




Kress Nancy

Hiszpa&#324;scy &#379;ebracy



KSI&#280;GA PIERWSZA

Leisha

2008

Z energi&#261; i bezsenn&#261; czujno&#347;ci&#261; d&#261;&#380; naprz&#243;d i daj nam zwyci&#281;stwo.

ABRAHAM LINCOLN DO GENERA&#321;A-MAJORA JOSEPHA HOOKERA, 1863



1

SIEDZIELI SZTYWNO W FOTELACH W STYLU EAMES  dwoje ludzi, kt&#243;rzy wcale nie chcieli tu by&#263;. A mo&#380;e tylko jedno z nich, drugie za&#347; mia&#322;o mu to za z&#322;e. Doktor Ong widywa&#322; ju&#380; takie pary. Wystarczy&#322;y dwie minuty, by si&#281; upewni&#263;: to kobieta wrza&#322;a w&#347;ciek&#322;ym, cho&#263; niemym oporem. Przegra, ale m&#281;&#380;czyzna d&#322;ugo b&#281;dzie musia&#322; p&#322;aci&#263; za swoje zwyci&#281;stwo.

Zak&#322;adam, &#380;e wszystkie finansowe formalno&#347;ci mamy ju&#380; za sob&#261;  zacz&#261;&#322; przyja&#378;nie Camden.  Zatem przejd&#378;my od razu do rzeczy, doktorze.

Oczywi&#347;cie  zgodzi&#322; si&#281; Ong.  Zacznijmy mo&#380;e od sprecyzowania genetycznych modyfikacji, jakie chc&#261; pa&#324;stwo uzyska&#263; dla swego dziecka.

Kobieta poruszy&#322;a si&#281; gwa&#322;townie. Nie mia&#322;a jeszcze trzydziestki  najwyra&#378;niej by&#322;a jego drug&#261; &#380;on&#261;  ale jej wygl&#261;d cechowa&#322;o pewne znu&#380;enie, jakby &#380;ycie z Camdenem nadw&#261;tli&#322;o jej si&#322;y. By&#322;a szatynk&#261; o br&#261;zowych oczach, jej cera mia&#322;a lekko &#347;niady odcie&#324;, co mog&#322;oby wygl&#261;da&#263; &#322;adnie, gdyby policzki barwi&#322; cho&#263; cie&#324; rumie&#324;ca. Na g&#322;owie mia&#322;a br&#261;zowy kapelusz  ani elegancki, ani pospolity. Jej buty przywodzi&#322;y na my&#347;l obuwie ortopedyczne. Ong zerkn&#261;&#322; do notatek, &#380;eby sprawdzi&#263; imi&#281;: Elizabeth. M&#243;g&#322;by si&#281; za&#322;o&#380;y&#263;, &#380;e ma&#322;o kto je zapami&#281;tuje.

Na fotelu obok Roger Camden emanowa&#322; niespokojn&#261; witalno&#347;ci&#261;. Dobiega&#322; pi&#281;&#263;dziesi&#261;tki. Jego g&#322;owa, kszta&#322;tem przypominaj&#261;ca pocisk, niezbyt pasowa&#322;a do starannie przyci&#281;tej fryzury. Ong nie potrzebowa&#322; zagl&#261;da&#263; do notatek, &#380;eby co&#347; o nim wiedzie&#263;. Karykatura owej przypominaj&#261;cej pocisk g&#322;owy zdobi&#322;a ok&#322;adk&#281; wczorajszego Wall Street Journal. Camden by&#322; czo&#322;ow&#261; postaci&#261; inwestycji w skrzy&#380;no-granicznych atolach danych. Ong nie by&#322; pewien, o co w&#322;a&#347;ciwie chodzi&#322;o.

To ma by&#263; dziewczynka.  Elizabeth Camden odezwa&#322;a si&#281; pierwsza. Tego Ong si&#281; nie spodziewa&#322;. Jej akcent okaza&#322; si&#281; kolejn&#261; niespodziank&#261;: arystokratyczno-brytyjski.  Ma by&#263; blondynk&#261;. Oczy zielone. Wysoka. Smuk&#322;a.

Ong si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

Pa&#324;stwo z pewno&#347;ci&#261; zdaj&#261; sobie spraw&#281;, &#380;e najpro&#347;ciej jest uzyska&#263; cechy zewn&#281;trzne. Je&#347;li za&#347; chodzi o smuk&#322;&#261; sylwetk&#281;, mo&#380;emy jedynie nada&#263; dziecku pewn&#261; genetyczn&#261; sk&#322;onno&#347;&#263; w tym kierunku. Oczywi&#347;cie, spos&#243;b od&#380;ywiania

Tak, tak  wtr&#261;ci&#322; Camden  to oczywiste. Poza tym ma by&#263; inteligentna. Bardzo inteligentna. I &#347;mia&#322;a.

Przykro mi, panie Camden. Czynniki osobowo&#347;ciowe nie s&#261; jeszcze na tyle zbadane, &#380;eby&#347;my mogli pozwoli&#263; sobie na ich genetyczne

Tylko sprawdza&#322;em  przerwa&#322; mu Camden z u&#347;miechem, kt&#243;ry, jak przypuszcza&#322; Ong, mia&#322; sprawia&#263; wra&#380;enie beztroskiego.

I uzdolniona muzycznie  dorzuci&#322;a Elizabeth.

Powtarzam, pani Camden: pewna predyspozycja w kierunku muzykalno&#347;ci to jedyne, co mo&#380;emy zagwarantowa&#263;.

Dobre i to  powiedzia&#322; Camden.  No i oczywi&#347;cie pe&#322;ny zakres korekt na wszystkie potencjalne choroby dziedziczne.

Rzecz jasna  zgodzi&#322; si&#281; Ong.

Zapad&#322;o milczenie. Jak dot&#261;d, lista wymaga&#324; przedstawia&#322;a si&#281; do&#347;&#263; skromnie, je&#347;li wzi&#261;&#263; pod uwag&#281; pieni&#261;dze Camdena. Zwykle trzeba by&#322;o przekonywa&#263; klient&#243;w, &#380;eby zrezygnowali ze wzajemnie sprzecznych modyfikacji genetycznych, przesadnych korekt albo nierealistycznych oczekiwa&#324;. Ong czeka&#322;. Napi&#281;cie t&#281;&#380;a&#322;o w pokoju jak upa&#322;.

A tak&#380;e  odezwa&#322; si&#281; w ko&#324;cu Camden  wyeliminowanie potrzeby snu.

Elizabeth Camden gwa&#322;townie odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281; i zapatrzy&#322;a si&#281; w okno.

Ong z&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na magnetycznym przycisku do papieru.

Czy wolno mi zapyta&#263;, sk&#261;d pan wie, &#380;e istnieje program takiej modyfikacji genetycznej?

Zatem nie zaprzecza pan, &#380;e istnieje  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Camden.  Jestem got&#243;w zap&#322;aci&#263; ka&#380;d&#261; cen&#281;.

Chcia&#322;bym jednak wiedzie&#263;, sk&#261;d pan wie o istnieniu tego programu.  Ong stara&#322; si&#281; zachowa&#263; spok&#243;j.

Camden si&#281;gn&#261;&#322; do kieszeni. Jedwab jego ubrania zmarszczy&#322; si&#281; i ponaci&#261;ga&#322;. Najwyra&#378;niej garnitur i jego w&#322;a&#347;ciciel nale&#380;eli do dw&#243;ch r&#243;&#380;nych sfer. Ong przypomnia&#322; sobie, &#380;e Camden jest jagaist&#261;, przyjacielem samego Kenzo Yagai. Camden wr&#281;czy&#322; Ongowi wydruk z komputera, zawieraj&#261;cy g&#322;&#243;wne za&#322;o&#380;enia programu.

Mo&#380;e pan sobie darowa&#263; szukanie przecieku w systemie ochronnym banku danych, doktorze, bo go pan nie znajdzie. Na pociech&#281; dodam, &#380;e nie znajdzie go te&#380; nikt inny. No, dobrze.  Nagle pochyli&#322; si&#281; do przodu. Zmieni&#322; ton.  Wiem, &#380;e do tej pory stworzyli&#347;cie dwadzie&#347;cioro dzieci, kt&#243;re w og&#243;le nie potrzebuj&#261; snu. I jak do tej pory dziewi&#281;tna&#347;cioro z nich cieszy si&#281; dobrym zdrowiem, wysok&#261; sprawno&#347;ci&#261; intelektualn&#261; i doskonale rozwija si&#281; pod wzgl&#281;dem psychicznym. Fizycznie te&#380; zreszt&#261; bij&#261; na g&#322;ow&#281; zwyk&#322;e dzieci. Najstarsze ma dopiero cztery lata, a ju&#380; potrafi czyta&#263; w dw&#243;ch j&#281;zykach. Wiem te&#380;, &#380;e za kilka lat wypu&#347;cicie t&#281; modyfikacj&#281; na rynek. Chc&#281; tylko, &#380;eby moja c&#243;rka otrzyma&#322;a szans&#281; ju&#380; teraz. Cena nie gra roli.

Ong wsta&#322;.

Nie jestem upowa&#380;niony do negocjacji w tej sprawie, panie Camden. Ani sprawa kradzie&#380;y danych

Kt&#243;ra wcale nie by&#322;a kradzie&#380;&#261;. To wasz system wpu&#347;ci&#322; ba&#324;k&#281; z t&#261; informacj&#261; do systemu publicznego. I &#380;ycz&#281; dobrej zabawy, je&#347;li zechcecie udowodni&#263;, &#380;e by&#322;o inaczej.

ani te&#380; sprzeda&#380;y tej w&#322;a&#347;nie modyfikacji nie le&#380;y w zakresie moich kompetencji. Obie te sprawy musz&#261; zosta&#263; om&#243;wione przez Zarz&#261;d Instytutu.

Ale&#380; oczywi&#347;cie, oczywi&#347;cie. A kiedy b&#281;d&#281; m&#243;g&#322; z nimi porozmawia&#263;?

Pan?

Camden, nie wstaj&#261;c z fotela, spojrza&#322; mu prosto w oczy. Ongowi przysz&#322;o na my&#347;l, &#380;e z tej pozycji niewielu ludzi potrafi&#322;oby spogl&#261;da&#263; tak pewnie.

Naturalnie. Chcia&#322;bym przedstawi&#263; swoj&#261; ofert&#281; komu&#347;, kto ma do&#347;&#263; kompetencji, by j&#261; przyj&#261;&#263;. Chodzi przecie&#380; o zwyk&#322;y dobry interes.

To nie jest tylko i wy&#322;&#261;cznie transakcja handlowa, panie Camden.

Nie jest to tak&#380;e tylko i wy&#322;&#261;cznie przedmiot bada&#324; naukowych  odparowa&#322; Camden.  Wasza instytucja ma przecie&#380; przynosi&#263; doch&#243;d. I korzystacie przy tym z ulg podatkowych przys&#322;uguj&#261;cych tylko firmom, kt&#243;re respektuj&#261; pewne regulacje prawne.

Przez chwil&#281; Ong nie m&#243;g&#322; si&#281; zorientowa&#263;, co tamten ma na my&#347;li.

Pewne regulacje prawne?

Kt&#243;re maj&#261; na celu ochron&#281; praw mniejszo&#347;ci, tak&#380;e &#322;o&#380;&#261;cych na wasze utrzymanie. Wiem, &#380;e nie wykorzystywano ich jeszcze do obrony praw klient&#243;w, z wyj&#261;tkiem ograniczania dost&#281;pu do instalacji energii Y. Ale w ka&#380;dej chwili mo&#380;na je wypr&#243;bowa&#263;, doktorze Ong. Mniejszo&#347;ci maj&#261; prawo korzysta&#263; z tych samych ofert handlowych, co og&#243;&#322;. Wiem, &#380;e Instytut nie by&#322;by zadowolony z procesu s&#261;dowego, doktorze. Tymczasem w&#347;r&#243;d rodzin, w kt&#243;rych przeprowadzono genetyczne testy beta, nie ma ani kolorowych, ani &#379;yd&#243;w.

Rozprawa s&#261;dowa? Przecie&#380; pan nie jest ani kolorowym, ani &#379;ydem.

Nale&#380;&#281; do innej mniejszo&#347;ci. Jestem Amerykaninem polskiego pochodzenia. Kiedy&#347; nazywa&#322;em si&#281; Kami&#324;ski.  Camden w ko&#324;cu wsta&#322;. I u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ciep&#322;o.  Niech pan pos&#322;ucha. To przecie&#380; &#347;mieszne. Pan wie i ja wiem, &#380;e dziennikarze i tak si&#281; do tego dorw&#261;. I wie pan te&#380;, &#380;e nie mam ochoty pozywa&#263; was pod tak niepowa&#380;nym zarzutem, maj&#261;c na uwadze chocia&#380;by przedwczesny i nieprzyjemny rozg&#322;os, jaki towarzyszy&#322;by tej sprawie. Nie chc&#281; nikogo straszy&#263;, mo&#380;e mi pan wierzy&#263;. Chc&#281; jedynie, aby moja c&#243;rka mog&#322;a skorzysta&#263; z tak wspania&#322;ego osi&#261;gni&#281;cia.  Wyraz jego twarzy zn&#243;w si&#281; zmieni&#322;. Ong ujrza&#322; na niej co&#347;, czego nigdy by si&#281; nie spodziewa&#322;: smutn&#261; zadum&#281;.  Doktorze, czy wie pan, ile m&#243;g&#322;bym dokona&#263;, gdybym nie musia&#322; spa&#263;?

Przecie&#380; i tak prawie nie sypiasz  wtr&#261;ci&#322;a szorstko pani Camden.

Camden spojrza&#322; na ni&#261;, jakby dopiero teraz przypomnia&#322; sobie ojej istnieniu.

Nie, moja droga, nie chodzi mi o to, co jest teraz. Ale kiedy by&#322;em m&#322;ody w collegeu M&#243;g&#322;bym sko&#324;czy&#263; szko&#322;&#281; i jednocze&#347;nie utrzymywa&#263; No c&#243;&#380;, teraz to ju&#380; nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy si&#281; jedynie, aby&#347;my doszli do porozumienia, ja i ten pa&#324;ski zarz&#261;d.

Panie Camden, prosz&#281; natychmiast opu&#347;ci&#263; m&#243;j gabinet.

Zanim straci pan cierpliwo&#347;&#263; z powodu mojej arogancji? Nie by&#322;by pan pierwszy. Czekam na termin spotkania do ko&#324;ca przysz&#322;ego tygodnia. Czas i miejsce ustalcie sami. Prosz&#281; tylko przekaza&#263; szczeg&#243;&#322;y mojej sekretarce, Dianie Clavers. Ja si&#281; dostosuj&#281;.

Ong nie odprowadzi&#322; ich do drzwi. Czu&#322;, jak za uszami pulsuje mu krew. W drzwiach Elizabeth Camden przystan&#281;&#322;a i odwr&#243;ci&#322;a si&#281;.

Co si&#281; sta&#322;o z dwudziestym?

Co takiego?

Z dwudziestym dzieckiem. M&#261;&#380; powiedzia&#322;, &#380;e dziewi&#281;tna&#347;cioro rozwija si&#281; normalnie i zdrowo. Co si&#281; sta&#322;o z dwudziestym?

Nadci&#347;nienie ros&#322;o szybko, Ongowi by&#322;o coraz gor&#281;cej. Wiedzia&#322;, &#380;e nie powinien odpowiada&#263;, bo Camden na pewno zna odpowied&#378;, tylko nie powiedzia&#322; nic &#380;onie. Ale wiedzia&#322; te&#380;, &#380;e on, Ong, i tak jej odpowie, cho&#263; p&#243;&#378;niej b&#281;dzie gorzko &#380;a&#322;owa&#263; tej chwili s&#322;abo&#347;ci.

Nie &#380;yje. Zwi&#261;zek mi&#281;dzy rodzicami okaza&#322; si&#281; nietrwa&#322;y. Rozwiedli si&#281;, kiedy kobieta by&#322;a w ci&#261;&#380;y. P&#243;&#378;niej nie mog&#322;a znie&#347;&#263; dwudziestoczterogodzinnego p&#322;aczu dziecka, kt&#243;re nigdy nie &#347;pi.

Elizabeth Camden otwar&#322;a szeroko oczy.

Zabi&#322;a je?

To by&#322; wypadek  rzuci&#322; kr&#243;tko Camden.  Troch&#281; za mocno szarpn&#281;&#322;a maluchem.  Rzuci&#322; Ongowi nachmurzone spojrzenie.  Opiekunki, doktorze. Na trzy zmiany. Powinni&#347;cie wybiera&#263; rodziny, kt&#243;re sta&#263; na zatrudnienie opiekunek na trzy zmiany.

To straszne!  wybuch&#322;a pani Camden, a doktor Ong nie m&#243;g&#322; si&#281; zorientowa&#263;, czy chodzi jej o &#347;mier&#263; dziecka, brak opiekunek czy te&#380; o lekkomy&#347;lno&#347;&#263; pracownik&#243;w Instytutu. Zamkn&#261;&#322; oczy.

Kiedy wyszli, wzi&#261;&#322; kilka milimetr&#243;w cyklobenzapryny III. Na b&#243;l w krzy&#380;u, wy&#322;&#261;cznie na b&#243;l w krzy&#380;u. Stara rana zn&#243;w da&#322;a zna&#263; o sobie. Potem przez d&#322;ugi czas sta&#322; w oknie, nie wypuszczaj&#261;c z d&#322;oni magnetycznego przycisku do papier&#243;w. Czu&#322;, &#380;e si&#281; uspokaja, &#380;e ucisk w skroniach z wolna ust&#281;puje. Na dole fale jeziora Michigan obmywa&#322;y leniwie nabrze&#380;e. Wczoraj policja w czasie kolejnego nalotu wyp&#281;dzi&#322;a st&#261;d bezdomnych i jeszcze nie zd&#261;&#380;yli wr&#243;ci&#263;. Pozosta&#322; po nich &#347;mietnik, rozrzucone mi&#281;dzy drzewami parku wystrz&#281;pione koce, gazety, plastykowe torby jak &#380;a&#322;osne, podeptane chor&#261;gwie. Prawo nie zezwala&#322;o na sypianie w parku, zabrania&#322;o wchodzi&#263; do&#324; bez pozwolenia w&#322;a&#347;ciciela. Prawo nie zezwala&#322;o by&#263; bezdomnym. Ong przygl&#261;da&#322; si&#281;, jak dozorcy parku metodycznie sortuj&#261; gazety i wrzucaj&#261; do samobie&#380;nych pojemnik&#243;w.

Podni&#243;s&#322; s&#322;uchawk&#281; telefonu, &#380;eby zadzwoni&#263; do prezesa Zarz&#261;du Instytutu Biotechniki.



* * *


Wok&#243;&#322; l&#347;ni&#261;cego mahoniowego sto&#322;u w sali konferencyjnej zasiad&#322;o czterech m&#281;&#380;czyzn i trzy kobiety.

Doktor, prawnik i w&#243;dz india&#324;ski  pomy&#347;la&#322;a Susan Melling, przenosz&#261;c wzrok z Onga na Sullivan i Camdena. U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;. Ong zauwa&#380;y&#322; ten u&#347;miech i spochmurnia&#322;. Nad&#281;ty dupek. Judy Sullivan, nale&#380;&#261;ca do zespo&#322;u adwokat&#243;w Instytutu, odwr&#243;ci&#322;a si&#281;, by szepn&#261;&#263; co&#347; adwokatowi Camdena, szczup&#322;emu, nerwowemu cz&#322;owieczkowi, kt&#243;ry wygl&#261;da&#322; jak czyja&#347; w&#322;asno&#347;&#263;. W&#322;a&#347;ciciel, Roger Camden, w&#243;dz india&#324;ski we w&#322;asnej osobie, by&#322; najwyra&#378;niej zadowolony. &#346;mierciono&#347;ny cz&#322;owieczek  ciekawe, ile musia&#322; po&#347;wi&#281;ci&#263;, &#380;eby startuj&#261;c od zera doj&#347;&#263; do takiej pozycji. Ona, Susan, z pewno&#347;ci&#261; nigdy si&#281; tego nie dowie. Promienia&#322;, ja&#347;nia&#322; ca&#322;y rado&#347;ci&#261;, zupe&#322;nie inaczej ni&#380; to zazwyczaj bywa&#322;o. Zwykle przyszli tatusiowie i mamusie  a zw&#322;aszcza tatusiowie  zachowywali si&#281; tutaj jak podczas fuzji sp&#243;&#322;ek akcyjnych. Camden by&#322; w nastroju urodzinowym.

W pewnym sensie odpowiada&#322;o to sytuacji. Susan u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do niego i ucieszy&#322;a si&#281;, bo odpowiedzia&#322; jej u&#347;miechem. Troch&#281; drapie&#380;nie, ale z tym odcieniem zachwytu, kt&#243;ry mo&#380;na by nazwa&#263; niewinnym. Ciekawe, jaki by&#322;by w &#322;&#243;&#380;ku? Ong rzuci&#322; jej majestatyczne, nieco przyci&#281;&#380;kie spojrzenie i wsta&#322;.

Panie i panowie, s&#261;dz&#281;, &#380;e mo&#380;emy zaczyna&#263;. Chcia&#322;bym najpierw przedstawi&#263; wszystkich obecnych. Roger Camden i jego &#380;ona to oczywi&#347;cie nasi klienci. John Jaworski, adwokat pana Camdena. Panie Camden, to jest Judy Sullivan, szef sekcji prawnej Instytutu, a to Samuel Krenshaw, zast&#281;puj&#261;cy naszego dyrektora, kt&#243;ry dzi&#347; nie mo&#380;e, niestety, by&#263; z nami. A to doktor Susan Melling, kt&#243;ra opracowa&#322;a genetyczn&#261; modyfikacj&#281; eliminuj&#261;c&#261; potrzeb&#281; snu. A teraz jeszcze kilka punkt&#243;w prawnych, kt&#243;re mog&#261; zainteresowa&#263; obie strony

Zapomnijmy na chwil&#281; o kontraktach  wpad&#322; mu w s&#322;owo Camden  i pom&#243;wmy troch&#281; o tej bezsenno&#347;ci. Chcia&#322;bym najpierw zada&#263; kilka pyta&#324;.

Co chcia&#322;by pan wiedzie&#263;?  zapyta&#322;a Susan.

Oczy Camdena ja&#347;nia&#322;y b&#322;&#281;kitem w nieco topornej twarzy. Nie tak go sobie wyobra&#380;a&#322;a. Pani Camden, kt&#243;ra najwyra&#378;niej nie mia&#322;a ani imienia, ani adwokata, siedzia&#322;a z ponur&#261; czy mo&#380;e przestraszon&#261; min&#261;. Susan nie potrafi&#322;a rozstrzygn&#261;&#263; tej kwestii.

W takim razie poprosimy doktor Melling o kr&#243;tk&#261; prezentacj&#281;  rzuci&#322; kwa&#347;no Ong.

Susan osobi&#347;cie wola&#322;aby system pytanie  odpowied&#378;, &#380;eby si&#281; przekona&#263;, o co Camden zechce pyta&#263;. Ale dosy&#263; ju&#380; nadenerwowa&#322;a Onga jak na jedno posiedzenie. Pos&#322;usznie wsta&#322;a z miejsca.

Pozwol&#261; pa&#324;stwo, &#380;e rozpoczn&#281; zwi&#281;z&#322;ym opisem procesu snu. Od dawna wiadomo, &#380;e we &#347;nie mo&#380;na wyodr&#281;bni&#263; trzy fazy. Pierwsza z nich to sen wolnofalowy, podczas kt&#243;rego na encefalografie pojawiaj&#261; si&#281; fale delta. Druga faza to sen paradoksalny, dla kt&#243;rego charakterystyczne s&#261; szybkie ruchy ga&#322;ek ocznych. Ten jest l&#380;ejszy i produkuje wi&#281;kszo&#347;&#263; marze&#324; sennych. Oba razem tworz&#261; sen zasadniczy. Trzeci rodzaj snu to sen opcjonalny, zwany tak dlatego, &#380;e jego brak nie wywo&#322;uje &#380;adnych negatywnych skutk&#243;w. Niekt&#243;rzy ludzie, ci najkr&#243;cej sypiaj&#261;cy, potrafi&#261; si&#281; zupe&#322;nie bez niego obej&#347;&#263;, sypiaj&#261;c po trzy, cztery godziny na dob&#281;.

To tak jak ja  odezwa&#322; si&#281; Camden.  Doszed&#322;em do tego przez autotrening. Czy wszyscy mog&#261; tak zrobi&#263;?

Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e jednak b&#281;dzie pytanie  odpowied&#378;.

Nie. Mechanizmy steruj&#261;ce potrzeb&#261; snu zachowuj&#261; pewn&#261; p&#322;ynno&#347;&#263;, lecz nie jest ona jednakowa dla wszystkich. Tw&#243;r siatkowaty

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby&#347;my musieli a&#380; tak wdawa&#263; si&#281; w szczeg&#243;&#322;y, Susan. Trzymajmy si&#281; raczej podstawowych fakt&#243;w  wtr&#261;ci&#322; Ong.

Tw&#243;r siatkowaty reguluje r&#243;wnowag&#281; mi&#281;dzy impulsami przekazywanymi przez neurony a peptydami, kt&#243;re wywo&#322;uj&#261; potrzeb&#281; snu, prawda?

Susan nie mog&#322;a si&#281; opanowa&#263;  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;. Camden, bezlitosny rekin finansjery, wygl&#261;da&#322; teraz jak trzecioklasista, kt&#243;ry oczekuje pochwa&#322;y za dobrze odrobion&#261; lekcj&#281;. Ong spochmurnia&#322; jeszcze bardziej. Pani Camden wygl&#261;da&#322;a przez okno.

Zgadza si&#281;, panie Camden. Widz&#281;, &#380;e si&#281; pan starannie przygotowa&#322;.

Chodzi przecie&#380; o moj&#261; c&#243;rk&#281;  odpowiedzia&#322; Camden, a Susan szybko si&#281; opanowa&#322;a. Kiedy ostatnio s&#322;ysza&#322;a w czyim&#347; g&#322;osie podobny ton nabo&#380;nego szacunku? Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e nikt opr&#243;cz niej nie zdo&#322;a&#322; go wychwyci&#263;.

No dobrze  m&#243;wi&#322;a dalej Susan  wie pan ju&#380;, &#380;e g&#322;&#243;wn&#261; przyczyn&#261;, dla kt&#243;rej ludzie sypiaj&#261;, jest narastaj&#261;ca potrzeba snu wytwarzana w m&#243;zgu. W ci&#261;gu ostatnich dwudziestu lat ustalono ponad wszelk&#261; w&#261;tpliwo&#347;&#263;, &#380;e nie ma &#380;adnych innych przyczyn. Ani sen wolnofalowy, ani paradoksalny nie spe&#322;niaj&#261; w organizmie &#380;adnych funkcji, kt&#243;re nie mog&#322;yby zosta&#263; spe&#322;nione w czasie czuwania. Podczas snu w organizmie zachodzi wiele proces&#243;w, ale wszystkie one mog&#261; z powodzeniem przebiega&#263; i w czasie czuwania  je&#347;li tylko dokona si&#281; odpowiednich korekt hormonalnych. Niegdy&#347; sen odgrywa&#322; wa&#380;n&#261; rol&#281; w procesie ewolucji. Kiedy tylko &#380;ar&#322;ok przedssaczy nape&#322;ni&#322; sobie brzuch i przesta&#322; tryska&#263; sperm&#261;, zapada&#322; w sen, kt&#243;ry utrzymywa&#322; go w bezruchu, i to z dala od drapie&#380;nik&#243;w. Sen by&#322; dla&#324; sposobem na przetrwanie. Ale wsp&#243;&#322;cze&#347;nie ten mechanizm to taki sam atawizm jak wyrostek robaczkowy. W&#322;&#261;cza si&#281; co noc, cho&#263; potrzeba dawno ju&#380; zosta&#322;a wyeliminowana. Zatem my wy&#322;&#261;czamy go u samego &#378;r&#243;d&#322;a, w genach.

Ong skrzywi&#322; si&#281; nieznacznie. Nie znosi&#322;, kiedy przesadnie upraszcza&#322;a. Albo mo&#380;e nie m&#243;g&#322; znie&#347;&#263; jej beztroski. Gdyby to Marsteiner przedstawia&#322; problem, nie by&#322;oby mowy o &#380;ar&#322;oku przedssaczym.

A co z potrzeb&#261; marze&#324; sennych?  zapyta&#322; Camden.

Nie s&#261; niezb&#281;dne. To atawistyczny mechanizm bombarduj&#261;cy kor&#281; m&#243;zgow&#261; impulsami, kt&#243;re maj&#261; utrzyma&#263; j&#261; w stanie p&#243;&#322;czuwania na wypadek, gdyby zaatakowa&#322; jaki&#347; drapie&#380;nik. Czuwanie spe&#322;nia t&#281; rol&#281; znacznie lepiej.

Dlaczego wi&#281;c od razu nie wytworzyli&#347;my stanu sta&#322;ej czujno&#347;ci? Ju&#380; u zarania ewolucji?

Sprawdza&#322; j&#261;. Susan pos&#322;a&#322;a mu szeroki u&#347;miech. Ubawi&#322;a j&#261; ta czelno&#347;&#263;.

Ju&#380; panu m&#243;wi&#322;am. Sen stanowi&#322; zabezpieczenie przed drapie&#380;nikami. Ale kiedy atakuje wsp&#243;&#322;czesny drapie&#380;nik  powiedzmy, jaki&#347; inwestor skrzy&#380;no-granicznych atoli danych  bezpieczniej jest nie spa&#263;.

A wysoki procent snu paradoksalnego u p&#322;od&#243;w i niemowl&#261;t?  strzeli&#322; Camden.

To wci&#261;&#380; ten sam poewolucyjny kac. M&#243;zgowie rozwija si&#281; r&#243;wnie dobrze bez niego.

A regeneracja tkanki nerwowej, kt&#243;ra zachodzi w czasie snu wolnofalowego?

Rzeczywi&#347;cie, zachodzi. Ale r&#243;wnie dobrze mo&#380;e zachodzi&#263; i w czasie czuwania, je&#380;eli odpowiednio przystosujemy DNA. O ile nam wiadomo, sprawno&#347;&#263; tkanki nerwowej na tym nie ucierpi.

A wydzielanie enzymu wzrostowego, kt&#243;re w najwi&#281;kszym nasileniu wyst&#281;puje w czasie snu wolnofalowego?

Zachodzi i w czasie czuwania.  Susan spojrza&#322;a na Camdena z autentycznym podziwem.  Genetyczne korekty wi&#261;&#380;&#261; je z innymi czynno&#347;ciami szyszynki.

A je&#347;li chodzi

O efekty uboczne?  wtr&#261;ci&#322;a szybko pani Camden. K&#261;ciki jej ust wyra&#378;nie opad&#322;y.  Jakie s&#261; te cholerne skutki uboczne?

Susan odwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; Elizabeth Camden. Zupe&#322;nie o niej zapomnia&#322;a. M&#322;oda kobieta wpatrywa&#322;a si&#281; w ni&#261;, krzywi&#261;c usta.

Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e pani o to pyta, pani Camden. Skutki uboczne, oczywi&#347;cie, istniej&#261;.  Susan przerwa&#322;a na chwil&#281;; mia&#322;a niez&#322;&#261; zabaw&#281;.  Na tle swoich r&#243;wie&#347;nik&#243;w dzieci, kt&#243;re nie musz&#261; spa&#263;, a kt&#243;rym nie podwy&#380;szano genetycznie IQ, s&#261; inteligentniejsze, lepiej radz&#261; sobie z rozwi&#261;zywaniem problem&#243;w i s&#261; o wiele bardziej radosne.

Camden wyj&#261;&#322; papierosa. Fakt, &#380;e jest niewolnikiem tego archaicznego i obrzydliwego na&#322;ogu zaskoczy&#322; Susan. Po chwili jednak zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e Roger Camden wykona&#322; ten ostentacyjny popis, &#380;eby odwr&#243;ci&#263; uwag&#281; od w&#322;asnych uczu&#263;. Mia&#322; z&#322;ot&#261; zapalniczk&#281; z monogramem, niewinnie zbytkown&#261;.

Pozwol&#261; pa&#324;stwo, &#380;e wyja&#347;ni&#281; to bli&#380;ej  ci&#261;gn&#281;&#322;a Susan.  W czasie snu paradoksalnego kora m&#243;zgowa jest nieustannie bombardowana przypadkowymi impulsami nerwowymi. Marzenia senne wyst&#281;puj&#261; dlatego, &#380;e nieszcz&#281;sna, napastowana kora za pomoc&#261; wywo&#322;ywanych obraz&#243;w i wspomnie&#324; usi&#322;uje nada&#263; tym impulsom jaki&#347; sens. Czynno&#347;&#263; ta poch&#322;ania ogromne ilo&#347;ci energii. Je&#380;eli oszcz&#281;dzi&#263; mu tego wysi&#322;ku, m&#243;zg b&#281;dzie si&#281; zu&#380;ywa&#322; znacznie wolniej, a dzi&#281;ki temu lepiej b&#281;dzie sobie radzi&#322; z bod&#378;cami p&#322;yn&#261;cymi z rzeczywisto&#347;ci. St&#261;d wynika wy&#380;sza inteligencja i wi&#281;ksza zdolno&#347;&#263; rozwi&#261;zywania problem&#243;w. Co wi&#281;cej, ju&#380; od sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu lat wiadomo lekarzom, &#380;e &#347;rodki antydepresyjne, kt&#243;re wp&#322;ywaj&#261; na popraw&#281; nastroju, dzia&#322;aj&#261; podobnie: eliminuj&#261; ca&#322;kowicie faz&#281; snu paradoksalnego. W ci&#261;gu ostatnich dziesi&#281;ciu lat udowodniono, &#380;e proces ten dzia&#322;a w obie strony: je&#380;eli wyeliminujemy faz&#281; snu paradoksalnego, ludzie przestaj&#261; wpada&#263; w depresj&#281;. Nie sypiaj&#261;ce dzieci s&#261; weso&#322;e, wylewne radosne. Tak, to s&#322;owo pasuje tu najlepiej.

Jakim kosztem?  spyta&#322;a ostro pani Camden.

&#379;adnym. Nie wykryli&#347;my &#380;adnych negatywnych skutk&#243;w ubocznych.

Jak dot&#261;d.

Susan wzruszy&#322;a ramionami.

Jak dot&#261;d.

Ale najstarsze ma dopiero cztery lata!

Ong i Krenshaw przygl&#261;dali si&#281; jej uwa&#380;nie. Susan zdo&#322;a&#322;a uchwyci&#263; moment, kiedy pani Camden zda&#322;a sobie z tego spraw&#281;. Opad&#322;a z powrotem na fotel i szczelnie otuli&#322;a si&#281; futrem. Jej twarz zn&#243;w przybra&#322;a nieokre&#347;lony wyraz.

Camden nawet nie spojrza&#322; na &#380;on&#281;. Wydmuchn&#261;&#322; ob&#322;oczek tytoniowego dymu.

Wszystko odbywa si&#281; jakim&#347; kosztem, doktor Melling.

Susan spodoba&#322; si&#281; spos&#243;b, w jaki wymawia&#322; jej nazwisko.

Na og&#243;&#322; tak. Szczeg&#243;lnie, je&#347;li chodzi o modyfikacje genetyczne. Ale m&#243;wi&#281; panu uczciwie, &#380;e tym razem nic takiego nie uda&#322;o nam si&#281; wykry&#263;, pomimo wielu stara&#324;.  U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;, spogl&#261;daj&#261;c mu prosto w oczy.  Czy naprawd&#281; nie mo&#380;e pan uwierzy&#263;, &#380;e ten jeden, jedyny raz wszech&#347;wiat podarowa&#322; nam co&#347; tak doskonale i absolutnie pozytywnego, co&#347;, co mo&#380;e sta&#263; si&#281; ogromnym krokiem naprz&#243;d, bez &#380;adnych ukrytych kar?

To nie wszech&#347;wiat, a raczej intelekt ludzi takich jak pani  powiedzia&#322; Camden, zaskakuj&#261;c Susan jeszcze bardziej ni&#380; dot&#261;d. Ich spojrzenia spotka&#322;y si&#281;. Zak&#322;u&#322;o j&#261; w piersiach.

S&#261;dz&#281;, &#380;e filozofia wszech&#347;wiata pozostaje na razie poza kr&#281;giem naszych zainteresowa&#324;  odezwa&#322; si&#281; Ong.  Panie Camden, je&#347;li nie ma pan wi&#281;cej pyta&#324; natury medycznej, mo&#380;emy powr&#243;ci&#263; do kwestii prawnych, kt&#243;re poruszyli pani Sullivan i pan Jaworski. Dzi&#281;kuj&#281; pani, doktor Melling.

Susan skin&#281;&#322;a mu g&#322;ow&#261;. Ju&#380; nie spojrza&#322;a wi&#281;cej na Camdena, lecz wiedzia&#322;a doskonale, co m&#243;wi&#322;, i &#380;e by&#322; tu&#380; obok.



* * *


Dom wygl&#261;da&#322; niemal dok&#322;adnie tak, jak go sobie wyobra&#380;a&#322;a: wielki prawie Tudor nad wodami Michigan, na p&#243;&#322;noc od Chicago. Od bramy a&#380; do samej rezydencji posiad&#322;o&#347;&#263; porasta&#322;y g&#281;sto drzewa, za&#347; od strony jeziora pozostawiono otwart&#261; przestrze&#324;. U&#347;pion&#261; traw&#281; pstrzy&#322;y &#322;atki &#347;niegu. Instytut Biotechniki wsp&#243;&#322;pracowa&#322; z Camdenami ju&#380; od czterech miesi&#281;cy, ale Susan by&#322;a tu po raz pierwszy.

Kiedy sz&#322;a w stron&#281; domu, us&#322;ysza&#322;a za plecami nadje&#380;d&#380;aj&#261;cy samoch&#243;d. Jaka&#347; ci&#281;&#380;ar&#243;wka pi&#281;&#322;a si&#281; kr&#281;tym podjazdem prowadz&#261;cym do s&#322;u&#380;bowego wej&#347;cia. Jeden z m&#281;&#380;czyzn nacisn&#261;&#322; dzwonek, drugi zacz&#261;&#322; zdejmowa&#263; z platformy opakowany w plastyk kojec dla dziecka. Bia&#322;y w r&#243;&#380;owe i &#380;&#243;&#322;te kr&#243;liczki. Susan na chwil&#281; przymkn&#281;&#322;a powieki.

Camden otworzy&#322; jej osobi&#347;cie. Widzia&#322;a, &#380;e usi&#322;uje ukry&#263; l&#281;k.

Trzeba by&#322;o da&#263; zna&#263;, Susan. Wyjecha&#322;bym po pani&#261; do miasta.

Nie chcia&#322;am, &#380;eby pan po mnie przyje&#380;d&#380;a&#322;. Czy zasta&#322;am pani&#261; Camden?

Tak, jest w salonie.

Poprowadzi&#322; j&#261; do przestronnego pomieszczenia z kamiennym kominkiem. Umeblowano je w stylu rustykalno-angielskim. Na &#347;cianach wisia&#322;o mn&#243;stwo rycin z podobiznami ps&#243;w i &#322;odzi, a wszystko o p&#243;&#322; metra za wysoko. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Elizabeth Camden urz&#261;dza&#322;a pok&#243;j osobi&#347;cie. Kiedy Susan wesz&#322;a, tamta nawet nie unios&#322;a si&#281; z fotela.

Pozwol&#261; pa&#324;stwo, &#380;e b&#281;d&#281; m&#243;wi&#263; kr&#243;tko i zwi&#281;&#378;le  zacz&#281;&#322;a Susan.  Nie chc&#281; zbytecznie przeci&#261;ga&#263; sprawy. Dostali&#347;my ju&#380; wyniki test&#243;w. Zarodek ma si&#281; dobrze i rozwija si&#281; prawid&#322;owo. Wszczep do &#347;cianki macicy przyj&#261;&#322; si&#281; doskonale. Ale pojawi&#322;a si&#281; pewna komplikacja.

Jaka?  zapyta&#322; Camden. Wyj&#261;&#322; papierosa, spojrza&#322; na &#380;on&#281; i od&#322;o&#380;y&#322; go nie zapalaj&#261;c.

Pani Camden  m&#243;wi&#322;a cicho Susan  mia&#322;a w tym miesi&#261;cu jajeczkowanie z obu jajnik&#243;w. Jedno z jajeczek wyj&#281;li&#347;my do operacji genetycznej. Drugie przypadkowo zosta&#322;o zap&#322;odnione i r&#243;wnie&#380; zagnie&#378;dzi&#322;o si&#281; w macicy. Nosi pani w sobie dwa p&#322;ody.

Pani Camden poblad&#322;a.

Bli&#378;ni&#281;ta?

Nie  odrzek&#322;a Susan. Po chwili zda&#322;a sobie spraw&#281;, co powiedzia&#322;a.  To znaczy: tak. To s&#261; bli&#378;ni&#281;ta, ale nie identyczne. Nie b&#281;d&#261; do siebie podobne bardziej, ni&#380; to zwykle bywa u rodze&#324;stwa. To drugie pozostanie, &#380;e si&#281; tak wyra&#380;&#281;, normalne. A wiem, &#380;e nie chcieli&#347;cie pa&#324;stwo tak zwanego normalnego dziecka.

Nie, nie chcieli&#347;my  potwierdzi&#322; Camden.

Ja chcia&#322;am  sprzeciwi&#322;a si&#281; Elizabeth Camden.

Camden rzuci&#322; jej spojrzenie, kt&#243;rego znaczenia Susan nie potrafi&#322;a rozszyfrowa&#263;. Zn&#243;w wyj&#261;&#322; papierosa. Widzia&#322;a profil jego twarzy. By&#322;a niemal pewna, &#380;e zapali&#322; zupe&#322;nie bezwiednie.

Czy obecno&#347;&#263; drugiego p&#322;odu nie wp&#322;ynie niekorzystnie na dziecko?

Nie  odrzek&#322;a Susan.  Oczywi&#347;cie, &#380;e nie. One po prostu  koegzystuj&#261;.

Czy mo&#380;na go usun&#261;&#263;?

Tak, ale wtedy ryzykujemy usuni&#281;cie obu. Usuni&#281;cie niemodyfikowanego p&#322;odu mo&#380;e spowodowa&#263; w &#322;o&#380;ysku zmiany, kt&#243;re wywo&#322;aj&#261; samoistne poronienie tego drugiego.  Wci&#261;gn&#281;&#322;a g&#322;&#281;boko powietrze.  Naturalnie, jest i drugie wyj&#347;cie. Mo&#380;emy zacz&#261;&#263; ca&#322;y proces jeszcze raz od pocz&#261;tku. Ale, jak ju&#380; m&#243;wi&#322;am, mieli&#347;cie pa&#324;stwo sporo szcz&#281;&#347;cia, &#380;e do zap&#322;odnienia in vitro dosz&#322;o ju&#380; przy drugiej pr&#243;bie. Niekt&#243;re pary musz&#261; pr&#243;bowa&#263; osiem, a nawet dziesi&#281;&#263; razy. Gdyby&#347;my zacz&#281;li drugi raz, ca&#322;y proces potrwa&#322;by zapewne znacznie d&#322;u&#380;ej.

Czy obecno&#347;&#263; drugiego p&#322;odu nie odbije si&#281; ujemnie na rozwoju mojej c&#243;rki? Ograniczony dop&#322;yw substancji od&#380;ywczych czy co&#347; w tym rodzaju? A mo&#380;e b&#281;dzie to mia&#322;o wp&#322;yw na p&#243;&#378;niejszy przebieg ci&#261;&#380;y?

Nie. Mo&#380;liwe tylko, &#380;e nast&#261;pi przedwczesny por&#243;d. Dwa p&#322;ody zajmuj&#261; w macicy znacznie wi&#281;cej miejsca, wi&#281;c kiedy zrobi si&#281; za ciasno, termin porodu mo&#380;e ulec przyspieszeniu.

O ile wcze&#347;niej? Czy na tyle, by uniemo&#380;liwi&#263; jej prze&#380;ycie?

Najprawdopodobniej nie.

Camden zn&#243;w si&#281; zaci&#261;gn&#261;&#322;. W drzwiach stan&#261;&#322; jaki&#347; m&#281;&#380;czyzna.

Telefon z Londynu, prosz&#281; pana. James Kendall na polecenie pana Yagai.

Zaraz odbior&#281;.

Camden wsta&#322;. Susan obserwowa&#322;a, jak studiuje uwa&#380;nie twarz &#380;ony. Wreszcie zwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej:

W porz&#261;dku, Elizabeth. W porz&#261;dku.  I wyszed&#322; z pokoju.

Przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; obie kobiety siedzia&#322;y w milczeniu. Susan u&#347;wiadomi&#322;a sobie w&#322;asne rozczarowanie: to nie by&#322; taki Camden, jakiego spodziewa&#322;a si&#281; ujrze&#263;. Zdawa&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e Elizabeth Camden przygl&#261;da si&#281; jej z rozbawieniem.

A tak, pani doktor. Jest w&#322;a&#347;nie taki.

Susan nie odpowiedzia&#322;a.

Absolutnie apodyktyczny. Ale nie tym razem.  Za&#347;mia&#322;a si&#281; mi&#281;kko, podekscytowana.  Dwojaczki. Czy pani wie, jakiej p&#322;ci jest to drugie?

Oba p&#322;ody s&#261; &#380;e&#324;skie.

Wie pani, zawsze chcia&#322;am mie&#263; dziewczynk&#281;. I b&#281;d&#281; j&#261; mie&#263;.

Czy to znaczy, &#380;e zamierza pani donosi&#263; t&#281; ci&#261;&#380;&#281;?

Tak. Dzi&#281;kuj&#281; za przybycie, pani doktor.

Tym samym Susan zosta&#322;a odprawiona. Nikt nie odprowadzi&#322; jej do drzwi. Ale kiedy wsiada&#322;a do samochodu, Roger Camden wybieg&#322; z domu. By&#322; bez marynarki.

Susan! Chcia&#322;bym pani podzi&#281;kowa&#263;, &#380;e zada&#322;a pani sobie tyle trudu i przyjecha&#322;a powiedzie&#263; nam to osobi&#347;cie.

Ju&#380; mi pan podzi&#281;kowa&#322;.

No tak. Czy jest pani pewna, &#380;e drugi p&#322;&#243;d nie zagra&#380;a mojej c&#243;rce?

R&#243;wnie&#380; genetycznie zmieniony p&#322;&#243;d nie stanowi zagro&#380;enia dla naturalnie pocz&#281;tego  odrzek&#322;a z naciskiem Susan.

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;. Kiedy si&#281; zn&#243;w odezwa&#322;, jego g&#322;os by&#322; cichy.

Pani uwa&#380;a, &#380;e powinno mnie to obchodzi&#263; r&#243;wnie mocno. Ale nie obchodzi. Wi&#281;c dlaczego mia&#322;bym udawa&#263;? A w szczeg&#243;lno&#347;ci przed pani&#261;?

Susan otworzy&#322;a drzwiczki samochodu. Nie by&#322;a jeszcze gotowa, a mo&#380;e si&#281; rozmy&#347;li&#322;a. Kiedy Camden pochyli&#322; si&#281;, &#380;eby zatrzasn&#261;&#263; za ni&#261; drzwi, w jego ruchach nie by&#322;o ani kokieterii, ani lizusowskiej przymilno&#347;ci.

Chyba musz&#281; kupi&#263; drugi kojec.

Tak.

Ale nie b&#281;dzie trzeba drugiej opiekunki na noc.

To ju&#380; zale&#380;y od pana.

I od pani.

Pochyli&#322; si&#281; nagle i poca&#322;owa&#322; j&#261;, poca&#322;unkiem tak uprzejmym i pe&#322;nym respektu, &#380;e Susan poczu&#322;a si&#281; zaszokowana. Ani otwarta zmys&#322;owo&#347;&#263;, ani pr&#243;ba podboju nie zdo&#322;a&#322;yby wywrze&#263; na niej tak silnego wra&#380;enia. Camden nie da&#322; jej szansy na reakcj&#281;  zatrzasn&#261;&#322; drzwiczki i ruszy&#322; do domu.

Zaci&#347;ni&#281;te na kierownicy r&#281;ce Susan dr&#380;a&#322;y, dop&#243;ki napi&#281;cie nie ust&#261;pi&#322;o rozbawieniu. To rzeczywi&#347;cie by&#322; rozmy&#347;lnie pe&#322;en szacunku poca&#322;unek, starannie wyre&#380;yserowana enigma. Ale nic nie mog&#322;o gwarantowa&#263; lepiej, &#380;e po nim musi nast&#261;pi&#263; kolejny.

Przez chwil&#281; zastanawia&#322;a si&#281;, jak Camdenowie nazw&#261; swoje c&#243;rki.



* * *


Doktor Ong szed&#322; zamaszystym krokiem przez s&#322;abo o&#347;wietlony szpitalny korytarz. Z dy&#380;urki wyjrza&#322;a jedna z piel&#281;gniarek, jakby chcia&#322;a go zatrzyma&#263;  by&#322; przecie&#380; &#347;rodek nocy, nie pora na odwiedziny  ale widz&#261;c wyraz jego twarzy, cofn&#281;&#322;a si&#281; do pokoju. Tu&#380; za rogiem znajdowa&#322; si&#281; wizjer, przez kt&#243;ry mo&#380;na by&#322;o zajrze&#263; do sali noworodk&#243;w. Ku irytacji Onga sta&#322;a tam Susan Melling, przyciskaj&#261;c twarz do szyby. Co gorsza, p&#322;aka&#322;a.

Ong zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e nigdy nie lubi&#322; tej kobiety. A mo&#380;e w og&#243;le &#380;adnej. Nawet te o nieprzeci&#281;tnej umys&#322;owo&#347;ci nie mog&#261; nic poradzi&#263; na to, &#380;e w ka&#380;dej chwili ta ich przekl&#281;ta uczuciowo&#347;&#263; mo&#380;e zrobi&#263; z nich kompletne idiotki.

Prosz&#281; spojrze&#263;  odezwa&#322;a si&#281; Susan z cichym &#347;miechem, gwa&#322;townym gestem zas&#322;aniaj&#261;c usta.  Panie doktorze, prosz&#281; spojrze&#263;.

Za szyb&#261; sta&#322; Roger Camden, w fartuchu i w masce, tul&#261;c do siebie niemowl&#281; w bia&#322;ej koszulce, zawini&#281;te w r&#243;&#380;owy kocyk. Oczy Camdena  filmowo niebieskie, bo przecie&#380; normalnie m&#281;&#380;czy&#378;ni nie miewaj&#261; tak przera&#378;liwie intensywnych t&#281;cz&#243;wek  ja&#347;nia&#322;y rado&#347;ci&#261;. Dziecko mia&#322;o du&#380;e oczy, r&#243;&#380;ow&#261; sk&#243;r&#281; i g&#322;ow&#281; pokryt&#261; z&#322;otym puszkiem.

Por&#243;d przebieg&#322; bez komplikacji?

Tak  odpar&#322;a Susan Melling.  Elizabeth czuje si&#281; dobrze. Teraz &#347;pi. Czy male&#324;ka nie jest &#347;liczna? Ten facet to najwi&#281;kszy ryzykant, jakiego znam.  Wytar&#322;a nos w r&#281;kaw i w tym momencie Ong zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e jest pijana.  Czy m&#243;wi&#322;am ju&#380; panu, &#380;e by&#322;am kiedy&#347; zar&#281;czona? Pi&#281;tna&#347;cie lat temu, jeszcze na studiach. Zerwa&#322;am z nim, bo zrobi&#322; si&#281; taki zwyczajny, taki nudny. O m&#243;j Bo&#380;e, nie powinnam by&#322;a tego panu m&#243;wi&#263;, prosz&#281; mi wybaczy&#263;.

Ong odsun&#261;&#322; si&#281; od niej. Za szyb&#261; Roger Camden wk&#322;ada&#322; niemowl&#281; do ma&#322;ej ko&#322;yski na k&#243;&#322;kach. Na tabliczce widnia&#322; napis: Dziewczynka Camden nr 1, waga 2655 g. Piel&#281;gniarka z nocnej zmiany przygl&#261;da&#322;a mu si&#281; pob&#322;a&#380;liwie.

Ong nie czeka&#322;, a&#380; Camden wyjdzie z sali noworodk&#243;w. Nie mia&#322; ochoty s&#322;ucha&#263;, co b&#281;dzie mu m&#243;wi&#322;a Melling. Oddali&#322; si&#281;, &#380;eby pos&#322;a&#263; kogo&#347; po dy&#380;urnego lekarza. W tych okoliczno&#347;ciach nie mo&#380;na mie&#263; zaufania do raport&#243;w doktor Melling. Maj&#261; doskona&#322;&#261;, bezprecedensow&#261; szans&#281;, &#380;eby zbada&#263; rozw&#243;j dziecka z modyfikacj&#261; na tle dziecka nie zmienionego, a Melling jest zaj&#281;ta w&#322;asnymi ckliwymi uczuciami. Ong chyba sam b&#281;dzie musia&#322; napisa&#263; raport, kiedy ju&#380; dowie si&#281; wszystkiego od dy&#380;urnego lekarza. Ciekawi&#322; go ka&#380;dy, nawet najmniejszy szczeg&#243;&#322;. I nie chodzi&#322;o mu tylko o r&#243;&#380;owe, pyzate dziecko w ramionach Camdena. Chcia&#322; wiedzie&#263; wszystko o narodzinach dziecka z drugiej oszklonej ko&#322;yski  Dziewczynki Camen nr 2, waga 2295. Ciemnow&#322;osej istoty o twarzyczce pokrytej czerwonymi plamkami, kt&#243;ra le&#380;a&#322;a ciasno opatulona kocykiem i pogr&#261;&#380;ona we &#347;nie.



2

PIERWSZE WSPOMNIENIE LEISHY TO SP&#321;YWAJ&#260;CE W D&#211;&#321; linie, kt&#243;rych nie ma. Wiedzia&#322;a, &#380;e ich nie ma, bo kiedy wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czk&#281;, &#380;eby je z&#322;apa&#263;, pi&#261;stka pozosta&#322;a pusta. Potem zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e sp&#322;ywaj&#261;ce w d&#243;&#322; linie to &#347;wiat&#322;o: promienie s&#322;o&#324;ca wpadaj&#261;ce ukosem do jej pokoju spomi&#281;dzy zas&#322;on, spomi&#281;dzy drewnianych rolet w jadalni, spomi&#281;dzy pl&#261;taniny oszklonych kratek w oran&#380;erii. W dniu, w kt&#243;rym odkry&#322;a, &#380;e wodospad z&#322;ota to &#347;wiat&#322;o, za&#347;mia&#322;a si&#281; g&#322;o&#347;no, zachwycona swym odkryciem. Tatu&#347;, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie przesadza&#322; kwiaty, odwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej z u&#347;miechem.

Ca&#322;y dom pe&#322;en by&#322; &#347;wiat&#322;a. &#346;wiat&#322;o odbija&#322;o si&#281; od powierzchni jeziora, przep&#322;ywa&#322;o strumieniami przez wysokie, bia&#322;e sufity, rozlewa&#322;o si&#281; ka&#322;u&#380;ami na l&#347;ni&#261;cych parkietach. Ona i Alice nieustannie w&#281;drowa&#322;y w&#347;r&#243;d &#347;wiat&#322;a. Czasem Leisha przystawa&#322;a i, odchylaj&#261;c g&#322;ow&#281; do ty&#322;u, pozwala&#322;a mu sp&#322;ywa&#263; po twarzy. Czu&#322;a dotyk &#347;wiat&#322;a tak samo jak dotyk wody.

Naj&#322;adniejsze &#347;wiat&#322;o by&#322;o oczywi&#347;cie w oran&#380;erii. To w&#322;a&#347;nie tam tatu&#347; najbardziej lubi&#322; przebywa&#263;, kiedy przestawa&#322; zarabia&#263; pieni&#261;dze i wraca&#322; do domu. Pod&#347;piewuj&#261;c przesadza&#322; ro&#347;liny i podlewa&#322; drzewka, a Leisha z Alice biega&#322;y mi&#281;dzy drewnianymi, pachn&#261;cymi ziemi&#261; skrzynkami na kwiaty. Biega&#322;y od najciemniejszej cz&#281;&#347;ci oran&#380;erii, gdzie kwit&#322;y wielkie purpurowe kwiaty, do kra&#324;ca sk&#261;panego w s&#322;o&#324;cu i spryskanego mgie&#322;k&#261; &#380;&#243;&#322;tych p&#322;atk&#243;w. Biega&#322;y tam i z powrotem, wbiega&#322;y i wybiega&#322;y ze &#347;wiat&#322;a.

Rosn&#261;c  powiedzia&#322; do nich tato  kwiaty dotrzymuj&#261; swojej obietnicy. Alice, ostro&#380;nie! Omal nie wywr&#243;ci&#322;a&#347; orchidei!

Alice pos&#322;usznie przystan&#281;&#322;a na chwil&#281;. Leishy tatu&#347; nigdy nie zabrania&#322; biega&#263;.

Potem ca&#322;e &#347;wiat&#322;o gdzie&#347; znika&#322;o. Alice i Leisha k&#261;pa&#322;y si&#281;, a Alice nie chcia&#322;a si&#281; odzywa&#263; albo by&#322;a nad&#261;sana. Nie chcia&#322;a si&#281; bawi&#263;, mimo &#380;e Leisha pozwala&#322;a jej wybiera&#263; zabaw&#281;, a nawet wzi&#261;&#263; wszystkie najlepsze lalki. Wreszcie niania zabiera&#322;a Alice do &#322;&#243;&#380;ka, a Leisha mog&#322;a jeszcze troch&#281; porozmawia&#263; z tatusiem, dop&#243;ki nie poszed&#322; do siebie, &#380;eby popracowa&#263; nad papierkami, kt&#243;re zarabiaj&#261; pieni&#261;dze. Wtedy przez chwil&#281; Leishy by&#322;o troch&#281; smutno, ale ta chwila nigdy nie trwa&#322;a d&#322;ugo, bo wkr&#243;tce przychodzi&#322;a guwernantka i zaczyna&#322;y si&#281; lekcje, a to Leisha bardzo lubi&#322;a. Wszelka wiedza bardzo j&#261; interesowa&#322;a. Umia&#322;a ju&#380; dwadzie&#347;cia piosenek, potrafi&#322;a napisa&#263; wszystkie litery alfabetu i policzy&#263; do pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu. A kiedy ko&#324;czy&#322;y si&#281; lekcje, &#347;wiat&#322;o wraca&#322;o i wtedy by&#322; czas na &#347;niadanie.

&#346;niada&#324; nie lubi&#322;a. Tatu&#347; by&#322; ju&#380; wtedy w biurze, a ona i Alice jad&#322;y z mamusi&#261;. Mamusia siedzia&#322;a w czerwonym szlafroku, kt&#243;ry Leisha lubi&#322;a, i jeszcze nie pachnia&#322;a tak dziwnie i nie m&#243;wi&#322;a dziwnie jak p&#243;&#378;niej. Ale mimo to &#347;niadania wcale nie by&#322;y zabawne. Mamusia zawsze zaczyna&#322;a od tego samego pytania:

Alice, kochanie, jak ci si&#281; spa&#322;o?

Dobrze, mamusiu.

&#346;ni&#322;o ci si&#281; co&#347; &#322;adnego?

Przez d&#322;ugi czas Alice odpowiada&#322;a, &#380;e nie. A&#380; jednego dnia powiedzia&#322;a:

&#346;ni&#322; mi si&#281; ko&#324;. Je&#378;dzi&#322;am na nim.

Mamusia klasn&#281;&#322;a w d&#322;onie, poca&#322;owa&#322;a j&#261; i pozwoli&#322;a jej zje&#347;&#263; jeszcze jedn&#261; s&#322;odk&#261; bu&#322;eczk&#281;. Od tego czasu Alice zawsze opowiada&#322;a mamie jaki&#347; sen.

Pewnego dnia Leisha powiedzia&#322;a:

Ja te&#380; mia&#322;am sen. &#346;ni&#322;o mi si&#281;, &#380;e przez okno wesz&#322;o &#347;wiat&#322;o, owin&#281;&#322;o mnie jak koc, a potem poca&#322;owa&#322;o w oczy.

Mama odstawi&#322;a fili&#380;ank&#281; tak gwa&#322;townie, &#380;e kawa wyla&#322;a si&#281; na spodek.

Nie k&#322;am, Leisho. Nic ci si&#281; nie &#347;ni&#322;o.

&#346;ni&#322;o  upiera&#322;a si&#281; Leisha.

Tylko dzieci, kt&#243;re &#347;pi&#261;, mog&#261; mie&#263; sny. Nie k&#322;am. Nic ci si&#281; nie &#347;ni&#322;o.

A w&#322;a&#347;nie, &#380;e si&#281; &#347;ni&#322;o!  krzykn&#281;&#322;a Leisha. Przecie&#380; prawie widzia&#322;a strumie&#324; &#347;wiat&#322;a od okna, kt&#243;ry owija&#322; j&#261; jak koc.

Nie b&#281;d&#281; tolerowa&#263; w domu k&#322;amczuchy, s&#322;yszysz Leisho? Nie b&#281;d&#281; tolerowa&#263;!

Sama jeste&#347; k&#322;amczucha!  krzykn&#281;&#322;a Leisha. Wiedzia&#322;a, &#380;e to nieprawda i nie znosi&#322;a siebie za to, &#380;e tak powiedzia&#322;a, ale jeszcze bardziej nie znosi&#322;a teraz mamy. Alice siedzia&#322;a bez ruchu z szeroko otwartymi oczyma, ba&#322;a si&#281; i to te&#380; by&#322;a wina Leishy. Mama krzykn&#281;&#322;a ostro:

Nianiu! Nianiu! Prosz&#281; natychmiast zabra&#263; Leish&#281; do jej pokoju. Nie mo&#380;e siedzie&#263; w&#347;r&#243;d dobrze wychowanych ludzi, je&#380;eli nie potrafi powstrzyma&#263; si&#281; od opowiadania k&#322;amstw.

Leisha zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;. Niania wzi&#281;&#322;a j&#261; na r&#281;ce i wynios&#322;a z jadalni. Leisha nawet nie zjad&#322;a &#347;niadania. Ale to jej nie przeszkadza&#322;o, widzia&#322;a tylko przez &#322;zy oczy Alice, takie przestraszone, pe&#322;ne plamek &#347;wiat&#322;a.

Nie p&#322;aka&#322;a d&#322;ugo. Niania przeczyta&#322;a jej bajk&#281;, potem zagra&#322;y w komputerowe skoczki. Wreszcie przysz&#322;a do nich Alice i niania wzi&#281;&#322;a je obie do zoo, a tam obejrza&#322;y mn&#243;stwo cudownych zwierz&#261;t, o jakich Leishy si&#281; nawet nie &#347;ni&#322;o  i Alice te&#380; nie! A kiedy wr&#243;ci&#322;y, mama ju&#380; by&#322;a w swoim pokoju i Leisha wiedzia&#322;a, &#380;e zostanie tam przez reszt&#281; dnia z dziwnie pachn&#261;cymi szklankami i nie trzeba b&#281;dzie si&#281; z ni&#261; spotyka&#263;.

Ale tej nocy sama posz&#322;a do pokoju matki.

Musz&#281; i&#347;&#263; do &#322;azienki  powiedzia&#322;a guwernantce.

Pom&#243;c ci?  zapyta&#322;a guwernantka; mo&#380;e dlatego, &#380;e Alice nadal trzeba by&#322;o pomaga&#263; w &#322;azience. Ale Leisha dawa&#322;a sobie rad&#281; sama, wi&#281;c podzi&#281;kowa&#322;a grzecznie. Potem posiedzia&#322;a chwil&#281; na sedesie, chocia&#380; nic z tego nie wysz&#322;o  posz&#322;a tam tylko dlatego, &#380;eby to, co powiedzia&#322;a guwernantce, nie okaza&#322;o si&#281; k&#322;amstwem.

Na paluszkach przesz&#322;a przez hol. Najpierw zajrza&#322;a do pokoju Alice. Na &#347;cianie przy &#322;&#243;&#380;eczku pali&#322;a si&#281; niedu&#380;a lampka. W pokoju Leishy nie by&#322;o &#322;&#243;&#380;eczka. Leisha przyjrza&#322;a si&#281; siostrze. Alice le&#380;a&#322;a na boku. Mia&#322;a zamkni&#281;te oczy. Powieki porusza&#322;y si&#281; szybko jak miotane wiatrem firanki. Szyja i broda Alice wydawa&#322;y si&#281; dziwnie bezw&#322;adne.

Leisha ostro&#380;nie zamkn&#281;&#322;a drzwi i ruszy&#322;a do sypialni rodzic&#243;w. Rodzice spali w jednym ogromnym &#322;&#243;&#380;ku, na kt&#243;rym by&#322;o tyle miejsca, &#380;e zmie&#347;ci&#322;oby si&#281; jeszcze kilka os&#243;b. Powieki mamy nie porusza&#322;y si&#281;. Le&#380;a&#322;a na plecach i robi&#322;a przez nos ciche: chrrr chrrr Wok&#243;&#322; unosi&#322; si&#281; ten dziwny zapach. Leisha odwr&#243;ci&#322;a si&#281; i na paluszkach podesz&#322;a do taty. Wygl&#261;da&#322; tak samo jak Alice, tylko &#380;e jego broda i szyja by&#322;y jeszcze bardziej bezw&#322;adne, fa&#322;dy sk&#243;ry zwija&#322;y si&#281; jak namiot, kt&#243;ry zawali&#322; si&#281; im kiedy&#347; na podw&#243;rku. Ten widok przerazi&#322; Leish&#281;. Wtedy oczy tatusia otworzy&#322;y si&#281; tak nagle, &#380;e krzykn&#281;&#322;a.

Tatu&#347; zsun&#261;&#322; si&#281; z &#322;&#243;&#380;ka i wzi&#261;&#322; j&#261; na r&#281;ce, zerkaj&#261;c pospiesznie na mam&#281;. Ale mama nawet nie drgn&#281;&#322;a. Tato by&#322; w samych majtkach. Zani&#243;s&#322; Leish&#281; na korytarz, a tam przybieg&#322;a do nich guwernantka i m&#243;wi&#322;a:

Och, tak mi przykro, prosz&#281; pana. Powiedzia&#322;a, &#380;e idzie do &#322;azienki!

W porz&#261;dku  odpowiedzia&#322; tato.  Sam si&#281; ni&#261; zajm&#281;.

Nie!  krzykn&#281;&#322;a Leisha, bo tato by&#322; w samych majtkach, jego szyja wygl&#261;da&#322;a dziwnie, a w sypialni brzydko pachnia&#322;o od mamy.

Ale tato zani&#243;s&#322; j&#261; do oran&#380;erii i posadzi&#322; na &#322;awce, a sam owin&#261;&#322; si&#281; zielon&#261; foli&#261; do przykrywania kwiatk&#243;w i usiad&#322; obok.

A teraz powiedz mi, co si&#281; sta&#322;o. Co robi&#322;a&#347;?

Leisha nie odpowiedzia&#322;a.

Chcia&#322;a&#347; zobaczy&#263;, jak ludzie &#347;pi&#261;, tak?  spyta&#322; tatu&#347;, a poniewa&#380; jego g&#322;os zabrzmia&#322; teraz &#322;agodniej, Leisha mrukn&#281;&#322;a:

Tak.

Dobrze by&#322;o nie k&#322;ama&#263;, od razu poczu&#322;a si&#281; lepiej.

Chcia&#322;a&#347; zobaczy&#263;, jak ludzie &#347;pi&#261;, bo sama nie &#347;pisz i dlatego by&#322;a&#347; ciekawa, prawda? Jak Grze&#347; Ciekawski z twojej ksi&#261;&#380;ki.

Tak  odpowiedzia&#322;a Leisha.  My&#347;la&#322;am, &#380;e przez ca&#322;&#261; noc zarabiasz pieni&#261;dze w swoim gabinecie.

Nie przez ca&#322;&#261;  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; tatu&#347;.  Przez wi&#281;ksz&#261; cz&#281;&#347;&#263; nocy. A potem &#347;pi&#281;, cho&#263; niezbyt d&#322;ugo.  Wzi&#261;&#322; Leish&#281; na kolana.  Nie musz&#281; d&#322;ugo spa&#263;, wi&#281;c mog&#281; w nocy zrobi&#263; wi&#281;cej ni&#380; inni ludzie. R&#243;&#380;ni ludzie potrzebuj&#261; r&#243;&#380;nych ilo&#347;ci snu. A kilkoro z nich, naprawd&#281; niewielu, jest podobnych do ciebie. Wcale nie potrzebuj&#261;.

Dlaczego?

Bo jeste&#347;cie wyj&#261;tkowi. Lepsi od reszty. Zanim si&#281; urodzi&#322;a&#347;, lekarze sprawili, &#380;e mo&#380;esz by&#263; w&#322;a&#347;nie taka.

Po co?

&#379;eby&#347; mog&#322;a robi&#263;, co tylko b&#281;dziesz chcia&#322;a i &#380;eby&#347; mog&#322;a zaznaczy&#263; w ten spos&#243;b swoj&#261; indywidualno&#347;&#263;.

Leisha wierc&#261;c si&#281; usi&#322;owa&#322;a zajrze&#263; mu w oczy. Te s&#322;owa nic nie znaczy&#322;y. Tatu&#347; wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281; i dotkn&#261;&#322; pojedynczego kwiatu na wysokiej ro&#347;linie. Kwiat mia&#322; g&#281;ste, bia&#322;e p&#322;atki  jak &#347;mietanka, kt&#243;r&#261; tatu&#347; dolewa&#322; sobie do kawy  i blador&#243;&#380;owy &#347;rodek.

Widzisz, Leisho, to drzewko stworzy&#322;o taki kwiat, bo tylko ono to potrafi. Tylko to drzewko potrafi stworzy&#263; taki cudowny kwiat. Ro&#347;lina obok nie potrafi i ta nast&#281;pna tak&#380;e nie. Tylko to jedno drzewko. Dlatego najwa&#380;niejsze dla niego jest to, aby m&#243;g&#322; na nim zakwitn&#261;&#263; ten kwiat. W&#322;a&#347;nie tym kwiatem drzewko zaznacza swoj&#261; indywidualno&#347;&#263;. I o to w&#322;a&#347;nie chodzi. Nic wi&#281;cej si&#281; nie liczy.

Nie rozumiem.

Kiedy&#347; zrozumiesz.

Ale ja chc&#281; teraz rozumie&#263;  odpowiedzia&#322;a, a tatu&#347; za&#347;mia&#322; si&#281; zachwycony i u&#347;ciska&#322; j&#261;. To by&#322;o bardzo mi&#322;e, ale Leisha nadal chcia&#322;a zrozumie&#263;.

Kiedy zarabiasz pieni&#261;dze, to to jest twoja indy co&#347; tam?

Tak  potwierdzi&#322; tatu&#347; z uciech&#261;.

Czy to znaczy, &#380;e nikt inny nie umie zarabia&#263; pieni&#281;dzy, tak jak &#380;adne inne drzewko nie umie stworzy&#263; takiego kwiatka?

Nikt inny nie umie tego robi&#263; tak jak ja.

A co robisz z tymi pieni&#281;dzmi?

Kupuj&#281; ci r&#243;&#380;ne rzeczy. Na przyk&#322;ad ten dom, samoch&#243;d, kt&#243;rym ci&#281; wo&#380;&#281;, sukienki, p&#322;ac&#281; guwernantce za to, &#380;e ci&#281; uczy

A co drzewo robi ze swoim kwiatkiem?

Pyszni si&#281; nim  powiedzia&#322; tatu&#347;, ale to nie mia&#322;o &#380;adnego sensu.  Liczy si&#281; tylko doskona&#322;o&#347;&#263;, Leisho. Doskona&#322;o&#347;&#263; wsparta indywidualnym wysi&#322;kiem. I tylko to si&#281; liczy.

Zimno mi, tatusiu.

W takim razie lepiej b&#281;dzie, je&#347;li zanios&#281; ci&#281; do guwernantki.

Leisha nawet nie drgn&#281;&#322;a. Dotkn&#281;&#322;a paluszkiem kwiatka.

Ja chc&#281; spa&#263;, tatusiu.

Nie, wcale nie chcesz, kochanie. Sen to tylko strata czasu, marnowanie &#380;ycia. To troch&#281; jakby mniejsza &#347;mier&#263;.

Alice &#347;pi.

Alice nie jest taka jak ty.

Alice nie jest wyj&#261;tkowa?

Nie. Tylko ty jeste&#347;.

Dlaczego nie zrobi&#322;e&#347; tak, &#380;eby Alice te&#380; by&#322;a wyj&#261;tkowa?

Bo Alice sama si&#281; zrobi&#322;a i dlatego nie mo&#380;e by&#263; wyj&#261;tkowa.

To wszystko by&#322;o za trudne. Leisha przesta&#322;a g&#322;adzi&#263; p&#322;atki kwiatu i ze&#347;lizgn&#281;&#322;a si&#281; z kolan taty. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do niej.

Moja ma&#322;a pytalska. Kiedy doro&#347;niesz, sama odnajdziesz w&#322;asn&#261; doskona&#322;o&#347;&#263;. I b&#281;dzie to co&#347; zupe&#322;nie nowego, co&#347;, czego &#347;wiat jeszcze nie ogl&#261;da&#322;. Mo&#380;e nawet b&#281;dziesz kim&#347; takim jak sam Kenzo Yagai. Wiesz, on wynalaz&#322; generator, kt&#243;ry nap&#281;dza ca&#322;y &#347;wiat.

Tatusiu, &#347;miesznie wygl&#261;dasz w tej folii do kwiatk&#243;w  za&#347;mia&#322;a si&#281; Leisha.

Tatu&#347; te&#380; si&#281; roze&#347;mia&#322;, ale wtedy ona powiedzia&#322;a:

Kiedy dorosn&#281;, wymy&#347;l&#281; sobie tak&#261; wyj&#261;tkowo&#347;&#263;, &#380;ebym mog&#322;a zrobi&#263;, by Alice te&#380; by&#322;a wyj&#261;tkowa  i przesta&#322; si&#281; &#347;mia&#263;.

Tej nocy guwernantka nauczy&#322;a j&#261; pisa&#263; w&#322;asne imi&#281;, co by&#322;o tak podniecaj&#261;ce, &#380;e zupe&#322;nie zapomnia&#322;a o rozmowie z tat&#261;. Sze&#347;&#263; liter, ka&#380;da inna, a razem tworzy&#322;y jej imi&#281;. Wpisywa&#322;a je wci&#261;&#380; od nowa, roze&#347;miana, a guwernantka &#347;mia&#322;a si&#281; razem z ni&#261;. Ale p&#243;&#378;niej, rano, Leisha zn&#243;w rozmy&#347;la&#322;a o rozmowie z tat&#261;. My&#347;la&#322;a o niej cz&#281;sto, wci&#261;&#380; obracaj&#261;c w my&#347;lach nieznajome s&#322;owa jak twarde kamyczki, ale to, co wraca&#322;o najcz&#281;&#347;ciej, nie by&#322;o s&#322;owem. To by&#322;o chmurne spojrzenie tatusia, kiedy powiedzia&#322;a mu, &#380;e chce u&#380;y&#263; swej wyj&#261;tkowo&#347;ci tak, &#380;eby Alice te&#380; by&#322;a wyj&#261;tkowa.



* * *


Co tydzie&#324; przyje&#380;d&#380;a&#322;a do dziewczynek doktor Melling, czasem sama, czasem z kim&#347; jeszcze. Obie lubi&#322;y pani&#261; doktor, kt&#243;ra cz&#281;sto si&#281; &#347;mia&#322;a i mia&#322;a jasne, pe&#322;ne ciep&#322;a oczy. Nierzadko zagl&#261;da&#322; wtedy do nich tato. Doktor Melling bawi&#322;a si&#281; z nimi w r&#243;&#380;ne gry, najpierw z ka&#380;d&#261; z osobna, potem z obiema naraz. Wa&#380;y&#322;a je i robi&#322;a im zdj&#281;cia. Kaza&#322;a k&#322;a&#347;&#263; si&#281; na stole i przyk&#322;ada&#322;a im do skroni ma&#322;e metalowe przedmioty, co wygl&#261;da&#322;o troch&#281; strasznie, ale wcale si&#281; nie ba&#322;y, bo mo&#380;na by&#322;o wtedy przygl&#261;da&#263; si&#281; maszynom, kt&#243;re wydawa&#322;y r&#243;&#380;ne d&#378;wi&#281;ki. Doktor Melling umia&#322;a odpowiada&#263; na pytania tak samo dobrze jak tatu&#347;. Kiedy&#347; Leisha zapyta&#322;a:

Czy doktor Melling te&#380; jest kim&#347; wyj&#261;tkowym? Jak Kenzo Yagai?

Tatu&#347; roze&#347;mia&#322; si&#281;, rzuci&#322; okiem na doktor Melling i odpowiedzia&#322;:

O, tak. Z pewno&#347;ci&#261;.

Kiedy mia&#322;y po pi&#281;&#263; lat, posz&#322;y do szko&#322;y. Szofer tatusia zawozi&#322; je codziennie do Chicago. Chodzi&#322;y do dw&#243;ch r&#243;&#380;nych klas, co bardzo Leish&#281; rozczarowa&#322;o. Dzieci w jej klasie by&#322;y od niej starsze. Mimo to od pierwszego dnia uwielbia&#322;a szko&#322;&#281;, sprz&#281;t naukowy, elektroniczne szufladki pe&#322;ne matematycznych &#322;amig&#322;&#243;wek, szukanie pa&#324;stw na mapach. Po p&#243;&#322; roku przesuni&#281;to j&#261; do nowej klasy, gdzie chodzi&#322;y jeszcze starsze dzieci, ale mimo to wszyscy byli dla niej mili. Zacz&#281;&#322;a uczy&#263; si&#281; japo&#324;skiego. Uwielbia&#322;a malowa&#263; te &#347;liczne literki na bia&#322;ym, grubym papierze.

Dobrze, &#380;e wybrali&#347;my szko&#322;&#281; Sauleya  m&#243;wi&#322; tatu&#347;.

Lecz Alice wcale si&#281; tam nie podoba&#322;o. Chcia&#322;a je&#378;dzi&#263; do szko&#322;y takim samym &#380;&#243;&#322;tym autobusem, co c&#243;rka kucharki. Z&#322;o&#347;ci&#322;a si&#281; i rzuca&#322;a farbkami. Potem mama wysz&#322;a ze swojego pokoju  Leisha nie widzia&#322;a jej ju&#380; od paru tygodni, cho&#263; wiedzia&#322;a, &#380;e mama widuje si&#281; z Alice  i zrzuci&#322;a &#347;wieczniki z kominka. Porcelanowe &#347;wieczniki rozprysn&#281;&#322;y si&#281; na drobne kawa&#322;eczki. Leisha podbieg&#322;a, &#380;eby pozbiera&#263; skorupy, a mama i tato, kt&#243;rzy stali przy schodach, zacz&#281;li na siebie wrzeszcze&#263;.

Jest te&#380; moj&#261; c&#243;rk&#261;! A ja m&#243;wi&#281;, &#380;e mo&#380;e i&#347;&#263;!

Nie masz prawa wypowiada&#263; si&#281; na ten temat! Rozmam&#322;ana pijaczka, najobrzydliwszy z mo&#380;liwych wzorzec dla nich obu A ja my&#347;la&#322;em, &#380;e bior&#281; sobie wyrafinowan&#261; angielsk&#261; arystokratk&#281;

Dosta&#322;e&#347; to, za co zap&#322;aci&#322;e&#347;! Nic! Bo te&#380; niczego nigdy od nikogo nie potrzebowa&#322;e&#347;.

Przesta&#324;cie!  krzykn&#281;&#322;a Leisha.  Przesta&#324;cie!

W holu zaleg&#322;a cisza. Leisha porani&#322;a sobie palce od&#322;amkiem porcelany, krew kapa&#322;a na dywan. Tatu&#347; podbieg&#322; i wzi&#261;&#322; j&#261; na r&#281;ce.

Przesta&#324;cie  &#322;ka&#322;a i nie zrozumia&#322;a, dlaczego tatu&#347; powiedzia&#322; do niej cicho:

To ty przesta&#324;, Leisho. Nie powinno ci&#281; obchodzi&#263;, co one zrobi&#261;. Powinna&#347; mie&#263; przynajmniej tyle si&#322;y.

Leisha ukry&#322;a twarz na ramieniu taty.

Alice przeniesiono do Szko&#322;y Podstawowej imienia Carla Sandburga, do kt&#243;rej doje&#380;d&#380;a&#322;a &#380;&#243;&#322;tym autobusem razem z c&#243;rk&#261; kucharki.

Kilka tygodni p&#243;&#378;niej tatu&#347; powiedzia&#322; im, &#380;e mama jedzie na jaki&#347; czas do szpitala, gdzie pomog&#261; jej, &#380;eby tyle nie pi&#322;a. Kiedy stamt&#261;d wyjdzie, m&#243;wi&#322;, zamieszka osobno. Na troch&#281;. Ona i tatu&#347; nie byli ze sob&#261; szcz&#281;&#347;liwi. Alice i Leisha zostan&#261; z tatusiem, ale mog&#261; odwiedza&#263; mam&#281;. Wszystko to powiedzia&#322; im bardzo ostro&#380;nie, starannie dobieraj&#261;c s&#322;owa. Prawda jest bardzo wa&#380;na, Leisha ju&#380; o tym wiedzia&#322;a. Prawda oznacza&#322;a wierno&#347;&#263; samemu sobie, swojej w&#322;asnej wyj&#261;tkowo&#347;ci. W&#322;asnej indywidualno&#347;ci. Cz&#322;owiek, jako jednostka indywidualna, szanowa&#322; fakty, a zatem zawsze m&#243;wi&#322; prawd&#281;. Mama  tatu&#347; tego nie powiedzia&#322;, ale Leisha i tak wiedzia&#322;a  nie respektowa&#322;a fakt&#243;w.

Alice zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;.

Nie chc&#281;, &#380;eby mama wyjecha&#322;a.

Leisha my&#347;la&#322;a, &#380;e tatu&#347; we&#378;mie j&#261; na r&#281;ce, ale nic takiego nie zrobi&#322;. Sta&#322; tylko i patrzy&#322; na nie.

Leisha obj&#281;&#322;a siostr&#281; ramieniem.

Ju&#380; dobrze, Alice. Ju&#380; dobrze! Zrobimy tak, &#380;eby wszystko u&#322;o&#380;y&#322;o si&#281; dobrze. Przez ca&#322;y czas, kiedy nie b&#281;dziemy w szkole, b&#281;d&#281; si&#281; z tob&#261; bawi&#263;, &#380;eby&#347; nie t&#281;skni&#322;a za mam&#261;.

Alice przytuli&#322;a si&#281; do niej mocno, a Leisha odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;, &#380;eby nie widzie&#263; twarzy taty.



3

KENZO YAGAI PRZYJE&#379;D&#379;A DO STAN&#211;W ZJEDNOCZONYCH z cyklem wyk&#322;ad&#243;w. Tytu&#322; odczytu, jaki mia&#322; wyg&#322;osi&#263; w Nowym Jorku, Los Angeles, Chicago i Waszyngtonie  i powt&#243;rzy&#263; jako specjalne or&#281;dzie przed Kongresem  brzmia&#322;: Tania energia w swym wymiarze politycznym. Jedenastoletnia Leisha Camden mia&#322;a pozna&#263; go osobi&#347;cie po odczycie w Chicago, kt&#243;ry organizowa&#322; jej ojciec.

W szkole przestudiowali ju&#380; teori&#281; zimnej fuzji. Nauczyciel od spraw og&#243;lno&#347;wiatowych om&#243;wi&#322; zmiany w &#347;wiecie, kt&#243;re zasz&#322;y, kiedy Yagai opatentowa&#322; sw&#243;j wynalazek. Cz&#322;owiek ten potrafi&#322; przy minimalnych kosztach znale&#378;&#263; zastosowanie dla czego&#347;, co przedtem wydawa&#322;o si&#281; tylko niemo&#380;liw&#261; do urzeczywistnienia teori&#261;. A skutki? Rosn&#261;cy dobrobyt w krajach Trzeciego &#346;wiata, przed&#347;miertne drgawki dawnego systemu komunistycznego, upadek pot&#281;g naftowych i wskrzeszona pot&#281;ga ekonomiczna Stan&#243;w Zjednoczonych. Grupa Leishy opracowa&#322;a scenariusz kroniki filmowej, kt&#243;r&#261; p&#243;&#378;niej nakr&#281;cono przy u&#380;yciu profesjonalnego sprz&#281;tu, nale&#380;&#261;cego do wyposa&#380;enia szko&#322;y. Film opowiada&#322; o tym, jak przeci&#281;tna ameryka&#324;ska rodzina &#380;y&#322;a w roku 1985, wydaj&#261;c ogromne sumy na kosztown&#261; energi&#281; i pok&#322;adaj&#261;c wiar&#281; w opiek&#281; ze strony utrzymywanego z podatk&#243;w pa&#324;stwa. Z kolei rodzina z roku 2019 korzysta z taniej energii i wierzy w kontrakt  podstaw&#281; cywilizacji. Leisha by&#322;a zdumiona wynikami w&#322;asnych bada&#324;.

Japonia twierdzi, &#380;e Kenzo Yagai zdradzi&#322; w&#322;asny kraj  powiedzia&#322;a do taty przy kolacji.

Nie Japonia  odrzek&#322; Camden  tylko niekt&#243;rzy Japo&#324;czycy. Wystrzegaj si&#281; &#322;atwych uog&#243;lnie&#324;, Leisho. Yagai opatentowa&#322; i sprzeda&#322; energi&#281; Y w Stanach, bo tylko tutaj tli&#322;y si&#281; ostatnie iskierki przedsi&#281;biorczo&#347;ci. Dzi&#281;ki jego wynalazkowi ca&#322;y nasz kraj przechyli&#322; si&#281; zn&#243;w w stron&#281; indywidualistycznej merytokracji, a potem poci&#261;gn&#261;&#322; za sob&#261; Japoni&#281;.

Tw&#243;j ojciec nigdy nie zw&#261;tpi&#322; w niego ani przez chwil&#281;  odezwa&#322;a si&#281; Susan.  Zjedz groszek, Leisho.

Leisha zjad&#322;a groszek. Tatu&#347; i Susan byli ma&#322;&#380;e&#324;stwem zaledwie od roku, wi&#281;c obecno&#347;&#263; pani doktor w domu ci&#261;gle jeszcze by&#322;a troch&#281; niezwyk&#322;a. Ale przyjemna. Tatu&#347; powiedzia&#322;, &#380;e Susan b&#281;dzie cennym nabytkiem w ich domu  taka inteligentna, pe&#322;na energii i rado&#347;ci. Zupe&#322;nie jak Leisha.

Zapami&#281;taj, Leisho  m&#243;wi&#322; dalej Camden.  Warto&#347;&#263; cz&#322;owieka dla niego i spo&#322;ecze&#324;stwa tkwi w nim samym, nie za&#347; w tym, co s&#261;dzi na temat istoty, warto&#347;ci i wiary innych ludzi. Tkwi w tym, co dany cz&#322;owiek rzeczywi&#347;cie potrafi zrobi&#263;. I to zrobi&#263; jak najlepiej. Ludzie handluj&#261; tym, co maj&#261; najlepszego, i ka&#380;dy na tym korzysta. Podstawowym narz&#281;dziem cywilizacji jest kontrakt. Kontrakty zawierane s&#261; dobrowolnie i przynosz&#261; obop&#243;ln&#261; korzy&#347;&#263;. W przeciwie&#324;stwie do przymusu, kt&#243;ry jest z gruntu z&#322;y.

Silniejsi nie maj&#261; prawa niczego odbiera&#263; s&#322;abszym  wtr&#261;ci&#322;a Susan.  Alice, kochanie, ty te&#380; zjedz groszek.

Ani te&#380; s&#322;absi nie maj&#261; prawa niczego odbiera&#263; silniejszym  doda&#322; Camden.  To w&#322;a&#347;nie stanowi zasadnicz&#261; przes&#322;ank&#281; dzisiejszego wyk&#322;adu Kenzo Yagai.

Nie lubi&#281; groszku  odezwa&#322;a si&#281; Alice.

Ale tw&#243;j organizm lubi. Groszek jest zdrowy.

Alice u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;. Leishy zrobi&#322;o si&#281; ciep&#322;o na sercu. Alice ju&#380; dawno nie u&#347;miecha&#322;a si&#281; przy stole.

M&#243;j organizm nie ma kontraktu z groszkiem.

Ale&#380; ma  odrzek&#322; Camden, lekko zniecierpliwiony.  Tw&#243;j organizm ma z niego po&#380;ytek. Jedz.

U&#347;miech Alice znikn&#261;&#322;. Leisha wbi&#322;a wzrok w talerz. Wtem znalaz&#322;a wyj&#347;cie.

Nie, tatusiu, pos&#322;uchaj. Organizm Alicji ma po&#380;ytek, ale groszek nie. To nie jest transakcja przynosz&#261;ca obop&#243;ln&#261; korzy&#347;&#263;  wi&#281;c nie ma kontraktu. Alice ma racj&#281;!

Camden zani&#243;s&#322; si&#281; &#347;miechem. Po chwili zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Susan:

Ma zaledwie jedena&#347;cie lat Jedena&#347;cie!

U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; nawet Alice, a Leisha pomacha&#322;a jej triumfalnie &#322;y&#380;eczk&#261;, od kt&#243;rej odbi&#322; si&#281; promie&#324; &#347;wiat&#322;a i zata&#324;czy&#322; na przeciwleg&#322;ej &#347;cianie.

Mimo wszystko Alice nie chcia&#322;a p&#243;j&#347;&#263; pos&#322;ucha&#263; Kenzo Yagai. Mia&#322;a nocowa&#263; u przyjaci&#243;&#322;ki, Julie, chcia&#322;y zrobi&#263; sobie trwa&#322;&#261;. Co dziwniejsze, Susan te&#380; nie sz&#322;a. Leishy wyda&#322;o si&#281;, &#380;e przy po&#380;egnaniu Susan i tatu&#347; patrz&#261; na siebie troch&#281; dziwnie, ale by&#322;a zbyt podniecona, &#380;eby sobie tym zaprz&#261;ta&#263; g&#322;ow&#281;. Mia&#322;a przecie&#380; wys&#322;ucha&#263; wyk&#322;adu samego Kenzo Yagai!

Okaza&#322; si&#281; m&#281;&#380;czyzn&#261; niewysokim, szczup&#322;ym i smag&#322;ym. Leishy spodoba&#322; si&#281; jego obcy akcent. Podoba&#322;o si&#281; jej w nim co&#347; jeszcze, ale przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; nie umia&#322;a tego nazwa&#263;.

Tatusiu  szepn&#281;&#322;a w p&#243;&#322;mroku sali wyk&#322;adowej  to bardzo radosny cz&#322;owiek.

Tato u&#347;cisn&#261;&#322; j&#261; mocno.

Yagai przemawia&#322; na temat duchowo&#347;ci w ekonomice.

Duchowo&#347;&#263;, kt&#243;ra jest g&#322;&#243;wnym wyznacznikiem cz&#322;owiecze&#324;stwa, zasadza si&#281; na jego osobistym wysi&#322;ku. Godno&#347;&#263; i warto&#347;&#263; cz&#322;owieka nie zostaj&#261; mu przekazane automatycznie wraz z arystokratycznym pochodzeniem. Aby znale&#378;&#263; potwierdzenie tego faktu, wystarczy przyjrze&#263; si&#281; historii. Godno&#347;&#263; i warto&#347;&#263; nie s&#261; przekazywane wraz z odziedziczonym bogactwem. Spadkobierca wielkiej fortuny tak&#380;e mo&#380;e by&#263; z&#322;odziejem, marnotrawc&#261;, wyzyskiwaczem  osob&#261;, kt&#243;ra zostawia &#347;wiat o wiele ubo&#380;szym ni&#380; go zasta&#322;a. Ani te&#380; godno&#347;&#263; i warto&#347;&#263; cz&#322;owieka nie wynika bezpo&#347;rednio z samego faktu istnienia  wszak wielokrotni mordercy istniej&#261;, lecz ich warto&#347;&#263; dla spo&#322;ecze&#324;stwa jest negatywna, za&#347; w ich &#380;&#261;dzy zabijania nie ma &#347;ladu godno&#347;ci. Godno&#347;&#263; i duchowo&#347;&#263; cz&#322;owieka le&#380;y zatem tylko w tym, co potrafi osi&#261;gn&#261;&#263; w&#322;asnym wysi&#322;kiem. Ograbi&#263; cz&#322;owieka z &#380;yciowej szansy, wbrew jego woli sprzedawa&#263; efekty jego pracy, znaczy odebra&#263; mu cz&#322;owiecz&#261; godno&#347;&#263;. Dlatego w&#322;a&#347;nie komunizm z g&#243;ry skazany by&#322; na upadek. Ka&#380;dy przymus, ka&#380;da si&#322;a, kt&#243;ra odbiera cz&#322;owiekowi mo&#380;no&#347;&#263; korzystania z efekt&#243;w w&#322;asnej pracy, powoduje szkody natury duchowej i tym samym os&#322;abia spo&#322;ecze&#324;stwo. Rekwizycja, z&#322;odziejstwo, oszustwa, przemoc, opieka spo&#322;eczna, brak odpowiedniej reprezentacji w organach prawodawczych  wszystko to odbiera cz&#322;owiekowi mo&#380;liwo&#347;&#263; wyboru, mo&#380;liwo&#347;&#263; rozwoju i swobodnej wymiany owoc&#243;w w&#322;asnej pracy. Przymus to oszustwo. Nie tworzy niczego nowego. Tylko wolno&#347;&#263;  swoboda indywidualnego rozwoju, swoboda handlu owocami w&#322;asnej pracy  stanowi &#347;rodowisko przychylne ludzkiej godno&#347;ci i warto&#347;ci.

Leisha klaska&#322;a tak mocno, &#380;e rozbola&#322;y j&#261; d&#322;onie. Kiedy wchodzi&#322;a z tat&#261; za kulisy, z trudem &#322;apa&#322;a oddech. Sam Kenzo Yagai!

Ku jej zaskoczeniu za kulisami k&#322;&#281;bi&#322; si&#281; spory t&#322;umek. Wsz&#281;dzie pe&#322;no by&#322;o kamer. Tatu&#347; powiedzia&#322;:

Panie Yagai, pozwoli pan, &#380;e przedstawi&#281;: moja c&#243;rka Leisha. Kamery szybko przesun&#281;&#322;y si&#281; w jej stron&#281;. Jaki&#347; Japo&#324;czyk szepn&#261;&#322; co&#347; do ucha Kenzo Yagai, a ten przyjrza&#322; si&#281; Leishy dok&#322;adniej.

Ach, tak.

Popatrz tutaj, Leisho!  zawo&#322;a&#322; kto&#347; nagle, wi&#281;c popatrzy&#322;a. Automatyczna kamera najecha&#322;a tak blisko, &#380;e Leisha cofn&#281;&#322;a si&#281; przestraszona. Tatu&#347; powiedzia&#322; co&#347; ostrym tonem, potem powt&#243;rzy&#322; to. Kamery znieruchomia&#322;y. Nagle przed Leish&#261; przykl&#281;kn&#281;&#322;a jaka&#347; kobieta i podetkn&#281;&#322;a jej mikrofon.

Jak to jest, kiedy si&#281; nie &#347;pi, Leisho?

Co takiego?

Kto&#347; si&#281; za&#347;mia&#322;. &#346;miech wcale nie zabrzmia&#322; sympatycznie.

Geniusze z inkubatora

Leisha poczu&#322;a, &#380;e kto&#347; chwyta j&#261; za rami&#281;. By&#322; to Kenzo Yagai, kt&#243;ry stanowczo odci&#261;gn&#261;&#322; j&#261; sprzed kamer. Natychmiast, jak za dotkni&#281;ciem czarodziejskiej r&#243;&#380;d&#380;ki, wok&#243;&#322; nich utworzy&#322; si&#281; mur Japo&#324;czyk&#243;w, kt&#243;rzy rozst&#261;pili si&#281; tylko na moment, &#380;eby przepu&#347;ci&#263; Camdena. Chroniona tym murem tr&#243;jka wesz&#322;a do garderoby, a Kenzo Yagai zamkn&#261;&#322; drzwi.

Nie mo&#380;esz si&#281; nimi przejmowa&#263;, Leisho  m&#243;wi&#322; z tym swoim cudownym akcentem.  Nigdy. Jest takie stare wschodnie przys&#322;owie: Psy szczekaj&#261;, karawana idzie dalej. Nie pozw&#243;l, &#380;eby szczekanie grubia&#324;skich albo zawistnych ps&#243;w op&#243;&#378;nia&#322;o marsz karawany twojej osobowo&#347;ci.

Nie pozwol&#281;  wyszepta&#322;a Leisha. Jeszcze nie by&#322;a pewna, co oznaczaj&#261; te s&#322;owa, ale wiedzia&#322;a, &#380;e p&#243;&#378;niej b&#281;dzie czas, &#380;eby wszystko sobie pouk&#322;ada&#263;, &#380;eby porozmawia&#263; o tym z tat&#261;. Teraz by&#322;a zbyt oszo&#322;omiona blisko&#347;ci&#261; Kenzo Yagai  cz&#322;owieka, kt&#243;remu bez przemocy i karabin&#243;w uda&#322;o si&#281; odmieni&#263; &#347;wiat, kiedy sprzeda&#322; innym owoce swojej pracy.

Studiujemy pa&#324;sk&#261; filozofi&#281; w szkole, panie Yagai.

Kenzo Yagai spojrza&#322; pytaj&#261;co na tat&#281;. Ten wyja&#347;ni&#322;:

To prywatna szko&#322;a. Ale siostra Leishy uczy si&#281; o tym tak&#380;e w szkole publicznej, chocia&#380; bardzo pobie&#380;nie. Wprawdzie bardzo powoli, ale &#347;wiat zaczyna si&#281; zmienia&#263;, Kenzo.

Leisha zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e nie wyja&#347;ni&#322;, dlaczego Alice nie ma tu z nimi.

Po powrocie do domu przez d&#322;ugie godziny siedzia&#322;a w swoim pokoju, wci&#261;&#380; od nowa przemy&#347;liwuj&#261;c wszystko, co si&#281; zdarzy&#322;o. Kiedy nast&#281;pnego ranka Alice wr&#243;ci&#322;a od Julie, Leish&#261; pop&#281;dzi&#322;a jej na spotkanie. Lecz Alice by&#322;a wyra&#378;nie rozz&#322;oszczona.

Alice! O co ci chodzi?

Czy uwa&#380;asz, &#380;e nie wystarczy mi tego, co musz&#281; znosi&#263; w szkole?  krzykn&#281;&#322;a Alice.  Wszyscy wiedz&#261;, ale dop&#243;ki siedzia&#322;a&#347; cicho, to nie mia&#322;o znaczenia. Przestali si&#281; mnie czepia&#263;. Dlaczego mi to zrobi&#322;a&#347;?

Co ci zrobi&#322;am?  zdziwi&#322;a si&#281; Leish&#261;.

Alice rzuci&#322;a w ni&#261; egzemplarzem porannej gazety, na znacznie gorszym papierze ni&#380; ten, kt&#243;rego u&#380;ywa&#322; system Camdena. Gazeta rozwin&#281;&#322;a si&#281; i upad&#322;a u st&#243;p Leishy, kt&#243;ra wlepi&#322;a oczy w ogromne, trzykolumnowe zdj&#281;cie na pierwszej stronie. Widnieli na nim ona i Kenzo Yagai, u g&#243;ry wielki nag&#322;&#243;wek krzycza&#322;: YAGAI I PRZYSZ&#321;O&#346;&#262;: GDZIE MIEJSCE DLA RESZTY? ODKRYWCA ENERGII Y KONFERUJE Z BEZSENN&#260; C&#211;RK&#260; REKINA FINANSJERY ROGERA CAMDENA.

Alice kopn&#281;&#322;a gazet&#281;.

By&#322;a&#347; te&#380; w telewizji, w wieczornych wiadomo&#347;ciach. Ja tu robi&#281;, co mog&#281;, &#380;eby mnie nie brali za nad&#281;t&#261; lizusk&#281;, a ty mi wycinasz taki numer! Teraz Julie na pewno nie zaprosi mnie na noc w przysz&#322;ym tygodniu!  wykrzycza&#322;a bez tchu i pop&#281;dzi&#322;a kr&#281;tymi schodami do swojego pokoju.

Leish&#261; jeszcze raz spojrza&#322;a na gazet&#281;. W my&#347;lach us&#322;ysza&#322;a g&#322;os Kenzo Yagai: Psy szczekaj&#261;, karawana idzie dalej. Popatrzy&#322;a na puste schody i krzykn&#281;&#322;a:

Alice! &#321;adnie ci w tych lokach!



4

CHC&#280; POZNA&#262; RESZT&#280;  O&#346;WIADCZY&#321;A LEISHA.  Dlaczego tak d&#322;ugo ich przede mn&#261; ukrywa&#322;e&#347;?

Wcale ich przed tob&#261; nie ukrywa&#322;em  odrzek&#322; Camden.  Dlaczego sama nie zapyta&#322;a&#347;? Przecie&#380; to tobie powinno na tym zale&#380;e&#263;.

Leisha popatrzy&#322;a na niego uwa&#380;nie. Mia&#322;a pi&#281;tna&#347;cie lat i by&#322;a w ostatniej klasie szko&#322;y Sauleya.

Dlaczego mi tego nie zaproponowa&#322;e&#347;?

A powinienem?

Nie wiem  odrzek&#322;a Leisha.  Ale dot&#261;d zawsze wszystko mi dawa&#322;e&#347;.

Tak&#380;e i to, &#380;e mo&#380;esz poprosi&#263;, o co tylko zechcesz. Leisha przez chwil&#281; szuka&#322;a w tym sprzeczno&#347;ci, a&#380; w ko&#324;cu znalaz&#322;a.

Przecie&#380; nie musia&#322;am ci&#281; prosi&#263; o wi&#281;kszo&#347;&#263; z tego, co by&#322;o konieczne dla mojej edukacji, poniewa&#380; nie mia&#322;am do&#347;&#263; do&#347;wiadczenia, &#380;eby wiedzie&#263;, o co nale&#380;y prosi&#263;. Ty, jako doros&#322;y, mia&#322;e&#347; wystarczaj&#261;c&#261; wiedz&#281; i do&#347;wiadczenie, &#380;eby mi pom&#243;c. A jednak nigdy nie zaproponowa&#322;e&#347; mi spotkania z innymi bezsennymi mutantami

Nie u&#380;ywaj tego okre&#347;lenia  wtr&#261;ci&#322; ostro Camden.

 wi&#281;c albo musia&#322;e&#347; uzna&#263;, &#380;e nie jest mi to potrzebne, albo masz jaki&#347; inny pow&#243;d, dla kt&#243;rego nie chcia&#322;e&#347;, &#380;ebym si&#281; z nimi spotka&#322;a.

B&#322;&#261;d  odrzek&#322; Camden.  Istnieje jeszcze trzecia mo&#380;liwo&#347;&#263;. Mog&#322;em przecie&#380; uzna&#263;, &#380;e spotkanie z nimi jest bardzo istotne dla twego rozwoju, ale zarazem daje mi znakomit&#261; okazj&#281; do pobudzenia twojej inicjatywy  w&#322;a&#347;nie przez to, &#380;e czeka&#322;em, a&#380; sama o nich zapytasz.

W porz&#261;dku  odpowiedzia&#322;a Leisha nieco wyzywaj&#261;cym tonem. Ostatnio du&#380;o by&#322;o mi&#281;dzy nimi wojowniczo&#347;ci, nie wiadomo w&#322;a&#347;ciwie dlaczego. Wyprostowa&#322;a si&#281;. Nowy nabytek, piersi, wysun&#281;&#322;y si&#281; do przodu.  No wi&#281;c pytam. Ilu jest Bezsennych, kim s&#261; i gdzie?

Je&#347;li u&#380;ywasz terminu Bezsenni, to znaczy, &#380;e ju&#380; co&#347; na ten temat czyta&#322;a&#347;  zauwa&#380;y&#322; Camden.  Zatem prawdopodobnie wiesz, &#380;e w samych Stanach jest was tysi&#261;c osiemdziesi&#281;cioro dwoje. Plus kilkoro w innych krajach. Wi&#281;kszo&#347;&#263; mieszka w pobli&#380;u wielkich metropolii. Siedemdziesi&#281;cioro czworo w Chicago, przewa&#380;nie dzieci. Na ca&#322;ym &#347;wiecie tylko dziewi&#281;tna&#347;cioro jest starszych od ciebie.

Leisha nie zaprzeczy&#322;a, &#380;e ju&#380; o tym czyta&#322;a. Siedz&#261;cy za biurkiem Camden pochyli&#322; si&#281;, patrz&#261;c na ni&#261; uwa&#380;nie. Leish&#281; zastanowi&#322;o, czy ojciec nie potrzebuje okular&#243;w. Ca&#322;kiem siwe ju&#380; w&#322;osy, rzadkie i sztywne, wygl&#261;da&#322;y jak pojedyncze &#378;d&#378;b&#322;a wylinia&#322;ej miot&#322;y. Wall Street Journal umie&#347;ci&#322; jego nazwisko na li&#347;cie stu najbogatszych os&#243;b w Ameryce. Womans Wear Daily pisa&#322;, &#380;e jest jedynym w tym kraju miliarderem, kt&#243;ry nie obraca si&#281; w kr&#281;gu mi&#281;dzynarodowych raut&#243;w, bal&#243;w dobroczynnych i sekretarek od terminarzy imprez towarzyskich. Odrzutowiec Camdena wozi&#322; go po ca&#322;ym &#347;wiecie, jednak niemal wy&#322;&#261;cznie na spotkania s&#322;u&#380;bowe lub do Zarz&#261;du Instytutu Ekonomicznego Kenzo Yagai. Z biegiem lat stawa&#322; si&#281; coraz bogatszy, a jednocze&#347;nie coraz bardziej stroni&#322; od ludzi i coraz przenikliwszy mia&#322; umys&#322;. Leisha poczu&#322;a, jak powraca do niej fala dawnych, ciep&#322;ych uczu&#263;.

Rzuci&#322;a si&#281; w poprzek sk&#243;rzanego fotela, d&#322;ugie nogi przewiesi&#322;a przez oparcie. Z roztargnieniem podrapa&#322;a na udzie &#347;lad po ugryzieniu komara.

No dobrze, w takim razie chcia&#322;abym pozna&#263; Richarda Kellera.

Richard mieszka&#322; w Chicago i by&#322; najbli&#380;szy jej wiekiem. Mia&#322; siedemna&#347;cie lat.

Ale dlaczego zwracasz si&#281; z tym do mnie? Dlaczego po prostu tam nie p&#243;jdziesz?

Leisha odnios&#322;a wra&#380;enie, &#380;e w jego g&#322;osie zabrzmia&#322; ton zniecierpliwienia. Wola&#322;, kiedy najpierw sama dowiadywa&#322;a si&#281; o wszystkim, a dopiero potem sk&#322;ada&#322;a mu raport. Przywi&#261;zywa&#322; jednakow&#261; wag&#281; do obu element&#243;w. Roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Wiesz co, tato? Stajesz si&#281; przewidywalny.

Camden zawt&#243;rowa&#322; jej &#347;miechem. W tej chwili do gabinetu wesz&#322;a Susan.

Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; nie jest przewidywalny. Roger, co z tym spotkaniem w czwartek w Buenos Aires? Mam je potwierdzi&#263; czy odwo&#322;a&#263;?  Kiedy nie odpowiedzia&#322;, jej g&#322;os zabrzmia&#322; ostrzej.  Roger! M&#243;wi&#281; do ciebie.

Leisha odwr&#243;ci&#322;a wzrok. Dwa lata temu Susan na dobre rozsta&#322;a si&#281; z Instytutem, &#380;eby poprowadzi&#263; dom i sekretariat Camdena. Przez jaki&#347; czas usi&#322;owa&#322;a godzi&#263; obie te rzeczy. Leisha mia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e odk&#261;d Susan porzuci&#322;a badania, bardzo si&#281; zmieni&#322;a. Jej g&#322;os brzmia&#322; znacznie ostrzej. Nagle zacz&#281;&#322;o jej zale&#380;e&#263; na tym, &#380;eby kucharka i ogrodnik &#347;ci&#347;le trzymali si&#281; polece&#324;. Jasne warkocze ust&#261;pi&#322;y miejsca sztywno rze&#378;bionej fali platyny.

Potwierdzi&#263;.

No c&#243;&#380;, dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e raczy&#322;e&#347; odpowiedzie&#263;. Czy ja te&#380; jad&#281;?

Jak sobie &#380;yczysz.

&#379;ycz&#281; sobie.

Susan wysz&#322;a. Leisha wsta&#322;a i przeci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281;. Stan&#281;&#322;a na palcach, przez co jej d&#322;ugie nogi zdawa&#322;y si&#281; jeszcze d&#322;u&#380;sze. Dobrze by&#322;o wyci&#261;ga&#263; si&#281;, przeci&#261;ga&#263;, czu&#263; na twarzy promienie s&#322;o&#324;ca wpadaj&#261;ce przez przestronne okna. U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do ojca i odkry&#322;a, &#380;e przygl&#261;da jej si&#281; z zaskakuj&#261;cym wyrazem twarzy.

Leisho

Tak?

Mo&#380;esz si&#281; spotka&#263; z Kellerem. Ale b&#261;d&#378; ostro&#380;na.

Dlaczego?

Camden nie odpowiedzia&#322;.



* * *


Kellerowie mieszkali w skromnym domku w stylu kolonialnym, na oko trzydziestoletnim. Dom sta&#322; przy cichej, podmiejskiej uliczce. Na takich w&#322;a&#347;nie uliczkach ma&#322;e dzieci mog&#261; je&#378;dzi&#263; na rowerkach po jezdni, a matki pilnuj&#261; ich, zerkaj&#261;c z frontowych okien. Wi&#281;kszo&#347;&#263; dach&#243;w mia&#322;a tylko jedn&#261; stacj&#281; odbioru energii Y. Ulic&#281; zdobi&#322;y przepi&#281;kne stare klony cukrowe.

Wejd&#378;, prosz&#281;  powiedzia&#322; Richard Keller.

By&#322; niewiele wy&#380;szy od niej, twarz mia&#322; obsypan&#261; tr&#261;dzikiem. Leisha domy&#347;li&#322;a si&#281;, &#380;e poza snem niczego nie zmieniono w jego genach. Mia&#322; g&#281;ste, ciemne w&#322;osy, niskie czo&#322;o i krzaczaste brwi. Leisha zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e zanim zamkn&#261;&#322; drzwi, zagapi&#322; si&#281; na szofera i samoch&#243;d, zaparkowany na chodniku, tu&#380; przy pordzewia&#322;ym rowerze g&#243;rskim.

Jeszcze nie umiem prowadzi&#263;  wyja&#347;ni&#322;a.  Mam dopiero pi&#281;tna&#347;cie lat.

Przekonasz si&#281;, &#380;e to &#322;atwe  odpowiedzia&#322; Keller.  No to jak, powiesz mi, po co tu przysz&#322;a&#347;?

Leishy spodoba&#322;o si&#281;, &#380;e jest tak bezpo&#347;redni.

&#379;eby pozna&#263; jednego z Bezsennych.

Czy to znaczy, &#380;e jeszcze nikogo nie znasz? &#379;adnego z nas?

Tego si&#281; nie spodziewa&#322;a.

Czy to znaczy, &#380;e wszyscy inni znaj&#261; si&#281; nawzajem?

Chod&#378;my do mojego pokoju, Leisho.

Posz&#322;a za nim w g&#322;&#261;b domu. Pok&#243;j Richarda by&#322; du&#380;y i przestronny, pe&#322;en komputer&#243;w i segregator&#243;w. W k&#261;cie sta&#322; ergometr wio&#347;larski. Pok&#243;j wygl&#261;da&#322; jak nieco ta&#324;sza wersja pokoju kt&#243;rego&#347; z jej b&#322;yskotliwszych koleg&#243;w ze szko&#322;y Sauleya, z tym &#380;e wobec braku &#322;&#243;&#380;ka by&#322;o w nim wi&#281;cej miejsca.

O, pracujesz nad r&#243;wnaniami Boesca?

Nad ich zastosowaniem.

Do czego?

Do obliczania modeli migracyjnych &#322;awic ryb.

No tak, to by si&#281; da&#322;o.  Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.  Nigdy mi to nie przysz&#322;o do g&#322;owy.

Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e Keller nie bardzo wie, co pocz&#261;&#263; z tym jej u&#347;miechem. Spojrza&#322; na &#347;cian&#281;, potem na jej podbr&#243;dek.

Interesujesz si&#281; modelami Gai? &#346;rodowiskiem naturalnym?

No c&#243;&#380;, nie bardzo  przyzna&#322;a si&#281; Leisha.  Mam zamiar studiowa&#263; polityk&#281; na Harvardzie. Podstawy prawa. Ale oczywi&#347;cie przerabiali&#347;my modele Gai w szkole.

Keller zdo&#322;a&#322; wreszcie oderwa&#263; wzrok od jej twarzy. Przeczesa&#322; palcami ciemne w&#322;osy.

Siadaj, je&#347;li chcesz.

Leisha usiad&#322;a, obrzucaj&#261;c pe&#322;nym uznania spojrzeniem wisz&#261;ce na &#347;cianach plakaty, na kt&#243;rych ziele&#324; przechodzi&#322;a w b&#322;&#281;kit na kszta&#322;t oceanicznych pr&#261;d&#243;w.

&#321;adne. Sam je zaprojektowa&#322;e&#347;?

Nie tak sobie ciebie wyobra&#380;a&#322;em  powiedzia&#322; Keller.

A jak?

My&#347;la&#322;em, &#380;e jeste&#347; nad&#281;ta. Z mani&#261; wy&#380;szo&#347;ci. P&#322;ytka, mimo wysokiego IQ.

Zabola&#322;o bardziej, ni&#380; si&#281; spodziewa&#322;a.

W&#347;r&#243;d Bezsennych jeste&#347; jedn&#261; z dw&#243;ch naprawd&#281; bogatych os&#243;b. Opr&#243;cz ciebie jest tylko Jennifer Sharifi  wygada&#322; si&#281;.  Sama o tym dobrze wiesz.

Nie, nie wiem. Nigdy nie sprawdza&#322;am.

Zaj&#261;&#322; krzes&#322;o obok i wyci&#261;gn&#261;&#322; przed siebie mocno umi&#281;&#347;nione nogi. Mimo to nie wygl&#261;da&#322; na rozlu&#378;nionego.

Ale to ma sw&#243;j sens, wierz mi. Bogaci nie ka&#380;&#261; genetycznie ulepsza&#263; swoich dzieci. Wierz&#261;, &#380;e ich potomstwo i tak stoi wy&#380;ej od reszty. Z racji urodzenia. Biedni z kolei nie mog&#261; sobie na to pozwoli&#263;. My, Bezsenni, wywodzimy si&#281; przewa&#380;nie z g&#243;rnych warstw klasy &#347;redniej. Jeste&#347;my dzie&#263;mi profesor&#243;w i naukowc&#243;w  ludzi, kt&#243;rzy ceni&#261; sobie inteligencj&#281; i czas.

M&#243;j ojciec te&#380; ceni inteligencj&#281; i czas  odpar&#322;a Leisha.  Nale&#380;y do najzagorzalszych zwolennik&#243;w Kenzo Yagai.

Och, Leisho, czy ty naprawd&#281; my&#347;lisz, &#380;e tego nie wiem? Pr&#243;bujesz mi zaimponowa&#263; czy co?

Pr&#243;buj&#281; z tob&#261; rozmawia&#263;  powiedzia&#322;a z naciskiem Leisha. Mimo to jeszcze przez nast&#281;pn&#261; minut&#281; czu&#322;a rumieniec na policzkach.

Przepraszam  wymamrota&#322; Keller. Zerwa&#322; si&#281; z krzes&#322;a, podrepta&#322; do komputera i z powrotem.  Naprawd&#281; mi przykro. Ale ja ja naprawd&#281; nie rozumiem, po co tu przysz&#322;a&#347;.

Bo jestem samotna  odrzek&#322;a Leisha i sama si&#281; zdumia&#322;a. Podnios&#322;a wzrok.  To prawda. Jestem samotna. Jestem i ju&#380;. Mam przyjaci&#243;&#322;, Alice i tat&#281;, ale nikt nie wie, nikt tak naprawd&#281; nie rozumie  Sama nie bardzo wiem, czego.

A ja wiem. Wiem doskonale. Co robisz, kiedy m&#243;wi&#261; Pos&#322;uchaj, co mi si&#281; dzisiaj &#347;ni&#322;o?

Tak!  krzykn&#281;&#322;a Leisha.  Ale to jeszcze nic; najgorzej, kiedy ja m&#243;wi&#281;: Sprawdz&#281; to dla ciebie dzi&#347; w nocy, a tamci rzucaj&#261; mi dziwaczne spojrzenie, kt&#243;re znaczy: Ona b&#281;dzie to robi&#263;, kiedy ja b&#281;d&#281; spa&#322;!

To te&#380; nic  dorzuci&#322; Keller.  Najgorzej, kiedy po kolacji gramy w kosza, a potem idziemy co&#347; przegry&#378;&#263; i m&#243;wi&#281;: Przejd&#378;my si&#281; nad jezioro, a oni na to: Padam z n&#243;g. Chyba si&#281; p&#243;jd&#281; po&#322;o&#380;y&#263;.

Ale i to jeszcze nic  oznajmi&#322;a Leisha, zrywaj&#261;c si&#281; z krzes&#322;a.  Najgorzej, kiedy wci&#261;gnie ci&#281; jaki&#347; film i ju&#380; dochodzisz do najwa&#380;niejszego momentu, robi si&#281; tak cholernie pi&#281;knie, &#380;e skaczesz z rado&#347;ci i wo&#322;asz: Tak! Tak!, a Susan na to: Doprawdy, Leisho, mo&#380;na by pomy&#347;le&#263;, &#380;e przed tob&#261; nikt nigdy niczym si&#281; nie cieszy&#322;.

Kto to jest Susan?  zapyta&#322; Keller.

Nastr&#243;j prys&#322;. Leisha mog&#322;a odpowiedzie&#263;: Moja macocha, nie czuj&#261;c &#380;alu o to, czym Susan obiecywa&#322;a by&#263; ani o to, czym w ko&#324;cu si&#281; sta&#322;a. Keller sta&#322; oddalony zaledwie o krok i u&#347;miecha&#322; si&#281; ze zrozumieniem. Raptem poczu&#322;a tak gwa&#322;town&#261; ulg&#281;, &#380;e bez namys&#322;u podesz&#322;a do niego i obj&#281;&#322;a za szyj&#281;. Kiedy poczu&#322;a, &#380;e wzdryga si&#281; zaskoczony, przytuli&#322;a si&#281; jeszcze mocniej. Zacz&#281;&#322;a &#322;ka&#263;  ona, Leisha, kt&#243;ra nigdy nie p&#322;acze.

Hej!  mrukn&#261;&#322; Richard.  Hej!

B&#322;yskotliwa  za&#347;mia&#322;a si&#281; przez &#322;zy.  Ale&#380; b&#322;yskotliwa uwaga. Wiedzia&#322;a, &#380;e ch&#322;opak u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, za&#380;enowany.

Mo&#380;e wola&#322;aby&#347; obejrze&#263; moje krzywe migracji &#322;awic?

Nie  za&#322;ka&#322;a w odpowiedzi, wi&#281;c dalej trzyma&#322; j&#261; w obj&#281;ciach, poklepuj&#261;c niezgrabnie po plecach. Bez s&#322;owa zapewnia&#322; j&#261;, &#380;e jest w&#347;r&#243;d swoich.



* * *


Camden czeka&#322; na ni&#261;, cho&#263; by&#322;o ju&#380; po p&#243;&#322;nocy. Pali&#322; papierosa za papierosem. Powietrze posiwia&#322;o od dymu. Zapyta&#322; cicho:

Dobrze si&#281; bawi&#322;a&#347;, Leisho?

Tak.

Ciesz&#281; si&#281;  odpowiedzia&#322; i zgasiwszy ostatniego papierosa, ruszy&#322; po schodach na pi&#281;tro  powoli, sztywno, bo przecie&#380; dobiega&#322; ju&#380; siedemdziesi&#261;tki  &#380;eby po&#322;o&#380;y&#263; si&#281; spa&#263;.



* * *


Prawie przez ca&#322;y rok wsz&#281;dzie chodzili razem: na basen, na dyskoteki, do muze&#243;w, do teatr&#243;w i bibliotek. Richard przedstawi&#322; j&#261; dwunastce Bezsennych. Byli w r&#243;&#380;nym wieku, od czternastu do dziewi&#281;tnastu lat. Wszyscy niezwykle inteligentni i pe&#322;ni zapa&#322;u.

Leisha wiele si&#281; nauczy&#322;a.

Rodzice Tonyego Indivino, tak jak jej rodzice, byli rozwiedzeni. Czternastoletni Tony mieszka&#322; z matk&#261;, kt&#243;ra nie mia&#322;a zbytniej ochoty na bezsenne dziecko. Za to jego ojciec, kt&#243;ry sobie tego za&#380;yczy&#322;, mia&#322; teraz czerwony sportowy samoch&#243;d i m&#322;od&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#281;, kt&#243;ra projektowa&#322;a ergonomiczne krzes&#322;a w Pary&#380;u. Tonyemu nie wolno by&#322;o m&#243;wi&#263;, &#380;e jest Bezsennym  ani krewnym, ani kolegom ze szko&#322;y.

Uznaj&#261; ci&#281; za wariata  wyja&#347;ni&#322;a mu matka, odwracaj&#261;c sw&#243;j wzrok.

Kiedy jeden jedyny raz Tony nie pos&#322;ucha&#322; i powiedzia&#322; koledze, &#380;e nigdy nie &#347;pi, matka sprawi&#322;a mu lanie. Potem przeprowadzili si&#281; na inn&#261; ulic&#281;. Tony mia&#322; wtedy dziewi&#281;&#263; lat.

Jeanine Carter, niemal tak d&#322;ugonoga jak Leisha, trenowa&#322;a &#322;y&#380;wiarstwo, przygotowuj&#261;c si&#281; do igrzysk olimpijskich. &#262;wiczy&#322;a po dwana&#347;cie godzin dziennie, do czego nie byli zdolni jej sypiaj&#261;cy r&#243;wie&#347;nicy. Jak dot&#261;d dziennikarze nic jeszcze nie wyw&#281;szyli. Jeanine ba&#322;a si&#281;, &#380;e gdyby to wysz&#322;o na jaw, kto&#347; m&#243;g&#322;by odm&#243;wi&#263; jej prawa do startu.

Jack Bellingham, podobnie jak Leisha, mia&#322; od jesieni zacz&#261;&#263; nauk&#281; w collegeu. Jednak w przeciwie&#324;stwie do niej zacz&#261;&#322; ju&#380; pracowa&#263;. Praktykowanie prawa wymaga&#322;o uko&#324;czenia studi&#243;w, za to inwestowanie na gie&#322;dzie wymaga&#322;o jedynie got&#243;wki. Jack nie mia&#322; jej wiele  600 dolar&#243;w zarobionych latem  lecz wykorzystuj&#261;c w&#322;asne precyzyjne analizy finansowe zdo&#322;a&#322; pomno&#380;y&#263; je najpierw do trzech, potem do dziesi&#281;ciu tysi&#281;cy. W nied&#322;ugim czasie zebra&#322; tyle, &#380;e m&#243;g&#322; pozwoli&#263; sobie na powa&#380;ne spekulacje papierami warto&#347;ciowymi. Mia&#322; dopiero pi&#281;tna&#347;cie lat, by&#322; za m&#322;ody, &#380;eby inwestowa&#263; legalnie, zatem wszystkie transakcje przeprowadzano na nazwisko Kevina Bakera, najstarszego z Bezsennych, kt&#243;ry mieszka&#322; w Austin.

Kiedy dwa razy pod rz&#261;d trafi&#322;em osiemdziesi&#281;cioczteroprocentowy zysk, analitycy danych z&#322;amali kod mojego komputera. Chcieli tylko pow&#281;szy&#263;. No c&#243;&#380;, to ich obowi&#261;zek, nawet kiedy &#322;&#261;czne kwoty s&#261; dosy&#263; ma&#322;e. Szukaj&#261; systemu. Ale je&#380;eli zadadz&#261; sobie troch&#281; trudu i sprawdz&#261; po&#322;&#261;czenia mi&#281;dzy bankami danych, a na dodatek dojd&#261; do tego, &#380;e Kevin jest Bezsennym, to czy nie b&#281;d&#261; pr&#243;bowali zabroni&#263; nam inwestowania?

Przecie&#380; to paranoja  odezwa&#322;a si&#281; Leisha.

Wcale nie  zaprzeczy&#322;a Jeanine.  Leisho, ty &#380;yjesz pod kloszem.

Chodzi ci o to, &#380;e stale by&#322;am pod ochron&#261; ojca i jego pieni&#281;dzy  rzuci&#322;a Leisha.

Nikt si&#281; nawet nie skrzywi&#322;. Wszyscy tutaj otwarcie stawiali czo&#322;o faktom, nie uznaj&#261;c mglistych aluzji. Te nale&#380;a&#322;y do sfery sn&#243;w.

Tak  potwierdzi&#322;a Jeanine.  Tw&#243;j ojciec musi by&#263; &#347;wietnym go&#347;ciem. Wychowa&#322; ci&#281; w wierze, &#380;e nie wolno kr&#281;powa&#263; indywidualnego rozwoju. Jezu Chryste, on jest przecie&#380; jagaist&#261;. W porz&#261;dku. Je&#347;li chodzi o ciebie  doda&#322;a bez cienia sarkazmu.  Ale &#347;wiat na og&#243;&#322; wygl&#261;da zupe&#322;nie inaczej. Oni nas nienawidz&#261;.

To za mocno powiedziane  wtr&#261;ci&#322;a Carol.  Nie nienawidz&#261;.

By&#263; mo&#380;e  zgodzi&#322;a si&#281; Jeanine.  Ale s&#261; inni ni&#380; my. Jeste&#347;my lepsi, wi&#281;c czuj&#261; do nas ca&#322;kiem naturaln&#261; niech&#281;&#263;.

Nie wiem, co w tym naturalnego  odezwa&#322; si&#281; Tony.  A mo&#380;e bardziej naturalny by&#322;by podziw dla tego, co lepsze? My przecie&#380; podziwiamy lepszych od siebie. Czy zazdro&#347;cimy geniuszu Kenzo Yagai? Albo Nelsonowi Wade, temu lekarzowi? Albo Catherine Raduski?

Nie zazdro&#347;cimy, bo tak naprawd&#281; jeste&#347;my od nich lepsi  podsumowa&#322; Richard.

Powinni&#347;my stworzy&#263; w&#322;asne spo&#322;ecze&#324;stwo  oznajmi&#322; Tony.  Dlaczego mamy pozwala&#263;, &#380;eby ich regulacje prawne ogranicza&#322;y nasz naturalny rozw&#243;j? Dlaczego Jeanine nie wolno zmierzy&#263; si&#281; z nimi na lodzie, dlaczego Jack nie mo&#380;e inwestowa&#263; na takich samych warunkach co oni? Tylko dlatego, &#380;e nie &#347;pi&#261;? Niekt&#243;rzy z tamtych s&#261; bardziej inteligentni od reszty. Inni maj&#261; wi&#281;cej wytrwa&#322;o&#347;ci. A my mamy wi&#281;ksz&#261; zdolno&#347;&#263; koncentracji, lepsz&#261; r&#243;wnowag&#281; biochemiczn&#261; i wi&#281;cej czasu. Nie wszystkich Pan B&#243;g stworzy&#322; r&#243;wnymi.

B&#261;d&#378; fair, Tony  wtr&#261;ci&#322;a Jeanine.  Nikomu niczego jeszcze nie zabroniono.

Ale zabroni&#261;.

Czekajcie  odezwa&#322;a si&#281; Leisha. Ca&#322;a ta rozmowa ogromnie j&#261; zmartwi&#322;a.  Chc&#281; powiedzie&#263;, &#380;e zgadzam si&#281;, i&#380; pod wieloma wzgl&#281;dami jeste&#347;my lepsi. Ale tw&#243;j cytat by&#322; wyrwany z kontekstu, Tony. Deklaracja m&#243;wi o prawach i podziale w&#322;adzy. A to znaczy, &#380;e wszyscy jeste&#347;my r&#243;wni wobec prawa. Tak samo jak wszyscy inni nie mamy prawa tworzy&#263; odr&#281;bnej spo&#322;eczno&#347;ci ani te&#380; nie jeste&#347;my wy&#322;&#261;czeni spod praw obowi&#261;zuj&#261;cych w spo&#322;ecze&#324;stwie. Nie mo&#380;na m&#243;wi&#263; o swobodnym handlu owocami w&#322;asnej pracy, je&#380;eli nie wszyscy b&#281;d&#261; przestrzega&#263; kontraktu.

Richard u&#347;cisn&#261;&#322; jej d&#322;o&#324;.

M&#243;wisz jak prawdziwy jagaista.

Jak dla mnie, dosy&#263; ju&#380; tych intelektualnych dyskusji  roze&#347;mia&#322;a si&#281; Carol.  Od kilku godzin wa&#322;kujemy wci&#261;&#380; to samo. Na lito&#347;&#263; bosk&#261;, jeste&#347;my na pla&#380;y. Kto idzie pop&#322;ywa&#263;?

Ja  zg&#322;osi&#322;a si&#281; Jeanine.  Chod&#378;, Jack.

Wszyscy wstali i otrzepali z piasku kostiumy k&#261;pielowe. Richard ci&#261;gn&#261;c Leish&#281; za r&#281;k&#281; zmusi&#322; j&#261; do wstania. Ale nim pobiegli w stron&#281; wody, Tony dotkn&#261;&#322; szczup&#322;&#261; d&#322;oni&#261; ramienia Leishy.

Jeszcze jedno pytanie, Leisho. Tylko do przemy&#347;lenia. Je&#380;eli osi&#261;gamy lepsze wyniki ni&#380; wi&#281;kszo&#347;&#263; &#346;pi&#261;cych, je&#380;eli handlujemy z nimi tylko wtedy, gdy jest to wzajemnie korzystne, i je&#380;eli nie robimy r&#243;&#380;nic mi&#281;dzy silniejszymi i s&#322;abszymi  to jakie mamy zobowi&#261;zania wobec tych, kt&#243;rzy nie maj&#261; dla nas nic na wymian&#281;? I tak b&#281;dziemy musieli dawa&#263; wi&#281;cej ni&#380; otrzymamy  czy nale&#380;y dawa&#263; tak&#380;e wtedy, kiedy nic si&#281; nie dostaje w zamian? Czy do nas nale&#380;y troska o wszystkich upo&#347;ledzonych, niedorozwini&#281;tych, chorych, leniwych i pozbawionych inicjatywy, czy im tak&#380;e musimy oddawa&#263; owoce w&#322;asnej pracy?

A czy jest to obowi&#261;zkiem &#346;pi&#261;cych?

Kenzo Yagai powiedzia&#322;by, &#380;e nie. A jest &#346;pi&#261;cym.

Powiedzia&#322;by, &#380;e skorzystaj&#261; z dobrodziejstw wymiany kontraktowej, nawet kiedy nie bior&#261; w niej bezpo&#347;redniego udzia&#322;u. Przecie&#380; ca&#322;y &#347;wiat skorzysta&#322; na tym, &#380;e zacz&#281;li&#347;my stosowa&#263; energi&#281; Y.

Chod&#378;cie wreszcie!  zawo&#322;a&#322;a Jeanine.  Leisho, oni mnie topi&#261;! Jack, w tej chwili przesta&#324;! Leisho, na pomoc!

Leisha roze&#347;mia&#322;a si&#281;. Kiedy wyci&#261;ga&#322;a r&#281;k&#281;, &#380;eby chwyci&#263; Jeanine, obrzuci&#322;a kr&#243;tkim spojrzeniem twarze Richarda i Tonyego: na pierwszej ujrza&#322;a nieskrywane po&#380;&#261;danie, na drugiej gniew. Tony by&#322; na ni&#261; z&#322;y. Ale o co? C&#243;&#380; takiego powiedzia&#322;a, przecie&#380; przemawia&#322;a w obronie godno&#347;ci i wolnego handlu?

W tej samej chwili Jack ochlapa&#322; j&#261; wod&#261;, Carol jemu z kolei sprawi&#322;a ciep&#322;y prysznic, a tu&#380; obok Leishy znalaz&#322; si&#281; Richard i &#347;miej&#261;c si&#281; opl&#243;t&#322; j&#261; ramionami.

Kiedy uda&#322;o jej si&#281; otrze&#263; zalane wod&#261; oczy, Tonyego ju&#380; nie by&#322;o.



* * *


Dochodzi&#322;a p&#243;&#322;noc.

OK  odezwa&#322;a si&#281; Carol.  Kto zaczyna?

Na poro&#347;ni&#281;tej je&#380;ynami polance sze&#347;cioro nastolatk&#243;w wymieni&#322;o spojrzenia. Przeno&#347;na lampka na energi&#281; Y, przykr&#281;cona dla zachowania nastroju, rzuca&#322;a niesamowity blask na ich twarze i d&#322;ugie, go&#322;e nogi. Rosn&#261;ce wok&#243;&#322; polanki drzewa zwart&#261; &#347;cian&#261; oddziela&#322;y ich od budynk&#243;w posiad&#322;o&#347;ci Camdena. By&#322;o gor&#261;co. Sierpniowe powietrze wisia&#322;o nad g&#322;owami ci&#281;&#380;ko i pos&#281;pnie. W g&#322;osowaniu ustalili, &#380;e nie przynios&#261; klimatyzatora. To mia&#322; by&#263; powr&#243;t do tego, co prymitywne i niebezpieczne.

Sze&#347;&#263; par oczu gapi&#322;o si&#281; na szklank&#281; w d&#322;oni Carol.

No, szybciej  zniecierpliwi&#322;a si&#281;.  Kto chce si&#281; napi&#263;?  Jej g&#322;os brzmia&#322; beztrosko, przesadnie dziarsko.  Wystarczaj&#261;co si&#281; nam&#281;czy&#322;am, &#380;eby to zdoby&#263;.

A jak w&#322;a&#347;ciwie ci si&#281; to uda&#322;o?  zainteresowa&#322; si&#281; Richard, jedyny obok Tonyego, kt&#243;ry nie mia&#322; &#380;adnych wp&#322;ywowych krewnych ani wi&#281;kszych pieni&#281;dzy.  Na dodatek w takiej postaci, &#380;eby da&#322;o si&#281; pi&#263;?

Jennifer to zdoby&#322;a  odrzek&#322;a Carol, a pi&#281;&#263; spojrze&#324; pow&#281;drowa&#322;o w stron&#281; Jennifer Sharifi, kt&#243;ra, mimo &#380;e przebywa&#322;a z wizyt&#261; u rodziny Carol ca&#322;e dwa tygodnie, nadal wprawia&#322;a ich w zak&#322;opotanie. By&#322;a urodzon&#261; w Ameryce c&#243;rk&#261; hollywoodzkiej gwiazdy filmowej i arabskiego ksi&#281;cia, kt&#243;ry chcia&#322; za&#322;o&#380;y&#263; bezsenn&#261; dynasti&#281;. Gwiazda filmowa by&#322;a teraz starzej&#261;c&#261; si&#281; narkomank&#261;, za&#347; ksi&#261;&#380;&#281;, kt&#243;ry w por&#281; przeni&#243;s&#322; swe udzia&#322;y w nafcie na produkcj&#281; energii Y, ju&#380; nie &#380;y&#322;. Jennifer Sharifi by&#322;a o wiele bogatsza nawet ni&#380; Leisha i o wiele od niej sprytniejsza w za&#322;atwianiu r&#243;&#380;nych spraw. Szklanka zawiera&#322;a interleukin-1, pobudzacz systemu immunologicznego, jedn&#261; z wielu substancji, kt&#243;rych efektem ubocznym by&#322; g&#322;&#281;boki i natychmiastowy sen.

Leisha wpatrywa&#322;a si&#281; w szklank&#281;. Poczu&#322;a w dole brzucha ciep&#322;y dreszcz, ca&#322;kiem podobny do tego, kt&#243;ry czu&#322;a, kiedy kochali si&#281; z Richardem. Spostrzeg&#322;a, &#380;e Jennifer pilnie si&#281; jej przygl&#261;da, i sp&#322;on&#281;&#322;a rumie&#324;cem.

Jennifer naprawd&#281; wprawia&#322;a j&#261; w zak&#322;opotanie. Oczywi&#347;cie, nie z tej przyczyny, z jakiej sprawia&#322;a problemy Tonyemu, Richardowi i Jackowi  d&#322;ugimi, czarnymi w&#322;osami, smuk&#322;&#261; sylwetk&#261; w szortach i kusej bluzce na rami&#261;czkach. Jennifer si&#281; nie &#347;mia&#322;a. Nigdy dot&#261;d Leisha nie spotka&#322;a Bezsennego, kt&#243;ry si&#281; nie &#347;mia&#322;, ani takiego, kt&#243;ry tak niewiele m&#243;wi&#322;, w dodatku z a&#380; tak ostentacyjn&#261; niedba&#322;o&#347;ci&#261;. Leisha z&#322;apa&#322;a si&#281; na tym, &#380;e pr&#243;buje odgadn&#261;&#263;, o czym Jennifer nie m&#243;wi. Dziwne to by&#322;y odczucia w stosunku do innego Bezsennego.

Daj mnie  odezwa&#322; si&#281; Tony.

Pami&#281;taj, wystarczy jeden malutki &#322;yczek  przestrzeg&#322;a Carol i poda&#322;a mu szklank&#281;.

Tony podni&#243;s&#322; j&#261; do ust, zatrzyma&#322; si&#281;, powi&#243;d&#322; wok&#243;&#322; rozgor&#261;czkowanym spojrzeniem i poci&#261;gn&#261;&#322; &#322;yk.

Carol odebra&#322;a szklank&#281;. Wszyscy uwa&#380;nie przygl&#261;dali si&#281; Tonyemu. Po minucie le&#380;a&#322; ju&#380; na ziemi, wkr&#243;tce opad&#322;y mu powieki  spa&#322;.

To nie by&#322;o to samo, co przygl&#261;danie si&#281; &#347;pi&#261;cym rodzicom. Tym razem by&#322; to Tony. Leisha poczu&#322;a, jak ciep&#322;o mi&#281;dzy nogami przechodzi w mrowienie i lekki dreszcz. Nie spojrza&#322;a ju&#380; na Jennifer.

Kiedy nadesz&#322;a jej kolej, pi&#322;a powoli, potem przekaza&#322;a szklank&#281; Richardowi. G&#322;owa zacz&#281;&#322;a jej ci&#261;&#380;y&#263;, jakby kto&#347; wypcha&#322; j&#261; mokrymi szmatami. Drzewa na skraju polany zatraci&#322;y kontury. Kszta&#322;t przeno&#347;nej lampy tak&#380;e si&#281; zamaza&#322;  ju&#380; nie by&#322;a jasna i czysta, lecz pomara&#324;czowa, kleista, jakby czym&#347; poplamiona. Gdyby jej dotkn&#281;&#322;a, na pewno pobrudzi&#322;aby r&#281;k&#281;. Potem umys&#322; powoli zaleg&#322;a ciemno&#347;&#263;, Leisha odp&#322;yn&#281;&#322;a gdzie&#347;  jej umys&#322; gdzie&#347; odp&#322;ywa&#322;! Pr&#243;bowa&#322;a krzykn&#261;&#263;: Tato! lecz w tej chwili ciemno&#347;&#263; zamaza&#322;a wszystko.

P&#243;&#378;niej wszyscy cierpieli na okropny b&#243;l g&#322;owy. Droga powrotna przez zagajnik w bladym &#347;wietle poranka by&#322;a jak tortura, kt&#243;rej dodatkowo towarzyszy&#322;o dziwne uczucie wstydu. Starali si&#281; nie dotyka&#263; siebie nawzajem. Leisha pr&#243;bowa&#322;a trzyma&#263; si&#281; jak najdalej od Richarda.

Odezwa&#322;a si&#281; tylko Jennifer.

No to ju&#380; wiemy  o&#347;wiadczy&#322;a.

Min&#261;&#322; ca&#322;y dzie&#324;, zanim usta&#322;o bolesne pulsowanie gdzie&#347; u podstawy czaszki i uczucie nudno&#347;ci w &#380;o&#322;&#261;dku.

Co gorsza, nic jej si&#281; nawet nie &#347;ni&#322;o.



* * *


Chcia&#322;abym, &#380;eby&#347; dzisiaj posz&#322;a tam ze mn&#261;  m&#243;wi&#322;a Leisha po raz dziesi&#261;ty czy dwunasty.  Za dwa dni porozje&#380;d&#380;amy si&#281; do r&#243;&#380;nych szk&#243;&#322;, to ostatnia szansa. Naprawd&#281; chc&#281;, &#380;eby&#347; pozna&#322;a Richarda.

Alice le&#380;a&#322;a na brzuchu w poprzek &#322;&#243;&#380;ka. Br&#261;zowe, matowe w&#322;osy rozsypa&#322;y si&#281; swobodnie wok&#243;&#322; jej twarzy. Mia&#322;a na sobie kosztowny jedwabny kombinezon z pracowni Ann Paterson.

Po co? Dlaczego tak ci&#281; obchodzi, czy poznam Richarda czy nie?

Bo jeste&#347; moj&#261; siostr&#261;  odrzek&#322;a Leisha. Wiedzia&#322;a ju&#380;, &#380;e nie wolno m&#243;wi&#263;: bli&#378;niaczka. Na d&#378;wi&#281;k tego s&#322;owa Alice natychmiast wpada&#322;a w z&#322;o&#347;&#263;.

Nie mam ochoty.  burkn&#281;&#322;a, ale po chwili wyraz jej twarzy uleg&#322; zmianie.  Przepraszam, Leisho. Nie chcia&#322;am, &#380;eby to zabrzmia&#322;o tak wrednie. Ale ale nie mam ochoty.

Nie b&#281;dzie nikogo obcego. Tylko my i Richard. I najwy&#380;ej na jak&#261;&#347; godzink&#281;. Potem wr&#243;cisz i spakujesz si&#281; do Northwestern.

Nie jad&#281; do Northwestern.

Leisha wytrzeszczy&#322;a oczy ze zdumienia.

Jestem w ci&#261;&#380;y  o&#347;wiadczy&#322;a Alice.

Leisha przysiad&#322;a na brzegu &#322;&#243;&#380;ka. Alice przetoczy&#322;a si&#281; na plecy, odgarn&#281;&#322;a w&#322;osy z oczu i roze&#347;mia&#322;a si&#281;. Leisha nie mog&#322;a znie&#347;&#263; tego &#347;miechu.

Sp&#243;jrz tylko na siebie  m&#243;wi&#322;a Alice.  Mo&#380;na by pomy&#347;le&#263;, &#380;e to ty jeste&#347; w ci&#261;&#380;y. Ale tobie nic takiego si&#281; nie zdarzy, prawda, Leisho? W ka&#380;dym razie nie wcze&#347;niej, ni&#380; uznasz za stosowne. Tobie  nie.

Jak to si&#281; sta&#322;o? Przecie&#380; obie za&#322;o&#380;yli&#347;my sobie kapturki

Usun&#281;&#322;am kapturek  rzuci&#322;a lekko Alice.

Chcia&#322;a&#347; zaj&#347;&#263; w ci&#261;&#380;&#281;?

Jak jasna cholera. A nasz tatu&#347; nic ju&#380; na to nie poradzi. No oczywi&#347;cie, mo&#380;e mi cofn&#261;&#263; kredyt, ale chyba tego nie zrobi, co? Chocia&#380; to tylko ja?

Ale&#380; Alice Dlaczego? Chyba nie tylko na z&#322;o&#347;&#263; tacie?

Nie  odpar&#322;a Alice.  Ale tak w&#322;a&#347;nie pomy&#347;la&#322;a&#347;, co? Chcia&#322;am mie&#263; co&#347;, co mog&#322;abym kocha&#263;. Co&#347; w&#322;asnego. I &#380;eby nie mia&#322;o nic wsp&#243;lnego z tym domem.

Leisha przypomnia&#322;a sobie, jak przed laty biega&#322;y po oran&#380;erii, jak ona i Alice wpada&#322;y na przemian w smugi &#347;wiat&#322;a i cienia.

Chyba nie by&#322;o najgorzej wychowywa&#263; si&#281; w tym domu?

Leisho, jeste&#347; g&#322;upia. Nie wiem, jakim cudem kto&#347; tak bystry jak ty mo&#380;e by&#263; taki g&#322;upi! Wyno&#347; si&#281; z mojego pokoju! Wyno&#347; si&#281;!

Leisha zerwa&#322;a si&#281; z &#322;&#243;&#380;ka.

Ale&#380; Alice dziecko

Wyno&#347; si&#281;!  wrzeszcza&#322;a Alice.  Jed&#378; sobie do Harvardu! Ruszaj po sukces! Tylko wynie&#347; si&#281; st&#261;d!

Z przyjemno&#347;ci&#261;. Zachowujesz si&#281; irracjonalnie. Nie my&#347;lisz o przysz&#322;o&#347;ci, nawet dziecko b&#281;dziesz mia&#322;a przypadkiem

Jak zwykle nie potrafi&#322;a zbyt d&#322;ugo si&#281; z&#322;o&#347;ci&#263;. Gniew ulotni&#322; si&#281; szybko, a w g&#322;owie pozosta&#322;a pustka. Spojrza&#322;a na Alice, a ta niespodziewanie roz&#322;o&#380;y&#322;a ramiona. Leisha podesz&#322;a, &#380;eby j&#261; obj&#261;&#263;.

To ty jeste&#347; dziecko  rzuci&#322;a znienacka Alice.  Tak, tak. Jeste&#347; taka Sama nie wiem, jaka. Po prostu jak dziecko.

Leisha nie odpowiedzia&#322;a. W obj&#281;ciach Alice znalaz&#322;a ciep&#322;o, czu&#322;a, jak dope&#322;niaj&#261; si&#281; wzajemnie, tak jak wtedy, kiedy jako ma&#322;e dziewczynki wbiega&#322;y i wybiega&#322;y ze smugi &#347;wiat&#322;a.

Pomog&#281; ci, Alice. Je&#347;li tatu&#347; nie zechce, ja ci pomog&#281;.

Alice odepchn&#281;&#322;a j&#261; gwa&#322;townie.

Nie potrzebuj&#281; twojej pomocy.

Alice wsta&#322;a. Leisha opuszkami palc&#243;w przeci&#261;gn&#281;&#322;a po &#322;okciach. Alice kopn&#281;&#322;a pusty kufer, w kt&#243;ry mia&#322;a spakowa&#263; rzeczy na wyjazd do Northwestern. Potem u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; niespodziewanie u&#347;miechem, kt&#243;ry kaza&#322; Leishy odwr&#243;ci&#263; wzrok. W duchu przygotowywa&#322;a si&#281; na kolejn&#261; porcj&#281; obelg. Alice jednak powiedzia&#322;a mi&#281;kko:

Baw si&#281; dobrze w tym Harvardzie.



5

UWIELBIA&#321;A TO MIEJSCE.

Ju&#380; przy pierwszym rzucie oka na Massachusetts Hall, starszy o p&#243;&#322; wieku od samych Stan&#243;w Zjednoczonych, Leisha odczu&#322;a co&#347;, czego brakowa&#322;o jej w Chicago: dostoje&#324;stwo wieku i tradycji. Z nabo&#380;n&#261; czci&#261; dotyka&#322;a cegie&#322; Biblioteki Widenera i szklanych gablotek W Muzeum Peabodiego. Dot&#261;d nie by&#322;a szczeg&#243;lnie podatna na dzia&#322;anie teatru albo mitu: cierpienia Julii wyda&#322;y jej si&#281; sztuczne, a m&#281;ki Williego Lomana raczej bezsensowne. Przemawia&#322; do niej tylko kr&#243;l Artur, walcz&#261;cy o lepszy porz&#261;dek spo&#322;eczny. Ale teraz, kiedy przechadza&#322;a si&#281; po&#347;r&#243;d ogromnych, p&#322;on&#261;cych jesiennymi barwami drzew, dojrza&#322;a na mgnienie oka b&#322;ysk tej si&#322;y, kt&#243;ra kumulowa&#322;a si&#281; w wysi&#322;ku wielu pokole&#324;, w fortunach pozostawionych tym, kt&#243;rzy b&#281;d&#261; z nich korzysta&#263;, by rozwija&#263; si&#281; i kszta&#322;ci&#263;, a kt&#243;rych osi&#261;gni&#281;&#263; darczy&#324;cy nigdy nie mieli ogl&#261;da&#263;, w zbiorowym wysi&#322;ku ci&#261;gn&#261;cym si&#281; przez ca&#322;e wieki i kszta&#322;tuj&#261;cym czasy, kt&#243;re mia&#322;y dopiero nadej&#347;&#263;. Zatrzymywa&#322;a si&#281; i przez li&#347;cie patrzy&#322;a w niebo, a potem na solidne  w my&#347;l swego przeznaczenia  budynki. W takich chwilach my&#347;la&#322;a o Camdenie, kt&#243;ry si&#322;&#261; woli nagi&#261;&#322; Zarz&#261;d Instytutu, &#380;eby stworzy&#263; j&#261; tak&#261;, jak&#261; chcia&#322; j&#261; mie&#263;.

Wystarczy&#322; zaledwie miesi&#261;c, a wywietrza&#322;y jej z g&#322;owy wszystkie g&#243;rnolotne rozmy&#347;lania.

Program studi&#243;w by&#322; nieprawdopodobnie prze&#322;adowany, nawet jak dla niej. W szkole Sauleya zach&#281;cano j&#261; do samodzielnych bada&#324; i wed&#322;ug w&#322;asnego tempa. Harvard wiedzia&#322; doskonale, czego od niej oczekuje, i to on dyktowa&#322; tempo. Przez ostatnie dwadzie&#347;cia lat, pod przewodnictwem m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ry w m&#322;odo&#347;ci z najwy&#380;szym niesmakiem obserwowa&#322; rosn&#261;c&#261; dominacj&#281; Japonii, Harvard sta&#322; si&#281; do&#347;&#263; kontrowersyjnym liderem powrotu do rygorystycznego studiowania fakt&#243;w, teorii i ich zastosowa&#324;, stawia&#322; na zdolno&#347;&#263; rozwi&#261;zywania problem&#243;w i efektywno&#347;&#263; intelektualn&#261;. Szko&#322;a przyjmowa&#322;a jednego na dwustu kandydat&#243;w, kt&#243;rzy zje&#380;d&#380;ali si&#281; tu z ca&#322;ego &#347;wiata. Nawet c&#243;rka brytyjskiego premiera zosta&#322;a odes&#322;ana do domu, kiedy nie zaliczy&#322;a pierwszego roku.

Leisha zajmowa&#322;a jednoosobowy pok&#243;j w nowym akademiku. Zrezygnowa&#322;a z wynajmowania mieszkania, poniewa&#380; tyle lat sp&#281;dzi&#322;a w izolacji i odczuwa&#322;a teraz g&#322;&#243;d nowych znajomo&#347;ci. Pok&#243;j musia&#322; by&#263; jednak jednoosobowy, &#380;eby nikomu nie przeszkadza&#322;a, kiedy b&#281;dzie pracowa&#263; w nocy. Drugiego dnia pobytu jaki&#347; ch&#322;opak z tego samego pi&#281;tra wszed&#322; od niechcenia do jej pokoju i przysiad&#322; na kraw&#281;dzi biurka.

To ty jeste&#347; Leisha Camden?

Tak.

Masz szesna&#347;cie lat?

Prawie siedemna&#347;cie.

I, jak mniemam, zamierzasz bez najmniejszego wysi&#322;ku wszystkich tu prze&#347;cign&#261;&#263;.

U&#347;miech Leishy rozp&#322;yn&#261;&#322; si&#281; bez &#347;ladu. Ch&#322;opak gapi&#322; si&#281; na ni&#261; spod nastroszonych brwi. U&#347;miecha&#322; si&#281;, lecz spojrzenie mia&#322; ostre jak brzytwa. Od Richarda, Tonyego i reszty Leisha nauczy&#322;a si&#281; ju&#380;, jak rozpoznawa&#263; z&#322;o&#347;&#263; skryt&#261; pod mask&#261; pogardy.

Rzeczywi&#347;cie  potwierdzi&#322;a.  Taki w&#322;a&#347;nie mam zamiar.

Taka jeste&#347; pewna? Z t&#261; fryzurk&#261; ma&#322;ej dziewczynki i zmutowanym m&#243;&#380;d&#380;kiem &#347;licznotki?

Daj&#380;e jej spok&#243;j, Hannaway  wtr&#261;ci&#322; si&#281; czyj&#347; g&#322;os. Wysoki, jasnow&#322;osy ch&#322;opiec, tak chudy, &#380;e jego &#380;ebra prze&#347;wieca&#322;y przez sk&#243;r&#281; i wygl&#261;da&#322;y jak br&#261;zowe zmarszczki na piasku, sta&#322; w progu w samych d&#380;insach i boso, wycieraj&#261;c r&#281;cznikiem mokre w&#322;osy.  Nigdy ci si&#281; nie znudzi robi&#263; z siebie kompletnego dupka?

A tobie?  odci&#261;&#322; si&#281; Hannaway. Podni&#243;s&#322; si&#281; ci&#281;&#380;ko z biurka i ruszy&#322; w kierunku drzwi. Blondynek odsun&#261;&#322; si&#281; na bok, natomiast Leisha zast&#261;pi&#322;a mu drog&#281;.

B&#281;d&#281; sobie radzi&#263; lepiej od ciebie  powiedzia&#322;a spokojnie  poniewa&#380; mam wiele zalet, kt&#243;rych brak tobie. Nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c bezsenno&#347;ci. Ale kiedy ci&#281; ju&#380; prze&#347;cign&#281;, ch&#281;tnie pomog&#281; ci w nauce, &#380;eby&#347; i ty m&#243;g&#322; zda&#263; egzaminy.

Blondynek, kt&#243;ry wyciera&#322; teraz uszy, roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no. Hannaway sta&#322; nieruchomo, a w jego oczach pojawi&#322;o si&#281; co&#347; takiego, &#380;e Leisha wola&#322;a si&#281; cofn&#261;&#263;. Tamten przepchn&#261;&#322; si&#281; obok niej i wypad&#322; jak burza na korytarz.

Ca&#322;kiem nie&#378;le, Camden  pochwali&#322; blondynek.  Nale&#380;a&#322;o mu si&#281;.

Ale ja m&#243;wi&#322;am powa&#380;nie  odrzek&#322;a Leisha.  Pomog&#281; mu w nauce.

Co&#347; podobnego!  Blondynek opu&#347;ci&#322; r&#281;cznik i wlepi&#322; w ni&#261; oczy.  M&#243;wi&#322;a&#347; powa&#380;nie!?

Oczywi&#347;cie. Dlaczego nikt mi nigdy nie wierzy?

No c&#243;&#380;  powiedzia&#322; ch&#322;opak  ja ci wierz&#281;. Mo&#380;esz pom&#243;c mnie, je&#347;li b&#281;d&#281; mia&#322; problemy.  Nagle u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.  Ale raczej nie b&#281;d&#281; mia&#322; problem&#243;w.

Dlaczego?

Bo nie jestem wcale gorszy od ciebie, Leisho Camden. Dziewczyna przyjrza&#322;a mu si&#281; uwa&#380;nie.

Nie jeste&#347; jednym z nas. Nie jeste&#347; Bezsennym.

Wcale nie musz&#281;. Wiem, co potrafi&#281;. Istnie&#263;, pracowa&#263;, tworzy&#263;, sprzedawa&#263;.

Jeste&#347; jagaist&#261;!  wykrzykn&#281;&#322;a zachwycona.

Oczywi&#347;cie  wyci&#261;gn&#261;&#322; ku niej d&#322;o&#324;.  Stewart Sutter. Co by&#347; powiedzia&#322;a na fishburgera na dziedzi&#324;cu?

Znakomicie.

Wyszli razem, rozmawiaj&#261;c z o&#380;ywieniem. Kiedy ludzie gapili si&#281; na ni&#261;, stara&#322;a si&#281; tego nie zauwa&#380;a&#263;. Przecie&#380; by&#322;a w Harvardzie. Liczy&#322;a si&#281; tylko nauka i ludzie tacy jak Stewart, kt&#243;ry akceptowa&#322; j&#261; i przyjmowa&#322; wyzwanie.

Przynajmniej wtedy, kiedy nie spa&#322;.

Studia poch&#322;on&#281;&#322;y j&#261; ca&#322;kowicie. Roger Camden przyjecha&#322; raz w odwiedziny. Poszli razem na spacer po miasteczku akademickim. S&#322;ucha&#322; wszystkiego, u&#347;miecha&#322; si&#281;. Czu&#322; si&#281; tu lepiej ni&#380; Leisha mog&#322;aby si&#281; spodziewa&#263;: zna&#322; ojca Stewarta Suttera, dziadka Kate Addams. Rozmawiali o Harvardzie, o interesach, zn&#243;w o Harvardzie, o Instytucie Ekonomicznym Kenzo Yagai i jeszcze raz o Harvardzie. Spyta&#322;a raz o Alice, ale Camden odpar&#322;, &#380;e nic o niej nie wie, bo wyprowadzi&#322;a si&#281; i nie chce go widzie&#263;. Wyp&#322;aca&#322; jej pensj&#281; za po&#347;rednictwem adwokata. Kiedy to m&#243;wi&#322;, jego twarz pozostawa&#322;a jak zwykle pogodna.

Na bal otrz&#281;sinowy posz&#322;a ze Stewartem, kt&#243;ry tak&#380;e studiowa&#322; podstawy prawa, ale by&#322; dwa lata wy&#380;ej. Na weekend polecia&#322;a concordem do Pary&#380;a, razem z Kate Addams i dwoma innymi kole&#380;ankami. Pok&#322;&#243;ci&#322;a si&#281; ze Stewartem o to, czy metafor&#281; z nadprzewodnictwem da si&#281; zastosowa&#263; do jagaizmu. K&#322;&#243;tnia by&#322;a g&#322;upia i oboje dobrze o tym wiedzieli, ale dzi&#281;ki niej zostali kochankami. Po niezdarnym Richardzie Stewart wyda&#322; si&#281; Leishy zr&#281;czny i do&#347;wiadczony. U&#347;miecha&#322; si&#281; leciutko, kiedy uczy&#322; j&#261;, w jaki spos&#243;b ma osi&#261;gn&#261;&#263; orgazm sama albo razem z nim. Leisha by&#322;a oszo&#322;omiona.

To takie radosne  powiedzia&#322;a, a Stewart spojrza&#322; na ni&#261; z czu&#322;o&#347;ci&#261;, kt&#243;ra nie wiedzie&#263; dlaczego kry&#322;a w sobie nutk&#281; niepokoju.

Po pierwszym semestrze mia&#322;a najlepsze oceny. &#379;eby to uczci&#263;, posz&#322;a ze Stewartem na piwo. Kiedy wr&#243;cili, zastali pok&#243;j Leishy ca&#322;kowicie zdemolowany. Kto&#347; rozbi&#322; komputer, zniszczy&#322; bank danych, wydruki i ksi&#261;&#380;ki tli&#322;y si&#281; jeszcze w koszu na &#347;mieci, ubrania podarto w strz&#281;py, biurko i sekretarzyk por&#261;bano na kawa&#322;ki. Jedyn&#261; rzecz&#261;, jaka pozosta&#322;a nietkni&#281;ta, by&#322;o &#322;&#243;&#380;ko.

To nie mog&#322;o przecie&#380; odbywa&#263; si&#281; w ciszy  odezwa&#322; si&#281; Stewart.  Ka&#380;dy na tym pi&#281;trze  do diab&#322;a, nawet pi&#281;tro ni&#380;ej  musia&#322; o tym wiedzie&#263;. Kto&#347; na pewno powie co&#347; policji.

Leisha siedzia&#322;a oszo&#322;omiona na skraju &#322;&#243;&#380;ka i przygl&#261;da&#322;a si&#281; resztkom otrz&#281;sinowej togi. Nast&#281;pnego dnia Dave Hannaway pos&#322;a&#322; jej przeci&#261;g&#322;y u&#347;miech.

Nikt nic nie powiedzia&#322;.

Camden zn&#243;w przylecia&#322;. Tym razem gna&#322; go gniew, nie rado&#347;&#263;. Wynaj&#261;&#322; c&#243;rce dobrze zabezpieczone mieszkanie w Cambridge i zatrudni&#322; ochroniarza o imieniu Toshio. Kiedy wyjecha&#322;, Leisha zwolni&#322;a ochroniarza, ale mieszkanie zatrzyma&#322;a. Dawa&#322;o jej i Stewartowi wi&#281;cej swobody. W niesko&#324;czono&#347;&#263; dyskutowali o sytuacji Bezsennych. I w&#322;a&#347;nie Leisha dowodzi&#322;a, &#380;e to, co jej si&#281; przytrafi&#322;o, jest tylko wybrykiem, rodzajem aberracji, wynikiem zwyk&#322;ej niedojrza&#322;o&#347;ci.

Zawsze istnieli ludzie przepe&#322;nieni nienawi&#347;ci&#261;, Stewarcie. Nienawidz&#261; &#379;yd&#243;w, nienawidz&#261; czarnych, nienawidz&#261; imigrant&#243;w, nienawidz&#261; te&#380; jagaist&#243;w, kt&#243;rzy maj&#261; wi&#281;cej inicjatywy i godno&#347;ci. Ja stanowi&#281; po prostu kolejny obiekt nienawi&#347;ci. To nic nowego, nic szczeg&#243;lnie godnego uwagi. Wcale nie &#347;wiadczy o jakich&#347; realnych pocz&#261;tkach podzia&#322;u na Bezsennych i &#346;pi&#261;cych.

Stewart wsta&#322; i si&#281;gn&#261;&#322; po stoj&#261;ce na nocnej szafce kanapki.

Czy&#380;by? Leisho, przecie&#380; istnieje tutaj wyra&#378;na r&#243;&#380;nica. Jeste&#347;cie lepiej przystosowani  bior&#261;c pod uwag&#281; wzgl&#281;dy ewolucyjne  nie tylko, by prze&#380;y&#263;, ale tak&#380;e, by zdominowa&#263; reszt&#281;. Te wszystkie obiekty nienawi&#347;ci, kt&#243;re tu wymieniasz  z wyj&#261;tkiem jagaist&#243;w  w &#380;yciu spo&#322;ecznym niewiele mia&#322;y do powiedzenia. Zajmowa&#322;y najni&#380;sze pozycje. Z drugiej strony wy. Na przyk&#322;ad ca&#322;a tr&#243;jka Bezsennych na Wydziale Prawa w Harvardzie pracuje w Przegl&#261;dzie Prawnym. Ca&#322;a tr&#243;jka. Kevin Baker, najstarszy z was, zd&#261;&#380;y&#322; ju&#380; za&#322;o&#380;y&#263; &#347;wietnie prosperuj&#261;c&#261; firm&#281; komputerow&#261; i zarabia pieni&#261;dze, du&#380;e pieni&#261;dze. Ka&#380;dy Bezsenny zbiera najlepsze oceny, &#380;aden nie miewa problem&#243;w z psychik&#261; ani nawet ze zdrowiem. Przy tym wi&#281;kszo&#347;&#263; z was nie sko&#324;czy&#322;a nawet osiemnastu lat. Jak my&#347;lisz, ile wzbudzicie nienawi&#347;ci, kiedy opanujecie &#347;wiat finans&#243;w i polityki, zajmiecie wszystkie uprzywilejowane sto&#322;ki?

Podaj kanapk&#281;  powiedzia&#322;a Leisha.  A oto gar&#347;&#263; dowod&#243;w na to, &#380;e si&#281; mylisz. Po pierwsze  ty sam. Kenzo Yagai. Kate Addams. Profesor Lane. M&#243;j ojciec. Ka&#380;dy &#346;pi&#261;cy, kt&#243;ry chce &#380;y&#263; w &#347;wiecie uczciwej wymiany, wzajemnie korzystnych kontrakt&#243;w. A to ju&#380; jest wi&#281;kszo&#347;&#263;  w ka&#380;dym razie wi&#281;kszo&#347;&#263; z tych, kt&#243;rych warto bra&#263; pod uwag&#281;. Wierzysz przecie&#380;, &#380;e wsp&#243;&#322;zawodnictwo pomi&#281;dzy najbardziej uzdolnionymi prowadzi do wymiany, kt&#243;ra wszystkim przynosi korzy&#347;&#263;. Nie podlega kwestii, &#380;e Bezsenni przynosz&#261; spo&#322;ecze&#324;stwu korzy&#347;ci. I to w wielu dziedzinach. &#346;wiadomo&#347;&#263; musi zwyci&#281;&#380;y&#263; obaw&#281;. Jeste&#347;my dla was cenni. Wiesz o tym doskonale.

Stewart strzepn&#261;&#322; okruchy z po&#347;cieli.

Tak, wiem. Wszyscy jagai&#347;ci to wiedz&#261;.

Jagai&#347;ci przewodz&#261; w &#347;wiecie biznesu, finans&#243;w i nauki. Albo b&#281;d&#261; przewodzi&#263;. W &#347;wiecie merytokracji tak w&#322;a&#347;nie powinno by&#263;. Nie dostrzegasz znaczenia wi&#281;kszo&#347;ci, Stew. Etyka nie ko&#324;czy si&#281; na tych, co biegn&#261; w pierwszym szeregu.

Mam nadziej&#281;, &#380;e si&#281; nie mylisz  powiedzia&#322; Stewart  bo, jak wiesz, jestem w tobie zakochany. Leisha od&#322;o&#380;y&#322;a kanapk&#281;.

Rado&#347;&#263;  wymrucza&#322; z twarz&#261; wtulon&#261; w piersi.  Jeste&#347; rado&#347;ci&#261;.



* * *


Kiedy Leisha przyjecha&#322;a do domu na &#346;wi&#281;to Dzi&#281;kczynienia, powiedzia&#322;a Richardowi o Stewarcie. S&#322;ucha&#322; z zaci&#347;ni&#281;tymi ustami.

On jest &#346;pi&#261;cym.

On jest cz&#322;owiekiem  odpar&#322;a z naciskiem Leisha.  Dobrym, inteligentnym i dynamicznym cz&#322;owiekiem.

Wiesz, co zrobili ci twoi dobrzy, inteligentni i dynamiczni &#346;pi&#261;cy? Zabronili Jeanine udzia&#322;u w olimpiadzie. Genetyczna alteracja, analogiczna do steroidowego dopingu, pozwoli&#322;a jej uzyska&#263; niesportow&#261; przewag&#281;. Chris Deveraux opu&#347;ci&#322; Stanford. Rozbili mu laboratorium, zniszczyli wyniki dwuletnich bada&#324; nad bia&#322;kami koduj&#261;cymi &#347;lad pami&#281;ciowy. Firma komputerowa Kevina walczy z obrzydliw&#261; kampani&#261;  rzecz jasna, nielegaln&#261;  w kt&#243;rej opowiada si&#281; o tym, jak to nasze dzieci u&#380;ywaj&#261; program&#243;w stworzonych przez nieludzkie umys&#322;y. Zepsucie, niewolnictwo umys&#322;owe, sataniczne wp&#322;ywy i inne tego rodzaju sztuczki z ery polowa&#324; na czarownice. Obud&#378; si&#281; wreszcie, Leisho!

Jego s&#322;owa jakby zawis&#322;y na chwil&#281; w powietrzu. Czas wl&#243;k&#322; si&#281; w niesko&#324;czono&#347;&#263;. Richard sta&#322; lekko pochylony do przodu, mocno zaciskaj&#261;c z&#281;by. Na koniec zapyta&#322; bardzo cicho:

Kochasz go?

Tak  odrzek&#322;a Leisha.  Przykro mi.

Wyb&#243;r nale&#380;y do ciebie  odpar&#322; ch&#322;odno Richard.  Co robisz, kiedy on &#347;pi? Przygl&#261;dasz si&#281;?

M&#243;wisz tak, jakby to by&#322;o jakie&#347; zboczenie!

Richard nie odpowiedzia&#322;. Leisha wzi&#281;&#322;a g&#322;&#281;boki oddech i zacz&#281;&#322;a m&#243;wi&#263; szybko, ale spokojnie, z kontrolowanym po&#347;piechem:

Kiedy Stewart &#347;pi, ja pracuj&#281;. Tak samo jak ty. Richardzie, nie r&#243;b tego. Przecie&#380; nie chcia&#322;am ci&#281; zrani&#263;. Nie chc&#281; traci&#263; kontaktu z grup&#261;. Wierz&#281;, &#380;e &#346;pi&#261;cy i my to jedna rasa  chcesz mnie za to ukara&#263;? Chcesz do&#322;o&#380;y&#263; w&#322;asn&#261; cz&#261;stk&#281; do nienawi&#347;ci? Chcesz mi wm&#243;wi&#263;, &#380;e nie mog&#281; nale&#380;e&#263; do szerszego &#347;wiata uczciwych i warto&#347;ciowych ludzi, niewa&#380;ne, &#347;pi&#261;cych czy nie? Chcesz mi wm&#243;wi&#263;, &#380;e ludzko&#347;&#263; dzieli si&#281; wed&#322;ug cech genetycznych, a nie ze wzgl&#281;du na warto&#347;&#263; duchow&#261; i ekonomiczn&#261;? Chcesz wymusi&#263; na mnie sztuczny wyb&#243;r: albo my, albo oni?

Richard wzi&#261;&#322; do r&#281;ki bransoletk&#281;. Leisha pozna&#322;a  to by&#322; prezent od niej. Odezwa&#322; si&#281; cicho:

Nie, to nie jest sprawa wyboru.  Przez chwil&#281; bawi&#322; si&#281; z&#322;otymi ogniwami, potem zn&#243;w spojrza&#322; na ni&#261;.  Jeszcze nie teraz.



* * *


Kiedy w czasie wiosennej przerwy przyjecha&#322;a do domu, ojciec porusza&#322; si&#281; ju&#380; z wyra&#378;nym trudem. Za&#380;ywa&#322; lekarstwa na nadci&#347;nienie i na serce. On i Susan, wyzna&#322; Leishy, rozwodz&#261; si&#281;.

Zmieni&#322;a si&#281;, Leisho. Sama widzia&#322;a&#347;. Przedtem by&#322;a niezale&#380;na, tw&#243;rcza i szcz&#281;&#347;liwa, a po kilku latach nagle zerwa&#322;a ze wszystkim i sta&#322;a si&#281; zwyk&#322;&#261; j&#281;dz&#261;.  Potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261; w szczerym zdziwieniu.  Sama widzia&#322;a&#347;, co si&#281; dzia&#322;o.

Leisha widzia&#322;a. Nasz&#322;o j&#261; wspomnienie: Susan, kt&#243;ra bawi si&#281; z ni&#261; i z Alice w gry, kt&#243;re w rzeczywisto&#347;ci by&#322;y testami kontroluj&#261;cymi prac&#281; i rozw&#243;j m&#243;zgu. Warkocze Susan ta&#324;czy&#322;y wok&#243;&#322; jej roziskrzonych oczu. Alice kocha&#322;a wtedy Susan, tak samo jak Leisha.

Tatusiu, chc&#281; dosta&#263; adres Alice.

M&#243;wi&#322;em ci ju&#380; w Harvardzie, &#380;e go nie mam  odpar&#322; Camden. Poprawi&#322; si&#281; w fotelu niecierpliwym gestem kogo&#347;, kto si&#281; nie spodziewa&#322;, &#380;e kiedy&#347; wyczerpi&#261; si&#281; si&#322;y jego organizmu. W styczniu Kenzo Yagai zmar&#322; na raka trzustki. Camden bardzo si&#281; tym przej&#261;&#322;.  Wyp&#322;acam jej pensj&#281; za po&#347;rednictwem adwokata, tak jak sobie &#380;yczy&#322;a.

W takim razie prosz&#281; o adres adwokata.

Adwokat, przygaszony m&#281;&#380;czyzna o nazwisku John Jaworski, tak&#380;e nie chcia&#322; zdradzi&#263;, gdzie jest Alice.

Ona nie &#380;yczy sobie, &#380;eby j&#261; odnaleziono, panno Camden. Chcia&#322;a zerwa&#263; wszystkie wi&#281;zy.

Nie ze mn&#261;  odpar&#322;a Leisha.

Ale&#380; tak  odrzek&#322; Jaworski i w jego oczach zab&#322;ys&#322;o to samo, co widzia&#322;a kiedy&#347; na twarzy Davea Hannawaya.

Zanim wr&#243;ci&#322;a do Bostonu, polecia&#322;a do Austin, trac&#261;c jeden dzie&#324; zaj&#281;&#263;. Kevin Baker przyj&#261;&#322; j&#261; natychmiast, odwo&#322;uj&#261;c spotkanie z przedstawicielami IBM. Powiedzia&#322;a mu, czego jej trzeba, a on zleci&#322; to swoim najlepszym specjalistom, nie wtajemniczaj&#261;c ich w szczeg&#243;&#322;y sprawy. W ci&#261;gu dw&#243;ch godzin mia&#322;a w r&#281;ku adres Alice, wykradziony z komputerowych kartotek Jaworskiego. Po raz pierwszy zwr&#243;ci&#322;a si&#281; o pomoc do kt&#243;rego&#347; z Bezsennych i otrzyma&#322;a j&#261; natychmiast. Nie za&#380;&#261;dano nic w zamian.

Alice mieszka&#322;a w Pensylwanii. Tydzie&#324; p&#243;&#378;niej Leisha wynaj&#281;&#322;a helikopter z pilotem  sama na razie potrafi&#322;a prowadzi&#263; tylko pojazdy naziemne  i polecia&#322;a do High Ridge, gdzie&#347; w Appalachach.

High Ridge by&#322;o osiedlem oddalonym o dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; mil od najbli&#380;szego szpitala. Alice mieszka&#322;a z Edem, milcz&#261;cym cie&#347;l&#261; o dwadzie&#347;cia lat starszym od niej, w ma&#322;ej chatce na skraju lasu. W chatce by&#322;a bie&#380;&#261;ca woda i elektryczno&#347;&#263;, ale nie by&#322;o sieci z wiadomo&#347;ciami. Ziemia o&#347;wietlona pierwszymi promieniami s&#322;o&#324;ca wygl&#261;da&#322;a surowo i niego&#347;cinnie, poci&#281;ta lodowymi strumyczkami. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Alice i Ed niczym si&#281; nie zajmuj&#261;. Alice by&#322;a w &#243;smym miesi&#261;cu ci&#261;&#380;y.

