;oby inaczej, gdyby nie Ares i te sze&#347;&#263; dni czasu. Nak&#322;onienie psychiatry do zezna&#324;; obserwacja sposob&#243;w, jakimi Cornelius testowa&#322; komputery; sprawdzanie Aresowego komputera wszystko to wymaga&#322;o tygodni. A wi&#281;c? Przygotowa&#263; starego jak&#261;&#347; wiadomo&#347;ci&#261; zapowiadaj&#261;c&#261;, &#380;e Ale w&#243;wczas wszystko spali na panewce. Tamten znajdzie w obola&#322;ej psychice wybiegi, kontrargumenty, w ko&#324;cu najuczciwszy cz&#322;owiek &#347;wiata te&#380; ma instynkt samozachowawczy. Pocznie si&#281; broni&#263; albo raczej b&#281;dzie po swojemu milcza&#322; wzgardliwie, gdy tymczasem Ares

Doznawa&#322; uczucia zapadania si&#281;, wszystko odtr&#261;ca&#322;o go, jak w tym innym opowiadaniu Poego, Studnia i wahad&#322;o, gdzie martwe otoczenie milimetr po milimetrze zaciska bezbronnego, popychaj&#261;c go ku otch&#322;ani. Jaka mo&#380;e by&#263; wi&#281;ksza bezbronno&#347;&#263; od bezbronno&#347;ci cierpienia, kt&#243;re trafi&#322;o kogo&#347; i za to w&#322;a&#347;nie ma si&#281; go podst&#281;pnie ugodzi&#263;? Jaka mo&#380;e by&#263; wi&#281;ksza pod&#322;o&#347;&#263;?

Zaniecha&#263;? Milcze&#263;? Pewno, &#380;e to by&#322;o naj&#322;atwiejsze! Nikt nigdy nawet si&#281; nie domy&#347;li, &#380;e mia&#322; w r&#281;ku wszystkie nici. Po kolejnej katastrofie sami wpadn&#261; na trop. Raz uruchomione &#347;ledztwo dotrze wreszcie do Corneliusa i

Ale je&#347;li tak w&#322;a&#347;nie jest, je&#347;li nie os&#322;oni starego dow&#243;dcy nawet zachowuj&#261;c milczenie nie ma do tego prawa. Nic ju&#380; wi&#281;cej nie pomy&#347;la&#322;, bo zacz&#261;&#322; dzia&#322;a&#263;, jakby wyzbyty wszelkich w&#261;tpliwo&#347;ci.

Na parterze by&#322;o pusto. W kabinie laserowej &#322;&#261;czno&#347;ci siedzia&#322; jeden tylko dy&#380;urny technik: Haroun. Wys&#322;a&#322; tak&#261; depesz&#281;: Ziemia, USA, Boston, Syntronics Corporation, Warren Cornelius: THOU ART THE MAN. I podpisa&#322; si&#281; z dodatkiem: cz&#322;onek komisji do zbadania przyczyn katastrofy Ariela. Miejsce wys&#322;ania depeszy: Mars, Agathodaemon. To by&#322;o wszystko. Wr&#243;ci&#322; do siebie i zamkn&#261;&#322; si&#281;. Kto&#347; puka&#322; potem do drzwi, s&#322;ycha&#263; by&#322;o g&#322;osy, ale nie da&#322; znaku &#380;ycia. Musia&#322; by&#263; sam, bo przysz&#322;y tortury my&#347;li, jakich si&#281; spodziewa&#322;. Na to nie by&#322;o ju&#380; &#380;adnej rady.

Czyta&#322; p&#243;&#378;n&#261; noc&#261; Schiaparellego, &#380;eby nie wyobra&#380;a&#263; sobie po sto razy w r&#243;&#380;nych wariantach, jak Cornelius, unosz&#261;c szpakowate, nastroszone brwi, bierze do r&#281;ki depesz&#281; z nag&#322;&#243;wkiem Marsa, jak rozk&#322;ada szeleszcz&#261;cy papier i odsuwa od dalekowzrocznych oczu. Ze Schiaparellego nie rozumia&#322; ani s&#322;owa; a kiedy odwraca&#322; stronic&#281;, wybucha&#322;o w nim bezmierne zdumienie przemieszane z dziecinnym prawie &#380;alem: jak to, wi&#281;c to ja? ja potrafi&#322;em co&#347; takiego zrobi&#263;?