Wcale ci&#281; tu nie chcia&#322;am  powiedzia&#322;a Leishy.  Po co przyjecha&#322;a&#347;?

Bo jeste&#347; moj&#261; siostr&#261;.

M&#243;j Bo&#380;e, sp&#243;jrz tylko na siebie. Czy tak w&#322;a&#347;nie ubieraj&#261; si&#281; na Harvardzie? W takie buciory? Od kiedy to zrobi&#322;a&#347; si&#281; modna? Zawsze by&#322;a z ciebie taka intelektualistka, nie zale&#380;a&#322;o ci na strojach.

O co w tym wszystkim chodzi, Alice? Dlaczego tutaj? Co ty wyprawiasz?

&#379;yj&#281;  odpar&#322;a Alice.  Z dala od kochanego tatu&#347;ka, z dala od Chicago, z dala od pijanej Susan. Wiedzia&#322;a&#347;, &#380;e pije? Tak samo jak mama. To on tak niszczy ludzi. Ale ze mn&#261; mu si&#281; nie uda. Wyrwa&#322;am si&#281;. Ciekawe, czy ty te&#380; kiedy&#347; zdo&#322;asz?

Wyrwa&#322;a&#347; si&#281;? W takie miejsce?

Jestem szcz&#281;&#347;liwa  odpar&#322;a ze z&#322;o&#347;ci&#261; Alice.  Czy nie o to w&#322;a&#347;nie chodzi? Czy to nie jest w&#322;a&#347;nie cel twojego wspania&#322;ego Kenzo Yagai: szcz&#281;&#347;cie poprzez indywidualny wysi&#322;ek?

Leisha mia&#322;a ochot&#281; powiedzie&#263;, &#380;e nie dostrzega, aby Alice zdoby&#322;a si&#281; na jaki&#347; szczeg&#243;lny wysi&#322;ek. Ale nie powiedzia&#322;a. Przez podw&#243;rze przebieg&#322; kurczak. Za domem, w&#347;r&#243;d pi&#281;ter sinej mg&#322;y, wznosi&#322;y si&#281; Appalachy. Leisha zastanawia&#322;a si&#281;, jak to miejsce wygl&#261;da zim&#261;, ca&#322;kowicie odci&#281;te od &#347;wiata, w kt&#243;rym ludzie d&#261;&#380;&#261; do jakich&#347; cel&#243;w, ucz&#261; si&#281;, zmieniaj&#261;.

Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e jeste&#347; szcz&#281;&#347;liwa, Alice.

Naprawd&#281;?

Tak.

W takim razie ja te&#380; si&#281; ciesz&#281;  rzuci&#322;a Alice niemal wyzywaj&#261;co. W nast&#281;pnej chwili nieoczekiwanie u&#347;cisn&#281;&#322;a Leish&#281;, a wielki, twardy wzg&#243;rek jej brzucha znalaz&#322; si&#281; nagle mi&#281;dzy nimi. W&#322;osy Alice mia&#322;y s&#322;odkawy zapach, jak &#347;wie&#380;o skoszona trawa na s&#322;o&#324;cu.

Przyjad&#281; jeszcze do ciebie.

Nie przyje&#380;d&#380;aj.



6

BEZSENNY MUTANCIK B&#321;AGA O COFNI&#280;CIE GENETYCZNEJ PRZER&#211;BKI  krzycza&#322; wielki elektroniczny tytu&#322; w supermarkecie. CHC&#280; SPA&#262; JAK PRAWDZIWI LUDZIE  P&#321;ACZE DZIECKO.

Leisha wpisa&#322;a numer karty kredytowej i nacisn&#281;&#322;a przycisk, &#380;eby dosta&#263; wydrukowany egzemplarz gazety, cho&#263; nie mia&#322;a zwyczaju kupowa&#263; brukowc&#243;w. Tytu&#322; dalej kr&#261;&#380;y&#322; wok&#243;&#322; kiosku. Pracownik supermarketu przesta&#322; na chwil&#281; upycha&#263; pude&#322;ka po p&#243;&#322;kach i zacz&#261;&#322; si&#281; jej przygl&#261;da&#263;. Bruce, ochroniarz Leishy, obserwowa&#322; tamtego.

Mia&#322;a dwadzie&#347;cia dwa lata i by&#322;a na ostatnim roku prawa na Harvardzie. Najlepsza na roku, zosta&#322;a redaktorem Przegl&#261;du Prawnego. Tu&#380; za ni&#261; w rankingu plasowali si&#281; Jonathan Cocchiara, Len Carter i Martha Wenth. Wszyscy troje Bezsenni.

Kiedy znalaz&#322;a si&#281; w swoim mieszkaniu, szybko przebieg&#322;a wzrokiem szpalty. Potem w&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; w program sieci pracuj&#261;cy w Austin. Pliki zawiera&#322;y dalsze informacje o dziecku wraz z komentarzami innych Bezsennych, ale zanim zd&#261;&#380;y&#322;a si&#281; z nimi po&#322;&#261;czy&#263;, odezwa&#322; si&#281; Kevin:

Leisho, ciesz&#281; si&#281;, &#380;e zadzwoni&#322;a&#347;. W&#322;a&#347;nie sam mia&#322;em to zrobi&#263;.

Jak przedstawia si&#281; sytuacja Stelli Bevington, Kev? Czy kto&#347; to sprawdzi&#322;?

Randy Davies. Mieszka w Chicago, ale chyba go nie znasz, bo chodzi dopiero do &#347;redniej szko&#322;y. Mieszka w Park Ridge, a Stella w Skokie. Jej rodzice nie chcieli z nim rozmawia&#263;  byli do&#347;&#263; wulgarni  ale uda&#322;o mu si&#281; z ni&#261; spotka&#263;. Na razie nie wygl&#261;da na to, &#380;eby si&#281; nad ni&#261; zn&#281;cali. To do&#347;&#263; typowy przypadek g&#322;upoty: rodzicom zachcia&#322;o si&#281; genialnego dziecka, oszcz&#281;dzali, dusili ka&#380;dy grosz, a teraz nie radz&#261; sobie ze &#347;wiadomo&#347;ci&#261;, &#380;e naprawd&#281; jest genialne. Pr&#243;buj&#261; krzykiem zmusi&#263; j&#261;, &#380;eby spa&#322;a, a kiedy si&#281; im przeciwstawia, robi&#261; wszystko, &#380;eby j&#261; zrani&#263;, ale jak dot&#261;d, nie stosuj&#261; przemocy fizycznej.

Czy da si&#281; to podci&#261;gn&#261;&#263; pod nadu&#380;ywanie w&#322;adzy rodzicielskiej?

Nie wydaje mi si&#281;, &#380;eby&#347;my mogli ju&#380; wkracza&#263;. Dwoje z nas pozostanie w &#347;cis&#322;ym kontakcie ze Stell&#261;, ma modem i nic nie powiedzia&#322;a rodzicom o sieci. A Randy b&#281;dzie tam je&#378;dzi&#322; co tydzie&#324;.

Leisha przygryz&#322;a wargi.

W tej g&#243;wnianej gazecie pisz&#261;, &#380;e ma siedem lat.

To prawda.

Mo&#380;e nie nale&#380;y jej tam zostawia&#263;. Ja mieszkam na sta&#322;e w Illinois, mog&#281; wnie&#347;&#263; skarg&#281; o psychiczne maltretowanie, je&#380;eli Candy ma ju&#380; za du&#380;o spraw. Siedem lat

Nie, niech sprawa si&#281; troch&#281; ule&#380;y. Stelli raczej nic si&#281; nie stanie. Sama wiesz.

Wiedzia&#322;a. Na og&#243;&#322; nic si&#281; nie dzia&#322;o, bez wzgl&#281;du na to, jak g&#322;&#281;bok&#261; niech&#281;&#263; manifestowa&#322;a wobec Bezsennych g&#322;upsza cz&#281;&#347;&#263; spo&#322;ecze&#324;stwa  niewielka, cho&#263; g&#322;o&#347;na mniejszo&#347;&#263;. Wi&#281;kszo&#347;&#263; natomiast b&#281;dzie umia&#322;a pogodzi&#263; si&#281; z coraz bardziej widoczn&#261; obecno&#347;ci&#261; Bezsennych, kiedy ju&#380; stanie si&#281; jasne, &#380;e ta obecno&#347;&#263; niesie ze sob&#261; nie tylko wzrost pot&#281;gi kraju, ale i powszechny dobrobyt.

Kevin Baker, obecnie dwudziestosze&#347;ciolatek, zbi&#322; fortun&#281; na mikrochipach o tak rewolucyjnej konstrukcji, &#380;e sztuczna inteligencja, dot&#261;d pozostaj&#261;ca wy&#322;&#261;cznie w sferze marze&#324;, sta&#322;a si&#281; o niebo bli&#380;sza urzeczywistnienia. Carolyn Rizzolo zdoby&#322;a nagrod&#281; Pulitzera za sztuk&#281; &#346;wiat&#322;o dnia. Mia&#322;a zaledwie dwadzie&#347;cia cztery lata. Jeremy Robinson, b&#281;d&#261;c na ostatnim roku studi&#243;w, dokona&#322; bardzo znacz&#261;cych odkry&#263; w dziedzinie zastosowa&#324; nadprzewodnictwa. William Thaine, kt&#243;ry by&#322; naczelnym Przegl&#261;du Prawnego, kiedy Leisha przyjecha&#322;a do Harvardu, prowadzi&#322; prywatn&#261; kancelari&#281;. Jak dot&#261;d, nie przegra&#322; &#380;adnej sprawy. Mia&#322; dwadzie&#347;cia sze&#347;&#263; lat, a powierzano mu najpowa&#380;niejsze przypadki. Klient&#243;w bardziej obchodzi&#322;y jego nadzwyczajne zdolno&#347;ci ni&#380; m&#322;ody wiek.

Ale nie wszyscy podchodzili do sprawy w ten spos&#243;b.

Kevin Baker i Richard Keller za&#322;o&#380;yli sie&#263; komputerow&#261; &#322;&#261;cz&#261;c&#261; wszystkich Bezsennych w &#347;cis&#322;e grono, kt&#243;rego cz&#322;onkowie wiedzieli wszystko o prywatnych bitwach staczanych przez ka&#380;dego z pozosta&#322;ych. Leisha Camden finansowa&#322;a batalie s&#261;dowe i pokrywa&#322;a koszta edukacji tych Bezsennych, kt&#243;rych rodzice nie mogli sobie na to pozwoli&#263;. Wspiera&#322;a tak&#380;e dzieci, kt&#243;re mia&#322;y najtrudniejsz&#261; sytuacj&#281; rodzinn&#261;. Rhonda Lavelier postara&#322;a si&#281; o licencj&#281; zast&#281;pczej matki w Kalifornii i kiedy tylko zaistnia&#322;a taka mo&#380;liwo&#347;&#263;, Bezsenni starali si&#281;, by najm&#322;odsi, kt&#243;rych zabierano z dom&#243;w rodzinnych, zostali przydzieleni Rhondzie. W Grupie by&#322;o teraz trzech cz&#322;onk&#243;w Ameryka&#324;skiego Stowarzyszenia Prawnik&#243;w, a za rok mieli zyska&#263; jeszcze czterech, z licencjami na pi&#281;&#263; r&#243;&#380;nych stan&#243;w.

Kiedy nie zdo&#322;ali odebra&#263; poniewieranego dziecka, co si&#281; zdarzy&#322;o jeden jedyny raz, porwali je.

Ch&#322;opczyk nazywa&#322; si&#281; Timmy de Marzo, mia&#322; cztery lata. Leisha by&#322;a przeciwna tej akcji. Sw&#243;j sprzeciw uzasadnia&#322;a wzgl&#281;dami moralnymi i pragmatycznymi  co zreszt&#261; by&#322;o dla niej r&#243;wnoznaczne  w ten spos&#243;b: je&#347;li wierz&#261; we wszystkie fundamentalne prawa rz&#261;dz&#261;ce spo&#322;ecze&#324;stwem oraz w to, &#380;e sami do&#324; przynale&#380;&#261; jako swobodnie handluj&#261;ce, produktywne jednostki, musz&#261; respektowa&#263; jego podstawowe nakazy prawne. Bezsenni s&#261; w wi&#281;kszo&#347;ci jagaistami, wi&#281;c powinno to by&#263; dla nich oczywiste. Poza tym, je&#347;li z&#322;apie ich FBI, s&#261;dy i prasa zetr&#261; ich na miazg&#281;.

Nikt ich nie z&#322;apa&#322;.

Timmy de Marzo by&#322; za ma&#322;y, &#380;eby wzywa&#263; pomocy przez sie&#263;. O jego sytuacji dowiedzieli si&#281; przez automatyczny skaner lustruj&#261;cy raporty policyjne, kt&#243;ry Kevin wykorzystywa&#322; dla potrzeb swej firmy. Wykradli ch&#322;opca z jego w&#322;asnego podw&#243;rka w Wichita. Przez ostatni rok mieszka&#322; w odosobnionej przyczepie kempingowej w P&#243;&#322;nocnej Dakocie, lecz &#380;adne miejsce nie jest tak wyizolowane, &#380;eby nie mo&#380;na by&#322;o tam za&#322;o&#380;y&#263; modemu. Opiekowa&#322;a si&#281; nim nienaganna pod wzgl&#281;dem prawnym zast&#281;pcza matka, kt&#243;ra mieszka&#322;a tam od urodzenia, daleka kuzynka kt&#243;rego&#347; z Bezsennych. By&#322;a to roz&#322;o&#380;ysta, weso&#322;a kobieta, o umy&#347;le daleko g&#322;&#281;bszym ni&#380; sugerowa&#322; jej wygl&#261;d; jagaistka. W &#380;adnym banku danych nie pojawi&#322; si&#281; najmniejszy &#347;lad istnienia dziecka: ani w urz&#281;dzie skarbowym, ani w &#380;adnej ze szk&#243;&#322;, ani nawet w komputerze miejscowego sklepu. Specjaln&#261; &#380;ywno&#347;&#263; sprowadzano co miesi&#261;c ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261; nale&#380;&#261;c&#261; do Bezsennego ze State College w Pensylwanii. O porwaniu wiedzia&#322;o tylko dziesi&#281;cioro cz&#322;onk&#243;w grupy  dziesi&#281;cioro z 3428 urodzonych w Stanach. Z nich 2691 by&#322;o w sta&#322;ym kontakcie z Grup&#261;. Dalsze 701 to by&#322;y ma&#322;e dzieci, kt&#243;re nie potrafi&#322;y jeszcze u&#380;ywa&#263; modemu. Tylko trzydziestu sze&#347;ciu Bezsennych, z r&#243;&#380;nych przyczyn, trzyma&#322;o si&#281; od Grupy z daleka.

Porwanie zorganizowa&#322; Tony Indivino.

To w&#322;a&#347;nie o Tonym chcia&#322;em z tob&#261; porozmawia&#263;  m&#243;wi&#322; Kevin.  Zn&#243;w zaczyna. Tym razem na powa&#380;nie. Skupuje ziemi&#281;.

Leisha z&#322;o&#380;y&#322;a gazet&#281; w ma&#322;&#261; kostk&#281; i po&#322;o&#380;y&#322;a starannie na stoliku.

Gdzie?

W g&#243;rach Allegheny. Na po&#322;udniu stanu Nowy Jork. Spory szmat ziemi. Obecnie jest w trakcie budowy dr&#243;g. Na wiosn&#281; zacznie stawia&#263; pierwsze budynki.

Czy Jennifer Sharifi nadal go finansuje?

Min&#281;&#322;o ju&#380; sze&#347;&#263; lat od tamtego wieczoru z interleukinem, lecz wspomnienia o nim pozostawa&#322;y &#380;ywe w pami&#281;ci Leishy. Podobnie jak wspomnienie Jennifer.

Tak. Tylko ona ma do&#347;&#263; pieni&#281;dzy. A co gorsza, coraz wi&#281;cej jest takich, kt&#243;rzy chc&#261; p&#243;j&#347;&#263; za nimi, Leisho.

Wiem.

Zadzwo&#324; do niego.

Zadzwoni&#281;. Informuj mnie na bie&#380;&#261;co o sytuacji Stelli.

Do p&#243;&#322;nocy pracowa&#322;a nad kolejnym wydaniem Przegl&#261;du Prawnego, potem do czwartej przygotowywa&#322;a si&#281; do zaj&#281;&#263;. O pi&#261;tej zadzwoni&#322;a do Tonyego, kt&#243;ry nadal mieszka&#322; w Chicago. Sko&#324;czy&#322; szko&#322;&#281; &#347;redni&#261;, potem semestr w Northwestern, ale w czasie bo&#380;onarodzeniowych ferii w&#347;ciek&#322; si&#281; na matk&#281;, kt&#243;ra zmusza&#322;a go, by &#380;y&#322; jak &#346;pi&#261;cy. Ta z&#322;o&#347;&#263;, jak zdawa&#322;o si&#281; Leishy, jeszcze mu nie przesz&#322;a.

Tony? Tu Leisha.

Odpowied&#378; brzmi: tak, tak, nie i id&#378; do diab&#322;a.

Leisha zgrzytn&#281;&#322;a z&#281;bami.

&#346;licznie. A teraz powiedz mi, jak brzmi&#261; pytania.

Czy ty naprawd&#281; chcesz, &#380;eby Bezsenni wycofali si&#281; w obr&#281;b w&#322;asnego, samowystarczalnego spo&#322;ecze&#324;stwa? Czy Jennifer Sharifi zechce finansowa&#263; projekt budowy ma&#322;ego miasta? Czy nie s&#261;dzisz, &#380;e to swego rodzaju oszuka&#324;stwo, je&#347;li por&#243;wna&#263; je z tym, co mo&#380;na osi&#261;gn&#261;&#263; wpasowuj&#261;c si&#281; w spo&#322;ecze&#324;stwo? A co s&#261;dzisz na temat antynomii mi&#281;dzy &#380;yciem w izolowanym, uzbrojonym mie&#347;cie i jednoczesnym prowadzeniem handlu ze &#347;wiatem zewn&#281;trznym?

Ja nigdy nie kaza&#322;abym ci i&#347;&#263; do diab&#322;a.

To pi&#281;knie z twojej strony  rzuci&#322;. Po chwili doda&#322;:  Przepraszam. Zaczynam m&#243;wi&#263; jak jeden z tamtych.

To nie wyjdzie nam na dobre, Tony.

Dzi&#281;ki, &#380;e nie powiedzia&#322;a&#347;, &#380;e i tak nie podo&#322;am. Przez chwil&#281; zastanawia&#322;a si&#281;, czy rzeczywi&#347;cie podo&#322;a.

My nie stanowimy odr&#281;bnego gatunku, Tony.

Powiedz to &#346;pi&#261;cym.

Przesadzasz. Oczywi&#347;cie jest kilku zawistnik&#243;w. Ci s&#261; zawsze i wsz&#281;dzie. Ale &#380;eby tak si&#281; podda&#263;

Nie poddajemy si&#281;. Owoce naszej pracy stan&#261; si&#281; przedmiotem wolnego handlu: komputery, oprogramowanie, powie&#347;ci, informacje, teorie, doradztwo prawne. Nikt nam nie zabrania podr&#243;&#380;owa&#263;. Ale b&#281;dziemy mieli bezpieczne miejsce, do kt&#243;rego mo&#380;na wr&#243;ci&#263;. Gdzie nie b&#281;dzie pijawek, kt&#243;re twierdz&#261;, &#380;e powinni&#347;my oddawa&#263; im w&#322;asn&#261; krew tylko dlatego, &#380;e jeste&#347;my od nich lepsi.

Tu nie chodzi o to, co powinni&#347;my.

Naprawd&#281;?  rzuci&#322; Tony.  Wyja&#347;nijmy to sobie, Leisho. Jeste&#347; jagaistk&#261;. W co wierzysz?

Tony

No powiedz  nalega&#322;, a w jego g&#322;osie us&#322;ysza&#322;a ton tamtego czternastolatka, kt&#243;rego kiedy&#347; przedstawi&#322; jej Richard. Jednocze&#347;nie ujrza&#322;a w my&#347;lach twarz ojca; nie tak&#261;, jaka by&#322;a teraz, po za&#322;o&#380;eniu bajpas&#243;w, ale tak&#261; jak wtedy, kiedy trzyma&#322; Leish&#281; na kolanach i wyja&#347;nia&#322; jej, &#380;e jest kim&#347; wyj&#261;tkowym.

Wierz&#281; w dobrowoln&#261; wymian&#281;, kt&#243;ra przynosi wzajemn&#261; korzy&#347;&#263;. Wierz&#281;, &#380;e duchowa godno&#347;&#263; cz&#322;owieka wynika z tego, &#380;e utrzymuje si&#281; on przy &#380;yciu dzi&#281;ki indywidualnemu wysi&#322;kowi. I w wymian&#281; rezultat&#243;w tego wysi&#322;ku we wsp&#243;&#322;pracy ca&#322;ego spo&#322;ecze&#324;stwa. &#379;e symbolem tej wsp&#243;&#322;pracy jest kontrakt. I &#380;e potrzebujemy siebie nawzajem, &#380;eby wymiana by&#322;a pe&#322;niejsza i coraz bardziej korzystna.

&#346;licznie  uci&#261;&#322; Tony.  A co powiesz na hiszpa&#324;skich &#380;ebrak&#243;w?

Co takiego?

Idziesz ulic&#261; w tak biednym kraju jak Hiszpania i widzisz &#380;ebraka. Dasz mu dolara?

Pewnie tak.

Dlaczego? Przecie&#380; nie ma dla ciebie nic na wymian&#281;?

Z dobroci. Ze wsp&#243;&#322;czucia.

Widzisz sze&#347;ciu &#380;ebrak&#243;w. Dasz im po dolarze?

Pewnie tak.

Da&#322;by&#347;. Widzisz stu &#380;ebrak&#243;w i nie masz fortuny Leishy Camden  dasz ka&#380;demu po dolarze?

Nie.

Dlaczego nie?

Leisha stara&#322;a si&#281; zachowa&#263; spok&#243;j. Niewielu ludzi potrafi&#322;o sprawi&#263;, &#380;e mia&#322;a ochot&#281; przerwa&#263; po&#322;&#261;czenie, lecz Tony niew&#261;tpliwie do nich nale&#380;a&#322;.

Poniewa&#380; nadwer&#281;&#380;y&#322;abym w&#322;asne &#378;r&#243;d&#322;a utrzymania. Moje w&#322;asne &#380;ycie ma priorytet w korzystaniu ze &#347;rodk&#243;w, kt&#243;re zdobywam.

W porz&#261;dku. A teraz rozwa&#380; tak&#261; sytuacj&#281;. W Instytucie Biotechniki, gdzie ty i ja wzi&#281;li&#347;my sw&#243;j pocz&#261;tek, droga pseudosiostro, doktor Melling zaledwie wczoraj

Kto?!

Doktor Susan Melling. O m&#243;j Bo&#380;e, zupe&#322;nie zapomnia&#322;em, &#380;e kiedy&#347; by&#322;a &#380;on&#261; twego ojca!

Straci&#322;am z ni&#261; kontakt  powiedzia&#322;a Leisha.  Nie, wiedzia&#322;am, &#380;e wr&#243;ci&#322;a do pracy. Alice kiedy&#347; powiedzia&#322;a Niewa&#380;ne. Co si&#281; dzieje w Instytucie?

Mam dwie wiadomo&#347;ci ogromnej wagi, z ostatniej chwili. Carla Dutcher podda&#322;a si&#281; w&#322;a&#347;nie badaniom genetycznym p&#322;odu w pierwszym miesi&#261;cu ci&#261;&#380;y. Bezsenno&#347;&#263; jest genem dominuj&#261;cym. Nast&#281;pne pokolenie w Grupie te&#380; nie b&#281;dzie spa&#322;o.

Wszyscy o tym wiedz&#261;  odrzek&#322;a Leisha. Carla Dutcher by&#322;a pierwsz&#261; w &#347;wiecie ci&#281;&#380;arn&#261; Bezsenn&#261;. Jej m&#261;&#380; nale&#380;a&#322; do &#346;pi&#261;cych.  Ca&#322;y &#347;wiat si&#281; tego spodziewa&#322;.

Ale prasa poczuje wiatr w &#380;aglach. Zobaczysz. Potomstwo mutant&#243;w! Nowa rasa zdominuje nast&#281;pne pokolenia?

Leisha nie zaprzeczy&#322;a.

A ta druga sprawa?

Jest smutna. Zdarzy&#322;a nam si&#281; pierwsza &#347;mier&#263;. Poczu&#322;a skurcz w &#380;o&#322;&#261;dku.

Kto?

Bernie Kuhn z Seattle. Nie zna&#322;a&#347; go. To by&#322; wypadek drogowy. Wygl&#261;da ca&#322;kiem zwyczajnie: na ostrym zakr&#281;cie straci&#322; panowanie nad kierownic&#261;, a hamulce zawiod&#322;y. Mia&#322; siedemna&#347;cie lat i prowadzi&#322; zaledwie od kilku miesi&#281;cy. Istotne jest to, &#380;e jego rodzice przekazali m&#243;zg i cia&#322;o Instytutowi Biotechniki i Wydzia&#322;owi Patologii Akademii Medycznej w Chicago. Maj&#261; zamiar pokroi&#263; go na kawa&#322;ki, &#380;eby wreszcie przyjrze&#263; si&#281; dok&#322;adnie skutkom, jakie przed&#322;u&#380;ona bezsenno&#347;&#263; wywo&#322;uje w organizmie cz&#322;owieka.

To ich obowi&#261;zek  odrzek&#322;a Leisha.  Biedny dzieciak. Ale czego w&#322;a&#347;ciwie si&#281; obawiasz? C&#243;&#380; takiego mog&#261; znale&#378;&#263;?

Nie wiem. Nie jestem lekarzem. Ale je&#347;li znajd&#261; cokolwiek, co da si&#281; wykorzysta&#263; przeciwko nam, kto&#347; na pewno to zrobi.

Tony, masz typowe objawy manii prze&#347;ladowczej.

To niemo&#380;liwe. Osobowo&#347;&#263; Bezsennych jest bardziej zorientowana na rzeczywisto&#347;&#263; ni&#380; przeci&#281;tna. Nie czytujesz literatury fachowej?

Tony

A je&#347;li b&#281;dziesz sz&#322;a ulic&#261; w Hiszpanii, a stu &#380;ebrak&#243;w za&#380;&#261;da od ciebie dolara i kiedy powiesz nie, oni, cho&#263; sami nie mog&#261; ci nic zaoferowa&#263;, tak b&#281;d&#261; prze&#380;arci z&#322;o&#347;ci&#261;, &#380;e ci zabior&#261; pieni&#261;dze przemoc&#261;, a potem jeszcze pobij&#261; z czystej zawi&#347;ci i rozpaczy?

Leisha nie odpowiedzia&#322;a.

Mo&#380;e mi powiesz, &#380;e ludzie tak nie post&#281;puj&#261;, Leisho? &#379;e takie historie si&#281; nie zdarzaj&#261;?

Zdarzaj&#261; si&#281;  odrzek&#322;a spokojnie Leisha.  Ale nie tak znowu cz&#281;sto.

G&#243;wno prawda. Poczytaj troch&#281; historii. Poczytaj troch&#281; gazet. Ale moje pytanie brzmi: co w&#322;a&#347;ciwie jeste&#347; winna tym &#380;ebrakom? Co ma zrobi&#263; prawdziwy jagaista  ten, kt&#243;ry wierzy we wzajemnie korzystn&#261; wymian&#281;  co ma zrobi&#263; z tymi, kt&#243;rzy nie maj&#261; nic do zaoferowania i potrafi&#261; tylko bra&#263;?

Ty nie jeste&#347;

Co ma zrobi&#263;, Leisho? Tak obiektywnie, jak tylko potrafisz, okre&#347;l, co jeste&#347;my winni zach&#322;annym i bezproduktywnym potrzebuj&#261;cym?

To, co powiedzia&#322;am przedtem: dobro&#263; i wsp&#243;&#322;czucie.

Nawet wtedy, kiedy nic nie dadz&#261; nam w zamian? Dlaczego?

Bo  przerwa&#322;a.

Dlaczego? Dlaczego praworz&#261;dna, produktywna jednostka ma by&#263; cokolwiek winna tym, kt&#243;rzy ani nie produkuj&#261;, ani nie przestrzegaj&#261; praw? Jak umotywujesz  filozoficznie, ekonomicznie b&#261;d&#378; te&#380; duchowo  to, &#380;e jeste&#347;my im cokolwiek winni? Odpowiedz tak samo uczciwie jak zawsze.

Leisha opar&#322;a g&#322;ow&#281; na kolanach. Pytanie otwar&#322;o si&#281; przed ni&#261; jak przepa&#347;&#263;, ale nie pr&#243;bowa&#322;a uciec od niego tanim frazesem.

Nie wiem. Wiem tylko, &#380;e jeste&#347;my im to winni.

Ale dlaczego?

Nie odpowiedzia&#322;a. Po chwili Tony zn&#243;w si&#281; odezwa&#322;. Ton wyzwania znikn&#261;&#322; ju&#380; z jego g&#322;osu.

Przyjed&#378; na wiosn&#281; zobaczy&#263; miejsce, gdzie b&#281;dzie Azyl  powiedzia&#322; nieomal czule.

Nie.

Zale&#380;y mi, &#380;eby&#347; przyjecha&#322;a.

Nie, zbrojny odwr&#243;t to &#380;aden spos&#243;b.

&#379;ebracy staj&#261; si&#281; coraz agresywniejsi, Leisho. W miar&#281; jak Bezsenni staj&#261; si&#281; coraz bogatsi. I nie mam tu na my&#347;li pieni&#281;dzy.

Tony  zacz&#281;&#322;a Leisha, ale urwa&#322;a. Zupe&#322;nie nie wiedzia&#322;a, co m&#243;wi&#263;.

Nie spaceruj ulicami uzbrojona tylko we wspomnienie o Kenzo Yagai.



* * *


W marcu, kiedy lodowe wichry ch&#322;osta&#322;y brzegi Charles River, do Cambridge przyjecha&#322; Richard Keller. Leisha nie widzia&#322;a go od czterech lat. Nie uprzedzi&#322; jej, &#380;e zamierza przyjecha&#263;. P&#281;dzi&#322;a w&#322;a&#347;nie chodnikiem przy bloku, po same oczy zakutana w ciep&#322;y we&#322;niany szalik, gdy nagle zobaczy&#322;a go stoj&#261;cego przed klatk&#261; i blokuj&#261;cego wej&#347;cie. Ochroniarz za plecami Leishy st&#281;&#380;a&#322; w gotowo&#347;ci.

Richard! Bruce, wszystko w porz&#261;dku, to stary znajomy.

Witaj Leisho.

Wygl&#261;da&#322; znacznie pot&#281;&#380;niej ni&#380; go zapami&#281;ta&#322;a. Zw&#322;aszcza zaskoczy&#322;a j&#261; szeroko&#347;&#263; jego ramion. Lecz twarz niew&#261;tpliwie nale&#380;a&#322;a do Richarda; by&#322;a starsza, ale wci&#261;&#380; ta sama: ciemne, niskie brwi, nieporz&#261;dne ciemne w&#322;osy. Zapu&#347;ci&#322; brod&#281;.

Pi&#281;knie wygl&#261;dasz  powiedzia&#322;.

Wr&#281;czy&#322;a mu fili&#380;ank&#281; kawy.

Przyjecha&#322;e&#347; w interesach?  Przez sie&#263; dosz&#322;y j&#261; wie&#347;ci, &#380;e obroni&#322; ju&#380; prac&#281; dyplomow&#261; i dokona&#322; wielu odkry&#263; w dziedzinie biologii morskiej. Pracowa&#322; na Karaibach, ale porzuci&#322; prac&#281; jaki&#347; rok temu i od tej pory znikn&#261;&#322; z sieci.

Nie, dla przyjemno&#347;ci.  Nieoczekiwanie u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; tym dawnym u&#347;miechem, kt&#243;ry roz&#347;wietla&#322; wszystkie zakamarki jego twarzy.  Przez d&#322;ugi czas niemal zapomnia&#322;em, co to takiego. Zadowolenie  tak, wszyscy dobrze znamy ten rodzaj zadowolenia, kt&#243;ry p&#322;ynie z dobrze wykonanej pracy  ale przyjemno&#347;&#263;? Kaprys? Zachcianka? Kiedy ostatni raz pope&#322;ni&#322;a&#347; jakie&#347; g&#322;upstwo, Leisho?

Jad&#322;am wat&#281; cukrow&#261; w czasie ulewy  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.

Naprawd&#281;? Po co?

&#379;eby sprawdzi&#263;, czy si&#281; rozp&#322;ynie w kleiste, r&#243;&#380;owe wzorki.

I rozp&#322;yn&#281;&#322;a si&#281;?

Tak. By&#322;y &#347;liczne.

A kiedy mia&#322;o miejsce to twoje ostatnie g&#322;upstwo? Kiedy to by&#322;o?

Zesz&#322;ego lata.

Hm, moje jest &#347;wie&#380;szej daty. W&#322;a&#347;nie trwa. Przyjecha&#322;em do Bostonu jedynie po to, &#380;eby odczu&#263; czyst&#261;, spontaniczn&#261; rado&#347;&#263; ze spotkania z tob&#261;.

Leisha spowa&#380;nia&#322;a.

Masz troch&#281; zbyt spi&#281;ty g&#322;os jak na spontaniczn&#261; rado&#347;&#263;.

Zgadza si&#281;  potwierdzi&#322; powa&#380;nie.

Leisha zn&#243;w si&#281; roze&#347;mia&#322;a. On nie.

By&#322;em w Indiach, Leisho. W Chinach i w Afryce. Przewa&#380;nie rozmy&#347;la&#322;em. Obserwowa&#322;em. Najpierw podr&#243;&#380;owa&#322;em jako &#346;pi&#261;cy, wi&#281;c nie zwraca&#322;em na siebie niczyjej uwagi. Potem postanowi&#322;em odwiedzi&#263; Bezsennych w Indiach i Chinach. Jak wiesz, jest kilku, kt&#243;rych rodzicom chcia&#322;o si&#281; swego czasu przyjecha&#263; do Stan&#243;w na operacj&#281;. Wszyscy s&#261; akceptowani i pozostawieni w spokoju. Pr&#243;bowa&#322;em zrozumie&#263;, dlaczego rozpaczliwie biedne kraje  przynajmniej wed&#322;ug naszych standard&#243;w  nie maj&#261; &#380;adnych problem&#243;w z zaakceptowaniem wy&#380;szo&#347;ci Bezsennych, podczas gdy Amerykanie, &#380;yj&#261;cy w prawdziwym dobrobycie, czuj&#261; do nas coraz gwa&#322;towniejsz&#261; niech&#281;&#263;.

Doszed&#322;e&#347; do jakich&#347; wniosk&#243;w?  zainteresowa&#322;a si&#281; Leisha.

Nie, ale przygl&#261;daj&#261;c si&#281; tym wszystkim komunom, wioskom i kampongom, doszed&#322;em do czego innego. Jeste&#347;my nadmiernie indywidualistyczni.

Leish&#281; ogarn&#281;&#322;a fala rozczarowania. Ujrza&#322;a w my&#347;lach twarz swego ojca i us&#322;ysza&#322;a jego s&#322;owa: Liczy si&#281; tylko doskona&#322;o&#347;&#263;. Doskona&#322;o&#347;&#263; poparta indywidualistycznym wysi&#322;kiem Si&#281;gn&#281;&#322;a po fili&#380;ank&#281; Richarda.

Jeszcze kawy?

Chwyci&#322; j&#261; za przegub i spojrza&#322; prosto w oczy.

Nie zrozum mnie &#378;le, Leisho. Nie m&#243;wi&#281; tu o pracy. Jeste&#347;my przesadnie indywidualistyczni, je&#380;eli wzi&#261;&#263; pod uwag&#281; ca&#322;&#261; reszt&#281;. Racjonalni w uczuciach. Zbyt osamotnieni. Izolacja zabija co&#347; wi&#281;cej ni&#380; tylko swobodny przep&#322;yw idei. Zabija rado&#347;&#263;.

Nie puszcza&#322; jej r&#281;ki. Spojrza&#322;a w jego oczy i zobaczy&#322;a w nich g&#322;&#281;bi&#281;, kt&#243;rej nie dostrzeg&#322;a przedtem. Poczu&#322;a si&#281;, jakby zagl&#261;da&#322;a w g&#322;&#261;b kopalnianego szybu  zawr&#243;t g&#322;owy i strach  i wiedzia&#322;a, &#380;e na dnie mo&#380;e znale&#378;&#263; z&#322;oto albo tylko mrok. Albo jedno i drugie.

A jak Stewart?  zapyta&#322; Richard mi&#281;kko.

To ju&#380; sko&#324;czone. M&#322;odzie&#324;cza mi&#322;ostka.

Mo&#380;e Kevin?

Ale&#380; sk&#261;d. To tylko przyja&#378;&#324;.

Nie by&#322;em pewien. A kto?

Nikt.

Pu&#347;ci&#322; jej r&#281;k&#281;. Leisha popatrzy&#322;a na niego nie&#347;mia&#322;o. Nagle roze&#347;mia&#322; si&#281;.

Rado&#347;&#263;, Leisho.

Przez my&#347;li przebieg&#322;o jakie&#347; echo, ale nie rozpozna&#322;a go, wi&#281;c szybko zanik&#322;o, a ona zawt&#243;rowa&#322;a Richardowi &#347;miechem lekkim i pienistym jak r&#243;&#380;owa wata cukrowa w &#347;rodku lata.



* * *


Przyjed&#378; do domu, Leisho. Mia&#322; kolejny zawa&#322;.  W g&#322;osie Susan Melling w s&#322;uchawce wyra&#378;nie s&#322;ycha&#263; by&#322;o zm&#281;czenie.

Czy jest bardzo &#378;le?  zapyta&#322;a Leisha.

Lekarze nie s&#261; pewni. A przynajmniej tak m&#243;wi&#261;. On chce si&#281; z tob&#261; zobaczy&#263;. Czy mo&#380;esz zostawi&#263; szko&#322;&#281; na par&#281; dni?

To by&#322; maj, ostatnie tygodnie przed ko&#324;cowym egzaminem. Redaktorzy Przegl&#261;du Prawnego zaliczali semestr w trybie indywidualnym. Richard za&#322;o&#380;y&#322; now&#261; firm&#281;, doradza&#322; bosto&#324;skim rybakom, n&#281;kanym jakimi&#347; niespodziewanymi zmianami pr&#261;d&#243;w oceanicznych. Pracowa&#322; po dwadzie&#347;cia godzin na dob&#281;.

Przyjad&#281;  obieca&#322;a Leisha.

W Chicago by&#322;o zimniej ni&#380; w Bostonie. Drzewa dopiero wypuszcza&#322;y p&#261;czki. Na jeziorze Michigan grzywiaste fale rozbryzgiwa&#322;y si&#281; w zimn&#261; mgie&#322;k&#281;; ich widok wype&#322;nia&#322; ogromne okna po wschodniej stronie domu. Leisha zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e zn&#243;w mieszka tu Susan: na komodzie ojca le&#380;a&#322;y tu szczotki, na stoliku kobiece czasopisma.

Leisho  odezwa&#322; si&#281; Camden.

Wygl&#261;da&#322; staro. Mia&#322; ziemist&#261; cer&#281;, zapadni&#281;te policzki, strapione i zdziwione spojrzenie w&#322;a&#347;ciwe m&#281;&#380;czyznom, kt&#243;rzy w&#322;asn&#261; moc uznawali za co&#347; r&#243;wnie naturalnego jak powietrze  co&#347;, czego nie da si&#281; oddzieli&#263; od &#380;ycia. W k&#261;cie pokoju na ma&#322;ym osiemnastowiecznym taborecie przycupn&#281;&#322;a niska, kr&#281;pa kobieta o w&#322;osach splecionych w dwa warkoczyki.

Alice!

Witaj, Leisho.

Alice, szuka&#322;am ci&#281;  &#377;le powiedziane. Szuka&#322;a, ale niezbyt gorliwie, odstr&#281;czona &#347;wiadomo&#347;ci&#261;, &#380;e Alice nie chce, aby j&#261; odnaleziono.  Co u ciebie?

W porz&#261;dku  odpar&#322;a Alice. Wydawa&#322;a si&#281; troch&#281; nieobecna, &#322;agodniejsza, zupe&#322;nie niepodobna do tej gniewnej Alice sprzed sze&#347;ciu lat, w&#347;r&#243;d surowych wzg&#243;rz Pensylwanii.

Camden z wysi&#322;kiem poruszy&#322; si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku. Patrzy&#322; na Leish&#281; oczyma, kt&#243;re, jak widzia&#322;a, nie utraci&#322;y nic z b&#322;&#281;kitnej jasno&#347;ci.

Poprosi&#322;em Alice, &#380;eby przyjecha&#322;a. I Susan. Susan jest ze mn&#261; ju&#380; od d&#322;u&#380;szego czasu. Umieram, Leisho.

Nikt nie zaprzeczy&#322;. Leisha, znaj&#261;c jego szacunek dla fakt&#243;w, milcza&#322;a. Mi&#322;o&#347;&#263; zaciska&#322;a si&#281; bolesn&#261; obr&#281;cz&#261; na piersi.

John Jaworski ma m&#243;j testament. &#379;adne z was nie b&#281;dzie mog&#322;o go obali&#263;. Ale sam chcia&#322;em wam powiedzie&#263;, co w nim jest. Przez ostatnie kilka lat likwidowa&#322;em i sprzedawa&#322;em, co si&#281; da&#322;o. Wi&#281;kszo&#347;&#263; akcji jest ju&#380; w obiegu. Zostawi&#322;em jedn&#261; dziesi&#261;t&#261; Alice, jedn&#261; dziesi&#261;t&#261; Elizabeth, jedn&#261; dziesi&#261;t&#261; Susan, a reszt&#281; tobie, Leisho, bo jako jedyna posiadasz do&#347;&#263; indywidualnych zdolno&#347;ci, &#380;eby wykorzysta&#263; te pieni&#261;dze w ca&#322;ej pe&#322;ni.

Leisha obejrza&#322;a si&#281; gwa&#322;townie na Alice, kt&#243;ra odwzajemni&#322;a jej spojrzenie z tym samym nieobecnym spokojem.

Elizabeth? Moja matka &#380;yje?

Tak  odpar&#322; Camden.

Powiedzia&#322;e&#347; mi, &#380;e umar&#322;a! Dawno temu!

Owszem. Uzna&#322;em, &#380;e tak b&#281;dzie dla ciebie najlepiej. Nie podoba&#322;o si&#281; jej, kim jeste&#347;, by&#322;a zazdrosna o to, kim b&#281;dziesz. Nic nie mog&#322;a ci ofiarowa&#263;. Co najwy&#380;ej emocjonalny uraz.

Hiszpa&#324;scy &#380;ebracy

To nie tak. Myli&#322;e&#347; si&#281;, tato. Ona jest moj&#261; matk&#261;  Nie mia&#322;a si&#322;y doko&#324;czy&#263;.

Camden nie pr&#243;bowa&#322; &#380;adnych unik&#243;w.

Nie wydaje mi si&#281;, &#380;ebym si&#281; myli&#322;. Ale teraz jeste&#347; doros&#322;a. Je&#347;li chcesz, mo&#380;esz si&#281; z ni&#261; zobaczy&#263;.

I dalej wpatrywa&#322; si&#281; w ni&#261; zapadni&#281;tymi jasnymi oczyma. Pok&#243;j wok&#243;&#322; Leishy zafalowa&#322;. Ojciec j&#261; ok&#322;ama&#322;. Susan przygl&#261;da&#322;a si&#281; jej z leciutkim u&#347;mieszkiem na wargach. Czy&#380;by czu&#322;a satysfakcj&#281; widz&#261;c, jak Camden traci szacunek c&#243;rki? Czy&#380;by przez ca&#322;y ten czas by&#322;a zazdrosna o ich zwi&#261;zek, o Leish&#281;?

Zaczynam my&#347;le&#263; jak Tony.

Ta my&#347;l nieco j&#261; ostudzi&#322;a. Nadal wpatrywa&#322;a si&#281; w ojca, kt&#243;ry nieugi&#281;cie odwzajemnia&#322; jej spojrzenie, nawet na &#322;o&#380;u &#347;mierci do ko&#324;ca przekonany o swojej racji.

Poczu&#322;a, &#380;e Alice bierze j&#261; pod r&#281;k&#281; i szepce cichutko, by nikt inny nie m&#243;g&#322; us&#322;ysze&#263;:

Z nim ju&#380; koniec, Leisho. A ty szybko si&#281; pozbierasz.



* * *


Alice zostawi&#322;a synka w Kalifornii, pod opiek&#261; m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ry od dw&#243;ch lat by&#322; jej m&#281;&#380;em. Nazywa&#322; si&#281; Beck Watrous, prowadzi&#322; firm&#281; budowlan&#261;. Poznali si&#281;, kiedy pracowa&#322;a jako kelnerka w kurorcie na Sztucznych Wyspach. Beck zaadoptowa&#322; Jordana, synka Alice.

Zanim go pozna&#322;am, prze&#380;y&#322;am niez&#322;e piek&#322;o  m&#243;wi&#322;a Alice tym swoim nieobecnym g&#322;osem.  Czy wiesz, &#380;e kiedy chodzi&#322;am w ci&#261;&#380;y z Jordanem, marzy&#322;am, &#380;e b&#281;dzie Bezsenny? Tak jak ty. &#346;ni&#322;am o tym ka&#380;dej nocy, a co rano budzi&#322;am si&#281; i dopada&#322;y mnie md&#322;o&#347;ci z powodu dziecka, kt&#243;re mia&#322;o by&#263; tylko takim samym g&#322;upim nikim jak ja. Zamieszka&#322;am z Edem  w Pensylwanii, pami&#281;tasz? Raz mnie odwiedzi&#322;a&#347;. Zosta&#322;am z nim jeszcze przez dwa lata. Czu&#322;am si&#281; szcz&#281;&#347;liwa, kiedy mnie bi&#322;. &#379;a&#322;owa&#322;am, &#380;e tato tego nie widzi. Ed przynajmniej mnie dotyka&#322;.

Leisha j&#281;kn&#281;&#322;a.

Zostawi&#322;am go w ko&#324;cu, bo ba&#322;am si&#281; o Jordana. Pojecha&#322;am do Kalifornii i przez rok nic tylko si&#281; objada&#322;am. Dosz&#322;am do osiemdziesi&#281;ciu sze&#347;ciu kilogram&#243;w.  Alice mia&#322;a, jak ocenia&#322;a Leisha, jaki&#347; metr sze&#347;&#263;dziesi&#261;t dwa.  Potem wr&#243;ci&#322;am do domu, &#380;eby zobaczy&#263; si&#281; z matk&#261;.

Nic mi nie powiedzia&#322;a&#347;  odezwa&#322;a si&#281; Leisha.  Wiedzia&#322;a&#347;, &#380;e &#380;yje i nic mi nie powiedzia&#322;a&#347;.

Wi&#281;kszo&#347;&#263; &#380;ycia sp&#281;dza na odwyku  odrzek&#322;a Alice z brutaln&#261; szczero&#347;ci&#261;.  Na pewno nie chcia&#322;aby si&#281; z tob&#261; spotka&#263;. Ale ze mn&#261; si&#281; spotka&#322;a. Rzuci&#322;a si&#281; mi na szyj&#281; i zacz&#281;&#322;a ob&#347;linia&#263; swoj&#261; prawdziw&#261; c&#243;rk&#281;, a&#380; w ko&#324;cu porzyga&#322;a mi si&#281; na sukienk&#281;. Kiedy si&#281; od niej odsun&#281;&#322;am i przyjrza&#322;am tej sukience, zrozumia&#322;am, &#380;e nale&#380;a&#322;o na ni&#261; narzyga&#263;  taka by&#322;a brzydka. Demonstracyjnie brzydka. A ona zacz&#281;&#322;a wykrzykiwa&#263;, jak to tato zrujnowa&#322; jej &#380;ycie, zrujnowa&#322; moje, a wszystko przez ciebie. I wiesz, co wtedy zrobi&#322;am?

Co?  spyta&#322;a Leisha dr&#380;&#261;cym g&#322;osem.

Polecia&#322;am z powrotem do domu, spali&#322;am wszystkie moje ciuchy, znalaz&#322;am prac&#281;, zapisa&#322;am si&#281; do szko&#322;y i straci&#322;am dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; kilo.

Siostry siedzia&#322;y przez chwil&#281; w milczeniu. Za oknem rozci&#261;ga&#322;o si&#281; pogr&#261;&#380;one w ciemno&#347;ci jezioro, nie roz&#347;wietlone ani &#347;wiat&#322;em ksi&#281;&#380;yca, ani blaskiem gwiazd. Nagle Leisha wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;, a Alice poklepa&#322;a j&#261; po ramieniu.

Powiedz mi  zacz&#281;&#322;a Leisha, ale jako&#347; nie przychodzi&#322;o jej do g&#322;owy nic, o co mog&#322;aby zapyta&#263;. Chcia&#322;a jedynie s&#322;ysze&#263; po&#347;r&#243;d ponurych ciemno&#347;ci g&#322;os Alice, ten g&#322;os, teraz tak &#322;agodny i nieobecny, kt&#243;remu nie m&#243;g&#322; ju&#380; zaszkodzi&#263; wysoce szkodliwy fakt istnienia Leishy. Jej istnienie jako &#378;r&#243;d&#322;o destrukcji  Powiedz mi co&#347; o Jordanie. Ma pi&#281;&#263; lat, prawda? Jaki jest?

Alice odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;, &#380;eby spokojnie popatrzy&#263; jej w oczy.

Jest zwyczajnym, szcz&#281;&#347;liwym ch&#322;opcem. Zupe&#322;nie zwyczajnym.



* * *


Camden zmar&#322; tydzie&#324; p&#243;&#378;niej. Po pogrzebie Leisha pr&#243;bowa&#322;a zobaczy&#263; si&#281; z matk&#261;, kt&#243;ra przebywa&#322;a w Centrum dla Nadu&#380;ywaj&#261;cych Alkoholu i Narkotyk&#243;w w Brookfield. Powiedziano jej, &#380;e Elizabeth Camden nie widuje si&#281; z nikim opr&#243;cz swej jedynej c&#243;rki, Alice Camden Watrous.

Susan Melling, w ci&#281;&#380;kiej &#380;a&#322;obie, odwioz&#322;a Leish&#281; na lotnisko. Zr&#281;cznie i uparcie zadawa&#322;a jej mn&#243;stwo pyta&#324; o studia, o Przegl&#261;d, o Harvard. Leisha odpowiada&#322;a monosylabami, ale Susan nie dawa&#322;a za wygran&#261; i wymusza&#322;a odpowiedzi: kiedy Leisha podejdzie do ko&#324;cowego egzaminu, czy prowadzi ju&#380; jakie&#347; rozmowy w sprawie pracy? Stopniowo Leisha zacz&#281;&#322;a wydobywa&#263; si&#281; z odr&#281;twienia, w jakie popad&#322;a, kiedy trumna ze zw&#322;okami zjecha&#322;a w g&#322;&#261;b ziemi. Zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e uporczywe wypytywanie wyp&#322;ywa&#322;o z &#380;yczliwo&#347;ci i troski.

Po&#347;wi&#281;ci&#322; wielu ludzi  odezwa&#322;a si&#281; nagle.

Nie mnie  odrzek&#322;a Susan.  Co najwy&#380;ej wtedy, kiedy zrezygnowa&#322;am z bada&#324;, &#380;eby mu pom&#243;c. Roger nie darzy&#322; zbytnim szacunkiem tych, co si&#281; po&#347;wi&#281;caj&#261;.

Czy bardzo si&#281; myli&#322;?  Pytanie zabrzmia&#322;o bardziej rozpaczliwie ni&#380; mog&#322;a si&#281; spodziewa&#263;.

Nie, nie myli&#322; si&#281;.  Susan u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; smutno.  Nie powinnam by&#322;a rzuca&#263; pracy. Potem przez d&#322;ugi czas nie mog&#322;am doj&#347;&#263; do siebie.

To on tak niszczy ludzi, zako&#322;ata&#322;o w g&#322;owie Leishy. Czy to Susan? A mo&#380;e Alice. W tej chwili nie potrafi&#322;a sobie przypomnie&#263;. Zn&#243;w widzia&#322;a ojca w oran&#380;erii; przesadza&#322; uwielbiane egzotyczne kwiaty.

By&#322;a zm&#281;czona. Zwyk&#322;e postresowe zm&#281;czenie mi&#281;&#347;ni  wiedzia&#322;a, &#380;e dwudziestominutowy relaks postawi j&#261; na nogi. Oczy, nieprzywyk&#322;e, piek&#322;y od &#322;ez. Opar&#322;a g&#322;ow&#281; o zag&#322;&#243;wek fotela i przymkn&#281;&#322;a powieki.

Mam ci co&#347; do powiedzenia, Leisho.

Leisha otworzy&#322;a oczy.

Chodzi o testament?

Susan u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; kwa&#347;no.

Nie. Ty chyba nie masz &#380;adnych w&#261;tpliwo&#347;ci co do celowo&#347;ci takiego rozdzia&#322;u maj&#261;tku, prawda? Tobie taki podzia&#322; wydaje si&#281; pewnie uzasadniony. Ale nie o to chodzi. Zesp&#243;&#322; badawczy Instytutu i Akademii Medycznej z Chicago zako&#324;czy&#322; ju&#380; analiz&#281; m&#243;zgu Berniego Kuhna.

Leisha odwr&#243;ci&#322;a si&#281;, &#380;eby spojrze&#263; w oczy Susan. Zaskoczy&#322;a j&#261; wielo&#347;&#263; uczu&#263; maluj&#261;cych si&#281; na jej twarzy. Determinacja, satysfakcja, z&#322;o&#347;&#263; i jeszcze co&#347;, czego Leisha nie by&#322;a w stanie nazwa&#263;.

Mamy zamiar opublikowa&#263; wyniki w New England Journal of Medicine. Zachowali&#347;my szczeg&#243;ln&#261; ostro&#380;no&#347;&#263;  nie by&#322;o &#380;adnych przeciek&#243;w do prasy. Ale chcia&#322;am ci osobi&#347;cie powiedzie&#263; o tym, co odkryli&#347;my, wi&#281;c si&#281; przygotuj.

M&#243;w  rzuci&#322;a Leisha. Czu&#322;a dziwny ucisk w piersiach.

Pami&#281;tasz, jak kiedy&#347; wzi&#281;li&#347;cie interleukin-1, &#380;eby zobaczy&#263;, jak to jest, kiedy si&#281; &#347;pi? Mieli&#347;cie wtedy po szesna&#347;cie lat.

Sk&#261;d o tym wiesz?

Byli&#347;cie obserwowani znacznie baczniej ni&#380; si&#281; wam wydaje. Pami&#281;tasz, &#380;e bola&#322;a ci&#281; wtedy g&#322;owa?

Tak.  J&#261; i Richarda, Tonyego i Carol, Brada i Jeanine Jeanine porzuci&#322;a &#322;y&#380;wiarstwo, kiedy zosta&#322;a zdyskwalifikowana przez narodowy Komitet Olimpijski. By&#322;a teraz przedszkolank&#261; w Butte w Montanie.

Chcia&#322;am z tob&#261; pom&#243;wi&#263; w&#322;a&#347;nie o interleukinie-1. A przynajmniej mi&#281;dzy innymi. Nale&#380;y on do sporej grupy substancji, kt&#243;re pobudzaj&#261; system immunologiczny. Stymuluj&#261; produkcj&#281; przeciwcia&#322;, zwi&#281;kszaj&#261; aktywno&#347;&#263; bia&#322;ych cia&#322;ek krwi i innych substancji wzmacniaj&#261;cych odporno&#347;&#263;. Zwykli ludzie otrzymuj&#261; dawki IL-1 podczas snu wolnofalowego. To oznacza, &#380;e ich &#380;e nasz &#380;e podczas snu nasz system immunologiczny odbiera dodatkowe bod&#378;ce pobudzaj&#261;ce. Jedno z pyta&#324;, jakie my, lekarze, zadawali&#347;my sobie od samego pocz&#261;tku, brzmia&#322;o: czy dzieci, kt&#243;re nigdy nie &#347;pi&#261; i nie otrzymuj&#261; dawek IL-1, b&#281;d&#261; cz&#281;&#347;ciej chorowa&#263;.

Nigdy nie chorowa&#322;am  wtr&#261;ci&#322;a Leisha.

Owszem, chorowa&#322;a&#347;. Przesz&#322;a&#347; wietrzn&#261; osp&#281; i kilka drobnych przezi&#281;bie&#324; pod koniec czwartego roku &#380;ycia  wyliczy&#322;a precyzyjnie Susan.  Ale og&#243;lnie rzecz bior&#261;c, byli&#347;cie dosy&#263; zdrow&#261; gromadk&#261;. Tak wi&#281;c nam, naukowcom, pozosta&#322;a teoria alternatywna: &#380;e wzmo&#380;ona aktywno&#347;&#263; immunologiczna wywo&#322;a&#322;a zwi&#281;kszaj&#261;c&#261; si&#281; w czasie snu podatno&#347;&#263; na infekcje. Prawdopodobnie wi&#261;&#380;e si&#281; ona w jaki&#347; spos&#243;b z fluktuacj&#261; temperatury cia&#322;a w czasie snu paradoksalnego. Innymi s&#322;owy, sen wywo&#322;uje wzmo&#380;on&#261; podatno&#347;&#263; na infekcje, kt&#243;rej musz&#261; przeciwdzia&#322;a&#263; takie endogeniczne pyrogeny jak IL-1. Skoro sen stanowi&#322; problem, to jego rozwi&#261;zaniem by&#322;y substancje pobudzaj&#261;ce system immunologiczny. Gdyby nie sen, taki problem w og&#243;le by nie zaistnia&#322;. Rozumiesz, o czym m&#243;wi&#281;?

Tak.

Oczywi&#347;cie, &#380;e rozumiesz. G&#322;upie pytanie.  Susan odgarn&#281;&#322;a w&#322;osy z twarzy. Przy skroniach zaczyna&#322;y siwie&#263;. Za uchem mia&#322;a drobniutk&#261; plamk&#281; przebarwienia.

Przez wszystkie te lata zebrali&#347;my tysi&#261;ce, a mo&#380;e i setki tysi&#281;cy tomografii fotonowych m&#243;zg&#243;w  twojego i innych dzieci  wraz z niezliczonymi EEG, pr&#243;bkami p&#322;ynu m&#243;zgowo-rdzeniowego i ca&#322;ej tej reszty. Ale tak naprawd&#281; nie mogli&#347;my zajrze&#263; wam do m&#243;zg&#243;w, nie mogli&#347;my by&#263; pewni, co si&#281; tam w&#322;a&#347;ciwie dzieje. Dop&#243;ki Bernie Kuhn nie trzasn&#261;&#322; w t&#281; barierk&#281;.

Susan  przerwa&#322;a jej Leisha  dosy&#263; wprowadze&#324;. Powiedz od razu.

Nie b&#281;dziecie si&#281; starze&#263;.

Co?!

Kosmetycznie, odrobin&#281;. Mo&#380;e pod wp&#322;ywem ci&#261;&#380;enia troch&#281; zwiotczeje wam sk&#243;ra. Ale nieobecno&#347;&#263; peptyd&#243;w wywo&#322;uj&#261;cych sen i wszystko, co si&#281; z tym wi&#261;&#380;e, wp&#322;ywa na system immunologiczny i regeneracj&#281; tkanki w spos&#243;b, kt&#243;rego nie jeste&#347;my w stanie poj&#261;&#263;. W&#261;troba Berniego Kuhna by&#322;a w idealnym stanie. Podobnie p&#322;uca, serce, w&#281;z&#322;y ch&#322;onne, trzustka i szpik kostny. Nie tylko m&#322;ode i zdrowe  po prostu idealne. W jego organizmie zaistnia&#322;a jaka&#347; wzmo&#380;ona aktywno&#347;&#263; systemu regeneracji tkanek, kt&#243;ra najwyra&#378;niej jest pochodn&#261; dzia&#322;a&#324; systemu immunologicznego, ale radykalnie r&#243;&#380;n&#261; od tego, czego mogliby&#347;my si&#281; spodziewa&#263;. Organy nie wykazuj&#261; najmniejszych &#347;lad&#243;w zu&#380;ycia  nawet tak niewielkich jak w przypadku siedemnastoletniego ch&#322;opca. One si&#281; po prostu regeneruj&#261;  wci&#261;&#380; od nowa powracaj&#261; do stanu idealnego

Jak d&#322;ugo to potrwa?  szepn&#281;&#322;a Leisha.

Kt&#243;&#380; to mo&#380;e wiedzie&#263;? Bernie Kuhn by&#322; m&#322;ody  mo&#380;liwe, &#380;e istnieje jaki&#347; mechanizm kompensacyjny, kt&#243;ry w pewnej chwili utnie wszystko i po prostu rozpadniecie si&#281; jak jaka&#347; pieprzona galeria Dorian&#243;w Grey&#243;w. Ale nie s&#261;dz&#281;. Nie wydaje mi si&#281; te&#380;, &#380;eby to mog&#322;o trwa&#263; wiecznie, czego&#347; takiego &#380;adna regeneracja tkanek nie by&#322;aby w stanie dokona&#263;. Ale z pewno&#347;ci&#261; potrwa bardzo d&#322;ugo.

Leisha zapatrzy&#322;a si&#281; w rozmazane refleksy &#347;wiat&#322;a na przedniej szybie samochodu. W my&#347;lach widzia&#322;a twarz ojca na tle satynowego obicia trumny, otoczon&#261; wie&#324;cem bia&#322;ych r&#243;&#380;. Jego serce, nie regenerowane, zu&#380;y&#322;o si&#281;.

W tej sprawie wszelkie przewidywania nie wykraczaj&#261; poza czyst&#261; spekulacj&#281;. Wiemy, &#380;e struktury bia&#322;kowe, kt&#243;re wywo&#322;uj&#261; potrzeb&#281; snu u zwyk&#322;ych ludzi, przypominaj&#261; sk&#322;adnik &#347;ciany kom&#243;rkowej bakterii. Ale mo&#380;e nie ma &#380;adnego zwi&#261;zku mi&#281;dzy snem a podatno&#347;ci&#261; na dzia&#322;anie drobnoustroj&#243;w chorobotw&#243;rczych. Nie wiemy. Jednak brak pewno&#347;ci nigdy jeszcze nie powstrzyma&#322; brukowej prasy. Chcia&#322;am ci&#281; uprzedzi&#263;, bo z pewno&#347;ci&#261; nazw&#261; was supermanami. Homo perfectus. Nie&#347;miertelni.

Obie kobiety siedzia&#322;y przez chwil&#281; w milczeniu. W ko&#324;cu pierwsza odezwa&#322;a si&#281; Leisha:

Mam zamiar powiedzie&#263; o tym reszcie. Przez sie&#263;. Nie martw si&#281;, zachowamy wszelkie &#347;rodki ostro&#380;no&#347;ci. To Kevin Baker zaprojektowa&#322; sie&#263; Grupy; nikt nie dowie si&#281; nic ponad to, co sami b&#281;dziemy chcieli ujawni&#263;.

Jeste&#347;cie a&#380; tak dobrze zorganizowani?

Tak.

Susan odwr&#243;ci&#322;a wzrok.

Lepiej chod&#378;my ju&#380;. Sp&#243;&#378;nisz si&#281; na samolot.

Susan

Tak?

Dzi&#281;kuj&#281;.

Nie ma za co  odpar&#322;a Susan, a w jej g&#322;osie Leisha us&#322;ysza&#322;a to samo, co przedtem ujrza&#322;a na jej twarzy, a czego nie potrafi&#322;a wtedy nazwa&#263;: t&#281;sknot&#281;.



* * *


Regeneracja tkanki. D&#322;ugi, d&#322;ugi czas  krew &#347;piewa&#322;a jej w uszach, kiedy lecia&#322;a do Bostonu. Regeneracja tkanki. No i na koniec: Nie&#347;miertelni. Nie, nie przesadzaj, napomina&#322;a si&#281; surowo. Ale krew nie s&#322;ucha&#322;a.

Pani si&#281; cz&#281;sto u&#347;miecha  zauwa&#380;y&#322; m&#281;&#380;czyzna siedz&#261;cy obok, jaki&#347; biznesmen, kt&#243;ry najwyra&#378;niej jej nie rozpozna&#322;.  Wraca pani z jakiego&#347; przyj&#281;cia?

Nie, z pogrzebu.

M&#281;&#380;czyzna obrzuci&#322; j&#261; najpierw zaskoczonym, a po sekundzie oburzonym spojrzeniem. Leisha wyjrza&#322;a za okno. Daleko w dole rzeki wygl&#261;da&#322;y jak mikroobwody, pola jak schludne katalogi. A na horyzoncie widzia&#322;a puszyste bia&#322;e chmury niby nar&#281;cza bia&#322;ych kwiat&#243;w; egzotyczne, bujne kwiatostany w pe&#322;nej &#347;wiat&#322;a oran&#380;erii.



* * *


List nie by&#322; grubszy ni&#380; zwyk&#322;y wydruk pocztowy, ale wydruk zaadresowany r&#281;cznie by&#322; tak&#261; rzadko&#347;ci&#261;, &#380;e Richard poczu&#322; si&#281; zaniepokojony. To m&#243;g&#322; by&#263; &#322;adunek wybuchowy. Leisha przyjrza&#322;a si&#281; kopercie: PANI LEICHA CAMDEN. Drukowane litery, b&#322;&#261;d ortograficzny.

To mi wygl&#261;da na pismo dziecka  powiedzia&#322;a.

Richard sta&#322; obok na szeroko rozstawionych nogach, lekko pochylony do przodu.

Mo&#380;e specjalnie. &#379;eby&#347; pomy&#347;la&#322;a, &#380;e to dziecko. Uznali, &#380;e wobec dziecka b&#281;dziesz mniej podejrzliwa.

Jacy oni? Richard, czy my ju&#380; ze szcz&#281;tem zwariowali&#347;my?

Tak. Wobec zaistnia&#322;ych okoliczno&#347;ci  tak.

Tydzie&#324; wcze&#347;niej New England Journal of Medicine opublikowa&#322; artyku&#322; Susan. W godzin&#281; p&#243;&#378;niej telewizja i prasa zatrz&#281;s&#322;y si&#281; od spekulacji, dramatyzowania, gniewu i strachu. Leisha i Richard razem z innymi cz&#322;onkami Grupy &#347;ledzili i segregowali ka&#380;dy przejaw kt&#243;rego&#347; z tych czterech zjawisk, pr&#243;buj&#261;c ustali&#263;, jaki typ reakcji przewa&#380;a. Wygl&#261;da&#322;o to mniej wi&#281;cej tak: spekulacja (Bezsenni b&#281;d&#261; prawdopodobnie &#380;y&#263; przez ca&#322;e stulecia, co w rezultacie mo&#380;e doprowadzi&#263; do), dramatyzowanie (gdyby Bezsenny &#380;eni&#322; si&#281; tylko ze &#346;pi&#261;cym, m&#243;g&#322;by &#380;y&#263; dostatecznie d&#322;ugo, &#380;eby mie&#263; tuzin &#380;on i kilka tuzin&#243;w dzieci w tej zadziwiaj&#261;cej, wymieszanej rodzinie), gniew (manipulowanie prawami natury da&#322;o nam w rezultacie nienaturalnych tak zwanych ludzi, kt&#243;rzy &#380;y&#263; b&#281;d&#261; z niezas&#322;u&#380;on&#261; przewag&#261; czasow&#261;. Ten czas wykorzystaj&#261; na powi&#281;kszanie rodzin, gromadzenie bogactw i pot&#281;gi, niedost&#281;pnych dla reszty) i strach (ile potrwa, zanim podbije nas Superrasa?).

To tylko r&#243;&#380;ne odmiany tego samego l&#281;ku  podsumowa&#322;a w ko&#324;cu Carolyn Rizzolo i Grupa przerwa&#322;a prace.

Leisha mia&#322;a wkr&#243;tce podej&#347;&#263; do ko&#324;cowego egzaminu. Codziennie na ulicach miasteczka studenckiego, na korytarzach i salach wyk&#322;adowych towarzyszy&#322;y jej z&#322;o&#347;liwe komentarze, o kt&#243;rych natychmiast zapomina&#322;a w wirze pracy trudnej sesji przedegzaminacyjnej, kiedy to wszyscy studenci zredukowani zostali do identycznej roli petent&#243;w ko&#322;acz&#261;cych do drzwi wielkiego uniwersytetu. Potem, wyczerpana, wraca&#322;a w milczeniu do domu, do Richarda i Grupy, przez ca&#322;y czas &#347;wiadoma spojrze&#324; ludzi na ulicach, &#347;wiadoma, &#380;e jej ochroniarz, Bruce, idzie za ni&#261; krok w krok.

Uspokoi si&#281;  m&#243;wi&#322;a.

Richard nie odpowiada&#322;.

W&#322;adze miejskie w Salt Springs w Teksasie wyda&#322;y rozporz&#261;dzenie zakazuj&#261;ce wydawania Bezsennym koncesji na sprzeda&#380; alkoholu. Zakaz &#243;w motywowano tym, i&#380; prawa obywatelskie oparte na zapisie w klauzuli do Deklaracji Niepodleg&#322;o&#347;ci  wszyscy ludzie zostali stworzeni r&#243;wnymi sobie  nie mog&#261; odnosi&#263; si&#281; do Bezsennych. W promieniu stu mil od Salt Springs nie mieszka&#322; ani jeden Bezsenny, a o koncesj&#281; na sprzeda&#380; alkoholu od dziesi&#281;ciu lat nikt si&#281; nie stara&#322;, niemniej United Press i Datanet News natychmiast podchwyci&#322;y t&#281; historyjk&#281; i w ci&#261;gu dwudziestu czterech godzin we wszystkich krajowych gazetach ukaza&#322;y si&#281; ogniste wst&#281;pniaki argumentuj&#261;ce za lub przeciw.

Pojawi&#322;y si&#281; te&#380; nast&#281;pne lokalne rozporz&#261;dzenia. W Pollux, w Pensylwanii, mo&#380;na Bezsennemu odm&#243;wi&#263; wynaj&#281;cia czynszowego mieszkania. To z kolei rozporz&#261;dzenie uzasadniano tym, &#380;e z nienaturalnie wyd&#322;u&#380;onej aktywno&#347;ci &#380;yciowej Bezsennych wyniknie wzmo&#380;one zu&#380;ycie w&#322;asno&#347;ci gospodarza, a co za tym idzie wi&#281;ksze rachunki. W Cranton Estates, w Kalifornii, zabroniono Bezsennym prowadzenia punkt&#243;w us&#322;ugowych czynnych ca&#322;&#261; dob&#281; pod pretekstem nieuczciwej konkurencji. W Iroquis County, w stanie Nowy Jork, odsuni&#281;to ich od zasiadania w &#322;awach przysi&#281;g&#322;ych, twierdz&#261;c przy tym, &#380;e &#322;awa, w kt&#243;rej zasiada&#322;by Bezsenny ze skrzywionym pojmowaniem czasu, nie stanowi&#322;aby s&#261;du przysi&#281;g&#322;ych r&#243;wnych rang&#261;.

Wszystkie te przepisy zostan&#261; obalone przez s&#261;dy wy&#380;szej instancji  o&#347;wiadczy&#322;a Leisha.  Ale, m&#243;j Bo&#380;e, ile&#380; na to p&#243;jdzie pieni&#281;dzy i czasu!  A gdzie&#347; w zakamarkach &#347;wiadomo&#347;ci b&#322;ysn&#281;&#322;a my&#347;l, &#380;e zdanie to zabrzmia&#322;o, jakby p&#322;yn&#281;&#322;o z ust Rogera Camdena.

W stanie Georgia, gdzie do tej pory niekt&#243;re rodzaje dobrowolnych stosunk&#243;w seksualnych mi&#281;dzy dwojgiem doros&#322;ych uznawane by&#322;y za przest&#281;pstwo, r&#243;wnie&#380; mi&#322;o&#347;&#263; fizyczn&#261; mi&#281;dzy Bezsennym a &#346;pi&#261;cym uznano za przest&#281;pstwo trzeciego stopnia, klasyfikuj&#261;c je jako bestialstwo.

Kevin Baker napisa&#322; program, kt&#243;ry z ogromn&#261; szybko&#347;ci&#261; selekcjonowa&#322; w&#347;r&#243;d serwis&#243;w informacyjnych wszystko to, co dotyczy&#322;o prze&#347;ladowa&#324; i napa&#347;ci na Bezsennych, a nast&#281;pnie segregowa&#322; je wed&#322;ug typ&#243;w. Pliki udost&#281;pniono za po&#347;rednictwem sieci. Leisha przejrza&#322;a je, po czym przywo&#322;a&#322;a Kevina.

Czy nie m&#243;g&#322;by&#347; skonstruowa&#263; podobnego programu, kt&#243;ry rejestrowa&#322;by przypadki &#380;yczliwo&#347;ci wobec Bezsennych? Bo na razie otrzymujemy bardzo skrzywiony obraz.

Masz racj&#281;  przyzna&#322; Kevin, nieco zaskoczony.  Nie pomy&#347;la&#322;em o tym.

No to pomy&#347;l  rzuci&#322;a ponuro Leisha. Obserwuj&#261;cy j&#261; Richard nie odezwa&#322; si&#281; ani s&#322;owem.

Najbardziej przygn&#281;bia&#322;y j&#261; doniesienia o sytuacji ma&#322;ych dzieci. Wyizolowane w szko&#322;ach, wyzywane i obra&#380;ane przez w&#322;asne rodze&#324;stwo, atakowane przez chuligan&#243;w z s&#261;siedztwa i odrzucane przez rodzic&#243;w, kt&#243;rym zachcia&#322;o si&#281; kiedy&#347; wyj&#261;tkowego potomka, ale przecie&#380; nie takiego, kt&#243;ry mo&#380;e &#380;y&#263; przez kilka stuleci. Zarz&#261;d szk&#243;&#322; w Board River, w stanie Iowa, zadecydowa&#322; przez g&#322;osowanie, &#380;e Bezsennym dzieciom nale&#380;y zakaza&#263; ucz&#281;szczania do publicznych szk&#243;&#322;, poniewa&#380; ich uzdolnienia wywo&#322;uj&#261; u innych poczucie ni&#380;szo&#347;ci, co z kolei mog&#322;o przeszkodzi&#263; im w nauce. Rada wyasygnowa&#322;a fundusze na op&#322;acenie Bezsennym nauki w domach, jednak do prowadzenia zaj&#281;&#263; nie zg&#322;osi&#322; si&#281; ani jeden nauczyciel. Dosz&#322;o do tego, &#380;e rozmowy z dzie&#263;mi  nieraz ca&#322;onocne  poch&#322;ania&#322;y Leishy tyle samo czasu, co przygotowania do egzaminu, kt&#243;ry zaplanowano na lipiec.

Stella Bevington przesta&#322;a u&#380;ywa&#263; modemu.

Drugi program Kevina katalogowa&#322; artyku&#322;y, w kt&#243;rych domagano si&#281; sprawiedliwego traktowania Bezsennych. Zarz&#261;d szk&#243;&#322; w Denver wyasygnowa&#322; fundusze na program, dzi&#281;ki kt&#243;remu szczeg&#243;lnie uzdolnione dzieci, nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c Bezsennych, mog&#322;y lepiej wykorzysta&#263; swe zdolno&#347;ci i spo&#380;ytkowa&#263; je w pracy zespo&#322;owej, nawet nauczaj&#261;c m&#322;odszych od siebie. W Rive Beau, w Luizjanie, do rady miejskiej wybrano Bezsenn&#261; Danielle du Cherney, cho&#263; jako dwudziestodwulatka by&#322;a w&#322;a&#347;ciwie zbyt m&#322;oda do sprawowania tej funkcji. Presti&#380;owy zak&#322;ad badawczy Halleya-Halla celowo nag&#322;o&#347;ni&#322; spraw&#281; zatrudnienia Christophera Amrena, Bezsennego z tytu&#322;em doktorskim z medycyny wewn&#261;trzkom&#243;rkowej.

Dora Clarq, Bezsenna z Dallas, otworzy&#322;a adresowany do siebie list i &#322;adunek wybuchowy oderwa&#322; jej r&#281;k&#281;.

Richard i Leisha wpatrywali si&#281; w le&#380;&#261;c&#261; na stoliku kopert&#281;. Papier by&#322; do&#347;&#263; gruby, kremowy, lecz niezbyt wykwintny  papier gazetowy zabarwiony na kolor pergaminu. Nie by&#322;o adresu zwrotnego. Richard wezwa&#322; przez sie&#263; Liz Bishop, Bezsenn&#261;, kt&#243;ra studiowa&#322;a kryminalistyk&#281;. Nigdy przedtem z ni&#261; nie rozmawia&#322;  Leisha te&#380; nie  niemniej po&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z nimi natychmiast i poradzi&#322;a im, jak otworzy&#263; list, oferuj&#261;c si&#281;, &#380;e je&#347;li wol&#261;, przyleci zrobi&#263; to osobi&#347;cie. Richard i Leisha, post&#281;puj&#261;c wed&#322;ug jej wskaz&#243;wek, przygotowali w piwnicy wie&#380;owca zdalnie sterowan&#261; detonacj&#281;. Jednak nic nie wybuch&#322;o. Kiedy koperta by&#322;a otwarta, wyj&#281;li list i przeczytali:




Droga panno Camden

By&#322;a pani ca&#322;kiem w porz&#261;dku i przykro mi, &#380;e musz&#281; to zrobi&#263;, ale odchodz&#281;. W zwi&#261;zkach daj&#261; mi ostro popali&#263;, niby nie oficjalnie, ale wie pani jak to jest. Na pani miejscu nie szed&#322;bym do zwi&#261;zk&#243;w po nowego ochroniarza, tylko bym pr&#243;bowa&#322; znale&#378;&#263; jakiego&#347; prywatnie. Ale prosz&#281; uwa&#380;a&#263;. Jeszcze raz przepraszam, ale ja te&#380; musz&#281; jako&#347; &#380;y&#263;.

Bruce



Sama nie wiem: &#347;mia&#263; si&#281; czy p&#322;aka&#263;?  powiedzia&#322;a Leisha.  My tu &#347;ci&#261;gamy ca&#322;y ten sprz&#281;t, godzinami montujemy wszystko, &#380;eby detonator nie zadzia&#322;a&#322;

Co nie znaczy, &#380;e ja mia&#322;em akurat co&#347; lepszego do roboty  zauwa&#380;y&#322; Richard. Na fali resentymentu wobec Bezsennych niemal wszyscy jego klienci  z wyj&#261;tkiem dw&#243;ch  wra&#380;liwi na sytuacj&#281; rynkow&#261;, a zatem i dbali o opini&#281; publiczn&#261;, odwo&#322;ali swoje zam&#243;wienia.

Sie&#263; Grupy, ci&#261;gle jeszcze w&#322;&#261;czona na terminalu, dzwoni&#322;a przera&#378;liwym d&#378;wi&#281;kiem alarmu. Leisha pierwsza dopad&#322;a komputera. To by&#322; Tony.

Potrzebuj&#281; twojej pomocy prawnej, je&#347;li si&#281; zgodzisz. Pr&#243;buj&#261; wykurzy&#263; nas z Azylu. Bardzo prosz&#281;, przyle&#263; jak najpr&#281;dzej.



* * *


Azyl wygl&#261;da&#322; jak surowe, brunatne rysy na p&#243;&#378;nowiosennej ziemi. Le&#380;a&#322; w g&#243;rach Allegheny w stanie Nowy Jork, na starych stokach, poro&#347;ni&#281;tych sosn&#261; i bia&#322;ym orzechem. Od najbli&#380;szego miasta, Conewango, wiod&#322;a do&#324; doskonale g&#322;adka szosa. Wsz&#281;dzie wok&#243;&#322; sta&#322;y niewysokie, nie wymagaj&#261;ce konserwacji budynki w r&#243;&#380;nym stopniu zaawansowania budowy, zaprojektowane prosto, lecz z wdzi&#281;kiem. Jennifer Sharifi, kt&#243;ra wjecha&#322;a im naprzeciw, powita&#322;a ich bez &#347;ladu u&#347;miechu. Nie zmieni&#322;a si&#281; wiele przez tych sze&#347;&#263; lat, lecz jej d&#322;ugie, czarne w&#322;osy by&#322;y w nie&#322;adzie, a ciemne oczy rozszerzone z emocji.

Tony chcia&#322;by z wami pogada&#263;, ale prosi&#322;, &#380;ebym najpierw oprowadzi&#322;a was po Azylu.

Co si&#281; dzieje?  zapyta&#322;a cicho Leisha.

Pogadamy p&#243;&#378;niej. Najpierw przyjrzyjcie si&#281; Azylowi. Tony bardzo si&#281; liczy z twoim zdaniem, Leisho, wi&#281;c chcia&#322;by, &#380;eby&#347; wszystko obejrza&#322;a.

W ka&#380;dym budynku znajdowa&#322;y si&#281; sypialnie dla pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu os&#243;b, a tak&#380;e wsp&#243;lne kuchnie, &#322;azienki, jadalnie, pokoje do wypoczynku oraz istny labirynt gabinet&#243;w, pracowni i laboratori&#243;w.

Nazywamy je sypialniami nie bacz&#261;c na etymologi&#281;  powiedzia&#322;a Jennifer i nawet w tej kr&#243;tkiej uwadze, kt&#243;ra u ka&#380;dej innej osoby mia&#322;aby humorystyczny wyd&#378;wi&#281;k, Leisha wychwyci&#322;a pewn&#261; charakterystyczn&#261; kombinacj&#281; zwyk&#322;ego ch&#322;odnego spokoju Jennifer i jej obecnego napi&#281;cia.

Wbrew samej sobie nie mog&#322;a powstrzyma&#263; si&#281; od podziwu dla niezwyk&#322;ej dok&#322;adno&#347;ci, z jak&#261; Tony zaprojektowa&#322; ka&#380;dy szczeg&#243;&#322;. Zrobi&#322; wszystko, &#380;eby mieszka&#324;cy mogli &#380;y&#263; we wsp&#243;lnocie, nie trac&#261;c nic ze swej indywidualno&#347;ci. By&#322;a tu nawet sala gimnastyczna i ma&#322;y szpitalik (Pod koniec roku b&#281;dziemy mieli osiemnastu lekarzy z dyplomami Ameryka&#324;skiego Stowarzyszenia Lekarzy, a czterech z nich zamierza przyjecha&#263; tu wkr&#243;tce), &#380;&#322;obek, przedszkole, szko&#322;a i farma intensywnej uprawy.

Wi&#281;kszo&#347;&#263; artyku&#322;&#243;w &#380;ywno&#347;ciowych b&#281;dzie oczywi&#347;cie pochodzi&#322;a z zewn&#261;trz. Tak jak i zatrudnienie dla naszych ludzi, chocia&#380; do&#322;o&#380;ymy wszelkich stara&#324;, by jak najwi&#281;ksz&#261; cz&#281;&#347;&#263; pracy mogli wykonywa&#263; na miejscu, za po&#347;rednictwem sieci komputerowej. Nie odcinamy si&#281; od &#347;wiata, chcemy jedynie stworzy&#263; sobie bezpieczne miejsce, z kt&#243;rego b&#281;dziemy mogli z nim handlowa&#263;.

Leisha nie odezwa&#322;a si&#281;.

Poza urz&#261;dzeniami zasilaj&#261;cymi i samowystarczalnym generatorem energii Y najwi&#281;ksze wra&#380;enie zrobi&#322;o na niej planowe zasiedlanie. Tony zainteresowa&#322; swym projektem Bezsennych ze wszystkich dos&#322;ownie dziedzin, kt&#243;re mog&#322;y im si&#281; przyda&#263; na miejscu albo w kontaktach ze &#347;wiatem zewn&#281;trznym.

Jako pierwsi przybyli prawnicy i ksi&#281;gowi  wyja&#347;ni&#322;a Jennifer.  To nasza pierwsza linia obrony. Tony uzna&#322;, &#380;e wi&#281;kszo&#347;&#263; naszych wsp&#243;&#322;czesnych bitew o w&#322;adz&#281; rozgrywa si&#281; na sali konferencyjnej lub s&#261;dowej.

Ale nie tylko. Na koniec Jennifer pokaza&#322;a im plany obrony fizycznej. Jej napr&#281;&#380;one do granic mo&#380;liwo&#347;ci cia&#322;o wreszcie nieco si&#281; odpr&#281;&#380;y&#322;o.

Uczyniono wszystko, aby mo&#380;na by&#322;o powstrzyma&#263; napastnik&#243;w, nie czyni&#261;c im przy tym krzywdy. Ca&#322;e 150 mil kwadratowych, kt&#243;re naby&#322;a Jennifer, zosta&#322;o opasane szczelnym pier&#347;cieniem elektronicznego nadzoru. Leisha pomy&#347;la&#322;a zdziwiona, &#380;e to obszar wi&#281;kszy ni&#380; niekt&#243;re okr&#281;gi. Ka&#380;dy, kto wtargn&#261;&#322;by na teren posiad&#322;o&#347;ci, automatycznie uruchamia&#322; pole si&#322;owe, kt&#243;re potraktowa&#322;oby go elektrowstrz&#261;sami.

Ale tylko po zewn&#281;trznej stronie pola. Nie chcemy, &#380;eby kt&#243;re&#347; z naszych dzieci zrobi&#322;o sobie krzywd&#281;.

Atak bezza&#322;ogowych pojazd&#243;w i robot&#243;w mo&#380;na by&#322;o wykry&#263; dzi&#281;ki systemowi, kt&#243;ry lokalizowa&#322; wszystkie poruszaj&#261;ce si&#281; metalowe przedmioty, przekraczaj&#261;ce okre&#347;lon&#261; norm&#281; wagow&#261;. Podejrzany by&#322; ka&#380;dy poruszaj&#261;cy si&#281; metalowy przedmiot, kt&#243;ry nie mia&#322; na sobie specjalnego sygnalizatora zaprojektowanego przez Donalda Pospula, Bezsennego, kt&#243;ry opatentowa&#322; kilka bardzo istotnych elektronicznych podzespo&#322;&#243;w.

Oczywi&#347;cie, nie mamy &#380;adnych zabezpiecze&#324; na wypadek nalot&#243;w powietrznych albo atak&#243;w regularnych jednostek wojskowych, ale tego raczej si&#281; nie spodziewamy. Co najwy&#380;ej zawistnik&#243;w gonionych w&#322;asn&#261; nienawi&#347;ci&#261;.

Leisha dotkn&#281;&#322;a palcami plan&#243;w obronnych. Budzi&#322;y niepok&#243;j.

Je&#380;eli nie zdo&#322;amy si&#281; zintegrowa&#263; ze &#347;wiatem Wolny handel powinien oznacza&#263; swobod&#281; poruszania si&#281;.

Tylko wtedy, kiedy wolno&#347;&#263; poruszania poci&#261;ga za sob&#261; wolno&#347;&#263; my&#347;li  odparowa&#322;a b&#322;yskawicznie Jennifer, a co&#347; w jej g&#322;osie kaza&#322;o Leishy podnie&#347;&#263; wzrok.  Musz&#281; ci o czym&#347; powiedzie&#263;.

O czym?

Tonyego tu nie ma.

A gdzie jest?

W wi&#281;zieniu okr&#281;gowym w Conewango. To prawda, &#380;e staczali&#347;my tu prawdziw&#261; bitw&#281; o rejonizacj&#281;. O rejonizacj&#281;! Tu, na tym odludziu! Ale mniejsza z tym. Wa&#380;niejsze jest to, co zdarzy&#322;o si&#281; dzisiaj rano. Tonyego aresztowano pod zarzutem uprowadzenia Timmyego de Marzo.

FBI?

Tak.

Sk&#261;d jak si&#281; dowiedzieli?

Kt&#243;ry&#347; z agent&#243;w musia&#322; w ko&#324;cu wpa&#347;&#263; na trop. Nie powiedzieli jak. Tony potrzebuje adwokata, Leisho. Bill Thaine ju&#380; si&#281; zgodzi&#322;, ale on chce, &#380;eby&#347; to ty poprowadzi&#322;a spraw&#281;.

Jennifer przecie&#380; ja jeszcze nie zda&#322;am egzaminu Dopiero w lipcu

On m&#243;wi, &#380;e mo&#380;e poczeka&#263;. Do tego czasu spraw&#281; poprowadzi Bill. Zdasz?

Oczywi&#347;cie. Ale ju&#380; za&#322;atwi&#322;am sobie prac&#281; u Morehousea, Kennedyego i Andersona w Nowym Jorku  urwa&#322;a. Richard spogl&#261;da&#322; na ni&#261; twardo, Jennifer wprost przeszywa&#322;a j&#261; wzrokiem. Leisha zapyta&#322;a cicho:  Jaka b&#281;dzie linia obrony?

Winien  odrzek&#322;a Jennifer.  Z uwzgl&#281;dnieniem  jak to si&#281; fachowo nazywa?  okoliczno&#347;ci &#322;agodz&#261;cych.

Leisha skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Obawia&#322;a si&#281;, &#380;e Tony wybierze inny wariant, a to oznacza&#322;o k&#322;amstwa, wybiegi, ca&#322;&#261; t&#281; niepi&#281;kn&#261; polityk&#281;. My&#347;lami przebieg&#322;a szybko rozmaite sprawy z okoliczno&#347;ciami &#322;agodz&#261;cymi, precedensy, testy Mo&#380;na wykorzysta&#263; spraw&#281; Clements przeciwko Yoyowi.

Bill jest teraz w wi&#281;zieniu  powiedzia&#322;a Jennifer.  Pojedziesz tam ze mn&#261;?

Tak.

W Conewango, w siedzibie w&#322;adz okr&#281;gowych, nie pozwolono im zobaczy&#263; si&#281; z Tonym. William Thaine, jako jego adwokat, m&#243;g&#322; wchodzi&#263; swobodnie. Leisha, kt&#243;ra oficjalnie nie zosta&#322;a jeszcze prawnikiem, nie. Tak w&#322;a&#347;nie powiedziano im w biurze prokuratora okr&#281;gowego. Urz&#281;dnik, kt&#243;ry z nimi rozmawia&#322;, mia&#322; kamienny wyraz twarzy, a kiedy odwr&#243;cili si&#281; do wyj&#347;cia, splun&#261;&#322; za nimi, nie bacz&#261;c na to, &#380;e poplami &#347;lin&#261; pod&#322;og&#281; w&#322;asnego s&#261;du.

Richard i Leisha pojechali wynaj&#281;tym samochodem na lotnisko, sk&#261;d mieli wr&#243;ci&#263; do Bostonu. Po drodze Richard powiedzia&#322; Leishy, &#380;e odchodzi. Chce natychmiast przeprowadzi&#263; si&#281; do Azylu, &#380;eby pom&#243;c przy planowaniu i budowie.



* * *


Wi&#281;kszo&#347;&#263; czasu Leisha sp&#281;dza&#322;a teraz w swoim mieszkaniu, przygotowuj&#261;c si&#281; pilnie do egzaminu albo komunikuj&#261;c si&#281; z Bezsennymi dzie&#263;mi za po&#347;rednictwem sieci Grupy. Nie zatrudni&#322;a nowego ochroniarza na miejsce Brucea, nie bardzo wi&#281;c mia&#322;a ochot&#281; wychodzi&#263;, co z kolei budzi&#322;o w niej z&#322;o&#347;&#263; na sam&#261; siebie. Raz czy dwa razy dziennie przegl&#261;da&#322;a wycinki prasowe, dostarczane przez maszyn&#281; Kevina.

Pojawi&#322;y si&#281; pierwsze zwiastuny nadziei. New York Times wydrukowa&#322; artyku&#322; wst&#281;pny, szeroko rozkolportowany przez elektroniczne serwisy informacyjne.



SUKCES A NIENAWI&#346;&#262;:


KRZYWA LOGICZNA, KT&#211;REJ WOLIMY NIE WIDZIE&#262;


Stany Zjednoczone nigdy nie nale&#380;a&#322;y do kraj&#243;w, w kt&#243;rych ceni si&#281; spok&#243;j, logik&#281; i racjonalno&#347;&#263;. My, Amerykanie, wykazujemy tendencj&#281; do okre&#347;lania tych cech przymiotnikiem zimne. Wykazujemy takie wyra&#378;n&#261; sk&#322;onno&#347;&#263; do podziwu wobec uczu&#263; i czyn&#243;w; w pami&#281;tnikach i opowie&#347;ciach zawsze wynosimy pod niebiosa nie tych, kt&#243;rzy ustanowili Konstytucj&#281;, ale tych, kt&#243;rzy bronili jej pod Iwo Jima. Stawimy nie osi&#261;gni&#281;cia intelektualne Linusa Paulinga, ale heroiczne cierpienia Charlesa Lindbergha, nie tw&#243;rc&#243;w kolei jednoszynowej i komputer&#243;w, kt&#243;re nas jednocz&#261;, ale tw&#243;rc&#243;w gniewnych protestsong&#243;w, kt&#243;re nas dziel&#261;.

Pewnym szczeg&#243;lnym aspektem tego zjawiska wydaje si&#281; fakt, i&#380; narasta ono gwa&#322;townie w czasach dobrobytu. Im lepiej maj&#261; si&#281; nasi obywatele, tym silniejsz&#261; &#380;ywi&#261; pogard&#281; dla chlodnego rozumowania, kt&#243;re im ten dobrobyt zapewnia i tym wi&#281;kszy &#380;ywi&#261; sentyment dla uczuciowo&#347;ci. Wt&#243;rny jako przyk&#322;ad nie ko&#324;cz&#261;cy si&#281; karnawa&#322; szalonych lat dwudziestych czy pogard&#281; dla establishmentu w latach sze&#347;&#263;dziesi&#261;tych zesz&#322;ego wieku. Z kolei w naszym w&#322;asnym stuleciu nale&#380;a&#322;oby przyjrze&#263; si&#281; baczniej okresowi nadzwyczaj dobrej koniunktury, kt&#243;r&#261; zawdzi&#281;czamy energii Y i zastanowi&#263; si&#281; nad tym, &#380;e Kenzo Yagai uznawany by&#322; przez wszystkich  z wyj&#261;tkiem w&#322;asnych zwolennik&#243;w  za chciwego i zimnokrwistego logika. Jednocze&#347;nie ca&#322;y nar&#243;d prze&#347;ciga&#322; si&#281; w pochlebstwach pod adresem pisarza neonihilisty Stephena Castelli, aktorki Brendy Foss czy nurka grawitacyjnego Jima Morsea Lutera.

Ale przede wszystkim  kiedy ju&#380; rozwa&#380;amy ten problem w naszych ogrzanych energi&#261; Y domach  nale&#380;a&#322;oby si&#281; przyjrze&#263; najnowszej fali irracjonalnych emocji skierowanych przeciw Bezsennym, fali, kt&#243;ra znacznie przybra&#322;a, na sile od czasu ostatniej publikacji dotycz&#261;cej odkry&#263; Instytutu Biotechniki i Akademii Medycznej na temat regeneracji tkankowej u Bezsennych.

Wi&#281;kszo&#347;&#263; Bezsennych to ludzie inteligentni. Wi&#281;kszo&#347;&#263; z nich to ludzie opanowani, je&#380;eli zdefiniowa&#263; to powszechnie znienawidzone s&#322;owo jako kierowanie w&#322;asnej energii na rozwi&#261;zywanie problem&#243;w, a nie ku zwi&#261;zanym z nimi emocjom. (Nawet ostatnia zdobywczyni nagrody Pulitzera, Carolyn Hizzolo, ukaza&#322;a nam w swojej sztuce zachwycaj&#261;c&#261; gr&#281; idei, nie za&#347; burz&#281; rozszala&#322;ych nami&#281;tno&#347;ci.) Wszyscy oni wykazuj&#261; naturalny p&#281;d do osi&#261;gni&#281;&#263;, p&#281;d tym wi&#281;kszy, i&#380; dysponuj&#261; dodatkowo jedn&#261; trzeci&#261; &#380;ycia, kt&#243;r&#261; mog&#261; w tym celu wykorzysta&#263;. Co wi&#281;cej, ich osi&#261;gni&#281;cia le&#380;&#261; na og&#243;&#322; w sferach bli&#380;szych logice ni&#380; emocjom, takich jak komputery, prawo, finanse, fizyka, medycyna do&#347;wiadczalna. S&#261; racjonalni, obowi&#261;zkowi, opanowani, rado&#347;nie m&#322;odzi i prawdopodobnie bardzo d&#322;ugowieczni.

Za wszystko to obywatele naszych wyj&#261;tkowo zamo&#380;nych Stan&#243;w Zjednoczonych darz&#261; ich coraz wi&#281;ksz&#261; nienawi&#347;ci&#261;.

Czy owa nienawi&#347;&#263;, kt&#243;r&#261;  jak si&#281; zdaje  podsycamy i piel&#281;gnujemy, naprawd&#281; wyrasta (jak wielu usi&#322;uje nam wm&#243;wi&#263;) z niezas&#322;u&#380;onej przewagi, kt&#243;r&#261; Bezsenni osi&#261;gn&#281;li kosztem reszty spo&#322;ecze&#324;stwa i dzi&#281;ki kt&#243;rej mog&#261; teraz zagrozi&#263; naszej &#380;yciowej stabilizacji? Czy to rzeczywi&#347;cie zawi&#347;&#263; o sukcesy Bezsennych? Czy te&#380; mo&#380;e nienawi&#347;&#263; nasza wyrasta z g&#322;&#281;bszego i bardziej niebezpiecznego &#378;r&#243;d&#322;a: z naszej starej ameryka&#324;skiej tradycji strzelania z biodra? Mo&#380;e to st&#261;d w&#322;a&#347;nie bierze si&#281; nienawi&#347;&#263; do wszystkiego co logiczne, spokojne, rozwa&#380;ne? A mo&#380;e to nienawi&#347;&#263; skierowana przeciwko wy&#380;szej umys&#322;owo&#347;ci?

Je&#347;li tak, to chyba powinni&#347;my zastanowi&#263; si&#281; g&#322;&#281;biej nad ojcami tego narodu: Jeffersonem, Washingtonem, Paineem, Adamsem  przedstawicielami Wieku Rozumu. Ludzie ci stworzyli nasz uporz&#261;dkowany system prawny w&#322;a&#347;nie po to, by chroni&#263; w&#322;asno&#347;&#263; i dorobek osi&#261;gni&#281;ty dzi&#281;ki indywidualnemu wysi&#322;kowi zr&#243;wnowa&#380;onego i racjonalnego umys&#322;u. Bezsenni mog&#261; sta&#263; si&#281; najpowa&#380;niejszym sprawdzianem naszej wiary w prawo i porz&#261;dek. Nie, Bezsenni nie zostali stworzeni r&#243;wnymi, lecz nasz do nich stosunek powinien by&#263; zbadany z uwag&#261; podobn&#261; tej, kt&#243;r&#261; zwykli stosowa&#263; prawoznawcy. To, czego dowiemy si&#281; o kieruj&#261;cych nami pobudkach, mo&#380;e si&#281; nam nie spodoba&#263;, ale nasza wiarygodno&#347;&#263; zale&#380;y od tego, jak rzeczowo i starannie owo badanie przeprowadzimy. Reakcje na najnowsze odkrycia zdaj&#261; si&#281; wykazywa&#263; braki zar&#243;wno w rzeczowo&#347;ci, jak i racjonalizmie.

Prawo to nie teatr. Zanim zaczniemy tworzy&#263; prawa, kt&#243;re maj&#261; odzwierciedla&#263; nasze napuszone i koturnowe odczucia, powinni&#347;my si&#281; upewni&#263;, czy dobrze pojmujemy t&#281; r&#243;&#380;nic&#281;.



* * *


Leisha mia&#322;a ochot&#281; u&#347;ciska&#263; sam&#261; siebie, kiedy z u&#347;miechem wpatrywa&#322;a si&#281; w ekran monitora. Zadzwoni&#322;a do redakcji New York Timesa z pytaniem, kto jest autorem artyku&#322;u. Sekretarka, z pocz&#261;tku uprzejma i mi&#322;a, nagle sta&#322;a si&#281; obcesowa i szorstka. Times nie mo&#380;e udziela&#263; takich informacji, stwierdzi&#322;a sucho.

Ale i to nie zdo&#322;a&#322;o popsu&#263; nastroju Leishy. Kr&#281;ci&#322;a si&#281; rado&#347;nie po ca&#322;ym mieszkaniu, pierwszy raz po wielu dniach wysiadywania przy komputerze. Uniesienie domaga&#322;o si&#281; wy&#322;adowania w fizycznej pracy. Pozmywa&#322;a naczynia, pozbiera&#322;a ksi&#261;&#380;ki. W umeblowaniu mieszkania wida&#263; by&#322;o wyra&#378;ne luki po przedmiotach, kt&#243;re zabra&#322; ze sob&#261; Richard. Troch&#281; ju&#380; uspokojona, poprzesuwa&#322;a meble, &#380;eby puste miejsca znikn&#281;&#322;y.

Zadzwoni&#322;a Susan Melling, &#380;eby powiedzie&#263; jej o wst&#281;pniaku z Timesa. Porozmawia&#322;y serdecznie przez kilka minut. Ledwie Leisha odwiesi&#322;a s&#322;uchawk&#281;, telefon zadzwoni&#322; ponownie.

Leisha? G&#322;os ci si&#281; wcale nie zmieni&#322;. Tu Stewart Sutter.

Och, to ty, Stewart.

Nie widzia&#322;a go ju&#380; tak d&#322;ugo. Ich romans trwa&#322; dwa lata, potem zwyczajnie si&#281; rozp&#322;yn&#261;&#322;, nie z powodu jakich&#347; bolesnych zdarze&#324;, ale po prostu pod presj&#261; pracy na uczelni. Stoj&#261;c przy terminalu komunikacyjnym i s&#322;uchaj&#261;c jego g&#322;osu, Leisha niespodziewanie zn&#243;w poczu&#322;a na piersiach jego r&#281;ce, na nowo znalaz&#322;a si&#281; na wymi&#281;tym &#322;&#243;&#380;ku w akademiku, wtedy, kiedy wreszcie odkry&#322;a, do czego w&#322;a&#347;ciwie s&#322;u&#380;y ten mebel. Bezcielesne d&#322;onie sta&#322;y si&#281; d&#322;o&#324;mi Stewarta i poczu&#322;a, jak przeszywaj&#261; nag&#322;y b&#243;l.

Pos&#322;uchaj  m&#243;wi&#322; dalej Stewart.  Dzwoni&#281;, bo mam pewne informacje, o kt&#243;rych powinna&#347; chyba wiedzie&#263;. Za tydzie&#324; zdajesz egzamin, zgadza si&#281;? A potem idziesz na sta&#380; do Morehousea, Kennedyego i Andersona, prawda?

Sk&#261;d ty to wszystko wiesz, Stewart?

Takie tam plotki z m&#281;skiego przybytku. No, mo&#380;e nie a&#380; tak &#378;le. Ale spo&#322;eczno&#347;&#263; prawnicza Nowego Jorku  w ka&#380;dym razie ta akurat jej cz&#281;&#347;&#263;  jest mniejsza ni&#380; przypuszczasz. A ty raczej rzucasz si&#281; w oczy.

Tak  potwierdzi&#322;a oboj&#281;tnie.

Nikt nie ma najmniejszych w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e zdasz. Ale istniej&#261; pewne w&#261;tpliwo&#347;ci co do twojej pracy u Morehousea i Kennedyego. Dwaj powa&#380;ni wsp&#243;lnicy, Alan Morehouse i Seth rozmy&#347;lili si&#281; pod wp&#322;ywem tego zamieszania. Niekorzystny dla firmy rozg&#322;os, prawo zamieni si&#281; w cyrk, bla, bla, bla Znasz to. Ale obstaje za tob&#261; dwoje najpot&#281;&#380;niejszych: Ann Carlyle i Michael Kennedy, sam stary we w&#322;asnej osobie. On ma g&#322;ow&#281; na karku. W ka&#380;dym razie chcia&#322;em, &#380;eby&#347; si&#281; orientowa&#322;a w sytuacji i &#380;eby&#347; wiedzia&#322;a, na kogo mo&#380;esz liczy&#263; w przysz&#322;ych bojach.

Dzi&#281;kuj&#281;  odrzek&#322;a Leisha.  Stew Dlaczego ci tak zale&#380;y, &#380;ebym dosta&#322;a t&#281; prac&#281;? Przecie&#380; to chyba nie ma dla ciebie &#380;adnego znaczenia?

Na chwil&#281; w s&#322;uchawce zaleg&#322;a cisza. Potem Stewart powiedzia&#322; bardzo cicho:

Nie wszyscy z nas to t&#281;pog&#322;owi, Leisho. Sprawiedliwo&#347;&#263; jeszcze co&#347; dla nas znaczy. A tak&#380;e osi&#261;gni&#281;cia.

Poczu&#322;a w duszy &#347;wiat&#322;o, banieczk&#281; rozradowanego &#347;wiat&#322;a.

Wielu popiera was tak&#380;e w tej idiotycznej batalii o rejonizacj&#281; Azylu. Pewnie nie zdajesz sobie nawet z tego sprawy. To, co pr&#243;buje przepchn&#261;&#263; ta banda z komisji ochrony przyrody No, ale oni to tylko marionetki w cudzych r&#281;kach. Sama wiesz. W ka&#380;dym razie, kiedy sprawa znajdzie si&#281; w s&#261;dzie, otrzymacie wszelk&#261; mo&#380;liw&#261; pomoc.

Azyl to nie moja sprawa. Wcale.

Nie? No c&#243;&#380;, mia&#322;em na my&#347;li was wszystkich.

Dzi&#281;kuj&#281; ci. Naprawd&#281;. A co u ciebie?

W porz&#261;dku. Zosta&#322;em tatusiem.

Co&#347; podobnego! Ch&#322;opak czy dziewczynka?

Dziewczynka. Ma na imi&#281; Justine  &#347;liczna ma&#322;a cholernica. Zupe&#322;nie oszala&#322;em na jej punkcie. Chcia&#322;bym, &#380;eby&#347; pozna&#322;a moj&#261; &#380;on&#281;, Leisho.

B&#281;dzie mi bardzo mi&#322;o  odrzek&#322;a Leisha.

Reszt&#281; nocy sp&#281;dzi&#322;a nad ksi&#261;&#380;kami. Banieczka &#347;wiat&#322;a nadal jej towarzyszy&#322;a. Wiedzia&#322;a dok&#322;adnie, co to jest: rado&#347;&#263;.

Wszystko b&#281;dzie dobrze. Niepisany kontrakt miedzy ni&#261; a spo&#322;ecze&#324;stwem  spo&#322;ecze&#324;stwem Kenzo Yagai i Rogera Camdena  nie zostanie zerwany. Mimo r&#243;&#380;nic, napi&#281;&#263;, a nawet mimo nienawi&#347;ci Nagle przypomina&#322;a sobie hiszpa&#324;skich &#380;ebrak&#243;w Tonyego, pe&#322;nych z&#322;o&#347;ci na silniejszych od siebie. No tak. Ale kontrakt nie b&#281;dzie zerwany.

Wierzy&#322;a w to.



7

LEISHA Z&#321;O&#379;Y&#321;A EGZAMIN W LIPCU. NIE WYDA&#321; SI&#280; JEJ szczeg&#243;lnie trudny. Po egzaminie tr&#243;jka student&#243;w z jej grupy zadba&#322;a o to, by towarzyszy&#263; jej, na poz&#243;r przypadkowo, dop&#243;ki nie znalaz&#322;a si&#281; bezpiecznie we wn&#281;trzu taks&#243;wki, kt&#243;rej kierowca najwyra&#378;niej jej nie rozpozna&#322;. Ca&#322;a tr&#243;jka  dw&#243;ch m&#281;&#380;czyzn i kobieta  to byli &#346;pi&#261;cy. Dwaj studenci m&#322;odszego roku, g&#322;adko wygoleni blondyni o poci&#261;g&#322;ych twarzach i bezmy&#347;lnej arogancji nowobogackich gapili si&#281; na ni&#261; nachalnie, rzucaj&#261;c szydercze uwagi. Dziewczyna z grupy Leishy odparowa&#322;a im z&#322;o&#347;liwie.

Nast&#281;pnego ranka Leisha mia&#322;a lecie&#263; do Chicago, gdzie chcia&#322;a spotka&#263; si&#281; z Alice. Musia&#322;y uporz&#261;dkowa&#263; sprawy posiad&#322;o&#347;ci nad jeziorem, rozdysponowa&#263; w&#322;asno&#347;&#263; ojca i wystawi&#263; dom na sprzeda&#380;. Wcze&#347;niej Leisha nie znalaz&#322;a na to czasu.

Przypomnia&#322;a sobie ojca, kiedy pracowa&#322; w oran&#380;erii, w starym, nie wiedzie&#263; sk&#261;d wytrza&#347;ni&#281;tym kapeluszu na g&#322;owie przesadza&#322; orchidee, ja&#347;miny i passiflory.

Drgn&#281;&#322;a zaskoczona, kiedy zadzwoni&#322; dzwonek u drzwi; prawie nikt jej nie odwiedza&#322;. Z entuzjazmem w&#322;&#261;czy&#322;a kamer&#281;  mo&#380;e to Jonathan lub Martha wpadli do Bostonu, &#380;eby zrobi&#263; jej niespodziank&#281;, &#380;eby uczci&#263; &#379;e te&#380; jej samej nie przysz&#322;o do g&#322;owy, &#380;eby jako&#347; uczci&#263; ten dzie&#324;

Przed obiektywem kamery sta&#322; Richard. P&#322;aka&#322;.

Jednym szarpni&#281;ciem otworzy&#322;a drzwi. Richard nawet si&#281; nie poruszy&#322;. Leisha dostrzeg&#322;a, &#380;e to, co kamera zarejestrowa&#322;a jako &#380;al, by&#322;o w istocie czym&#347; zupe&#322;nie innym: &#322;zami w&#347;ciek&#322;o&#347;ci.

Tony nie &#380;yje.

Leisha &#347;lepo wyci&#261;gn&#281;&#322;a przed siebie d&#322;o&#324;. Richard jej nie uj&#261;&#322;.

Zabili go w wi&#281;zieniu. Nie w&#322;adze, inni wi&#281;&#378;niowie. Na wybiegu. Mordercy, gwa&#322;ciciele, bandyci, same m&#281;ty i szumowiny  i wszyscy uznali, &#380;e maj&#261; prawo go zabi&#263;, bo by&#322; inny.

Teraz dopiero z&#322;apa&#322; j&#261; za r&#281;k&#281;, tak gwa&#322;townie, &#380;e w &#347;rodku jaka&#347; ko&#347;&#263; przesun&#281;&#322;a si&#281; i podra&#380;ni&#322;a nerw.

Nie tylko inny  lepszy! Dlatego, &#380;e by&#322; lepszy, &#380;e wszyscy jeste&#347;my lepsi, nie podniesiemy si&#281; i nie wykrzyczymy tego na ca&#322;y g&#322;os, &#380;eby nie rani&#263; ich cholernych uczu&#263;! M&#243;j Bo&#380;e!

Leisha wyrwa&#322;a r&#281;k&#281; i bezwiednie potar&#322;a, wpatruj&#261;c si&#281; oniemia&#322;a w wykrzywion&#261; twarz Richarda.

Zat&#322;ukli go na &#347;mier&#263; o&#322;owian&#261; rur&#261;! Nie wiadomo nawet, sk&#261;d j&#261; wzi&#281;li! Uderzyli go w ty&#322; g&#322;owy, przewr&#243;cili i

Przesta&#324;!  krzykn&#281;&#322;a Leisha. Zabrzmia&#322;o to jak skowyt.

Richard spojrza&#322; na ni&#261; uwa&#380;nie. Pomimo krzyku, pomimo b&#243;lu gwa&#322;townie uchwyconej r&#281;ki Leisha mia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e dopiero teraz zobaczy&#322; j&#261; naprawd&#281;. Nadal masowa&#322;a r&#281;k&#281;, wpatruj&#261;c si&#281; w niego z przera&#380;eniem. Richard odezwa&#322; si&#281; cicho:

Przyjecha&#322;em ci&#281; zabra&#263; do Azylu, Leisho. W samochodzie czekaj&#261; Dan Jenkins i Vernon Bulriss. Je&#347;li b&#281;dzie trzeba, wyniesiemy ci&#281; st&#261;d si&#322;&#261;. Ale pojedziesz z nami. Widzisz, co si&#281; dzieje, prawda? Nie jeste&#347; tu bezpieczna. Z tym swoim klasycznym profilem i spektakularn&#261; urod&#261; stanowisz idealny cel do ataku. Mamy ci&#281; zmusi&#263;? Czy mo&#380;e dotar&#322;o wreszcie do ciebie, &#380;e nie mamy innego wyboru  te gnojki nie zostawi&#322;y nam &#380;adnego wyboru  z wyj&#261;tkiem Azylu?

Leisha zamkn&#281;&#322;a oczy. Czternastoletni Tony na pla&#380;y. P&#322;omienny wzrok Tonyego, kiedy si&#281;ga&#322; po naczynie z interleukinem-1. Hiszpa&#324;scy &#380;ebracy.

Jad&#281;.



* * *


Nigdy przedtem nie czu&#322;a takiego gniewu. Przera&#380;a&#322; j&#261;, nap&#322;ywa&#322; falami przez ca&#322;&#261; noc, ust&#281;powa&#322;, by po chwili wr&#243;ci&#263;. Richard trzyma&#322; j&#261; w ramionach, siedzieli oparci o &#347;cian&#281; biblioteki. Za &#347;cian&#261;, w drugim pokoju, Dan i Vernon rozmawiali &#347;ciszonymi g&#322;osami.

Czasem gniew wybucha&#322; krzykiem, Leisha s&#322;ysza&#322;a siebie i my&#347;la&#322;a: Przecie&#380; wcale si&#281; nie znam. Czasem gniew przechodzi&#322; w p&#322;acz, czasem zmusza&#322;, by m&#243;wi&#322;a o Tonym, o nich wszystkich. Ale ani krzyk, ani p&#322;acz, ani rozmowa nie przynios&#322;y jej ukojenia.

Uspokaja&#322;a si&#281; troch&#281;, kiedy m&#243;wi&#322;a o przysz&#322;o&#347;ci. Zimnym, suchym g&#322;osem, kt&#243;rego nie poznawa&#322;a, powiedzia&#322;a Richardowi, &#380;e musi jecha&#263; do Chicago, &#380;eby zlikwidowa&#263; tamtejszy dom. Trzeba jecha&#263; koniecznie, bo Alice ju&#380; tam na ni&#261; czeka. Je&#380;eli Richard z Vernonem i Danem wsadzaj&#261; do samolotu, a na lotnisku odbierze j&#261; Alice z wynaj&#281;t&#261; obstaw&#261;, to b&#281;dzie bezpieczna. Potem zamieni bilet powrotny na bilet do Conewango i razem z Richardem pojedzie do Azylu.

Ludzie ju&#380; zacz&#281;li si&#281; zje&#380;d&#380;a&#263;  m&#243;wi&#322; Richard.  Wszystko organizuje Jennifer Sharifi, smaruje dostawc&#243;w takimi sumami, &#380;e nie potrafi&#261; si&#281; oprze&#263;. A co z twoim mieszkaniem? Z meblami, terminalem, ubraniami?

Leisha rozejrza&#322;a si&#281; po swojej pracowni. P&#243;&#322;ki na &#347;cianach zajmowa&#322;y rz&#281;dy ksi&#261;&#380;ek prawniczych w czerwonych, zielonych i br&#261;zowych ok&#322;adkach, mimo &#380;e wi&#281;kszo&#347;&#263; informacji w nich zawartych mia&#322;a ju&#380; w komputerze. Na biurku, na drukarce, sta&#322;a fili&#380;anka po kawie. Obok le&#380;a&#322; rachunek, kt&#243;rego za&#380;&#261;da&#322;a dzi&#347; od kierowcy taks&#243;wki, &#380;artobliwa pami&#261;tka po dniu, w kt&#243;rym zda&#322;a ko&#324;cowy egzamin. Chcia&#322;a oprawi&#263; go w ramki. Nad biurkiem wisia&#322; holograficzny portret Kenzo Yagai.

Niech zgnij&#261;  powiedzia&#322;a w ko&#324;cu.

Richard przygarn&#261;&#322; j&#261; mocniej do siebie.



* * *


Nigdy ci&#281; tak&#261; nie widzia&#322;am  powiedzia&#322;a Alice &#322;agodnie.  Nie chodzi tylko o sprzeda&#380; domu, prawda?

Zabierzmy si&#281; za robot&#281;  uci&#281;&#322;a Leisha. Wyszarpn&#281;&#322;a jakie&#347; ubranie z garderoby ojca.  We&#378;miesz co&#347; z tego dla m&#281;&#380;a?

Nie ten rozmiar.

A z kapeluszy?

Nie  powt&#243;rzy&#322;a Alice.  O co chodzi, Leisho?

O nic. Po prostu we&#378;my si&#281; do roboty!

Wyrzuci&#322;a z szafy wszystkie ubrania Camdena, zwali&#322;a je na kup&#281; na pod&#322;odze i nabazgra&#322;a na skrawku papieru: Dla organizacji charytatywnych. Po&#322;o&#380;y&#322;a papier na szczycie sterty. Alice zacz&#281;&#322;a dorzuca&#263; ubrania z komody, na kt&#243;rej przyklejono ju&#380; etykietk&#281;: NA AUKCJ&#280;.

Niemal w ca&#322;ym domu okna pozbawione by&#322;y firanek; Alice pozdejmowa&#322;a je poprzedniego dnia. Zwin&#281;&#322;a tak&#380;e dywany. Zach&#243;d s&#322;o&#324;ca l&#347;ni&#322; czerwono na nagich deskach pod&#322;&#243;g.

A tw&#243;j pok&#243;j?  spyta&#322;a Leisha.  We&#378;miesz co&#347; stamt&#261;d?

Ju&#380; pozaznacza&#322;am. Przyjad&#281; po to w czwartek.

W porz&#261;dku. Co nam zosta&#322;o?

Oran&#380;eria. Sanderson podlewa&#322; wszystko, ale nie mia&#322; poj&#281;cia, co ile potrzebuje wody, wi&#281;c niekt&#243;re kwiaty

Zwolnij Sandersa  uci&#281;&#322;a Leisha.  Egzotyczne mog&#261; zwi&#281;dn&#261;&#263;. Albo ka&#380; je wys&#322;a&#263; do jakiego&#347; szpitala, je&#347;li wolisz. Tylko uwa&#380;aj, bo niekt&#243;re s&#261; truj&#261;ce. Chod&#378;, zajmiemy si&#281; bibliotek&#261;.

Alice usiad&#322;a powoli na zrolowanym dywanie na &#347;rodku sypialni ojca. &#346;ci&#281;&#322;a w&#322;osy na kr&#243;tko. Leishy nie podoba&#322;a si&#281; ta nowa fryzura  stercz&#261;ce jak kolce kosmyki wok&#243;&#322; jej szerokiej twarzy. Przybra&#322;a te&#380; na wadze. Zaczyna&#322;a upodabnia&#263; si&#281; do matki.

Pami&#281;tasz tamt&#261; noc, kiedy powiedzia&#322;am ci, &#380;e jestem w ci&#261;&#380;y?  spyta&#322;a.  Zanim wyjecha&#322;a&#347; do Harvardu?

Zajmijmy si&#281; bibliotek&#261;.

Pami&#281;tasz?  powt&#243;rzy&#322;a Alice.  Na lito&#347;&#263; bosk&#261;, czy nie mo&#380;esz cho&#263; raz pos&#322;ucha&#263;, co kto&#347; inny ma do powiedzenia? Czy musisz przez ca&#322;y czas zachowywa&#263; si&#281; jak tato?

Nie zachowuj&#281; si&#281; jak tato!

Jak jasna cholera. Jeste&#347; dok&#322;adnie taka, jak sobie za&#380;yczy&#322;. Ale nie o to chodzi. Pami&#281;tasz tamt&#261; noc?

Leisha przekroczy&#322;a dywan i wysz&#322;a. Alice siedzia&#322;a dalej. Po chwili Leisha wr&#243;ci&#322;a.

Pami&#281;tam.

By&#322;a&#347; wtedy bliska &#322;ez  ci&#261;gn&#281;&#322;a nieugi&#281;ta Alice. M&#243;wi&#322;a cicho:  Nawet nie bardzo pami&#281;tam, dlaczego. Mo&#380;e chodzi&#322;o o to, &#380;e nie pojad&#281; do collegeu. Ale obj&#281;&#322;am ci&#281; wtedy i po raz pierwszy od wielu lat  od wielu lat, Leisho  poczu&#322;am, &#380;e naprawd&#281; jeste&#347; moj&#261; siostr&#261;. Bez wzgl&#281;du na wszystko  na w&#322;&#243;czenie si&#281; noc&#261; po korytarzu i te popisy w rozmowach z tat&#261;, t&#281; ekstra szko&#322;&#281;, nienaturalnie d&#322;ugie nogi i z&#322;ociste w&#322;osy  bez wzgl&#281;du na ca&#322;e to g&#243;wno. Wydawa&#322;o mi si&#281; wtedy, &#380;e mnie potrzebujesz. &#379;e mnie potrzebujesz.

Co m&#243;wisz? &#379;e mo&#380;esz zbli&#380;y&#263; si&#281; do cz&#322;owieka tylko wtedy, kiedy jest w opa&#322;ach i ci&#281; potrzebuje? &#379;e mog&#322;a&#347; poczu&#263; si&#281; moj&#261; siostr&#261; tylko wtedy, gdy cierpia&#322;am?. Krwawi&#261;ce serce i te rzeczy? To tak wygl&#261;daj&#261; zwi&#261;zki mi&#281;dzy wami, &#346;pi&#261;cymi? Chro&#324; mnie, kiedy jestem nieprzytomny, bo jestem takim samym kalek&#261; jak ty?

Nie. M&#243;wi&#281;, &#380;e to ty mo&#380;esz poczu&#263; si&#281; siostr&#261; tylko wtedy, gdy cierpisz.

Leisha wbi&#322;a w ni&#261; wzrok.

Jeste&#347; g&#322;upia, Alice.

Wiem o tym  odpar&#322;a spokojnie Alice.  W por&#243;wnaniu z tob&#261; jestem g&#322;upia. Wiem o tym doskonale.

Leisha ze z&#322;o&#347;ci&#261; potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Wstydzi&#322;a si&#281; tego, co przed chwil&#261; powiedzia&#322;a, wiedz&#261;c jednocze&#347;nie, &#380;e to prawda. Obie wiedzia&#322;y, &#380;e to prawda. Gniew zalega&#322; w niej jak ciemna pustka, gor&#261;ca i bezkszta&#322;tna. Dop&#243;ki nie przybra&#322; konkretnego kszta&#322;tu, nie mog&#322;a wy&#322;adowa&#263; go w dzia&#322;aniu, p&#322;on&#261;&#322; w niej tylko i tamowa&#322; oddech.

Kiedy mia&#322;am dwana&#347;cie lat, dosta&#322;am od Susan sukienk&#281; na urodziny. Ciebie wtedy nie by&#322;o, pojecha&#322;a&#347; na jakie&#347; zaj&#281;cia w plenerze, kt&#243;re bez przerwy urz&#261;dza&#322;a ta twoja post&#281;powa szko&#322;a. Sukienka by&#322;a z bladob&#322;&#281;kitnego jedwabiu ze staromodnymi koronkami  prze&#347;liczna. Strasznie si&#281; cieszy&#322;am, nie tylko dlatego, &#380;e by&#322;a taka &#347;liczna, ale i dlatego, &#380;e Susan kupi&#322;a j&#261; specjalnie dla mnie, a tobie jaki&#347; program do komputera. Sukienka by&#322;a moja. By&#322;a, tak mi si&#281; wydawa&#322;o, mn&#261;.  W g&#281;stniej&#261;cym mroku Leisha ledwie dostrzega&#322;a jej ci&#281;&#380;kie, proste rysy.  Kiedy pierwszy raz mia&#322;am j&#261; na sobie, jaki&#347; ch&#322;opak krzykn&#261;&#322;: Ej, Alice, ukrad&#322;a&#347; siostrze sukienk&#281;? Zw&#281;dzi&#322;a&#347;, kiedy spa&#322;a? Potem &#347;mia&#322; si&#281; jak wariat, zawsze si&#281; tak &#347;miali. Wyrzuci&#322;am t&#281; sukienk&#281;. Nawet nie wyt&#322;umaczy&#322;am si&#281; Susan, cho&#263; my&#347;l&#281;, &#380;e zrozumia&#322;aby. To, co by&#322;o twoje, by&#322;o wy&#322;&#261;cznie twoje, a to, co do ciebie nie nale&#380;a&#322;o, te&#380; by&#322;o twoje. Tak to sobie urz&#261;dzi&#322; nasz tatu&#347;. Tak w&#322;a&#347;nie wpakowa&#322; nam to w geny.

Ty te&#380;?  rzuci&#322;a Leisha.  Jeste&#347; taka sama jak ca&#322;a reszta zawistnych &#380;ebrak&#243;w?

Alice podnios&#322;a si&#281; z dywanu. Zrobi&#322;a to powoli i niedbale, otrzepuj&#261;c z kurzu wymi&#281;t&#261; sp&#243;dnic&#281;, wyg&#322;adzaj&#261;c jej drukowany kreton. Potem podesz&#322;a i uderzy&#322;a Leish&#281; w twarz.

Czy teraz wydaj&#281; ci si&#281; bardziej rzeczywista?  zapyta&#322;a cicho.

Leisha dotkn&#281;&#322;a ust. Poczu&#322;a na wargach krew. Zadzwoni&#322; telefon, zastrze&#380;ony numer Camdena. Alice podesz&#322;a do aparatu, podnios&#322;a s&#322;uchawk&#281;, s&#322;ucha&#322;a przez chwil&#281;, po czym spokojnie odda&#322;a j&#261; Leishy.

To do ciebie.

Kompletnie oniemia&#322;a, Leisha wzi&#281;&#322;a od niej s&#322;uchawk&#281;.

Leisha? Tu Kevin. S&#322;uchaj, dzieje si&#281; co&#347; niedobrego. Dzwoni&#322;a do mnie Stella Bevington, przez telefon, nie przez sie&#263;. Rodzice chyba zabrali jej modem. Podnios&#322;em s&#322;uchawk&#281;, a ona krzyczy: Tu Stella, bij&#261; mnie, on jest pijany i wszystko ucich&#322;o. Randy pojecha&#322; do Azylu  cholera, wszyscy ju&#380; wyjechali! Ty jeste&#347; najbli&#380;ej, bo ona nadal mieszka w Skokie. Najlepiej jed&#378; tam natychmiast. Masz obstaw&#281;, kt&#243;rej mo&#380;esz zaufa&#263;?

Tak  potwierdzi&#322;a Leisha, cho&#263; oczywi&#347;cie nie mia&#322;a. Jej gniew  nareszcie  przybra&#322; konkretn&#261; posta&#263;.  Dam sobie rad&#281;.

Nie mam poj&#281;cia, jak j&#261; stamt&#261;d wydostaniesz  m&#243;wi&#322; Kevin.  Na pewno ci&#281; rozpoznaj&#261;. Wiedz&#261;, &#380;e do kogo&#347; dzwoni&#322;a, mogli zbi&#263; j&#261; do nieprzytomno&#347;ci

Dam sobie rad&#281;  powt&#243;rzy&#322;a Leisha.

Z czym?  zaniepokoi&#322;a si&#281; Alice.

Leisha spojrza&#322;a jej prosto w oczy. Mimo i&#380; wiedzia&#322;a, &#380;e nie powinna, powiedzia&#322;a:

Z tym, co ci twoi wyprawiaj&#261; z jednym z naszych. Siedmioletnia dziewczynka jest maltretowana przez rodzic&#243;w tylko dlatego, &#380;e jest Bezsenna, bo jest lepsza od was  Pobieg&#322;a po schodach do wynaj&#281;tego samochodu, kt&#243;rym przyjecha&#322;a z lotniska. Alice natychmiast pobieg&#322;a za ni&#261;.

Nie twoim samochodem, Leisho. Wynaj&#281;ty samoch&#243;d wytropi&#261; od razu. Pojedziemy moim.

Je&#380;eli sobie wyobra&#380;asz  krzykn&#281;&#322;a Leisha.

Alice szarpn&#281;&#322;a drzwiczki swojej wys&#322;u&#380;onej toyoty, tak starej, &#380;e sto&#380;ki odbioru energii Y stercza&#322;y na wierzchu po obu stronach jak obwis&#322;e policzki. Wepchn&#281;&#322;a Leish&#281; do ty&#322;u, zatrzasn&#281;&#322;a za ni&#261; drzwiczki, a sama usadowi&#322;a si&#281; za kierownic&#261;. Uj&#281;&#322;a j&#261; mocno obiema r&#281;kami.

Dok&#261;d?

Leish&#281; na chwil&#281; ogarn&#281;&#322;a ciemno&#347;&#263;. Opu&#347;ci&#322;a nisko g&#322;ow&#281;, wsun&#281;&#322;a j&#261; mi&#281;dzy kolana tak g&#322;&#281;boko, jak tylko pozwala&#322;a na to ciasnota samochodu. To ju&#380; dwa  nie, trzy dni odk&#261;d zjad&#322;a ostatni posi&#322;ek. Ostatniej nocy przed egzaminem. Os&#322;abienie min&#281;&#322;o, by wr&#243;ci&#263; natychmiast, kiedy tylko podnios&#322;a g&#322;ow&#281;.



* * *


Poda&#322;a Alice adres w Skokie.

Trzymaj si&#281; z ty&#322;u  m&#243;wi&#322;a Alice.  W schowku na r&#281;kawiczki znajdziesz szal, we&#378; go i postaraj si&#281; jak najlepiej zas&#322;oni&#263; twarz. Zatrzyma&#322;a samoch&#243;d przy Czterdziestej Drugiej.

To nie jest  zacz&#281;&#322;a Leisha.

Tutaj mo&#380;na wynaj&#261;&#263; ochroniarza na godziny. Musimy wygl&#261;da&#263;, jakby&#347;my mia&#322;y jak&#261;&#347; ochron&#281;, Leisho. Przecie&#380; nie musimy mu nic m&#243;wi&#263;. Za&#322;atwi&#281; to szybko.

Wr&#243;ci&#322;a po trzech minutach w towarzystwie ogromnego m&#281;&#380;czyzny w tanim garniturze. Bez s&#322;owa wcisn&#261;&#322; si&#281; na przednie siedzenie. Alice tak&#380;e go nie przedstawi&#322;a.



* * *


Dom by&#322; niedu&#380;y, troch&#281; zaniedbany. Na parterze pali&#322;y si&#281; wszystkie &#347;wiat&#322;a, na pi&#281;trze by&#322;o ciemno. Na p&#243;&#322;nocy, za miastem, zab&#322;ys&#322;y pierwsze gwiazdy. Alice nakaza&#322;a m&#281;&#380;czy&#378;nie:

Prosz&#281; wysi&#261;&#347;&#263; i stan&#261;&#263; przy drzwiczkach samochodu. Nie, nie, bardziej do &#347;wiat&#322;a. I niech pan nic nie robi, dop&#243;ki kto&#347; mnie nie zaatakuje.

M&#281;&#380;czyzna skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Alice ruszy&#322;a w stron&#281; wej&#347;cia. Leisha wygramoli&#322;a si&#281; z samochodu i zdo&#322;a&#322;a j&#261; dogoni&#263; o par&#281; krok&#243;w przed plastykowymi drzwiami.

Alice, c&#243;&#380; ty, do cholery, wyprawiasz? To ja musz&#281;

M&#243;w ciszej  upomnia&#322;a j&#261; Alice, zerkaj&#261;c w kierunku ochroniarza.  Leisho, pomy&#347;l troch&#281;. Na pewno ci&#281; rozpoznaj&#261;. Tu, w okolicach Chicago, maj&#261;c Bezsenn&#261; c&#243;rk&#281;, ci ludzie z pewno&#347;ci&#261; przez ca&#322;e lata &#347;ledzili twoje zdj&#281;cia w gazetach. Pewnie ogl&#261;dali ci&#281; w holowizji. Znaj&#261; ci&#281;. Wiedz&#261;, &#380;e jeste&#347; prawnikiem. Mnie nigdy nie widzieli. Jestem nikim.

Alice

Na rany Chrystusa, wr&#243;&#263;&#380;e do samochodu!  sykn&#281;&#322;a Alice i za&#322;omota&#322;a do drzwi.

Leisha zesz&#322;a z chodnika i schowa&#322;a si&#281; w cieniu pod wierzb&#261;. Drzwi otworzy&#322; m&#281;&#380;czyzna o twarzy ca&#322;kowicie pozbawionej wyrazu.

Agencja Ochrony Praw Dziecka  odezwa&#322;a si&#281; Alice.  Mieli&#347;my telefon od ma&#322;ej dziewczynki, z tego numeru. Prosz&#281; mnie wpu&#347;ci&#263;.

Tu nie ma &#380;adnej ma&#322;ej dziewczynki.

Telefon w nag&#322;ej potrzebie ma bezwzgl&#281;dne pierwsze&#324;stwo  powiedzia&#322;a Alice.  Akt o ochronie praw dziecka, paragraf 186. Prosz&#281; mnie wpu&#347;ci&#263;.

M&#281;&#380;czyzna, kt&#243;remu nie drgn&#261;&#322; nawet najmniejszy mi&#281;sie&#324; twarzy, rzuci&#322; okiem na pot&#281;&#380;n&#261; posta&#263; przy samochodzie.

Macie nakaz rewizji?

W przypadku bezwzgl&#281;dnego pierwsze&#324;stwa nie potrzebujemy nakazu. Je&#347;li mnie pan nie wpu&#347;ci, narobi pan sobie w s&#261;dzie takiego bagna, o jakim si&#281; panu nie &#347;ni&#322;o.

Leisha zacisn&#281;&#322;a wargi. Trudno uwierzy&#263;, ale to by&#322; najprawdziwszy prawniczy &#380;argon Rozbita warga pulsowa&#322;a b&#243;lem.

M&#281;&#380;czyzna odsun&#261;&#322; si&#281;, by wpu&#347;ci&#263; Alice do &#347;rodka. Ochroniarz ruszy&#322; za ni&#261;. Leisha zawaha&#322;a si&#281;, potem zrezygnowa&#322;a. Wszed&#322; tu&#380; za Alice.

Leisha czeka&#322;a samotnie w ciemno&#347;ciach.

Po trzech minutach byli z powrotem, ochroniarz ni&#243;s&#322; na r&#281;kach dziecko. W &#347;wietle latarni twarz Alice l&#347;ni&#322;a blado. Leisha skoczy&#322;a, &#380;eby otworzy&#263; drzwi, potem pomog&#322;a m&#281;&#380;czy&#378;nie u&#322;o&#380;y&#263; dziewczynk&#281; na tylnym siedzeniu. Ochroniarz patrzy&#322; na nie spode &#322;ba, spojrzeniem zdziwionym i mocno znu&#380;onym.

Prosz&#281;  powiedzia&#322;a do niego Alice.  Oto dodatkowe sto dolar&#243;w. &#379;eby mia&#322; pan za co wr&#243;ci&#263; do miasta.

Hej  zacz&#261;&#322; m&#281;&#380;czyzna, ale wzi&#261;&#322; pieni&#261;dze. Sta&#322; i patrzy&#322; za nimi, kiedy odje&#380;d&#380;a&#322;y.

P&#243;jdzie prosto na policj&#281;  rzuci&#322;a Leisha z rozpacz&#261;.  Musi, bo inaczej wyleci ze zwi&#261;zk&#243;w.

Wiem  powiedzia&#322;a Alice.  Ale do tego czasu zd&#261;&#380;ymy pozby&#263; si&#281; samochodu.

Gdzie?

W szpitalu.

Alice, przecie&#380; nie mo&#380;emy  Leisha nie doko&#324;czy&#322;a. Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; i zapyta&#322;a:  Stello, jeste&#347; przytomna?

Tak  odpowiedzia&#322; dzieci&#281;cy g&#322;osik.

Leisha po omacku znalaz&#322;a wy&#322;&#261;cznik tylnego o&#347;wietlenia. Stella le&#380;a&#322;a wyprostowana, twarz mia&#322;a wykrzywion&#261; z b&#243;lu. Lew&#261; r&#281;k&#261; przytrzymywa&#322;a praw&#261;. Na twarzy, nad lewym okiem, widnia&#322; wielki siniak. Rude w&#322;osy by&#322;y spl&#261;tane i brudne.

Czy to pani jest Leisha Camden?  zapyta&#322;o dziecko i zanios&#322;o si&#281; p&#322;aczem.

Ma z&#322;aman&#261; r&#281;k&#281;  odezwa&#322;a si&#281; Alice.

Kochanie, czy  Leisha mia&#322;a k&#322;opoty z wydobyciem s&#322;&#243;w z zaci&#347;ni&#281;tego gard&#322;a.  czy wytrzymasz jako&#347;, a&#380; znajdziemy lekarza?

Tak  odpowiedzia&#322;a Stella.  Tylko nie zawo&#378;cie mnie z powrotem!

Nie zawieziemy  zapewni&#322;a j&#261; Leisha.  Nigdy.  Rzuci&#322;a okiem na Alice i ujrza&#322;a twarz Tonyego.

Tu niedaleko jest spo&#322;eczny szpital, jakie&#347; dziesi&#281;&#263; mil na po&#322;udnie.

Sk&#261;d wiesz?

By&#322;am tam kiedy&#347;. Przedawkowa&#322;am  wyja&#347;ni&#322;a zwi&#281;&#378;le. Pochyli&#322;a si&#281; nad kierownic&#261;; wida&#263; by&#322;o, &#380;e rozpaczliwie pr&#243;buje co&#347; wymy&#347;li&#263;. Leisha tak&#380;e pogr&#261;&#380;y&#322;a si&#281; w my&#347;lach. Chcia&#322;a znale&#378;&#263; jak&#261;&#347; furtk&#281;, kt&#243;ra uwolni&#322;aby je od odpowiedzialno&#347;ci za porwanie. Chyba nie b&#281;d&#261; mog&#322;y powiedzie&#263;, &#380;e dziecko uda&#322;o si&#281; z nimi dobrowolnie, nawet mimo wsp&#243;&#322;pracy Stelli. W tym stanie i w tym wieku jest prawdopodobnie non sui iuris, jej o&#347;wiadczenia nie b&#281;d&#261; mia&#322;y mocy prawnej.

Alice, nie wpuszcz&#261; nas do szpitala, je&#347;li nie sprawdz&#261; w komputerze, czy jeste&#347;my ubezpieczone

Pos&#322;uchaj  powiedzia&#322;a Alice przez rami&#281;, nie do Leishy, ale w kierunku tylnego siedzenia.  Zrobimy tak, Stello. Powiem im, &#380;e jeste&#347; moj&#261; c&#243;rk&#261; i &#380;e spad&#322;a&#347; z wysokiej ska&#322;y, na kt&#243;r&#261; si&#281; wspi&#281;&#322;a&#347;, kiedy zatrzyma&#322;y&#347;my si&#281; przy drodze, &#380;eby co&#347; zje&#347;&#263;. Jedziemy z Kalifornii do Filadelfii, &#380;eby odwiedzi&#263; babci&#281;. Nazywasz si&#281; Jordan Watrous i masz pi&#281;&#263; lat. Rozumiesz, kochanie?

Mam siedem  odpar&#322;a Stella.  Prawie osiem.

Jeste&#347; bardzo du&#380;&#261; pi&#281;ciolatk&#261;. Masz urodziny 23 marca. Poradzisz sobie, Stello?

Tak  odrzek&#322;a dziewczynka mocniejszym ju&#380; g&#322;osem.

Leisha przyjrza&#322;a si&#281; Alice.

A ty sobie poradzisz?

Oczywi&#347;cie  odpowiedzia&#322;a.  W ko&#324;cu jestem c&#243;rk&#261; Rogera Camdena.



* * *


Alice na wp&#243;&#322; nios&#322;a, na wp&#243;&#322; podpiera&#322;a Stell&#281;, kiedy sz&#322;y do izby przyj&#281;&#263; ma&#322;ego spo&#322;ecznego szpitala. Leisha obserwowa&#322;a je z samochodu: nisk&#261;, kr&#281;p&#261; kobiet&#281; i szczuplutk&#261; dziewczynk&#281; z wykr&#281;conym ramieniem. Potem podprowadzi&#322;a samoch&#243;d w najodleglejszy k&#261;t parkingu, pod w&#261;tpliw&#261; os&#322;on&#281; kusego klonu i zamkn&#281;&#322;a go na klucz. Szczelniej zakry&#322;a twarz szalem.

Numer rejestracyjny samochodu Alice i jej nazwisko znalaz&#322;y si&#281; ju&#380; na pewno w&#347;r&#243;d danych wszystkich posterunk&#243;w policji i we wszystkich wypo&#380;yczalniach samochod&#243;w. W szpitalu informacje przep&#322;ywa&#322;y znacznie wolniej, odbierano je nawet i raz dziennie, nie godz&#261;c si&#281; na interwencj&#281; pa&#324;stwa w sektorze, kt&#243;ry po blisko p&#243;&#322;wiecznej walce nadal pozostawa&#322; odizolowany. Alice i Stella powinny by&#263; tam bezpieczne. Powinny Ale Alice nie mog&#322;a ju&#380; wypo&#380;yczy&#263; samochodu.

Leisha natomiast tak.

Ale z kolei dane przes&#322;ane do wypo&#380;yczalni samochod&#243;w mog&#322;y zawiera&#263; informacj&#281;, &#380;e Alice Camden Watrous jest bli&#378;niacz&#261; siostr&#261; Leishy Camden.

Leisha przebieg&#322;a wzrokiem rz&#261;d zaparkowanych aut. Snobistycznie luksusowy chrysler, p&#243;&#322;ci&#281;&#380;ar&#243;wka ikeda, rz&#261;d toyot i mercedes&#243;w &#347;redniej klasy, cadillac rocznik 99  mog&#322;a sobie wyobrazi&#263; min&#281; w&#322;a&#347;ciciela, gdyby go tutaj nie zasta&#322;!  dziesi&#281;&#263; czy dwana&#347;cie tanich ma&#322;olitra&#380;&#243;wek, helikopter z drzemi&#261;cym pilotem w liberii i rozklekotana wiejska ci&#281;&#380;ar&#243;wka. Do tej ostatniej skierowa&#322;a si&#281; Leisha. Za kierownic&#261; siedzia&#322; jaki&#347; m&#281;&#380;czyzna i pali&#322; papierosa. Przypomnia&#322;a sobie ojca.

Witam!  odezwa&#322;a si&#281;.

M&#281;&#380;czyzna opu&#347;ci&#322; szyb&#281; w oknie, ale nie odpowiedzia&#322; na powitanie. Mia&#322; ciemne, t&#322;uste w&#322;osy.

Widzi pan tamten helikopter?  m&#243;wi&#322;a dalej Leisha, staraj&#261;c si&#281;, by jej g&#322;os brzmia&#322; jak najbardziej m&#322;odzie&#324;czo. M&#281;&#380;czyzna zerkn&#261;&#322; oboj&#281;tnie, ze swojego miejsca nie m&#243;g&#322; dostrzec, &#380;e pilot &#347;pi.  Tam siedzi m&#243;j goryl. My&#347;li, &#380;e posz&#322;am do szpitala, &#380;eby kto&#347; opatrzy&#322; mi usta, tak jak kaza&#322; ojciec.  Czu&#322;a, &#380;e usta spuch&#322;y jej od ciosu Alice.

No i?

A ja wcale nie mam ochoty si&#281; tam znale&#378;&#263;.  Leisha tupn&#281;&#322;a nog&#261;.  Tamten to gnojek i tato te&#380;. Chc&#281; si&#281; urwa&#263;. Dam panu za t&#281; ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281; cztery tysi&#261;ce. Got&#243;wk&#261;.

M&#281;&#380;czyzna otworzy&#322; szeroko oczy. Wyrzuci&#322; papierosa, zn&#243;w zerkn&#261;&#322; na helikopter. Pilot mia&#322; szerokie bary, a ci&#281;&#380;ar&#243;wka sta&#322;a na tyle blisko, by m&#243;g&#322; us&#322;ysze&#263; krzyk.

Wszystko elegancko i legalnie  doda&#322;a Leisha i pr&#243;bowa&#322;a u&#347;miechn&#261;&#263; si&#281; cwanie. Czu&#322;a, jak dr&#380;&#261; jej kolana.

Chc&#281; zobaczy&#263; got&#243;wk&#281;.

Leisha odsun&#281;&#322;a si&#281; od samochodu a&#380; do miejsca, gdzie nie m&#243;g&#322; jej dosi&#281;gn&#261;&#263;. Wyj&#281;&#322;a z torebki pieni&#261;dze. Mia&#322;a zwyczaj nosi&#263; przy sobie wi&#281;ksz&#261; got&#243;wk&#281;, bo w pobli&#380;u zawsze by&#322; Bruce albo kto&#347; jemu podobny.

Niech pan wysi&#261;dzie po drugiej stronie i zamknie za sob&#261; drzwi. Kluczyki niech pan zostawi na siedzeniu tak, &#380;ebym je st&#261;d widzia&#322;a. Wtedy ja po&#322;o&#380;&#281; pieni&#261;dze na dachu, tam gdzie pan b&#281;dzie je widzia&#322;.

M&#281;&#380;czyzna roze&#347;mia&#322; si&#281;.

Prawdziwa ma&#322;a Dabney Engh, co? Tego ucz&#261; w szkole panienki z dobrego domu?

Leisha nie mia&#322;a poj&#281;cia, kto to jest Dabney Engh. Czeka&#322;a, obserwuj&#261;c m&#281;&#380;czyzn&#281;, kt&#243;ry wyra&#378;nie kombinowa&#322;, jak by tu j&#261; oszuka&#263;, i pr&#243;bowa&#322;a ukry&#263; pogard&#281;. Pomy&#347;la&#322;a o Tonym.

Dobra  powiedzia&#322; w ko&#324;cu i wy&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; z szoferki.

Niech pan zablokuje drzwi!

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko, jeszcze raz otworzy&#322; drzwi, po czym zatrzasn&#261;&#322; je. Leisha po&#322;o&#380;y&#322;a pieni&#261;dze na dachu samochodu, szarpn&#281;&#322;a drzwi i podnios&#322;a szyb&#281; w oknie. M&#281;&#380;czyzna roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no. W&#322;o&#380;y&#322;a kluczyk do stacyjki, w&#322;&#261;czy&#322;a silnik i powoli wyjecha&#322;a na ulic&#281;. Trz&#281;s&#322;y si&#281; jej r&#281;ce.

Dwa razy okr&#261;&#380;y&#322;a wolno budynki szpitala. Kiedy wr&#243;ci&#322;a na parking, m&#281;&#380;czyzny ju&#380; na nim nie by&#322;o, a pilot helikoptera nadal spa&#322;. Jad&#261;c zastanawia&#322;a si&#281;, czy tamten z&#322;o&#347;liwie go nie obudzi&#322;, ale na szcz&#281;&#347;cie nie. Zaparkowa&#322;a i czeka&#322;a.

P&#243;&#322;torej godziny p&#243;&#378;niej Alice w towarzystwie piel&#281;gniarki wywioz&#322;a Stell&#281; na w&#243;zku. Leisha wyskoczy&#322;a z ci&#281;&#380;ar&#243;wki i zawo&#322;a&#322;a, machaj&#261;c r&#281;koma:

Alice, tutaj!

By&#322;o zbyt ciemno, &#380;eby mog&#322;a zobaczy&#263; wyraz twarzy Alice. Mia&#322;a tylko nadziej&#281;, &#380;e siostra nie oka&#380;e niech&#281;ci na widok rozklekotanej ci&#281;&#380;ar&#243;wki ani &#380;e nie powiedzia&#322;a piel&#281;gniarce, &#380;e czeka na ni&#261; czerwona toyota.

To moja przyjaci&#243;&#322;ka, Julie Bergadon. Zadzwoni&#322;am po ni&#261;, kiedy nastawiali&#347;cie r&#281;k&#281; Jordan.

Piel&#281;gniarka kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; bez zbytniego zainteresowania. Obie kobiety pomog&#322;y umie&#347;ci&#263; Stell&#281; w wysokiej szoferce, w kt&#243;rej nie by&#322;o siedzenia dla pasa&#380;er&#243;w. Stella mia&#322;a na r&#281;ce gips i wygl&#261;da&#322;a, jakby by&#322;a pod wp&#322;ywem narkotyk&#243;w.

Jak go zdoby&#322;a&#347;?  spyta&#322;a Alice, kiedy rusza&#322;y.

Leisha nie odpowiedzia&#322;a. Uwa&#380;nie obserwowa&#322;a policyjny helikopter, kt&#243;ry l&#261;dowa&#322; po drugiej stronie parkingu. Wysiedli z niego dwaj funkcjonariusze, kt&#243;rzy skierowali si&#281; wprost do zaparkowanego pod klonem auta Alice.

O m&#243;j Bo&#380;e  szepn&#281;&#322;a Alice. Pierwszy raz jej g&#322;os zadr&#380;a&#322; strachem.

W ci&#281;&#380;ar&#243;wce nie b&#281;d&#261; nas szuka&#263;  uspokoi&#322;a j&#261; Leisha.  Tylko na to mo&#380;emy liczy&#263;.

Leisho  powiedzia&#322;a Alice g&#322;osem dr&#380;&#261;cym ze strachu.  Stella &#347;pi!

Leisha zerkn&#281;&#322;a na dziecko oparte bezw&#322;adnie o rami&#281; Alice.

Nie, nie &#347;pi. Jest pod wp&#322;ywem silnych &#347;rodk&#243;w przeciwb&#243;lowych.

Nic jej nie b&#281;dzie? Czy to normalne dla niej?

Zdarza nam si&#281; straci&#263; przytomno&#347;&#263;. Mo&#380;emy nawet zapa&#347;&#263; w sen pod wp&#322;ywem pewnych substancji.  Tony, Richard, Jeanine i ona sama tamtej nocy w lesie  Nie wiedzia&#322;a&#347; o tym?

Nie.

Niewiele o sobie wiemy, co?

Przez d&#322;u&#380;szy czas jecha&#322;y w milczeniu, ca&#322;y czas kieruj&#261;c si&#281; na po&#322;udnie. W ko&#324;cu Alice zapyta&#322;a:

Dok&#261;d j&#261; zabierzemy, Leisho?

Nie wiem. Policja b&#281;dzie sprawdza&#263; przede wszystkim Bezsennych

Nie mo&#380;na tak ryzykowa&#263;. Szczeg&#243;lnie w tym stanie rzeczy  powiedzia&#322;a Alice znu&#380;onym g&#322;osem.  Aleja z kolei mam przyjaci&#243;&#322; tylko w Kalifornii. Nie wydaje mi si&#281;, &#380;eby&#347;my zdo&#322;a&#322;y tam dojecha&#263; tym pr&#243;chnem, zanim nas z&#322;api&#261;.

I tak by si&#281; nie uda&#322;o.

To co zrobimy?

Daj pomy&#347;le&#263;.

Przy wje&#378;dzie na autostrad&#281; sta&#322;a budka telefoniczna. Nie by&#322;a tak bezpieczna jak sie&#263; Grupy. Czy prywatny telefon Kevina m&#243;g&#322; by&#263; na pods&#322;uchu? Raczej tak.

A ju&#380; na pewno pods&#322;uchiwali lini&#281; Azylu.

Azyl. Wszyscy tam jechali, znaczna cz&#281;&#347;&#263; ju&#380; by&#322;a na miejscu, jak m&#243;wi&#322; Kevin. B&#281;d&#261; siedzie&#263; zaszyci po&#347;r&#243;d starych szczyt&#243;w Allegheny. Wszyscy z wyj&#261;tkiem dzieci takich jak Stella, kt&#243;re nie mog&#322;y wyjecha&#263;.

Dok&#261;d? Z kim?

Leisha zamkn&#281;&#322;a oczy. Bezsenni odpadaj&#261;, policja mia&#322;aby je w gar&#347;ci w kilka godzin. Mo&#380;e Susan Melling? Ale przecie&#380; ka&#380;dy wiedzia&#322;, &#380;e by&#322;a macoch&#261; Alice i spadkobierczyni&#261; Camdena, zaraz by j&#261; przes&#322;uchali. To nie m&#243;g&#322; by&#263; nikt z ludzi powi&#261;zanych z Alice. Mo&#380;e jaki&#347; znany Leishy &#346;pi&#261;cy, kto&#347;, komu odwa&#380;y&#322;aby si&#281; zaufa&#263;. Ale kto spe&#322;nia takie warunki? A je&#347;li nawet kto&#347; si&#281; znajdzie, z jakiej racji mia&#322;by si&#281; pakowa&#263; w takie ryzyko? Przez chwil&#281; sta&#322;a nieruchomo w ciemnej budce. Potem wr&#243;ci&#322;a do ci&#281;&#380;ar&#243;wki. Alice spa&#322;a z g&#322;ow&#261; przechylon&#261; za oparcie siedzenia. Po brodzie sp&#322;ywa&#322;a jej cieniutka stru&#380;ka &#347;liny. W kiepskim o&#347;wietleniu z budki jej twarz przybra&#322;a trupiobiady odcie&#324;. Leisha jeszcze raz podesz&#322;a do telefonu.

Stewart? Stewart Sutter?

Tak?

M&#243;wi Leisha Camden. Sta&#322;o si&#281; co&#347; bardzo niedobrego.  W prostych zdaniach opowiedzia&#322;a mu ca&#322;&#261; histori&#281;. Stewart s&#322;ucha&#322; w milczeniu.

Leisho  odezwa&#322; si&#281; w ko&#324;cu i urwa&#322;.

Potrzebuj&#281; pomocy, Stewarcie.  Nad ciemnym polem za budk&#261; przelecia&#322; ze &#347;wistem wiatr. W tym po&#347;wi&#347;cie us&#322;ysza&#322;a Leisha ciche zawodzenie &#380;ebraka. W odg&#322;osie wiatru i we w&#322;asnych s&#322;owach.

Dobrze  odezwa&#322; si&#281; znowu Stewart.  Zrobimy tak. Mam kuzynk&#281; w Ripley, w stanie Nowy Jork, prawie na granicy z Pensylwani&#261;, na wsch&#243;d od was. Wszystko musi si&#281; odbywa&#263; w Nowym Jorku, bo tylko tutaj mam licencj&#281;. Zabierz tam dziewczynk&#281;. Zadzwoni&#281; do kuzynki i powiem jej, &#380;e przyjedziecie. To starsza kobieta, w swoim czasie by&#322;a znan&#261; dzia&#322;aczk&#261; spo&#322;eczn&#261;. Nazywa si&#281; Janet Patterson. Miasto jest

Jeste&#347; pewien, &#380;e b&#281;dzie chcia&#322;a si&#281; w to miesza&#263;? Mo&#380;e p&#243;j&#347;&#263; do wi&#281;zienia. Ty te&#380;.

Nie uwierzy&#322;aby&#347;, ile razy by&#322;a ju&#380; w wi&#281;zieniu. Za r&#243;&#380;ne manifestacje polityczne, od samej wojny wietnamskiej. Ale nikt przecie&#380; nie p&#243;jdzie do wi&#281;zienia. Jestem teraz twoim adwokatem i mam swoje przywileje. Zamierzam wyst&#261;pi&#263; dla Stelli z wnioskiem o przyj&#281;cie pod opiek&#281; pa&#324;stwa. To nie powinno nastr&#281;cza&#263; &#380;adnych trudno&#347;ci, zw&#322;aszcza kiedy wykorzystamy wyniki badania w szpitalu w Skokie. Potem przeniesiemy j&#261; do rodziny zast&#281;pczej w Nowym Jorku, znam jedno takie miejsce, mili, porz&#261;dni rodzice A je&#347;li chodzi o Alice

Stella jest zameldowana w Illinois, nie mo&#380;esz

Mog&#281;. Od kiedy og&#322;oszono wyniki bada&#324; na temat wyd&#322;u&#380;onej &#380;ywotno&#347;ci Bezsennych, prawodawcy nieustannie podlegaj&#261; naciskom ze strony wyborc&#243;w  przestraszonych, zawistnych albo zwyczajnie z&#322;o&#347;liwych. Wychodz&#261; z tego r&#243;&#380;ne akty prawne  pe&#322;ne sprzeczno&#347;ci, kruczk&#243;w i zwyk&#322;ych absurd&#243;w. &#379;aden z nich nie ostanie si&#281; na d&#322;u&#380;sz&#261; met&#281;. Tak&#261; mam przynajmniej nadziej&#281;. Ale tymczasem mo&#380;emy je wykorzysta&#263;. Zamierzam ich u&#380;y&#263; i zrobi&#281; Stelli tak pokr&#281;con&#261; spraw&#281;, jakiej &#347;wiat nie widzia&#322;. W tym czasie nie ode&#347;l&#261; jej do domu. Ale tego nie da si&#281; zastosowa&#263; do Alice. B&#281;dzie potrzebowa&#322;a adwokata z licencj&#261; na Illinois.

Mamy  wtr&#261;ci&#322;a Leisha.  Candance Holt.

To nie mo&#380;e by&#263; Bezsenna. Zdaj si&#281; na mnie, Leisho. Znajd&#281; kogo&#347; odpowiedniego. Jest taki facet w co, ty p&#322;aczesz?

Nie  wyszepta&#322;a Leisha w&#347;r&#243;d &#322;ez.

O, m&#243;j Bo&#380;e -j&#281;kn&#261;&#322; Stewart.  Co za gnojki. Przepraszam ci&#281; za wszystko.

Nie przepraszaj.

Kiedy poinstruowa&#322; j&#261;, jak trafi&#263; do kuzynki w Ripley, wr&#243;ci&#322;a do ci&#281;&#380;ar&#243;wki. Alice nadal spa&#322;a, a Stella wci&#261;&#380; by&#322;a nieprzytomna. Leisha zamkn&#281;&#322;a drzwiczki najciszej, jak umia&#322;a. Silnik waha&#322; si&#281; przez chwil&#281;, potem zarycza&#322; niespodzianie, ale Alice spa&#322;a dalej. Razem z nimi w ciasnej, mrocznej kabinie znajdowa&#322; si&#281; ca&#322;y t&#322;umek r&#243;&#380;nych os&#243;b: Stewart Sutter, Tony Indivino, Susan Melling, Kenzo Yagai i Roger Camden.

Stewartowi Sutterowi powiedzia&#322;a: Zadzwoni&#322;e&#347;, &#380;eby powiedzie&#263; mi o sytuacji u Morehousea i Kennedyego. Ryzykujesz w&#322;asn&#261; karier&#281; i wolno&#347;&#263; krewnej, &#380;eby ocali&#263; Stell&#281;. I niczego za to nie chcesz. Nic z tego nie b&#281;dziesz mia&#322;. Tak samo jak Susan Melling, kiedy powiedzia&#322;a mi o wynikach bada&#324;. Susan, kt&#243;ra zaprzepa&#347;ci&#322;a w&#322;asne &#380;ycie dla marze&#324; taty i kt&#243;ra w&#322;asnymi si&#322;ami zdo&#322;a&#322;a je odbudowa&#263;. Kontrakt, kt&#243;ry nie gwarantuje korzy&#347;ci obu stronom, to &#380;aden kontrakt. Wie o tym ka&#380;dy student pierwszego roku.

Do Kenzo Yagai powiedzia&#322;a: Wymiana nie zawsze odbywa si&#281; bezpo&#347;rednio. Je&#347;li Stewart co&#347; mi ofiaruje i ja ofiaruj&#281; co&#347; Stelli, to mo&#380;e dzi&#281;ki temu Stella za dziesi&#281;&#263; lat b&#281;dzie innym cz&#322;owiekiem i sama ofiaruje co&#347; nast&#281;pnej osobie  i to jest ca&#322;y ekosystem. Ekosystem wymiany, tak, tak, ka&#380;da nisza jest nam potrzebna, nawet je&#380;eli nie zawieramy z ni&#261; bezpo&#347;rednio kontraktu. Czy ko&#324; potrzebuje ryby? Tak!

Tonyemu powiedzia&#322;a: Tak, to fakt, &#380;e w Hiszpanii &#380;yj&#261; &#380;ebracy, kt&#243;rzy nic nie maj&#261; na wymian&#281;, nic nie robi&#261;, nic nie daj&#261;. Ale Hiszpania to nie tylko &#380;ebracy. Je&#347;li odwracasz si&#281; od &#380;ebrak&#243;w, odwracasz si&#281; od ca&#322;ego cholernego kraju. I odwracasz si&#281; od ekosystemu wzajemnej pomocy. Tego w&#322;a&#347;nie pragn&#281;&#322;a Alice wiele lat temu, w tamtym pokoju. Ci&#281;&#380;arna, przestraszona, rozgoryczona, zazdrosna  chcia&#322;a mi pom&#243;c, a ja jej nie pozwoli&#322;am, bo nie potrzebowa&#322;am jej pomocy. Ale teraz potrzebuj&#281;. Tak jak ona wtedy. Bo &#380;ebracy oczekuj&#261; od nas pomocy, ale i sami te&#380; chc&#261; pomaga&#263;.

Na koniec zosta&#322; jej tato. Widzia&#322;a go, te jego jasne oczy, silne d&#322;onie, kt&#243;re trzyma&#322;y egzotyczne ro&#347;liny o sk&#243;rzastych li&#347;ciach. Powiedzia&#322;a: Myli&#322;e&#347; si&#281;, Alice jest kim&#347; wyj&#261;tkowym. &#379;eby&#347; wiedzia&#322;, jak bardzo wyj&#261;tkowym! Bardzo si&#281; myli&#322;e&#347;.

Kiedy to pomy&#347;la&#322;a, wype&#322;ni&#322;a j&#261; dziwna lekko&#347;&#263;. Nie taka jak tamta ba&#324;ka rado&#347;ci ani ostra jasno&#347;&#263; rozumowania, ale co&#347; zupe&#322;nie innego: s&#322;oneczny blask, przenikaj&#261;cy mi&#281;kko przez szybki oran&#380;erii, w kt&#243;rej dwie ma&#322;e dziewczynki biega&#322;y tam i z powrotem. Nagle sama zjednoczy&#322;a si&#281; ze &#347;wiat&#322;em, nie beztroska, lecz p&#243;&#322;przejrzysta, sta&#322;a si&#281; medium, przez kt&#243;re &#347;wiat&#322;o s&#322;oneczne przenika&#322;o swobodnie i p&#322;yn&#281;&#322;o dalej swoj&#261; drog&#261;.

Wioz&#322;a przez noc u&#347;pion&#261; kobiet&#281; i ranne dziecko ku wschodniej granicy stanu.



KSI&#280;GA DRUGA

Azyl

2051

Rzec mo&#380;na, i&#380; nar&#243;d sk&#322;ada si&#281; ze swego terytorium, swoich ludzi i swoich praw. Za&#347; spo&#347;r&#243;d tych trzech tylko terytorium odznacza si&#281; pewn&#261; trwa&#322;o&#347;ci&#261;.

ABRAHAM LINCOLN, PRZES&#321;ANIE DO KONGRESU, l GRUDNIA 1862



8

JORDAN WATROUS STA&#321; PRZY BRAMIE, PRZEZ KT&#211;R&#260; wje&#380;d&#380;a&#322;o si&#281; na teren fabryki skuter&#243;w nale&#380;&#261;cej do Ruchu &#346;pi-My. Twarz zwr&#243;ci&#322; w kierunku zakurzonej szosy biegn&#261;cej wzd&#322;u&#380; Missisipi. Po obu stronach bramy ci&#261;gn&#281;&#322;o si&#281; wysokie na osiem st&#243;p druciane ogrodzenie pod napi&#281;ciem. Nie &#380;adne tam pole Y, &#380;adna wymy&#347;lna technologia, ale wystarczy. Przynajmniej na jaki&#347; czas, bo napa&#347;ci na fabryk&#281; s&#261; na razie niezorganizowane i przewa&#380;nie tylko werbalne. P&#243;&#378;niej b&#281;d&#261; potrzebowa&#263; pola Y. Tak m&#243;wi&#322; Hawke.

Po drugiej stronie rzeki, w Arkansas, l&#347;ni&#322;y w blasku porannego s&#322;o&#324;ca sto&#380;ki odbioru energii Y zak&#322;ad&#243;w Chryslera.

Jordan zezowa&#322; ukradkiem na drog&#281;. Pot sklei&#322; mu w&#322;osy i &#347;cieka&#322; stru&#380;k&#261; po karku. Stra&#380;niczka  &#380;ylasta, niemal bia&#322;ow&#322;osa kobieta w wyblak&#322;ych d&#380;insach  wysun&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; przez okno i zawo&#322;a&#322;a:

Ciep&#322;o ci, Jordan?

Jak zawsze, Mayleen  rzuci&#322; przez rami&#281;.

Wy, ch&#322;opcy z Kalifornii  za&#347;mia&#322;a si&#281;  zwyczajnie wi&#281;dniecie w naszym swojskim, bo&#380;ym ciepe&#322;ku.

Chyba nie jeste&#347;my tacy twardzi jak wy, szczury rzeczne.

Ch&#322;opcze, nie ma takich drugich twardzieli jak my. Przyjrzyj no si&#281; tylko panu Hawke.

Jak gdyby ktokolwiek tu, w fabryce &#346;pi-My, m&#243;g&#322; tego nie zauwa&#380;y&#263;! Nie znaczy to, &#380;e Hawke nie zas&#322;u&#380;y&#322; sobie na ten ton g&#322;&#281;bokiej rewerencji, jaki zabrzmia&#322; teraz w g&#322;osie Mayleen. Kiedy zesz&#322;ej zimy Hawke chcia&#322; j&#261; zatrudni&#263;, Jordan, kt&#243;ry sam dopiero od czterech tygodni piastowa&#322; stanowisko jego osobistego sekretarza, towarzyszy&#322; mu, kiedy pojecha&#322; do jej chaty, &#380;eby przeprowadzi&#263; rozmow&#281; kwalifikacyjn&#261;. Cho&#263; dostatecznie ogrzana i wyposa&#380;ona w sie&#263; odbioru taniej energii Y, do kt&#243;rej prawa gwarantowano ka&#380;demu obywatelowi na zasi&#322;ku, chata by&#322;a bardzo sk&#261;po umeblowana. Chude, bia&#322;ow&#322;ose dzieciaki, niemal pozbawione zabawek, wgapia&#322;y si&#281; w sk&#243;rzan&#261; kurtk&#281; z ma&#322;ym mikrofonem w klapie, kt&#243;r&#261; mia&#322; na sobie Jordan. A w zesz&#322;ym tygodniu Mayleen oznajmi&#322;a mu z dum&#261;, &#380;e kaza&#322;a zainstalowa&#263; toalet&#281; i kupi&#322;a koronkowe obrusy. Duma  Jordan ju&#380; wiedzia&#322;  mia&#322;a to samo praktyczne znaczenie co toaleta. Wiedzia&#322; o tym, bo tego nauczy&#322; go Calvin Hawke.

Jordan na powr&#243;t zaj&#261;&#322; si&#281; obserwacj&#261; szosy. Mayleen zagadn&#281;&#322;a znowu:

Czekasz na kogo&#347;? Jordan odwr&#243;ci&#322; si&#281; powoli.

Hawke nie zg&#322;asza&#322;?

Czego nie zg&#322;asza&#322;? Nic mi nie m&#243;wi&#322;.

Jezu Chryste!  zdenerwowa&#322; si&#281; Jordan.

Terminal w budce stra&#380;niczki za&#347;wiergota&#322; przera&#378;liwie, a g&#322;owa Mayleen wsun&#281;&#322;a si&#281; do &#347;rodka. Jordan obserwowa&#322; j&#261; przez szyb&#281; z plastiglasu. Kiedy s&#322;ucha&#322;a, rysy jej twarzy st&#281;&#380;a&#322;y tak, jak to tylko potrafi&#261; twarze tubylc&#243;w znad Missisipi. W samym &#347;rodku upa&#322;u b&#322;yskawicznie &#347;cina&#322;y si&#281; lodem.

By&#322;o jasne, &#380;e Hawke nie tylko ka&#380;e jej wpu&#347;ci&#263; go&#347;cia, ale i m&#243;wi jej, kim jest &#243;w go&#347;&#263;.

Tak jest, prosz&#281; pana  burkn&#281;&#322;a do mikrofonu, a Jordan zamruga&#322; ze zdumienia. W zak&#322;adzie nikt nigdy nie zwraca&#322; si&#281; do Hawkea per prosz&#281; pana, chyba &#380;e by&#322; na niego w&#347;ciek&#322;y. Ale nikt nigdy nie w&#347;cieka&#322; si&#281; na Hawkea. Zawsze kierowali swoj&#261; w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; w inn&#261; stron&#281;. Zawsze.

Mayleen wysz&#322;a z budki.

To twoja robota, Jordan?

Tak.

Po co?  niemal&#380;e splun&#281;&#322;a tym pytaniem, a Jordan wreszcie (wreszcie! Hawke twierdzi, &#380;e zbyt trudno wpada w gniew) poczu&#322; jak jego w&#322;asna twarz t&#281;&#380;eje.

Czy to powinno ci&#281; obchodzi&#263;, Mayleen?

Wszystko, co si&#281; dzieje w tym zak&#322;adzie, powinno mnie obchodzi&#263;  odpowiedzia&#322;a Mayleen i to by&#322;a &#347;wi&#281;ta prawda. Hawke sprawi&#322;, &#380;e to by&#322;a prawda dla wszystkich o&#347;miuset pracownik&#243;w.

Nie chcemy tu takich jak ona.

Wygl&#261;da na to, &#380;e Hawke chce.

Pyta&#322;am ci&#281;: po co?

Dlaczego jego nie spytasz?

Pytam ciebie. Po co, do jasnej cholery?

Drog&#261; zbli&#380;a&#322;a si&#281; ku nim chmura py&#322;u. Samoch&#243;d. Jordan poczu&#322; nag&#322;y przyp&#322;yw paniki: czy kto&#347; powiedzia&#322; jej, &#380;eby nie przyje&#380;d&#380;a&#322;a tu samsungiem-chryslerem? Ale &#347;mia&#322;o mo&#380;na by&#322;o za&#322;o&#380;y&#263;, &#380;e sama o tym dobrze wiedzia&#322;a. Zawsze wiedzia&#322;a takie rzeczy.

Zada&#322;am ci pytanie, Jordan!  warkn&#281;&#322;a Mayleen.  Dlaczego pan Hawke zamierza wpu&#347;ci&#263; do naszego zak&#322;adu jedn&#261; z tamtych?

Nie zada&#322;a&#347; mi pytania, tylko za&#380;&#261;da&#322;a&#347; odpowiedzi.  Gniew rozpali&#322; si&#281; na dobre, przep&#322;aszaj&#261;c resztk&#281; nie&#347;mia&#322;o&#347;ci.  Ale odpowiem ci, Mayleen, tylko ze wzgl&#281;du na ciebie. Leisha Camden jest tutaj, bo poprosi&#322;a o pozwolenie na przyjazd, a pan Hawke wyrazi&#322; zgod&#281;.

Tyle to sama widz&#281;! Nie wiem tylko po co?

Samoch&#243;d zatrzyma&#322; si&#281; przy bramie. By&#322; wyposa&#380;ony w bro&#324; i pe&#322;en ochroniarzy. Kierowca wysiad&#322;, &#380;eby otworzy&#263; tylne drzwi samochodu. Nie by&#322; to samsung-chrysler.

Po co?  powt&#243;rzy&#322;a Mayleen z tak&#261; nienawi&#347;ci&#261;, &#380;e nawet Jordan si&#281; zdumia&#322;. Odwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej. W&#261;skie usta wykrzywione z&#322;o&#347;ci&#261;, ale w oczach ukryty strach, kt&#243;ry Jordan nauczy&#322; si&#281; ju&#380;  od Hawkea  rozpoznawa&#263;. To nie by&#322; strach przed &#380;ywymi lud&#378;mi, lecz przed uw&#322;aczaj&#261;cymi wyborami, kt&#243;rych trzeba dokonywa&#263; na co dzie&#324;: dwa dolary na p&#243;&#322; paczki papieros&#243;w czy na par&#281; ciep&#322;ych skarpet? Fryzjer czy dodatkowa porcja mleka dla dzieci, poza przydzia&#322;em z opieki spo&#322;ecznej? To nie by&#322; l&#281;k przed g&#322;odem, bo taki nie istnia&#322; w kraju, kt&#243;ry zbudowa&#322; sw&#261; pot&#281;g&#281; gospodarcz&#261; na taniej energii, ale przed niemo&#380;no&#347;ci&#261; korzystania z owoc&#243;w tej pot&#281;gi. Przed zepchni&#281;ciem do po&#347;ledniejszej klasy, kt&#243;ra nie ma prawa do najwa&#380;niejszej oznaki godno&#347;ci doros&#322;ego cz&#322;owieka  pracy. Przed w&#322;asnym paso&#380;ytnictwem. Gniew opu&#347;ci&#322; Jordana; ze smutkiem obserwowa&#322;, jak znika. Z&#322;o&#347;&#263; wiele u&#322;atwia. Naj&#322;agodniej jak tylko potrafi&#322; odezwa&#322; si&#281; do Mayleen:

Leisha Camden znalaz&#322;a si&#281; tutaj, bo jest siostr&#261; mojej matki. Moj&#261; ciotk&#261;.

Zastanawia&#322; si&#281;, jak d&#322;ugo przyjdzie Hawkeowi za to pokutowa&#263;.



* * *


Zatem ka&#380;dy skuter powstaje jako efekt szesnastu operacji na ta&#347;mie monta&#380;owej?  pyta&#322;a Leisha.

Tak  odpar&#322; Jordan.

Stali otoczeni ochroniarzami Leishy  ka&#380;dy w kapeluszu i ciemnych okularach  przygl&#261;daj&#261;c si&#281; stanowisku 8-E. Przy dwunastu skuterach k&#322;&#281;bi&#322;o si&#281; trzech pracownik&#243;w, kt&#243;rzy w swoim zapale zdawali si&#281; kompletnie ignorowa&#263; go&#347;ci. Zapa&#322; ten sam w sobie bardziej by&#322; godzien podziwu ni&#380; jego wyniki. Ale Leisha z pewno&#347;ci&#261; doskonale o tym wie.

P&#243;&#322; roku temu w Kalifornii, podczas osiemnastych urodzin jego m&#322;odszej siostry, Leisha tak go wypytywa&#322;a o fabryk&#281;, &#380;e wiedzia&#322;  czu&#322; w ko&#347;ciach  i&#380; w ko&#324;cu spr&#243;buje si&#281; wprosi&#263;. Natomiast zupe&#322;nie nie spodziewa&#322; si&#281;, &#380;e Hawke jej na to pozwoli.

My&#347;la&#322;am, &#380;e pan Hawke si&#281; do nas przy&#322;&#261;czy. W ko&#324;cu to do niego przyjecha&#322;am  m&#243;wi&#322;a teraz.

Kaza&#322; mi przyprowadzi&#263; ci&#281; p&#243;&#378;niej do swojego biura. Za grubym szk&#322;em maski ochronnej na twarzy Leishy pojawi&#322; si&#281; u&#347;miech.

Pokazuje mi, gdzie moje miejsce?

Chyba tak  odpar&#322; ponuro Jordan. Nie znosi&#322;, kiedy Hawke, jak zawsze nieprzewidywalny, zni&#380;a&#322; si&#281; do odgrywania wa&#380;niaka. Ku swojemu zaskoczeniu poczu&#322; na ramieniu d&#322;o&#324; Leishy.

Niech ci nie b&#281;dzie przykro z mojego powodu, Jordanie. W ko&#324;cu ma do tego prawo.

C&#243;&#380; m&#243;g&#322; na to odpowiedzie&#263;? Koniec ko&#324;c&#243;w chodzi&#322;o g&#322;&#243;wnie o to, kto do czego ma prawo. Kto co ma, jak to otrzyma&#322; i dlaczego.

Jordan jako&#347; nie czu&#322;, &#380;e ma prawo prezentowa&#263; w&#322;asn&#261; opini&#281; w tej sprawie. Przecie&#380; sam nie by&#322; nawet pewien, kto ma jakie prawa w jego w&#322;asnej rodzinie.

Zwi&#261;zki mi&#281;dzy jego matk&#261; a ciotk&#261; by&#322;y do&#347;&#263; niezwyk&#322;e. A mo&#380;e bardziej pasowa&#322;oby tu okre&#347;lenie nieco wymuszone. Cho&#263; nie do ko&#324;ca. Leisha odwiedza&#322;a rodzin&#281; Watrous w Kalifornii tylko przy r&#243;&#380;nych od&#347;wi&#281;tnych okazjach; Alice nie je&#378;dzi&#322;a do Chicago nigdy. A mimo to Alice, kt&#243;ra by&#322;a pasjonatk&#261; uprawiania ogr&#243;dka, codziennie posy&#322;a&#322;a do mieszkania Leishy bukiet wyhodowanych przez siebie kwiat&#243;w, wydaj&#261;c na to nieprzytomne, wed&#322;ug Jordana, sumy. A same kwiaty to by&#322;y najzwyklejsze w &#347;wiecie ogrodowe byliny: floksy, s&#322;oneczniki, liliowce i nagietki, jakie Leisha mog&#322;aby r&#243;wnie dobrze kupi&#263; za kilka dolar&#243;w na ulicach Chicago.

Czy ciocia Leisha nie woli przypadkiem egzotycznych szklarniowc&#243;w?  zapyta&#322; kiedy&#347; Jordan.

Woli  odpar&#322;a z u&#347;miechem jego matka.

Leisha zawsze przywozi&#322;a Jordanowi i jego siostrze, Moirze, fantastyczne prezenty: m&#322;odzie&#380;owe zestawy elektroniczne, teleskopy, sieciowe gry gie&#322;dowe. Alice zawsze sprawia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e jest uszcz&#281;&#347;liwiona prezentami na r&#243;wni z dzie&#263;mi. Niemniej kiedy Leisha zaczyna&#322;a pokazywa&#263; siostrze&#324;com jak z nich korzysta&#263;  jak nastawia&#263; azymut i ostro&#347;&#263; w teleskopie, jak rysowa&#263; japo&#324;skie literki na papierze ry&#380;owym  Alice zawsze wychodzi&#322;a z pokoju. Po jakim&#347; czasie Jordan zaczyna&#322; niekiedy &#380;a&#322;owa&#263;, &#380;e nie wychodzi i Leisha, &#380;e nie zostawi ich w spokoju, &#380;eby mogli przeczyta&#263; instrukcj&#281; obs&#322;ugi. Leisha t&#322;umaczy&#322;a zbyt szybko, zbyt d&#322;ugo, zbyt zawile i denerwowa&#322;a si&#281;, kiedy Jordan z Moir&#261; nie byli w stanie od razu wszystkiego zapami&#281;ta&#263;. I nie mia&#322;o przy tym znaczenia, &#380;e ciocia Leisha wyra&#378;nie z&#322;o&#347;ci&#322;a si&#281; na sam&#261; siebie, nie na nich. Jordan i tak czu&#322; si&#281; g&#322;upcem.

Leisha robi wszystko po swojemu  mawia&#322;a wtedy Alice  a my po swojemu.

A ju&#380; najdziwaczniejsze ze wszystkiego by&#322;o to Stowarzyszenie Bli&#378;ni&#261;t, do kt&#243;rego nale&#380;a&#322;a Alice. Kiedy dowiedzia&#322;a si&#281; o nim Leisha, najpierw sprawia&#322;a wra&#380;enie zgorszonej, potem smutnej, na ko&#324;cu w&#347;ciek&#322;ej. Alicja pracowa&#322;a tam ochotniczo przez trzy dni w tygodniu. Stowarzyszenie prowadzi&#322;o ewidencj&#281; bli&#378;ni&#261;t, kt&#243;re potrafi&#322;y komunikowa&#263; si&#281; ze sob&#261; z wielkiej odleg&#322;o&#347;ci, kt&#243;re wiedzia&#322;y, o czym my&#347;li to drugie, kt&#243;re cierpia&#322;y, kiedy to drugie mia&#322;o jakie&#347; problemy. Stowarzyszenie zajmowa&#322;o si&#281; tak&#380;e badaniem par bli&#378;ni&#261;t w przedszkolach, &#380;eby &#347;ledzi&#263; r&#243;&#380;nicowanie si&#281; ich osobowo&#347;ci. Takie pomieszanie parapsychologii, postrzegania pozazmys&#322;owego i metod naukowych zdumiewa&#322;o nawet Jordana, w&#243;wczas siedemnastoletniego.

Ciocia Leisha m&#243;wi, &#380;e wi&#281;kszo&#347;&#263; twoich przypadk&#243;w postrzegania pozazmys&#322;owego da si&#281; wyt&#322;umaczy&#263; za pomoc&#261; statystyki wyst&#281;powania zbieg&#243;w okoliczno&#347;ci. Poza tym wydawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e nie jeste&#347;cie bli&#378;ni&#281;tami jednojajowymi!

Bo nie jeste&#347;my  odrzek&#322;a Alice.

W ci&#261;gu ostatnich dw&#243;ch lat Jordan cz&#281;sto widywa&#322; si&#281; z ciotk&#261;, nie wspominaj&#261;c o tym matce. Leisha by&#322;a Bezsenn&#261;  ekonomicznym wrogiem. By&#322;a tak&#380;e prawa i hojna, z g&#322;ow&#261; pe&#322;n&#261; idealistycznych wizji. A to wprawia&#322;o go w zak&#322;opotanie.

Bardzo wiele spraw wprawia&#322;o go w zak&#322;opotanie.

Zwiedzanie zak&#322;adu trwa&#322;o ponad godzin&#281;. Jordan stara&#322; si&#281; patrze&#263; na wszystko oczyma Leishy: ludzie zamiast obni&#380;aj&#261;cych koszty automat&#243;w, wykrzykiwane na linii sprzeczki, hucz&#261;cy z g&#322;o&#347;nik&#243;w rock. Cz&#281;&#347;ci zamienne, odrzucone przez Inspekcj&#281; Kontroli Jako&#347;ci, powpychane byle jak do brudnych karton&#243;w. Czyja&#347; kopni&#281;ta w k&#261;t, nadgryziona kanapka.

Kiedy w ko&#324;cu Jordan zaprowadzi&#322; Leish&#281; do biura Hawkea, tamten podni&#243;s&#322; si&#281; ci&#281;&#380;ko zza swojego ogromnego, topornego biurka.

Pani Camden. Co za zaszczyt.

Witam, panie Hawke.

Wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niemu d&#322;o&#324;. Hawke u&#347;cisn&#261;&#322; j&#261;, a Jordan zauwa&#380;y&#322;, &#380;e ciotka lekko si&#281; wzdrygn&#281;&#322;a. Ludzie, kt&#243;rzy spotykali Calvina Hawkea po raz pierwszy, zwykle si&#281; lekko wzdrygali. Dopiero w tej chwili Jordan zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e przez ca&#322;y czas zastanawia&#322; si&#281;, czy tak b&#281;dzie i z Leisha. Chodzi&#322;o nie tyle o pot&#281;&#380;n&#261; sylwetk&#281; Hawkea, co o pewn&#261; konfunduj&#261;c&#261; ostro&#347;&#263; jego rys&#243;w: zakrzywiony nos, ko&#347;ci policzkowe stercz&#261;ce jak d&#322;uta, &#347;widruj&#261;ce czarne oczka, a nawet naszyjnik z wyostrzonych wilczych k&#322;&#243;w, odziedziczony po praprapradziadku  g&#243;ralu, kt&#243;ry po&#347;lubi&#322; trzy india&#324;skie kobiety i zabi&#322; trzy setki &#347;mia&#322;k&#243;w. Tak przynajmniej twierdzi&#322; Hawke. Czy dwustu-letnie z&#281;by  zastanawia&#322; si&#281; Jordan  mog&#261; by&#263; nadal r&#243;wnie ostre co niegdy&#347;?

Tylko je&#347;li nale&#380;&#261; do Hawkea.

Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;, podnosz&#261;c wzrok na Hawkea  o g&#322;ow&#281; wy&#380;szego, cho&#263; przecie&#380; sama by&#322;a bardzo wysoka  i powiedzia&#322;a:

Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e pozwoli&#322; mi pan przyjecha&#263;.  A kiedy Hawke si&#281; nie odezwa&#322;, dorzuci&#322;a bez owijania w bawe&#322;n&#281;:  A w&#322;a&#347;ciwie dlaczego?

Uda&#322;, &#380;e zada&#322;a ca&#322;kiem inne pytanie.

Jest tu pani ca&#322;kowicie bezpieczna, nawet bez tych pani goryli. W moich zak&#322;adach nie kultywujemy bezpodstawnej nienawi&#347;ci.

Jordan przypomnia&#322; sobie Mayleen, ale nie odezwa&#322; si&#281;. Przy ludziach nie nale&#380;a&#322;o przeciwstawia&#263; si&#281; Hawkeowi.

C&#243;&#380; za interesuj&#261;ce zastosowanie dla s&#322;owa bezpodstawny, panie Hawke. Prawo nazywa takie zastosowanie insynuacj&#261;. Ale skoro ju&#380; tu jestem, chcia&#322;abym zada&#263; panu kilka pyta&#324;, je&#347;li wolno.

Naturalnie  odpar&#322; Hawke. Za&#322;o&#380;ywszy r&#281;ce, stan&#261;&#322; wsparty o swe pot&#281;&#380;ne biurko, na poz&#243;r got&#243;w spe&#322;ni&#263; jej ka&#380;de &#380;yczenie. Na biurku spoczywa&#322; wideotelefon, kubek z nadrukiem Harvardu i obrz&#281;dowa laleczka Indian z plemienia Irokez&#243;w. Jeszcze dzi&#347; rano nie by&#322;o tu &#380;adnego z tych przedmiot&#243;w. Hawke, jak zauwa&#380;y&#322; Jordan, zgromadzi&#322; do swego wyst&#281;pu wszystkie niezb&#281;dne rekwizyty. Ch&#322;opak poczu&#322;, &#380;e piecze go kark.

Wasze skutery to modele bardzo uproszczone. Maj&#261; najprymitywniejsze sto&#380;ki odbioru energii Y i najmniej wyposa&#380;enia dodatkowego ze wszystkich dost&#281;pnych na rynku.

Zgadza si&#281;  odpowiedzia&#322; uprzejmie Hawke.

A s&#261; o wiele bardziej zawodne ni&#380; kt&#243;rykolwiek inny model. W czasie eksploatacji wymagaj&#261; znacznie wi&#281;cej cz&#281;&#347;ci zamiennych i to znacznie wcze&#347;niej ni&#380; inne. W rzeczy samej tylko deflektory os&#322;onowe przy sto&#380;kach Y oferuj&#261; jakiekolwiek gwarancje bezpiecze&#324;stwa, a i to tylko dlatego, &#380;e s&#261; chronione patentem i nie mog&#261; by&#263; produkowane na miejscu.

Pilnie odrobi&#322;a pani lekcje  skwitowa&#322; Hawke.

Maksymalna pr&#281;dko&#347;&#263; waszych skuter&#243;w wynosi nie wi&#281;cej ni&#380; trzydzie&#347;ci mil na godzin&#281;.

To prawda.

I sprzedaje sieje o dziesi&#281;&#263; procent dro&#380;ej ni&#380; por&#243;wnywalne produkty Schwinna, Forda czy Sony.

I to prawda.

A mimo to opanowali&#347;cie trzydzie&#347;ci dwa procent krajowego rynku, w zesz&#322;ym roku otworzyli&#347;cie trzy nowe zak&#322;ady i zanotowali&#347;cie &#322;&#261;czny przyrost aktyw&#243;w rz&#281;du dwudziestu o&#347;miu procent, podczas gdy przeci&#281;tna w tej ga&#322;&#281;zi przemys&#322;u wynosi zaledwie osiemna&#347;cie procent.

Hawke u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Leisha post&#261;pi&#322;a krok w jego stron&#281; i powiedzia&#322;a z naciskiem:

Niech pan tak nie robi, panie Hawke. To wielki b&#322;&#261;d. Nie ze wzgl&#281;du na nas  ze wzgl&#281;du na was.

Hawke rzuci&#322; dobrodusznym tonem:

Czy to ma by&#263; gro&#378;ba pod adresem moich zak&#322;ad&#243;w, pani Camden?

Jordan poczu&#322; skurcz w &#380;o&#322;&#261;dku. Hawke z premedytacj&#261; przekr&#281;ca&#322; znaczenie jej s&#322;&#243;w  z pro&#347;by, jak&#261; by&#322;y, przeistoczy&#322;y si&#281; w pogr&#243;&#380;k&#281;. Wi&#281;c to dlatego pozwoli&#322; jej przyjecha&#263; do zak&#322;ad&#243;w &#346;pi-My: zapragn&#261;&#322; p&#322;askich podniet p&#322;yn&#261;cych z konfrontacji twarz&#261; w twarz. N&#281;dzarz-przyw&#243;dca Ruchu &#346;pi-My kontra bogata i s&#322;awna Bezsenna prawniczka. Jordan poczu&#322; fal&#281; g&#322;&#281;bokiego rozczarowania  przecie&#380; Hawke jest wielki, nie musi zni&#380;a&#263; si&#281; do czego&#347; takiego.

Jordan potrzebowa&#322; tej wiary.

Oczywi&#347;cie nie jest to &#380;adna gro&#378;ba, panie Hawke  odpar&#322;a Leisha  jak pan zreszt&#261; doskonale wie. Pr&#243;buj&#281; jedynie wykaza&#263;, &#380;e pa&#324;ski Ruch &#346;pi-My jest niebezpieczny dla kraju i dla was samych. Chyba nie jest pan a&#380; takim hipokryt&#261;, &#380;eby udawa&#263;, &#380;e tego nie rozumie.

Hawke nadal u&#347;miecha&#322; si&#281; dobrodusznie, ale Jordan dostrzeg&#322;, &#380;e drobny mi&#281;sie&#324; na jego karku, tu&#380; nad po&#380;&#243;&#322;k&#322;ym wilczym k&#322;em, zaczyna rytmicznie pulsowa&#263;.

Wprost nie by&#322;bym w stanie nie zrozumie&#263;, pani Camden. Od lat &#347;piewa pani ci&#261;gle na t&#281; sam&#261; nut&#281; we wszystkich mo&#380;liwych gazetach.

I nie przestan&#281; &#347;piewa&#263;. Wszystko, co przyczynia si&#281; do pog&#322;&#281;biania podzia&#322;&#243;w mi&#281;dzy Bezsennymi i &#346;pi&#261;cymi, przynosi szkod&#281;. Ludzie kupuj&#261; wasze skutery nie dlatego, &#380;e s&#261; dobre, tanie albo &#322;adne, a tylko i wy&#322;&#261;cznie dlatego, &#380;e s&#261; produkowane przez &#346;pi&#261;cych i ca&#322;y zysk z produkcji przypada &#346;pi&#261;cym. Pan  i wszyscy pana na&#347;ladowcy w innych ga&#322;&#281;ziach przemys&#322;u  pod wzgl&#281;dem ekonomicznym rozdzieracie kraj na dwoje. Tworzycie dualistyczn&#261; gospodark&#281;, opart&#261; na nienawi&#347;ci. W tym w&#322;a&#347;nie tkwi niebezpiecze&#324;stwo dla nas wszystkich.

A szczeg&#243;lnie dla interes&#243;w ekonomicznych Bezsennych?  rzuci&#322; Hawke, na poz&#243;r od niechcenia.

Jordan dostrzeg&#322;, i&#380; tamtemu wydaje si&#281;, &#380;e dzi&#281;ki nag&#322;emu wybuchowi emocji Leishy wygra&#322; t&#281; rund&#281;.

Nie  odpar&#322;a Leisha znu&#380;onym g&#322;osem.  Prosz&#281;, panie Hawke, niech pan nie udaje. Ekonomiczne interesy Bezsennych oparte s&#261; g&#322;&#243;wnie na ekonomii globalnej, szczeg&#243;lnie w sferze finans&#243;w i zaawansowanych technologii. Mo&#380;e pan produkowa&#263; ka&#380;dy pojazd, budynek czy gad&#380;et w ca&#322;ych Stanach, a nie zdo&#322;a pan zaszkodzi&#263; ich interesom.

Ich  pomy&#347;la&#322; Jordan.  Nie: naszym.

Ciekaw by&#322;, czy Hawke tak&#380;e zauwa&#380;y&#322; t&#281; r&#243;&#380;nic&#281;. Ten za&#347; odpar&#322; jedwabistym g&#322;osem:

No to po co pani tu w og&#243;le przyje&#380;d&#380;a&#322;a, pani Camden?

Z tego samego powodu, dla kt&#243;rego je&#380;d&#380;&#281; do Azylu: &#380;eby walczy&#263; przeciwko g&#322;upocie.

Mi&#281;sie&#324; na karku Hawkea zacz&#261;&#322; drga&#263; szybciej. Najwyra&#378;niej nie spodziewa&#322; si&#281;, i&#380; Leisha o&#347;mieli si&#281; wspomnie&#263; przy nim o Azylu, ekonomicznym wrogu numer jeden. Hawke pochyli&#322; si&#281; do przodu i przycisn&#261;&#322; jaki&#347; guzik. Ochroniarze Leishy stan&#281;li w pogotowiu. Hawke rzuci&#322; im pe&#322;ne pogardy spojrzenie  zdrajcy w&#322;asnej biologicznej strony. Drzwi biura otworzy&#322;y si&#281; i stan&#281;&#322;a w nich m&#322;oda czarna kobieta.

Panie Hawke, Coltrane m&#243;wi&#322;, &#380;e chce si&#281; pan ze mn&#261; widzie&#263;?

Tak, Tino. Dzi&#281;kuj&#281;. Ta pani interesuje si&#281; naszym zak&#322;adem. Czy nie zechcia&#322;aby&#347; opowiedzie&#263; jej troch&#281; o swojej pracy tutaj?

Tina odwr&#243;ci&#322;a si&#281; pos&#322;usznie ku Leishy, najwyra&#378;niej jej nie rozpoznaj&#261;c.

Pracuj&#281; na stanowisku dziewi&#261;tym  zacz&#281;&#322;a.  Przedtem nie mia&#322;am nic. Moja rodzina nie mia&#322;a nic. Szli&#347;my do opieki spo&#322;ecznej, brali&#347;my jedzenie, wracali&#347;my do domu i je zjadali&#347;my. Czekali&#347;my na &#347;mier&#263;  ci&#261;gn&#281;&#322;a histori&#281;, kt&#243;r&#261; Jordan s&#322;ysza&#322; ju&#380; dziesi&#261;tki razy, tylko teraz opowiadan&#261; z wi&#281;kszym melodramatycznym zaci&#281;ciem ni&#380; zwykle. Niew&#261;tpliwie w&#322;a&#347;nie dlatego Hawke kaza&#322; jej czeka&#263;. Od opieki spo&#322;ecznej dostawa&#322;a tanie po&#380;ywienie, odzie&#380; i schronienie  i absolutnie nie by&#322;a w stanie wybi&#263; si&#281; ponad ten rudymentarny poziom ekonomiczny. A&#380; do chwili, kiedy Calvin Hawke i Ruch &#346;pi-My zapewnili jej prac&#281; z regularn&#261; p&#322;ac&#261;, zdobywszy rynek dla swych produkt&#243;w za pomoc&#261; sposob&#243;w, kt&#243;re niewiele mia&#322;y wsp&#243;lnego z ekonomi&#261;.

Kupuj&#281; tylko produkty z fabryk &#346;pi-My i robi&#281; wszystko, &#380;eby sprzeda&#263; produkt naszego zak&#322;adu  ci&#261;gn&#281;&#322;a z gor&#261;czkowym, jednostajnym za&#347;piewem.  To jedyny spos&#243;b na to, &#380;eby nam te&#380; co&#347; skapn&#281;&#322;o!

A kiedy kto&#347;  wtr&#261;ci&#322; Hawke  nale&#380;&#261;cy do waszej spo&#322;eczno&#347;ci kupuje inny produkt, bo jest ta&#324;szy albo lepszy

To ten kto&#347; nie utrzyma si&#281; w naszej spo&#322;eczno&#347;ci zbyt d&#322;ugo  dopowiedzia&#322;a chmurnie Tina.  Sami o siebie zadbamy.

Dzi&#281;kuj&#281;, Tino  rzek&#322; Hawke. Tina pos&#322;usznie wysz&#322;a, ale przedtem rzuci&#322;a Hawkowi takie samo spojrzenie jak wszyscy. Jordan mia&#322; nadziej&#281;, &#380;e Leisha pozna&#322;a ju&#380; ten rodzaj spojrze&#324; u swoich klient&#243;w na sali s&#261;dowej. Ucisk w &#380;o&#322;&#261;dku zel&#380;a&#322; odrobin&#281;.

Niez&#322;e przedstawienie  o&#347;wiadczy&#322;a oschle Leisha.

To nie tylko przedstawienie. To godno&#347;&#263; indywidualnego wysi&#322;ku; stary jagaistyczny dogmat, nieprawda&#380;? A mo&#380;e nie sta&#263; pani&#261; na uznanie pewnych ekonomicznych fakt&#243;w?

Zdaj&#281; sobie spraw&#281; ze wszystkich ogranicze&#324;, jakie niesie ze sob&#261; wolny rynek, panie Hawke. Popyt i poda&#380; stawiaj&#261; robotnik&#243;w na r&#243;wni z gad&#380;etami, a przecie&#380; ludzie to nie gad&#380;ety. Ale nie mo&#380;e pan uzdrowi&#263; gospodarki tworz&#261;c zwi&#261;zki konsumenckie na podobie&#324;stwo zwi&#261;zk&#243;w zawodowych.

Ale&#380; ja w&#322;a&#347;nie w ten spos&#243;b uzdrawiam gospodark&#281;, pani Camden.

Tylko tymczasowo  odpar&#322;a Leisha. Gwa&#322;townie pochyli&#322;a si&#281; do przodu.  Czy pan si&#281; spodziewa, &#380;e utrzyma d&#322;ugo konsument&#243;w z dala od lepszych produkt&#243;w tylko na bazie nienawi&#347;ci klasowej? Nienawi&#347;&#263; klasowa powoduje upadek, podczas gdy prosperity pozwala ludziom pi&#261;&#263; si&#281; w g&#243;r&#281;, ponad swoj&#261; klas&#281;.

My, ludzie, nigdy nie zdo&#322;amy wspi&#261;&#263; si&#281; tak wysoko, &#380;eby dor&#243;wna&#263; Bezsennym. A pani o tym wie. Darwinowskie przetrwanie przypadnie wam. Tak wi&#281;c my musimy czerpa&#263; zyski z tego, co mamy: z przewagi liczebnej.

Ale&#380; wcale nie musi by&#263; darwinowskiej walki o przetrwanie!

Hawke wsta&#322;. Mi&#281;sie&#324; na jego karku by&#322; teraz nieruchomy; Jordan widzia&#322; wyra&#378;nie, i&#380; tamten jest pewien, &#380;e zwyci&#281;&#380;y&#322;.

Doprawdy, pani Camden? A kto do niej doprowadzi&#322;? To Bezsenni kontroluj&#261; obecnie dwadzie&#347;cia osiem procent ca&#322;ej gospodarki  pomimo tego, &#380;e stanowicie bardzo nieliczn&#261; mniejszo&#347;&#263;. A ten procent stale wzrasta. Pani sama, poprzez Aurora Holding Company, jest udzia&#322;owcem zak&#322;ad&#243;w Samsunga-Chryslera po drugiej stronie rzeki.

Jordan by&#322; wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty. Nic o tym nie wiedzia&#322;. Na moment ogarn&#281;&#322;a go fala podejrzliwo&#347;ci. Jego ciotka prosi&#322;a, by pozwolono jej tu przyjecha&#263;, prosi&#322;a o rozmow&#281; z Hawkiem Obr&#243;ci&#322; wzrok na Leish&#281;: u&#347;miecha&#322;a si&#281;. Nie, z pewno&#347;ci&#261; nie to ni&#261; kierowa&#322;o. Co si&#281; z nim dzieje? Czy ju&#380; przez reszt&#281; &#380;ycia b&#281;dzie mu towarzyszy&#263; ten sta&#322;y brak pewno&#347;ci?

Posiadanie akcji nie jest sprzeczne z prawem  odpowiedzia&#322;a Leisha.  Czyni&#281; to z powod&#243;w oczywistych: chc&#281; osi&#261;gn&#261;&#263; zyski. Zyski, kt&#243;re ci&#261;gn&#281; z pierwszorz&#281;dnej jako&#347;ci towar&#243;w i us&#322;ug, jakie powsta&#322;y w wyniku uczciwej konkurencji i s&#261; oferowane ka&#380;demu, kto &#380;yczy sobie je naby&#263;. Ka&#380;demu bez wyj&#261;tku.

Bardzo chwalebnie  rzuci&#322; k&#261;&#347;liwie Hawke.  Cho&#263;, rzecz jasna, nie ka&#380;dego sta&#263; na kupno.

No w&#322;a&#347;nie.

To znaczy, &#380;e w jednej przynajmniej sprawie jeste&#347;my zgodni: przed niekt&#243;rymi droga do profit&#243;w tej pani darwinowskiej ekonomii pozostaje zamkni&#281;ta. Chce pani, &#380;eby potulnie godzili si&#281; na tak&#261; sytuacj&#281;?

Chc&#281; otworzy&#263; przed nimi bramy i wpu&#347;ci&#263; ich do &#347;rodka.

W jaki spos&#243;b? Jak mamy konkurowa&#263; na r&#243;wnej stopie z Bezsennymi lub z przoduj&#261;cymi przedsi&#281;biorstwami, kt&#243;re cz&#281;&#347;ciowo lub w ca&#322;o&#347;ci wzi&#281;&#322;y sw&#243;j pocz&#261;tek z finansowego geniuszu Bezsennych?

Z pewno&#347;ci&#261; nie za pomoc&#261; nienawi&#347;ci, kreuj&#261;cej dwie odr&#281;bne gospodarki.

W takim razie czym? Prosz&#281; mi powiedzie&#263;.

Zanim Leisha zdo&#322;a&#322;a odpowiedzie&#263;, drzwi otwar&#322;y si&#281; gwa&#322;townie i do pomieszczenia wpad&#322;o trzech m&#281;&#380;czyzn.

Ochroniarze Leishy b&#322;yskawicznie j&#261; zas&#322;onili, wyci&#261;gaj&#261;c pistolety. Ale tamci uzbrojeni byli tylko w kamery. Zaraz te&#380; zacz&#281;li kr&#281;ci&#263;. Poniewa&#380; nie widzieli nic opr&#243;cz muru zbrojnych m&#281;&#380;czyzn, to w&#322;a&#347;nie sfilmowali. Ochroniarze, zdumieni, zerkali jeden na drugiego. Jordan, kt&#243;ry wycofa&#322; si&#281; w k&#261;t, jako jedyny dojrza&#322; w &#347;cianie, tu&#380; przy suficie, zdradziecki b&#322;ysk soczewki  w pomieszczeniu, w kt&#243;rym, jak powszechnie twierdzono, nie mog&#322;o by&#263; mowy o inwigilacji.

Wynocha  wycedzi&#322; przez z&#281;by szef ochroniarzy. Ekipa filmowa pos&#322;usznie si&#281; wynios&#322;a. I nikt z wyj&#261;tkiem Jordana nie dostrzeg&#322; kamery Hawkea.

Po co to? Do czego potrzebna mu potajemnie wykonana fotografia, o kt&#243;rej b&#281;dzie m&#243;g&#322; twierdzi&#263;, i&#380; zosta&#322;a zrobiona przez uprawnion&#261; do tego ekip&#281; filmow&#261;? Czy powinien powiedzie&#263; ciotce, &#380;e tamten co&#347; takiego ma? Czy to mog&#322;oby jej zaszkodzi&#263;?

Hawke przygl&#261;da&#322; mu si&#281;. Skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; z tak pe&#322;nym ciep&#322;a spojrzeniem, z tak ojcowskim zrozumieniem dla jego dylematu, &#380;e Jordan natychmiast poczu&#322; si&#281; uspokojony. Hawke nie m&#243;g&#322; planowa&#263; &#380;adnej napa&#347;ci na Leish&#281;. On przecie&#380; nie korzysta&#322; z tego rodzaju &#347;rodk&#243;w. Mia&#322; przed sob&#261; cele wielkie, porywaj&#261;ce, prawe, ale zwraca&#322; przy tym uwag&#281; na pojedyncze osoby, czego nie mo&#380;na by&#322;o powiedzie&#263; o Bezsennych  z wyj&#261;tkiem Leishy. Jordan odetchn&#261;&#322;.

Przepraszam, pani Camden  odezwa&#322; si&#281; Hawke. Leisha spojrza&#322;a na niego ch&#322;odno.

Nikomu nie sta&#322;a si&#281; &#380;adna krzywda, panie Hawke  odpar&#322;a, a po chwili dorzuci&#322;a z naciskiem:  Prawda?

Prawda. Pozwoli pani, &#380;e dam jej co&#347; na pami&#261;tk&#281; naszego dzisiejszego spotkania.

Co&#347; na

Pami&#261;tk&#281;.

Z ma&#322;ego kantorka  tu ochroniarze zn&#243;w na moment zesztywnieli  wyprowadzi&#322; skuter &#346;pi-My.

Rzecz jasna, nie b&#281;dzie je&#378;dzi&#322; tak szybko ani tak daleko jak ten, kt&#243;ry ju&#380; pani ma. Je&#380;eli w og&#243;le raczy pani kiedykolwiek u&#380;ywa&#263; skutera zamiast samochodu czy helikoptera, tak jak to czyni ponad pi&#281;&#263;dziesi&#261;t procent naszej populacji.

Jordan zobaczy&#322;, &#380;e Leisha w ko&#324;cu straci&#322;a cierpliwo&#347;&#263;. Wypu&#347;ci&#322;a oddech przez zaci&#347;ni&#281;te z&#281;by; powietrze za&#347;wiszcza&#322;o nieprzyjemnie.

Dzi&#281;kuj&#281;, ale nie, panie Hawke. Je&#380;d&#380;&#281; kesslerem-eagleem. Skuterem najwy&#380;szej jako&#347;ci, produkowanym, o ile mi wiadomo, w fabryce, kt&#243;rej w&#322;a&#347;cicielami s&#261; &#346;pi&#261;cy  rdzenni mieszka&#324;cy Ameryki. Bardzo si&#281; staraj&#261; sprzedawa&#263; sw&#243;j znakomity produkt po uczciwej cenie, ale niestety reprezentuj&#261; mniejszo&#347;&#263;, kt&#243;rej interes&#243;w nikt nie chroni na sztucznie stworzonym rynku. S&#261; to, o ile mi wiadomo, Indianie Hopi.

Jordan nie &#347;mia&#322; spojrze&#263; Hawkeowi w twarz.



* * *


Wsiadaj&#261;c do samochodu, Leisha powiedzia&#322;a Jordanowi:

Przepraszam za t&#281; ostatni&#261; szpil&#281;.

Nie przepraszaj.

Przykro mi ze wzgl&#281;du na ciebie. Wiem, &#380;e wierzysz w to, co tutaj robicie, Jordanie

Tak  odpowiedzia&#322;.  Wierz&#281;. Mimo wszystko.

Kiedy tak m&#243;wisz, wygl&#261;dasz jak twoja matka.

Czego nie da&#322;oby si&#281; powiedzie&#263; o Leishy  pomy&#347;la&#322; Jordan i od razu poczu&#322;, &#380;e jest nielojalny. Ale to by&#322;a prawda. Alice wygl&#261;da&#322;a na wi&#281;cej ni&#380; swoje czterdzie&#347;ci trzy lata, Leisha za&#347; o wiele m&#322;odziej. Wiek nieco nadwer&#281;&#380;y&#322; delikatne rysy jej twarzy, lecz zupe&#322;nie nie da&#322;o si&#281; na niej dostrzec starzenia si&#281; kom&#243;rek. Wygl&#261;da&#322;a na osob&#281; dobiegaj&#261;c&#261; trzydziestki i najwyra&#378;niej tak ju&#380; mia&#322;o pozosta&#263;. Pi&#281;kna i pe&#322;na napi&#281;cia trzydziestolatka; ledwie widoczne linie wok&#243;&#322; jej oczu bardziej przypomina&#322;y mikroobwody ni&#380; zmarszczki.

Jak twoja matka?  zapyta&#322;a Leisha.

Jordan wyczu&#322; doskonale ca&#322;&#261; z&#322;o&#380;ono&#347;&#263; tego pytania, ale nie czu&#322; si&#281; na si&#322;ach, &#380;eby si&#281; z nim zmaga&#263;.

W porz&#261;dku  odpowiedzia&#322;, po czym doda&#322;:  Jedziesz prosto do Azylu?

Leisha podnios&#322;a na niego wzrok.

Sk&#261;d wiesz?

Masz ten sam wyraz twarzy co zawsze, kiedy tam jedziesz albo stamt&#261;d wracasz.

Spu&#347;ci&#322;a oczy, nie powinien by&#322; wspomina&#263; o Azylu. Powiedzia&#322;a:

Przeka&#380; Hawkeowi, &#380;e nie b&#281;d&#281; robi&#322;a szumu o t&#281; kamer&#281; w &#347;cianie. I nie dr&#281;cz si&#281;, &#380;e mi o niej nie powiedzia&#322;e&#347;. I tak masz ju&#380; sporo sprzeczno&#347;ci do pogodzenia, Jordy. Ale wiesz, mam ju&#380; dosy&#263; os&#243;b o przyt&#322;aczaj&#261;cej powierzchowno&#347;ci, jak ten tw&#243;j pan Hawke. Jedna wielka charyzma i rozbuchane ego, &#380;arem swoich przekona&#324; wal&#261; w cz&#322;owieka jak pi&#281;&#347;ci&#261;. To nu&#380;&#261;ce.

Jordan wybuchn&#261;&#322; &#347;miechem. Leisha spojrza&#322;a na niego pytaj&#261;co, lecz on tylko potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i uca&#322;owa&#322; j&#261; na po&#380;egnanie, po czym zatrzasn&#261;&#322; drzwi samochodu. Kiedy odje&#380;d&#380;a&#322;a, wyprostowa&#322; si&#281;, lecz ju&#380; bez u&#347;miechu.

Charyzma. Rozbuchane ego. Osoby o przyt&#322;aczaj&#261;cej powierzchowno&#347;ci.

Czy to mo&#380;liwe, aby Leisha nie zdawa&#322;a sobie sprawy, &#380;e sama do nich nale&#380;y?



* * *


Leisha opar&#322;a g&#322;ow&#281; o sk&#243;rzane oparcie fotela w s&#322;u&#380;bowym samolocie Baker Enterprises. By&#322;a jedynym pasa&#380;erem. Daleko w dole Missisipi wspina&#322;a si&#281; na pierwsze wzniesienia u st&#243;p Appalach&#243;w. D&#322;o&#324; Leishy musn&#281;&#322;a grzbiet ksi&#261;&#380;ki le&#380;&#261;cej na s&#261;siednim siedzeniu; unios&#322;a j&#261; do oczu. Dali zbyt krzykliw&#261; ok&#322;adk&#281;. Abraham Lincoln, bez brody, stoi w czarnym surducie i cylindrze na tle p&#322;on&#261;cego miasta (Atalanty? A mo&#380;e Richmond?), z twarz&#261; wykrzywion&#261; w straszliwym grymasie. Karmazynowoz&#322;otawe p&#322;omienie li&#380;&#261; wrzosowe niebo. W telewizji taki zestaw kolor&#243;w wygl&#261;da&#322;by jeszcze bardziej niesamowicie. W tr&#243;jwymiarowym hologramie zacz&#281;&#322;yby pewnie fluoryzowa&#263;.

Leisha westchn&#281;&#322;a. Lincoln nigdy nie sta&#322; na tle p&#322;on&#261;cego miasta. W tym okresie &#380;ycia, kt&#243;ry opisa&#322;a w swej ksi&#261;&#380;ce, nosi&#322; brod&#281;. A sama ksi&#261;&#380;ka by&#322;a starannym studium przem&#243;wie&#324; Lincolna w &#347;wietle Konstytucji, nie w &#347;wiecie p&#243;l bitewnych. Nic w niej nie p&#322;on&#281;&#322;o. Nic nie wywo&#322;ywa&#322;o grymas&#243;w.

Przesun&#281;&#322;a palcami po wyt&#322;oczonym na ok&#322;adce nazwisku: ELIZABETH KAMINSKY.

Po co to?  spyta&#322;a Alice w sw&#243;j zwyk&#322;y bezpo&#347;redni spos&#243;b, kiedy zobaczy&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281;.

Czy to nie jest oczywiste?  odpowiedzia&#322;a wtedy Leisha.  Ju&#380; moje sprawy s&#261;dowe przyczyniaj&#261; mi dosy&#263; niepotrzebnego rozg&#322;osu. Chc&#281;, &#380;eby ksi&#261;&#380;ka zyska&#322;a odd&#378;wi&#281;k czysto naukowy, je&#380;eli jest go warta, a nie

Tyle to sama rozumiem  wypali&#322;a Alice.  Ale dlaczego akurat taki pseudonim?

Wtedy Leisha nie znalaz&#322;a odpowiedzi. Tydzie&#324; p&#243;&#378;niej przysz&#322;o jej co&#347; do g&#322;owy, ale by&#322;o ju&#380; po jej kr&#243;tkiej, sztywnej wizycie w Kalifornii i nie mia&#322;a z kim podzieli&#263; si&#281; swoj&#261; my&#347;l&#261;. Chcia&#322;a nawet od razu zadzwoni&#263;, ale w Chicago by&#322;a akurat czwarta w nocy, w Moro Bay oko&#322;o drugiej, wi&#281;c Alice i Beck z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; ju&#380; spali. Zreszt&#261;, ona i Alice dzwoni&#322;y do siebie niezmiernie rzadko.

Z powodu tego, co Lincoln powiedzia&#322; w 1864 roku, Alice. W po&#322;&#261;czeniu z faktem, &#380;e mam teraz czterdzie&#347;ci trzy lata, tyle samo, ile mia&#322; nasz ojciec, kiedy si&#281; urodzi&#322;y&#347;my, oraz dlatego, &#380;e nikt, nawet ty, nie wierzy, &#380;e mam ju&#380; tego wszystkiego serdecznie do&#347;&#263;.

Tak mia&#322;a powiedzie&#263;.

Ale prawd&#261; jest, &#380;e najpewniej i tak nie powiedzia&#322;aby tego Alice  ani w Chicago, ani w Kalifornii. Nie wiedzie&#263; dlaczego wszystko, co m&#243;wi&#322;a do Alice, z lekka tr&#261;ci&#322;o pompatyczno&#347;ci&#261;. A wszystko, co siostra m&#243;wi&#322;a jej  na przyk&#322;ad te mistycyzuj&#261;ce nonsensy o Stowarzyszeniu Bli&#378;ni&#261;t  wydawa&#322;o si&#281; Leishy dziurawe jak rzeszoto pod wzgl&#281;dem logiki my&#347;lenia i wywodu. By&#322;y jak dwoje ludzi, kt&#243;rzy pr&#243;buj&#261; rozmawia&#263; w obcych dla siebie j&#281;zykach.

Dwadzie&#347;cia lat temu przez jedn&#261; chwil&#281; wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e mi&#281;dzy nimi u&#322;o&#380;y si&#281; inaczej. Ale teraz

Na ca&#322;ej Ziemi &#380;y&#322;o dwadzie&#347;cia dwa tysi&#261;ce Bezsennych, z czego 95% w samych Stanach Zjednoczonych. Z tego dalsze 80% zamkn&#281;&#322;o si&#281; w Azylu. A poniewa&#380; prawie wszystkie bezsenne dzieci poczyna&#322;y si&#281; teraz naturalnie, a nie in vitro, wi&#281;kszo&#347;&#263; Bezsennych rodzi&#322;a si&#281; w obr&#281;bie Azylu. Rodzice z ca&#322;ego kraju nadal kupowali inne genetyczne modyfikacje: podwy&#380;szony IQ, wzmocniony system immunologiczny, wysokie ko&#347;ci policzkowe  wszystko, co tylko pozostawa&#322;o w zgodzie z prawem, ka&#380;d&#261;  jak wydawa&#322;o si&#281; Leishy  b&#322;ahostk&#281;. Ale ju&#380; nie bezsenno&#347;&#263;. Genetyczne alteracje by&#322;y drogie  dlaczego wi&#281;c fundowa&#263; ukochanemu dziecku za wielkie pieni&#261;dze &#380;ycie wype&#322;nione walk&#261; z fanatyzmem, uprzedzeniami, pe&#322;ne fizycznych zagro&#380;e&#324;? Stanowczo lepiej wybra&#263; genomodyfikacj&#281;, kt&#243;ra si&#281; ju&#380; przyj&#281;&#322;a. Nadzwyczaj pi&#281;kne lub inteligentne dzieci mog&#261; spotka&#263; si&#281; w &#380;yciu z naturaln&#261; zawi&#347;ci&#261;, ale nie z jadowit&#261; nienawi&#347;ci&#261;. Nie traktowano ich jak odmiennej rasy, nieustannie spiskuj&#261;cej, poci&#261;gaj&#261;cej za ukryte sznurki, z kt&#243;rej reszta bez ustanku szydzi i kt&#243;rej si&#281; boi. Bezsenni, jak napisa&#322;a kiedy&#347; Leisha w kt&#243;rej&#347; z og&#243;lnokrajowych gazet, s&#261; dla dwudziestego pierwszego wieku tym, czym &#379;ydzi byli dla wieku czternastego.

Dwadzie&#347;cia lat potyczek prawnych maj&#261;cych zmieni&#263; ten stan rzeczy i wszystko pozosta&#322;o jak by&#322;o.

Mam do&#347;&#263;  powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no na pr&#243;b&#281;. Pilot nawet si&#281; nie odwr&#243;ci&#322;; nie by&#322; szczeg&#243;lnie rozmowny. Dwa tysi&#261;ce st&#243;p pod nimi nadal przesuwa&#322;y si&#281; wzg&#243;rza.

Leisha roz&#322;o&#380;y&#322;a przybory do pracy. Nic dobrego nie wyniknie z tego, &#380;e si&#281; ma do&#347;&#263;  czy to przykrego rozd&#378;wi&#281;ku mi&#281;dzy ni&#261; a Alice, czy to Calvina Hawkea, z kt&#243;rym niedawno musia&#322;a si&#281; zmaga&#263;, czy w ko&#324;cu Azylu, z kt&#243;rym zmagania ma jeszcze przed sob&#261;. Wszystko to przecie&#380; nie zniknie. Tymczasem wi&#281;c mog&#322;aby przynajmniej po&#347;wi&#281;ci&#263; kilka chwil na prac&#281;. Czekaj&#261; j&#261; jeszcze trzy godziny lotu do stanu Nowy Jork, a potem jeszcze dwie z powrotem do Chicago  w sam raz, &#380;eby przygotowa&#263; si&#281; do sprawy Calder przeciwko Zak&#322;adom Metalurgicznym Hansen. W Chicago czekaj&#261; spotkanie z klientem o szesnastej, o osiemnastej ma z&#322;o&#380;y&#263; po&#347;wiadczenie, o dwudziestej spotka&#263; si&#281; z kolejnym klientem, a p&#243;&#378;niej przez reszt&#281; nocy b&#281;dzie si&#281; przygotowywa&#263; do jutrzejszego procesu. Mog&#322;aby jako&#347; to wszystko pouk&#322;ada&#263;.

Prawo to jedyna rzecz, kt&#243;rej nigdy nie miewa&#322;a do&#347;&#263;. Pomimo dwudziestu lat pe&#322;nych g&#243;wna, jakie nierozerwalnie wi&#261;&#380;e si&#281; z praktykowaniem prawa  nadal w nie wierzy&#322;a. Spo&#322;ecze&#324;stwo z dobrze funkcjonuj&#261;cym, nie skorumpowanym (naturalnie, w granicach rozs&#261;dku  do, powiedzmy, jakich&#347; 80%) systemem s&#261;downictwa by&#322;o spo&#322;ecze&#324;stwem, kt&#243;re nadal mog&#322;o wierzy&#263; w swe podstawy.

W nieco rado&#347;niejszym nastroju zabra&#322;a si&#281; Leisha za skomplikowan&#261; kwesti&#281; domniemania faktycznego. Ale ksi&#261;&#380;ka, nadal le&#380;&#261;ca na siedzeniu obok, ci&#261;gle j&#261; rozprasza&#322;a, przywo&#322;uj&#261;c na pami&#281;&#263; pytanie Alice i nie wypowiedzian&#261; odpowied&#378;.

W kwietniu 1864 roku Lincoln napisa&#322; list do mieszka&#324;ca Kentucky, A.G. Hodgesa. Stany p&#243;&#322;nocne by&#322;y oburzone rasistowsk&#261; masakr&#261; czarnych &#380;o&#322;nierzy pod Fort Pillow, skarbiec federacji by&#322; niemal pusty, a wojna kosztowa&#322;a Uni&#281; niemal dwa miliony dolar&#243;w dziennie. Co dzie&#324; Lincoln bywa&#322; obrzucany inwektywami przez pras&#281;, co tydzie&#324; musia&#322; stacza&#263; batalie z Kongresem. W nast&#281;pnym miesi&#261;cu Grant mia&#322; straci&#263; dziesi&#281;&#263; tysi&#281;cy &#380;o&#322;nierzy pod Cold Harbor i jeszcze wi&#281;cej pod Spotsylvania Courthouse. Lincoln napisa&#322; wtedy do Hodgesa: Nie twierdze wcale, &#380;e panuje nad sytuacj&#261;  przeciwnie, przyznaje otwarcie, &#380;e sytuacja zapanowa&#322;a nade mn&#261;.

Leisha cisn&#281;&#322;a ksi&#261;&#380;k&#281; pod siedzenie fotela i pochyli&#322;a si&#281; nad komputerem, szukaj&#261;c oparcia w prawie.



* * *


Jennifer Sharifi unios&#322;a czo&#322;o znad ziemi, wdzi&#281;cznie podnios&#322;a si&#281; z kl&#281;czek, a potem pochyli&#322;a si&#281;, &#380;eby zwin&#261;&#263; sw&#243;j modlitewny dywanik. Ostra g&#243;rska trawa by&#322;a troch&#281; mokra, pogi&#281;te &#378;d&#378;b&#322;a przylgn&#281;&#322;y do spodniej strony dywanu. Trzymaj&#261;c go z dala od bia&#322;ych fa&#322;d swej abaji, Jennifer sz&#322;a przez niewielk&#261; le&#347;n&#261; polank&#281; w stron&#281; helikoptera. Wiatr porusza&#322; leciutko jej d&#322;ugimi, lu&#378;no puszczonymi czarnymi w&#322;osami.

W g&#243;rze zobaczy&#322;a przelatuj&#261;cy niewielki samolot. Nachmurzy&#322;a si&#281;  Leisha Camden ju&#380; jest. Jennifer natomiast by&#322;a sp&#243;&#378;niona.

A niech sobie poczeka. Albo niech si&#281; ni&#261; zajmie Richard. Jennifer od pocz&#261;tku jej tu nie chcia&#322;a. Dlaczego niby Azyl mia&#322;by wita&#263; z otwartymi ramionami kobiet&#281;, kt&#243;ra przy ka&#380;dej okazji wyst&#281;powa&#322;a przeciwko niemu? Nawet Koran w swojej osobliwej preglobalno-sieciowej prostocie m&#243;wi&#322;: Ktokolwiek wyst&#261;pi przeciw tobie, uczy&#324; z nim tak, jak on uczyni&#322; z tob&#261;.

Ma&#322;y samolot ze znakiem firmowym Baker Enterprises znikn&#261;&#322; za drzewami.

Jennifer wsiad&#322;a do helikoptera z umys&#322;em wype&#322;nionym my&#347;lami o zadaniach, jakie mia&#322;a wykona&#263; przez reszt&#281; dzisiejszego dnia. Gdyby nie pociecha i spok&#243;j, jakie odnajdywa&#322;a w porannej i popo&#322;udniowej modlitwie, nie zdo&#322;a&#322;aby pewnie przebrn&#261;&#263; przez niekt&#243;re dni swego &#380;ycia. Ale przecie&#380; ty nie jeste&#347; wierz&#261;ca  powiedzia&#322; kiedy&#347; z u&#347;miechem Richard  nie jeste&#347; nawet religijna. Jennifer nawet nie pr&#243;bowa&#322;a mu wyja&#347;ni&#263;, &#380;e nie chodzi tu o wiar&#281; natury religijnej. Sama wola wiary tworzy&#322;a w&#322;asn&#261; moc, w&#322;asn&#261; wiar&#281; i, na koniec, swoj&#261; w&#322;asn&#261; wol&#281;. Przez praktykowanie wiary  niewa&#380;ny rytua&#322;  mo&#380;na by&#322;o powo&#322;a&#263; do &#380;ycia obiekt tej wiary. Wyznawca staje si&#281; Stw&#243;rc&#261;.

Wierz&#281;  powtarza&#322;a Jennifer ka&#380;dego ranka i ka&#380;dego popo&#322;udnia, kl&#281;cz&#261;c na trawie, w&#347;r&#243;d opad&#322;ych li&#347;ci lub na &#347;niegu.  Wierz&#281; w Azyl.

Os&#322;oni&#322;a d&#322;oni&#261; oczy i spr&#243;bowa&#322;a dojrze&#263; samolot Leishy. Jego lot &#347;ledzi&#322;y, jak przypuszcza&#322;a, zar&#243;wno czujniki Langdona, jak i lasery przeciwlotnicze. Poderwa&#322;a helikopter w g&#243;r&#281; i polecia&#322;a tu&#380; pod kopu&#322;&#261; pola Y.

C&#243;&#380; by na tak&#261; wiar&#281; powiedzia&#322;a jej prababka ze strony ojca, Najla Fatima Noor el-Dahar? Z drugiej za&#347; strony jej prababka ze strony matki, kt&#243;rej wnuczka zosta&#322;a ameryka&#324;sk&#261; gwiazd&#261; filmow&#261;, a kt&#243;ra, sama b&#281;d&#261;c irlandzk&#261; imigrantk&#261;, zdo&#322;a&#322;a przetrwa&#263; jako brookli&#324;ska sprz&#261;taczka, pewnie mia&#322;aby niejedno do powiedzenia na temat pot&#281;gi i woli.

Nie znaczy to, &#380;e czyje&#347; prababki maj&#261; teraz w &#380;yciu jakiekolwiek znaczenie. Albo te&#380; dziadowie czy ojcowie. Od nowej rasy zawsze wymagano, &#380;eby po&#347;wi&#281;ci&#322;a w&#322;asne korzenie na rzecz przysz&#322;o&#347;ci. Zeus  jak przypuszcza&#322;a Jennifer  nie op&#322;akiwa&#322; ani Kronosa, ani Rei.

Pod ni&#261;, oblany promieniami porannego s&#322;o&#324;ca, rozpo&#347;ciera&#322; si&#281; Azyl. W ci&#261;gu dwudziestu dwu lat swego istnienia rozr&#243;s&#322; si&#281; do prawie trzystu mil kwadratowych, zajmuj&#261;c jedn&#261; pi&#261;t&#261; powierzchni okr&#281;gu Cattaraugus w stanie Nowy Jork. Jennifer naby&#322;a ca&#322;y rezerwat Indian Allegheny natychmiast, kiedy tylko zniesiono restrykcje antytrustowe Kongresu. Zap&#322;aci&#322;a poprzednim w&#322;a&#347;cicielom, Indianom z plemienia Seneca, kwot&#281;, kt&#243;ra pozwoli&#322;a im urz&#261;dzi&#263; si&#281; wygodnie na Manhattanie, w Pary&#380;u i w Dallas. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, niezbyt wielu Senek&#243;w zdo&#322;a&#322;o przetrwa&#263; i mog&#322;o si&#281; teraz cieszy&#263; skutkami sprzeda&#380;y  nie wszystkie zagro&#380;one grupy posiada&#322;y takie zdolno&#347;ci przystosowawcze jak Bezsenni. Nie wszyscy potrafi&#261; kupi&#263; ziemi&#281; od w&#322;a&#347;cicieli od pocz&#261;tku niech&#281;tnych sprzeda&#380;y albo zakupi&#263; lasery przeciwlotnicze na mi&#281;dzynarodowym rynku broni. Albo, je&#347;li nawet grupy te posiada&#322;y odpowiednie zdolno&#347;ci, brakowa&#322;o im celu, na kt&#243;rym mog&#322;yby skupi&#263; swe dzia&#322;ania i kt&#243;ry by je oczy&#347;ci&#322; i u&#347;wi&#281;ci&#322;. Kt&#243;ry uczyni&#322;by z przetrwania to, czym jest w istocie: &#347;wi&#281;t&#261; wojn&#281;. D&#380;ihad.

Allegheny by&#322; jedynym spo&#347;r&#243;d india&#324;skich rezerwat&#243;w, kt&#243;ry mia&#322; w swoim obr&#281;bie ca&#322;e nieindia&#324;skie miasto, Salamank&#281;, dzier&#380;awione od Senek&#243;w od 1892 roku. Salamanka wesz&#322;a w sk&#322;ad nabytk&#243;w Jennifer. Wszyscy dzier&#380;awcy otrzymali zawiadomienia o eksmisji i po wielu s&#261;dowych potyczkach, na kt&#243;re mieszka&#324;cy Salamanki mieli zbyt ma&#322;o pieni&#281;dzy, za&#347; Azyl mia&#322; do swej dyspozycji wszystkich najlepszych Bezsennych prawnik&#243;w w kraju, przestarza&#322;e budynki miasta sta&#322;y si&#281; skorupami kryj&#261;cymi wysoce zaawansowan&#261; technik&#281; Azylu  szpital z centrum badawczym, college, central&#281; s&#322;u&#380;b bezpiecze&#324;stwa, centra zasilania i nadzoru, najbardziej wyrafinowane z istniej&#261;cych urz&#261;dze&#324; telekomunikacji, a wszystko otoczone ekologicznie piel&#281;gnowanym lasem.

W oddali, za bram&#261; wjazdow&#261; Azylu, Jeniffer widzia&#322;a codzienn&#261; kolumn&#281; ci&#281;&#380;ar&#243;wek dostawczych, pn&#261;cych si&#281; wytrwale g&#243;rsk&#261; drog&#261; i wioz&#261;cych dzienny &#322;adunek &#380;ywno&#347;ci, materia&#322;&#243;w budowlanych i mniej skomplikowanych produkt&#243;w technicznych  wszystko to, co Azyl wola&#322; raczej sprowadza&#263; ni&#380; produkowa&#263; u siebie, a zatem to, co by&#322;o nie do&#347;&#263; zaawansowane, nie do&#347;&#263; zyskowne lub nie do&#347;&#263; istotne. Nie znaczy&#322;o to, &#380;e Azyl by&#322; w jaki&#347; spos&#243;b zale&#380;ny od owej codziennej kolumny ci&#281;&#380;ar&#243;wek. By&#322;o tu do&#347;&#263; wszystkiego, &#380;eby przetrwa&#263; rok, je&#347;liby zasz&#322;a taka potrzeba. Ale taka potrzeba nie zajdzie. Bezsenni sprawowali kontrol&#281; nad tyloma fabrykami, &#347;rodkami dystrybucji, rolniczymi projektami badawczymi, nad wymian&#261; towarow&#261; i tyloma kancelariami prawnymi na zewn&#261;trz, &#380;e nie wydawa&#322;o si&#281; to mo&#380;liwe. Azyl nawet w planach nie przypomina&#322; schronienia dla pragn&#261;cych przetrwa&#263;, a raczej ufortyfikowane centrum dowodzenia.

Przed domem na skraju Argus City, kt&#243;ry Jennifer dzieli&#322;a z m&#281;&#380;em i dw&#243;jk&#261; dzieci, sta&#322; ju&#380; zaparkowany w&#243;z z lotniska. Dom by&#322; kopu&#322;&#261;, pe&#322;n&#261; wdzi&#281;ku, wysoce funkcjonaln&#261; i ca&#322;kowicie pozbawion&#261; blichtru. Najpierw zbudujmy urz&#261;dzenia zabezpieczaj&#261;ce  t&#322;umaczy&#322; jej Tony Indivino dwadzie&#347;cia dwa lata temu. Potem zaplecze techniczne i edukacyjne, potem magazyny, a na ko&#324;cu domy mieszkalne. Dopiero teraz Azyl wszed&#322; w faz&#281; budowania indywidualnych budynk&#243;w mieszkalnych.

Jennifer wyg&#322;adzi&#322;a fa&#322;dy abaji, wzi&#281;&#322;a g&#322;&#281;boki oddech i wesz&#322;a.

Leisha sta&#322;a przy po&#322;udniowej &#347;cianie pokoju dziennego, wpatrzona w oprawiony w z&#322;ote ramki portret Tonyego, kt&#243;ry odwzajemnia&#322; jej spojrzenie pe&#322;nymi u&#347;miechu, m&#322;odzie&#324;czymi oczyma. S&#322;oneczny blask, z&#322;apany w sie&#263; z&#322;ocistych w&#322;os&#243;w Leishy, rozjarzy&#322; si&#281; jak p&#322;omie&#324;. Kiedy us&#322;ysza&#322;a kroki, odwr&#243;ci&#322;a si&#281;, lecz &#380;e stan&#281;&#322;a pod &#347;wiat&#322;o, Jennifer nie mog&#322;a dostrzec wyrazu jej twarzy.

Witaj, Jennifer.

Witaj, Leisho.

&#346;wietnie wygl&#261;dasz.

Podobnie jak ty.

A jak Richard? Dzieci?

Dzi&#281;kuj&#281;, dobrze  odpar&#322;a Jennifer.

Zapad&#322;a pal&#261;ca cisza. Pierwsza odezwa&#322;a si&#281; Leisha.

My&#347;l&#281;, &#380;e wiesz, dlaczego tu jestem.

Nie, sk&#261;d mia&#322;abym wiedzie&#263;?  odpar&#322;a Jennifer, cho&#263; oczywi&#347;cie wiedzia&#322;a. Azyl &#347;ledzi&#322; poczynania wszystkich Bezsennych, kt&#243;rzy pozostali na zewn&#261;trz, ze szczeg&#243;ln&#261; za&#347; uwag&#261; poczynania Leishy Camden i Kevina Bakera.

Leisha prychn&#281;&#322;a niecierpliwie.

Daj spok&#243;j, Jennifer. Je&#347;li nie mo&#380;emy by&#263; zgodne w &#380;adnej innej kwestii, zg&#243;d&#378;my si&#281; przynajmniej, &#380;e b&#281;dziemy wobec siebie uczciwe.

Wcale si&#281; nie zmieni&#322;a  pomy&#347;la&#322;a Jennifer.  Przy ca&#322;ej swojej inteligencji i do&#347;wiadczeniu nie zmieni&#322;a si&#281; ani na jot&#281;. Triumf naiwnego idealizmu i nad inteligencj&#261;, i nad do&#347;wiadczeniem. &#346;lepi z wyboru nie zas&#322;uguj&#261;, by widzie&#263;.

Dobrze, Leisho. B&#281;dziemy uczciwe. Przyjecha&#322;a&#347; tu, &#380;eby si&#281; dowiedzie&#263;, czy wczorajszy atak na fabryk&#281; tekstyli&#243;w &#346;pi-My w Atalancie zosta&#322; zaprogramowany w Azylu.

Leisha zagapi&#322;a si&#281; na ni&#261; przez moment, potem wybuch&#322;a.

Na lito&#347;&#263; bosk&#261;, Jennifer, oczywi&#347;cie, &#380;e nie. My&#347;lisz, &#380;e nie wiem, &#380;e to nie s&#261; wasze metody walki? Zw&#322;aszcza je&#347;li chodzi o prymitywn&#261; produkcj&#281; przynosz&#261;c&#261; mniej ni&#380; p&#243;&#322; miliona rocznego dochodu!

Jennifer si&#322;&#261; przemog&#322;a u&#347;miech. To po&#322;&#261;czenie zastrze&#380;e&#324; natury moralnej i ekonomicznej by&#322;o dla Leishy typowe. No i, rzecz jasna, Azyl nie kierowa&#322; tym atakiem. Ludzie ze &#346;pi-My nie mieli &#380;adnego znaczenia. Powiedzia&#322;a:

Z ulg&#261; s&#322;ysz&#281;, &#380;e twoja opinia o nas bardzo si&#281; poprawi&#322;a.

Leisha niecierpliwie machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;.

Moja opinia nie ma dla was najmniejszego znaczenia, jak to niejednokrotnie dawa&#322;a&#347; mi do zrozumienia. Jestem tu, bo dosta&#322;am co&#347; takiego  wyci&#261;gn&#281;&#322;a z kieszeni jaki&#347; wydruk i machn&#281;&#322;a nim w stron&#281; Jennifer, kt&#243;ra z niemi&#322;ym zaskoczeniem zda&#322;a sobie spraw&#281;, co to jest.

Nada&#322;a swojej twarzy nieprzenikniony wyraz, zbyt p&#243;&#378;no u&#347;wiadomiwszy sobie, &#380;e ta nieprzenikniono&#347;&#263; powie Leishy wi&#281;cej ni&#380; jakiekolwiek emocje. Jak Leisha i Kevin zdobyli ten wydruk? W my&#347;lach przebiega&#322;a najrozmaitsze mo&#380;liwo&#347;ci, ale nie wiedzia&#322;a zbyt wiele o sieci. B&#281;dzie musia&#322;a natychmiast oderwa&#263; od pracy Williego Rinaldi i Cassie Blumenthal, &#380;eby przeszukali j&#261; ca&#322;&#261; i znale&#378;li furtki, ba&#324;ki i gejzery

Nie trud&#378; si&#281;  powiedzia&#322;a Leisha.  Nie czarodzieje Kevina wydostali to z sieci Azylu. Zosta&#322;o przes&#322;ane poczt&#261;  bezpo&#347;rednio do mnie  przez jednego z waszych.

Jeszcze gorzej. Kto&#347; wewn&#261;trz Azylu  kto&#347;, kto w sekrecie trzyma&#322; stron&#281; wielbicieli &#346;pi&#261;cych, kto nie zdo&#322;a&#322; jeszcze zrozumie&#263;, co znaczy wojna o przetrwanie. Chyba &#380;e Leisha k&#322;amie. Ale Jennifer jeszcze nigdy nie z&#322;apa&#322;a Leishy na k&#322;amstwie. W sk&#322;ad niebezpiecznej naiwno&#347;ci Leishy wchodzi&#322;o te&#380; preferowanie nieredagowanej prawdy.

Leisha zmi&#281;&#322;a papier w d&#322;oni i cisn&#281;&#322;a na pod&#322;og&#281;.

Jak mo&#380;esz wprowadza&#263; dalsze podzia&#322;y, Jennifer? W tajemnicy zak&#322;ada&#263; Rad&#281; Bezsennych, kt&#243;rej cz&#322;onkami mog&#261; zosta&#263; tylko ci, kt&#243;rzy z&#322;o&#380;&#261; t&#281; tak zwan&#261; przysi&#281;g&#281; lojalno&#347;ci: Przysi&#281;gam mie&#263; na wzgl&#281;dzie przede wszystkim interesy Azylu, ponad wszelkimi innymi powinno&#347;ciami  osobistymi, politycznymi czy ekonomicznymi  oraz dla jego przetrwania, a zatem i mojego w&#322;asnego, po&#347;wi&#281;ci&#263; w&#322;asne &#380;ycie, maj&#261;tek i u&#347;wi&#281;con&#261; cze&#347;&#263;. Dobry Bo&#380;e, c&#243;&#380; to za nieprzyzwoity zlepek religijnego fanatyzmu i Deklaracji Niepodleg&#322;o&#347;ci! Ale ty zawsze mia&#322;a&#347; drewniane ucho.

Jeste&#347; g&#322;upia. Tylko ty, Kevin i garstka nierozumnych pi&#281;knoduch&#243;w nie mo&#380;ecie zrozumie&#263;, &#380;e to jest wojna o przetrwanie. A wojna wymaga jasno nakre&#347;lonych linii, szczeg&#243;lnie je&#347;li chodzi o strategiczne informacje. Nie mo&#380;emy pozwoli&#263; na to, &#380;eby kto&#347; przeg&#322;osowa&#322; przywileje dla pi&#261;tej kolumny!

Leisha zmru&#380;y&#322;a oczy.

To nie jest &#380;adna wojna. Wojna to atak i kontratak. Je&#347;li nie odpowiemy na ataki, je&#347;li nadal b&#281;dziemy produktywnymi i praworz&#261;dnymi obywatelami, wygramy w ko&#324;cu swoj&#261; asymilacj&#281; przy u&#380;yciu czystej przewagi ekonomicznej  tak jak ka&#380;da z nowych uprzywilejowanych grup. Ale nie wtedy, gdy podzielimy si&#281; na takie frakcje! Kiedy&#347; wiedzia&#322;a&#347; o tym, Jenny!

Nie nazywaj mnie tak!  przerwa&#322;a jej ostro Jennifer. Ledwie zdo&#322;a&#322;a si&#281; powstrzyma&#263; od zerkni&#281;cia na portret Tonyego. Leisha nie przeprosi&#322;a.

Asymilacja nie przyjdzie z sam&#261; tylko pot&#281;g&#261; ekonomiczn&#261;  podj&#281;&#322;a Jennifer ju&#380; spokojniejszym tonem.  Nale&#380;y j&#261; wygra&#263; przewag&#261; polityczn&#261;, kt&#243;rej nie posiadamy i kt&#243;rej w systemie demokratycznym nigdy mie&#263; nie b&#281;dziemy. Nie wystarczy nas, &#380;eby stworzy&#263; licz&#261;ce si&#281; lobby w parlamencie. Kiedy&#347; i ty o tym wiedzia&#322;a&#347;.

Ju&#380; utworzy&#322;a&#347; najsilniejsze lobby w Waszyngtonie. Kupujesz g&#322;osy, ile ci potrzeba. Si&#322;a polityczna bierze si&#281; z pieni&#281;dzy, zawsze tak by&#322;o. Ca&#322;a koncepcja spo&#322;ecze&#324;stwa oparta jest na pieni&#261;dzach. Wszystkie warto&#347;ci, kt&#243;re chcemy zmieni&#263; lub propagowa&#263;, mo&#380;emy zmienia&#263; lub propagowa&#263; tylko w obr&#281;bie wyznaczanym przez pieni&#261;dze. I tak w&#322;a&#347;nie robimy. Ale jak mamy propagowa&#263; jednolit&#261; ekologi&#281; wymiany mi&#281;dzy Bezsennymi i &#346;pi&#261;cymi, je&#347;li nas samych chcesz podzieli&#263; na zwalczaj&#261;ce si&#281; frakcje?

Nie musieliby&#347;my si&#281; dzieli&#263;, gdyby&#347;cie ty i tobie podobni umieli rozpozna&#263; wojn&#281;, na kt&#243;r&#261; w&#322;a&#347;nie patrzycie.

Potrafi&#281; rozpozna&#263; wojn&#281;, na kt&#243;r&#261; w&#322;a&#347;nie patrz&#281;. Pe&#322;no jej w tym waszym g&#322;upim &#347;lubowaniu.

Zn&#243;w osi&#261;gn&#281;&#322;y impas, zawsze ten sam impas. Jennifer odwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; barku.

Napijesz si&#281; czego&#347;, Leisho?

Jennifer  zacz&#281;&#322;a Leisha i przerwa&#322;a. Po chwili ci&#261;gn&#281;&#322;a z widocznym wysi&#322;kiem:  Je&#347;li ta twoja Rada Azylu stanie si&#281; rzeczywisto&#347;ci&#261; to zostaniemy wykluczeni. Ja, Kevin, Jean-Claude, Stella i reszta. Nie b&#281;dziemy mieli prawa g&#322;osu przy przygotowywaniu o&#347;wiadcze&#324; dla medi&#243;w ani przy podejmowaniu wewn&#281;trznych decyzji, nie b&#281;dziemy nawet w stanie pomaga&#263; nowym Bezsennym dzieciom, bo nikt, kto z&#322;o&#380;y &#347;lubowanie, nie b&#281;dzie m&#243;g&#322; korzysta&#263; z sieci Grupy, tylko z sieci Azylu Co dalej? Bojkot ekonomiczny ka&#380;dego z nas?

Jennifer nie odpowiedzia&#322;a, wi&#281;c Leisha doko&#324;czy&#322;a powoli:

M&#243;j Bo&#380;e. Ty naprawd&#281; my&#347;lisz o ekonomicznym bojkocie

To nie b&#281;dzie tylko moja decyzja. Podj&#261;&#263; j&#261; musi ca&#322;a Rada Azylu. W&#261;tpi&#281;, czy przeg&#322;osuje taki bojkot.

Ale ty by&#347; to zrobi&#322;a.

Nigdy nie by&#322;am jagaistk&#261;, Leisho. Nie wierz&#281;, &#380;e jednostkowa doskona&#322;o&#347;&#263; jest wa&#380;niejsza ni&#380; dobro og&#243;&#322;u. Obie s&#261; jednakowo wa&#380;ne.

Tu nie chodzi o jagaizm i ty doskonale o tym wiesz. Tu chodzi o kontrol&#281;, Jennifer. Nienawidzisz wszystkiego, czego nie mo&#380;esz kontrolowa&#263;  tak samo jak najgorsi ze &#346;pi&#261;cych. Ale ty posuwasz si&#281; jeszcze dalej: traktujesz sprawowanie w&#322;adzy jak co&#347; &#347;wi&#281;tego, bo ty na domiar z&#322;ego potrzebujesz jeszcze &#347;wi&#281;to&#347;ci. I to w&#322;a&#347;nie jest to, czego najbardziej potrzeba tobie. Spo&#322;eczno&#347;&#263; tego wcale nie potrzebuje.

Jennifer wysz&#322;a z pokoju, &#347;ciskaj&#261;c d&#322;onie, &#380;eby powstrzyma&#263; je od dr&#380;enia. To oczywi&#347;cie by&#322;a jej wina, &#380;e ktokolwiek inny poza ni&#261; sam&#261; m&#243;g&#322; wywo&#322;a&#263; ich dr&#380;enie. To by&#322; b&#322;&#261;d, s&#322;abo&#347;&#263;, kt&#243;rej nie zdo&#322;a&#322;a wykorzeni&#263;. Jej pora&#380;ka. W holu wpad&#322;y na ni&#261; dzieci, kt&#243;re wybieg&#322;y w&#322;a&#347;nie ze swego pokoju.

Mamu&#347;, chod&#378;, zobacz, co zbudowali&#347;my na CAD!

Jennifer po&#322;o&#380;y&#322;a r&#281;ce na g&#322;owach dzieci. W szorstkich w&#322;osach Najli wyczu&#322;a spl&#261;tany w&#281;ze&#322;. W&#322;osy Rickyego, ciemniejsze ni&#380; w&#322;osy jego starszej siostry, lecz delikatniejsze, przypomina&#322;y w dotyku jedwab. R&#281;ce Jennifer uspokoi&#322;y si&#281;.

Dzieci dostrzeg&#322;y, kto jest w pokoju dziennym.

Ciocia Leisha! Ciocia Leisha przyjecha&#322;a!  W&#322;osy odp&#322;yn&#281;&#322;y spod palc&#243;w Jennifer.  Ciociu Leisho! Chod&#378;, zobacz, co zbudowali&#347;my na CAD!

Naturalnie  rozleg&#322; si&#281; g&#322;os Leishy  zaraz przyjd&#281;. Ale najpierw chcia&#322;am o co&#347; spyta&#263; wasz&#261; mam&#281;.

Jennifer nie odwr&#243;ci&#322;a si&#281;. Je&#380;eli jaki&#347; zdrajca z Azylu przes&#322;a&#322; Leishy zapis &#347;lubowania lojalno&#347;ci, to co jeszcze m&#243;g&#322; jej przes&#322;a&#263;?

Ale Leisha zapyta&#322;a tylko:

Czy Richard otrzyma&#322; ju&#380; wezwanie w sprawie Simpson kontra Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe?

Tak, otrzyma&#322;. W&#322;a&#347;nie przygotowuje ekspertyz&#281; do zezna&#324;.

To dobrze  odpowiedzia&#322;a Leisha nieweso&#322;ym tonem. Ricky w&#281;drowa&#322; spojrzeniem od matki do Leishy. G&#322;osem, z kt&#243;rego znikn&#281;&#322;a cz&#281;&#347;&#263; uprzedniej wylewno&#347;ci, zapyta&#322;:

Mamo czy mam zawo&#322;a&#263; tat&#281;? Ciocia Leisha pewnie chce zobaczy&#263; si&#281; z tat&#261; prawda?

Jennifer obdarzy&#322;a syna u&#347;miechem. Prawa do po&#322;ow&#243;w przybrze&#380;nych  prawie poczu&#322;a lito&#347;&#263; dla Leishy. Trawi&#322;a dni na takie b&#322;ahostki.

Oczywi&#347;cie, Ricky  odpowiedzia&#322;a, kieruj&#261;c szeroki u&#347;miech w stron&#281; Leishy  przyprowad&#378; tat&#281;. Ciocia Leisha na pewno chce si&#281; z nim zobaczy&#263;. Naturalnie.



9

LEISHO  POWIEDZIA&#321;A NA JEJ WIDOK RECEPCJONISTKA w kancelarii  ten pan czeka na ciebie od trzech godzin. Nie jest um&#243;wiony. M&#243;wi&#322;am mu, &#380;e mo&#380;esz dzisiaj nie wr&#243;ci&#263;.

M&#281;&#380;czyzna wsta&#322;, nieco chwiejnie, jak kto&#347;, kto zesztywnia&#322;, utrzymuj&#261;c mi&#281;&#347;nie zbyt d&#322;ugo w tej samej pozycji. By&#322; niewysoki i drobny, dziwnie wiotki, odziany w wymi&#281;ty br&#261;zowy garnitur  ani z tych ta&#324;szych, ani z tych dro&#380;szych. W jednej r&#281;ce trzyma&#322; zwini&#281;ty wydruk jakiego&#347; brukowca.

&#346;pi&#261;cy  pomy&#347;la&#322;a Leisha. Zawsze rozpoznawa&#322;a.

Czy pani Leisha Camden?

Przykro mi, ale w tej chwili nie przyjmuj&#281; &#380;adnych nowych spraw. Je&#347;li potrzeba panu prawnika, b&#281;dzie pan musia&#322; zwr&#243;ci&#263; si&#281; gdzie indziej.

My&#347;l&#281;, &#380;e ta sprawa jednak pani&#261; zainteresuje  odpar&#322; ku jej zaskoczeniu m&#281;&#380;czyzna.  A w ka&#380;dym razie b&#281;dzie pani chcia&#322;a co&#347; wiedzie&#263; na ten temat. Prosz&#281; mi po&#347;wi&#281;ci&#263; dziesi&#281;&#263; minut. Rozwin&#261;&#322; gazet&#281; i wyci&#261;gn&#261;&#322; w jej stron&#281;. Na pierwszej stronie widnia&#322;o jej zdj&#281;cie z Calvinem Hawkeem, a nad nim tytu&#322;: Bezsenni dostatecznie zaniepokojeni, by inwigilowa&#263; Ruch &#346;pi-My.

Teraz ju&#380; wiedzia&#322;a, dlaczego Hawke pozwoli&#322; jej zwiedzi&#263; fabryk&#281; skuter&#243;w.

Tu jest napisane, &#380;e zdj&#281;cie zrobiono dzi&#347; rano  powiedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna i doda&#322; znienacka:  O rany!

Od razu wiedzia&#322;a, &#380;e nie pracuje w &#347;rodkach masowego przekazu.

Zechce pan wej&#347;&#263; do mojego biura, panie?

Adam Walcott. Doktor Adam Walcott.

Jest pan lekarzem?

Spojrza&#322; wprost na ni&#261;. Mia&#322; mlecznoniebieskie oczy jak matowe szk&#322;o.

Naukowcem. Badania genetyczne.

Nad jeziorem Michigan zachodzi&#322;o s&#322;o&#324;ce. Leisha zaciemni&#322;a przejrzyst&#261; &#347;cian&#281;, usiad&#322;a naprzeciw swego go&#347;cia i czeka&#322;a.

Pan Walcott spl&#261;ta&#322; swe wrzecionowate nogi z nogami krzes&#322;a na podobie&#324;stwo precla.

Pracuj&#281; dla prywatnego zak&#322;adu badawczego, pani Camden. Zak&#322;ad Biotechniki Samplice. Opracowujemy ulepszenia do modyfikacji i modelowania genetycznego. Sprzedajemy nasze produkty wi&#281;kszym plac&#243;wkom, kt&#243;re dokonuj&#261; genomodifikacji in vitro. Opracowali&#347;my szczeg&#243;&#322;y procedury Pastana do uzyskiwania nadnaturalnie ostrego s&#322;uchu.

Leisha niezobowi&#261;zuj&#261;co pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;  nadnaturalnie ostry s&#322;uch zawsze wydawa&#322; si&#281; jej potwornym pomys&#322;em. Korzy&#347;ci p&#322;yn&#261;ce z tego, &#380;e s&#322;yszy si&#281; s&#322;owo szepni&#281;te w s&#261;siednim budynku zdecydowanie traci&#322;y na znaczeniu, kiedy kto&#347; w tym samym budynku zacz&#261;&#322; s&#322;ucha&#263; death-metalu. Dzieci z N-s&#322;uchem przechodzi&#322;y operacj&#281; wszczepiania regulator&#243;w nat&#281;&#380;enia d&#378;wi&#281;ku ju&#380; w wieku dw&#243;ch miesi&#281;cy.

Samplice pozostawia swoim pracownikom du&#380;&#261; swobod&#281; ruch&#243;w.  Walcott przerwa&#322; na chwil&#281;, zakaszla&#322; jakby na pr&#243;b&#281; i tak cienko, &#380;e Leisha odruchowo pomy&#347;la&#322;a o kaszl&#261;cym duchu.  Twierdz&#261;, i&#380; maj&#261; nadziej&#281;, &#380;e pewnego dnia wpadniemy na co&#347; wspania&#322;ego, ale prawda przedstawia si&#281; tak, &#380;e zak&#322;ad jest w stanie przera&#378;liwej dezorganizacji i nikt nie ma poj&#281;cia, w jaki spos&#243;b nadzorowa&#263; prace badawcze. Jakie&#347; dwa lata temu poprosi&#322;em o pozwolenie na badania nad pewnym rodzajem peptyd&#243;w powi&#261;zanych z bezsenno&#347;ci&#261;.

Mo&#380;na by pomy&#347;le&#263;, &#380;e nic, co ma jakikolwiek zwi&#261;zek z bezsenno&#347;ci&#261;, nie pozosta&#322;o dot&#261;d nie zbadane  stwierdzi&#322;a sucho Leisha.

Walcottowi s&#322;owa te najwyra&#378;niej wyda&#322;y si&#281; zabawne. Wyda&#322; z siebie zduszony chichot, odwin&#261;&#322; z krzes&#322;a chude nogi i okr&#281;ci&#322; je jedn&#261; wok&#243;&#322; drugiej.

Wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzi tak w&#322;a&#347;nie mog&#322;aby pomy&#347;le&#263;. Ale ja pracowa&#322;em nad peptydami doros&#322;ych &#346;pi&#261;cych, stosuj&#261;c pewne nowe podej&#347;cia, kt&#243;rych pionierem by&#322; Institut Technique de Lyons. Konkretnie Gaspard-Thiereux. Zna pani jego prace?

S&#322;ysza&#322;am o nim.

Pewnie nie wie pani o jego nowym podej&#347;ciu. To naj&#347;wie&#380;sze badania.  Walcott zapl&#261;ta&#322; palce we w&#322;osy i szarpn&#261;&#322;. Zar&#243;wno r&#281;ka, jak i w&#322;osy wygl&#261;da&#322;y jako&#347; tak bezciele&#347;nie.  Powinienem by&#322; zacz&#261;&#263; od pytania, czy to biuro jest wystarczaj&#261;co zabezpieczone?

Absolutnie  odpar&#322;a Leisha.  Inaczej by pana w nim nie by&#322;o.

Walcott tylko pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;  najwyra&#378;niej nie nale&#380;a&#322; do tych &#346;pi&#261;cych, kt&#243;rzy czuli si&#281; ura&#380;eni z powodu zabezpiecze&#324; chroni&#261;cych Bezsennych.

Powiem kr&#243;tko: wydaje mi si&#281;, &#380;e znalaz&#322;em spos&#243;b na to, &#380;eby wywo&#322;a&#263; bezsenno&#347;&#263; u doros&#322;ych, kt&#243;rzy urodzili si&#281; &#346;pi&#261;cymi.

D&#322;onie Leishy przesun&#281;&#322;y si&#281;, &#380;eby podnie&#347;&#263; Co w&#322;a&#347;ciwie? Zatrzyma&#322;y si&#281;. Leisha zapatrzy&#322;a si&#281; na nie.

&#379;eby

Nie wszystkie problemy zosta&#322;y ju&#380; rozpracowane  tu Walcott wda&#322; si&#281; w skomplikowane zagadnienia produkowania zmodyfikowanych peptyd&#243;w, synaps neuronowych i zapisu cech redundantnych w spirali DNA, kt&#243;rych to rozwa&#380;a&#324; Leisha absolutnie nie by&#322;a w stanie &#347;ledzi&#263;. Siedzia&#322;a w milczeniu, a w tym czasie wszech&#347;wiat zacz&#261;&#322; przybiera&#263; zupe&#322;nie inny kszta&#322;t.

Doktorze Walcott jest pan pewien?

Redundantnej transferencji lizyny?

Nie. Tego, &#380;e potrafi pan wywo&#322;a&#263; bezsenno&#347;&#263; u &#346;pi&#261;cych.

Walcot przeci&#261;gn&#261;&#322; po w&#322;osach drug&#261; r&#281;k&#261;.

Nie, oczywi&#347;cie, &#380;e nie jeste&#347;my pewni. Sk&#261;d mamy bra&#263; t&#281; pewno&#347;&#263;? Do przeprowadzenia koniecznych obserwacji potrzebujemy eksperyment&#243;w, dodatkowych replikacji, &#380;e nie wspomn&#281; o finansowaniu

Ale teoretycznie mo&#380;e pan to zrobi&#263;?

Ach, teoretycznie  skwitowa&#322; Walcott, co nawet oszo&#322;omionej Leishy wyda&#322;o dziwn&#261;, jak na naukowca, reakcj&#261;. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Walcott jest zagorza&#322;ym pragmatykiem.  Tak, teoretycznie byliby&#347;my w stanie to przeprowadzi&#263;.

Ze wszystkimi efektami ubocznymi? Nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c d&#322;ugowieczno&#347;ci?

No c&#243;&#380;, to w&#322;a&#347;nie jest jedna z tych rzeczy, kt&#243;rych jeszcze nie wiemy. Ca&#322;a ta sprawa to jeszcze bardzo og&#243;lny zarys. Ale zanim zaczniemy prowadzi&#263; bardziej zaawansowane prace, potrzebujemy prawnika.

To ostatnie zdanie obudzi&#322;o czujno&#347;&#263; Leishy. Co&#347; tu by&#322;o nie tak.

Dlaczego przyszed&#322; pan do mnie sam, panie Walcott? Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; sytuacja prawna tych bada&#324; zale&#380;y w ca&#322;o&#347;ci od Samplice, a jestem pewna, &#380;e zak&#322;ad ma swoich doradc&#243;w.

Dyrektor Lee nie wie, &#380;e tutaj jestem. Zamierzam dzia&#322;a&#263; na w&#322;asn&#261; r&#281;k&#281;. Potrzebuj&#281; prawnika dla siebie.

Leisha podnios&#322;a z biurka przycisk do papier&#243;w  z pewno&#347;ci&#261; to by&#322;a w&#322;a&#347;nie ta rzecz, po kt&#243;r&#261; si&#281;ga&#322;y przed chwil&#261; jej r&#281;ce  obr&#243;ci&#322;a go w d&#322;oniach raz i drugi, musn&#281;&#322;a palcami. Za g&#322;ow&#261; Walcotta p&#322;on&#281;&#322;o blaskiem matowe okno.

Kiedy tylko zda&#322;em sobie spraw&#281;, dok&#261;d mo&#380;e nas zaprowadzi&#263; ten kierunek bada&#324;, razem z moim asystentem usun&#281;li&#347;my wszelkie dane z komputer&#243;w. Ca&#322;kowicie. Nie zostawili&#347;my &#380;adnych &#347;lad&#243;w w sieci zak&#322;adu, nie prowadzili&#347;my symulacji inaczej jak tylko na wolno stoj&#261;cych komputerach, co wiecz&#243;r kasowali&#347;my ca&#322;e programy, zabieraj&#261;c ze sob&#261; tylko wydruki  ca&#322;&#261; dokumentacj&#281; post&#281;pu prac zabierali&#347;my ze sob&#261; do domu w przeno&#347;nych sejfach. Ka&#380;dy po jednym egzemplarzu. Nikomu nie powiedzieli&#347;my nad czym pracujemy, nawet dyrektorowi.

Ale dlaczego, panie doktorze?

Poniewa&#380; Samplice to sp&#243;&#322;ka akcyjna, a sze&#347;&#263;dziesi&#261;t dwa procent udzia&#322;&#243;w przypada na dwa fundusze wzajemne, oba pod kontrol&#261; Bezsennych. Jeden to Fundusz Powierniczy Canniston, drugi ma umow&#281; handlow&#261; z Azylem. Prosz&#281; mi wybaczy&#263; zbytni&#261; otwarto&#347;&#263;, pani Camden, a tak&#380;e motywy, kt&#243;re mn&#261; powoduj&#261;, ale dyrektor Lee nie jest cz&#322;owiekiem, kt&#243;ry budzi&#322;by jakie&#347; szczeg&#243;lne zachwyty. Bywa&#322; ju&#380; pos&#261;dzany  cho&#263; nigdy oficjalnie oskar&#380;ony  o z&#322;e gospodarowanie funduszami zak&#322;adu. M&#243;j asystent i ja obawiali&#347;my si&#281;, &#380;e gdyby wszed&#322; w kontakt z kim&#347; z Azylu, kto nakaza&#322;by mu przerwanie bada&#324; albo co&#347; w tym rodzaju Na pocz&#261;tku ja i m&#243;j asystent mieli&#347;my tylko niejasny przeb&#322;ysk. Na tyle szalony, &#380;e nie wiedzieli&#347;my, czy b&#281;dziemy w stanie zainteresowa&#263; swoim pomys&#322;em kt&#243;ry&#347; z szanowanych zak&#322;ad&#243;w badawczych. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, nadal nie jeste&#347;my pewni. To w dalszym ci&#261;gu tylko teoria. A Azyl jest w stanie wyda&#263; ogromne pieni&#261;dze na to, &#380;eby ca&#322;&#261; spraw&#281; zdusi&#263; w zarodku



* * *


Leisha roztropnie pozostawi&#322;a to bez odpowiedzi.  No tak. Jakie&#347; dwa miesi&#261;ce temu przytrafi&#322;o si&#281; nam co&#347; szczeg&#243;lnego. Wiedzieli&#347;my, rzecz jasna, &#380;e sie&#263; Samplice nie jest wystarczaj&#261;co zabezpieczona  bo kt&#243;ra jest, realistycznie patrz&#261;c? Dlatego w&#322;a&#347;nie z niej nie korzystali&#347;my. Ale Timmy i ja  Timmy to m&#243;j asystent, doktor Timothy Herlinger  nie zdawali&#347;my sobie sprawy, &#380;e ludzie przegl&#261;daj&#261; sieci nie tylko pod k&#261;tem tego, co w nich jest, ale i tego, czego w nich nie ma. A wygl&#261;da na to, &#380;e tak w&#322;a&#347;nie robi&#261;. Kto&#347; spoza zak&#322;adu musia&#322; rutynowo por&#243;wnywa&#263; dane w sieci z list&#261; pracownik&#243;w, bo kiedy Timmy i ja weszli&#347;my pewnego ranka do naszego laboratorium, na monitorze komputera czeka&#322;a na nas nast&#281;puj&#261;ca notatka: A czym, do cholery, wy si&#281; ch&#322;opcy zajmowali&#347;cie przez ostatnie dwa miesi&#261;ce?

Sk&#261;d pan wie, &#380;e to by&#322; kto&#347; spoza zak&#322;adu, a nie uszczypliwa notka od dyrektora, kt&#243;ry w ko&#324;cu we wszystkim si&#281; po&#322;apa&#322;?

Bo nasz dyrektor nie po&#322;apa&#322;by si&#281; nawet, &#380;e ma wrz&#243;d na w&#322;asnym ty&#322;ku  odpar&#322; Walcott, po raz kolejny j&#261; zaskakuj&#261;c.  Ale to nie jest w&#322;a&#347;ciwy pow&#243;d. Notatk&#281; podpisano: Akcjonariusz. Lecz najbardziej poruszy&#322; nas fakt, &#380;e zostawiono j&#261; na wolno stoj&#261;cym komputerze, kt&#243;ry nie ma absolutnie &#380;adnych telepo&#322;&#261;cze&#324;. Nawet przewod&#243;w elektrycznych. To IBM na energi&#281; Y, kt&#243;ry korzysta bezpo&#347;rednio z w&#322;asnych sto&#380;k&#243;w. A laboratorium by&#322;o zamkni&#281;te.

Leisha poczu&#322;a pieczenie w &#380;o&#322;&#261;dku.

A zapasowe klucze?

Ma tylko dyrektor Lee. By&#322; w tym czasie na konferencji w Barbados.

Da&#322; komu&#347; sw&#243;j klucz. Albo dorobiony. Albo zgubi&#322;. Albo doktor Herlinger zgubi&#322; sw&#243;j.

Timmy? Niemo&#380;liwe.  Walcott wzruszy&#322; ramionami.  Ale pozwoli pani, &#380;e b&#281;d&#281; kontynuowa&#322;. Zlekcewa&#380;yli&#347;my t&#281; wiadomo&#347;&#263;. Postanowili&#347;my jednak rezultaty naszej pracy  a w owym czasie zbli&#380;ali&#347;my si&#281; ju&#380; do ko&#324;ca  ukry&#263; w jakim&#347; bezpiecznym miejscu. Zniszczyli&#347;my wi&#281;c wszystko poza jednym jedynym egzemplarzem, wynaj&#281;li&#347;my kaset&#281; skarbcow&#261; w podmiejskiej filii First National Bank i wzi&#281;li&#347;my do niej tylko jeden klucz. W nocy zakopali&#347;my klucz na ty&#322;ach mojego ogrodu, pod krzakiem r&#243;&#380;y. Endicott perfection  potr&#243;jny kwiatostan, kwitnie nieprzerwanie przez ca&#322;&#261; wiosn&#281; i jesie&#324;.

Leisha przygl&#261;da&#322;a si&#281; Walcottowi, jakby ten postrada&#322; zmys&#322;y. On za&#347; u&#347;miecha&#322; si&#281; lekko.

Czy w dzieci&#324;stwie nie czyta&#322;a pani ksi&#261;&#380;ek o piratach?

Raczej nie czytuj&#281; beletrystyki.

No tak. Przypuszczam, &#380;e brzmi to zgo&#322;a melodramatycznie, ale nic innego nie wpad&#322;o nam do g&#322;owy.  Zn&#243;w przeci&#261;gn&#261;&#322; szczup&#322;&#261; d&#322;oni&#261; po rzedn&#261;cych w&#322;osach, kt&#243;re teraz przypomina&#322;y zmierzwion&#261; grzywk&#281;. Nagle z jego g&#322;osu znikn&#281;&#322;a ca&#322;a poprzednia pewno&#347;&#263;, sta&#322; si&#281; wiotki i znu&#380;ony.  Klucz nadal tam jest, pod tym krzakiem r&#243;&#380;y. Sprawdza&#322;em dzisiaj rano. Ale dokumentacja bada&#324; znikn&#281;&#322;a z kasety skarbcowej. Kaseta jest pusta.

Leisha wsta&#322;a i podesz&#322;a do okna. Odruchowo je rozja&#347;ni&#322;a. Blade &#347;wiat&#322;o rozla&#322;o si&#281; plamami po falach jeziora Michigan. Na wschodzie wznosi&#322; si&#281; wysoko ostry sierp ksi&#281;&#380;yca.

Kiedy odkry&#322; pan t&#281; kradzie&#380;?

Dzi&#347; rano. Wykopa&#322;em klucz, bo chcieli&#347;my wyj&#261;&#263; papiery, &#380;eby co&#347; do nich doda&#263;, a potem poszli&#347;my razem z Timmym do banku. Powiedzia&#322;em urz&#281;dnikom, &#380;e skrytka jest pusta. Odpowiedzieli, &#380;e z ich zapis&#243;w nie wynika, &#380;eby co&#347; mia&#322;o w niej by&#263;. Powiedzia&#322;em im, &#380;e osobi&#347;cie wk&#322;ada&#322;em do kasety sze&#347;&#263; arkuszy papieru.

I zg&#322;osi&#322; pan to do komputera przy wypo&#380;yczaniu skrytki?

Oczywi&#347;cie.

Czy ma pan jakie&#347; pokwitowanie?

Tak.  Poda&#322; jej wydruk pokwitowania.  Ale p&#243;&#378;niej, kiedy kierownik dzia&#322;u odnalaz&#322; odpowiedni zapis, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e doktor Adam Walcott wr&#243;ci&#322; do banku nast&#281;pnego dnia i zabra&#322; wszystkie papiery, a co wi&#281;cej, doktor Adam Walcott podpisa&#322; na to stosowne pokwitowanie. I oni mieli to pokwitowanie, pani Camden.

Z pa&#324;skim podpisem.

Tak. Ale ja go nie podpisywa&#322;em! To fa&#322;szerstwo!

Nie, to z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; pa&#324;skie pismo  odpar&#322;a Leisha. -Ile dokument&#243;w musi pan podpisywa&#263; co miesi&#261;c w Samplice, doktorze?

Przypuszczam, &#380;e dziesi&#261;tki.

Zam&#243;wienia na materia&#322;y, rozliczenia wydatk&#243;w, dyspozycje przewozowe. Czy pan je wszystkie czyta?

Nie, ale

Czy nie zwalnia&#322;a si&#281; ostatnio kt&#243;ra&#347; z sekretarek?

A dlaczego Chyba tak. Dyrektor Lee ma spore trudno&#347;ci z utrzymaniem personelu pomocniczego na sta&#322;e.  Cienkie brwi zbieg&#322;y si&#281; nagle.  Ale dyrektor przecie&#380; nie mia&#322; poj&#281;cia, nad czym pracujemy!

Nie mia&#322;, tego jestem pewna.  Leisha z&#322;o&#380;y&#322;a r&#281;ce na brzuchu. Ju&#380; od dawna klienci nie wywo&#322;ywali u niej nerwowych md&#322;o&#347;ci. Prawnik, kt&#243;ry praktykuje w swoim zawodzie przez dwadzie&#347;cia lat, przyzwyczaja si&#281; w ko&#324;cu do wszelkiego rodzaju nieudacznik&#243;w, kryminalist&#243;w, manipulator&#243;w, bohater&#243;w, szarlatan&#243;w, stukni&#281;tych, pokrzywdzonych i ostatnich dupk&#243;w. Cz&#322;owiek wierzy w prawo, a nie w klient&#243;w. Ale nigdy dot&#261;d &#380;aden prawnik nie mia&#322; przed sob&#261; klienta, kt&#243;ry m&#243;g&#322; zamieni&#263; &#346;pi&#261;cego w Bezsennego.

Si&#322;&#261; woli przemog&#322;a md&#322;o&#347;ci.

Prosz&#281; m&#243;wi&#263; dalej, doktorze.

Nie chodzi o to, &#380;e teraz byle kto mo&#380;e skopiowa&#263; wyniki naszych bada&#324;  ci&#261;gn&#261;&#322; Walcott tym swoim s&#322;abym, zamieraj&#261;cym g&#322;osem.  Bo, po pierwsze, nie zd&#261;&#380;yli&#347;my umie&#347;ci&#263; tam ko&#324;cowych, najwa&#380;niejszych r&#243;wna&#324;, nad kt&#243;rymi ci&#261;gle jeszcze pracujemy. Ale to my zrobili&#347;my ca&#322;&#261; t&#281; robot&#281; i chcemy to mie&#263; z powrotem. Timmy musia&#322; po&#347;wi&#281;ci&#263; kilka pr&#243;b w zespole muzyki kameralnej. No i oczywi&#347;cie kiedy&#347; b&#281;d&#261; z tego nagrody medyczne.

Leisha wpatrywa&#322;a si&#281; w twarz Walcotta. Modyfikacja, kt&#243;ra w przysz&#322;o&#347;ci mog&#322;a odmieni&#263; ca&#322;y rodzaj ludzki, a ten wiotki cz&#322;owieczek widzi j&#261; wy&#322;&#261;cznie w kategoriach krzew&#243;w r&#243;&#380;, gier pirackich, nagr&#243;d i muzyki kameralnej. W ko&#324;cu powiedzia&#322;a:

Chce pan, &#380;eby jaki&#347; prawnik nakre&#347;li&#322; pa&#324;sk&#261; sytuacj&#281; prawn&#261;. Pana jako osoby prywatnej.

Tak. A tak&#380;e by reprezentowa&#322; mnie i Timmyego w procesie przeciw bankowi albo Samplice, je&#380;eli mia&#322;oby do tego doj&#347;&#263;.  Znienacka spojrza&#322; na ni&#261; z t&#261; swoj&#261; niepokoj&#261;c&#261; bezpo&#347;rednio&#347;ci&#261;, kt&#243;r&#261; najwyra&#378;niej potrafi&#322; przybra&#263; na chwil&#281;, ale nie m&#243;g&#322; utrzyma&#263; d&#322;u&#380;ej.

Przychodzimy do pani, poniewa&#380; jest pani Bezsenn&#261;. A tak&#380;e dlatego, &#380;e jest pani Leish&#261; Camden. Wszyscy wiedz&#261;, &#380;e jest pani przeciwna dzieleniu rodzaju ludzkiego na dwie tak zwane rasy, a nasze badania zako&#324;cz&#261; naturalnie t&#281; t&#281;  machn&#261;&#322; gazet&#261; ze zdj&#281;ciem.  No i, rzecz jasna, kradzie&#380; to kradzie&#380;, nawet w obr&#281;bie jednego zak&#322;adu.

To nie Samplice ukrad&#322;o wyniki pa&#324;skich prac, panie Walcott. Ani bank.

Kto w takim razie?

Nie mam na to dowod&#243;w. Ale chcia&#322;abym widzie&#263; pana i doktora Herlingera u siebie w biurze jutro o &#243;smej rano. A do tego czasu  to bardzo wa&#380;ne!  niech pan nic nigdzie nie zapisuje. Nigdzie.

Rozumiem.

Zamieni&#263; &#346;pi&#261;cego w Bezsennego  powiedzia&#322;a, zanim zdo&#322;a&#322;a si&#281; zorientowa&#263;, &#380;e w og&#243;le ma zamiar si&#281; odezwa&#263;.

Tak  odrzek&#322;.  No, tak.

Odwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281;, by zapatrze&#263; si&#281; na niezwyk&#322;e w tym funkcjonalnie urz&#261;dzonym biurze, wyzywaj&#261;ce mnogo&#347;ci&#261; kolor&#243;w egzotyczne kwiaty, hodowane w sztucznym &#347;wietle specjalnie zaprojektownej cieplarenki w rogu pomieszczenia.



* * *


Obaj s&#261; w porz&#261;dku  oznajmi&#322; Kevin.

Wszed&#322; do gabinetu Leishy prosto z w&#322;asnego, w r&#281;ce trzyma&#322; komputerowy wydruk. Podnios&#322;a wzrok znad akt sprawy Simpson kontra Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe. Na biurku sta&#322;y kwiaty, kt&#243;re Alice upar&#322;a si&#281; codziennie przysy&#322;a&#263;: s&#322;oneczniki, stokrotki i genomodyfikowane alumbiny. Nigdy nie zwi&#281;d&#322;y, zanim nie przyby&#322;a nast&#281;pna dostawa. Nawet zim&#261; mieszkanie pe&#322;ne by&#322;o kalifornijskich kwiat&#243;w, kt&#243;rych Leisha tak naprawd&#281; nie lubi&#322;a, ale kt&#243;rych jako&#347; nie potrafi&#322;a wyrzuci&#263;.

Blask lampy igra&#322; na ciemnych w&#322;osach Kevina i jego poci&#261;g&#322;ej, g&#322;adkiej twarzy. Nie wygl&#261;da&#322; na swoje czterdzie&#347;ci siedem lat, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c wygl&#261;da&#322; m&#322;odziej od Leishy. Pustka  powiedzia&#322;a o nim kiedy&#347; Alice, ale tylko jeden, jedyny raz.

W porz&#261;dku?

Wszystkie akta s&#261; czyste  odpowiedzia&#322;.  Walcott by&#322; stypendyst&#261; Uniwersytetu Stanu Nowy Jork na uniwersytetach w Poczdamie i Deflores; nie wybijaj&#261;cym si&#281;, ale do przyj&#281;cia. Raczej przeci&#281;tny student. Dwie powa&#380;niejsze publikacje, nie notowany, &#380;adnych zatarg&#243;w z urz&#281;dem skarbowym. Dwa razy zatrudniony jako wyk&#322;adowca, dwa razy jako pracownik naukowy, z ka&#380;dego stanowiska odszed&#322; na w&#322;asn&#261; pro&#347;b&#281;, wi&#281;c mo&#380;e po prostu nie mo&#380;e d&#322;ugo usiedzie&#263; na jednym miejscu. Herlinger to co innego. Ma zaledwie dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat, to jego pierwsza praca. Sko&#324;czy&#322; biochemi&#281; w Berkeley i U.C. Inine, plasuj&#261;c si&#281; w g&#243;rnych pi&#281;ciu procentach swojego roku, mia&#322; przed sob&#261; bardzo obiecuj&#261;c&#261; przysz&#322;o&#347;&#263;. Ale na kr&#243;tko przed uzyskaniem tytu&#322;u doktora zosta&#322; aresztowany, mia&#322; proces i zosta&#322; skazany za genomodyfikowanie pewnych niedozwolonych substancji. Dosta&#322; wyrok w zawieszeniu, ale to wystarczy, &#380;eby mie&#263; k&#322;opoty ze znalezieniem pracy w jakim&#347; lepszym miejscu ni&#380; Samplice. Przynajmniej przez jaki&#347; czas. &#379;adnych problem&#243;w z fiskusem, ale te&#380; i &#380;adnych dochod&#243;w, o kt&#243;rych warto by&#322;oby wspomina&#263;.

Co to za niedozwolone substancje?

&#346;nieg lunarny. Uzyskiwa&#322; peryferyjne burze elektryczne. Sprawia, &#380;e cz&#322;owiek zaczyna uwa&#380;a&#263; si&#281; za proroka. W aktach z procesu mo&#380;na wyczyta&#263;, &#380;e Herlinger twierdzi&#322;, &#380;e nie m&#243;g&#322; inaczej zarobi&#263; na czesne w szkole medycznej. Wydaje si&#281; bardzo zgorzknia&#322;y. Mo&#380;e lepiej sama przejrzyj jego akta.

Przejrz&#281;  odpar&#322;a Leisha.  Czy to wygl&#261;da na chwilow&#261; gorycz m&#322;odego cz&#322;owieka po fatalnej wpadce? Czy to raczej sta&#322;a cecha jego charakteru?

Kevin wzruszy&#322; ramionami. Powinna by&#322;a wiedzie&#263;: to nie jest typ rozr&#243;&#380;nie&#324;, kt&#243;ry zajmowa&#322;by Kevina. Obchodzi&#322;y go konsekwencje czyn&#243;w, a nie ich motywy.

Walcott ma tylko dwie powa&#380;niejsze publikacje  zastanawia&#322;a si&#281; Leisha  do&#347;&#263; &#347;rednie wyniki w szkole, a mimo to zdolny by&#322; dokona&#263; takiego prze&#322;omu?

Kevin u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Zawsze by&#322;a&#347; intelektualnym snobem, kochanie.

Tak jak my wszyscy. W porz&#261;dku, badacze miewaj&#261; szcz&#281;&#347;cie. Albo to mo&#380;e Herlinger odwali&#322; ca&#322;&#261; robot&#281; przy DNA, a nie Walcott. Mo&#380;e Herlinger ma wielki potencja&#322; intelektualny, ale albo w swojej naiwno&#347;ci daje si&#281; wykorzystywa&#263;, albo nie potrafi stosowa&#263; si&#281; do regu&#322;. A co z Samplice?

Posiada wszelkie uprawnienia. To walcz&#261;cy o przetrwanie zak&#322;ad, nastawiony na niewielkie dochody, wska&#378;nik wzrostu w zesz&#322;ym roku wyni&#243;s&#322; mniej ni&#380; trzy procent, a to ma&#322;o jak na zak&#322;ad o zaawansowanej technologii, kt&#243;ry nie przeprowadza&#322; &#380;adnych powa&#380;niejszych inwestycji. Osobi&#347;cie daj&#281; im jeszcze rok, najwy&#380;ej dwa. Jest bardzo &#378;le zarz&#261;dzany. Dyrektor, Lawrence Lee, otrzyma&#322; t&#281; posad&#281; wy&#322;&#261;cznie za swoje nazwisko. Jest synem Stantona Lee.

Fizyka-noblisty?

Tak. Dyrektor Lee utrzymuje ponadto, &#380;e pochodzi od samego Roberta E. Lee, cho&#263; to roszczenia ma&#322;o uzasadnione. Ale nie&#378;le si&#281; prezentuj&#261; na ulotkach reklamowych. Walcott m&#243;wi&#322; prawd&#281;: Samplice to jeden wielki ba&#322;agan. W&#261;tpi&#281;, czy potrafi&#261; samodzielnie znale&#378;&#263; co&#347; we w&#322;asnych kartotekach. Nie ma komu kierowa&#263;. Lee dosta&#322; napomnienie od zarz&#261;du sp&#243;&#322;ki za z&#322;e zarz&#261;dzanie finansami.

A First National?

W najlepszym porz&#261;dku. Wszystkie zapiski dotycz&#261;ce tej kasety s&#261; &#347;cis&#322;e i kompletne. To nie znaczy, rzecz jasna, &#380;e nie miesza&#322; w nich kto&#347; z zewn&#261;trz; w elektronice i papierkach. Ale by&#322;bym szczerze zdumiony, gdyby bank by&#322; zamieszany w to wszystko.

Wcale go o to nie podejrzewa&#322;am  odrzek&#322;a ponuro Leisha.  Czy ma dobre zabezpieczenia?

Najlepsze. To my je zaprojektowali&#347;my.

O tym nie wiedzia&#322;a.

Zatem istniej&#261; tylko dwie grupy ludzi, kt&#243;rzy zdolni s&#261; do tego rodzaju elektronicznych czar&#243;w, a jedn&#261; z tych grup jest twoja firma.

To wcale nie musi by&#263; prawda  powiedzia&#322; &#322;agodnie Kevin.  Przecie&#380; niekt&#243;rzy &#346;pi&#261;cy te&#380; s&#261; &#347;wietnymi hackerami

Nie a&#380; tak.

Kevin nie powt&#243;rzy&#322; ju&#380; uwagi na temat jej intelektualnego snobizmu. Zamiast tego powiedzia&#322; cicho:

Je&#347;li badania Walcotta oka&#380;&#261; si&#281; trafne, mog&#261; jeszcze raz odmieni&#263; &#347;wiat, Leisho.

Wiem.

Zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e stoi wpatrzona w jego twarz i zacz&#281;&#322;a si&#281; zastanawia&#263;, jakie te&#380; uczucia mog&#322;y uzewn&#281;trzni&#263; si&#281; na jej w&#322;asnej.

Masz ochot&#281; na kieliszek wina?

Nie mog&#281;, Leisho. Musz&#281; sko&#324;czy&#263; t&#281; robot&#281;.

W&#322;a&#347;ciwie to ja te&#380;. Masz racj&#281;.

Wr&#243;ci&#322; do swojego gabinetu. Leisha zebra&#322;a notatki do Simpson kontra Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe. Nie bardzo mog&#322;a si&#281; skupi&#263;. Kiedy to ostatnio ona i Kevin kochali si&#281;? Trzy tygodnie temu? Cztery?

Tyle mieli roboty. Wydarzenia bieg&#322;y tak szybko. Mo&#380;e zdo&#322;a si&#281; z nim zobaczy&#263;, zanim rano zn&#243;w wyjedzie? Nie, on odlatuje drugim samolotem do Bonn. No c&#243;&#380;, mo&#380;e innego dnia. Gdyby mieszkali w tym samym mie&#347;cie, gdyby oboje mieli do&#347;&#263; czasu Nie czu&#322;a pilnej potrzeby sypiania z Kevinem. W&#322;a&#347;ciwie nigdy.

Nag&#322;y przyp&#322;yw wspomnie&#324;: d&#322;onie Richarda na jej piersiach. Pochyli&#322;a si&#281; mocniej nad terminalem, &#380;eby doko&#324;czy&#263; poszukiwania precedens&#243;w w prawie morskim.



* * *


To ty ukrad&#322;a&#347; wyniki bada&#324; Adama Walcotta z kasety sejfowej w oddziale First National Bank w Chicago  powiedzia&#322;a Leisha niemal oboj&#281;tnym tonem.

Jennifer Sharifi podnios&#322;a wzrok i spojrza&#322;a jej prosto w oczy. Sta&#322;y po przeciwnych stronach pokoju dziennego Jennifer, w Azylu. Za b&#322;yszcz&#261;cym wzg&#243;rkiem upi&#281;tych w&#322;os&#243;w Jennifer mruga&#322; i u&#347;miecha&#322; si&#281; portret Tonyego Indivino.

Owszem  odpar&#322;a.  To ja.

Jennifer!  j&#281;kn&#261;&#322; Richard.

Leisha obr&#243;ci&#322;a si&#281; z wolna ku niemu. Wyda&#322;o jej si&#281;, &#380;e j&#281;kn&#261;&#322; nie dlatego, &#380;e mog&#322;a co&#347; takiego zrobi&#263;, ale &#380;e si&#281; przyzna&#322;a. Richard wiedzia&#322;.

Sta&#322; z nisko opuszczon&#261; g&#322;ow&#261;, tak &#380;e wcale nie by&#322;o wida&#263; jego krzaczastych brwi. Wygl&#261;da&#322; dok&#322;adnie tak samo jak tamten siedemnastolatek, kt&#243;rego pojecha&#322;a odwiedzi&#263; w ma&#322;ym podmiejskim domku w Evanston, prawie trzydzie&#347;ci lat temu. Richard odnalaz&#322; co&#347; w Azylu  co&#347;, czego potrzebowa&#322;, jakie&#347; poczucie wsp&#243;lnoty. A Azyl to zawsze by&#322;a i jest Jennifer. Jennifer i Tony. Niemniej, je&#347;li jest wsp&#243;&#322;winny tej kradzie&#380;y, to znaczy, &#380;e musia&#322; si&#281; bardzo zmieni&#263;. &#379;eby wzi&#261;&#263; udzia&#322; w czym&#347; takim, Richard musia&#322; si&#281; zmieni&#263; ponad jej wyobra&#380;enie.

Jennifer b&#281;dzie rozmawia&#263; tylko w obecno&#347;ci swojego adwokata  rzuci&#322; ochryple.

Hm. Z tym chyba nie powinno by&#263; wi&#281;kszych trudno&#347;ci  odpar&#322;a Leisha lodowatym tonem.  Ilu prawnik&#243;w zagarn&#261;&#322; dot&#261;d Azyl? Candance Holt. Willa Sandalerosa. Jonathana Ciocchiar&#281;. Ilu poza tym?

Jennifer przysiad&#322;a na sofie, podgarniaj&#261;c ku sobie fa&#322;dy bia&#322;ej abaji. Dzisiaj szklana &#347;ciana zosta&#322;a wcze&#347;niej zmatowiona; igra&#322;y na niej jakie&#347; niebiesko-zielone wzorki. Leisha znienacka przypomnia&#322;a sobie, &#380;e Jennifer nie znosi patrze&#263; na zachmurzone niebo.

Je&#347;li masz zamiar wnie&#347;&#263; oskar&#380;enie, Leisho, najpierw przyjed&#378; tu z nakazem s&#261;dowym.

Dobrze wiesz, &#380;e nie jestem prokuratorem. Reprezentuj&#281; interesy doktora Walcotta.

Zatem planujesz donie&#347;&#263; prokuraturze o tej kradzie&#380;y?

Leisha zawaha&#322;a si&#281;. Wiedzia&#322;a, tak samo jak pewnie wiedzia&#322;a o tym Jennifer, &#380;e nie by&#322;o wystarczaj&#261;cych dowod&#243;w nawet na przes&#322;uchanie przed wielk&#261; &#322;aw&#261; przysi&#281;g&#322;ych. Papiery z kasetki znikn&#281;&#322;y, ale zapis w bankowym komputerze wykazywa&#322;, &#380;e to sam doktor Walcott je stamt&#261;d usun&#261;&#322;. Mog&#322;a najwy&#380;ej ustali&#263;, czy jaki&#347; nowo zatrudniony pracownik First National mia&#322; dost&#281;p do pokwitowa&#324;  je&#347;li oczywi&#347;cie to by&#322; nowo zatrudniony pracownik. Na ile dok&#322;adnie zdo&#322;ali przewidzie&#263; przysz&#322;y bieg wypadk&#243;w? Ich tajny system zbierania informacji si&#281;ga&#322; na tyle szeroko, &#380;e by&#322; w stanie wykry&#263; prace nawet i mniej znacz&#261;cych naukowc&#243;w pracuj&#261;cych w trzeciorz&#281;dnych zak&#322;adach biotechnicznych, je&#380;eli ich badania tyczy&#322;y bezsenno&#347;ci. A Leisha gotowa by&#322;a da&#263; g&#322;ow&#281;, &#380;e &#380;aden z nowo przyj&#281;tych pracownik&#243;w First National nie by&#322; przedtem zatrudniony w Samplice. Nie mia&#322;a nic pr&#243;cz poszlak  i oczywi&#347;cie znajomo&#347;ci motyw&#243;w Jennifer jako Bezsennej. Ale wymiaru sprawiedliwo&#347;ci nie b&#281;d&#261; interesowa&#322;y jej przekonania.

Opad&#322;o j&#261; poczucie g&#322;&#281;bokiej bezradno&#347;ci  przyt&#322;aczaj&#261;ce, bo przecie&#380; zdarza&#322;o si&#281; jej tak rzadko  i nasz&#322;o j&#261; wspomnienie: siedemnastoletni Richard surfuj&#261;cy z ni&#261;, Tonym, Carol i Jeanine. Wszyscy roze&#347;miani, wok&#243;&#322; nich woda i piasek, niebo rozci&#261;gaj&#261;ce si&#281; w niesko&#324;czone pasmo &#347;wiat&#322;a Poszuka&#322;a wzrokiem oczu Richarda.

Richard odwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej plecami.

Jennifer za&#347; o&#347;wiadczy&#322;a ra&#378;no:

Po co w&#322;a&#347;ciwie tu przyjecha&#322;a&#347;, Leisho? Skoro nie masz &#380;adnych interes&#243;w prawnych, kt&#243;re tyczy&#322;yby mnie, Richarda albo Azylu, i skoro tw&#243;j klient nie ma z nami nic wsp&#243;lnego

Przecie&#380; sama przed chwil&#261; powiedzia&#322;a&#347;, &#380;e wzi&#281;&#322;a&#347; te papiery.

Czy&#380;by?  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; Jennifer.  Mylisz si&#281;. Nigdy w &#380;yciu nie zrobi&#322;abym ani bym nie powiedzia&#322;a nic podobnego.

Rozumiem. Po prostu chcia&#322;a&#347;, &#380;ebym wiedzia&#322;a. A teraz po prostu chcesz, &#380;ebym si&#281; wynios&#322;a.

Tak, chc&#281;  odrzek&#322;a Jennifer i przez jedn&#261; szczeg&#243;ln&#261; chwil&#281; Leisha us&#322;ysza&#322;a w jej s&#322;owach odleg&#322;e echa ceremonii &#347;lubnej. Umys&#322; Jennifer pozostawa&#322; dla niej ca&#322;kowicie nieprzenikniony. Stoj&#261;c w jej pokoju i przygl&#261;daj&#261;c si&#281;, jak na szybie formuj&#261; si&#281;, za&#322;amuj&#261; i zn&#243;w od nowa kszta&#322;tuj&#261; zielonkawe zwoje, patrz&#261;c na pochylone plecy Richarda, Leisha u&#347;wiadomi&#322;a sobie nagle, &#380;e nigdy ju&#380; jej noga nie przekroczy bram Azylu.

W ko&#324;cu odezwa&#322;a si&#281;  do Richarda, nie do Jennifer:

Wyniki swoich bada&#324; Walcott i Herlinger maj&#261; w g&#322;owach. I je&#380;eli to wszystko prawda, nie zdo&#322;acie powstrzyma&#263; zmian. Kiedy wr&#243;c&#281; do Chicago, ka&#380;&#281; mojemu klientowi zapisa&#263; je na nowo, a potem zrobi&#281; wiele kopii i wszystkie poukrywam w bezpiecznych miejscach. Chc&#281;, &#380;eby&#347; o tym wiedzia&#322;, Richardzie.

Richard nie odwr&#243;ci&#322; si&#281;. Patrzy&#322;a na krzyw&#261; jego przygarbionych plec&#243;w.

&#379;ycz&#281; mi&#322;ego lotu  rzuci&#322;a Jennifer.



* * *


Adam Walcott &#378;le przyj&#261;&#322; rozczarowanie.

Chce pani powiedzie&#263;, &#380;e nic nie da si&#281; zrobi&#263;? Absolutnie nic?

Nie mamy dowod&#243;w.  Leisha wsta&#322;a zza biurka i usiad&#322;a w fotelu naprzeciwko Walcotta.  Musi pan zrozumie&#263;, doktorze, &#380;e s&#261;dy nadal borykaj&#261; si&#281; z ograniczeniami tycz&#261;cymi dowod&#243;w, kt&#243;re s&#261; dokumentami elektronicznymi. Borykaj&#261; si&#281; z tym d&#322;u&#380;ej, ni&#380; &#380;yj&#281; na tym &#347;wiecie. Z pocz&#261;tku dokumenty pochodzenia komputerowego by&#322;y traktowane jako dowody ze s&#322;yszenia, poniewa&#380; nie by&#322;y orygina&#322;ami. Wykluczano je, poniewa&#380; zbyt wielu ludzi potrafi&#322;o prze&#322;ama&#263; systemy zabezpiecze&#324;. Od czasu sprawy Sabino kontra Lansing traktowane s&#261; jako odr&#281;bny dow&#243;d, niepor&#243;wnywalnie mniejszej rangi. Licz&#261; si&#281; odr&#281;cznie podpisane wydruki, co oznacza, &#380;e w&#322;amywacze i z&#322;odzieje, kt&#243;rzy potrafi&#261; manipulowa&#263; dowodami rzeczowymi, kr&#243;luj&#261; tak&#380;e w dziedzinie przest&#281;pstw elektronicznych. I tu znale&#378;li&#347;my si&#281; w punkcie, z kt&#243;rego wyszli&#347;my.

Doktora Walcotta wyra&#378;nie nie zainteresowa&#322;a ta pokr&#243;tce przedstawiona historia s&#261;downictwa.

Ale&#380;, pani Camden

Doktorze Walcott, pan chyba nie dostrzega, jaki jest najwa&#380;niejszy punkt naszej dyskusji. Ma pan w g&#322;owie wyniki bada&#324;, kt&#243;re mog&#261; zrewolucjonizowa&#263; &#347;wiat. A ten, kto zabra&#322; pa&#324;skie dokumenty, ma zaledwie dziewi&#281;&#263; dziesi&#261;tych ca&#322;o&#347;ci, bo ko&#324;cowy, najwa&#380;niejszy fragment nadal jest tylko w pa&#324;skiej g&#322;owie. Tak w&#322;a&#347;nie mi pan powiedzia&#322;, zgadza si&#281;?

Zgadza si&#281;.

W takim razie niech pan to wszystko jeszcze raz zapisze. Teraz. Tutaj.

Teraz?  Ma&#322;y cz&#322;owieczek zdawa&#322; si&#281; by&#263; wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty tym pomys&#322;em.  A po co?

A Jennifer s&#261;dzi&#322;a, &#380;e z Leishy takie niewini&#261;tko. Leisha zacz&#281;&#322;a m&#243;wi&#263;, starannie dobieraj&#261;c s&#322;owa:

Doktorze Walcott, wyniki pa&#324;skich bada&#324; to potencjalnie bardzo cenna w&#322;asno&#347;&#263;. Za jaki&#347; czas mog&#261; by&#263; warte miliardy dolar&#243;w, kt&#243;re przypadn&#261; panu albo Samplice, albo  co bardziej prawdopodobne  i panu, i zak&#322;adowi w pewnym stosunku procentowym. Jestem gotowa reprezentowa&#263; pana w tej sprawie, je&#347;li pan sobie tego za&#380;yczy

To milutko  wtr&#261;ci&#322; Walcott. Leisha spojrza&#322;a na niego gro&#378;nie, ale w rzeczywisto&#347;ci nie wygl&#261;da&#322;o to na sarkazm. Lew&#261; r&#281;k&#261; drapa&#322; z roztargnieniem prawe ucho.

Musi pan zdawa&#263; sobie spraw&#281;  ci&#261;gn&#281;&#322;a cierpliwie  &#380;e tam, gdzie w gr&#281; wchodz&#261; miliardy, nale&#380;y si&#281; liczy&#263; ze z&#322;odziejami. Sam pan mia&#322; okazj&#281; si&#281; o tym przekona&#263;. A m&#243;wi&#322; pan, &#380;e nie wyst&#261;pi&#322; jeszcze oficjalnie o patent, bo ba&#322; si&#281;, &#380;e dyrektor Lee zorientuje si&#281;, nad czym pracujecie. Zgadza si&#281;?

Zgadza si&#281;.

To dobrze. Musi wi&#281;c pan sobie uprzytomni&#263;, &#380;e ludzie, kt&#243;rzy dla milion&#243;w pope&#322;niaj&#261; kradzie&#380;, s&#261; tak&#380;e w stanie mogliby

Nie by&#322;a w stanie doko&#324;czy&#263;. Skurcze &#380;o&#322;&#261;dka wr&#243;ci&#322;y, splot&#322;a wi&#281;c r&#281;ce na brzuchu. Przypomnia&#322; si&#281; jej Richard, trzymaj&#261;cy j&#261; w obj&#281;ciach w skromnym pokoju w Evanston  mia&#322;a wtedy pi&#281;tna&#347;cie lat i po raz pierwszy spotyka&#322;a si&#281; z innym Bezsennym, a rado&#347;&#263; otacza&#322;a j&#261; jak &#347;wietlista ba&#324;ka.

Chce pani powiedzie&#263;, &#380;e ci z&#322;odzieje mog&#261; mnie zabi&#263;. Mnie i Timmyego. Nie bacz&#261;c na to, &#380;e nie maj&#261; ko&#324;cowego fragmentu dokumentacji.

Niech pan to wszystko zapisze. Tu i teraz.

Udost&#281;pni&#322;a mu wolno stoj&#261;cy komputer i osobny pok&#243;j. Przebywa&#322; w nim nie d&#322;u&#380;ej ni&#380; dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; minut, co mocno j&#261; zaskoczy&#322;o. Ale z drugiej strony, ile&#380; czasu mo&#380;e cz&#322;owiekowi zabra&#263; napisanie kilku formu&#322; i za&#322;o&#380;e&#324;? To nie to, co przygotowania do sprawy.

Z&#322;apa&#322;a si&#281; na tym, i&#380; za&#322;o&#380;y&#322;a, &#380;e b&#281;dzie si&#281; grzeba&#322;, poniewa&#380; by&#322; &#346;pi&#261;cym.

Walcz&#261;c z pokus&#261; przeczytania dokumentu zrobi&#322;a jego osiem kopii na kopiarce, kt&#243;rej u&#380;ywa&#322;a wy&#322;&#261;cznie dla zastrze&#380;onych dokument&#243;w swoich klient&#243;w. Pewnie i tak nic by z tego nie zrozumia&#322;a. Jedn&#261; kopi&#281; da&#322;a Walcottowi, wraz z komputerem, na kt&#243;rym pisa&#322;.

&#379;eby unikn&#261;&#263; nieporozumie&#324;, doktorze. Pozosta&#322;e kopie zostan&#261; ukryte w r&#243;&#380;nych miejscach: jedna w sejfie tutaj, druga w Baker Enterprises, w firmie Kevina Bakera, kt&#243;ra  upewniam pana  jest doskonale zabezpieczona.

Walcott nie zdradzi&#322; najl&#380;ejszym gestem, &#380;e wie o kogo chodzi, a przecie&#380; nie by&#322;o mo&#380;liwe, by jako badacz genetyczny nie s&#322;ysza&#322; o Kevinie Bakerze.

Mo&#380;e pan rozg&#322;osi&#263; w&#347;r&#243;d dowolnej liczby ludzi, &#380;e sporz&#261;dzi&#322; pan wiele kopii swego nie nazwanego dot&#261;d projektu badawczego; ja zrobi&#281; to samo. Im wi&#281;cej ludzi b&#281;dzie o tym wiedzia&#322;o, tym mniejsze grozi panu niebezpiecze&#324;stwo. Co wi&#281;cej, jako pa&#324;ski prawnik nalegam, aby poinformowa&#322; pan o wszystkim dyrektora Lee i jak najszybciej we w&#322;asnym imieniu wyst&#261;pi&#322; o przyznanie patentu. B&#281;d&#281; panu towarzyszy&#263; w czasie spotkania z dyrektorem, je&#347;li mamy zamiar ustali&#263; pa&#324;skie prawa w&#322;asno&#347;ci do tego projektu w stosunku do Samplice.

Dobra  odpar&#322; Walcott. Przeczesa&#322; palcami w&#322;osy.  By&#322;a pani ze mn&#261; taka szczera &#380;e czuj&#281;, &#380;e ja te&#380; musz&#281; by&#263; z pani&#261; szczery.

Co&#347; w tonie jego g&#322;osu sprawi&#322;o, &#380;e Leisha spojrza&#322;a na niego ostro.

Chodzi o to, &#380;e ja te wyniki, kt&#243;re tu dla pani zapisa&#322;em  Przeczesa&#322; w&#322;osy drug&#261; r&#281;k&#261; i stan&#261;&#322; na jednej nodze jak zak&#322;opotany &#380;uraw.

Tak?

Nie s&#261; zapisane w ca&#322;o&#347;ci. Zostawi&#322;em sobie ostatni&#261; cz&#281;&#347;&#263;. T&#281;, kt&#243;rej nie maj&#261; te&#380; z&#322;odzieje.

By&#322; ostro&#380;niejszy, ni&#380; podejrzewa&#322;a. W&#322;a&#347;ciwie nie mia&#322;a mu tego za z&#322;e  klienci bez skrupu&#322;&#243;w byli znacznie gorsi ni&#380; klienci bez zaufania. Nawet kiedy osob&#261;, kt&#243;rej nie ufali, by&#322; ich w&#322;asny adwokat.

Walcott patrzy&#322; w bok, za okno. Nadal sta&#322; na jednej nodze. W jego g&#322;osie, kiedy przem&#243;wi&#322;, zn&#243;w zabrzmia&#322;a ta dziwna, sporadyczna stanowczo&#347;&#263;.

Sama pani m&#243;wi&#322;a, &#380;e nie wie, kto skrad&#322; poprzedni egzemplarz. I &#380;e skopiowanie wynik&#243;w mojej pracy potencjalnie mo&#380;e mie&#263; ogromn&#261; warto&#347;&#263;. B&#261;d&#378; te&#380; nieskopiowanie. A pani jest Bezsenn&#261;, pani Camden.

Rozumiem. Jednak dla pa&#324;skiego bezpiecze&#324;stwa lepiej by&#322;oby, gdyby zapisa&#322; pan i ostatni&#261; cz&#281;&#347;&#263;, doktorze. Je&#347;li nie tutaj, to w jakim&#347; innym dobrze zabezpieczonym miejscu.  Czyli niby gdzie, zastanowi&#322;a si&#281; w duchu, m&#243;wi&#322;a jednak dalej:  A co najwa&#380;niejsze, powinien pan tak&#380;e powiedzie&#263; sporej liczbie os&#243;b, &#380;e ostateczny wynik bada&#324; istnieje jeszcze gdzie&#347; poza pa&#324;sk&#261; g&#322;ow&#261;.

Walcott w ko&#324;cu opu&#347;ci&#322; nog&#281; na pod&#322;og&#281;. Pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Pomy&#347;l&#281; nad tym. Czy pani naprawd&#281; s&#261;dzi, &#380;e grozi mi jakie&#347; realne niebezpiecze&#324;stwo, pani Camden?

Leisha pomy&#347;la&#322;a o Azylu. &#379;o&#322;&#261;dek zn&#243;w dawa&#322; o sobie zna&#263;, jednak nie mia&#322;o to nic wsp&#243;lnego z tym, co mo&#380;e ewentualnie przytrafi&#263; si&#281; Walcottowi. Splot&#322;a r&#281;ce na brzuchu.

Tak  odpar&#322;a.  Naprawd&#281; tak s&#261;dz&#281;.



10

JORDAN WATROUS NALA&#321; SOBIE KOLEJNEGO DRINKA przy starej sekreterze, kt&#243;ra w domu jego matki pe&#322;ni&#322;a obowi&#261;zki barku. To trzeci? Czy czwarty? Mo&#380;e nikt mu nie liczy. Z wybiegaj&#261;cego w ocean pomostu przydryfowa&#322; do niego czyj&#347; &#347;miech. Dla Jordana zabrzmia&#322; jak nerwowy chichot, co zreszt&#261; mog&#322;o by&#263; zgodne z prawd&#261;. Co, u cholery, ten Hawke zn&#243;w opowiada? I komu?

Nie mia&#322; ochoty przywozi&#263; ze sob&#261; Hawkea. To by&#322;y pi&#281;&#263;dziesi&#261;te urodziny jego ojczyma, a Beck &#380;yczy&#322; sobie skromnej uroczysto&#347;ci w gronie rodzinnym. Ale matka w&#322;a&#347;nie sko&#324;czy&#322;a remont domu i chcia&#322;a si&#281; nim pochwali&#263;. Przez dwadzie&#347;cia lat Alice &#380;y&#322;a tak, jakby nie mia&#322;a &#380;adnych pieni&#281;dzy. Nie korzysta&#322;a z pozostawionego jej przez ojca spadku, chyba &#380;e  o tym Jordan dowiedzia&#322; si&#281; o wiele p&#243;&#378;niej  musia&#322;a op&#322;aci&#263; szko&#322;&#281; dla niego i Moiry, ich komputery i zaj&#281;cia sportowe. Traktowa&#322;a w&#322;asne pieni&#261;dze jak wielkiego, niebezpiecznego psa, kt&#243;rego wzi&#281;&#322;a na przechowanie, ale do kt&#243;rego boi si&#281; podej&#347;&#263;. A&#380; nagle, kiedy sko&#324;czy&#322;a czterdziestk&#281;, co&#347; si&#281; w niej zmieni&#322;o  co, Jordan nie by&#322; w stanie poj&#261;&#263;. Ale czu&#322; si&#281; zaskoczony  wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzkich dzia&#322;a&#324; stanowi&#322;a dla niego zagadk&#281;, wprawia&#322;a go w zak&#322;opotanie.

Matka ni z tego, ni z owego kaza&#322;a wybudowa&#263; sobie ten wielki dom w zatoce Morro Bay, nad samym oceanem, gdzie o kilka mil od l&#261;du widywa&#322;o si&#281; fontanny wytryskiwane przez szare wieloryby i uniesione w g&#243;r&#281; pot&#281;&#380;ne ogony. Umeblowa&#322;a go drogimi, na poz&#243;r skromnymi angielskimi antykami, kt&#243;re kupowa&#322;a w Los Angeles, Nowym Jorku i Londynie. Beck, naj&#322;agodniejszy cz&#322;owiek, jakiego Jordanowi uda&#322;o si&#281; spotka&#263;, u&#347;miecha&#322; si&#281; tylko pob&#322;a&#380;liwie, mimo tego nawet, &#380;e jego &#380;ona zleci&#322;a budow&#281; cudzej firmie. Niekiedy Jordan, przywo&#380;&#261;c matk&#281; na plac budowy, zastawa&#322; go przy pracy razem z cie&#347;lami zwi&#261;zkowymi i ich robotami; Beck zbija&#322; deski i ustawia&#322; w szeregu belki. Kiedy dom by&#322; got&#243;w, Jordan zacz&#261;&#322; wyczekiwa&#263; z obaw&#261; na inne nieznane cechy osobowo&#347;ci matki, kt&#243;re mog&#322;yby si&#281; objawi&#263;. Ambicje towarzyskie? Operacja plastyczna? Kochankowie? Ale Alice ca&#322;kowicie ignorowa&#322;a swoich goni&#261;cych za mod&#261; s&#261;siad&#243;w, da&#322;a spok&#243;j swej korpulentnej figurze i pod&#347;piewywa&#322;a z zadowoleniem, kr&#281;c&#261;c si&#281; wok&#243;&#322; swych angielskich antyk&#243;w lub po ukochanym ogrodzie.

Dlaczego antyki?  spyta&#322; raz Jordan, dziobi&#261;c palcem oparcie fotela w stylu sheraton.  I dlaczego angielskie?

Moja matka by&#322;a Angielk&#261;  odrzek&#322;a Alice i wtedy w&#322;a&#347;nie po raz pierwszy i ostatni Jordan us&#322;ysza&#322;, &#380;e wspomina swoj&#261; matk&#281;.

Przyj&#281;cie urodzinowe Becka mia&#322;o by&#263; zarazem parapet&#243;wk&#261;. Alice zaprosi&#322;a wszystkich przyjaci&#243;&#322; swoich i Becka, swoich koleg&#243;w ze Stowarzyszenia Bli&#378;ni&#261;t, koleg&#243;w i profesor&#243;w ze szko&#322;y Moiry. Zaprosi&#322;a tak&#380;e Leish&#281; i Kevina Bakera i jeszcze jedn&#261; Bezsenn&#261;, kt&#243;rej Jordan nie widzia&#322; nigdy przedtem  m&#322;od&#261;, &#322;adn&#261; i rudow&#322;os&#261; dziewczyn&#281; o nazwisku Stella Bevington  a kt&#243;r&#261; jego matka wy&#347;ciska&#322;a i wyca&#322;owa&#322;a, jakby ta by&#322;a jak&#261;&#347; drug&#261; Moir&#261;. Calvin Hawke natomiast zaprosi&#322; si&#281; sam.

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby to by&#322; dobry pomys&#322;, Hawke  powiedzia&#322; wtedy Jordan w biurze fabryki w Missisipi i ka&#380;dej innej osobie taka odpowied&#378; wystarczy&#322;aby w zupe&#322;no&#347;ci.

Chcia&#322;bym pozna&#263; twoj&#261; matk&#281;, Jordy. Zwykle m&#281;&#380;czy&#378;ni nie m&#243;wi&#261; o swoich matkach tak dobrze jak ty. Ani tak cz&#281;sto.

Jordan nic nie m&#243;g&#322; poradzi&#263;: czu&#322;, jak si&#281; czerwieni. Ju&#380; w podstaw&#243;wce bardzo bra&#322; sobie do serca oskar&#380;enia o to, &#380;e jest maminsynkiem. Hawke nie mia&#322; na my&#347;li nic A mo&#380;e mia&#322;? Ostatnio wszystko, co m&#243;wi&#322; do niego Hawke, pali&#322;o jak &#380;&#261;d&#322;o. Czy to wina Jordana czy Hawkea? Jordan nie umia&#322;by powiedzie&#263;.

To naprawd&#281; tylko rodzinna uroczysto&#347;&#263;, Hawke.

Z pewno&#347;ci&#261; nie nalega&#322;bym, gdyby w gr&#281; wchodzi&#322;o wy&#322;&#261;cznie rodzinne grono  odparowa&#322; g&#322;adko Hawke.  Ale czy nie wspomina&#322;e&#347; te&#380;, &#380;e ma to by&#263; wielka parapet&#243;wk&#261;? Mam prezent, kt&#243;ry chcia&#322;bym podarowa&#263; twojej matce do jej nowego domu. Co&#347;, co nale&#380;a&#322;o kiedy&#347; do mojej matki.

To bardzo &#322;adnie z twojej strony  odpowiedzia&#322; Jordan, a Hawke u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko. Bardzo go bawi&#322;o, &#380;e Alice wpoi&#322;a ch&#322;opcu tak nienaganne maniery. Jordan by&#322; na tyle bystry, &#380;eby to zauwa&#380;y&#263;, ale nie do&#347;&#263; bystry, by wiedzie&#263;, co ma z tym pocz&#261;&#263;. Tymczasem za&#347; uzbroi&#322; si&#281; w szczero&#347;&#263;.  Nie chc&#281;, &#380;eby&#347; tam jecha&#322;. Ma by&#263; moja ciotka i inni Bezsenni.

Doskonale rozumiem  odpar&#322; Hawke, wi&#281;c Jordan s&#261;dzi&#322;, &#380;e sprawa jest zamkni&#281;ta. Ale ci&#261;gle wyp&#322;ywa&#322;a przy r&#243;&#380;nych okazjach. I jako&#347; &#380;&#261;d&#322;a w na poz&#243;r niewinnych wypowiedziach Hawkea stawa&#322;y si&#281; coraz dokuczliwsze. No i jako&#347; tak si&#281; sta&#322;o, &#380;e Hawke sta&#322; teraz na pomo&#347;cie w domu jego matki, gaw&#281;dz&#261;c z Beckiem, Moir&#261; i ca&#322;ym pe&#322;nym podziwu t&#322;umem przyjaci&#243;&#322; Moiry, podczas gdy Leisha w milczeniu obserwowa&#322;a go z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, a Jordan wymkn&#261;&#322; si&#281; i nala&#322; sobie trzeci&#261;  czwart&#261;?  whisky tak gwa&#322;townie, &#380;e pola&#322;a si&#281; na nowy, bladob&#322;&#281;kitny dywan jego matki.

To nie twoja wina  powiedzia&#322; jaki&#347; g&#322;os za jego plecami. Leisha. Zupe&#322;nie nie s&#322;ysza&#322;, kiedy si&#281; zbli&#380;a&#322;a.

Czym mo&#380;na wyczy&#347;ci&#263; plamy po whisky?  zapyta&#322;.  Detergentami? A mo&#380;e zniszcz&#261; dywan?

Mniejsza o dywan. Chcia&#322;am powiedzie&#263;: to nie twoja wina, &#380;e Hawke jest tutaj. Jestem pewna, &#380;e wcale go tu nie chcia&#322;e&#347; i nie mam w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e przetoczy&#322; si&#281; po tobie jak walec parowy. Nie obwiniaj si&#281;, Jordanie.

Nie da mu si&#281; powiedzie&#263; nie  odpar&#322; &#380;a&#322;o&#347;nie Jordan.

Och, Alice z pewno&#347;ci&#261; by to potrafi&#322;a, gdyby tylko chcia&#322;a. On jest tutaj dlatego, &#380;e ona si&#281; zgodzi&#322;a, nie dlatego, &#380;e ci&#281; wymanewrowa&#322;.

Ten problem trapi&#322; go ju&#380; od d&#322;u&#380;szego czasu.

Leisho, czy moja matka aprobuje to, co robi&#281;? Ca&#322;y ten Ruch &#346;pi-My?

Leisha przez d&#322;ugi czas nie odpowiada&#322;a. W ko&#324;cu orzek&#322;a:

Nigdy by mi tego nie powiedzia&#322;a, Jordanie.

To by&#322;a, oczywi&#347;cie, prawda. Zada&#322; g&#322;upie pytanie, chlapn&#261;&#322; bezmy&#347;lnie. Bez wi&#281;kszych efekt&#243;w pr&#243;bowa&#322; osuszy&#263; dywan serwetk&#261;.

Dlaczego jej o to nie zapytasz?

Bo zwykle nie rozmawiamy o &#346;pi&#261;cych i Bezsennych.

W to jestem sk&#322;onna uwierzy&#263;  odrzek&#322;a Leisha.  Wiele jest rzeczy, o kt&#243;rych nie m&#243;wi si&#281; w tej rodzinie, prawda?

Gdzie jest Kevin?

Leisha spojrza&#322;a na niego ze szczerym zdumieniem.

To by&#322;o ma&#322;e non sequitur, nieprawda&#380;?

Ogarn&#281;&#322;o go wielkie zak&#322;opotanie.

Wcale nie chcia&#322;em przez to powiedzie&#263;

W porz&#261;dku, Jordanie. Przesta&#324; tylko bez przerwy za wszystko przeprasza&#263;. Kevin musia&#322; si&#281; spotka&#263; z klientem na orbitalu. Jordan gwizdn&#261;&#322; ze zdziwienia.

Nie wiedzia&#322;em, &#380;e na orbitalach s&#261; jacy&#347; Bezsenni. Leisha nachmurzy&#322;a si&#281;.

Bo nie ma. Ale Kevin wykonuje przewa&#380;nie zlecenia od klient&#243;w mi&#281;dzynarodowych, kt&#243;rzy nie s&#261; koniecznie, a nawet zwykle nie s&#261; Bezsennymi, i kt&#243;rzy

S&#261; dostatecznie bogaci, &#380;eby m&#243;c sobie na niego pozwoli&#263;  wszed&#322; jej w s&#322;owo Hawke.  Pani Camden, w ci&#261;gu ca&#322;ego dzisiejszego wieczoru nie odezwa&#322;a si&#281; pani do mnie ani razu.

A powinnam?

Jasne, &#380;e nie  za&#347;mia&#322; si&#281;.  O czym to Leisha Camden mia&#322;aby rozmawia&#263; z przyw&#243;dc&#261; zwi&#261;zkowym bandy podrz&#281;dnych kretyn&#243;w, kt&#243;rzy jak &#380;ywe trupy marnuj&#261; jedn&#261; trzeci&#261; &#380;ycia na bezproduktywno&#347;&#263;?

Nigdy nie my&#347;la&#322;am w ten spos&#243;b o &#346;pi&#261;cych  powiedzia&#322;a oboj&#281;tnie.

Doprawdy? Ma ich pani za r&#243;wnych sobie? Czy wie pani, co Abraham Lincoln m&#243;wi&#322; na temat r&#243;wno&#347;ci, pani Camden? Wyda&#322;a pani ksi&#261;&#380;k&#281; na temat jego pogl&#261;d&#243;w na Konstytucj&#281;, czy nie tak? Pod pseudonimem Elizabeth Kaminsky.

Nie odpowiedzia&#322;a. Za to Jordan rzuci&#322;:

Dosy&#263; tego, Hawke.

Lincoln m&#243;wi&#322; o cz&#322;owieku, kt&#243;remu odm&#243;wiono r&#243;wno&#347;ci w sferze ekonomicznej: Kiedy zepchn&#281;li&#347;cie go na dno i sprawili&#347;cie, &#380;e sta&#322;o si&#281; niemo&#380;liwe, aby &#380;y&#322; inaczej jak tylko na podobie&#324;stwo dzikiego zwierz&#281;cia; kiedy zgasili&#347;cie w nim p&#322;omie&#324; duszy i umie&#347;cili&#347;cie tam, gdzie promyk nadziei zdmuchni&#281;to jak w&#347;r&#243;d ciemnych czelu&#347;ci pot&#281;pie&#324;c&#243;w, czy&#380; mo&#380;ecie by&#263; pewni, &#380;e demon, kt&#243;rego obudzili&#347;cie, nie obr&#243;ci si&#281; przeciwko wam i nie rozedrze was na strz&#281;py?

A wie pan, co na temat rewolucji m&#243;wi Arystoteles? R&#243;wni powstaj&#261;, aby sta&#263; si&#281; wy&#380;szymi. Z takiego to stanu umys&#322;u bior&#261; pocz&#261;tek rewolucje.

Rysy twarzy Hawkea zaostrzy&#322;y si&#281; nagle. Jordanowi wyda&#322;o si&#281;, &#380;e jego wystaj&#261;ce ko&#347;ci jeszcze bardziej wysun&#281;&#322;y si&#281; do przodu, a w oczach co&#347; nagle b&#322;ysn&#281;&#322;o. Otworzy&#322; usta, ale rozmy&#347;li&#322; si&#281;, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; tajemniczo, po czym bez s&#322;owa odszed&#322;.

Przepraszam ci&#281;, Jordanie. Na przyj&#281;ciu to niewybaczalne. Chyba za bardzo przywyk&#322;am do sali rozpraw.

Wygl&#261;dasz okropnie  rzuci&#322; znienacka Jordan.  Bardzo wychud&#322;a&#347;. Masz zmarszczki na szyi i wpadni&#281;t&#261; twarz.

Wygl&#261;dam stosownie do wieku  odpowiedzia&#322;a Leisha z rozbawieniem. Co j&#261; tak rozbawi&#322;o? Mo&#380;e to nie Bezsennych, a kobiet Jordan nie potrafi zrozumie&#263;? Odwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281; w kierunku pomostu, &#380;eby poszuka&#263; wzrokiem malutkich b&#322;yskotek, kt&#243;re Stella Bevington nosi&#322;a w swoich rudych w&#322;osach.

Leisha pochyli&#322;a si&#281; i z&#322;apa&#322;a go za nadgarstek.

Jordanie Czy kiedykolwiek &#380;a&#322;owa&#322;e&#347;, &#380;e nie mo&#380;esz zosta&#263; Bezsennym?

Zapatrzy&#322; si&#281; w jej zielone oczy, tak r&#243;&#380;ne od oczu Hawkea. Nagle opu&#347;ci&#322; go ca&#322;y jego dotychczasowy brak pewno&#347;ci.

Tak, Leisho. &#379;a&#322;owa&#322;em. Wszyscy &#380;a&#322;ujemy. Ale nic nie mo&#380;emy na to poradzi&#263;. To dlatego pracuj&#281; z Hawkiem nad zjednoczeniem wszystkich tych podrz&#281;dnych kretyn&#243;w, kt&#243;rzy marnuj&#261; na sen jedn&#261; trzeci&#261; &#380;ycia. Bo nie mog&#281; by&#263; tob&#261;.

Z ty&#322;u podesz&#322;a do nich Alice.

Wszystko w porz&#261;dku?  spyta&#322;a, wodz&#261;c wzrokiem od syna do siostry. Mia&#322;a sw&#243;j zwyk&#322;y, pe&#322;en ciep&#322;a wyraz twarzy, a ubrana by&#322;a w obrzydliw&#261; sukienk&#281; z drogiego zielonego jedwabiu, kt&#243;ra w najmniejszym stopniu nie tuszowa&#322;a jej korpulentnej figury. Na szyi mia&#322;a stary wisiorek, kt&#243;ry podarowa&#322; jej Beck. Kiedy&#347; nale&#380;a&#322; do jakiej&#347; angielskiej ksi&#281;&#380;niczki.

W porz&#261;dku  odrzek&#322; Jordan, kt&#243;remu nie przysz&#322;a do g&#322;owy &#380;adna inna odpowied&#378;. Ku swemu zdumieniu zauwa&#380;y&#322;, &#380;e matka jest lekko pijana.

Leisho, czy m&#243;wi&#322;am ci o najnowszym przypadku zarejestrowanym przez nasze Stowarzyszenie Bli&#378;ni&#261;t? Bli&#378;ni&#281;ta by&#322;y od urodzenia chowane osobno, ale kiedy jedno z nich z&#322;ama&#322;o r&#281;k&#281;, drugie tygodniami czu&#322;o b&#243;l w tej samej r&#281;ce i nie potrafi&#322;o okre&#347;li&#263; dlaczego.

Albo wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e odczuwa&#322;o b&#243;l  odpar&#322;a Leisha.

Aaa  powiedzia&#322;a tylko Alice, jakby Leisha odpowiedzia&#322;a na zupe&#322;nie inne pytanie, a Jordan zobaczy&#322; w oczach matki g&#322;&#281;bi&#281;, jakiej dot&#261;d w nich nie dostrzega&#322;, tak samo mroczn&#261; jak g&#322;&#281;bia w oczach Calvina Hawkea.



* * *


O poranku pustynia w Nowym Meksyku &#380;arzy&#322;a si&#281; per&#322;owym &#347;wiat&#322;em. Ostro rysuj&#261;ce si&#281; cienie  b&#322;&#281;kitne, r&#243;&#380;owe i w innych jeszcze kolorach, jakich Leisha nawet sobie nie wyobra&#380;a&#322;a  pe&#322;z&#322;y przez rozleg&#322;&#261; pustk&#281; jak &#380;ywe istoty. W oddali, na horyzoncie, wyra&#378;nie i klarownie rysowa&#322;y si&#281; kontury g&#243;r Sangre de Cristo.

Pi&#281;knie, prawda?  zapyta&#322;a Susan Melling.

Nigdy nie przypuszcza&#322;am, &#380;e &#347;wiat&#322;o mo&#380;e tak wygl&#261;da&#263;  odpar&#322;a Leisha.

Nie ka&#380;dy lubi pustyni&#281;. Zwykle uwa&#380;a si&#281;, &#380;e to bezludne pustkowie, zbyt wrogie cz&#322;owiekowi, &#380;eby m&#243;g&#322; tu &#380;y&#263;.

Ale ty j&#261; lubisz?

Tak, lubi&#281;  odrzek&#322;a Susan.  Czego chcesz, Leisho? Nie przyjecha&#322;a&#347; ze zwyk&#322;&#261; towarzysk&#261; wizyt&#261;. Targaj&#261; tob&#261; nami&#281;tno&#347;ci o sile huraganu. Utemperowanego huraganu. Powa&#380;ne i natarczywe porywy bardzo zimnego powietrza.

Chc&#261;c nie chc&#261;c Leisha musia&#322;a si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;. Susan, obecnie siedemdziesi&#281;cioo&#347;mioletnia, rozsta&#322;a si&#281; z prac&#261; naukow&#261;, kiedy jej artretyzm znacznie si&#281; rozwin&#261;&#322;. Przeprowadzi&#322;a si&#281; do male&#324;kiej miejscowo&#347;ci w pobli&#380;u Santa Fe; posuni&#281;cie to by&#322;o dla Leishy niewyt&#322;umaczaln&#261; zagadk&#261;. Nie ma tu ani szpitala, ani koleg&#243;w po fachu, nie ma do kogo ust otworzy&#263;. Susan mieszka&#322;a w sk&#261;po umeblowanym domu o grubych &#347;cianach z suszonej ceg&#322;y, z kt&#243;rego dachu rozci&#261;ga&#322; si&#281; rozleg&#322;y widok na pustyni&#281; i pewnie dlatego Susan u&#380;ywa&#322;a go jako tarasu. Na szerokich pobielanych parapetach i kilku stolikach u&#322;o&#380;y&#322;a wystaw&#281; kamieni, wypolerowanych do blasku przez wiatr, ustawi&#322;a wazony z dzikimi kwiatami o d&#322;ugich &#322;odygach, a nawet porozk&#322;ada&#322;a ko&#347;ci zwierz&#261;t, zbiela&#322;e na s&#322;o&#324;cu do takiej samej &#380;arz&#261;cej bieli, jak&#261; b&#322;yska&#322; &#347;nieg na dalekich szczytach g&#243;r. Kiedy po raz pierwszy obchodzi&#322;a niespokojnie ten dom, Leisha uczu&#322;a niemal namacaln&#261; ulg&#281;, zobaczywszy w gabinecie Susan terminal i aktualne czasopisma medyczne. Na temat swego odej&#347;cia Susan m&#243;wi&#322;a tylko: Za d&#322;ugo pracowa&#322;am samym umys&#322;em. Teraz szukam po omacku ca&#322;ej reszty. Pod wzgl&#281;dem intelektualnym zdanie to by&#322;o dla Leishy w pe&#322;ni zrozumia&#322;e  w ko&#324;cu zawzi&#281;&#322;a si&#281; i przeczyta&#322;a par&#281; popularnych broszur o mistyce  ale pod ka&#380;dym innym wzgl&#281;dem pozostawa&#322;o dla niej niepoj&#281;te. Reszta czego w&#322;a&#347;ciwie? Nie mia&#322;a ochoty wypytywa&#263; o to Susan, bo mog&#322;o si&#281; to okaza&#263; czym&#347; na podobie&#324;stwo Stowarzyszenia Bli&#378;ni&#261;t Alice: jaka&#347; pseudopsychologia przebrana w szatki naukowo&#347;ci. Leisha chyba nie znios&#322;aby my&#347;li, &#380;e wyrafinowany umys&#322; Susan da&#322; si&#281; uwie&#347;&#263; oszuka&#324;czym pocieszeniom tanich szalbierstw. U Susan tego by nie znios&#322;a.

Ale teraz Susan powiedzia&#322;a:

Wejd&#378;my do &#347;rodka, Leisho. Jeszcze nie potrafisz doceni&#263; pustyni. Ci&#261;gle jeste&#347; na to za m&#322;oda. Zrobi&#281; herbaty.

Herbata okaza&#322;a si&#281; niez&#322;a. Siedz&#261;c obok Susan na kanapie, Leisha zapyta&#322;a:

Czy nadal jeste&#347; na bie&#380;&#261;co w swojej dziedzinie, Susan? Znasz, na przyk&#322;ad, zesz&#322;oroczne publikacje Gaspard-Thiereux na temat bada&#324; modyfikacji genetycznych?

Tak  odpar&#322;a Susan, a w jej oczach, nadal &#380;ywych, cho&#263; zapadni&#281;tych, pojawi&#322; si&#281; na moment cie&#324; rozbawienia. Przesta&#322;a farbowa&#263; w&#322;osy; zwisa&#322;y splecione w dwa bia&#322;e warkocze, tylko nieznacznie cie&#324;sze ni&#380; te, kt&#243;re Leisha pami&#281;ta&#322;a z dzieci&#324;stwa. Ale po&#380;y&#322;kowana, p&#243;&#322;przejrzysta sk&#243;ra Susan przypomina&#322;a pergamin.  Nie porzuci&#322;am &#347;wiata jak jaki&#347; samobiczuj&#261;cy si&#281; mnich. Magazyny otrzymuj&#281; regularnie, cho&#263; musz&#281; przyzna&#263;, &#380;e od d&#322;u&#380;szego czasu nie znajduj&#281; w nich nic wartego uwa&#380;niejszej lektury, z wyj&#261;tkiem prac Gaspard-Thiereux.

Teraz mam dla ciebie co&#347; takiego  i Leisha opowiedzia&#322;a jej o badaniach Walcotta, o Samplice i o kradzie&#380;y. Nie wspomnia&#322;a o Jennifer ani o Azylu. Kiedy sko&#324;czy&#322;a, Susan nadal siedzia&#322;a w milczeniu.

Susan?

Daj mi spojrze&#263; w te notatki.  Odstawi&#322;a fili&#380;ank&#281;, kt&#243;ra stukn&#281;&#322;a ostro o szklany blat stolika.

D&#322;ugo studiowa&#322;a zapiski. Nast&#281;pnie znikn&#281;&#322;a w swoim gabinecie.

Korzystaj tylko z wolno stoj&#261;cego komputera  zd&#261;&#380;y&#322;a powiedzie&#263; Leisha.  A potem skasuj ca&#322;y program. Do cna.

Przechadza&#322;a si&#281; po pokoju, przygl&#261;daj&#261;c si&#281; od&#322;amkom ska&#322; z wywierconymi przez kapry&#347;ne wiatry otworami, kamieniom tak g&#322;adkim, jakby przele&#380;a&#322;y milion lat na dnie oceanu, kamieniom z dziwacznymi naro&#347;lami jak z&#322;o&#347;liwe nowotwory. Wzi&#281;&#322;a do r&#281;ki czaszk&#281; jakiego&#347; zwierz&#281;cia i przejecha&#322;a palcami po g&#322;adkiej ko&#347;ci.

Kiedy Susan wr&#243;ci&#322;a, by&#322;a o wiele spokojniejsza, ca&#322;a jej zdolno&#347;&#263; do analizy krytycznej pracowa&#322;a na pe&#322;nych obrotach.

Na ile mo&#380;na si&#281; zorientowa&#263;, jest to rzeczywisty zapis bada&#324;. To w&#322;a&#347;nie chcia&#322;a&#347; wiedzie&#263;, prawda?

Czy badania si&#281;gaj&#261; dostatecznie daleko?

Zale&#380;y od tego, co jest w tym brakuj&#261;cym kawa&#322;ku. To, co tutaj mamy, to niew&#261;tpliwie co&#347; nowego, ale nowego dlatego, &#380;e nikt tego przedtem nie zbada&#322;  taki rodzaj zaskakuj&#261;cego skr&#243;tu  a nie dlatego, &#380;e by&#322; to trudny do przeprowadzenia, ale nieunikniony tor, w jaki musia&#322;a si&#281; skierowa&#263; ca&#322;a istniej&#261;ca dot&#261;d wiedza, je&#347;li pojmujesz t&#281; r&#243;&#380;nic&#281;.

Pojmuj&#281; doskonale. Ale czy to, co tu mamy, mog&#322;oby stanowi&#263; dostateczn&#261; podstaw&#281; dla tego ko&#324;cowego fragmentu, kt&#243;ry ma zamienia&#263; &#346;pi&#261;cych w Bezsennych?

To jest mo&#380;liwe  odrzek&#322;a Susan.  Widz&#281; tu kilka nieszablonowych odchyle&#324; od prac Gaspard-Thiereux, ale na ile mog&#281; si&#281; orientowa&#263;, to tak. To ca&#322;kiem mo&#380;liwe.

Susan opad&#322;a na kanap&#281; i ukry&#322;a twarz w d&#322;oniach.

Ile z efekt&#243;w ubocznych mog&#322;oby czy jest mo&#380;liwe, aby  Leisha nie mia&#322;a odwagi doko&#324;czy&#263;.

Chcesz zapyta&#263;, czy &#346;pi&#261;cy, kt&#243;rzy zostan&#261; Bezsennymi w inny spos&#243;b ni&#380; in vitro, mogliby uzyska&#263; takie same nie starzej&#261;ce si&#281; organy jak ca&#322;a reszta? M&#243;j Bo&#380;e, nie wiem. Zwi&#261;zana z tymi procesami biochemia to ci&#261;gle jeszcze niezg&#322;&#281;bione mroki.  Susan opu&#347;ci&#322;a r&#281;ce i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; nieweso&#322;o.  Wy, Bezsenni, nie dostarczacie nam zbyt wielu okaz&#243;w do bada&#324;. Zbyt rzadko umieracie.

Przykro mi  odparowa&#322;a Leisha.  Ale w naszych terminarzach brakuje na to miejsca.

Leisho  powiedzia&#322;a Susan, a w jej g&#322;osie da&#322;o si&#281; wyczu&#263; leciutkie dr&#380;enie.  Co si&#281; teraz b&#281;dzie dzia&#322;o?

Poza ostrym starciem w Samplice? W imieniu Walcotta wnosimy o przyznanie patentu. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, ju&#380; rozpocz&#281;&#322;am ca&#322;&#261; t&#281; procedur&#281;, zanim ktokolwiek zd&#261;&#380;y nas ubiec. A potem, kiedy Walcott i Herlinger I tu mamy kolejny problem.

Jaki problem?

W&#322;a&#347;nie Walcott i Herlinger. Podejrzewam, &#380;e gros pracy wykona&#322; Herlinger i &#380;e Walcott wcale nie ma zamiaru odda&#263; mu tego, co mu si&#281; nale&#380;y, je&#380;eli tylko znajdzie spos&#243;b, &#380;eby tego unikn&#261;&#263;. Walcott to swego rodzaju wojuj&#261;cy mi&#281;czak. Idzie przez &#347;wiat nieobecny duchem, oboj&#281;tny na to, co si&#281; wok&#243;&#322; niego dzieje, a kiedy kto&#347; wejdzie mu w drog&#281;, Walcott zawyje i wbije si&#281; w niego wszystkimi siekaczami.

Znam ten typ  odpar&#322;a Susan.  Dok&#322;adne przeciwie&#324;stwo twojego ojca.

Leisha podnios&#322;a na ni&#261; wzrok. Susan rzadko wspomina&#322;a Rogera Camdena. Teraz podnios&#322;a t&#281; sam&#261; czaszk&#281;, kt&#243;r&#261; przedtem bawi&#322;a si&#281; Leisha i zapyta&#322;a:

S&#322;ysza&#322;a&#347; o Georgii OKeefe?

To by&#322;a jaka&#347; malarka, prawda? Z dziewi&#281;tnastego wieku?

Z dwudziestego. Malowa&#322;a takie same czaszki. I t&#281; pustyni&#281;. Wiele razy.  Susan nieoczekiwanie upu&#347;ci&#322;a czaszk&#281; na ziemi&#281;, gdzie roztrzaska&#322;a si&#281; na drobne kawa&#322;ki.  Leisho, urod&#378; wreszcie to dziecko, o kt&#243;rym ty i Kevin bez przerwy m&#243;wicie. Chocia&#380; &#380;adna Bezsenna nie przesz&#322;a jeszcze menopauzy, nie ma gwarancji, &#380;e nigdy wam si&#281; to nie przytrafi. Nawet jajowody, kt&#243;re same w sobie si&#281; nie starzej&#261;, nie s&#261; w stanie wyprodukowa&#263; nowych gamet. Twoje kom&#243;rki jajowe maj&#261; ju&#380; czterdzie&#347;ci trzy lata.

Leisha podesz&#322;a bli&#380;ej.

Susan, chcesz powiedzie&#263;, &#380;e &#380;a&#322;ujesz &#380;e wola&#322;aby&#347;

Nic podobnego  uci&#281;&#322;a kr&#243;tko Susan.  Mia&#322;am ciebie i Alice i dalej was mam. Rodzone c&#243;rki nie mog&#322;yby by&#263; dla mnie wa&#380;niejsze. Ale kogo ty masz, Leisho? Kevin

Mi&#281;dzy mn&#261; a Kevinem wszystko w porz&#261;dku  powiedzia&#322;a szybko Leisha.

Susan przygl&#261;da&#322;a si&#281; jej z czu&#322;ym, a zarazem sceptycznym wyrazem twarzy, wi&#281;c Leisha powt&#243;rzy&#322;a:

Wszystko w porz&#261;dku, Susan. &#346;wietnie nam si&#281; razem pracuje. A to w ko&#324;cu najwa&#380;niejsze.

Ale Susan nie przesta&#322;a patrze&#263; na ni&#261; z wyrazem czu&#322;o&#347;ci i zw&#261;tpienia, w artretycznych d&#322;oniach trzymaj&#261;c wyniki bada&#324; Walcotta.



* * *


Sprawa Simpson kontra Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe okaza&#322;a si&#281; nadspodziewanie skomplikowana. Klient Leishy, Bezsenny James Simpson, by&#322; rybakiem, kt&#243;ry skar&#380;y&#322; konkurencyjn&#261; firm&#281;, Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe, o umy&#347;lne powodowanie zak&#322;&#243;ce&#324; w szlakach migracyjnych ryb na jeziorze Michigan, co by&#322;o nielegalne, przy u&#380;yciu pewnych retrowirus&#243;w, samych w sobie najzupe&#322;niej legalnych. Rybo&#322;&#243;wstwo L&#261;dowe Ltd. nale&#380;a&#322;o do &#346;pi&#261;cych. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e trzeba b&#281;dzie oprze&#263; si&#281; na s&#261;dowej interpretacji aktu Cantona-Fenwicka, tycz&#261;cego u&#380;ycia biotechnologii do ograniczania wolnego handlu. Leisha mia&#322;a by&#263; w s&#261;dzie o dziesi&#261;tej rano, wi&#281;c poprosi&#322;a, aby spotkanie w Samplice odby&#322;o si&#281; o si&#243;dmej rano.

No, ale tam najpewniej nikogo nie b&#281;dzie o takiej porze  narzeka&#322; Walcott.  Nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c mnie.

Leisha wpatrzy&#322;a si&#281; surowo w mizern&#261; twarz na ekranie wideotelefonu, po raz kolejny zadziwiona ma&#322;ostkowo&#347;ci&#261; i t&#281;pot&#261; umys&#322;u, kt&#243;ry mia&#322; odmieni&#263; &#380;ycie biologiczne i spo&#322;eczne ludzko&#347;ci. Czy Newton te&#380; taki by&#322;? Albo Einstein? Albo Callingwood? W rzeczy samej, tacy w&#322;a&#347;nie byli. Einstein nigdy nie m&#243;g&#322; zapami&#281;ta&#263;, gdzie ma wysi&#261;&#347;&#263; z poci&#261;gu. Callingwood, geniusz zastosowa&#324; dla energii Y, regularnie gubi&#322; buty i miesi&#261;cami nie pozwala&#322; zmieni&#263; po&#347;cieli we w&#322;asnym &#322;&#243;&#380;ku. Walcott nie by&#322; wyj&#261;tkiem, nale&#380;a&#322; do pewnego typu, nawet je&#347;li ten typ by&#322; do&#347;&#263; rzadko spotykany. Czasami wydawa&#322;o si&#281; Leishy, &#380;e proces dojrzewania intelektualnego polega&#322; wy&#322;&#261;cznie na odkryciu, i&#380; to, co unikalne lub egzotyczne, jest po prostu elementem znacznie mniejszego zbioru. Zadzwoni&#322;a do Samplice osobi&#347;cie, nalegaj&#261;c, aby spotkanie odby&#322;o si&#281; o si&#243;dmej rano.



* * *


Dyrektor Lawrence Lee, przystojny, opalony m&#281;&#380;czyzna, z jedwabn&#261; opask&#261; na g&#322;owie, na co by&#322; ju&#380; troch&#281; za stary, okaza&#322; si&#281; tak trudny, jak opisywa&#322; go Walcott.

To my jeste&#347;my w&#322;a&#347;cicielami tych bada&#324;, niewa&#380;ne, co to za cholera, nawet je&#347;li to co&#347; cennego, w co osobi&#347;cie w&#261;tpi&#281;. Ci dwaj badacze pracuj&#261; dla mnie i niech &#380;aden z was, modnych prawnik&#243;w, o tym nie zapomina.

Leisha by&#322;a jedynym modnym prawnikiem w zasi&#281;gu wzroku. Radc&#261; prawnym Samplice by&#322; Arnold Seeley, m&#281;&#380;czyzna o twardym spojrzeniu, kt&#243;ry jednak pl&#261;ta&#322; si&#281; w kwestiach, w kt&#243;rych powinien naciska&#263; Leish&#281; ze wszystkich si&#322;. Leisha pochyli&#322;a si&#281; nad biurkiem dyrektora.

Rzadko mi si&#281; zdarza o czym&#347; zapomnie&#263;, panie Lee. Istniej&#261; prawne precedensy dotycz&#261;ce prac naukowych, a szczeg&#243;lnie prac naukowych o zastosowaniu komercyjnym. Pan Walcott nie jest pracownikiem tej samej kategorii co cie&#347;la, kt&#243;ry buduje panu ganek. Co wi&#281;cej, w kontrakcie, kt&#243;ry podpisa&#322; z Samplice przed rozpocz&#281;ciem pracy, istnieje ca&#322;y szereg niejasno&#347;ci. Zak&#322;adam, &#380;e ma pan ten kontrakt przy sobie, panie Seeley?

Och, nie prosz&#281; zaczeka&#263;

Dlaczego nie masz?  warkn&#261;&#322; Lee.  Gdzie on jest? Co tam jest napisane?

B&#281;d&#281; musia&#322; sprawdzi&#263;

Leish&#281; ogarn&#281;&#322;o zniecierpliwienie  to samo, kt&#243;re czu&#322;a zawsze w obliczu niekompetencji. Opanowa&#322;a si&#281; jednak; sprawa by&#322;a zbyt wa&#380;na, &#380;eby ryzykowa&#263; jakim&#347; niestosownym wybuchem z&#322;ych emocji. Albo ich dodawaniem. Lee, Seeley i Walcott, kt&#243;rzy w swoich nieodpowiedzialnie wojowniczych d&#322;oniach trzymali dodatkowe osiem godzin dziennie dla setek tysi&#281;cy ludzi, wsp&#243;lnie przegl&#261;dali elektroniczne notesy w poszukiwaniu kontraktu Walcotta.

Ma pan?  rzuci&#322;a kr&#243;tko.  W porz&#261;dku, w takim razie paragraf drugi, punkt trzeci

Powiod&#322;a ich przez &#378;le sformu&#322;owane zwroty; precedensy tycz&#261;ce dzielonych praw autorskich w przypadku bada&#324; naukowych, przypomnia&#322;a proces Boeing kontra Fain, od kt&#243;rego rozpocz&#281;&#322;o si&#281; okre&#347;lanie prawnego autorstwa. Seeley przesuwa&#322; swym twardym wzrokiem po ekranie notesu i b&#281;bni&#322; palcami o blat sto&#322;u. Lee pr&#243;bowa&#322; si&#281; stawia&#263;. Walcott siedzia&#322; z wrednym u&#347;mieszkiem. Tylko Herlinger, dwudziestopi&#281;cioletni asystent, s&#322;ucha&#322; jej ze zrozumieniem. Zaskoczy&#322; Leish&#281;: barczysty i mimo m&#322;odego wieku ju&#380; &#322;ysiej&#261;cy, Herlinger wygl&#261;da&#322;by na zwyk&#322;ego draba, gdyby nie swego rodzaju zgorzknia&#322;e poczucie godno&#347;ci, stoicki brak z&#322;udze&#324;, kt&#243;ry nie pasowa&#322; ani do jego m&#322;odego wieku, ani do zje&#380;onego i ekscentrycznego geniuszu Walcotta. Musieli stanowi&#263; niebywa&#322;y zesp&#243;&#322;.

 tak wi&#281;c chcia&#322;abym zaproponowa&#263;, aby&#347;my spraw&#281; patentu za&#322;atwili polubownie, to znaczy doszli do ugody.

Lee zn&#243;w zacz&#261;&#322; si&#281; stawia&#263;. Seeley wtr&#261;ci&#322; szybko:

Jakiego rodzaju ugody? Na procent czy z g&#243;ry ustalon&#261; kwot&#281;?

Mia&#322;a go w gar&#347;ci.

Nad tym w&#322;a&#347;nie b&#281;dziemy musieli popracowa&#263;, panie Seeley.

Je&#347;li si&#281; pani wydaje, &#380;e uda si&#281; pani wyrwa&#263; mi co&#347;, co nale&#380;y do tej firmy  Lee prawie krzycza&#322;.

Seeley zwr&#243;ci&#322; si&#281; do niego lodowatym tonem:

S&#261;dz&#281;, &#380;e udzia&#322;owcy mogliby mie&#263; inne zdanie na temat tego, do kogo nale&#380;y ta firma.

Do udzia&#322;owc&#243;w nale&#380;a&#322; i Azyl, cho&#263; Lee niekoniecznie musia&#322; wiedzie&#263;, &#380;e ten fakt jest Leishy znany. I Leisha, i Seeley zaczekali, a&#380; dyrektor u&#347;wiadomi sobie, co nale&#380;y. Kiedy sobie w ko&#324;cu u&#347;wiadomi&#322;, jego usta zacisn&#281;&#322;y si&#281; ze z&#322;o&#347;ci. Popatrzy&#322; na Leish&#281; z podszytym obaw&#261; szyderstwem. Ona za&#347; pomy&#347;la&#322;a, &#380;e dawno ju&#380; nie spotka&#322;a osoby, kt&#243;r&#261; tak dog&#322;&#281;bnie by znielubi&#322;a.

A mo&#380;e  odezwa&#322; si&#281; Lee  mogliby&#347;my o tym porozmawia&#263;. Na moich warunkach.

W porz&#261;dku. Porozmawiajmy o warunkach  odpar&#322;a Leisha. Jego te&#380; mia&#322;a ju&#380; w gar&#347;ci.



* * *


Zgodz&#261; si&#281;?  zapyta&#322; p&#243;&#378;niej Walcott, kiedy odprowadza&#322; j&#261; i jej ochroniarza do samochodu.

Tak  odpar&#322;a Leisha.  S&#261;dz&#281;, &#380;e tak. Ma pan interesuj&#261;cych wsp&#243;&#322;pracownik&#243;w, panie doktorze. Ostro&#380;nie zmierzy&#322; j&#261; wzrokiem.

Wasz dyrektor zdaje si&#281; zapomina&#263;, &#380;e zarz&#261;dza przedsi&#281;biorstwem handlu pa&#324;stwowego, prawnik waszej firmy nie umie poprawnie skleci&#263; umowy zatrudnienia sz&#243;stej klasy, a pa&#324;ski asystent w badaniach nad bezsenno&#347;ci&#261; odje&#380;d&#380;a st&#261;d skuterem &#346;pi-My.

Walcott wykona&#322; nieokre&#347;lony gest r&#281;k&#261;.

Jest m&#322;ody, nie sta&#263; go na samoch&#243;d. No, ale przecie&#380; kiedy badania rusz&#261; dalej, nie b&#281;dzie &#380;adnego Ruchu &#346;pi-My. Nikt nie b&#281;dzie musia&#322; spa&#263;.

Z wyj&#261;tkiem tych, kt&#243;rych nie b&#281;dzie sta&#263; na operacj&#281;.