Nie mia&#322; przecie&#380; w&#261;tpliwo&#347;ci: Cornelius tkwi&#322; w potrzasku jak mysz; brak&#322;o mu luzu, szpary dla najmniejszego uniku, nie dopuszcza&#322;a go sytuacja samym swoim kszta&#322;tem nadanym jej przez zgrupowanie zdarze&#324;; wi&#281;c swoim spiczastym, wyra&#378;nym pismem rzuci&#322; na papier kilka zda&#324; wyja&#347;nienia, &#380;e dzia&#322;a&#322; w dobrej wierze, lecz bierze na siebie ca&#322;&#261; win&#281;, podpisa&#322; si&#281; i o trzeciej trzydzie&#347;ci w cztery godziny po otrzymaniu depeszy strzeli&#322; sobie w usta. W tym, co napisa&#322;, nie by&#322;o jednego s&#322;owa o chorobie, &#380;adnej pr&#243;by usprawiedliwiania si&#281;, nic.

Jak gdyby zaakceptowa&#322; czyn Pirxa tylko w tym, co si&#281; wi&#261;za&#322;o z ocaleniem Aresa i postanowi&#322; wzi&#261;&#263; w tym ocaleniu udzia&#322; ale w niczym nadto. Jak gdyby wyrazi&#322; mu jednocze&#347;nie rzeczow&#261; aprobat&#281; i pe&#322;n&#261; wzgard&#281; za tak zadany cios.

By&#263; mo&#380;e zreszt&#261; Pirx myli&#322; si&#281;. Jakkolwiek tkwi w tym pewna niewsp&#243;&#322;mierno&#347;&#263;, szczeg&#243;lnie dolega&#322; mu we w&#322;asnym uczynku jego koturnowo-teatralny styl, rodem z Poego. Podszed&#322; Corneliusa jego umi&#322;owanym pisarzem i w jego stylu, kt&#243;ry mu brzmia&#322; fa&#322;szywie, od kt&#243;rego si&#281; z&#380;yma&#322;, bo nie upatrywa&#322; zgrozy &#380;ycia w zw&#322;okach powracaj&#261;cych zza grobu, co wskazuj&#261; okrwawionym palcem morderc&#281;. Zgroza ta by&#322;a, zgodnie z jego do&#347;wiadczeniem, raczej szydercza ni&#380; malownicza. Towarzyszy&#322;a refleksji nad zmian&#261; roli, jak&#261; Mars odgrywa&#322; w dwu nast&#281;puj&#261;cych po sobie epokach, kiedy z nieosi&#261;galnej, czerwonawej plamki na nocnym niebie, objawiaj&#261;cej na wp&#243;&#322; czytelne znaki obcego rozumu, sta&#322; si&#281; terenem zwyczajnego &#380;ycia, a wi&#281;c mozolnych zmaga&#324;, politycznych konszacht&#243;w, intryg, &#347;wiatem uci&#261;&#380;liwej wichury, zam&#281;tu i strzaskanych rakiet, miejscem, z kt&#243;rego mo&#380;na by&#322;o nie tylko dostrzec poetycznie b&#322;&#281;kitn&#261; iskr&#281; Ziemi, ale i ugodzi&#263; na niej &#347;miertelnie cz&#322;owieka. Niepokalany, bo na wp&#243;&#322; domy&#347;lny Mars wczesnej areografii sczez&#322;, pozostawiaj&#261;c po sobie tylko owe brzmi&#261;ce jak formu&#322;y i zakl&#281;cia alchemik&#243;w nazwy grecko-&#322;aci&#324;skie, kt&#243;rych materialne pod&#322;o&#380;e depta&#322;o si&#281; ci&#281;&#380;kimi butami. Zasz&#322;a nieodwo&#322;alnie za horyzont epoka wysokich spor&#243;w teoretycznych i gin&#261;c ukaza&#322;a dopiero swoje prawdziwe oblicze marzenia &#380;ywi&#261;cego si&#281; w&#322;asn&#261; niespe&#322;nialno&#347;ci&#261;. Pozosta&#322; tylko Mars &#380;mudnych prac, ekonomicznej rachuby i takich szarobrudnych &#347;wit&#243;w jak ten, w kt&#243;rym poszed&#322; na obrady komisji z dowodem w r&#281;ku.