Walcott obrzuci&#322; j&#261; rozbawionym spojrzeniem.

Czy nie powinna si&#281; pani uj&#261;&#263; raczej za drug&#261; stron&#261;, pani Camden? Za elit&#261; ekonomiczn&#261;? W ko&#324;cu niewielu ludzi sta&#263; te&#380; na to, aby zmodyfikowa&#263; w kierunku bezsenno&#347;ci swoje pocz&#281;te in vitro p&#322;ody.

Nie ujmowa&#322;am si&#281; za &#380;adn&#261; ze stron, panie Walcott. Poprawia&#322;am tylko pa&#324;skie b&#322;&#281;dne stwierdzenie.

Mo&#380;e w nieco subtelniejszy spos&#243;b, ale by&#322; tak samo niezno&#347;ny jak jego szef.

Walcott machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;.

No dobrze, przypuszczam, &#380;e nie mo&#380;e si&#281; pani powstrzyma&#263;. Jak kto&#347; ju&#380; jest prawnikiem

Trzasn&#281;&#322;a drzwiczkami samochodu tak mocno, &#380;e ochroniarz podskoczy&#322; na swoim siedzeniu.



* * *


Sp&#243;&#378;ni&#322;a si&#281; do s&#261;du. S&#281;dzia rozgl&#261;da&#322; si&#281; dooko&#322;a, poirytowany.

Pani Camden?

Przepraszam, Wysoki S&#261;dzie. Zatrzyma&#322;y mnie przeszkody nie do unikni&#281;cia.

Na przysz&#322;o&#347;&#263; prosz&#281; ich raczej unika&#263;, pani mecenas.

Tak jest, Wysoki S&#261;dzie.

Sala s&#261;dowa by&#322;a niemal pusta, mimo &#380;e mia&#322;a si&#281; toczy&#263; sprawa istotna dla prawa konstytucyjnego. Szlaki migracyjne ryb niewiele obchodzi&#322;y przedstawicieli sieci informacyjnych. Poza stronami procesu i prawnikami na sali dostrzeg&#322;a tylko jednego reportera, przedstawicieli stanowych i federalnych organ&#243;w ochrony &#347;rodowiska, tr&#243;jk&#281; m&#322;odych ludzi, jak przypuszcza&#322;a student&#243;w prawa lub ochrony &#347;rodowiska, jednego emerytowanego s&#281;dziego i troje &#347;wiadk&#243;w.

A tak&#380;e Richarda Kellera, kt&#243;ry powo&#322;any przez ni&#261; na eksperta, mia&#322; si&#281; stawi&#263; w s&#261;dzie dopiero jutro.

Siedzia&#322; na ko&#324;cu sali, wyprostowany, barczysty, otoczony przez czterech ochroniarzy. Kiedy kto&#347; rok po roku mieszka tylko wewn&#261;trz Azylu, nie mo&#380;e w ko&#324;cu reagowa&#263; inaczej  &#347;wiat wydaje mu si&#281; o wiele bardziej niebezpieczny ni&#380; naprawd&#281; jest. Richard uchwyci&#322; jej spojrzenie. Nie u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;. Leisha poczu&#322;a nag&#322;y ch&#322;&#243;d w piersiach.

Je&#380;eli jest pani gotowa, &#380;eby wreszcie zacz&#261;&#263;, pani mecenas

Tak, Wysoki S&#261;dzie. Jeste&#347;my gotowi. Wzywam na &#347;wiadka Carla Tremoli&#281;.

Tremolia, &#380;ylasty rybak, wrogo nastawiony &#347;wiadek, ruszy&#322; sztywno przej&#347;ciem mi&#281;dzy &#322;awkami. Klient Leishy przymru&#380;y&#322; oczy. Tremolia mia&#322; wpi&#281;t&#261; w klap&#281; elektroniczn&#261; plakietk&#281; Ruchu &#346;pi-My. Przy drzwiach da&#322;o si&#281; s&#322;ysze&#263; jakie&#347; poruszenie, kto&#347; natarczywym p&#243;&#322;g&#322;osem wyja&#347;nia&#322; co&#347; wo&#378;nemu.

Wysoki S&#261;dzie, wnosz&#281;, aby s&#261;d nakaza&#322; &#347;wiadkowi usun&#261;&#263; oznak&#281;, kt&#243;r&#261; nosi w klapie  interweniowa&#322;a Leisha.  Przy okoliczno&#347;ciach, jakie towarzysz&#261; tej sprawie, polityczne pogl&#261;dy &#347;wiadka, czy to demonstrowane s&#322;owami, czy przy u&#380;yciu ozd&#243;b, nosz&#261; znamiona uprzedze&#324;.

Prosz&#281; usun&#261;&#263; oznak&#281;  nakaza&#322; s&#281;dzia.

Rybak zdar&#322; j&#261; z marynarki.

Mo&#380;ecie mnie zmusi&#263;, &#380;ebym zdj&#261;&#322; oznak&#281;, ale nie mo&#380;ecie mnie zmusi&#263;, &#380;ebym kupowa&#322; od Bezsennych!

Prosz&#281; to skre&#347;li&#263; z protoko&#322;u zezna&#324;  zarz&#261;dzi&#322; s&#281;dzia.  Panie Tremolia, je&#347;li nie b&#281;dzie pan odpowiada&#263; tylko i wy&#322;&#261;cznie na zadawane pytania, uznam pana winnym obrazy s&#261;du O co zn&#243;w chodzi?  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do wo&#378;nego.

Przepraszam, Wysoki S&#261;dzie. Wiadomo&#347;&#263; dla pani Camden. Sprawa osobista i pilna.

Wr&#281;czy&#322; Leishy kawa&#322;ek papieru.

Zadzwo&#324; natychmiast do biura Kevina Bakera. Pilne, sprawa osobista.

Wysoki S&#261;dzie

Prosz&#281; i&#347;&#263;  westchn&#261;&#322; s&#281;dzia.

Na korytarzu wyj&#281;&#322;a z torebki wideotelefon. Na malutkim ekraniku pojawi&#322;a si&#281; twarz Kevina.

Leisho, chodzi o Walcotta

To niezabezpieczone po&#322;&#261;czenie, Kevinie

Wiem. To nie ma ju&#380; znaczenia, wszystko jest w og&#243;lnie dost&#281;pnych aktach. Do diab&#322;a, za kilka godzin dowie si&#281; o tym ca&#322;y pieprzony &#347;wiat. Walcott nie mo&#380;e opatentowa&#263; swoich bada&#324;.

Dlaczego? Przecie&#380; Samplice

Mniejsza o Samplice. Ten patent przyznano dwa miesi&#261;ce temu. Elegancko, czysto, nie do zakwestionowania. Na Azyl, prawnie zarejestrowan&#261; jednostk&#281;. Jeste&#347; tam, Leisho?

Jestem  odpar&#322;a dr&#281;two. Kevin zawsze twierdzi&#322;, &#380;e nikt nie jest w stanie sfa&#322;szowa&#263; akt Pa&#324;stwowego Urz&#281;du Patentowego. Mieli zbyt wiele zabezpiecze&#324;, elektronicznych i w wydrukach, zbyt wiele komputer&#243;w poza sieci&#261;. Nikt.

Jest jeszcze co&#347;, Leisho  m&#243;wi&#322; dalej Kevin.  Timothy Herlinger nie &#380;yje.

Nie &#380;yje?! Przecie&#380; widzia&#322;am go niespe&#322;na p&#243;&#322; godziny temu! Odje&#380;d&#380;a&#322; spod Samplice na skuterze!

Potr&#261;ci&#322; go samoch&#243;d. Zawiod&#322;y deflektory w jego skuterze. Kilka minut p&#243;&#378;niej zjawi&#322; si&#281; tam przypadkiem jaki&#347; glina, zg&#322;osi&#322; to zaraz do Med-sieci, wi&#281;c oczywi&#347;cie kaza&#322;em pilnowa&#263; wszystkich sieci, &#380;eby wy&#322;apa&#263; kluczowe nazwiska.

Kto go potr&#261;ci&#322;?  zapyta&#322;a dr&#380;&#261;cym g&#322;osem.

Jaka&#347; kobieta o nazwisku Stacy Hillman, jako miejsce zamieszkania poda&#322;a Barrington. Moi czarodzieje w&#322;a&#347;nie j&#261; sprawdzaj&#261;. Ale to rzeczywi&#347;cie wygl&#261;da na wypadek.

Deflektory os&#322;onowe w skuterach to sto&#380;ki energii Y. One nie zawodz&#261;; to jeden z najmocniejszych punkt&#243;w ich marketingu. Po prostu nie zawodz&#261;. Nawet w tych n&#281;dznych skuterach &#346;pi-My.

Kevin gwizdn&#261;&#322; ze zdumienia.

Jecha&#322; na skuterze &#346;pi-My?

Leisha przymkn&#281;&#322;a oczy.

Kevinie, po&#347;lij dw&#243;ch ochroniarzy, &#380;eby znale&#378;li Walcotta. Najlepszych, jakich uda ci si&#281; wynaj&#261;&#263;. Albo nie, po&#347;lij w&#322;asnych. Jeszcze p&#243;&#322; godziny temu by&#322; w Samplice. Ka&#380; go eskortowa&#263; do naszego mieszkania. A mo&#380;e bezpieczniej by&#322;oby w twoim biurze?

W takim razie do mojego biura.

Nie mog&#281; teraz wyj&#347;&#263; z s&#261;du  najwcze&#347;niej o drugiej. Nie mog&#281; znowu prosi&#263; o przerw&#281;.  Ju&#380; wcze&#347;niej prosi&#322;a o przerw&#281;: raz  &#380;eby pojecha&#263; do Missisipi i dwa razy  &#380;eby polecie&#263; do Azylu.

Mo&#380;esz zaj&#261;&#263; si&#281; spokojnie swoj&#261; spraw&#261;  oznajmi&#322; Kevin.  Ja dopilnuj&#281;, &#380;eby Walcott by&#322; bezpieczny.

Leisha otwar&#322;a oczy. Od drzwi sali s&#261;dowej przygl&#261;da&#322; jej si&#281; wo&#378;ny s&#261;dowy. Zawsze go lubi&#322;a; by&#322; to mi&#322;y staruszek, kt&#243;ry zwykle pokazywa&#322; jej zbyt drogie jak na jego kiesze&#324; hologramy swoich wnuk&#243;w. Po drugiej stronie korytarza sta&#322; Richard Keller, nienaturalnie wyprostowany. Czeka&#322;. Na ni&#261;. Wiedzia&#322;, po co zadzwoni&#322; Kevin, i teraz sta&#322; w oczekiwaniu. By&#322;a o tym przekonana tak samo mocno jak o tym, jak brzmi jej nazwisko.

Sk&#261;d wiedzia&#322;, co Kevin chcia&#322; jej powiedzie&#263;?

Wr&#243;ci&#322;a na sal&#281; s&#261;dow&#261;, &#380;eby poprosi&#263; s&#281;dziego o przerw&#281;.



* * *


Leisha zaprowadzi&#322;a Richarda do swego biura w s&#261;siednim wie&#380;owcu, po drodze wcale na niego nie patrz&#261;c i staraj&#261;c si&#281; go nie dotkn&#261;&#263;. W biurze zaciemni&#322;a okna niemal do ca&#322;kowitej czerni. Egzotyczne kwiaty  passiflory oraz p&#322;omienne orchidee  zacz&#281;&#322;y zamyka&#263; kielichy.

Powiedz  poprosi&#322;a cicho.

Obserwowa&#322;, jak stulaj&#261; si&#281; kielichy kwiat&#243;w.

Hodowa&#322; je tw&#243;j ojciec.

Leisha zna&#322;a ten ton; nieraz s&#322;ysza&#322;a go na komisariatach, w aresztach, w s&#261;dach. Ton g&#322;osu cz&#322;owieka, kt&#243;ry zdecydowany jest m&#243;wi&#263; o wszystkim, co mu wpadnie do g&#322;owy, o czymkolwiek, bo czuje, &#380;e i tak wszystko stracone. W takim g&#322;osie czu&#322;o si&#281; swego rodzaju wyzwolenie, kt&#243;re sprawia&#322;o, &#380;e Leisha zwykle odwraca&#322;a wzrok. Teraz jednak nie odwr&#243;ci&#322;a wzroku.

Powiedz, Richardzie.

To Azyl wykrad&#322; papiery Walcotta. Istnieje specjalna sie&#263;  czarodzieje z Azylu i p&#243;&#322;&#347;wiatek z zewn&#261;trz  misternie powi&#261;zana. Jennifer tworzy&#322;a j&#261; ca&#322;ymi latami. To oni wszystko za&#322;atwili  w Samplice i w First National.

To nie by&#322;o nic nowego. Powiedzia&#322; jej tyle samo w Azylu, w obecno&#347;ci Jennifer.

Musz&#281; ci co&#347; powiedzie&#263;, Richardzie. Pos&#322;uchaj uwa&#380;nie. Rozmawiasz z adwokatem Walcotta i nic, co tutaj powiesz, nie mo&#380;e by&#263; wy&#322;&#261;czone z tej sprawy. Przywilej poufno&#347;ci mi&#281;dzyma&#322;&#380;e&#324;skiej nie da si&#281; zastosowa&#263; do niczego, co Jennifer powiedzia&#322;a ci przy osobie lub osobach trzecich, jak na przyk&#322;ad Rada Azylu. M&#243;wi o tym artyku&#322; 861 Kodeksu Karnego Stan&#243;w Zjednoczonych. Mo&#380;esz zosta&#263; wezwany przed s&#261;d, &#380;eby powt&#243;rzy&#263; to wszystko pod przysi&#281;g&#261;. Rozumiesz?

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; troch&#281; dziwnie. W jego g&#322;osie nadal s&#322;ysza&#322;a tamten ton, kiedy m&#243;wi&#322;:

Oczywi&#347;cie. Po to tu jestem. Je&#347;li chcesz, mo&#380;esz wszystko nagrywa&#263;.

W&#322;&#261;czy&#263; nagrywanie  zakomenderowa&#322;a.  M&#243;w dalej.

Azyl zmieni&#322; akta patentowe. Zar&#243;wno w komputerze, jak i w papierach. Starannie dobrano daty  wszystkie formularze zg&#322;osze&#324; w Waszyngtonie maj&#261; piecz&#261;tk&#281; Przyj&#281;to, ale &#380;aden z nich nie przeszed&#322; jeszcze do tej fazy, kiedy podczas oficjalnej rozmowy wymagane s&#261; oficjalnie uznane podpisy lub odciski palc&#243;w. O tym w&#322;a&#347;nie m&#243;wi&#322; ci Kevin, prawda?

Powiedzia&#322; mi, &#380;e nie s&#261;dzi&#322;, a&#380;eby kto&#347; by&#322; w stanie przedosta&#263; si&#281; do systemu federalnego, nawet jego ludzie.

No tak, ale on m&#243;g&#322; pr&#243;bowa&#263; tylko z zewn&#261;trz.

Mo&#380;esz przedstawi&#263; jakie&#347; szczeg&#243;&#322;y? Nazwiska lub daty, kt&#243;re pad&#322;y w obecno&#347;ci os&#243;b trzecich w rozmowie, kt&#243;ra mia&#322;aby miejsce nawet wtedy, kiedy ty i Jennifer nie byli&#347;cie ma&#322;&#380;e&#324;stwem?

Tak.

Czy masz jaki&#347; pisemny dow&#243;d?

Nie.  Richard u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nieznacznie.  Tylko dowody ze s&#322;yszenia.

Ale dlaczego, Richardzie?  wybuchn&#281;&#322;a Leisha.  Rozumiem, &#380;e Jennifer, ale ty? Dlaczego to zrobi&#322;e&#347;?

Czy na takie pytanie mo&#380;na w og&#243;le udzieli&#263; jednoznacznej odpowiedzi? Na to sk&#322;adaj&#261; si&#281; decyzje podejmowane w ci&#261;gu ca&#322;ego &#380;ycia. Decyzja, &#380;e pojad&#281; do Azylu, po&#347;lubi&#281; Jennifer, b&#281;dziemy mieli dzieci  Wsta&#322; i podszed&#322; do kwiat&#243;w. Widz&#261;c, jak g&#322;adzi ich w&#322;ochate li&#347;cie, Leisha zdecydowa&#322;a si&#281; wsta&#263; i podej&#347;&#263; do niego.

No to dlaczego m&#243;wisz mi teraz to wszystko?

Bo to jedyna droga, &#380;eby powstrzyma&#263; Jennifer.  Podni&#243;s&#322; wzrok na Leish&#281;, ale wiedzia&#322;a, &#380;e jej nie widzi.  Robi&#281; to dla niej samej. W ca&#322;ym Azylu nie ma nikogo, kto by&#322;by w stanie j&#261; powstrzyma&#263;  cholera jasna, oni j&#261; jeszcze zach&#281;caj&#261;, zw&#322;aszcza Cassie Blumenthal i Will Sandaleros. Moje dzieci Sprawa kryminalna z powodu tego patentu odstraszy przynajmniej niekt&#243;rych pomocnik&#243;w z zewn&#261;trz. To boja&#378;liwe typki, a nie chc&#281;, &#380;eby si&#281; z nimi zadawa&#322;a. Wiem, &#380;e nawet mimo moich zezna&#324;, opartych na dowodach ze s&#322;yszenia, nie bardzo masz na czym oprze&#263; t&#281; spraw&#281; i pewnie wyleci szybko z s&#261;du  czy s&#261;dzisz, &#380;e znalaz&#322;bym si&#281; tutaj, gdybym s&#261;dzi&#322;, &#380;e mo&#380;na j&#261; o cokolwiek oskar&#380;y&#263;? Przestudiowa&#322;em uwa&#380;nie Wade kontra Tremont i Jastrow kontra Stany Zjednoczone i chcia&#322;bym, &#380;eby to znalaz&#322;o si&#281; w aktach. Chc&#281; tylko powstrzyma&#263; Jenny. Moje dzieci s&#261; wychowywane w nienawi&#347;ci do &#346;pi&#261;cych, w poczuciu, &#380;e w imi&#281; przetrwania mo&#380;na dopu&#347;ci&#263; si&#281; wszystkiego Wszystkiego, Leisho! To mnie przera&#380;a. Nie tak to sobie Tony wyobra&#380;a&#322;!

Leisha i Richard nigdy nie byli w stanie doj&#347;&#263; do porozumienia w kwestii tego, co wyobra&#380;a&#322; sobie Tony Indivino.

Tony si&#281; myli&#322;. I ja si&#281; myli&#322;em. Cz&#322;owiek staje si&#281; kim innym, kiedy sp&#281;dza ca&#322;e lata za murem, tylko pomi&#281;dzy innymi Bezsennymi. Moje dzieci

Co to znaczy: kim innym?

Richard tylko potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Co si&#281; teraz stanie, Leisho? Przeka&#380;esz t&#281; spraw&#281; prokuraturze? Spraw&#281; o kradzie&#380; i w&#322;amanie do akt rz&#261;dowych?

Nie. Spraw&#281; o morderstwo.

Obserwowa&#322;a go z uwag&#261;. Otworzy&#322; szeroko oczy; co&#347; si&#281; w nich zapali&#322;o. Da&#322;aby g&#322;ow&#281;, &#380;e nie mia&#322; poj&#281;cia o &#347;mierci Timothyego Herlingera. Ale tydzie&#324; temu te&#380; da&#322;aby g&#322;ow&#281;, &#380;e Richard nie mia&#322; poj&#281;cia o kradzie&#380;y.

Morderstwo?!

Timothy Herlinger zmar&#322; godzin&#281; temu. W nader podejrzanych okoliczno&#347;ciach.

I ty s&#261;dzisz

Znacznie wyprzedzi&#322;a go w my&#347;lach. Teraz zobaczy&#322;a, &#380;e dotar&#322;o to do niego i cofn&#281;&#322;a si&#281; o krok.

Zamierzasz  zacz&#261;&#322; powoli  oskar&#380;y&#263; Jennifer o morderstwo. I zmusi&#263; mnie, &#380;ebym zeznawa&#322; przeciwko niej. W zwi&#261;zku z tym, co ci tutaj naopowiada&#322;em.

Tak.  Jako&#347; uda&#322;o jej si&#281; to wykrztusi&#263;.

Nikt w Azylu nie planowa&#322; morderstwa!  krzykn&#261;&#322;, a kiedy nie odpowiedzia&#322;a, chwyci&#322; j&#261; mocno za nadgarstek.  Leisho, nikt w Azylu nawet Jennifer nikt

To, &#380;e si&#281; zaj&#261;kn&#261;&#322;, tylko pogorszy&#322;o spraw&#281;. Richard wcale nie by&#322; pewien, czy jego &#380;ona nie by&#322;aby zdolna do morderstwa na tle politycznym. Leisha spojrza&#322;a na&#324; trze&#378;wo. Musia&#322;a o tym us&#322;ysze&#263; ze wszystkimi szczeg&#243;&#322;ami, bo bo co w&#322;a&#347;ciwie? Bo musia&#322;a. Musia&#322;a zna&#263; prawd&#281;.

Ale nic wi&#281;cej nie dane jej by&#322;o us&#322;ysze&#263;. Richard zacisn&#261;&#322; w d&#322;oni kwiat, kt&#243;rego dotyka&#322;, i wybuchn&#261;&#322; &#347;miechem.

Przesta&#324;!  b&#322;aga&#322;a, ale on &#347;mia&#322; si&#281; dalej, zanosz&#261;c si&#281; ostrym chichotem, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; nie mie&#263; ko&#324;ca. Wreszcie Leisha otworzy&#322;a drzwi swojej kancelarii i kaza&#322;a swemu sekretarzowi zadzwoni&#263; do prokuratora okr&#281;gowego.



11

CELA Z POROWATEGO KAMIENIA MIERZWA PI&#280;&#262; KROK&#211;W na sze&#347;&#263;. Znajdowa&#322;o si&#281; tam wbudowane w &#347;cian&#281; &#322;&#243;&#380;ko z dwoma ekologicznymi kocami i jedn&#261; poduszk&#261;, umywalka, krzes&#322;o oraz toaleta, ale nie by&#322;o okna ani terminalu. Will Sandaleros, adwokat Jennifer Sharifi, wni&#243;s&#322; w zwi&#261;zku z tym za&#380;alenie, gdy&#380; wszystkie cele z wyj&#261;tkiem karceru mia&#322;y wmontowane w &#347;cian&#281; najprostsze urz&#261;dzenia do odbioru informacji, wykonane z niezniszczalnego stopu metali. Jego klientka, twierdzi&#322;, ma prawnie zagwarantowany dost&#281;p do sieci informacyjnych, do zaaprobowanych zbior&#243;w bibliotecznych i do pa&#324;stwowego systemu poczty elektronicznej. Naczelnik wi&#281;zienia zignorowa&#322; jego protesty  w kwestii terminali nie mia&#322; do Bezsennych zaufania. Nie chcia&#322; tak&#380;e zezwoli&#263;, aby zatrzymana uczestniczy&#322;a w zbiorowej gimnastyce ani we wsp&#243;lnych posi&#322;kach, ani te&#380; &#380;eby przyjmowa&#322;a w celi odwiedzaj&#261;cych. Dwadzie&#347;cia lat wcze&#347;niej mia&#322; przykr&#261; wpadk&#281; z Bezsennym z Azylu  zamordowali go wsp&#243;&#322;wi&#281;&#378;niowie. To nie mo&#380;e si&#281; powt&#243;rzy&#263;, w ka&#380;dym razie w jego wi&#281;zieniu.

Jennifer kaza&#322;a adwokatowi zaprzesta&#263; protest&#243;w.

Pierwszego dnia dok&#322;adnie zbada&#322;a wszystkie cztery k&#261;ty swojej celi. K&#261;t po&#322;udniowo-wschodni przeznaczy&#322;a na modlitw&#281;. Kiedy przymyka&#322;a oczy, widzia&#322;a wsch&#243;d s&#322;o&#324;ca zamiast porowatej kamiennej &#347;ciany. Po kilku dniach nie musia&#322;a ju&#380; nawet zamyka&#263; oczu. S&#322;o&#324;ce naprawd&#281; tam by&#322;o, przywo&#322;ane si&#322;&#261; jej wiary.

W k&#261;cie p&#243;&#322;nocno-zachodnim znajdowa&#322;a si&#281; umywalka. Dwa razy dziennie my&#322;a si&#281; w niej ca&#322;a, zrzuciwszy bia&#322;&#261; abaj&#281;. J&#261; tak&#380;e pra&#322;a, nie chc&#261;c korzysta&#263; z wi&#281;ziennej pralni ani z wi&#281;ziennej odzie&#380;y. Je&#347;li nawet nadzoruj&#261;ca kamera przekazywa&#322;a innym jej codzienn&#261; nago&#347;&#263;, przeszkadza&#322;o jej to tak samo jak &#347;ciana w ogl&#261;daniu s&#322;o&#324;ca. Wa&#380;ne by&#322;o tylko to, co robi&#322;a, a nie to, co s&#261;dz&#261; na ten temat podludzie. W&#322;a&#347;nie przez swe lubie&#380;ne podgl&#261;dactwo utracili cechy ludzkie, kt&#243;re kaza&#322;yby jej si&#281; z nimi liczy&#263;.

Pozosta&#322;e dwa k&#261;ty w ca&#322;o&#347;ci wype&#322;nia&#322;a prycza. Dzie&#324; po dniu pozostawia&#322;a po&#347;ciel, nie tkni&#281;t&#261;, pod &#322;&#243;&#380;kiem. Sama prycza sta&#322;a si&#281; dla niej miejscem, w kt&#243;rym pobiera&#322;a nauki. Siedzia&#322;a wyprostowana na brze&#380;ku, ubrana w ci&#261;gle wilgotn&#261; abaj&#281;. Kiedy nadchodzi&#322;y wydruki, kt&#243;rych za&#380;&#261;da&#322;a  dostarczano je chaotycznie i z przerwami  czyta&#322;a, zezwalaj&#261;c sobie tylko na jednorazow&#261; lektur&#281; ka&#380;dej gazety, ka&#380;dej ksi&#261;&#380;ki prawniczej i ka&#380;dej z bibliotecznych publikacji. Kiedy nie mia&#322;a nic do czytania, rozmy&#347;la&#322;a, uk&#322;adaj&#261;c szczeg&#243;&#322;owe scenariusze przysz&#322;ych zdarze&#324;, kt&#243;re obejmowa&#322;y ka&#380;d&#261; ewentualno&#347;&#263;, jak&#261; tylko by&#322;a w stanie sobie wyobrazi&#263;. My&#347;la&#322;a o czekaj&#261;cym j&#261; procesie. O badaniach Walcotta. O przysz&#322;o&#347;ci Azylu. O wyborze, jakiego dokona&#322;a Leisha Camden. O ekonomicznych podstawach dla ka&#380;dej sekcji i ka&#380;dego dzia&#322;u, o ka&#380;dej wa&#380;niejszej relacji osobistej czy zawodowej, kt&#243;ra istnia&#322;a w obr&#281;bie Azylu. Ka&#380;da ewentualno&#347;&#263; rozga&#322;&#281;zia&#322;a si&#281; w kilku miejscach; uczy&#322;a si&#281; wszystkich dop&#243;ty, dop&#243;ki nie nauczy&#322;a si&#281; z zamkni&#281;tymi oczyma widzie&#263; ca&#322;&#261; t&#281; ogromn&#261; struktur&#281;  drzewko decyzji za drzewkiem, ca&#322;e tuziny, a ka&#380;de z nich rozga&#322;&#281;zia&#322;o si&#281; na wszystkie strony. Kiedy z wydruk&#243;w lub od Sandalerosa dowiadywa&#322;a si&#281; o czym&#347; nowym, rysowa&#322;a w my&#347;lach od nowa te wszystkie ga&#322;&#281;zie, na kt&#243;re &#347;wie&#380;o poznane fakty mog&#322;y mie&#263; wp&#322;yw. Ka&#380;dej ze swych decyzji przypisywa&#322;a stosowny cytat z Koranu albo nawet kilka, je&#347;li zdarzy&#322;o si&#281; tak, &#380;e istnia&#322;o kilka sprzecznych rozwi&#261;za&#324;. Kiedy za jej zamkni&#281;tymi powiekami rozci&#261;ga&#322;a si&#281; ta ogromna, harmonijna ca&#322;o&#347;&#263;, otwiera&#322;a oczy i uczy&#322;a si&#281; widzie&#263; j&#261; w trzech wymiarach na &#347;rodku celi; niemal namacalne ga&#322;&#281;zie wype&#322;nia&#322;y sob&#261; niewielkie pomieszczenie, rozrastaj&#261;c si&#281; jak konary drzewa &#380;ycia.

Nic tylko siedzi i si&#281; gapi  meldowa&#322;a prokuratorowi okr&#281;gowemu prze&#322;o&#380;ona.  Czasem zamknie oczy, to zn&#243;w otworzy. Prawie si&#281; nie rusza.

Czy nie wydaje si&#281; pani, &#380;e to mo&#380;e by&#263; rodzaj katatonii, kt&#243;ry wymaga&#322;by opieki lekarskiej?

Prze&#322;o&#380;ona potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; przecz&#261;co, potem kiwn&#281;&#322;a twierdz&#261;co, potem zn&#243;w przecz&#261;co.

Sk&#261;d, do diab&#322;a, mam wiedzie&#263;, czego mo&#380;e wymaga&#263; jedno z nich!

Prokurator okr&#281;gowy nie odpowiedzia&#322;.

&#346;roda i pi&#261;tek by&#322;y dniami odwiedzin, ale nie wpuszczano do niej nikogo z wyj&#261;tkiem Willa Sandalerosa. Przychodzi&#322; codziennie do przewa&#380;nie pustej rozm&#243;wnicy, w kt&#243;rej siedzia&#322;a Jennifer, oddzielona od niego grub&#261; &#347;cian&#261; plastiglasu i otoczona pier&#347;cieniem kamer nadzoruj&#261;cych.

Jennifer, wielka &#322;awa przysi&#281;g&#322;ych postawi&#322;a ci&#281; w stan oskar&#380;enia.

Tak  odpar&#322;a Jennifer. Na jej drzewku decyzyjnym nie wyros&#322;a ga&#322;&#261;&#378; odpowiadaj&#261;ca sytuacji, w kt&#243;rej wielka &#322;awa przysi&#281;g&#322;ych oddali&#322;aby oskar&#380;enie.  Czy ustalono ju&#380; termin rozprawy?

Na &#243;smego grudnia. Powt&#243;rnie odrzucono wniosek o wypuszczenie za kaucj&#261;.

Tak  powt&#243;rzy&#322;a Jennifer. Nie istnia&#322;y tak&#380;e ga&#322;&#281;zie dotycz&#261;ce wyznaczenia kaucji.  Leisha Camden zeznawa&#322;a przed wielk&#261; &#322;aw&#261;  stwierdzi&#322;a raczej ni&#380; spyta&#322;a.

Tak. Jej zeznanie udost&#281;pniono stronom; b&#281;d&#281; si&#281; stara&#322; zdoby&#263; wydruk i dla ciebie.

Od dw&#243;ch dni niczego mi nie dostarczaj&#261;.

Zajm&#281; si&#281; tym. Sieci informacyjne pisz&#261; stale to samo; nawet nie b&#281;dziesz chcia&#322;a tego czyta&#263;.

B&#281;d&#281; chcia&#322;a  sprzeciwi&#322;a si&#281; Jennifer.

Histeria gazet by&#322;a jej potrzebna; nie dla nauki, a dla wzmocnienia &#380;aru jej modlitw. Przypomnienie dla wiernych  jak m&#243;wi Koran. Bezsenni morduj&#261;, &#380;eby opanowa&#263; &#347;wiat! Najpierw pieni&#261;dze  teraz krew? Tajny kartel Bezsennych spiskuje, by obali&#263; rz&#261;d Stan&#243;w Zjednoczonych  przez morderstwo! Bezsenna renegatka ujawnia liczb&#281; mord&#243;w pope&#322;nionych przez mafi&#281; z Azylu. Lokalny gang przyznaje si&#281; do zabicia nastolatka: On by&#322; Bezsenny  m&#243;wi&#261;.

W takim razie mo&#380;e b&#281;dziesz chcia&#322;a  powiedzia&#322; Will Sandaleros. Mia&#322; dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat, a do Azylu przyby&#322; jako czterolatek. Oboje rodzice z w&#322;asnej woli zrzekli si&#281; praw do opieki, bo czego innego si&#281; spodziewali po genetycznie zmodyfikowanym dziecku. Kiedy sko&#324;czy&#322; prawo na Harvardzie, wr&#243;ci&#322; do Azylu i tam za&#322;o&#380;y&#322; swoj&#261; kancelari&#281;, wyje&#380;d&#380;aj&#261;c tylko po to, by skonsultowa&#263; si&#281; z klientami lub stawi&#263; si&#281; w s&#261;dzie. Ale nawet wtedy czyni&#322; to niech&#281;tnie. Prawie nie pami&#281;ta&#322; swoich rodzic&#243;w, nie darzy&#322; ich te&#380; &#380;adnym sentymentem. Jennifer od razu wybra&#322;a go na swego obro&#324;c&#281;.

Jeszcze jedno  odezwa&#322; si&#281;.  Mam wiadomo&#347;&#263; od twoich dzieci.

Jennifer siedzia&#322;a prosto jak struna. Za ka&#380;dym razem to by&#322;o najgorsze. To dlatego &#263;wiczy&#322;a si&#281; w samodyscyplinie, dzie&#324; i noc siedz&#261;c na metalowej kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka, z wyprostowanymi plecami i umys&#322;em si&#322;&#261; nakierowanym na spokojne planowanie. To dlatego.

M&#243;w.

Najla prosi&#322;a, &#380;eby ci przekaza&#263;, &#380;e sko&#324;czy&#322;a ju&#380; prac&#281; nad programem Fizyka Trzy. Rick m&#243;wi&#322;, &#380;e wykry&#322; nowy szlak migracyjny ryb w naj&#347;wie&#380;szych danych o Pr&#261;dzie Zatokowym i &#380;e w&#322;a&#347;nie kre&#347;li go na mapie, kt&#243;r&#261; jego ojciec umie&#347;ci&#322; w naszym atlasie &#347;wiata.

Ricky zawsze znalaz&#322; jaki&#347; spos&#243;b, &#380;eby w swoich wiadomo&#347;ciach przemyci&#263; ojca, Najla nigdy. Powiedziano im, &#380;e ich ojciec b&#281;dzie w s&#261;dzie &#347;wiadczy&#322; przeciwko matce. Jennifer nalega&#322;a, aby Sandaleros im to powiedzia&#322;. W tym &#347;wiecie dzieci Bezsennych nie mog&#261; sobie pozwoli&#263; na cieplarnian&#261; nie&#347;wiadomo&#347;&#263;.

Dzi&#281;kuj&#281;  rzek&#322;a opanowanym g&#322;osem.  A teraz opowiedz mi o linii obrony.

Potem, kiedy Sandaleros wyszed&#322;, przez d&#322;ugi czas siedzia&#322;a na kraw&#281;dzi pryczy, w&#347;r&#243;d ogromnych przestrzeni swego umys&#322;u sadz&#261;c coraz to nowe drzewa decyzyjne.



* * *


Czy naprawd&#281; masz zamiar to zrobi&#263;?  &#321;adna twarz Stelli Bevington na ekranie wideotelefonu wion&#281;&#322;a ch&#322;odem.  Naprawd&#281; chcesz zeznawa&#263; przeciwko jednemu z nas?

Musz&#281;, Stello  odpar&#322;a Leisha.

Ale dlaczego?

Poniewa&#380; Jennifer post&#261;pi&#322;a &#378;le. I dlatego &#380;e

Nie ma nic z&#322;ego w tym, &#380;e dba si&#281; o siebie, nawet je&#347;li mia&#322;oby to oznacza&#263; &#322;amanie prawa! To od ciebie si&#281; tego nauczy&#322;am, od ciebie i Alice!

To nie to samo  powiedzia&#322;a Leisha tak spokojnie, jak tylko potrafi&#322;a. Za g&#322;ow&#261; Stelli widzia&#322;a kalifornijskie palmy, pi&#243;ropusze d&#322;ugich, niebieskich li&#347;ci, przepo&#322;owionych srebrn&#261; kresk&#261;. Co Stella robi w Kalifornii? &#379;adne z publicznych po&#322;&#261;cze&#324; nie by&#322;o dostatecznie chronione.  Jennifer wyrz&#261;dza nam wszystkim krzywd&#281;. Nam wszystkim, zar&#243;wno &#346;pi&#261;cym, jak i Bezsennym

Mnie nie wyrz&#261;dza. To ty krzywdzisz nas, rozbijaj&#261;c jedyn&#261; rodzin&#281;, jak&#261; posiada wi&#281;kszo&#347;&#263; z nas. Nie wszyscy maj&#261; tyle szcz&#281;&#347;cia, co ty, Leisho!

Ja  zacz&#281;&#322;a Leisha, ale Stella przerwa&#322;a po&#322;&#261;czenie.



* * *


Adam Walcott sta&#322; w bibliotece znajduj&#261;cego si&#281; na szczycie wysoko&#347;ciowca mieszkania Leishy i Kevina, przygl&#261;daj&#261;c si&#281; z roztargnieniem rz&#281;dom prawniczych ksi&#261;&#380;ek, oprawionemu hologram&#243;w Kenzo Yagai, rze&#378;bie wyciosanej w dziewiczej ksi&#281;&#380;ycowej skale przez Mondi Rastella, przedstawiaj&#261;cej androgyniczn&#261; posta&#263; ludzk&#261; w strzelistej, heroicznej pozie, z wyci&#261;gni&#281;tymi w g&#243;r&#281; ramionami, z roz&#347;wietlon&#261; inteligencj&#261; twarz&#261;. Leisha za&#347; przypatrywa&#322;a si&#281; Walcottowi, kt&#243;ry stan&#261;&#322; na jednej nodze, przeczesa&#322; w&#322;osy jedn&#261; r&#281;k&#261;, potem drug&#261;, wzruszy&#322; wiotkimi ramionkami i z powrotem opu&#347;ci&#322; nog&#281;. Cudak  nie by&#322;o na&#324; lepszego s&#322;owa. Walcott by&#322; najcudaczniejszym klientem, jakiego mia&#322;a. Nie by&#322;a nawet pewna, czy do ko&#324;ca rozumie pow&#243;d, dla kt&#243;rego go tu wezwa&#322;a.

Doktorze Walcott, chyba pan rozumie, &#380;e nadal mo&#380;e pan walczy&#263; o swoje prawa do patentu, zar&#243;wno przeciwko Samplice, jak i przeciw Azylowi, r&#243;wnocze&#347;nie ze spraw&#261; morderstwa Sharifi.  Nie zaj&#261;kn&#281;&#322;a si&#281;, m&#243;wi&#261;c te s&#322;owa. Czasem, przebywaj&#261;c w przymusowym odosobnieniu w&#322;asnego mieszkania, &#263;wiczy&#322;a je sobie na g&#322;os: Sprawa morderstwa Sharifi.

Ale pani nie b&#281;dzie mnie reprezentowa&#263;  rzuci&#322; z irytacj&#261;.  Tak po prostu odpuszcza pani sobie ca&#322;&#261; t&#281; spraw&#281;.

Leisha cierpliwie zacz&#281;&#322;a jeszcze raz od pocz&#261;tku. On zdawa&#322; si&#281; naprawd&#281; nie rozumie&#263;.

Do czasu rozprawy podlegam aresztowi prewencyjnemu, doktorze Walcott. Mojemu &#380;yciu grozi powa&#380;ne niebezpiecze&#324;stwo. Ci, kt&#243;rych min&#261;&#322; pan w korytarzu, to nie moi ochroniarze, tylko szeryfowie federalni. Ustalono, &#380;e b&#281;d&#281; zamkni&#281;ta tutaj, bo to miejsce posiada lepsze zabezpieczenia ni&#380; ka&#380;de inne. No, mo&#380;e prawie ka&#380;de. Ale nie mog&#281; reprezentowa&#263; pana w s&#261;dzie i nie uwa&#380;am za korzystne, aby pan czeka&#322;, a&#380; sytuacja ulegnie zmianie. W najlepiej poj&#281;tym pa&#324;skim interesie powinien pan wzi&#261;&#263; sobie innego adwokata, wi&#281;c przygotowa&#322;am panu list&#281; nazwisk, z kt&#243;r&#261; powinien pan si&#281; zapozna&#263;.

Wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niemu wydruk, lecz Walcott nawet po niego nie si&#281;gn&#261;&#322;. Sta&#322; teraz na drugiej nodze i ta dziwna, zanikaj&#261;ca si&#322;a wr&#243;ci&#322;a teraz w tonie jego g&#322;osu.

To nie w porz&#261;dku.

Nie w porz&#261;dku?!

Nie w porz&#261;dku! Cz&#322;owiek pracuje nad rewolucj&#261; genetyczn&#261;, oddaje ca&#322;e serce jakiemu&#347; ma&#322;emu, &#347;mierdz&#261;cemu zak&#322;adzikowi, gdzie nie rozpoznaj&#261; geniusza, nawet kiedy si&#281; o niego przewr&#243;c&#261; Przecie&#380; co&#347; mi obiecywano, pani Camden! Pad&#322;y pewne obietnice!

Wbrew w&#322;asnej woli zacz&#281;&#322;a s&#322;ucha&#263; uwa&#380;niej. Nat&#281;&#380;enie uczu&#263; u tego ma&#322;ego cz&#322;owieczka zaczyna&#322;o budzi&#263; w niej obaw&#281;.

Jakie obietnice, doktorze?

S&#322;awa! Uznanie! Ca&#322;y rozg&#322;os, na jaki zas&#322;uguj&#281;, a kt&#243;ry przypada teraz wy&#322;&#261;cznie Bezsennym!  Roz&#322;o&#380;y&#322; szeroko ramiona i stan&#261;&#322; na czubkach palc&#243;w; jego g&#322;os wzni&#243;s&#322; si&#281; do krzyku:  To mi obiecywano!

Nagle zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e Leisha ch&#322;odno analizuje jego zachowanie. Opu&#347;ci&#322; szybko r&#281;ce i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do niej, tak wyra&#378;nie i obrzydliwie nieszczerze, &#380;e Leishy mr&#243;wki przebieg&#322;y po grzbiecie. Trudno by&#322;o sobie nawet wyobrazi&#263;, aby dyrektor Lee z Samplice, cz&#322;owiek tak poch&#322;oni&#281;ty sob&#261; i siebie niepewny, m&#243;g&#322; kiedykolwiek bra&#263; pod uwag&#281; cudze marzenia, m&#243;g&#322; dokonywa&#263; tego rodzaju obietnic. Co&#347; tu by&#322;o nie tak.

Kto panu tego naobiecywa&#322;, doktorze Walcott?

No c&#243;&#380;  odpar&#322;, unikaj&#261;c jej wzroku  wie pani, jak to jest. Cz&#322;owiek miewa m&#322;odzie&#324;cze marzenia, a &#380;ycie niesie ze sob&#261; wiele obietnic. A te obietnice odchodz&#261; w niebyt.

Pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej ka&#380;dy do tego dochodzi, doktorze Walcott  rzuci&#322;a ostrzej, ni&#380; zamierza&#322;a.  A czasem tyczy to warto&#347;ciowszych marze&#324; ni&#380; tylko s&#322;awa i uznanie.

Wygl&#261;da&#322;o, jakby wcale jej nie s&#322;ysza&#322;. Sta&#322; wpatrzony w portret Yagai, a jego lewa r&#281;ka pow&#281;drowa&#322;a za g&#322;ow&#281;, by podrapa&#263; w zamy&#347;leniu prawe ucho.

Niech pan we&#378;mie innego adwokata  jeszcze raz powt&#243;rzy&#322;a Leisha.

Tak, tak zrobi&#281;. Dzi&#281;kuj&#281; pani. Do widzenia. Sam si&#281; odprowadz&#281;.

Leisha d&#322;ugo jeszcze siedzia&#322;a na kanapie w bibliotece, zastanawiaj&#261;c si&#281;, dlaczego Walcott wprawia&#322; j&#261; w takie zak&#322;opotanie. Nie chodzi&#322;o przy tym o t&#281; konkretn&#261; spraw&#281;, chodzi&#322;o o co&#347; znacznie powa&#380;niejszego. Czy to dlatego, &#380;e zak&#322;ada&#322;a, i&#380; ten, kto jest kompetentny, musi te&#380; by&#263; racjonalny? Tak w&#322;a&#347;nie wygl&#261;da&#322; ameryka&#324;ski mit: cz&#322;owiek kompetentny, przesi&#261;kni&#281;ty zar&#243;wno indywidualizmem, jak i zdrowym rozs&#261;dkiem, w pe&#322;ni panuje nad sob&#261; i &#347;wiatem. Historia wcale nie potwierdza&#322;a tego mitu, ludzie bardzo kompetentni zwykle nie bardzo nad sob&#261; panowali i wcale nie my&#347;leli racjonalnie. Melancholia Lincolna, napady w&#347;ciek&#322;o&#347;ci u Micha&#322;a Anio&#322;a, megalomania Newtona. Jej wzorcem by&#322; Kenzo Yagai, ale dlaczego Kenzo nie mia&#322;by by&#263; tylko wyj&#261;tkiem potwierdzaj&#261;cym regu&#322;&#281;? Dlaczego wymaga takiego samego logicznego i zdyscyplinowanego zachowania od Walcotta? Albo od Richarda, kt&#243;ry musia&#322; zebra&#263; w sobie ca&#322;&#261; moraln&#261; si&#322;&#281;, &#380;eby powstrzyma&#263; w&#322;asn&#261; &#380;on&#281; od destruktywnych i niemoralnych post&#281;pk&#243;w, ale kt&#243;ry teraz przez ca&#322;e dnie wysiaduje za&#322;amany w swoim areszcie prewencyjnym i nie ma ochoty umy&#263; si&#281;, zje&#347;&#263; co&#347; czy przem&#243;wi&#263;, dop&#243;ki kto&#347; go do tego nie zmusi? Albo od Jennifer, kt&#243;ra swe wyj&#261;tkowe zdolno&#347;ci strategiczne odda&#322;a obsesyjnej &#380;&#261;dzy w&#322;adzy?

A mo&#380;e to jej, Leishy, brakuje racjonalizmu my&#347;lenia, kiedy wymaga od tych ludzi, &#380;eby post&#281;powali inaczej?

Wsta&#322;a z kanapy i zacz&#281;&#322;a przechadza&#263; si&#281; po mieszkaniu. Wszystkie terminale by&#322;y wy&#322;&#261;czone  dwa dni temu nadesz&#322;a taka chwila, kiedy nie mog&#322;a ju&#380; d&#322;u&#380;ej znie&#347;&#263; histerii sieci informacyjnych. Okna by&#322;y zaciemnione, &#380;eby odci&#261;&#263; j&#261; od widoku wci&#261;&#380; powtarzaj&#261;cych si&#281; tr&#243;jstronnych star&#263; mi&#281;dzy policj&#261; a dwiema wzajemnie si&#281; zwalczaj&#261;cymi grupkami demonstrant&#243;w, kt&#243;re niemal bez przerwy stacjonowa&#322;y pod jej oknami. ZABI&#262; BEZSENNYCH, ZANIM ONI POZABIJAJ&#260; NAS!  wrzeszcza&#322;y elektroniczne transparenty po jednej stronie. Z drugiej odpowiada&#322; im napis: BEZSENNI TO NIE BOGOWIE! ZMU&#346;&#262;CIE ICH DO PODZIA&#321;U PATENT&#211;W! Od czasu do czasu obie grupki, znudzone walkami z policj&#261;, zaczyna&#322;y walczy&#263; ze sob&#261;. W ci&#261;gu ostatnich dw&#243;ch nocy Kevin, kt&#243;ry wraca&#322; do domu na kolacj&#281;, musia&#322; biec w stron&#281; budynku mi&#281;dzy kordonami ochroniarzy, policjant&#243;w i rozwrzeszczanych protestuj&#261;cych, a automatyczne holokamery sieci informacyjnych podje&#380;d&#380;a&#322;y mu pod sam nos, &#380;eby uzyska&#263; zbli&#380;enie twarzy.

Dzi&#347; wieczorem Kevin si&#281; sp&#243;&#378;nia&#322;. Leisha odkry&#322;a, &#380;e co chwila zerka na zegarek; nie spodoba&#322;o jej si&#281; to, ale nie mog&#322;a si&#281; powstrzyma&#263;. Chyba po raz pierwszy w &#380;yciu trudno jej by&#322;o znie&#347;&#263; samotno&#347;&#263;. A mo&#380;e nie? Czy kiedykolwiek przedtem zdarzy&#322;o si&#281;, &#380;eby by&#322;a ca&#322;kowicie sama? Na pocz&#261;tku zawsze by&#322; przy niej tato i Alice, potem Richard i Carol, Jeanine i Tony Troch&#281; p&#243;&#378;niej Stewart, p&#243;&#378;niej zn&#243;w Richard, wreszcie Kevin. I zawsze  zawsze!  mia&#322;a przy sobie swoje prawo. Mog&#322;a je zg&#322;&#281;bia&#263;, kwestionowa&#263;, stosowa&#263;. To w&#322;a&#347;nie prawo pozwala&#322;o ludziom o najr&#243;&#380;niejszych przekonaniach, uzdolnieniach i celach &#380;y&#263; obok siebie nie popadaj&#261;c w barbarzy&#324;stwo. A Kevin wierzy&#322; w swoj&#261; w&#322;asn&#261; wersj&#281; tego credo: system spo&#322;eczny oparty jest nie na ciasnych ograniczeniach kultury powszechnej ani na romantycznym poj&#281;ciu rodziny, ani nawet na kreowanej obecnie wizji nieskr&#281;powanego post&#281;pu technicznego dla powszechnej korzy&#347;ci, ale na dw&#243;ch bli&#378;niaczych fundamentach, jakie stanowi&#261; dwa systemy: prawny i ekonomiczny. Tylko je&#380;eli oba dzia&#322;aj&#261; sprawnie, mo&#380;na by&#263; pewnym bezpiecze&#324;stwa spo&#322;ecznego i jednostkowego. Pieni&#261;dze i prawo. Kevin, w przeciwie&#324;stwie do Richarda, dobrze to rozumia&#322;. To by&#322;a podstawowa wi&#281;&#378; mi&#281;dzy nim a Leisha.

Gdzie on si&#281; podziewa?

W bibliotece zadzwoni&#322; terminal, zastrze&#380;ony dla rozm&#243;w prywatnych. Leisha zamar&#322;a. Demonstruj&#261;cy, fanatycy z Ruchu &#346;pi-My, nawet Azyl  istnia&#322;o tylu potencjalnych wrog&#243;w dla kogo&#347; takiego jak Kevin, nawet je&#347;li nie bra&#263; pod uwag&#281; bezpo&#347;redniego zwi&#261;zku z ni&#261; Pobieg&#322;a do biblioteki. Dzwoni&#322; sam Kevin.

Leisho, pos&#322;uchaj, skarbie, przepraszam, &#380;e nie zadzwoni&#322;em wcze&#347;niej. Pr&#243;bowa&#322;em, ale  zawiesi&#322; g&#322;os; to do niego niepodobne. Widoczna na ekranie twarz lekko spochmurnia&#322;a. Patrzy&#322; gdzie&#347; na lewo od Leishy.  Leisho, nie wr&#243;c&#281; dzi&#347; do domu. Jeste&#347;my w samym &#347;rodku wa&#380;nych negocjacji nad kontraktem ze Stieglitzem, m&#243;wi&#322;em ci, i musz&#281; by&#263; stale do dyspozycji. Mo&#380;liwe, &#380;e nied&#322;ugo b&#281;d&#281; musia&#322; wyskoczy&#263; na kr&#243;tko do Argentyny, &#380;eby zaj&#261;&#263; si&#281; politycznymi podzia&#322;ami w tej ich filii w Bahia Blanca. Je&#380;eli b&#281;d&#281; musia&#322; stacza&#263; boje przy wej&#347;ciu i wyj&#347;ciu z domu albo je&#347;li ci szale&#324;cy nie przestan&#261; blokowa&#263; naszego l&#261;dowiska Nie mog&#281; ryzykowa&#263;. Przykro mi.

Nie odpowiedzia&#322;a.

Zostan&#281; tutaj, w biurze. Mo&#380;e kiedy to si&#281; sko&#324;czy Cholera, &#380;adnych mo&#380;e! Kiedy podpiszemy kontrakt ze Stieglitzem i kiedy zako&#324;czy si&#281; proces, przyjad&#281; do domu.

No jasne  odrzek&#322;a Leisha.  Jasne, Kev.

Wiedzia&#322;em, &#380;e to zrozumiesz, skarbie.

Oczywi&#347;cie, rozumiem. Rozumiem ci&#281; doskonale.

Leisho

Do widzenia, Kevinie.

Z biblioteki przesz&#322;a do kuchni i zrobi&#322;a sobie kanapk&#281;, zastanawiaj&#261;c si&#281;, czy zadzwoni jeszcze raz. Nie zadzwoni&#322;. Wrzuci&#322;a kanapk&#281; do zsypu na odpadki organiczne i wr&#243;ci&#322;a do biblioteki. Holo Kenzo Yagaiego poruszy&#322;o si&#281;. Yagai pochyla&#322; si&#281; nad prototypem sto&#380;ka energii Y, odziany w bia&#322;y kitel z prze&#322;omu wiek&#243;w, z r&#281;kawami podwini&#281;tymi do &#322;okci; jego ciemne oczy b&#322;yszcza&#322;y inteligencj&#261; i powag&#261;.

Leisha usiad&#322;a na prostym drewnianym krze&#347;le, pochyli&#322;a si&#281; i &#347;cisn&#281;&#322;a g&#322;ow&#281; kolanami. Ale ta pozycja przypomnia&#322;a jej o za&#322;amanym Richardzie, a ta my&#347;l by&#322;a nie do zniesienia. Podesz&#322;a do okna, rozja&#347;ni&#322;a je i z wysoko&#347;ci osiemnastego pi&#281;tra przygl&#261;da&#322;a si&#281; ulicy, dop&#243;ki nag&#322;e poruszenie w t&#322;umie odleg&#322;ych, malutkich demonstrant&#243;w nie u&#347;wiadomi&#322;o jej, &#380;e prawdopodobnie kto&#347; dostrzeg&#322; j&#261; przez lornetk&#281;. Zaciemni&#322;a okna, wr&#243;ci&#322;a na swoje krzes&#322;o i usiad&#322;a.

P&#243;&#378;niej nie potrafi&#322;a sobie przypomnie&#263;, ile czasu sp&#281;dzi&#322;a w ten spos&#243;b. Przypomnia&#322;a sobie za to co&#347;, co zdarzy&#322;o si&#281; przed dwoma dziesi&#261;tkami lat. Kiedy by&#322;a jeszcze studentk&#261; drugiego roku na Harvardzie, wybra&#322;a si&#281; ze Stewartem Sutterem na spacer brzegiem Charles River. Wia&#322; ostry, zimny wiatr, a oni, roze&#347;miani, wybiegali naprzeciw jego porywom. Policzki Stewarta by&#322;y czerwone jak jab&#322;ka. Nie bacz&#261;c na ch&#322;&#243;d usiedli na brzegu rzeki i ca&#322;owali si&#281;, a&#380; nagle po zwi&#281;d&#322;ej trawie przywl&#243;k&#322; si&#281; ku nim prawie nagi Kaleka Dla Przypomnienia. By&#322; to cz&#322;onek dziwacznej i przera&#380;aj&#261;cej sekty religijnej, kt&#243;ra pr&#243;bowa&#322;a uciele&#347;ni&#263; swoje wielkie idea&#322;y. Poddawali si&#281; aktom samookaleczenia, aby przypomnie&#263; &#347;wiatu o cierpieniach kraj&#243;w, kt&#243;re pozostaj&#261; we w&#322;adzy tyranii, a potem &#380;ebrali o pieni&#261;dze, kt&#243;re mia&#322;y ul&#380;y&#263; tym og&#243;lno&#347;wiatowym cierpieniom. Ten Kaleka mia&#322; amputowane trzy palce i po&#322;ow&#281; lewej stopy. Na okaleczonej r&#281;ce wytatuowane mia&#322; s&#322;owo Egipt, na bosej, zsinia&#322;ej stopie Mongolia, a na pokrytej strasznymi bliznami twarzy  Chile.

Wyci&#261;gn&#261;&#322; sw&#261; &#380;ebracz&#261; miseczk&#281; w stron&#281; Leishy i Stewarta. Leisha, pe&#322;na dobrze znanej zawstydzonej odrazy, wrzuci&#322;a studolarowy banknot. Po&#322;owa na Chile, po&#322;owa dla Mongolii. Dla cierpi&#261;cych  skrzekn&#261;&#322;, gdy&#380; jego struny g&#322;osowe tak&#380;e okaleczono dla przypomnienia. Obrzuci&#322; Leish&#281; spojrzeniem pe&#322;nym tak krystalicznie czystej rado&#347;ci, &#380;e a&#380; musia&#322;a odwr&#243;ci&#263; wzrok. Po&#322;o&#380;y&#322;a g&#322;ow&#281; na kolanach, a r&#281;k&#281; wpl&#261;ta&#322;a g&#322;&#281;boko w zmarzni&#281;t&#261; traw&#281;. Stewart otoczy&#322; j&#261; ramionami i wymrucza&#322; w policzek: On jest szcz&#281;&#347;liwy, Leisho. Naprawd&#281;. &#379;ebrz&#261;c na &#347;wiat&#322;y cel mo&#380;e uzbiera&#263; wiele pieni&#281;dzy dla cierpi&#261;cych na ca&#322;ym &#347;wiecie. Robi to, co sam wybra&#322;, i robi to dobrze. Nie przeszkadza mu to, &#380;e jest okaleczony. A zreszt&#261;, ju&#380; sobie idzie. Odchodzi. Zobacz, ju&#380; sobie poszed&#322;.



12

O &#211;SMEJ WIECZOREM FESTYN ZYSK&#211;W NA GROBLI rozkr&#281;ci&#322; si&#281; ju&#380; na ca&#322;ego. W dole, w&#347;r&#243;d kamiennych brzeg&#243;w, p&#322;yn&#281;&#322;y cicho bystre i ciemne wody Missisipi. Ze wzgl&#281;d&#243;w bezpiecze&#324;stwa zainstalowano nad wszystkim pole Y; niewidzialne &#347;ciany wznosi&#322;y si&#281; ba&#324;k&#261; o &#347;rednicy boiska futbolowego. Nakrywa&#322;a ona ca&#322;e zakole rzeki, grobl&#281; d&#322;ugo&#347;ci stu jard&#243;w i poro&#347;ni&#281;te szorstk&#261; traw&#261; i g&#281;stymi krzewami pole mi&#281;dzy fabryk&#261; skuter&#243;w a brzegiem rzeki. Od najdalej po&#322;o&#380;onych krzew&#243;w dobiega&#322; od czasu do czasu jaki&#347; chichot, kt&#243;remu towarzyszy&#322; solidny &#322;omot.

Na po&#322;udniowym kra&#324;cu szerokiej grobli ludzie t&#322;oczyli si&#281; wok&#243;&#322; kiosk&#243;w z napojami, budek z grami i przy terminalach, gdzie odbywa&#322;y si&#281; najpopularniejsze loterie sieci informacyjnych, cz&#281;&#347;ciowo subsydiowane przez &#346;pi-My. Na kra&#324;cu p&#243;&#322;nocnym jaki&#347; ha&#322;a&#347;liwy zesp&#243;&#322;, kt&#243;rego nazw&#281; Jordan zd&#261;&#380;y&#322; ju&#380; zapomnie&#263;, rozdziera&#322; noc rykiem muzyki tanecznej. Co trzydzie&#347;ci sekund zdalnie sterowany tr&#243;jwymiarowy i wysoki na sze&#347;&#263; st&#243;p hologram z logo Ruchu &#346;pi-My rozjarza&#322; si&#281; w coraz to innym metrze sze&#347;ciennym przestrzeni pod kopu&#322;&#261;  to dziesi&#281;&#263; st&#243;p nad ziemi&#261;, to dwa cale nad powierzchni&#261; wody, to zn&#243;w w samym &#347;rodku t&#322;umu wiruj&#261;cych tancerzy. Po drugiej stronie rzeki, lekko zamazane przez kraw&#281;dzie ba&#324;ki pola Y, l&#347;ni&#322;y czystym blaskiem &#347;wiat&#322;a Chryslera-Samsunga.

Podstawowa u&#322;omno&#347;&#263; twojej ciotki polega na tym, &#380;e bardziej przynale&#380;y do dziewi&#281;tnastego wieku ni&#380; do dwudziestego pierwszego  m&#243;wi&#322; Hawke.  Zjedz sobie loda, Jordy.

Nie  odpowiedzia&#322; Jordan. Nie mia&#322; ochoty na lody, a tym bardziej nie mia&#322; ochoty wys&#322;uchiwa&#263;, co Hawke s&#261;dzi na temat Leishy. Kolejny raz. Przez ca&#322;y czas pr&#243;bowa&#322; pokierowa&#263; ich przechadzk&#261; w stron&#281; p&#243;&#322;nocnego kra&#324;ca, gdzie muzyka taneczna zag&#322;uszy&#322;aby s&#322;owa Hawkea.

Hawke ani nie da&#322; si&#281; pokierowa&#263;, ani zag&#322;uszy&#263;.

Te lody to nowy patent z GeneFresh Farms. Truskawkowe s&#261; wprost niewiarygodne. Prosz&#281; dwa ro&#380;ki.

Ja naprawd&#281; nie

I co o tym s&#261;dzisz, Jordy? Czy zgad&#322;by&#347; kiedykolwiek, &#380;e zacz&#281;li od gen&#243;w soi? Przyrost zysku w zesz&#322;ym kwartale  siedemna&#347;cie procent.

Zadziwiaj&#261;ce  skwitowa&#322; Jordan nieco kwa&#347;nym tonem. Mia&#322; nadziej&#281;, &#380;e lody b&#281;d&#261; takie sobie, ale by&#322;y to najlepsze lody, jakich w &#380;yciu pr&#243;bowa&#322;.

Hawke za&#347;mia&#322; si&#281;, zezuj&#261;c na niego bystro znad swojego ro&#380;ka. Jordan domy&#347;la&#322; si&#281;, &#380;e jutro GeneFresh Farms odwiedzi organizator z ramienia Ruchu &#346;pi-My  je&#347;li rozmowy ju&#380; si&#281; nie rozpocz&#281;&#322;y. Festyn Zysk&#243;w na grobli urz&#261;dzano po to, by uczci&#263; firmy takie jak GeneFresh, kt&#243;re stawa&#322;y si&#281; (albo dopiero mia&#322;y si&#281; sta&#263;) nowymi kom&#243;rkami w rewolucyjnym Ruchu &#346;pi-My. Przeci&#281;tne zyski podnios&#322;y si&#281; do zapieraj&#261;cych dech w piersiach siedemdziesi&#281;ciu czterech procent, odk&#261;d media nag&#322;o&#347;ni&#322;y spraw&#281; morderstwa Sharifi. Zwi&#261;zek mi&#281;dzy &#347;mierci&#261; Timothyego Herlingera a wzrostem popytu na produkty &#346;pi-My  dla Jordana bolesny, bo b&#281;d&#261;cy efektem histerii  podda&#322; wp&#322;ywom retoryki Hawkea miliony nowych konsument&#243;w. Wiedzia&#322;em  wykrzykiwa&#322; ka&#380;dy z cz&#322;onk&#243;w Ruchu &#346;pi-My, pe&#322;en triumfu, strachu, z&#322;o&#347;ci i pazerno&#347;ci.  Bezsenni si&#281; nas boj&#261;! S&#261; tak wystraszeni, &#380;e pr&#243;buj&#261; zapanowa&#263; nad nami za pomoc&#261; morderstwa!

W fabryce skuter&#243;w w Missisipi, gdzie ku irytacji Jordana Hawke ci&#261;gle upiera&#322; si&#281;, by budynki zarz&#261;du trwa&#322;y w sztucznie rustykalnym stylu, produkcja wzros&#322;a dwukrotnie, zanim osi&#261;gn&#281;&#322;a sta&#322;y poziom. Hawke obwiesi&#322; &#347;ciany stosownymi wykresami, obdarzy&#322; wszystkich jednym ze swoich szerokich u&#347;miech&#243;w i og&#322;osi&#322; Festyn Zysk&#243;w na grobli gdzie za czas&#243;w mojego prapradziadka miejscowi politycy piekli sobie z&#281;bacze.

Jordan, Kalifornijczyk, kt&#243;ry nie mia&#322; poj&#281;cia, kim by&#322; prapradziadek Hawkea, nie zdawa&#322; sobie dot&#261;d sprawy, &#380;e niemodyfikowane z&#281;bacze mog&#322;y by&#263; jadalne. Spojrza&#322; z ukosa na Hawkea, kt&#243;ry si&#281; roze&#347;mia&#322;.

Nie chodzi o mojego dziadka z plemienia Irokez&#243;w, Jordanie. O zupe&#322;nie innego, kt&#243;ry mia&#322; zgo&#322;a inn&#261; pozycj&#281; spo&#322;eczn&#261;. Cho&#263; nie by&#322; te&#380; jednym z tych twoich w&#322;adc&#243;w &#347;wiata.

To nie s&#261; wcale moi w&#322;adcy &#347;wiata. Nie wywodz&#281; si&#281; z tej klasy  burkn&#261;&#322; Jordan, dotkni&#281;ty do &#380;ywego. &#346;miech Hawkea wprawia&#322; go w zak&#322;opotanie.

Jasne, &#380;e nie  odrzek&#322; wtedy Hawke i zn&#243;w si&#281; roze&#347;mia&#322;.



* * *


A teraz m&#243;wi&#322;  jak gdyby rozmowa o GeneFresh Farms wcale nie mia&#322;a miejsca, jak gdyby Jordan wcale nie pr&#243;bowa&#322; zmieni&#263; tematu  zn&#243;w o tym samym.

Podstawowa u&#322;omno&#347;&#263; twojej ciotki polega na tym, &#380;e w og&#243;le nie przynale&#380;y do naszego stulecia. Nale&#380;y do wieku osiemnastego. To fatalnie urodzi&#263; si&#281; w niew&#322;a&#347;ciwych czasach.

Nie rozmawiajmy dzisiaj o Leishy Camden, dobrze, Hawke?

W osiemnastowiecznym rozumieniu cnotami by&#322;y sumienie spo&#322;eczne i racjonalne my&#347;lenie oraz g&#322;&#281;boka wiara w dobro i porz&#261;dek. I wykazuj&#261;c tak&#261; postaw&#281; &#243;wcze&#347;ni ludzie chcieli zmieni&#263; lub ustabilizowa&#263; &#347;wiat  te wszystkie Locki i Roosevelty. Czy to ci nie pasuje do Leishy Camden?

Powiedzia&#322;em

Ale oczywi&#347;cie romantycy zmietli to wszystko z powierzchni ziemi i nigdy ju&#380; do tego nie wracali&#347;my. Dop&#243;ki nie pojawili si&#281; Bezsenni. Nie uwa&#380;asz, &#380;e to interesuj&#261;ce, Jordanie? &#379;eby innowacja biologiczna cofn&#281;&#322;a zegar spo&#322;ecznych warto&#347;ci?

Jordan zatrzyma&#322; si&#281; i stan&#261;&#322; twarz&#261; w twarz z Hawkiem. Gdzie&#347; na lewo od niego, nad wodami rzeki pojawi&#322;o si&#281; holo &#346;pi-My, zaiskrzy&#322;o si&#281; i znik&#322;o ze snopem elektronicznych iskier.

Tak naprawd&#281; nie obchodzi ci&#281;, co m&#243;wi&#281;, prawda, Hawke? Przetaczasz si&#281; po moich s&#322;owach jak walec. Liczy si&#281; tylko to, co ty powiesz.

Hawke milcza&#322;, przygl&#261;daj&#261;c mu si&#281; bystrze.

Po co mnie w og&#243;le zatrudnia&#322;e&#347;? Szukasz tylko okazji, &#380;eby mi do&#322;o&#380;y&#263;, pokaza&#263;, jaki ze mnie g&#322;upiec i

Szukam tylko okazji  powiedzia&#322; cicho Hawke, a topniej&#261;ce lody &#347;cieka&#322;y mu po palcach  &#380;eby wzbudzi&#263; w tobie z&#322;o&#347;&#263;.

Z&#322;o&#347;&#263;.

Tak, z&#322;o&#347;&#263;. Czy my&#347;lisz, &#380;e mog&#281; mie&#263; z ciebie jakikolwiek po&#380;ytek, je&#347;li pozwalasz, abym robi&#322; z ciebie g&#322;upca? Kiedy nigdy nie upierasz si&#281; przy swoim zdaniu? Chc&#281;, &#380;eby&#347; sam z siebie poczu&#322; w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;, kiedy kto&#347; nadepnie ci na odcisk, inaczej Ruch nigdy nie b&#281;dzie mia&#322; z ciebie &#380;adnego po&#380;ytku. Do diab&#322;a, a co wed&#322;ug ciebie stanowi podstaw&#281; dzia&#322;a&#324; &#346;pi-My? Pierwsza rzecz to obudzi&#263; w ludziach gniew!

Co&#347; tu by&#322;o nie tak, co&#347; nie by&#322;o w porz&#261;dku  a mo&#380;e nie tak by&#322;o widzie&#263; Hawkea ze &#347;ciekaj&#261;cym po palcach lodem, kiedy m&#243;wi do Jordana beznami&#281;tnym tonem, a jednocze&#347;nie wpatruje si&#281; w grobl&#281;, bezustannie lustruj&#261;c t&#322;um  w jakim w&#322;a&#347;ciwie celu? &#379;eby sprawdzi&#263;, czy kto&#347; nie pods&#322;uchuje? Tylko jedna m&#322;oda parka, kt&#243;ra od budki StarHolo idzie spacerkiem w ich stron&#281;, mog&#322;aby ewentualnie pods&#322;

Missisipi eksplodowa&#322;a. W g&#243;r&#281; wystrzeli&#322; pot&#281;&#380;ny s&#322;up wody, niedaleko Jordana grobla zadr&#380;a&#322;a i p&#281;k&#322;a na p&#243;&#322;. Jeszcze jeden wybuch i zawali&#322;a si&#281; budka StarHolo. M&#322;odych ludzi zmiot&#322;o na chodnik jak lalki. U st&#243;p Jordana pojawi&#322;a si&#281; g&#322;&#281;boka szczelina; w nast&#281;pnej sekundzie Hawke zwali&#322; go z n&#243;g. Padaj&#261;c Jordan zdo&#322;a&#322; ujrze&#263;, &#380;e nad jego g&#322;ow&#261; rozwija si&#281; zdalnie sterowane holo, rozrasta si&#281; na wysoko&#347;&#263; dobrych dziesi&#281;ciu st&#243;p, tak &#380;e wida&#263; je z ka&#380;dego zak&#261;tka terenu, na kt&#243;rym trwa&#322; festyn. Ale nie wiadomo jakim cudem nie by&#322;o to ju&#380; logo Ruchu &#346;pi-My, tylko czerwono-z&#322;ote litery na tle po&#322;yskuj&#261;cych na rzece &#347;wiate&#322;: Samsung-Chrysler.



* * *


Nikt w to nie uwierzy&#322;. Samsung-Chrysler, oburzony, odrzuci&#322; wszelkie pr&#243;by obarczenia go odpowiedzialno&#347;ci&#261; za zamach. By&#322;a to stara i szacowna firma; nawet robotnicy fabryki skuter&#243;w nie wierzyli, &#380;eby S-C m&#243;g&#322; pod&#322;o&#380;y&#263; podwodne &#322;adunki wybuchowe wzd&#322;u&#380; grobli. Nie wierzy&#322;y w to i media, i Rada Ruchu &#346;pi-My, i Jordan.

To twoja robota  powiedzia&#322; do Hawkea.

Hawke ledwie zaszczyci&#322; go spojrzeniem. Ca&#322;e jego biurko za&#347;ciela&#322;y kioskowe wydruki brukowc&#243;w: Za bombami na festynie &#346;pi-My stoi Azyl! Bezsenni zn&#243;w uciekaj&#261; si&#281; do przemocy! Tani papier pomarszczy&#322; si&#281; wok&#243;&#322; drobnych rozdar&#263; spowodowanych przez drukark&#281; w kiosku  marnym produkcie z fabryki &#346;pi-My w Wichita. Dwa z wielkich paluch&#243;w Hawkea wyg&#322;adza&#322;y w&#322;a&#347;nie najwi&#281;ksze rozdarcie. Z cz&#281;&#347;ci fabrycznej dobiega&#322;y nieregularne stocatta d&#378;wi&#281;k&#243;w z obs&#322;ugiwanych r&#281;cznie maszyn.

U&#380;y&#322;by&#347; dos&#322;ownie wszystkiego  m&#243;wi&#322; dalej Jordan.  Histeria w mediach przy okazji &#347;mierci Herlingera to dla ciebie nie kwestia prawdy, tylko kwestia korzy&#347;ci, jakie uda ci si&#281; wyci&#261;gn&#261;&#263; dla siebie. Wcale nie jeste&#347; lepszy od tych z Azylu!

Nikomu nie sta&#322;a si&#281; &#380;adna krzywda.

Ale mog&#322;a si&#281; sta&#263;!

Nie  odpar&#322; Hawke.  Nie by&#322;o takiej mo&#380;liwo&#347;ci.

Min&#281;&#322;a dobra chwila, zanim Jordan zdo&#322;a&#322; poj&#261;&#263;.

Ten l&#243;d, kt&#243;ry topi&#322; ci si&#281; w r&#281;kach To by&#322; detonator, prawda? Ciep&#322;oczu&#322;y mikroczip tu&#380; pod sk&#243;r&#261;. &#379;eby&#347; m&#243;g&#322; wybra&#263; moment, kiedy nikomu nic si&#281; nie stanie.

Czy zacz&#261;&#322;e&#347; si&#281; wreszcie z&#322;o&#347;ci&#263;, Jordanie?  spyta&#322; mi&#281;kko Hawke.  A mo&#380;e chcesz pojecha&#263; ze mn&#261;, &#380;eby zobaczy&#263; jeszcze wi&#281;cej niemowl&#261;t chowanych bez opieki medycznej czy cho&#263;by bie&#380;&#261;cej wody, bo wed&#322;ug zasad jagaizmu po&#380;ywienie i energia Y s&#261; podstawowymi prawami przys&#322;uguj&#261;cymi bezrobotnym, a us&#322;ugi medyczne czy hydrauliczne s&#261; kontraktowymi przedsi&#281;wzi&#281;ciami wolnorynkowymi? Chcesz zobaczy&#263; jeszcze kilku doros&#322;ych m&#281;&#380;czyzn, kt&#243;rzy wysiaduj&#261; po ca&#322;ych dniach i gnij&#261; wiedz&#261;c, &#380;e nie mog&#261; konkurowa&#263; z automatyzacj&#261; albo genomodyfikacj&#261; uzdolnie&#324;? Chcesz zobaczy&#263; jeszcze kilka berbeci zara&#380;onych t&#281;goryjcem, par&#281; band w&#322;&#243;cz&#261;cych si&#281; nastolatk&#243;w, dla kt&#243;rych tworzy si&#281; najr&#243;&#380;niejsze ustawy, ale nie miejsca pracy? Jeszcze nie jeste&#347; z&#322;y?

&#379;aden cel nie u&#347;wi&#281;ca takich &#347;rodk&#243;w!

Niech mnie diabli, je&#347;li nie!

Ty wcale nie pomagasz &#346;pi&#261;cym z najni&#380;szych klas, ty tylko

Nie pomagam? A rozmawia&#322;e&#347; ostatnio z Mayleen? Jej najstarsz&#261; w&#322;a&#347;nie przyj&#281;li na szkolenie do RoboTechu. I teraz Mayleen ju&#380; mo&#380;e za to zap&#322;aci&#263;.

W porz&#261;dku, pomagasz, ale wzniecasz przy tym jeszcze wi&#281;cej nienawi&#347;ci!

Obud&#378; si&#281; wreszcie, Jordanie. &#379;aden ruch spo&#322;eczny nie m&#243;g&#322; si&#281; obej&#347;&#263; bez podkre&#347;lania istniej&#261;cych podzia&#322;&#243;w, a to zawsze oznacza podsycanie nienawi&#347;ci. Rewolucja ameryka&#324;ska, abolicjonizm, ruch zwi&#261;zkowy, prawa obywatelskie

To nie by&#322;o

A w ka&#380;dym razie ten akurat podzia&#322; nie my wymy&#347;lili&#347;my, tylko Bezsenni. Feminizm, prawa dla gej&#243;w, prawo do opieki spo&#322;ecznej

Przesta&#324;! Przesta&#324; mnie obrzuca&#263; ja&#322;owym intelektualizowaniem!

Ku jego zdumieniu Hawke u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko. Przeszywa&#322; Jordana orlim spojrzeniem swych ciemnych oczu.

Ja&#322;owe intelektualizowanie? Sta&#322;e&#347; si&#281; ju&#380; jednym z nas. Co by na to powiedzia&#322;a ciocia Leisha, najwy&#380;sza kap&#322;anka &#347;wi&#261;tyni rozumu?

Odchodz&#281;.

Hawke nie wydawa&#322; si&#281; tym zaskoczony. Skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, a ciemne oczy przeci&#281;&#322;y powietrze spojrzeniem ostrym jak lancet.

W porz&#261;dku. Odchod&#378; sobie. Jeszcze tu wr&#243;cisz. Jordan ruszy&#322; w kierunku drzwi.

A wiesz, dlaczego wr&#243;cisz, Jordy? Bo je&#347;liby&#347; si&#281; o&#380;eni&#322;  powiedzmy: jutro  i mia&#322; mie&#263; dziecko, kaza&#322;by&#347; mu zmieni&#263; geny, &#380;eby by&#322;o bezsenne. Mam racj&#281;? A potem nie m&#243;g&#322;by&#347; siebie za to &#347;cierpie&#263;.

Drzwi rozsun&#281;&#322;y si&#281; przed Jordanem.

Hawke rzuci&#322; za nim mi&#281;kko:

Kiedy wr&#243;cisz, powitamy ci&#281; z otwartymi ramionami, Jordanie.

Dopiero za bram&#261;, w miejscu, gdzie Missisipi rozlewa si&#281; &#322;agodnie w delt&#281;, Jordan zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e nie ma &#380;adnego innego miejsca, w kt&#243;rym chcia&#322;by si&#281; znale&#378;&#263;.

Mayleen przygl&#261;da&#322;a mu si&#281; ze swojej budki. Z tej odleg&#322;o&#347;ci nie m&#243;g&#322; odczyta&#263; wyrazu jej twarzy. Widzia&#322; kiedy&#347; jej najstarsz&#261; c&#243;rk&#281;, p&#322;ochliw&#261; dziewczynk&#281;, tak samo chud&#261; i bia&#322;ow&#322;os&#261; jak Mayleen. Szkolenie w RoboTechu. T&#281;goryjec. Praca.

Zawr&#243;ci&#322;.



* * *


Pomarszczona twarz Susan Melling ukaza&#322;a si&#281; nie na tle &#347;cian z suszonej ceg&#322;y, lecz na tle laboratorium wype&#322;nionego terminalami, sprz&#281;tem do bada&#324; i wysi&#281;gnikami robot&#243;w.

Susan, gdzie ty w&#322;a&#347;ciwie jeste&#347;?  zdumia&#322;a si&#281; Leisha.

W Chicago Med  odrzek&#322;a zwi&#281;&#378;le Susan.  Dzia&#322; bada&#324;. Udost&#281;pnili mi laboratorium dla go&#347;ci.

G&#322;&#281;bokie bruzdy na jej twarzy wyg&#322;adzi&#322; teraz entuzjazm. Leisha zacz&#281;&#322;a powoli:

Czy pracujesz mo&#380;e

Tak  przerwa&#322;a jej Susan  nad problemem medycznym, kt&#243;ry omawia&#322;y&#347;my w Nowym Meksyku. Nad tym, co do kt&#243;rego szko&#322;a medyczna zastrzeg&#322;a sobie dyskrecj&#281;.

Leisha zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e po&#322;&#261;czenie nie jest chronione, a w ka&#380;dym razie nie do&#347;&#263; dobrze chronione. Prawie si&#281; roze&#347;mia&#322;a: w zaistnia&#322;ych okoliczno&#347;ciach c&#243;&#380; mog&#322;o znaczy&#263; nie do&#347;&#263; dobrze?

Chcia&#322;am tylko, &#380;eby&#347; wiedzia&#322;a, &#380;e ju&#380; zacz&#281;li&#347;my  m&#243;wi&#322;a Susan.  I &#380;e m&#243;j szacowny chi&#324;ski kolega dotar&#322; szcz&#281;&#347;liwie i w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do pracy.

Chi&#324;ski? Susan wpatrywa&#322;a si&#281; w ni&#261; uparcie, znacz&#261;co. Leishy przypomnia&#322;o si&#281; nagle, &#380;e Claude Gaspard-Thiereux, genomodyfikowany pod wzgl&#281;dem inteligencji, powiedzia&#322; kiedy&#347; Susan na jakiej&#347; pijackiej imprezie przy okazji mi&#281;dzynarodowego sympozjum, &#380;e materia&#322; genetyczny w&#322;&#261;czony w jego w&#322;asny pochodzi&#322; od chi&#324;skiego dawcy. Ten fakt zdawa&#322; si&#281; go fascynowa&#263;. Zacz&#261;&#322; kolekcjonowa&#263; imitacje waz z epoki dynastii Ming i hologramy Zakazanego Miasta, co z kolei zafascynowa&#322;o Susan. Leisha uzna&#322;a ca&#322;&#261; t&#281; spraw&#281; za ma&#322;o istotn&#261;, ale najwyra&#378;niej Susan spodziewa&#322;a si&#281; teraz, &#380;e b&#281;dzie o tym pami&#281;ta&#263;.

Gaspard-Thiereux w Chicago Med. A przecie&#380; zdecydowa&#322;by si&#281; na przylot z Pary&#380;a tylko w jednym przypadku: gdyby Susan powiedzia&#322;a mu, &#380;e badania Walcotta dadz&#261; si&#281; sprawdzi&#263;.

Susan za&#347; ci&#261;gn&#281;&#322;a sw&#243;j lapidarny opis.

Opracowali&#347;my ju&#380; pocz&#261;tkow&#261; cz&#281;&#347;&#263; problemu, kopiuj&#261;c ka&#380;de kolejne stadium, a teraz natrafili&#347;my na pewnego rodzaju przeszkod&#281;. Ale pracujemy nad jej przezwyci&#281;&#380;eniem, a o wynikach b&#281;dziemy informowa&#263; ci&#281; na bie&#380;&#261;co. Stosujemy osi&#261;gni&#281;cia pana Wonga raczej do ko&#324;cowej cz&#281;&#347;ci prac, poniewa&#380; w&#322;a&#347;nie w cz&#281;&#347;ci ko&#324;cowej zaistnia&#322;a najbardziej problematyczna luka.

Leisha dostrzeg&#322;a, &#380;e Susan wyra&#378;nie bawi to wszystko  nie tylko same badania, ale i ta pseudokonspiracja, wszystkie te sekretne s&#322;owa-klucze. W jej g&#322;osie ta&#324;czy&#322;y radosne nutki; gdyby Leisha zamkn&#281;&#322;a teraz oczy, mog&#322;aby ujrze&#263; Susan tak&#261;, jak&#261; by&#322;a czterdzie&#347;ci lat temu, z warkoczami skacz&#261;cymi wok&#243;&#322; twarzy, kiedy prowadzi&#322;a dwie ma&#322;e dziewczynki na kontrolowane testy-zabawy. Wzruszenie &#347;cisn&#281;&#322;o jej gard&#322;o.

Zaczynacie od ko&#324;ca?  zapyta&#322;a tylko po to, &#380;eby co&#347; powiedzie&#263;.  To tak jakby w przygotowaniach do sprawy uwzgl&#281;dnia&#263; werdykt zamiast zebranych dowod&#243;w.

Niezbyt trafna analogia  odparowa&#322;a rado&#347;nie Susan.  A co u ciebie, Leisho?

Rozprawa zacznie si&#281; w przysz&#322;ym tygodniu  odrzek&#322;a, jakby to mia&#322;o starczy&#263; za ca&#322;&#261; odpowied&#378;. I wystarczy&#322;oby.

Czy Richard nadal

Bez zmian  odpowiedzia&#322;a Leisha.

A Kevin

Nie wraca.

Niech go diabli  rzuci&#322;a zaczepnie Susan, ale Leisha nie mia&#322;a ch&#281;ci rozmawia&#263; o Kevinie. A co najbardziej bola&#322;o w tej jego dezercji, to fakt, &#380;e Kevin zdradzi&#322; wszystkich Bezsennych, a nie tylko j&#261;. Czy to mia&#322;o oznacza&#263;, &#380;e odt&#261;d pisane s&#261; jej tylko sympatie polityczne, a nie osobiste?

Susan, wiesz, co mi wczoraj przysz&#322;o do g&#322;owy? &#379;e na ca&#322;ym tym &#347;wiecie s&#261; tylko trzy osoby, kt&#243;re rozumiej&#261;, dlaczego b&#281;d&#281; zeznawa&#263; przeciwko Bezsennej, przeciwko  jak to okre&#347;li&#322;a prasa  swemu w&#322;asnemu plemieniu. Tylko trzy. Ty, Richard i tato.

Tak  przyzna&#322;a Susan  Roger nigdy nie przedk&#322;ada&#322; solidarno&#347;ci klasowej nad prawd&#281;. W rzeczy samej, nigdy nie odczuwa&#322; &#380;adnej solidarno&#347;ci klasowej i kropka. Uznawa&#322; sam siebie za jednoosobow&#261; warstw&#281; spo&#322;eczn&#261;. Ale nie mam w&#261;tpliwo&#347;ci Leisho, &#380;e znalaz&#322;oby si&#281; wi&#281;cej takich jak nas troje. Zw&#322;aszcza na ca&#322;ym &#347;wiecie.

Leisha przenios&#322;a wzrok na biurko, pod&#322;og&#281; i krzes&#322;o po drugiej stronie pokoju, zas&#322;ane wydrukami z kiosk&#243;w gazetowych. Pocz&#261;tkowo niezdolna przeczyta&#263;, z czasem nie by&#322;a w stanie ich nie czyta&#263;.

Nie wygl&#261;da mi na to, &#380;eby by&#322;o wi&#281;cej ni&#380; trzy.

Aaa  odrzek&#322;a tylko Susan. By&#322; to ten sam d&#378;wi&#281;k, kt&#243;ry Leisha s&#322;ysza&#322;a u Alice. Nigdy przedtem nie dostrzeg&#322;a takiego podobie&#324;stwa. Po chwili Susan doda&#322;a:  Czy wiesz, &#380;e w tym roku oficjalna liczba zarejestrowanych genomodyfikacji in vitro w celu stworzenia bezsennych niemowl&#261;t wynosi dok&#322;adnie 142?

Tylko tyle?

A dziesi&#281;&#263; lat temu sz&#322;a w tysi&#261;ce. Nawet porz&#261;dni i trze&#378;wo my&#347;l&#261;cy ludzie nie chc&#261; nara&#380;a&#263; swoich dzieci na niebezpiecze&#324;stwo dyskryminacji. Ale je&#347;li badania tego twojego Walcotta  Nie doko&#324;czy&#322;a.

Nie mojego  sprostowa&#322;a Leisha.  Stanowczo nie mojego.

Aaa  mrukn&#281;&#322;a zn&#243;w Susan. Pojedynczy d&#378;wi&#281;k, a tak wieloznaczne brzmienie.



13

SPRAWA NAR&#211;D KONTRA JENNIFER FATIMA SHARIFI. Prosz&#281; wsta&#263;, S&#261;d idzie.

Leisha podnios&#322;a si&#281; ze swego krzes&#322;a w cz&#281;&#347;ci dla &#347;wiadk&#243;w. Wraz z ni&#261; powsta&#322;y sto sze&#347;&#263;dziesi&#261;t dwie inne osoby  widzowie, &#322;awnicy, dziennikarze, &#347;wiadkowie i prawnicy  jak jedno cia&#322;o o stu sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu dw&#243;ch sk&#322;&#243;conych ze sob&#261; m&#243;zgach. Sal&#281; rozpraw, budynek s&#261;du, wreszcie ca&#322;e miasteczko Conewango pokry&#322;y kolejnymi warstwami pola ochronne. Przez dwie najgrubsze nie mog&#322;y si&#281; przebi&#263; &#380;adne &#347;rodki &#322;&#261;czno&#347;ci. Pi&#281;tna&#347;cie lat temu, w trakcie kolejnej s&#261;dowej hu&#347;tawki mi&#281;dzy nieograniczonym prawem do informacji a prawem do prywatno&#347;ci, stan Nowy Jork jeszcze raz zakaza&#322; wnoszenia sprz&#281;tu rejestruj&#261;cego na rozprawy kryminalne. Pras&#281; reprezentowa&#322;y tu same znakomito&#347;ci ze stanowymi certyfikatami i ejdetyczn&#261; pami&#281;ci&#261; lub audioneuronowymi bioimplantami, wzgl&#281;dnie i z jednym, i z drugim na raz. Leisha zastanawia&#322;a si&#281;, ilu z nich ma przypadkiem i inne, nie zg&#322;oszone genomodyfikacje.

Obok reporter&#243;w usadowili si&#281; holo-arty&#347;ci z sieci informacyjnych; drobnymi, precyzyjnymi ruchami palc&#243;w rze&#378;bili w CAD hologram do popo&#322;udniowych wyda&#324; dziennik&#243;w. Jak dot&#261;d, genetycy nie zdo&#322;ali wykry&#263; umiejscowienia artystycznych uzdolnie&#324;.

Prosz&#281; o cisz&#281;! S&#261;d wy&#380;szej instancji okr&#281;gu Cattaraugus w stanie Nowy Jork, kt&#243;remu przewodniczy s&#281;dzia Daniel J. Deepford, rozpoczyna obrady. Przybli&#380;cie si&#281; i wyt&#281;&#380;cie uwag&#281;, a zostaniecie wys&#322;uchani. Bo&#380;e, chro&#324; Stany Zjednoczone i ten s&#261;d!

By&#322; to pierwszy dzie&#324; przes&#322;ucha&#324; &#347;wiadk&#243;w. Wy&#322;onienie sk&#322;adu &#322;awy przysi&#281;g&#322;ych wymaga&#322;o dw&#243;ch tygodni nieust&#281;pliwego wypytywania: Czy jest pan w stanie, panie Wright, wyda&#263; bezstronn&#261; decyzj&#281; dotycz&#261;c&#261; oskar&#380;onej? Czy widzia&#322; pan, panie Aratina, jakie&#347; wzmianki tycz&#261;ce tej sprawy w kt&#243;rej&#347; z sieci informacyjnych? Czy jest pani, pani Moranis, cz&#322;onkini&#261; Ruchu &#346;pi-My? Ruchu Zbud&#378; si&#281;, Ameryko!? Ruchu Matki w Obronie R&#243;wno&#347;ci Biologicznej? Z takich i podobnych powod&#243;w odrzucono a&#380; trzysta dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t osiem os&#243;b  co si&#281; jeszcze nie zdarzy&#322;o podczas zaprzysi&#281;gania &#322;awnik&#243;w. W ko&#324;cu uda&#322;o si&#281; skompletowa&#263; &#322;aw&#281; przysi&#281;g&#322;ych  sk&#322;ada&#322;a si&#281; z o&#347;miu m&#281;&#380;czyzn i czterech kobiet. Siedmioro bia&#322;ych, troje czarnych, jeden Latynos i jeden Azjata. Pi&#281;cioro po collegeu, siedmioro z wykszta&#322;ceniem &#347;rednim lub ni&#380;szym. Dziewi&#281;cioro poni&#380;ej pi&#281;&#263;dziesi&#261;tki, troje powy&#380;ej. O&#347;mioro rodzic&#243;w naturalnych, troje bezdzietnych, jedna kobieta o statusie uprawomocnionego dawcy kom&#243;rek jajowych. Sze&#347;cioro pracuj&#261;cych, sze&#347;cioro bezrobotnych. Ani jednego Bezsennego.

Obywatel ma prawo by&#263; s&#261;dzony przez s&#261;d r&#243;wnych sobie.

Mo&#380;e pan zaczyna&#263;, panie Hossack  zwr&#243;ci&#322; si&#281; s&#281;dzia do prokuratora, przysadzistego m&#281;&#380;czyzny o g&#281;stych siwych w&#322;osach, kt&#243;ry posiada&#322; przydatn&#261; w s&#261;dzie umiej&#281;tno&#347;&#263; skupiania na sobie uwagi przez sw&#243;j wyciszony spos&#243;b bycia. Jak ka&#380;dy, kto w Stanach Zjednoczonych posiada&#322; dost&#281;p do powszechnego banku danych, Leisha wiedzia&#322;a o Geoffreyu Hossacku wszystko. Mia&#322; pi&#281;&#263;dziesi&#261;t cztery lata, stosunek spraw wygranych do przegranych wynosi&#322; 23 do 9, nigdy nie mia&#322; zatarg&#243;w z urz&#281;dem podatkowym ani Ameryka&#324;skim Stowarzyszeniem Prawnik&#243;w. Jego &#380;ona kupowa&#322;a pieczywo wy&#322;&#261;cznie z naturalnej pszennej m&#261;ki, trzy bochenki tygodniowo. Hossack wykupi&#322; prenumerat&#281; na trzy sieci informacyjne i jeden kana&#322; prywatny, po&#347;wi&#281;cony mi&#322;o&#347;nikom wojny secesyjnej. Jego najstarsza c&#243;rka oblewa&#322;a w&#322;a&#347;nie trygonometri&#281;.

I Hossack, i s&#281;dzia Deepford cieszyli si&#281; opini&#261; uczciwych, rzetelnych i uzdolnionych praktyk&#243;w prawa.

Kilka tygodni wcze&#347;niej Leisha siedzia&#322;a przy terminalu, przy kt&#243;rym przed chwil&#261; sko&#324;czy&#322;a przeczesywa&#263; akta proces&#243;w Deepforda, i rozmy&#347;la&#322;a nad dossier Hossacka i Deepforda. Nie s&#261;dzi&#322;a, aby Azyl by&#322; w stanie dokona&#263; jakichkolwiek manipulacji przy wyborze s&#281;dziego lub prokuratora. Jego pot&#281;ga le&#380;a&#322;a g&#322;&#243;wnie w sferze ekonomii, nie polityki. Bezsennych by&#322;o zbyt niewielu, &#380;eby utworzy&#263; licz&#261;cy si&#281; blok g&#322;os&#243;w, i zbyt wielk&#261; darzono ich niech&#281;ci&#261;, by mogli liczy&#263; na jak&#261;kolwiek obieraln&#261; funkcj&#281;. Azyl m&#243;g&#322; z pewno&#347;ci&#261; przekupi&#263; kilku pojedynczych s&#281;dzi&#243;w, prawnik&#243;w albo kongresmen&#243;w i pewnie tak w&#322;a&#347;nie robi&#322;, ale nic nie wskazywa&#322;o na to, &#380;eby Hossack i Deepford byli do kupienia.

A co najwa&#380;niejsze, Deepford nie nale&#380;a&#322; do os&#243;b, kt&#243;re preferowa&#322;yby &#346;pi&#261;cych. Bez wzgl&#281;du na to, jakie by&#322;y jego osobiste odczucia, przewodniczy&#322; dziewi&#281;ciu sprawom cywilnym, w kt&#243;rych stron&#261; w sporze byli Bezsenni (sprawy o charakterze kryminalnym zdarza&#322;y si&#281; Bezsennym niezmiernie rzadko) i za ka&#380;dym razem post&#281;powa&#322; rzetelnie i z rozwag&#261;. Wykazywa&#322; tendencj&#281; do bardzo w&#261;skiej, sztywnej interpretacji przepis&#243;w i nagromadzonych dowod&#243;w, lecz by&#322; to jedyny punkt, kt&#243;ry Leisha mog&#322;aby zakwestionowa&#263;.

W swej mowie wst&#281;pnej Hossack przedstawi&#322; spraw&#281; przysi&#281;g&#322;ym w spos&#243;b zwi&#281;z&#322;y i przejrzysty.

Istniej&#261; dowody na to, &#380;e deflektor os&#322;onowy na energi&#281; Y w skuterze doktora Timothyego Herlingera zosta&#322; celowo uszkodzony. Dalsze dowody pozwol&#261; nam powi&#261;za&#263; to uszkodzenie z osob&#261; Jennifer Sharifi. Skuter ten wyposa&#380;ony by&#322; w analizator siatk&#243;wkowy, na kt&#243;rym zanotowano trzy odbitki: pierwsza z nich pochodzi od mieszkaj&#261;cego w pobli&#380;u dziecka, kt&#243;re bawi&#322;o si&#281; tam tego ranka, druga od samego doktora Herlingera, a trzecia od doros&#322;ej Bezsennej kobiety. Zamierzamy nast&#281;pnie wykaza&#263;, &#380;e owa kobieta to kto&#347; spomi&#281;dzy najwy&#380;szych w&#322;adz Azylu, kto&#347;, kto w&#322;ada najbardziej zaawansowan&#261; technik&#261; na &#347;wiecie.  Tu Hossack przerwa&#322;. Po chwili ci&#261;gn&#261;&#322; jednak dalej:  Zamierzamy w&#322;&#261;czy&#263; do dowod&#243;w wisiorek znaleziony na parkingu nale&#380;&#261;cym do Samplice, niedaleko miejsca, w kt&#243;rym sta&#322; zaparkowany skuter pana Herlingera. Wisiorek ten ma wbudowany mikroczip o tak zaawansowanej i niespotykanej konstrukcji, &#380;e eksperci nie mog&#261; sobie z nim poradzi&#263;. Nadal nie wiemy, jak zosta&#322; zbudowany, wiemy jednak, jaka jest jego funkcja. Sprawdzili&#347;my to. Wisiorek s&#322;u&#380;y do otwierania bramy prowadz&#261;cej na terytorium Azylu. Podsumowuj&#261;c: oskar&#380;enie ma zamiar dowie&#347;&#263;, &#380;e uszkodzenie skutera stanowi&#322;o cz&#281;&#347;&#263; skomplikowanego i nielegalnego spisku, zaplanowanego i wcielonego w &#380;ycie przez mieszka&#324;c&#243;w Azylu. Udowodnimy nast&#281;pnie, &#380;e jedyn&#261; osob&#261;, kt&#243;ra plan ten opracowa&#322;a w najdrobniejszych szczeg&#243;&#322;ach, jest Jennifer Sharifi, tw&#243;rczyni bezprawnie dzia&#322;aj&#261;cych, pot&#281;&#380;nych sieci komputerowych, kt&#243;re infiltruj&#261; narodowy system bankowy, a nawet rz&#261;dowe systemy zabezpieczania danych  sprawa jest tak wielkiej wagi, &#380;e dla jej zbadania powo&#322;ano grup&#281; specjaln&#261; departamentu sprawiedliwo&#347;ci Stan&#243;w Zjednoczonych

Sprzeciw!  przerwa&#322; mu Will Sandaleros.

Panie Hossack  odezwa&#322; si&#281; s&#281;dzia  wyra&#378;nie wykracza pan poza granice o&#347;wiadczenia wst&#281;pnego. &#321;awa przysi&#281;g&#322;ych w tocz&#261;cej si&#281; tu sprawie o morderstwo nie powinna bra&#263; pod uwag&#281; &#380;adnych r&#243;wnolegle prowadzonych &#347;ledztw ani te&#380; tego, przez kogo s&#261; one prowadzone.

Cz&#322;onkowie &#322;awy przysi&#281;g&#322;ych wpatrywali si&#281; teraz w Jennifer, siedz&#261;c&#261; prosto jak struna w swej bia&#322;ej abaji za szyb&#261; z kuloodpornego szk&#322;a. W powietrzu zawis&#322;o s&#322;owo w&#322;adza jak najci&#281;&#380;sze z oskar&#380;e&#324;. Jennifer nie rozgl&#261;da&#322;a si&#281; na boki.

Motywem pani Sharifi  kontynuowa&#322; Hossack  by&#322;o utrzymanie w tajemnicy istnienia pewnych patent&#243;w, kt&#243;re, je&#347;liby zosta&#322;y wdro&#380;one i udost&#281;pnione konsumentom, mog&#322;yby umo&#380;liwi&#263; &#346;pi&#261;cym zamian&#281; w Bezsennych wraz ze wszystkimi biologicznymi korzy&#347;ciami, jakie z tego wynikaj&#261;. Azyl nie chce, aby&#347;my  i ja, i wy  korzy&#347;ci takie posiedli. Azyl wraz ze swoj&#261; przyw&#243;dczyni&#261; Jennifer Sharifi, &#380;eby temu zapobiec, posun&#261;&#322; si&#281; a&#380; do morderstwa.

Leisha &#347;ledzi&#322;a uwa&#380;nie twarze &#322;awnik&#243;w. S&#322;uchali z najwy&#380;sz&#261; uwag&#261;, lecz nic poza tym nie da&#322;o si&#281; wyczyta&#263; z ich surowych twarzy.

W przeciwie&#324;stwie do Hossacka, Will Sandaleros zacz&#261;&#322; swoj&#261; mow&#281; wst&#281;pn&#261; w do&#347;&#263; niskiej tonacji.

Spory k&#322;opot mo&#380;e sprawi&#263; mi obalenie g&#322;&#243;wnego stwierdzenia oskar&#380;enia  zacz&#261;&#322;.

Jego przystojna, delikatnie rze&#378;biona twarz  Leishy przypomnia&#322;o si&#281;, &#380;e rodzice, kt&#243;rzy p&#243;&#378;niej go odrzucili, zakupili te&#380; bardzo szerokie genomodyfikacje wygl&#261;du zewn&#281;trznego  by&#322;a wyra&#378;nie zak&#322;opotana. &#379;aden Bezsenny  o tym Leisha wiedzia&#322;a a&#380; za dobrze  nie mo&#380;e zwr&#243;ci&#263; si&#281; do &#322;awnik&#243;w w spos&#243;b, kt&#243;ry m&#243;g&#322;by by&#263; uznany za arogancj&#281;. Pochyli&#322;a si&#281; do przodu, nara&#380;aj&#261;c si&#281; na pe&#322;ne zaciekawienia spojrzenia widz&#243;w, i uwa&#380;nie przyjrza&#322;a si&#281; Sandalerosowi. Sprawia&#322; wra&#380;enie energicznego i skupionego. Przede wszystkim za&#347; sprawia&#322; wra&#380;enie nad wyraz kompetentnego.

Faktem jest  m&#243;wi&#322;  &#380;e nie mam co podwa&#380;a&#263;. Jennifer Sharifi nie jest winna tego morderstwa. Zamierzam wykaza&#263;, &#380;e oskar&#380;enie nie posiada &#380;adnych niezbitych dowod&#243;w pozwalaj&#261;cych udowodni&#263; zwi&#261;zek Jennifer Sharifi ani te&#380; jednostki prawnej zwanej Azylem ze spraw&#261; celowego uszkodzenia skutera. To, czym dysponuje oskar&#380;enie, moi pa&#324;stwo, jest tylko g&#281;st&#261; sieci&#261; zbieg&#243;w okoliczno&#347;ci, pog&#322;osek i naci&#261;ganych powi&#261;za&#324;. I jeszcze czego&#347;

Will Sandaleros przysun&#261;&#322; si&#281; bardzo blisko &#322;awy przysi&#281;g&#322;ych, bli&#380;ej ni&#380; pozwoli&#322;aby sobie Leisha, i pochyli&#322; si&#281; lekko do przodu. Kobieta w pierwszym rz&#281;dzie odruchowo szarpn&#281;&#322;a si&#281; w ty&#322;.

Panie i panowie, oskar&#380;enie ma jeszcze po swojej stronie sie&#263; znacznie g&#281;stsz&#261; ni&#380; sie&#263; przedstawionych dowod&#243;w  a jest ni&#261; k&#322;&#261;b insynuacji, uprzedze&#324; i nieuzasadnionych powi&#261;za&#324;, wyp&#322;ywaj&#261;cych z nienawi&#347;ci i podejrzliwo&#347;ci wobec pani Sharifi, poniewa&#380; jest ona Bezsenn&#261;.

Sprzeciw!  zawo&#322;a&#322; Hossack.

Sandaleros jednak ci&#261;gn&#261;&#322; swoje, jakby niczego nie s&#322;ysza&#322;:

M&#243;wi&#281; o tym po to, aby u&#347;wiadomi&#263; wszystkim prawdziwe w&#261;tki, jakie kryj&#261; si&#281; za t&#261; spraw&#261;. Jennifer Sharifi jest Bezsenn&#261;, ja tak&#380;e jestem Bezsennym

Sprzeciw!  krzykn&#261;&#322; jeszcze raz Hossack, teraz ju&#380; naprawd&#281; rozz&#322;oszczony.  Obrona usi&#322;uje postawi&#263; przed s&#261;dem oskar&#380;enie. Prawo nie czyni rozr&#243;&#380;nie&#324; mi&#281;dzy Bezsennym a &#346;pi&#261;cym, je&#347;li pope&#322;niaj&#261; przest&#281;pstwo, podobnie te&#380; nie ma r&#243;&#380;nicy w traktowaniu zebranego materia&#322;u dowodowego.

Ka&#380;da para oczu na sali  &#347;pi&#261;ca, bezsenna, wzmocniona, zamglona, o neurotycznie zaw&#281;&#380;onym widzeniu, pe&#322;na niepewno&#347;ci lub fanatyzmu  wpatrzy&#322;a si&#281; w s&#281;dziego Deepforda, kt&#243;ry nie waha&#322; si&#281; ani sekundy. Wida&#263; zawczasu przemy&#347;la&#322; sobie tak&#261; mo&#380;liwo&#347;&#263;.

Oddalam sprzeciw  powiedzia&#322; cicho, odst&#281;puj&#261;c w ten spos&#243;b od swej ustalonej praktyki i daj&#261;c wyra&#378;nie do zrozumienia, &#380;e pozwoli Sandalerosowi na bardzo du&#380;o, aby tylko nie da&#263; powodu do podejrze&#324; o stronniczo&#347;&#263; s&#261;du. Leisha odkry&#322;a, &#380;e paznokcie jej prawej r&#281;ki wbijaj&#261; si&#281; rozpaczliwie w lew&#261;. To przecie&#380; pu&#322;apka

Wysoki S&#261;dzie  zacz&#261;&#322; Hossack bardzo cichym g&#322;osem.

Odrzucam sprzeciw, panie Hossack. Panie Sandaleros, prosz&#281; kontynuowa&#263;.

Jennifer Sharifi jest Bezsenn&#261;  powt&#243;rzy&#322; Sandaleros.  Ja tak&#380;e jestem Bezsennym. I jest to proces Bezsennej, oskar&#380;onej o zamordowanie &#346;pi&#261;cego, oskar&#380;onej dlatego, &#380;e jest Bezsenn&#261;

Sprzeciw! Pods&#261;dna zosta&#322;a oskar&#380;ona przez wielk&#261; &#322;aw&#281; przysi&#281;g&#322;ych na podstawie zgromadzonych dowod&#243;w!

Wszyscy zwr&#243;cili wzrok na Hossacka. Leisha dostrzeg&#322;a moment, w kt&#243;rym zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e odda&#322; si&#281; w r&#281;ce Sandalerosa. Bez wzgl&#281;du na to, co wyka&#380;&#261; dowody, ka&#380;dy na tej sali b&#281;dzie prze&#347;wiadczony o tym, &#380;e Jennifer Sharifi zosta&#322;a postawiona w stan oskar&#380;enia przez dwudziestu trzech &#346;pi&#261;cych  przysi&#281;g&#322;ych wielkiej &#322;awy  dlatego, &#380;e jest Bezsenn&#261;. Oskar&#380;ono j&#261; ze strachu, a nie na podstawie dowod&#243;w. Zaprzeczaj&#261;c, Hossack sam siebie ustawi&#322; w pozycji albo osoby nieuczciwej, albo g&#322;upca. Cz&#322;owieka, kt&#243;ry chce przymkn&#261;&#263; oczy na rzeczywisto&#347;&#263;. Cz&#322;owieka, w prawdziwo&#347;&#263; s&#322;&#243;w kt&#243;rego nale&#380;y w&#261;tpi&#263;.

Leisha widzia&#322;a na w&#322;asne oczy, jak wykorzystano przeciw Hossackowi jego poczucie przyzwoito&#347;ci i sprawiedliwo&#347;ci, przez co w oczach postronnych wyszed&#322; na pe&#322;nego hipokryzji dupka.

Jennifer Sharifi nawet nie drgn&#281;&#322;a.



* * *


Jako pierwsi odpowiadali &#347;wiadkowie, kt&#243;rzy znajdowali si&#281; w pobli&#380;u miejsca wypadku. Hossack przedstawi&#322; ca&#322;&#261; gromad&#281; policjant&#243;w z drog&#243;wki i przechodni&#243;w oraz kierowc&#281; samochodu  szczup&#322;&#261;, nerwow&#261; kobietk&#281;, kt&#243;ra z trudem powstrzymywa&#322;a si&#281; od p&#322;aczu. Z ich pomoc&#261; ustali&#322;, &#380;e Herlinger przekroczy&#322; dozwolon&#261; pr&#281;dko&#347;&#263;, skr&#281;ci&#322; ostro w lewo i, podobnie jak wi&#281;kszo&#347;&#263; je&#380;d&#380;&#261;cych skuterami, liczy&#322; na to, &#380;e jego automatyczne deflektory os&#322;onowe Y utrzymaj&#261; go na standardow&#261; odleg&#322;o&#347;&#263; jednej stopy od wszystkiego, co znajdowa&#322;oby si&#281; po drugiej stronie jezdni. Zamiast tego wyr&#380;n&#261;&#322; w bok pojazdu prowadzonego przez pani&#261; Stacy Hillman, kt&#243;ra w&#322;a&#347;nie rusza&#322;a, jako &#380;e zmieni&#322; si&#281; akurat kierunek ruchu. Herlinger nigdy nie zak&#322;ada&#322; kasku  deflektory sprawi&#322;y, &#380;e kask sta&#322; si&#281; zb&#281;dny. Zgin&#261;&#322; zatem na miejscu.

Robot policjant&#243;w z drog&#243;wki sprawdzi&#322; pobie&#380;nie skuter i odkry&#322; zepsuty deflektor  to znaczy, nie on odkry&#322;; poniewa&#380; deflektory nigdy si&#281; nie psu&#322;y, takiej ewentualno&#347;ci nie uj&#281;to nawet w jego programie, zanotowa&#322; wi&#281;c, &#380;e skuter jest sprawny. Sta&#322;o to w tak jawnej sprzeczno&#347;ci z tym, co twierdzili &#347;wiadkowie, &#380;e policjant przytomnie podni&#243;s&#322; skuter i osobi&#347;cie go wypr&#243;bowa&#322;, odkrywaj&#261;c w ten spos&#243;b uszkodzenie. Skuter przes&#322;ano do ekspertyzy specjalistom z sekcji energetycznej laboratorium kryminalistycznego.

Ellen Kassabian, szef tej sekcji, by&#322;a ros&#322;&#261; kobiet&#261; o powolnym i wywa&#380;onym sposobie m&#243;wienia, kt&#243;ry dla przysi&#281;g&#322;ych brzmia&#322; autorytatywnie, ale kt&#243;ry wed&#322;ug Leishy m&#243;g&#322; w rzeczywisto&#347;ci kry&#263; up&#243;r i nieust&#281;pliwo&#347;&#263;. Hossack przes&#322;uchiwa&#322; j&#261; bardzo szczeg&#243;&#322;owo na temat skutera.

W jaki dok&#322;adnie spos&#243;b zosta&#322; on uszkodzony?

Tarcze deflektor&#243;w ustawiono w ten spos&#243;b, &#380;eby wy&#322;&#261;czy&#322;y si&#281; przy pierwszym zderzeniu, jakie nast&#261;pi przy pr&#281;dko&#347;ci powy&#380;ej pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu mil na godzin&#281;.

Czy &#322;atwo jest wprowadzi&#263; tego rodzaju zmian&#281;?

Nie, do skutera przytwierdzono specjalne urz&#261;dzenie, kt&#243;re mia&#322;o spowodowa&#263; ich wy&#322;&#261;czenie  odpar&#322;a i przyst&#261;pi&#322;a do opisywania owego urz&#261;dzenia, szybko przechodz&#261;c na niezrozumia&#322;y j&#281;zyk termin&#243;w technicznych. Mimo to &#322;awnicy s&#322;uchali z uwag&#261;.

Czy spotka&#322;a si&#281; pani wcze&#347;niej z tego rodzaju urz&#261;dzeniem?

Nie. Wed&#322;ug mego rozeznania jest to wynalazek ca&#322;kiem nowy.

Sk&#261;d zatem pani wie, &#380;e dzia&#322;a tak, jak nam to pani opisa&#322;a?

Przeprowadzili&#347;my na nim ca&#322;y szereg bada&#324;.

Czy potrafi&#322;aby pani teraz, w rezultacie tych wszystkich bada&#324;, zbudowa&#263; podobne urz&#261;dzenie?

Nie. Cho&#263; kto&#347; z pewno&#347;ci&#261; potrafi&#322;by to zrobi&#263;. Ale to bardzo skomplikowane. Pokazali&#347;my je specjalistom z departamentu obrony

Wezwiemy ich na &#347;wiadk&#243;w.

 kt&#243;rzy doszli do wniosku  ci&#261;gn&#281;&#322;a Kassabian nieporuszona  &#380;e wchodzi tutaj w gr&#281; zupe&#322;nie nowa technologia.

Tak wi&#281;c do przygotowania tego rodzaju uszkodzenia potrzebna by by&#322;a bardzo wyrafinowana, a nawet niezwyk&#322;a inteligencja?

Sprzeciw!  zawo&#322;a&#322; Sandaleros.  Oskar&#380;enie prosi &#347;wiadka o wyra&#380;enie opinii.

Profesjonalna opinia tego &#347;wiadka jest istotna dla wyja&#347;nienia kwestii uszkodzenia skutera.

Zezwalam  oznajmi&#322; s&#281;dzia. Hossack powt&#243;rzy&#322; pytanie:

Tak wi&#281;c do przygotowania tego rodzaju uszkodzenia potrzebna by by&#322;a bardzo wyrafinowana, a nawet niezwyk&#322;a inteligencja?

Tak  odrzek&#322;a Kassabian.

Bardzo niezwyk&#322;a osoba czy nawet grupa os&#243;b?

Tak.

Hossack pozwoli&#322;, by odpowied&#378; ta zawis&#322;a na chwil&#281; w powietrzu, podczas gdy sam wertowa&#322; swoje notatki. Leisha obserwowa&#322;a, jak oczy przysi&#281;g&#322;ych przebiega&#322;y sal&#281; s&#261;dow&#261; w poszukiwaniu Bezsennych, inteligentnej i niezwyk&#322;ej grupy os&#243;b.

A teraz przyjrzyjmy si&#281;  ci&#261;gn&#261;&#322; Hossack  owej trzeciej odbitce zarejestrowanej na analizatorze siatk&#243;wkowym tego poranka, kiedy zgin&#261;&#322; doktor Herlinger. Sk&#261;d ma pani pewno&#347;&#263;, &#380;e to by&#322;a doros&#322;a Bezsenna kobieta?

Odbitki siatk&#243;wkowe to analizy tkanki. Tak jak ka&#380;da, i ta tkanka niszczy si&#281; z wiekiem. Istniej&#261; miejsca, kt&#243;re nazywamy rozmazanymi  gdzie kom&#243;rki s&#261; zdegradowane lub ulegaj&#261; zniszczeniu i ju&#380; si&#281; nie regeneruj&#261;. Nale&#380;y pami&#281;ta&#263;, &#380;e m&#243;wimy tu o tkance nerwowej. Tymczasem u Bezsennych zmiany takie nie zachodz&#261;. Ich tkanki w jaki&#347; spos&#243;b stale si&#281; regeneruj&#261;  Leisha wyczu&#322;a ca&#322;&#261; ambiwalencj&#281; owego w jaki&#347; spos&#243;b, gorzk&#261; t&#281;sknot&#281;, kt&#243;r&#261; us&#322;ysza&#322;a po raz pierwszy w g&#322;osie Susan Melling dwadzie&#347;cia jeden lat temu  wi&#281;c ich odbitki s&#261; bardzo wyra&#378;ne. Ostre. Bez rozmaza&#324;. Im starszy obiekt bada&#324;, z tym wi&#281;ksz&#261; pewno&#347;ci&#261; mo&#380;emy orzec, czy to odbitka Bezsennego. W wypadku bardzo ma&#322;ych dzieci r&#243;&#380;nica mo&#380;e by&#263; trudna do uchwycenia, nawet dla komputera. Ale tu mamy do czynienia z doros&#322;&#261; Bezsenn&#261; kobiet&#261;.

Rozumiem. I odbitka ta nie pasuje do &#380;adnej ze znanych nam Bezsennych?

Nie. Takiej odbitki nie posiadamy w naszych kartotekach.

Prosz&#281; wyja&#347;ni&#263; co&#347; s&#261;dowi, pani Kassabian. Kiedy oskar&#380;ona, Jennifer Sharifi, zosta&#322;a aresztowana, czy pobrano od niej odbitk&#281; siatk&#243;wkow&#261;?

Tak.

Czy pasuje ona do tej, kt&#243;r&#261; znaleziono w skuterze doktora Herlingera?

Nie pasuje.

Nie mo&#380;e wi&#281;c by&#263; mowy o tym, &#380;eby pani Sharifi osobi&#347;cie uszkodzi&#322;a ten skuter?

Nie  potwierdzi&#322;a Kassabian, pozwalaj&#261;c prokuratorowi ujawni&#263; ten szczeg&#243;&#322;, zanim obrona uczyni to w znacznie bardziej udramatyzowanych okoliczno&#347;ciach.

Czy jest to odbitka Leishy Camden, kt&#243;ra przebywa&#322;a w tym samym budynku co doktor Herlinger na kr&#243;tko przed jego &#347;mierci&#261;?

Nie.

Oczy wszystkich obecnych zwr&#243;ci&#322;y si&#281; ku Leishy.

Ale z pewno&#347;ci&#261; osob&#261;, kt&#243;ra pochyli&#322;a si&#281; blisko analizatora  ostatni&#261; osob&#261;, kt&#243;ra to zrobi&#322;a  pomi&#281;dzy godzin&#261;, o kt&#243;rej doktor Herlinger wyszed&#322; z domu, a dziewi&#261;t&#261; trzydzie&#347;ci dwie, kiedy zmar&#322;, by&#322;a Bezsenna. Wynika z tego, &#380;e Bezsenna by&#322;a osob&#261;, kt&#243;ra manipulowa&#322;a przy skuterze.

Zg&#322;aszam sprzeciw!  wykrzykn&#261;&#322; Sandaleros.  &#346;wiadek wyci&#261;ga wnioski!

Wycofuj&#281; si&#281;  powiedzia&#322; Hossack. Nast&#261;pi&#322;a chwila ciszy, w czasie kt&#243;rej wszystkie oczy pow&#281;drowa&#322;y ku niemu, przyci&#261;gni&#281;te g&#322;&#281;bi&#261; i nat&#281;&#380;eniem jego milczenia. Potem powt&#243;rzy&#322; powoli:  Odbitka Bezsennej. Bezsennej.  I dopiero po chwili doda&#322;:  Nie mam wi&#281;cej pyta&#324;.

Sandaleros niemal dosta&#322; sza&#322;u przez t&#281; odbitk&#281;. Znikn&#281;&#322;a zak&#322;opotana skromno&#347;&#263; z jego pocz&#261;tkowego wyst&#261;pienia.

Pani Kassabian, ile odbitek siatk&#243;wkowych Bezsennych przechowuje si&#281; w sieci akt organ&#243;w &#347;cigania Stan&#243;w Zjednoczonych?

Sto trzydzie&#347;ci trzy.

Tylko sto trzydzie&#347;ci trzy? Przy liczebno&#347;ci Bezsennych wynosz&#261;cej dwadzie&#347;cia tysi&#281;cy?

Zgadza si&#281;  odpar&#322;a Kassabian, a &#380;e poruszy&#322;a si&#281; przy tym niespokojnie w swoim krze&#347;le, Leisha zorientowa&#322;a si&#281; od razu, &#380;e Ellen Kassabian nie darzy Bezsennych zbytni&#261; sympati&#261;.

Wygl&#261;da mi to na niezbyt imponuj&#261;ca liczb&#281;  wydziwia&#322; Sandaleros.  Prosz&#281; mi wi&#281;c powiedzie&#263;, w jakich okoliczno&#347;ciach odbitka siatk&#243;wkowa trafia do akt organ&#243;w &#347;cigania?

Kiedy dana osoba trafia do aresztu.

Czy to jedyna droga?

A tak&#380;e kiedy osoba sama jest zatrudniona w wymiarze sprawiedliwo&#347;ci. Policjanci, s&#281;dziowie, stra&#380;nicy wi&#281;zienni

Czy i adwokaci?

Tak.

Z tego wi&#281;c powodu by&#322;a pani w stanie sprawdzi&#263; odbitk&#281; siatk&#243;wkow&#261; Leishy Camden?

Tak.

Pani Kassabian, jaki procent owych stu trzydziestu trzech odbitek stanowi&#261; odbitki pracownik&#243;w wymiaru sprawiedliwo&#347;ci? Kassabian wyra&#378;nie nie mia&#322;a ochoty odpowiada&#263; na to pytanie.

Osiemdziesi&#261;t procent.

Osiemdziesi&#261;t?! Czy to znaczy, &#380;e tylko dwadzie&#347;cia procent ze stu trzydziestu trzech Bezsennych  czyli dwadzie&#347;cia siedem os&#243;b  aresztowano w ci&#261;gu ostatnich dziewi&#281;ciu lat, od kiedy stosuje si&#281; odbitki siatk&#243;wkowe?

Tak  odpar&#322;a Kassabian, stanowczo zbyt oboj&#281;tnym tonem.

Czy wie pani, z jakich powod&#243;w nast&#261;pi&#322;y aresztowania?

Trzy z powodu nieodpowiedniego zachowania w miejscu publicznym, dwa  drobnej kradzie&#380;y, dwadzie&#347;cia dwa  zak&#322;&#243;cenia porz&#261;dku publicznego.

Wygl&#261;da na to  rzuci&#322; oschle Sandaleros  &#380;e Bezsenni to dosy&#263; praworz&#261;dna gromadka, pani Kassabian.

Tak.

W rzeczy samej, z tego, co nam pani tutaj powiedzia&#322;a, wynika, &#380;e najcz&#281;stsze przest&#281;pstwo Bezsennych to sam fakt ich istnienia, przez kt&#243;ry powoduj&#261; zak&#322;&#243;cenie porz&#261;dku publicznego.

Zg&#322;aszam sprzeciw  odezwa&#322; si&#281; Hossack.

Sprzeciw podtrzymany. Panie Sandaleros, czy ma pan jeszcze jakie&#347; pytania odnosz&#261;ce si&#281; do uprzednich zezna&#324; &#347;wiadka?

A przecie&#380;  my&#347;la&#322;a Leisha  Deepford zezwoli&#322; na wprowadzenie tej siatk&#243;wkowej statystyki, kt&#243;ra wyra&#378;nie odbiega&#322;a od uprzednich zezna&#324; &#347;wiadka i mia&#322;a tylko marginalny zwi&#261;zek ze spraw&#261;.

Owszem, mam  rzuci&#322; ostro Sandaleros. Zmieni&#322;a si&#281; ca&#322;a jego postawa: wydawa&#322; si&#281; znacznie wy&#380;szy, niemal gro&#378;ny. Tak jak przedtem do &#322;awy przysi&#281;g&#322;ych, tak teraz podszed&#322; bli&#380;ej eksperta z laboratorium kryminalistycznego.  Pani Kassabian, czy osoby trzecie mog&#322;yby umie&#347;ci&#263; cudz&#261; odbitk&#281; w analizatorze siatk&#243;wkowym?

Nie. Tak samo jak nie mog&#322;yby, na przyk&#322;ad, umie&#347;ci&#263; pa&#324;skich odcisk&#243;w palc&#243;w na pistolecie, je&#347;liby pana przy tym nie by&#322;o.

Ale osoby trzecie mog&#322;yby pod&#322;o&#380;y&#263; pistolet z moimi odciskami palc&#243;w. Czy analizator z zarejestrowanymi wcze&#347;niej odbitkami nie m&#243;g&#322;by zosta&#263; pod&#322;o&#380;ony tak samo? Czy mo&#380;liwe by&#322;oby ukrycie tego faktu, je&#347;li dokonuj&#261;ca tego osoba trzyma&#322;a twarz w odpowiednim oddaleniu?

Tylko wtedy, kiedy zajmowa&#322;by si&#281; tym kto&#347; o ogromnej wiedzy technicznej i do&#347;wiadczeniu  odpowiedzia&#322;a z widoczn&#261; niech&#281;ci&#261;.  Jaka&#347; bardzo niezwyk&#322;a osoba

Je&#347;li Wysoki S&#261;d zezwoli  wtr&#261;ci&#322; &#380;ywo Sandaleros  chcia&#322;bym tutaj przypomnie&#263; ten fragment zezna&#324;, w kt&#243;rym pani Kassabian omawia&#322;a kwalifikacje osoby, kt&#243;ra manipulowa&#322;a przy deflektorach os&#322;onowych skutera.

Rejestrator, prosz&#281; znale&#378;&#263; i odczyta&#263;  poleci&#322; Deepford. Po chwili komputer zacz&#261;&#322; czyta&#263;:

Pan Hossack: Tak wi&#281;c do przygotowania tego rodzaju uszkodzenia potrzebna by by&#322;a bardzo wyrafinowana, a nawet niezwyk&#322;a inteligencja? Doktor Kassabian: Tak. Pan Hossack: Bardzo niezwyk&#322;a osoba czy nawet grupa os&#243;b? Doktor Kassabian: Tak. Pan Hossack: A teraz

To wystarczy  oznajmi&#322; Sandaleros.  Zatem mamy tutaj do czynienia z kim&#347;, kto jest w stanie manipulowa&#263; przy odbiornikach energii Y, a zatem musi to by&#263;, wed&#322;ug pani s&#322;&#243;w, osoba zdolna podmieni&#263; zamontowany na skuterze doktora Herlingera analizator na za&#322;adowany wcze&#347;niej.

Nie powiedzia&#322;am wcale

Czy taki scenariusz wydarze&#324; wydaje si&#281; pani mo&#380;liwy?

Musia&#322;oby to

Prosz&#281; odpowiedzie&#263; na pytanie. Czy to mo&#380;liwe?

Ellen Kassabian wci&#261;gn&#281;&#322;a g&#322;&#281;boko powietrze. &#346;ci&#261;gn&#281;&#322;a brwi; najwyra&#378;niej mia&#322;a ochot&#281; rozerwa&#263; Sandalerosa na strz&#281;py. W ko&#324;cu wykrztusi&#322;a:

Tak, to mo&#380;liwe.

Nie mam wi&#281;cej pyta&#324;.



* * *


Leisha podesz&#322;a do okna w swojej bibliotece i wyjrza&#322;a na zewn&#261;trz, na nocne &#347;wiat&#322;a Chicago. Rozpraw&#281; odroczono na weekend, pojecha&#322;a wi&#281;c do domu, bo nie by&#322;a w stanie znosi&#263; motelu w Conewango d&#322;u&#380;ej ni&#380; to konieczne. W mieszkaniu by&#322;o bardzo cicho i pusto. W ci&#261;gu zesz&#322;ego tygodnia Kevin wywi&#243;z&#322; swoje meble i obrazy.

Wr&#243;ci&#322;a do terminalu. Wiadomo&#347;&#263; na ekranie nie zmieni&#322;a si&#281;: Sie&#263; Azylu. Odmowa dost&#281;pu.

Z pomini&#281;ciem has&#322;a, identyfikacja g&#322;osowa i siatk&#243;wkowa, polecenie jak poprzednio.

Odmowa dost&#281;pu.

Sie&#263; Azylu, kt&#243;ra zawsze pozostawa&#322;a otwarta dla ka&#380;dego Bezsennego na ca&#322;ym &#347;wiecie, nie chce jej przyj&#261;&#263; nawet w trybie zaw&#281;&#380;onej identyfikacji. Ale to tylko pozory. Leisha wiedzia&#322;a, &#380;e Jennifer chce, aby Leisha przekona&#322;a si&#281; o czym&#347; jeszcze poza samym tylko faktem wykluczenia jej z grupy.

Rozmowa prywatna, pilne, do Jennifer Sharifi, z pomini&#281;ciem has&#322;a, identyfikacja siatk&#243;wkowo-g&#322;osowa.

Odmowa dost&#281;pu.

Rozmowa prywatna, pilna, do Richarda Kellera, z pomini&#281;ciem has&#322;a, identyfikacja siatk&#243;wkowo-g&#322;osowa.

Odmowa dost&#281;pu.

Musia&#322;a pomy&#347;le&#263;. Czu&#322;a ci&#281;&#380;ar wok&#243;&#322; czaszki, jakby znajdowa&#322;a si&#281; g&#322;&#281;boko pod wod&#261;. Naj&#347;wie&#380;szy wazon kwiat&#243;w z nieustaj&#261;cej dostawy Alice nape&#322;nia&#322; powietrze przykr&#261; s&#322;odycz&#261;.

Rozmowa prywatna, pilna, z Tonym Indivino, z pomini&#281;ciem has&#322;a, identyfikacja g&#322;osowo-siatk&#243;wkowa.

Na ekranie ukaza&#322;a si&#281; twarz Cassie Blumenthal z Rady Azylu.

Leisho, m&#243;wi&#281; do ciebie w imieniu Jennifer, bez wzgl&#281;du na to, kiedy zdo&#322;asz dotrze&#263; do tego zapisu. Rada Azylu przeg&#322;osowa&#322;a przyj&#281;cie &#347;lubowania lojalno&#347;ci. Ci, kt&#243;rzy go nie z&#322;o&#380;yli, nie maj&#261; odt&#261;d dost&#281;pu do sieci Azylu, do samego Azylu, ani te&#380; do uk&#322;ad&#243;w handlowych ze wszystkimi, kt&#243;rzy &#347;lubowanie to z&#322;o&#380;yli. St&#261;d w&#322;a&#347;nie zosta&#322;a&#347; pozbawiona takiego dost&#281;pu na trwa&#322;e i nieodwo&#322;alnie. Jennifer prosi&#322;a mnie tak&#380;e, abym ci przekaza&#322;a, &#380;eby&#347; ponownie przeczyta&#322;a przem&#243;wienie Abrahama Lincolna na konwencie Republikan&#243;w w Illinois w czerwcu 1858 roku, oraz &#380;e nauki p&#322;yn&#261;ce z historii nie trac&#261; na wa&#380;no&#347;ci tylko dlatego, &#380;e Kenzo Yagai tak rozdmucha&#322; poj&#281;cie indywidualnych osi&#261;gni&#281;&#263;, &#380;e przes&#322;oni&#322;o zupe&#322;nie walory spo&#322;eczno&#347;ci. Z pocz&#261;tkiem przysz&#322;ego miesi&#261;ca wszyscy, kt&#243;rzy z&#322;o&#380;yli &#347;lubowanie, zaczn&#261; si&#281; wycofywa&#263; ze stosunk&#243;w handlowych z tob&#261;, z Camden Enterprises ze wszelkimi jego odga&#322;&#281;zieniami oraz ze wszystkimi bezpo&#347;rednimi i po&#347;rednimi holdingami nale&#380;&#261;cymi do Kevina Bakera, nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c sieci Grupy, je&#347;li i on b&#281;dzie si&#281; przeciwstawia&#322; solidarno&#347;ci wzgl&#281;dem naszej spo&#322;eczno&#347;ci. To wszystko.

Ekran pociemnia&#322;.

Leisha przez chwil&#281; siedzia&#322;a zupe&#322;nie nieruchomo.

Odnalaz&#322;a w danych bibliotecznych tamto przem&#243;wienie Lincolna. Po ekranie zacz&#281;&#322;y przewija&#263; si&#281; s&#322;owa, monotonnie odczytywane przez lektora, ale i jedno, i drugie nie by&#322;o jej potrzebne  ju&#380; przy pierwszych s&#322;owach u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e wie doskonale, kt&#243;ra to przemowa. Lincoln, kt&#243;ry zdo&#322;a&#322; d&#378;wign&#261;&#263; sw&#261; kancelari&#281; z d&#322;ug&#243;w i przezwyci&#281;&#380;y&#263; w&#322;asne rozczarowania, zgodzi&#322; si&#281; startowa&#263; z ramienia partii republika&#324;skiej w wyborach do Kongresu, przeciwko kandydaturze Stephena Douglasa, autora b&#322;yskotliwego pomys&#322;u, by wszystkie stany mog&#322;y mie&#263; mo&#380;liwo&#347;&#263; samodzielnego zaakceptowania lub odrzucenia niewolnictwa. Lincoln zwr&#243;ci&#322; si&#281; w te s&#322;owa do burzliwie sk&#322;&#243;conego konwentu:

Dom, w kt&#243;rym toczy si&#281; wewn&#281;trzna walka, nie ostoi si&#281;.

Leisha wy&#322;&#261;czy&#322;a terminal. Przesz&#322;a do pokoju, kt&#243;rego ona i Kevin u&#380;ywali w niecz&#281;stych chwilach mi&#322;o&#347;ci. Zabra&#322; ze sob&#261; &#322;&#243;&#380;ko. Po&#322;o&#380;y&#322;a si&#281; na pod&#322;odze, r&#281;ce przyciskaj&#261;c do bok&#243;w i g&#322;&#281;boko oddychaj&#261;c.

Rozmy&#347;la&#322;a nad tym, ile jeszcze pozosta&#322;o jej do stracenia.



* * *


Jennifer sta&#322;a naprzeciw Willa Sandalerosa, za ochronnym polem si&#322;owym, kt&#243;re po&#322;yskiwa&#322;o leciutko, rozmi&#281;kczaj&#261;c nieco ostr&#261; lini&#281; jego genomodyfikowanej szcz&#281;ki. M&#243;wi&#322;a:

Z uszkodzeniem skutera &#322;&#261;cz&#261; mnie tylko dowody po&#347;rednie. Czy przysi&#281;gli s&#261; na tyle bystrzy, &#380;eby to dostrzec?

Nie chcia&#322; jej ok&#322;amywa&#263;.

To &#346;pi&#261;cy

Nast&#261;pi&#322;a d&#322;uga chwila ciszy.

Jennifer, czy ty co&#347; jadasz? Nie wygl&#261;dasz najlepiej.

Poczu&#322;a si&#281; szczerze zaskoczona. On ci&#261;gle jeszcze my&#347;la&#322;, &#380;e to wszystko ma jakie&#347; znaczenie  jak wygl&#261;da, czy jada. W &#347;lad za zaskoczeniem pojawi&#322;o si&#281; niezadowolenie. S&#261;dzi&#322;a, &#380;e wzni&#243;s&#322; si&#281; ju&#380; ponad tego rodzaju sentymentalizm. Takim go przecie&#380; potrzebowa&#322;a  powinien rozumie&#263;, &#380;e w obliczu zadania, jakie przed ni&#261; stoi i do jakiego potrzebowa&#322;a jego pomocy, takie drobiazgi s&#261; zupe&#322;nie bez znaczenia. A po c&#243;&#380; innego &#263;wiczy&#322;a si&#281; w autodyscyplinie, je&#347;li nie po to, by mog&#322;a teraz ignorowa&#263; fakty  jak wygl&#261;da i jak si&#281; czuje. Przez wzgl&#261;d na to, co jest prawdziwie wa&#380;ne  na Azyl. Znalaz&#322;a si&#281; teraz w punkcie, gdzie nic poza tym si&#281; nie liczy, a stoczy&#322;a przecie&#380; ci&#281;&#380;k&#261; bitw&#281;, &#380;eby si&#281; tam znale&#378;&#263;. Obr&#243;ci&#322;a swoje wi&#281;zienie, izolacj&#281;, rozdzielenie od dzieci i sw&#243;j osobisty wstyd w drogi, kt&#243;re powiod&#322;y j&#261; do punktu, gdzie zatriumfowa&#322;a jej wola i zdolno&#347;ci. S&#261;dzi&#322;a, &#380;e Will Sandaleros potrafi to dostrzec. On sam musi przej&#347;&#263; t&#281; sam&#261; drog&#281;  musi to zrobi&#263;, bo ona potrzebuje go na drugim jej kra&#324;cu.

Ale nie mo&#380;e zbytnio go pop&#281;dza&#263;. Ten b&#322;&#261;d pope&#322;ni&#322;a ju&#380; z Richardem. My&#347;la&#322;a, &#380;e Richard podr&#243;&#380;uje u jej boku, zwinnie i czysto, a on zamiast tego chwia&#322; si&#281; i nie zauwa&#380;y&#322;a, kiedy si&#281; za&#322;ama&#322;. Wina le&#380;a&#322;a ca&#322;kowicie po jej stronie, bo przecie&#380; powinna by&#322;a dostrzec, &#380;e on si&#281; chwieje.

Richard nadal czu&#322; przywi&#261;zanie do zewn&#281;trza w spos&#243;b, kt&#243;ry umkn&#261;&#322; jej uwadze  do przestarza&#322;ych idea&#322;&#243;w i pewnie jeszcze wci&#261;&#380; do Leishy Camden. Nie czu&#322;a zazdro&#347;ci, kiedy to sobie u&#347;wiadomi&#322;a. Richard po prostu nie by&#322; do&#347;&#263; silny, to wszystko. Willowi Sandalerosowi, wychowanemu w Azylu i Azylowi zawdzi&#281;czaj&#261;cemu wszystko, nie zabraknie si&#322;. Jennifer sprawi, &#380;e nie zabraknie mu si&#322;. Ale nie przedwcze&#347;nie.

Wszystko w porz&#261;dku  odrzek&#322;a w ko&#324;cu.  Masz dla mnie co&#347; jeszcze?

Zesz&#322;ej nocy Leisha pr&#243;bowa&#322;a uzyska&#263; dost&#281;p do sieci.

Skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

To dobrze. A co z innymi na naszej li&#347;cie?

Mamy wszystkich opr&#243;cz Kevina Bakera. Wyprowadzi&#322; si&#281; z ich wsp&#243;lnego mieszkania.

Poczu&#322;a fal&#281; przyjemno&#347;ci.

Czy mo&#380;na sk&#322;oni&#263; go, &#380;eby z&#322;o&#380;y&#322; &#347;lubowanie?

Nie mam poj&#281;cia. A je&#347;li tak, to czy chcesz go mie&#263; w Azylu?

Nie. Na zewn&#261;trz.

Trudno go b&#281;dzie nadzorowa&#263; elektronicznie. Na lito&#347;&#263; bosk&#261;, Jennifer, przecie&#380; to on wynalaz&#322; wi&#281;kszo&#347;&#263; naszego sprz&#281;tu.

Wcale nie chc&#281; go nadzorowa&#263;. Nie post&#281;puje si&#281; w ten spos&#243;b z kim&#347; takim jak Kevin. Solidarno&#347;&#263; grupowa te&#380; nie pomo&#380;e. Zatrzymamy go przy sobie si&#322;&#261; interesu ekonomicznego i zgodnie z zasadami kontraktowej wymiany. We w&#322;asnym interesie skorzystamy z podstawowych za&#322;o&#380;e&#324; jagaizmu. I bez &#380;adnego nadzoru.

Sandaleros mia&#322; pe&#322;en w&#261;tpliwo&#347;ci wyraz twarzy, ale nie sprzeciwi&#322; si&#281;. To tak&#380;e b&#281;dzie musia&#322;a u niego wykszta&#322;ci&#263;: &#380;eby si&#281; jej przeciwstawia&#322;. Hartowane &#380;elazo jest mocniejsze od zwyk&#322;ego.

Kto jeszcze z zewn&#261;trz z&#322;o&#380;y&#322; &#347;lubowanie? Poda&#322; jej ca&#322;&#261; list&#281; nazwisk. S&#322;ucha&#322;a uwa&#380;nie, jednak tego, kt&#243;re pragn&#281;&#322;a us&#322;ysze&#263;, nie by&#322;o mi&#281;dzy nimi.

A Stella Bevington?

Nie.

Mamy czas.  Pochyli&#322;a g&#322;ow&#281;, a potem zada&#322;a to jedno, jedyne pytanie, na kt&#243;re pozwala&#322;a sobie tylko raz w ci&#261;gu ka&#380;dej wizyty. Opu&#347;ci&#322;a j&#261; ostatnia ze s&#322;abo&#347;ci.

A jak moje dzieci?

Dobrze. Najla

Uca&#322;uj je ode mnie. Ale jest jeszcze co&#347;, co musisz zacz&#261;&#263; w moim imieniu, Will. Niezmiernie wa&#380;ny krok naprz&#243;d. Mo&#380;e najwa&#380;niejszy z krok&#243;w, jakie kiedykolwiek podj&#281;to w Azylu.

Co to takiego?



* * *


Jordan zanikn&#261;&#322; za sob&#261; drzwi biura. Natychmiast urwa&#322;y si&#281; wszystkie d&#378;wi&#281;ki: &#322;omot maszyn na hali fabrycznej, muzyka rockowa, nawo&#322;uj&#261;ce si&#281; g&#322;osy i, co najwa&#380;niejsze, sprawozdanie z procesu Sharifi, transmitowane na dw&#243;ch ogromnych ekranach, kt&#243;re Hawke kaza&#322; specjalnie w tym celu zainstalowa&#263; na obu ko&#324;cach rozleg&#322;ej hali fabryki. Teraz wszystko ucich&#322;o. Jordan na w&#322;asny koszt zainstalowa&#322; sobie w biurze d&#378;wi&#281;koszczelne os&#322;ony.

Opar&#322; si&#281; o zamkni&#281;te drzwi, wdzi&#281;czny za chwil&#281; ciszy. Zadzwoni&#322; wideo telefon.

Jordan, jeste&#347; tam?  m&#243;wi&#322;a Mayleen ze swej stra&#380;niczej budki.  Jakie&#347; k&#322;opoty w Budynku Trzecim, nigdzie nie mog&#281; znale&#378;&#263; pana Hawkea, lepiej tam id&#378;.

Jakie k&#322;opoty?

Chyba jaka&#347; b&#243;jka. Kamera tam nie jest najlepiej ustawiona. Kto&#347; powinien si&#281; jej przyjrze&#263;, chyba &#380;e j&#261; wpierw rozbij&#261;.

Id&#281;  rzuci&#322; Jordan, gwa&#322;townie otwieraj&#261;c drzwi.

No to ja jej m&#243;wi&#281; Podaj mi pi&#261;tk&#281; Najnowsze zeznania zdaj&#261; si&#281; ujawnia&#263; pewne w&#261;tpliwo&#347;ci ze strony doktora Adama Walcotta, domniemanej ofiary spisku Azylu Przeta&#324;czy&#263; z tob&#261; chc&#281; ca&#322;&#261; nooooc Zesz&#322;ej nocy niezidentyfikowani sprawcy dokonali brutalnej napa&#347;ci na siedzib&#281; nale&#380;&#261;cej do Bezsennych firmy Carver Daughter

Kiedy b&#281;d&#281; mia&#322; wakacje  my&#347;la&#322; Jordan  chcia&#322;bym je sp&#281;dzi&#263; w jakim&#347; cichym, pustym i bezludnym miejscu. Sam.

Przebieg&#322; g&#322;&#243;wny budynek, potem w&#261;sk&#261; przestrze&#324; mi&#281;dzy zabudowaniami, zwan&#261; przez miejscowych placem, i pop&#281;dzi&#322; w kierunku niskich zabudowa&#324; pomocniczych, gdzie sprawdzano i sk&#322;adowano cz&#281;&#347;ci oraz gotowe skutery i gdzie dokonywano napraw sprz&#281;tu. Budynek Trzeci to by&#322;a Kontrola Odbioru  na p&#243;&#322; magazyn, na p&#243;&#322; sortownia, gdzie nadsy&#322;ane cz&#281;&#347;ci do skuter&#243;w rozdzielano na sprawne i uszkodzone. Bardzo wiele by&#322;o uszkodzonych. Po pod&#322;odze wala&#322;y si&#281; fragmenty piankowych opakowa&#324;. Z ty&#322;u, mi&#281;dzy wysokimi rega&#322;ami, krzyczeli jacy&#347; ludzie. Kiedy Jordan bieg&#322; w tamtym kierunku, jedna z dwuip&#243;&#322;metrowych p&#243;&#322;ek run&#281;&#322;a na ziemi&#281;, rozsypuj&#261;c dooko&#322;a cz&#281;&#347;ci jak od&#322;amki granatu. Krzykn&#281;&#322;a jaka&#347; kobieta.

Zak&#322;adowa s&#322;u&#380;ba bezpiecze&#324;stwa by&#322;a ju&#380; na miejscu. Dw&#243;ch krzepkich mundurowych przytrzymywa&#322;o jakiego&#347; m&#281;&#380;czyzn&#281; i jak&#261;&#347; kobiet&#281;  oboje wyrywali si&#281; i wrzeszczeli. Stra&#380;nicy nie bardzo wiedzieli, jak maj&#261; si&#281; zachowa&#263;, bo b&#243;jki mi&#281;dzy pracownikami &#346;pi-My zdarza&#322;y si&#281; niezmiernie rzadko. Na pod&#322;odze siedzia&#322; jeszcze jeden m&#281;&#380;czyzna; j&#281;cza&#322; i trzyma&#322; si&#281; za g&#322;ow&#281;. Za nim le&#380;a&#322;a na ziemi jaka&#347; pot&#281;&#380;na posta&#263; w ubraniu przesi&#261;kni&#281;tym krwi&#261;.

Co tu si&#281;, do cholery, dzieje?!  zapyta&#322; ostro Jordan.  Kto tam jest, Joey?

To Bezsenny!  wrzasn&#281;&#322;a kobieta, pr&#243;buj&#261;c kopn&#261;&#263; le&#380;&#261;cego olbrzyma. Stra&#380;nik szarpn&#261;&#322; j&#261; w ty&#322;. Pot&#281;&#380;na, zakrwawiona posta&#263; poruszy&#322;a si&#281; nieznacznie.

Joey?! Bezsenny?!  zdumia&#322; si&#281; Jordan.

Przekroczy&#322; siedz&#261;cego na ziemi m&#281;&#380;czyzn&#281; i przewr&#243;ci&#322; olbrzyma na plecy. Przypomina&#322;o to odwracanie wyrzuconego na pla&#380;&#281; wieloryba. Joey  nie mia&#322; nazwiska  wa&#380;y&#322; ponad sto dwadzie&#347;cia kilo i mia&#322; prawie dwa metry wzrostu. By&#322; umys&#322;owo niedorozwini&#281;ty, ale nieprawdopodobnie wprost silny. Hawke pozwoli&#322; mu mieszka&#263;, pracowa&#263; i &#380;ywi&#263; si&#281; przy fabryce. Joey nosi&#322; skrzynie i wykonywa&#322; r&#243;&#380;ne prace fizyczne, w innych fabrykach dawno ju&#380; zautomatyzowane. Hawke powiedzia&#322; kiedy&#347;, &#380;e Joey pracuje bez znu&#380;enia jak prawdziwy robot i &#380;e jest przyk&#322;adowym wr&#281;cz cz&#322;onkiem klasy, kt&#243;r&#261; Ruch &#346;pi-My usi&#322;uje wyd&#378;wign&#261;&#263; ze stanu zale&#380;no&#347;ci i poni&#380;enia. Jordana uderzy&#322;a wtedy nag&#322;a my&#347;l, &#380;e Joey jest w tej chwili tak zale&#380;ny od Hawkea, jak nigdy nie by&#322;by od opieki spo&#322;ecznej i &#380;e wobec okrutnych &#380;art&#243;w swych koleg&#243;w z pracy mo&#380;e si&#281; czu&#263; znacznie bardziej poni&#380;ony ni&#380; w pa&#324;stwowym domu opieki. Tego rodzaju refleksje zatrzymywa&#322; jednak Jordan dla siebie. Joey czu&#322; si&#281; szcz&#281;&#347;liwy i by&#322; niewolniczo wprost wdzi&#281;czny Hawkeowi.

To Bezsenny!  sykn&#281;&#322;a z nienawi&#347;ci&#261; kobieta.  Nie ma tu miejsca dla takich jak on!

Joey Bezsennym? To nie mia&#322;o sensu. Jordan zwr&#243;ci&#322; si&#281; zimno do m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ry nadal wyrywa&#322; si&#281; z u&#347;cisku stra&#380;nika:

Jenkins, stra&#380;nik zaraz ci&#281; pu&#347;ci, ale je&#347;li zrobisz cho&#263; krok w stron&#281; Joeya, zanim wszystkiego nie wyja&#347;ni&#281;, jeste&#347; tu sko&#324;czony. Zrozumiano?  Jenkins skin&#261;&#322; ponuro g&#322;ow&#261;. Jordan zwr&#243;ci&#322; si&#281; teraz do stra&#380;nika.  Zameldujcie Mayleen, &#380;e sprawa za&#322;atwiona. Powiedzcie, &#380;eby wezwa&#322;a karetk&#281; dla dw&#243;ch pacjent&#243;w. A teraz, Jenkins, m&#243;w, co tu si&#281; dzia&#322;o.

Ten gnojek to Bezsenny  powiedzia&#322; Jenkins.  Nie chcemy tu &#380;adnych

Dlaczego uwa&#380;asz, &#380;e to Bezsenny?

Bo go &#347;ledzili&#347;my  odpar&#322; Jenkins.  Turner, Holly i ja. On nigdy nie &#347;pi. Nigdy.

Szpieguje nas!  wrzasn&#281;&#322;a kobieta.  To pewnie szpieg Azylu i tej suki Sharifi!

Jordan odwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej plecami. Przykl&#281;kn&#261;&#322; i zajrza&#322; w zalan&#261; krwi&#261; twarz Joeya. Zamkni&#281;te powieki olbrzyma dr&#380;a&#322;y lekko i Jordan nagle zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e Joey tylko udaje nieprzytomnego. Olbrzym mia&#322; na sobie najta&#324;sze ubranie z w&#322;&#243;kien sztucznych, teraz ca&#322;e w strz&#281;pach. Ze swymi nie strzy&#380;onymi w&#322;osami i brod&#261;, z zapachem nie mytego cia&#322;a, z pot&#281;&#380;nym cielskiem umazanym krwi&#261; przypomina&#322; Jordanowi zaszczute zwierz&#281;  zmaltretownego samca s&#322;onia lub okula&#322;ego bizona. Jordan nigdy dot&#261;d nie s&#322;ysza&#322; o niedorozwini&#281;tym umys&#322;owo Bezsennym, ale je&#347;li Joey by&#322; dostatecznie stary  a dla Jordana wygl&#261;da&#322; starzej ni&#380; sam Pan B&#243;g  to pewnie zmodyfikowano mu tylko geny zwi&#261;zane z potrzeb&#261; snu, nie sprawdziwszy ca&#322;ej reszty. A je&#380;eli naturalny iloraz inteligencji mia&#322; bardzo niski Ale sk&#261;d wzi&#261;&#322; si&#281; tutaj? Bezsenni przecie&#380; bardzo dbali o swoich.

Jordan zas&#322;oni&#322; sob&#261; twarz Joeya od reszty. G&#322;upie babsko dalej wykrzykiwa&#322;o co&#347; o szpiegach i sabota&#380;u. Jordan zapyta&#322; &#322;agodnie:

Joey, czy jeste&#347; Bezsennym?

Oblepione brudem powieki zatrzepota&#322;y rozpaczliwie.

Joey, odpowiedz. Natychmiast. Czy jeste&#347; Bezsennym?

Joey otworzy&#322; oczy. Zawsze by&#322; pos&#322;uszny bezpo&#347;rednim rozkazom. Po brudnych, zakrwawionych policzkach pociek&#322;y &#322;zy.

Panie Watrous Niech pan nic nie m&#243;wi panu Hawke! Ja pana tak prosz&#281;, niech pan nic nie m&#243;wi panu Hawke!

Jordan poczu&#322; piek&#261;cy &#380;al. Wsta&#322;. Ku jego zdumieniu Joey tak&#380;e d&#378;wign&#261;&#322; si&#281; chwiejnie na nogi, opieraj&#261;c si&#281; o p&#243;&#322;k&#281;, kt&#243;ra zachwia&#322;a si&#281; niebezpiecznie. Joey kurczy&#322; si&#281; tu&#380; przy Jordanie, owiewaj&#261;c go swoim zapachem. By&#322; przera&#380;ony. Ba&#322; si&#281; Jenkinsa, wpatrzonego ponuro w pod&#322;og&#281;, j&#281;cz&#261;cego, zakrwawionego Turnera i obrzydliwie pyskatej Holly, kt&#243;ra wa&#380;y&#322;a raptem z pi&#281;&#263;dziesi&#261;t kilo.

Zamknij si&#281;  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do niej Jordan.  Campbell, zosta&#324; z Turnerem, dop&#243;ki nie pojawi si&#281; karetka. Jenkins, ty i ona macie tu posprz&#261;ta&#263; i niech kto&#347; z sekcji sz&#243;stej sprawdzi, czy nie ma zak&#322;&#243;ce&#324; w dostawie cz&#281;&#347;ci na ta&#347;m&#281; monta&#380;ow&#261;. Oboje macie si&#281; zg&#322;osi&#263; do biura Hawkea jeszcze dzi&#347; po po&#322;udniu. Joey, id&#378; z Campbellem i Turnerem do ambulansu.

Nieee  zaskowycza&#322; Joey. Z&#322;apa&#322; kurczowo za rami&#281; Jordana. Na zewn&#261;trz wy&#322;a syrena karetki.

Dobra  rzuci&#322; ostro Jordan.  W porz&#261;dku, Joey. Ka&#380;&#281; im zbada&#263; ci&#281; tutaj.

Rany Joeya okaza&#322;y si&#281; powierzchowne  wi&#281;cej krwi ni&#380; szkody. Kiedy lekarze sko&#324;czyli badanie, Jordan powi&#243;d&#322; go dooko&#322;a g&#322;&#243;wnego budynku i bocznymi drzwiami wprowadzi&#322; do swego biura, przez ca&#322;y czas nie przestaj&#261;c si&#281; dziwi&#263;: Joey Bezsennym? Niewyszkolony, brudny, przera&#380;ony i g&#322;upi Joey?

D&#378;wi&#281;koszczelne drzwi wyt&#322;umi&#322;y wszystkie d&#378;wi&#281;ki.

A teraz powiedz mi, Joey: jak si&#281; dosta&#322;e&#347; do tej fabryki?

Na piechot&#281;.

Mnie chodzi o to, dlaczego. Dlaczego przyszed&#322;e&#347; do fabryki &#346;pi-My?

Nie wiem.

Kto&#347; ci kaza&#322; tu przyj&#347;&#263;?

Pan Hawke. Och, panie Watrous, niech pan nic nie m&#243;wi panu Hawke! Ja tak pana prosz&#281;, niech pan nic nie m&#243;wi panu Hawke!

Nie b&#243;j si&#281;, Joey. Pos&#322;uchaj mnie uwa&#380;nie. Gdzie mieszka&#322;e&#347;, zanim pan Hawke kaza&#322; ci tu przyj&#347;&#263;?

Nie wiem!

Ale

Nie wiem!

Jordan nie przestawa&#322; wypytywa&#263;, &#322;agodnie i uparcie, ale Joey naprawd&#281; nic nie wiedzia&#322;. Ani gdzie si&#281; urodzi&#322;, ani co si&#281; sta&#322;o z jego rodzicami, ani ile ma lat. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e pami&#281;ta jedynie  bo ci&#261;gle to powtarza&#322;  &#380;e pani Cheever kaza&#322;a mu nie m&#243;wi&#263; nikomu, &#380;e jest Bezsennym, bo inaczej ludzie zrobi&#261; mu krzywd&#281;. W nocy powinien p&#243;j&#347;&#263; w odosobnione miejsce i si&#281; po&#322;o&#380;y&#263;. Joey wype&#322;nia&#322; wiernie ten rozkaz, bo tak powiedzia&#322;a mu pani Cheever. Kim by&#322;a pani Cheever, dlaczego okazywa&#322;a mu tyle dobroci i co si&#281; z ni&#261; w ko&#324;cu sta&#322;o, tego Joey ju&#380; nie pami&#281;ta&#322;.

Joey, czy

Niech pan nic nie m&#243;wi panu Hawke!

Na ekranie wideotelefonu pojawi&#322;a si&#281; twarz Mayleen.

Jordan, w&#322;a&#347;nie przyjecha&#322; pan Hawke. Holly Newman powiedzia&#322;a mi, co si&#281; sta&#322;o.  Zerkn&#281;&#322;a ciekawie na Joeya.  To on ma by&#263; Bezsenny?

Nie zaczynaj, Mayleen!

Cholera, przecie&#380; nic takiego

Wraz z fal&#261; d&#378;wi&#281;k&#243;w wtoczy&#322; si&#281; do biura Hawke. Natychmiast ca&#322;e pomieszczenie przesz&#322;o w jego w&#322;adanie. Wype&#322;ni&#322; je swoj&#261; obecno&#347;ci&#261;, niemal tak samo wielki jak Joey, lecz o tyle bardziej w&#322;adczy, &#380;e Jordan, kt&#243;ry s&#261;dzi&#322;, i&#380; zdo&#322;a&#322; si&#281; ju&#380; z nim oswoi&#263;, jeszcze raz poczu&#322;, jak kurczy si&#281; w pozbawiony znaczenia drobiazg.

Campbell opowiedzia&#322; mi, co si&#281; sta&#322;o. Joey jest Bezsennym?

Eheeeeee  j&#281;kn&#261;&#322; Joey. Zakry&#322; twarz r&#281;koma. Jego palce przypomina&#322;y krwawe banany.

Jordan spodziewa&#322; si&#281;, &#380;e Hawke natychmiast zrozumie sw&#243;j b&#322;&#261;d i jako&#347; wszystkiemu zaradzi. Hawke radzi&#322; sobie z lud&#378;mi. Ale zamiast tego Hawke gapi&#322; si&#281; w milczeniu na Joeya, nieznacznie u&#347;miechni&#281;ty, nie rozbawiony, lecz dziwnie zadowolony, jakby co&#347; w Joeyu napawa&#322;o go satysfakcj&#261;, kt&#243;rej nie by&#322;o potrzeby kry&#263;.

Panie Hawke, cz-czy jja m m musz&#281; sobbie i&#347;&#263;?

Nie, dlaczego? Oczywi&#347;cie, &#380;e nie, Joey  odpar&#322; Hawke.  Mo&#380;esz tu zosta&#263;, je&#347;li tylko chcesz.

Na twarz Joeya wpe&#322;za&#322; groteskowy wyraz nadziei.

M mimo &#380;e nnigdy nnie &#347;pi&#281;?

Mimo &#380;e jeste&#347; Bezsennym  zgodzi&#322; si&#281; g&#322;adko Hawke, nadal u&#347;miechni&#281;ty.  Mo&#380;esz nam si&#281; tutaj przyda&#263;.

Joey podszed&#322; chwiejnie do Hawkea i pad&#322; przed nim na kolana. Obj&#261;&#322; go ramionami, przycisn&#261;&#322; twarz do jego brzucha i &#322;ka&#322;. Hawke nadal wpatrywa&#322; si&#281; w Joeya, nieznacznie si&#281; u&#347;miechaj&#261;c.

Jordanowi zrobi&#322;o si&#281; niedobrze.

Hawke, on tu nie mo&#380;e zosta&#263;. Dobrze wiesz. Nie mo&#380;e.

Hawke pog&#322;adzi&#322; brudne w&#322;osy Joeya.

Joey, wyjd&#378; z mojego biura  rzuci&#322; szorstko Jordan.  To w ko&#324;cu ci&#261;gle jeszcze moje biuro. Wyjd&#378;. Id&#378;  Nie m&#243;g&#322; pos&#322;a&#263; Joeya na teren zak&#322;adu, bo wie&#347;&#263; musia&#322;a si&#281; ju&#380; rozej&#347;&#263; w&#347;r&#243;d wszystkich robotnik&#243;w. Biuro Hawkea by&#322;o zamkni&#281;te, a pos&#322;a&#263; go do kt&#243;rego&#347; z zabudowa&#324; pomocniczych by&#322;oby jeszcze gorzej. W ca&#322;ej fabryce &#346;pi-My nie by&#322;o miejsca, gdzie Joey by&#322;by bezpieczny

Przy&#347;lij go do mojej budki stra&#380;niczej  odezwa&#322;a si&#281; o Mayleen z ekranu. Jordan zupe&#322;nie zapomnia&#322;, &#380;e wideotelefon nadal dzia&#322;a.  Nikt mu tu nie dokuczy.

Zaskoczony, Jordan szybko rozpatrzy&#322; sytuacj&#281;. Mayleen mia&#322;a bro&#324;  ale nie, z pewno&#347;ci&#261; by tego nie zrobi&#322;a. Jakim&#347; sposobem wychwyci&#322; to w tonie jej g&#322;osu.

Id&#378; do budki Mayleen, Joey  rzuci&#322; Jordan tak autorytatywnym tonem, na jaki tylko potrafi&#322; si&#281; zdoby&#263;.  No, id&#378;! Joey ani drgn&#261;&#322;.

Id&#378;, Joey  powt&#243;rzy&#322; Hawke tym swoim rozbawionym g&#322;osem i Joey poszed&#322;.

Jordan stan&#261;&#322; twarz&#261; w twarz z szefem.

Zabij&#261; go, je&#347;li tu zostanie.

Tego nie mo&#380;esz wiedzie&#263; na pewno.

Ale wiem, tak samo jak ty. Wzbudzi&#322;e&#347; w nich tyle nienawi&#347;ci do Bezsennych  urwa&#322;. Wi&#281;c o to chodzi&#322;o w tym ca&#322;ym &#346;pi-My. Nie tylko o Kevina Bakera, Leish&#281; Camden czy Jennifer Sharifi, b&#322;yskotliwych ludzi u w&#322;adzy, kt&#243;rzy sami potrafi&#261; o siebie zadba&#263;, ale tak&#380;e o Bezimiennego Joeya, kt&#243;ry nie rozpozna&#322;by broni ekonomicznej, nawet gdyby si&#281; o ni&#261; potkn&#261;&#322;. A potkn&#261;&#322;by si&#281; z pewno&#347;ci&#261;.

Nie my&#347;l w ten spos&#243;b, Jordanie  odezwa&#322; si&#281; cicho Hawke.  Joey to anomalia. Drobna plamka w statystykach Bezsennych. W prawdziwej wojnie o sprawiedliwo&#347;&#263; Joey jest bez znaczenia.

Ale nie na tyle, &#380;eby&#347; m&#243;g&#322; go sobie odpu&#347;ci&#263;. Gdyby&#347; naprawd&#281; my&#347;la&#322;, &#380;e Joey jest bez znaczenia, odes&#322;a&#322;by&#347; go st&#261;d w jakie&#347; bezpieczne miejsce. Oni go tu zabij&#261;, a ty im na to pozwolisz, bo to jeszcze jeden spos&#243;b na to, &#380;eby poczu&#263; dreszczyk triumfu ze zwyci&#281;stwa nad Bezsennymi, nieprawda&#380;?

Hawke przysiad&#322; na biurku Jordana zamaszystym, swobodnym ruchem, kt&#243;ry Jordan widywa&#322; ju&#380; setki razy. A mo&#380;e tysi&#261;ce, je&#347;li doliczy&#263; wszystkie sny, w kt&#243;rych Hawke nawiedza&#322; Jordana. Zwykle usadawia&#322; si&#281; tak swobodnie, by za chwil&#281; z przyjemno&#347;ci&#261; zacz&#261;&#263; czepia&#263; si&#281; argument&#243;w Jordana, z przyjemno&#347;ci&#261; burzy&#263; jego naiwne przekonania  co nie by&#322;o szczeg&#243;lnie trudne, bior&#261;c pod uwag&#281;, &#380;e umys&#322;owo&#347;&#263; Jordana nie mog&#322;a nawet marzy&#263; o zr&#243;wnaniu si&#281; z umys&#322;em Hawkea.

Ale nie tym razem.

Hawke zacz&#261;&#322; swobodnym tonem:

Przegapi&#322;e&#347; jeden kluczowy punkt, Jordy. Podstaw&#261; godno&#347;ci osobistej cz&#322;owieka jest prawo do indywidualnego wyboru. Joey sam wybra&#322;, &#380;e chce &#380;y&#263; tutaj. Ka&#380;dy propagator idei godno&#347;ci osobistej cz&#322;owieka  od Kenzo Yagai, przez Abrahama Lincolna, a&#380; do samego Eurypidesa  twierdzi&#322;, &#380;e indywidualny wyb&#243;r cz&#322;owieka musi zast&#261;pi&#263; presj&#281; spo&#322;eczn&#261;. Sam Lincoln powiedzia&#322;  wiem, twoja wspania&#322;a ciocia Leisha przytoczy&#322;aby pewnie stosowny cytat  m&#243;wi&#261;c na temat zagro&#380;e&#324; dla wyzwolonych niewolnik&#243;w

Odchodz&#281;  rzuci&#322; Jordan.

Hawke u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

No, Jordy, przecie&#380; ju&#380; raz to przerabiali&#347;my. I z jakim efektem?

Jordan wyszed&#322;. Hawke pozwoli&#322;by zgin&#261;&#263; i jemu, cho&#263; w inny spos&#243;b. W&#322;a&#347;ciwie sam przyk&#322;ada&#322; do tego r&#281;ki, przez ca&#322;y czas, a Jordan niczego nie dostrzega&#322;. A mo&#380;e to te&#380;  ca&#322;e to k&#322;ucie Jordim, zamiast Jordana  mo&#380;e to te&#380; nale&#380;a&#322;o do plan&#243;w Hawkea? Mo&#380;e Hawke chcia&#322;, &#380;eby Jordan odszed&#322;?

Z nim nigdy niczego nie mo&#380;na by&#263; pewnym.

Op&#322;yn&#281;&#322;a go fala fabrycznych ha&#322;as&#243;w. Na ogromnym ekranie na p&#243;&#322;nocnym ko&#324;cu hali pokazywano w&#322;a&#347;nie Azyl z lotu ptaka.

Fani gier militarystycznych ju&#380; od dawna zabawiaj&#261; si&#281; wymy&#347;laniem skutecznych atak&#243;w na ten, jak si&#281; powszechnie przypuszcza, nieprzenikniony Stuk, stuk, puk.

 Pooorozraaaabia&#263; z moim s&#322;ooonkiem

Jordan wyszed&#322; bocznymi drzwiami. Joey by&#322; od niego ci&#281;&#380;szy o jakie&#347; osiemdziesi&#261;t kilo, wi&#281;c w &#380;aden spos&#243;b nie da&#322;by rady zabra&#263; go st&#261;d si&#322;&#261;. A Joey nie da si&#281; przekona&#263; nikomu pr&#243;cz Hawkea. Nie mo&#380;e go tu jednak zostawi&#263;. Co robi&#263;?

W budce stra&#380;niczej zobaczy&#322;, &#380;e Joey le&#380;y oparty bezw&#322;adnie o jedyn&#261; nieprzezroczyst&#261; z plastykowych &#347;cian budki. Mayleen odci&#281;&#322;a po&#322;&#261;czenie z biurem Hawkea  musia&#322;a s&#322;ysze&#263; ca&#322;&#261; dyskusj&#281;.

Da&#322;am mu troch&#281; herbatki prababci.

Herbatki?

My, szczury rzeczne, znamy wiele rzeczy, o kt&#243;rych wy, ch&#322;opcy z Kalifornii, nie macie nawet co my&#347;le&#263;  odpar&#322;a Mayleen znu&#380;onym g&#322;osem.  Zabierz go st&#261;d, Jordan. Zawo&#322;a&#322;am Campbella. Pomo&#380;e ci wsadzi&#263; Joeya do samochodu, je&#347;li pan Hawke nie powie mu inaczej. I ruszaj si&#281;.

Dlaczego, Mayleen? Dlaczego pomagasz Bezsennemu? Mayleen wzruszy&#322;a ramionami. Potem rzuci&#322;a z uczuciem:

Cholera, sp&#243;jrz na niego! Nawet brudna pielucha mojej ma&#322;ej tak nie &#347;mierdzi. My&#347;lisz, &#380;e musz&#281; walczy&#263; z czym&#347; takim, &#380;eby co&#347; osi&#261;gn&#261;&#263; na tym tu &#347;wiecie? On mi nie staje na drodze i niewa&#380;ne, czy nie musi spa&#263;, nie musi je&#347;&#263; czy nawet oddycha&#263;!  Jej ton zn&#243;w si&#281; zmieni&#322;.  Nieszcz&#281;sny &#380;ebrak.

Jordan podprowadzi&#322; samoch&#243;d pod g&#322;&#243;wn&#261; bram&#281;. On, Mayleen i niczego nie podejrzewaj&#261;cy Campbell zawlekli tam Joeya. Przed odjazdem Jordan wytkn&#261;&#322; g&#322;ow&#281; przez okno.

Mayleen?

Co?  Zn&#243;w sta&#322;a si&#281; szorstka.

Jed&#378; ze mn&#261;. Przecie&#380; ju&#380; w to nie wierzysz.

Nie.

Ale przecie&#380; widzisz, &#380;e

To jest ca&#322;a moja nadzieja. Tu i teraz.

Wr&#243;ci&#322;a do swojej budki stra&#380;niczej i pochyli&#322;a si&#281; nad pulpitem aparatury do nadzoru. Jordan odjecha&#322;, a ca&#322;e tylne siedzenie samochodu zajmowa&#322; jego jeniec  uratowany Bezsenny. Jordan nie obejrza&#322; si&#281; nawet na fabryk&#281; &#346;pi-My. Tym razem ju&#380; nie. Tym razem nie wr&#243;ci.



14

W TRZECIM TYGODNIU ROZPRAWY, KIEDY RICHARD Keller zeznawa&#322; przeciwko swojej &#380;onie, lo&#380;a prasowa wybuchn&#281;&#322;a gor&#261;czkow&#261; aktywno&#347;ci&#261;. Fruwa&#322;y palce holo-artyst&#243;w, kolorowi dziennikarze szeptali p&#243;&#322;g&#322;osem notatki, jab&#322;ka wszystkich Adam&#243;w pracowa&#322;y bezg&#322;o&#347;nie. Na kilku twarzach Leisha dostrzeg&#322;a ma&#322;e, okrutne u&#347;mieszki ma&#322;ych, okrutnych ludzi, kt&#243;rzy przygl&#261;daj&#261; si&#281; cudzemu cierpieniu z przyjemno&#347;ci&#261;.

Richard mia&#322; na sobie czarny garnitur, a pod nim czarny obcis&#322;y kombinezon. Leisha przypomnia&#322;a sobie te wszystkie jasne kolory, kt&#243;re wprogramowywa&#322; w plakaty i okna wsz&#281;dzie, gdzie przysz&#322;o mu mieszka&#263;. Najcz&#281;&#347;ciej by&#322;y to kolory morza: zielenie, b&#322;&#281;kity, subtelne szaro&#347;ci i kremowa morska pianka. Richard siedzia&#322; zgarbiony na miejscu dla &#347;wiadka, d&#322;onie opar&#322; p&#322;asko na kolanach. &#346;wiat&#322;o sali rozpraw wyra&#378;nie o&#347;wietla&#322;o napi&#281;te do granic mo&#380;liwo&#347;ci rysy jego twarzy. Zobaczy&#322;a, &#380;e ma nier&#243;wne i niezbyt czyste paznokcie. I to jest ten Richard, kt&#243;rego pasj&#261; by&#322;o morze.

Kiedy po raz pierwszy zda&#322; pan sobie spraw&#281;, &#380;e pa&#324;ska &#380;ona ukrad&#322;a patenty doktora Walcotta i zg&#322;osi&#322;a je jako odkrycie Azylu?  pyta&#322; Hossack.

Sandaleros skoczy&#322; na r&#243;wne nogi.

Sprzeciw! Nigdzie  powtarzam: nigdzie!  nie istniej&#261; dowody na to, &#380;e zosta&#322;y one skradzione, ani te&#380; przez kogo!

Podtrzymuj&#281; sprzeciw  oznajmi&#322; s&#281;dzia. Spojrza&#322; twardo na Hossacka.  Sam pan powinien o tym wiedzie&#263;, panie Hossack.

Panie Keller, kiedy po raz pierwszy pa&#324;ska &#380;ona powiedzia&#322;a panu, &#380;e Azyl zg&#322;osi&#322; do patentu badania, kt&#243;re umo&#380;liwi&#261; &#346;pi&#261;cym zmian&#281; w Bezsennych?

Dwudziestego &#243;smego sierpnia, rano  odpar&#322; Richard jednostajnym g&#322;osem.

Sze&#347;&#263; tygodni od daty zg&#322;oszenia.

Tak.

Jak pan zareagowa&#322;?

Zapyta&#322;em j&#261;, kto w Azylu prowadzi&#322; takie badania  odpar&#322; Richard, z d&#322;o&#324;mi nadal przyci&#347;ni&#281;tymi p&#322;asko do kolan.

I co odpowiedzia&#322;a?

Powiedzia&#322;a mi Powiedzia&#322;a, &#380;e wzi&#281;li je z zewn&#261;trz i zarejestrowali z wsteczn&#261; dat&#261; w archiwum Biura Patentowego Stan&#243;w Zjednoczonych.

Sprzeciw! To dow&#243;d ze s&#322;yszenia!

Oddalam sprzeciw  oznajmi&#322; Deepford.

Innymi s&#322;owy, powiedzia&#322;a panu  ci&#261;gn&#261;&#322; Hossack  &#380;e ponosi odpowiedzialno&#347;&#263; nie tylko za kradzie&#380;, ale i naruszenie pa&#324;stwowego systemu komputerowego.

Tak. Tak w&#322;a&#347;nie mi powiedzia&#322;a.

Czy zapyta&#322; pan j&#261;, w jaki spos&#243;b dokonano domniemanej kradzie&#380;y?

Tak.

Prosz&#281; przytoczy&#263; s&#261;dowi, co odpowiedzia&#322;a.

Na to w&#322;a&#347;nie czeka&#322;a prasa, po to widzowie t&#322;oczyli si&#281; rami&#281; przy ramieniu  &#380;eby us&#322;ysze&#263;, jak ujawnia pot&#281;g&#281; Azylu kto&#347; z samego jej &#347;rodka, jak jeden z Bezsennych obna&#380;aj&#261;, obna&#380;aj&#261;c zarazem siebie samego. Leisha czu&#322;a smak tego napi&#281;cia. Miedziany, s&#322;onawy jak krew.

Wyja&#347;ni&#322;em ju&#380; kiedy&#347; Leishy Camden, &#380;e nie jestem ekspertem od sieci komputerowych. Nie wiem, jak tego dokonano. Nie pyta&#322;em. Tych kilka fakt&#243;w, kt&#243;re s&#261; mi znane, znale&#378;&#263; mo&#380;na na nagraniu moich zezna&#324; w departamencie sprawiedliwo&#347;ci USA. Je&#347;li chce pan o tym us&#322;ysze&#263;, prosz&#281; przes&#322;ucha&#263; ta&#347;m&#281;. Nie b&#281;d&#281; tego powtarza&#322;.

S&#281;dzia Deepford przechyli&#322; si&#281; bokiem przez swoj&#261; &#322;aw&#281;.

Panie Keller, zeznaje pan pod przysi&#281;g&#261;. Prosz&#281; odpowiedzie&#263; na pytanie.

Nie.

Je&#347;li pan nie odpowie  powiedzia&#322; s&#281;dzia tonem nie pozbawionym pewnej &#322;agodno&#347;ci  oskar&#380;&#281; pana o obraz&#281; s&#261;du.

Richard wybuchn&#261;&#322; &#347;miechem.

Obraz&#281;? Oskar&#380;&#261; mnie o obraz&#281;?

Przesta&#322; si&#281; &#347;mia&#263; i uni&#243;s&#322; r&#281;ce na wysoko&#347;&#263; ramion, jak og&#322;uszony bokser, a po chwili je opu&#347;ci&#322;. Zwisa&#322;y teraz bezw&#322;adnie po bokach. Bez wzgl&#281;du na to, co si&#281; do niego m&#243;wi&#322;o, nie odpowiada&#322;, tylko od czasu do czasu u&#347;miecha&#322; si&#281;, szepcz&#261;c: Obraza. W ko&#324;cu s&#281;dzia zarz&#261;dzi&#322; godzinn&#261; przerw&#281;.

Kiedy s&#261;d zebra&#322; si&#281; ponownie, Deepford wygl&#261;da&#322; na zm&#281;czonego. Wszyscy z wyj&#261;tkiem Willa Sandalerosa wygl&#261;dali na zm&#281;czonych.

&#262;wiartowanie cz&#322;owieka  pomy&#347;la&#322;a Leisha  to ci&#281;&#380;ka robota.

Will Sandaleros ca&#322;y wprost gorza&#322;.

Hossack pomacha&#322; &#347;wiadkowi przed oczyma wisiorkiem na z&#322;otym &#322;a&#324;cuszku.

Czy pan rozpoznaje ten przedmiot, panie Keller? Sk&#243;ra na twarzy Richarda zmarszczy&#322;a si&#281; jak stary p&#261;czek.

Tak.

Co to jest?

To mikrosi&#322;owy sterownik maj&#261;cy zwi&#261;zek z operowaniem polem Y w Azylu.

Przysi&#281;gli wpatrzyli si&#281; w wisiorek w r&#281;ku Hossacka. Kilkoro pochyli&#322;o si&#281; do przodu. Jeden potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Wisiorek mia&#322; kszta&#322;t &#322;ezki, a wykonany by&#322; z g&#322;adkiej, p&#243;&#322;przejrzystej substancji, zielonej jak wczesne jab&#322;ka. Wed&#322;ug zezna&#324; gburowatego parkingowego, znalaz&#322; on wisiorek w pobli&#380;u miejsca, gdzie zwykle doktor Herlinger parkowa&#322; sw&#243;j skuter, zaraz po tym, jak zobaczy&#322; wybiegaj&#261;c&#261; z bramy zamaskowan&#261; posta&#263; w r&#281;kawiczkach. Fotokom&#243;rka przy wyj&#347;ciu by&#322;a wy&#322;&#261;czona.

&#379;eby nie notowa&#322;a mnie za ka&#380;dym razem, kiedy wchodz&#281; i wychodz&#281;, wie pan.

Ta&#347;ma z urz&#261;dze&#324; nadzoruj&#261;cych potwierdzi&#322;a jego zeznania. Leisha i przedtem nie w&#261;tpi&#322;a w ich prawdziwo&#347;&#263;. D&#322;ugoletnie do&#347;wiadczenie nauczy&#322;o j&#261; rozpoznawa&#263; &#347;wiadka, kt&#243;remu prawo jest tak oboj&#281;tne, &#380;e nie chce mu si&#281; go narusza&#263;.

Zielony wisiorek hu&#347;ta&#322; si&#281; lekko w palcach Hossacka.

Kto jest w&#322;a&#347;cicielem tego urz&#261;dzenia, panie Keller?

Nie wiem.

Czy wisiorki w Azylu nie maj&#261; &#380;adnych cech indywidualnych? Inicja&#322;&#243;w, r&#243;&#380;nych kolor&#243;w albo czego&#347; podobnego?

Nie.

A ile istnieje podobnych wisiork&#243;w?

Nie wiem.

A to dlaczego?

Nie ja zajmowa&#322;em si&#281; ich produkcj&#261; i dystrybucj&#261;.

A kto?

Moja &#380;ona.

Ma pan na my&#347;li oskar&#380;on&#261;, Jennifer Sharifi.

Tak.

Hossak pozwoli&#322;, by ostatnie zdania zawis&#322;y na chwil&#281; w powietrzu. Moja &#380;ona. Leisha nieomal s&#322;ysza&#322;a, jak &#322;awnicy my&#347;l&#261;: czy to konieczne, &#380;eby m&#261;&#380; przyczynia&#322; si&#281; do skazania w&#322;asnej &#380;ony? Poczu&#322;a, jak jej palce zaciskaj&#261; si&#281; jedne na drugich.

Panie Keller, jest pan cz&#322;onkiem Rady Azylu. Dlaczego nie wie pan, ile jest takich wisiork&#243;w?

Bo nie chcia&#322;em wiedzie&#263;.

Gdybym by&#322;a adwokatem Richarda, pomy&#347;la&#322;a Leisha, nigdy nie pozwoli&#322;abym mu powiedzie&#263; czego&#347; takiego. Nagle zacz&#281;&#322;a si&#281; zastanawia&#263;, czy on te&#380; mia&#322; sw&#243;j wisiorek. A ma&#322;a Najla? A Ricky?

Czy przyczyn&#261; tego, &#380;e nie chcia&#322; pan nic wiedzie&#263; na temat tych wisiork&#243;w, nie by&#322;o to, &#380;e przedsi&#281;wzi&#281;cia pa&#324;skiej &#380;ony budzi&#322;y pa&#324;ski wewn&#281;trzny sprzeciw?

Zg&#322;aszam sprzeciw!  porwa&#322; si&#281; w&#347;ciekle Sandaleros.  Nie do&#347;&#263;, &#380;e pan Hossack podsyca uprzedzenia &#347;wiadka, to jeszcze linia przes&#322;uchania, co przez ca&#322;y czas bez skutku podkre&#347;lam, nie ma bezpo&#347;redniego zwi&#261;zku ze spraw&#261; i jest w rzeczy samej zupe&#322;nie dla nas nieistotna. Strona przeciwna wie, &#380;e co najmniej dwadzie&#347;cioro innych os&#243;b mia&#322;o takie same wisiorki; pan Hossack sam zgodzi&#322; si&#281; na to zastrze&#380;enie. Je&#347;li zatem teraz uwa&#380;a, &#380;e mo&#380;e miesza&#263; tutaj nieistotne fakty tylko dla ich walor&#243;w widowiskowych

Wysoki S&#261;dzie  wtr&#261;ci&#322; Hossack  pr&#243;bujemy w&#322;a&#347;nie dowie&#347;&#263;, &#380;e zwi&#261;zek mi&#281;dzy Azylem i uszkodzeniem skutera jest jasny i jednoznaczny

Sprzeciw! S&#261;dzi pan, &#380;e je&#347;li nawet ten amulet nale&#380;a&#322;by do kt&#243;rego&#347; z cz&#322;onk&#243;w Azylu, to kto&#347; z Bezsennych by&#322;by na tyle g&#322;upi, &#380;eby go upu&#347;ci&#263;? Jasne jest, &#380;e ca&#322;a sprawa zosta&#322;a ukartowana i pani Sharifi

Sprzeciw!

Prosz&#281; obie strony o podej&#347;cie tutaj.

Sandaleros z widocznym wysi&#322;kiem pr&#243;bowa&#322; si&#281; opanowa&#263;. Hossack natomiast od razu po&#380;eglowa&#322; naprz&#243;d jak powa&#380;ny, masywny korab. Deepford wychyli&#322; si&#281; ku nim z twarz&#261; &#347;ci&#261;gni&#281;t&#261; gniewem. Ale nie by&#322; nawet w po&#322;owie tak w&#347;ciek&#322;y jak Sandaleros, kiedy chwil&#281; p&#243;&#378;niej obaj prawnicy wracali na swoje miejsce. Leisha zamkn&#281;&#322;a oczy.

Teraz ju&#380; wiedzia&#322;a, czego ma si&#281; spodziewa&#263;, kiedy Sandaleros zacznie krzy&#380;owy ogie&#324; pyta&#324;. Przedtem nie by&#322;a pewna. Teraz nie mia&#322;a &#380;adnych w&#261;tpliwo&#347;ci.

I nie trzeba by&#322;o d&#322;ugo na to czeka&#263;.

Tak wi&#281;c twierdzi pan, panie Keller  zacz&#261;&#322; Sandaleros z wyrazistym niedowierzaniem w g&#322;osie  &#380;e jedynym motywem, &#380;e jedynym motywem tego, &#380;e zdradzi&#322; pan swoj&#261; &#380;on&#281;, udaj&#261;c si&#281; akurat do Leishy Camden

Wnosz&#281; o wykre&#347;lenie tego z protoko&#322;u  odezwa&#322; si&#281; ze znu&#380;eniem Hossack.  S&#322;owo zdrada jest zbyt jednoznaczne.

Podtrzymuj&#281; wniosek  powiedzia&#322; s&#281;dzia.

Wi&#281;c twierdzi pan w obliczu s&#261;du, &#380;e jedynym powodem, dla kt&#243;rego ujawni&#322; pan przed Leisha Camden domnieman&#261; inwigilacj&#281; i kradzie&#380; dokonan&#261; rzekomo przez pa&#324;sk&#261; &#380;on&#281;, &#380;e jedynym pa&#324;skim motywem by&#322;a troska o to, aby post&#281;powa&#322;a zgodnie z prawem  tym prawem, kt&#243;re nie uchroni&#322;o pa&#324;skiej firmy przed bankructwem spowodowanym uprzedzeniami &#346;pi&#261;cych, nie uchroni&#322;o pa&#324;skiego przyjaciela, Anthonyego Indivino przed &#347;mierci&#261; z r&#261;k &#346;pi&#261;cych, nie

Sprzeciw!  krzykn&#261;&#322; Hossack.

Oddalam sprzeciw  o&#347;wiadczy&#322; Deepford. Jego twarz pociemnia&#322;a.

 nie uchroni&#322;a pa&#324;skich dzieci od niebezpiecznej napa&#347;ci ze strony t&#322;umu cz&#322;onk&#243;w &#346;pi-My na lotnisku Stars and Stripes, nie uchroni&#322;o pa&#324;skiego statku do bada&#324; morskich od zatopienia przez nieznanych sprawc&#243;w, przypuszczalnie &#346;pi&#261;cych  i kiedy prawo tyle razy zawiod&#322;o, pan w tych okoliczno&#347;ciach donosi na swoj&#261; &#380;on&#281;, tylko dlatego, &#380;e chce pan, aby przestrzega&#322;a prawa?

Tak  odpowiedzia&#322; Richard ochryp&#322;ym g&#322;osem.  Nie by&#322;o innego sposobu, &#380;eby powstrzyma&#263; Jennifer. M&#243;wi&#322;em jej b&#322;aga&#322;em poszed&#322;em do Leishy, zanim dowiedzia&#322;em si&#281; o Herlingerze Nie mia&#322;em Leisha nic mi nie powiedzia&#322;a

Nawet s&#281;dzia odwr&#243;ci&#322; wzrok. A Sandaleros powt&#243;rzy&#322; jadowicie:

Zatem pa&#324;skie motywy wydania w&#322;asnej &#380;ony przed pani&#261; Camden to ma&#322;&#380;e&#324;ska i obywatelska troska? Godne pochwa&#322;y. A teraz prosz&#281; mi powiedzie&#263;, panie Keller, czy pan i Leisha Camden byli&#347;cie kiedy&#347; kochankami?

Sprzeciw!  Hossack prawie krzycza&#322;.  To nie ma zwi&#261;zku ze spraw&#261;! Wysoki S&#261;dzie

Deepford studiowa&#322; pilnie sw&#243;j m&#322;otek. Leisha, cho&#263; odr&#281;twia&#322;a, widzia&#322;a wyra&#378;nie, &#380;e oddali sprzeciw. Ze wzgl&#281;du na sprawiedliwo&#347;&#263; wobec mniejszo&#347;ci, tych wiecznie prze&#347;ladowanych i dyskryminowanych.

Oddalam sprzeciw.

Panie Keller  wycedzi&#322; Sandaleros przez zaci&#347;ni&#281;te z&#281;by. Leisha obserwowa&#322;a, jak z prawnika przeistacza si&#281; w anio&#322;a zemsty. Warstwa po warstwie, kom&#243;rka za kom&#243;rk&#261;. Gen za genem. Niemal nic nie zosta&#322;o z poprzedniego Willa Sandalerosa.  Czy pan i Leisha Camden, kobieta, przed kt&#243;r&#261; wyda&#322; pan w&#322;asn&#261; &#380;on&#281; za jej rzekome zbrodnie, czy byli&#347;cie kiedy&#347; kochankami?

Tak  odrzek&#322; Richard.

Po &#347;lubie z Jennifer Sharifi?

Tak.



* * *


Kiedy to by&#322;o?  zapyta&#322; cicho Kevin z ekranu wideotelefonu w pokoju hotelowym.

Leisha odpar&#322;a ostro&#380;nie:

Zanim zacz&#281;&#322;am mieszka&#263; z tob&#261;. Jennifer mia&#322;a obsesj&#281; na tle Tonyego, a Richard czu&#322; si&#281; To nie ma znaczenia, Kevinie.  Kiedy tylko to powiedzia&#322;a, zorientowa&#322;a si&#281;, jakie to g&#322;upie. Oczywi&#347;cie, &#380;e mia&#322;o znaczenie. Dla procesu. Dla Richarda. I by&#263; mo&#380;e  nadal  dla Jennifer, cho&#263; sk&#261;d niby Leisha ma wiedzie&#263;, co mo&#380;e mie&#263; znaczenie dla Jennifer? Nie rozumia&#322;a jej zupe&#322;nie. Obsesja mie&#347;ci&#322;a si&#281; jeszcze w obszarze pojmowania Leishy, ale obsesyjna tajemniczo&#347;&#263;, sk&#322;onno&#347;&#263; do spisk&#243;w i unikanie otwartej walki ju&#380; nie.  Jennifer o tym wie. Wiedzia&#322;a przez ca&#322;y czas. Czasem mia&#322;am wra&#380;enie, &#380;e chce, abym zaj&#281;&#322;a si&#281; Richardem.

Kevin oznajmi&#322; jakby w odpowiedzi:

Zamierzam z&#322;o&#380;y&#263; Azylowi &#347;lubowanie.

Min&#281;&#322;a d&#322;u&#380;sza chwila, zanim Leisha zdo&#322;a&#322;a cokolwiek powiedzie&#263;.

Dlaczego?

Bo inaczej moja firma przestanie funkcjonowa&#263;. Baker Enterprises jest zbyt g&#322;&#281;boko powi&#261;zana z firm&#261; Dona Pospuli, z Aerodyne, z p&#243;&#322;tuzinem innych Bezsennych firm. Mia&#322;bym ogromne straty.

Nie masz poj&#281;cia o prawdziwych stratach!

Leisho, to nie jest moja osobista decyzja. Prosz&#281;, spr&#243;buj to zrozumie&#263;. To czysto finansowe

Czy tylko finanse maj&#261; dla ciebie znaczenie?

Oczywi&#347;cie, &#380;e nie. Ale Azyl nie &#380;&#261;da ode mnie niczego niemoralnego, tylko grupowej solidarno&#347;ci, opartej zasadniczo na solidarno&#347;ci ekonomicznej. To przecie&#380; nic

Leisha przerwa&#322;a po&#322;&#261;czenie. Wierzy&#322;a Kevinowi: dla niego ta decyzja by&#322;a natury czysto ekonomicznej i w tych granicach m&#243;g&#322; sobie przedstawia&#263; j&#261; jako moralnie nienagann&#261;. Obsesja emocjonalna, jak ta u Jennifer, nigdy nie zdo&#322;a&#322;aby nim poruszy&#263;, nigdy nie naznaczy&#322;aby tej g&#322;adkiej, jasnej twarzy ani tego schowanego za ni&#261; g&#322;adkiego, jasnego umys&#322;u. Obsesja taka jak u Jennifer lub taka jak jej w&#322;asna  obsesyjna potrzeba praworz&#261;dno&#347;ci.

Wiele dni temu zastanawia&#322;a si&#281;, co jeszcze zosta&#322;o jej do stracenia. Teraz ju&#380; wiedzia&#322;a.

Bezpiecze&#324;stwo zakodowane w sekretnych wisiorkach. Lennicze ho&#322;dy. Spreparowane dowody  bo Will Sandaleros mia&#322; absolutn&#261; racj&#281; m&#243;wi&#261;c, &#380;e &#380;aden Bezsenny nie zostawi&#322;by wisiorka w takim miejscu. Wszyscy oni byli na to zbyt ostro&#380;ni. Ale to nie jest dow&#243;d. Uog&#243;lnienia  cho&#263;by nie wiem jak wa&#380;ne i prawdziwe  nie s&#261; brane pod uwag&#281; przez s&#261;d.

Leisha przysiad&#322;a na brze&#380;ku hotelowego &#322;&#243;&#380;ka, tak rozleg&#322;ego, &#380;e zdominowa&#322;o ca&#322;y pok&#243;j. Kiedy zameldowa&#322;a si&#281; tu, w Conewango, przypuszcza&#322;a z pocz&#261;tku, &#380;e to dlatego, i&#380; w hotelowym biznesie tak wielk&#261; rol&#281; odgrywa seks. Ale to za&#322;o&#380;enie by&#322;o b&#322;&#281;dne. Wynika&#322;o z zaw&#281;&#380;onych do&#347;wiadcze&#324;.

Najwa&#380;niejszy jest sen. Wszyscy tak zak&#322;adaj&#261;.

Rzecz nie w tym, &#380;e spodziewa&#322;a si&#281;, i&#380; praktykowanie prawa zawsze b&#281;dzie czyst&#261; gr&#261;. &#379;aden adwokat s&#261;dowy ju&#380; si&#281; tego nie spodziewa, zw&#322;aszcza po latach ugod z prokuratorami, przygl&#261;dania si&#281; krzywoprzysi&#281;stwu, skorumpowanym glinom, politycznym uk&#322;adom, pokr&#281;tnie stosowanym rozporz&#261;dzeniom i stronniczym &#322;awom przysi&#281;g&#322;ych. Ale wierzy&#322;a dot&#261;d, &#380;e prawo samo w sobie jest je&#347;li nie czyste, to przynajmniej pojemne. Wystarczaj&#261;co pojemne.

Przypomnia&#322;a sobie dzie&#324;, w kt&#243;rym zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e jagaistowska ekonomika jest nie do&#347;&#263; pojemna. Nacisk na indywidualn&#261; doskona&#322;o&#347;&#263; sprawia&#322;, &#380;e zbyt wiele zjawisk, zbyt wielu ludzi pozostawa&#322;o na marginesie: przede wszystkim ci, kt&#243;rzy nie mieli &#380;adnych szans na osi&#261;gni&#281;cie doskona&#322;o&#347;ci. &#379;ebracy, kt&#243;rzy mimo to pe&#322;nili pewne okre&#347;lone role w funkcjonowaniu tego &#347;wiata. Byli jak paso&#380;yty na ciele ssaka, kt&#243;re udr&#281;cz&#261; go, a&#380; podrapie si&#281; do krwi, ale kt&#243;rych jajeczka s&#322;u&#380;&#261; za po&#380;ywienie innym owadom, kt&#243;re z kolei &#380;ywi&#261; sob&#261; jeszcze inne, zjadane potem przez ptaki, kt&#243;re z kolei padaj&#261; &#322;upem gryzoni, kt&#243;re zjada maltretowany przez paso&#380;yty ssak. Krwawa ekologia wymiany zast&#261;pi&#322;a linearny kontraktowy system jagaist&#243;w, dzia&#322;aj&#261;cy w spo&#322;ecznej pr&#243;&#380;ni. Dopiero ekologia by&#322;a na tyle pojemna, by obj&#261;&#263; Bezsennych i &#346;pi&#261;cych, produktywnych i &#380;ebrak&#243;w, doskona&#322;ych i &#347;redniak&#243;w, i nawet tych na poz&#243;r bez warto&#347;ci. A tym, co podtrzymywa&#322;o dzia&#322;anie tego systemu, by&#322;o prawo.

Ale je&#347;li samo prawo by&#322;o nie do&#347;&#263; pojemne?

Nie do&#347;&#263; pojemne, &#380;eby pomie&#347;ci&#263; za&#322;o&#380;enie, i&#380; Bezsenny zawsze post&#261;pi tak, a nie inaczej, cho&#263; to nie do udowodnienia, a jasne jak s&#322;o&#324;ce. &#379;eby pomie&#347;ci&#263; to, co si&#281; zdarzy&#322;o mi&#281;dzy Richardem a ni&#261;. &#379;eby pomie&#347;ci&#263; nie tylko to, co Jennifer zrobi&#322;a, ale i dlaczego. A przede wszystkim, &#380;eby pomie&#347;ci&#263; t&#281; niewypowiedzian&#261; zawi&#347;&#263;, tak samo pot&#281;&#380;n&#261; jak struktury genetyczne, lecz w przeciwie&#324;stwie do nich nie daj&#261;c&#261; si&#281; podzieli&#263;, zmieni&#263;, wykorzeni&#263; z &#380;ycia. Zawi&#347;&#263; wobec lepszych od siebie. Prawo nigdy nie by&#322;o w stanie jej obj&#261;&#263;. Stworzy&#322;o tysi&#261;ce przepis&#243;w, &#380;eby pom&#243;c tym, kt&#243;rych prze&#347;ladowano z racji ich fizycznej odmienno&#347;ci: czarnym, kobietom, Meksykanom, niepe&#322;nosprawnym. Ale nigdy przedtem w ca&#322;ej historii Stan&#243;w Zjednoczonych nie zdarzy&#322;o si&#281;, by obiektem zawi&#347;ci i uprzedze&#324; rasowych zarazem by&#322;a jedna i ta sama grupa. A prawo Stan&#243;w Zjednoczonych nie by&#322;o na tyle pojemne, by poradzi&#263; sobie z t&#261; sytuacj&#261;.

Leisha schowa&#322;a g&#322;ow&#281; mi&#281;dzy kolana. W tej chwili by&#322;o ju&#380; dla niej oczywiste, w jaki spos&#243;b proces potoczy si&#281; dalej. Jej w&#322;asne zeznania zostan&#261; zdyskredytowane przez Sandalerosa jako manewry zazdrosnej kochanki przeciw legalnej &#380;onie. Zeznania Richarda tak&#380;e zostan&#261; zdyskredytowane. Hossack b&#281;dzie mocno uderza&#322; w ten jeden punkt: pot&#281;g&#281; Azylu. Pot&#281;g&#281; Bezsennych. Sandaleros nie pozwoli Jennifer zeznawa&#263;, bo jej opanowanie wygl&#261;da&#322;oby dla &#346;pi&#261;cych przysi&#281;g&#322;ych jak zimna krew zbrodniarza. Jej pragnienie chronienia swoich jako atak na zewn&#281;trze

Bo czym&#380;e innym by&#322;o?

&#321;awnicy mog&#261; post&#261;pi&#263; w dwojaki spos&#243;b: albo uniewinni&#263; j&#261; na podstawie prze&#347;wiadczenia o istnieniu tr&#243;jk&#261;ta mi&#322;osnego, a wtedy umknie przed prawem, albo skaza&#263; j&#261;, bo jest pot&#281;&#380;n&#261; Bezsenn&#261;, a wtedy nie po&#380;yje d&#322;ugo w wi&#281;zieniu. Azyl jeszcze bardziej zamknie si&#281; w sobie i jak pot&#281;&#380;ny paj&#261;k zacznie dla w&#322;asnej ochrony osnuwa&#263; elektroniczn&#261; sieci&#261; krain&#281; &#346;pi&#261;cych, w kt&#243;rej z kolei stale wzrasta&#263; b&#281;dzie strach przed lud&#378;mi, kt&#243;rych rzadko widuj&#261;, z kt&#243;rymi nigdy nie &#322;&#261;cz&#261; si&#281; przez sie&#263; i od kt&#243;rych nie chc&#261; nic kupowa&#263;, &#380;eby Bezsenni nie zniszczyli ekonomii, za kt&#243;r&#261; stali.

Wszystko potajemnie kontroluj&#261;, wie pani. Chc&#261; z nas zrobi&#263; niewolnik&#243;w. Wsp&#243;&#322;pracuj&#261; z zagraniczn&#261; konkurencj&#261;, &#380;eby rzuci&#263; nas na kolana. I nie powstrzymaj&#261; si&#281; przed morderstwem.

I w ten oto spos&#243;b stanie si&#281; jasne, &#380;e Jennifer mia&#322;a racj&#281;, pr&#243;buj&#261;c broni&#263; swoich.

Wszystko to razem przypomina&#322;o w&#281;&#380;a, kt&#243;ry po&#322;yka w&#322;asny ogon. Poniewa&#380; prawo w swej uczciwo&#347;ci usi&#322;owa&#322;o traktowa&#263; wszystkich na r&#243;wni, zbyt wiele spraw nie mog&#322;o si&#281; w nim pomie&#347;ci&#263;. Nie by&#322;o dostatecznie pojemne. Nie by&#322;o tak rozleg&#322;e jak technologiczna i genetyczna przysz&#322;o&#347;&#263;, kt&#243;ra przer&#243;s&#322;szy je, przekszta&#322;ci je w bezprawie.

Siedz&#261;c na kraw&#281;dzi &#322;&#243;&#380;ka w ciemnym pokoju hotelowym Leisha czu&#322;a, jak opuszczaj&#261; wiara w prawo  tak jakby z pokoju ucieka&#322;o z sykiem powietrze. Czu&#322;a, &#380;e si&#281; dusi, wpada w jak&#261;&#347; ciemn&#261; i zimn&#261; pustk&#281;. Prawo nie by&#322;o do&#347;&#263; pojemne. Nie mog&#322;o obj&#261;&#263; naraz i &#346;pi&#261;cych, i Bezsennych, nie oferowa&#322;o &#380;adnych sposob&#243;w etycznej oceny ludzkiego post&#281;powania, a je&#347;li nie istnia&#322; os&#261;d, nie istnia&#322;o nic. Tylko bezprawie, zdzicza&#322;y t&#322;um i pr&#243;&#380;nia

Spr&#243;bowa&#322;a wsta&#263;, ale ugi&#281;&#322;y si&#281; pod ni&#261; kolana. Nigdy dot&#261;d nie zdarzy&#322;o jej si&#281; nic podobnego. Znalaz&#322;a, si&#281; na pod&#322;odze, przykl&#281;k&#322;a, podpar&#322;a si&#281; r&#281;kami, a wci&#261;&#380; jeszcze racjonalnie my&#347;l&#261;ca cz&#261;stka m&#243;zgu podpowiada&#322;a: atak serca. Ale to nie m&#243;g&#322; by&#263; atak serca. Serca Bezsennych nie zawodzi&#322;y.

Zimno

Ciemno

Pusto

Tatusiu

Otrze&#378;wi&#322;o j&#261; otwarcie hotelowych drzwi. Otwarto je z zewn&#261;trz, bez &#380;adnego alarmu. Leisha chwiejnie pr&#243;bowa&#322;a wsta&#263;. Po przeciwnej stronie pokoju, za &#322;&#243;&#380;kiem, rysowa&#322;a si&#281; w drzwiach jaka&#347; sylwetka  kr&#281;pa posta&#263;, d&#378;wigaj&#261;ca solidny pakunek. Leisha nawet nie drgn&#281;&#322;a. To jej ludzie  ludzie Kevina  instalowali system ochronny w tym pokoju, identyczny jak w mieszkaniu w Chicago. Nikt z miejscowych nie zna&#322; kodu otwieraj&#261;cego drzwi.

A je&#347;li to kto&#347; obcy, je&#347;li Azyl by&#322; w stanie zorganizowa&#263; nie tylko kradzie&#380;, ale i zamach?

W takim razie zamachowiec b&#281;dzie przynajmniej dobry w swoim fachu. Bezsenni zawsze i we wszystkim byli dobrzy.

Ciemna posta&#263; wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281; i zacz&#281;&#322;a maca&#263; &#347;cian&#281; w poszukiwaniu w&#322;&#261;cznika &#347;wiat&#322;a.

W&#322;&#261;czy&#263; &#347;wiat&#322;o  powiedzia&#322;a wyra&#378;nie Leisha. Solidny pakunek okaza&#322; si&#281; walizk&#261;. O&#347;lepiona nag&#322;ym &#347;wiat&#322;em, w drzwiach sta&#322;a Alice.

Leisho, to ty? Siedzisz po ciemku?!

Alice!

Kod z twojego mieszkania otwiera i te drzwi. Nie s&#261;dzisz, &#380;e powinna&#347; go zmieni&#263;? W holu k&#322;&#281;bi si&#281; t&#322;um reporter&#243;w

Alice!  krzykn&#281;&#322;a Leisha i nagle znalaz&#322;a si&#281; po drugiej stronie pokoju, we &#322;zach  ona, kt&#243;ra nigdy nie p&#322;aka&#322;a!  w ramionach Alice.

Nie wiedzia&#322;a&#347;, &#380;e przyjad&#281;?  spyta&#322;a Alice.

Leisha potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;, opart&#261; na ramieniu Alice.

Ja wiedzia&#322;am.  Alice wypu&#347;ci&#322;a j&#261; z obj&#281;&#263; i Leisha zobaczy&#322;a, &#380;e twarz siostry rozja&#347;nia jakie&#347; dziwnie silne uczucie.  Wiedzia&#322;am, &#380;e to b&#281;dzie twoja noc. Noc, kiedy b&#281;dziesz wpada&#263; w Dziur&#281;. Wiem o tym od wczoraj  ja to czu&#322;am!  Nagle za&#347;mia&#322;a si&#281; przenikliwie.  Czu&#322;am to, Leisho, rozumiesz? O&#347;wieci&#322;o mnie tak, jakbym dosta&#322;a w g&#322;ow&#281; ca&#322;ym workiem cegie&#322;. Wiedzia&#322;am, &#380;e to b&#281;dzie najgorsza noc w twoim &#380;yciu, wi&#281;c musia&#322;am przyjecha&#263;.

Leisha przesta&#322;a &#322;ka&#263;.

Czu&#322;am to  powt&#243;rzy&#322;a jeszcze raz Alice.  Przez trzy tysi&#261;ce mil. Zupe&#322;nie tak samo jak to zdarza si&#281; innym bli&#378;niakom!

Alice

Nic nie m&#243;w, Leisho. Nie by&#322;o ci&#281; przy tym. Wiem, co czu&#322;am.

Leisha pozna&#322;a, &#380;e owym pot&#281;&#380;nym uczuciem maluj&#261;cym si&#281; na twarzy siostry jest triumf.

Wiedzia&#322;am, &#380;e mnie potrzebujesz. Wi&#281;c jestem. Ju&#380; dobrze, Leisho, kochanie, wiem o tej dziurze, by&#322;am tam  Zn&#243;w przygarn&#281;&#322;a do siebie Leish&#281;, obejmuj&#261;c j&#261;, &#347;miej&#261;c si&#281; i p&#322;acz&#261;c.  Wiem, kochanie, ju&#380; wszystko dobrze. Nie jeste&#347; sama. Ja te&#380; tam by&#322;am i wiem

Leisha przylgn&#281;&#322;a do siostry. Alice wyci&#261;gn&#281;&#322;a j&#261; z ciemno&#347;ci. Z tej pr&#243;&#380;ni, tej Dziury. Alice, kt&#243;rej kr&#281;pa posta&#263; by&#322;a Leishy kotwic&#261; nad samym skrajem przepa&#347;ci, kotwic&#261; pewn&#261; jak sama ziemia. Alice, kt&#243;ra nigdy wi&#281;cej nie b&#281;dzie niedost&#281;pna, bo wreszcie zdarzy&#322;o si&#281;, &#380;e wiedzia&#322;a o czym&#347; wcze&#347;niej ni&#380; Leisha. Bo uratowa&#322;a Leish&#281;, staj&#261;c si&#281; tym jedynym, czego Leisha nie utraci&#322;a.

Wiedzia&#322;am  wyszepta&#322;a Alice. I mocniejszym ju&#380; g&#322;osem doda&#322;a:  Teraz ju&#380; mog&#281; przesta&#263; przysy&#322;a&#263; wszystkie te cholerne kwiaty.



* * *


Du&#380;o p&#243;&#378;niej, kiedy przegada&#322;y ju&#380; wiele godzin i Alice zacz&#281;&#322;a wygl&#261;da&#263; na &#347;pi&#261;c&#261;, zadzwoni&#322; wideotelefon. Wcze&#347;niej Leisha go wy&#322;&#261;czy&#322;a, dopuszczaj&#261;c tylko pilne po&#322;&#261;czenia w nag&#322;ych wypadkach. Odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281; w stron&#281; ekranu. B&#322;yska&#322;y na nim a&#380; dwa has&#322;a. Dziwaczna logika maszyny po&#322;&#261;czy&#322;a obie osoby na raz, ka&#380;dej przydzielaj&#261;c jeden g&#322;o&#347;nik.

M&#243;wi Susan Melling. Musz&#281;

Tu Stella Bevington. Dopiero teraz uda&#322;o mi si&#281; wej&#347;&#263; w sie&#263;. Ten

 natychmiast z tob&#261; porozmawia&#263;. Zadzwo&#324;

 wisiorek, o kt&#243;rym pisz&#261;, &#380;e zosta&#322;

 do mnie chronion&#261;

 znaleziony na parkingu

 lini&#261;, najszybciej jak mo&#380;na!

 nale&#380;y do mnie.



* * *


Zako&#324;czyli&#347;my badania  m&#243;wi&#322; obraz Susan na ekranie. Siwe w&#322;osy wymyka&#322;y si&#281; t&#322;ustymi kosmykami z byle jak upi&#281;tego koka, mia&#322;a zaczerwienione oczy.  Gaspard-Thiereux i ja. Nad tymi redundantnymi kodami bezsenno&#347;ci w DNA, kt&#243;re odkry&#322; Walcott.

No i?  zapyta&#322;a Leisha zr&#243;wnowa&#380;onym tonem.

Czy to niestrze&#380;ona linia? A zreszt&#261;, niech to diabli. Niech sobie przecieka do prasy. Niech przecieka do Azylu. Hej, Blumenthal, s&#322;uchasz mnie?

Susan, prosz&#281; ci&#281;

&#379;adnych prosz&#281;. &#379;adnych dzi&#281;kuj&#281;, nic. Dlatego w&#322;a&#347;nie chcia&#322;am ci sama o tym powiedzie&#263;. Zupe&#322;ne nic. Te r&#243;wnania nie dzia&#322;aj&#261;.

Nie

Luka mi&#281;dzy wy&#322;&#261;czaniem mechanizmu wywo&#322;uj&#261;cego sen w genetycznej fazie przedembrionalnej a mi&#281;dzy pr&#243;b&#261; zrobienia tego samego po wyodr&#281;bnieniu si&#281; m&#243;zgu po oko&#322;o o&#347;miu dniach jest nie do przej&#347;cia. Przyczyny takiego stanu rzeczy s&#261; do&#347;&#263; wyra&#378;ne, specyficzne i dla biologa ostateczne. Opieraj&#261; si&#281; na tolerancji szumu genetycznego w tych genetycznych zapisach, kt&#243;re s&#261; repetycjami system&#243;w zachowywania r&#243;wnowagi. Nie musisz zna&#263; szczeg&#243;&#322;&#243;w  ale ostateczny wynik jest taki, &#380;e nigdy nie uda nam si&#281; zmieni&#263; &#346;pi&#261;cego w Bezsennego. Nigdy. Nikt. Ani Walcott, ani superm&#243;zgi w Azylu, ani wszystkie konie kr&#243;la i wszyscy &#380;o&#322;nierze. Walcott &#322;&#380;e.

Ja ja niezbyt rozumiem.

Wszystko sobie wymy&#347;li&#322;. Wygl&#261;da to bardzo prawdopodobnie, na tyle prawdopodobnie, &#380;e dw&#243;jka dobrych naukowc&#243;w musia&#322;a sp&#281;dzi&#263; na sprawdzaniu niez&#322;&#261; chwil&#281;. Ale zasadniczo to jest k&#322;amstwo i nie ma sposobu, &#380;eby jaki&#347; naukowiec  nawet bior&#261;c pod uwag&#281; t&#281; s&#322;ynn&#261; utajnion&#261; ostatni&#261; cz&#281;&#347;&#263;  si&#281; w tym nie po&#322;apa&#322;. Walcott wiedzia&#322;. Jego badania to k&#322;amstwo. Przyszed&#322; do ciebie z tym swoim nies&#322;ychanym odkryciem, cho&#263; wiedzia&#322;, &#380;e k&#322;amstwo wyjdzie na jaw. Azyl pope&#322;ni&#322; oszustwo dla patentu, kt&#243;ry jest bzdur&#261;, a Jennifer Sharifi z powodu bzdury ma proces o morderstwo.

Do Leishy wszystko to wci&#261;&#380; nie dociera&#322;o. Przecie&#380; to zupe&#322;nie nie ma sensu. Mia&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e w drugim k&#261;cie pokoju stoi znieruchomia&#322;a Alice.

Ale dlaczego?!

Nie wiem  odpar&#322;a Susan  ale to jest k&#322;amstwo. S&#322;yszycie, wy z prasy? S&#322;yszycie, tam w Azylu? To k&#322;amstwo! Wybuchn&#281;&#322;a p&#322;aczem.

Susan Och, Susan

Nie, nie, nic nie m&#243;w. Przepraszam. Nie mia&#322;am zamiaru p&#322;aka&#263;. Tego akurat nie mia&#322;am zamiaru robi&#263;. Kto tam jest u ciebie? Nie jeste&#347; sama?

To Alice.

My&#347;la&#322;am tylko, &#380;e mo&#380;e sama mog&#322;abym si&#281; sta&#263; tym, co stworzy&#322;am. G&#322;upie, co? Ca&#322;a literatura &#347;wiatowa jest o tym, &#380;e tw&#243;rcy nie mog&#261; sta&#263; si&#281; w&#322;asnym dzie&#322;em.

Leisha nie odzywa&#322;a si&#281;. Susan przesta&#322;a p&#322;aka&#263; r&#243;wnie nagle jak zacz&#281;&#322;a. &#321;zy wysycha&#322;y na jej delikatnej, pomarszczonej sk&#243;rze.

A w ko&#324;cu, jak by to by&#322;o, prawda, Leisho? Jak by to by&#322;o, gdyby tw&#243;rcy stawali si&#281; w&#322;asnymi dzie&#322;ami? Kto by wtedy nam pozosta&#322;, &#380;eby cyzelowa&#263; dzie&#322;a sztuki, gdyby&#347;my wszyscy zostali mecenasami?  A potem doda&#322;a, innym zgo&#322;a tonem:  Dorwij tego Walcotta, Leisho. Jak ka&#380;dego innego szarlatana, kt&#243;ry sprzedaje umieraj&#261;cym fa&#322;szyw&#261; nadziej&#281;. Za&#322;atw drania, Leisho.

Za&#322;atwi&#281; go  odpar&#322;a Leisha. Ale nie mia&#322;a na my&#347;li Walcotta. W nag&#322;ym, osza&#322;amiaj&#261;cym ol&#347;nieniu ujrza&#322;a, kto w&#322;a&#347;ciwie pope&#322;ni&#322; kradzie&#380;, jak to zrobi&#322; i po co.



15

JORDAN WATROUS OTWORZY&#321;, ZASPANY I ZDZIWIONY, drzwi swego mieszkania. By&#322;o wp&#243;&#322; do pi&#261;tej rano. W progu sta&#322;a Leisha Camden z trzema milcz&#261;cymi ochroniarzami.

Leisho! Co

Chod&#378; ze mn&#261;. Szybko. Jestem pewna, &#380;e Hawke ju&#380; wie, &#380;e tu jestem. Nie mog&#322;am uprzedzi&#263;, &#380;e przyjad&#281;, boby pods&#322;ucha&#322; rozmow&#281;. Ubieraj si&#281;, Jordanie. Jedziemy do fabryki &#346;pi-My.

Ja

Ju&#380;! Szybko!

Jordanowi przemkn&#281;&#322;o przez g&#322;ow&#281;, &#380;eby jej powiedzie&#263;, &#380;e nie pojedzie do fabryki ani teraz, ani nigdy. Lecz kolejne spojrzenie upewni&#322;o go, &#380;e Leisha pojedzie tam sama i nagle zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e tego nie chce. Leisha mia&#322;a na sobie d&#322;ugi b&#322;&#281;kitny sweter, a pod nim czarny obcis&#322;y kombinezon. Pod zapadni&#281;tymi oczyma rozla&#322;y si&#281; sine cienie. Pochyli&#322;a si&#281; nieco do przodu, jakby chcia&#322;a si&#281; na nim wesprze&#263; i niespodziewanie Jordanowi przysz&#322;o do g&#322;owy, &#380;e ona go potrzebuje. Nie dla bezpiecze&#324;stwa  trzech ochroniarzy nawet i bez broni wa&#380;y&#322;o &#322;&#261;cznie ze trzysta dwadzie&#347;cia kilo  ale z jakiego&#347; innego, nader delikatnego powodu, kt&#243;rego Jordan nie potrafi&#322; odgadn&#261;&#263;.

Pozw&#243;l, &#380;e si&#281; ubior&#281;  odpowiedzia&#322;.

W ciemnym holu Joey uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; ze swego pos&#322;ania.

&#346;pij dalej  nakaza&#322; Jordan.  Wszystko w porz&#261;dku.

Leisha go potrzebuje.

Na parkingu przed domem sta&#322; samolot, w prawdziwie artystyczny i dziwny spos&#243;b zwini&#281;ty tak, &#380;e m&#243;g&#322; l&#261;dowa&#263; pionowo. Ale z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; nie by&#322; to helikopter, tylko w&#322;a&#347;nie samolot. Na konsolecie nie zauwa&#380;y&#322; &#380;adnych znak&#243;w identyfikacyjnych. W powietrzu samolot rozwin&#261;&#322; si&#281; i wystrzeli&#322; jak strza&#322;a ponad u&#347;pionym miastem w kierunku rzeki.

Dobrze, Leisho. Powiedz mi teraz, o co chodzi.

Hawke zabi&#322; Timothyego Herlingera.

Jordan zadr&#380;a&#322;. Wiedzia&#322;: to jest prawda. Male&#324;ka, &#347;mierciono&#347;na jak jedna z tych kapsu&#322;ek z trucizn&#261;, kt&#243;re rozpuszczaj&#261; si&#281; w sercach samob&#243;jc&#243;w. Nale&#380;a&#322;o tylko j&#261; po&#322;kn&#261;&#263; i wszystko, co najgorsze za nami, nast&#281;powa&#322; nieunikniony i niepowstrzymany ci&#261;g dalszy. Jordan czu&#322;, jak si&#281; porusza i wiedzia&#322;, co to jest, jeszcze zanim Leisha zacz&#281;&#322;a m&#243;wi&#263;. By&#322;a w &#347;rodku ju&#380; na Festynie Zysk&#243;w, w niejednoznacznym podziwie dla Hawkea, w k&#322;&#243;tni o Joeya, nawet w nowej toalecie Mayleen i jej koronkowym obrusie. By&#322;a w ca&#322;ym Ruchu &#346;pi-My.

Przeni&#243;s&#322; wzrok na Leish&#281;. Wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e jej twarz emanuje &#347;wiat&#322;em, dziwnym, niesamowitym &#347;wiat&#322;em, jak pola Y maj&#261;ce ostrzega&#263; ludzi przed niebezpiecznymi maszynami. Powt&#243;rzy&#322;a:

Hawke zabi&#322; doktora Herlingera. To on za tym stoi.

A ty jeste&#347; zadowolona  us&#322;ysza&#322; Jordan sw&#243;j w&#322;asny g&#322;os.

Obr&#243;ci&#322;a ku niemu twarz. Mierzyli si&#281; wzrokiem w male&#324;kiej kabinie samolotu; z ty&#322;u zamazan&#261; plam&#261; rysowa&#322;y si&#281; nieruchome sylwetki trzech ochroniarzy. Jordan wcale nie mia&#322; zamiaru powiedzie&#263; tego, co powiedzia&#322;, lecz kiedy ju&#380; si&#281; tak sta&#322;o, wiedzia&#322;, &#380;e to te&#380; jest prawd&#261;. By&#322;a zadowolona. Cieszy&#322;a si&#281;, &#380;e to Hawke, a nie Bezsenni. Zadowolenie. To w&#322;a&#347;nie by&#322;o &#378;r&#243;d&#322;o niesamowitego &#347;wiat&#322;a i tej potrzeby, by mie&#263; go przy sobie.

&#346;wiadek oskar&#380;enia  powiedzia&#322; do siebie na g&#322;os.

Co?

Nic takiego. Opowiedz mi o wszystkim. Nie zawaha&#322;a si&#281; ani na moment.

Odbitka siatk&#243;wkowa b&#281;dzie pasowa&#322;a do Stelli Bevington. Hawke musia&#322; j&#261; zrobi&#263; na przyj&#281;ciu na cze&#347;&#263; Becka u twojej matki, wtedy, w nowym domu, kiedy wszyscy pili i nikt nie mia&#322; si&#281; na baczno&#347;ci. I tam te&#380; zdoby&#322; wisiorek Stelli. Przys&#322;a&#322;a jej go Jennifer, chcia&#322;a mie&#263; Stell&#281; w Azylu i pr&#243;bowa&#322;a zmusi&#263; j&#261; do dokonania wyboru. Stella nosi&#322;a wisiorek, ale zdj&#281;&#322;a go na przyj&#281;ciu, bo wtedy po raz kolejny przekona&#322;a si&#281;, jak mili i tolerancyjni potrafi&#261; by&#263; &#346;pi&#261;cy tacy jak twoja matka  Och, tato, Alice jest kim&#347; wyj&#261;tkowym &#380;eby&#347; wiedzia&#322; jak bardzo wyj&#261;tkowym!   Hawke ukrad&#322; jej wisiorek z torebki. Zg&#322;osi&#322;a zgub&#281; Jennifer, ale bez podawania szczeg&#243;&#322;&#243;w  zrobi&#322;a to ze wzgl&#281;du na mnie

Leisha odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;. Jordan nie m&#243;g&#322; pozwoli&#263; sobie ani na krztyn&#281; wsp&#243;&#322;czucia. My&#347;la&#322;: Leisha nic nie traci. Morderc&#261; jest &#346;pi&#261;cy.

Jennifer wiedzia&#322;a, &#380;e i tak nikt nie odgadnie, do czego wisiorek s&#322;u&#380;y, a je&#347;li kto&#347; b&#281;dzie przy nim majstrowa&#322;, urz&#261;dzenie ulegnie autodestrukcji, wi&#281;c nie zmartwi&#322;a si&#281; zbytnio, kiedy Stella go straci&#322;a. Jennifer da&#322;a si&#281; ju&#380; wtedy z&#322;apa&#263; na przyn&#281;t&#281; Hawkea z patentem. Jordanie, proces przemiany &#346;pi&#261;cego w Bezsennego nigdy nie by&#322; mo&#380;liwy. Hawke wynaj&#261;&#322; Walcotta i Herlingera, &#380;eby udawali, &#380;e jest inaczej, &#380;eby fa&#322;szywy trop spreparowali tak, aby wygl&#261;da&#322; wiarygodnie Och, Bo&#380;e, opracowa&#322; ka&#380;dy najdrobniejszy szczeg&#243;&#322;. Tak, &#380;eby Azyl wdar&#322; si&#281; do sieci rz&#261;dowej i sfa&#322;szowa&#322; dane w archiwum. Potem m&#243;g&#322; wykorzysta&#263; Walcotta, &#380;eby ten zg&#322;osi&#322; kradzie&#380;, naszczu&#322; pras&#281; i nawet bez procesu Azyl zebra&#322;by niez&#322;e baty. Cz&#322;onkowie &#346;pi-My dotarliby na szczyty nienawi&#347;ci.

I tak w&#322;a&#347;nie si&#281; sta&#322;o  pomy&#347;la&#322; Jordan.  Hawke to &#347;wietny strateg.

Ma&#322;y samolot podchodzi&#322; ju&#380; do l&#261;dowania.

Ale potem Herlinger si&#281; rozmy&#347;li&#322;. Ruszy&#322;o go sumienie i mia&#322; zamiar wsypa&#263; Walcotta i Hawkea. Wi&#281;c Hawke kaza&#322; go zabi&#263;.

I to te&#380; typowe dla Leishy  pomy&#347;la&#322; Jordan.  Nigdy nie pomy&#347;li: Herlinger pr&#243;bowa&#322; szanta&#380;owa&#263; wsp&#243;lnik&#243;w, wi&#281;c kazali go zabi&#263;. Albo: Herlinger zacz&#261;&#322; walczy&#263; z Hawkeem o w&#322;adz&#281; i Hawke kaza&#322; go zabi&#263;. Nie, jak zawsze zak&#322;ada&#322;a, &#380;e ruszy&#322;o go sumienie, nawet w tej sytuacji. Zawsze zak&#322;ada&#322;a przyzwoite powody. Osiemnastowieczna wra&#380;liwo&#347;&#263;  powiedzia&#322; kiedy&#347; Hawke. Z ironi&#261;.

Nie mo&#380;esz by&#263; pewna, &#380;e masz racj&#281;. A je&#347;li to, co m&#243;wisz, jest prawd&#261; i Hawke mnie inwigiluje, to przecie&#380; wie ju&#380;, &#380;e jedziemy i zanim dotrzemy na miejsce, nie b&#281;dzie &#380;adnych dowod&#243;w.

Leisha obr&#243;ci&#322;a na niego b&#322;yszcz&#261;ce spojrzenie.

I tak by nie by&#322;o. Nie by&#322;oby nic, co mogliby&#347;my wykry&#263;.

No to po co tam jedziemy?

Nie odpowiedzia&#322;a.

Brama prowadz&#261;ca na teren fabryki sta&#322;a otworem. Stra&#380;nik  nie Mayleen  machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;, &#380;eby przeje&#380;d&#380;ali.

Hawke czeka&#322; w swoim biurze. Sta&#322; oparty niedbale o biurko, z d&#322;o&#324;mi po&#322;o&#380;onymi na blacie za sob&#261;. Na biurku zgromadzi&#322; ca&#322;&#261; wystawk&#281;: obok irokeskiej laleczki kubek z Harvardu, model skutera &#346;pi-My, stert&#281; list&#243;w z podzi&#281;kowaniami od robotnik&#243;w, kt&#243;rzy po raz pierwszy od wielu lat dostali jak&#261;&#347; prac&#281;, plakietki, podstawki do pi&#243;r i statuetki z god&#322;ami innych firm Ruchu &#346;pi-My. Niekt&#243;rych Jordan nie widzia&#322; nigdy przedtem  Hawke musia&#322; powyci&#261;ga&#263; je, jedno po drugim, i u&#322;o&#380;y&#263; starannie na biurku tak, &#380;eby jego wielkie cielsko nie zas&#322;ania&#322;o widoku wchodz&#261;cym. Wszystkie te bublowate wyrazy ho&#322;du od ledwo dysz&#261;cych firm, znaki problematycznych sukces&#243;w. Omi&#243;t&#322;szy je wzrokiem, Jordan poczu&#322; nag&#322;y ch&#322;&#243;d. W takim razie to jest rzeczywisto&#347;&#263;. Nie tylko prawda  rzeczywisto&#347;&#263;. Zabi&#322; Hawke.

Witam, pani Camden  odezwa&#322; si&#281; Hawke.

Leisha nie traci&#322;a czasu na zb&#281;dne s&#322;owa. Odezwa&#322;a si&#281; opanowanym tonem, lecz niesamowite &#347;wiat&#322;o nie znikn&#281;&#322;o z jej twarzy.

To pan zabi&#322; Timothyego Herlingera.

Nic podobnego  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Hawke.

Ale&#380; tak  odparowa&#322;a Leisha.  To pan wymy&#347;li&#322; to oszustwo z badaniami Walcotta, &#380;eby mocniej rozgorza&#322;a nienawi&#347;&#263; przeciwko Bezsennym. A kiedy dojrza&#322; pan szans&#281; oskar&#380;enia Bezsennych o morderstwo, natychmiast pan j&#261; wykorzysta&#322;.

Nie wiem, o czym pani m&#243;wi  odpowiedzia&#322; Hawke uprzejmym tonem.

Leisha m&#243;wi&#322;a dalej, jakby wcale si&#281; nie odezwa&#322;.

Zrobi&#322; pan to wszystko, &#380;eby zwi&#281;kszy&#263; zyski Ruchu &#346;pi-My. Albo przynajmniej tak si&#281; panu zdaje. Ale przecie&#380; zyski i tak ci&#261;gle wzrasta&#322;y. Tak naprawd&#281; zrobi&#322; pan to dlatego, &#380;e sam nie mo&#380;e by&#263; Bezsennym i dlatego, &#380;e nale&#380;y pan do tych zawistnik&#243;w, kt&#243;rzy zawsze d&#261;&#380;&#261; do zniszczenia tego, czego nie dane im mie&#263;.

Sk&#243;ra nad ko&#322;nierzykiem Hawkea pocz&#281;&#322;a gwa&#322;townie czerwienie&#263;. Najwyra&#378;niej nie spodziewa&#322; si&#281;, &#380;e us&#322;yszy co&#347; podobnego.

Leisho  zacz&#261;&#322; Jordan.

W porz&#261;dku, Jordanie  odrzek&#322;a zdecydowanie.  Ci trzej ochroniarze s&#261; &#347;wietnie wyszkoleni, a instrumenty kontrolne samolotu s&#261; skorelowane z moim organizmem. Ja to wszystko nagrywam, a pan Hawke doskonale o tym wie. Nikomu nic nie grozi.  Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; Hawkea.  Panu tak&#380;e, rzecz jasna. Nikomu nic nie da si&#281; udowodni&#263;. Ani panu, ani Jennifer, bo odbitka siatk&#243;wkowa zostanie wkr&#243;tce zidentyfikowana jako nale&#380;&#261;ca do Stelli Bevington, a ona wyja&#347;ni nie tylko, w jaki spos&#243;b utraci&#322;a wisiorek, ale i gdzie znajdowa&#322;a si&#281; owego poranka, kiedy zgin&#261;&#322; Herlinger. By&#322;a na zebraniu swojej korporacji w towarzystwie czternastu innych cz&#322;onk&#243;w zarz&#261;du w Harrisburgu, w Pensylwanii. Wiedzia&#322; pan, &#380;e to wszystko wyp&#322;ynie, nieprawda&#380;, panie Hawke? Od chwili, kiedy wisiorek w&#322;&#261;czono do dowod&#243;w, a Stella zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e nale&#380;y do niej. Wiedzia&#322; pan, &#380;e sprawa zostanie umorzona, &#380;e nie znajd&#261; winnego. Ale nienawi&#347;&#263; rozgorzeje jeszcze mocniej, a to dla pana liczy si&#281; najbardziej.

Bzdury pani opowiada, pani Camden  odpar&#322; Hawke; zn&#243;w doskonale nad sob&#261; panowa&#322;. Rozlu&#378;niony i pot&#281;&#380;ny, sta&#322; oparty od niechcenia o biurko.  Mimo to odpowiem na pani ostatni zarzut. Powiem, co liczy si&#281; dla mniej najbardziej. Oto  tu przesun&#261;&#322; d&#322;oni&#261; przez le&#380;&#261;c&#261; za nim stert&#281; list&#243;w  co si&#281; dla mnie liczy. Wdzi&#281;czno&#347;&#263; ludzi, kt&#243;rym nie dane by&#322;o zazna&#263; wcze&#347;niej godno&#347;ci pracy, a poznali j&#261; tylko dzi&#281;ki Ruchowi &#346;pi-My. To w&#322;a&#347;nie si&#281; liczy.

Poznali godno&#347;&#263;? Opart&#261; na oszustwie, kradzie&#380;y i morderstwie?

Jedynej kradzie&#380;y, o jakiej mi wiadomo, dokona&#322; Azyl, wykradaj&#261;c patenty Walcotta. Tak w ka&#380;dym razie s&#322;ysza&#322;em w sieciach informacyjnych.

Ach tak  odpar&#322;a Leisha.  Zatem pozwoli pan, &#380;e u&#347;wiadomi&#281; mu, i&#380; zasz&#322;a jeszcze jedna kradzie&#380;. Jedynie po to, &#380;eby lepiej pan poj&#261;&#322;, panie Hawke. Ukrad&#322; pan co&#347; innego, a okrad&#322; pan przy tym moj&#261; siostr&#281; Alice i moj&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#281; Susan Melling, i jeszcze wielu, wielu innych &#346;pi&#261;cych, kt&#243;rzy uwierzyli, &#380;e maj&#261; szans&#281; na d&#322;ugowieczno&#347;&#263; i wzmocnione si&#322;y witalne, jakie s&#261; wynikiem bezsenno&#347;ci. Przez kr&#243;tk&#261; chwil&#281; w to wierzyli. &#321;udzili si&#281; nadziej&#261; w te d&#322;ugie nocne godziny, kiedy &#346;pi&#261;cy le&#380;&#261; bezsennie i rozmy&#347;laj&#261; o &#380;yciu, &#347;nie i &#347;mierci. Zastanawia si&#281; pan pewnie, sk&#261;d ja to wszystko wiem. Powiem panu sk&#261;d. Wiem st&#261;d, &#380;e Susan Melling umiera na nieuleczaln&#261; chorob&#281; i wie o tym, a rozpaczliwie pragnie &#380;y&#263;. Wiem, bo moja siostra powiedzia&#322;a mi w czasie procesu  w czasie tego procesu, kt&#243;ry zaaran&#380;owa&#322; pan, &#380;eby doda&#263; sobie splendoru  powiedzia&#322;a mi wtedy: Najtrudniejsza rzecz, jakiej przysz&#322;o mi si&#281; w &#380;yciu nauczy&#263;, Leisho, to nie jak wychowywa&#263; samotnie Jordana ani jak pogodzi&#263; si&#281; z tym, &#380;e tato mnie nie kocha&#322;. Najtrudniejsze by&#322;o to, &#380;e cho&#263; obwinia&#322;am o wszystko ciebie, zmaga&#263; si&#281; z tym musia&#322;am sama. Najtrudniej by&#322;o si&#281; przekona&#263;, &#380;e nie ma innego wyj&#347;cia. A pan obieca&#322; jej inne wyj&#347;cie, panie Hawke, a potem okrad&#322; j&#261; pan z nadziei. Alice, Susan Melling i ka&#380;dego innego &#346;pi&#261;cego, dla kt&#243;rego wyj&#347;ciem nie jest nienawi&#347;&#263;. Nie okrad&#322; pan nienawistnik&#243;w. Okrad&#322; pan tych drugich, zbyt przyzwoitych, by syci&#263; si&#281; nienawi&#347;ci&#261;. Oto, co pan ukrad&#322; i komu.

Hawke u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; sztywno. Zapad&#322;a d&#322;uga chwila milczenia. W ko&#324;cu odezwa&#322; si&#281; drwi&#261;co:

Bardzo pi&#281;knie, pani Camden. Mog&#322;aby si&#281; pani zatrudni&#263; przy wypisywaniu kart okoliczno&#347;ciowych.

Twarz Leishy nie zmieni&#322;a wyrazu. Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do wyj&#347;cia i w tym jedynym pogardliwym ge&#347;cie Jordan dojrza&#322; nagle, jak niewiele spodziewa&#322;a si&#281; po tym spotkaniu. Nie stan&#281;&#322;a do konfrontacji z Hawkiem w nadziei, &#380;e go zmieni ani nawet po to, by wyrzuci&#263; z siebie gniew. Nie dlatego tu przyjecha&#322;a i nie dlatego nalega&#322;a, by towarzyszy&#322; jej Jordan.

Nikt ich nie zatrzymywa&#322;, kiedy opuszczali tereny fabryki. &#379;adne z nich nie odezwa&#322;o si&#281;, dop&#243;ki samolot nie przemkn&#261;&#322; nad ciemnymi polami przeci&#281;tymi jeszcze ciemniejsz&#261; rzek&#261;. Jordan podni&#243;s&#322; wzrok na ciotk&#281;. Nie wiedzia&#322;a nic o Joeyu, nie wiedzia&#322;a, &#380;e Jordan odszed&#322; ju&#380; od Hawkea.

Przyjecha&#322;a&#347; tu dla mnie. &#379;ebym si&#281; przekona&#322;, jaki naprawd&#281; jest Hawke.

Leisha wzi&#281;&#322;a go za r&#281;k&#281;. Mia&#322;a zimne palce.

Tak, przyjecha&#322;am tu dla ciebie. Tylko to si&#281; liczy, Jordanie. Ty. Ty i jeszcze raz ty, i jeszcze dziesi&#281;&#263; razy ty. My&#347;la&#322;am, &#380;e jest co&#347; innego, co&#347; wi&#281;kszego, ale si&#281; myli&#322;am. Za ka&#380;dym razem. Jeste&#347; tylko ty.



* * *


Spo&#322;eczno&#347;&#263;  m&#243;wi&#322;a spokojnie Jennifer do Najli i Rickyego  musi by&#263; zawsze na pierwszym miejscu. Dlatego w&#322;a&#347;nie tatu&#347; nie wr&#243;ci ju&#380; do domu. Tatu&#347; z&#322;ama&#322; prawo solidaryzowania si&#281; z w&#322;asn&#261; spo&#322;eczno&#347;ci&#261;.

Dzieci wbi&#322;y wzrok w czubki but&#243;w. Jennifer widzia&#322;a, &#380;e si&#281; jej boj&#261;. Nie ma w tym nic z&#322;ego, strach to tylko starsza nazwa szacunku.

Dlaczego musimy opu&#347;ci&#263; Azyl?  zapyta&#322;a w ko&#324;cu Najla cichym g&#322;osem.

Nie opuszczamy Azylu, Najlo. Azyl pojedzie z nami. Tam, gdzie jest nasza spo&#322;eczno&#347;&#263;, jest i Azyl. Spodoba ci si&#281; miejsce, w kt&#243;re zabieramy Azyl. Tam b&#281;dzie dla naszych ludzi bezpieczniej.

Ricky podni&#243;s&#322; na ni&#261; wzrok  mia&#322; oczy i twarz Richarda.

Kiedy stacja orbitalna b&#281;dzie gotowa?

Za pi&#281;&#263; lat. Musimy j&#261; zaplanowa&#263;, skonstruowa&#263;, op&#322;aci&#263;. Pi&#281;&#263; lat to i tak szybciej, ni&#380; wybudowano jak&#261;kolwiek inn&#261; stacj&#281; orbitaln&#261;, nawet je&#347;li za&#322;o&#380;y&#263;, &#380;e zakupili&#347;my gotow&#261; platform&#281; od rz&#261;du Dalekiego Wschodu, kt&#243;ry musi teraz budowa&#263; sobie drug&#261;.

I nigdy ju&#380; nie wr&#243;cimy na Ziemi&#281;?  pyta&#322; dalej Ricky.

Ale&#380; z pewno&#347;ci&#261; przylecisz kiedy&#347; na Ziemi&#281;. W interesach, kiedy ju&#380; doro&#347;niesz. Wi&#281;kszo&#347;&#263; swoich interes&#243;w b&#281;dziemy nadal prowadzili tutaj, w&#347;r&#243;d tych kilku &#346;pi&#261;cych, kt&#243;rzy nie s&#261; &#380;ebrakami albo paso&#380;ytami. Ale wszystkie swoje sprawy prowadzi&#263; b&#281;dziemy ze stacji i b&#281;dziemy szuka&#263; takich genomodyfikacji, kt&#243;re sprawi&#261;, &#380;e nasza spo&#322;eczno&#347;&#263; b&#281;dzie najpot&#281;&#380;niejsza ze wszystkich, jakie dot&#261;d istnia&#322;y.

Czy to legalne?  spyta&#322;a Najla g&#322;osem pe&#322;nym zw&#261;tpienia.

Jennifer wsta&#322;a, a fa&#322;dy jej abaji opad&#322;y wok&#243;&#322; sanda&#322;&#243;w. Dw&#243;jka dzieci tak&#380;e si&#281; podnios&#322;a; Najla nadal wygl&#261;da&#322;a na trapion&#261; w&#261;tpliwo&#347;ciami, Ricky za&#347; na zmartwionego.

B&#281;dzie legalne  odpar&#322;a.  Sprawimy, &#380;e b&#281;dzie legalne, ze wzgl&#281;du na was i na wszystkie dzieci, kt&#243;re dopiero si&#281; narodz&#261;. Legalne, trwa&#322;e i bezpieczne.

Mamo  zacz&#261;&#322; Ricky i urwa&#322;.

Tak, Ricky?

Popatrzy&#322; na ni&#261; i po jego ma&#322;ej twarzyczce przemkn&#261;&#322; cie&#324;. Cokolwiek chcia&#322; powiedzie&#263;, zdecydowa&#322;, &#380;e zatrzyma to dla siebie. Jennifer pochyli&#322;a si&#281; i uca&#322;owa&#322;a go, potem poca&#322;owa&#322;a Najl&#281; i ruszy&#322;a w stron&#281; domu. P&#243;&#378;niej porozmawia z dzie&#263;mi, wyja&#347;ni im wszystko po trochu, w niewielkich porcjach, kt&#243;re b&#281;d&#261; w stanie przyj&#261;&#263;. Ale teraz ma mn&#243;stwo innych rzeczy do zrobienia. Do zaplanowania. Do nadzorowania.



16

SUSAN MELLING I LEISHA CAMDEN SIEDZIA&#321;Y W LE&#379;AKACH na dachu pustynnego domku w Nowym Meksyku i przygl&#261;da&#322;y si&#281; Jordanowi i Stelli zmierzaj&#261;cym powoli w kierunku wielkiej topoli ameryka&#324;skiej, kt&#243;ra ros&#322;a nad potokiem. Nad ich g&#322;owami po&#322;yskiwa&#322; blado letni tr&#243;jk&#261;t: Wega, Altair i Deneb tu&#380; przy pe&#322;nej tarczy ksi&#281;&#380;yca. Na zachodzie opada&#322;y z chmur ostatnie pob&#322;yski czerwieni. D&#322;ugie cienie sun&#281;&#322;y przez pustyni&#281; w stron&#281; g&#243;r, kt&#243;rych szczyty nadal rozp&#322;omienia&#322;o niewidoczne ju&#380; s&#322;o&#324;ce. Susan zadr&#380;a&#322;a.

Przynios&#281; ci sweter  odezwa&#322;a si&#281; Leisha.

Nie, nie trzeba  odpar&#322;a Susan.

Cicho b&#261;d&#378;.

Leisha zesz&#322;a po drabinie, odnalaz&#322;a sweter w zagraconym gabinecie Susan i zatrzyma&#322;a si&#281; na moment w pokoju dziennym. Znikn&#281;&#322;y gdzie&#347; wszystkie wypolerowane czaszki. Wspi&#281;&#322;a si&#281; po drabinie i otuli&#322;a swetrem ramiona Susan.

Popatrz na nich  odezwa&#322;a si&#281; Susan z wyra&#378;n&#261; przyjemno&#347;ci&#261;. Tu&#380; przed g&#322;&#281;bszym odcieniem ciemno&#347;ci wok&#243;&#322; topoli sylwetka, kt&#243;ra by&#322;a Jordanem, po&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z cieniem, kt&#243;rym by&#322;a Stella. Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;; wzrok Susan, mimo wszystko, nie os&#322;ab&#322;.

Obie kobiety siedzia&#322;y przez chwil&#281; w milczeniu. W ko&#324;cu Susan mrukn&#281;&#322;a:

Znowu dzwoni&#322; Kevin.

Nie  odpar&#322;a kr&#243;tko Leisha.

Stara kobieta poprawi&#322;a w le&#380;aku swe lekkie, zbola&#322;e cia&#322;o.

Czy ty nie wierzysz w przebaczenie, Leisho?

Owszem, wierz&#281;. Ale Kevin nawet nie zdaje sobie sprawy, &#380;e zrobi&#322; co&#347;, co wymaga przebaczenia.

Zak&#322;adam, &#380;e nie wie te&#380;, &#380;e jest tu z tob&#261; Richard.

Nie mam poj&#281;cia, o czym on wie, a o czym nie wie  rzuci&#322;a oboj&#281;tnie Leisha.  Kto to mo&#380;e wiedzie&#263; na pewno w tych czasach?

Jak na przyk&#322;ad ty: czy mog&#322;a&#347; wiedzie&#263;, &#380;e Jennifer nie jest winna morderstwa? I nie wybaczysz sobie tego tak samo, jak nie wybaczysz Kevinowi.

Leisha odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;. Blask ksi&#281;&#380;yca przeci&#261;&#322; jej policzek jak skalpel. Od strony topoli dobieg&#322; je cichy &#347;miech. Leisha powiedzia&#322;a niespodziewanie:

Szkoda, &#380;e nie ma tu Alice.

Susan u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; z wysi&#322;kiem. Zn&#243;w trzeba zwi&#281;kszy&#263; dawk&#281; &#347;rodk&#243;w u&#347;mierzaj&#261;cych.

Mo&#380;e zn&#243;w si&#281; pojawi, kiedy tylko b&#281;dziesz jej wystarczaj&#261;co mocno potrzebowa&#263;.

To nic &#347;miesznego.

Nie wierzysz, &#380;e to si&#281; zdarzy&#322;o, co, Leisho? Nie wierzysz, &#380;e Alice wykaza&#322;a wzgl&#281;dem ciebie paranormaln&#261; percepcj&#281;?

Wierz&#281;, &#380;e ona w to wierzy  odpar&#322;a ostro&#380;nie Leisha. Teraz mi&#281;dzy ni&#261; a Alice sprawy mia&#322;y si&#281; zupe&#322;nie inaczej i ta r&#243;&#380;nica by&#322;a zbyt cenna, &#380;eby ryzykowa&#263; jej utrat&#281;. Jedynie Alice uda&#322;o jej si&#281; odzyska&#263; podczas tego roku kataklizm&#243;w. Alice i Susan, a Susan by&#322;a umieraj&#261;ca.

A jednak przy Susan jak zawsze potrafi&#322;a zdoby&#263; si&#281; na szczero&#347;&#263;.

Przecie&#380; wiesz, &#380;e nie wierz&#281; w zjawiska paranormalne. Ju&#380; te normalne s&#261; dostatecznie trudne do poj&#281;cia.

A paranormalne w dodatku podwa&#380;aj&#261; tw&#243;j pogl&#261;d na &#347;wiat, nieprawda&#380;?

Umilk&#322;y obie na dobr&#261; minut&#281;, po czym Susan doda&#322;a &#322;agodniejszym ju&#380; tonem:

Obawiasz si&#281;, &#380;e Alice to si&#281; nie spodoba? Jordan i Stella, &#346;pi&#261;cy i Bezsenna?

M&#243;j Bo&#380;e, nic podobnego. Wiem, &#380;e nie mia&#322;aby nic przeciwko temu.  Niespodziewanie wybuchn&#281;&#322;a g&#322;o&#347;nym &#347;miechem.  Alice nale&#380;y do tuzina os&#243;b na tym &#347;wiecie, kt&#243;re nie mia&#322;yby nic przeciwko temu.

A Susan doda&#322;a, jakby m&#243;wi&#322;a o tym samym:

Dzwonili tak&#380;e Stewart Sutter, Kate Addams, Miyuki Yagai i ten tw&#243;j sekretarz, jak mu tam. Powiedzia&#322;am wszystkim, &#380;e oddzwonisz.

Nie oddzwoni&#281;.

Jest ich wi&#281;cej ni&#380; tuzin  powiedzia&#322;a Susan.

Leisha nie odpowiedzia&#322;a.

Pod nimi z frontowych drzwi wychyn&#261;&#322; Richard i pow&#281;drowa&#322; w kierunku odleg&#322;ego p&#322;askowy&#380;u. Szed&#322; wolno, pow&#322;&#243;cz&#261;c nogami. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e kierunek marszu nie ma dla niego &#380;adnego znaczenia i pewnie tak by&#322;o rzeczywi&#347;cie. Niewiele spraw mia&#322;o dla niego znaczenie. Znalaz&#322; si&#281; tu wy&#322;&#261;cznie za spraw&#261; Jordana, kt&#243;ry nie waha&#322; si&#281; d&#322;ugo, tylko wsadzi&#322; go do samochodu i przywi&#243;z&#322;. Obecnie Jordan rzadko kiedy si&#281; waha&#322;. Jordan teraz dzia&#322;a&#322;. W chwil&#281; p&#243;&#378;niej za Richardem powlok&#322;a si&#281; pot&#281;&#380;na sylwetka Joeya, kt&#243;ry uwielbia&#322; marsze dok&#261;dkolwiek.

Uwa&#380;asz, &#380;e proces Sharifi zniweczy&#322; ostatni&#261; szans&#281; na prawdziw&#261; integracj&#281; &#346;pi&#261;cych i Bezsennych, Ruchu &#346;pi-My i i g&#322;&#243;wnego nurtu ekonomiki, tych, co maj&#261; i tych, co nie maj&#261;.

Tak.

Nie ma czego&#347; takiego jak ostatnia szansa, Leisho.

Doprawdy? Wi&#281;c jak to si&#281; dzieje, &#380;e jeste&#347; umieraj&#261;ca? Przepraszam.

Nie mo&#380;esz si&#281; tu ukry&#263; na wieczno&#347;&#263;, Leisho, tylko dlatego, &#380;e rozczarowa&#322;a&#347; si&#281; do prawa.

Nie ukrywam si&#281;.

A co, u diab&#322;a, robisz? Przecie&#380; tak nie mo&#380;na, zw&#322;aszcza ty nie powinna&#347;. Nie k&#322;&#243;&#263; si&#281; ze mn&#261;. Mam intuicj&#281; z pogranicza wieczno&#347;ci. Wbrew sobie Leisha za&#347;mia&#322;a si&#281;.

Masz cholern&#261; racj&#281;: to &#347;mieszne  powiedzia&#322;a Susan.  A wi&#281;c zadzwo&#324; zaraz do Stewarta, Kate i Miyuki, i do tego twojego sekretarza.

Nie.

Richard znikn&#261;&#322; w ciemno&#347;ciach, a za nim Joey. Jordan i Stella, trzymaj&#261;c si&#281; za r&#281;ce, ruszyli z powrotem w kierunku domu. Susan odezwa&#322;a si&#281; z pozorn&#261; otwarto&#347;ci&#261;:

Ja te&#380; &#380;a&#322;uj&#281;, &#380;e nie ma tu Alice. Leisha pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;.

Tak  dorzuci&#322;a Susan niezbyt zr&#281;cznie  dobrze by&#322;oby zebra&#263; wok&#243;&#322; siebie ca&#322;&#261; swoj&#261; spo&#322;eczno&#347;&#263;.

Leisha rzuci&#322;a na ni&#261; okiem, lecz Susan ju&#380; poch&#322;oni&#281;ta by&#322;a studiowaniem ksi&#281;&#380;ycowego blasku na piaskach pustyni. Pod nimi przemkn&#281;&#322;o jakie&#347; ma&#322;e stworzonko, a w g&#243;rze zacz&#281;&#322;y wschodzi&#263; gwiazdy  jedna, druga, trzecia



KSI&#280;GA TRZECIA

Marzyciele

2075

Normy obowi&#261;zuj&#261;ce dla spokojnej przesz&#322;o&#347;ci nie stosuj&#261; si&#281; do burzliwej tera&#378;niejszo&#347;ci. Sytuacja sta&#322;a si&#281; bardzo trudna, a naszym obowi&#261;zkiem jest dostosowa&#263; si&#281; do zaistnia&#322;ej sytuacji. Przypadek nasz jest czym&#347; zupe&#322;nie nowym, musimy wi&#281;c my&#347;le&#263; w zupe&#322;nie nowy spos&#243;b i w nowy spos&#243;b dzia&#322;a&#263;. Musimy si&#281; wyzwoli&#263;.

ABRAHAM LINCOLN, PRZES&#321;ANIE DO KONGRESU, 1 GRUDNIA 1862.



17

RANO, W DZIE&#323; SWOICH SZE&#346;&#262;DZIESI&#260;TYCH SI&#211;DMYCH urodzin, Leisha Camden siedzia&#322;a na brze&#380;ku fotela w swojej posiad&#322;o&#347;ci w Nowym Meksyku i rozmy&#347;la&#322;a nad w&#322;asnymi stopami.

By&#322;y w&#261;skie i wysoko sklepione, a&#380; do samych prostych, silnych palc&#243;w obci&#261;gni&#281;te sk&#243;r&#261; o zdrowym i &#347;wie&#380;ym wygl&#261;dzie. Prosto przyci&#281;te paznokcie po&#322;yskiwa&#322;y blador&#243;&#380;owo. Co&#347; takiego spodoba&#322;oby si&#281; Susan Melling. Susan przywi&#261;zywa&#322;a wielk&#261; wag&#281; do st&#243;p  do ich si&#322;y, do stanu &#380;y&#322; i ko&#347;ci i og&#243;lnie, jako do barometru starzenia si&#281;. Albo niestarzenia si&#281;.

Roz&#347;mieszy&#322;a j&#261; ta my&#347;l. Stopy! &#379;eby przypomnie&#263; sobie Susan, zmar&#322;&#261; przed dwudziestoma trzema laty, w kontek&#347;cie st&#243;p! I to nawet nie w kontek&#347;cie st&#243;p Susan  co od biedy mog&#322;oby zabrzmie&#263; logicznie  ale przy okazji rozmy&#347;la&#324; o w&#322;asnych, o jej, Leishy stopach. In memoriam bipedalis.

Od kiedy to &#347;miesz&#261; j&#261; rzeczy takie jak stopy? Z pewno&#347;ci&#261; nie &#347;mieszy&#322;y jej, kiedy by&#322;a m&#322;oda  dwudziesto-, trzydziesto- czy pi&#281;&#263;dziesi&#281;cioletnia. Wtedy wszystko wydawa&#322;o si&#281; takie powa&#380;ne, &#380;e mog&#322;o wstrz&#261;sn&#261;&#263; posadami &#347;wiata. I to nie tylko sprawy, kt&#243;re rzeczywi&#347;cie mog&#322;yby wstrz&#261;sn&#261;&#263; posadami &#347;wiata, ale praktycznie wszystko. Musia&#322;a by&#263; wtedy bardzo m&#281;cz&#261;c&#261; osob&#261;. By&#263; mo&#380;e nie ma innego sposobu na to, &#380;eby m&#322;odzi byli powa&#380;ni  po prostu musz&#261; by&#263; przy tym nu&#380;&#261;cy. Brak im tego najwa&#380;niejszego z fizycznych wymiar&#243;w: r&#243;wnowagi dzia&#322;aj&#261;cych si&#322;. Zbyt wiele czasu przed sob&#261;, zbyt ma&#322;o za sob&#261;  jak kto&#347;, kto pr&#243;buje przenie&#347;&#263; drabin&#281; w pozycji horyzontalnej, trzymaj&#261;c j&#261; bli&#380;ej jednego z ko&#324;c&#243;w. Nawet czcigodne cierpienie nie mo&#380;e przyda&#263; tu r&#243;wnowagi. A kiedy cz&#322;owiek przez ca&#322;y czas si&#281; skr&#281;ca, &#380;eby jako&#347; utrzyma&#263; t&#281; r&#243;wnowag&#281;, to jak wtedy cokolwiek mo&#380;e mu si&#281; wydawa&#263; &#347;mieszne?

Z czego si&#281; &#347;miejesz?  spyta&#322;a Stella, wkroczywszy do jej gabinetu po ledwie jednym stukni&#281;ciu do drzwi.  Ten reporter czeka na ciebie w jadalni.

Ju&#380;?

Przyszed&#322; wcze&#347;niej  fukn&#281;&#322;a Stella. Nie podoba&#322;o jej si&#281;, &#380;e Leisha chce rozmawia&#263; z jakimi&#347; reporterami. Niech sobie obchodz&#261; te swoje trzechsetlecie bez nas  oznajmi&#322;a wcze&#347;niej.  Co my z tym mamy wsp&#243;lnego? A zw&#322;aszcza teraz? Leisha nie znalaz&#322;a wtedy odpowiedzi, ale i tak zgodzi&#322;a si&#281; przyj&#261;&#263; reportera. Stella potrafi by&#263; taka nieciekawa. Ale z drugiej strony, ma dopiero pi&#281;&#263;dziesi&#261;t dwa lata i jeszcze ma&#322;o co j&#261; &#347;mieszy.

Powiedz mu, &#380;e zaraz przyjd&#281;  odpar&#322;a Leisha  ale dopiero, kiedy zajrz&#281; do Alice. Zr&#243;b mu kawy albo co&#347; w tym rodzaju. Ka&#380; dzieciom, niech mu zagraj&#261; na fujarce, to powinno go oczarowa&#263;.  Seth i Erik w&#322;a&#347;nie nauczyli si&#281; robi&#263; fujarki z ko&#347;ci zwierz&#261;t, kt&#243;rych naznosili sobie z pustyni.

Stella fukn&#281;&#322;a jeszcze raz i wysz&#322;a z pokoju.

Alice tylko co wsta&#322;a. Siedzia&#322;a na brzegu &#322;&#243;&#380;ka, a piel&#281;gniarka zdejmowa&#322;a jej przez g&#322;ow&#281; nocn&#261; koszul&#281;. Leisha b&#322;yskawicznie wycofa&#322;a si&#281; do holu; Alice nie znosi&#322;a, kiedy Leisha widzia&#322;a j&#261; nag&#261;. Wr&#243;ci&#322;a do pokoju dopiero kiedy us&#322;ysza&#322;a, jak piel&#281;gniarka m&#243;wi: Gotowe, pani Watrous.

Alice mia&#322;a na sobie lu&#378;ne bawe&#322;niane spodnie i szerok&#261; bia&#322;&#261; g&#243;r&#281;, skrojon&#261; tak, by mog&#322;a w&#322;o&#380;y&#263; j&#261; u&#380;ywaj&#261;c do tego wy&#322;&#261;cznie prawej r&#281;ki. Lewe rami&#281; po ostatnim wylewie sta&#322;o si&#281; zupe&#322;nie bezu&#380;yteczne. Bia&#322;e loki by&#322;y ju&#380; przyczesane. Piel&#281;gniarka kl&#281;cza&#322;a na pod&#322;odze, wsuwaj&#261;c stopy swej podopiecznej w mi&#281;kkie pantofle.

Leisho!  zawo&#322;a&#322;a z rado&#347;ci&#261; Alice.  Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.

Chcia&#322;am pierwsza ci to powiedzie&#263;!

Niedobrze  odpar&#322;a Alice.  Sze&#347;&#263;dziesi&#261;t siedem latek.

Ano tak  odpowiedzia&#322;a Leisha i obie kobiety przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; mierzy&#322;y si&#281; spojrzeniem  Leisha wyprostowana, w szortach i tr&#243;jk&#261;tnej bluzce-staniku i Alice, wspieraj&#261;ca si&#281; &#380;ylast&#261; d&#322;oni&#261; o kraj &#322;&#243;&#380;ka.

Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Alice.

Leisho!  Zn&#243;w Stella w swym najlepszym dyrektorskim stylu.  O dziewi&#261;tej masz wideotelefoniczn&#261; konferencj&#281;, wi&#281;c je&#347;li masz zamiar spotka&#263; si&#281; z tym dziennikarzem

Prawym k&#261;cikiem ust, tak cicho, by nie dos&#322;ysza&#322;a jej Stella, Alice wymrucza&#322;a:

M&#243;j nieszcz&#281;sny Jordan

Sama wiesz najlepiej, &#380;e on to uwielbia  odmrukn&#281;&#322;a r&#243;wnie cicho Leisha i posz&#322;a do jadalni, &#380;eby spotka&#263; si&#281; z dziennikarzem.

Zaskoczy&#322; j&#261;. Wygl&#261;da&#322; na lat mniej wi&#281;cej szesna&#347;cie  ot, ko&#347;cisty ch&#322;opak o ostro zarysowanych &#322;okciach i kiepskiej cerze, ubrany, zdaje si&#281;, wed&#322;ug najnowszej m&#322;odzie&#380;owej mody: w bombiaste szorty i plastykow&#261; bluz&#281;, obramowan&#261; male&#324;kimi plastykowymi skuterami w kolorach czerwonym, bia&#322;ym i niebieskim. Przycupn&#261;&#322; nerwowo na brze&#380;ku krzes&#322;a, podczas gdy dooko&#322;a niego ta&#324;czyli Erik i Seth, popiskuj&#261;c beznadziejnie na swoich fujarkach. Leisha wygoni&#322;a swych ciotecznych wnuk&#243;w z pokoju. Seth wybieg&#322; z rado&#347;ci&#261;, Erik zawy&#322; i trzasn&#261;&#322; drzwiami. W ciszy, jaka nagle nasta&#322;a, Leisha usadowi&#322;a si&#281; przy stole, dok&#322;adnie na wprost ch&#322;opca.

Jak&#261;, m&#243;wi&#322; pan, reprezentuje pan sie&#263;, panie Cavanaugh?

Sie&#263; informacyjn&#261; mojego liceum  wygada&#322; si&#281;.  Tylko &#380;e nie wspomnia&#322;em o tym tamtej pani, kiedy umawia&#322;em si&#281; na spotkanie.

Rzecz jasna  odpar&#322;a Leisha. Co tam jej stopy  to dopiero by&#322;o &#347;mieszne! Pierwszy wywiad, na jaki zgodzi&#322;a si&#281; od dziesi&#281;ciu lat, i okazuje si&#281;, &#380;e udzieli go dzieciakowi z licealnej gazetki. To dopiero spodoba&#322;oby si&#281; Susan.

No dobrze, zacznijmy zatem  powiedzia&#322;a. Wiedzia&#322;a, &#380;e ch&#322;opak rozmawia z Bezsenn&#261; po raz pierwszy w &#380;yciu. Mia&#322; to wypisane na twarzy: t&#281; ciekawo&#347;&#263;, niepewno&#347;&#263;, ukradkowe ocenianie. Ale bez zawi&#347;ci w &#380;adnej z jej jadowitych postaci. To w&#322;a&#347;nie by&#322;a do&#347;&#263; szczeg&#243;lna rzecz  brak zawi&#347;ci u tego zupe&#322;nie przeci&#281;tnego ch&#322;opaka.

By&#322; bardziej rozgarni&#281;ty ni&#380; na to wygl&#261;da&#322;.

Mama opowiada&#322;a mi, &#380;e kiedy&#347; wszystko by&#322;o inaczej. Wo&#322;y, a nawet Amatorzy &#379;ycia nienawidzili Bezsennych. Jak to mo&#380;liwe?

Jak to mo&#380;liwe, &#380;e pan ich nie nienawidzi?

Wydawa&#322; si&#281; szczerze zaskoczony takim pytaniem. Nachmurzy&#322; si&#281;, potem zerkn&#261;&#322; na ni&#261; z ukosa tak zak&#322;opotany, &#380;e Leisha widzia&#322;a wyra&#378;nie, jaki z niego przyzwoity ch&#322;opiec.

No c&#243;&#380;, nie chcia&#322;bym pani urazi&#263;, ale dlaczego w&#322;a&#347;ciwie mia&#322;bym pani&#261; nienawidzi&#263;? To znaczy: to przecie&#380; Wo&#322;y  a z tego, co wiem, Bezsenni to jakby taki rodzaj Superwo&#322;&#243;w, prawda?  zajmuj&#261; si&#281; wszystkim co trzeba. My, Amatorzy &#379;ycia, tylko korzystamy z wynik&#243;w ich pracy. &#379;yjemy. Wie pani  wybuchn&#261;&#322; w nag&#322;ym przyp&#322;ywie szczero&#347;ci  nigdy nie mog&#322;em zrozumie&#263;, dlaczego Wo&#322;y tego nie mog&#261; zrozumie&#263; i dlaczego tak nas nie znosz&#261;.

Plus ca change, plus cest la meme chose.[1 - (fr.) Im bardziej rzeczy si&#281; zmieniaj&#261;, tym bardziej pozostaj&#261; takie same (przyp. red.)]

Co to znaczy?

Nic takiego, panie Cavanaugh. Czy w pa&#324;skiej szkole s&#261; jakie&#347; Wo&#322;y?

Popatrzy&#322; na ni&#261; tak, jakby o takich rzeczach sama powinna wiedzie&#263;, co by&#322;o zreszt&#261; zgodne z prawd&#261;. Stany Zjednoczone by&#322;y spo&#322;eczno&#347;ci&#261; trzykondygnacyjn&#261;: najpierw ci, kt&#243;rzy nie maj&#261; nic, a kt&#243;rzy dzi&#281;ki opium tajemniczej, hedonistycznej Filozofii Prawdziwego &#379;ycia zostali sta&#322;ymi odbiorcami daru wolnego czasu. Amatorzy &#379;ycia, czyli osiemdziesi&#261;t procent populacji, porzuci&#322;o etyk&#281; pracy na rzecz populistycznej i weso&#322;kowatej wersji etyki dawnej arystokracji: szcz&#281;&#347;liwcy nie musz&#261; pracowa&#263;. Ponad nimi  a mo&#380;e poni&#380;ej  znajdowa&#322;y si&#281; Wo&#322;y, genetycznie wspomagani &#346;pi&#261;cy, kt&#243;rzy zarz&#261;dzali polityczn&#261; i ekonomiczn&#261; maszyneri&#261; tak, jak dyktowa&#322;y im &#322;askawe g&#322;osy nowej klasy niepracuj&#261;cych. Wo&#322;y zarz&#261;dza&#322;y, a ich roboty wykonywa&#322;y wszelk&#261; inn&#261; prac&#281;. Za&#347; ponad tym wszystkim byli jeszcze Bezsenni, w wi&#281;kszo&#347;ci niewidoczni, ukryci w Azylu, lekcewa&#380;eni przez Amator&#243;w &#379;ycia, a kto wie, czy i nie przez Wo&#322;y. W ca&#322;o&#347;ci &#243;w tr&#243;jdzielny system  id, ego i superego, jak kto&#347; kiedy&#347; okre&#347;li&#322; go sardonicznie  bazowa&#322; na taniej, wszechobecnej energii Y, nap&#281;dzaj&#261;cej w pe&#322;ni zautomatyzowane fabryki i gwarantuj&#261;cej istnienie niezwykle wprost hojnej opieki spo&#322;ecznej, kt&#243;ra w zamian za g&#322;osy wyborc&#243;w fundowa&#322;a chleb i igrzyska. Zjawisko to, my&#347;la&#322;a Leisha, by&#322;o szczeg&#243;lnie ameryka&#324;skie w charakterze, &#322;&#261;cz&#261;c demokracj&#281; z materializmem, przeci&#281;tno&#347;&#263; z entuzjazmem, pot&#281;g&#281; z iluzj&#261; jej oddolnego kontrolowania.

Prosz&#281; mi powiedzie&#263;, panie Cavanaugh, co pan i pa&#324;scy przyjaciele robicie z ca&#322;ym tym wolnym czasem?

Wygl&#261;da&#322; na zaskoczonego.

Co robimy?

W&#322;a&#347;nie. Co z nim robicie. Na przyk&#322;ad dzisiaj. Co pan b&#281;dzie robi&#322;, kiedy sko&#324;czy pan nagrywa&#263; ten wywiad?

No Podrzuc&#281; nagranie do szko&#322;y. Nasz nauczyciel pu&#347;ci je chyba przez sie&#263; informacyjn&#261;. Jak b&#281;dzie chcia&#322;.

On jest Amatorem &#379;ycia czy Wo&#322;em?

Jasne, &#380;e Amatorem  odpar&#322; z lekkim przek&#261;sem. Leisha wyczu&#322;a, &#380;e jej akcje gwa&#322;townie spadaj&#261;.  Potem pewnie posiedz&#281; chwil&#281; nad czytaniem; do po&#322;udnia, dop&#243;ki nie sko&#324;czy si&#281; szko&#322;a. Ju&#380; prawie umiem czyta&#263;, ale jeszcze nie ca&#322;kiem. To bez sensu, ale mama chce, &#380;ebym si&#281; nauczy&#322;. W po&#322;udnie s&#261; zawody skuterowe, id&#281; z przyjaci&#243;&#322;mi

A kto za nie p&#322;aci, kto je organizuje?

Nasza miejscowa radna, to jasne. Cathy Miller. To ona jest Wo&#322;em.

No jasne.

Potem z kolegami robimy sobie psychoimprezy, nasz kongresman przywi&#243;z&#322; naj&#347;wie&#380;szy towar z Kolorado czy sk&#261;d&#347;, no a potem jest ten wirtualny holowid

Jaki ma tytu&#322;?

Tamara z marsja&#324;skich m&#243;rz. Nie b&#281;dzie pani ogl&#261;da&#263;? Jest agro!

Mo&#380;e si&#281; za&#322;api&#281;  odpowiedzia&#322;a Leisha. Stopy, dziennikarze, Tamara z marsja&#324;skich m&#243;rz. Moira, c&#243;rka Alice, wyemigrowa&#322;a na marsja&#324;sk&#261; koloni&#281;.  Wie pan, &#380;e na Marsie nie ma m&#243;rz, prawda?

Tak?  spyta&#322; bez &#347;ladu zainteresowania.  Potem ja i kumple b&#281;dziemy gra&#263; w pi&#322;k&#281;, a p&#243;&#378;niej ja i moja dziewczyna b&#281;dziemy si&#281; pieprzy&#263;. No a p&#243;&#378;niej, je&#347;li zostanie mi troch&#281; czasu, mo&#380;e wpadn&#281; do moich rodzic&#243;w, bo maj&#261; dzisiaj ta&#324;ce. Je&#347;li nie starczy Pani Camden, czy powiedzia&#322;em co&#347; &#347;miesznego?

Ale&#380; nie  wysapa&#322;a Leisha.  Przepraszam. &#379;aden osiemnastowieczny arystokrata nie m&#243;g&#322;by si&#281; pochwali&#263; bardziej zape&#322;nionym kalendarzem imprez towarzyskich.

No c&#243;&#380;, jestem Amatorem do&#347;&#263; agro  odpar&#322; skromnie.  Ale to przecie&#380; ja mam pani zadawa&#263; pytania. Dobrze, czy jest Nie, nie, prosz&#281; poczeka&#263; Co to za fundacja, kt&#243;r&#261; pani prowadzi? Czym si&#281; zajmuje?

Zapytuje &#380;ebrak&#243;w, dlaczego s&#261; &#380;ebrakami i zapewnia finansowanie tym, kt&#243;rzy pragn&#261; zosta&#263; kim innym.

Ch&#322;opak by&#322; wyra&#378;nie zbity z tropu.

Je&#347;li, na ten przyk&#322;ad  pospieszy&#322;a z wyja&#347;nieniem Leisha  zechcia&#322;by pan zosta&#263; Wo&#322;em, Fundacja imienia Susan Melling pomog&#322;aby panu dosta&#263; si&#281; do odpowiedniej szko&#322;y i op&#322;aci&#322;aby panu wszystkie konieczne usprawnienia.

Ale po co w og&#243;le mia&#322;bym tego chcie&#263;?

Rzeczywi&#347;cie, po co?  odpar&#322;a Leisha.  Niemniej s&#261; tacy, kt&#243;rzy tego chc&#261;.

W ka&#380;dym razie ja takich nie znam  odpar&#322; zdecydowanym tonem.  Dla mnie brzmi to zupe&#322;nie beznadziejnie. Jeszcze jedno pytanie: dlaczego pani to robi? Dlaczego prowadzi pani t&#281; jak&#261;&#347; fundacj&#281;?

Poniewa&#380; my, silni, to w&#322;a&#347;nie winni jeste&#347;my &#380;ebrakom: zapyta&#263; ka&#380;dego z nich, dlaczego jest &#380;ebrakiem i post&#261;pi&#263; stosownie do udzielonej odpowiedzi  wyja&#347;ni&#322;a precyzyjnie Leisha.  Poniewa&#380; spo&#322;ecze&#324;stwo to tylko pewne za&#322;o&#380;enie, a nie wynik, bo tylko nadaj&#261;c bezproduktywno&#347;ci tyle&#380; samo cech indywidualnych co doskona&#322;o&#347;ci i tym si&#281; kieruj&#261;c mo&#380;na sp&#322;aci&#263; sw&#243;j d&#322;ug wobec hiszpa&#324;skich &#380;ebrak&#243;w.

Ujrza&#322;a wyra&#378;nie, &#380;e ch&#322;opiec nie zrozumia&#322; z tego ani s&#322;owa. O nic te&#380; nie zapyta&#322;. Wsta&#322;, z wyra&#378;n&#261; ulg&#261; wzi&#261;&#322; ze sto&#322;u sw&#243;j sprz&#281;t  koniec pracy na dzisiaj  i wyci&#261;gn&#261;&#322; ku niej r&#281;k&#281;.

No c&#243;&#380;, wydaje mi si&#281;, &#380;e to ju&#380; b&#281;dzie wszystko. Nauczyciel powiedzia&#322;, &#380;e w zupe&#322;no&#347;ci wystarcz&#261; cztery pytania.  Dzi&#281;kuj&#281;, pani Camden.

U&#347;cisn&#281;&#322;a jego d&#322;o&#324;. Taki uprzejmy ch&#322;opiec, pozbawiony zawi&#347;ci i nienawi&#347;ci, taki zadowolony. I taki g&#322;upi.

Dzi&#281;kuj&#281;, panie Cavanaugh. Za to, &#380;e odpowiedzia&#322; pan na moje pytania. Odpowie mi pan na jeszcze jedno?

Jasne.

Je&#347;li pa&#324;ski nauczyciel pu&#347;ci ten wywiad przez sie&#263;, czy ktokolwiek b&#281;dzie go ogl&#261;da&#322;?

Odwr&#243;ci&#322; wzrok; widzia&#322;a wyra&#378;nie, &#380;e nie chce sprawi&#263; jej przykro&#347;ci odpowiedzi&#261;. Co za uprzejmy ch&#322;opiec.

Czy pan w og&#243;le ogl&#261;da sieci informacyjne, panie Cavanaugh? Teraz spojrza&#322; jej prosto w oczy, wyra&#378;nie oburzony.

Oczywi&#347;cie! Ca&#322;a moja rodzina ogl&#261;da! Inaczej sk&#261;d mama i tato by wiedzieli, kt&#243;re Wo&#322;y dadz&#261; nam najwi&#281;cej za nasze g&#322;osy?

Ach tak  stwierdzi&#322;a Leisha.  Ameryka&#324;ska konstytucja dzia&#322;a.

A przysz&#322;ym roku mamy trzechsetlecie  dopowiedzia&#322; z dum&#261; ch&#322;opiec. Amatorzy &#379;ycia bez wyj&#261;tku czuli si&#281; patriotami.  No c&#243;&#380;, w takim razie jeszcze raz dzi&#281;kuj&#281;.

To ja panu dzi&#281;kuj&#281;  odpowiedzia&#322;a Leisha. W drzwiach pojawi&#322;a si&#281; surowa Stella i odprowadzi&#322;a go do wyj&#347;cia.

Leisho, za dwie minuty masz po&#322;&#261;czenie na wideotelefonie, a w tej chwili

Stello, ile zg&#322;osze&#324; rozpatrywa&#322;a Fundacja w tym kwartale?

Sto szesna&#347;cie  odrzek&#322;a Stella. Prowadzi&#322;a wszystkie akta Fundacji, w tym r&#243;wnie&#380; sprawy finansowe.

Iluprocentowy spadek w por&#243;wnaniu z zesz&#322;ym kwarta&#322;em?

Sze&#347;&#263; procent.

A w por&#243;wnaniu z zesz&#322;ym rokiem?

Osiem procent. Przecie&#380; wiesz.

To prawda  Leisha wiedzia&#322;a. Stella mia&#322;aby si&#281; czym zaj&#261;&#263;, gdyby Fundacja dzia&#322;a&#322;a na tak&#261; sam&#261; skal&#281;, co na pocz&#261;tku swej dzia&#322;alno&#347;ci. Nie stara&#322;aby si&#281; zajmowa&#263; pierwszorz&#281;dnego intelektu obowi&#261;zkami matki i sekretarki, przy okazji zam&#281;czaj&#261;c wszystkich dooko&#322;a. Stella musia&#322;a chyba zgadn&#261;&#263;, o czym my&#347;li Leisha, bo nagle powiedzia&#322;a:

Mog&#322;aby&#347; wr&#243;ci&#263; do praktykowania prawa. Albo napisa&#263; kolejn&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;. Albo za&#322;o&#380;y&#263; kolejn&#261; korporacj&#281;, gdyby&#347; tylko zechcia&#322;a konkurowa&#263; z Wo&#322;ami w czym&#347;, co i tak robisz lepiej.

Konkuruje z nimi Azyl  odrzek&#322;a &#322;agodnie Leisha.  A ten nowy porz&#261;dek ekonomiczny i tak nie opiera si&#281; na konkurencji. Opiera si&#281; na specyficznym stylu &#380;ycia. Powiedzia&#322; mi o tym w&#322;a&#347;nie pewien m&#322;ody cz&#322;owiek. Nie m&#281;cz mnie, Stello, dzi&#347; s&#261; moje urodziny. Co to za ha&#322;as na podw&#243;rzu?

To w&#322;a&#347;nie przez ca&#322;y czas usi&#322;uj&#281; ci powiedzie&#263;. Przed bram&#261; stoi jakie&#347; dziecko i wrzeszczy na ca&#322;e gard&#322;o, &#380;e chce si&#281; z tob&#261; widzie&#263;. Z tob&#261; i nikim innym.

Bezsenne dziecko?  spyta&#322;a Leisha, czuj&#261;c, &#380;e krew zaczyna &#380;ywiej kr&#261;&#380;y&#263; w jej &#380;y&#322;ach. Takie wypadki nadal si&#281; zdarza&#322;y  nielegalna genomodyfikacja, zagubione dziecko z up&#322;ywem lat przekonuj&#261;ce si&#281;, &#380;e jest r&#243;&#380;ne od swych r&#243;wie&#347;nik&#243;w, &#380;e nie wystarcz&#261; mu wy&#347;cigi skuter&#243;w, holowidy i psychoimprezy. Potem przypadkiem dowiaduje si&#281; o Fundacji imienia Susan Melling, zwykle od jakiego&#347; sympatyczniejszego Wo&#322;a, i przestraszone, lecz zdeterminowane, rusza w d&#322;ug&#261; podr&#243;&#380; w poszukiwaniu swoich, na d&#322;ugo przedtem, zanim si&#281; dowie, &#380;e ma jakich&#347; swoich. Promowanie tych dzieci, nastolatk&#243;w, a czasem nawet doros&#322;ych do swojego domu i pomaganie im, by mogli w pe&#322;ni sta&#263; si&#281; sob&#261;, to dla Leishy naj&#380;ywsza rado&#347;&#263; Ale Stella odpowiedzia&#322;a:

Nie. To nie Bezsenny. Ma oko&#322;o dziesi&#281;ciu lat. To brudny dzieciak, kt&#243;ry drze si&#281; na ca&#322;e gard&#322;o, &#380;e musi si&#281; zobaczy&#263; z tob&#261; i nikim innym. Wys&#322;a&#322;am Erika, &#380;eby mu powiedzia&#322;, &#380;e dzie&#324; przyj&#281;&#263; jest jutro, ale ten da&#322; Erikowi w oko i o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e nie mo&#380;e czeka&#263;.

Czy Erik go roz&#322;o&#380;y&#322;?  spyta&#322;a Leisha. Dwunastoletni syn Stelli mia&#322; genomodyfikacj&#281; si&#322;y. I nauczyciela karate. A tak&#380;e pewne sk&#322;onno&#347;ci, kt&#243;re u Bezsennych raczej nie powinny wyst&#281;powa&#263;.

Nie  odpar&#322;a Stella z dum&#261; w g&#322;osie.  Erik dorasta. Nauczy&#322; si&#281;, &#380;e wolno uderzy&#263; tylko w obliczu bezpo&#347;redniego fizycznego zagro&#380;enia.

Leisha szczerze w to w&#261;tpi&#322;a. Erik Bevington-Watrous by&#322; &#378;r&#243;d&#322;em jej nieustannych zmartwie&#324;. Ale powiedzia&#322;a tylko:

Wpu&#347;&#263; ch&#322;opca. Zaraz si&#281; z nim spotkam.

Ale&#380; Leisho! Dos&#322;ownie w tej minucie masz po&#322;&#261;czenie z Tokio!

Powiedz im, &#380;e oddzwoni&#281;. Pozw&#243;l mi pokaprysi&#263;, Stello; dzi&#347; s&#261; moje urodziny. Jestem stara.

To Alice jest stara  odrzek&#322;a Stella, natychmiast zmieniaj&#261;c ton. Po chwili dorzuci&#322;a:  Przepraszam.

Wpu&#347;&#263; dzieciaka. Przynajmniej przestanie si&#281; drze&#263;. Jak, m&#243;wi&#322;a&#347;, on si&#281; nazywa?

Dan Arlen  odpar&#322;a Stella.



* * *


Na orbicie, gdzie&#347; nad wodami Pacyfiku, Rada Azylu wybuchn&#281;&#322;a spontanicznym aplauzem.

Czterna&#347;cioro m&#281;&#380;czyzn i kobiet siedzia&#322;o wok&#243;&#322; wypolerowanego metalowego sto&#322;u w kszta&#322;cie stylizowanej podw&#243;jnej spirali, wewn&#261;trz Kopu&#322;y Rady. Dooko&#322;a pomieszczenia, metr nad pod&#322;og&#261;, ci&#261;gn&#281;&#322;o si&#281; wielkie okno z plastiglasu, tu i &#243;wdzie poprzecinane metalowymi wspornikami. Sama za&#347; kopu&#322;a umiejscowiona zosta&#322;a mo&#380;liwie najbli&#380;ej jednego z ko&#324;c&#243;w cylindrycznej stacji orbitalnej, tak &#380;e widok z sali konferencyjnej, kt&#243;ra sama zajmowa&#322;a dok&#322;adnie po&#322;ow&#281; kopu&#322;y, by&#322; przyjemnie urozmaicony. Na p&#243;&#322;nocy rozci&#261;ga&#322;y si&#281; pola uprawne z rozsianymi tu i &#243;wdzie mniejszymi kopu&#322;ami; podchodzi&#322;y leciutko do g&#243;ry, by znikn&#261;&#263; w ko&#324;cu na tle zamglonego nieba. Na po&#322;udniu by&#322; kosmos  bezkompromisowy, oddzielony od kopu&#322;y tylko cienk&#261; warstewk&#261; powietrza, jakie znajdowa&#322;o si&#281; pomi&#281;dzy ni&#261; a plastiglasow&#261; &#347;cian&#261; stacji. Na po&#322;udniu panowa&#322; ciep&#322;y i s&#322;oneczny dzie&#324; i przez d&#322;ugie, nie zaciemnione sekcje okien wlewa&#322; si&#281; z tej strony s&#322;oneczny blask, na p&#243;&#322;nocy natomiast kr&#243;lowa&#322;a nie ko&#324;cz&#261;ca si&#281; noc, wype&#322;niona na przemian rojami gwiazd lub przygn&#281;biaj&#261;co wielk&#261; Ziemi&#261;. Niesymetryczna krzywa sto&#322;u konferencyjnego i przy&#347;rubowane do pod&#322;ogi fotele sprawia&#322;y, &#380;e sze&#347;ciu cz&#322;onk&#243;w Rady spogl&#261;da&#322;o na gwiazdy, a o&#347;miu patrzy&#322;o na s&#322;o&#324;ce.

Jennifer Sharifi, do&#380;ywotnia przewodnicz&#261;ca Rady, zawsze siedzia&#322;a z twarz&#261; zwr&#243;con&#261; na po&#322;udnie, ku s&#322;o&#324;cu. Kiedy m&#243;wi&#322;a, w jej oczach l&#347;ni&#322;a rado&#347;&#263;.

Wszystkie testy m&#243;zgu, analizy p&#322;ynu m&#243;zgowo-rdzeniowego, kartografia kr&#281;gos&#322;upa, no i rzecz jasna analizy DNA wykazuj&#261; nasz pe&#322;ny sukces. Doktorom Toliveriemu i elementowi nale&#380;y z ca&#322;ego serca pogratulowa&#263;. Podobnie, rzecz jasna, jak Rickyemu i Hermione.  U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; ciep&#322;o do syna i synowej. Ricky odpowiedzia&#322; jej u&#347;miechem, Hermione za&#347; spu&#347;ci&#322;a g&#322;ow&#281; i nag&#322;y skurcz przeszy&#322; jej niezwykle pi&#281;kn&#261; twarz. Mniej wi&#281;cej po&#322;owa rodzic&#243;w w Azylu zaprzesta&#322;a korzystania z genomodyfikacji, zadowolona z intelektualnych i psychicznych korzy&#347;ci, jakie zapewnia bezsenno&#347;&#263;, i pragn&#261;ca utrzyma&#263; rodzinne podobie&#324;stwo. Hermione, smuk&#322;a i fio&#322;kowooka, by&#322;a dzieckiem rodzic&#243;w z tej drugiej po&#322;owy.

Radny Victor Lin zapyta&#322; z zapa&#322;em:

Czy nie mogliby&#347;my zobaczy&#263; dziecka? &#346;rodowisko mamy chyba dostatecznie sterylne.

Kilkoro innych roze&#347;mia&#322;o si&#281; g&#322;o&#347;no.

Tak, bardzo prosz&#281;  dorzuci&#322;a radna Lucy Ames i zarumieni&#322;a si&#281;. Mia&#322;a dopiero dwadzie&#347;cia jeden lat  urodzi&#322;a si&#281; ju&#380; na stacji  i ci&#261;gle jeszcze nie przywyk&#322;a do my&#347;li, &#380;e to jej nazwisko wy&#322;oniono do Rady w loterii obywatelskiej. Jennifer u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do niej.

Tak, oczywi&#347;cie. Mo&#380;emy zobaczy&#263; dziecko. Ale chcia&#322;abym tu powt&#243;rzy&#263; to, co m&#243;wiono wam ju&#380; wcze&#347;niej: ta runda modyfikacji genetycznych wykracza daleko poza wszystko, czym dane jest cieszy&#263; si&#281; kt&#243;remukolwiek z nas. Chcemy utrzyma&#263; swoj&#261; przewag&#281; nad &#346;pi&#261;cymi na Ziemi, musimy zatem zbada&#263; ka&#380;d&#261; drog&#281; do dominacji, jaka si&#281; przed nami otwiera. Ale za ten post&#281;p trzeba czasami p&#322;aci&#263; w dziedzinach o mniejszym znaczeniu.

Przemowa ta nagle wszystkich otrze&#378;wi&#322;a. O&#347;miu cz&#322;onk&#243;w Rady wylosowanych w loterii na t&#281; kadencj&#281; spojrza&#322;o po sobie. &#379;adne z nich nie nale&#380;a&#322;o do rodziny Sharifi, kt&#243;ra opanowa&#322;a pi&#281;&#263;dziesi&#261;t sze&#347;&#263; procent finans&#243;w Azylu i co za tym idzie, do niej nale&#380;a&#322; te&#380; taki sam procent g&#322;os&#243;w w Radzie. Stali cz&#322;onkowie Rady  Jennifer, Ricky, Hermione, Najla i jej m&#261;&#380;, Lars Johnson, a tak&#380;e m&#261;&#380; Jennifer, Will Sandaleros  mieli na twarzach niczym nie zm&#261;cony u&#347;miech. Mo&#380;e z wyj&#261;tkiem Hermione.

Prosz&#281;, przynie&#347; dziecko  poleci&#322;a jej Jennifer.

Hermione wysz&#322;a. Ricky ostro&#380;nie wyci&#261;gn&#261;&#322; ku niej d&#322;o&#324;, kiedy go mija&#322;a, ale jej nie dotkn&#261;&#322;. Cofn&#261;&#322; r&#281;k&#281; i zapatrzy&#322; si&#281; w okno. Nikt nie odezwa&#322; si&#281; ani s&#322;owem, dop&#243;ki nie wr&#243;ci&#322;a Hermione, nios&#261;c opatulony tobo&#322;ek.

Oto  oznajmi&#322;a Jennifer  Miranda Serena Sharifi. Nasza przysz&#322;o&#347;&#263;.

Hermione po&#322;o&#380;y&#322;a dziecko na stole konferencyjnym i rozsup&#322;a&#322;a &#380;&#243;&#322;ty kocyk. Miranda mia&#322;a dziesi&#281;&#263; tygodni. Jej sk&#243;ra by&#322;a blada, bez &#347;ladu r&#243;&#380;owo&#347;ci, a w&#322;osy mierzwi&#322;y si&#281; g&#281;st&#261; czerni&#261;. &#379;ywe, bardzo ciemne oczka rozgl&#261;da&#322;y si&#281; bystro wok&#243;&#322;. Odrobin&#281; wy&#322;upiaste, strzela&#322;y ci&#261;gle na boki i nie by&#322;y w stanie ani na chwil&#281; spocz&#261;&#263; w jednym miejscu. Silne ma&#322;e cia&#322;ko podrygiwa&#322;o bez przerwy. Male&#324;kie pi&#261;stki otwiera&#322;y si&#281; i zamyka&#322;y z tak&#261; szybko&#347;ci&#261;, &#380;e niepodobna by&#322;o policzy&#263; ma&#322;ych paluszk&#243;w. Niemowl&#281; emanowa&#322;o jak&#261;&#347; nienormaln&#261; witalno&#347;ci&#261;, nienaturalnym napi&#281;ciem  tak wzmo&#380;onym, &#380;e wydawa&#322;o si&#281;, i&#380; jej wzrok wytnie zaraz zygzakowat&#261; dziur&#281; w suficie kopu&#322;y.

M&#322;odziutka radna Ames przycisn&#281;&#322;a d&#322;o&#324; do ust.

Na pierwszy rzut oka  odezwa&#322;a si&#281; Jennifer swym opanowanym g&#322;osem  mo&#380;na by pomy&#347;le&#263;, &#380;e objawy wyst&#281;puj&#261;ce u naszej Mirandy przypominaj&#261; pewne zak&#322;&#243;cenia systemu nerwowego, jakie trapi&#261; czasem niemodyfikowanych &#380;ebrak&#243;w. Albo objawy, jakie wywo&#322;uj&#261; paraamfetaminy. Ale to co&#347; skrajnie odmiennego. M&#243;zg Mirandy pracuje z szybko&#347;ci&#261; trzy albo cztery razy wi&#281;ksz&#261; od naszej, posiadaj&#261;c przy tym niewiarygodnie wzmocnion&#261; pami&#281;&#263; i r&#243;wnie wspania&#322;&#261; zdolno&#347;&#263; koncentracji. Nie wyst&#281;puje tu utrata kontroli nad tkank&#261; nerwow&#261;, cho&#263; efektem ubocznym jest pewna utrata kontroli motorycznej. Genomodyfikacje Miri zawieraj&#261; te&#380; wysoki poziom inteligencji, ale dopiero zmiany w systemie nerwowym pozwol&#261; jej korzysta&#263; z tej inteligencji w spos&#243;b, kt&#243;rego teraz nawet nie jeste&#347;my w stanie przewidzie&#263;. Ta genomodyfikacja to najlepszy spos&#243;b obej&#347;cia og&#243;lnie znanego problemu regresji intelektualnej, kiedy to nadzwyczaj inteligentni rodzice wydaj&#261; na &#347;wiat przeci&#281;tne dzieci, daj&#261;c tym samym gorsze pod&#322;o&#380;e nowym genomodyfikacjom. Kilkoro z siedz&#261;cych przy stole pokiwa&#322;o g&#322;owami, kilkoro innych, obeznanych z sytuacj&#261;, w kt&#243;rej Najla i Ricky wypadali raczej s&#322;abo na tle samej Jennifer, opu&#347;ci&#322;o wzrok. Radna Ames nie przestawa&#322;a wpatrywa&#263; si&#281; w dziecko szeroko otwartymi oczyma i z d&#322;oni&#261; przyci&#347;ni&#281;t&#261; do ust.

Miranda jest pierwsza  o&#347;wiadczy&#322;a Jennifer  ale z pewno&#347;ci&#261; nie ostatnia. My, mieszka&#324;cy Azylu, prezentujemy sob&#261; najt&#281;&#380;sze umys&#322;y w ca&#322;ych Stanach Zjednoczonych. W interesie nas wszystkich le&#380;y, aby&#347;my utrzymali t&#281; przewag&#281;. To nasz obowi&#261;zek.

Do tego wystarcz&#261; nasze zwyk&#322;e, Bezsenne i genomodyfikowane dzieci  odezwa&#322; si&#281; cicho radny Lin.

Tak  odpowiedzia&#322;a mu Jennifer z szerokim u&#347;miechem  ale w ka&#380;dej chwili &#380;ebracy na Ziemi mog&#261; zrewidowa&#263; swoj&#261; kr&#243;tkowzroczn&#261; polityk&#281; i sami mog&#261; do tego wr&#243;ci&#263;. Potrzebujemy czego&#347; wi&#281;cej. Potrzebujemy wszystkiego, co jeste&#347;my w stanie wytworzy&#263; w dziedzinie in&#380;ynierii genetycznej, kt&#243;r&#261; w przeciwie&#324;stwie do nich mamy &#347;mia&#322;o&#347;&#263; wykorzysta&#263; w ca&#322;ej jej pe&#322;ni dla rozwoju umys&#322;u, technologii, obronno&#347;ci

Will Sandaleros delikatnie po&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; na jej ramieniu.

W oczach Jennifer zamigota&#322;a furia, lecz natychmiast znikn&#281;&#322;a, a ona u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do Willa, kt&#243;ry patrzy&#322; na ni&#261; pe&#322;nym czu&#322;o&#347;ci wzrokiem. Roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Czy&#380;by mnie znowu ponios&#322;o? Przepraszam. Pewna jestem, &#380;e wszyscy pojmujecie filozofi&#281; Azylu r&#243;wnie dobrze jak ja.

Kilkoro z obecnych odpowiedzia&#322;o jej &#347;miechem, kilkoro innych poprawi&#322;o si&#281; niespokojnie w swoich krzes&#322;ach. Radna Ames nie przestawa&#322;a wpatrywa&#263; si&#281; w rozedrgane niemowl&#281;. Hermione uchwyci&#322;a przera&#380;ony wzrok m&#322;odej kobiety i natychmiast zawin&#281;&#322;a Mirand&#281; z powrotem w kocyk. &#379;&#243;&#322;ta tkanina podskakiwa&#322;a i dr&#380;a&#322;a. Wzd&#322;u&#380; lam&#243;wki ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; wyhaftowane bia&#322;e motylki i ciemnoniebieskie gwiazdki.



* * *


Dan Arlen stan&#261;&#322; przed Leish&#261; Camden na szeroko rozstawionych nogach. Leishy przysz&#322;o na my&#347;l, &#380;e nigdy dot&#261;d nie widzia&#322;a jeszcze tak ostrego kontrastu jak mi&#281;dzy tym dzieckiem a nastoletnim reporterem, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie wyszed&#322;, a kt&#243;rego nazwiska ju&#380; zd&#261;&#380;y&#322;a zapomnie&#263;.

By&#322; najbrudniejszym dziesi&#281;ciolatkiem, jakiego ogl&#261;da&#322;y jej oczy. B&#322;oto zlepia&#322;o jego ciemne w&#322;osy, okleja&#322;o resztki plastikowej bluzy, spodni i podartych but&#243;w z przydzia&#322;u. Do rany na obna&#380;onym lewym ramieniu przylgn&#281;&#322;o tyle brudu, &#380;e wed&#322;ug Leishy musia&#322;o wda&#263; si&#281; zaka&#380;enie. Sk&#243;ra w okolicy stercz&#261;cego ostro &#322;okcia by&#322;a zaczerwieniona i podra&#380;niona. W ustach brakowa&#322;o wybitego z&#281;ba, natomiast reszta twarzy niczym si&#281; nie wyr&#243;&#380;nia&#322;a, mo&#380;e z wyj&#261;tkiem koloru oczu, tak zielonych jak oczy Leishy. Wyr&#243;&#380;nia&#322; j&#261; tak&#380;e wyraz pewnej upartej gorliwo&#347;ci, jak gdyby Dan by&#322; got&#243;w walczy&#263; o co&#347; do ostatniej cz&#261;stki swego brudnego, wychudzonego i z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; nie nale&#380;&#261;cego do Wo&#322;&#243;w jestestwa.

Ja jestem Dan Arlen  o&#347;wiadczy&#322;. Zabrzmia&#322;o to jak fanfary.

Leisha Camden  odpar&#322;a z powag&#261;.  Nalega&#322;e&#347;, &#380;eby si&#281; ze mn&#261; spotka&#263;.

Chc&#281; by&#263; w tej waszej fontannie.

Fundacji. Sk&#261;d wiesz o mojej fundacji?

Dan machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;, jakby to by&#322;a rzecz bez znaczenia.

Od takiego jednego. Powiedzia&#322; mi, a potem przeszed&#322;em kawa&#322; drogi, &#380;eby si&#281; tu dosta&#263;. A&#380; z Luizjany.

Pieszo? Zupe&#322;nie sam?

Czasem uda&#322;o mi si&#281; przejecha&#263; kawa&#322;ek na gap&#281;  odpar&#322; zn&#243;w takim tonem, jakby rzecz nie warta by&#322;a wzmianki.  D&#322;ugo mi to zaj&#281;&#322;o. No, ale teraz jestem i mo&#380;e pani ze mn&#261; zaczyna&#263;. Jestem gotowy.

Prosz&#281; przynie&#347;&#263; z lod&#243;wki kanapki i mleko  poleci&#322;a Leisha robotowi domowemu. Robot potoczy&#322; si&#281; bezg&#322;o&#347;nie do kuchni. Dan przygl&#261;da&#322; mu si&#281; z najwy&#380;sz&#261; uwag&#261;, dop&#243;ki nie znikn&#261;&#322;. Wtedy zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Leishy.

Czy on jest z tych, co umiej&#261; si&#281; mocowa&#263;? Do treningu mi&#281;&#347;ni? Ja takie widzia&#322;em w wiadomo&#347;ciach.

Nie. To zwyk&#322;y model podstawowy, pami&#281;ciowo-rejestruj&#261;cy. Ale, ale  na co ty w&#322;a&#347;ciwie jeste&#347; gotowy, Dan?

&#379;eby zaczyna&#263;  odrzek&#322; niecierpliwie.  T&#281; pani fontann&#281;. &#379;ebym zosta&#322; kim&#347;.

A co to dla ciebie znaczy?

To pani powinna wiedzie&#263;, w ko&#324;cu to pani fontanna! Musz&#281; si&#281; umy&#263;, wykszta&#322;ci&#263; i by&#263; kim&#347;!

Chcesz zosta&#263; Wo&#322;em?

Ch&#322;opak spochmurnia&#322;.

Nie. Ale od tego trzeba zacz&#261;&#263;, co nie? No to od tego zaczniemy.

Robot ju&#380; wr&#243;ci&#322;. Dan wpatrzy&#322; si&#281; po&#380;&#261;dliwie w jedzenie, a kiedy Leisha zaprosi&#322;a go gestem, rzuci&#322; si&#281; na nie jak psiak. Odrywa&#322; wielkie k&#281;sy lew&#261; stron&#261; szcz&#281;ki, krzywi&#261;c si&#281; z b&#243;lu za ka&#380;dym razem, kiedy do dziury po prawej dosta&#322; si&#281; kawa&#322;ek chleba lub mi&#281;sa. Leisha przygl&#261;da&#322;a mu si&#281; przez chwil&#281;.

Kiedy ostatnio co&#347; jad&#322;e&#347;?

Wczoraj rano. Ale dobre.

Czy twoi rodzice wiedz&#261;, gdzie jeste&#347;? Dan wzi&#261;&#322; z talerza okruch i zjad&#322;.

Mamy nic nie obchodzi. Ca&#322;y czas lata po psychoimprezach. Tata nie &#380;yje  rzuci&#322; szorstko, swymi zielonymi oczyma patrz&#261;c prosto w oczy Leishy, jakby spodziewa&#322; si&#281;, &#380;e powinna wiedzie&#263;, &#380;e jego ojciec nie &#380;yje. Leisha si&#281;gn&#281;&#322;a po terminal.

Nie da si&#281; do nich zadzwoni&#263;. Nie mamy w domu terminalu.

Nie mam zamiaru do nich dzwoni&#263;. Chc&#281; si&#281; czego&#347; o tobie dowiedzie&#263;. W kt&#243;rej cz&#281;&#347;ci Luizjany mieszka&#322;e&#347;?

W Montronce Point.

Prywatne bio-poszukiwania, wszystkie podstawowe archiwa danych  rzuci&#322;a Leisha do mikrofonu.  Jaki jest tw&#243;j numer rejestracyjny w opiece spo&#322;ecznej?

842-06-3421-889.

Montronce to niedu&#380;e miasteczko w delcie Missisipi, w kt&#243;rym Wo&#322;y nie prowadzi&#322;y &#380;adnych wartych wzmianki przedsi&#281;wzi&#281;&#263;. Tysi&#261;c dziewi&#281;&#263;set dwadzie&#347;cioro dwoje mieszka&#324;c&#243;w, szko&#322;a z szesnastoprocentow&#261; frekwencj&#261; uczni&#243;w i sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciodwuprocentow&#261;  nauczycieli ochotnik&#243;w, kt&#243;rzy trzymali budynek otwarty przez pi&#281;&#263;dziesi&#261;t osiem dni w roku. Dan nale&#380;a&#322; do owych szesnastu procent, cho&#263; z przerwami. Nie mia&#322; &#380;adnych akt opieki medycznej, ale istnia&#322;y akta jego rodzic&#243;w i dw&#243;ch m&#322;odszych si&#243;str. Leisha zacz&#281;&#322;a ich s&#322;ucha&#263; i raptem znieruchomia&#322;a.

Kiedy terminal sko&#324;czy&#322;, zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do ch&#322;opca.

Twoje stopnie, nawet jak na to, co uchodzi za szko&#322;&#281; w Montronce, nie s&#261; zachwycaj&#261;ce.

Nie s&#261;  zgodzi&#322; si&#281;. Ani na moment nie spu&#347;ci&#322; wzroku.

I chyba nie masz &#380;adnych szczeg&#243;lnych uzdolnie&#324; w sporcie, muzyce ani czymkolwiek innym.

Nie, nie mam.

I tak naprawd&#281; wcale nie masz ochoty zdoby&#263; wykszta&#322;cenia, &#380;eby pracowa&#263; jako W&#243;&#322;.

Zgadza si&#281;  rzuci&#322; agresywnym tonem.  Ale mog&#281; to zrobi&#263;.

Tylko &#380;e tak naprawd&#281; nie chcesz. Fundacja imienia Susan Melling istnieje po to, &#380;eby pomaga&#263; ludziom zosta&#263; tym, kim chc&#261; by&#263;. A ty co chcia&#322;by&#347; zrobi&#263; ze swoj&#261; przysz&#322;o&#347;ci&#261;?

Pytanie to zabrzmia&#322;o absurdalnie, kierowane do dziesi&#281;ciolatka, a w szczeg&#243;lno&#347;ci do tego akurat dziesi&#281;ciolatka. Biedniejszego ni&#380; wi&#281;kszo&#347;&#263; Amator&#243;w &#379;ycia. Niezbyt utalentowanego. Ko&#347;cistego. Cuchn&#261;cego. &#346;pi&#261;cego.

A mimo wszystko nie tak ca&#322;kiem zwyczajnego  zielone oczy wpatrywa&#322;y si&#281; w Leish&#281; ze szczero&#347;ci&#261; wi&#281;ksz&#261; ni&#380; ta, na jak&#261; zdoby&#322;by si&#281; kt&#243;rykolwiek z doros&#322;ych &#346;pi&#261;cych, nawet w tym rozlu&#378;nionym, hedonistycznym klimacie spo&#322;ecznym towarzysz&#261;cym obchodom trzechsetlecia. W istocie, my&#347;la&#322;a Leisha, w oczach Dana znale&#378;&#263; mo&#380;na co&#347; wi&#281;cej ni&#380; sam&#261; tylko szczero&#347;&#263;. Odnalaz&#322;a w nich ufno&#347;&#263; w jej pomoc, jakiej nie spotka&#322;a dot&#261;d u &#380;adnego ze zg&#322;aszaj&#261;cych si&#281;. Wi&#281;kszo&#347;&#263; spogl&#261;da&#322;a na ni&#261; z niepewno&#347;ci&#261; lub podejrzliwie, a czasem z nerwow&#261; s&#322;u&#380;alczo&#347;ci&#261;, kt&#243;ra nieodmiennie przywodzi&#322;a Leishy na my&#347;l p&#322;aszcz&#261;ce si&#281; u st&#243;p psy. Dan patrzy&#322; tak, jakby on i Leisha byli partnerami w stuprocentowo pewnym interesie.

S&#322;ysza&#322;a pani, jak terminal m&#243;wi&#322;, w jaki spos&#243;b zgin&#261;&#322; m&#243;j dziadek.

Pracowa&#322; jako robotnik przy budowie Azylu. Metalowa podp&#243;rka, unosz&#261;ca si&#281; luzem w przestrzeni, rozerwa&#322;a mu kombinezon  odpar&#322;a Leisha.

Dan pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;. W jego g&#322;osie nie by&#322;o smutku, a tylko ta sama co poprzednio radosna pewno&#347;&#263; siebie, kiedy m&#243;wi&#322;:

M&#243;j tato by&#322; wtedy ca&#322;kiem ma&#322;y. Opieka spo&#322;eczna prawie nic jeszcze nie dostarcza&#322;a.

Pami&#281;tam  po&#347;wiadczy&#322;a sucho Leisha.

To, czego w&#243;wczas dostarcza&#322;a ludziom opieka spo&#322;eczna, oparta na taniej energii Y i nieczystym sumieniu spo&#322;ecznym, nie da&#322;o si&#281; nawet por&#243;wna&#263; z tym, czego dostarcza&#322; teraz rz&#261;d i Wo&#322;y dzi&#281;ki potrzebie pozyskiwania wyborczych g&#322;os&#243;w. Od stoczenia si&#281; w podobne Rzymianom barbarzy&#324;stwo chroni&#322;o ich tylko to samo tanie bogactwo. Wygodni i cywilizowani, Amatorzy &#379;ycia nie mieli w sobie t&#322;umionego gniewu, kt&#243;remu trzeba by da&#263; uj&#347;cie na arenie.

Spodziewa&#322;a si&#281;, &#380;e wzmianka o tym, &#380;e pami&#281;ta czasy jego ojca, przemknie bez echa. Wi&#281;kszo&#347;&#263; dzieci nie przywi&#261;zywa&#322;a wagi do przesz&#322;o&#347;ci. Ale on j&#261; zaskoczy&#322;.

Naprawd&#281; pani pami&#281;ta? Jak to by&#322;o? Ile ma pani lat, Leisho?

Nie wie nawet, &#380;e nie wypada mu zwraca&#263; si&#281; do mnie po imieniu  pomy&#347;la&#322;a Leisha pob&#322;a&#380;liwie. I natychmiast te&#380; dostrzeg&#322;a  po raz pierwszy  pewien jego szczeg&#243;lny dar. Okazywa&#322; jej zainteresowanie tak &#380;ywe, &#347;wie&#380;e, b&#322;yszcz&#261;ce takim &#380;arem w jego zielonych oczach, &#380;e Leisha natychmiast poczu&#322;a ochot&#281;, &#380;eby okazywa&#263; mu pob&#322;a&#380;anie. Niewinno&#347;&#263; przylgn&#281;&#322;a do niego jak zapach. Zaczyna&#322;a rozumie&#263;, w jaki spos&#243;b zdo&#322;a&#322; przeby&#263; t&#281; d&#322;ug&#261; drog&#281; z Luizjany do Nowego Meksyku ca&#322;y i zdrowy: pomagali mu ludzie. W istocie, krew na ramieniu by&#322;a &#347;wie&#380;a, podobnie jak rana po wybitym z&#281;bie  mo&#380;liwe, &#380;e do chwili spotkania z Erikiem Bevington-Watrousem napotyka&#322; wy&#322;&#261;cznie ludzk&#261; &#380;yczliwo&#347;&#263;.

A mia&#322; dopiero dziesi&#281;&#263; lat.

Mam sze&#347;&#263;dziesi&#261;t siedem lat  odpowiedzia&#322;a mu. Jego oczy rozszerzy&#322;y si&#281; ze zdumienia.

O rany! Wcale nie wygl&#261;da pani jak staruszka!

Gdyby&#347; widzia&#322; moje stopy

Roze&#347;mia&#322;a si&#281;, a dziecko odwzajemni&#322;o si&#281; u&#347;miechem.

Dzi&#281;kuj&#281;, Dan. Ale wci&#261;&#380; nie odpowiedzia&#322;e&#347; mi na pytanie. Czego w&#322;a&#347;ciwie chcesz od mojej fundacji?

M&#243;j tato chowa&#322; si&#281; bez swojego taty i dlatego wyr&#243;s&#322; na gbura i za du&#380;o pi&#322;  o&#347;wiadczy&#322; Dan, jakby to mia&#322;o starczy&#263; za odpowied&#378;.  Bi&#322; moj&#261; mam&#281;. Bi&#322; moje siostry. I bi&#322; mnie. Ale mama m&#243;wi&#322;a, &#380;e nie by&#322;by taki, gdyby &#380;y&#322; jego tato. By&#322;by zupe&#322;nie inny, dobry i mi&#322;y  wi&#281;c to nie by&#322;a jego wina.

Leisha jakby to widzia&#322;a: maltretowana matka, sama niespe&#322;na trzydziestoletnia, usprawiedliwia ojca przed maltretowanymi dzie&#263;mi tak d&#322;ugo, &#380;e w ko&#324;cu sama zaczyna wierzy&#263; w te swoje usprawiedliwienia, bo potrzebuje czego&#347;, co nie da&#322;oby jej odej&#347;&#263;. To nie jego wina przechodzi stopniowo w To nie moja wina. Ca&#322;y czas lata po psychoimprezach  powiedzia&#322; o niej Dan. By&#322;y imprezy i imprezy  nie wszystkie stosowa&#322;y si&#281; do przepis&#243;w o stosowaniu &#322;agodnych &#347;rodk&#243;w i zakazie kumulacji efekt&#243;w ubocznych.

To nie by&#322;a wina mojego taty  powt&#243;rzy&#322; Dan.  Ale ja sobie my&#347;l&#281; tak: moja te&#380; nie. No wi&#281;c musia&#322;em wydosta&#263; si&#281; z Montronce.

Tak, ale Czego ty w&#322;a&#347;ciwie chcesz?

Zielone oczy nagle zmieni&#322;y wyraz. Leisha nie pomy&#347;la&#322;aby nawet, &#380;e jakie&#347; dziecko mo&#380;e wygl&#261;da&#263; w ten spos&#243;b. Nienawi&#347;&#263;  owszem, nieraz zdarza&#322;o jej si&#281; widzie&#263; dzieci&#281;ce oczy pe&#322;ne nienawi&#347;ci. Ale to nie by&#322;a nienawi&#347;&#263; ani gniew, ani nawet dziecinny &#380;al. To by&#322;o ca&#322;kiem doros&#322;e spojrzenie  takie, jakie i doros&#322;ym zdarza si&#281; teraz do&#347;&#263; rzadko, spojrzenie staromodne: lodowata determinacja.

Chc&#281; dosta&#263; Azyl.

Chcesz dosta&#263;? Co to znaczy, &#380;e chcesz go dosta&#263;? Chcesz go zniszczy&#263;? Skrzywdzi&#263; ludzi?

Spojrzenie zielonych oczu zmi&#281;k&#322;o nieco; wydawa&#322;y si&#281; teraz rozbawione, w jeszcze bardziej doros&#322;y i niepokoj&#261;cy spos&#243;b.

Jasne, &#380;e nie. Ale pani g&#322;upia  odpowiedzia&#322;.  Nie chc&#281; nikogo skrzywdzi&#263;. Wcale nie chc&#281; zniszczy&#263; Azylu.

No to

Mam zamiar kt&#243;rego&#347; dnia mie&#263; go na w&#322;asno&#347;&#263;.



* * *


Po ca&#322;ej stacji ni&#243;s&#322; si&#281; d&#378;wi&#281;k alarmu  g&#322;o&#347;ny i nieomylny. Technicy z&#322;apali za kombinezony. Matki chwyci&#322;y swoje rozwrzeszczane pociechy i wydawa&#322;y polecenia terminalom g&#322;osami tak roztrz&#281;sionymi, &#380;e nieledwie uniemo&#380;liwia&#322;y identyfikacj&#281;. Gie&#322;da Azylu natychmiast zamrozi&#322;a wszelkie transakcje  nikt nie mia&#322; prawa ci&#261;gn&#261;&#263; korzy&#347;ci z katastrofy, bez wzgl&#281;du na to, co by si&#281; dzia&#322;o.

Sprowad&#378; oblatywacz  rzuci&#322;a Jennifer do Willa Sandalerosa, ju&#380; ubranego w kombinezon ochronny. Sama szybko wci&#261;gn&#281;&#322;a sw&#243;j i wybieg&#322;a z kopu&#322;y mieszkalnej. Tym razem to mo&#380;e by&#263; koniec. Za ka&#380;dym razem to mo&#380;e by&#263; koniec.

Will poderwa&#322; oblatywacz w g&#243;r&#281;. Kiedy zbli&#380;yli si&#281; do strefy swobodnego spadku biegn&#261;cej wzd&#322;u&#380; centralnej osi stacji, wideotelefon poinformowa&#322;:

Czwarta platforma. To pocisk, Will. Roboty s&#261; o trzydzie&#347;ci trzy sekundy od miejsca zderzenia, za&#322;oga techniczna o p&#243;&#322;torej minuty. Obserwujcie, jak pr&#243;&#380;nia wysysa

Nie znajdziemy si&#281; tam na tyle szybko  rzuci&#322; szorstko Will. Pod pozorn&#261; szorstko&#347;ci&#261; Jennifer wychwyci&#322;a nutk&#281; zadowolenia. Will nie lubi&#322; p&#281;dzi&#263; osobi&#347;cie na miejsce katastrofy. J&#261; za to m&#243;g&#322;by utrzyma&#263; z daleka tylko gdyby j&#261; skr&#281;powa&#322; sznurami.

Dojrza&#322;a ju&#380; dziur&#281;  postrz&#281;pion&#261; szram&#281; nad platform&#261; uprawn&#261;. Roboty by&#322;y ju&#380; na miejscu; rozpryskiwa&#322;y po szczelinie tymczasowe pokrycie z mocnego plastyku. Aby nie zmi&#243;t&#322; ich p&#281;d uciekaj&#261;cego bezcennego powietrza Azylu, roboty uczepi&#322;y si&#281; powierzchni za pomoc&#261; pot&#281;&#380;nych przyssawek nap&#281;dzanych energi&#261; Y. Kiedy robot musia&#322; si&#281; przesun&#261;&#263;, w jednej z n&#243;g po prostu odcina&#322; ssanie. Oblatywacze za&#322;ogi technicznej sp&#322;yn&#281;&#322;y w d&#243;&#322; wdzi&#281;cznym wirem, a ju&#380; w nast&#281;pnej sekundzie technicy w kombinezonach sanitarnych byli na zewn&#261;trz, rozpylaj&#261;c szerokim kr&#281;giem po zbiorach inne zabezpieczenia, kt&#243;re nie uszkodz&#261; tkanki organicznej, &#380;eby p&#243;&#378;niej mo&#380;na by&#322;o j&#261; zanalizowa&#263; na poziomie DNA i sprawdzi&#263;, co si&#281; wydarzy&#322;o.

Zwyk&#322;a bro&#324; to jeszcze &#347;redni k&#322;opot; najgorsze by&#322;y kontaminacje. Nie wszystkie nacje na Ziemi zakaza&#322;y bada&#324; genetycznych.

Gdzie ten pocisk?  Jennifer po&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z szefem dru&#380;yny technicznej. W kombinezonie mia&#322; tylko audio, ale nie potrzebowa&#322; pyta&#263;, kto m&#243;wi.

W sekcji H. Ju&#380; go zabezpieczyli. Przy zderzeniu spowodowa&#322; wgi&#281;cie platformy, ale jej nie uszkodzi&#322;.

To by&#322;a dobra wie&#347;&#263;  pocisk m&#243;g&#322; zosta&#263; natychmiast poddany badaniom, bez konieczno&#347;ci &#347;ci&#261;gania go z przestrzeni kosmicznej.

Jak wygl&#261;da?

Jak meteor.

Mo&#380;e to i meteor  powiedzia&#322;a Jennifer, a siedz&#261;cy obok Will skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Cieszy&#322;a si&#281;, &#380;e z ni&#261; polecia&#322;. Czasem do awarii lecia&#322; z ni&#261; Ricky, a to bywa&#322;o m&#281;cz&#261;ce.

Z powrotem Will prowadzi&#322; oblatywacz znacznie wolniej. By&#322; dobrym pilotem i wiedzia&#322; o tym. Pod nimi rozci&#261;ga&#322; si&#281; Azyl  pola i kopu&#322;y, drogi i zak&#322;ady energetyczne, przejrzyste szyby pokrywy, czyszczone nieustannie przez male&#324;kie roboty, zbudowane specjalnie do tej pracy. Jasny i ciep&#322;y blask sztucznego s&#322;o&#324;ca nape&#322;nia&#322; powietrze z&#322;otaw&#261; mg&#322;&#261;. Kiedy wyl&#261;dowali, Jennifer dolecia&#322; korzenny zapach sojecznika  ich najnowszej ro&#347;liny dekoracyjno-jadalnej.

Chc&#281;, &#380;eby Rada zebra&#322;a si&#281; dla wys&#322;uchania raport&#243;w z laboratorium.

Will, ju&#380; bez he&#322;mu, najpierw spojrza&#322; na ni&#261; zaskoczony, potem zrozumia&#322;.

Wezw&#281; ich.

Nigdy nie wolno spocz&#261;&#263;. Koran i historia Stan&#243;w Zjednoczonych przynajmniej w tym jednym punkcie by&#322;y zgodne: Ci, kt&#243;rzy dope&#322;ni&#261; przymierza i z hartem ducha znios&#261; z&#322;y los, niewygody i niebezpiecze&#324;stwa  tylko ci s&#261; prawdziwi w swej wierze. I dalej: Cen&#261; wolno&#347;ci jest wieczysta czujno&#347;&#263;.

Nie znaczy to oczywi&#347;cie, &#380;e Azyl m&#243;g&#322; si&#281; cieszy&#263; prawdziw&#261; wolno&#347;ci&#261;.

Jennifer stan&#281;&#322;a przed swoj&#261; Rad&#261;. Ricky zajrza&#322; jej w twarz i jego w&#322;asna twarz znieruchomia&#322;a. Najla gapi&#322;a si&#281; przez okno. Radny Lin pochyli&#322; si&#281; do przodu, a radna Ames trzyma&#322;a d&#322;onie, mocno zaci&#347;ni&#281;te, na metalowym blacie sto&#322;u.

Wszystkie raporty z laboratorium m&#243;wi&#261; o wynikach negatywnych  zacz&#281;&#322;a Jennifer.  Tym razem. Sk&#322;ad pocisku zgodny jest z norm&#261; dla meteor&#243;w klasy J, co oczywi&#347;cie nie wyklucza, &#380;e m&#243;g&#322; zosta&#263; rozmy&#347;lnie u&#380;yty jako bro&#324;. Wygl&#261;da na to, &#380;e pokrywa nie zawiera &#380;adnych aktywnych mikrob&#243;w, genomodyfikowanych ani &#380;adnych innych, kt&#243;re potrafiliby&#347;my zidentyfikowa&#263;, ch&#243;d oczywi&#347;cie nie oznacza to, &#380;e ich tam w og&#243;le nie ma, bo przecie&#380; mog&#261; mie&#263; ukryte w &#322;a&#324;cuchu DNA specjalne upodobnienia, kt&#243;re za pomoc&#261; wbudowanych genetycznych wyzwalaczy mog&#261; ujawni&#263; si&#281; p&#243;&#378;niej.

Ale&#380;, matko  wtr&#261;ci&#322; ostro&#380;nie Ricky  nikt pr&#243;cz nas nie jest w stanie pracowa&#263; na tak zaawansowanym poziomie in&#380;ynierii genetycznej. A przecie&#380; nawet my nie jeste&#347;my jeszcze w tym zbyt dobrzy.

Jennifer obdarzy&#322;a go szerokim u&#347;miechem.

Nikt, o kim by&#347;my wiedzieli.

Przecie&#380; kontrolujemy praktycznie ka&#380;de laboratorium na Ziemi

Zwr&#243;&#263; &#322;askawie uwag&#281; na s&#322;&#243;wko praktycznie  odrzek&#322;a Jennifer.  Przecie&#380; nie wiemy o wszystkich, jakie istniej&#261;, prawda?

Ricky poprawi&#322; si&#281; na krze&#347;le. Mia&#322; trzydzie&#347;ci jeden lat, by&#322; kr&#281;pym m&#281;&#380;czyzn&#261; o g&#281;stych, ciemnych w&#322;osach i nisko opadaj&#261;cych brwiach nad br&#261;zowymi oczyma.

Mamo, to szesnasty alarm w sprawie uszkodzenia pow&#322;oki w ci&#261;gu ostatnich dw&#243;ch lat, a ani jedno z nich nie by&#322;o wynikiem ataku. Osiem razy trafi&#322; w nas meteor, w tym trzy razy spowodowa&#322; rozdarcie pow&#322;oki. Trzy kr&#243;tkotrwa&#322;e awarie, niemal natychmiast naprawione. Dwie spontaniczne mutacje mikrob&#243;w pod wp&#322;ywem promieniowania kosmicznego, na kt&#243;re nic nie mo&#380;emy poradzi&#263;. Jedna

Szesna&#347;cie awarii, o kt&#243;rych wiemy  przerwa&#322;a mu Jennifer.  Czy mo&#380;esz mi zagwarantowa&#263;, &#380;e nie mamy teraz &#380;adnych DNA-mimetycznych mikrob&#243;w w powietrzu, kt&#243;rym oddychamy?

Ale&#380; nieobecno&#347;&#263; dowod&#243;w  wtr&#261;ci&#322;a nie&#347;mia&#322;o radna Ames.

Dow&#243;d polityczny to wymys&#322; &#380;ebrak&#243;w  zgasi&#322;a j&#261; Jennifer.  Nie masz o tym poj&#281;cia, Lucy, poniewa&#380; nigdy nie by&#322;a&#347; na Ziemi. Koncepcja dowodu naukowego uleg&#322;a tam zupe&#322;nej degradacji. U&#380;ywa si&#281; jej selektywnie  &#380;eby uzasadni&#263; ka&#380;d&#261; przyczyn&#281;, jak&#261; rz&#261;d sobie wybierze, by wnosi&#263; kolejne roszczenia pod adresem lepszych tego &#347;wiata. W ten spos&#243;b mog&#261; dowie&#347;&#263; wszystkiego w swoich s&#261;dach, w swoich sieciach informacyjnych, w swoich operacjach finansowych. Jak&#261; kwot&#281; podatku musieli&#347;my w zesz&#322;ym roku wnie&#347;&#263; do urz&#281;du skarbowego, Lucy? Dla stanu Nowy Jork? I co dostajemy w zamian? A mimo to prezydent Stan&#243;w Zjednoczonych jest w stanie udowodni&#263; ci, &#380;e masz obowi&#261;zek p&#322;aci&#263; na s&#322;abszych od siebie, a tak&#380;e i to, &#380;e je&#347;li tego nie zrobisz, jego wojska maj&#261; prawo przej&#261;&#263; lub zniszczy&#263; ca&#322;e zaplecze, z kt&#243;rego korzystasz, aby utrzyma&#263; przy &#380;yciu siebie i swoj&#261; spo&#322;eczno&#347;&#263;.

Ale przecie&#380; Azyl p&#322;aci swoje podatki  odpar&#322;a oszo&#322;omiona radna Ames.  S&#261; niesprawiedliwe, a jednak je p&#322;acimy.

Jennifer nie odpowiedzia&#322;a. Po chwili ciszy Will Sandaleros w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; g&#322;adko:

Owszem. P&#322;acimy.

Chodzi o to  zacz&#261;&#322; znowu Ricky Keller  &#380;e &#380;aden z tamtych incydent&#243;w nie by&#322; planowanym atakiem. Niemniej ty zawsze zak&#322;adasz, &#380;e nimi s&#261;, dla ciebie podejrzane s&#261; nawet naukowe dowody na to, &#380;e jest inaczej. Czy nie posuwamy si&#281; za daleko w tej naszej manii prze&#347;ladowczej?

Jennifer przenios&#322;a spojrzenie na syna. Silny, lojalny, produktywny  taki cz&#322;onek spo&#322;eczno&#347;ci, z jakiego mo&#380;na by&#263; dumnym. I by&#322;a z niego dumna. Kocha&#322;a jego i Najl&#281; tak mocno jak wtedy, kiedy byli jeszcze dzie&#263;mi, ale ta jej mi&#322;o&#347;&#263; &#378;le im si&#281; przys&#322;u&#380;y&#322;a. Teraz widzia&#322;a to w ca&#322;ej pe&#322;ni. To przez jej sta&#322;&#261; ochron&#281;, przez rozpaczliwe os&#322;anianie ich przed wszelk&#261; krzywd&#261;, jakiej mogliby dozna&#263; od &#380;ebrak&#243;w, wyros&#322;y w poczuciu bezpiecze&#324;stwa. Nie wiedzia&#322;y, jak to jest tam, na zewn&#261;trz, poza t&#261; enklaw&#261;, gdzie silne spo&#322;ecze&#324;stwo &#380;y&#322;o w poczuciu bezpiecze&#324;stwa i mia&#322;o doskona&#322;e warunki do przetrwania i gdzie dzi&#281;ki temu jednostki mog&#322;y w pe&#322;ni korzysta&#263; ze swych talent&#243;w, by wype&#322;nia&#263; swe &#380;yciowe cele. Jej dzieci nie zna&#322;y szponiastej nienawi&#347;ci o przekrwionych oczach  nienawi&#347;ci, jak&#261; &#380;ebracy odczuwali wobec takiej postawy, bo &#380;ebracy nigdy nie byli w stanie wype&#322;ni&#263; swych &#380;yciowych cel&#243;w bez &#380;erowania na tym, co osi&#261;gn&#281;li lepsi od nich. Najla i Ricky znali to wszystko z drugiej r&#281;ki, z wiadomo&#347;ci holowizyjnych nadawanych z Ziemi. Jak dzikie zwierz&#281;ta, kt&#243;re najad&#322;y si&#281; do syta, &#380;ebracy pod wp&#322;ywem hojnej opieki spo&#322;ecznej nieco przycichli, pewnie tak&#380;e dlatego, &#380;e Bezsenni znikn&#281;li im sprzed oczu. Wygrzewali si&#281; leniwie w s&#322;o&#324;cu taniej energii Y, &#322;atwo wi&#281;c by&#322;o zapomnie&#263;, jacy potrafi&#261; by&#263; niebezpieczni. Szczeg&#243;lnie za&#347; &#322;atwo zapominali o tym ci, kt&#243;rzy tak jak jej dzieci sp&#281;dzili wi&#281;kszo&#347;&#263; &#380;ycia w bezpiecznych warunkach.

A Jennifer nigdy nie zapomni. B&#281;dzie pami&#281;ta&#263; za nich wszystkich.

Czujno&#347;&#263; to nie mania prze&#347;ladowcza. A zaufanie do kogo&#347;, kto nie nale&#380;y do naszej spo&#322;eczno&#347;ci, to nie jest dobry spos&#243;b na przetrwanie. Mo&#380;e sprowadzi&#263; zagro&#380;enie na nas wszystkich.

Ricky nie m&#243;wi&#322; ju&#380; nic wi&#281;cej  nigdy w &#380;yciu nie chcia&#322;by narazi&#263; spo&#322;eczno&#347;ci na jakiekolwiek niebezpiecze&#324;stwo. &#379;adne z nich  Jennifer by&#322;a o tym przekonana  nigdy by tego nie zrobi&#322;o.

Mam dla was pewn&#261; propozycj&#281;  o&#347;wiadczy&#322;a teraz. Will, jedyny, kt&#243;ry wiedzia&#322;, co Jennifer za chwil&#281; powie, wypr&#281;&#380;y&#322; si&#281; jak struna. Stan&#261;&#322; w pogotowiu.

Wszystkie nasze zabezpieczenia maj&#261; charakter defensywny. I to nawet nie obronno-odwetowy  to zwyk&#322;e urz&#261;dzenia zabezpieczaj&#261;ce na wypadek uszkodzenia pow&#322;oki. Ale naczeln&#261; zasad&#261; naszego istnienia jest przetrwanie spo&#322;eczno&#347;ci i jej praw, a jedno z naczelnych praw spo&#322;eczno&#347;ci to prawo do obrony. Ju&#380; czas, aby Azyl wzmocni&#322; swoj&#261; si&#322;&#281; przetargow&#261;. Do tej pory uniemo&#380;liwiano nam pozyskanie przyzwoitej broni, inwigiluj&#261;c wszystkie transakcje handlowe Azylu z Ziemi&#261;, nawet te najbardziej utajnione. Tylko dlatego uda&#322;o nam si&#281; przez te dwadzie&#347;cia trzy lata utrzyma&#263; &#380;ebrak&#243;w z dala od siebie, &#380;e nie dali&#347;my nawet najb&#322;ahszego pretekstu, kt&#243;ry pozwoli&#322;by im wkroczy&#263; tu z nakazem rewizji.

Jennifer zlustrowa&#322;a wzrokiem twarze wszystkich obecnych, szufladkuj&#261;c je przy tym starannie: Will i Victor Lin twardo stoj&#261; po jej stronie  to dobrze, Lin jest wp&#322;ywowym cz&#322;owiekiem  nast&#281;pnych troje s&#322;ucha z widoczn&#261; uwag&#261;, troje zamkn&#281;&#322;o si&#281; w sobie i spochmurnia&#322;o, o&#347;mioro ma na twarzach zaskoczenie lub niepewno&#347;&#263;  w tym i m&#322;oda Lucy Ames. A tak&#380;e dw&#243;jka jej w&#322;asnych dzieci. Ci&#261;gn&#281;&#322;a opanowanym tonem:

Tylko w jeden spos&#243;b mo&#380;emy uchroni&#263; Azyl przed obc&#261; penetracj&#261; i stworzy&#263; sobie skuteczn&#261; bro&#324;: wykorzystuj&#261;c in&#380;ynieri&#281; genetyczn&#261;. Cz&#281;&#347;ciowo ju&#380; tego dokonali&#347;my, tworz&#261;c nowe genomodyfikacje u Mirandy i innych dzieci. Teraz musimy pomy&#347;le&#263;, jak u&#380;y&#263; naszej si&#322;y, by stworzy&#263; sobie now&#261; bro&#324;.

Zerwa&#322;a si&#281; burza protest&#243;w. I ona, i Will w&#322;a&#347;nie tego si&#281; spodziewali. Azyl, jako ojczyzna uciekinier&#243;w, nie mia&#322; za sob&#261; &#380;adnych wojennych tradycji. Oboje s&#322;uchali uwa&#380;nie, nie tyle dla przytaczanych argument&#243;w, co dla wy&#322;apania ewentualnych sprzymierze&#324;c&#243;w. Kto da&#322;by si&#281; przekona&#263;, a kogo nie przekonaj&#261; nigdy, kto by&#322; got&#243;w na kolejny ruch po ga&#322;&#281;ziach drzewa decyzji. Wszystkie posuni&#281;cia b&#281;d&#261; legalne i jawne  na pierwszym miejscu zawsze jest spo&#322;eczno&#347;&#263;. Ale ka&#380;da spo&#322;eczno&#347;&#263; przechodzi zmiany. O&#347;miu cz&#322;onk&#243;w Rady nie nale&#380;&#261;cych do rodziny sprawowa&#322;o sw&#243;j urz&#261;d tylko przez dwa lata. A przecie&#380; nawet i sk&#322;ad rodziny mo&#380;e ulec zmianie. Lars Johnson by&#322; drugim m&#281;&#380;em Najli. Przecie&#380; r&#243;wnie dobrze mo&#380;e mie&#263; trzeciego, a Ricky now&#261; &#380;on&#281;. A za szesna&#347;cie lat przy stole zasi&#261;dzie kolejne pokolenie uprawnionych do g&#322;osowania, bo genomodyfikowany Bezsenny ju&#380; w wieku szesnastu lat zdolny jest dokonywa&#263; rozumnego wyboru. A przecie&#380; Miranda b&#281;dzie w stanie dokonywa&#263; wyboru super-rozumnie.

Jennifer i Will potrafi&#261; czeka&#263;. Nikogo nie b&#281;d&#261; przymusza&#263;. W&#322;a&#347;nie w taki spos&#243;b funkcjonuje spo&#322;eczno&#347;&#263;. Nie tamta, &#380;ebracza, ale ich spo&#322;eczno&#347;&#263;, azylowa. Powolne dochodzenie do jednomy&#347;lno&#347;ci wszystkich jej cz&#322;onk&#243;w, tych produktywnych, kt&#243;rzy maj&#261; prawo do posiadania w&#322;asnych pogl&#261;d&#243;w w&#322;a&#347;nie dlatego, &#380;e s&#261; produktywni. Jennifer potrafi czeka&#263;, a&#380; jej spo&#322;eczno&#347;&#263; zacznie dzia&#322;a&#263;.

Ale laboratoria naukowe Sharifi do spo&#322;eczno&#347;ci nie nale&#380;a&#322;y. Nale&#380;a&#322;y wy&#322;&#261;cznie do niej, zbudowane i finansowane z jej w&#322;asnych pieni&#281;dzy, nie z funduszy korporacji Azylu. A to, co nale&#380;y do niej, mo&#380;e zacz&#261;&#263; prac&#281; ju&#380; teraz. I kiedy spo&#322;eczno&#347;&#263; dojdzie do wniosku, &#380;e potrzebuje broni, biologiczna bro&#324; b&#281;dzie ju&#380; czeka&#322;a gotowa.

S&#261;dz&#281;  odezwa&#322;a si&#281; Najla  &#380;e powinni&#347;my rozpatrywa&#263; t&#281; spraw&#281; w kontek&#347;cie przysz&#322;ej generacji. Jakie stosunki utrzymywa&#263; b&#281;dziemy z w&#322;adzami federalnymi za nast&#281;pnych dwadzie&#347;cia lat? Je&#347;li wprowadzimy wszystkie zmienne do r&#243;wna&#324; socjodynamicznych Geary-Tollersa

Jej kochana c&#243;rka. B&#322;yskotliwa, produktywna, oddana. Jennifer pos&#322;a&#322;a jej przez st&#243;&#322; pe&#322;en mi&#322;o&#347;ci u&#347;miech. B&#281;dzie chroni&#263; swoj&#261; c&#243;rk&#281;.

A zatem zacznie badania nad genomodyfikowan&#261; broni&#261; biologiczn&#261;.



* * *


Dana w domu Leishy trapi&#322;y dwa problemy: Erik Bevington-Watrous i jedzenie.

Kiedy ju&#380; to sobie zdo&#322;a&#322; pouk&#322;ada&#263;, nikt nie podejrzewa&#322; nawet, &#380;e tu mog&#261; by&#263; jakie&#347; problemy. Z drugiej za&#347; strony &#380;ywili g&#322;&#281;bokie przekonanie, &#380;e ma ca&#322;y szereg problem&#243;w w kwestiach, kt&#243;rymi zupe&#322;nie si&#281; nie przejmowa&#322;. My&#347;leli, &#380;e przejmowa&#322; si&#281; z powodu ich odmiennego sposobu bycia, niesamowitej wprost liczby ludzi, wobec kt&#243;rych nale&#380;a&#322;o by&#263; uk&#322;adnym, i tej mowy Wo&#322;&#243;w, kt&#243;rej nie mia&#322; okazji dot&#261;d s&#322;ysze&#263;, z powodu potrzeby snu, kt&#243;r&#261; odczuwa&#322;o bardzo niewielu z nich, a tak&#380;e z powodu d&#322;ugiego czasu, przez jaki przysz&#322;o mu czeka&#263; bezczynnie  a&#380; do wrze&#347;nia  kiedy wy&#347;l&#261; go do szko&#322;y dla Wo&#322;&#243;w, za kt&#243;r&#261; sami zap&#322;ac&#261;.

&#379;adna z tych rzeczy nie stanowi&#322;a dla Dana szczeg&#243;lnego problemu, a ju&#380; najmniej bezczynno&#347;&#263;. W ca&#322;ym jego kr&#243;tkim &#380;yciu nikt nigdy nie post&#281;powa&#322; inaczej. Ale bezczynno&#347;ci&#261;, jak spostrzeg&#322; ju&#380; pierwszego dnia, daleko w tym domu nie zajedzie. Tutaj to na pewno nie. Tutaj ludzie boj&#261; si&#281; nic nie robi&#263;.

Stara&#322; si&#281; wi&#281;c by&#263; zaj&#281;ty, a jeszcze bardziej  &#380;eby ka&#380;dy widzia&#322;, &#380;e jest zaj&#281;ty. Pracowa&#322; usilnie nad tym, co uznano tu za jego problem. Nauczy&#322; si&#281; imion i nazwisk wszystkich, kt&#243;rzy przebywali w posiad&#322;o&#347;ci  tak w&#322;a&#347;nie to nazywali: posiad&#322;o&#347;&#263;, a Dan a&#380; do tej chwili by&#322; pewien, &#380;e oznacza to pewien szczeg&#243;lny rodzaj pieprzenia si&#281;, kt&#243;remu przygl&#261;da&#322; si&#281; kiedy&#347; z wielkim zainteresowaniem na jakiej&#347; psychoimprezie. Dowiedzia&#322; si&#281; te&#380; w jakiej s&#261; ze sob&#261; relacji: Bezsenna Leisha i jej siostra, starsza pani po zawale, kt&#243;ra by&#322;a &#346;pi&#261;c&#261; i mia&#322;a &#346;pi&#261;cego syna, &#380;onatego z Bezsenn&#261; Stell&#261;. Do dwojga ostatnich, jak szybko zdo&#322;a&#322; si&#281; zorientowa&#263;, lepiej by&#322;o si&#281; zwraca&#263; panie Watrous i pani Bevington-Watrous. Tacy ju&#380; byli. Mieli tr&#243;jk&#281; dzieci: Alicj&#281;, Erika i Setha. Alicja by&#322;a doros&#322;a  mog&#322;a mie&#263; nawet jakie&#347; osiemna&#347;cie lat  ale niezam&#281;&#380;na, co Danowi wyda&#322;o si&#281; dziwne. W Montronce osiemnastoletnie kobiety zwykle rodzi&#322;y swoje pierwsze dziecko. Mo&#380;e u Wo&#322;&#243;w jest inaczej.

Mieszkali tam te&#380; i inni ludzie, w wi&#281;kszo&#347;ci Bezsenni, ale nie tylko. Dan dowiedzia&#322; si&#281;, czym si&#281; zajmowali  prawem, pieni&#281;dzmi i innymi tego rodzaju wo&#322;owskimi rzeczami  i pr&#243;bowa&#322; si&#281; tym zainteresowa&#263;. Kiedy mu si&#281; to nie uda&#322;o, pr&#243;bowa&#322; chocia&#380; by&#263; u&#380;yteczny, wype&#322;niaj&#261;c rozmaite polecenia i pytaj&#261;c wszystkich dooko&#322;a, czy mo&#380;e im w czym&#347; pom&#243;c. S&#322;ysza&#322; raz, jak Alicja m&#243;wi o nim ten lokajczyk, ale wtedy starsza pani usadzi&#322;a j&#261; ostro, m&#243;wi&#261;c: Nie wa&#380; mi si&#281; ocenia&#263; go w ten spos&#243;b, moja panno! Robi co mo&#380;e, cho&#263; geny ma, jakie ma, i nie &#380;ycz&#281; sobie, &#380;eby kto&#347; depta&#322; jego uczucia! Da&#324; nie mia&#322; wra&#380;enia, &#380;eby kto&#347; depta&#322; mu uczucia, bo nie wiedzia&#322;, co to znaczy lokajczyk. Ale przekona&#322; si&#281;, &#380;e starsza pani go lubi i od tego czasu sp&#281;dza&#322; mn&#243;stwo czasu oddaj&#261;c jej r&#243;&#380;ne drobne przys&#322;ugi, kt&#243;rych tak naprawd&#281; tylko ona jedna potrzebowa&#322;a, bo by&#322;a taka stara.

Czy masz mo&#380;e brata bli&#378;niaka, Dan?  zapyta&#322;a go pewnego razu. Pracowa&#322;a akurat, bardzo powoli, przy komputerze.

Nie, proszpani  odrzek&#322; z miejsca. Na sam ten pomys&#322; mr&#243;wki przebieg&#322;y mu po grzbiecie. Nie by&#322;o drugiego takiego jak on!

Aaa  powiedzia&#322;a starsza pani z lekkim u&#347;miechem.  Odcinamy si&#281; zdecydowanie.

U&#380;ywali wielu s&#322;&#243;w, kt&#243;rych nie rozumia&#322;. Rozmawiali o zmiennych tendencjach si&#322; elektoratu  co to niby za si&#322;y? Co&#347; jak energia Y? O genomodyfikowanych biatomach, kt&#243;rymi &#380;yje Madagaskar, o przewadze wok&#243;&#322;lunarnych stacji orbitalnych nad starymi typami, oko&#322;oziemskimi. Kazali mu kroi&#263; mi&#281;so no&#380;em i widelcem, nie rozmawia&#263; z pe&#322;nymi ustami, dzi&#281;kowa&#263; nawet wtedy, kiedy czego&#347; nie chcia&#322;. Robi&#322;, jak kazali. Kazali mu nauczy&#263; si&#281; czyta&#263;, wi&#281;c codziennie przesiadywa&#322; przy terminalu, cho&#263; to by&#322;a jazda na zwolnionych obrotach i zupe&#322;nie nie rozumia&#322;, do czego mo&#380;e mu si&#281; w &#380;yciu przyda&#263;. Terminale zawsze powiedz&#261; ci wszystko, co chcesz wiedzie&#263;, a kiedy na ekranie pe&#322;no by&#322;o s&#322;&#243;w, nie starcza&#322;o miejsca na obrazki. A obrazki i tak mia&#322;y dla Dana wi&#281;cej sensu ni&#380; s&#322;owa. Zawsze tak by&#322;o. On odczuwa&#322; wszystko jak obrazki  kolory i kszta&#322;ty gdzie&#347; na dnie umys&#322;u, kt&#243;re wyp&#322;ywa&#322;y jakim&#347; cudem na powierzchni&#281; i wype&#322;nia&#322;y mu g&#322;ow&#281;. Starsza pani, na przyk&#322;ad, by&#322;a spiralna, br&#261;zowa z odcieniem rdzy, a pustynia w nocy wype&#322;nia&#322;a go mi&#281;kk&#261;, prze&#347;lizguj&#261;c&#261; si&#281; purpur&#261;. W&#322;a&#347;nie tak. Ale kazali mu nauczy&#263; si&#281; czyta&#263;, no to si&#281; nauczy&#322;.

Powiedzieli mu te&#380;, &#380;eby si&#281; pogodzi&#322; z Erikiem Bevingtonem-Watrousem, ale to by&#322;o znacznie trudniejsze od czytania. I to w&#322;a&#347;nie Erik pierwszy zauwa&#380;y&#322;, &#380;e Dan ma k&#322;opoty z jedzeniem. By&#322; bystry; wszyscy oni tutaj byli tak cholernie bystrzy.

Mamy k&#322;opoty z prawdziwym jedzeniem, co?  ur&#261;ga&#322; mu.  Przywykli&#347;my do sojsyntetycznego &#347;wi&#324;stwa i prawdziwe jedzenie wypruwa nam flaki? Dlaczego nie wysrasz wszystkiego na miejscu, ty niewychowany ma&#322;y robalu?

Masz jaki&#347; problem?!  rzuci&#322; cicho Dan. Erik przyszed&#322; za nim pod ogromn&#261; topol&#281; ameryka&#324;sk&#261; nad brzegiem strumienia, do miejsca, gdzie Dan lubi&#322; przesiadywa&#263; samotnie. Teraz wsta&#322; i powoli obr&#243;ci&#322; si&#281; tak, &#380;eby mie&#263; za plecami strumie&#324;.

To ty jeste&#347; dla mnie problemem  odpowiedzia&#322; Erik.  Jeste&#347; paso&#380;ytem. Niczego tu nie wnosisz, nie nale&#380;ysz do nas. Nie umiesz czyta&#263;, nie umiesz nawet je&#347;&#263;. Nawet nie umiesz si&#281; domy&#263;. Mo&#380;e by&#347; po prostu wszed&#322; w ocean i poczeka&#322;, a&#380; fale zmyj&#261; ci ty&#322;ek!

Kiedy Dan obraca&#322; si&#281; powoli, Erik obraca&#322; si&#281; r&#243;wnie&#380;. Dobra nasza: mo&#380;e on i jest dwa lata starszy, dziesi&#281;&#263; kilo ci&#281;&#380;szy, ale nie ma poj&#281;cia, jak si&#281; manewruje, &#380;eby zyska&#263; przewag&#281; w czasie walki. S&#322;o&#324;ce dotar&#322;o ju&#380; do lewego ramienia Dana. Obraca&#322; si&#281; dalej.

Wcale nie widz&#281;, &#380;eby&#347; ty tak cholernie du&#380;o wnosi&#322;  odezwa&#322; si&#281;.  Twoja babcia m&#243;wi, &#380;e jeste&#347; jej najwi&#281;kszym zmartwieniem.

Erik spurpurowia&#322; na twarzy.

Nigdy nie wa&#380; si&#281; rozmawia&#263; o mnie z moj&#261; w&#322;asn&#261; rodzin&#261;!  wrzasn&#261;&#322; i run&#261;&#322; do przodu.

Dan opad&#322; na jedno kolano, got&#243;w przerzuci&#263; go ponad ramieniem prosto do strumienia. Ale Erik wyskoczy&#322; w g&#243;r&#281; jakim&#347; wy&#263;wiczonym podskokiem, kt&#243;ry natychmiast pos&#322;a&#322; fal&#281; nag&#322;ej s&#322;abo&#347;ci przez pier&#347; Dana. Zrozumia&#322;, &#380;e pope&#322;ni&#322; b&#322;&#261;d. Erik by&#322; wy&#263;wiczony, tylko &#380;e w takim rodzaju walki, kt&#243;rego on nie rozpozna&#322;. Czubkiem buta trafi&#322; go w podbr&#243;dek. Szcz&#281;ka eksplodowa&#322;a b&#243;lem. G&#322;owa odskoczy&#322;a do ty&#322;u i poczu&#322;, &#380;e co&#347; chrupn&#281;&#322;o mu w kr&#281;gos&#322;upie. Si&#322;a kopni&#281;cia odrzuci&#322;a go do ty&#322;u, ponad przybrze&#380;n&#261; p&#322;ycizn&#261; na sam &#347;rodek strumienia.

Wszystko zrobi&#322;o si&#281; mokre i czerwone.

Kiedy si&#281; ockn&#261;&#322;, le&#380;a&#322; w &#322;&#243;&#380;ku. Jakie&#347; rurki i kable bieg&#322;y od jego cia&#322;a do maszyn, kt&#243;re mrucza&#322;y i warcza&#322;y cicho. W jego g&#322;owie te&#380; co&#347; cicho warcza&#322;o i mrucza&#322;o. Spr&#243;bowa&#322; podnie&#347;&#263; j&#261; z poduszki.

Jego kark ani drgn&#261;&#322;.

Obr&#243;ci&#322; wi&#281;c j&#261; z wolna na bok  tyle, ile si&#281; da&#322;o, ledwie par&#281; cali. Na krze&#347;le przy jego &#322;&#243;&#380;ku siedzia&#322;a zwalista posta&#263;  Jordan Watrous.

Dan!  Jordan poderwa&#322; si&#281; z krzes&#322;a.  Siostro! Obudzi&#322; si&#281;!

Potem w pokoju nagle znalaz&#322;o si&#281; wielu ludzi, wi&#281;kszo&#347;&#263; z nich nie figurowa&#322;a w jego starannym katalogu mieszka&#324;c&#243;w posiad&#322;o&#347;ci. Nie widzia&#322; nigdzie Leishy. Bola&#322;a go g&#322;owa, bola&#322; kark.

Leisho!

Jestem tu, Dan.

Podesz&#322;a bli&#380;ej jego g&#322;owy. Poczu&#322; na policzku jej ch&#322;odn&#261; d&#322;o&#324;.

Co mi si&#281; sta&#322;o?

Pobi&#322;e&#347; si&#281; z Erikiem.

Teraz sobie przypomnia&#322;. Popatrzy&#322; na Leish&#281; i zdumia&#322; si&#281;, widz&#261;c w jej oczach &#322;zy. Dlaczego p&#322;acze? Odpowied&#378; nadesz&#322;a powoli  ona p&#322;acze nad nim. Nad Danem. Nad nim.

Boli mnie.

Wiem, skarbie.

Nie mog&#281; ruszy&#263; szyj&#261;.

Leisha i Jordan wymienili spojrzenia. Potem Leisha powiedzia&#322;a:

Jest unieruchomiona. Z twoj&#261; szyj&#261; nie dzieje si&#281; nic z&#322;ego. Ale twoje nogi

Jeszcze nie teraz, Leisho  odezwa&#322; si&#281; b&#322;agalnym g&#322;osem Jordan, a Dan powoli zwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281; w jego kierunku. Nigdy jeszcze nie s&#322;ysza&#322; tego tonu u doros&#322;ego m&#281;&#380;czyzny. U mamy albo si&#243;str, kiedy tato porz&#261;dnieje st&#322;uk&#322;  to tak, ale nigdy u doros&#322;ego m&#281;&#380;czyzny.

Co&#347; szepn&#281;&#322;o mu w g&#322;owie: To wa&#380;ne.

W&#322;a&#347;nie &#380;e teraz  oznajmi&#322;a stanowczo Leisha.  Zawsze najlepsza jest prawda, a Dan jest twardy. Skarbie co&#347; p&#281;k&#322;o w twoim kr&#281;gos&#322;upie. Bardzo d&#322;ugo to naprawiali&#347;my, ale kom&#243;rki nerwowe si&#281; nie regeneruj&#261; w ka&#380;dym razie nie u takich jak Lekarze zrobili ci wspomaganie mi&#281;&#347;ni i wiele innych rzeczy. Wiem, &#380;e jeszcze nie rozumiesz, co to znaczy. Rozumiesz tylko, &#380;e z twoj&#261; szyj&#261; wszystko w porz&#261;dku, a przynajmniej b&#281;dzie w porz&#261;dku za jaki&#347; miesi&#261;c. Z twoimi r&#281;koma i torsem te&#380; wszystko w porz&#261;dku. Ale twoje nogi  Leisha odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;. &#346;wiat&#322;o zza jej g&#322;owy sprawi&#322;o, &#380;e &#322;zy na jej twarzy zal&#347;ni&#322;y.  Nie b&#281;dziesz m&#243;g&#322; chodzi&#263;. Reszta twego cia&#322;a funkcjonuje normalnie, ale nie b&#281;dziesz m&#243;g&#322; chodzi&#263;. Dostaniesz w&#243;zek, najlepszy, jaki b&#281;dzie mo&#380;na kupi&#263; lub skonstruowa&#263;, ale nie b&#281;dziesz m&#243;g&#322; chodzi&#263;.

Dan milcza&#322;. To by&#322;o zbyt straszne  jako&#347; nie mog&#322;o do niego dotrze&#263;. A potem, znienacka, dotar&#322;o. W umy&#347;le eksplodowa&#322;y kolory i kszta&#322;ty.

Czy to znaczy, &#380;e nie p&#243;jd&#281; we wrze&#347;niu do &#380;adnej szko&#322;y?  wyrzuci&#322; z siebie gwa&#322;townie.

Leisha by&#322;a wyra&#378;nie zaskoczona.

Skarbie, wrzesie&#324; ju&#380; min&#261;&#322;. Ale tak, naturalnie, b&#281;dziesz m&#243;g&#322; i&#347;&#263; do szko&#322;y od nowego semestru, je&#347;li tylko zechcesz. Jasne, &#380;e b&#281;dziesz m&#243;g&#322;.

Spojrza&#322;a przez &#322;&#243;&#380;ko na Jordana, a jej spojrzenie nios&#322;o w sobie tyle b&#243;lu, &#380;e Dan tak&#380;e spojrza&#322; w tym kierunku.

Jordan wygl&#261;da&#322;, jakby by&#322; wypalony. Dan wiedzia&#322;, jak to jest  widywa&#322; to u m&#281;&#380;czyzn, kt&#243;rych skutery, nielegalnie podrasowane, stawa&#322;y w p&#322;omieniach, zabieraj&#261;c przy tym i cz&#281;&#347;&#263; ich samych. Widzia&#322; to u kobiety, kt&#243;rej maluch uton&#261;&#322; w rzece. Widywa&#322; to u matki. Tak si&#281; wygl&#261;da, kiedy nie chce si&#281; dopu&#347;ci&#263; do siebie &#380;adnych uczu&#263;, bo uczucia sprawiaj&#261; tyle b&#243;lu, &#380;e nie jest si&#281; w stanie nikomu pom&#243;c. Nawet samemu sobie. Takie spojrzenie zawsze oznacza, &#380;e komu&#347; potrzebna jest pomoc  tak zawsze s&#261;dzi&#322; Dan  bo inaczej po co ludzie obnosiliby si&#281; z takimi strapionymi twarzami?

Panie Watrous prosz&#281; pana  doda&#322;, wiedz&#261;c, &#380;e oni tutaj to lubi&#261;   to nie by&#322;a wina Erika. To ja zacz&#261;&#322;em.

Twarz Jordana zmieni&#322;a si&#281;. Najpierw odwr&#243;ci&#322; wzrok, potem wr&#243;ci&#322; spojrzeniem do Dana; jego wzrok stwardnia&#322;, zn&#243;w uciek&#322; w bok, a na koniec raz jeszcze wr&#243;ci&#322;, jeszcze gorszy ni&#380; przedtem.

Wiemy, &#380;e to nieprawda  odezwa&#322;a si&#281; Leisha.  Erik nam wszystko opowiedzia&#322;.

Dan rozmy&#347;la&#322; nad tym przez chwil&#281;; mo&#380;e tak by&#322;o naprawd&#281;. W og&#243;le nie rozumia&#322; tego Erika, ju&#380; wcze&#347;niej si&#281; o tym przekona&#322;. A gdyby wszystko by&#322;o na odwr&#243;t, gdyby to on zrobi&#322; tak, &#380;eby Erik nie m&#243;g&#322; chodzi&#263;

Nie m&#243;g&#322; chodzi&#263;.

Skarbie, nie my&#347;l tak  odezwa&#322;a si&#281; Leisha i teraz to ona m&#243;wi&#322;a tym b&#322;agalnym tonem.  Wiem, &#380;e to ci si&#281; wydaje straszne, ale to jeszcze nie koniec &#347;wiata. Nadal mo&#380;esz i&#347;&#263; do szko&#322;y, uczy&#263;, si&#281;, &#380;eby zosta&#263; kim&#347;, w&#322;a&#347;nie tak jak m&#243;wi&#322;e&#347; B&#261;d&#378; dzielny, Dan. Przecie&#380; wiem, &#380;e jeste&#347; dzielny.

No tak, by&#322; dzielny. Dzielny z niego ch&#322;opak, wszyscy tak zawsze m&#243;wili, nawet w tym zapyzia&#322;ym Montronce. Przecie&#380; jest Danem Arlenem, kt&#243;ry pewnego dnia b&#281;dzie mia&#322; Azyl na w&#322;asno&#347;&#263;. I nigdy, przenigdy nie b&#281;dzie taki wypalony jak pan Watrous.

Czy ten w&#243;zek  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Leishy  b&#281;dzie z tych, co unosz&#261; si&#281; trzy cale nad pod&#322;og&#261; i zje&#380;d&#380;aj&#261; po schodach?

B&#281;dzie z tych, co polec&#261; na ksi&#281;&#380;yc, je&#347;li tylko sobie za&#380;yczysz!

Dan u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;. Si&#322;&#261; woli nakaza&#322; sobie u&#347;miech. W&#322;a&#347;nie teraz dostrzeg&#322; co&#347; tu&#380; przed sob&#261;, co&#347; jakby wielk&#261; migocz&#261;c&#261; ba&#324;k&#281;, kt&#243;rej sam nie wiedzia&#322; jak m&#243;g&#322; przedtem nie zauwa&#380;y&#263;. By&#322;a wielka, ciep&#322;a i l&#347;ni&#261;ca, a on nie tylko j&#261; widzia&#322;  on j&#261; czu&#322; ka&#380;d&#261; najmniejsz&#261; cz&#261;stk&#261; swego cia&#322;a.

Dan  odezwa&#322; si&#281; pan Watrous z&#322;amanym g&#322;osem  nic nie jest w stanie ci tego wynagrodzi&#263;, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, wszystko

No i zrobi&#261;. To w&#322;a&#347;nie by&#322;a ta ba&#324;ka. Wcze&#347;niej brakowa&#322;o mu odpowiedniego s&#322;owa  zawsze jako&#347; brakowa&#322;o mu odpowiedniego s&#322;owa, dop&#243;ki mu go kto&#347; nie poda&#322;  ale to w&#322;a&#347;nie by&#322;a ta ba&#324;ka. Ju&#380; nie b&#281;dzie musia&#322; wi&#281;cej biega&#263; na posy&#322;ki dla starszej pani ani uczy&#263; si&#281; dobrych manier, ani nawet je&#347;&#263; prawdziwego jedzenia. Dalej b&#281;dzie to wszystko robi&#322;, bo niekt&#243;rych rzeczy chce si&#281; nauczy&#263;, a niekt&#243;re lubi. Ale ju&#380; nie b&#281;dzie musia&#322;. Teraz zrobi&#261; dla niego wszystko. Teraz oni b&#281;d&#261; musieli. Teraz i przez reszt&#281; jego &#380;ycia.

Mia&#322; ich w gar&#347;ci.

Wiem, &#380;e zrobicie  powiedzia&#322; do Jordana. Przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; trzyma&#322;a go w sobie ta ba&#324;ka, podczas gdy Leisha i Jordan wymieniali nad jego g&#322;ow&#261; sp&#322;oszone spojrzenia. Potem ba&#324;ka p&#281;k&#322;a. Nie m&#243;g&#322; jej utrzyma&#263;. Nie znikn&#281;&#322;a ca&#322;kiem, nadal by&#322;a prawd&#261; i pewnie jeszcze wr&#243;ci, ale teraz nie potrafi&#322; jej utrzyma&#263;. Mia&#322; popsute nogi i nigdy nie b&#281;dzie m&#243;g&#322; chodzi&#263;, wi&#281;c wybuchn&#261;&#322; p&#322;aczem, dziesi&#281;cioletni ch&#322;opczyk unieruchomiony na szpitalnym w&#243;zku, w&#347;r&#243;d obcych, kt&#243;rzy nigdy nie &#347;pi&#261;.



18

TERAZ POKA&#379;EMY PROGRAM POD TYTU&#321;EM NAR&#211;D na mieli&#378;nie. Stany Zjednoczone w obliczu swego trzechsetlecia  oznajmi&#322; spiker.  Specjalny program stacji CNS, kt&#243;ry pozwoli nam spojrze&#263; g&#322;&#281;biej

Ha!  zakrzykn&#281;&#322;a Leisha.  Ci nie potrafiliby spojrze&#263; g&#322;&#281;biej nawet w problem gotowania sojsyntetycznej papki!

C&#347;&#347;&#347;! Chc&#281; pos&#322;ucha&#263;  uciszy&#322;a j&#261; Alice.  Dan, podaj mi okulary ze stolika.

Wok&#243;&#322; holoprzekazu z sieci informacyjnej roz&#322;o&#380;y&#322;o si&#281; p&#243;&#322;kolem dwadzie&#347;cioro sze&#347;cioro starannie dobranych ludzi  niekt&#243;rzy siedzieli, niekt&#243;rzy stali, opieraj&#261;c si&#281; o &#347;ciany z suszonej ceg&#322;y. Dan wr&#281;czy&#322; Alice okulary. Leisha oderwa&#322;a si&#281; na chwil&#281; od beznadziejnej audycji, &#380;eby rzuci&#263; na niego okiem. Je&#378;dzi&#322; swoim w&#243;zkiem ju&#380; od roku i manewrowa&#322; nim niemal tak samo bezwiednie, jak par&#261; but&#243;w. W ci&#261;gu tych kilku miesi&#281;cy sp&#281;dzonych w szkole wyr&#243;s&#322;, cho&#263; nadal by&#322; tak samo chudy. By&#322; cichszy, nie tak otwarty, ale czy to nie normalne u ch&#322;opca, kt&#243;ry wkracza w&#322;a&#347;nie w wiek dojrzewania? Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e z nim wszystko w porz&#261;dku; przywyk&#322; do w&#243;zka, przyzwyczai&#322; si&#281; do nowego trybu &#380;ycia. Leisha przenios&#322;a uwag&#281; z powrotem na holoprzekaz.

Aparat reprezentowa&#322; sob&#261; najnowsze cudo technologiczne Wo&#322;&#243;w  sp&#322;aszczony prostok&#261;t przymocowany do sufitu, usiany najr&#243;&#380;niejszymi otworkami i wybrzuszeniami. Wy&#347;wietla&#322; na znajduj&#261;cej si&#281; poni&#380;ej platformie holowizyjnej tr&#243;jwymiarowe obrazy o wysoko&#347;ci pi&#281;ciu st&#243;p. Ich kolory by&#322;y &#380;ywsze ni&#380; w rzeczywisto&#347;ci, za&#347; kontury mniej ostre, co sprawia&#322;o, &#380;e prezentowany obraz nabiera&#322; mi&#281;kko&#347;ci dzieci&#281;cych rysunk&#243;w.

Tego w&#322;a&#347;nie dnia, trzysta lat wcze&#347;niej  m&#243;wi&#322; nienaturalnie przystojny prezenter, z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; genomodyfikowany, odziany w nienaganny mundur &#380;o&#322;nierza armii Jerzego Waszyngtona  ojcowie za&#322;o&#380;yciele naszego kraju podpisali historyczny dokument, jakiego nie zna&#322; przedtem &#347;wiat: Deklaracj&#281; Niepodleg&#322;o&#347;ci. I nadal niezmiennie poruszaj&#261; nas tamte s&#322;owa: Kiedy w ludzkim biegu rzeczy nadchodzi ten moment, &#380;e jedna grupa musi rozsup&#322;a&#263; polityczne wi&#281;zy, jakie wi&#261;&#380;&#261; j&#261; z inn&#261; grup&#261;, i pomi&#281;dzy pot&#281;gami tego &#347;wiata okre&#347;li&#263; jasno swoje miejsce, odr&#281;bne i r&#243;wne im rang&#261;, miejsce, do kt&#243;rego prawo daj&#261; im prawa natury oraz sam B&#243;g, szacunek nale&#380;ny rodzajowi ludzkiemu wymaga, aby ludzie ci jasno okre&#347;lili przyczyny, kt&#243;re zmuszaj&#261; ich do tej separacji. Jako prawd&#281; sam&#261; przez si&#281; zak&#322;adamy, &#380;e wszyscy ludzie stworzeni zostali r&#243;wnymi sobie

Alice prychn&#281;&#322;a. Leisha rzuci&#322;a jej zaniepokojone spojrzenie, ale twarz jej siostry ja&#347;nia&#322;a u&#347;miechem.

&#380;e przez swego Stw&#243;rc&#281; obdarzeni zostali pewnymi niezbywalnymi prawami, a to: prawem do &#380;ycia, wolno&#347;ci i poszukiwania szcz&#281;&#347;cia

Dan spochmurnia&#322;. Leisha zastanawia&#322;a si&#281;, czy on w og&#243;le wie, co znacz&#261; te s&#322;owa, gdy&#380; jego post&#281;py w szkole nie by&#322;y zbyt ol&#347;niewaj&#261;ce.

Po drugiej stronie pokoju sta&#322; oparty o &#347;cian&#281; Erik, przyt&#322;umiony i naburmuszony. Nigdy nie spogl&#261;da&#322; wprost na Dana, ten za&#347; wprost wyskakiwa&#322; ze sk&#243;ry, &#380;eby m&#243;c podjecha&#263; do Erika, zagadn&#261;&#263; go, obdarzy&#263; swym ol&#347;niewaj&#261;cym u&#347;miechem. Czy to zemsta?

Je&#380;eli tak, to bardzo wyrafinowana jak na jedenastolatka. Pojednanie? Wewn&#281;trzna potrzeba? Wszystko to na raz  oznajmi&#322;a kiedy&#347; zwi&#281;&#378;le Alice.  Ale ty, Leisho, nigdy nie by&#322;a&#347; szczeg&#243;lnie wra&#380;liwa na teatr.

Urodziwy narrator zako&#324;czy&#322; ju&#380; odczytywanie Deklaracji Niepodleg&#322;o&#347;ci i znikn&#261;&#322;. Pokazywano teraz scenki z obchod&#243;w &#346;wi&#281;ta Niepodleg&#322;o&#347;ci w ca&#322;ym kraju: w Georgii Amatorzy &#379;ycia piekli sobie sojsyntetyczne barbecue; w Kalifornii odbywa&#322;a si&#281; parada bia&#322;o-czerwono-granatowych skuter&#243;w, a w Nowym Jorku odbywa&#322; si&#281; bal Wo&#322;&#243;w, gdzie zgodnie z najnowsz&#261; mod&#261; kobiety nosi&#322;y powa&#380;ne sukienki ze sztywnych p&#322;at&#243;w jedwabiu uj&#281;tego w wymy&#347;lne ko&#322;nierze i mankiety z ci&#281;&#380;kiego, wysadzanego klejnotami z&#322;ota.

Elektronicznie wzmocnionym g&#322;osem lektor m&#243;wi&#322;:

Niepodleg&#322;o&#347;&#263; rzeczywista  od g&#322;odu, niedostatku, od wichrzycielstwa, kt&#243;re dzieli&#322;o nas przez tak d&#322;ugi czas. Od uwik&#322;ali poza granicami kraju  jak to zaleca&#322; Jerzy Waszyngton ju&#380; trzysta lat temu  od zawi&#347;ci, od konflikt&#243;w klasowych. Od innowacji  min&#281;&#322;a ju&#380; ca&#322;a dekada, odk&#261;d w Ameryce dokonano jakiego&#347; pionierskiego odkrycia w dziedzinie techniki. Zadowolenie, jak si&#281; wydaje, rodzi wygodnictwo i nadmierne zadufanie. Ale czy to w&#322;a&#347;nie tego domagali si&#281; dla nas ojcowie-za&#322;o&#380;yciele, tej mi&#322;ej wygody, niczym nie zak&#322;&#243;conej politycznej r&#243;wnowagi? Czy Trzechsetlecie zastaje nas u celu, czy mo&#380;e w stagnacji, tkwi&#261;cych na mieli&#378;nie?

Leisha by&#322;a zaszokowana. Kiedy to ostatnio s&#322;ysza&#322;a podobne pytanie, nawet w sieciach informacyjnych dla Wo&#322;&#243;w? Jordan i Stella pochylili si&#281; do przodu.

A jaki wp&#322;yw  m&#243;wi&#322; dalej lektor  mo&#380;e &#243;w b&#322;ogostan wywrze&#263; na m&#322;ode pokolenie? Klasa pracuj&#261;ca  tu pokazano scenki z nowojorskiej gie&#322;dy, z obrad Kongresu, z zebrania przedstawicielstwa Fortune 500  nadal gna do przodu. Tymczasem tak zwani Amatorzy &#379;ycia, owe osiemdziesi&#261;t procent spo&#322;ecze&#324;stwa, kt&#243;re przez sam&#261; swoj&#261; liczebno&#347;&#263; decyduje o wynikach wybor&#243;w, prezentuje sob&#261; wysychaj&#261;ce &#378;r&#243;d&#322;o, z kt&#243;rego czerpiemy najlepsze i najzdolniejsze umys&#322;y, by budowa&#322;y przysz&#322;o&#347;&#263; Ameryki. Ale &#380;eby sta&#263; si&#281; najzdolniejszym i najlepszym, trzeba mie&#263; w sobie d&#261;&#380;enie do doskona&#322;o&#347;ci

Och, wy&#322;&#261;czcie to  odezwa&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no Erik. Stella rzuci&#322;a w jego stron&#281; rozz&#322;oszczone spojrzenie, a Jordan wbi&#322; wzrok w ziemi&#281;.

 i mo&#380;e to w&#322;a&#347;nie przeciwno&#347;ci losu s&#261; konieczne, aby to pragnienie pobudzi&#263;. Nie trac&#261;ce na warto&#347;ci jagaistyczne idea&#322;y, kt&#243;re wywiera&#322;y tak silny wp&#322;yw zaledwie czterdzie&#347;ci lat temu, kiedy to

Wall Street i wy&#347;cigi skuter&#243;w znikn&#281;&#322;y. Lektor kontynuowa&#322; opisywanie holoscen, kt&#243;rych nie by&#322;o, bo platform&#281; wype&#322;ni&#322; obraz g&#281;stej czerni.

Co u  zacz&#261;&#322; Seth.

W&#347;r&#243;d czerni zamigota&#322;y gwiazdy. Kosmos. Narrator nadal opisywa&#322;, jak obchodzi si&#281; uroczysto&#347;&#263; Trzechsetlecia w Bia&#322;ym Domu. Na tle gwiazd pojawi&#322;a si&#281; obracaj&#261;ca si&#281; powoli stacja orbitalna, a tu&#380; pod ni&#261; sztandar z innym cytatem, z innego prezydenta i innych czas&#243;w  ze s&#322;owami Abrahama Lincolna: &#379;aden cz&#322;owiek nie jest na tyle lepszy od drugiego, by m&#243;c nim rz&#261;dzi&#263; bez jego zgody.

Pok&#243;j wype&#322;ni&#322; si&#281; gwarem.

Leisha siedzia&#322;a przez chwil&#281;, oszo&#322;omiona, potem nagle poj&#281;&#322;a. To nie by&#322; przekaz og&#243;lnokrajowy. Azyl nadal utrzymywa&#322; pewn&#261; liczb&#281; satelit&#243;w telekomunikacyjnych, za ich po&#347;rednictwem nadzoruj&#261;c ziemskie przekazy i prowadz&#261;c sieciowe interesy. Satelity te by&#322;y w stanie wyprodukowa&#263; w&#261;ski, skupiony promie&#324; fal. Obraz Azylu mia&#322; si&#281; ukaza&#263; nie gdzie indziej, tylko w jej posiad&#322;o&#347;ci i by&#322; przeznaczony nie dla kogo innego, tylko dla niej. Min&#281;&#322;o ju&#380; dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat, odk&#261;d Leisha po raz ostatni kontaktowa&#322;a si&#281; z Azylem, jego oficjalnymi holdingami lub ich nieoficjalnymi i pozostaj&#261;cymi w cieniu partnerami w interesach. Ten brak kontaktu wraz z tysi&#261;cznymi jego skutkami wymusi&#322; na niej t&#281; bezczynno&#347;&#263;, t&#281; stagnacj&#281; na mieli&#378;nie  jej i Jordana, i jego dzieci. Przez dwadzie&#347;cia lat. St&#261;d w&#322;a&#347;nie ten przekaz.

Jennifer chcia&#322;a jej w ten spos&#243;b przypomnie&#263;, &#380;e Azyl nadal istnieje.



* * *


Najwcze&#347;niejsze wspomnienie Miri to gwiazdy. A zaraz po nich Tony.

W tym wspomnieniu o gwiazdach babka podnios&#322;a j&#261; wysoko ku szerokiemu, p&#243;&#322;kolistemu oknu, za kt&#243;rym rozpo&#347;ciera&#322;a si&#281; czer&#324; usiana &#347;wiate&#322;kami. Miri przygl&#261;da&#322;a si&#281;, jak migocz&#261;, a&#380; nagle jedno z nich przemkn&#281;&#322;o tu&#380; obok. To meteor powiedzia&#322;a, wtedy babcia, a Miri wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#261;czki, &#380;eby dotkn&#261;&#263; tych pi&#281;knych gwiazd. Babcia roze&#347;mia&#322;a si&#281;. One s&#261; za daleko jak na twoje r&#261;czki. Ale nie dla twojego umys&#322;u. Zawsze o tym pami&#281;taj, Mirando.

Pami&#281;ta&#322;a. Zawsze wszystko zapami&#281;tywa&#322;a, ka&#380;d&#261; najdrobniejsz&#261; rzecz, jaka jej si&#281; przydarzy&#322;a. Ale to przecie&#380; nie mo&#380;e by&#263; do ko&#324;ca prawda, bo nie pami&#281;ta&#322;a czas&#243;w, kiedy nie by&#322;o Tonyego, a mama i tato m&#243;wili jej, &#380;e prze&#380;y&#322;a bez niego ca&#322;y rok, zanim si&#281; wreszcie urodzi&#322;, zupe&#322;nie tak samo jak ona. No to musi by&#263; przynajmniej jeden ca&#322;y rok, kt&#243;rego nie zapami&#281;ta&#322;a.

Pami&#281;ta&#322;a, kiedy pojawili si&#281; Nikos i Christina Demetrios. A wkr&#243;tce po bli&#378;niakach zjawili si&#281; Allen Sheffield i  zaraz potem  Sara Cerelli. Ca&#322;a sz&#243;stka buszowa&#322;a w przedszkolu pod czujnym okiem pani Patterson albo babci Sheffield, potem wraca&#322;a do domu, &#380;eby odwiedzi&#263; rodzic&#243;w, albo pod nadzorem doktor&#243;w Toliveri i Clementa bawi&#263; si&#281; w r&#243;&#380;ne gry z elektrodami na g&#322;owach. Wszyscy lubili doktora Toliveri, kt&#243;ry cz&#281;sto si&#281; &#347;mia&#322;, a nawet doktora Clementa, kt&#243;ry si&#281; nie &#347;mia&#322;. Lubili wszystko, bo wszystko by&#322;o takie ciekawe.

Ich przedszkole by&#322;o w tej samej kopule, co inne przedszkole i przez jaki&#347; czas ka&#380;dego dnia  Miri nie by&#322;a pewna, co znaczy to s&#322;owo, wiedzia&#322;a tylko, &#380;e ma co&#347; wsp&#243;lnego z liczeniem, a ona uwielbia&#322;a liczy&#263;  plasti&#347;ciana pomi&#281;dzy obiema cz&#281;&#347;ciami pozostawa&#322;a otwarta. Dzieci z drugiego przedszkola wpada&#322;y wtedy do nich  albo na odwr&#243;t  i Miri kot&#322;owa&#322;a si&#281; po pod&#322;odze z Joan albo szamota&#322;a si&#281; o zabawki z Robbiem, albo budowa&#322;a wie&#380;&#281; z klock&#243;w z Kendallem.

Pami&#281;ta&#322;a dzie&#324;, w kt&#243;rym to si&#281; sko&#324;czy&#322;o.

Wszystko zacz&#281;&#322;o si&#281; od Joan Lucas, kt&#243;ra by&#322;a wi&#281;ksza od Miri i mia&#322;a jasnobr&#261;zowe loki, b&#322;yszcz&#261;ce jak gwiazdy. Joan zapyta&#322;a:

Dlaczego ty si&#281; ci&#261;gle tak ca&#322;a ruszasz?

Nnnie w-wiem  odpowiedzia&#322;a Miri. Zauwa&#380;y&#322;a oczywi&#347;cie, &#380;e ona, Tony i inne dzieci z jej przedszkola drgaj&#261; ci&#261;gle, a Joan i dzieci z jej przedszkola nie. No i Joan nigdy si&#281; nie j&#261;ka&#322;a tak jak Miri, Tony, Christina i Allen. Ale Miri wcale si&#281; nad tym nie zastanawia&#322;a. Joan mia&#322;a br&#261;zowe w&#322;osy, ona mia&#322;a czarne, a Allen &#380;&#243;&#322;te. Wydawa&#322;o jej si&#281;, &#380;e tak samo jest z podrygiwaniem.

Masz tak&#261; du&#380;&#261; g&#322;ow&#281;  powiedzia&#322;a Joan. Miri pomaca&#322;a si&#281; po g&#322;owie. Nie wydawa&#322;a si&#281; wi&#281;ksza ni&#380; przedtem.

Nie chc&#281; si&#281; z tob&#261; bawi&#263;  rzuci&#322;a nagle Joan. I odesz&#322;a. Miri patrzy&#322;a za ni&#261; szeroko otwartymi oczyma. Pani Patterson b&#322;yskawicznie znalaz&#322;a si&#281; przy nich.

Joan, czy masz jaki&#347; problem?

Joan przystan&#281;&#322;a i wpatrzy&#322;a si&#281; w pani&#261; Patterson. Wszystkie dzieci zna&#322;y dobrze ten ton. Twarz Joan pociemnia&#322;a.

Zachowujesz si&#281; g&#322;upio  m&#243;wi&#322;a pani Patterson.  Miri jest cz&#322;onkiem twojej spo&#322;eczno&#347;ci, cz&#322;onkiem Azylu. Natychmiast zacznij si&#281; z ni&#261; bawi&#263;.

Tak, prosz&#281; pani  odpowiedzia&#322;a Joan. &#379;adne z dzieci nie wiedzia&#322;o w&#322;a&#347;ciwie, co to takiego ta spo&#322;eczno&#347;&#263;, ale kiedy z ust doros&#322;ych pada&#322;o to s&#322;owo, wiedzia&#322;y, &#380;e musz&#261; by&#263; pos&#322;uszne. Joan wzi&#281;&#322;a z powrotem lalk&#281;, kt&#243;r&#261; przedtem razem z Miri pr&#243;bowa&#322;y ubra&#263;. Ale jej twarz wcale si&#281; nie rozja&#347;ni&#322;a i po chwili Miri ju&#380; nie mia&#322;a ochoty si&#281; bawi&#263;.

Dobrze to zapami&#281;ta&#322;a.

Ka&#380;dego dnia mieli lekcje i wtedy wszystkie trzy przedszkola uczy&#322;y si&#281; wsp&#243;lnie. Miri &#380;ywo pami&#281;ta&#322;a chwil&#281;, kiedy zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e terminal nie jest tylko po to, &#380;eby go ogl&#261;da&#263; albo go s&#322;ucha&#263;, &#380;e mo&#380;na kaza&#263; mu robi&#263; r&#243;&#380;ne rzeczy. Mo&#380;na by&#322;o kaza&#263; mu opowiada&#263; o r&#243;&#380;nych rzeczach. Zapyta&#322;a go, co to znaczy dzie&#324;, dlaczego sufit jest u g&#243;ry, ile lat ma tatu&#347; i ile dni zosta&#322;o do jej urodzin. Wszystko wiedzia&#322;. Wiedzia&#322; wi&#281;cej ni&#380; mama albo tato. By&#322; bardzo m&#261;dry. I on te&#380; kaza&#322; jej robi&#263; r&#243;&#380;ne rzeczy, a kiedy zrobi&#322;a je dobrze, u&#347;miecha&#322; si&#281;, a kiedy nie, musia&#322;a spr&#243;bowa&#263; jeszcze raz.

Pami&#281;ta&#322;a te&#380; ten pierwszy raz, kiedy spostrzeg&#322;a, &#380;e terminal nie zawsze ma racj&#281;.

Dostrzeg&#322;a to dzi&#281;ki Joan. Pracowa&#322;y przy terminalu razem, bo ka&#380;dy musia&#322; tak robi&#263; przez jak&#261;&#347; cz&#281;&#347;&#263; dnia  teraz Miri wiedzia&#322;a ju&#380;, co znaczy to s&#322;owo  poniewa&#380; byli jedn&#261; spo&#322;eczno&#347;ci&#261;. Miri nie lubi&#322;a pracowa&#263; z Joan  Joan by&#322;a taka powolna. Pozostawiona sama sobie, zastanawia&#322;a si&#281; jeszcze nad drugim zadaniem, kiedy Miri by&#322;a ju&#380; przy dziesi&#261;tym. Czasem Miri wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e Joan te&#380; nie lubi z ni&#261; pracowa&#263;.

Terminal przestawiony by&#322; na tryb wizualny, bo mia&#322;y &#263;wiczy&#263; czytanie. Zadanie wygl&#261;da&#322;o w ten spos&#243;b: lalka : plastyk  dzidziu&#347; : ? Miri powiedzia&#322;a: Moja kolej i wpisa&#322;a B&#243;g. Terminal wy&#347;wietli&#322; zagniewan&#261; twarz.

To nie tak  o&#347;wiadczy&#322;a Joan z jakim&#347; zadowoleniem.

W&#322;aw&#322;a&#347;nie &#380;e t-tak  odpar&#322;a Miri, zak&#322;opotana.  T-termi-inal si&#281; mymyli.

No pewnie, ty wiesz lepiej od komputera!

B-b&#243;g jest dddobrze  upiera&#322;a si&#281; Miri.  T-tylko cz-cztery sznusznurki n-ni&#380;ej.

Wbrew samej sobie Joan poczu&#322;a si&#281; zaciekawiona.

Co to znaczy: cztery sznurki ni&#380;ej? W tym zadaniu nie ma &#380;adnych sznurk&#243;w.

N-n-nie w zazadaniu  odpar&#322;a Miri. Pr&#243;bowa&#322;a wymy&#347;li&#263;, jak ma jej to wyja&#347;ni&#263;. Ona sama widzia&#322;a wszystko wyra&#378;nie w my&#347;lach, ale wyja&#347;ni&#263; komu&#347; by&#322;o znacznie gorzej. Zw&#322;aszcza Joan. Ale zanim zacz&#281;&#322;a cokolwiek m&#243;wi&#263;, ju&#380; by&#322;a przy nich pani Patterson.

Macie jaki&#347; k&#322;opot, dziewczynki?

Joan odpowiedzia&#322;a, ale bez z&#322;o&#347;liwo&#347;ci.

Miri da&#322;a z&#322;&#261; odpowied&#378;, a upiera si&#281;, &#380;e to jest dobrze.

Pani Patterson rzuci&#322;a okiem na ekran. Przykl&#281;k&#322;a przy dziewczynkach.

Dlaczego to jest dobrze, Miri?

Miri postanowi&#322;a spr&#243;bowa&#263;.

Bo t-to jest o cz-cztery sznusznureczki ni&#380;ej, p-p-pani P-Patter-son. Widzi p-pani lalalka t-to z-zabawka i p-pierwszy sznu sznurek idzie od lalki d-do z-z-zabawki. Z-zabawka znaznaczy u-u-udawa&#263;. A my u-udajemy, &#380;e spaspadaj&#261;ca g-gwiazda t-to pra prawdziwa gwiazda, w-wi&#281;c w p-pierwszym sznu-urku mo&#380;na t-teraz w-w-wstawi&#263; spa-adaj&#261;ca g-gwiazda, &#380;eby p-pasowa&#322;o.  Tyle s&#322;&#243;w na raz to du&#380;y wysi&#322;ek. Miri wola&#322;aby nie musie&#263; tyle wyja&#347;nia&#263;.  Potem t-tak: Spaspadaj&#261;ca gwia-azda to n-naprawd&#281; m-m-meteor i t-teraz w sz-sznurku m-m-musi by&#263; praprawdziwe, bo prze-edtem b-by&#322;o uuda-wane. N-no i na k-ko&#324;cu piepierwszego sznurka mamy m-meteor, o cz-cztery m-ma&#322;e sznu-urki ni&#380;ej.

Pani Paterson wpatrywa&#322;a si&#281; w ni&#261; szeroko otwartymi oczyma.

M&#243;w dalej, Miri.

Po-otem od p-plastyk  ci&#261;gn&#281;&#322;a Miri desperacko  p-pierwszy sznu-urek idzie d-do wywywynaleziony. Mmumusi t-tak by&#263;, bo od zazabawka sz-szed&#322; do u-uda-wa&#263;.  Pr&#243;bowa&#322;a wymy&#347;li&#263;, jakby tu wyja&#347;ni&#263; to, &#380;e ma&#322;e sznurki s&#261; o jedno miejsce dalej i &#380;e to ma wielkie znaczenie dla ca&#322;ego uk&#322;adu, bo odzwierciedla si&#281; w inwersji, jak&#261; zamierza&#322;a zrobi&#263; dla tych samych s&#322;&#243;w w sznureczku drugim i trzecim, ale to by by&#322;o zbyt ci&#281;&#380;ko wyt&#322;umaczy&#263;. Postanowi&#322;a wi&#281;c zosta&#263; przy samych tylko sznurkach i nie w&#322;&#261;cza&#263; w to ca&#322;o&#347;ci uk&#322;adu, co jednak troch&#281; j&#261; martwi&#322;o, bo uk&#322;ad w ca&#322;o&#347;ci by&#322; r&#243;wnie wa&#380;ny. Tylko &#380;e to i tak strasznie d&#322;ugo trwa&#322;o przy tym jej j&#261;kaniu.  Od wywynalezione idzie d-do luludzie, t-to jasne, bo t-to l-ludzie dododokonuj&#261; wy-wynalazk&#243;w. Sznusznureczek od l-ludzie idzie do spo spo&#322;eczno&#347;&#263;, bo to d-du&#380;o lu-ludzi, no i t-ten sznu-urek mumusi i&#347;&#263; do sta-sta-stacja oorbitalna, bo wtedy te d-d-dwa sznu-urki razem d-daj&#261; nam z-za-danie m-m-meteor do s-stacja o-orbitalna.

A to jest logiczna analogia  powiedzia&#322;a pani Patterson dziwnym g&#322;osem.  Meteor rzeczywi&#347;cie da si&#281; zdefiniowa&#263; w relacji do stacji orbitalnej. Pierwsze z nich jest naturalne i bez ludzi, drugie skonstruowane i zaludnione.

Miri nie by&#322;a pewna, co pani Patterson chce przez to powiedzie&#263;. To niezupe&#322;nie by&#322;o tak. Pani Patterson wygl&#261;da&#322;a troch&#281; strasznie, a Joan by&#322;a zupe&#322;nie zagubiona. Niemniej Miri postanowi&#322;a brn&#261;&#263; dalej.

P-potem od dzidzidziu&#347; p-pierwszy sznusznureczek idzie do mama&#322;y. Potem do chroni&#263;, jajak ja chroni&#281; T-T-Tonyego, bo j-jest mmmniejszy ode mnie i mo&#380;e zrobi&#263; s-sobie k-krzywd&#281;, j-jak si&#281; b&#281;dzie z-za wy-ysoko wspiwspina&#322;. Potem sznu sznureczek idzie do spo-spo&#322;eczno&#347;&#263;, bo s-spo&#322;eczno&#347;&#263; chroni lu-ludzi, no i cz-czwarty sznusznureczek m-musi i&#347;&#263; do lu-udzie, bo s-s-spo&#322;eczno&#347;&#263; t-to s&#261; l-ludzie, no i dladlatego, &#380;e t-tak by&#322;o do g&#243;ry no-ogami p-przy p-plastyk, a wi&#281;wi&#281;kszo&#347;&#263; naszej stastacji jest z p-pla-styku  zako&#324;czy&#322;a z ulg&#261;.

Pani Patterson podj&#281;&#322;a tym swoim dziwnym g&#322;osem:

Tak wi&#281;c na ko&#324;cu ka&#380;dego z trzech zestaw&#243;w po cztery sznurki  Joan, nie zmieniaj na razie obrazu na ekranie  na ko&#324;cu ka&#380;dego z tych twoich sznurk&#243;w zadanie wygl&#261;da tak: meteor ma si&#281; do stacji orbitalnej tak, jak ludzie do i puste miejsce. A ty, wpisa&#322;a&#347; w nie B&#243;g.

T-tak  odpar&#322;a Miri, znacznie ju&#380; rado&#347;niej; pani Patterson j&#261; rozumia&#322;a!  bo stastacja to w-wymy&#347;lona spospo&#322;eczno&#347;&#263;, a m-meteor t-to tylko z-zwyk&#322;a skaska&#322;a, a B-B-B&#243;g t-to p-planowa-na ws-ws-wsp&#243;lnota umys&#322;&#243;w, k-kiedy sami lu-ludzie popojedynczo t-te&#380; s&#261; zwy zwykli.

Pani Patterson zaprowadzi&#322;a j&#261; do babci. Miri musia&#322;a wyja&#347;ni&#263; wszystko jeszcze raz od pocz&#261;tku, ale tym razem by&#322;o &#322;atwiej, bo kiedy Min m&#243;wi&#322;a, babcia wszystko rysowa&#322;a. Miri dziwi&#322;a si&#281;, &#380;e jej samej nie przysz&#322;o to do g&#322;owy. Rysunek pozwala&#322; zaznaczy&#263; wszystkie wzajemne powi&#261;zania i przez to by&#322; o wiele przejrzystszy, mimo tego nawet, &#380;e niekt&#243;re linie by&#322;y krzywe, bo lekkie pi&#243;ro w zaci&#347;ni&#281;tej pi&#261;stce nie chcia&#322;o biec tak prosto jak obraz w jej my&#347;lach.

Kiedy sko&#324;czy&#322;a, rysunek wyda&#322; si&#281; jej bardzo prosty. Ale z drugiej strony by&#322; to przecie&#380; prosty, zwyk&#322;y zestaw sznureczk&#243;w do nauki czytania.

Babcia d&#322;ugo milcza&#322;a.

Miri, czy ty zawsze my&#347;lisz w ten spos&#243;b? Sznureczkami, kt&#243;re tworz&#261; wzory?

T-tak  odpowiedzia&#322;a zaskoczona Miri.  A t-ty nie? Babcia nic na to nie odpowiedzia&#322;a.

A dlaczego chcia&#322;a&#347; zapisa&#263; w terminalu analogi&#281;, kt&#243;ra istnieje cztery sznurki ni&#380;ej?

To z-znaczy: dladlaczego nie z-zapisa&#322;am tej o-osiem albo dziedziesi&#281;&#263; sz-sznurk&#243;w ni&#380;ej?  zapyta&#322;a M&#322;ri, a oczy babci otworzy&#322;y si&#281; bardzo, bardzo szeroko.

Dlaczego dlaczego nie zapisa&#322;a&#347; tej bez &#380;adnych sznurk&#243;w. Tej, kt&#243;rej wymaga&#322; terminal. Czy nie wiedzia&#322;a&#347;, &#380;e on tego wymaga?

T-tak. A-ale  Miri skr&#281;ca&#322;a si&#281; na swoim krze&#347;le  g-g&#243;rne sz-sznurki trotroch&#281; mnie nudz&#261;. Cz-czasami.

Ach, tak  odpar&#322;a babcia.  A gdzie s&#322;ysza&#322;a&#347;, &#380;e B&#243;g to planowana wsp&#243;lnota umys&#322;&#243;w?

W-w-w wiadomo&#347;ciach. M-mama je o-ogl&#261;da&#322;a, k-kiedy od odwiedzi&#322;am ich w d-domu.

Rozumiem  odpowiedzia&#322;a babcia.  Jeste&#347; bardzo wyj&#261;tkowa, Miri.

T-Tony te&#380;. I Nikos, i ChriChristina, i Allen, i S-Sara. B-Bab-ciu, cz-czy to nowe dziedziecko, kt&#243;re mamamusia ch-chce mie&#263;, te&#380; b&#281;dzie wywyj&#261;tkowe, k-kiedy si&#281; ju&#380; u-urodzi?

Tak.

I b-b&#281;dzie si&#281; trzetrz&#281;s&#322;o tak jak m-my? I j-j&#261;ka&#322;o si&#281;? I b&#281;dzie t-tak du&#380;o j-jad&#322;o?

Tak.

I b&#281;dzie m-my&#347;la&#322;o sznusznureczkami?

Tak  powt&#243;rzy&#322;a babcia, a Miri zapami&#281;ta&#322;a wyraz jej twarzy.



* * *


Nie by&#322;o ju&#380; wi&#281;cej przekaz&#243;w z Ziemi. Nawet przedtem nigdy nie pojawia&#322;y si&#281; w przedszkolu, tylko w kopule mieszkalnej mamy i taty, ale teraz nie widywa&#322;a ich i tutaj. Kiedy b&#281;dziesz starsza, oznajmi&#322;a babcia. To s&#261; &#380;ebracze idee, z kt&#243;rymi pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej i tak b&#281;dziesz musia&#322;a si&#281; spotka&#263;, ale jeszcze nie teraz. Naucz si&#281; najpierw, co jest s&#322;uszne.

To babcia m&#243;wi&#322;a, co jest s&#322;uszne; czasami te&#380; dziadek Will. Tatu&#347; cz&#281;sto wyje&#380;d&#380;a&#322; w interesach. Mama by&#322;a w domu cz&#281;sto, ale czasem Miri zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e mama wcale nie ma ochoty tu by&#263;. Kiedy Miri i Tony wchodzili do pokoju, odwraca&#322;a g&#322;ow&#281;.

T-to dladlatego, &#380;e si&#281; trzetrz&#281;siemy i j-j&#261;kamy  powiedzia&#322;a Miri Tonyemu.  Mama n-nas nie lulubi.

Tony zacz&#261;&#322; p&#322;aka&#263;. Miri otoczy&#322;a go ramionami i tak&#380;e si&#281; rozp&#322;aka&#322;a, ale nie cofn&#281;&#322;a swoich s&#322;&#243;w. To by&#322;a prawda  mama by&#322;a zbyt pi&#281;kna na to, by mog&#322;a polubi&#263; kogo&#347;, kto drga&#322;, j&#261;ka&#322; si&#281; i &#347;lini&#322;, i by&#322;a to prawda r&#243;wnie fundamentalna jak ta o spo&#322;eczno&#347;ci. J-jestem twoj&#261; spospo&#322;eczno&#347;ci&#261;  powiedzia&#322;a Tonyemu i by&#322;o to bardzo interesuj&#261;ce zdanie, zarazem prawdziwe i ograniczone w swej prawdzie, pe&#322;ne pomniejszych sznureczk&#243;w i wzajemnych powi&#261;za&#324;; schodzi&#322;o w d&#243;&#322; a&#380; o szesna&#347;cie sznur&#243;w, a tam tworzy&#322;o wz&#243;r, kt&#243;ry czerpa&#322; sw&#261; tre&#347;&#263; z tego, czego Miri uczy&#322;a si&#281; na matematyce, astronomii i biologii  przepi&#281;kny wz&#243;r, bardzo zawi&#322;y i zr&#243;wnowa&#380;ony jak struktura molekularna kryszta&#322;u. Taki wz&#243;r by&#322; niemal wart &#322;ez Tonyego. Niemal.

W miar&#281; dorastania Miri zacz&#281;&#322;a dostrzega&#263;, &#380;e czego&#347; w tych jej konstrukcjach brakuje. Nie potrafi&#322;a jednak okre&#347;li&#263;, czego. Rysowa&#322;a niekt&#243;re dla babci i doktora Toliveri, a&#380; w ko&#324;cu rysunki sta&#322;y si&#281; tak skomplikowane, i&#380; zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e nie zdo&#322;a zawrze&#263; w nich wszystkiego. A poza tym za ka&#380;dym razem, kiedy rysowa&#322;a sznurowy wz&#243;r, samo rysowanie i my&#347;lenie o tym wywo&#322;ywa&#322;o w jej g&#322;owie nowe wzory z w&#322;asnymi wielopoziomowymi sznurami i wewn&#281;trznymi wsp&#243;&#322;zale&#380;no&#347;ciami, a nie by&#322;o sposobu, &#380;eby narysowa&#263; i te, bo jak wiedzia&#322;a, rysowanie b&#281;dzie stwarza&#263; ich coraz wi&#281;cej i wi&#281;cej. Rysowanie i wyja&#347;nianie nigdy nie mog&#322;o dotrzyma&#263; kroku my&#347;leniu, wi&#281;c wszelkie pr&#243;by wywo&#322;ywa&#322;y tylko zniecierpliwienie Miri.

Wtedy ju&#380;, o&#347;miolatka, rozumia&#322;a biologiczny aspekt tego, co wykonano u niej i innych, jej podobnych dzieci. Nazywano je Superbezsennymi. Rozumia&#322;a tak&#380;e, &#380;e nigdy nie powinna wej&#347;&#263; w konflikt z &#380;adn&#261; z dwu prawd, na jakich zbudowano Azyl: produktywno&#347;ci&#261; i poczuciem wsp&#243;lnoty spo&#322;ecznej. By&#263; produktywnym, to by&#263; w pe&#322;ni cz&#322;owiekiem. Dzielenie si&#281; efektami swej pracy ze spo&#322;eczno&#347;ci&#261; na uczciwych zasadach oznacza&#322;o si&#322;&#281; i ochron&#281; dla wszystkich. Ka&#380;dy, kto wa&#380;y&#322;by si&#281; naruszy&#263; kt&#243;r&#261;kolwiek z tych podstaw  kto zbiera&#322;by plon spo&#322;eczno&#347;ci, nie do&#322;o&#380;ywszy nic pierwej samemu  by&#322; nieprzyzwoitym, pozbawionym cech cz&#322;owiecze&#324;stwa &#380;ebrakiem. Miri wzdrygn&#281;&#322;a si&#281; na sam&#261; t&#281; my&#347;l. Nikt przecie&#380; nie m&#243;g&#322; by&#263; a&#380; tak obrzydliwie niemoralny. Na Ziemi  owszem, pe&#322;no tam by&#322;o tych, kt&#243;rych babcia nazywa&#322;a hiszpa&#324;skimi &#380;ebrakami, a niekt&#243;rzy z nich byli nawet Bezsennymi. Ale przecie&#380; nie w Azylu.

Zmiany w jej systemie nerwowym  i w systemie Tonyego, Allena, Christiny, Marka, Joanny  mia&#322;y sprawi&#263;, &#380;e stanie si&#281; bardziej produktywna, bardziej po&#380;yteczna dla swojej spo&#322;eczno&#347;ci i dla siebie samej, inteligentniejsza ni&#380; jakakolwiek inna istota ludzka. Nauczono tego wszystkich, nawet tych nie-Super. Joan i Miri bawi&#322;y si&#281; teraz codziennie. Miri przepe&#322;niona by&#322;a wdzi&#281;czno&#347;ci&#261;. Ale chocia&#380; bardzo lubi&#322;a Joan, cho&#263; podziwia&#322;a jej pi&#281;kne br&#261;zowe loki, jej gr&#281; na gitarze i melodyjny &#347;miech, wiedzia&#322;a dobrze, &#380;e najwi&#281;ksze poczucie wsp&#243;lnoty ma w&#347;r&#243;d swoich, w&#347;r&#243;d innych Superbezsennych. Pr&#243;bowa&#322;a ukry&#263; te odczucia, bo by&#322;y niew&#322;a&#347;ciwe. Wyj&#261;tkiem by&#322; tylko Tony, oczywi&#347;cie, kt&#243;ry by&#322; jej bratem. Pewnego dnia razem z malutk&#261; Ali  kt&#243;ra okaza&#322;a si&#281; jednak zwyk&#322;&#261; Bezsenn&#261;, wbrew temu co m&#243;wi&#322;a babcia  wejd&#261; w sk&#322;ad bloku g&#322;osuj&#261;cego rodziny Sharifi, kt&#243;ra ma w posiadaniu pi&#281;&#263;dziesi&#261;t jeden procent akcji Azylu, no i oczywi&#347;cie wszystkie rodzinne holdingi ekonomiczne. Wszystko to razem gwarantowa&#322;o, &#380;e nigdy nie b&#281;d&#261; &#380;ebrakami.

Miri bardzo interesowa&#322;a si&#281; struktur&#261; ekonomiczn&#261; Azylu. W&#322;a&#347;ciwie to interesowa&#322;o j&#261; wszystko. Nauczy&#322;a si&#281; gra&#263; w szachy i przez bity miesi&#261;c nie chcia&#322;a robi&#263; nic innego  ta gra pozwala&#322;a tworzy&#263; dziesi&#261;tki sznur&#243;w, a wszystkie one w bardzo zawi&#322;y spos&#243;b wi&#261;za&#322;y si&#281; ze sznurami przeciwnika! Ale po miesi&#261;cu szachy straci&#322;y sw&#243;j urok. W ko&#324;cu wymaga&#322;y najwy&#380;ej dw&#243;ch zestaw&#243;w sznur&#243;w, chocia&#380;by i bardzo d&#322;ugich.

Znacznie bardziej zajmowa&#322;a j&#261; neurologia. M&#243;zg sk&#322;ada si&#281; ze stu miliard&#243;w neuron&#243;w, ka&#380;dy z nich ma wiele punkt&#243;w recepcyjnych dla bod&#378;c&#243;w z neuroprzeka&#378;nik&#243;w, kt&#243;re s&#261; tak r&#243;&#380;norodne, &#380;e mo&#380;na wok&#243;&#322; nich tworzy&#263; niemal niesko&#324;czenie wiele sznur&#243;w. Jako dziesi&#281;ciolatka, Miri przeprowadza&#322;a ju&#380; eksperymenty z dozowaniem neuroprzeka&#378;nik&#243;w, u&#380;ywaj&#261;c siebie i ch&#281;tnego temu Tonyego w roli pierwotnych podmiot&#243;w, za&#347; Christiny i Nikosa dla sprawdzenia. Doktor Toliveri nie szcz&#281;dzi&#322; jej zach&#281;t.

Wkr&#243;tce, Mirando, sama b&#281;dziesz pracowa&#263; nad nast&#281;pn&#261; generacj&#261; Superbezsennych!

Ale to wszystko nie wystarcza&#322;o. W jej sznurach nadal czego&#347; brakowa&#322;o, czego&#347;, co Miranda wyczuwa&#322;a tak mgli&#347;cie, &#380;e nie by&#322;a w stanie om&#243;wi&#263; tego z nikim innym ni&#380; z Tonym, kt&#243;ry  jak si&#281; okaza&#322;o  zupe&#322;nie nie rozumia&#322;, o co jej chodzi.

Ch-chcesz popowiedzie&#263;, Miri, &#380;e n-niekt&#243;re twoje sz-sznu-ry maj&#261; s-swoje s&#322;as&#322;absze m-miejsca z powodu nieniewystarczaj&#261;cej i-ilo&#347;ci d-d-danych, z k-kt&#243;rych mog&#261; cz-czerpa&#263;?

S&#322;ysza&#322;a, jak m&#243;wi te s&#322;owa, ale nie tylko: s&#322;ysza&#322;a te&#380; ca&#322;e sznury, jakie nap&#322;ywa&#322;y wraz z nimi, sznury, kt&#243;re powsta&#322;y w g&#322;owie Tonyego, a kt&#243;re potrafi&#322;a odgadn&#261;&#263;, bo zna&#322;a go na wylot. Siedzia&#322;, d&#322;o&#324;mi wspieraj&#261;c sw&#261; wielk&#261; g&#322;ow&#281;, tak jak to cz&#281;sto zdarza&#322;o si&#281; im wszystkim, a jego usta, powieki i skronie drga&#322;y nieustannie, wprawiaj&#261;c w rytmiczny ruch g&#281;ste ciemne w&#322;osy nad czo&#322;em. Jego sznury by&#322;y &#347;liczne mocne i wyraziste, ale Miri wiedzia&#322;a, &#380;e nie s&#261; tak d&#322;ugie jak jej w&#322;asne ani tak spl&#261;tane. Mia&#322; dopiero dziewi&#281;&#263; lat.

N-nie  odpowiedzia&#322;a powoli.  T-tu nie cho-chodzi o nie niewystarczaj&#261;c&#261; i-ilo&#347;&#263; d-danych. To c-co&#347; bardziej jak jak prze-przestrze&#324;, w k-kt&#243;r&#261; po-powinien si&#281; u-uda&#263; jeszcze j-jeden wy-wy-miar sz-sznur&#243;w.

T-trzeci wy-wymiar m-my&#347;li  powiedzia&#322; z wyra&#378;n&#261; przyjemno&#347;ci&#261;.  &#346;-&#347;wietne. Ale p-po co? Wszy-wszystko da si&#281; u-u&#322;o&#380;y&#263; w d-dwu wy-wymiarach. Proprosto ta m-modelu jest m-miar&#261; jego dodoskona&#322;o&#347;ci.

S&#322;ysza&#322;a biegn&#261;ce za tym zdaniem sznury: brzytwa Ockhama, minimalizm, programowa elegancja, twierdzenia geometryczne. Niezgrabnie machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;. &#379;adne z nich nie by&#322;o szczeg&#243;lnie sprawne fizycznie, w zwi&#261;zku z czym raczej unikali tych bada&#324;, kt&#243;re wymaga&#322;yby operowania wieloma materia&#322;ami, i sp&#281;dzali d&#322;ugie godziny na programowaniu szczeg&#243;&#322;owych instrukcji dla robot&#243;w, je&#347;li takiej pracy nie uda&#322;o si&#281; unikn&#261;&#263;.

N-nie w-wiem.

Tony przytuli&#322; j&#261; do siebie. Mi&#281;dzy nimi nie potrzeba by&#322;o &#380;adnych s&#322;&#243;w  by&#322; to trzeci j&#281;zyk, istniej&#261;cy r&#243;wnolegle z prostot&#261; s&#322;&#243;w i z&#322;o&#380;ono&#347;ci&#261; sznur&#243;w, a lepszy ni&#380; tamte dwa.



* * *


Po raz pierwszy w &#380;yciu Jennifer wygl&#261;da&#322;a na wstrz&#261;&#347;ni&#281;t&#261;.

Jak to si&#281; mog&#322;o sta&#263;?  pyta&#322; radny Perrilleon. By&#322; r&#243;wnie blady jak Jennifer.

M&#322;oda lekarka, ci&#261;gle jeszcze w ekologicznym jednorazowym kitlu, potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Prz&#243;d jej fartucha plami&#322;a krew. Przybieg&#322;a do Jennifer prosto z porod&#243;wki, a Jennifer natychmiast zwo&#322;a&#322;a nadzwyczajne zebranie Rady. Lekarka bliska by&#322;a &#322;ez. Ledwie dwa miesi&#261;ce temu wr&#243;ci&#322;a z ci&#261;gle jeszcze obowi&#261;zkowego szkolenia medycznego na Ziemi, o wiele szczuplejsza ni&#380; przed wyjazdem.

Czy wype&#322;ni&#322;a ju&#380; pani akt urodzenia?  zapyta&#322; Perrilleon.

Nie  odpar&#322;a lekarka.

Jest inteligentna  pomy&#347;la&#322;a Jennifer  poza tym, &#380;e kompetentna.

Przera&#380;enie siedz&#261;cych wok&#243;&#322; sto&#322;u nie zel&#380;a&#322;o, ale wyra&#378;nie da&#322;o si&#281; wyczu&#263; odpr&#281;&#380;enie. Oficjalny raport do Waszyngtonu jeszcze nie poszed&#322;.

W takim razie mamy troch&#281; czasu  powiedzia&#322;a Jennifer.

Gdyby&#347;my nie byli ci&#261;gle jeszcze przykuci do stanu Nowy Jork, mieliby&#347;my wi&#281;cej czasu  rzuci&#322; Perrilleon.  A tak ca&#322;e to wypisywanie aktu urodzenia, przydzielanie numeru w opiece spo&#322;ecznej  prychn&#261;&#322; poirytowany  wpisywanie na list&#281; podatnik&#243;w

To wszystko nie ma teraz najmniejszego znaczenia  przerwa&#322; mu Ricky, lekko zniecierpliwiony.

Owszem, ma  upiera&#322; si&#281; Perrilleon. Jennifer zaobserwowa&#322;a, jak jego twarz &#347;ci&#261;ga si&#281; w wyraz zaci&#281;tego uporu. Perrilleon mia&#322; siedemdziesi&#261;t dwa lata, niewiele mniej ni&#380; ona, i przyby&#322; tu ze Stan&#243;w wraz z pierwsz&#261; fal&#261; osadnik&#243;w. Wiedzia&#322;, sam widzia&#322;, jak tam jest  w przeciwie&#324;stwie do Bezsennych, kt&#243;rzy narodzili si&#281; w Azylu  i dobrze to pami&#281;ta&#322;. Jego g&#322;os nieraz bywa&#322; pomocny w przeg&#322;osowywaniu plan&#243;w Jennifer wzgl&#281;dem Azylu. Mocno odczuje jego brak, kiedy kadencja dobiegnie ko&#324;ca.

Problem, kt&#243;remu nale&#380;y stawi&#263; czo&#322;o  odezwa&#322;a si&#281; Najla  brzmi: co w&#322;a&#347;ciwie mamy zrobi&#263; z tym z tym dzieckiem. A nie mamy na to zbyt wiele czasu. Je&#347;li nast&#261;pi cho&#263; najmniejsza anomalia w procedurze wypisywania aktu urodzenia, natychmiast zjawi si&#281; tu jaka&#347; cholerna agencja z nakazem rewizji.

Tego w&#322;a&#347;nie najbardziej si&#281; obawiali  aby &#346;pi&#261;cy nie uzyskali podstawy prawnej do wkroczenia na teren Azylu. Przez dwadzie&#347;cia sze&#347;&#263; lat dok&#322;adali wszelkich stara&#324;, aby nie zaistnia&#322; nawet cie&#324; takiej mo&#380;liwo&#347;ci, skrupulatnie wype&#322;niaj&#261;c ka&#380;dy najb&#322;ahszy biurokratyczny wym&#243;g zar&#243;wno rz&#261;du Stan&#243;w Zjednoczonych, jak i w&#322;adz stanu Nowy Jork. Azyl, jako w&#322;asno&#347;&#263; korporacji zarejestrowanej w stanie Nowy Jork, podlega&#322;a jurysdykcji tego w&#322;a&#347;nie stanu. Tam wnosi&#322; wszystkie swoje sprawy, tam te&#380; licencjonowa&#322; wszystkich swoich prawnik&#243;w i lekarzy, tam p&#322;aci&#322; podatki, a jednocze&#347;nie co roku wysy&#322;a&#322; coraz wi&#281;cej prawnik&#243;w do Harvardu, &#380;eby si&#281; nauczyli, jak prawnie rozgranicza&#263; tutaj od tam.

To dziecko mog&#322;o zniweczy&#263; ca&#322;&#261; starannie budowan&#261; separacj&#281;.

Jennifer przysz&#322;a ju&#380; do siebie. Nadal by&#322;a bardzo blada, lecz g&#322;ow&#281;, otoczon&#261; koron&#261; czarnych w&#322;os&#243;w, trzyma&#322;a ju&#380; wysoko.

Zacznijmy od rozpatrzenia wszystkich fakt&#243;w. Je&#347;li to-to mia&#322;oby umrze&#263;, cia&#322;o musia&#322;oby zosta&#263; wys&#322;ane do Nowego Jorku na autopsj&#281;, jak wszystkie inne.

Perrilleon kiwn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Wiedzia&#322; ju&#380;, do czego Jennifer zmierza i da&#322; jej do zrozumienia, &#380;e ma jego poparcie. Ona za&#347; ci&#261;gn&#281;&#322;a niezachwianie:

Je&#347;li co&#347; takiego si&#281; zdarzy, &#346;pi&#261;cy uzyskaj&#261; podstaw&#281; prawn&#261; do wkroczenia na teren Azylu. Z oskar&#380;eniem o morderstwo.

Nikt nawet nie wspomnia&#322; tamtej parodii procesu o morderstwo, tej sprzed trzydziestu pi&#281;ciu lat. Tym razem to co innego. Tym razem Azyl rzeczywi&#347;cie ponosi&#322;by win&#281;.

Z drugiej za&#347; strony  m&#243;wi&#322;a Jennifer czystym, wyra&#378;nym g&#322;osem  z medycznego punktu widzenia jest najzupe&#322;niej mo&#380;liwe, aby to dziecko mog&#322;o umrze&#263; na niemowl&#281;cy syndrom nag&#322;ej &#347;mierci albo z jakiej&#347; innej trudnej do podwa&#380;enia przyczyny. Albo te&#380;, je&#347;li dziecko prze&#380;yje, b&#281;dziemy musieli je wychowywa&#263;. Tu, u siebie, razem z w&#322;asnymi. W jego stanie, wraz ze wszystkimi konsekwencjami, jakie za sob&#261; poci&#261;ga.  Przerwa&#322;a na moment  My&#347;l&#281;, &#380;e wyb&#243;r jest prosty.

Ale jak to si&#281; mog&#322;o sta&#263;?!  wybuchn&#281;&#322;a radna Kivenen. By&#322;a bardzo m&#322;oda i dosy&#263; ckliwa. Jennifer z pewno&#347;ci&#261; nie b&#281;dzie jej &#380;a&#322;owa&#263; przy ko&#324;cu kadencji.

Na temat przekazywania informacji genetycznej z up&#322;ywem czasu nie wiemy jeszcze tyle, ile by&#347;my sobie &#380;yczyli  powiedzia&#322; doktor Toliveri.  Mamy dopiero dwa pokolenia naturalnie urodzonych Bezsennych  Zawiesi&#322; g&#322;os. By&#322;o jasne, &#380;e w pewnym sensie win&#261; za to, co si&#281; sta&#322;o, obarcza siebie, Naczelnego Genetyka Azylu. By&#322;o to tak jawnie niesprawiedliwe, &#380;e Jennifer poczu&#322;a wzbieraj&#261;cy w niej gniew. Raymond Toliveri by&#322; doskona&#322;ym genetykiem, przecie&#380; to on stworzy&#322; jej bezcenn&#261; Mirand&#281; To niemowl&#281; ju&#380; powoduje zam&#281;t i niesnaski w ich spo&#322;eczno&#347;ci.

Ale z nimi zawsze tak by&#322;o.

Niech nam pani opowie jeszcze raz, co si&#281; w&#322;a&#347;ciwie zdarzy&#322;o  zwr&#243;ci&#322;a si&#281; radna Kivenen do m&#322;odej lekarki.

G&#322;os kobiety przesta&#322; ju&#380; dr&#380;e&#263;.

Por&#243;d przebiega&#322; normalnie. Ch&#322;opczyk, waga cztery tysi&#261;ce pi&#281;&#263;set gram. Zap&#322;aka&#322; natychmiast. Piel&#281;gniarka wytar&#322;a go i zabra&#322;a do skanera McKelveya-Wallera, &#380;eby zrobi&#263; neonatalne badanie m&#243;zgu. Zajmuje to oko&#322;o dziesi&#281;ciu minut. I kiedy le&#380;a&#322; w pojemniku pod skanerem, ten ch&#322;opczyk zasn&#261;&#322;.

Nast&#261;pi&#322;a chwila ciszy. A ko&#324;cu odezwa&#322; si&#281; doktor Toliveri.

Regresja DNA w kierunku po&#347;ledniejszego Tak niewiele nam wiadomo na temat kodowania cech redundantnych

To nie pa&#324;ska wina, doktorze  przerwa&#322;a energicznie Jennifer. Zawiesi&#322;a na chwil&#281; g&#322;os, niech dotrze do nich, &#380;e to wina, kt&#243;r&#261; ka&#380;dy &#346;pi&#261;cy  nawet je&#347;li to tylko niemowl&#281;  mo&#380;e obarczy&#263; najbardziej nieskazitelnych ludzi. Potem rozpocz&#281;&#322;a debat&#281;.

Rada dog&#322;&#281;bnie przeanalizowa&#322;a wszelkie mo&#380;liwo&#347;ci rozwi&#261;za&#324; prawnych: a gdyby tak sfa&#322;szowali akt urodzenia, zakre&#347;laj&#261;c rubryk&#281; Bezsenny zamiast &#346;pi&#261;cy? Musia&#322;oby min&#261;&#263; jakie&#347; osiemdziesi&#261;t lat, zanim dziecko umar&#322;oby z przedwczesnej staro&#347;ci, a rz&#261;d za&#380;&#261;da&#322;by cia&#322;a do autopsji. Ale przecie&#380; ch&#322;opczyk musia&#322;by podej&#347;&#263; do obowi&#261;zkowego testu siedmiolatka przed Komisj&#261; do Spraw Edukacji stanu Nowy Jork. Ile w&#322;a&#347;ciwie normatywnych danych maj&#261; w tych testach &#380;ebracy  wystarczy ich, &#380;eby odr&#243;&#380;ni&#263; Bezsennego od &#346;pi&#261;cego? A jest jeszcze przecie&#380; odbitka siatk&#243;wkowa  niezbity dow&#243;d na brak bezsenno&#347;ci, cho&#263; nie u bardzo ma&#322;ych dzieci A gdyby tak

Wci&#261;&#380; i wci&#261;&#380; od nowa Jennifer, z pomoc&#261; Willa i Perrilleona, przywodzi&#322;a dyskusj&#281; z powrotem do g&#322;&#243;wnego jej punktu: dobro spo&#322;eczno&#347;ci kontra dobro jednostki, kt&#243;ra i tak pozostanie wiecznym outsiderem. Nie tylko outsiderem, ale i powodem zamieszania, potencjalnym powodem do wtargni&#281;cia obcych rz&#261;d&#243;w, kim&#347;, kto nigdy nie b&#281;dzie produktywny w tym stopniu co reszta i kto zatem b&#281;dzie musia&#322; bra&#263; wi&#281;cej ni&#380; sam daje.

B&#281;dzie &#380;ebrakiem.

Stosunek g&#322;os&#243;w wyni&#243;s&#322; osiem do sze&#347;ciu.

Ja tego nie zrobi&#281;  rzuci&#322;a znienacka m&#322;oda lekarka.  Nie zrobi&#281; tego.

Nie b&#281;dzie pani musia&#322;a  uspokoi&#322;a j&#261; Jennifer.  To ja jestem naczeln&#261; w&#322;adz&#261; wykonawcz&#261;, to m&#243;j podpis widnia&#322; b&#281;dzie na sfa&#322;szowanym akcie urodzenia, wi&#281;c ja to zrobi&#281;. Czy jest pan pewien, doktorze Toliveri, &#380;e ten zastrzyk wywo&#322;a skutki identyczne z NSN&#346;?

Toliveri skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. By&#322; blady jak &#347;ciana. Ricky siedzia&#322; wpatrzony w blat sto&#322;u. Radna Kivenen zakry&#322;a d&#322;oni&#261; usta. M&#322;oda lekarka wyra&#378;nie cierpia&#322;a.

Ale &#380;adne z nich nie zaprotestowa&#322;o g&#322;o&#347;no po przeg&#322;osowaniu wniosku. Nale&#380;eli przecie&#380; do jednej spo&#322;eczno&#347;ci.



* * *


P&#243;&#378;niej, ju&#380; po wszystkim, Jennifer si&#281; rozp&#322;aka&#322;a. Te &#322;zy by&#322;y dla niej upokorzeniem  gor&#261;ce, sk&#261;pe &#322;zy jak wrz&#261;ca s&#243;l. Will trzyma&#322; j&#261; w ramionach, lecz nawet kiedy g&#322;adzi&#322; j&#261; po ramieniu, czu&#322;a w jego ruchach pewn&#261; sztywno&#347;&#263;. Nie tego si&#281; po niej spodziewa&#322;. Ona te&#380; nie tego si&#281; po sobie spodziewa&#322;a.

Niemniej Will stara&#322; si&#281; jak m&#243;g&#322;.

Najdro&#380;sza, przecie&#380; nic go nie bola&#322;o. Serce usta&#322;o natychmiast.

Wiem  rzuci&#322;a zimno.

No to

Wybacz. Nie mia&#322;am zamiaru p&#322;aka&#263;.

Potem, kiedy dosz&#322;a do siebie, ju&#380; go wi&#281;cej nie przeprasza&#322;a. Tylko kiedy szli razem pod zakrzywionym &#322;ukiem platform rolniczych i technicznych, powiedzia&#322;a:

Wina le&#380;y po stronie tych wszystkich rz&#261;dowych ustale&#324;, kt&#243;re ka&#380;&#261; nam oszukiwa&#263; bez wzgl&#281;du na to, co robimy. To tylko jeszcze jeden przyk&#322;ad na to, o czym wcze&#347;niej m&#243;wili&#347;my. Gdyby&#347;my nie byli cz&#281;&#347;ci&#261; Stan&#243;w Zjednoczonych

Will pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Poszli najpierw odwiedzi&#263; Mirand&#281; w kopule dzieci&#281;cej, potem do Laboratori&#243;w Sharifi, do sekcji zada&#324; specjalnych, r&#243;wnie wa&#380;nej jak Miranda i chronionej prywatnymi zabezpieczeniami, jakim nie by&#322;o r&#243;wnych pod ca&#322;ym twardym, produktywnym niebem Azylu.



* * *


Na pustyni&#281; przysz&#322;a wiosna. Opuncje okry&#322;y si&#281; &#380;&#243;&#322;tym kwieciem. Wzd&#322;u&#380; strumienia &#380;arzy&#322;y si&#281; zielonkawo ameryka&#324;skie topole. Krogulce, przez ca&#322;&#261; zim&#281; samotne, teraz przysiada&#322;y parkami na ga&#322;&#281;ziach. Leisha przygl&#261;da&#322;a si&#281; temu rozkwitaniu, o ile&#380; surowszemu i bardziej kamienistemu ni&#380; to, kt&#243;remu przygl&#261;da&#322;a si&#281; niegdy&#347; nad jeziorem Michigan, i duma&#322;a sceptycznie, czy skromno&#347;&#263; pustyni nie jest dla niej takim samym wabikiem jak tutejsza izolacja. Tutaj nic nie by&#322;o genomodyfikowane.

Sta&#322;a przed swoim roboczym terminalem, gryz&#261;c jab&#322;ko i przys&#322;uchuj&#261;c si&#281;, jak program czyta czwarty rozdzia&#322; jej ksi&#261;&#380;ki o Thomasie Painie. Ca&#322;y pok&#243;j roz&#347;wietla&#322; s&#322;oneczny blask. &#321;&#243;&#380;ko Alice przysuni&#281;to bli&#380;ej okna, &#380;eby mog&#322;a popatrze&#263; na kwiaty. Leisha prze&#322;kn&#281;&#322;a spiesznie k&#281;s jab&#322;ka i zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do komputera.

Zmiana tekstu: t&#261; w&#281;dr&#243;wk&#281; Painea do Filadelfii na t&#281; w&#281;dr&#243;wk&#281; Painea do Filadelfii.

Zmieniono.

Czy ty naprawd&#281; my&#347;lisz, &#380;e kogo&#347; jeszcze obchodz&#261; zasady stosowania zaimk&#243;w?

Mnie obchodz&#261;  odpar&#322;a Leisha.  Alice, nawet nie tkn&#281;&#322;a&#347; lunchu.

Nie jestem g&#322;odna. A ciebie wcale nie obchodz&#261; &#380;adne zaimki, tylko pr&#243;bujesz jako&#347; zape&#322;ni&#263; sobie czas. S&#322;uchaj, tam przed domem jest jakie&#347; straszne zamieszanie.

G&#322;odna czy nie, musisz co&#347; zje&#347;&#263;. Po prostu musisz.

Alice mia&#322;a teraz siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263; lat, a wygl&#261;da&#322;a o wiele starzej. Znikn&#281;&#322;a gdzie&#347; przysadzista sylwetka, kt&#243;ra przez ca&#322;e &#380;ycie by&#322;a jej strapieniem; teraz sk&#243;ra przylega&#322;a ciasno do ko&#347;ci. Przesz&#322;a kolejny zawa&#322;, po kt&#243;rym porzuci&#322;a prac&#281; przy terminalu na dobre. Leisha, zdesperowana, namawia&#322;a j&#261; nawet, by z powrotem zaj&#281;&#322;a si&#281; swoj&#261; parapsychologi&#261; i bli&#378;ni&#281;tami. Alice u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; smutno -jej praca z bli&#378;ni&#281;tami stanowi&#322;a jedyny temat, na kt&#243;ry nie by&#322;y w stanie tak naprawd&#281; porozmawia&#263;  i potrz&#261;sn&#281;&#322;a przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Nie, skarbie. Ju&#380; za p&#243;&#378;no. Za p&#243;&#378;no, &#380;eby ci&#281; przekona&#263;.

Ale zawa&#322; w niczym nie zaszkodzi&#322; jej mi&#322;o&#347;ci do rodziny. Teraz u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; szeroko, bo zamieszanie sprzed drzwi wpad&#322;o jak bomba do ich pokoju.

Dan!

Babciu Alice! Cze&#347;&#263;, Leisho!

Alice chciwie wyci&#261;gn&#281;&#322;a ku niemu ramiona, a on podjecha&#322; bli&#380;ej swym w&#243;zkiem, by da&#263; si&#281; u&#347;ciska&#263;. W przeciwie&#324;stwie do rodzonych wnuk&#243;w Alice, z kt&#243;rych ka&#380;de cieszy&#322;o si&#281; doskona&#322;ym zdrowiem, Dan nie brzydzi&#322; si&#281; ani zastyg&#322;&#261; w bezruchu lew&#261; po&#322;ow&#261; jej twarzy, ani &#347;lin&#261; ciekn&#261;c&#261; z lewego k&#261;cika ust, ani troch&#281; be&#322;kotliw&#261; mow&#261;. Alice u&#347;ciska&#322;a go serdecznie.

Leisha od&#322;o&#380;y&#322;a jab&#322;ko  i tak by&#322;o bez smaku, bez wzgl&#281;du na to, jakie agrogenetyczne kombinacje przy nim zastosowano  i zastyg&#322;a w oczekiwaniu, stoj&#261;c na czubkach palc&#243;w. Kiedy Dan w ko&#324;cu si&#281; do niej odwr&#243;ci&#322;, rzek&#322;a ostrym tonem:

Znowu wyrzucili ci&#281; ze szko&#322;y.

Dan ju&#380; mia&#322; przystroi&#263; twarz w sw&#243;j zwyk&#322;y przymilny u&#347;miech, kiedy spojrza&#322; na Leish&#281; i zrezygnowa&#322;.

Tak.

Za co tym razem?

Nie za oceny, Leisho. Tym razem si&#281; uczy&#322;em.

Za co w takim razie?

Za b&#243;jk&#281;.

Kto ucierpia&#322;?

Jeden sukinsyn o nazwisku Lou Bergin  odpowiedzia&#322; naburmuszony.

I, jak przypuszczam, nied&#322;ugo zadzwoni do mnie adwokat pana Bergina?

To on zacz&#261;&#322;, Leisho. Ja tylko sko&#324;czy&#322;em.

Leisha przygl&#261;da&#322;a mu si&#281; uwa&#380;nie. Mia&#322; szesna&#347;cie lat i pomimo w&#243;zka inwalidzkiego  a mo&#380;e w&#322;a&#347;nie dlatego  by&#322; fanatykiem &#263;wicze&#324; fizycznych, utrzymuj&#261;c g&#243;rn&#261; po&#322;ow&#281; cia&#322;a w doskona&#322;ej kondycji. Z &#322;atwo&#347;ci&#261; przysz&#322;o jej uwierzy&#263;, &#380;e m&#243;g&#322; by&#263; dla kogo&#347; bardzo gro&#378;nym przeciwnikiem. W twarzy dorastaj&#261;cego nastolatka nic jeszcze do siebie nie pasowa&#322;o: za du&#380;y nos, za ma&#322;y podbr&#243;dek, sk&#243;ra popstrzona tr&#261;dzikiem tam, gdzie nie okr&#261;gli&#322;a si&#281; podk&#322;adem dzieci&#281;cego t&#322;uszczyku. Tylko oczy pozosta&#322;y &#322;adne, o &#380;ywym, zielonym kolorze, ocienione g&#281;stw&#261; czarnych brwi, rzucaj&#261;ce spojrzenia tak skupione, &#380;e nadal mog&#322;y sprawi&#263;, &#380;e ka&#380;dy mniema&#322;, i&#380; Dan ma go za niezmiernie interesuj&#261;c&#261; posta&#263;. Leisha by&#322;a tu jedynym wyj&#261;tkiem. Przez ostatnie dwa lata narasta&#322; mi&#281;dzy nimi wyra&#378;ny antagonizm, &#322;agodzony od czasu do czasu przez mizerne starania z jego strony, by pami&#281;ta&#263; o tym, ile jej zawdzi&#281;cza, lub z jej strony  by pami&#281;ta&#263;, jakim zajmuj&#261;cym niegdy&#347; by&#322; dzieckiem.

To ju&#380; czwarta szko&#322;a, z kt&#243;rej go wyrzucaj&#261;. Za pierwszym razem Leisha by&#322;a nader pob&#322;a&#380;liwa: by&#322; przecie&#380; ma&#322;ym, kalekim Amatorem &#379;ycia, a wymogi intelektualne szko&#322;y pe&#322;nej dzieci Wo&#322;&#243;w, z kt&#243;rych wi&#281;kszo&#347;&#263; przesz&#322;a genomodyfikacje inteligencji i zdrowia fizycznego, musia&#322;y go ca&#322;kowicie pogn&#281;bi&#263;. Za drugim razem by&#322;a ju&#380; mniej pob&#322;a&#380;liwa. Dan obla&#322; ka&#380;dy mo&#380;liwy przedmiot; po prostu przesta&#322; chodzi&#263; do szko&#322;y. Sp&#281;dza&#322; ca&#322;e godziny w samotno&#347;ci, graj&#261;c na p&#243;&#322;automatycznej gitarze lub w gry sieciowe. Nikt mu w tym nie przeszkadza&#322;.

Szko&#322;a zak&#322;ada&#322;a, i&#380; uczniowie, z kt&#243;rych wi&#281;kszo&#347;&#263; b&#281;dzie kiedy&#347; rz&#261;dzi&#263; tym krajem, wiedz&#261;, po co si&#281; tam znale&#378;li.

Leisha pos&#322;a&#322;a go nast&#281;pnie do naj&#347;ci&#347;lej zorganizowanej szko&#322;y, jak&#261; mog&#322;a znale&#378;&#263;. Od razu mu si&#281; spodoba&#322;a, bo odkry&#322; zaj&#281;cia z dramatu. By&#322; gwiazd&#261; na zaj&#281;ciach z gry aktorskiej. Znalaz&#322;em swoje przeznaczenie!  powiedzia&#322; im przez wideotelefon. Leisha tylko si&#281; skrzywi&#322;a, a Alice za&#347;mia&#322;a. Po czterech tygodniach by&#322; z powrotem w domu, zgorzknia&#322;y i milcz&#261;cy. Nie dosta&#322; roli ani w &#346;mierci komiwoja&#380;era ani w &#346;wietle dnia.

Czy to dlatego, &#380;e nie chcieli mie&#263; Williego Lomana ani Kellanda Vie na w&#243;zku inwalidzkim?  zapyta&#322;a &#322;agodnie Alice.

To przez t&#281; polityk&#281; Wo&#322;&#243;w  warkn&#261;&#322;.  I zawsze tak b&#281;dzie.

P&#243;&#378;niej Leisha przez d&#322;ugi czas szuka&#322;a szko&#322;y z niezbyt prze&#322;adowanym programem akademickim, o zdecydowanie artystycznym profilu i mo&#380;liwie najwy&#380;szym procencie student&#243;w, kt&#243;rzy nie pochodziliby z rodzin o silnej pozycji politycznej albo finansowej czy o zbyt imponuj&#261;cej historii. Znalaz&#322;a jedn&#261;, kt&#243;ra mog&#322;aby si&#281; nadawa&#263;, w Springfield, w stanie Massachusetts. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Danowi spodoba&#322;a si&#281; ta szko&#322;a, a Leisha pomy&#347;la&#322;a sobie, &#380;e teraz wszystko p&#243;jdzie dobrze. A jednak zn&#243;w tu by&#322;.

Popatrz tylko na swoj&#261; twarz  odezwa&#322; si&#281; naburmuszony Dan.  Dlaczego nie powiesz tego na g&#322;os? Wr&#243;ci&#322; Dan, popieprzony Dan, kt&#243;ry my&#347;li, &#380;e uda mu si&#281; zosta&#263; kim&#347;, ale niczego nie mo&#380;e doko&#324;czy&#263;. Co u diab&#322;a zrobimy z tym nieszcz&#281;snym ma&#322;ym gnojkiem?

A co mamy zrobi&#263;?  zapyta&#322;a bezlito&#347;nie Leisha.

Dlaczego po prostu nie machniecie na mnie r&#281;k&#261;?

Och nie, Dan  zawo&#322;a&#322;a Alice.

To nie o tobie, babciu Alice. Mia&#322;em na my&#347;li j&#261;. J&#261;, kt&#243;ra si&#281; upiera, &#380;e ludzie musz&#261; by&#263; wspaniali, bo inaczej wcale ich nie ma.

W przeciwie&#324;stwie do tych, kt&#243;rzy uwa&#380;aj&#261;, &#380;e s&#261; wspaniali ju&#380; przez sam fakt swego istnienia i nie robi&#261; nic, &#380;eby to istnienie wype&#322;ni&#263; jak&#261;&#347; tre&#347;ci&#261;?

Dosy&#263;! Przesta&#324;cie oboje!  Alice zgasi&#322;a ich ostro. Dla Leishy to wcale nie by&#322;o dosy&#263;. Dan dotkn&#261;&#322; bole&#347;nie czu&#322;ego punktu, o kt&#243;rym nie s&#261;dzi&#322;a nawet, &#380;e jeszcze istnieje.

Skoro jeste&#347; w domu, pewnie zechcesz zobaczy&#263; si&#281; z Erikiem. Ca&#322;kiem ju&#380; wyszed&#322; na prost&#261; i robi znakomite post&#281;py przy globalnych krzywych atmosferycznych. Jordan jest z niego ogromnie dumny.

Zielone oczy Dana zap&#322;on&#281;&#322;y gniewem. Leisha odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do niego plecami. Nagle ogarn&#281;&#322;o j&#261; mdl&#261;ce poczucie wstydu. Sko&#324;czy&#322;a siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263; lat  fakt sam w sobie zdumiewaj&#261;cy, wcale nie czu&#322;a, &#380;e ma tyle lat  a ten ch&#322;opak ma siedemna&#347;cie. Z wiekiem straci&#322;a wsp&#243;&#322;czucie. A z jakiego&#380; to innego powodu zamkn&#281;&#322;a si&#281; z dala od &#347;wiata, tu, w swojej nowomeksyka&#324;skiej twierdzy, uciek&#322;szy od kraju, kt&#243;ry niegdy&#347; mia&#322;a nadziej&#281; ulepsza&#263; dla dobra wszystkich? M&#322;odzie&#324;cze marzenia.

Marzenia, kt&#243;rych Dan nigdy nie b&#281;dzie mia&#322;.

Dobrze ju&#380;, Leisho  powiedzia&#322;a Alice znu&#380;onym g&#322;osem.  Dan, Erik prosi&#322;, &#380;ebym ci przekaza&#322;a wiadomo&#347;&#263;.

Co?  warkn&#261;&#322;. Ale tym razem jego g&#322;os nie zabrzmia&#322; tak ostro, bo nie potrafi&#322; z&#322;o&#347;ci&#263; si&#281; na Alice. W &#380;adnym razie.

Erik kaza&#322; ci powiedzie&#263;, &#380;e w ramach swojej edukacji wszed&#322; w Pacyfik i poczeka&#322;, a&#380; fale zmyj&#261; mu ty&#322;ek. Co to ma znaczy&#263;? Dan roze&#347;mia&#322; si&#281;.

Naprawd&#281;? Tak powiedzia&#322;? Chyba rzeczywi&#347;cie musia&#322; si&#281; zmieni&#263;.

Do pokoju wpad&#322;a Stella, wyra&#378;nie czym&#347; zaaferowana. Przybra&#322;a na wadze i wygl&#261;da&#322;a jakby zesz&#322;a z obrazu Tycjana: zdrowe, pulchne cia&#322;o pod g&#281;stw&#261; rudych w&#322;os&#243;w.

Leisho, kto&#347; Dan! Co robisz w domu?

Przyjecha&#322; z wizyt&#261;  odpowiedzia&#322;a za niego Alice.  Co z tym kim&#347;, skarbie?

Kto&#347; przyjecha&#322; w odwiedziny do Leishy. A w&#322;a&#347;ciwie to tr&#243;jka go&#347;ci.  Stella u&#347;miecha&#322;a si&#281;, a oba podbr&#243;dki zatrz&#281;s&#322;y si&#281; z podekscytowania.  Ju&#380; s&#261;!

Richard!

Leisha wystrzeli&#322;a ze swego k&#261;ta jak z katapulty, by rzuci&#263; si&#281; mu w ramiona. Richard pochwyci&#322; j&#261;, roze&#347;miany, potem pu&#347;ci&#322;. Leisha natychmiast odwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; Ady, jego &#380;ony, smuk&#322;ej polinezyjskiej dziewczyny, kt&#243;ra u&#347;miecha&#322;a si&#281; onie&#347;mielona. Ada nadal mia&#322;a problemy z angielskim.

Kiedy Richard po raz pierwszy przywi&#243;z&#322; Ad&#281; do nowomeksyka&#324;skiej posiad&#322;o&#347;ci, po dwudziestu latach samotniczej w&#322;&#243;cz&#281;gi po ca&#322;ym &#347;wiecie, Leisha by&#322;a ostro&#380;na. Ona i Richard nie stali si&#281; na powr&#243;t kochankami; wzdraga&#322;a si&#281; na sam&#261; my&#347;l o p&#243;j&#347;ciu do &#322;&#243;&#380;ka z m&#281;&#380;em Jennifer. A i Richard nigdy o to nie poprosi&#322;. Przez ca&#322;e lata op&#322;akiwa&#322; rozstanie z dzie&#263;mi, Najl&#261; i Rickim, a Leisha nie wiedzia&#322;a, jak reagowa&#263; na jego cichy, gorzki smutek, niespotykany u Bezsennych. Czu&#322;a ulg&#281;, kiedy znika&#322; na ca&#322;e lata, bior&#261;c ze sob&#261; tylko kr&#261;&#380;ek kredytowy i to, co mia&#322; na grzbiecie. Podr&#243;&#380;owa&#322; do Indii, do kolonii na Antarktydzie, w&#281;drowa&#322; po po&#322;udniowoameryka&#324;skich pustyniach  zawsze w takie miejsca, gdzie nie dotar&#322; jeszcze technologiczny post&#281;p, tak blisko natury, jak to tylko mo&#380;liwe w &#347;wiecie nap&#281;dzanym energi&#261; Kenzo Yagai. Leisha nigdy nie pyta&#322;a o te jego podr&#243;&#380;e, on te&#380; nie spieszy&#322; z opowie&#347;ciami. Podejrzewa&#322;a, &#380;e udawa&#322; &#346;pi&#261;cego.

A kiedy cztery lata temu przyjecha&#322; z jedn&#261; ze swych niecz&#281;stych wizyt, przywi&#243;z&#322; ze sob&#261; Ad&#281;. Jako &#380;on&#281;. Pochodzi&#322;a z jednego z dobrowolnych rezerwat&#243;w kulturowych na po&#322;udniowym Pacyfiku. By&#322;a smuk&#322;a, br&#261;zowosk&#243;ra, mia&#322;a d&#322;ugie, l&#347;ni&#261;ce, czarne w&#322;osy i zwyczaj spuszczania g&#322;owy, kiedy kto&#347; j&#261; zagadn&#261;&#322;. Nie m&#243;wi&#322;a po angielsku. Mia&#322;a pi&#281;tna&#347;cie lat.

Leisha powita&#322;a j&#261; ciep&#322;o, zasiad&#322;a do nauki samoa&#324;skiego i pr&#243;bowa&#322;a ukry&#263;, jak bardzo czuje si&#281; zraniona. Nie chodzi&#322;o o to, &#380;e Richard j&#261; odrzuci&#322;, raczej o to, &#380;e odrzuci&#322; wszystko, co oferowa&#322;a mu bezsenno&#347;&#263;. Dokonania. Ambicj&#281;. Umys&#322;.

Ale stopniowo nauczy&#322;a si&#281; go rozumie&#263;. Dla Richarda wa&#380;ne by&#322;o nie tylko to, &#380;e Ada ze swymi nie&#347;mia&#322;ymi u&#347;miechami, niewprawn&#261; mow&#261; i m&#322;odzie&#324;czym dla niego podziwem by&#322;a zupe&#322;nie inna ni&#380; Leisha. Najwa&#380;niejsze by&#322;o to, jak bardzo r&#243;&#380;ni&#322;a si&#281; od Jennifer Sharifi.

A Richard by&#322; chyba szcz&#281;&#347;liwy. Zrobi&#322; to, czego nie zrobi&#322;a Leisha, i w ten spos&#243;b po swojemu pogodzi&#322; si&#281; z przesz&#322;o&#347;ci&#261; Bezsennych. A je&#347;li nawet wygl&#261;da&#322; przy tym, jakby si&#281; podda&#322;, to c&#243;&#380; innego mog&#322;a Leisha rzec na temat w&#322;asnej drogi wyj&#347;cia  dychawicznej Fundacji imienia Susan Melling, do kt&#243;rej w tym roku zg&#322;osi&#322;o si&#281; ledwie dziesi&#281;ciu ch&#281;tnych? Czy jest jaka&#347; r&#243;&#380;nica?

Widz&#281; ci&#281;, Leisho  powiedzia&#322;a Ada po angielsku.  Widz&#281; ci&#281; z rado&#347;ci&#261;.

I ja ci&#281; widz&#281; z rado&#347;ci&#261;  odpowiedzia&#322;a ciep&#322;o Leisha. Dla Ady taka przemowa by&#322;a szczytem intelektualnych mo&#380;liwo&#347;ci.

Widz&#281; ci&#281; z rado&#347;ci&#261;, Mirami Mice.

Mirami, jak wyja&#347;ni&#322; kiedy&#347; Richard, oznacza&#322;o najwy&#380;szy respekt wobec szczeg&#243;lnie szanowanej starszej osoby. Ada uparcie  nie&#347;mia&#322;o i mile, niemniej uparcie  nie chcia&#322;a przyj&#261;&#263; do wiadomo&#347;ci, &#380;e Alice i Leisha s&#261; bli&#378;niaczkami.

Ja te&#380; widz&#281; ci&#281; z rado&#347;ci&#261;, skarbie  odpowiedzia&#322;a Alice.  Pami&#281;tasz Dana?

Cze&#347;&#263;  rzuci&#322; u&#347;miechni&#281;ty Dan.

Ada odpowiedzia&#322;a mu lekkim u&#347;miechem, a potem odwr&#243;ci&#322;a wzrok, jak przystoi m&#281;&#380;atce wobec samotnego m&#281;&#380;czyzny. Richard odpowiedzia&#322; mu tak kordialnym Cze&#347;&#263;, Dan!, &#380;e Leisha a&#380; zamruga&#322;a ze zdziwienia. Zwykle kiedy si&#281; do niego zwraca&#322;, oczy ciemnia&#322;y mu od skrywanego cierpienia. Leisha nie mog&#322;a tego zrozumie&#263;: Dan by&#322; o ca&#322;e pokolenie m&#322;odszy od jego utraconego syna, a poza tym by&#322; przecie&#380; &#346;pi&#261;cym.

G&#322;os Alice dr&#380;a&#322;, co znaczy&#322;o, &#380;e zaczyna by&#263; zm&#281;czona.

Stella m&#243;wi&#322;a, &#380;e mamy troje go&#347;ci

Wtedy wkroczy&#322;a Stella, nios&#261;c na r&#281;kach niemowl&#281;.

Och, Richardzie  westchn&#281;&#322;a Leisha.  Richardzie

Nazywa si&#281; Sean. Po moim ojcu.

Dziecko wprost nieprawdopodobnie przypomina&#322;o Richarda: niskie brwi, g&#281;ste, ciemne w&#322;osy, ciemne oczy. Jedynie sk&#243;ra koloru kawy dowodzi&#322;a, i&#380; ma w sobie i geny Ady. Wida&#263; by&#322;o wyra&#378;nie, &#380;e w og&#243;le go nie modyfikowali. Leisha wzi&#281;&#322;a dziecko na r&#281;ce, sama niepewna w&#322;asnych odczu&#263;. Sean przypatrywa&#322; si&#281; jej z powag&#261;. Serce Leishy zadr&#380;a&#322;o.

Jest &#347;liczny

Daj mi go na chwil&#281;  zawo&#322;a&#322;a chciwie Alice, wi&#281;c Leisha odda&#322;a jej dziecko. Cieszy&#322;a si&#281; ze wzgl&#281;du na Richarda, kt&#243;ry zawsze pragn&#261;&#322; rodziny, jakiej&#347; zacisznej zatoki, bliskiej, intymnej wsp&#243;lnoty Dwa lata temu Leisha podda&#322;a si&#281; medycznym testom, kt&#243;re potwierdzi&#322;y, &#380;e jej kom&#243;rki jajowe s&#261; ju&#380; obumar&#322;e. Gamety  jak ostrzega&#322;a Susan dziesi&#261;tki lat temu  si&#281; nie regeneruj&#261;.

Kevin Baker, jedyny wybitny Bezsenny, kt&#243;ry pozosta&#322; w Stanach, mia&#322; ze swoj&#261; m&#322;od&#261; Bezsenn&#261; &#380;on&#261; czw&#243;rk&#281; dzieci.

Jennifer Sharifi  Leisha sprawdzi&#322;a w rejestrach urodze&#324;  mia&#322;a dwoje dzieci i czworo wnucz&#261;t.

Alice wprawdzie utraci&#322;a Moir&#281;, kt&#243;ra wyemigrowa&#322;a na Marsa, ale mia&#322;a jeszcze Jordana i troje wnuk&#243;w.

Dziecko przechodzi&#322;o z r&#261;k do r&#261;k. Stella wysz&#322;a i wr&#243;ci&#322;a po chwili z ciastkami i kaw&#261;. Alice, zm&#281;czona, kaza&#322;a si&#281; odwie&#378;&#263; do swego pokoju na kr&#243;tk&#261; drzemk&#281;. Jordan przyszed&#322; z poletka, na kt&#243;rym hodowa&#322; eksperymentalnie genomodyfikowane s&#322;oneczniki. Richard opowiada&#322; o swoich z Ad&#261; w&#281;dr&#243;wkach po rezerwacie dzikich zwierz&#261;t na Sztucznych Wyspach w pobli&#380;u brzeg&#243;w Afryki.

Hej!  zawo&#322;a&#322; Dan tak szczeg&#243;lnym tonem, &#380;e wszyscy si&#281; obejrzeli.  Hej, to dziecko &#347;pi!

Leisha znieruchomia&#322;a na swoim krze&#347;le. Potem wsta&#322;a, podesz&#322;a do fotela Dana i zajrza&#322;a do koszyczka, kt&#243;ry sta&#322; u jego st&#243;p.

Sean le&#380;a&#322; z pi&#261;stkami nad g&#322;ow&#261;, pogr&#261;&#380;ony we &#347;nie. Zamkni&#281;te powieki trzepota&#322;y. Leisha poczu&#322;a ucisk w &#380;o&#322;&#261;dku. Richard tak bardzo nienawidzi&#322; swojej w&#322;asnej grupy, podobnych sobie ludzi, &#380;e kaza&#322; in vitro odwr&#243;ci&#263; gen na bezsenno&#347;&#263;. Teraz patrzy&#322; na ni&#261;.

Nie, Leisho  powiedzia&#322; cicho.  Nie zrobi&#322;em tego. To naturalne.

Naturalne?

Tak. Po powrocie ze Sztucznych Wysp udali&#347;my si&#281; do Instytutu Medycznego w Chicago. Szukali&#347;my odpowiedzi na t&#281; zagadk&#281; samoistnej regresji. Ale nie ma tam nikogo, kto samodzielnie prowadzi&#322;by badania, s&#261; w stanie jedynie odtwarza&#263; z ksi&#261;&#380;ek stare odkrycia Do cholery, ten kraj nie ma ju&#380; genetyk&#243;w z prawdziwego zdarzenia, z wyj&#261;tkiem agrobiznesu.

Zamilk&#322;. I on, i Leisha wiedzieli, &#380;e to nieprawda. Jest jeszcze Azyl.

Czy s&#261; w stanie przynajmniej okre&#347;li&#263;  zacz&#281;&#322;a ochryp&#322;ym g&#322;osem  czy to ma szeroki zakres, czy narasta Jakie&#347; parametry statystyczne?

Wygl&#261;da na to, &#380;e zjawisko jest do&#347;&#263; rzadkie. Ale wiadomo: jest tu tak niewielu Bezsennych, &#380;e nie ma &#380;adnej podstawy do przeprowadzenia jakichkolwiek statystyk.

Zn&#243;w zapad&#322;a cisza, ci&#281;&#380;ka od nie wypowiedzianych s&#322;&#243;w.

Tym razem przerwa&#322;a j&#261; Ada. Nie mog&#322;a wiele zrozumie&#263; z rozmowy, jaka mia&#322;a miejsce mi&#281;dzy Leisha a jej m&#281;&#380;em, ale podnios&#322;a si&#281; wdzi&#281;cznie i podesz&#322;a bli&#380;ej Leishy. Pochyli&#322;a si&#281; i wzi&#281;&#322;a dziecko na r&#281;ce. Patrz&#261;c na nie czule, powiedzia&#322;a:

Widz&#281; ci&#281; z rado&#347;ci&#261;, Sean. Widz&#281;, jak &#347;pisz. Po czym podnios&#322;a wzrok na Leish&#281; i po raz pierwszy chyba spojrza&#322;a jej prosto w oczy.



19

JENNIFER, WILL, DW&#211;CH GENETYK&#211;W  DOKTORZY Toliveri i Blure  w towarzystwie kilku technik&#243;w stali obserwuj&#261;c tworzenie miniaturowego &#347;wiata.

Pi&#281;&#263;set mil st&#261;d w przestrzeni kosmicznej unosi&#322;a si&#281; plastykowa ba&#324;ka. W czasie, gdy przez szyby okien sekcji do zada&#324; specjalnych w Laboratoriach Sharifi przygl&#261;da&#322; si&#281; jej zesp&#243;&#322; z Azylu, nadmuchiwana ba&#324;ka uzyska&#322;a maksymaln&#261; obj&#281;to&#347;&#263;. W jej wn&#281;trzu wypr&#281;&#380;y&#322;o si&#281; tysi&#261;ce plastykowych membran. Wn&#281;trze to przypomina&#322;o pszczeli plaster o cienko&#347;ciennych tunelikach i komorach oraz licznych przegrodach  niekt&#243;re mia&#322;y drobniutkie otworki, inne by&#322;y porowate jak standardowe ziemskie materia&#322;y budowlane, a niekt&#243;re komory pozostawa&#322;y otwarte. &#379;adna nie przekracza&#322;a dziesi&#281;ciu centymetr&#243;w wysoko&#347;ci. Kiedy ba&#324;k&#281; wype&#322;ni&#322;a ju&#380; standardowa ziemska mieszanka atmosferyczna, holoprzeka&#378;nik u sufitu laboratorium rozpostar&#322; przed nimi przejrzysty, tr&#243;jwymiarowy model ba&#324;ki wraz z jej wewn&#281;trznymi podzia&#322;ami.

Z ka&#380;dej z czterech kom&#243;r na zewn&#261;trz ba&#324;ki wypuszczono po pi&#281;&#263; myszy. Myszy, piszcz&#261;c przera&#378;liwie, zacz&#281;&#322;y przeciska&#263; si&#281; tunelami, kt&#243;rych niewielkie rozmiary chroni&#322;y je przed niewa&#380;ko&#347;ci&#261;.

Na holomodelu za ka&#380;d&#261; z dwudziestu myszy pod&#261;&#380;a&#322; czarny punkcik. Na ekranie &#347;ciennym widoczne by&#322;y odczyty z dwudziestu biometr&#243;w implantowanych ka&#380;dej z myszy.

Przez trzy minuty myszy biega&#322;y na swobodzie. Potem z pojedynczego &#378;r&#243;d&#322;a w &#347;rodku ba&#324;ki wypuszczono genomodyfikowany organizm, odleg&#322;e spokrewniony z wirusem, nad kt&#243;rego przygotowaniem Toliveri i Blure sp&#281;dzili ostatnich siedem lat.

Jeden po drugim odczyty z biometr&#243;w za&#322;amywa&#322;y si&#281;, a wzmocniony przez g&#322;o&#347;niki pisk nagle ucicha&#322;. Pierwsze trzy przesta&#322;y nadawa&#263; w ci&#261;gu pierwszych trzech minut, nast&#281;pnych sze&#347;&#263; w kilka minut po nich, w ci&#261;gu nast&#281;pnych dziesi&#281;ciu minut jeszcze pi&#281;&#263;. Ostatnie sze&#347;&#263; nadawa&#322;o jeszcze przez trzydzie&#347;ci minut.

Doktor Blure wprowadzi&#322; dane do programu ekstrapolacyjnego. Nachmurzy&#322; si&#281;. By&#322; bardzo m&#322;ody, nie mia&#322; wi&#281;cej jak dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat, a poniewa&#380; by&#322; bardzo jasnym blondynem, broda, kt&#243;r&#261; usilnie stara&#322; si&#281; zapu&#347;ci&#263;, przypomina&#322;a raczej mi&#281;ciutki puszek.

Niedobrze. Przy takim tempie i parametrach cho&#263;by najmniejszej stacji orbitalnej mo&#380;e to potrwa&#263; nawet ca&#322;&#261; godzin&#281;. A przy parametrach kt&#243;rego&#347; z &#380;ebraczych miast, przy bezwietrznej pogodzie, samo rozprzestrzenianie si&#281; mo&#380;e trwa&#263; nawet do pi&#281;ciu godzin.

Za wolno  o&#347;wiadczy&#322; Will Sandaleros.  Nikogo to nie przekona.

Nie  zgodzi&#322; si&#281; Blure.  Ale jeste&#347;my ju&#380; bli&#380;ej.  Zerkn&#261;&#322; ponownie na p&#322;askie bioodczyty.  Wyobra&#378;cie sobie ludzi, kt&#243;rzy naprawd&#281; u&#380;yliby czego&#347; takiego.

&#379;ebracy by u&#380;yli  oznajmi&#322;a Jennifer. Nikt nie zaprzeczy&#322;.



* * *


Miri i Tony siedzieli w swojej pracowni w kopule naukowej cztery. Normalnie, kiedy dzieci pracowa&#322;y nad swymi szkolnymi projektami, korzysta&#322;y ze szkolnych laboratori&#243;w, a nie z profesjonalnych.

Na stacji orbitalnej przestrze&#324; by&#322;a zbyt cenna, &#380;eby rozdawa&#263; j&#261; ka&#380;demu bez wyj&#261;tku. Ale Miri i Tony nie byli zwyk&#322;ymi dzie&#263;mi, a ich projekty nie by&#322;y tylko szkolnymi wprawkami. Rada Azylu, laboratoria Sharifi i komisja do spraw edukacji odby&#322;y walne zebranie, na kt&#243;rym rozpatrywano nast&#281;puj&#261;ce punkty: czy neurologiczne eksperymenty Miri i usprawnienia system&#243;w sieciowych opracowywane przez Tonyego powinny by&#263; uznane za prace szkolne, prywatne przedsi&#281;wzi&#281;cia zastrze&#380;one patentem, czy te&#380; prace zlecone na rzecz Korporacji Azylu? Czy wszystkie potencjalne korzy&#347;ci powinny przypada&#263; rodzinie czy korporacji, czy mo&#380;e funduszowi powierniczemu za&#322;o&#380;onemu dla Miri i Tonyego, dop&#243;ki w &#347;wietle przepis&#243;w stanowych nie osi&#261;gn&#261; pe&#322;noletno&#347;ci? Wszyscy zebrani u&#347;miechali si&#281;, a dyskusja przebiega&#322;a w do&#347;&#263; pogodnym tonie  wszyscy byli zbyt dumni ze swych Superdzieci, &#380;eby si&#281; o nie wyk&#322;&#243;ca&#263;. Zapad&#322;a decyzja, &#380;e owoce ich pracy s&#261; w&#322;asno&#347;ci&#261; Azylu, za&#347; dzieci otrzymaj&#261; sze&#347;&#263;dziesi&#281;cioprocentowy zysk z ka&#380;dej zawartej dzi&#281;ki nim transakcji handlowej, a tak&#380;e kredyt na edukacj&#281;. Miri mia&#322;a dwana&#347;cie lat, Tony jedena&#347;cie.

Popopatrz n-na to  odezwa&#322; si&#281; Tony. Miri nie odpowiada&#322;a przez czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263; sekund, co oznacza&#322;o, &#380;e znajdowa&#322;a si&#281; w nader istotnym punkcie w swej sznurowo-my&#347;lowej konstrukcji i &#380;e sznurek, kt&#243;ry rozwin&#281;&#322;y w niej s&#322;owa Tonyego by&#322; gdzie&#347; na obrze&#380;u. Tony czeka&#322; pogodnie. Zwykle bywa&#322; bardzo pogodny, a Miri bardzo rzadko widywa&#322;a czarne sznury w&#347;r&#243;d my&#347;lowych budowli, jakie rzutowa&#322; dla niej za pomoc&#261; swego holoprzeka&#378;nika. Na tym w&#322;a&#347;nie polega&#322;a jego obecna praca: pr&#243;bowa&#322; naszkicowa&#263;, w jaki spos&#243;b my&#347;l&#261; Superdzieci. Zacz&#261;&#322; od jednego zdania: &#379;aden doros&#322;y nie zyskuje automatycznie prawa do owoc&#243;w pracy drugiego; s&#322;abo&#347;&#263; nie stanowi moralnej podstawy do roszcze&#324; wobec silniejszych. Potem sp&#281;dzi&#322; ca&#322;e tygodnie na pr&#243;bach wy&#322;uskania od dwunastki Superbezsennych ka&#380;dego sznura i powi&#261;zania, jakie wywo&#322;ywa&#322;o u nich to zdanie, za&#347; na koniec wprowadzi&#322; to wszystko do programu, kt&#243;ry sam napisa&#322;.

Praca sz&#322;a bardzo powoli. Jonathan Markowitz i Ludie Calvin, najm&#322;odsze Superdzieci w eksperymencie, szybko traci&#322;y cierpliwo&#347;&#263; do nieprzejrzystej, j&#261;kaj&#261;cej powolno&#347;ci mowy i dwa razy wybieg&#322;y z hukiem z pokoju, w kt&#243;rym Tony tak uparcie m&#281;czy&#322; je w trakcie swoich sesji. Sznury Marka Meyera by&#322;y tak dziwaczne, &#380;e program wcale nie chcia&#322; ich przyj&#261;&#263;, dop&#243;ki Tony nie przepisa&#322; na nowo ca&#322;ych sekcji kodowania. Nikos Demetrios wsp&#243;&#322;pracowa&#322; ch&#281;tnie, ale w samym &#347;rodku sesji z&#322;apa&#322; nagle katar i musia&#322; odby&#263; trzydniow&#261; kwarantann&#281;, a po powrocie jego sznury do poszczeg&#243;lnych fraz tak si&#281; r&#243;&#380;ni&#322;y od poprzednich, &#380;e Tony nie mia&#322; innego wyj&#347;cia, jak tylko wyrzuci&#263; wszystkie dane ze wzgl&#281;du na zawarte w nich artystyczne retusze.

Ale wytrwa&#322;, wysiaduj&#261;c przy terminalu d&#322;u&#380;ej nawet ni&#380; ona, podryguj&#261;c i mamrocz&#261;c. Teraz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do niej.

Chod&#378;, z-zobacz!

Miri obesz&#322;a dooko&#322;a ich wsp&#243;lne biurko i stan&#281;&#322;a przy Tonym. Holograficzny tr&#243;jwymiarowy obraz by&#322; niewidoczny z miejsca, gdzie siedzia&#322;a. Kiedy w ko&#324;cu uda&#322;o jej si&#281; zobaczy&#263; wst&#281;pne wyniki jego pracy, a&#380; zach&#322;ysn&#281;&#322;a si&#281; z zachwytu.

To by&#322; model jej w&#322;asnych sznur&#243;w do bazowego zdania Tonyego. Ka&#380;dy koncept reprezentowa&#322; malutki rysunek, je&#347;li by&#322; konkretem, lub s&#322;owo, je&#347;li by&#322; abstrakcj&#261;. &#346;wietliste, r&#243;&#380;nokolorowe linie oznacza&#322;y pierwszo-, drugo- i trzeciorz&#281;dne powi&#261;zania. Nigdy w &#380;yciu nie widzia&#322;a tak kompletnego obrazu tego, co dzia&#322;o si&#281; w jej umy&#347;le.

Jakie to p-pi&#281;kne!

T-twoje s&#261; p-pi&#281;kne  odpar&#322; Tony.  Z-z-zwi&#281;z&#322;e. Eleganckie.

J-ja znam t-ten k-k-kszta&#322;t!  zawo&#322;a&#322;a Miri i zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do monitora bibliotecznego.  W-w&#322;&#261;czy&#263; terterminal. O-otworzy&#263; bi bibliotek&#281;. Ziemski b-bank d-danych. Kakatedra w Ch-Chartres, Francja. O-okno R&#243;-r&#243;&#380;ane. Obraz gragraficzny.

Ekran zaja&#347;nia&#322; skomplikowanym wzorem trzynastowiecznego witra&#380;a. Tony przyjrza&#322; mu si&#281; krytycznym okiem matematyka.

Nie t-to nieniezupe&#322;nie t-to samo.

W o-og&#243;lnym zazarysie  sprzeciwi&#322;a si&#281; Miri, czuj&#261;c dokuczliw&#261; fal&#281; dobrze znanej frustracji, kt&#243;ra os&#322;abia&#322;a spiralne sznury jej my&#347;li. Mi&#281;dzy R&#243;&#380;anym Oknem a modelem w komputerze Tonyego istnia&#322; jaki&#347; bardzo zasadniczy zwi&#261;zek, by&#263; mo&#380;e nieoczywisty, niemniej istnia&#322; z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; i cho&#263; niewidoczny, by&#322; niezmiernie wa&#380;ny. Tylko &#380;e jej my&#347;li nie potrafi&#322;y tego wyrazi&#263;. Jak zawsze, czego&#347; brakowa&#322;o w jej sznurach.

Popopatrz na J-Jonathana  powiedzia&#322; Tony. Model my&#347;li Miri znikn&#261;&#322;, a zast&#261;pi&#322; go model my&#347;li Jonathana. Miri zn&#243;w zapar&#322;o dech. Jak on mo&#380;e my&#347;le&#263; w ten spos&#243;b!

W przeciwie&#324;stwie do poprzedniego, ten model wcale nie by&#322; symetryczny  kszta&#322;tem przypomina&#322; raczej rozlaz&#322;&#261; ameb&#281;. Sznury rozbiega&#322;y si&#281; na wszystkie strony, niekt&#243;re ko&#324;czy&#322;y si&#281; ni w pi&#281;&#263;, ni w dziewi&#281;&#263;, inne za&#347; zawraca&#322;y w jakich&#347; dziwacznych zwi&#261;zkach, kt&#243;re wcale nie by&#322;y dla Miri oczywiste. Jak si&#281; ma bitwa pod Gettysburgiem do sta&#322;ej Hubblea? Jonathan pewnie wie.

J-jak dot&#261;d u-uda&#322;o mi si&#281; zrozrobi&#263; t-tylko te d-dwa. M&#243;j b-b&#281;dzie nasnast&#281;pny. Po-otem p-program na&#322;o&#380;y je na s-siebie i po-oszuka j-jakich&#347; regu&#322; kokomunikacyjnych. P-pewnego dnia, M-Miri, poza tym, &#380;e po-opchniemy do p-przodu rozw&#243;j t-technik ko komunikacyjnych, b-b&#281;dziemy mogli ze s-sob&#261; pogada&#263; p-przez terterminale, bez tej p-pieprzonej, jedjednowymiarowej m-mowy!

Miri obrzuci&#322;a go pe&#322;nym mi&#322;o&#347;ci spojrzeniem. Jego praca to rzeczywisty wk&#322;ad w rozw&#243;j ich spo&#322;eczno&#347;ci. No c&#243;&#380;, mo&#380;e i jej praca kiedy&#347; si&#281; przyda. Pracowa&#322;a nad syntetycznymi neuroprzeka&#378;nikami do o&#347;rodk&#243;w mowy w m&#243;zgu. Mia&#322;a nadziej&#281;, &#380;e pewnego dnia uda jej si&#281;  jak nie uda&#322;o si&#281; nikomu przed ni&#261;  stworzy&#263; taki neuroprzeka&#378;nik, kt&#243;ry nie wywo&#322;ywa&#322;by skutk&#243;w ubocznych, a powstrzymywa&#322; j&#261;kanie. Wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281; i pog&#322;aska&#322;a du&#380;&#261; g&#322;ow&#281; Tonyego, podskakuj&#261;c&#261; i ko&#322;ysz&#261;c&#261; si&#281; na ramionach.

Do pracowni wpad&#322;a bez pukania Joan Lucas.

Miri! Tony! Otworzyli plac zabaw!

Miri natychmiast odpu&#347;ci&#322;a sobie neuroprzeka&#378;niki i techniki komunikacyjne. Otworzyli plac zabaw! Wszystkie dzieci  i te normalne, i te Super  czeka&#322;y na to od tygodni. Z&#322;apa&#322;a Tonyego za r&#281;k&#281; i pop&#281;dzi&#322;a za Joan. Na zewn&#261;trz Joan, chy&#380;a i d&#322;ugonoga, szybko zostawi&#322;a ich z ty&#322;u, ale &#380;adne dziecko w Azylu nie potrzebowa&#322;o pyta&#263;, gdzie jest nowy plac zabaw. Wystarczy&#322;o popatrze&#263; do g&#243;ry.

W samym &#347;rodku cylindrycznego &#347;wiata, zakotwiczona za pomoc&#261; mocnych, cienkich kabli, nad osi&#261; stacji unosi&#322;a si&#281; nadmuchiwana plastykowa ba&#324;ka. Ci&#261;&#380;enie by&#322;o tam tak nik&#322;e, &#380;e niemal zbli&#380;one do stanu niewa&#380;ko&#347;ci  w ka&#380;dym razie wystarczaj&#261;co ma&#322;e jak na potrzeby dzieci. Miri i Tony wt&#322;oczyli si&#281; wraz z innymi do windy, kt&#243;ra powioz&#322;a ich w g&#243;r&#281;, w&#322;o&#380;yli r&#281;kawiczki i kapcie z syntetycznego welwetu i wrzasn&#281;li z uciechy, wpadaj&#261;c do wn&#281;trza wielkiej ba&#324;ki. Wype&#322;nia&#322;y je p&#243;&#322;przejrzyste, r&#243;&#380;owe poprzeczki, bardzo elastyczne, matowe budki, w kt&#243;rych mo&#380;na si&#281; by&#322;o schowa&#263;, tunele i tuneliki, kt&#243;re ko&#324;czy&#322;y si&#281; znienacka w powietrzu. A wszystko upstrzone by&#322;o mi&#281;kkimi nadmuchiwanymi uchwytami i synwelwetowymi pasami. Miri rzuci&#322;a si&#281; g&#322;ow&#261; do przodu, przelecia&#322;a na drug&#261; stron&#281;, odbi&#322;a si&#281; od &#347;ciany i polecia&#322;a z powrotem, po drodze wpadaj&#261;c na Joan. Dziewcz&#281;ta zachichota&#322;y, potem sp&#322;yn&#281;&#322;y powoli w d&#243;&#322;, trzymaj&#261;c si&#281; siebie, i zapiszcza&#322;y, kiedy Tony i jaki&#347; nieznany im ch&#322;opiec przemkn&#281;li tu&#380; nad ich g&#322;owami.

Sznury w umy&#347;le Miri przep&#322;ywa&#322;y od teorii chaosu do obraz&#243;w mitycznych, anio&#322;&#243;w, lotni i Ikara, do Orvillea Wrighta i astronaut&#243;w z Merkurego, do ssak&#243;w przeponowych, do pr&#281;dko&#347;ci ucieczki i wsp&#243;&#322;czynnika mi&#281;&#347;niowo-wagowo-si&#322;owego. Do zachwytu.

Wejd&#378; tu  zawo&#322;a&#322;a Joan przekrzykuj&#261;c ha&#322;as.  Musz&#281; ci powiedzie&#263; jeden sekret!

Z&#322;apa&#322;a Miri i wepchn&#281;&#322;a j&#261; do p&#243;&#322;przejrzystej, wisz&#261;cej skrzyni, a p&#243;&#378;niej sama wcisn&#281;&#322;a si&#281; za ni&#261;. Wewn&#261;trz ha&#322;as wydawa&#322; si&#281; nieznacznie s&#322;abszy.

Miri, nigdy by&#347; nie zgad&#322;a: moja mama jest w ci&#261;&#380;y!

T-to wspawspaniale!  odpar&#322;a Miri. Kom&#243;rki jajowe matki Joan nale&#380;a&#322;y do typu r-14, a wi&#281;c by&#322;y trudne do zap&#322;odnienia nawet in vitro. Joan mia&#322;a trzyna&#347;cie lat. Miri wiedzia&#322;a, &#380;e pragn&#281;&#322;a mie&#263; male&#324;kiego braciszka albo siostrzyczk&#281; z tak&#261; sam&#261; intensywno&#347;ci&#261;, z jak&#261; Tony pragn&#261;&#322; aparatury Litova-Halla.  T-tak si&#281; cie-ciesz&#281;!

Joan u&#347;ciska&#322;a j&#261; serdecznie.

Jeste&#347; moj&#261; najlepsz&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#261;, Miri!  krzykn&#281;&#322;a i niespodziewanie wyskoczy&#322;a na zewn&#261;trz.  &#321;ap mnie!

Naturalnie, Miri nigdy by si&#281; to nie uda&#322;o. By&#322;a zbyt niezgrabna w por&#243;wnaniu z Joan. Ale nie to si&#281; liczy&#322;o. &#346;mign&#281;&#322;a za Joan, wrzeszcz&#261;c jak ca&#322;a reszta dzieci, dla samej tylko przyjemno&#347;ci czynienia ha&#322;asu, a pod ni&#261; przetacza&#322; si&#281; &#347;wiat poznaczony hydropolami, kopu&#322;ami i parkami, jak sznury my&#347;li.

W nast&#281;pny wtorek po otwarciu placu zabaw wypada&#322; Dzie&#324; Pami&#281;ci. Miri ubra&#322;a si&#281; elegancko  w czarne szorty i tunik&#281;. Czu&#322;a w g&#322;owie powa&#380;ne kszta&#322;ty swych sznur&#243;w; jej my&#347;li obraca&#322;y si&#281; jak &#347;cis&#322;e, lekko sp&#322;aszczone owale, tak ciemne jak odzienie wszystkich dooko&#322;a. &#346;wi&#281;ta religijne w Azylu obchodzone by&#322;y r&#243;&#380;nie u r&#243;&#380;nych rodzin: niekt&#243;re &#347;wi&#281;towa&#322;y Bo&#380;e Narodzenie, inne Ramadan, Wielkanoc, Jom Kippur lub Divali, a niekt&#243;re nie obchodzi&#322;y &#380;adnych &#347;wi&#261;t. Dwa &#347;wi&#281;ta, kt&#243;re wszyscy obchodzili wsp&#243;lnie, to by&#322;y Czwarty Lipca i Dzie&#324; Pami&#281;ci, pi&#281;tnasty kwietnia.

Wok&#243;&#322; centralnej platformy zebra&#322; si&#281; ca&#322;y t&#322;um. Park poszerzono, pokrywaj&#261;c okoliczne pola, pe&#322;ne superwydajnych ro&#347;lin, tymczasow&#261; konstrukcj&#261; z rozpylanego plastyku, wystarczaj&#261;co mocn&#261; i obszern&#261;, by ud&#378;wign&#281;&#322;a i pomie&#347;ci&#322;a wszystkich mieszka&#324;c&#243;w Azylu. Tych kilka os&#243;b, kt&#243;re nie mog&#322;y opu&#347;ci&#263; swych stanowisk pracy lub by&#322;y akurat chore, ogl&#261;da&#322;o uroczysto&#347;ci na ekranach sieci komunikacyjnej. Nad zgromadzonym t&#322;umem unosi&#322;a si&#281; specjalna tymczasowa platforma dla m&#243;wc&#243;w.

Ludzie w wi&#281;kszo&#347;ci stali ca&#322;ymi rodzinami. Jednak Miri i Tony przy&#322;&#261;czyli si&#281; do innych Superdzieci, tych starszych; zbite w kupk&#281; sta&#322;y teraz wszystkie w cieniu kopu&#322;y zasilania. Superdzieci czu&#322;y si&#281; szcz&#281;&#347;liwsze we w&#322;asnym gronie, z dala od t&#322;umu Normalnych, kt&#243;rym nie mog&#322;y dor&#243;wna&#263; pod wzgl&#281;dem fizycznym. Miri nie s&#261;dzi&#322;a, &#380;eby jej matka cho&#263; rozejrza&#322;a si&#281; za ni&#261; lub Tonym albo Ali. Hermione mia&#322;a nowe dziecko, kt&#243;remu po&#347;wi&#281;ci&#322;a si&#281; ca&#322;kowicie. Nikt nie wyja&#347;ni&#322; Miri, dlaczego to dziecko, tak jak ma&#322;a Rebecca, by&#322;o Normalnym. A Miri nie pyta&#322;a. Gdzie si&#281; podziewa Joan? Miri kr&#281;ci&#322;a si&#281; na wszystkie strony, ale nigdzie nie uda&#322;o si&#281; jej wypatrze&#263; rodziny Lucas&#243;w.

Jennifer Sharifi, przyodziana w czarn&#261; abaj&#281;, wst&#261;pi&#322;a na platform&#281;. Serce Miri ros&#322;o z dumy. Babcia by&#322;a pi&#281;kna, pi&#281;kniejsza nawet ni&#380; mama i ciocia Najla. By&#322;a taka pi&#281;kna jak Joan. A na twarzy mia&#322;a ten niezmienny wyraz, kt&#243;ry zawsze wzbudza&#322; u Miri sznury i powi&#261;zania m&#243;wi&#261;ce o ludzkiej inteligencji i woli. Nie by&#322;o drugiej takiej jak babcia.

Obywatele Azylu  zacz&#281;&#322;a Jennifer. Jej g&#322;os, wzmocniony przez aparatur&#281;, ni&#243;s&#322; si&#281; do ka&#380;dego zak&#261;tka stacji, cho&#263; nie m&#243;wi&#322;a wcale g&#322;o&#347;niej ni&#380; zwykle.  Zwracam si&#281; do was w ten spos&#243;b dlatego, &#380;e cho&#263; rz&#261;d Stan&#243;w Zjednoczonych zwie nas obywatelami tego kraju, my wiemy swoje. Wiemy, &#380;e &#380;aden rz&#261;d, kt&#243;ry powsta&#322; bez przyzwolenia rz&#261;dzonych, nie mo&#380;e ro&#347;ci&#263; sobie wobec nich &#380;adnych praw. Wiemy, &#380;e rz&#261;d, kt&#243;ry nie jest w stanie uzna&#263; rzeczywisto&#347;ci, w kt&#243;rej ludzie nie zostali stworzeni r&#243;wnymi, nie ma tyle bystro&#347;ci, by m&#243;g&#322; ro&#347;ci&#263; sobie do nas jakie&#347; prawa. Wiemy, &#380;e &#380;aden rz&#261;d, kt&#243;ry uznaje zasad&#281;, &#380;e &#380;ebracy maj&#261; prawo do korzystania z produkt&#243;w pracy innych ludzi, nie jest na tyle moralny, by m&#243;g&#322; sobie ro&#347;ci&#263; do nas jakie&#347; prawa. W tym dniu, Dniu Pami&#281;ci, uznajemy, &#380;e Azyl ma prawo do w&#322;asnego rz&#261;du, w&#322;asnego pojmowania rzeczywisto&#347;ci i do owoc&#243;w w&#322;asnej pracy. Do tych trzech rzeczy mamy prawo, ale nie zdo&#322;ali&#347;my go jeszcze wyegzekwowa&#263;. Nie jeste&#347;my wolni. Na razie nie przys&#322;uguje nam w&#322;asne miejsce, odr&#281;bne i r&#243;wne rang&#261;, miejsce, do kt&#243;rego prawo daj&#261; nam prawa natury oraz sam B&#243;g. Mamy sw&#243;j Azyl, dzi&#281;ki przezorno&#347;ci naszego Bezsennego, Anthonyego Indivino, ale nie mamy jeszcze wolno&#347;ci.

N-na ra-razie  mrukn&#261;&#322; ponuro Tony. Miri &#347;cisn&#281;&#322;a go za r&#281;k&#281; i stan&#281;&#322;a na palcach, przepatruj&#261;c t&#322;um w poszukiwaniu Joan.

A mimo to stworzyli&#347;my dla siebie tyle wolno&#347;ci, ile by&#322;o nam dane stworzy&#263;  ci&#261;gn&#281;&#322;a Jennifer.  Wbrew w&#322;asnej woli przypisani pod jurysdykcj&#281; stanu Nowy Jork, w ci&#261;gu trzydziestu dw&#243;ch lat ani razu nie wnie&#347;li&#347;my sprawy ani te&#380; nie zostali&#347;my pozwani przed tamtejszy s&#261;d. Ustanowili&#347;my w&#322;asn&#261; jurysdykcj&#281;, nieznan&#261; &#380;ebrakom z do&#322;u, i wed&#322;ug niej wymierzali&#347;my sobie sprawiedliwo&#347;&#263;. Wbrew w&#322;asnej woli przypisani do licencyjnych regulacji prawnych dla naszych broker&#243;w, lekarzy, prawnik&#243;w, a nawet nauczycieli dla naszych w&#322;asnych dzieci, stosowali&#347;my si&#281; do wszystkich uregulowa&#324;. Robili&#347;my to, mimo &#380;e oznacza to konieczno&#347;&#263; czasowego zamieszkiwania w&#347;r&#243;d &#380;ebrak&#243;w. Zobowi&#261;zani do wpisywania si&#281; w ich nic nie znacz&#261;ce statystyki, kt&#243;re klasyfikuj&#261; nas na r&#243;wni z &#380;ebrakami, zliczyli&#347;my si&#281;, zmierzyli&#347;my i poddali&#347;my si&#281; ich testom, zlekcewa&#380;ywszy p&#243;&#378;niej wyniki jako bezsensown&#261; papk&#281;.

Miri uda&#322;o si&#281; wypatrzy&#263; Joan. Przepycha&#322;a si&#281; przez t&#322;um, bez skrupu&#322;&#243;w rozpychaj&#261;c ludzi &#322;okciami, a Miri poczu&#322;a si&#281; zaszokowana widz&#261;c, &#380;e Joan nie przebra&#322;a si&#281; na czarno w Dniu Pami&#281;ci. Mia&#322;a na sobie kus&#261; zgni&#322;ozielon&#261; bluzeczk&#281; i szorty. Ukryta w cieniu kopu&#322;y zasilania Miri podnios&#322;a r&#281;k&#281; tak wysoko, jak tylko si&#281; da&#322;o i j&#281;&#322;a wymachiwa&#263; ni&#261; gor&#261;czkowo.

Lecz jest jeden wym&#243;g, kt&#243;rego nie mo&#380;emy ot tak zlekcewa&#380;y&#263;  m&#243;wi&#322;a Jennifer.  &#379;ebracy nie pracuj&#261;, by zarobi&#263; na w&#322;asne utrzymanie. Warcz&#261;c czekaj&#261;, a&#380; ich w tym wyr&#281;cz&#261; lepsi od nich. Aby utrzyma&#263; miliony bezproduktywnych Amator&#243;w &#379;ycia Azyl  jako ca&#322;o&#347;&#263; i jako zbiorowo&#347;&#263;  jest si&#322;&#261; pozbawiany sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu czterech koma osiem procent swojej rocznej produkcji za pomoc&#261; legalnego z&#322;odziejstwa: podatk&#243;w federalnych i stanowych. Nie mo&#380;emy z nimi walczy&#263;, nie nara&#380;aj&#261;c przy tym samego Azylu. Nie mo&#380;emy si&#281; opiera&#263;. Jedyne, co nam pozosta&#322;o, to pami&#281;ta&#263;, co ten fakt oznacza  pod wzgl&#281;dem moralnym, politycznym, historycznym oraz w sensie praktycznym. Tak wi&#281;c ka&#380;dego roku, pi&#281;tnastego dnia kwietnia, kiedy odbieraj&#261; nam nasze &#347;rodki utrzymania, nie daj&#261;c nic w zamian  pami&#281;tamy.

&#321;adna twarz Joan by&#322;a napuchni&#281;ta i poznaczona smugami; Joan p&#322;aka&#322;a! Miri nie mog&#322;a sobie przypomnie&#263;, kiedy ostatnio widzia&#322;a &#322;zy u kogo&#347; w wieku Joan. Ma&#322;e dzieci p&#322;aka&#322;y, kiedy si&#281; przewr&#243;ci&#322;y albo kiedy nie radzi&#322;y sobie przy terminalu, albo kiedy k&#322;&#243;ci&#322;y si&#281; o zabawki. Ale Joan mia&#322;a przecie&#380; trzyna&#347;cie lat. Kiedy przepycha&#322;a si&#281; przez t&#322;um, doro&#347;li na widok jej twarzy zagadywali j&#261; &#322;agodnie. Joan nie zwraca&#322;a na nich uwagi, przepychaj&#261;c si&#281; uparcie w stron&#281; Miri.

Pami&#281;tamy nienawi&#347;&#263;  nienawi&#347;&#263;, jak&#261; okazywano Bezsennym na Ziemi. Pami&#281;tamy

Chod&#378; ze mn&#261;!  rzuci&#322;a gwa&#322;townie Joan do Miri. Z&#322;apa&#322;a j&#261; za r&#281;k&#281; i niemal&#380;e wlok&#322;a wok&#243;&#322; kopu&#322;y zasilania, dop&#243;ki kolista czarna powierzchnia nie zakry&#322;a ca&#322;kiem widoku Jennifer. Jednak g&#322;os Jennifer nadal do nich dociera&#322;, tak jasno i wyra&#378;nie, jakby sta&#322;a tu&#380; obok roztrz&#281;sionej Joan. W g&#322;owie Miri eksplodowa&#322;y sznury my&#347;li. Nigdy przedtem nie widzia&#322;a, &#380;eby jaki&#347; Normalny si&#281; tak trz&#261;s&#322;.

Ty wiesz, co oni zrobili? Wiesz, Miri?!

K-kto?! C-co?!

Zabili to dziecko!

Miri na chwil&#281; ogarn&#281;&#322;a ciemno&#347;&#263;. Poczu&#322;a, jak s&#322;abn&#261; jej kolana i osuwa si&#281; na ziemi&#281;.

&#379;eb&#380;ebracy? J-jak?  Matka Joan dopiero od kilku tygodni jest w ci&#261;&#380;y i nie wyje&#380;d&#380;a&#322;a z Azylu, czy to znaczy, &#380;e &#380;ebracy s&#261; tutaj?!

Nie &#380;adni &#380;ebracy! Rada Azylu! Z twoj&#261; wspania&#322;&#261; babci&#261; na czele!

Sznury spru&#322;y si&#281;, spl&#261;ta&#322;y. Miri rozpaczliwie stara&#322;a si&#281; utrzyma&#263; ich ko&#324;ce. Jej system nerwowy, i tak ju&#380; podkr&#281;cony do granic biochemicznej histerii, zacz&#261;&#322; z wolna prze&#347;lizgiwa&#263; si&#281; na drug&#261; jej stron&#281;. Miri przymkn&#281;&#322;a oczy i kilka razy odetchn&#281;&#322;a g&#322;&#281;boko, dop&#243;ki nie odzyska&#322;a r&#243;wnowagi.

C-co si&#281; w&#322;aw&#322;a&#347;ciwie sta&#322;o, J-Joan?

Spok&#243;j Miri, cho&#263; tak kruchy, wyra&#378;nie koi&#322; wzburzenie Joan. Osun&#281;&#322;a si&#281; na traw&#281; obok Miri i oplot&#322;a ramionami kolana. Na lewej &#322;ydce mia&#322;a nie w pe&#322;ni zregenerowane zadrapanie.

Mama wezwa&#322;a mnie do siebie akurat kiedy mia&#322;am si&#281; przebra&#263; na Dzie&#324; Pami&#281;ci. P&#322;aka&#322;a. No i le&#380;a&#322;a na le&#380;ance, na kt&#243;rej zwykle kocha si&#281; z tat&#261;.

Miri pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;; sznury oplata&#322;y si&#281; wok&#243;&#322; problemu, dlaczego Bezsenny m&#243;g&#322;by le&#380;e&#263;, je&#347;li si&#281; nie kocha lub nie jest ranny.

Powiedzia&#322;a mi, &#380;e Rada podj&#281;&#322;a decyzj&#281;, aby usun&#261;&#263; dziecko. Pomy&#347;la&#322;am, &#380;e to dziwne. Przecie&#380; je&#347;li przedp&#322;odowe testy DNA wykazuj&#261; powa&#380;ne uszkodzenia, zwykle rodzice sami decyduj&#261; si&#281; na aborcj&#281;. Co Rada mo&#380;e mie&#263; tu do gadania?

I c-co ma d-do ga-gadania?

Zapyta&#322;am, jakie upo&#347;ledzenie wykryli w DNA. Mama powiedzia&#322;a, &#380;e &#380;adnego.

Dooko&#322;a nich rozbrzmiewa&#322; g&#322;os Jennifer.

 zak&#322;adaj&#261;c, &#380;e poniewa&#380; s&#261; s&#322;absi, automatycznie maj&#261; prawo do owoc&#243;w pracy silniejszych od siebie

Zapyta&#322;am mam&#281;, dlaczego Rada nakaza&#322;a aborcj&#281;, skoro dziecko jest normalne. Powiedzia&#322;a, &#380;e to nie by&#322; rozkaz, ale mocne zalecenie, a ona i tatu&#347; maj&#261; zamiar si&#281; podporz&#261;dkowa&#263;. Powiedzia&#322;a, &#380;e analiza gen&#243;w wykaza&#322;a, &#380;e dziecko jest by&#322;o

Nie potrafi&#322;a doko&#324;czy&#263;. Miri otoczy&#322;a przyjaci&#243;&#322;k&#281; ramieniem.

 by&#322;o &#346;pi&#261;cym.

Miri cofn&#281;&#322;a r&#281;k&#281;. W nast&#281;pnej sekundzie gorzko tego po&#380;a&#322;owa&#322;a, ale by&#322;o ju&#380; za p&#243;&#378;no. Joan podnosi&#322;a si&#281; niezgrabnie.

Ty te&#380; uwa&#380;asz, &#380;e mama powinna je usun&#261;&#263;!

Czy rzeczywi&#347;cie? Miri nie by&#322;a pewna. W g&#322;owie wirowa&#322;y jej sznury: regresja gen&#243;w, zapisy cech redundantnych w DNA, dzieci wiruj&#261;ce na placu zabaw, przedszkole, pracownia, produktywno&#347;&#263; &#379;ebracy. Mi&#281;ciutkie niemowl&#281; w ramionach mamy Joan. Przypomnia&#322;a sobie Tonyego w ramionach w&#322;asnej matki, babci&#281;, kt&#243;ra trzyma&#322;a j&#261; wysoko i pokazywa&#322;a gwiazdy

G&#322;os Jennifer nadp&#322;yn&#261;&#322; g&#322;o&#347;niejsz&#261; fal&#261;.

A nade wszystko pami&#281;tamy, &#380;e moralno&#347;&#263; powinna by&#263; definiowana przez tych, kt&#243;rzy wnosz&#261; co&#347; do &#380;ycia spo&#322;ecznego, a nie przez tych, kt&#243;rzy ss&#261; z niego jak pijawki

Mirando Sharifi, nigdy ju&#380; nie b&#281;dziesz moj&#261; przyjaci&#243;&#322;k&#261;!  krzykn&#281;&#322;a Joan i pu&#347;ci&#322;a si&#281; biegiem, a jej d&#322;ugie nogi po&#322;yskiwa&#322;y pod zielonymi szortami, kt&#243;rych nie powinna mie&#263; na sobie w Dniu Pami&#281;ci.

P-poczekaj!  zawo&#322;a&#322;a Miri.  P-poczekaj! M-my&#347;l&#281;, &#380;e Rada n-nie ma ra-racji!

Ale Joan nie poczeka&#322;a. A Miri w &#380;adnym razie nie zdo&#322;a&#322;aby jej dogoni&#263;.

Powoli, niezgrabnie d&#378;wign&#281;&#322;a si&#281; z ziemi i posz&#322;a do pracowni w kopule naukowej numer cztery. Oba terminale  i jej, i Tonyego  by&#322;y w&#322;&#261;czone, programy pracowa&#322;y. Miri wy&#322;&#261;czy&#322;a je, a potem jednym ruchem ramienia zmiot&#322;a z biurka wszystkie wydruki.

N-niech t-to szlag!

To nie wystarczy&#322;o, musi by&#263; wi&#281;cej takich s&#322;&#243;w, musi by&#263; jaki&#347; spos&#243;b na b&#243;l. Jej sznury tu nie wystarcz&#261;. Kolejny raz poczu&#322;a dotkliwie, jak bardzo s&#261; niekompletne  jak r&#243;wnanie bez brakuj&#261;cego kawa&#322;ka, o kt&#243;rym wiadomo, &#380;e go brakuje, cho&#263; nigdy przedtem si&#281; go nie widzia&#322;o na oczy; wie si&#281;, bo ma si&#281; dziur&#281; w samym &#347;rodku g&#322;&#243;wnej my&#347;li. W Miri te&#380; by&#322;a taka dziura, a w jej &#347;rodku wirowa&#322;o &#347;pi&#261;ce niemowl&#281;, &#347;pi&#261;cy braciszek Joan, kt&#243;ry jutro o tej porze przestanie istnie&#263;. Tak jak nie istnieje &#243;w brakuj&#261;cy kawa&#322;ek my&#347;lowego r&#243;wnania, kt&#243;rego nigdy nie ma tam, gdzie powinien by&#263;. A teraz Joan jej nienawidzi.

Miri skuli&#322;a si&#281; pod biurkiem i &#322;ka&#322;a rozpaczliwie.

Jennifer znalaz&#322;a j&#261; tam dwie godziny p&#243;&#378;niej, kiedy przebrzmia&#322;y ju&#380; przemowy z okazji Dnia Pami&#281;ci i kiedy pot&#281;&#380;na cz&#281;&#347;&#263; kredytu, r&#243;wnowa&#380;nego z produktem ich pracy, zosta&#322;a ju&#380; przes&#322;ana na Ziemi&#281;, na rzecz rz&#261;du, kt&#243;ry nie dawa&#322; im nic w zamian. Miri us&#322;ysza&#322;a, jak babka zawaha&#322;a si&#281; w drzwiach, a potem pewnym krokiem ruszy&#322;a przez pok&#243;j, jakby z g&#243;ry wiedzia&#322;a, gdzie jest Miri.

Mirando, wyjd&#378; stamt&#261;d.

N-nie.

Joan powiedzia&#322;a ci, &#380;e jej matka nosi &#347;pi&#261;cy zarodek, kt&#243;ry musi zosta&#263; usuni&#281;ty.

Wcawcale nie m-musi. Dziecko m-mog&#322;oby &#380;y&#263;. J-jest no normalne pod k-ka&#380;dym innym wz-wzgl&#281;dem. A oni chc&#261; j-je mie&#263;!

To rodzice podejmuj&#261; decyzj&#281;, Miri. Nikt inny nie mo&#380;e zrobi&#263; tego za nich.

T-to dlaczego J-joan i j jej mama p-p&#322;acz&#261;?

Dlatego, &#380;e czasem to, co konieczne, jest tak&#380;e trudne. I dlatego, &#380;e &#380;adna z nich nie nauczy&#322;a si&#281; przyjmowa&#263; &#380;yciowych konieczno&#347;ci bez pogarszania sytuacji niewczesnym &#380;alem. To dobra &#380;yciowa lekcja, Miri. &#379;al jest bezproduktywny. Tak jak poczucie winy i smutek, cho&#263; czu&#322;am i jedno, i drugie przy ka&#380;dym z pi&#281;ciu &#346;pi&#261;cych p&#322;od&#243;w, jakie mieli&#347;my w Azylu.

P-pi&#281;ciu?!

Jak dot&#261;d. Pi&#281;&#263; w ci&#261;gu trzydziestu jeden lat. I ka&#380;da para rodzic&#243;w podj&#281;&#322;a tak&#261; sam&#261; decyzj&#281;, jak&#261; musz&#261; teraz podj&#261;&#263; rodzice Joan, bo ka&#380;da para rozumia&#322;a, &#380;e to twarda konieczno&#347;&#263;. &#346;pi&#261;ce dziecko to &#380;ebrak, a silni i produktywni nie przyjmuj&#261; do wiadomo&#347;ci paso&#380;ytniczych roszcze&#324; &#380;ebrak&#243;w. Mi&#322;osierdzie  prosz&#281; bardzo, lecz tylko jako indywidualna sprawa jednostki. Ale roszczenia, jak gdyby s&#322;abo&#347;&#263; mia&#322;a moraln&#261; przewag&#281; nad si&#322;&#261;, by&#322;a od niej lepsza  co to, to nie. Czego&#347; takiego nie przyjmujemy nawet do wiadomo&#347;ci.

T-to &#346;pi&#261;ce dziecko m-mog&#322;oby by&#263; proproduktywne! Pod k-ka&#380;dym innym wz-wzgl&#281;dem by&#322;o zuzupe&#322;nie n-normalne!

Jennifer przysiad&#322;a wdzi&#281;cznie na krze&#347;le przy biurku.

Owszem, przez pierwsz&#261; cz&#281;&#347;&#263; &#380;ycia. Ale produktywno&#347;&#263; to rzecz bardzo wzgl&#281;dna. &#346;pi&#261;cy mo&#380;e by&#263; produktywny przez co najwy&#380;ej pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat, poczynaj&#261;c, powiedzmy, od dwudziestego roku &#380;ycia. Ale w przeciwie&#324;stwie do nas, ich cia&#322;a po up&#322;ywie tego czasu s&#322;abn&#261;, zu&#380;ywaj&#261; si&#281; i padaj&#261; ofiar&#261; r&#243;&#380;nych dolegliwo&#347;ci. A mimo to mog&#261; &#380;y&#263; jeszcze przez jakie&#347; trzydzie&#347;ci lat, stanowi&#261;c ci&#281;&#380;ar dla spo&#322;eczno&#347;ci i &#378;r&#243;d&#322;o wstydu dla siebie samych, bo to przecie&#380; wstyd nie pracowa&#263;, kiedy robi&#261; to inni. Nawet gdyby ten &#346;pi&#261;cy by&#322; na tyle przedsi&#281;biorczy, &#380;e zebra&#322;by do&#347;&#263; kredytu, aby wystarczy&#322;o mu na stare lata i m&#243;g&#322;by zakupi&#263; roboty, kt&#243;re by si&#281; nim zaj&#281;&#322;y, sko&#324;czy&#322;by w izolacji, niezdolny do uczestnictwa w codziennym &#380;yciu Azylu, degeneruj&#261;c si&#281;. Umieraj&#261;c. Czy kochaj&#261;cy rodzice mogliby &#380;yczy&#263; sobie takiego losu dla w&#322;asnego dziecka? Czy jakakolwiek spo&#322;eczno&#347;&#263; mog&#322;aby sobie pozwoli&#263; na utrzymanie wielu takich ludzi, nie czuj&#261;c przy tym duchowego ci&#281;&#380;aru? Kilku  owszem. Ale &#346;pi&#261;cy, kt&#243;ry wychowa&#322;by si&#281; w&#347;r&#243;d nas, b&#281;dzie tu nie tylko outsiderem  nieprzytomny i umys&#322;owo martwy przez osiem godzin, podczas kt&#243;rych &#380;ycie spo&#322;eczno&#347;ci toczy si&#281; normalnym trybem  b&#281;dzie d&#378;wiga&#322; tak&#380;e pot&#281;&#380;ny ci&#281;&#380;ar &#347;wiadomo&#347;ci, &#380;e kt&#243;rego&#347; dnia mo&#380;e spotka&#263; go zawa&#322;, dopa&#347;&#263; nowotw&#243;r lub kt&#243;ra&#347; z innych niezliczonych chor&#243;b, jakie trapi&#261; &#380;ebrak&#243;w. &#346;wiadomo&#347;ci, &#380;e pewnego dnia sam stanie si&#281; ci&#281;&#380;arem. Jak m&#281;&#380;czyzna albo kobieta z zasadami mogliby tak &#380;y&#263;? Wiesz, co musieliby zrobi&#263;?

Miri wiedzia&#322;a. Ale nic nie odpowiedzia&#322;a.

Musieliby pope&#322;ni&#263; samob&#243;jstwo. Potworno&#347;&#263;  narzuci&#263; taki los dziecku, kt&#243;re si&#281; kocha!

Miri wype&#322;z&#322;a spod biurka.

Ale&#380; b-babciu Wszyscy mumusimy kiedy&#347; u-umrze&#263;. N-na-wet ty.

Oczywi&#347;cie  odpar&#322;a Jennifer opanowanym tonem.  Ale kiedy to nast&#261;pi, moja &#347;mier&#263; b&#281;dzie ko&#324;cem d&#322;ugiego i produktywnego &#380;ycia. Umr&#281; jako pe&#322;noprawny cz&#322;onek naszej spo&#322;eczno&#347;ci. I nie chcia&#322;abym, &#380;eby moje dzieci lub wnuki spotka&#322;o co&#347; gorszego. Nie zgodzi&#322;abym si&#281;, &#380;eby spotka&#322;o ich co&#347; gorszego. Podobnie matka Joan.

Miri rozwa&#380;y&#322;a to sobie starannie. W jej g&#322;owie zawi&#261;zywa&#322;y si&#281; skomplikowane sieci my&#347;li. W ko&#324;cu z b&#243;lem pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;.

A Jennifer o&#347;wiadczy&#322;a tak, jakby nie odnios&#322;a w&#322;a&#347;nie zwyci&#281;stwa:

My&#347;l&#281;, &#380;e jeste&#347; ju&#380; do&#347;&#263; doros&#322;a, by m&#243;c ogl&#261;da&#263; przekazy z Ziemi. Ustanowili&#347;my limit czternastu lat, bo uwa&#380;ali&#347;my, &#380;e najpierw nale&#380;y uformowa&#263; was nale&#380;ycie, wpoi&#263; wam  tobie i innym dzieciom  nasze zasady, zanim wam poka&#380;emy, w jaki spos&#243;b narusza si&#281; je na Ziemi. Mo&#380;e si&#281; pomylili&#347;my, szczeg&#243;lnie je&#347;li chodzi o was, Superdzieci. Ci&#261;gle jeszcze nie wiemy, jak do was podchodzi&#263;, skarbie. Ale by&#263; mo&#380;e by&#322;oby lepiej, gdyby&#347; sama zobaczy&#322;a, jakie to paso&#380;ytnicze i marnotrawne &#380;ycie preferuj&#261; &#380;ebracy; teraz nazywaj&#261; siebie Amatorami &#379;ycia.

Miri czu&#322;a dziwn&#261; niech&#281;&#263; do ogl&#261;dania przekaz&#243;w z Ziemi  niech&#281;&#263;, kt&#243;rej z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; a&#380; do dzi&#347; nie odczuwa&#322;a. Niemniej jeszcze raz kiwn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Babcia pachnia&#322;a perfumowanym myd&#322;em i czysto&#347;ci&#261;. Jej d&#322;ugie w&#322;osy, zebrane w w&#281;ze&#322;, l&#347;ni&#322;y jak czarne szk&#322;o. Miri nie&#347;mia&#322;o po&#322;o&#380;y&#322;a d&#322;o&#324; na kolanie Jennifer.

I jeszcze jedna rzecz, kochanie  dorzuci&#322;a Jennifer.  Dwana&#347;cie lat to za du&#380;o jak na &#322;zy, szczeg&#243;lnie je&#347;li w gr&#281; wchodzi twarda &#380;yciowa konieczno&#347;&#263;. Ju&#380; sama konieczno&#347;&#263; przetrwania wymaga od nas tak wiele, &#380;e nie ma tu miejsca na p&#322;acz. Zapami&#281;taj to sobie.

Zazapami&#281;tam  odpar&#322;a Miri.

Nazajutrz zobaczy&#322;a, jak Joan idzie z kopu&#322;y swoich rodzic&#243;w w stron&#281; parku. Miri zawo&#322;a&#322;a na ni&#261;, ale Joan nie przystan&#281;&#322;a ani nie odwr&#243;ci&#322;a g&#322;owy. Po chwili Miri zadar&#322;a dumnie podbr&#243;dek i pomaszerowa&#322;a w inn&#261; stron&#281;.



20

PI&#280;CIU M&#321;ODYCH M&#280;&#379;CZYZN PODPE&#321;Z&#321;O DO DRUCIANEJ siatki ogrodzenia, staraj&#261;c si&#281; trzyma&#263; w cieniu nie przyci&#281;tych drzew i krzew&#243;w i porzuconej, zapadni&#281;tej w sobie &#322;awki, s&#322;owem: po&#347;r&#243;d czego&#347;, co niegdy&#347; mog&#322;o by&#263; parkiem. Ksi&#281;&#380;yc na wschodzie w&#281;drowa&#322; wysoko, pokrywaj&#261;c ogrodzenie p&#322;aszczem srebra. Oka siatki by&#322;y spore, a spleciono j&#261; z cienkiego i niezbyt mocnego drutu. Najpewniej s&#322;u&#380;y&#322;a tylko jako swego rodzaju wizualny wyznacznik, prawdziw&#261; za&#347; gwarancj&#261; bezpiecze&#324;stwa by&#322;o pole Y. Je&#347;li tak, to mglisty blask pola by&#322; nie do wypatrzenia w ksi&#281;&#380;ycowej po&#347;wiacie i trudno by&#322;o oszacowa&#263; jego wysoko&#347;&#263;.

Rzucajcie wysoko  szepn&#261;&#322; Dan ze swego fotela do ch&#322;opaka, kt&#243;ry znalaz&#322; si&#281; najbli&#380;ej niego. Ca&#322;a pi&#261;tka odziana by&#322;a w czarne, plastykowe ubrania i czarne buciory. Dan pami&#281;ta&#322; imiona tylko trzech spo&#347;r&#243;d nich. Pozna&#322; wszystkich tego zaledwie popo&#322;udnia w barze, wkr&#243;tce po tym, jak przypa&#322;&#281;ta&#322; si&#281; do tego miasta. Podejrzewa&#322;, &#380;e s&#261; m&#322;odsi od niego, dziewi&#281;tnastolatka, ale to bez znaczenia. Mieli kredyty z opieki spo&#322;ecznej na alkohol i prochy, wi&#281;c dlaczego mia&#322;by si&#281; przejmowa&#263;, ile maj&#261; lat? Dlaczego w og&#243;le czymkolwiek mia&#322;by si&#281; przejmowa&#263;?

Teraz!  krzykn&#261;&#322; kt&#243;ry&#347;.

Ruszyli p&#281;dem przed siebie. W&#243;zek Dana zapl&#261;ta&#322; si&#281; w k&#281;pk&#281; twardego, nie &#347;cinanego zielska, a on sam polecia&#322; g&#322;ow&#261; do przodu. Pasy utrzyma&#322;y go na miejscu, a w&#243;zek po chwili wypl&#261;ta&#322; si&#281; i ruszy&#322; dalej, lecz inni dotarli do pola Y przed nim. Cisn&#281;li swe prowizoryczne bomby, zrobione z benzyny, kt&#243;r&#261; zrabowali z opuszczonej staromodnej farmy. Nikt z wyj&#261;tkiem Dana nie wiedzia&#322;, co to takiego, tak jak nikt nie s&#322;ysza&#322; nigdy o koktajlu Mo&#322;otowa. W ca&#322;ym towarzystwie on jeden potrafi&#322; czyta&#263;.

Cholera!  wrzasn&#261;&#322; najm&#322;odszy. Jego bomba uderzy&#322;a chyba w sam czubek pola energetycznego, eksplodowa&#322;a i obsypa&#322;a such&#261; traw&#281; deszczem p&#322;on&#261;cego plastyku. Podobnie sta&#322;o si&#281; z dwoma pozosta&#322;ymi bombami, a czwarty ch&#322;opiec upu&#347;ci&#322; swoj&#261; i zacz&#261;&#322; ucieka&#263; z krzykiem. Jego koszula zaj&#281;&#322;a si&#281; od p&#322;on&#261;cego od&#322;amka.

Dan zbli&#380;y&#322; si&#281; do ogrodzenia i rzuci&#322;. Jego pot&#281;&#380;nie umi&#281;&#347;nione rami&#281;  wynik nieustannych &#263;wicze&#324;  pos&#322;a&#322;o bomb&#281; wysoko ponad ogrodzeniem. Po obu stronach pola p&#322;on&#281;&#322;a sucha trawa.

Karl dosta&#322;!  wrzeszcza&#322; kto&#347;. Trzej pozostali ch&#322;opcy pop&#281;dzili do swoich skuter&#243;w. Jeden z nich powali&#322; Karla na ziemi&#281; i tarza&#322; go w trawie. Da&#324; siedzia&#322; nieruchomo w swym w&#243;zku, patrzy&#322; w ogie&#324; i s&#322;ucha&#322; dzwonka alarmowego, g&#322;o&#347;niejszego nawet ni&#380; krzyk poparzonego ch&#322;opca.



* * *


Kto&#347; przyszed&#322; ci&#281; wydosta&#263;, popierdole&#324;cu  obwie&#347;ci&#322; zast&#281;pca szeryfa i z hukiem otworzy&#322; drzwi aresztu.

Dan, siedz&#261;cy na kamiennej pryczy, uni&#243;s&#322; butnie wzrok, lecz wyraz jego twarzy zmieni&#322; si&#281; natychmiast, kiedy tylko dostrzeg&#322;, kim jest jego zbawca.

To ty?! Po kiego?!

Spodziewali&#347;my si&#281; Leishy?  rzuci&#322; Erik Bevington-Watrous.  To &#378;le si&#281; spodziewali&#347;my. Tym razem masz mnie.

Znudzi&#322;o jej si&#281; wyci&#261;ganie mnie z mamra?

Nawet je&#347;li tak nie jest, to powinno tak by&#263;  odparowa&#322; Erik.

Dan przygl&#261;da&#322; mu si&#281; uwa&#380;nie, pr&#243;buj&#261;c dostosowa&#263; si&#281; do tej ozi&#281;b&#322;ej pogardy, jak&#261; okazywa&#322; mu Erik. Mia&#322; na sobie czarne bawe&#322;niane spodnie, bluz&#281; z marszczonego materia&#322;u i czarny p&#322;aszcz  odzienie konserwatywne, lecz zarazem modne. Mia&#322; argenty&#324;skie buty ze sk&#243;ry, elegancko przystrzy&#380;one w&#322;osy i l&#347;ni&#261;c&#261; zdrowiem cer&#281;. Wygl&#261;da&#322; jak przystojny m&#322;ody W&#243;&#322;, przyzwyczajony do rz&#261;dzenia, podczas gdy on sam  wiedzia&#322; o tym doskonale  wygl&#261;da&#322; jak Amator &#379;ycia, kt&#243;ry stoczy&#322; si&#281; tak nisko, &#380;e niewiele ma z tego &#380;ycia uciechy. W ko&#324;cu przecie&#380; nim by&#322;. Wykraczaj&#261;c poza w&#322;asne pole widzenia, co ostatnio sta&#322;o si&#281; jego ulubionym sposobem ogl&#261;dania rzeczywisto&#347;ci, ujrza&#322; Erika i siebie jako g&#322;adki, ch&#322;odny, jajowaty kszta&#322;t unosz&#261;cy si&#281; wok&#243;&#322; zniekszta&#322;conej i poszarpanej, postrz&#281;pionej piramidy.

Ale w ko&#324;cu, kto w&#322;a&#347;ciwie go tak zniekszta&#322;ci&#322;? Kto sprawi&#322;, &#380;e jest kalek&#261;? Czyja pieprzona wspania&#322;omy&#347;lno&#347;&#263; pokaza&#322;a mu dobitnie, jak sam by&#322; bezwarto&#347;ciowy przy wszystkich tych popierdolonych Wo&#322;ach?

A je&#347;li nie mam ochoty st&#261;d wychodzi&#263;?

No to sobie tu gnij  odpar&#322; Erik.  Mnie osobi&#347;cie to nie rusza.

Dlaczego niby mia&#322;oby ci&#281; rusza&#263;? Ciebie w tym twoim prezesowskim garniturku, z t&#261; ca&#322;&#261; twoj&#261; bezsenn&#261; wy&#380;szo&#347;ci&#261; i z wszystkimi pieni&#281;dzmi twojej ciotuni?

Erika nie rusza&#322;y tak&#380;e jego szyderstwa.

Teraz to moje pieni&#261;dze. Zarabiam na siebie. W przeciwie&#324;stwie do ciebie, Arlen.

Niekt&#243;rym z nas przychodzi to troch&#281; trudniej.

Och tak, wi&#281;c powinni&#347;my si&#281; nad tob&#261; u&#380;ali&#263;. Biedny Dan. Biedny, &#347;mierdz&#261;cy i kaleki drobny kryminalista Dan  rzuci&#322; Erik tak beznami&#281;tnym i doros&#322;ym tonem, &#380;e Dan a&#380; zamruga&#322; ze zdumienia. Erik by&#322; zaledwie dwa lata starszy od niego, a przecie&#380; nawet Leisha nie potrafi&#322;a wt&#322;oczy&#263; w g&#322;os tyle oboj&#281;tno&#347;ci.

Gdyby potrafi&#322;a, czy kt&#243;ry&#347; z nich znajdowa&#322;by si&#281; teraz w tej celi?

Ta my&#347;l przepe&#322;z&#322;a mu przez g&#322;ow&#281; jak w&#322;ochaty robak, pozostawiaj&#261;c &#347;liski &#347;lad, kt&#243;ry b&#322;yszcza&#322; nawet w ciemno&#347;ciach.

Stra&#380;nik!  zawo&#322;a&#322; Erik.  Wychodzimy.

Nikt nie odpowiedzia&#322;. Nikt nie wspomnia&#322; nawet o zarzutach, adwokatach, pieni&#261;dzach na kaucj&#281;  o ca&#322;ym tym systemie prawnym, kt&#243;ry mia&#322; funkcjonowa&#263; w oparciu o zasad&#281; r&#243;wno&#347;ci wobec prawa wszystkich cholernych zasra&#324;c&#243;w w tym kraju.

Dan dowl&#243;k&#322; si&#281; na &#322;okciach do swojego fotela, kt&#243;ry postawiono tu&#380; przy kratach. Nikt mu nie pom&#243;g&#322; na nim usi&#261;&#347;&#263;. Pojecha&#322; za Erikiem  dlaczego by nie? A c&#243;&#380; to ma do cholery za znaczenie, czy si&#281; jest w wi&#281;zieniu czy na wolno&#347;ci, czy si&#281; gnije na tym zadupiu czy gdziekolwiek indziej?

Gdyby&#347; naprawd&#281; tak uwa&#380;a&#322;, zosta&#322;by&#347; tutaj  rzuci&#322; przez rami&#281; Erik, nawet nie zwalniaj&#261;c, a Dan kolejny raz odczu&#322; to samo: byli po prostu bystrzejsi. Wiedzieli. Cholerni Bezsenni.

Czeka&#322; na nich samoch&#243;d. Dan skierowa&#322; sw&#243;j w&#243;zek w inn&#261; stron&#281;, ale zanim zd&#261;&#380;y&#322; ruszy&#263;, Erik b&#322;yskawicznie za&#322;o&#380;y&#322; mu blokad&#281; Y na tablic&#281; rozdzielcz&#261; przy oparciu fotela.

Ej, ty!

Zamknij si&#281;.

Dan wymierzy&#322; cios, ale Erik by&#322; szybszy  trzasn&#261;&#322; go w podbr&#243;dek, nie na tyle silnie, &#380;eby z&#322;ama&#263; szcz&#281;k&#281;, lecz wystarczaj&#261;co, by do samych skroni pos&#322;a&#263; fal&#281; przeszywaj&#261;cego b&#243;lu. Kiedy b&#243;l nieco ust&#261;pi&#322;, Dan by&#322; ju&#380; skuty kajdankami.

Kl&#261;&#322;, przywo&#322;uj&#261;c na pami&#281;&#263; ka&#380;de najgorsze &#347;wi&#324;stwo, jakie us&#322;ysza&#322; w ci&#261;gu osiemnastu miesi&#281;cy w&#322;&#243;cz&#281;gi. Erik nie zwraca&#322; na to najmniejszej uwagi. D&#378;wign&#261;&#322; Dana z w&#243;zka i wrzuci&#322; go na tylne siedzenie samochodu, gdzie czeka&#322; ju&#380; ochroniarz. Ten usadowi&#322; Dana pieczo&#322;owicie na siedzeniu, spojrza&#322; mu g&#322;&#281;boko w oczy i powiedzia&#322; tylko:

Ani mi si&#281; wa&#380;.

Erik w&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; za kierownic&#281;. To by&#322;a nowa moda w&#347;r&#243;d Wo&#322;&#243;w  woleli prowadzi&#263; sami. Dan zignorowa&#322; ochroniarza i uni&#243;s&#322; nad g&#322;ow&#261; skute kajdankami ramiona, &#380;eby trzasn&#261;&#263; Erika w kark. Ochroniarz b&#322;yskawicznie chwyci&#322; go za wzniesione ramiona i zrobi&#322; z nimi co&#347; takiego, &#380;e Dan zas&#322;ab&#322;, o&#347;lepiony b&#243;lem. Zacz&#261;&#322; &#322;ka&#263;.

Zabrali go do jakiego&#347; motelu dla Amator&#243;w &#379;ycia, gdzie za kredyty z opieki spo&#322;ecznej wynajmowa&#322;o si&#281; pokoje na imprezy z prochami lub seksem. Erik z ochroniarzem rozebrali go do naga i wrzucili do wielkiej, czteroosobowej wanny. Dan zanurzy&#322; si&#281; z g&#322;ow&#261;. Opi&#322; si&#281; wody, zanim zdo&#322;a&#322; si&#281; wynurzy&#263;. &#379;aden mu nie pom&#243;g&#322;. Erik wla&#322; do wanny p&#243;&#322; butelki genomodyfikowanych wy&#380;eraczy brudu. Ochroniarz rozebra&#322; si&#281; tak&#380;e, wlaz&#322; do wanny i zabra&#322; si&#281; do szorowania.

Potem by&#322;y pasy na &#322;&#243;&#380;ku.

Zwi&#261;zany, bezsilny bez swego w&#243;zka, Dan le&#380;a&#322; przeklinaj&#261;c w&#322;asne &#322;zy, podczas gdy Erik zawis&#322; nad nim gro&#378;nie, a ochroniarz poszed&#322; si&#281; przej&#347;&#263;.

Nie mam poj&#281;cia, dlaczego ona tak si&#281; tob&#261; przejmuje, Arlen. Zaoferowano ci ka&#380;d&#261; mo&#380;liwo&#347;&#263; i wiele troski, a ty za ka&#380;dym razem nawali&#322;e&#347;. Jeste&#347; g&#322;upi, brak ci dyscypliny i mimo swoich dziewi&#281;tnastu lat nie masz nawet tyle przyzwoito&#347;ci, &#380;eby zapyta&#263;, co si&#281; dzieje z twoim koleg&#261;, kt&#243;ry zaj&#261;&#322; si&#281; ogniem przez twoj&#261; bezmy&#347;ln&#261; &#380;&#261;dz&#281; destrukcji. Jako ludzka istota jeste&#347; kompletn&#261; kl&#281;sk&#261;, nawet jak na standardy Amator&#243;w &#379;ycia, ale zamierzam da&#263; ci jeszcze jedn&#261; szans&#281;. I zapami&#281;taj sobie dobrze: nic z tego, co ci si&#281; przytrafi, nie wysz&#322;o od Leishy. Ona nawet o tym nie wie. To m&#243;j prezent dla ciebie.

Dan plun&#261;&#322; na niego, lecz &#347;lina pad&#322;a niedaleko, na kamienn&#261; pod&#322;og&#281;. Erik nawet si&#281; nie skrzywi&#322;, tylko odwr&#243;ci&#322; si&#281; i wyszed&#322;.

Zostawili go tam, zwi&#261;zanego, na ca&#322;&#261; noc. Nast&#281;pnego ranka ochroniarz pr&#243;bowa&#322; karmi&#322; Dana &#322;y&#380;eczk&#261; jak niemowl&#281;. Dan wyplu&#322; mu jedzenie prosto w twarz. Ochroniarz od niechcenia trzasn&#261;&#322; go w szcz&#281;k&#281;, po czym spokojnie wywali&#322; reszt&#281; &#347;niadania do zsypu na &#347;mieci. Rzuci&#322; Danowi czyste gatki i najta&#324;sze z mo&#380;liwych ubranie z przydzia&#322;u: wi&#261;zane tasiemk&#261; spodnie i lu&#378;n&#261; koszul&#281; z szarego, biorozk&#322;adalnego materia&#322;u. Dan z wysi&#322;kiem naci&#261;gn&#261;&#322; spodnie; ba&#322; si&#281;, &#380;e w przeciwnym razie wrzuc&#261; go do samochodu na golasa. Z powodu kajdanek nie m&#243;g&#322; sobie poradzi&#263; z koszul&#261;. Przycisn&#261;&#322; j&#261; kurczowo do piersi, kiedy ochroniarz wynosi&#322; go, bosego, na dw&#243;r.

Jechali cztery, mo&#380;e pi&#281;&#263; godzin, zatrzymuj&#261;c si&#281; tylko jeden jedyny raz. Na kr&#243;tko przedtem ochroniarz zawi&#261;za&#322; Danowi oczy. Nas&#322;uchiwa&#322; z uwag&#261;, kiedy Erik wysiad&#322; z samochodu, ale s&#322;ysza&#322; tylko jakie&#347; niewyra&#378;ne mamrotanie w j&#281;zyku, kt&#243;ry m&#243;g&#322;, ale nie musia&#322; by&#263; hiszpa&#324;skim. Po chwili samoch&#243;d zn&#243;w ruszy&#322;. W ko&#324;cu ochroniarz zdj&#261;&#322; mu chustk&#281; z oczu  pustynny krajobraz nie uleg&#322; najmniejszej zmianie. Danowi p&#281;ka&#322; p&#281;cherz, a&#380; w ko&#324;cu zmuszony by&#322; popu&#347;ci&#263; w spodnie.

Po raz drugi zatrzymali si&#281; przed niskim, rozleg&#322;ym i pozbawionym okien budynkiem, przypominaj&#261;cym hangar lotniczy. Dan nie mia&#322; poj&#281;cia, w jakim mie&#347;cie si&#281; znale&#378;li ani w jakim stanie. Przez ca&#322;y ranek Erik nie odezwa&#322; si&#281; ani razu.

Ja tam nie wejd&#281;!

Zdejmij mu najpierw te zaszczane portki, Pat  rzek&#322; z wyra&#378;nym obrzydzeniem Erik.

Ochroniarz z&#322;apa&#322; za ko&#324;ce nogawek i szarpn&#261;&#322;. Dan pr&#243;bowa&#322; walczy&#263;, lecz jego bezproduktywna m&#322;ocka usta&#322;a z chwil&#261;, gdy zauwa&#380;y&#322; przechadzaj&#261;c&#261; si&#281; od niechcenia ziemn&#261; kuku&#322;k&#281;. Z dzioba zwisa&#322; jej na p&#243;&#322; zjedzony w&#261;&#380;. Na zielonej sk&#243;rze grzbietu pomara&#324;czone litery uk&#322;ada&#322;y si&#281; w s&#322;owo puta.

Znajdowali si&#281; w miejscu, gdzie nielegalnej in&#380;ynierii genetycznej nie trzeba nawet kry&#263; przed glinami.

Wewn&#261;trz budynku ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; niesko&#324;czenie d&#322;ugie szare korytarze, poblokowane polami energii Y. Przy ka&#380;dym punkcie kontrolnym Erik podchodzi&#322; do analizatora siatk&#243;wkowego i przepuszczano go bez jednego s&#322;owa. Cokolwiek mia&#322;o teraz nast&#261;pi&#263;, zosta&#322;o zaaran&#380;owane wcze&#347;niej.

Strach w &#347;rodku Dana sta&#322; si&#281; szar&#261;, rozprzestrzeniaj&#261;c&#261; si&#281;, bezkszta&#322;tn&#261; mazi&#261;, a jej bezkszta&#322;tno&#347;&#263; powodowa&#322;a jeszcze wi&#281;kszy l&#281;k.

Nareszcie jaki&#347; pok&#243;j z bia&#322;&#261;, czyst&#261; kozetk&#261;. Na ni&#261; w&#322;a&#347;nie rzuci&#322; go Pat. Dan przeturla&#322; si&#281; na drug&#261; stron&#281; i waln&#261;&#322; o pod&#322;og&#281; zupe&#322;nie na to nie przygotowany. Pr&#243;bowa&#322; powlec si&#281;, nagi, w stron&#281; drzwi. Pat zgarn&#261;&#322; go z ziemi bez &#380;adnego wysi&#322;ku  podrasowane mi&#281;&#347;nie  i wrzuci&#322; z powrotem na kozetk&#281;, po czym przypi&#261;&#322; pasami. Kto&#347;, kogo Dan nie m&#243;g&#322; zobaczy&#263;, dotkn&#261;&#322; jego g&#322;owy elektrod&#261;.

Wrzasn&#261;&#322;. Pok&#243;j sta&#322; si&#281; pomara&#324;czowy, potem poczerwienia&#322; od jasnych, gorej&#261;cych punkcik&#243;w, z kt&#243;rych ka&#380;dy pali&#322; &#380;ywym ogniem jego cia&#322;o. Ale to wszystko dzia&#322;o si&#281; tylko w jego my&#347;lach, dot&#261;d nie dotkn&#281;&#322;o go nic pr&#243;cz ch&#322;odnego metalu. Ale mieli zamiar, chcieli mu wypali&#263; m&#243;zg

Dan  powiedzia&#322; mi&#281;kko Erik tu&#380; przy jego uchu  pos&#322;uchaj mnie. To nie b&#281;dzie elektroniczna lobotomia. To nowa technika genomodyfikacji. Zara&#380;&#261; ci m&#243;zg genomodyfikowanym wirusem, kt&#243;ry uniemo&#380;liwi blokowanie przep&#322;ywu obraz&#243;w z obrze&#380;y do kory m&#243;zgowej. Obrze&#380;a to starsza i prymitywniejsza cz&#281;&#347;&#263; m&#243;zgu. Potem biowspomaganie b&#281;dzie przystosowywa&#263; twoje fale m&#243;zgowe, dop&#243;ki kora m&#243;zgowa nie przyswoi sobie &#347;cie&#380;ek, za pomoc&#261; kt&#243;rych b&#281;dzie mog&#322;a przetwarza&#263; te obrazy w czynno&#347;&#263; theta. Rozumiesz?

Nie rozumia&#322;. Strach zala&#322; ju&#380; resztk&#281; jego umys&#322;u, ta szara bulgoc&#261;ca ma&#378; wystrzeli&#322;a ponad rozpalone do czerwono&#347;ci oparzeliny, a potem kto&#347; krzykn&#261;&#322; i zala&#322;a go fala wstydu, &#380;e to on sam. Potem maszyn&#281; w&#322;&#261;czono, a pok&#243;j znikn&#261;&#322;.

Le&#380;a&#322; na tej kozetce przez sze&#347;&#263; dni. Z kropl&#243;wki s&#261;czy&#322;y si&#281; substancje od&#380;ywcze, cewnikiem odp&#322;ywa&#322; mocz. Dan nie by&#322; &#347;wiadom &#380;adnego z tych proces&#243;w. Przez sze&#347;&#263; dni subtelne elektrochemiczne &#347;cie&#380;ki w jego m&#243;zgu wzmacnia&#322;y si&#281; i poszerza&#322;y. Pozbawione chemicznych blokad obrazy w&#281;drowa&#322;y swobodnie z pod&#347;wiadomo&#347;ci, ze strefy pami&#281;ci rasowej, ze starszych, gadzich partii m&#243;zgu do nowszej, ukszta&#322;towanej przez zasady &#380;ycia spo&#322;ecznego kory m&#243;zgowej, kt&#243;ra zwykle otrzymywa&#322;a je bez filtr&#243;w tylko poprzez sny oraz symbole i pewnie za&#322;ama&#322;aby si&#281; z wrzaskiem rozpaczy, gdyby nie solidna podstawa genomodyfikowanych lek&#243;w, kt&#243;ra trzyma&#322;a j&#261; w kupie.

Przycupn&#261;&#322; na skale w blasku s&#322;o&#324;ca. Mia&#322; szpony, k&#322;y, futro, pi&#243;ra i &#322;uski. Jego paszcza rozdziera&#322;a i szarpa&#322;a co&#347; skaml&#261;cego bezsilnie, krew &#347;cieka&#322;a mu po twarzy, po wyd&#322;u&#380;onym ryju, po rogowej koronie. Zapach krwi go podnieca&#322;, a w uszach szumia&#322;o rytmicznie: To moje, moje, moje 

Wzni&#243;s&#322; si&#281; na tylnych &#322;apach, pot&#281;&#380;nych jak dwie kolumny, i trzasn&#261;&#322; od&#322;amkiem ska&#322;y w g&#322;ow&#281; tego drugiego. Jego ojciec, wij&#261;c si&#281; w wymiocinach po ostatnim pija&#324;stwie, wznosi&#322; do g&#243;ry r&#281;ce z&#322;o&#380;one w b&#322;agalnym ge&#347;cie. R&#261;bn&#261;&#322; kamieniem z ca&#322;ej sity. W rogu jaskini le&#380;a&#322;a skulona matka, z futrem b&#322;yszcz&#261;cym od proch&#243;w, czeka&#322;a na penis, ju&#380; nap&#281;cznia&#322;y

&#346;cigali go wszyscy  Leisha i ojciec, i jeszcze jakie&#347; wyj&#261;ce stwory, kt&#243;re chcia&#322;y przegry&#378;&#263; mu gard&#322;o, a on bieg&#322;, bieg&#322; przez drzewa, kt&#243;re nie chcia&#322;y ju&#380; sta&#263; nieruchomo, krzewy, kt&#243;re otwiera&#322;y paszcze i pr&#243;bowa&#322;y go schwyta&#263;, przesadza&#322; rzeki, kt&#243;re pr&#243;bowa&#322;y go wessa&#263; A potem krajobraz przeszed&#322; nagle w pustynn&#261; posiad&#322;o&#347;&#263; i by&#322;a tam Leisha, krzycza&#322;a do niego, &#380;e jest nieudacznikiem i &#380;e zas&#322;uguje na &#347;mier&#263;, bo nic nigdy nie potrafi zrobi&#263; jak trzeba, nie mo&#380;e nawet pozostawa&#263; na jawie jak prawdziwi ludzie. Z&#322;apa&#322; Leish&#281; i rzuci&#322; ni&#261; o ziemi&#281;, a w tym momencie przysz&#322;o na&#324; ol&#347;niewaj&#261;ce poczucie wolno&#347;ci, tak niesamowite poczucie w&#322;asnej pot&#281;gi, &#380;e za&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no, a potem oboje, on i Leisha, byli nadzy, ona zwi&#261;zana, a on rozejrza&#322; si&#281; po jej pracowni i rzek&#322; che&#322;pliwie:  To wszystko moje, moje, moje

On nie czuje b&#243;lu  powiedzia&#322; lekarz.  To rzucanie si&#281; to nic innego jak wymuszona przez bombardowanie kory m&#243;zgowej reakcja mi&#281;&#347;ni. Co&#347; jak marzenia senne.

Marzenia senne  powt&#243;rzy&#322; Erik, wpatrzony w wij&#261;ce si&#281; cia&#322;o Dana.  Marzenia senne

Lekarz wzruszy&#322; ramionami, nie z oboj&#281;tno&#347;ci, lecz z ogromnego napi&#281;cia. T&#281; eksperymentaln&#261; technik&#281; psychiatryczn&#261; zastosowano dopiero czwarty raz. Poprzednich troje ludzi nie mia&#322;o tak pot&#281;&#380;nych krewnych czy kim tam by&#322; ten ca&#322;y Smithson dla Bevingtona-Watrousa. Lekarza wcale nie obchodzi&#322;o, kim tamten by&#322;. Znajdowali si&#281; poza granicami Stan&#243;w Zjednoczonych, a w Meksyku prawo tycz&#261;ce genomodyfikacji funkcjonowa&#322;o na zasadzie wydawania bardzo drogich zezwole&#324;. Lekarz mia&#322; takie zezwolenie. Wprawdzie nie dotyczy&#322;o ono tego, czym si&#281; akurat zajmowali, ale z drugiej strony, kt&#243;&#380; m&#243;g&#322;by mie&#263; pozwolenie na co&#347; podobnego? Jeszcze raz wzruszy&#322; ramionami.

To ju&#380; trwa trzeci dzie&#324;  odezwa&#322; si&#281; Erik.  Kiedy zako&#324;czy si&#281; ta faza?

Po&#322;&#261;czenie do pana Bevingtona-Watrousa.  M&#322;oda meksyka&#324;ska piel&#281;gniarka by&#322;a wyra&#378;nie przestraszona.  Pani Leisha Camden.

Erik odwr&#243;ci&#322; si&#281; powoli.

Jak nas znalaz&#322;a?

Nie wiem, prosz&#281; pana. Czy czy podejdzie pan do terminalu?

Nie.

Po minucie piel&#281;gniarka by&#322;a z powrotem.

Prosz&#281; pana, pani Camden kaza&#322;a przekaza&#263;, &#380;e je&#347;li pan z ni&#261; nie porozmawia, b&#281;dzie tu za dwie godziny.

Nie b&#281;d&#281; z ni&#261; rozmawia&#322;  powt&#243;rzy&#322; z uporem Erik, lecz &#378;renice rozszerzy&#322;y mu si&#281;, przez co nagle wyda&#322; si&#281; o wiele m&#322;odszy.  Doktorze, co si&#281; stanie, je&#380;eli przerwiemy teraz zabieg?

Nie wolno go teraz przerwa&#263;. Nie wiemy dok&#322;adnie, jak to ale z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; konsekwencje dla psychiki b&#281;d&#261; nader powa&#380;ne. Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261;.

Erik zn&#243;w zapatrzy&#322; si&#281; na Dana.


Obrazy przesz&#322;y w kszta&#322;ty, lecz nie straci&#322;y swojej to&#380;samo&#347;ci  przeciwnie  zyska&#322;y j&#261;. Kszta&#322;ty to by&#322;y obrazy plus jeszcze co&#347;. Kszta&#322;ty by&#322;y sam&#261; esencj&#261; obraz&#243;w, nale&#380;a&#322;y i zarazem nie nale&#380;a&#322;y do Dana: by&#322;y anio&#322;ami, demonami, bohaterami, l&#281;kami, pragnieniami, impulsami  jego osobistymi, a zarazem og&#243;lnoludzkimi. Nie widzia&#322; ich nikt pr&#243;cz niego, nikt nigdy ich nie ogl&#261;da&#322;, lecz by&#322;y jego w&#322;asnym przek&#322;adem z uniwersali&#243;w, by&#322; tego pewien. Nawet mimo dziwnych lek&#243;w, mimo elektrod i tego przypominaj&#261;cego trans stanu, w jakim si&#281; znajdowa&#322;, jaka&#347; cz&#281;&#347;&#263; jego &#347;wiadomo&#347;ci o tym wiedzia&#322;a Rozpoznawa&#322;a te obrazy i Dan mia&#322; g&#322;&#281;bok&#261; pewno&#347;&#263;, &#380;e nigdy ju&#380; ich nie zapomni i &#380;e jeszcze nie zako&#324;czy&#322; ich tworzenia.


Wprowadzamy w&#322;a&#347;nie czynno&#347;&#263; theta  obja&#347;ni&#322; lekarz.  Za pomoc&#261; elektroniki zmuszamy kor&#281; m&#243;zgow&#261;, by zacz&#281;&#322;a wytwarza&#263; fale charakterystyczne dla snu wolnofalowego.

Erik milcza&#322;.

Jest oczywiste, panie Bevington-Watrous, &#380;e podpisa&#322; pan akt prawny, w kt&#243;rym zrzeka si&#281; pan wszelkich ewentualnych pretensji i roszcze&#324; w sprawie wyniku leczenia pana Smithsona. Upewnia&#322; nas pan tak&#380;e, &#380;e w razie wyst&#261;pienia jakich&#347; problem&#243;w z ekstradycj&#261; jest pan w stanie

Nie wszyscy Bezsenni s&#261; jednakowo silni, doktorze. Ja, na ten przyk&#322;ad, jestem wystarczaj&#261;co silny, by za&#322;atwi&#263; spraw&#281; ekstradycji, ale nie jestem tak pot&#281;&#380;ny jak moja ciotka. I lepiej b&#281;dzie, je&#347;li ju&#380; teraz przyjmie pan to do wiadomo&#347;ci. Bo inaczej ju&#380; ona si&#281; o to postara  i to wzgl&#281;dem nas obu.


To nie by&#322; sen. Obrazy maszerowa&#322;y nieprzerwanie z obrze&#380;y do otwartych partii jego umys&#322;u, a on je widzia&#322;, on je zna&#322;. Ale teraz i on w&#281;drowa&#322; mi&#281;dzy nimi  on, Dan, uprzywilejowany lunatycznym rozdwojeniem, u&#347;piony, a mimo to zdolny kontrolowa&#263; w&#322;asne mi&#281;&#347;nie. Przesuwa&#322; si&#281; mi&#281;dzy kszta&#322;tami, zmienia&#322; je, przetwarza&#322; i kszta&#322;towa&#322; przez sw&#243;j sen na jawie.


EEG wykazuje czynno&#347;&#263; delta, bo pacjent jest teraz g&#322;&#281;boko pogr&#261;&#380;ony w &#347;nie wolnofalowym  m&#243;wi&#322; lekarz, nie bardzo wiadomo, do Erika czy do siebie samego.  Wi&#281;kszo&#347;&#263; marze&#324; sennych odbywa si&#281; w fazie rem, lecz niekt&#243;re wyzwalaj&#261; si&#281; tylko podczas snu wolnofalowego i to jest bardzo wa&#380;ne. Nasze leczenie opiera si&#281; na ustaleniu, &#380;e ograniczona w trwaniu faza snu wolnofalowego wi&#261;&#380;e si&#281; zwykle ze schizofreni&#261;, aktami przemocy i generalnie z&#322;&#261; regulacj&#261; faz snu. Przez wykuwanie sztucznych &#347;cie&#380;ek mi&#281;dzy nie&#347;wiadomymi impulsami a faz&#261; snu wolnofalowego zmuszamy m&#243;zg, by przeciwstawia&#322; si&#281; i powstrzymywa&#322; impulsy, kt&#243;re s&#261; powodem niew&#322;a&#347;ciwych zachowa&#324;. Teoria m&#243;wi, &#380;e w rezultacie otrzymujemy stan znacznie g&#322;&#281;bszego uspokojenia, kt&#243;remu nie towarzyszy jednak ospa&#322;e ot&#281;pienie, jakie jest wynikiem dzia&#322;ania tradycyjnych &#347;rodk&#243;w antydepresyjnych. W istocie to dopiero jest prawdziwe uspokojenie, oparte na nowym po&#322;&#261;czeniu m&#243;zgowym mi&#281;dzy dwiema wojuj&#261;cymi Panie Bevington-Watrous, nikt nie przedostanie si&#281; przez system ochronny w tym budynku.

Kto go projektowa&#322;?

Kevin Baker. Oczywi&#347;cie przez podstawionych pe&#322;nomocnik&#243;w. Erik tylko si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

Dan oddycha&#322; r&#243;wno i g&#322;&#281;boko, mia&#322; zamkni&#281;te oczy, a jego pot&#281;&#380;ny tors i pozbawione mi&#281;&#347;ni nogi le&#380;a&#322;y teraz zupe&#322;nie nieruchomo.


By&#322; panem kosmosu. Wszystko, co si&#281; w nim znajdowa&#322;o, przesuwa&#322;o si&#281; teraz przez jego umys&#322;, a on przekszta&#322;ca&#322; je swoim snem na jawie, a&#380; stawa&#322;o si&#281; jego w&#322;asno&#347;ci&#261;. On, kt&#243;ry dot&#261;d nie mia&#322; nic i by&#322; nikim, teraz by&#322; panem wszystkiego.

Mgli&#347;cie, przez sen, us&#322;ysza&#322; pierwsze d&#378;wi&#281;ki dzwonka alarmowego.



* * *


Wytropienie ich zaj&#281;&#322;o jej bite cztery dni. A uda&#322;o si&#281; tylko dlatego, &#380;e w ko&#324;cu zadzwoni&#322;a do Kevina Bakera, &#380;eby poprosi&#263; go o pomoc.

Wpatruj&#261;c si&#281; to w pod&#322;&#261;czonego do jakich&#347; aparat&#243;w Dana, to w Erika, &#347;ciskaj&#261;cego w&#322;asny &#322;okie&#263; jak krn&#261;brny uczniak, Leisha my&#347;la&#322;a: Teraz ju&#380; nie mo&#380;emy si&#281; cofn&#261;&#263;. My&#347;l ta by&#322;a wyra&#378;na, ch&#322;odna i stanowcza, i nie obchodzi&#322;o jej wcale, &#380;e przy tym zarazem teatralna i niejasna. Wnuk Alice sta&#322; nad &#346;pi&#261;cym, kt&#243;rego wykorzysta&#322;, jakby ten by&#322; laboratoryjnym szczurem albo defektywnym chromosomem, jakby sam nale&#380;a&#322; do tych wszystkich nienawistnik&#243;w, kt&#243;rzy przez trzy czwarte wieku spogl&#261;daj&#261; na Bezsennych jak na nieudany eksperyment lub defekt natury. Jakby by&#322; Calvinem Hawkiem, Davem Hannawayem albo Adamem Walcottem. Albo Jennifer Sharifi.

Wnuk Alice. Bezsenny.

Dan le&#380;a&#322; nagi. Kiedy sen przegoni&#322; z jego twarzy zwyk&#322;y wyraz goryczy, nie wygl&#261;da&#322; nawet na swoje dziewi&#281;tna&#347;cie lat. Przypomina&#322; tamto dziecko, kt&#243;re przyby&#322;o kiedy&#347; do niej na pustyni&#281;, bu&#324;czuczne i pewne siebie. Mam zamiar mie&#263; kt&#243;rego&#347; dnia Azyl na w&#322;asno&#347;&#263;. Uwi&#281;d&#322;e nogi nie pasowa&#322;y zupe&#322;nie do umi&#281;&#347;nionego, m&#281;skiego torsu. Na piersiach mia&#322; blizn&#281; po no&#380;u, na prawym ramieniu &#347;wie&#380;e oparzeliny, a na szcz&#281;ce si&#324;ce. Leisha wiedzia&#322;a, &#380;e ca&#322;&#261; odpowiedzialno&#347;&#263; za to wszystko ponosi ona i jej otoczenie. Lepiej by&#322;o pozostawi&#263; go samemu sobie, wygoni&#263; go wtedy, dziewi&#281;&#263; lat temu, a nie pr&#243;bowa&#263; zrobi&#263; z niego kogo&#347;, kim nigdy nie m&#243;g&#322;by zosta&#263;.

Tatusiu, kiedy urosn&#281;, to wynajd&#281; jaki&#347; spos&#243;b, &#380;eby Alice te&#380; by&#322;a kim&#347; wyj&#261;tkowym! I nigdy tego nie zaprzesta&#322;a&#347;, co, Leisho?

Wobec wszystkich Alice, wszystkich golc&#243;w, wszystkich &#380;ebrak&#243;w, kt&#243;rzy mieliby si&#281; o wiele lepiej, gdyby&#347; da&#322;a im &#347;wi&#281;ty spok&#243;j, ty z t&#261; swoj&#261; aroganck&#261; wyj&#261;tkowo&#347;ci&#261;.

Tony, mia&#322;e&#347; racj&#281;. Oni s&#261; zbyt r&#243;&#380;ni od nas.

Tony

A do Erika rzuci&#322;a ozi&#281;ble:

Opowiesz mi dok&#322;adnie, co mu zrobi&#322;e&#347;. I dlaczego.

Pani Camden, to eksperymental  wtr&#261;ci&#322; gorliwie lekarz.

Ty  m&#243;wi&#322;a nadal do Erika  ty mi opowiesz. Ochroniarze stan&#281;li mi&#281;dzy ni&#261; a lekarzem, odcinaj&#261;c mu dost&#281;p. Nagle ca&#322;e pomieszczenie pe&#322;ne by&#322;o ochroniarzy.

By&#322;em mu to winien  odpar&#322; kr&#243;tko Erik.

To?!

To ostatnia szansa, &#380;eby sta&#322; si&#281; cz&#322;owiekiem.

On by&#322; cz&#322;owiekiem! Jak mo&#380;esz eksperymentowa&#263; sobie na

My te&#380; jeste&#347;my eksperymentami, a funkcjonujemy nie najgorzej  odpar&#322; Erik z tak&#261; wiar&#261; &#380;e Leishy a&#380; dech zapar&#322;o. Czy ona te&#380; by&#322;a kiedy&#347; taka m&#322;oda?

Zawsze spodziewasz si&#281; najgorszego, Leisho  ci&#261;gn&#261;&#322; Erik.  Owszem, podj&#261;&#322;em pewne ryzyko, ale czterej inni pacjenci poddani temu eksperymentowi dobrze na tym wyszli, wi&#281;c

Podj&#261;&#322;e&#347; ryzyko! Wzgl&#281;dem cudzego &#380;ycia! Przecie&#380; ten zak&#322;ad nie ma nawet medycznej licencji!

Prosz&#281; o wybaczenie  wtr&#261;ci&#322; lekarz.  Mam zezwolenie, kt&#243;re

A kt&#243;ry zak&#322;ad eksperymentalny dostanie licencj&#281; w tych czasach?  odparowa&#322; Erik.  Wo&#322;y na to nie pozwol&#261;. Zdusili w zarodku wszelkie badania genetyczne, zanim stan&#261; si&#281; si&#322;&#261;, kt&#243;ra rozwali im to ich status quo, jakie nie Leisho, czterej pozostali pacjenci po tym zabiegu czuj&#261; si&#281; dobrze. S&#261; spokojniejsi, lepiej panuj&#261; nad w&#322;asnymi emocjami, kt&#243;re

Nie mia&#322;e&#347; prawa podj&#261;&#263; takiej decyzji!! S&#322;yszysz? Dan nie wyrazi&#322; na to zgody!

Przez chwil&#281; Erik zn&#243;w wygl&#261;da&#322; jak gniewny, naburmuszony dzieciak, jakim by&#322; niegdy&#347;.

Ja te&#380; nie prosi&#322;em o to, &#380;eby by&#263; tym, kim jestem. Tato zdecydowa&#322; za mnie, &#380;eni&#261;c si&#281; z Bezsenn&#261;. Czy kto&#347; kiedy&#347; w og&#243;le mo&#380;e o czym&#347; decydowa&#263;?

Leisha wytrzeszczy&#322;a na niego oczy. On nie widzia&#322; tu &#380;adnej r&#243;&#380;nicy  naprawd&#281; nie widzia&#322;! Wnuk Alice, uprzywilejowany, a zarazem przez ca&#322;e swoje &#380;ycie odrzucony, kt&#243;ry s&#261;dzi&#322;, &#380;e przez samo to posiad&#322; ju&#380; wszelk&#261; m&#261;dro&#347;&#263;.

Ale czy oni nie my&#347;leli podobnie? Poczynaj&#261;c od Tonyego?

Wargi Dana porusza&#322;y si&#281; mi&#281;kko, kiedy pogr&#261;&#380;ony w g&#322;&#281;bokim &#347;nie ssa&#322; nie istniej&#261;c&#261; pier&#347;.



* * *


Pok&#243;j rozja&#347;nia&#322; si&#281; z wolna: najpierw szarawe cienie, potem per&#322;owa mg&#322;a, w kt&#243;rej dryfowa&#322;y niewyra&#378;ne kszta&#322;ty, wreszcie &#347;wiat&#322;o, czyste i blade. Dan spr&#243;bowa&#322; poruszy&#263; g&#322;ow&#261;. Czu&#322;, &#380;e z k&#261;cika ust sp&#322;ywa mu &#347;lina.

W &#347;rodku g&#322;owy co&#347; mu si&#281; porusza&#322;o, a w&#322;a&#347;ciwie kilka cosi&#243;w, same niezwykle wa&#380;ne. Przesta&#322; zwraca&#263; na nie uwag&#281;  wiedzia&#322;, &#380;e mo&#380;e sobie na to pozwoli&#263;, &#380;e cokolwiek pojawi&#322;o si&#281; w jego g&#322;owie, nie zniknie, dop&#243;ki on tego nie zbada. Nigdy ju&#380; nie zniknie. Mia&#322; to na zawsze, by&#322;o nim. Nie mia&#322; natomiast najmniejszego poj&#281;cia, co to za pok&#243;j. Co si&#281; w nim dzia&#322;o. Kto w nim by&#322;. I po co.

Ju&#380; si&#281; obudzi&#322;  powiedzia&#322; kto&#347; w bieli.

Wykwit&#322;y nad nim jakie&#347; twarze amorficzn&#261; mas&#261;, kt&#243;ra dopiero po chwili zacz&#281;&#322;a si&#281; r&#243;&#380;nicowa&#263;. Twarze piel&#281;gniarek, rzucaj&#261;ce sobie ukradkowe spojrzenia. Niski lekarz o oliwkowej cerze, kt&#243;rego lewa r&#281;ka drga&#322;a gor&#261;czkowo. To drganie dotar&#322;o do Dana; zobaczy&#322; nerwowo&#347;&#263; tamtego, jego strach jako poszarpan&#261; czerwon&#261; lini&#281;, kt&#243;ra rozros&#322;a si&#281; nagle, przyj&#281;&#322;a tr&#243;jwymiarowy kszta&#322;t, a wtedy ta inna rzecz w g&#322;owie Dana ruszy&#322;a jej na spotkanie. No i spotka&#322;y si&#281;, strach i poczucie winy z zak&#261;tk&#243;w jego umys&#322;u, odr&#281;bne, a mimo to nale&#380;&#261;ce do niego. Kszta&#322;ty doktora i Dana zla&#322;y si&#281; w jedno  Erik, koktajl Mo&#322;otowa, p&#322;on&#261;cy Karl  a Dan przyjrza&#322; si&#281; im, poczu&#322; je i wiedzia&#322;, &#380;e pozna&#322; ju&#380; tego cz&#322;owieka. Tego lekarza, kt&#243;ry przez ca&#322;e &#380;ycie balansowa&#322; na granicy ryzyka nie po to, by poprawi&#263; czyj&#347; los, lecz by wype&#322;ni&#263; czym&#347; nico&#347;&#263;, jak&#261; czu&#322; w &#347;rodku. Tego m&#281;&#380;czyzn&#281;, kt&#243;remu nigdy nie wystarcza&#322; sukces (A mo&#380;e mog&#322;em to zrobi&#263; lepiej? A mo&#380;e kto&#347; inny m&#243;g&#322;by zrobi&#263; to lepiej?) i dla kt&#243;rego kl&#281;ska by&#322;a unicestwieniem. Zobaczy&#322;, jak doktor zareagowa&#322;by niegdy&#347; na oblany test, na pacjenta utraconego na rzecz kogo&#347; innego i w ko&#324;cu na zamkni&#281;cie swego obecnego zak&#322;adu. Pierwsze dwa to by&#322;y przygarbione i zgn&#281;bione kszta&#322;ty niepowodze&#324;, trzecim by&#322; rozp&#322;omieniony, radosny triumf, &#380;e t&#281; kl&#281;sk&#281; nie on sam spowodowa&#322;, &#380;e narzucono mu j&#261; z zewn&#261;trz. Tak wi&#281;c by&#322; to w istocie triumf, i to tak&#380;e ujrza&#322; Dan w swoich kszta&#322;tach, kszta&#322;tach bez s&#322;&#243;w, kt&#243;re zapada&#322;y nie w serce  nie odczuwa&#322; szczeg&#243;lnej sympatii  lecz w kolejne warstwy umys&#322;u, jak ro&#347;lina, kt&#243;ra zapuszcza korzenie w coraz g&#322;&#281;bsze warstwy gleby. Nieporuszone drzewo. Drzewo wiadomo&#347;ci, nieme jak wszystkie drzewa wznosz&#261;ce si&#281; na tle nieba.

Zamruga&#322;. Wszystko to trwa&#322;o ledwie mgnienie. A b&#281;dzie wiedzia&#322; o tym na zawsze.

Prosz&#281; unie&#347;&#263; g&#322;ow&#281;  odezwa&#322; si&#281; lekarz szorstko, jakby to Dan m&#243;g&#322; mu wyrz&#261;dzi&#263; krzywd&#281;, a nie na odwr&#243;t, i Dan ujrza&#322; t&#281; szorstko&#347;&#263; w swoich kszta&#322;tach. Inna szorstko&#347;&#263; wyp&#322;yn&#281;&#322;a z g&#322;&#281;bin jego umys&#322;u i po&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z tamt&#261;. Przygl&#261;da&#322; si&#281; uwa&#380;nie. Te kszta&#322;ty by&#322;y nim, ale on sam poza tym by&#322; czym&#347; jeszcze, jak&#261;&#347; odr&#281;bn&#261; jedno&#347;ci&#261;, kt&#243;ra przygl&#261;da&#322;a si&#281; i rozumia&#322;a.

Uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;. Ekran po jego prawej zacz&#261;&#322; popiskiwa&#263; cicho. Doktor wpatrywa&#322; si&#281; w ten ekran z najwy&#380;sz&#261; uwag&#261;.

Do pokoju wpad&#322;a Leisha.

Na jej widok w g&#322;owie Dana eksplodowa&#322;o tyle kszta&#322;t&#243;w, &#380;e nie m&#243;g&#322; si&#281; odezwa&#263;. Pochyli&#322;a si&#281; nad nim i rzuciwszy okiem na ekran, przy&#322;o&#380;y&#322;a mu do czo&#322;a ch&#322;odn&#261; d&#322;o&#324;.

Dan 

Witaj, Leisho.

Jak si&#281; czujesz?

Tylko si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;, bo w &#380;aden spos&#243;b nie potrafi&#322; jej odpowiedzie&#263; na to pytanie.

Nic ci nie b&#281;dzie, ale masz prawo wiedzie&#263; o kilku rzeczach  rzek&#322;a z moc&#261;, a on ujrza&#322;, jak wyra&#378;nie owe s&#322;owa wpisywa&#322;y si&#281; w kszta&#322;t Leishy. Zobaczy&#322; ten prosty, surowy kszta&#322;t, jak walczy z innymi, chaotycznymi kszta&#322;tami, kt&#243;re roztaczaj&#261; wok&#243;&#322; r&#243;&#380;ne odro&#347;l&#261; albo nibyn&#243;&#380;ki i nie daj&#261; si&#281; uj&#261;&#263;, tak jak by tego chcia&#322;a, w prawa i zasady. Sama ta walka przybra&#322;a sw&#243;j w&#322;asny kszta&#322;t, wi&#281;c pr&#243;bowa&#322; niezdarnie nada&#263; mu odpowiednie s&#322;owo, lecz s&#322;owa nigdy nie przychodzi&#322;y mu &#322;atwo. Najbli&#380;sze temu znaczeniu s&#322;owo, jakie uda&#322;o mu si&#281; znale&#378;&#263;, to rycerz, ale i to by&#322;o nieodpowiednie, zbyt blade jak na pot&#281;g&#281; oddzia&#322;ywania owego obrazu  obrazu Leishy walcz&#261;cej o skodyfikowanie pozbawionego praw &#347;wiata. To s&#322;owo nie pasowa&#322;o. Nachmurzy&#322; si&#281;.

Och, nie p&#322;acz, Dan, skarbie, nie p&#322;acz!

Nie mia&#322; najmniejszego zamiaru p&#322;aka&#263;. Nic nie rozumia&#322;a. Jak mog&#322;aby zrozumie&#263;? Sam nie rozumia&#322; tego, co mu si&#281; przydarzy&#322;o czy te&#380; co mu wyrz&#261;dzono, czy jak si&#281; tam sprawy mia&#322;y. Erik chcia&#322; go skrzywdzi&#263;, owszem, ale nie sta&#322;a mu si&#281; &#380;adna krzywda, tylko jeszcze pe&#322;niej sta&#322; si&#281; sob&#261;. Czu&#322; si&#281; tak, jakby przedtem by&#322; w stanie przebiec dwie mile, a teraz dziesi&#281;&#263;. Ci&#261;gle ten sam  te same mi&#281;&#347;nie, ko&#347;ci, serce  jest jednak kim&#347; wi&#281;cej, a to wi&#281;cej oznacza&#322;o przej&#347;cie od zwyczajnego do czego&#347; innego. Niezwyk&#322;ego. Wydawa&#322; si&#281; teraz samemu sobie nadzwyczajny.

Doktorze, on nie mo&#380;e m&#243;wi&#263;!  zawo&#322;a&#322;a Leisha.

Ale&#380; mo&#380;e  rzuci&#322; cierpko lekarz i na kr&#243;tko do Dana powr&#243;ci&#322;y jego kszta&#322;ty: histerycznie nadmuchane podniecenie, kt&#243;re w rzeczywisto&#347;ci by&#322;o strachem i rado&#347;ci&#261;, &#380;e si&#281; go nie okazuje.  Analizy m&#243;zgu nie wykazuj&#261; &#380;adnych uszkodze&#324; o&#347;rodk&#243;w mowy!

Powiedz co&#347;, Dan!  b&#322;aga&#322;a Leisha.

Jeste&#347; taka pi&#281;kna.

Nigdy przedtem tego nie dostrzeg&#322;; jak m&#243;g&#322; tego nie widzie&#263;? Leisha pochyla&#322;a si&#281; nad nim, w&#322;osy mia&#322;a z&#322;ociste jak m&#322;oda dziewczyna, a na twarzy odcisn&#281;&#322;a sw&#243;j &#347;lad zdecydowana moc kobiety w sile wieku. Ujrza&#322; te&#380; kszta&#322;ty, kt&#243;re uformowa&#322;y t&#281; moc: kszta&#322;ty inteligencji i cierpienia. Jak m&#243;g&#322; nie widzie&#263; tego wcze&#347;niej? Jej piersi nabrzmia&#322;y lekko pod cienk&#261; tkanin&#261; bluzki, szyja wznosi&#322;a si&#281; nad ko&#322;nierzykiem jak pe&#322;na ciep&#322;a kolumna, bia&#322;a, w zag&#322;&#281;bieniach subtelnie niebieskawa. A on nigdy przedtem tego nie dostrzeg&#322;. Nie widzia&#322;, jaka Leisha jest pi&#281;kna.

A ona cofn&#281;&#322;a si&#281; lekko, nachmurzona.

Dan Jaki mamy rok? W jakim mie&#347;cie ci&#281; aresztowano?

Roze&#347;mia&#322; si&#281;. &#346;miech wywo&#322;a&#322; b&#243;l w klatce piersiowej i dopiero teraz Dan zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e jego pier&#347; opasuje gruba ta&#347;ma, a r&#281;ce przypi&#281;te s&#261; pasami.

Do pokoju wszed&#322; Erik, stan&#261;&#322; w nogach &#322;&#243;&#380;ka, a na widok jego powa&#380;nej twarzy w g&#322;owie Dana zak&#322;&#281;bi&#322;y si&#281; nowe kszta&#322;ty. Ujrza&#322;, dlaczego Erik zrobi&#322; to, co zrobi&#322;, wszystko, poczynaj&#261;c od tamtego dnia przy topoli, kiedy walczyliby ze sob&#261; na &#347;mier&#263;, gdyby kt&#243;ry&#347; mia&#322; na to do&#347;&#263; si&#322;. Za nimi nadp&#322;yn&#281;&#322;y kszta&#322;ty ojca, bij&#261;cego dzieci w pijackim szale, kszta&#322;ty Karla, rannego i p&#322;on&#261;cego od bomby, kt&#243;r&#261; rzuci&#322; nie do&#347;&#263; wysoko. A wszystkie one by&#322;y w istocie jednym i tym samym kszta&#322;tem, tak brzydkim, &#380;e po raz pierwszy Dan poczu&#322;, jak jego drugie ja, to obserwuj&#261;ce kszta&#322;ty, zacz&#281;&#322;o od nich p&#322;on&#261;&#263;. Zamkn&#261;&#322; oczy.

On zemdla&#322;!  zawo&#322;a&#322;a Leisha.

Wcale nie zemdla&#322;!  odwarkn&#261;&#322; lekarz.

A Dan nawet z zamkni&#281;tymi powiekami widzia&#322; kszta&#322;ty, kt&#243;re wywo&#322;a&#322; razem z Erikiem, wi&#281;c zaciskanie ich nie mia&#322;o najmniejszego sensu. Otworzy&#322; oczy. Wiedzia&#322; teraz, w czym tkwi sens. W czym musi by&#263; sens.

Leisho  zaskoczy&#322; go w&#322;asny g&#322;os, taki w&#261;t&#322;y i s&#322;aby. Nie czu&#322; si&#281; s&#322;aby. Spr&#243;bowa&#322; jeszcze raz.  Leisho, potrzebuj&#281;

Tak? Czego? Co tylko zechcesz, Dan.

Wr&#243;ci&#322; do niego tamten dzie&#324;, kiedy zosta&#322; kalek&#261;. Le&#380;a&#322; na &#322;&#243;&#380;ku tak jak teraz, ojciec Erika pochyla&#322; si&#281; nad nim m&#243;wi&#261;c: Zrobimy wszystko, co w naszej mocy wszystko, a on sam my&#347;la&#322;: Teraz mam ich w gar&#347;ci. Te same kszta&#322;ty. Zawsze, przez ca&#322;e cz&#322;owiecze &#380;ycie  i nawet d&#322;u&#380;ej ni&#380; jego &#380;ycie  &#347;wiadczy&#322;y o nim te kszta&#322;ty, kt&#243;re porusza&#322;y si&#281; gdzie&#347; na dnie jego umys&#322;u, po&#322;yskuj&#261;c &#322;uskowatymi ogonami i trzepocz&#261;c skrzelami, d&#322;u&#380;ej ni&#380; jego w&#322;asne &#380;ycie.

Czego, Dan?! Czego potrzebujesz?

Programowalnego projektora holograficznego Stauntona-Careya.

?

Tak  szepn&#261;&#322; resztk&#261; si&#322;.  Natychmiast. Potrzebuj&#281; go natychmiast.



21

MIRI SKO&#323;CZY&#321;A TRZYNA&#346;CIE LAT. PRZEZ OSTATNI ROK ogl&#261;da&#322;a audycje &#346;pi&#261;cych, zar&#243;wno te w sieciach Amator&#243;w &#379;ycia, jak i Wo&#322;&#243;w. Przez pierwszych kilka miesi&#281;cy by&#322;o to nad wyraz absorbuj&#261;ce, poniewa&#380; rodzi&#322;o w jej g&#322;owie mn&#243;stwo pyta&#324;: dlaczego wy&#347;cigi skuter&#243;w s&#261; a&#380; tak wa&#380;ne? Dlaczego pi&#281;kni m&#322;odzi m&#281;&#380;czy&#378;ni i kobiety w Opowiastkach na dobranoc tak cz&#281;sto zmieniaj&#261; partner&#243;w seksualnych, skoro ci poprzedni wzbudzali u nich tak&#261; ekstaz&#281;? Dlaczego kobiety maj&#261; takie ogromne piersi, a m&#281;&#380;czy&#378;ni takie pot&#281;&#380;ne penisy? Dlaczego kongresmenka z Iowa wyg&#322;osi&#322;a pe&#322;n&#261; oburzenia przemow&#281; na temat wydatk&#243;w kongresmena z Teksasu, podczas gdy sama, jak si&#281; zdaje, wydawa&#322;a r&#243;wnie du&#380;o, a i tak nie byli cz&#322;onkami tej samej spo&#322;eczno&#347;ci? Tak przynajmniej wynika&#322;o z tego, jak si&#281; okre&#347;lali. Dlaczego wszystkie sieci informacyjne chwal&#261; Amator&#243;w &#379;ycia za to, &#380;e nic nie robi&#261;  kreatywne sp&#281;dzanie czasu wolnego  a prawie nie wspominaj&#261; o ludziach, kt&#243;rzy zajmuj&#261; si&#281; zarz&#261;dzaniem, kiedy, jak si&#281; okaza&#322;o, ci sami ludzie, kt&#243;rzy zarz&#261;dzaj&#261; wszystkim innym, zarz&#261;dzaj&#261; tak&#380;e i sieciami informacyjnymi?

Koniec ko&#324;c&#243;w Miri zdo&#322;a&#322;a odkry&#263; odpowiedzi na wszystkie te pytania  albo przeszukuj&#261;c banki danych, albo w rozmowie z ojcem lub babci&#261;. K&#322;opot w tym jednak, &#380;e odpowiedzi wcale nie by&#322;y zajmuj&#261;ce. Wy&#347;cigi skuter&#243;w s&#261; wa&#380;ne, bo Amatorzy &#379;ycia s&#261;dz&#261;, &#380;e s&#261; wa&#380;ne  tylko tyle? Czy nie ma innych kryteri&#243;w poza tym chwilowym zadowoleniem?

Z pytania tego jej umys&#322; wysnu&#322; d&#322;ugie sznury my&#347;li, si&#281;gaj&#261;ce do zasady Heisenberga, Epikura, wymar&#322;ej ju&#380; filozofii zwanej egzystencjalizmem, sta&#322;ych Rahvolego dla wzmacniania systemu nerwowego, mistycyzmu, burz epileptycznych w tak zwanych wizjonerskich partiach m&#243;zgu, demokracji spo&#322;ecznej, teorii organicznej spo&#322;ecze&#324;stwa i bajek Ezopa. Konstrukcja by&#322;a niez&#322;a, ale ta jej cz&#281;&#347;&#263;, kt&#243;rej dostarczy&#322;y ziemskie media, nadal pozosta&#322;a w zasadzie nieistotna.

Podobnie by&#322;o i z reszt&#261; pyta&#324; Miri. Struktura polityczna i podzia&#322; d&#243;br zale&#380;a&#322;y od w&#261;t&#322;ej r&#243;wnowagi mi&#281;dzy g&#322;osami Amator&#243;w &#379;ycia a pot&#281;g&#261; Wo&#322;&#243;w. Ta r&#243;wnowaga z kolei zdawa&#322;a si&#281; by&#263; do&#347;&#263; przypadkowym wynikiem spo&#322;ecznej ewolucji, nie za&#347; wynikiem planowania czy dzia&#322;ania pewnych zasad. W Stanach Zjednoczonych dzia&#322;o si&#281; tak a nie inaczej, poniewa&#380; dzia&#322;o si&#281; tak a nie inaczej. A je&#347;li nawet poza tym stwierdzeniem istnia&#322;o g&#322;&#281;bsze t&#322;o, media nic o tym nie wspomina&#322;y.

Dosz&#322;a do wniosku, &#380;e to wina samych Stan&#243;w Zjednoczonych, rozpieszczonych przez tani&#261; energi&#281; Y i bogatych w wyniku odsprzedawania za granic&#281; ci&#261;gle tych samych patent&#243;w  kraju tak dekadenckiego, jak go opisywa&#322;a jej babka. Miri nauczy&#322;a si&#281; wi&#281;c rosyjskiego, francuskiego oraz japo&#324;skiego i sp&#281;dzi&#322;a nast&#281;pnych kilka miesi&#281;cy przegl&#261;daj&#261;c obrazy nadawane w tych j&#281;zykach. Odpowiedzi by&#322;y tu inne, ale ani troch&#281; bardziej interesuj&#261;ce. Co&#347; zdarza&#322;o si&#281; dlatego, &#380;e si&#281; zdarza&#322;o. By&#322;o takie jakie by&#322;o, bo sprawy dosz&#322;y do tego akurat punktu. Toczono pomniejsze wojny graniczne lub ich nie toczono. Podpisywano umowy handlowe lub ich nie podpisywano. &#346;pi&#261;cy prominenci umierali lub przechodzili operacje i wracali do zdrowia. Jeden z najwa&#380;niejszych francuskich prezenter&#243;w zawsze ko&#324;czy&#322; swoj&#261; audycj&#281; w ten sam spos&#243;b: Ca va toujours.

W &#380;adnym z popularnych przekaz&#243;w nie znalaz&#322;a Miri bodaj wzmianki o badaniach naukowych lub prze&#322;omowych odkryciach, kt&#243;ra nie mia&#322;aby posmaku taniej sensacji lub zabarwienia politycznego, za&#347; w zbiorach bibliotecznych ani jednej nuty bardziej z&#322;o&#380;onych utwor&#243;w muzycznych jak te Bacha, Mozarta lub ONeilla, &#380;adnej idei tak skomplikowanej jak te, kt&#243;re omawia&#322;a na co dzie&#324; z Tonym.

Po sze&#347;ciu miesi&#261;cach przesta&#322;a ogl&#261;da&#263; przekazy sieci informacyjnych.

A jednak co&#347; si&#281; w jej &#380;yciu zmieni&#322;o. Babcia cz&#281;sto by&#322;a zaj&#281;ta, coraz wi&#281;cej czasu sp&#281;dza&#322;a w Laboratoriach Sharifi, zatem teraz z wi&#281;kszo&#347;ci&#261; swoich pyta&#324; zwraca&#322;a si&#281; do ojca. Nie zawsze potrafi&#322; da&#263; odpowied&#378;, a te, kt&#243;rych udziela&#322;, wywo&#322;ywa&#322;y w jej umy&#347;le kr&#243;tkie i ko&#347;lawe sznury. Powiedzia&#322; jej, &#380;e opu&#347;ci&#322; Ziemi&#281;, kiedy mia&#322; dziesi&#281;&#263; lat i cho&#263; wraca&#322; tam czasem w interesach, rzadko sp&#281;dza&#322; czas ze &#346;pi&#261;cymi. Zwykle za&#322;atwia&#322; swoje sprawy przez po&#347;rednika, Bezsennego, kt&#243;ry mieszka&#322; na Ziemi, cz&#322;owieka o nazwisku Kevin Baker.

Miri wiedzia&#322;a co nieco o Bakerze, poniewa&#380; ich bank danych zawiera&#322; mn&#243;stwo o nim informacji. Jednak nie interesowa&#322; jej zbytnio. Czu&#322;a do&#324; co&#347; jakby cie&#324; pogardy  ten cz&#322;owiek mieszka&#322; sam w&#347;r&#243;d &#346;pi&#261;cych, czerpa&#322; z nich korzy&#347;ci  i to najwyra&#378;niej niema&#322;e  przedk&#322;adaj&#261;c je nad zwi&#261;zek ze spo&#322;eczno&#347;ci&#261;. Ale s&#322;ucha&#322;a, kiedy ojciec opowiada&#322;, poniewa&#380; sieci informacyjne wzbudzi&#322;y w niej zainteresowanie w&#322;asnym ojcem. W przeciwie&#324;stwie do matki potrafi&#322; patrze&#263; prosto w jej rozedrgan&#261; twarz, na zbyt du&#380;&#261; g&#322;ow&#281; i wstrz&#261;sane skurczami cia&#322;o. Nie musia&#322; odwraca&#263; wzroku. Potrafi&#322; s&#322;ucha&#263; jej zaj&#261;kliwej mowy. Siedzia&#322; z r&#281;koma z&#322;o&#380;onymi spokojnie na kolanach i s&#322;ucha&#322; jej cierpliwie, a w jego oczach dostrzega&#322;a co&#347;, czego &#380;adn&#261; miar&#261; nie potrafi&#322;a nazwa&#263;  bez wzgl&#281;du na to, ile wysnu&#322;a wok&#243;&#322; tego sznur&#243;w. A ka&#380;dy z tych sznur&#243;w zaczyna&#322; si&#281; od cierpienia.

Tato, gdzie by&#322;e&#347;?

W Laboratoriach Sharifi. Z Jennifer.  Jej ojciec, w przeciwie&#324;stwie do cioci Najli, m&#243;wi&#261;c o matce cz&#281;sto u&#380;ywa&#322; jej imienia. Miri nie by&#322;a pewna, od kiedy to trwa&#322;o.

Przyjrza&#322;a mu si&#281;. Na czole mia&#322; drobniute&#324;kie krople potu, cho&#263; Miri zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e w jej pracowni panuje ch&#322;&#243;d. By&#322; wyra&#378;nie wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty. Sznury Miri pobieg&#322;y do wstrz&#261;s&#243;w sejsmicznych, skutk&#243;w dzia&#322;ania adrenaliny i spr&#281;&#380;enia gaz&#243;w, kt&#243;re rozpala gwiazdy. Zapyta&#322;a:

Co robi&#261; w Laboratoriach?

Ricky Keller potrz&#261;sn&#261;&#322; tylko g&#322;ow&#261;. Po chwili zapyta&#322; nieoczekiwanie:

Kiedy masz wej&#347;&#263; do Rady?

Jak sko&#324;cz&#281; szesna&#347;cie. Za dwa lata i dwa miesi&#261;ce.

Ojciec u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, a ten u&#347;miech zapocz&#261;tkowa&#322; sznur, kt&#243;ry snu&#322; si&#281;, co dziwne, a&#380; do pewnej audycji w sieci &#346;pi&#261;cych, kt&#243;r&#261; ogl&#261;da&#322;a kilka miesi&#281;cy wcze&#347;niej i od tamtej pory nie po&#347;wi&#281;ci&#322;a jej ani jednej my&#347;li. By&#322;a to opowie&#347;&#263;, najpewniej fikcyjna, zaczerpni&#281;ta z pewnej mistycznej ksi&#281;gi, na kt&#243;rej oparto kilka wierze&#324; religijnych &#346;pi&#261;cych. Jaki&#347; cz&#322;owiek o imieniu Hiob traci&#322; jedn&#261; w&#322;asno&#347;&#263; za drug&#261;, ani razu nie pr&#243;buj&#261;c si&#281; broni&#263; lub wymy&#347;li&#263; sposobu na odzyskanie utraconych d&#243;br. Miri os&#261;dzi&#322;a, &#380;e Hiob nie ma za grosz charakteru albo jest g&#322;upi, albo mo&#380;e jedno i drugie naraz. Program znudzi&#322; j&#261;, zanim si&#281; sko&#324;czy&#322;. Ale u&#347;miech jej ojca przypomnia&#322; jej teraz pe&#322;n&#261; rezygnacji twarz aktora. A ojciec powiedzia&#322; tylko:

To dobrze. B&#281;dziemy ci&#281; potrzebowa&#263; w Radzie.

Dladlaczego?  spyta&#322;a Miri, w&#347;ciekaj&#261;c si&#281; w duchu, &#380;e wypowiedzenie tego s&#322;owa zajmuje jej a&#380; tyle czasu, mimo i&#380; mile po&#322;echta&#322;o j&#261;, &#380;e jest mu potrzebna.

Ale on nie odpowiedzia&#322;.



* * *


Teraz!  rzuci&#322; Will Sandaleros.

Jennifer pochyli&#322;a si&#281;, wpatrzona w tr&#243;jwymiarowy holograficzny obraz ba&#324;ki. Jej orygina&#322; tysi&#261;c mil st&#261;d roz&#322;o&#380;y&#322; si&#281;, nape&#322;ni&#322; standardowym powietrzem i na koniec wypu&#347;ci&#322; myszy z p&#243;&#322;hipotermicznego pomieszczenia, w kt&#243;rym by&#322;y zamkni&#281;te. Mikroskopijne kropl&#243;wki w obro&#380;ach w mgnieniu oka przywr&#243;ci&#322;y ich organizmy do stanu normalnego biologicznego funkcjonowania. W ci&#261;gu kilku minut biometry przy ich obro&#380;ach wykaza&#322;y, &#380;e myszy rozproszy&#322;y si&#281; po ca&#322;ym wn&#281;trzu ba&#324;ki, kt&#243;rej skomplikowana wewn&#281;trzna topografia by&#322;a matematycznym odpowiednikiem Waszyngtonu.

Gotowe  oznajmi&#322; doktor Toliveri.  Przygotowa&#263; si&#281;. Sze&#347;&#263;, pi&#281;&#263;, cztery, trzy, dwa, jeden, ju&#380;!

Wypuszczono genomodyfikowane wirusy. Przez utrzymywan&#261; w sta&#322;ej temperaturze ba&#324;k&#281; przesun&#281;&#322;y si&#281; pr&#261;dy powietrzne odpowiadaj&#261;ce ziemskim po&#322;udniowo-zachodnim wiatrom o pr&#281;dko&#347;ci pi&#281;ciu mil na godzin&#281;. Jennifer przenios&#322;a teraz ca&#322;&#261; uwag&#281; na odczyty z biometr&#243;w, wy&#347;wietlane na &#347;ciennym ekranie. Po trzech minutach nie wykazywa&#322;y ju&#380; &#380;adnych &#347;lad&#243;w aktywno&#347;ci.

Tak  powiedzia&#322; Will. Nie u&#347;miecha&#322; si&#281;, lecz uj&#261;&#322; j&#261; za r&#281;k&#281;.  Tak.

Jennifer pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;.

Doskona&#322;a robota  zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Toliveriego, Blurea i trzech technik&#243;w. Potem odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Willa i swoim pi&#281;knym, opanowanym g&#322;osem powiedzia&#322;a cicho:  Jeste&#347;my gotowi, by przej&#347;&#263; do nast&#281;pnego etapu.

Tak  powt&#243;rzy&#322; raz jeszcze.

Zacznij negocjacje w sprawie zakupu stacji orbitalnej Kagura. Nie przez Kevina Bakera. To ma by&#263; tajne.

Will Sandaleros sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e nie przeszkadza mu, kiedy ona powtarza mu jeszcze raz to, co ustalili mi&#281;dzy sob&#261; ca&#322;e lata wcze&#347;niej. Sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e rozumie, i&#380; jego &#380;ona po prostu musi wydawa&#263; rozkazy. Potem b&#322;yszcz&#261;cymi oczyma jeszcze raz popatrzy&#322; na biometr.



* * *


Miri otworzy&#322;a drzwi do pracowni Tonyego. Przeni&#243;s&#322; si&#281; do w&#322;asnej kwatery roboczej w budynku naukowym dwa jakie&#347; sze&#347;&#263; miesi&#281;cy temu, kiedy przestali si&#281; mie&#347;ci&#263; w jednej pracowni. Za ka&#380;dym razem, kiedy Miri patrzy&#322;a na opuszczon&#261; po&#322;ow&#281; wsp&#243;lnego biurka, odczuwa&#322;a smutek, cho&#263; s&#261;dzi&#322;a, &#380;e pochodzi on cz&#281;&#347;ciowo st&#261;d, &#380;e jej w&#322;asna praca idzie tak kiepsko. W ci&#261;gu ostatnich dw&#243;ch lat wykona&#322;a modele wszystkich genetycznych modyfikacji, jakie uda&#322;o jej si&#281; wymy&#347;li&#263;, a nie zbli&#380;y&#322;a si&#281; ani o krok do takiej, kt&#243;ra po&#322;o&#380;y&#322;aby kres drganiom i j&#261;kaniu si&#281; wynik&#322;ym z przy&#347;pieszenia proces&#243;w elektrochemicznych u Superbystrych. Czu&#322;a, &#380;e jej praca staje si&#281; zupe&#322;nie ja&#322;owa, przypomina&#322;a jej tylko o owym brakuj&#261;cym komponencie  czymkolwiek m&#243;g&#322; by&#263;  jej sznur&#243;w my&#347;lowych. Nieokre&#347;lona, ja&#322;owa i bezproduktywna. Dzisiaj znowu kompletna kl&#281;ska. By&#322;a w koszmarnym nastroju  koszmarnym, rozbieganym, chaotycznosznurowym, ja&#322;owym nastroju. Potrzebowa&#322;a pocieszenia i zach&#281;ty od Tonyego. Potrzebowa&#322;a Tonyego.

Drzwi pracowni by&#322;y zamkni&#281;te, lecz Tony wprowadzi&#322; odbitk&#281; siatk&#243;wkow&#261; Miri do autoryzowanego pliku, no i &#347;wiate&#322;ko sygnalizuj&#261;ce &#346;rodowisko sterylne nie by&#322;o w&#322;&#261;czone. Miri przytkn&#281;&#322;a prawe oko do skanera i pchn&#281;&#322;a drzwi.

Tony le&#380;a&#322; na pod&#322;odze, a pod nim le&#380;a&#322;a Christina Demetrios. Ponad jego rzucaj&#261;cym si&#281; cia&#322;em Miri dojrza&#322;a, jak oczy Christy rozszerzaj&#261; si&#281;, potem ciemniej&#261;.

Och!  j&#281;kn&#281;&#322;a.

Tony nie odezwa&#322; si&#281;, najpewniej nie s&#322;ysza&#322; Miri, a mo&#380;e nawet i samej Christiny. Silnie zwarte nagie po&#347;ladki i ca&#322;e cia&#322;o przebiega&#322; dreszcz orgazmu. Miri wycofa&#322;a si&#281; na korytarz, zamkn&#281;&#322;a za sob&#261; drzwi i pobieg&#322;a do swojej pracowni.

Siedzia&#322;a na biurku ze spuszczon&#261; g&#322;ow&#261;, z zaci&#347;ni&#281;tymi, rozedrganymi d&#322;o&#324;mi. Tony nic jej nie powiedzia&#322; No dobrze, ale dlaczego w&#322;a&#347;ciwie mia&#322;by jej o tym m&#243;wi&#263;? To by&#322;a jego sprawa, nie jej, przecie&#380; by&#322;a tylko jego siostr&#261;. Nie kochank&#261;  siostr&#261;. W g&#322;owie tworzy&#322;y si&#281; i przetwarza&#322;y sznury my&#347;li. Po raz pierwszy zrozumia&#322;a sens r&#243;&#380;nych staro&#380;ytnych i niejasnych opowie&#347;ci, kt&#243;re pami&#281;ta&#322;a tylko dlatego, &#380;e zapami&#281;tywa&#322;a wszystko. Hera i Io. Otello i Desdemona. Zna&#322;a przecie&#380; na wylot fizjologi&#281; seksu: sterowane hormonami wydzieliny, przekrwienie naczy&#324;, feromonowe wyzwalacze. Wiedzia&#322;a wszystko. Nie wiedzia&#322;a nic.

Zazdro&#347;&#263;. Jedno z najbardziej niszczycielskich i aspo&#322;ecznych uczu&#263;, jakie istniej&#261;. &#379;ebracze uczucie.

Miri wsta&#322;a i zacz&#281;&#322;a przechadza&#263; si&#281; w roztargnieniu. Przecie&#380; nie mo&#380;e podda&#263; si&#281; poni&#380;aj&#261;cej zazdro&#347;ci. Tony zas&#322;ugiwa&#322; na co&#347; lepszego ze strony w&#322;asnej siostry. Idealizm (stoicyzm, epikureizm, Kszta&#322;tuje nas to, co kochamy, ty&#322;ek Tonyego wpompowuj&#261;cego co&#347; w Christin&#281;). Rozwi&#261;&#380;e ten problem na sw&#243;j w&#322;asny spos&#243;b (ciemno&#347;&#263;, pe&#322;nia, pulsuj&#261;cy b&#243;l, ci&#347;nienie grawitacji, kt&#243;re zapala gazy w termonuklearnych reakcjach, pulsuj&#261;ce Cefeidy).

Obmy&#322;a r&#281;ce i twarz. W&#322;o&#380;y&#322;a czyst&#261; par&#281; bia&#322;ych szort&#243;w i przewi&#261;za&#322;a ciemne w&#322;osy czerwon&#261; wst&#261;&#380;k&#261;. Jej usta, pomimo bezustannego dr&#380;enia, zacisn&#281;&#322;y si&#281; stanowczo. Nie musia&#322;a wiele my&#347;le&#263;; do kogo si&#281; uda&#263;, bo ju&#380; od dawna wiedzia&#322;a i by&#322;a tej wiedzy &#347;wiadoma, jak i wszelkich p&#322;yn&#261;cych z niej przes&#322;anek (ciemno&#347;&#263;, pe&#322;nia, le&#380;enie na brzuchu na pod&#322;odze pracowni albo pod genomodyfikowanymi ro&#347;linami sojowymi, kt&#243;re sk&#322;ada&#322;y si&#281; w kryj&#261;cy j&#261; &#322;uk, jej r&#281;ce mi&#281;dzy udami).

Nazywa&#322; si&#281; David Aronson. By&#322; od niej trzy lata starszy. Normalny, lecz do&#347;&#263; inteligentny, z ca&#322;ej mocy wierzy&#322; w &#346;lubowanie Azylowi i przyw&#243;dztwo jej babki. Mia&#322; ciemne kr&#281;cone w&#322;osy, tak ciemne jak w&#322;osy Miri, lecz przy tym bardzo jasne, szare oczy o d&#322;ugich, ciemnych rz&#281;sach. Mia&#322; d&#322;ugie nogi, a cho&#263; mia&#322; dopiero osiemna&#347;cie lat, jego ramiona by&#322;y szerokie i mocne jak u doros&#322;ych m&#281;&#380;czyzn. Mia&#322; pe&#322;ne usta o szerokich, ruchliwych wargach, mocne, jak odlane ze stali. Ostatnie sze&#347;&#263; miesi&#281;cy up&#322;yn&#281;&#322;o Miri na obserwowaniu ust Davida.

Znalaz&#322;a go tam, gdzie si&#281; spodziewa&#322;a  na lotnisku wahad&#322;owc&#243;w, gdzie &#347;l&#281;cza&#322; nad modelami maszynerii w CAD. Za dwa miesi&#261;ce mia&#322; po raz pierwszy polecie&#263; na Ziemi&#281;, &#380;eby w Stanford zrobi&#263; doktorat z in&#380;ynierii maszynowej.

Cze&#347;&#263;, Miri.

Mia&#322; g&#322;&#281;boki g&#322;os, nieco chropawy. Nie wiedzie&#263; dlaczego Miri bardzo si&#281; ta chropowato&#347;&#263; podoba&#322;a.

D-Davidzie, chciachcia&#322;abym ci&#281; o co&#347; s-spyta&#263;.

Patrzy&#322; obok niej, na holograficzny obraz w CAD.

O co?

Nie miewa&#322;a problem&#243;w z bezpo&#347;rednim zadawaniem pyta&#324;, bo przecie&#380; przez ca&#322;e jej &#380;ycie g&#322;&#243;wna trudno&#347;&#263; w porozumiewaniu si&#281; bra&#322;a si&#281; z konieczno&#347;ci wys&#322;awiania si&#281; w mowie, tak uproszczonej w por&#243;wnaniu ze z&#322;o&#380;ono&#347;ci&#261; jej my&#347;li. Przywyk&#322;a, &#380;e dla Normalnych trzeba wszystko maksymalnie upraszcza&#263;. A ta my&#347;l ju&#380; sama w sobie by&#322;a przecie&#380; prosta, wydawa&#322;o jej si&#281;, &#380;e cudownie wpasowuje si&#281;, jak nic innego, w ograniczenia j&#281;zyka.

Cz-czy ch-chcesz si&#281; ze mn&#261; kokocha&#263;?

David wyprostowa&#322; si&#281; raptownie. Krew nap&#322;yn&#281;&#322;a mu do twarzy. Nadal patrzy&#322; gdzie&#347; obok niej.

Przykro mi, Miri, ale to absolutnie niemo&#380;liwe.

Dladlaczego?

Bo mam ju&#380; dziewczyn&#281;.

K-kto to?

Nie uwa&#380;asz, &#380;e to moje prywatne sprawy?

Zabrzmia&#322;o to ozi&#281;ble, a Miri nie rozumia&#322;a dlaczego. Przecie&#380; informacje niekomercjalne z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; powinny pozostawa&#263; do u&#380;ytku wszystkich cz&#322;onk&#243;w spo&#322;eczno&#347;ci, a jaka informacja mog&#322;aby mie&#263; bardziej publiczny charakter ni&#380; ta? Przywyk&#322;a do tego, &#380;e odpowiadano jej na wszelkie pytania. A je&#380;eli jej nie odpowiadano, zwyk&#322;a by&#322;a dowiadywa&#263; si&#281;, dlaczego tak si&#281; dzieje.

Dladlaczego nie ch-chcesz mi p-powiedzie&#263;, kto to?

David ostentacyjnie pochyli&#322; si&#281; nad ekranem.

My&#347;l&#281;, &#380;e ta rozmowa dobieg&#322;a ko&#324;ca, Miri.

Ale dla-dlaczego?

Nie odpowiedzia&#322;. Sznury jej my&#347;li spl&#261;ta&#322;y si&#281; nagle, zacisn&#281;&#322;y si&#281; wok&#243;&#322; niej jak p&#281;tla.

D-dlatego, &#380;e j-jestem b-brzydka? &#379;e tak podpodryguj&#281;?

M&#243;wi&#322;em ju&#380;: nie mam ci nic wi&#281;cej do powiedzenia!

Frustracja, zak&#322;opotanie czy te&#380; gniew przewa&#380;y&#322;y w ko&#324;cu nad uprzejmo&#347;ci&#261; i spojrza&#322; jej wreszcie prosto w twarz, zanim oddali&#322; si&#281; zdecydowanym krokiem. Miri rozpozna&#322;a owo spojrzenie: to samo widywa&#322;a u swej matki, zanim Hermione zwr&#243;ci&#322;a wzrok na ekran, fili&#380;ank&#281; kawy czy co tam akurat mia&#322;a pod r&#281;k&#261;. Miri u&#347;wiadomi&#322;a sobie tak&#380;e, &#380;e to ona sama by&#322;a przyczyn&#261; tej frustracji, zak&#322;opotania lub z&#322;o&#347;ci i &#380;e sama zrobi&#322;a wiele, by zas&#322;u&#380;y&#263; na taki brak uprzejmo&#347;ci. Nie chcia&#322; jej, a ona nie mia&#322;a prawa naciska&#263;  ale przecie&#380; chcia&#322;a jedynie uzyska&#263; odpowied&#378;. Nalegaj&#261;c, tylko sama siebie upokarza&#322;a. Nie chcia&#322; jej. Podrygiwa&#322;a, mia&#322;a zbyt du&#380;&#261; g&#322;ow&#281;, j&#261;ka&#322;a si&#281;, nie by&#322;a taka &#322;adna jak Joan. Nie zechce jej &#380;aden Normalny.

Sz&#322;a ostro&#380;nie, jakby by&#322;a jak&#261;&#347; substancj&#261; chemiczn&#261;, kt&#243;rej nie wolno wstrz&#261;sn&#261;&#263;, z powrotem do swojej pracowni. Usiad&#322;szy na biurku, zn&#243;w z&#322;o&#380;y&#322;a d&#322;onie  podryguj&#261;ce i wstrz&#261;sane skurczami  i pr&#243;bowa&#322;a si&#281; uspokoi&#263;. Pomy&#347;le&#263;. Skonstruowa&#263; porz&#261;dne, zr&#243;wnowa&#380;one sieci my&#347;li, kt&#243;re nie&#347;&#263; b&#281;d&#261; w sobie wszystko, co u&#380;yteczne, co istotne dla jej problemu  pod wzgl&#281;dem intelektualnym, emocjonalnym, biochemicznym  wszystko, co produktywne. Po dwudziestu minutach jeszcze raz wsta&#322;a i wysz&#322;a ze swej pracowni.

Nikos Demetrios, brat-bli&#378;niak Christiny, by&#322; zafascynowany pieni&#261;dzem. Jego mi&#281;dzynarodowy przep&#322;yw, fluktuacja, zastosowanie, wymiana i symbolizm by&#322;y dla&#324;  jak kiedy&#347; wyja&#347;ni&#322; Miri  bardziej z&#322;o&#380;one ni&#380; naturalne wzorce Gai na Ziemi i r&#243;wnie po&#380;yteczne dla biologicznego przetrwania, a o ile&#380; bardziej zajmuj&#261;ce. Jako czternastolatek ju&#380; podsuwa&#322; doros&#322;ym Normalnym, kt&#243;rzy zasiadali w Radzie Finansowej Azylu, pewne posuni&#281;cia w handlu mi&#281;dzynarodowym. Zgodnie z jego sugestiami zakupili kilka bardzo korzystnych inwestycji na ca&#322;ej planecie: now&#261; technologi&#281; detekcji wiatrowej, rozwijan&#261; dopiero w Seulu, katalityczne zastosowania przeciwcia&#322;, sprzedawane w Pary&#380;u, oraz znajduj&#261;cy si&#281; w zarodku maroka&#324;ski przemys&#322; aeroprzestrzenny. Miri znalaz&#322;a go w centralnym budynku telekomunikacji, w jego male&#324;kim biurze pe&#322;nym ekran&#243;w z danymi.

N-Nikos

Cz-cze&#347;&#263;, M-Miri.

Cz-czy ch-chcesz si&#281; ze mn&#261; kokocha&#263;?

Nikos patrzy&#322; na ni&#261; nieporuszenie. Tylko od karku do czo&#322;a przesun&#281;&#322;a mu si&#281; fala c&#281;tkowanej purpury. Miri ujrza&#322;a, &#380;e i on, tak jak David Aronson, jest zak&#322;opotany, lecz w przeciwie&#324;stwie do tamtego nie zawstydza go bezpo&#347;rednio&#347;&#263; pytania. A jej przysz&#322;a do g&#322;owy tylko jedna mo&#380;liwa przyczyna jego zak&#322;opotania. Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; i wypad&#322;a z jego biura.

M-Miri! Po-poczekaj!  zawo&#322;a&#322; za ni&#261; Nikos. W jego g&#322;osie brzmia&#322;a nuta prawdziwego strapienia, bo przecie&#380; bawili si&#281; ze sob&#261; od wczesnego dzieci&#324;stwa. Ale jego koordynacja ruchowa by&#322;a jeszcze gorsza ni&#380; jej, wi&#281;c z &#322;atwo&#347;ci&#261; znikn&#281;&#322;a mu z oczu.

Kiedy znalaz&#322;a si&#281; z powrotem w swojej pracowni, zamkn&#281;&#322;a drzwi i w&#322;&#261;czy&#322;a zabezpieczenie &#346;rodowisko sterylne, po czym usiad&#322;a i z ca&#322;ej si&#322;y stara&#322;a si&#281; nie rozp&#322;aka&#263;. Jej babka mia&#322;a racj&#281;: w &#380;yciu trzeba stawia&#263; czo&#322;o wielu twardym konieczno&#347;ciom: A przy tym si&#281; nie p&#322;acze.

Od tamtej pory zachowywa&#322;a wobec Nikosa uprzejmy dystans, a on zupe&#322;nie nie wiedzia&#322;, jak si&#281; ma w tej sytuacji zachowa&#263;. W ko&#324;cu zobaczy&#322;a go kiedy&#347; z Normaln&#261;, &#322;adniutk&#261; czternastolatk&#261; o imieniu Patrycja, kt&#243;ra by&#322;a wyra&#378;nie zafascynowana jego umiej&#281;tno&#347;ci&#261; robienia pieni&#281;dzy. Miri nigdy nie rozmawia&#322;a wiele z Christin&#261;  teraz nie rozmawia&#322;a z ni&#261; prawie wcale. Davida nie widywa&#322;a w og&#243;le. Wobec Tonyego pozosta&#322;a taka sama jak przedtem: by&#322; jej wsp&#243;&#322;pracownikiem, ukochanym i zaufanym przyjacielem. Jej bratem. Istnia&#322; teraz po prostu jeden obszar, kt&#243;rego nie obejmowa&#322;y wzajemne zwierzenia, i to wszystko. To by&#322;o nieistotne. Nie pozwoli, &#380;eby to by&#322;o istotne. Taka jest twarda &#380;yciowa konieczno&#347;&#263;.

Dwa tygodnie p&#243;&#378;niej zn&#243;w zacz&#281;&#322;a ogl&#261;da&#263; przekazy z Ziemi, lecz tylko kana&#322;y z erotyk&#261;. Znalaz&#322;a jeden, kt&#243;ry jej si&#281; spodoba&#322;, usun&#281;&#322;a z oprogramowania drzwi wszystkie odbitki siatk&#243;wkowe pr&#243;cz w&#322;asnej i nauczy&#322;a si&#281; skutecznie onanizowa&#263;. Robi&#322;a to dwa razy dziennie, a jej neurochemiczne reakcje by&#322;y tak samo wzmocnione jak w ka&#380;dym innym obszarze. Nigdy nie pozwoli&#322;a sobie my&#347;le&#263; przy tym o Tonym, a Tony nigdy nie zapyta&#322;, dlaczego ju&#380; nie mo&#380;e wej&#347;&#263; bez zapowiedzi do jej pracowni. Nie by&#322;o potrzeby. Wiedzia&#322;. By&#322; przecie&#380; jej bratem.



* * *


Usadowiwszy si&#281; w fotelu wskazanym przez Dana, Leisha odkry&#322;a u siebie dziwn&#261; my&#347;l: Szkoda, &#380;e nie pal&#281;. Przypomnia&#322;a sobie ojca, kiedy pali&#322;, kiedy si&#281;ga&#322; po opatrzon&#261; monogramem z&#322;ot&#261; cygarniczk&#281;, kiedy zamienia&#322; w rytua&#322; czynno&#347;&#263; zapalania papierosa. Przymyka&#322; oczy i wci&#261;ga&#322; policzki, kiedy zaci&#261;ga&#322; si&#281; pierwszym d&#322;ugim, g&#322;&#281;bokim sztachem. Roger mawia&#322; zawsze, &#380;e to go odpr&#281;&#380;a. Ale ju&#380; wtedy Leisha zdawa&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e k&#322;amie; papierosy przywraca&#322;y go do &#380;ycia.

A czego brakuje jej w tej chwili: uspokojenia czy si&#322; witalnych? Chyba jednego i drugiego, a to, co jej oferuje Dan, nie przyniesie ani jednego, ani drugiego.

Upar&#322; si&#281;, &#380;eby to ona by&#322;a pierwsza  nikt inny. To taka nowa forma sztuki  powiedzia&#322; z t&#261; dziwn&#261; intensywno&#347;ci&#261; uczu&#263;, jaka cechowa&#322;a go od czasu, kiedy Erik podda&#322; go swoim nielegalnym eksperymentom. Dana zawsze cechowa&#322;a du&#380;a intensywno&#347;&#263; uczu&#263;, ale to by&#322;o zupe&#322;nie co innego. Spogl&#261;da&#322; na Leish&#281; spod tych swoich g&#281;stych, ciemnych rz&#281;s, a ona czu&#322;a jak&#261;&#347; niejasn&#261; o niego obaw&#281;. A wi&#281;c to tak si&#281; cz&#322;owiek czuje, kiedy jest rodzicem, ten strach, &#380;e twoje dziecko nie zdo&#322;a osi&#261;gn&#261;&#263; tego, co sobie w sercu zamierzy&#322;o. &#379;e mu si&#281; nie uda, a ciebie to zaboli o wiele bardziej ni&#380; w&#322;asne niepowodzenia. Jak Alice to wytrzymywa&#322;a? A Stella?

Ale nie Roger. Od pocz&#261;tku by&#322; absolutnie pewien, &#380;e jego dziecko nie zazna niepowodze&#324;. Niespodzianka, tatusiu, przyjrzyj mi si&#281; teraz, jak gnu&#347;niej&#281; w bezczynno&#347;ci tu, na pustyni, jak jaki&#347; obra&#380;ony Achilles, a w czasie, gdy m&#243;j Agamemnon wi&#243;d&#322; t&#281; swoj&#261; g&#322;upaw&#261; wojn&#281;, ja wychowa&#322;am syna, kt&#243;rego g&#322;&#243;wnym talentem jest dokonywanie drobnych przest&#281;pstw i kt&#243;ry nie jest nawet m&#243;j. Zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Dana, niezbyt delikatnie:

Przecie&#380; wiesz, &#380;e nigdy nie by&#322;am szczeg&#243;lnie wra&#380;liwa na sztuk&#281;, bez wzgl&#281;du na jej form&#281;. Mo&#380;e kto&#347; inny

Wiem, &#380;e nie jeste&#347;. I w&#322;a&#347;nie dlatego chcia&#322;em, &#380;eby&#347; ty by&#322;a pierwsza.

Usadowi&#322;a si&#281; wygodniej w fotelu.

No dobrze. Zaczynajmy.

Wy&#322;&#261;czy&#263; &#347;wiat&#322;a  zakomenderowa&#322; Dan.

Pok&#243;j w nowomeksyka&#324;skim domu, wyposa&#380;ony przez ostatnie p&#243;&#322;rocze w sprz&#281;t teatralny za p&#243;&#322; miliona dolar&#243;w, pociemnia&#322;. Leisha s&#322;ysza&#322;a, jak w&#243;zek sunie po pod&#322;odze. Potem w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; holoprojektor na suficie, a Dan usadowi&#322; si&#281; tu&#380; pod nim, z jak&#261;&#347; konsolet&#261; na podo&#322;ku. Wok&#243;&#322; niego nie by&#322;o nic  ani &#347;cian, ani pod&#322;ogi, ani sufitu, tylko on zawieszony w aksamitnej czerni standardowej zero-projekcji.

Zacz&#261;&#322; co&#347; m&#243;wi&#263; cichym g&#322;osem. Przez chwil&#281; do Leishy dociera&#322; tylko sam g&#322;os, melodyjny i cichy. Dot&#261;d nie zdawa&#322;a sobie sprawy, &#380;e Dan ma taki pi&#281;kny g&#322;os. W zwyk&#322;ych okoliczno&#347;ciach wcale si&#281; tego nie zauwa&#380;a&#322;o. Potem zacz&#281;&#322;y przedostawa&#263; si&#281; s&#322;owa. Poezja. Dan  Dan!  recytowa&#322; jaki&#347; stary wiersz, co&#347; o jakich&#347; z&#322;ocistych gajach, co zrzucaj&#261; li&#347;cie Leisha by&#322;a pewna, &#380;e ju&#380; go kiedy&#347; s&#322;ysza&#322;a, ale nie mog&#322;a sobie przypomnie&#263;, kto jest jego autorem. Ze wzgl&#281;du na Dana czu&#322;a si&#281; lekko za&#380;enowana. Mia&#322; pi&#281;kny i koj&#261;cy g&#322;os, ale recytowanie poezji pod holograficzne obrazki by&#322;o tak m&#322;odzie&#324;czo-artystowskie jak tylko mo&#380;na sobie wyobrazi&#263;. &#346;cisn&#281;&#322;o jej si&#281; serce. Kolejny fa&#322;szywy krok, kolejne niepowodzenie

Z ciemno&#347;ci zacz&#281;&#322;y p&#322;yn&#261;&#263; ku niej jakie&#347; kszta&#322;ty

Nie do ko&#324;ca okre&#347;lone, a jednak rozpoznawa&#322;a je. Przesuwa&#322;y si&#281; ponad Danem, wok&#243;&#322; niego, przed nim, a nawet przez niego, a on tymczasem sko&#324;czy&#322; sw&#243;j wiersz i zacz&#261;&#322; od pocz&#261;tku. Ten sam wiersz. W ka&#380;dym razie tak jej si&#281; wydawa&#322;o. Leisha nie by&#322;a pewna, bo coraz ci&#281;&#380;ej by&#322;o jej skupi&#263; si&#281; na s&#322;owach  i tak nigdy specjalnie nie lubi&#322;a poezji, ale teraz zupe&#322;nie nie mog&#322;a si&#281; skupi&#263;. Nie mog&#322;a oderwa&#263; wzroku od tamtych kszta&#322;t&#243;w. W&#347;lizn&#281;&#322;y si&#281; za Dana, a ona pr&#243;bowa&#322;a pobiec za nimi wzrokiem, zobaczy&#263; je przez niego, lecz nie mog&#322;a. Te starania bardzo j&#261; zm&#281;czy&#322;y. A kiedy faluj&#261;ce kszta&#322;ty zn&#243;w wychyn&#281;&#322;y, by&#322;y zupe&#322;nie inne. Wyt&#281;&#380;y&#322;a wzrok, &#380;eby dojrze&#263;, co przedstawiaj&#261; zacz&#281;&#322;a poznawa&#263;

Dan zacz&#261;&#322; sw&#243;j wiersz trzeci raz od nowa.

C&#243;&#380; to, Margaret, smuc&#261; ci&#281; z&#322;ociste gaje, co trac&#261; swe li&#347;cie

Czu&#322;a smutek, lecz nie z powodu li&#347;ci. Kszta&#322;ty w&#347;lizgiwa&#322;y si&#281; i wy&#347;lizgiwa&#322;y z jej my&#347;li, a&#380; niespodziewanie Dan znikn&#261;&#322; Musi by&#263; niez&#322;y, skoro umia&#322; co&#347; takiego zaprogramowa&#263; A smutek wezbra&#322; w niej i wype&#322;ni&#322; j&#261; ca&#322;&#261;. Wreszcie uda&#322;o jej si&#281; pozna&#263; jeden z kszta&#322;t&#243;w  to by&#322; jej ojciec, Roger. Sta&#322; w starej oran&#380;erii w domu nad jeziorem Michigan, w domu, kt&#243;ry zburzono dwadzie&#347;cia sze&#347;&#263; lat temu. Trzyma&#322; w d&#322;oniach egzotyczny kwiat o mi&#281;sistych, kremowych p&#322;atkach i zar&#243;&#380;owionym wn&#281;trzu. Krzykn&#281;&#322;a co&#347;, a on powiedzia&#322;: Nie zawiod&#322;a&#347;, Leisho. Ani w sprawie Azylu, ani kiedy stara&#322;a&#347; si&#281; sprawi&#263;, by Alice te&#380; by&#322;a wyj&#261;tkowa, ani wzgl&#281;dem Richarda, ani w prawie. Jedyna prawdziwa przegrana jest wtedy, kiedy si&#281; nie wykorzysta swych w&#322;asnych mo&#380;liwo&#347;ci, a ty je przecie&#380; wykorzysta&#322;a&#347;. Przez ca&#322;e &#380;ycie si&#281; stara&#322;a&#347;.

Leisha wyda&#322;a cichy okrzyk i unios&#322;a si&#281; z fotela. Podesz&#322;a do ojca, a on nie znikn&#261;&#322;, nawet wtedy, kiedy stan&#281;&#322;a tu&#380; przy nim, pod samym projektorem. Znikn&#261;&#322; tylko kwiat w jego d&#322;oniach, a on sam wzi&#261;&#322; j&#261; za r&#281;ce i powiedzia&#322; &#322;agodnie: By&#322;a&#347; sensem moich indywidualnych wysi&#322;k&#243;w. Leisha z ca&#322;ej si&#322;y potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. We w&#322;osach mia&#322;a niebiesk&#261; wst&#261;&#380;k&#281;  zn&#243;w by&#322;a dzieckiem. Wesz&#322;a guwernantka, prowadz&#261;c Alice, a Alice powiedzia&#322;a: Nigdy mnie nie skrzywdzi&#322;a&#347;, Leisho. Nigdy. Nie ma tu nic do wybaczania. Potem Alice i Roger znikn&#281;li, a Leisha bieg&#322;a przez przepe&#322;niony s&#322;o&#324;cem las. Przez ga&#322;&#281;zie wlewa&#322;y si&#281; zielono-z&#322;ote strumienie &#347;wiat&#322;a. Leisha &#347;mia&#322;a si&#281;, a &#347;wiat&#322;o nios&#322;o w sobie ciep&#322;o &#380;ywych ro&#347;lin, zapach wiosny i smak przebaczenia. Nigdy w &#380;yciu Leisha nie czu&#322;a si&#281; tak wolna i radosna, jakby wreszcie robi&#322;a to, co by&#322;o jej przeznaczone od zawsze. Roze&#347;mia&#322;a si&#281; znowu i przy&#347;pieszy&#322;a biegu, bo na ko&#324;cu roz&#347;wietlonej s&#322;o&#324;cem &#347;cie&#380;ki sta&#322;a jej matka, roze&#347;miana, z twarz&#261; roz&#347;wietlon&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261;, wyci&#261;ga&#322;a ku niej ramiona.

Poczu&#322;a na policzkach &#322;zy. Siedzia&#322;a w fotelu w pokoju o &#347;cianach z suszonej ceg&#322;y. &#346;wiat&#322;a by&#322;y w&#322;&#261;czone. Natychmiast ogarn&#281;&#322;a j&#261; fala md&#322;o&#347;ci.

Co widzia&#322;a&#347;?  spyta&#322; niecierpliwie Dan. Leisha zgi&#281;&#322;a si&#281; wp&#243;&#322;, walcz&#261;c z &#380;o&#322;&#261;dkiem. W ko&#324;cu zdo&#322;a&#322;a wykrztusi&#263;:

Co co zrobi&#322;e&#347;?

Powiedz mi, co widzia&#322;a&#347;. By&#322; nieugi&#281;ty  m&#322;ody artysta.

Nie!

W takim razie wra&#380;enie musia&#322;o by&#263; pot&#281;&#380;ne.  U&#347;miechni&#281;ty, odchyli&#322; si&#281; do ty&#322;u w swym w&#243;zku.

Leisha wyprostowa&#322;a si&#281; z wolna, wspar&#322;a na oparciu fotela. Twarz Dana ja&#347;nia&#322;a triumfem. Powt&#243;rzy&#322;a, teraz ju&#380; spokojniej:

Co zrobi&#322;e&#347;?

Sprawi&#322;em, &#380;e zacz&#281;&#322;a&#347; &#347;ni&#263;  odpar&#322;.

&#346;ni&#263;. Spa&#263;. Sze&#347;cioro nastolatk&#243;w w lesie i fiolka interleukinu-1 Ale przecie&#380; tamto to by&#322;o co&#347; zupe&#322;nie innego. Zupe&#322;nie.

To do&#347;wiadczenie przypomina&#322;o bardziej noc w hotelu w Conewango, w czasie procesu Jennifer, kiedy przyjecha&#322;a do niej Alice. T&#281; noc, kiedy Leisha utraci&#322;a wiar&#281; w to, &#380;e prawo swoj&#261; pot&#281;g&#261; potrafi stworzy&#263; powszechn&#261; wsp&#243;lnot&#281; i sta&#322;a dr&#380;&#261;ca na kraw&#281;dzi

Ciemno&#347;ci

Pr&#243;&#380;ni

Ale ten sen Dana to przecie&#380; by&#322;o &#347;wiat&#322;o, nie ciemno&#347;&#263;. A jednak to by&#322;o to samo. Leisha by&#322;a tego pewna. Skraj czego&#347; przepastnego i pozbawionego wszelkich praw, gdzie s&#322;aby, ostro&#380;ny p&#322;omyk jej rozs&#261;dku m&#243;g&#322; bezpowrotnie zagin&#261;&#263; Wtedy przysz&#322;a do niej Alice. Przez ogromne po&#322;acie niewiadomego Alice us&#322;ysza&#322;a jej g&#322;os w spos&#243;b, kt&#243;ry nie mia&#322; nic wsp&#243;lnego z owym s&#322;abym, ostro&#380;nym p&#322;omykiem. Wiedzia&#322;am  szepn&#281;&#322;a Alice. I wbrew wszelkiemu rozs&#261;dkowi pop&#281;dzi&#322;a prosto do Leishy.

A teraz Dan wbrew wszelkiemu rozs&#261;dkowi manipulowa&#322; jak&#261;&#347; nieznan&#261; cz&#281;&#347;ci&#261; jej umys&#322;u

Zaczyna si&#281; od pewnego rodzaju hipnozy  obja&#347;nia&#322; z entuzjazmem  ale takiego, kt&#243;ry si&#281;ga poza kor&#281; m&#243;zgow&#261; do uniwersalnych hm, ja nazywam je kszta&#322;tami. S&#261; czym&#347; wi&#281;cej ni&#380; tylko kszta&#322;tami. Ale brakuje mi s&#322;&#243;w, wiesz, Leisho, &#380;e zawsze brakowa&#322;o mi odpowiednich s&#322;&#243;w. Wiem tylko, &#380;e s&#261; we mnie i w ka&#380;dym. A ja je przywo&#322;uj&#281; tak, &#380;eby przybra&#322;y w&#322;asne kszta&#322;ty we &#347;nie innej osoby. To rodzaj snu na jawie, na wp&#243;&#322; sterowanego, ale to jeszcze co&#347; wi&#281;cej. To co&#347; zupe&#322;nie nowego.  Wzi&#261;&#322; g&#322;&#281;boki oddech.  I jest moje.

Logiczne kwestie nieco j&#261; uspokoi&#322;y.

Na wp&#243;&#322; sterowany? Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e potrafisz zaplanowa&#263;, co mi si&#281; b&#281;dzie &#347;ni&#322;o?  Ale nie mog&#322;a d&#322;ugo utrzyma&#263; tych pozor&#243;w oboj&#281;tno&#347;ci. Przepe&#322;nia&#322;o j&#261; zbyt wiele uczu&#263;, a nie wszystkie by&#322;y pozytywne.  Dan, czy tak w&#322;a&#347;nie wygl&#261;daj&#261; marzenia senne? Czy to dzieje si&#281; ze &#346;pi&#261;cymi w czasie snu?

Potrz&#261;sn&#261;&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Nie. W ka&#380;dym razie niezbyt cz&#281;sto. Wydaje mi si&#281; Tak naprawd&#281; to sam jeszcze nie wiem dok&#322;adnie, co si&#281; wydarzy&#322;o. Jeste&#347; przecie&#380; pierwsza, Leisho!

&#346;ni&#322; mi si&#281; m&#243;j ojciec. I matka.

Oczy Dana zal&#347;ni&#322;y rado&#347;ci&#261;.

To dobrze, bardzo dobrze. Pracowa&#322;em z kszta&#322;tami pochodz&#261;cymi od moich w&#322;asnych rodzic&#243;w.

Jego m&#322;oda twarz pociemnia&#322;a nagle, zawik&#322;ana w jakie&#347; osobiste wspomnienie, kt&#243;rego Leisha zupe&#322;nie nie mia&#322;a ochoty z nim dzieli&#263;. Sny  to jakby publicznie si&#281; obna&#380;y&#263;. Zbyt irracjonalne. Za wiele tu si&#281; odpuszcza, za bardzo si&#281; cz&#322;owiek poddaje. Ale je&#347;li poddaje si&#281; &#347;wiat&#322;u, s&#322;odyczy Nie. To nie rzeczywisto&#347;&#263;. Sny to ucieczka, przecie&#380; wie o tym od zawsze, ona, kt&#243;ra nigdy nie &#347;ni&#322;a. Marzenia senne to taki sam eskapizm wobec realnego &#347;wiata jak ta pseudonauka ze Stowarzyszenia Bli&#378;ni&#261;t Alice. Ale to, czego w&#322;a&#347;nie do&#347;wiadczy&#322;a

Jestem za stara, &#380;eby wywraca&#263; mi &#347;wiat na lew&#261; stron&#281; jak star&#261; skarpet&#281;!

Niespodziewanie Dan u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko, u&#347;miechem pe&#322;nym tak czystego triumfu, bez &#347;ladu domieszki frustracji czy arogancji, &#380;e Leisha poczu&#322;a si&#281; zupe&#322;nie oszo&#322;omiona. Ale postanowi&#322;a mocno obstawa&#263; przy rozumowym podej&#347;ciu do &#347;wiata.

Ale&#380; Dan  powiedzia&#322;a  pozosta&#322;ych czworo pacjent&#243;w, kt&#243;rzy przeszli t&#281; sam&#261; operacj&#281; w tamtej meksyka&#324;skiej klinice Im przecie&#380; nie przydarzy&#322;a si&#281; &#380;adna taka zmiana, &#380;adna

Bo nie byli artystami  odpar&#322; z absolutnym przekonaniem.  A ja jestem.

Ale  zacz&#281;&#322;a Leisha, lecz nie dane jej by&#322;o sko&#324;czy&#263;, gdy&#380; Dan  nadal u&#347;miechni&#281;ty, nadal triumfuj&#261;cy  wychyli&#322; si&#281; ze swego w&#243;zka i poca&#322;owa&#322; j&#261; mocno w usta.

Leisha dalej siedzia&#322;a nieruchomo. Czu&#322;a, jak jej cia&#322;o odpowiada, po raz pierwszy od od jak dawna? Od lat. Sutki stwardnia&#322;y, napi&#281;&#322;y si&#281; mi&#281;&#347;nie brzucha. Pachnia&#322; m&#281;&#380;czyzn&#261;, m&#281;skimi w&#322;osami i sk&#243;r&#261;. Usta rozchyli&#322;y si&#281; same z siebie. Leisha szarpn&#281;&#322;a si&#281; w ty&#322;.

Nie, Dan.

Tak!

Bardzo nie chcia&#322;a zniszczy&#263; jego triumfu, tego zatrwa&#380;aj&#261;cego osi&#261;gni&#281;cia  przecie&#380; sprawi&#322;, &#380;e &#347;ni&#322;a. Ale w tej sprawie by&#322;a absolutnie pewna.

Nie.

Dlaczego?

Bo mam siedemdziesi&#261;t osiem lat, a ty dwadzie&#347;cia. Wiem, &#380;e dla ciebie ta sprawa mo&#380;e wygl&#261;da&#263; inaczej, ale dla mnie, w my&#347;lach  w mojej g&#322;owie  jeste&#347; po prostu dzieckiem. I dla mnie zawsze nim pozostaniesz.

Bo jestem &#346;pi&#261;cym!

Nie. Bo nie prze&#380;y&#322;e&#347; jeszcze tych pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu o&#347;miu lat, kt&#243;re prze&#380;y&#322;am ja.

My&#347;lisz, &#380;e o tym nie wiem?  odpar&#322; gwa&#322;townie.

Bo nie wiesz. Nie masz najmniejszego poj&#281;cia, jak to jest.  Po&#322;o&#380;y&#322;a d&#322;o&#324; na jego d&#322;oni.  My&#347;l&#281; o tobie jak o synu, Da&#324;. Nie jak o kochanku. Jak o synu.

Spojrza&#322; jej prosto w oczy.

A c&#243;&#380; takiego powiedzia&#322; ci tw&#243;j sen o matkach, ojcach i dzieciach, &#380;e tak ci&#281; to przerazi&#322;o?

Przez chwil&#281; zn&#243;w czu&#322;a tamten sen i dojrza&#322;a b&#322;ysk czego&#347;, co kry&#322;o si&#281; poza nim, jak&#261;&#347; odwrotn&#261; stron&#281; zalanej s&#322;o&#324;cem &#347;cie&#380;ki, u&#347;miechni&#281;tego Rogera z egzotycznym kwiatem w r&#281;ku, i tej kochaj&#261;cej Elizabeth  takiej, jak&#261; nigdy nie by&#322;a w rzeczywisto&#347;ci, w ka&#380;dym razie dla Leishy. Leisha nie do ko&#324;ca potrafi&#322;a dojrze&#263; t&#281; drug&#261; stron&#281;, lecz wiedzia&#322;a, &#380;e ona istnieje, g&#322;&#281;boko w jej my&#347;lach  nowy spos&#243;b porz&#261;dkowania &#347;wiata, kt&#243;ry nie mia&#322; nic wsp&#243;lnego z prawem, ekonomi&#261; ani integracj&#261; polityczn&#261;, ani z &#380;adn&#261; z tych wszystkich rzeczy, kt&#243;rym po&#347;wi&#281;ci&#322;a &#380;ycie. Spos&#243;b niekoniecznie gorszy albo lepszy, ale zupe&#322;nie inny i co najwa&#380;niejsze: obcy. B&#322;ysk umkn&#261;&#322;.

Przykro mi, Dan  powiedzia&#322;a z ca&#322;ym wsp&#243;&#322;czuciem, na jakie by&#322;o j&#261; sta&#263;.

Kiedy wychodzi&#322;a z pokoju, rzuci&#322; za ni&#261; cicho:

B&#281;d&#281; coraz lepszy w swojej sztuce, Leisho. Wyci&#261;gn&#281; du&#380;o wi&#281;cej z twojej pod&#347;wiadomo&#347;ci, poka&#380;&#281; ci rzeczy, o kt&#243;rych nigdy nawet Leisho!

Nie mog&#322;a mu odpowiedzie&#263;. Tylko pogorszy&#322;aby spraw&#281;. Wysz&#322;a i delikatnie zamkn&#281;&#322;a za sob&#261; drzwi.

Wieczorem, kiedy ju&#380; dosz&#322;a, jak ma to z nim omawia&#263;, co powiedzie&#263;, &#380;eby uj&#261;&#263; ca&#322;y ten osza&#322;amiaj&#261;cy epizod w bardziej racjonaln&#261; perspektyw&#281;, Stella powiedzia&#322;a jej, &#380;e Dan spakowa&#322; si&#281; i wyjecha&#322;.



* * *


Miri zasiad&#322;a w kopule Rady na nowym krze&#347;le, kt&#243;re dostawiono w dniu jej szesnastych urodzin  pi&#281;tnaste krzes&#322;o przy&#347;rubowane do pod&#322;ogi przy polerowanym metalowym stole. Odt&#261;d pi&#281;&#263;dziesi&#261;t jeden procent akcji Azylu, kt&#243;re nale&#380;a&#322;o do rodziny Sharifi, b&#281;dzie rozdysponowane w g&#322;osowaniu na siedem r&#243;wnorz&#281;dnych blok&#243;w. W przysz&#322;ym roku, kiedy Tony zajmie swoje miejsce, blok&#243;w b&#281;dzie osiem. Kiedy Miri usiad&#322;a, krzes&#322;o lekko zaskrzypia&#322;o.

Rada Azylu z dum&#261; wita w&#347;r&#243;d swoich cz&#322;onk&#243;w Mirand&#281; Seren&#281; Sharifi  rozpocz&#281;&#322;a Jennifer bardzo oficjalnie.

Radni przywitali j&#261; oklaskami. Miri u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;. Jej babka roz&#322;adowa&#322;a na moment panuj&#261;ce w pomieszczeniu napi&#281;cie, tak g&#281;ste, &#380;e jego pr&#261;dy da&#322;oby si&#281; oznaczy&#263; na matrycy Hellera. Spod opuszczonych powiek Miri rozejrza&#322;a si&#281; ukradkiem dooko&#322;a sto&#322;u. Mia&#322;a teraz zwyczaj stale trzyma&#263; g&#322;ow&#281; opuszczon&#261;, poniewa&#380; odkry&#322;a, &#380;e wtedy jej drgawki i tiki s&#261; mniej widoczne. Matka klaska&#322;a nie patrz&#261;c na ni&#261;, ojciec u&#347;miecha&#322; si&#281; z melancholi&#261;, kt&#243;ra teraz nieustannie zaciemnia&#322;a jego spojrzenie. Pi&#281;kna ciocia Najla, nosz&#261;ca kolejne Superdziecko, wpatrywa&#322;a si&#281; w Miri z niezachwian&#261; determinacj&#261;.

Radni kadencyjni u&#347;miechali si&#281;, lecz zbyt s&#322;abo ich zna&#322;a, &#380;eby wiedzie&#263;, co mog&#261; oznacza&#263; owe u&#347;miechy. Zastanawia&#322;a si&#281;, czy zazdroszcz&#261; jej tych nieoczekiwanie przyspieszonych wp&#322;yw&#243;w. Rodzinie Sharifi przypada&#322;o w Azylu o wiele wi&#281;cej przywilej&#243;w ni&#380; to mia&#322;o miejsce w jakiejkolwiek innej rodzinnej korporacji na Ziemi. A z sieciowych dramat&#243;w wynika&#322;o, &#380;e na Ziemi panowa&#322; usankcjonowany spo&#322;ecznie obyczaj, kt&#243;ry nakazywa&#322; m&#322;odym m&#281;&#380;czyznom zabija&#263; ojc&#243;w, je&#347;li ci byli w&#322;a&#347;cicielami imperi&#243;w finansowych, plantacji lub korporacji orbitalnych, w celu przej&#281;cia ich w&#322;adzy. Po czym zwyczaj nakazywa&#322; po&#347;lubia&#263; m&#322;od&#261; trzeci&#261; &#380;on&#281; zamordowanego. Wyda&#322;o si&#281; to Miri tak barbarzy&#324;skie i odra&#380;aj&#261;ce, &#380;e dosz&#322;a do wniosku, i&#380; &#380;ebracy nie mog&#261; egzystowa&#263; w ten spos&#243;b naprawd&#281;. Z pewno&#347;ci&#261; wol&#261;, &#380;eby ich dramaty nie mia&#322;y &#380;adnego zwi&#261;zku z rzeczywisto&#347;ci&#261;. Pomys&#322; ten wyda&#322; si&#281; Miri z kolei tak bezsensowny, &#380;e z niesmakiem porzuci&#322;a dramaty i wr&#243;ci&#322;a do ogl&#261;dania seks-kana&#322;&#243;w.

Mamy dzi&#347; do&#347;&#263; bogaty porz&#261;dek obrad  zacz&#281;&#322;a Jennifer swym d&#378;wi&#281;cznym g&#322;osem.  Radny Dexler, czy zacznie pan od sprawozdania na temat stanu finans&#243;w?

Raport na temat stanu finans&#243;w by&#322; rutynowo pozytywny, lecz nie zmniejszy&#322; wcale panuj&#261;cego na sali napi&#281;cia. Miri, sama nie b&#281;d&#261;c ju&#380; pod obserwacj&#261;, spod opuszczonych powiek studiowa&#322;a twarze. Co&#347; tu by&#322;o wyra&#378;nie nie tak. Tylko co?

Potem z&#322;o&#380;y&#322;y raporty kolejno: komisja rolna, prawna, medyczna i wymiaru sprawiedliwo&#347;ci. Hermione okr&#281;ca&#322;a na palcu pukiel koloru miodu. (Kiedy to ostatnio Miri dotyka&#322;a w&#322;os&#243;w swojej matki? Ca&#322;e lata temu.) Po chwili przerzuci&#322;a kosmyk na inny palec i zacz&#281;&#322;a od nowa. Jeden skr&#281;t, drugi, trzeci Najla g&#322;adzi&#322;a si&#281; po nap&#281;cznia&#322;ym brzuchu. Radny Devore, m&#322;ody cz&#322;owiek o wielkich oczach, sprawia&#322; wra&#380;enie, &#380;e siedzi na roz&#380;arzonych w&#281;glach.

Na koniec mam jeszcze uzupe&#322;nienie do raportu medycznego  odezwa&#322;a si&#281; w ko&#324;cu Jennifer.  Prosi&#322;am, &#380;eby radny Derore pozostawi&#322; go do og&#243;lnej dyskusji. Jak wi&#281;kszo&#347;ci z was wiadomo, zdarzy&#322; si&#281; nam wypadek.

Nieoczekiwanie Jennifer spu&#347;ci&#322;a g&#322;ow&#281;, a Miri z zaskoczeniem spostrzeg&#322;a, &#380;e babka musi odczeka&#263; chwil&#281;, zanim b&#281;dzie w stanie kontynuowa&#263;. Miri przywyk&#322;a do my&#347;li, &#380;e nic nie jest w stanie sprawi&#263; jej b&#243;lu.

Tabitha Selenski z Kenyon International naprawia&#322;a wej&#347;cie do konwertera mocy przy budynku biznesu numer trzy i otrzyma&#322;a tak pot&#281;&#380;ny &#322;adunek energii, &#380;e Najprymitywniejsze z jej tkanek regeneruj&#261; si&#281; z wolna. Ale niekt&#243;re partie systemu nerwowego s&#261; tak zniszczone, &#380;e ju&#380; nie ma si&#281; tam co regenerowa&#263;. Nigdy nie odzyska ca&#322;kowitej &#347;wiadomo&#347;ci, co najwy&#380;ej cz&#281;&#347;ciow&#261;, na poziomie r&#243;wnym mniej wi&#281;cej zwierz&#281;ciu B&#281;dzie wymaga&#322;a sta&#322;ej opieki, nawet przy najbardziej podstawowych czynno&#347;ciach. Co wi&#281;cej, nigdy ju&#380; nie b&#281;dzie produktywnym cz&#322;onkiem naszej spo&#322;eczno&#347;ci.

Jennifer obrzuci&#322;a spojrzeniem ka&#380;dego po kolei cz&#322;onka Rady. Sznury Miri spl&#261;ta&#322;y si&#281; w w&#281;z&#322;y. By&#263; bezsilnym, zdanym we wszystkim na innych, pozbawia&#263; ich czasu i zasob&#243;w, nie daj&#261;c nic w zamian

By&#263; &#380;ebrakiem.

Zobaczy&#322;a wyra&#378;nie, o co tutaj chodzi, i poczu&#322;a nag&#322;y skurcz w &#380;o&#322;&#261;dku.

Kiedy&#347; zna&#322;am na Ziemi pewn&#261; kobiet&#281;  m&#243;wi&#322;a Jennifer.  Kiedy by&#322;am ma&#322;a. By&#322;a matk&#261; mojej kole&#380;anki. Opr&#243;cz niej ta kobieta mia&#322;a jeszcze jedno dziecko, dziecko z powa&#380;nymi zaburzeniami systemu nerwowego. W ramach tak zwanej rehabilitacji nakazano matce porusza&#263; rytmicznie ko&#324;czynami dziecka ruchami na&#347;laduj&#261;cymi pe&#322;zanie, &#380;eby wyry&#263; w m&#243;zgu wzorce takich zachowa&#324; i w ten spos&#243;b stymulowa&#263; jego rozw&#243;j. Musia&#322;a robi&#263; to sze&#347;&#263; razy dziennie przez godzin&#281;. W czasie mi&#281;dzy poszczeg&#243;lnymi sesjami karmi&#322;a dziecko, my&#322;a je, odci&#261;ga&#322;a produkty przemiany materii z jego okr&#281;&#380;nicy, puszcza&#322;a przepisane przez lekarzy ta&#347;my, kt&#243;re mia&#322;y pobudzi&#263; jego zmys&#322;y, k&#261;pa&#322;a je i m&#243;wi&#322;a do niego bez przerwy przez sze&#347;&#263; p&#243;&#322;godzinnych sesji, rozmieszczonych w sze&#347;ciu r&#243;wnomiernych odst&#281;pach na dob&#281;. Kobieta ta by&#322;a kiedy&#347; zawodow&#261; pianistk&#261;, lecz od tamtej pory nawet nie tkn&#281;&#322;a klawiszy. Kiedy dziecko sko&#324;czy&#322;o cztery lata, lekarze dodali jeszcze wi&#281;cej element&#243;w terapii. Nakazano matce, aby cztery razy dziennie obwozi&#322;a dziecko po podw&#243;rku, napotykaj&#261;c r&#243;&#380;ne obiekty w tej samej kolejno&#347;ci, lecz przy zmieniaj&#261;cych si&#281; warunkach atmosferycznych, tak&#380;e w celu wywo&#322;ania odpowiednich wzorc&#243;w reakcji w m&#243;zgu dziecka. Moja kole&#380;anka pomaga&#322;a jej, ale po kilku latach cierpia&#322;a ju&#380; na sam&#261; my&#347;l, &#380;e ma i&#347;&#263; do domu. Podobnie m&#261;&#380; owej kobiety, kt&#243;ry w ko&#324;cu nie wr&#243;ci&#322; do domu wcale. &#379;adnego z nich tam nie by&#322;o, kiedy ta kobieta zastrzeli&#322;a najpierw swoje dziecko, a potem siebie.

Jennifer zawiesi&#322;a g&#322;os. Podnios&#322;a ze sto&#322;u jaki&#347; papier.

Rada otrzyma&#322;a petycj&#281; od m&#281;&#380;a Tabithy, w kt&#243;rej prosi, &#380;eby skr&#243;ci&#263; jej cierpienia. Musimy teraz podj&#261;&#263; stosown&#261; decyzj&#281;.

Radna Letty Rubin, m&#322;oda kobieta o kanciastych rysach, zakrzykn&#281;&#322;a gor&#261;czkowo:

Tabitha wci&#261;&#380; jeszcze potrafi si&#281; u&#347;miecha&#263;, nadal troch&#281; reaguje. Odwiedzi&#322;am j&#261; i na d&#378;wi&#281;k mego g&#322;osu pr&#243;bowa&#322;a si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;! Ma prawo do w&#322;asnego &#380;ycia, bez wzgl&#281;du na to, jakie ono ma by&#263;!

Dziecko matki mojej kole&#380;anki te&#380; umia&#322;o si&#281; u&#347;miecha&#263;  odpar&#322;a Jennifer.  Ale prawdziwy problem tkwi w czym innym, a mianowicie: czy mamy prawo po&#347;wi&#281;ca&#263; &#380;ycie innego cz&#322;owieka, &#380;eby si&#281; ni&#261; zajmowa&#322;?

Wcale nie musieliby&#347;my po&#347;wi&#281;ca&#263; &#380;ycia jednego cz&#322;owieka! Je&#380;eli podzieliliby&#347;my mi&#281;dzy siebie ten obowi&#261;zek, na przyk&#322;ad na dwugodzinne zmiany, obci&#261;&#380;enie roz&#322;o&#380;y&#322;oby si&#281; r&#243;wnomiernie na tak wielu barkach, &#380;e nikt by go naprawd&#281; nie odczu&#322;!

Ale chodzi tak&#380;e o zasad&#281;  odezwa&#322; si&#281; Will Sandaleros.  Roszczenia s&#322;abych wobec silniejszych ze wzgl&#281;du na w&#322;asn&#261; s&#322;abo&#347;&#263;. &#379;ebracze roszczenia, oparte na za&#322;o&#380;eniu, &#380;e owoce pracy jednych nale&#380;&#261; si&#281; innym tylko dlatego, &#380;e sami nie mog&#261; na siebie zapracowa&#263;. Nie uznajemy twierdzenia, jakoby s&#322;abo&#347;&#263; mia&#322;a moralne prawo &#380;&#261;da&#263; czegokolwiek od talentu i pracy.

Radny Jamison, in&#380;ynier, niemal r&#243;wnie stary jak Jennifer, kt&#243;ry nie przeszed&#322; &#380;adnych innych genomodyfikacji opr&#243;cz bezsenno&#347;ci, potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Mia&#322; poci&#261;g&#322;&#261;, niezbyt przystojn&#261; twarz o ostrym, stercz&#261;cym podbr&#243;dku.

Tu chodzi o ludzkie &#380;ycie, radny Sandaleros. &#379;ycie cz&#322;onka naszej spo&#322;eczno&#347;ci. Czy spo&#322;eczno&#347;&#263; nie powinna gwarantowa&#263; swoim cz&#322;onkom pe&#322;nego wsparcia?

Ale co stanowi podstaw&#281; uczestnictwa w danej spo&#322;eczno&#347;ci? Czy automatycznie zostaje si&#281; nim raz na zawsze? To doprowadzi&#322;oby nas do instytucjonalnego zwyrodnienia. Czy by&#263; cz&#322;onkiem spo&#322;eczno&#347;ci nie oznacza stale aktywnie j&#261; wspiera&#263;, stale dok&#322;ada&#263; si&#281; do wsp&#243;lnej korzy&#347;ci? Czy, na przyk&#322;ad, pa&#324;ski zak&#322;ad ubezpiecze&#324;, radny Jamison, nadal umieszcza&#322;by klienta na swojej li&#347;cie, je&#347;li ten zaniecha&#322;by wp&#322;acania nale&#380;nych kwot?

Jamison nie odpowiedzia&#322;.

Ale spo&#322;eczno&#347;&#263; nie jest r&#243;wnoznaczna z umow&#261; handlow&#261;!  krzykn&#281;&#322;a Letty Rubin.  Musi przecie&#380; oznacza&#263; co&#347; wi&#281;cej!

G&#322;os Jennifer zag&#322;uszy&#322; ostatnie s&#322;owa.

Musi oznacza&#263; jedno: Tabitha Selenski nie powinna chcie&#263; sta&#263; si&#281; ci&#281;&#380;arem dla w&#322;asnej spo&#322;eczno&#347;ci. Powinna mie&#263; na tyle godno&#347;ci i przyzwoito&#347;ci, &#380;eby nie chcie&#263; ci&#261;gn&#261;&#263; dalej tak zwanego &#380;ycia jako &#380;ebrak. A to oznacza, &#380;e w swoim testamencie powinna zawrze&#263; standardow&#261; klauzul&#281; o eutanazji. Ja przecie&#380; tak zrobi&#322;am, podobnie jak Will i podobnie jak ty sama, Letty. Poniewa&#380; Tabitha tego nie dopatrzy&#322;a, przeciwstawi&#322;a si&#281; zasadom obowi&#261;zuj&#261;cym w naszej spo&#322;eczno&#347;ci i sama siebie wykluczy&#322;a z jej obr&#281;bu.

Instynkt samozachowawczy nie podlega naszej woli, matko  odezwa&#322; si&#281; Ricky.

Dla dobra spo&#322;eczno&#347;ci instynkty mog&#261; zosta&#263; okie&#322;znane. Tak dzieje si&#281; przecie&#380; od samego pocz&#261;tku. Wierno&#347;&#263; seksualna, sformalizowanie praw rz&#261;dz&#261;cych dysput&#261;, na&#322;o&#380;enie tabu na kazirodztwo  czym&#380;e s&#261; innym, je&#347;li nie opanowywaniem instynkt&#243;w przez wol&#281; dla dobra og&#243;&#322;u? Instynkt nakazuje zabija&#263; dla zemsty albo pieprzy&#263; si&#281; do utraty zmys&#322;&#243;w, kiedy tylko przyjdzie na to ch&#281;tka.

Miri gapi&#322;a si&#281; na babk&#281; szeroko otwartymi oczyma. Nigdy, w ca&#322;ym swoim &#380;yciu, nie s&#322;ysza&#322;a, &#380;eby Jennifer u&#380;ywa&#322;a takich s&#322;&#243;w. Babka by&#322;a zawsze bardzo oficjalna. Po sekundzie Miri zrozumia&#322;a, &#380;e to rozmy&#347;lny, teatralny gest i poczu&#322;a lekki niesmak, po kt&#243;rym nast&#261;pi&#322; kolejny skurcz &#380;o&#322;&#261;dka. Babka nie wierzy&#322;a, aby same tylko rzeczowe argumenty mog&#322;y przekona&#263; Rad&#281; do zabicia Tabithy Selenski.

Do zabicia.

Sznury zawirowa&#322;y jej w g&#322;owie.

Czym&#380;e jest bezsenno&#347;&#263;, je&#347;li nie okie&#322;znaniem wewn&#281;trznego pop&#281;du?  wtr&#261;ci&#322; nerwowo Jean-Michel Devore. Jennifer obdarzy&#322;a go u&#347;miechem.

Kluczem jest tu definicja spo&#322;eczno&#347;ci  odezwa&#322;a si&#281; Najla.  My&#347;l&#281;, &#380;e w tej kwestii wszyscy jeste&#347;my zgodni. Nasza definicja wymaga od cz&#322;onk&#243;w posiadania pewnych cech i uzdolnie&#324; oraz respektowania pewnych zasad. Kt&#243;ry z element&#243;w jest tutaj zasadniczy? A bez kt&#243;rego mo&#380;emy si&#281; obej&#347;&#263;?

To dobry pocz&#261;tek dyskusji  pochwali&#322; Sandaleros.

Cz&#322;onek naszej spo&#322;eczno&#347;ci musi si&#281; wykaza&#263; wszystkimi trzema  oznajmi&#322;a Jennifer.  Cech&#261; bezsenno&#347;ci, zdolno&#347;ci&#261; do pracy na rzecz spo&#322;eczno&#347;ci, a nie tylko korzystania z jej zasob&#243;w, i respektem dla zasady, &#380;e dobro spo&#322;eczno&#347;ci stoi ponad jego osobistymi preferencjami. Ka&#380;dy, kto nie posiada kt&#243;rego&#347; z tych trzech element&#243;w, jest nie tylko r&#243;&#380;ny od nas, ale stanowi dla nas aktywne zagro&#380;enie.  Pochyli&#322;a si&#281; do przodu, d&#322;onie wspar&#322;a o blat sto&#322;u.  Wierzcie mi, wiem co&#347; o tym.

Nast&#261;pi&#322;a kr&#243;tka chwila ciszy, kt&#243;r&#261; przerwa&#322; cichy g&#322;os Hermione.

Ka&#380;dy kto my&#347;li inaczej ni&#380; my, nie mo&#380;e by&#263; prawdziwym cz&#322;onkiem naszej spo&#322;eczno&#347;ci.

Opuszczona g&#322;owa Miri wystrzeli&#322;a w g&#243;r&#281;. Wpatrzy&#322;a si&#281; w matk&#281;, kt&#243;ra jednak nie odwzajemni&#322;a jej spojrzenia. Wszystkie sznurowe konstrukcje w g&#322;owie Miri zawirowa&#322;y. Na moment zapar&#322;o jej dech w piersiach.

Ale przecie&#380; matka mia&#322;a na my&#347;li tylko tych, kt&#243;rzy my&#347;l&#261; inaczej o pryncypiach.

W jej sznury wpl&#261;ta&#322;y si&#281; s&#322;owa z dwudziestu j&#281;zyk&#243;w: Harijan. Proscrit. Bui doi. Inquisicion. Kristalnacht. Gu&#322;ag

Spospo&#322;eczno&#347;&#263; po  w zdenerwowaniu nie potrafi&#322;a przepchn&#261;&#263; cholernych s&#322;&#243;w przez gard&#322;o  podzielona u p-podstaw u-ulegnie sasamozag&#322;adzie.

I w&#322;a&#347;nie dlatego nie wolno nam dzieli&#263; si&#281; na zdolnych do pracy i paso&#380;yt&#243;w  Jennifer zgrabnie wesz&#322;a jej w s&#322;owo.

N-nie o to m-mi chochodzi&#322;o!

Spierali si&#281; przez bite pi&#281;&#263; godzin. Tylko Najla, kt&#243;ra z powodu ci&#261;&#380;y czu&#322;a b&#243;le w krzy&#380;u, wysz&#322;a, pozostawiaj&#261;c sw&#243;j g&#322;os m&#281;&#380;owi. W ko&#324;cu wynik g&#322;osowania wyni&#243;s&#322; dziewi&#281;&#263; do sze&#347;ciu  Tabitha Selenski musi opu&#347;ci&#263; ich spo&#322;eczno&#347;&#263;. Je&#347;li takie b&#281;dzie &#380;yczenie jej m&#281;&#380;a, mo&#380;na j&#261; wys&#322;a&#263; na Ziemi&#281;, pomi&#281;dzy innych &#380;ebrak&#243;w.

Miri g&#322;osowa&#322;a z mniejszo&#347;ci&#261;. Podobnie  co by&#322;o dla niej niema&#322;ym zaskoczeniem  g&#322;osowa&#322; jej ojciec. Wynik g&#322;osowania mocno j&#261; przygn&#281;bi&#322;, ale musia&#322;a podporz&#261;dkowa&#263; si&#281; woli wi&#281;kszo&#347;ci. Azylowi nale&#380;y si&#281; wsparcie. Odczuwa&#322;a wielkie zmieszanie i pragn&#281;&#322;a gor&#261;co przedyskutowa&#263; to wszystko z Tonym, tak jak tylko oni to potrafi&#261;, w ca&#322;ej pe&#322;ni i g&#322;&#281;bi wzajemnych powi&#261;za&#324;, trojakich asocjacji i ci&#261;g&#243;w znacze&#324;. Komputerowy program Tonyego to by&#322; wielki sukces. Superbystrzy przywykli ju&#380; stosowa&#263; go do porozumiewania si&#281; we w&#322;asnym kr&#281;gu, wymieniaj&#261;c mi&#281;dzy sob&#261; pot&#281;&#380;ne konstrukcje znaczeniowe bez tych ogranicze&#324;, jakie stale narzuca&#322;a im mowa.

Przed drzwiami Kopu&#322;y Rady zatrzyma&#322; j&#261; ojciec. Ricky Keller mia&#322; podkr&#261;&#380;one oczy. Miri przysz&#322;o do g&#322;owy, &#380;e widz&#261;c go siedz&#261;cego w Radzie obok swej matki wielu pomy&#347;la&#322;oby, &#380;e z tej dw&#243;jki m&#322;odsza jest Jennifer. Z roku na rok Ricky stawa&#322; si&#281; delikatniejszy w obej&#347;ciu. A teraz, k&#322;ad&#261;c d&#322;o&#324; na ramieniu Miri, powiedzia&#322;:

Szkoda, &#380;e nie pozna&#322;a&#347; mojego ojca, Miri.

Twotwojego ojca?!

Nikt nigdy nie rozmawia&#322; o Richardzie Kellerze. Opowiedziano jej tylko o procesie, a to, co zrobi&#322; Jennifer, swojej &#380;onie, by&#322;o potworne.

My&#347;l&#281;, &#380;e pod wieloma wzgl&#281;dami bardzo go przypominasz, mimo &#380;e jeste&#347; Super. Dziedzictwo genetyczne jest o wiele bardziej skomplikowane, ni&#380; nam si&#281; w naszym zadufaniu wydaje. Policzalne chromosomy to nie wszystko.

I odszed&#322;. Miri sama nie wiedzia&#322;a, czy ma si&#281; cieszy&#263; czy obrazi&#263;. Richard Keller, zdrajca Azylu. Ludzie zwykle mawiali o niej, &#380;e przypomina swoj&#261; babk&#281;, zdecydowan&#261; kobiet&#281;. Jednak oczy ojca w swojej melancholii wyda&#322;y jej si&#281; poci&#261;gaj&#261;co delikatne. Miri zapatrzy&#322;a si&#281; na jego oddalaj&#261;c&#261; si&#281;, pochylon&#261; sylwetk&#281;.

Nast&#281;pnego dnia Tabitha Selenski umar&#322;a od &#347;mierciono&#347;nego zastrzyku. Uparcie kr&#261;&#380;&#261;ca plotka twierdzi&#322;a, &#380;e Tabitha sama wstrzykn&#281;&#322;a sobie trucizn&#281;, ale Miri w to nie wierzy&#322;a. Gdyby Tabitha by&#322;a w stanie to zrobi&#263;, decyzja Rady z pewno&#347;ci&#261; by&#322;aby inna. Ale Tabitha by&#322;a ju&#380; w&#322;a&#347;ciwie warzywem. I taka by&#322;a prawda. Tak m&#243;wi&#322;a przecie&#380; babka Miri.



KSI&#280;GA CZWARTA

&#379;ebracy

2091

&#379;aden cz&#322;owiek nie jest na tyle lepszy od drugiego, by m&#243;c nim rz&#261;dzi&#263; bez jego zgody.

ABRAHAM LINCOLN, PEORIA, 16 PA&#377;DZIERNIKA 1854



22

STO PI&#280;&#262;DZIESI&#260;TY DRUGI KONGRES STAN&#211;W ZJEDNOCZONYCH stan&#261;&#322; przed problemem rocznego deficytu handlowego, kt&#243;ry przez ostatnie dziesi&#281;&#263; lat wzr&#243;s&#322; o sze&#347;&#263;set procent, d&#322;ugu federalnego, kt&#243;ry si&#281; potroi&#322;, oraz d&#322;ugu fiskalnego rz&#281;du dwudziestu sze&#347;ciu procent. Przez niemal ca&#322;e stulecie Kenzo Yagai, a p&#243;&#378;niej jego spadkobiercy licencjonowali patent na energi&#281; Y wy&#322;&#261;cznie dla ameryka&#324;skich firm, tak jak zosta&#322;o to zastrze&#380;one w ekscentrycznym testamencie Yagaiego. Stany Zjednoczone przesz&#322;y najd&#322;u&#380;szy okres wzrostu ekonomicznego w ca&#322;ej swej historii. Dzi&#281;ki technologiom Y wydoby&#322;y si&#281; g&#322;adko z niebezpiecznego kryzysu mi&#281;dzynarodowego prze&#322;omu wiek&#243;w, a tak&#380;e z jeszcze bardziej niebezpiecznego sta&#322;ego ni&#380;u ekonomicznego. Amerykanie wynale&#378;li i wybudowali wszystkie mo&#380;liwe zastosowania energii Y, kt&#243;r&#261; ka&#380;dy teraz chcia&#322; mie&#263;. Wok&#243;&#322; Ziemi kr&#261;&#380;y&#322;y zaprojektowane, zbudowane i nap&#281;dzane przez Amerykan&#243;w stacje orbitalne, po niebie mkn&#281;&#322;y skonstruowane przez Amerykan&#243;w samoloty, na nielegalnych rynkach broni w ka&#380;dym wi&#281;kszym kraju na &#347;wiecie handlowano broni&#261; ameryka&#324;skiej produkcji. Kolonie na Marsie i Lunie mog&#322;y przetrwa&#263; tylko dzi&#281;ki generatorom Y. Na Ziemi tysi&#261;ce nap&#281;dzanych t&#261; energi&#261; urz&#261;dze&#324; oczyszcza&#322;o powietrze, uzdatnia&#322;o odpady, ogrzewa&#322;o miasta, nap&#281;dza&#322;o w pe&#322;ni zautomatyzowane fabryki, hodowa&#322;o ro&#347;liny o genetycznie poprawionej wydajno&#347;ci, nap&#281;dza&#322;o opiek&#281; spo&#322;eczn&#261; i utrzymywa&#322;o sta&#322;y przep&#322;yw kosztownych informacji mi&#281;dzy korporacjami, kt&#243;re z roku na rok stawa&#322;y si&#281; bogatsze, bardziej kr&#243;tkowzroczne w dzia&#322;aniu i bardziej szalone, na podobie&#324;stwo dawnych nad&#281;tych arystokrat&#243;w, kt&#243;rym z emocji odpada&#322;y guziki u kamizelek, kiedy stawiali ca&#322;e fortuny przy grze w faraona lub ruletk&#281;.

W 2080 prawa do patent&#243;w wygas&#322;y.

Mi&#281;dzynarodowa Komisja Handlowa udost&#281;pni&#322;a patenty na energi&#281; Y wszystkim ch&#281;tnym. Kraje, kt&#243;re dot&#261;d &#380;y&#322;y z okruch&#243;w ameryka&#324;skiej prosperity  buduj&#261;c sk&#322;ady dla maszyn, odkupuj&#261;c drobne i mniej rentowne licencje, dostarczaj&#261;c po&#347;rednik&#243;w i broker&#243;w  by&#322;y na to przygotowane. Czeka&#322;y gotowe od lat  fabryki sta&#322;y ju&#380; wybudowane, czeka&#322; personel kszta&#322;cony na ameryka&#324;skich uniwersytetach, czeka&#322;y gotowe projekty. W dziesi&#281;&#263; lat Stany Zjednoczone utraci&#322;y sze&#347;&#263;dziesi&#261;t procent globalnego rynku handlu energi&#261; Y. Deficyt pi&#261;&#322; si&#281; w g&#243;r&#281; jak jaki&#347; Szerpa.

Amatorzy &#379;ycia nie zaprz&#261;tali sobie tym g&#322;owy. Przecie&#380; po to w&#322;a&#347;nie wybierali sobie kongresmen&#243;w, &#380;eby nie musie&#263; sobie zaprz&#261;ta&#263; g&#322;owy. To kongresmeni mieli zakrz&#261;tn&#261;&#263; si&#281; w ten sw&#243;j pracowity, wo&#322;owaty spos&#243;b i znale&#378;&#263; wyj&#347;cie, zaj&#261;&#263; si&#281; problemem, je&#347;li jaki&#347; problem wyniknie. Og&#243;&#322; obywateli, a w ka&#380;dym razie ta jego cz&#281;&#347;&#263;, kt&#243;rej chcia&#322;o si&#281; jeszcze czego&#347; s&#322;ucha&#263;, nie dostrzega&#322;a &#380;adnego problemu. Wy&#347;cigi skuter&#243;w, zasi&#322;ki z opieki spo&#322;ecznej, kana&#322;y rozrywkowe w sieciach, fundowane przez polityk&#243;w festyny z obfito&#347;ci&#261; jedzenia i piwa, rozbudowa nowych dzielnic i bezp&#322;atna energia nadal przecie&#380; mia&#322;y si&#281; &#347;wietnie. A tam, gdzie by&#322;o inaczej, politycy nic nie dostawali. W ko&#324;cu na g&#322;osy wyborc&#243;w trzeba zapracowa&#263;. Amerykanie wierz&#261; w to od zawsze.

Deficyt w bud&#380;ecie osi&#261;gn&#261;&#322; poziom krytyczny.

Kongres podni&#243;s&#322; progi podatkowe dla os&#243;b prawnych. Potem jeszcze raz w 2087 i jeszcze raz w 2090. Firmy Wo&#322;&#243;w, kt&#243;re wysy&#322;a&#322;y do Kongresu swoje c&#243;rki, ojc&#243;w lub kuzyn&#243;w, zacz&#281;&#322;y protestowa&#263;. W 2091 roku protest&#243;w tych nie da&#322;o si&#281; d&#322;u&#380;ej ignorowa&#263;. Najwy&#380;sza Izba obradowa&#322;a przez sze&#347;&#263; dni i nocy, a debat&#281; t&#281; transmitowano przez sieci informacyjne. Poza Wo&#322;ami ma&#322;o kto j&#261; &#347;ledzi&#322;. W tej mniejszo&#347;ci znajdowa&#322;a si&#281; i Leisha Camden. A tak&#380;e Will Sandaleros.

Pod koniec sz&#243;stego dnia Kongres przyj&#261;&#322; ustaw&#281; o nowych zasadach opodatkowania. Ustanowiono tak strom&#261; skal&#281; prog&#243;w podatkowych, jakiej &#347;wiat jeszcze nie ogl&#261;da&#322;. Na samym szczycie owej drabiny znajdowa&#322;y si&#281; jednostki prawne, kt&#243;re za sw&#243;j udzia&#322; w rz&#261;dzeniu Ameryk&#261; p&#322;aci&#322;y podatek w wysoko&#347;ci dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu dw&#243;ch procent zysku, z bardzo &#347;cis&#322;ymi ograniczeniami odlicze&#324;. Nast&#281;pny pr&#243;g wyznaczono na poziomie siedemdziesi&#281;ciu o&#347;miu procent. Poni&#380;ej wysoko&#347;&#263; prog&#243;w gwa&#322;townie opada&#322;a.

Spo&#347;r&#243;d korporacji opodatkowanych na siedemdziesi&#261;t osiem procent a&#380; pi&#281;&#263;dziesi&#261;t cztery procent mie&#347;ci&#322;o si&#281; na Azylu. A jedyn&#261; korporacj&#261;, kt&#243;ra spe&#322;nia&#322;a warunki opodatkowania dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciodwuprocentowego, by&#322; sam Azyl.

Kongres zatwierdzi&#322; now&#261; ustaw&#281; podatkow&#261; w pa&#378;dzierniku. Leisha, kt&#243;ra &#347;ledzi&#322;a obrady w swoim domu w Nowym Meksyku, spojrza&#322;a przy tym bezwiednie w niebo za oknem. By&#322;o puste, niebieskie, bez jednej chmurki.

Will Sandaleros z&#322;o&#380;y&#322; pe&#322;ny raport Jennifer Sharifi, kt&#243;ra w tym czasie przebywa&#322;a na stacji orbitalnej Kagura, gdzie za&#322;atwia&#322;a jakie&#347; niezmiernie wa&#380;ne sprawy. Jennifer wys&#322;ucha&#322;a go ze spokojem. Fa&#322;dy bia&#322;ej abaji u&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; wdzi&#281;cznie wok&#243;&#322; jej st&#243;p. Ciemne oczy b&#322;yszcza&#322;y.

Tak, Jenny  powiedzia&#322; Will.  Zaczynamy pierwszego stycznia.

Jennifer skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;. Jej wzrok pow&#281;drowa&#322; w kierunku wisz&#261;cego na &#347;cianie holoportretu Tonyego Indivino. Po chwili powr&#243;ci&#322; do Willa, czego ten, pochylony nad obliczeniami przypuszczalnych podatk&#243;w Azylu, nie zauwa&#380;y&#322;.



* * *


Miri nie potrafi&#322;a pozby&#263; si&#281; my&#347;li o &#347;mierci Tabithy Selenski. Niewa&#380;ne, o czym akurat my&#347;la&#322;a  czy prowadzi&#322;a swoje neurochemiczne badania, czy &#380;artowa&#322;a z Tonym, czy te&#380; my&#322;a w&#322;osy  Tabitha Selenski, kt&#243;rej Miri nie widzia&#322;a na oczy, wpl&#261;tywa&#322;a si&#281;, przyczepia&#322;a do sznurk&#243;w Miri i kompletnie blokowa&#322;a my&#347;li.

Kompletnie blokowa&#322;a. Miri rozpracowa&#322;a zastrzyk, od kt&#243;rego umar&#322;a Tabitha  powodowa&#322; natychmiastow&#261; blokad&#281; serca. A kiedy serce nie pracowa&#322;o, p&#322;uca nie mog&#322;y wci&#261;gn&#261;&#263; powietrza. Tabitha dusi&#322;a si&#281; zablokowanym w p&#322;ucach oddechem, tylko &#380;e o tym nie wiedzia&#322;a, bo zastrzyk sparali&#380;owa&#322; te&#380; natychmiast to, co pozosta&#322;o z jej m&#243;zgu.

Miri siedzia&#322;a samotnie w ba&#324;ce z placem zabaw, zawieszonej na osi Azylu, i my&#347;la&#322;a o Tabicie Selenski. Dawno ju&#380; wyros&#322;a z placu zabaw. Mimo to nadal lubi&#322;a tu przychodzi&#263;, kiedy ba&#324;ka by&#322;a pusta, &#380;eglowa&#322;a wtedy wolno od jednego uchwytu do drugiego, a jej zwyk&#322;a niezr&#281;czno&#347;&#263; znika&#322;a przy braku ci&#261;&#380;enia i obserwator&#243;w. Dzisiaj sznury jej my&#347;li wyda&#322;y si&#281; tak samo opustosza&#322;e jak ten plac zabaw.

Lecz przecie&#380; nie by&#322;a ca&#322;kiem osamotniona  pi&#281;cioro ludzi, w tym jej w&#322;asny ojciec, g&#322;osowa&#322;o razem z ni&#261; za tym, by pozwolono Tabicie nadal &#380;y&#263; w Azylu. Ale pomi&#281;dzy ich g&#322;osami, powodami i argumentami za wsp&#243;&#322;czuciem kry&#322;a si&#281; istotna r&#243;&#380;nica, kt&#243;r&#261; Miri czu&#322;a wyra&#378;nie, lecz nie potrafi&#322;a nazwa&#263;  ani za pomoc&#261; s&#322;&#243;w, ani za pomoc&#261; sznur&#243;w, co by&#322;o powodem jej g&#322;&#281;bokiej frustracji. Ten sam stary problem: czego&#347; brakowa&#322;o w jej my&#347;lach, jakiego&#347; nieznanego rodzaju asocjacji lub zwi&#261;zk&#243;w. Dlaczego nie mog&#322;a wysnu&#263; badawczego sznura, kt&#243;ry spenetrowa&#322;by problem r&#243;&#380;nicy mi&#281;dzy jej g&#322;osem a g&#322;osami innych, kt&#243;ry pozwoli&#322;by jej dowiedzie&#263; si&#281;, na czym owa r&#243;&#380;nica polega? Pozwoli&#322;by wyja&#347;ni&#263; j&#261; i zbada&#263;, w&#322;&#261;czy&#263; w system etyczny, kt&#243;ry &#347;mier&#263; Tabithy Selenski wypali&#322;a tak samo jak wypala&#322;a teraz jej my&#347;li. Czego&#347; w tym wszystkim brakowa&#322;o, czego&#347; bardzo dla Miri wa&#380;nego. Tam, gdzie powinno znajdowa&#263; si&#281; wyt&#322;umaczenie, zia&#322;a wielka dziura.

Spojrza&#322;a w d&#243;&#322;, na pola, kopu&#322;y i &#347;cie&#380;ki. Azyl wygl&#261;da&#322; pi&#281;knie w mi&#281;kkim blasku przefiltrowanych promieni s&#322;onecznych. Przy przeciwnym kra&#324;cu stacji zbiera&#322;y si&#281; chmury; zesp&#243;&#322; dy&#380;urny na pewno planowa&#322; na dzisiaj deszcz. B&#281;dzie musia&#322;a sprawdzi&#263; w kalendarzu pogody.

Azyl. (Uciekinierzy  ko&#347;cio&#322;y  ochrona osoby i mienia  r&#243;wnowaga mi&#281;dzy prawem jednostki a prawami spo&#322;ecze&#324;stwa  Locke  Paine  bunt  Gandhi  samotny bojownik o wy&#380;sze prawa moralne) Dla Bezsennych tym wszystkim by&#322; Azyl. Jej w&#322;asna spo&#322;eczno&#347;&#263;. Dlaczego wi&#281;c czuje si&#281; tak, jakby &#347;mier&#263; Tabithy zepchn&#281;&#322;a j&#261; na tak&#261; pozycj&#281;, gdzie uciekinierom nie przys&#322;uguj&#261; ju&#380; &#380;adne prawa? (Becket w katedrze, krew na kamiennej posadzce). Do miejsca, gdzie znik&#261;d nie mo&#380;na oczekiwa&#263; bezpiecze&#324;stwa.

Powolutku Miri zesz&#322;a na d&#243;&#322; i wysz&#322;a z ba&#324;ki, &#380;eby poszuka&#263; Tonyego, kt&#243;ry wprawdzie nie da jej odpowiedzi, ale przynajmniej zrozumie pytania. W ka&#380;dym razie b&#281;dzie je rozumia&#322; na tyle, na ile rozumie je ona, a to  jak u&#347;wiadomi&#322;a sobie nagle  niezbyt wiele. Brakuje czego&#347; niezmiernie istotnego.

Tylko czego?



* * *


Pod koniec pa&#378;dziernika Alice przesz&#322;a zawa&#322;. Mia&#322;a osiemdziesi&#261;t trzy lata. Potem le&#380;a&#322;a cicho w &#322;&#243;&#380;ku, a przyjmowane lekarstwa &#322;agodzi&#322;y jej cierpienia. Leisha dniami i nocami wysiadywa&#322;a przy niej wiedz&#261;c, &#380;e to ju&#380; nie potrwa d&#322;ugo. Przez wi&#281;kszo&#347;&#263; czasu Alice spa&#322;a. Kiedy nie spa&#322;a, odp&#322;ywa&#322;a nagle w jakie&#347; wywo&#322;ane lekami marzenia, a wtedy jej pomarszczon&#261; twarz rozja&#347;nia&#322; nik&#322;y u&#347;miech. Leisha, trzymaj&#261;ca j&#261; za r&#281;k&#281;, nie mia&#322;a poj&#281;cia, kt&#243;r&#281;dy w&#281;druje umys&#322; siostry, a&#380; pewnej nocy mg&#322;a odesz&#322;a na chwil&#281; z oczu Alice, kt&#243;ra skupi&#322;a na Leishy spojrzenie i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do niej tak ciep&#322;o i pogodnie, &#380;e Leisha, z trudem &#322;api&#261;c oddech, natychmiast pochyli&#322;a si&#281; ku niej.

Alice?

Tatu&#347; podlewa kwiatki  szepn&#281;&#322;a Alice.

Leish&#281; zapiek&#322;y oczy.

Tak, Alice, tak.

Da&#322; mi jeden.

Leisha pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;. Alice z powrotem zapad&#322;a w sen, u&#347;miechni&#281;ta wr&#243;ci&#322;a tam, gdzie ojciec darzy&#322; mi&#322;o&#347;ci&#261; swoj&#261; ma&#322;&#261; dziewczynk&#281;.

Po kilku godzinach zn&#243;w si&#281; obudzi&#322;a i &#347;ciskaj&#261;c d&#322;o&#324; Leishy z niespodziewan&#261; si&#322;&#261; rozejrza&#322;a si&#281; dzikim wzrokiem. Dysz&#261;c ci&#281;&#380;ko, pr&#243;bowa&#322;a usi&#261;&#347;&#263;.

Uda&#322;o mi si&#281;! Uda&#322;o! Ci&#261;gle jeszcze tu jestem, nie umar&#322;am!

Opad&#322;a z powrotem na poduszki.

Jordan, stoj&#261;cy przy &#322;&#243;&#380;ku matki, odwr&#243;ci&#322; wzrok.

Kiedy obudzi&#322;a si&#281; po raz ostatni, by&#322;a zupe&#322;nie przytomna. Popatrzy&#322;a z mi&#322;o&#347;ci&#261; na Jordana, a Leisha dostrzeg&#322;a, &#380;e im dwojgu s&#322;owa nie by&#322;y potrzebne. Alice da&#322;a synowi wszystko co mia&#322;a, wszystko czego potrzebowa&#322;, by&#322; wi&#281;c zabezpieczony.

Zaopiekuj si&#281; Danem  szepn&#281;&#322;a do Leishy.

Nie Jordanem, Erikiem czy innym z wnuk&#243;w. Nie wiedzie&#263; sk&#261;d Alice wiedzia&#322;a, kto jest najbardziej potrzebuj&#261;cy. Ale czy kiedykolwiek by&#322;o inaczej?

Dobrze, Alice

Ale Alice zapad&#322;a ju&#380; z powrotem w intymny &#347;wiat sn&#243;w, a na wargach zn&#243;w zadr&#380;a&#322; cie&#324; u&#347;miechu.

P&#243;&#378;niej, kiedy Stella z c&#243;rk&#261; upina&#322;a jej rzadkie, siwe w&#322;osy i dzwoni&#322;a do w&#322;adz stanowych po pozwolenie na prywatny pogrzeb, Leisha odesz&#322;a do swojego pokoju. Zdj&#281;&#322;a z siebie ubranie i stan&#281;&#322;a przed lustrem. Mia&#322;a g&#322;adk&#261;, zar&#243;&#380;owion&#261; sk&#243;r&#281;, piersi, kt&#243;re przez dziesi&#261;tki lat poddane prawom grawitacji wprawdzie nieco opad&#322;y, lecz nadal by&#322;y pe&#322;ne i g&#322;adkie. Mi&#281;&#347;nie ud napina&#322;y si&#281;, kiedy poruszy&#322;a palcami st&#243;p. Jej w&#322;osy  ten sam pi&#281;kny blond, jakiego swego czasu za&#380;yczy&#322; sobie Roger Camden, opada&#322;y wok&#243;&#322; twarzy mi&#281;kkimi falami. Poczu&#322;a nag&#322;&#261; ch&#281;&#263;, by chwyci&#263; no&#380;yczki i obciacha&#263; sobie te w&#322;osy w postrz&#281;pione k&#322;aki, lecz czu&#322;a si&#281; zbyt stara i zbyt zm&#281;czona na tak teatralne gesty. Jej siostra-bli&#378;niaczka umar&#322;a ze staro&#347;ci. Zasn&#281;&#322;a na dobre.

Leisha wci&#261;gn&#281;&#322;a na siebie ubranie, nie spojrzawszy ju&#380; wi&#281;cej do lustra, i posz&#322;a pom&#243;c Stelli przy zw&#322;okach Alice.



* * *


Na pogrzeb zjecha&#322; do Nowego Meksyku Richard z Ad&#261; i synem. Sean mia&#322; teraz dziewi&#281;&#263; lat, by&#322; jedynakiem. (Czy&#380;by Richard obawia&#322; si&#281;, &#380;e drugie dziecko oka&#380;e si&#281; Bezsennym?). Richard wydawa&#322; si&#281; zadowolony z &#380;ycia, tak ustatkowany, jak tylko pozwala&#322; na to jego i Ady tryb &#380;ycia. Wcale si&#281; nie postarza&#322;. Rysowa&#322; mapy pr&#261;d&#243;w oceanicznych w kt&#243;rej&#347; z uprawnych cz&#281;&#347;ci Oceanu Indyjskiego, tu&#380; przy szelfie kontynentalnym. Praca sz&#322;a mu dobrze. Otoczy&#322; Leish&#281; ramionami i powiedzia&#322;, &#380;e bardzo mu przykro z powodu Alice. Leisha wiedzia&#322;a, &#380;e m&#243;wi szczerze, a po&#347;r&#243;d jej smutku gdzie&#347; w g&#322;owie za&#347;wita&#322;a my&#347;l, &#380;e cho&#263; to w&#322;a&#347;nie on by&#322; najwa&#380;niejszym m&#281;&#380;czyzn&#261; w ca&#322;ym jej doros&#322;ym &#380;yciu, teraz, kiedy trzymaj&#261; w ramionach, ona nic nie czuje. By&#322; obcym cz&#322;owiekiem, z kt&#243;rym &#322;&#261;czy&#322;a j&#261; tylko biologia rodzicielskiego wyboru i dawno przebrzmia&#322;e marzenia.

Na pogrzeb przyjecha&#322; tak&#380;e Dan.

Leisha nie widzia&#322;a go od czterech lat, cho&#263; &#347;ledzi&#322;a w sieciach jego karier&#281;. Spotka&#322;a si&#281; z nim na wy&#322;o&#380;onym kamieniami podw&#243;rzu, rozja&#347;nionym sztucznie wywo&#322;anymi kwiatami kaktus&#243;w i egzotycznych ro&#347;lin, hodowanych w wilgotnych, przejrzystych ba&#324;kach pola Y. Bez wahania skierowa&#322; ku niej sw&#243;j w&#243;zek.

Witaj, Leisho.

Witaj, Dan.

Nadal mia&#322; to samo intensywnie zielone, uparte spojrzenie, cho&#263; pod ka&#380;dym innym wzgl&#281;dem po raz kolejny bardzo si&#281; zmieni&#322;. Leishy przypomnia&#322; si&#281; tamten brudny, ko&#347;cisty dziesi&#281;ciolatek, potem gamoniowaty nastolatek, kt&#243;ry tak bardzo stara&#322; si&#281; by&#263; Wo&#322;em w p&#322;aszczu, krawacie i po&#380;yczonym stylu &#380;ycia, potem gwiazda k&#243;&#322;ka dramatycznego z kr&#243;tko przystrzy&#380;onymi w&#322;osami i w lamowanym koronk&#261; retrostroju, na koniec brodaty w&#322;&#243;cz&#281;ga o chmurnym spojrzeniu, s&#322;aby psychicznie i pe&#322;en niebezpiecznych resentyment&#243;w. Teraz mia&#322; na sobie drogie ubranie, a zdradza&#322;a go tylko samotna, diamentowa bransoleta. Zm&#281;&#380;nia&#322;, rysy twarzy osi&#261;gn&#281;&#322;y dojrza&#322;o&#347;&#263;. By&#322;  jak zauwa&#380;y&#322;a Leisha bez cienia po&#380;&#261;dania  bardzo przystojnym m&#281;&#380;czyzn&#261;. A kim by&#322; poza tym, nauczy&#322; si&#281; ju&#380; starannie ukrywa&#263;.

Tak mi przykro z powodu Alice. Mia&#322;a najbardziej szczodre serce ze wszystkich ludzi, jakich zna&#322;em.

Wiedzia&#322;e&#347; o tym? Tak, to prawda. I sama to sobie wypracowa&#322;a, bez &#380;adnej szczeg&#243;lnej pomocy ze strony tych, kt&#243;rzy powinni byli jej pom&#243;c.

Nie spyta&#322;, co chcia&#322;a przez to powiedzie&#263;. Dla niego s&#322;owa nigdy nie by&#322;y najlepszym medium.

B&#281;dzie mi jej ogromnie brakowa&#322;o. Wiem, &#380;e nie zajrza&#322;em tu od lat.  M&#243;wi&#322; bez cienia za&#380;enowania. Widocznie przeszed&#322; ju&#380; do porz&#261;dku nad ostatni&#261; niezr&#281;czn&#261; scen&#261;, jaka si&#281; mi&#281;dzy nimi rozegra&#322;a. Lecz je&#347;li to prawda, to dlaczego trzyma&#322; si&#281; z dala przez cztery lata? Leisha rozes&#322;a&#322;a do&#347;&#263; wiadomo&#347;ci, kt&#243;re mia&#322;y go przekona&#263;, by wr&#243;ci&#322; do domu.  Ale nawet kiedy mnie tu nie by&#322;o, co niedziel&#281; rozmawiali&#347;my przez wideotelefon. Czasami przez wiele godzin.

O tym nie wiedzia&#322;a. Poczu&#322;a uk&#322;ucie zazdro&#347;ci. Ale czy by&#322;a zazdrosna o Dana czy o Alice?

Kocha&#322;a ci&#281;, Dan. By&#322;e&#347; dla niej wa&#380;ny. Wymieni&#322;a ci&#281; w swoim testamencie, ale to wszystko mo&#380;e poczeka&#263; do ko&#324;ca pogrzebu.

Tak  zgodzi&#322; si&#281; Dan, nie okazuj&#261;c szczeg&#243;lnego zainteresowania tym, co odziedziczy&#322;. Leisha poczu&#322;a przyp&#322;yw ciep&#322;ych uczu&#263;. Tamto dziecko nadal w nim by&#322;o, gdzie&#347; poza wyzywaj&#261;c&#261; bransolet&#261; i dziwn&#261; karier&#261;, o kt&#243;rej &#380;adne z nich dot&#261;d nawet nie napomkn&#281;&#322;o. A przecie&#380; powinna o niej wspomnie&#263;, prawda? To jego praca, jego osi&#261;gni&#281;cie, jego indywidualna doskona&#322;o&#347;&#263;.

&#346;ledzi&#322;am przez sieci twoj&#261; karier&#281;. Uda&#322;o ci si&#281; i wszyscy jeste&#347;my z ciebie bardzo dumni.

W jego oczach zab&#322;ys&#322;o &#347;wiate&#322;ko.

Ogl&#261;da&#322;a&#347; m&#243;j wyst&#281;p w sieci?

Nie, wyst&#281;pu nie. Ale recenzje, pochwa&#322;y

&#346;wiate&#322;ko zgas&#322;o. Mimo to nadal u&#347;miecha&#322; si&#281; ciep&#322;o.

W porz&#261;dku, Leisho. Wiedzia&#322;em, &#380;e nie b&#281;dziesz mog&#322;a ich ogl&#261;da&#263;.

Nie b&#281;d&#281; chcia&#322;a  poprawi&#322;a, zanim zdo&#322;a&#322;a si&#281; powstrzyma&#263;.

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Nie. Nie mog&#322;a. W porz&#261;dku. Nawet je&#347;li ju&#380; nigdy wi&#281;cej nie pozwolisz mi wywo&#322;a&#263; u siebie snu na jawie, to i tak ty w&#322;a&#347;nie wywar&#322;a&#347; najsilniejszy wp&#322;yw na ca&#322;&#261; moj&#261; sztuk&#281;.

Leisha ju&#380; otwiera&#322;a usta, &#380;eby odpowiedzie&#263;  na ten przyp&#322;yw sentymentu, na kryj&#261;ce si&#281; pod nim &#380;&#261;de&#322;ko i pobrzmiewaj&#261;cy gdzie&#347; za jednym i drugim ambiwalentny up&#243;r  ale zanim zdo&#322;a&#322;a przem&#243;wi&#263;, Dan doda&#322;:

Przywioz&#322;em kogo&#347; ze sob&#261; na pogrzeb Alice.

Kogo?

Kevina Bakera.

Poczucie skr&#281;powania ust&#261;pi&#322;o. Dan nadal przyprawia&#322; j&#261; o zmieszanie  ten syn, kt&#243;rego nie urodzi&#322;a, a kt&#243;ry sta&#322; si&#281; kim&#347;, kogo nie by&#322;a w stanie ani poj&#261;&#263;, ani sobie wyobrazi&#263;  ale Kevin nale&#380;a&#322; do sfery, kt&#243;r&#261; zna&#322;a i rozumia&#322;a. Zna&#322;a go przecie&#380; od sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu lat, na d&#322;ugo zanim urodzi&#322; si&#281; ojciec Dana.

Po co przyjecha&#322;?

A mo&#380;e jego o to zapytasz?  odpar&#322;, a Leisha poj&#281;&#322;a, &#380;e on wie  od Kevina, z sieci albo B&#243;g wie sk&#261;d  o wszystkim, co zdarzy&#322;o si&#281; mi&#281;dzy ni&#261; a Kevinem.

Czas pokrywa wszystko, warstwa za warstw&#261;  pomy&#347;la&#322;a.  Jak kurz.

Gdzie on teraz jest?

Na p&#243;&#322;nocnym patio.

Kiedy ju&#380; odchodzi&#322;a, Dan powiedzia&#322; za jej plecami:

Leisho, jest jeszcze co&#347;. Ja si&#281; nie zmieni&#322;em. To znaczy, &#380;e nadal pragn&#281; tego samego.

Nie bardzo wiem, o co ci chodzi  odpar&#322;a wbrew prawdzie i zwymy&#347;la&#322;a si&#281; w duchu od tch&#243;rzy.

Szarpn&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie; ile to on w&#322;a&#347;ciwie ma lat? Dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263;?

Nie wierz&#281;. Wiesz, &#380;e pragn&#281; tego samego, co zawsze. Ciebie i Azylu.

To zdanie j&#261; zaskoczy&#322;o  a przynajmniej druga jego cz&#281;&#347;&#263;. Azyl. Min&#281;&#322;o dziesi&#281;&#263; lat, odk&#261;d wspomina&#322; o nim po raz ostatni. Leisha s&#261;dzi&#322;a, &#380;e dawno zblak&#322;o ju&#380; dziecinne marzenie o zem&#347;cie, sprawiedliwo&#347;ci czy podboju. Dan siedzia&#322; przed ni&#261; w swoim w&#243;zku, m&#281;&#380;czyzna zbudowany pot&#281;&#380;nie mimo skarla&#322;ych n&#243;g, a jego wzrok nie zadr&#380;a&#322;, kiedy spotka&#322;y si&#281; ich spojrzenia. Azyl.

Nadal by&#322; dzieckiem, mimo wszystko.

Posz&#322;a na p&#243;&#322;nocne patio. Kevin sta&#322; tam samotnie, studiuj&#261;c &#322;z&#281; z piaskowca, wyrze&#378;bion&#261; przez pustynny wiatr. Jego widok nianie poruszy&#322;, podobnie jak przedtem nie poruszy&#322; ni&#261; widok Richarda. Czas zabi&#322; cia&#322;o Alice i chyba zrobi&#322; to samo z sercem Leishy.

Witaj, Kevinie.

Odwr&#243;ci&#322; si&#281; szybko.

Witaj, Leisho. Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e mnie zaprosi&#322;a&#347;.

A wi&#281;c Dan mu nak&#322;ama&#322;. Ale to chyba nie ma znaczenia.

Jeste&#347; zawsze mile widziany.

Chcia&#322;em ostatni raz z&#322;o&#380;y&#263; uszanowanie Alice.  Przez chwil&#281; sta&#322;, niezr&#281;cznie zak&#322;opotany, w ko&#324;cu u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; sm&#281;tnie.  My, Bezsenni, nie jeste&#347;my w tym specjalnie dobrzy, prawda? Mam na my&#347;li obcowanie ze &#347;mierci&#261;. Nigdy o niej nie my&#347;limy.

Ja my&#347;l&#281;  odpar&#322;a Leisha.  Czy chcia&#322;by&#347; teraz zobaczy&#263; Alice?

P&#243;&#378;niej. Najpierw chcia&#322;bym ci co&#347; powiedzie&#263;, a nie wiem, czy b&#281;d&#281; jeszcze mia&#322; po temu okazj&#281;. Pogrzeb zacznie si&#281; za godzin&#281;, prawda?

Pos&#322;uchaj, Kevinie. Nie chc&#281; s&#322;ucha&#263; &#380;adnych przeprosin, t&#322;umacze&#324; ani rekonstrukcji wydarze&#324; sprzed czterdziestu lat. Nie w tej chwili. Po prostu nie chc&#281;.

Nie mia&#322;em zamiaru za nic przeprasza&#263;  odrzek&#322; nieco sztywno Kevin, a Leisha nagle przypomnia&#322;a sobie chwil&#281;, kiedy tu, na dachu tego domu, m&#243;wi&#322;a do Susan Melling: Kevin nawet nie zdaje sobie sprawy, &#380;e zrobi&#322; co&#347;, co wymaga wybaczenia.  Chcia&#322;em z tob&#261; porozmawia&#263; na zupe&#322;nie inny temat. Przykro mi, &#380;e poruszam go tu&#380; przed pogrzebem, ale jak ju&#380; m&#243;wi&#322;em, potem mo&#380;e nie by&#263; po temu okazji. Czy Dan m&#243;wi&#322; ci, jakie prowadz&#281; dla niego interesy?

Nawet nie wiedzia&#322;am, &#380;e prowadzisz dla niego jakie&#347; interesy.

W&#322;a&#347;ciwie zarz&#261;dzam wszystkim. Rzecz jasna, nie sprawami tourne, bo tym zajmuje si&#281; odpowiednia agencja, ale jego inwestycjami, zabezpieczeniami i tym podobnymi. On

Mo&#380;na by s&#261;dzi&#263;, &#380;e dochody Dana to niewielkie kwoty w por&#243;wnaniu z obrotami korporacji, kt&#243;re zwykle stanowi&#261; twoj&#261; klientel&#281;.

To prawda  powiedzia&#322; Kevin bez cienia zarozumia&#322;o&#347;ci  ale robi&#281; to dla ciebie. W tak niebezpo&#347;redni spos&#243;b. Ale mia&#322;em zamiar m&#243;wi&#263; o tym, &#380;e on upiera si&#281;, &#380;ebym zabezpiecza&#322; jego inwestycje tylko i wy&#322;&#261;cznie w funduszach zwi&#261;zanych z Azylem.

I?

Wi&#281;kszo&#347;&#263; interes&#243;w i tak prowadz&#281; z Azylem, ale na ich warunkach. Reprezentuj&#281; ich na Ziemi, kiedy nie chc&#261; przysy&#322;a&#263; tu w&#322;asnych ludzi, a w szczeg&#243;lno&#347;ci zabezpieczam im zawierane na Ziemi transakcje. Tutaj nadal jeszcze jest wielu takich, co nienawidz&#261; Bezsennych, pomimo sprzyjaj&#261;cej aury w sieciach informacyjnych. Zdziwi&#322;aby&#347; si&#281;, jak wielu.

Wcale bym si&#281; nie zdziwi&#322;a  odpar&#322;a Leisha.  C&#243;&#380; wi&#281;c takiego chcia&#322;e&#347; mi powiedzie&#263;?

To, &#380;e w Azylu co&#347; zaczyna si&#281; dzia&#263;. Nie wiem co, ale ja jeden mam mo&#380;no&#347;&#263; dostrzec r&#243;&#380;ne poboczne efekty ich plan&#243;w, czegokolwiek mia&#322;yby one dotyczy&#263;. Szczeg&#243;lnie poprzez inwestycje Dana, poniewa&#380; on upiera si&#281;, &#380;ebym prowadzi&#322; je jak najbli&#380;ej samego serca Azylu. A to, dziwnym zbiegiem okoliczno&#347;ci, nigdy nie by&#322;o &#322;atwe, a teraz robi si&#281; niemal niemo&#380;liwe. Likwiduj&#261; co si&#281; da, wymieniaj&#261;c inwestycje nie na kredyt, ale na sprz&#281;t i dobra materialne, takie jak z&#322;oto, oprogramowanie, a nawet dzie&#322;a sztuki. To w&#322;a&#347;nie w pierwszym rz&#281;dzie zg&#322;osi&#322; mi m&#243;j szpiegowski program, bo &#380;aden Bezsenny nigdy powa&#380;nie nie zajmowa&#322; si&#281; kolekcjonowaniem sztuki. To nas po prostu nie bierze.

To szczera prawda. Leisha spochmurnia&#322;a.

Wi&#281;c kopa&#322;em dalej  ci&#261;gn&#261;&#322; Kevin  nawet w dziedzinach, kt&#243;rymi nie ja si&#281; zajmuj&#281;. Ich zabezpieczenia trudniej teraz rozgry&#378;&#263; ni&#380; dawniej, pewnie maj&#261; now&#261; generacj&#281; czarodziej&#243;w, chocia&#380; nigdzie nie ma o tym &#380;adnej oficjalnej wzmianki. Przez ostatni rok Azyl przenosi&#322; wszystkie te inwestycje, kt&#243;rych nie likwidowa&#322;, w holdingi poza granicami Stan&#243;w Zjednoczonych. Will Sandaleros wykupi&#322; japo&#324;sk&#261; stacj&#281; orbitaln&#261; o nazwie Kagura, bardzo przestarza&#322;&#261; i mocno uszkodzon&#261;, na kt&#243;rej prowadzono ju&#380; tylko eksperymenty genetyczne w hodowli zwierz&#261;t rze&#378;nych do luksusowego handlu orbitalnego. Sandaleros kupi&#322; j&#261; w imieniu Sharifi Enterprises, a nie w imieniu Azylu. Potem zacz&#281;li si&#281; do&#347;&#263; dziwnie zachowywa&#263;: wyrzucili stamt&#261;d wszystkich mieszka&#324;c&#243;w, ale nigdzie nie ma wzmianki o tym, &#380;eby dok&#261;d&#347; przetransportowano hodowane tam byd&#322;o. Nawet jednej uodpornianej kozokrowy. Mo&#380;na przypu&#347;ci&#263;, &#380;e podes&#322;ali tam swoich ludzi do opieki nad zwierz&#281;tami, ale nie mog&#281; w&#322;ama&#263; si&#281; do &#380;adnych zapis&#243;w na ten temat. Poza tym Azyl zacz&#261;&#322; wycofywa&#263; z Ziemi wszystkich swoich ludzi. Dzieci z podstaw&#243;wki, lekarzy na sta&#380;u, po&#347;rednik&#243;w, a nawet kilku odosobnionych wariat&#243;w, kt&#243;rzy wa&#322;&#281;sali si&#281; po tutejszych slumsach. Teraz wszyscy wracaj&#261; do Azylu  pojedynczo, dw&#243;jkami, nie rzucaj&#261;c si&#281; w oczy. Ale wszyscy wracaj&#261;.

Leisha obrzuci&#322;a go zatroskanym spojrzeniem.

Co to wed&#322;ug ciebie oznacza?

Nie mam poj&#281;cia.  Kevin od&#322;o&#380;y&#322; rze&#378;biony wiatrem skalny okruch.  My&#347;la&#322;em, &#380;e tobie uda si&#281; odgadn&#261;&#263;. Zna&#322;a&#347; Jennifer lepiej ni&#380; kt&#243;rekolwiek z nas, tutaj pozosta&#322;ych.

Kev, nie wydaje mi si&#281;, &#380;ebym w ci&#261;gu ca&#322;ego mojego &#380;ycia pozna&#322;a dobrze cho&#263; jedn&#261; osob&#281;  wymkn&#281;&#322;o jej si&#281;. Nie mia&#322;a zamiaru powiedzie&#263; nic a&#380; tak osobistego. Kevin u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nieznacznie.

Na patio wjecha&#322; Dan. Mia&#322; zaczerwienione oczy.

Leisho, Stella ci&#281; potrzebuje.

Odesz&#322;a, z g&#322;ow&#261; pe&#322;n&#261; my&#347;li o posuni&#281;ciach Azylu, o &#347;mierci Alice, o zdzierstwie nowej ustawy podatkowej, o inwestycjach Dana, o &#380;yczliwo&#347;ci Kevina, o jej irracjonalnym strachu przed sztuk&#261; Dana  bo to by&#322; irracjonalny strach, wiedzia&#322;a o tym doskonale. Brakowa&#322;o jej animuszu na to, by pozosta&#263; racjonaln&#261;, animuszu, kt&#243;rego pe&#322;na by&#322;a za swych m&#322;odych lat. Nie umia&#322;a my&#347;le&#263; o tylu rzeczach naraz. Ludzki umys&#322; temu nie sprosta. Tu potrzeba innego sposobu my&#347;lenia.

Nie uda&#322;o ci si&#281;, tato. Powiniene&#347; by&#322; zapewni&#263; genetycznie i to: lepszy spos&#243;b integrowania my&#347;li, nie same tylko lepsze my&#347;li.

Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; bez &#347;ladu weso&#322;o&#347;ci. Biedny Roger. Obwinia go za wszystko, czym nie by&#322;a Alice, wszystko czym sama by&#322;a i czym nie by&#322;a. W pewnym sensie to nawet zabawne. Ale tylko w ten sam nieweso&#322;y spos&#243;b, w jaki wszystko ostatnio wydaje jej si&#281; zabawne. Jeszcze osiemdziesi&#261;t lat i mo&#380;e pop&#322;acze si&#281; nad tym wszystkim ze &#347;miechu. Potrzeba tylko czasu, narastaj&#261;cego warstwa za warstw&#261; jak kurz.



* * *


Z prochu powsta&#322;e&#347; i w proch si&#281; obr&#243;cisz Dan wiedzia&#322;, &#380;e to Jordan wybra&#322; te pi&#281;kne, bolesne i sentymentalne s&#322;owa. Nigdy przedtem nie uczestniczy&#322; w uroczysto&#347;ciach pogrzebowych i nie by&#322; pewien, czy w&#322;a&#347;ciwie rozumie wszystkie te staro&#347;wieckie frazy, lecz rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; po twarzach ludzi zebranych wok&#243;&#322; grobu Alice Camden Watrous upewni&#322; si&#281;, &#380;e to Jordan wybra&#322; te s&#322;owa, kt&#243;re nie podoba&#322;y si&#281; Leishy, a Stell&#281; zniecierpliwi&#322;y. A Alice? Jej na pewno by si&#281; spodoba&#322;y  dlatego, &#380;e wybra&#322; je jej syn. Alice to by wystarczy&#322;o. Danowi te&#380;.

Kszta&#322;ty w&#347;lizgiwa&#322;y si&#281; i wy&#347;lizgiwa&#322;y cicho z jego &#347;wiadomo&#347;ci.

Bo zna Pan nasze cia&#322;o i pomni, &#380;e&#347;my proch. Dla cz&#322;owieka dni jego s&#261; jak trawa  jako kwiecie na polu, tak i on zakwita. A przeleci nad nim wiatr i oto go nie ma, i nie b&#281;dzie wi&#281;cej znad go owo miejsce.

S&#322;owa te odczytywa&#322; Erik  wnuk Alice, dawny wr&#243;g. Dan przygl&#261;da&#322; si&#281; temu przystojnemu, pe&#322;nemu powagi m&#281;&#380;czy&#378;nie, jakim sta&#322; si&#281; Erik, a kszta&#322;ty w jego g&#322;owie zakr&#261;&#380;y&#322;y &#380;ywiej. Nie, nie kszta&#322;ty  tym razem upar&#322; si&#281; znale&#378;&#263; odpowiednie s&#322;owo dla Erika, kt&#243;ry by&#263; mo&#380;e kiedy&#347; obr&#243;ci si&#281; w proch, ale w proch najwy&#380;szej &#347;wiatowej jako&#347;ci, proch z litej platyny, kt&#243;rego nigdy nie rozwieje wiatr i po kt&#243;rym nie zginie wszelki &#347;lad, bo Erik by&#322; Bezsennym, urodzon&#261; si&#322;&#261; i talentem. Dan potrzebowa&#322; te&#380; odpowiedniego s&#322;owa dla Richarda, kt&#243;ry stoi ze spuszczonym wzrokiem obok swej &#346;pi&#261;cej &#380;ony i synka, udaj&#261;c, &#380;e jest taki jak oni. S&#322;owa dla Jordana, syna Alice, przez ca&#322;e &#380;ycie rozdartego mi&#281;dzy sw&#261; &#346;pi&#261;c&#261; matk&#261; i wspania&#322;&#261; Bezsenn&#261; ciotk&#261;, kt&#243;rego broni&#322;o jedynie w&#322;asne poczucie przyzwoito&#347;ci. S&#322;owa dla Leishy, kt&#243;ra  je&#347;li to, co powiedzia&#322; mu Kevin, by&#322;o prawd&#261;  kocha&#322;a &#346;pi&#261;cych o wiele bardziej ni&#380; kogokolwiek ze swoich. Kocha&#322;a ojca. Alice. I jego, Dana.

Nie potrafi&#322; znale&#378;&#263; w&#322;a&#347;ciwego s&#322;owa.

Teraz czyta&#322; Jordan, z jakiej&#347; innej starej ksi&#261;&#380;ki. Wszyscy oni znali mn&#243;stwo starych ksi&#261;&#380;ek.

Sen po mitr&#281;dze, port u kresu burzliwych m&#243;rz, po wojnie pok&#243;j, a u kresu &#380;ycia &#347;mier&#263;

Leisha podnios&#322;a wzrok znad trumny. Twarz mia&#322;a spokojn&#261;. &#346;wiat&#322;o p&#322;yn&#261;ce z pustynnego nieba zala&#322;o jej policzki, sp&#322;yn&#281;&#322;o po bladych, zaci&#347;ni&#281;tych wargach. Nie patrzy&#322;a na Dana. Obrzuci&#322;a kr&#243;tkim spojrzeniem wyg&#322;adzone wiatrem kamienie po obu stronach Alice: BECKER EDWARD WATROUS i SUSAN CATHERINE MELLING. Potem zapatrzy&#322;a si&#281; przed siebie. W przestrze&#324;. A Dan nagle zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e nigdy nie p&#243;jdzie z ni&#261; do &#322;&#243;&#380;ka. Leisha nigdy nie b&#281;dzie kocha&#263; go inaczej jak tylko macierzy&#324;sk&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261;, bo od pocz&#261;tku traktowa&#322;a go jak syna, a ona nie zmienia w sobie zasadniczych kszta&#322;t&#243;w. Nie potrafi. Jest, jaka jest. Podobnie dzieje si&#281; i z innymi lud&#378;mi, ale u Leishy ta prosta prawda sta&#322;a si&#281; niewzruszonym dogmatem. Nie nagina&#322;a si&#281;, nie zmienia&#322;a. By&#322;o w niej co&#347; takiego, co&#347;, co wynika&#322;o z tej jej bezsenno&#347;ci Nie, to raczej czego&#347; w niej nie by&#322;o. Czego&#347;, co wyklucza&#322; sam fakt bezsenno&#347;ci. Dan nie potrafi&#322; sobie tego zdefiniowa&#263;. Ale wszyscy Bezsenni mieli to w sobie  t&#281; niezmienno&#347;&#263;, niemo&#380;no&#347;&#263; zmiany kategorii  i przez to w&#322;a&#347;nie Leisha nigdy nie pokocha go tak, jak on kocha&#322; j&#261;. Nigdy.

&#346;cisn&#261;&#322; go b&#243;l tak pot&#281;&#380;ny, &#380;e na moment przesta&#322; widzie&#263; stoj&#261;c&#261; u jego st&#243;p trumn&#281; Alice. Alice, kt&#243;rej mi&#322;o&#347;&#263; pozwoli&#322;a mu dorosn&#261;&#263; tak, jak nigdy nie mog&#322;aby tego dokona&#263; mi&#322;o&#347;&#263; Leishy. Pozwoli&#322;, by cierpienie przep&#322;ywa&#322;o swobodnie, a&#380; przybra&#322;o w jego g&#322;owie kolejny kszta&#322;t, poszarpany i postrz&#281;piony, ale b&#281;d&#261;cy czym&#347; wi&#281;cej ni&#380; sob&#261;, czym&#347; wi&#281;cej ni&#380; nim samym. Czym&#347;, co da&#322;o si&#281; znie&#347;&#263;.

Nigdy nie b&#281;dzie mia&#322; Leishy.

W takim razie pozosta&#322; mu ju&#380; tylko Azyl.

Rozejrza&#322; si&#281; dooko&#322;a. Stella ukry&#322;a twarz na ramieniu m&#281;&#380;a. Ich c&#243;rka Alicia opar&#322;a d&#322;onie na ramionach swych c&#243;reczek. Richard trzyma&#322; g&#322;ow&#281; opuszczon&#261;, wi&#281;c nie m&#243;g&#322; dojrze&#263; jego oczu. Leisha trzyma&#322;a si&#281; nieco na uboczu, a pustynne &#347;wiat&#322;o o&#347;wietla&#322;o jej nie podkre&#347;lone zmarszczkami oczy i mocno zaci&#347;ni&#281;te usta.

S&#322;owo wreszcie sp&#322;yn&#281;&#322;o do Dana, to s&#322;owo, kt&#243;rego tak zawzi&#281;cie szuka&#322;, s&#322;owo, kt&#243;re pasowa&#322;o do nich wszystkich, wszystkich Bezsennych op&#322;akuj&#261;cych swoj&#261; najukocha&#324;sz&#261; osob&#281;, kt&#243;ra nie by&#322;a jedn&#261; z nich i w&#322;a&#347;nie dlatego by&#322;a dla nich najukocha&#324;sza.

S&#322;owem tym by&#322; &#380;al.



* * *


Miri z pasj&#261; pochyla&#322;a si&#281; nad terminalem. Zar&#243;wno ekran, jak i wydruk twierdzi&#322;y to samo: ten syntetyczny model neurochemiczny dzia&#322;a&#322; jeszcze gorzej ni&#380; poprzedni. A nawet poprzednie dwa. Albo i poprzednie dziesi&#281;&#263;. Jej do&#347;wiadczalne szczury, z m&#243;zgami odurzonymi tym, co mia&#322;o by&#263; rozwi&#261;zaniem eksperymentu Miri, sta&#322;y niezdecydowanie w swych przegr&#243;dkach do analiz m&#243;zgu. Najmniejszy z ca&#322;ej tr&#243;jki da&#322; sobie spok&#243;j i zasn&#261;&#322;.

&#346;-&#347;wietnie  mrukn&#281;&#322;a Miri. Co jej da&#322;o podstawy, by twierdzi&#263;, &#380;e jest badaczem neurochemicznym? Super  tak, tak. Pewnie. Superniekompetentna.

W g&#322;owie tworzy&#322;y jej si&#281; i przetwarza&#322;y sznury kod&#243;w genetycznych, fenotyp&#243;w, enzym&#243;w i receptor&#243;w. Wszystko to na nic. &#346;miecie, zupe&#322;ne &#347;miecie. Cisn&#281;&#322;a w k&#261;t instrument do skalowania.

Miri!

W drzwiach sta&#322;a Joan Lucas; jej &#322;adna twarz &#347;ci&#261;gni&#281;ta by&#322;a cierpieniem. Ona i Miri nie rozmawia&#322;y z sob&#261; od lat.

Miri

O co chochodzi? J-Joan?!

O Tonyego. Chod&#378; zaraz. On

Miri poczu&#322;a, jak z serca odp&#322;ywa jej ca&#322;a krew.

C-co on?!

Spad&#322; z placu zabaw. Och, Miri, chod&#378;

Z placu zabaw. Z samej osi stacji Nie, to przecie&#380; niemo&#380;liwe, plac jest zabezpieczony, a po upadku z takiej wysoko&#347;ci nie by&#322;oby co zbiera&#263;

To znaczy, spad&#322; z windy. Z zewn&#281;trznej strony. Wiesz, ch&#322;opcy zawsze urz&#261;dzali sobie zawody, kto wjedzie na g&#243;r&#281; po zewn&#281;trznej stronie windy, a potem w&#347;li&#378;nie si&#281; przez luk do napraw

Miri nic o tym nie wiedzia&#322;a. Tony jej nie powiedzia&#322;. Nie by&#322;a w stanie si&#281; poruszy&#263; ani my&#347;le&#263;. Mog&#322;a tylko gapi&#263; si&#281; na Joan, ca&#322;&#261; we &#322;zach. Za jej plecami jeden z genomodyfikowanych szczur&#243;w pisn&#261;&#322; cicho.

No chod&#378;!  krzykn&#281;&#322;a Joan.  On jeszcze &#380;yje!

Zesp&#243;&#322; medyczny ju&#380; by&#322; przy nim. W ponurym milczeniu zaj&#281;li si&#281; na miejscu jego strzaskanymi nogami i z&#322;amanym barkiem, potem zabrali go do szpitala. Tony mia&#322; zamkni&#281;te oczy, a jedna strona jego g&#322;owy zalana by&#322;a krwi&#261;.

Miri przejecha&#322;a poduszkowcem pogotowia kr&#243;tk&#261; drog&#281; do szpitala. Lekarze b&#322;yskawicznie zabrali Tonyego. Miri usiad&#322;a, patrz&#261;c przed siebie zastyg&#322;ym wzrokiem, kt&#243;ry drgn&#261;&#322; tylko raz, kiedy wesz&#322;a jej matka.

Gdzie on jest?!  krzycza&#322;a Hermione, a jaka&#347; ma&#322;a, okrutna cz&#261;stka umys&#322;u Miri zacz&#281;&#322;a si&#281; zastanawia&#263;, czy Hermione zdo&#322;a wreszcie spojrze&#263; wprost na swego syna  teraz, kiedy nie by&#322;o w nim nic, co warte by&#322;oby spojrzenia. Ani u&#347;miechu Tonyego. Ani wyrazu jego oczu. Ani g&#322;osu, z trudem wyj&#261;kuj&#261;cego s&#322;owa.

Analiza m&#243;zgu wykaza&#322;a powa&#380;ne uszkodzenia, ale jakim&#347; cudem obszar &#347;wiadomo&#347;ci pozosta&#322; nietkni&#281;ty. Leki, kt&#243;re u&#347;mierza&#322;y b&#243;l, u&#347;pi&#322;y Tonyego, ale Miri wiedzia&#322;a, ze on gdzie&#347; tam jest w &#347;rodku. Siedzia&#322;a przy nim, trzymaj&#261;c jego bezw&#322;adn&#261; d&#322;o&#324; w swojej, godzina za godzin&#261;. Ludzie przychodzili i odchodzili, kr&#261;&#380;yli wok&#243;&#322; niej, lecz do nikogo nie rzek&#322;a ani s&#322;owa, na nikogo nie podnios&#322;a oczu.

W ko&#324;cu lekarz przysun&#261;&#322; sobie krzes&#322;o i usiad&#322;szy obok, po&#322;o&#380;y&#322; jej d&#322;o&#324; na ramieniu.

Mirando

Powieki Tonyego zatrzepota&#322;y jakby mocniej

Mirando, pos&#322;uchaj.  Wzi&#261;&#322; j&#261; delikatnie za podbr&#243;dek i odwr&#243;ci&#322; jej twarz do swojej.  Nast&#261;pi&#322;o uszkodzenie m&#243;zgu, kt&#243;rego nie jeste&#347;my w stanie zregenerowa&#263;. Mo&#380;e to by&#263; Nawet nie jeste&#347;my pewni, na co w tej chwili patrzymy. Nigdy przedtem nie mieli&#347;my do czynienia z tego rodzaju uszkodzeniem.

Nawet u Tabithy Selenski?  rzuci&#322;a gorzko.

Nie. Tamto to by&#322;o co innego. Analizy m&#243;zgu Tonyego wykaza&#322;y du&#380;e aberracje jego dzia&#322;ania. Tw&#243;j brat &#380;yje, ale przeszed&#322; powa&#380;ne, niemo&#380;liwe do naprawienia uszkodzenie pnia m&#243;zgowego, nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c tworu siatkowatego i powi&#261;zanych z nim struktur. Wiesz, co to oznacza, Mirando, prowadzisz badania w tej dziedzinie, prosz&#281;, oto odczyty

N-nie ch-chc&#281; ich wi-widzie&#263;!

Ale&#380; chcesz  powiedzia&#322; lekarz.  Sharifi, ty z ni&#261; porozmawiaj.

Ojciec pochyli&#322; si&#281; nad Miri. Do tej chwili nie zdawa&#322;a sobie sprawy z jego obecno&#347;ci.

Miri

Nie r-r&#243;bcie mu t-tego! Nie, t-tato! Nie ToTonyemu!

Ricky Keller nawet nie udawa&#322;, &#380;e nie wie, o co jej chodzi. Nie udawa&#322; te&#380;, &#380;e ma w sobie do&#347;&#263; si&#322;y, co Miri widzia&#322;a wyra&#378;nie nawet w&#347;r&#243;d swych chaotycznych i strasznych sznur&#243;w my&#347;li. Ricky spojrza&#322; na swego po&#322;amanego syna, potem na Miri i pochyliwszy ramiona, wolno wyszed&#322; z pokoju.

Wywyno&#347;cie si&#281;!  wrzasn&#281;&#322;a Miri do lekarza, piel&#281;gniarek, do swojej matki, kt&#243;ra sta&#322;a najbli&#380;ej drzwi. Hermione wykona&#322;a d&#322;oni&#261; nieznaczny gest i pozostawiono Miri sam&#261;. Z Tonym.

N-nie  szepta&#322;a do niego, &#347;ciskaj&#261;c konwulsyjnie jego d&#322;o&#324;.  N-nie p-pozwol&#281;  S&#322;owa nie chcia&#322;y przyj&#347;&#263;. Tylko my&#347;li, i to nie w z&#322;o&#380;onych sznurach, tylko w prostym, linearnym, w&#261;skim pa&#347;mie strachu.

Ja im nie pozwol&#281;. B&#281;d&#281; z nimi walczy&#263;. Jestem tak samo silna jak oni, bystrzejsza, my jeste&#347;my Super, b&#281;d&#281; o ciebie walczy&#263;, nie pozwol&#281; im, b&#281;d&#281; ci&#281; chroni&#263;, nikt mnie nie powstrzyma

Mirando.

W drzwiach sta&#322;a Jennifer Sharifi.

Miri zacz&#281;&#322;a przesuwa&#263; si&#281; w nogi &#322;&#243;&#380;ka, mi&#281;dzy Tonyego a swoj&#261; babk&#281;. Porusza&#322;a si&#281; wolno, nie spuszczaj&#261;c wzroku z Jennifer.

Mirando, przecie&#380; on cierpi.

C-ca&#322;e &#380;ycie t-to ciercierpienie  odpowiedzia&#322;a Miri i nie pozna&#322;a w&#322;asnego g&#322;osu.  T-twarda kokonieczno&#347;&#263;. S-sama mnie t-tego nanauczy&#322;a&#347;.

On nie wyzdrowieje.

S-sk&#261;d momo&#380;esz w-wiedzie&#263;? P-przecie&#380; j-jeszcze nic nie wiawiadomo!

Mamy wystarczaj&#261;c&#261; pewno&#347;&#263;.  Jennifer zwinnie przesun&#281;&#322;a si&#281; do przodu. Miri nigdy jeszcze nie widzia&#322;a, &#380;eby jej babka tak szybko si&#281; porusza&#322;a.  Czy nie s&#261;dzisz, &#380;e prze&#380;ywam to r&#243;wnie mocno jak ty? Przecie&#380; jest moim wnukiem! I w dodatku Superbystrym, jednym z tej naszej bezcennej garstki, kt&#243;ra za kilka dziesi&#281;cioleci odmieni nasz los, kiedy b&#281;dziemy tego najbardziej potrzebowa&#263;, kiedy wyczerpi&#261; si&#281; nasze surowce na Ziemi i b&#281;dziemy musieli wymy&#347;li&#263; sobie w&#322;asne, czerpi&#261;c je ze &#378;r&#243;de&#322;, o jakich dzi&#347; nikomu jeszcze si&#281; nie &#347;ni! W&#322;asne surowce, adaptacje genetyczne i technologie, kt&#243;re pozwol&#261; nam opu&#347;ci&#263; System S&#322;oneczny i osiedli&#263; si&#281; wreszcie w jakim&#347; bezpiecznym dla nas miejscu. Potrzebowali&#347;my do tego Tonyego  w drodze do gwiazd potrzebujemy ka&#380;dego z was!

J-je&#347;li zazabijesz TT

Nie potrafi&#322;a wydusi&#263; z siebie reszty st&#243;w. To najwa&#380;niejsze s&#322;owa, jakie przysz&#322;o jej w &#380;yciu m&#243;wi&#263;, a ona nie mo&#380;e ich z siebie wydusi&#263;

Nikt nie ma prawa  m&#243;wi&#322;a Jennifer g&#322;osem pe&#322;nym b&#243;lu  &#380;&#261;da&#263; czegokolwiek od silnych i produktywnych tylko dlatego, &#380;e jest bezu&#380;yteczny i s&#322;aby. Przypisywanie wy&#380;szego waloru s&#322;abo&#347;ci ni&#380; zdolno&#347;ciom to rzecz moralnie obrzydliwa.

Miri rzuci&#322;a si&#281; na babk&#281;. Zagi&#281;tymi jak szpony palcami celowa&#322;a w jej oczy, a kolanem wbi&#322;a si&#281; najmocniej jak potrafi&#322;a w jej &#380;o&#322;&#261;dek. Jennifer krzykn&#281;&#322;a i osun&#281;&#322;a si&#281; na ziemi&#281;. Miri pad&#322;a na ni&#261; i pr&#243;bowa&#322;a zacisn&#261;&#263; swe rozedrgane, roztrz&#281;sione palce na jej gardle. Czyje&#347; r&#281;ce z&#322;apa&#322;y j&#261;, odci&#261;gn&#281;&#322;y od babki, pr&#243;bowa&#322;y unieruchomi&#263; ramiona. Miri walczy&#322;a wrzeszcz&#261;c  musia&#322;a wrzeszcze&#263; bardzo g&#322;o&#347;no, &#380;eby us&#322;ysza&#322; j&#261; Tony, &#380;eby wiedzia&#322;, co si&#281; tu dzieje, &#380;eby si&#281; obudzi&#322;

Raptem wszystko okry&#322;a ciemno&#347;&#263;.



* * *


Przez trzy dni Miri pozostawa&#322;a w narkotycznym u&#347;pieniu. Kiedy w ko&#324;cu odzyska&#322;a przytomno&#347;&#263;, przy jej &#322;&#243;&#380;ku siedzia&#322; ojciec. Powiedzia&#322;, &#380;e Tony zmar&#322; na skutek poniesionych obra&#380;e&#324;. Miri wpatrzy&#322;a si&#281; w niego bez s&#322;owa, a po chwili odwr&#243;ci&#322;a si&#281; twarz&#261; do &#347;ciany. &#346;ciana z porowatego kamienia by&#322;a stara, upstrzona czarnymi plamkami, kt&#243;re mog&#322;y by&#263; plamami brudu albo wilgoci, albo negatywami male&#324;kich gwiazd w jakiej&#347; dwuwymiarowej galaktyce, p&#322;askiej i nie&#380;ywej.



* * *


Miri nie opuszcza&#322;a wcale swej pracowni, nawet na posi&#322;ki. Zamkn&#281;&#322;a si&#281; w niej i przez dwa dni zupe&#322;nie nic nie jad&#322;a. Wiedzia&#322;a, &#380;e doro&#347;li nie potrafi&#261; z&#322;ama&#263; kodu zabezpiecze&#324;, kt&#243;re projektowa&#322; Tony; nawet nie pr&#243;bowali. W ka&#380;dym razie Miri zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e nie pr&#243;bowali, cho&#263; w gruncie rzeczy by&#322;o jej wszystko jedno.

Matka jeden jedyny raz pr&#243;bowa&#322;a si&#281; z ni&#261; po&#322;&#261;czy&#263; przez wideotelefon. Miri bez s&#322;owa zaciemni&#322;a ekran, wi&#281;c matka wi&#281;cej nie pr&#243;bowa&#322;a. Ojciec pr&#243;bowa&#322; wielokrotnie. Miri wys&#322;uchiwa&#322;a, nieruchoma jak kamie&#324;, tego, co mia&#322; jej do powiedzenia, w taki spos&#243;b, &#380;eby on nie m&#243;g&#322; jej ani widzie&#263;, ani s&#322;ysze&#263;. Babka w og&#243;le nie pr&#243;bowa&#322;a skontaktowa&#263; si&#281; z Miri.

A ona siedzia&#322;a na pod&#322;odze w k&#261;cie pracowni, z kolanami podci&#261;gni&#281;tymi pod brod&#281;, z ramionami oplecionymi ciasno wok&#243;&#322; kolan. Wewn&#261;trz niej szala&#322; gniew, prawdziwe huragany gniewu, kt&#243;re szarpa&#322;y w strz&#281;py wszystkie sznury, ka&#380;d&#261; my&#347;l. Rw&#261;ce rzeki prymitywnej w&#347;ciek&#322;o&#347;ci zmywa&#322;y bez &#347;ladu wszystko, co uporz&#261;dkowane i z&#322;o&#380;one, a jej wcale to nie przera&#380;a&#322;o. Nie by&#322;o tu miejsca na przera&#380;enie. Gniew nie pozostawi&#322; w niej miejsca na nic z wyj&#261;tkiem samotnej my&#347;li, kt&#243;ra ko&#322;ata&#322;a si&#281; gdzie&#347; przy kra&#324;cach jej poprzedniego ja: Hipermodyfikacje w r&#243;wnym stopniu odnosz&#261; si&#281; tak do emocji, jak i do proces&#243;w neurochemicznych w korze m&#243;zgowej. My&#347;l ta nie wyda&#322;a si&#281; jej zbyt interesuj&#261;ca. Nie interesowa&#322;o jej nic z wyj&#261;tkiem w&#322;asnej w&#347;ciek&#322;o&#347;ci i &#347;mierci Tonyego.

Zab&#243;jstwa Tonyego.

Trzeciego dnia jaki&#347; nadrz&#281;dny kod o&#380;ywi&#322; wszystkie ekrany w jej pracowni, nawet te, kt&#243;re nie odbiera&#322;y wewn&#281;trznych transmisji. Miri podnios&#322;a g&#322;ow&#281; i zacisn&#281;&#322;a pi&#281;&#347;ci. Doro&#347;li s&#261; lepsi ni&#380; my&#347;la&#322;a, skoro uda&#322;o im si&#281; zrobi&#263; co&#347; takiego z jej systemem komputerowym, je&#347;li uda&#322;o im si&#281; przebi&#263; przez oprogramowanie Tonyego Ale przecie&#380; tego nie potrafi&#261;, nikt tu nie by&#322; tak dobry w systemach jak Tony, nikt Tony

M-Miri  odezwa&#322;a si&#281; z ekranu Christina Demetrios  w-wpu&#347;&#263; nas. Proprosz&#281;.  A kiedy Miri nie odpowiedzia&#322;a, dorzuci&#322;a:  J-ja te&#380; g-go kokocha&#322;am!

Miri podpe&#322;z&#322;a do drzwi, w kt&#243;rych Tony zainstalowa&#322; skomplikowany zamek, &#322;&#261;cz&#261;cy w sobie zar&#243;wno operacje manualne, jak i pole Y. Pe&#322;zn&#261;c omal nie zemdla&#322;a  nie zdawa&#322;a sobie sprawy, &#380;e a&#380; tak bardzo os&#322;abia. Przy&#347;pieszony metabolizm zwykle poch&#322;ania&#322; ogromne ilo&#347;ci jedzenia.

Otworzy&#322;a drzwi. Do pokoju wesz&#322;a Christina, nios&#261;c ogromn&#261; misk&#281; pe&#322;n&#261; sojgroszku. Za ni&#261; wsun&#261;&#322; si&#281; Nikos Demetrios, a potem Allen Sheffield, Sara Cerelli, Jonathan Markowitz, Mark Meyer, Diane Clarke i jeszcze ze dwudziestu innych. Ka&#380;dy Super w Azylu, kt&#243;ry mia&#322; wi&#281;cej ni&#380; dziesi&#281;&#263; lat. Wype&#322;nili ca&#322;&#261; pracowni&#281;, trz&#281;s&#261;c si&#281; i podryguj&#261;c, a ich szerokie twarze zalane by&#322;y &#322;zami lub st&#281;&#380;a&#322;e od gniewu.

Za-za-zabili g-go dladlatego, &#380;e by&#322; jejednym z nas  powiedzia&#322; Nikos.

Miri z wolna obr&#243;ci&#322;a ku niemu twarz.

T-Tony bb

S&#322;owo nie chcia&#322;o jednak wyj&#347;&#263;. Nikos podskoczy&#322; do terminala Miri i wywo&#322;a&#322; program Tonyego, kt&#243;ry konstruowa&#322; sznury zgodne z wzorcami jego my&#347;li, a potem program konwersji na wzorce Miri. Wpisa&#322; kluczowe s&#322;owa, przyjrza&#322; si&#281; rezultatom, przemie&#347;ci&#322; kilka zasadniczych punkt&#243;w, jeszcze raz si&#281; przyjrza&#322; i jeszcze raz co&#347; zmieni&#322;. Christa bez s&#322;owa wr&#281;czy&#322;a Miri misk&#281; sojgroszku. Miri odepchn&#281;&#322;a misk&#281;, potem spojrza&#322;a w twarz Christy i zjad&#322;a &#322;y&#380;eczk&#281;. Nikos przycisn&#261;&#322; klawisz, kt&#243;ry skonwersowa&#322; ca&#322;&#261; konstrukcj&#281; do programu Miri. Przyjrza&#322;a si&#281; jej uwa&#380;nie.

By&#322;o tam wszystko: udokumentowane podejrzenia Superbystrych, &#380;e przypadek Tonyego r&#243;&#380;ni&#322; si&#281; od przypadku Tabithy Selenski. U Tabithy dowiedziono ca&#322;kowitego zniszczenia kory m&#243;zgowej, analizy i raporty za&#347; z autopsji Tonyego wykazywa&#322;y tylko nieznaczny stopie&#324; uszkodze&#324;; odczyty nie m&#243;wi&#322;y wyra&#378;nie, na ile jego osobowo&#347;&#263; mog&#322;a pozosta&#263; niezmieniona. M&#243;wi&#322;y za to bardzo wyra&#378;nie o tym, &#380;e zniszczone zosta&#322;y pewne struktury w pniu m&#243;zgowym, kt&#243;re regulowa&#322;y wytwarzanie genomodyfikowanych enzym&#243;w. Tony m&#243;g&#322; pozosta&#263; Tonym lub nie, jego mo&#380;liwo&#347;ci umys&#322;owe mog&#322;y pozosta&#263; bez zmian lub nie  nie by&#322;o do&#347;&#263; czasu na to, by si&#281; tego dowiedzie&#263;.

Ale tak czy inaczej jedno by&#322;o pewne: Tony musia&#322;by przez pewn&#261;, nieokre&#347;lon&#261; cz&#281;&#347;&#263; dnia pozostawa&#263; w u&#347;pieniu.

Na hologramie znajdowa&#322;y si&#281; nie tylko dowody medyczne, wyci&#261;gni&#281;te z komputerowej kartoteki szpitalnej Azylu. Wi&#261;za&#322;y si&#281; one ze sznurami i p&#281;tlami pe&#322;nymi koncepcji spo&#322;eczno&#347;ci, dynamiki socjalnej, przed&#322;u&#380;onej izolacji organizacyjnej, ksenofobii, zaj&#347;&#263;, jakie mia&#322;y miejsce mi&#281;dzy Superdzie&#263;mi a Normalnymi w szkole, w pracowniach, na placu zabaw, a kt&#243;re Miri sama &#347;wietnie pami&#281;ta&#322;a. Matematyczne r&#243;wnania z socjodynamiki i psychiczna samoobrona przed poczuciem ni&#380;szo&#347;ci wi&#261;za&#322;y si&#281; z historycznymi wzorami z Ziemi: z asymilacj&#261;, z gorliwo&#347;ci&#261; religijn&#261; skierowan&#261; przeciw heretykom, z walk&#261; klas. Z podda&#324;stwem i niewolnictwem. Z Karolem Marksem, Johnem Knoxem i Lordem Actonem.

By&#322;a to najbardziej skomplikowana struktura my&#347;lowa, jak&#261; Miri w &#380;yciu widzia&#322;a. Cho&#263; nikt jej nie m&#243;wi&#322;, wiedzia&#322;a, &#380;e Nikos sp&#281;dzi&#322; nad ni&#261; ca&#322;y dzie&#324; po autopsji Tonyego, &#380;e zawiera ona tak&#380;e wk&#322;ad my&#347;lowy innych Superbystrych i &#380;e to najwa&#380;niejsza my&#347;l, jak&#261; zdarzy&#322;o jej si&#281; studiowa&#263;  przemy&#347;liwa&#263; czy czu&#263;  w ca&#322;ym jej &#380;yciu. I &#380;e czego&#347; w niej -jak zawsze!  brakuje.

T-tony mnie t-tego nanauczy&#322;  powiedzia&#322; Nikos.

Miri nie odpowiedzia&#322;a. Rozumia&#322;a, &#380;e Nikos powiedzia&#322; t&#281; oczywisto&#347;&#263; tylko po to, by nie powiedzie&#263; tego, co bi&#322;o z ka&#380;dego elementu jego struktury my&#347;lowej: Normalni my&#347;l&#261;, &#380;e my, Super, jeste&#347;my od nich tak r&#243;&#380;ni, &#380;e tworzymy odr&#281;bn&#261; spo&#322;eczno&#347;&#263;, stworzon&#261; przez nich do zaspokajania ich w&#322;asnych potrzeb. Sami nie wiedz&#261;, &#380;e tak my&#347;l&#261; i pewnie by temu zaprzeczyli, ale w istocie tak w&#322;a&#347;nie jest.

Potoczy&#322;a spojrzeniem po twarzach innych dzieci. Wszystkie to rozumia&#322;y. Ju&#380; nie by&#322;y dzie&#263;mi  nawet jedenastolatki, nawet w tym sensie, w jakim Miri by&#322;a dzieckiem w wieku jedenastu lat. Ka&#380;da kolejna genomodyfikacja otwiera&#322;a potencja&#322; kolejnych &#347;cie&#380;ek w m&#243;zgu. Ka&#380;da kolejna modyfikacja genetyczna poszerza&#322;a wykorzystanie struktur w korze m&#243;zgowej, kt&#243;re kiedy&#347; bywa&#322;y dost&#281;pne tylko w chwilach najwy&#380;szego napi&#281;cia lub najg&#322;&#281;bszego skupienia. Ka&#380;da kolejna genomodyfikacja pog&#322;&#281;bia&#322;a r&#243;&#380;nic&#281; mi&#281;dzy nimi a normalnymi doros&#322;ymi, kt&#243;rzy je tworzyli. Superdzieci  a szczeg&#243;lnie te najm&#322;odsze  przypomina&#322;y swoich rodzic&#243;w tylko w najbardziej og&#243;lnym biologicznym sensie.

A ona, sama Miri, na ile by&#322;a dzieckiem Hermione Wells Keller, kt&#243;ra nie mog&#322;a nawet patrze&#263; na ni&#261; bez obrzydzenia? C&#243;rk&#261; Richarda Anthonyego Kellera, cz&#322;owieka z inteligencj&#261; ujarzmion&#261; przez matk&#281;? Wnuczk&#261; Jennifer Fatimy Sharifi, kt&#243;ra zabi&#322;a Tonyego w imi&#281; spo&#322;eczno&#347;ci?

J-jedz, M-Miri  poprosi&#322;a mi&#281;kko Christina.

N-nie m-mo&#380;emy po-po-pozwoli&#263;, &#380;eby t-to popowt&#243;rzyli  rzuci&#322; Nikos.

N-nie mm  zacz&#261;&#322; Allen i wzdrygn&#261;&#322; si&#281;. Dla niego mowa by&#322;a jeszcze wi&#281;ksz&#261; przeszkod&#261; ni&#380; dla reszty  czasem nie odzywa&#322; si&#281; przez ca&#322;e dnie. Odepchn&#261;&#322; Miri od konsolety, wywo&#322;a&#322; sw&#243;j w&#322;asny sznurkowy program, przez chwil&#281; pisa&#322; co&#347; gwa&#322;townie, w ko&#324;cu skonwersowa&#322; wynik do programu Miri. Kiedy sko&#324;czy&#322;, ujrza&#322;a  w pi&#281;knie uporz&#261;dkowanych i skomponowanych sznurach  &#380;e je&#347;li Superbystrzy b&#281;d&#261; przyk&#322;ada&#263; jedn&#261; miar&#281; do wszystkich Normalnych, post&#261;pi&#261; tak samo nieetycznie jak Rada Azylu. &#379;e ka&#380;d&#261; osob&#281;, Super czy Normaln&#261;, ocenia&#263; trzeba indywidualnie, a to z kolei trzeba starannie korelowa&#263; z potrzeb&#261; w&#322;asnej ochrony. Ju&#380; w tej chwili zdolni s&#261; opanowa&#263; potajemnie wszystkie systemy Azylu  je&#347;li w imi&#281; samoobrony zajdzie taka potrzeba  ale nie s&#261; w stanie kontrolowa&#263; w pe&#322;ni tych Normalnych, kt&#243;rych ujm&#261; w swoich planach obronnych. Istnia&#322;o te&#380; ryzyko, &#380;e sami stan&#261; si&#281; tym, co tak pot&#281;piaj&#261; u cz&#322;onk&#243;w Rady. Czynniki moralne przeb&#322;yskiwa&#322;y i przewleka&#322;y si&#281; przez ca&#322;y wyw&#243;d Allena. U Nikosa by&#322;y same niekwestionowane za&#322;o&#380;enia.

Miri studiowa&#322;a z uwag&#261; holoprojekcj&#281;, a sznury w jej g&#322;owie formowa&#322;y si&#281; i wi&#261;za&#322;y szybciej ni&#380; kiedykolwiek przedtem. Nie czu&#322;a obowi&#261;zku moralno&#347;ci  czu&#322;a nienawi&#347;&#263; do wszystkich, kt&#243;rzy zabili Tonyego. A jednak widzia&#322;a wyra&#378;nie, &#380;e Allen ma racj&#281;; Nie mog&#261; tak po prostu obr&#243;ci&#263; si&#281; przeciw w&#322;asnym rodzicom, dziadkom czy innym Bezsennym  przeciwko w&#322;asnej spo&#322;eczno&#347;ci. Nie mogli i ju&#380;. Allen ma racj&#281;.

Miri skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Sa-sa-samoobrona  wyj&#261;ka&#322; Allen.

W&#322;&#261;-w&#322;&#261;cz&#261;j&#261;c NorNonnalnych, k-kt&#243;rzy s&#261; w p-porz&#261;dku  wtr&#261;ci&#322;a Diane Clarke, a wszyscy intuicyjnie wyczuli sznury, kt&#243;re &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; u niej z wyra&#380;eniem w porz&#261;dku.

S-Sam S-Smith  rzuci&#322; Jonathan Markowitz.

J-Joan LuLucas. Jej nie na nie narodzony b-brat  dorzuci&#322;a Sarah Cerelli.

Miri zn&#243;w ujrza&#322;a siebie i Joan przykucni&#281;te przy kopule zasilania w czasie obchod&#243;w Dnia Pami&#281;ci, zn&#243;w us&#322;ysza&#322;a w&#322;asn&#261; ma&#322;ostkow&#261; osch&#322;o&#347;&#263; wobec &#380;alu Joan. Skrzywi&#322;a si&#281; bole&#347;nie. Jak mog&#322;a by&#263; tak osch&#322;a dla Joan? Jak mog&#322;a wtedy nie widzie&#263;?!

Bo wtedy jeszcze jej samej nic takiego si&#281; nie zdarzy&#322;o.

Popotrzebujemy n-nazwy  powiedzia&#322;a Diane.

Zaj&#281;&#322;a miejsce Allena przy konsolecie i wywo&#322;a&#322;a w&#322;asny program. Kiedy odsun&#281;&#322;a si&#281; na bok, by Miri mog&#322;a zobaczy&#263; rezultaty, ta ujrza&#322;a skomplikowan&#261; struktur&#281; my&#347;low&#261;, kt&#243;ra m&#243;wi&#322;a o wielkim znaczeniu, jakie maj&#261; imiona dla samoidentyfikacji, o pozycji, w jakiej znajd&#261; si&#281; Superbystrzy w spo&#322;ecze&#324;stwie Azylu, je&#347;li zdarzy im si&#281; konieczno&#347;&#263; w&#322;asnej obrony. Mo&#380;e si&#281; nie zdarzy. Mo&#380;e by&#263; tak, &#380;e ju&#380; nigdy &#380;adne z nich nie dozna krzywdy lub zagro&#380;enia ze strony Normalnych. Mo&#380;e by&#263; tak, &#380;e te dwie spo&#322;eczno&#347;ci b&#281;d&#261; przez ca&#322;e dziesi&#281;ciolecia &#380;y&#322;y obok siebie w zgodzie, a tylko jedno z nich b&#281;dzie mia&#322;o &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e nie stanowi&#261; ju&#380; jedno&#347;ci. Pot&#281;ga nazw.

Miri skrzywi&#322;a usta.

Na-nazwa  powiedzia&#322;a.

T-tak. N-nazwa  przytakn&#281;&#322;a Diane.

Miri powiod&#322;a po nich spojrzeniem. Na platformie holowizyjnej unosi&#322;y si&#281; sznury Diane, podkre&#347;laj&#261;c zar&#243;wno ich grupow&#261; odr&#281;bno&#347;&#263;, jak i skomplikowane ograniczenia powodowane fizyczn&#261; i emocjonaln&#261; zale&#380;no&#347;ci&#261;. Jaka&#347; nazwa.

&#379;e-&#380;ebracy  obwie&#347;ci&#322;a Miri.



* * *


Nie mia&#322;am wyboru  m&#243;wi&#322;a Jennifer.  Nie mia&#322;am wyboru!

Nie mia&#322;a&#347;  zgodzi&#322; si&#281; Will Sandaleros.  Jest po prostu za m&#322;oda, &#380;eby zasiada&#263; w Radzie, Jenny. Miri nie nauczy&#322;a si&#281; jeszcze nad sob&#261; panowa&#263; ani kierunkowa&#263; swych uzdolnie&#324; dla w&#322;asnej korzy&#347;ci. Ale nauczy si&#281;. Za kilka lat mo&#380;esz przywr&#243;ci&#263; jej miejsce w Radzie. &#377;le j&#261; ocenili&#347;my, kochanie. I to wszystko.

Ale ona nie chce ze mn&#261; rozmawia&#263;!  krzykn&#281;&#322;a Jennifer, zdenerwowana. Jednak ju&#380; w nast&#281;pnej chwili odzyska&#322;a panowanie nad sob&#261;. Wyg&#322;adzi&#322;a fa&#322;dy czarnej abaji i si&#281;gn&#281;&#322;a po imbryk, by dola&#263; sobie i Willowi herbaty. Smuk&#322;e palce uj&#281;&#322;y staro&#347;wiecki dzbanek mocnym uchwytem i pop&#322;yn&#261;&#322; niezachwiany strumie&#324; wonnego naparu z jednoli&#347;ciennej herbaty, azylowej genomodyfikacji, lej&#261;c si&#281; w &#347;liczne fili&#380;anki, kt&#243;re Najla w&#322;asnor&#281;cznie odla&#322;a z jakiego&#347; stopu metali na sze&#347;&#263;dziesi&#261;te urodziny matki. Przygl&#261;daj&#261;c si&#281; swej &#380;onie Will Sandaleros ujrza&#322; biegn&#261;ce od nosa do ust ostre bruzdy i zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e cierpienie mo&#380;e odcisn&#261;&#263; takie samo pi&#281;tno jak staro&#347;&#263;.

Jenny  odezwa&#322; si&#281; &#322;agodnie  daj jej troch&#281; czasu. Prze&#380;y&#322;a straszny szok, a przecie&#380; to jeszcze dziecko. Nie pami&#281;tasz ju&#380; siebie w jej wieku?

Jennifer zmierzy&#322;a go przenikliwym spojrzeniem.

Miri nie jest taka jak my.

Nie, ale

Nie chodzi tylko o Miri. Ricky tak&#380;e nie chce ze mn&#261; m&#243;wi&#263;.

Will odstawi&#322; fili&#380;ank&#281;.

Ricky zawsze by&#322; troch&#281; za ma&#322;o stanowczy jak na Bezsennego. Troch&#281; za s&#322;aby. Zupe&#322;nie jak jego ojciec.

A Jennifer doda&#322;a, jakby to mia&#322;o starczy&#263; za odpowied&#378;:

Ricky i Miri b&#281;d&#261; musieli uzna&#263; to, czego nie potrafi&#322; zrozumie&#263; Richard: &#380;e pierwszym obowi&#261;zkiem spo&#322;ecze&#324;stwa jest ochrona w&#322;asnych praw i kultury. Je&#347;li nie &#322;&#261;czy nas ta wsp&#243;lna ch&#281;&#263;, ten w&#322;a&#347;nie patriotyzm, nie jeste&#347;my niczym innym jak tylko zbiorem przypadkowych ludzi, kt&#243;rzy &#380;yj&#261; akurat w tym samym miejscu. Azyl musi si&#281; chroni&#263;. Szczeg&#243;lnie teraz.

Szczeg&#243;lnie teraz  zgodzi&#322; si&#281; Will.  Daj jej troch&#281; czasu, Jenny. W ko&#324;cu to twoja wnuczka.

A Ricky to m&#243;j syn.  Jennifer wsta&#322;a, podnosz&#261;c ze sto&#322;u tac&#281; z serwisem do herbaty. Nie patrzy&#322;a na m&#281;&#380;a.  Will?

Tak?

Za&#322;&#243;&#380; doz&#243;r w biurze Rickyego i w pracowni Mirandy.

Nie mo&#380;emy. W ka&#380;dym razie nie u Miri. Superbystrzy eksperymentowali z systemami. Wszystko, co zaprojektowa&#322; Tony, jest nie do przej&#347;cia. W ka&#380;dym razie nie dla nas i nie bez pozostawienia oczywistych &#347;lad&#243;w.

Na d&#378;wi&#281;k imienia Tonyego na Jennifer sp&#322;yn&#281;&#322;a nowa fala smutku. Will wsta&#322; i otoczy&#322; j&#261; ramionami.

W takim razie przenie&#347; Miri do innej pracowni, w innym budynku  powiedzia&#322;a zdecydowanie.  Tam gdzie b&#281;dzie mo&#380;na za&#322;o&#380;y&#263; jej doz&#243;r.

Dobrze, kochanie. Ale Jenny To naprawd&#281; tylko dziecinny smutek i wstrz&#261;s. To wspania&#322;a dziewczyna. Przyjdzie do siebie i uzna, co w&#322;a&#347;ciwe i konieczne.

Wiem, &#380;e uzna  odpowiedzia&#322;a Jennifer.  Przenie&#347; j&#261; jeszcze dzi&#347;.



23

TYDZIE&#323; PO &#346;MIERCI TONIEGO MIRI UDA&#321;A SI&#280; NA poszukiwanie ojca. S&#322;u&#380;by Orbitalne wyrzuci&#322;y j&#261; z jej pracowni  jej i Tonyego, gdzie kiedy&#347; pracowali razem, &#347;miali si&#281; i rozmawiali  i przenios&#322;y j&#261; do nowej pracowni w budynku naukowym numer dwa. Tego samego popo&#322;udnia przyszed&#322; do jej pracowni Terry Mwakambe. Terry by&#322; najlepszy w&#347;r&#243;d Superbystrych, je&#347;li chodzi o systemy kontrolne, lepszy nawet od Tonyego, ale rzadko pracowali razem, bo sznury Terryego utrudnia&#322;y porozumiewanie si&#281;. Radykalne dodatki genomodyfikuj&#261;ce, o jeszcze nie do ko&#324;ca rozumianych konsekwencjach neurochemicznych powodowa&#322;y, &#380;e Terry by&#322; dziwny nawet dla Superbystrych. Jego sznury sk&#322;ada&#322;y si&#281; w wi&#281;kszo&#347;ci z wzor&#243;w matematycznych opartych na teorii chaosu i nowszych zjawiskach dysharmonicznych. Mia&#322; dwana&#347;cie lat.

Terry sp&#281;dzi&#322; d&#322;ugie godziny nad terminalem i panelami &#347;ciennymi, mrugaj&#261;c w&#347;ciekle oczyma i zaciskaj&#261;c dziecinne usta w w&#261;sk&#261;, rozedrgan&#261; lini&#281;. Nie odezwa&#322; si&#281; do Miri ani s&#322;owem. W ko&#324;cu zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e to milczenie kryje w sobie gniew r&#243;wnie silny jak jej w&#322;asny. Terry kocha&#322; swoich rodzic&#243;w, Normalnych, kt&#243;rzy odmienili jego geny, by stworzy&#263; t&#281; niesamowit&#261;, nadzwyczajn&#261; inteligencj&#281;, jego superzdolno&#347;ci, a teraz ci sami Normalni inwigiluj&#261; Miri, jedn&#261; z nich, jakby by&#322;a jakim&#347; &#380;ebraczym grabie&#380;c&#261;. Terry czu&#322; si&#281; zdradzony.

Kiedy sko&#324;czy&#322;, urz&#261;dzenia inwigiluj&#261;ce Rady dzia&#322;a&#322;y bez zarzutu. Pokazywa&#322;y Miri rozgrywaj&#261;c&#261; nie ko&#324;cz&#261;ce si&#281; partie szach&#243;w z w&#322;asnym terminalem. Obrona przed smutkiem. Szukanie potwierdzenia dla w&#322;asnej si&#322;y przez kogo&#347;, kto w&#322;a&#347;nie odkry&#322;, &#380;e wobec &#347;mierci jest zupe&#322;nie bezsilny. Cia&#322;o Miri, &#347;ledzone przez podczerwony skaner, pochyla&#322;o si&#281; nad holograflczn&#261; plansz&#261; do gry i d&#322;ugo zastanawia&#322;o si&#281; nad ka&#380;dym ruchem. Programy systemu nadzoru umo&#380;liwia&#322;y zaprojektowanie ka&#380;dego ruchu w ka&#380;dej rozgrywce. Miri wygrywa&#322;a wszystkie, cho&#263; od czasu do czasu rozmy&#347;lnie pope&#322;nia&#322;a b&#322;&#261;d w obronie.

J-jest  oznajmi&#322; Terry i wypad&#322; z trzaskiem z jej pracowni. By&#322;o to jedyne s&#322;owo, jakie wypowiedzia&#322;.

Miri znalaz&#322;a ojca siedz&#261;cego w parku, poni&#380;ej miejsca, gdzie unosi&#322; si&#281; plac zabaw. Na kolanach trzyma&#322; drugie Normalne dziecko, kt&#243;re mia&#322; z Hermione. Dziecko mia&#322;o prawie dwa latka  &#347;liczny ch&#322;opczyk o imieniu Giles, z kasztanowymi, genomodyfikowanymi k&#281;dziorkami i ciemnymi oczkami. Ricky trzyma&#322; go tak, jakby za chwil&#281; mia&#322; si&#281; z&#322;ama&#263;, za&#347; ch&#322;opczyk wierci&#322; si&#281; i wyrywa&#322; na ziemi&#281;.

Jeszcze nie zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263;  to by&#322;y s&#322;owa, jakimi j&#261; powita&#322;. Przebieg&#322;a w my&#347;lach wszelkie mo&#380;liwe znaczenia tej uwagi.

Za-zacznie. Nonormalne dzieci cz-czasem si&#281; tak oszoszcz&#281;dzaj&#261;, a potem za-zaczynaj&#261; m-m&#243;wi&#263; od razu c-ca&#322;ymi zda zdaniami.

Ricky uchwyci&#322; mocniej wierc&#261;ce si&#281; dziecko.

Sk&#261;d o tym wiesz, Miri? Przecie&#380; jeszcze nie jeste&#347; matk&#261;, jeszcze sama jeste&#347; dzieckiem. Sk&#261;d wy to wszystko wiecie?

Nie potrafi&#322;a mu odpowiedzie&#263;. Bez sznur&#243;w i struktur my&#347;lowych odpowied&#378; na jego prawdziwe pytanie  Jak wy my&#347;licie, Miri?  b&#281;dzie tak niekompletna, &#380;e a&#380; bez warto&#347;ci. Ale jej ojciec nie potrafi my&#347;le&#263; sznurami. On ich nawet nie rozumie. Zamiast tego wi&#281;c powiedzia&#322;a:

T-ty kokocha&#322;e&#347; T-Tonyego.

Spojrza&#322; na ni&#261; uwa&#380;nie ponad g&#322;&#243;wk&#261; dziecka.

To oczywiste. By&#322; moim synem.  Ale chwil&#281; p&#243;&#378;niej dorzuci&#322;:  Nie, masz racj&#281;. Twoja matka go nie kocha&#322;a.

M-mnie t-te&#380; nie.

Stara&#322;a si&#281;.

Giles zakwili&#322;. Ricky rozlu&#378;ni&#322; nieco chwyt, lecz nie postawi&#322; dziecka na ziemi.

Miri, babka wyrzuci&#322;a ci&#281; z Rady Azylu. Postawi&#322;a wniosek, aby wiek uprawniaj&#261;cy cz&#322;onk&#243;w rodziny do zasiadania w Radzie podnie&#347;&#263; do dwudziestu jeden lat, tak jak ma to miejsce w&#347;r&#243;d radnych kadencyjnych. Wniosek przyj&#281;to.

Miri pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261;. By&#322;o oczywiste, &#380;e babka b&#281;dzie chcia&#322;a wyrzuci&#263; j&#261; z Rady i &#380;e Rada wyrazi na to zgod&#281;. Zawsze istnieli tacy, kt&#243;rym nie podoba&#322;o si&#281;, &#380;e rodzina Sharifi podlega innym, odr&#281;bnym kryteriom przy podziale g&#322;os&#243;w ni&#380; og&#243;&#322;, cho&#263; to, jak Sharifi dzielili te g&#322;osy mi&#281;dzy siebie, by&#322;o wewn&#281;trzn&#261; spraw&#261; ich rodziny. A mo&#380;e niech&#281;&#263; do zajmowania przez ni&#261; miejsca w Radzie bra&#322;a si&#281; z tego samego &#378;r&#243;d&#322;a, kt&#243;re mia&#322;o j&#261; do tego predysponowa&#263;  by&#322;a Superbystr&#261;.

Giles wierzgn&#261;&#322; pot&#281;&#380;nie swymi mocnymi n&#243;&#380;kami i si&#281; rozbecza&#322;. Ricky opu&#347;ci&#322; go na ziemi&#281; i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; blado.

Chyba musia&#322;em s&#261;dzi&#263;, &#380;e je&#347;li tylko odpowiednio d&#322;ugo go potrzymam, zwr&#243;ci si&#281; do mnie z czym&#347; w rodzaju: Prosz&#281;, ojcze, postaw mnie na ziemi, &#380;ebym m&#243;g&#322; si&#281; rozejrze&#263;. Ty by&#347; mog&#322;a tak powiedzie&#263; w jego wieku.

Miri dotkn&#281;&#322;a Gilesa, kt&#243;ry buszowa&#322; teraz rado&#347;nie w genomodyfikowanej bujnej trawie. Pompy jonowe pracowa&#322;y tak efektywnie, &#380;e ro&#347;liny potrzebowa&#322;y zaledwie &#347;ladowych ilo&#347;ci substancji od&#380;ywczych. Giles mia&#322; jedwabiste, mi&#281;ciutkie w&#322;osy.

On t-t-to nie ja.

Nie ty. B&#281;d&#281; musia&#322; o tym pami&#281;ta&#263;. Miri, co robi&#322;a&#347; z reszt&#261; Superbystrych w pracowni Allena poprzedniego wieczora?

Miri unios&#322;a czujnie g&#322;ow&#281;. Je&#347;li zauwa&#380;y&#322; to i zastanawia&#322; si&#281; nad tym Ricky, to co dopiero inni doro&#347;li? Czy takie spekulacje na ich temat mog&#261; jako&#347; zaszkodzi&#263; &#379;ebrakom? Terry i Nikos twierdzili, &#380;e nikt nie jest w stanie z&#322;ama&#263; ich zabezpiecze&#324;, ale ka&#380;dego mog&#322;o zastanowi&#263;, po co dzieciom potrzebne takie zabezpieczenia. Czy takie zastanawianie si&#281; mog&#322;oby poci&#261;gn&#261;&#263; za sob&#261; jakie&#347; dzia&#322;ania? C&#243;&#380; mo&#380;e Miri albo jaki&#347; inny Super wiedzie&#263; o tym, co i jak my&#347;l&#261; Normalni?

S&#261;dz&#281;  zacz&#261;&#322; ostro&#380;nie Ricky  &#380;e spotkali&#347;cie si&#281; tam po to, by na sw&#243;j spos&#243;b w samotno&#347;ci op&#322;akiwa&#263; &#347;mier&#263; Tonyego. I s&#261;dz&#281; te&#380;, &#380;e je&#347;li kiedykolwiek jeszcze spotkacie si&#281; w ten spos&#243;b, a kt&#243;ry&#347; z Normalnych zapyta, co robicie, to w&#322;a&#347;nie mu odpowiecie.

Miri wypu&#347;ci&#322;a z r&#281;ki w&#322;osy Gilesa. Wsun&#281;&#322;a d&#322;o&#324; w r&#281;k&#281; taty. Jej palce, gor&#261;ce od przy&#347;pieszonego kr&#261;&#380;enia krwi, rozedrgane od skurcz&#243;w mi&#281;&#347;ni, podskakuj&#261;c uderza&#322;y szybko w jego ch&#322;odn&#261; d&#322;o&#324;.

T-tak, ta-tatusiu  odrzek&#322;a.  T-tak w&#322;a-w&#322;a&#347;nie po-po-wiemy.



* * *


P&#243;&#322;tora miesi&#261;ca zaj&#281;&#322;o im wprogramowanie w&#322;asnych kod&#243;w we wszystkie g&#322;&#243;wne systemy Azylu: system podtrzymywania &#380;ycia, obrony zewn&#281;trznej, s&#322;u&#380;by bezpiecze&#324;stwa, komunikacyjny, funkcjonowania i archiwum. Wi&#281;kszo&#347;&#263; prac wykonali Terry Mwakambe, Nikos Demetrios i Diane Clarke. By&#322;o jednak kilka zabezpiecze&#324;, kt&#243;rych nie potrafili z&#322;ama&#263;, szczeg&#243;lnie w strefie obrony zewn&#281;trznej. Terry pracowa&#322; z wielk&#261; zaci&#281;to&#347;ci&#261;, oszukuj&#261;c urz&#261;dzenia inwigiluj&#261;ce programem w&#322;asnego pomys&#322;u. Miri zastanawia&#322;a si&#281;, czym te&#380; Terry zajmuje si&#281; dla potrzeb nadzoru, ale nie pyta&#322;a. Niema frustracja Terryego z powodu niemo&#380;no&#347;ci z&#322;amania tych kilku ostatnich zabezpiecze&#324; przybiera&#322;a wymiar niemal fizyczny. W przeciwie&#324;stwie do niego Miri nie mog&#322;a si&#281; nadziwi&#263;, &#380;e tak szybko uda&#322;o si&#281; &#379;ebrakom opanowa&#263; w zasadzie ca&#322;&#261; stacj&#281; orbitaln&#261;, pomimo tego nawet, &#380;e jak dot&#261;d niczego nie zmieniali. I by&#263; mo&#380;e nigdy nie zmieni&#261;. By&#263; mo&#380;e wcale nie b&#281;d&#261; musieli.

Pod koniec drugiego miesi&#261;ca Terryemu uda&#322;o si&#281; z&#322;ama&#263; ostatnie kombinacje. On i Nikos zwo&#322;ali zebranie w biurze Nikosa. Obaj ch&#322;opcy byli bladzi jak &#347;ciana. Na czole Terryego, nad mask&#261;, pulsowa&#322;o k&#322;&#281;bowisko drobniutkich czerwonych &#380;y&#322;ek. W ci&#261;gu ostatniego miesi&#261;ca dwana&#347;cioro Superbystrych zacz&#281;&#322;o nosi&#263; wykonane z masy plaspapierowej maski, kt&#243;re zakrywa&#322;y doln&#261; cz&#281;&#347;&#263; twarzy, od podbr&#243;dka do oczu, i kt&#243;re mia&#322;y jeden otw&#243;r w okolicy nosa. Niekt&#243;re dziewcz&#281;ta przyozdobi&#322;y swoje maski. Jak zauwa&#380;y&#322;a Miri, dzieci, kt&#243;re czu&#322;y si&#281; blisko zwi&#261;zane ze swymi Normalnymi rodzicami, nie nosi&#322;y masek. Nie wiedzia&#322;a, czy kto&#347; wypytywa&#322; dzieci o te maski ani czy kto&#347; nie kojarzy tych masek ze &#347;mierci&#261; Tonyego Sharifi.

Lalaboratoria ShSh  Terry, nie mog&#261;c wydusi&#263; ca&#322;ego s&#322;owa doko&#324;czy&#322; gestem, kt&#243;ry mia&#322; znaczy&#263; mniej wi&#281;cej: A, pieprzy&#263;. W ci&#261;gu ostatnich miesi&#281;cy ich niewerbalny kontakt, zawsze odgrywaj&#261;cy wa&#380;n&#261; rol&#281; w porozumiewaniu si&#281;, przybra&#322; wyra&#378;nie gwa&#322;towniejsz&#261; form&#281;.

Spr&#243;bowa&#322; Nikos.

La-la-laboratoria ShaSharifi wy-wykona&#322;y i p-przechowuj&#261; &#347;&#347;  zacz&#261;&#322;, ale on tak&#380;e by&#322; zbyt podniecony.

Terry wywo&#322;a&#322; w terminalu sw&#243;j program sznurkowy, ale jak wi&#281;kszo&#347;&#263; jego konstrukcji i ta by&#322;a niezrozumia&#322;a dla ka&#380;dego z wyj&#261;tkiem jego samego. Wtedy Nikos stworzy&#322; konstrukcj&#281; w swoim programie i skonwersowa&#322; j&#261; do programu Miri, kt&#243;ry nadal mia&#322; form&#281; najbardziej czyteln&#261; dla wszystkich w grupie. Wok&#243;&#322; modelu st&#322;oczy&#322;o si&#281; dwadzie&#347;cioro siedmioro dzieci.

Laboratoria Sharifi wynalaz&#322;y i zsyntetyzowa&#322;y b&#322;yskawicznie zabijaj&#261;cy, rozprzestrzeniaj&#261;cy si&#281; w powietrzu, wysoce aktywny genomodyfikowany organizm, oparty na kodach wirusa, lecz r&#243;&#380;ni&#261;cy si&#281; od niego pod wzgl&#281;dem pewnych bardzo istotnych fenotyp&#243;w. Pakiety pe&#322;ne tych organizm&#243;w, zamro&#380;onych w taki spos&#243;b, by mo&#380;na je by&#322;o rozmrozi&#263; i uwolni&#263; za pomoc&#261; urz&#261;dze&#324; kontrolnych w Azylu, rozmieszczono w r&#243;&#380;nych cz&#281;&#347;ciach Stan&#243;w Zjednoczonych za po&#347;rednictwem studiuj&#261;cych na Ziemi, starannie wybranych os&#243;b. Ukryto je w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Chicago, Los Angeles oraz na stacji orbitalnej Kagura, kt&#243;ra jest teraz w&#322;asno&#347;ci&#261; Laboratori&#243;w Sharifi. Pakiety te by&#322;y praktycznie niewykrywalne dla wszelkich konwencjonalnych metod detekcji. Wirus potrafi&#322; u&#347;mierci&#263; ka&#380;dy oddychaj&#261;cy powietrzem organizm, kt&#243;ry zdo&#322;a&#322; wyewoluowa&#263; na tyle, by posiada&#263; system nerwowy. Jego w&#322;asny cykl &#380;yciowy ko&#324;czy&#322; si&#281; po mniej wi&#281;cej siedemdziesi&#281;ciu dw&#243;ch godzinach. W przeciwie&#324;stwie do istniej&#261;cych w naturze wirus&#243;w ten nie m&#243;g&#322; si&#281; reprodukowa&#263; w niesko&#324;czono&#347;&#263;. Po up&#322;ywie siedemdziesi&#281;ciu dw&#243;ch godzin od rozmro&#380;enia wszystkie osobniki ulega&#322;y autodestrukcji. Wspania&#322;y kawa&#322; in&#380;ynierii genetycznej.

Nikt nie odezwa&#322; si&#281; ani s&#322;owem.

W ce-celach o-o-obronnych  wyj&#261;ka&#322; w ko&#324;cu Allen.  D-do u-u&#380;ycia tylko w ra-razie ataku n-na Azyl! N-nigdy j-jako pie pierwsi

T-tak!  zgodzi&#322;a si&#281; skwapliwie Diane.  T-tylko w ce-celach o-obronnych. Mumusi tak b-by&#263;. Prze-przecie&#380; my nie

T-to tak j-jak my. T-to to s-samo, co ro-robimy my, &#379;e&#380;ebracy  rzuci&#322;a z rozpacz&#261; Christy.

Zerwa&#322;a si&#281; burza j&#261;kaj&#261;cych si&#281; i krzycz&#261;cych jeden przez drugi g&#322;os&#243;w. Ka&#380;de z nich pragn&#281;&#322;o wierzy&#263;, &#380;e Azyl nie robi nic innego ni&#380; oni sami, ustanawiaj&#261;c sekretne mechanizmy obronne, z kt&#243;rych tak naprawd&#281; Rada nigdy nie b&#281;dzie musia&#322;a skorzysta&#263;. Pakiety istnia&#322;y tylko po to, by doda&#263; si&#322;y przetargowej s&#322;owom, stanowi&#322;y podstaw&#281; dla gr&#243;&#378;b, kt&#243;re w ko&#324;cu s&#261; jedynym argumentem, jaki przemawia do &#346;pi&#261;cych. Ka&#380;dy o tym wie. Azyl ma prawo si&#281; broni&#263;, je&#347;li zostanie zaatakowany. Bezsenni to nie zab&#243;jcy. To &#346;pi&#261;cy stale zabijaj&#261;. O tym te&#380; ka&#380;dy wie.

Miri spojrza&#322;a najpierw w twarz Terryego, potem Nikosa, wreszcie Allena. Potem obejrza&#322;a si&#281;, by jeszcze raz popatrze&#263; na bro&#324; biologiczn&#261; swojej babki, utajnion&#261; nawet przed Rad&#261; Azylu, znan&#261; tylko garstce jej wsp&#243;&#322;pracownik&#243;w z Laboratori&#243;w Sharifi, kt&#243;rzy j&#261; wynale&#378;li, zsyntetyzowali i ukryli w miastach pe&#322;nych cudzych dzieci.

Czy jej ojciec wie?

Nagle wpad&#322;a jej do g&#322;owy g&#322;upia my&#347;l, &#380;e i ona musi zrobi&#263; sobie mask&#281; z plaspapieru.

Po d&#322;ugich godzinach zawzi&#281;tych dyskusji &#379;ebracy postanowili nie podejmowa&#263; &#380;adnych dzia&#322;a&#324; w sprawie broni biologicznej. Nie mogli nic zrobi&#263;. Gdyby powiedzieli Radzie o tym, czego si&#281; dowiedzieli, Rada zorientowa&#322;aby si&#281;, ile naprawd&#281; potrafi&#261;. Je&#347;li uszkodz&#261; urz&#261;dzenia do zdalnego sterowania, doro&#347;li wszystkiego si&#281; domy&#347;la. Wtedy za&#347; &#379;ebracy utrac&#261; t&#281; tajn&#261; szans&#281; ochrony swoich, tak samo jak nie mieli szans uratowa&#263; Tonyego. A zreszt&#261;, je&#347;li ten wirus powsta&#322; tylko w celach obronnych, je&#347;li tworzono go z nadziej&#261;, &#380;e nigdy nie b&#281;dzie potrzebny, to czym&#380;e Laboratoria Sharifi r&#243;&#380;ni&#322;y si&#281; w swoich dzia&#322;aniach od nich, &#379;ebrak&#243;w?

Dzieciom nie przysz&#322;o do g&#322;owy nic poza zainstalowaniem w&#322;asnych ochronnych kod&#243;w nadrz&#281;dnych, wi&#281;c nie zrobi&#322;y nic.

Miri powlok&#322;a si&#281; z powrotem do swojej pracowni, a tam natychmiast w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; program Terryego, &#380;eby pokazywa&#263;, jak jej obraz wygrywa parti&#281; za parti&#261; nie istniej&#261;cych szach&#243;w.



* * *


Odkrycie &#379;ebrak&#243;w podminowa&#322;o Miri na kilka kolejnych dni. Pr&#243;bowa&#322;a powr&#243;ci&#263; do bada&#324; neurochemicznych, kt&#243;re mia&#322;y znale&#378;&#263; &#347;rodek na wyeliminowanie j&#261;kania. Zepsu&#322;a delikatny bioskaner, &#378;le wpisa&#322;a pewien bardzo istotny kod, a na koniec cisn&#281;&#322;a prob&#243;wk&#261; o &#347;cian&#281;. Nieustannie mia&#322;a przed oczyma ojca siedz&#261;cego z Gilesem na kolanach. Ricky j&#261; kocha. Kochaj&#261; na tyle, &#380;e cho&#263; podejrzewa, &#380;e Superbystrzy wycofuj&#261; si&#281; w obr&#281;b swej w&#322;asnej spo&#322;eczno&#347;ci, on nie Ale co w&#322;a&#347;ciwie m&#243;g&#322;by zrobi&#263; w tej sytuacji? Co zechcia&#322;by zrobi&#263;?

W jej g&#322;owie k&#322;&#281;bi&#322;y si&#281; sznury my&#347;li jak ob&#322;oki poruszone przez przelatuj&#261;ce odrzutowce. Lojalno&#347;&#263;. Zdrada. Instynkt samozachowawczy. Solidarno&#347;&#263;. Rodzice i dzieci.

Zad&#378;wi&#281;cza&#322; dzwonek wideotelefonu. Pomimo ca&#322;ego swego poruszenia Miri dos&#322;ownie zastyg&#322;a, kiedy na ekranie pojawi&#322;a si&#281; twarz Joan Lucas.

Miri, je&#347;li tam jeste&#347;, w&#322;&#261;cz si&#281;, prosz&#281;.

Miri nawet nie drgn&#281;&#322;a. Joan przynios&#322;a jej wie&#347;ci o &#347;mierci Tonyego, sama we &#322;zach. Joan to Normalna. Czy Joan to jej dawna przyjaci&#243;&#322;ka? Czy mo&#380;e nowy wr&#243;g? Stare kategorie utraci&#322;y znaczenie.

Albo ci&#281; nie ma, albo nie chcesz ze mn&#261; rozmawia&#263;  m&#243;wi&#322;a Joan. Przez ostatni rok jeszcze wy&#322;adnia&#322;a, by&#322;a teraz siedemnastoletni&#261; genomodyfikowan&#261; pi&#281;kno&#347;ci&#261; z mocno zarysowan&#261; szcz&#281;k&#261; i ogromnymi fioletowymi oczyma.  W porz&#261;dku. Wiem, &#380;e ci&#261;gle jeszcze bolejesz nad strat&#261; Tonyego. Ale je&#347;li tam jeste&#347;, chcia&#322;am ci poradzi&#263;, &#380;eby&#347; w&#322;&#261;czy&#322;a sobie kana&#322; dwudziesty drugi sieci informacyjnej ze Stan&#243;w Zjednoczonych. Teraz. Pokazuj&#261; tam artyst&#281;, kt&#243;rego czasami ogl&#261;dam. Pom&#243;g&#322; mi rozwi&#261;za&#263; pewne problemy, jakie mia&#322;am ze sob&#261;. Mo&#380;e tobie tak&#380;e pomo&#380;e, kiedy go obejrzysz. Tak mi si&#281; tylko pomy&#347;la&#322;o.  Joan spu&#347;ci&#322;a oczy, jakby ostro&#380;nie wa&#380;y&#322;a ka&#380;de s&#322;owo i nie chcia&#322;a przy tym, &#380;eby Miri dostrzeg&#322;a wyraz jej twarzy.  Je&#347;li w&#322;&#261;czysz, zr&#243;b to tak, &#380;eby nie odnotowano tego w centrali. Jestem pewna, &#380;e jako Super doskonale wiesz, jak to zrobi&#263;.

Wtedy dopiero Miri zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e Joan dzwoni&#322;a na &#322;amanym kodzie.

Chwil&#281; sta&#322;a, niezdecydowana, &#380;uj&#261;c kosmyk swych nie czesanych w&#322;os&#243;w, co wesz&#322;o jej w zwyczaj po &#347;mierci Tonyego. W jaki spos&#243;b ogl&#261;danie jakiego&#347; artysty z Ziemi mog&#322;o pom&#243;c Joan rozwi&#261;za&#263; pewne problemy, jakie mia&#322;a ze sob&#261;? I jakie te&#380; problemy mo&#380;e mie&#263; kto&#347; taki jak Joan, doskonale wpasowany w spo&#322;eczno&#347;&#263;?

W ka&#380;dym razie na pewno nie maj&#261; nic wsp&#243;lnego z problemami Miri.

Podnios&#322;a z pod&#322;ogi rzucon&#261; prob&#243;wk&#281;, umy&#322;a j&#261; i zdezynfekowa&#322;a. Wr&#243;ci&#322;a do pracy nad kodem DNA dla syntetycznego neuroprzeka&#378;nika, wymodelowanego na roboczym terminalu, i podj&#281;&#322;a z powrotem &#380;mudne zadanie, kt&#243;re polega&#322;o na komputerowym testowaniu kolejno wprowadzanych minimalnych alteracji tej samej formu&#322;y, co mo&#380;e  ale wcale nie musi  stanowi&#263; jaki&#347; punkt wyj&#347;cia. Program nie chcia&#322; dzia&#322;a&#263;, co&#347; si&#281; gdzie&#347; zatka&#322;o. Miri waln&#281;&#322;a pi&#281;&#347;ci&#261; w terminal.

Ku-kurwa m-ma&#263;!

Nikos albo Terry naprawiliby to w mgnieniu oka. Tony te&#380;.

Miri opad&#322;a na krzes&#322;o. Zn&#243;w dopad&#322; j&#261; smutek. Kiedy najgorsze min&#281;&#322;o, jeszcze raz zwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; terminalu. Nawet za pomoc&#261; detektora nie potrafi&#322;a znale&#378;&#263; usterki.

Prze&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; na po&#322;&#261;czenia komunikacyjne i wesz&#322;a w dwudziesty drugi kana&#322; sieci informacyjnych z USA.

A tam znalaz&#322;a kompletn&#261; czer&#324;. Znowu si&#281; zatka&#322;o? Miri ju&#380; podskoczy&#322;a, &#380;eby grzmotn&#261;&#263; pi&#281;&#347;ci&#261; w miniaturow&#261; holoscen&#281;, kiedy ta nagle o&#380;y&#322;a. Siedz&#261;cy w jakim&#347; fotelu m&#281;&#380;czyzna m&#243;wi&#322;:

O, szcz&#281;&#347;liwe by&#322;y to dni, kiedym l&#347;ni&#322; Dzieci&#324;stwem swoim Anio&#322;a! Zanimem poj&#261;&#322; to miejsce

I to ma by&#263; to?! Jaki&#347; cz&#322;owiek w fotelu recytuje &#380;ebracz&#261; poezj&#281;? Joan przerwa&#322;a ca&#322;e lata g&#322;uchej ciszy, &#380;eby kaza&#263; jej ogl&#261;da&#263; co&#347; takiego?!

Kiedy m&#281;&#380;czyzna m&#243;wi&#322;, czer&#324; za nim zacz&#281;&#322;a przybiera&#263; jakie&#347; kszta&#322;ty. Nie  to raczej kszta&#322;ty z niej wychodzi&#322;y, powtarzaj&#261;ce si&#281;, lecz ka&#380;dy jakby ciut inny od poprzedniego, dziwnie i nieodparcie poci&#261;gaj&#261;cy. W g&#322;owie Miri zacz&#281;&#322;y tworzy&#263; si&#281; sznury; przekona&#322;a si&#281;, &#380;e i one, cho&#263; obracaj&#261; si&#281; wok&#243;&#322; najbardziej przyziemnych spraw, przybieraj&#261; kszta&#322;t nieco odmienny ni&#380; zwykle, a ich og&#243;lny widok zacz&#261;&#322; odrobin&#281; przypomina&#263; tamte kszta&#322;ty prze&#347;lizguj&#261;ce si&#281; za plecami m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ry siedzia&#322; w fotelu na k&#243;&#322;kach i recytowa&#322; poezj&#281;. Mo&#380;e powinna to zobaczy&#263; Diane  pracuje przecie&#380; nad r&#243;wnaniami, kt&#243;re opisywa&#322;yby formowanie si&#281; sznur&#243;w my&#347;lowych, kontynuuj&#261;c w ten spos&#243;b badania rozpocz&#281;te przez Tonyego.

Lecz poprzez ubi&#243;r ten cielesno&#347;ci uczu&#322;em strza&#322;&#281; jasn&#261; wszechwieczno&#347;ci  m&#243;wi&#322; m&#281;&#380;czyzna, a Miri nagle zda&#322;a sobie spraw&#281;, &#380;e ten jego fotel to wytw&#243;r wysokiej techniki, a on sam musi by&#263; jako&#347; upo&#347;ledzony albo zdeformowany. Niezupe&#322;nie normalny.

Sznury w jej g&#322;owie sp&#322;aszczy&#322;y si&#281;, uspokoi&#322;y. Kszta&#322;ty na hologramie uleg&#322;y zmianie. S&#322;ysza&#322;a s&#322;owa m&#281;&#380;czyzny, a jakby ich nie s&#322;ysza&#322;a; nie s&#322;owa mia&#322;y tutaj najwa&#380;niejsze znaczenie. Ale czy tak nie jest zawsze? S&#322;owa nigdy nie by&#322;y szczeg&#243;lnie istotne, liczy&#322;y si&#281; sznury, a sznury mia&#322;y kszta&#322;ty, takie  ale i nie takie  jak te wok&#243;&#322; m&#281;&#380;czyzny. Tylko &#380;e ten m&#281;&#380;czyzna nagle gdzie&#347; znikn&#261;&#322;, ale nie szkodzi, bo ona, Miranda Serena Sharifi, tak&#380;e gdzie&#347; znika&#322;a, zje&#380;d&#380;a&#322;a w d&#243;&#322; po jakiej&#347; d&#322;ugiej i stromej &#347;lizgawce, a z ka&#380;dym metrem robi&#322;a si&#281; coraz mniejsza i niniejsza, a&#380; w ko&#324;cu znikn&#281;&#322;a zupe&#322;nie i by&#322;a teraz niewidzialna, by&#322;a duchem, kt&#243;ry nie j&#261;ka&#322; si&#281; ani nie podrygiwa&#322;; sta&#322;a w k&#261;cie pokoju, kt&#243;rego nie widzia&#322;a nigdy przedtem.

Poni&#380;ej, czu&#322;a to, by&#322;y inne pokoje. To by&#322; g&#322;&#281;boki budynek  w&#322;a&#347;nie g&#322;&#281;boki, a nie wysoki  a ka&#380;de z jego pomieszcze&#324; by&#322;o, podobnie jak to, wype&#322;nione &#347;wiat&#322;em tak namacalnym, &#380;e prawie &#380;ywym. I rzeczywi&#347;cie by&#322;o &#380;ywe  znienacka uformowa&#322;o si&#281; w potwora o pi&#281;tnastu g&#322;owach. Miri trzyma&#322;a w r&#281;ce miecz. Nie  powiedzia&#322;a na g&#322;os.  Jestem przezroczysta, nie mog&#281; walczy&#263; mieczem. Ale nie mia&#322;o to chyba wi&#281;kszego znaczenia, bo potw&#243;r ruszy&#322; na ni&#261; z rykiem, a ona odci&#281;&#322;a mu jedn&#261; z g&#322;&#243;w. G&#322;owa potoczy&#322;a si&#281; po ziemi i dopiero teraz Miri spostrzeg&#322;a, &#380;e to g&#322;owa jej babki. G&#322;owa Jennifer le&#380;a&#322;a na ziemi, a kiedy Miri przygl&#261;da&#322;a si&#281; temu w przera&#380;eniu, w pod&#322;odze otwar&#322;a si&#281; jaka&#347; dziura i g&#322;owa, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; nikle, wpad&#322;a do &#347;rodka. Miri wiedzia&#322;a, &#380;e g&#322;owa znalaz&#322;a si&#281; w ni&#380;szym pomieszczeniu  ca&#322;e to miejsce to by&#322; pok&#243;j pod pokojem, a ka&#380;dy kolejny otwiera&#322; si&#281; w jeszcze jeden  i &#380;e ta g&#322;owa nie zniknie ca&#322;kowicie. Nic nigdy nie znika na zawsze. Potw&#243;r zaatakowa&#322; ponownie i jeszcze raz odci&#281;&#322;a mu g&#322;ow&#281;, kt&#243;ra r&#243;wnie pogodnie spad&#322;a na ziemi&#281;. Tym razem by&#322;a to g&#322;owa jej ojca.

Nieoczekiwanie ogarn&#281;&#322;a j&#261; w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;. R&#261;ba&#322;a i r&#261;ba&#322;a. Niekt&#243;re z g&#322;&#243;w rozpoznawa&#322;a, kiedy stacza&#322;y si&#281; na ni&#380;sze pi&#281;tro, innych nie. Ostatnia g&#322;owa nale&#380;a&#322;a do Tonyego i zamiast znikn&#261;&#263;, uformowa&#322;a sobie brakuj&#261;ce cia&#322;o  nie cia&#322;o Tonyego, lecz genomodyfikowane, idealne cia&#322;o Davida Aronsona, to samo cia&#322;o, kt&#243;re pr&#243;bowa&#322;a uwie&#347;&#263; trzy lata temu i zosta&#322;a odrzucona. Tony-David zacz&#261;&#322; j&#261; rozbiera&#263; i natychmiast poczu&#322;a fal&#281; podniecenia. Zawsze ci&#281; pragn&#281;&#322;am  szepn&#281;&#322;a. Wiem  odpowiedzia&#322;  ale najpierw musia&#322;em przesta&#263; si&#281; trz&#261;&#347;&#263;. Wszed&#322; w ni&#261;, a &#347;wiat nad ich g&#322;owami eksplodowa&#322; sznurami my&#347;li.

Nie, poczekaj chwil&#281;  powiedzia&#322;a.  To nie s&#261; w&#322;a&#347;ciwe sznury. Popatrzy&#322;a do g&#243;ry, skoncentrowa&#322;a si&#281; i pozmienia&#322;a sznury w kilku miejscach. Tony czeka&#322;, z u&#347;miechem na pi&#281;knych ustach i nieruchomym cia&#322;em. Kiedy Miri dokona&#322;a wszystkich zmian, zn&#243;w przygarn&#261;&#322; j&#261; do siebie, a Miri nape&#322;ni&#322;a taka czu&#322;o&#347;&#263;, taki spok&#243;j, &#380;e wykrzykn&#281;&#322;a: Ta sprawa z mam&#261; nie ma najmniejszego znaczenia! I nigdy nie mia&#322;a  odpowiedzia&#322; Tony, a ona roze&#347;mia&#322;a si&#281;, pog&#322;adzi&#322;a go i

 obud&#378; si&#281;.

Miri drgn&#281;&#322;a, przera&#380;ona. Wok&#243;&#322; niej z wolna wraca&#322;a do istnienia jej w&#322;asna pracownia. Ale przecie&#380; jej nie by&#322;o, zamiast niej by&#322; Ona z pewno&#347;ci&#261; spa&#322;a. To wszystko jej si&#281; &#347;ni&#322;o.

O, nie  j&#281;kn&#281;&#322;a.

Jak to mo&#380;liwe, &#380;eby spa&#322;a? Ona?! Sny miewali tylko &#346;pi&#261;cy, sny to konstrukcje my&#347;lowe, kt&#243;re przerabia si&#281; studiuj&#261;c teori&#281; m&#243;zgu Holoprzekaz zn&#243;w by&#322; zupe&#322;nie ciemny. Z mroku wy&#322;ania&#322; si&#281; powoli ten sam m&#281;&#380;czyzna.

To te kszta&#322;ty. Jego sprz&#281;t robi&#322; projekcje kszta&#322;t&#243;w, kt&#243;re wywo&#322;ywa&#322;y odpowiadaj&#261;ce im kszta&#322;ty w jej w&#322;asnym m&#243;zgu. Co&#347; jak konstrukcje ze sznur&#243;w my&#347;li, a jednak niezupe&#322;nie to samo. Mo&#380;e z jakiej&#347; innej cz&#281;&#347;ci m&#243;zgu, nie z korowej? Ale przecie&#380; to poczucie spokoju, rado&#347;ci, tej niezwyk&#322;ej jedno&#347;ci z Tonym mog&#322;o pochodzi&#263; tylko z kory m&#243;zgowej. Wy&#347;ni&#322;a to. M&#281;&#380;czyzna  wy&#322;owi&#322;a z pami&#281;ci ziemskie s&#322;owo  zahipnotyzowa&#322; j&#261; kszta&#322;tami ze swojego umys&#322;u, t&#261; poezj&#261; recytowan&#261; w osamotnieniu, a potem kszta&#322;ty z holoprojektora wywlek&#322;y na wierzch jej w&#322;asne senne kszta&#322;ty

Ale by&#322;o w tym i co&#347; jeszcze. Miri zmieni&#322;a sw&#243;j sen. Skoncentrowa&#322;a si&#281; na sznurach nad g&#322;owami i zmieni&#322;a je, zupe&#322;nie &#347;wiadomie. Nadal mia&#322;a w pami&#281;ci obie wersje.

Miri siedzia&#322;a nieruchomo, tak nieruchomo jak w swoim &#347;nie.

Dan Arlen  m&#243;wi&#322; w tle czyj&#347; przesadnie serdeczny g&#322;os.  &#346;ni&#261;cy na Jawie. Nowa forma sztuki, kt&#243;ra w mgnieniu oka podbi&#322;a ca&#322;y kraj! Nasz program jest niereplikowalny, drodzy Amatorzy &#379;ycia z ca&#322;ej Holo-Krainy, wi&#281;c je&#347;li chcecie naby&#263; kopi&#281; kt&#243;rego&#347; z sze&#347;ciu r&#243;&#380;nych przedstawie&#324; Sn&#243;w na Jawie

Miri wpisa&#322;a kod Tonyego do replikowania. M&#281;&#380;czyzna w fotelu zastyg&#322; w czasie.

W&#322;o&#380;y&#322;a g&#322;ow&#281; mi&#281;dzy kolana, wci&#261;&#380; jeszcze oszo&#322;omiona. Ona &#347;ni&#322;a. Ona, Miranda Serena Sharifi, Bezsenna i Superbystra. Nadal widzia&#322;a przed sob&#261; Tonyego, czu&#322;a, jak oplataj&#261; j&#261; jego ramiona, wyczuwa&#322;a pod sob&#261; g&#322;&#281;bi&#281; niesko&#324;czonej liczby pi&#281;ter. Nadal widzia&#322;a sznury my&#347;li, trwa&#322;e jak materia, do kt&#243;rych si&#281;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;, &#380;eby je zmieni&#263;.

Miri podnios&#322;a g&#322;ow&#281;, wsta&#322;a i podesz&#322;a do terminalu. Naprawi&#322;a usterk&#281; w programie. To by&#322;o proste  wystarczy&#322;o tylko kierowa&#263; si&#281; sznurami, kt&#243;re widzia&#322;a we &#347;nie, tymi, kt&#243;re we &#347;nie zmieni&#322;a. Wpisa&#322;a dok&#322;adnie sprecyzowany kod DNA, za kt&#243;rym ugania&#322;a si&#281; przez ostatnie trzy lata i nie mog&#322;a go dostrzec. Program przepu&#347;ci&#322; go przez jej parametry, tablice prawdopodobie&#324;stwa i neurochemiczne interakcje.

Doko&#324;czenie por&#243;wna&#324; i modelowanie zajmie jej jak&#261;&#347; chwilk&#281;, ale Miri ju&#380; wiedzia&#322;a na pewno: te genomodyfikacje s&#261; tymi w&#322;a&#347;ciwymi. To ich w&#322;a&#347;nie szuka&#322;a, to wok&#243;&#322; nich kr&#261;&#380;y&#322;a nie dostrzegaj&#261;c, dop&#243;ki jaka&#347; cz&#281;&#347;&#263; &#347;ni&#261;cego umys&#322;u nie spojrza&#322;a inaczej na fakty zgromadzone w sznurach jej my&#347;li i nie doda&#322;a tego, czego w nich brakowa&#322;o.

Racja: jej umys&#322; doda&#322; to, czego brakowa&#322;o jej my&#347;lom, czego zawsze jej brakowa&#322;o, przez ca&#322;e &#380;ycie. To by&#322;y poj&#281;cia  nie linearne, nie powi&#261;zane w sznury, nie zwi&#261;zane ze sob&#261; w &#380;aden postrzegalny spos&#243;b  z brakuj&#261;cej cz&#281;&#347;ci jej umys&#322;u. Tej ze snami. Nie  tej ze snami na jawie, kt&#243;ra si&#281;ga&#322;a wszech&#347;wiata g&#322;&#281;bszego ni&#380; jednopi&#281;trowy, &#380;eby wydosta&#263; stamt&#261;d rzeczy, kt&#243;rych istnienia dot&#261;d nawet nie podejrzewa&#322;a, a kt&#243;re bez cienia w&#261;tpliwo&#347;ci nale&#380;a&#322;y do niej. A tymi rzeczami ona  &#347;wiadoma Miri  mog&#322;a do pewnego stopnia manipulowa&#263; w tym &#347;wiecie snu.

Przyjrza&#322;a si&#281; zatrzymanemu obrazowi artysty w fotelu. U&#347;miecha&#322; si&#281; nieznacznie, a niewidoczne &#347;wiat&#322;o pob&#322;yskiwa&#322;o na jego l&#347;ni&#261;cych w&#322;osach. Mia&#322; czyste, zielone oczy. Poczu&#322;a, &#380;e wraca do niej wy&#347;niony orgazm z Tonym. Ka&#380;da cz&#261;stka jej m&#322;odej, gwa&#322;townej i zdeterminowanej osobowo&#347;ci oplata&#322;a si&#281; wok&#243;&#322; postaci Dana Arlena, od kt&#243;rego otrzyma&#322;a ten dar, to odkupienie.

Sny na jawie.

Wsta&#322;a. Chcia&#322;a zsyntetyzowa&#263; sw&#243;j neurochemiczny sk&#322;adnik, przetestowa&#263; go i za&#380;y&#263;. Mia&#322;a niezbit&#261; pewno&#347;&#263;, &#380;e zadzia&#322;a. Wyeliminuje j&#261;kanie, tiki i drgawki, nie uszkadzaj&#261;c przy tym ich superuzdolnie&#324;. Pozwoli im by&#263; sob&#261;, dodaj&#261;c przy tym jeszcze jeden wymiar.

Tak jak w snach na jawie. Jest si&#281; sob&#261;, tylko jeszcze pe&#322;niej.

Ale najpierw nale&#380;a&#322;o zrobi&#263; co&#347; innego. Wywo&#322;a&#322;a program biblioteczny i ustawi&#322;a najszersze z mo&#380;liwych parametry poszukiwa&#324;: wszystkie dane z archiw&#243;w Azylu i z legalnie dost&#281;pnych baz danych na Ziemi, za dost&#281;p do kt&#243;rych Azyl p&#322;aci&#322; s&#322;one stawki, a tak&#380;e z tych nielegalnych, za kt&#243;re p&#322;aci&#322; jeszcze wi&#281;cej. Doda&#322;a programy poszukiwawcze, kt&#243;re zaprojektowa&#322; i nauczy&#322; j&#261; obs&#322;ugiwa&#263; Tony  programy te wchodzi&#322;y i do takich baz danych, kt&#243;re w&#322;a&#347;ciciele uwa&#380;ali za doskonale zabezpieczone. Na koniec doda&#322;a ka&#380;d&#261; funkcj&#281;, kt&#243;ra przysz&#322;a jej na my&#347;l, a kt&#243;ra mog&#322;a si&#281; przyda&#263;. Chcia&#322;a wiedzie&#263; wszystko na temat Dana Arlena. Dos&#322;ownie wszystko. A potem to ju&#380; ona co&#347; wymy&#347;li, &#380;eby si&#281; do niego dosta&#263;.



* * *


&#379;ebracy st&#322;oczyli si&#281; w pracowni Raoula, obsiedli &#322;awki, biurko i pod&#322;og&#281;. Rozmawiali &#347;ciszonymi g&#322;osami, jak to zwykle mi&#281;dzy sob&#261;, odczekuj&#261;c cierpliwie d&#322;ugie pauzy mi&#281;dzy ka&#380;dym kolejnym s&#322;owem. Przewa&#380;nie nie patrzyli wprost na siebie. Niemal wszyscy nosili ju&#380; maski, niekt&#243;re pi&#281;knie przyozdobione.

Na masce Miri nie by&#322;o ozd&#243;b. Nie mia&#322;a przecie&#380; zamiaru d&#322;ugo jej nosi&#263;.

proproteiny nu-nukleidowe

z-znalaz&#322; n-nowy prze-przep&#322;yw wswst&#281;gowy

o d-dwa f-funty ci&#281;-ci&#281;&#380;szy

m-moja m-malutka siosiostra

C c c  pe&#322;ne frustracji siekni&#281;cie i ju&#380; czyja&#347; r&#281;ka si&#281;ga do terminalu, by wywo&#322;a&#263; program sznurowy.

Poczekajcie chwil&#281;, zanim zaczniecie si&#281; porozumiewa&#263; sznurami  odezwa&#322;a si&#281; Miri.  Chcia&#322;am wam co&#347; pokaza&#263;.

Pok&#243;j zastyg&#322; w martwej ciszy. Miri zdj&#281;&#322;a mask&#281; i odgarn&#281;&#322;a z oczu grzywk&#281;. Spogl&#261;da&#322;a na nich pogodnie twarz, kt&#243;ra nie dr&#380;a&#322;a, nie trz&#281;s&#322;a si&#281; i nie podrygiwa&#322;a.

Uch  st&#281;kn&#261;&#322; kto&#347;, jakby otrzyma&#322; cios w &#380;o&#322;&#261;dek.

Znalaz&#322;am kod wyj&#347;ciowy  o&#347;wiadczy&#322;a Miri.  Enzym &#322;atwo si&#281; syntetyzuje, nie ma &#380;adnych daj&#261;cych si&#281; przewidzie&#263; efekt&#243;w ubocznych i &#380;adnych te&#380; do tej pory nie zaobserwowa&#322;am na sobie. Mo&#380;na wprowadzi&#263; go do organizmu za pomoc&#261; podsk&#243;rnego s&#261;czka o spowolnionym dzia&#322;aniu.  Podwin&#281;&#322;a r&#281;kaw, &#380;eby pokaza&#263; im niewielk&#261; blizn&#281; na lewym ramieniu.

W-w-wz&#243;r!  za&#380;&#261;da&#322; chciwie Raoul, drugi badacz w dziedzinach biologicznych.

Miri wywo&#322;a&#322;a konstrukcj&#281; sznurow&#261; ze swego roboczego terminalu. Raoul natychmiast usadowi&#322; si&#281; przy niej.

K-kiedy?  zapyta&#322;a Christy.

Za&#322;o&#380;y&#322;am sobie s&#261;czek trzy dni temu. Od tego czasu nie opuszcza&#322;am pracowni. Nie widzia&#322; tego nikt opr&#243;cz was.

J-ja te&#380; ch-chc&#281;!  zawo&#322;a&#322; Nikos.

Miri mia&#322;a ju&#380; przygotowane dwadzie&#347;cia siedem podsk&#243;rnych s&#261;czk&#243;w. &#379;ebracy b&#322;yskawicznie uformowali co&#347; w rodzaju ta&#347;my produkcyjnej, w kt&#243;rej Susan dezynfekowa&#322;a ka&#380;demu rami&#281;, Raoul wykonywa&#322; ma&#322;e naci&#281;cie, Miri umieszcza&#322;a w nim s&#261;czek, a Diana ciasno banda&#380;owa&#322;a. Nie potrzeba by&#322;o szw&#243;w  sk&#243;ra sama si&#281; zregeneruje.

Do otrzymania ko&#324;cowego efektu musi up&#322;yn&#261;&#263; kilka godzin  powiedzia&#322;a Miri.  Enzym musi najpierw wywo&#322;a&#263; produkcj&#281; odpowiedniej ilo&#347;ci neuroprzeka&#378;nika.

Superbystrzy patrzyli na Miri b&#322;yszcz&#261;cymi, rozedrganymi oczyma. A ona pochyli&#322;a si&#281; ku nim.

Pos&#322;uchajcie. Jest jeszcze jedna rzecz, o kt&#243;rej musimy pogada&#263;. Wiecie, &#380;e szuka&#322;am tej genomodyfikacji od czterech lat. No, w&#322;a&#347;ciwie przez pierwsze dwa lata tylko rozgl&#261;da&#322;am si&#281; w problemie. Ale nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby uda&#322;o mi si&#281; znale&#378;&#263; rozwi&#261;zanie, gdybym nie nauczy&#322;a si&#281; czego&#347; zupe&#322;nie innego. Nazywaj&#261; to snami na jawie.

S&#322;uchali jej z niesamowit&#261; wprost uwag&#261;.

Brzmi to jak co&#347;, co zwykle robi&#261; &#346;pi&#261;cy i to w&#322;a&#347;nie &#346;pi&#261;cy mnie tego nauczy&#322;. Dzi&#281;ki Joan Lucas. Ale my te&#380; mo&#380;emy mie&#263; sny na jawie i cho&#263; nie mam na razie &#380;adnych analiz m&#243;zgowych na ten temat, s&#261;dz&#281;, &#380;e chyba robimy to nieco inaczej ni&#380; &#346;pi&#261;cy. A nawet inaczej ni&#380; Normalni.  Tu Miri opowiedzia&#322;a wszystkim o telefonie Joan, o Danie Arlenie, o tym, jak zobaczy&#322;a we &#347;nie sznury tycz&#261;ce jej bada&#324;, jak do nich si&#281;gn&#281;&#322;a i je zmieni&#322;a.

To tak, jakby sznury by&#322;y tylko jednym sposobem organizowania my&#347;li, takim, kt&#243;ry w skuteczny spos&#243;b oddaje my&#347;lenie asocjacyjne i linearne, a sny na jawie drugim. U&#380;ywa do tego pi&#281;ter. Wyci&#261;ga je  bo ja wiem, mo&#380;e z pod&#347;wiadomo&#347;ci, w taki sam spos&#243;b, jak dzia&#322;aj&#261; marzenia senne &#346;pi&#261;cych. Ale &#346;pi&#261;cy nie maj&#261; konstrukcji sznurowych, do kt&#243;rych mogliby w&#322;&#261;czy&#263; swoje pi&#281;tra. Nie mog&#261;  sama nie wiem!  by&#263; mo&#380;e w og&#243;le nie udaje im si&#281; wykszta&#322;ci&#263; sn&#243;w na jawie, bo od samego pocz&#261;tku brak im jasnych i sp&#243;jnych kszta&#322;t&#243;w, z kt&#243;rych mogliby skorzysta&#263;. A mo&#380;e potrafi&#261; wykszta&#322;ca&#263; marzenia senne, ale bez wizualizacji z&#322;o&#380;onych struktur sznurowych kszta&#322;towanie dotyka tylko sfer emocjonalnych.  Miri wzruszy&#322;a ramionami. Kt&#243;&#380; to mo&#380;e wiedzie&#263;, w jaki spos&#243;b pracuj&#261; umys&#322;y &#346;pi&#261;cych?  W ka&#380;dym razie &#347;ni&#263; na jawie to jakby na nowo si&#281; urodzi&#263;. W &#347;wiecie, kt&#243;ry ma wi&#281;cej wymiar&#243;w ni&#380; ten nasz. A ja chc&#281;, &#380;eby&#347;cie wszyscy tego spr&#243;bowali.

Z kieszeni szort&#243;w wyci&#261;gn&#281;&#322;a kaset&#281; ze swoim ulubionym przedstawieniem Dana Arlena. Rejestracja wszystkich sze&#347;ciu nie sprawi&#322;a programom Tonyego najmniejszego k&#322;opotu, mimo tego, co twierdzono w sieciach.

Zanim zacz&#281;&#322;o si&#281; zebranie, Terry Mwakambe w&#322;&#261;czy&#322; wok&#243;&#322; pracowni Raoula jedno ze swych nieprzenikalnych p&#243;l bezpiecze&#324;stwa. Miri wsun&#281;&#322;a kaset&#281; do holoterminalu Raoula. Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; plecami do miniaturowej holosceny  tym razem sama nie chcia&#322;a zapa&#347;&#263; w sen. Tym razem chcia&#322;a poobserwowa&#263; pozosta&#322;ych.

Jedne po drugich oczy zachodzi&#322;y mg&#322;&#261;, chocia&#380; si&#281; nie zamyka&#322;y. Melodyjny g&#322;os Arlena muska&#322; ich powieki, recytuj&#261;c s&#322;owa podsuwa&#322; wyobra&#380;enia. Superbystrzy &#347;nili.

Kiedy by&#322;o po wszystkim, obudzili si&#281; niemal jednocze&#347;nie. &#346;miali si&#281; i p&#322;akali, i podekscytowali m&#243;wili o tym, co im si&#281; &#347;ni&#322;o  wszyscy z wyj&#261;tkiem Terryego, tego najbardziej zmienionego genetycznie, najbardziej odmiennego. Terry siedzia&#322; zgarbiony w k&#261;cie, z g&#322;ow&#261; pochylon&#261; tak, &#380;e Miri widzia&#322;a tylko jego w&#322;osy.

Gdzie&#347; po&#347;rodku tych &#347;miech&#243;w i pokrzykiwa&#324; syntetyczny enzym Miri wystymulowa&#322; produkcj&#281; wystarczaj&#261;cej ilo&#347;ci trzech r&#243;&#380;nych, wzajemnie od siebie zale&#380;nych m&#243;zgowych substancji chemicznych, kt&#243;re odmieni&#322;y delikatny, zakodowany genetycznie sk&#322;ad p&#322;ynu rdzeniowo-m&#243;zgowego.

Terry wsta&#322;. Jego szczup&#322;e cia&#322;o i wielka g&#322;owa by&#322;y zupe&#322;nie nieruchome. Rozejrza&#322; si&#281; po ich twarzach oczyma, kt&#243;re ju&#380; nie drga&#322;y i nie mruga&#322;y. Powiedzia&#322;:

Wiem, jak usun&#261;&#263; ostatnie zabezpieczenia Laboratori&#243;w Sharifi. I wiem te&#380;, co za nimi znajdziemy.



24

W NOWY ROK LEISHA POSZ&#321;A NA SPACER WZD&#321;U&#379; potoku, pod ameryka&#324;skie topole. Na ziemi po&#322;yskiwa&#322; niezbyt obfity &#347;nieg. Podnios&#322;a wzrok i ujrza&#322;a, &#380;e w jej kierunku p&#281;dzi, posapuj&#261;c i bez p&#322;aszcza, Jordan. Linie i zmarszczki na zniszczonej s&#322;o&#324;cem twarzy  mia&#322; w ko&#324;cu sze&#347;&#263;dziesi&#261;t siedem lat  napr&#281;&#380;y&#322;y si&#281; z napi&#281;cia jak struny.

Leisho! Azyl od&#322;&#261;czy&#322; si&#281; od Stan&#243;w Zjednoczonych!

Tak  odpar&#322;a Leisha, wcale nie zaskoczona. Kr&#243;tko po pogrzebie Alice dosz&#322;a do wniosku, &#380;e taki w&#322;a&#347;nie musi by&#263; cel Jennifer. Wszystko pasowa&#322;o. Przysz&#322;o jej na my&#347;l, &#380;e ona i Kevin Baker s&#261; by&#263; mo&#380;e jedynymi osobami, kt&#243;rych to nie zaskoczy&#322;o. A mo&#380;e Kevin by&#322; zaskoczony. Nie rozmawia&#322;a z nim od czasu pogrzebu Alice.

Pochyli&#322;a si&#281; i wzi&#281;&#322;a z ziemi kamie&#324;  niemal doskonale owalny, wypolerowany przez wiatr i wod&#281;. Kamie&#324; przenikn&#261;&#322; jej palce lodowatym ch&#322;odem.

Tak  powt&#243;rzy&#322;a.  Wiem o tym.

No to jak, nie idziesz ogl&#261;da&#263; wiadomo&#347;ci?

A c&#243;&#380; innego zwykle robimy?  odpar&#322;a Leisha takim tonem, &#380;e Jordan spojrza&#322; na ni&#261; zdziwiony.

Azyl og&#322;osi&#322; swoj&#261; deklaracj&#281; pierwszego stycznia 2092 roku, punktualnie o &#243;smej rano. O&#347;wiadczenie, wys&#322;ane jednocze&#347;nie do pi&#281;ciu najwa&#380;niejszych w kraju sieci informacyjnych, prezydenta i Kongresu Stan&#243;w Zjednoczonych, z kt&#243;rych &#380;adne w&#322;a&#347;ciwie nie funkcjonowa&#322;o o tej porze w Nowy Rok, by&#322;o bardzo kategoryczne w tonie.



* * *


Kiedy w toku ludzkich zdarze&#324; przychodzi taka chwila, w kt&#243;rej staje si&#281; konieczne, by jedna grupa ludzi rozwi&#261;za&#322;a wi&#281;zy polityczne &#322;&#261;cz&#261;ce j&#261; z drug&#261; i pomi&#281;dzy ziemskimi pot&#281;gami przyj&#281;&#322;a odr&#281;bn&#261; i r&#243;wn&#261; im pozycj&#281; zgodnie z prawami Boga i Natury, szacunek dla opinii ludzko&#347;ci nakazuje, aby grupa ta przedstawi&#322;a powody, jakie zmusi&#322;y j&#261; do owej separacji.

Zak&#322;adamy, &#380;e dla bystrego obserwatora prawdy te s&#261; zrozumia&#322;e same przez si&#281;: &#380;e wszyscy ludzie nie zostali stworzeni r&#243;wnymi; &#380;e wszystkim przys&#322;uguje prawo do &#380;ycia, wolno&#347;ci i poszukiwania szcz&#281;&#347;cia, lecz nikomu nie gwarantuje si&#281; ich spe&#322;nienia kosztem wolno&#347;ci, &#380;ycia i szcz&#281;&#347;cia innych ludzi; &#380;e rz&#261;d, ustanowiony spomi&#281;dzy ludzi, aby strzeg&#322; owych praw, czerpie swoj&#261; w&#322;adz&#281; z przyzwolenia rz&#261;dzonych oraz &#380;e rz&#261;d, kt&#243;ry zar&#243;wno nie zabezpiecza praw, jak i nie dba o zgod&#281; rz&#261;dzonych, w obu tych wypadkach staje si&#281; czynnikiem destrukcyjnym, wobec czego ludzie maj&#261; prawo zmieni&#263; go lub obali&#263; i ustanowi&#263; nowy rz&#261;d, oparty na takich zasadach i w taki spos&#243;b wyposa&#380;ony we w&#322;adz&#281;, by mo&#380;liwie jak najpe&#322;niej realizowa&#322; ich potrzeby bezpiecze&#324;stwa i szcz&#281;&#347;cia.

Dzia&#322;a&#324; takich nie mo&#380;na podejmowa&#263; z powod&#243;w b&#322;ahych i niepowa&#380;nych, lecz kiedy d&#322;ugi &#322;a&#324;cuch nadu&#380;y&#263; i rozmaitych uzurpacji ujawnia ukryty plan, kt&#243;ry ma na celu pozbawienie ludzi tego, co prawnie do nich nale&#380;y, obalenie takiego rz&#261;du staje si&#281; ich obowi&#261;zkiem. Za&#347; historia dzia&#322;a&#324; obecnego rz&#261;du Stan&#243;w Zjednoczonych jest tak&#261; w&#322;a&#347;nie histori&#261; pe&#322;n&#261; krzywd i uzurpowanych praw. Aby to udowodni&#263;, pozwolimy sobie przytoczy&#263; nie&#347;wiadomemu &#347;wiatu kilka fakt&#243;w.

Stany Zjednoczone sukcesywnie odmawia&#322;y obywatelom Azylu reprezentacji w jakichkolwiek strukturach prawodawczych z powodu szeroko rozpowszechnionej a bezpodstawnej nienawi&#347;ci skierowanej przeciwko Bezsennym.

Stany Zjednoczone narzuci&#322;y Azylowi rujnuj&#261;ce stawki podatkowe, stosuj&#261;c de facto opodatkowanie bez mo&#380;liwo&#347;ci uzyskania prawnej reprezentacji i jednocze&#347;nie si&#322;&#261; pozbawiaj&#261;c obywateli Azylu owoc&#243;w ich pracy.

W zamian za takie podatki Stany Zjednoczone nie gwarantuj&#261; Azylowi ani ochrony, ani &#347;wiadcze&#324; socjalnych, ani prawnej reprezentacji, ani te&#380; &#380;adnych korzy&#347;ci handlowych. &#379;aden z obywateli Azylu nie korzysta z dr&#243;g federalnych ani stanowych, ze szk&#243;&#322;, bibliotek, szpitali, s&#261;d&#243;w, ochrony policyjnej lub stra&#380;ackiej, z opieki socjalnej ani z rozrywek publicznych obliczonych na pozyskiwanie g&#322;os&#243;w wyborc&#243;w, ani te&#380; z &#380;adnej innej z gwarantowanych przez rz&#261;d us&#322;ug. Ci z obywateli Azylu, kt&#243;rzy ucz&#281;szczaj&#261; do ameryka&#324;skich uniwersytet&#243;w i szk&#243;&#322; wy&#380;szych, sami pokrywaj&#261; wszelkie koszty i wydatki, zrzek&#322;szy si&#281; &#347;wiadcze&#324; ze strony instytucji charytatywnych.

Stany Zjednoczone ustanowi&#322;y bariery handlowe wobec inwestycji Azylu za pomoc&#261; nier&#243;wnego opodatkowania i narzuconych kontyngent&#243;w, zmuszaj&#261;c tym samym Azyl do handlowania z obcymi mocarstwami lub te&#380; handlowania na warunkach niekorzystnych dla naszych mieszka&#324;c&#243;w, na warunkach, kt&#243;re pozbawiaj&#261; ich &#347;rodk&#243;w do &#380;ycia.

Stany Zjednoczone uniemo&#380;liwi&#322;y nam ustanowienie w&#322;asnego wymiaru sprawiedliwo&#347;ci, odmawiaj&#261;c przyj&#281;cia ustaw, zezwalaj&#261;cych nam na za&#322;o&#380;enie w&#322;asnego s&#261;downictwa, w kt&#243;rym nasi obywatele nie byliby pozbawieni owej podstawowej gwarancji prawnej: s&#261;dzenia przez przysi&#281;g&#322;ych r&#243;wnych im rang&#261;.

Wreszcie Stany Zjednoczone u&#380;y&#322;y gro&#378;by militarnej wobec Azylu, je&#347;liby ten nie podporz&#261;dkowa&#322; si&#281; wszystkim tym niemoralnym i niesprawiedliwym warunkom, obalaj&#261;c tym samym prawowity rz&#261;d Azylu i wypowiadaj&#261;c nam wojn&#281;.

Wobec powy&#380;szego my, przedstawiciele Azylu, zebrani w Radzie Generalnej, zwracaj&#261;c si&#281; do Najwy&#380;szego S&#281;dziego &#346;wiata, o&#347;wiadczamy uroczy&#347;cie, &#380;e ta oto kolonia orbitalna jest i ma wszelkie prawo by&#263; wolnym i niepodleg&#322;ym pa&#324;stwem; &#380;e uwalniamy si&#281; od wszelkich przymierzy ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki i &#380;e nale&#380;y rozwi&#261;za&#263; wszelkie polityczne zwi&#261;zki, jakie istniaty mi&#281;dzy ni&#261; a Stanami Zjednoczonymi. Jako wolne i niepodleg&#322;e pa&#324;stwo Azyl ma prawo wypowiada&#263; wojn&#281;, negocjowa&#263; pok&#243;j, zawiera&#263; sojusze, prowadzi&#263; handel i podejmowa&#263; wszelkie inne dzia&#322;ania, do kt&#243;rych uprawnione s&#261; wolne i niepodleg&#322;e narody. My, obywatele Azylu, o&#347;wiadczamy ponadto, &#380;e pierwszym naszym aktem b&#281;dzie zrzucenie jarzma haraczu wobec pa&#324;stw o&#347;ciennych, w formie rujnuj&#261;cego nas i niesprawiedliwego kwartalnego rycza&#322;tu podatkowego, narzuconego nam pi&#281;tnastego stycznia 2092 roku, oraz wszelkich innych podatk&#243;w, jakie Stany Zjednoczone mog&#261; zechcie&#263; nam narzuci&#263; na nasz&#261; szkod&#281; w dniu pi&#281;tnastym kwietnia tego samego roku.

Na poparcie naszej Deklaracji, my, praworz&#261;dnie wybrani i zatwierdzeni reprezentanci Azylu, uroczy&#347;cie &#347;lubujemy odda&#263; za ni&#261; nasze &#380;ycie, nasz los i nasz honor.



* * *


Sieciowa kopia dokumentu ukazywa&#322;a nast&#281;pnie szesna&#347;cie podpis&#243;w, na czele z wielkim, nabazgranym niestarannie Jennifer Fatima Sharifi. Leisha pami&#281;ta&#322;a, &#380;e pismo Jennifer by&#322;o drobne i schludne.

Zrobili to. Naprawd&#281; to zrobili  odezwa&#322;a si&#281; Stella.

Leisho, co teraz b&#281;dzie?  zapyta&#322; Jordan.

Urz&#261;d Skarbowy poczeka, a&#380; pi&#281;tnastego stycznia odm&#243;wi&#261; uiszczenia podatk&#243;w. Je&#347;li nale&#380;no&#347;&#263; nie wp&#322;ynie, na&#322;o&#380;&#261; na Azyl przymusowy pob&#243;r podatku. A to oznacza, &#380;e b&#281;d&#261; mieli prawo zaj&#261;&#263; dobra materialne jako zastaw pod nale&#380;ne im kwoty.

Zaj&#261;&#263; Azyl? Bez przes&#322;uchania albo czego&#347; w tym rodzaju?

Przymusowe &#347;ci&#261;ganie nale&#380;no&#347;ci zak&#322;ada najpierw zaj&#281;cie, a p&#243;&#378;niej przes&#322;uchanie. I pewnie w&#322;a&#347;nie dlatego Jennifer wybra&#322;a taki wariant post&#281;powania. Wszystko b&#281;dzie musia&#322;o przebiega&#263; w b&#322;yskawicznym tempie. A po&#322;owa Kongresu porozje&#380;d&#380;a&#322;a si&#281; na &#347;wi&#281;ta.

Ale &#380;eby zaj&#281;li Azyl? Jak to mo&#380;liwe, Leisho? Wojsko? Napa&#347;&#263; zbrojna?

Przecie&#380; mog&#261; zmie&#347;&#263; ich z nieba jednym pociskiem typu Truth  wtr&#261;ci&#322; Jordan.

Ale tego nie zrobi&#261;  sprzeciwi&#322;a si&#281; Stella  bo tym samym zniszczyliby dobra, kt&#243;re usi&#322;uje zagarn&#261;&#263; urz&#261;d skarbowy. To b&#281;dzie musia&#322;a by&#263; inwazja. Ale i to b&#281;dzie straszne dla mieszka&#324;c&#243;w Azylu; &#347;rodowiska orbitalne s&#261; takie kruche. Leisho, do licha, co ta Jennifer knuje?

Nie mam poj&#281;cia  odpar&#322;a Leisha.  Sp&#243;jrzcie na te podpisy: Richard Anthony Keller Sharifi, Najla Sharifi Johnson, Hermione Walls Keller Dzieci Richarda za&#322;o&#380;y&#322;y rodziny. Ciekawe, czy Richard o tym wie.

Stella i Jordan spojrzeli po sobie.

Leisho  rzuci&#322;a cierpko Stella  nie wydaje ci si&#281;, &#380;e to co&#347; wi&#281;cej ni&#380; tylko rodzinne ploteczki? To wojna domowa! Jennifer uda&#322;o si&#281; w ko&#324;cu oddzieli&#263; praktycznie wszystkich Bezsennych od reszty kraju, od g&#322;&#243;wnego nurtu spo&#322;ecze&#324;stwa ameryka&#324;skiego

A ty chcesz mi wm&#243;wi&#263;  przerwa&#322;a jej Leisha, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; nieweso&#322;o  &#380;e nasza dwunastka, kt&#243;ra siedzi tu w tej zapomnianej przez wszystkich pustynnej posiad&#322;o&#347;ci, post&#281;puje inaczej ni&#380; ona?

&#379;adne z nich nie potrafi&#322;o na to odpowiedzie&#263;.

Czy s&#261;dzisz  spyta&#322;a w ko&#324;cu Stella  &#380;e Azyl jest w stanie skutecznie przeciwstawi&#263; si&#281; Stanom Zjednoczonym?

Nie mam poj&#281;cia  powt&#243;rzy&#322;a Leisha, a Jordan i Stella zn&#243;w popatrzyli po sobie, skonsternowani.  Nie mnie nale&#380;y o to pyta&#263;. Nigdy, w ci&#261;gu ca&#322;ego swojego &#380;ycia ani razu nie mia&#322;am racji, oceniaj&#261;c Jennifer Sharifi.

Ale&#380; Leisho

Id&#281; nad potok  oznajmi&#322;a Leisha.  Zawo&#322;ajcie mnie, gdyby wybuch&#322;a wojna.

Zostawi&#322;a ich wpatrzonych w siebie nawzajem, oszo&#322;omionych i z&#322;ych na ni&#261;, niezdolnych odr&#243;&#380;ni&#263; zbrodniczej oboj&#281;tno&#347;ci od tego, co dla Leishy by&#322;o czym&#347; znacznie gorszym: zbrodnicz&#261; bezu&#380;yteczno&#347;ci&#261;.



* * *


Z pocz&#261;tku Kongres Stan&#243;w Zjednoczonych potraktowa&#322; gro&#378;b&#281; Azylu powa&#380;nie. Chodzi&#322;o przecie&#380; o Bezsennych. Senatorowie i kongresmeni, kt&#243;rzy na zimowe wakacje rozproszyli si&#281; po swoich okr&#281;gach wyborczych, pospiesznie zgromadzili si&#281; z powrotem w Waszyngtonie. Prezydent Calvin John Meyerhoff, cho&#263; by&#322; wielkim, powolnym m&#281;&#380;czyzn&#261;, a w sieciach zwano go Cal II Milcz&#261;cy, mia&#322; wyj&#261;tkowo bystry umys&#322;, szczeg&#243;lnie wyczulony na sprawy polityki zagranicznej. I je&#380;eli nawet uderzy&#322;a go ironia faktu, i&#380; pierwszy kryzys mi&#281;dzynarodowy w czasie jego dobiegaj&#261;cej kresu kadencji wzi&#261;&#322; sw&#243;j pocz&#261;tek w tej cz&#281;&#347;ci kraju, kt&#243;ra technicznie przynale&#380;a&#322;a do okr&#281;gu Cattaraugus w stanie Nowy Jork, nic z tej ironii nie przedosta&#322;o si&#281; do oficjalnych komunikat&#243;w prasowych wydawanych przez pracownik&#243;w jego biura.

Natomiast sieci informacyjne Amator&#243;w &#379;ycia u&#347;mia&#322;y si&#281; nad deklaracj&#261; do rozpuku i wykorzystywa&#322;y jako surowiec do dwuminutowych skeczy, b&#281;d&#261;cych ulubion&#261; form&#261; rozrywki. Dot&#261;d bardzo niewielu Amator&#243;w &#379;ycia mia&#322;o do czynienia, zna&#322;o czy cho&#263;by tylko s&#322;ysza&#322;o o Bezsennych, jako &#380;e prowadzili oni swoje interesy z Wo&#322;ami, kt&#243;rzy rz&#261;dzili biznesem, a co za tym idzie i krajem. Kt&#243;ra&#347; z gazetek rzuci&#322;a beztroskie has&#322;o Nast&#281;pny do secesji  Oregon! Szczeg&#243;&#322;y wewn&#261;trz numeru! Przedstawiono tak&#380;e skecz, w kt&#243;rym aktorzy o podwi&#261;zanych powiekach stoj&#261;c na przedmie&#347;ciach Portland pletli co&#347; o tym, &#380;e sta&#322;o si&#281; konieczne, by ludzie z Oregonu rozwi&#261;zali wi&#281;zy polityczne &#322;&#261;cz&#261;ce ich z innymi grupami. Nagle na wy&#347;cigach skuter&#243;w i prochoimprezach oraz w darmowych salach tanecznych zacz&#281;&#322;y pojawia&#263; si&#281; napisy WOLNY OREGON. Zawodnik o nazwisku Kimberly Sands wygra&#322; Wy&#347;cigi Zimowe w Belmont na skuterze, na kt&#243;rym flaga Oregonu namalowana by&#322;a na fladze Stan&#243;w Zjednoczonych.

Trzeciego stycznia Bia&#322;y Dom wyda&#322; o&#347;wiadczenie, w kt&#243;rym stwierdza&#322;, &#380;e Azyl swoim wyst&#261;pieniem zapowiada&#322; zar&#243;wno bunt przeciw w&#322;adzy, jak i terroryzm, deklaruj&#261;c prawo do wypowiadania wojen, i spiskowa&#322; jednocze&#347;nie w celu obalenia rz&#261;du Stan&#243;w Zjednoczonych, jako &#380;e nale&#380;y on do jednego z okr&#281;g&#243;w stanu Nowy Jork. Ani bunt, ani terroryzm nie mog&#261; by&#263; tolerowane w prawdziwie demokratycznym spo&#322;ecze&#324;stwie. Gwardi&#281; narodow&#261; postawiono w stan alarmu. Azylowi odpowiedziano w o&#347;wiadczeniu, kt&#243;re posz&#322;o r&#243;wnie&#380; do prasy, &#380;e dziesi&#261;tego stycznia uda si&#281; tam delegacja sk&#322;adaj&#261;ca si&#281; zar&#243;wno z przedstawicieli departamentu stanu, jak i urz&#281;du skarbowego  po&#322;&#261;czenie rzadko dot&#261;d spotykane w dziejach ameryka&#324;skiej dyplomacji  w celu przedyskutowania sytuacji.

Azyl odpowiedzia&#322;, &#380;e w razie gdyby do stacji zbli&#380;y&#322; si&#281; jaki&#347; wahad&#322;owiec lub inny pojazd kosmiczny, bez wahania otworzy ogie&#324;.

Kongres zebra&#322; si&#281; na nadzwyczajnej sesji. Urz&#261;d skarbowy na&#322;o&#380;y&#322; na Azyl przymusowy pob&#243;r nale&#380;no&#347;ci, obejmuj&#261;cy wszystkie aktywa znajduj&#261;ce si&#281; w posiadaniu Korporacji Azylu i jej g&#322;&#243;wnych udzia&#322;owc&#243;w, rodziny Sharifi. Brukowce, bardziej ciekawe dramaturgii wydarze&#324; ni&#380; rzeczywistych procedur podatkowych, zacz&#281;&#322;y wykrzykiwa&#263;, &#380;e urz&#261;d skarbowy wystawi Azyl na aukcj&#281;, &#380;eby sp&#322;aci&#263; nale&#380;no&#347;ci i grzywn&#281;. Czy s&#261; ch&#281;tni do kupna u&#380;ywanego wahad&#322;owca? Kawa&#322;ka wgi&#281;tej platformy orbitalnej? Oregonu? WBRN, zwany Procho-kana&#322;em, przeprowadzi&#322; prze&#347;miewcz&#261; aukcj&#281;, w kt&#243;rej Oregon zakupi&#322;o pewne ma&#322;&#380;e&#324;stwo z Monterey w Kalifornii. Para ta o&#347;wiadczy&#322;a nast&#281;pnie, &#380;e park narodowy Crater Lake pragnie od&#322;&#261;czy&#263; si&#281; od Oregonu.

&#211;smego stycznia, na dwa dni przed planowanym l&#261;dowaniem ekipy rz&#261;dowej w Azylu, sekcja sieciowa New York Timesa, po&#322;&#261;czona z jego szacown&#261;, wo&#322;ow&#261; wersj&#261; gazetow&#261;, wypu&#347;ci&#322;a wst&#281;pniak Po co nam w&#322;a&#347;ciwie ten Oregon? Wersja sieciowa odczytywana by&#322;a sze&#347;&#263; razy dziennie przez wszystkich g&#322;&#243;wnych prezenter&#243;w holowizyjnych, w wersji za&#347; drukowanej artyku&#322; umieszczono sam jeden na &#347;rodku pierwszej strony.



* * *


W ci&#261;gu ostatniego tygodnia kraj nasz mia&#322; okazje obserwowa&#263; zar&#243;wno powa&#380;n&#261; gro&#378;b&#281; secesji ze strony Azylu, ostoi ameryka&#324;skich Bezsennych, jak i oparty na tym motywie show w brukowych sieciach informacyjnych. Show taki, zale&#380;nie od gustu ogl&#261;daj&#261;cego, mo&#380;e wyda&#263; si&#281; zabawny, wulgarny, umniejszaj&#261;cy rang&#281; problemu lub trywialny. Ten za&#347; szczeg&#243;lny show, rzucaj&#261;c beztroskie has&#322;o Wolnego Oregonu spe&#322;ni po&#380;yteczn&#261; rol&#281; pomocy naukowej przy pr&#243;bie wyja&#347;nienia prawdziwej natury gro&#378;by Azylu. Jak mog&#322;yby zabrzmie&#263; owe argumenty?

Za&#322;&#243;&#380;my, &#380;e to naprawd&#281; Oregon pr&#243;buje wy&#322;&#261;czy&#263; si&#281; z Unii. Za&#322;&#243;&#380;my dalej, i&#380; jaka&#347; rozs&#261;dna, w miar&#281; obiektywna osoba  przyjmuj&#261;c, &#380;e jeszcze takie pozosta&#322;y po&#347;r&#243;d og&#243;lnokrajowego radosnego party Amator&#243;w &#379;ycia  zechcia&#322;aby przedstawi&#263; gar&#347;&#263; oryginalnych i przemy&#347;lanych argument&#243;w, kt&#243;re przemawia&#322;yby przeciwko prawu Oregonu do takiego posuni&#281;cia.

Na pocz&#261;tek wypada zauwa&#380;y&#263;, &#380;e argumenty takie musz&#261; bra&#263; za podstaw&#281; analogie z wojn&#261; o niepodleg&#322;o&#347;&#263;, nie za&#347; z wojn&#261; secesyjn&#261;, w kt&#243;rej jedena&#347;cie stan&#243;w Konfederacji chcia&#322;o si&#281; od&#322;&#261;czy&#263; od Unii. W rzeczy samej, w ca&#322;ej zabawie, jak&#261; urz&#261;dzi&#322;y sobie na ten temat nieodpowiedzialne sieci informacyjne, nie u&#347;wiadczy widz ani jednej wzmianki o Fort Sumter albo o Jeffie Davisie. Paralela z wojn&#261; o niepodleg&#322;o&#347;&#263; zosta&#322;a nam narzucona przez zapo&#380;yczenia j&#281;zykowe wyst&#281;puj&#261;ce w tzw. Deklaracji Niepodleg&#322;o&#347;ci Azylu. Jest wi&#281;c jasne, &#380;e Azyl uwa&#380;a si&#281; za tak&#261; sam&#261; uci&#347;nion&#261; koloni&#281; jak owych trzyna&#347;cie dawnych kolonii ameryka&#324;skich i &#380;e przemy&#347;lane obalanie argument&#243;w przedstawionych w dokumencie Azylu powinni&#347;my rozpocz&#261;&#263; od szczeg&#243;&#322;owej analizy tej w&#322;a&#347;nie paraleli.

Nie jest ona szczeg&#243;lnie przekonuj&#261;ca. Nasz pierwszy argument przeciwko secesji Oregonu  czy Azylu  jest nast&#281;puj&#261;cy: brak podstaw do roszcze&#324;. Przypadek nasz nie przedstawia sob&#261; nale&#380;ytych dowod&#243;w na to, &#380;e nale&#380;y uzna&#263; jego prawo do secesji, przede wszystkim dlatego, &#380;e paralela pomi&#281;dzy rokiem 1776 a 2092 jest z natury do&#347;&#263; w&#261;t&#322;a. Koloniom ameryka&#324;skim narzucono obce rz&#261;dy bez zagwarantowania im jakiejkolwiek reprezentacji w tych rz&#261;dach, stacjonowa&#322;y w nich obce wojska, a wobec macierzystego kraju zajmowa&#322;y pozycj&#281; podrz&#281;dn&#261;. Z drugiej za&#347; strony mamy Azyl, w kt&#243;rym od czasu wst&#281;pnej inspekcji przeprowadzonej trzydzie&#347;ci sze&#347;&#263; lat temu nie posta&#322;a noga pa&#324;stwowego urz&#281;dnika. Azyl ma swoj&#261; reprezentacj&#281; w instytucjach legislacyjnych stanu Nowy Jork, w federalnym Kongresie, a nawet w osobie prezydenta  a wszystko to za spraw&#261; g&#322;osowania na odleg&#322;o&#347;&#263;, kt&#243;r&#261; to mo&#380;liwo&#347;&#263; mieszka&#324;cy Azylu otrzymuj&#261; przy okazji ka&#380;dych kolejnych wybor&#243;w, a z kt&#243;rej, wed&#322;ug wiarygodnych &#378;r&#243;de&#322;, ani razu nie skorzystali.

Prawd&#261; jest, &#380;e Azyl zosta&#322; obci&#261;&#380;ony bardzo wielkim podatkiem w nowej ustawie podatkowej, przyj&#281;tej przez Kongres w pa&#378;dzierniku zesz&#322;ego roku. Lecz prawd&#261; jest tak&#380;e, &#380;e Azyl jest najbogatsz&#261; jednostk&#261; prawn&#261; nie tylko w ca&#322;ych Stanach Zjednoczonych, ale i w ca&#322;ym &#347;wiecie. Tak bardzo zr&#243;&#380;nicowana skala podatkowa jest zatem adekwatna do sytuacji. W przeciwie&#324;stwie do dawnych kolonii ameryka&#324;skich Azyl wcale nie zajmuje w &#347;wiecie podrz&#281;dnej pozycji wyzyskiwanego. Gdyby by&#322;o mo&#380;liwe zebranie ca&#322;o&#347;ciowej prawdy ekonomicznej z fragmentarycznych zapis&#243;w transakcji handlowych z ca&#322;ego &#347;wiata, mog&#322;oby si&#281; okaza&#263;, &#380;e Azyl zajmuje w &#347;wiatowej ekonomii lepsz&#261; pozycj&#281; finansow&#261; ni&#380; same Stany Zjednoczone, a z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; jego walory wy&#380;ej stoj&#261; na mi&#281;dzynarodowym rynku. Mog&#322;oby si&#281; okaza&#263;, &#380;e Azyl ma lepsz&#261; sposobno&#347;&#263; do tego, aby by&#263; wyzyskuj&#261;cym ni&#380; wyzyskiwanym. Z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; roczny deficyt bud&#380;etowy Azylu  o ile w og&#243;le istnieje  mniejszy jest ni&#380; deficyt rz&#261;du Stan&#243;w Zjednoczonych. Wygl&#261;da to tak, jakby Oregon doszed&#322; do wniosku, &#380;e skoro mniej korzysta z us&#322;ug federacji i p&#322;aci wi&#281;cej podatk&#243;w rz&#261;dowi ni&#380;  powiedzmy  Teksas, to mo&#380;e z niej wyst&#261;pi&#263;. A to nieprawda.

Poniewa&#380;, je&#347;li zastosowa&#263; kryteria prawdziwej Deklaracji Niepodleg&#322;o&#347;ci, i Oregon, i Azyl powinny pozosta&#263; w Unii.

Kolejny argument przeciwko uznaniu roszcze&#324; Oregonu to stworzenie negatywnego precedensu. Je&#347;li Oregon mo&#380;e wyst&#261;pi&#263;, to czemu nie Floryda? Dlaczego nie Kalifornia? A czemu nie Harrisburg w Pensylwanii? Ba&#322;kanizacja Unii zosta&#322;a ju&#380; raz zapocz&#261;tkowana, 225 lat temu, w tym drugim konflikcie, o kt&#243;rym Azyl tak przezornie nie wspomina w swoim dokumencie.

Po trzecie Oregon nie mo&#380;e si&#281; od&#322;&#261;czy&#263;, poniewa&#380; stanowi&#322;oby to pogwa&#322;cenie wzajemnych stosunk&#243;w. To w&#322;a&#347;nie dzi&#281;ki &#347;rodkom pochodz&#261;cym z zasob&#243;w Stan&#243;w Zjednoczonych, nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c z tego r&#243;wnie&#380; wysi&#322;ku wszystkich obywateli Stan&#243;w Zjednoczonych, Oregon powsta&#322; i osi&#261;gn&#261;&#322; sukces ekonomiczny, staj&#261;c si&#281; w dziewi&#281;tnastym wieku wielkim o&#347;rodkiem handlu sk&#243;rami, a w dwudziestym pierwszym o&#347;rodkiem produkcji urz&#261;dze&#324; komunikacyjnych klasy E. Oregon winien honorowa&#263; te wzajemne powi&#261;zania, nawet je&#347;li ma ich ju&#380; serdecznie do&#347;&#263;, podobnie jak dziecko, pos&#322;ane przez rodzic&#243;w na studia prawnicze, winno w my&#347;l poprawki z roku 2048 wspiera&#263; swoich starych rodzic&#243;w tak&#261; sum&#261;, by wystarczy&#322;a im na utrzymanie si&#281; na takim samym poziomie, na jakim utrzymywali swe dziecko w czasie studi&#243;w. Nie mo&#380;e odrzuci&#263; ich tylko dlatego, &#380;e teraz powodzi mu si&#281; lepiej ni&#380; im. Nie mo&#380;e wyrzec si&#281; zwi&#261;zk&#243;w, dzi&#281;ki kt&#243;rym znalaz&#322;o si&#281; w obecnej, godnej pozazdroszczenia pozycji. Nie mo&#380;e i Oregon.

W ko&#324;cu za&#347; nie wolno pozwoli&#263; Oregonowi na secesj&#281;, bo jest ona  zwyczajnie i po prostu  bezprawna. Odrzucenie zwierzchno&#347;ci Stan&#243;w Zjednoczonych, odmowa uiszczenia podatk&#243;w, gro&#378;by u&#380;ycia si&#322;y dla utrzymania niezale&#380;no&#347;ci  wszystko to s&#261; przest&#281;pstwa w &#347;wietle kodeksu prawnego Stan&#243;w Zjednoczonych. Usi&#322;owanie secesji jest dla Oregonu dzia&#322;aniem bezprawnym  zgoda na ni&#261; b&#281;dzie policzkiem dla ka&#380;dego praworz&#261;dnego obywatela, stanu i organizacji w tym kraju.

Dlaczego trzeba zatrzyma&#263; Oregon? Dlatego, &#380;e nie ma podstaw do swoich roszcze&#324;, &#380;e stworzy&#322;by negatywny precedens, a to bezprawne dzia&#322;anie stanowi&#322;oby pogwa&#322;cenie wzajemnych stosunk&#243;w.

A je&#347;li tak si&#281; sprawy maj&#261; dla Oregonu, to i dla Azylu.

I niewa&#380;ne, kto w nim mieszka.



* * *


Dan dotar&#322; do posiad&#322;o&#347;ci w Nowym Meksyku wieczorem sz&#243;stego stycznia. Dzie&#324; by&#322; niezwykle zimny, wi&#281;c gard&#322;o owin&#261;&#322; sobie czerwonym szalikiem, a nogi kocem. Leisha zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e oba utkane zosta&#322;y z najlepszej irlandzkiej we&#322;ny. Przejecha&#322; w&#243;zkiem przez wielki pok&#243;j dzienny, zaprojektowany jako miejsce spotka&#324; dla siedemdziesi&#281;ciu pi&#281;ciu os&#243;b, a ostatnio rzadko goszcz&#261;cy wi&#281;cej ni&#380; dwana&#347;cioro. Wnuczka Alice, Alicia, przeprowadzi&#322;a si&#281; z rodzin&#261; do Kalifornii, Erik mieszka&#322; w Po&#322;udniowej Ameryce, Seth z &#380;on&#261; w Chicago. Leisha dostrzeg&#322;a, &#380;e Dan przeszed&#322; kolejn&#261; metamorfoz&#281;.

Jaskrawa krzykliwo&#347;&#263; artysty, kt&#243;ry tylko co odni&#243;s&#322; prawdziwy sukces, wi&#281;c troch&#281; zbyt pewnego siebie, teraz nieco przygas&#322;a. W&#322;a&#347;nie za spraw&#261; sukcesu. Spogl&#261;daj&#261;c w twarz Leishy, witaj&#261;c si&#281; z ni&#261;, Dan mia&#322; spojrzenie otwarte, ale wyra&#378;nie niczego ju&#380; nie potrzebowa&#322;  nawet cudzego zainteresowania. Teraz ju&#380; by&#322; pewien kim jest, nie musia&#322; u niej szuka&#263; potwierdzenia. Lecz zarazem jego spojrzenie nie prze&#347;lizn&#281;&#322;o si&#281; po niej automatycznie, jako po obiekcie dalece mniej zajmuj&#261;cym ni&#378;li on sam  jak to cz&#281;sto zdarza&#322;o si&#281; r&#243;&#380;nym &#347;wiatowym znakomito&#347;ciom. Dan nadal przygl&#261;da&#322; si&#281; &#347;wiatu, jakby chcia&#322; okaza&#263; mu swoje zainteresowanie, leciutkim u&#347;miechem daj&#261;c mu przy tym do zrozumienia, &#380;e na to zainteresowanie b&#281;dzie musia&#322; sobie jednak zapracowa&#263;.

Ten rodzaj spojrzenia Leisha pami&#281;ta&#322;a doskonale  widywa&#322;a je cz&#281;sto u ojca.

Pomy&#347;la&#322;em sobie, &#380;e lepiej b&#281;dzie, jak wr&#243;c&#281; do domu  oznajmi&#322; Dan.  Na wypadek, gdyby sytuacja polityczna rzeczywi&#347;cie sta&#322;a si&#281; napi&#281;ta.

A s&#261;dzisz, &#380;e si&#281; nie stanie?  rzuci&#322;a cierpko Leisha.  No tak, ty przecie&#380; nigdy nie pozna&#322;e&#347; Jennifer Sharifi.

To prawda. Ale za to ty j&#261; zna&#322;a&#347;. Powiedz mi, Leisho: co teraz stanie si&#281; z Azylem?

W tonie Dana wyczu&#322;a wyra&#378;ny &#347;lad dawnej obsesji. A jaki po&#380;ytek mo&#380;e mie&#263; z dziecinnych obsesji teraz, b&#281;d&#261;c doros&#322;ym m&#281;&#380;czyzn&#261; o dziwacznej profesji? Czy w&#322;a&#347;nie Azyl, odziany w kszta&#322;ty pragnie&#324;, nap&#281;dza&#322; te jego sny na jawie?

Wojsko nie zestrzeli Azylu z orbity, je&#380;eli o to ci chodzi. To w ko&#324;cu s&#261; cywile, nawet je&#347;li s&#261; przy tym potencjalnymi terrorystami, no i oko&#322;o jednej czwartej populacji stanowi&#261; dzieci. Ka&#380;da bro&#324;, jak&#261; mog&#261; posiada&#263;, jest z pewno&#347;ci&#261; zab&#243;jcza, ale Jennifer mia&#322;a zawsze zbyt wiele politycznej przenikliwo&#347;ci, &#380;eby przekroczy&#263; lini&#281;, za kt&#243;r&#261; mog&#322;aby naprawd&#281; oberwa&#263;.

Ludzie si&#281; zmieniaj&#261;.

By&#263; mo&#380;e. Ale nawet je&#347;li obsesja zdo&#322;a&#322;a wypaczy&#263; os&#261;d Jennifer, s&#261; tam jeszcze inni, kt&#243;rzy mog&#261; to zr&#243;wnowa&#380;y&#263;. Pewien znakomity prawnik o nazwisku Will Sandaleros i Casie Blumenthal, no i jej dzieci, kt&#243;re teraz musz&#261; by&#263; ju&#380; dobrze po czterdziestce

Nieoczekiwanie Leisha przypomnia&#322;a sobie s&#322;owa Richarda, kt&#243;ry czterdzie&#347;ci lat temu powiedzia&#322; jej: Cz&#322;owiek staje si&#281; kim innym, kiedy sp&#281;dza ca&#322;e lata za murem, tylko pomi&#281;dzy innymi Bezsennymi

Richard tak&#380;e tu jest  odezwa&#322; si&#281; Dan, bacznie si&#281; jej przygl&#261;daj&#261;c.

Richard?!

Z Ad&#261; i dzieckiem. Stella robi&#322;a wok&#243;&#322; nich sporo zam&#281;tu, kiedy wszed&#322;em. Zdaje si&#281;, &#380;e Sean ma gryp&#281; czy co&#347; w tym rodzaju. Wygl&#261;dasz na zaskoczon&#261;, Leisho.

Bo jestem.  Nieoczekiwanie u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; szeroko.  Masz racj&#281;, Dan. Ludzie si&#281; zmieniaj&#261;. Nie uwa&#380;asz, &#380;e to troch&#281; zabawne?

Nigdy nie podejrzewa&#322;em ci&#281; o poczucie humoru, Leisho. W&#347;r&#243;d tylu innych twoich przymiot&#243;w jako&#347; nie natkn&#261;&#322;em si&#281; na ten w&#322;a&#347;nie.

Nie pr&#243;buj si&#281; ze mn&#261; droczy&#263;  rzuci&#322;a ostro.

Wcale si&#281; nie droczy&#322;em  odpowiedzia&#322;, a z jego osobliwego u&#347;mieszku wyczyta&#322;a, &#380;e m&#243;wi prawd&#281;: nigdy nie przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e Leisha mo&#380;e by&#263; obdarzona poczuciem humoru. No c&#243;&#380;, mo&#380;e pojmowali je w odmienny spos&#243;b. Podobnie jak wiele innych spraw.

Do pokoju wszed&#322; Richard, sam.

Witaj, Leisho, cze&#347;&#263; Dan. Mam nadziej&#281;, &#380;e nie masz mi za z&#322;e nie zapowiedzianej wizyty. Pomy&#347;la&#322;em sobie

&#379;e gdyby Najla lub Ricky chcieli si&#281; z tob&#261; skontaktowa&#263;, b&#281;d&#261; pr&#243;bowa&#263; przeze mnie?  doko&#324;czy&#322;a za niego.  Richardzie, m&#243;j drogi Chyba lepiej by&#322;o wybra&#263; Kevina. Azyl prowadzi z nim interesy

Nie. Nie pr&#243;bowaliby przez Kevina  odpar&#322; Richard, a Leisha nie zapyta&#322;a, sk&#261;d ma t&#281; pewno&#347;&#263;.  Leisho, co teraz b&#281;dzie z Azylem?

Wszyscy j&#261; o to pytali. Ka&#380;dy widocznie zak&#322;ada&#322;, &#380;e ona jest jakim&#347; ekspertem od spraw politycznych. Ona, kt&#243;ra przesiedzia&#322;a  naburmuszona, jak to okre&#347;li&#322;a niegdy&#347; Susan Melling  bezczynnie na pustyni okr&#261;g&#322;e trzydzie&#347;ci lat. Co si&#281; dzia&#322;o przez ten czas w umys&#322;ach ludzi, nawet tych jej najbli&#380;szych?

Nie mam poj&#281;cia, Richardzie. A co wed&#322;ug ciebie zrobi Jennifer?

Richard patrzy&#322; gdzie&#347; w bok.

My&#347;l&#281;, &#380;e wysadzi&#322;aby ch&#281;tnie ca&#322;y &#347;wiat, je&#347;li dzi&#281;ki temu mog&#322;aby si&#281; wreszcie poczu&#263; bezpiecznie.

Twierdzisz, &#380;e Czy ty wiesz, co m&#243;wisz, Richardzie? &#379;e ca&#322;a filozofia polityczna Azylu sprowadza si&#281; do zaspokajania osobistych potrzeb jednej osoby? Czy ty w to wierzysz?

Wierz&#281;, &#380;e tak jest w przypadku wszystkich filozofii politycznych  odpowiedzia&#322; Richard.

Nie  sprzeciwi&#322;a si&#281; Leisha.  Nie wszystkich.

Ale&#380; tak.

Tym razem zaprzeczenie pad&#322;o nie ze strony Richarda, a Dana.

Nie w przypadku naszej konstytucji  upiera&#322;a si&#281; Leisha, sama siebie zaskakuj&#261;c.

Ano zobaczymy  odrzek&#322; Dan, wyg&#322;adzaj&#261;c delikatn&#261; i drog&#261; irlandzk&#261; we&#322;n&#281; na swych uwi&#281;d&#322;ych nogach.



* * *


Azyl, kt&#243;ry nie miewa&#322; dni ani nocy, nie miewa&#322; p&#243;r roku, zawsze trzyma&#322; si&#281; wschodnich standard&#243;w czasowych. Fakt ten, tak dobrze znany Jennifer jak szum krwi przep&#322;ywaj&#261;cej w jej w&#322;asnych &#380;y&#322;ach, nagle wyda&#322; si&#281; jej groteskowy. Azyl, schronienie i ojczyzna Bezsennych, pionier nowego etapu w rozwoju ludzko&#347;ci, przez d&#322;ugie lata przykuty by&#322; do Stan&#243;w Zjednoczonych za pomoc&#261; tych najbardziej fundamentalnych ze wszystkich wymy&#347;lonych przez ludzi kajdan  okow&#243;w czasu. Stoj&#261;c na naczelnym miejscu przy stole Rady Azylu o sz&#243;stej wieczorem czasu wschodnioameryka&#324;skiego Jennifer postanowi&#322;a, &#380;e kiedy sko&#324;czy si&#281; obecny kryzys, okowy te r&#243;wnie&#380; musz&#261; zosta&#263; zerwane. Azyl opracuje sw&#243;j w&#322;asny system obliczania czasu, bez opartych na cyklu planetarnym poj&#281;&#263; dnia i nocy, wolny od ot&#281;piaj&#261;cego rytmu, kt&#243;ry nierozerwalnie wi&#261;za&#322; &#346;pi&#261;cych. Azyl zwyci&#281;&#380;y czas.

&#379;aden z cz&#322;onk&#243;w Rady nie usiad&#322;, wszyscy stali, opieraj&#261;c d&#322;onie p&#322;asko o metalowy blat sto&#322;u lub przyciskaj&#261;c zwini&#281;te w pi&#281;&#347;ci po obu stronach cia&#322;a. Wszystkie oczy zwr&#243;cone by&#322;y ku ekranowi w drugim ko&#324;cu sali. Jennifer bada&#322;a wzrokiem ka&#380;d&#261; twarz  podniecon&#261;, zdeterminowan&#261; czy te&#380; pe&#322;n&#261; cierpienia. Lecz i tych kilka, na kt&#243;rych odbi&#322;o si&#281; cierpienie, tak&#380;e by&#322;o zdecydowane na wszystko  ich cierpienie dzia&#322;a&#322;o jak b&#243;l, kt&#243;ry wymusza pozwolenie na operacj&#281;. Jennifer uda&#322;o si&#281; zast&#261;pi&#263; system loteryjny przez wybory, co zaj&#281;&#322;o jej niemal ca&#322;&#261; dekad&#281;. Potem przez d&#322;ugi czas manewrowa&#322;a tak, aby zebra&#263; Rad&#281; w jej obecnym sk&#322;adzie. Przekonywa&#322;a ludzi, &#380;eby na ca&#322;e lata odk&#322;adali swoje kandydatury. Rozdysponowywa&#322;a lekk&#261; r&#281;k&#261; zach&#281;ty i nie&#322;aski. Odwo&#322;ywa&#322;a si&#281; do rozs&#261;dku, handlowa&#322;a, sprawdza&#322;a, czeka&#322;a cierpliwie, godz&#261;c si&#281; na ka&#380;d&#261; zw&#322;ok&#281; i niezdecydowanie. I w ko&#324;cu mia&#322;a swoj&#261; Rad&#281;, kt&#243;ra w ca&#322;o&#347;ci  z wyj&#261;tkiem jednej osoby  sta&#322;a za ni&#261; w tej kluczowej dla Bezsennych chwili, wsz&#281;dzie i o ka&#380;dym czasie, jaki zechce wyznaczy&#263; tamto zu&#380;yte pa&#324;stwo, kt&#243;re dawno przesta&#322;o si&#281; liczy&#263; dla rozwoju ludzko&#347;ci.

Robert Dey, lat siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263;, szanowany ojciec wielkiej i bogatej azylowej rodziny, kt&#243;ry przez ca&#322;e dziesi&#281;ciolecia przekazywa&#322; wszystkim jej cz&#322;onkom historie o Bezsennych znienawidzonych i szykanowanych w Stanach Zjednoczonych z czas&#243;w jego dzieci&#324;stwa.

Caroline Renleigh, lat dwadzie&#347;cia osiem, b&#322;yskotliwy ekspert od telekomunikacji, fanatycznie przekonana o wy&#380;szo&#347;ci Bezsennych.

Cassie Blumenthal, stoi przy Jennifer od pierwszych dni istnienia Azylu, bardzo pomocna przy wszystkich dzia&#322;aniach, kt&#243;re poprzedza&#322;y proces Jennifer  a cho&#263; wydarzenia te w Azylu dawno ju&#380; uznano za prehistori&#281;, dla wiernej pami&#281;ci Cassie by&#322;y nadal &#380;ywe.

Paul Aleone, lat czterdzie&#347;ci jeden, matematyk-ekonomista, kt&#243;ry nie tylko przewidzia&#322; za&#322;amanie si&#281; opartej na energii Y ameryka&#324;skiej ekonomii z chwil&#261; wyga&#347;ni&#281;cia mi&#281;dzynarodowych patent&#243;w, ale i skonstruowa&#322; program, kt&#243;ry opisa&#322; dok&#322;adnie ostatnie dziesi&#281;&#263; lat szachrajstw i szale&#324;stwa, kiedy Stany Zjednoczone usi&#322;owa&#322;y ukry&#263; przed &#347;wiatem fakt, &#380;e odfrun&#261;&#322; ju&#380; ich niebieski ptak iluzorycznego dobrobytu. Aleone pracowa&#322; nad przysz&#322;o&#347;ci&#261; Azylu jako niepodleg&#322;ego pa&#324;stwa, handluj&#261;cego z innymi niepodleg&#322;ymi pa&#324;stwami, kt&#243;re w swoim czasie okaza&#322;y si&#281; przezorniejsze ni&#380; USA.

John Wong, lat czterdzie&#347;ci pi&#281;&#263;, prawnik, a tak&#380;e s&#281;dzia S&#261;du Apelacyjnego w rzadko u&#380;ywanym systemie s&#261;downiczym Azylu, kt&#243;ry dumny by&#322; z tego, i&#380; Bezsenni korzystaj&#261; z jego us&#322;ug w zasadzie tylko przy rutynowych sprawach o interpretacj&#281; kontrakt&#243;w. W Azylu niewiele zdarza&#322;o si&#281; akt&#243;w przemocy, wandalizmu, a jeszcze mniej kradzie&#380;y. Lecz Wong, dodatkowo historyk, doskonale rozumia&#322; w&#322;adz&#281;, jak&#261; ma system s&#261;dowy nad praworz&#261;dnymi obywatelami w czasach kontrowersyjnych zmian, a on wierzy&#322; w zmiany.

Charles Stauffer, lat pi&#281;&#263;dziesi&#261;t trzy, szef si&#322; wewn&#281;trznego bezpiecze&#324;stwa Azylu. Jak wszyscy dobrzy &#380;o&#322;nierze zachowywa&#322; sta&#322;&#261; gotowo&#347;&#263; do odparcia ataku, stale by&#322; got&#243;w na t&#281; chwil&#281;, kiedy jego przygotowania oka&#380;&#261; si&#281; zasadne. Od przygotowa&#324; do realizacji  my&#347;la&#322;a Jennifer  od gotowo&#347;ci do gorliwo&#347;ci tylko ma&#322;y krok.

Barbara Barcheski, lat sze&#347;&#263;dziesi&#261;t trzy, milcz&#261;ca i rozs&#261;dna szefowa firmy handluj&#261;cej zespo&#322;ami modeli informatycznych. Przez d&#322;ugi czas Jennifer nie mia&#322;a pewno&#347;ci co do Barcheski. By&#322;a studentk&#261; nauk politycznych, a przez lata zajmowania si&#281; tematem dosz&#322;a stopniowo do wniosku, &#380;e nieograniczony rozw&#243;j technologiczny i lojalno&#347;&#263; wobec w&#322;asnej grupy spo&#322;ecznej nie s&#261; ze sob&#261; kompatybilne. Przes&#322;ank&#281; t&#281; zilustrowa&#322;a bogato przyk&#322;adami spo&#322;ecze&#324;stw w okresach przej&#347;ciowych  od renesansowej Wenecji do rewolucji industrialnej wczesnych orbitalnych utopii. Studiowanie paradoksu  Jennifer wiedzia&#322;a o rym doskonale  w nieunikniony spos&#243;b prowadzi&#263; musi do jego oceny, cho&#263; niekoniecznie przecie&#380; do oceny negatywnej. Jennifer czeka&#322;a. W ko&#324;cu Barbara Barcheski zdecydowa&#322;a w swym metodycznym umy&#347;le: kiedy spo&#322;eczno&#347;&#263; musi wybiera&#263;, orze&#322; spo&#322;ecznej lojalno&#347;ci oferuje wi&#281;ksze mo&#380;liwo&#347;ci przetrwania ni&#380; reszka post&#281;pu technologicznego. Barbara Barcheski kocha&#322;a Azyl. Popar&#322;a Jennifer.

Doktor Raymond Toliveri, lat sze&#347;&#263;dziesi&#261;t jeden, wspania&#322;y szef zespo&#322;u badawczego Laboratori&#243;w Sharifi. Jennifer nigdy nie w&#261;tpi&#322;a w jego poparcie dla tego projektu  sam by&#322; przecie&#380; jego tw&#243;rc&#261;. Trudno by&#322;o jednak sprawi&#263;, aby doktor Toliveri, z kt&#243;rego zape&#322;niony terminarz pracy czyni&#322; w&#322;a&#347;ciwie eremit&#281;, zosta&#322; wybrany do Rady. Aby tego dopi&#261;&#263;, Jennifer potrzebowa&#322;a sporo czasu.

Nast&#281;pni to Will Sandaleros, Najla i jej m&#261;&#380;, Lars Johnson, a tak&#380;e Hermione Sharifi. Wszyscy stali dumnie wypr&#281;&#380;eni, w pe&#322;ni &#347;wiadomi wszystkich konsekwencji tego, co za chwil&#281; mieli zamiar zrobi&#263; i przyjmuj&#261;cy owe konsekwencje bez unik&#243;w, bez uchylania si&#281; i bez wykr&#281;t&#243;w.

Tylko Ricky sta&#322; przygarbiony, oparty o &#347;cian&#281; kopu&#322;y Rady, z oczyma wbitymi w ziemi&#281; i r&#281;koma splecionymi na piersiach. Jennifer dostrzeg&#322;a, &#380;e Hermione rozmy&#347;lnie nie chce na niego spojrze&#263;. Musieli si&#281; o to pok&#322;&#243;ci&#263;. I to w&#322;a&#347;nie Hermione  jej synowa, a nie jej genetyczny syn  stan&#281;&#322;a po stronie sprawiedliwo&#347;ci. Jennifer poczu&#322;a p&#322;omyczek bardzo skomplikowanych uczu&#263;  kombinacji gniewu, b&#243;lu i macierzy&#324;skiego kompleksu winy  ale szybko go st&#322;umi&#322;a. Nie ma ju&#380; czasu na niepowodzenia Rickyego. Nadszed&#322; czas Azylu.

Ognia  powiedzia&#322; Will i w&#322;&#261;czy&#322; og&#243;lnoazylow&#261; sie&#263; komunikacyjn&#261;, ekrany wideotelefon&#243;w i holoprojektory wewn&#261;trz, a mikrofony na zewn&#261;trz budynku. Jennifer wyg&#322;adzi&#322;a fa&#322;dy bia&#322;ej abaji i wyst&#261;pi&#322;a naprz&#243;d.

Obywatele Azylu. M&#243;wi Jennifer Sharifi. Przemawiam do was z kopu&#322;y Rady, gdzie Rada Azylu odbywa w&#322;a&#347;nie swoje nadzwyczajne posiedzenie. Zgodnie z naszymi przewidywaniami Stany Zjednoczone odpowiedzia&#322;y na nasz&#261; Deklaracj&#281; Niepodleg&#322;o&#347;ci, zapowiadaj&#261;c na jutrzejszy ranek inwazj&#281; &#346;pi&#261;cych. Nie mo&#380;emy do tego dopu&#347;ci&#263;! Pozwolenie tej delegacji na l&#261;dowanie w Azylu oznacza&#322;oby zgod&#281; na negocjacje w sytuacji, kiedy &#380;adne negocjacje nie s&#261; mo&#380;liwe. Oznacza&#322;oby niezdecydowanie, a przecie&#380; jeste&#347;my zdecydowani, otwar&#322;oby furtk&#281; dla ustanowienia prawnej i ekonomicznej kary, a przecie&#380; i ekonomiczna, i ewolucyjna racja jest po naszej stronie. Ta delegacja nie mo&#380;e wyl&#261;dowa&#263; w Azylu. Pr&#243;buj&#261;c jednak powstrzyma&#263; ich sil&#261;, mogliby&#347;my zagrozi&#263; ich &#380;yciu lub zdrowiu. A to r&#243;wnie&#380; przedstawi&#322;oby nas w fa&#322;szywym &#347;wietle. Bezsenni nie atakuj&#261;, kiedy sami nie zostan&#261; zaatakowani. Przyjmujemy konieczno&#347;&#263; samoobrony, ale nie uznajemy wojny. Chcemy, aby pozostawiono nas w spokoju, pozwolono nam &#380;y&#263; na w&#322;asn&#261; mod&#322;&#281;, cieszy&#263; si&#281; wolno&#347;ci&#261; i szcz&#281;&#347;ciem, kt&#243;re osi&#261;gamy swoj&#261; w&#322;asn&#261; prac&#261;, co dot&#261;d by&#322;o nam wzbronione. Jedyne, co mo&#380;emy zrobi&#263;, aby powstrzyma&#263; &#380;ebrak&#243;w, to da&#263; im pokaz si&#322;y, kt&#243;rej nie u&#380;yjemy jednak, dop&#243;ki si&#281; nas do tego nie zmusi. Wobec powy&#380;szego decyzj&#261; Rady Azylu do wszystkich najwa&#380;niejszych sieci ziemskich zostanie przekazany nast&#281;puj&#261;cy pokaz, kt&#243;ry zostanie na&#322;o&#380;ony na ich w&#322;asne programy.

Caroline Renleigh wpisa&#322;a na swojej konsolecie kilka kod&#243;w. Will Sandaleros przez odr&#281;bn&#261; lini&#281; po&#322;&#261;czy&#322; si&#281; z si&#322;ami wewn&#281;trznego bezpiecze&#324;stwa Azylu. Z po&#322;&#261;czenia tego tak rzadko korzystano, &#380;e wi&#281;kszo&#347;&#263; mieszka&#324;c&#243;w w og&#243;le zapomnia&#322;a o jego istnieniu, co da&#322;o Willowi woln&#261; r&#281;k&#281; i pozwoli&#322;o nale&#380;ycie je rozbudowa&#263;. Ka&#380;dy terminal w Azylu i na Ziemi prze&#322;&#261;czy&#322; si&#281; na jedn&#261; z pi&#281;ciu powa&#380;niejszych sieci Wo&#322;&#243;w, w kt&#243;rych ukaza&#322; si&#281; obraz niszczej&#261;cego &#347;rodowiska, odkupionego przez Azyl od Japonii  stacji orbitalnej Kagura.

Na de obrazu zabrzmia&#322; g&#322;os Jennifer Sharifi:

M&#243;wi do was Rada Azylu. Rz&#261;d Stan&#243;w Zjednoczonych zapowiedzia&#322; na jutro rano inwazj&#281; na Azyl, kt&#243;r&#261; ma zamiar przeprowadzi&#263; pod p&#322;aszczykiem tak zwanej pokojowej delegacji. Ale tam, gdzie istnieje fizyczny i ekonomiczny wyzysk, nie mo&#380;e by&#263; mowy o prawdziwym pokoju. Jeste&#347;my lud&#378;mi mi&#322;uj&#261;cymi pok&#243;j i chcemy, aby pozostawiono nas w spokoju. Je&#347;li Stany Zjednoczone nie uszanuj&#261; tego &#380;yczenia, b&#281;dzie to oznacza&#322;o, &#380;e przypu&#347;ci&#322;y pierwszy atak. A my nie pozwolimy na to, by ktokolwiek zaatakowa&#322; Azyl. Aby odwie&#347;&#263; rz&#261;d od planowanego ataku i pokaza&#263;, do jakiej ostateczno&#347;ci jeste&#347;my gotowi si&#281; posun&#261;&#263; w obronie naszego domu, przedstawiamy nast&#281;puj&#261;cy pokaz. Prasa w Stanach Zjednoczonych snu&#322;a rozleg&#322;e spekulacje na temat broni, jakiej m&#243;g&#322;by u&#380;y&#263; Azyl w swojej obronie. Nie chcemy pozostawi&#263; tej kwestii niczyim spekulacjom. Nie chcemy, aby nasza secesja od Stan&#243;w Zjednoczonych nosi&#322;a pi&#281;tno przemilczania istotnych informacji. Chcemy za wszelk&#261; cen&#281; unikn&#261;&#263; wojny i w tym w&#322;a&#347;nie celu pokazujemy, jak straszliwe ta wojna mog&#322;aby mie&#263; skutki.

Rzuci&#322;a okiem na ekran jednego z monitor&#243;w i podj&#281;&#322;a zdecydowanie:

Oto stacja orbitalna Kagura, stanowi&#261;ca w tej chwili w&#322;asno&#347;&#263; Azylu. Nie ma na niej &#380;adnych ludzi. Pozosta&#322;a jedynie fauna: zwierz&#281;ta hodowlane, owady u&#380;ywane do zapylania, ptaki i gady trzymane dla zachowania r&#243;wnowagi biologicznej i r&#243;&#380;nego rodzaju gryzonie.

Wszystkie holoprojektory i monitory pokazywa&#322;y teraz wn&#281;trze stacji orbitalnej Kagura  najpierw szerok&#261; panoram&#281;, a potem zbli&#380;enia pas&#261;cych si&#281; kozokr&#243;w i bizobyd&#322;a. Japo&#324;czycy stosowali mniej restrykcji wobec in&#380;ynierii genetycznej ni&#380; Amerykanie, zatem ich byd&#322;o rze&#378;ne by&#322;o pot&#281;&#380;niejsze, powolniejsze, bardziej soczyste, ukontentowane i g&#322;upie. Robokamery pokaza&#322;y nast&#281;pnie przelatuj&#261;cego ptaka, potem czmychaj&#261;cego z li&#347;cia owada.

Na tej stacji ukryto pojedyncz&#261; paczk&#281; zawieraj&#261;c&#261; organizmy wyhodowane przez in&#380;ynier&#243;w genetycznych Azylu. Organizm ten jest roznoszony przez wiatr. Jego kod genetyczny zawiera wbudowany nakaz autodestrukcji po up&#322;ywie siedemdziesi&#281;ciu dw&#243;ch godzin od momentu wypuszczenia. Organizm ten zostanie teraz wypuszczony z pojemnika za pomoc&#261; aparatury zdalnego sterowania, mieszcz&#261;cej si&#281; w Azylu.

Na obrazie stacji nic nie uleg&#322;o zmianie. Sztuczna bryza porusza&#322;a li&#347;&#263;mi jakich&#347; ro&#347;lin. Wielka rze&#378;na, bizokrowa, kt&#243;ra &#380;u&#322;a je powoli, wywr&#243;ci&#322;a oczyma, po czym bolesnym st&#281;kni&#281;ciem zwali&#322;a si&#281; na ziemi&#281;.

Z nieba spada&#322;y ptaki. Cich&#322;o brz&#281;czenie owad&#243;w. W ci&#261;gu dw&#243;ch minut usta&#322; wszelki ruch z wyj&#261;tkiem dr&#380;enia li&#347;ci, poruszanych &#347;mierciono&#347;n&#261; bryz&#261;.

Stacja orbitalna Kagura pozostaje otwarta dla wszelkich ekspedycji naukowych, kt&#243;re pragn&#261; zbada&#263; to zjawisko  powiedzia&#322;a cicho Jennifer.  Je&#380;eli zdecydujecie si&#281; wyl&#261;dowa&#263; tam przed up&#322;ywem siedemdziesi&#281;ciu o&#347;miu godzin, w&#322;&#243;&#380;cie pe&#322;ne stroje ochronne i stosujcie jak najdalej posuni&#281;t&#261; ostro&#380;no&#347;&#263;. Radzimy jednak poczeka&#263;, a&#380; up&#322;ynie ten termin. Wiele podobnych pojemnik&#243;w ukryto w najr&#243;&#380;niejszych miejscach Nowego Jorku, Waszyngtonu, Chicago i Los Angeles. Odst&#261;pcie od zamiaru wysy&#322;ania delegacji do Azylu, nie pr&#243;bujcie tak&#380;e do nas strzela&#263;. Je&#347;li to zrobicie, uznamy, &#380;e mamy prawo zastosowa&#263; &#347;rodki odwetowe. Odwet przyjmie form&#281;, jakiej w&#322;a&#347;nie byli&#347;cie &#347;wiadkami. My, mieszka&#324;cy Azylu, pozostawiamy was z my&#347;l&#261;, kt&#243;r&#261; wypowiedzia&#322; kiedy&#347; jeden z waszych m&#281;&#380;&#243;w stanu, Thomas Paine: Walczymy nie po to, by narzuci&#263; niewol&#281;, lecz &#380;eby uwolni&#263; nasz kraj i &#380;eby znalaz&#322;o si&#281; w nim miejsce dla wszystkich uczciwych ludzi.

Caroline Renleigh zako&#324;czy&#322;a przekaz.

Ekrany natychmiast wype&#322;ni&#322;y si&#281; scenami z tego, co dzia&#322;o si&#281; wewn&#261;trz Azylu. Strumienie ludzi p&#322;yn&#281;&#322;y w stron&#281; centralnego parku, gdzie zwykle wyg&#322;aszano przemowy z okazji Dnia Pami&#281;ci. Trawy nie pokrywa&#322;y dzi&#347; &#380;adne siatki ochronne i Jennifer, &#347;ledz&#261;ca z uwag&#261; ka&#380;dy ruch, uzna&#322;a za dobry znak fakt, &#380;e nikt nie podepta&#322; &#380;adnych ro&#347;lin. Jej ludzie byli rozgniewani, ale nie destrukcyjni. Przenosi&#322;a wzrok z twarzy na twarz, klasyfikuj&#261;c widniej&#261;cy na nich gniew.

Nikomu w ca&#322;ym Azylu nie powiedziano wcze&#347;niej ani s&#322;owa o stacji Kagura  poza cz&#322;onkami Rady, kt&#243;rzy przeg&#322;osowali ten projekt, starannie dobranymi studentami, kt&#243;rzy rozmie&#347;cili pojemniki na Ziemi i r&#243;wnie starannie dobranymi cz&#322;onkami oddzia&#322;&#243;w bezpiecze&#324;stwa Willa Sandalerosa. Utrzymanie tajemnicy kosztowa&#322;o Jennifer wiele wysi&#322;ku. Cz&#322;onkowie Rady, bezgranicznie oddani swej spo&#322;eczno&#347;ci, chcieli przedyskutowa&#263; kwesti&#281; tej broni ze swoimi wyborcami. Jennifer przypomnia&#322;a im wtedy sw&#243;j w&#322;asny proces, kiedy to kto&#347; spo&#347;r&#243;d mieszka&#324;c&#243;w starego Azylu w okr&#281;gu Cattaraugus, kto&#347;, kogo do tej pory nie uda&#322;o si&#281; zidentyfikowa&#263;, wys&#322;a&#322; do Leishy Camden kopi&#281; &#346;lubowania Lojalno&#347;ci, zanim jeszcze Rada zdecydowa&#322;a si&#281; j&#261; og&#322;osi&#263;. To mo&#380;e si&#281; przecie&#380; powt&#243;rzy&#263;. A Richard Keller  tu Najla zapatrzy&#322;a si&#281; z determinacj&#261; w okno, a Ricky w czubki swych but&#243;w  przekaza&#322; informacje o ich dzia&#322;aniach Leishy Camden, sprowadzaj&#261;c na wszystkich du&#380;e zagro&#380;enie. To r&#243;wnie&#380; mo&#380;e si&#281; powt&#243;rzy&#263;. Koniec ko&#324;c&#243;w Rada zgodzi&#322;a si&#281; utrzyma&#263; rzecz w tajemnicy.

Azyl to nie machina wojenna!  krzykn&#261;&#322; kto&#347; na ekranie. To Douglas Wagner, jeden z za&#322;o&#380;ycieli Azylu, w m&#322;odo&#347;ci aktywista ruch&#243;w pacyfistycznych. Mia&#322; wyj&#261;tkowe zdolno&#347;ci organizacyjne, m&#243;g&#322; by&#263; pot&#281;&#380;nym przeciwnikiem.

Odizoluj&#281; go, a p&#243;&#378;niej porozmawiam z nim osobi&#347;cie  o&#347;wiadczy&#322; Will.

Zdejmij go po cichu  odrzek&#322;a Jennifer tak, by nie s&#322;ysza&#322; jej nikt pr&#243;cz Willa, staraj&#261;c si&#281; jednocze&#347;nie kontrolowa&#263; wszystkie ekrany.  Nie tw&#243;rz zbiegowiska.

Nale&#380;a&#322;o nam powiedzie&#263;!  krzykn&#281;&#322;a jaka&#347; kobieta.  Czym Azyl r&#243;&#380;ni si&#281; od spo&#322;ecze&#324;stw &#380;ebraczych, je&#347;li decyzje podejmuje si&#281; za naszymi plecami, bez naszej wiedzy i przyzwolenia! Nie jeste&#347;my poddanymi, nie jeste&#347;my te&#380; mordercami! Nie tak mia&#322; wygl&#261;da&#263; ten ca&#322;y plan uzyskiwania niepodleg&#322;o&#347;ci, o kt&#243;rym nam m&#243;wiono!

Wok&#243;&#322; kobiety zbiera&#322; si&#281; t&#322;umek.

Ja j&#261; znam  odezwa&#322;a si&#281; radna Barcheski.  Will, ka&#380; j&#261; tutaj przyprowadzi&#263;. Porozmawiam z ni&#261;.

W sektorze B spok&#243;j, Will  meldowa&#322; kto&#347; z ekranu linii s&#322;u&#380;b bezpiecze&#324;stwa.  Ludzie wyra&#378;nie zgadzaj&#261; si&#281; z tym, &#380;e demonstracja by&#322;a konieczna, cho&#263; niesmaczna.

To dobrze  odpowiedzia&#322; Will.

Id&#261;  rzuci&#322; radny Dey.

Do nieprzejrzystej tym razem kopu&#322;y Rady zbli&#380;a&#322;a si&#281; zdecydowanym krokiem grupa obywateli. Nadzoruj&#261;ca budynek kamera pokaza&#322;a, jak usi&#322;uj&#261; otworzy&#263; drzwi, po sekundzie pr&#243;buj&#261; jeszcze raz, wreszcie zdaj&#261; sobie spraw&#281;, &#380;e drzwi s&#261; zaryglowane. G&#322;os z komputera oznajmi&#322; g&#322;adko:

Rada ch&#281;tnie wys&#322;ucha wszystkich waszych opinii na temat kontrowersyjnej demonstracji si&#322; Azylu, lecz w tej chwili musimy skoncentrowa&#263; si&#281; raczej na reakcjach z Ziemi. Prosz&#281; wr&#243;ci&#263; nieco p&#243;&#378;niej.

Bezsenni spojrzeli po sobie: upokorzenie, rezygnacja, gniew i strach. Jennifer uwa&#380;nie studiowa&#322;a ich twarze.

Po dziesi&#281;ciu minutach g&#322;o&#347;nych protest&#243;w odeszli.

Zacz&#281;&#322;y si&#281; przekazy z Ziemi.

bezprecedensowa terrorystyczna gro&#378;ba z rejonu, kt&#243;ry od dawna uznawany by&#322; przez wielu nie tylko za nielojalny, ale i niebezpieczny

niebezpieczny wybuch paniki w czterech miastach, gdzie rzekomo rozmieszczono pojemniki ze &#347;mierciono&#347;nym wirusem, chocia&#380; w&#322;adze oficjalnie

b&#322;&#261;d wierz&#261;c, &#380;e tylko dlatego, i&#380; wysuni&#281;to pod naszym adresem gro&#378;b&#281;, istnieje rzeczywista mo&#380;liwo&#347;&#263; jej spe&#322;nienia. Nasz ameryka&#324;ski ekspert z dziedziny in&#380;ynierii genetycznej, doktor Stanley Kassenbaum, przyby&#322; do naszego studia, aby

Panie i panowie, oto prezydent Stan&#243;w Zjednoczonych!

Sieci informacyjne Wo&#322;&#243;w dzia&#322;a&#322;y b&#322;yskawicznie. Jennifer musia&#322;a im to przyzna&#263;. Zastanawia&#322;a si&#281;, czy inne sieci nadal b&#281;d&#261; ci&#261;gn&#261;&#263; swoje g&#322;upkowate &#380;arty z Oregonem.

Prezydent Meyerhoff rozpocz&#261;&#322; przemow&#281; swoim powolnym, g&#322;&#281;bokim, uspokajaj&#261;cym g&#322;osem:

Moi wsp&#243;&#322;rodacy, Amerykanie. Jak wi&#281;kszo&#347;ci z was wiadomo, Stany Zjednoczone otrzyma&#322;y w&#322;a&#347;nie terrorystyczn&#261; pogr&#243;&#380;k&#281; ze strony stacji orbitalnej Azyl. Twierdz&#261; oni, &#380;e s&#261; w stanie powa&#380;nie zagrozi&#263; czterem naszym g&#322;&#243;wnym miastom za pomoc&#261; nielegalnego genomodyfikowanego wirusa. Gro&#380;&#261;, &#380;e je&#347;li planowana na jutro wizyta delegacji federalnej dojdzie do skutku, uwolni&#261; wirus. Sytuacji tej nie wolno nam tolerowa&#263; z kilku przyczyn. D&#322;ugofalowa polityka Stan&#243;w Zjednoczonych zakazuje nam negocjacji z terrorystami, bez wzgl&#281;du na okoliczno&#347;ci. Z drugiej za&#347; strony absolutny priorytet ma bezpiecze&#324;stwo i dobro naszych obywateli. I nie podlega to &#380;adnej dyskusji. Mieszka&#324;com Nowego Jorku i Chicago, Waszyngtonu i Los Angeles mog&#281; powiedzie&#263; tylko tyle: bez paniki. Nie opuszczajcie swoich dom&#243;w. Stany Zjednoczone nie dopuszcz&#261; do tego, aby kto&#347; zagrozi&#322; waszemu bezpiecze&#324;stwu. Podczas gdy ja m&#243;wi&#281; do was, do&#347;wiadczone zespo&#322;y ekspert&#243;w od broni biologicznej zapewniaj&#261; bezpiecze&#324;stwo naszym miastom. Podczas gdy ja m&#243;wi&#281; do was, inni po&#347;wi&#281;caj&#261; ca&#322;&#261; swoj&#261; uwag&#281; sprawie tej niedopuszczalnej i tch&#243;rzliwej gro&#378;by. I powtarzam: najlepsze, co mo&#380;na zrobi&#263;, to pozosta&#263; w domach

Sieci informacyjne pokazywa&#322;y nieprzerwanie obrazy ludzi za wszelk&#261; cen&#281; pr&#243;buj&#261;cych opu&#347;ci&#263; Waszyngton, Chicago, Nowy Jork i Los Angeles. Powietrze pe&#322;ne by&#322;o helikopter&#243;w, pojazdy szynowe utkn&#281;&#322;y, samochody zatka&#322;y wszystkie trasy wylotowe.

Przekaz z Bia&#322;ego Domu wcale nie wyja&#347;ni&#322;, czy delegacja rz&#261;dowa spr&#243;buje jutro wyl&#261;dowa&#263; w Azylu.

Nie chc&#261; zamkn&#261;&#263; sobie &#380;adnej z mo&#380;liwo&#347;ci  skomentowa&#322; ponuro radny Dey.  To b&#322;&#261;d.

To przecie&#380; &#346;pi&#261;cy  odrzek&#322; z pogard&#261; radny Aleone, ale oddech mia&#322; wyra&#378;nie przy&#347;pieszony.

W godzin&#281; po pokazie na stacji Kagura Azyl otrzyma&#322; przekaz z Bia&#322;ego Domu, nakazuj&#261;cy natychmiastowe oddanie wszelkiej nielegalnej broni, w tym i rzekomej, przest&#281;pczo wyprodukowanej broni biologicznej. W odpowiedzi Azyl przesia&#322; cytat z Patricka Henriego, kt&#243;ry znany by&#322; nawet niekt&#243;rym Amatorom &#379;ycia: Dajcie nam wolno&#347;&#263; albo

W dwie godziny po pokazie Azyl pos&#322;a&#322; kolejny wielokana&#322;owy konwencjonalny przekaz na Ziemi&#281;, tym razem wy&#322;&#261;cznie audio. Obwieszczano w nim, &#380;e pojemniki z genomodyfikowanym wirusem zosta&#322;y rozmieszczone nie w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Los Angeles, a w Waszyngtonie, Dallas, Nowym Orleanie i St. Louis.

Strumienie ludzi pop&#322;yn&#281;&#322;y z St. Louis, w Nowym Orleanie wybuch&#322;y zamieszki. Jednocze&#347;nie wcale nie usta&#322;a ewakuacja z Chicago, Nowego Jorku i Los Angeles.

Jaka&#347; histeryczka w Atalancie donios&#322;a, &#380;e nagle zdech&#322;y wszystkie go&#322;&#281;bie na jej tarasie. Ludzie zacz&#281;li opuszcza&#263; Atalant&#281;, a z budynku obrony cywilnej wypad&#322;a dru&#380;yna m&#281;&#380;czyzn w kombinezonach ochronnych. Odkryli, &#380;e go&#322;&#281;bie zjad&#322;y trutk&#281; na szczury, ale w tym czasie sieci pe&#322;ne ju&#380; by&#322;y doniesie&#324; o martwym bydle w okolicach Fort Worth.

Jennifer przysun&#281;&#322;a si&#281; do ekranu.

Nie umiej&#261; planowa&#263;. Nie potrafi&#261; koordynowa&#263; dzia&#322;a&#324;. Nie potrafi&#261; nawet my&#347;le&#263;.

Protesty wewn&#261;trz Azylu osi&#261;gn&#281;&#322;y punkt krytyczny i stopniowo opad&#322;y. Wszyscy spontaniczni liderzy albo utkn&#281;li w dyskusjach z poszczeg&#243;lnymi radnymi, albo zostali odizolowani w budynku przygotowanym cichcem przez s&#322;u&#380;by bezpiecze&#324;stwa Sandalerosa, albo zaj&#281;li si&#281; zbieraniem podpis&#243;w na petycjach, kt&#243;re w Azylu by&#322;y zwyczajow&#261; form&#261; okazywania protestu. I jak dot&#261;d  wystarczaj&#261;c&#261;.

&#379;ebracy zupe&#322;nie nie potrafi&#261; planowa&#263;  powt&#243;rzy&#322;a Jennifer.  Nawet wtedy, kiedy w gr&#281; wchodzi ich najlepiej pojmowany interes.

Will Sandaleros obdarzy&#322; j&#261; u&#347;miechem.



* * *


Leisho  zagadn&#281;&#322;a nie&#347;mia&#322;o Stella  czy nie s&#261;dzisz, &#380;e powinni&#347;my co&#347; przedsi&#281;wzi&#261;&#263; w w kwestii bezpiecze&#324;stwa?

Leisha nie odpowiedzia&#322;a. Siedzia&#322;a przed trzema ekranami, z kt&#243;rych ka&#380;dy w&#322;&#261;czony by&#322; na inny kana&#322;. Siedzia&#322;a spokojnie, bez wewn&#281;trznego napi&#281;cia, lecz w tak g&#322;&#281;bokim bezruchu, &#380;e nawet nie&#347;mia&#322;o&#347;&#263; Stelli (nie&#347;mia&#322;a Stella!) nie mog&#322;a si&#281; przeze&#324; przebi&#263;.

Powinienem by&#322; o tym pomy&#347;le&#263;!  w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; Jordan.  Nie przypuszcza&#322;em Chcia&#322;em powiedzie&#263;, &#380;e od tak dawna nie by&#322;o nienawi&#347;ci wobec Bezsennych Stello, kogo tu mamy w tym tygodniu? Mo&#380;e powinni&#347;my ustali&#263; rotacyjn&#261; stra&#380;, to znaczy na wypadek, gdyby okaza&#322;a si&#281; potrzebna

Wok&#243;&#322; posiad&#322;o&#347;ci rozci&#261;ga si&#281; pole Y sz&#243;stej klasy, patrolowane dodatkowo przez trzech uzbrojonych stra&#380;nik&#243;w  odezwa&#322; si&#281; Dan. A poniewa&#380; Stella i Jordan wytrzeszczyli na niego oczy, doda&#322;:  Od dzisiejszego ranka. Przepraszam, &#380;e nic wam nie powiedzia&#322;em. Mia&#322;em nadziej&#281;, &#380;e si&#281; myl&#281; i &#380;e Azyl si&#281; nie odwa&#380;y.

A sk&#261;d w og&#243;le mog&#322;e&#347; wiedzie&#263;, na co ma si&#281; odwa&#380;a&#263;?  warkn&#281;&#322;a Stella, kt&#243;rej wr&#243;ci&#322;a zwyk&#322;a obcesowo&#347;&#263;.

Nie ja, Kevin Baker. To on si&#281; domy&#347;li&#322;.

On rzeczywi&#347;cie m&#243;g&#322; si&#281; domy&#347;li&#263;  fukn&#281;&#322;a Stella.

Dzi&#281;kuj&#281; ci, Dan  powiedzia&#322; Jordan, a Stella wykaza&#322;a na tyle przyzwoito&#347;ci, &#380;eby si&#281; lekko zawstydzi&#263;. Leisha za&#347; nie odezwa&#322;a si&#281; ani s&#322;owem.



* * *


Nie mamy wyboru  o&#347;wiadczy&#322;a Miri.

O&#347;mioro Superbystrych t&#322;oczy&#322;o si&#281; w pracowni Raoula  wszyscy, kt&#243;rzy pop&#281;dzili w to samo miejsce, kiedy trzasn&#281;&#322;a w nich jak meteor zapowied&#378; demonstracji na Kagurze. Kilkoro innych pogna&#322;o do pracowni Miri, przemykaj&#261;c pomi&#281;dzy protestuj&#261;cymi a stra&#380;nikami w mundurach (Od kiedy to stra&#380;nicy w Azylu nosz&#261; mundury?!). Inni pobiegli do Nikosa. Przez wszystkie kana&#322;y audio p&#322;yn&#261;&#322; oficjalny rozkaz Prosz&#281; pozosta&#263; w budynkach! (Od kiedy to na Azylu stosuje si&#281; oficjalne rozkazy?!) Dzieci uruchomi&#322;y po&#322;&#261;czenie mi&#281;dzy tymi trzema budynkami.

Wszystkie normalne linie w Azylu milcza&#322;y jak zakl&#281;te.

Miri rzuci&#322;a okiem na Terryego Mwakambe, na sekund&#281; zanim wybuchn&#261;&#322; stekiem przekle&#324;stw, jakich Miri nie s&#322;ysza&#322;a nigdy przedtem. Jaka&#347; nieporuszona cz&#261;stka jej umys&#322;u, kt&#243;ra nie wirowa&#322;a akurat w pl&#261;taninie chaotycznych sznur&#243;w, podpowiedzia&#322;a, &#380;e kombinacje przekle&#324;stw musz&#261; mie&#263; dla Terryego jaki&#347; zwi&#261;zek z progresj&#261; arytmetyczn&#261;, skoro przychodz&#261; mu tak &#322;atwo i naturalnie.

Natychmiast uruchomi&#322; tajn&#261; sie&#263; komunikacyjn&#261;, kt&#243;r&#261; Superbystrzy przez dwa miesi&#261;ce wprogramowywali pracowicie w ka&#380;d&#261; funkcj&#281; Azylu, komputerowy gabinet cieni systemu zarz&#261;dzania stacj&#261;, tak znakomicie utajniony, &#380;e nie m&#243;g&#322; by&#263; wykryty przez ten w&#322;a&#347;ciwy.

Nikos, jeste&#347; tam? Kto jest z tob&#261;? Na linii pojawi&#322;a si&#281; twarz Nikosa.

Diane, Christy, James i Toshio.

Gdzie Jonathan?

Ze mn&#261;  wszed&#322; na lini&#281; g&#322;os Marka.  Miri, to si&#281; naprawd&#281; sta&#322;o. Oni to zrobili.

A co my teraz zrobimy?  zapyta&#322;a Christy. Ramieniem mocno obejmowa&#322;a p&#322;acz&#261;c&#261; Ludie, jedenastolatk&#281;.

Nic nie mo&#380;emy zrobi&#263;  odpar&#322; Nikos.  To nie nasza ugoda. Nie chc&#261; skrzywdzi&#263; &#380;adnego Superbystrego, pr&#243;buj&#261; tylko dla dobra nas wszystkich zdoby&#263; wolno&#347;&#263; dla Azylu.

A tymczasem zabij&#261; nas wszystkich!  krzykn&#261;&#322; Raoul.  Albo zabij&#261; setki tysi&#281;cy ludzi w naszym imieniu. Tak czy inaczej, jaka&#347; krzywda spotka nas z pewno&#347;ci&#261;!

To sprawa obrony granic Azylu  sprzecza&#322; si&#281; Nikos.  Nie chodzi o &#380;adnego z &#379;ebrak&#243;w.

To zdrada  o&#347;wiadczy&#322; zimno Allen.  I dotyczy nie tylko nas. Stra&#380;nicy w mundurach, zakaz opuszczania budynk&#243;w, wy&#322;&#261;czenie po&#322;&#261;cze&#324; komunikacyjnych Przecie&#380; tam na zewn&#261;trz aresztuje si&#281; ludzi! Sam widzia&#322;em, jak stra&#380;nik wl&#243;k&#322; Douglasa Wagnera do jakiego&#347; budynku. Za zbrodni&#281; odmiennych pogl&#261;d&#243;w! A czym si&#281; to r&#243;&#380;ni od zabicia Tonyego za to, &#380;e sta&#322; si&#281; inny? Rada zdradzi&#322;a wszystkich obywateli Azylu, nie wy&#322;&#261;czaj&#261;c nas. Ale inni nie mog&#261; nic na to poradzi&#263;, a my mo&#380;emy!

To s&#261; nasi rodzice  szepn&#281;&#322;a Diane, a Miri us&#322;ysza&#322;a w jej g&#322;osie wszystkie sznury jej my&#347;li.

Miri w&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; do rozmowy tak zdecydowanie, jak tylko mog&#322;a:

Najpierw musimy uzyska&#263; po&#322;&#261;czenie ze wszystkimi &#379;ebrakami, gdziekolwiek teraz s&#261;. Nie widz&#281; nigdzie Petera  czy kto&#347; wie, gdzie on jest? Terry, znajd&#378; go i po&#322;&#261;cz si&#281;, chyba &#380;e s&#261; z nim Normalni. Przedyskutujemy t&#281; sytuacj&#281;. Dog&#322;&#281;bnie. Wszyscy si&#281; wypowiedz&#261;. A potem podejmiemy zbiorow&#261; decyzj&#281;.

Dla naszego dobra  doda&#322;a w duchu. Ale nie powiedzia&#322;a tego g&#322;o&#347;no.



* * *


Trzy godziny po pokazie na stacji Kagura Azyl przes&#322;a&#322; do Stan&#243;w Zjednoczonych wiadomo&#347;&#263;, &#380;e te same urz&#261;dzenia do zdalnego sterowania, kt&#243;re mog&#261; odbezpieczy&#263; pojemniki i uwolni&#263; wirusa w g&#322;&#243;wnych miastach Ameryki, mog&#261; tak&#380;e zniszczy&#263; go ca&#322;kowicie jeszcze przed uwolnieniem. Azyl uczyni to ch&#281;tnie pod warunkiem, &#380;e Kongres uzna niezale&#380;no&#347;&#263; Azylu, a jego mieszka&#324;com przyzna status r&#243;wnych innym niepodleg&#322;ym narodom.

Owe inne narody za&#347; zaj&#281;&#322;y do&#347;&#263; zr&#243;&#380;nicowane stanowiska. Te najbardziej zwi&#261;zane ze Stanami Zjednoczonymi wyda&#322;y oficjalne komunikaty, w kt&#243;rych pot&#281;pi&#322;y buntownik&#243;w za ich terrorystyczne akty, lecz odm&#243;wi&#322;y na&#322;o&#380;enia embarga handlowego. Bia&#322;y Dom nie naciska&#322; w tej kwestii. Zagraniczni komentatorzy podkre&#347;lali, z r&#243;&#380;nym stopniem otwarto&#347;ci, &#380;e naciski ze strony Bia&#322;ego Domu mog&#322;yby doprowadzi&#263; do ujawnienia faktu, i&#380; wi&#281;kszo&#347;&#263; sojusznik&#243;w Stan&#243;w Zjednoczonych jest zale&#380;na od mi&#281;dzynarodowej finansjery i bada&#324; genetycznych kontrolowanych z Azylu.

Te z kraj&#243;w, kt&#243;re nie by&#322;y akurat sojusznikami USA, wyda&#322;y o&#347;wiadczenia, w kt&#243;rych pot&#281;pia&#322;y obie strony uznaj&#261;c je za moralnych barbarzy&#324;c&#243;w bez szacunku nawet dla w&#322;asnych praw i obywateli  stara &#347;piewka, kt&#243;ra ju&#380; dawno przesta&#322;a budzi&#263; czyjekolwiek zainteresowanie. Tylko W&#322;ochy, po raz kolejny socjalistyczny, zdobyli si&#281; na oryginalne stanowisko. O&#347;wiadczy&#322;a mianowicie, &#380;e Bezsenni s&#261; nowymi przyw&#243;dcami w walce o wyzwolenie klasy robotniczej, uciskanej przez rz&#261;dy ameryka&#324;skich medi&#243;w, i &#380;e Azyl powiedzie &#347;wiat w now&#261; er&#281; odpowiedzialnego u&#380;ytkowania sieci informacyjnych dla dobra mas pracuj&#261;cych.

W kierunku Kagury wylecia&#322; wahad&#322;owiec wioz&#261;cy mi&#281;dzynarodow&#261; grup&#281; badaczy. Natychmiast demonstranci w Stanach pocz&#281;li wrzeszcze&#263;, &#380;e nie wolno pozwoli&#263; im wr&#243;ci&#263; na Ziemi&#281;.

Jaki&#347; Bezsenny &#380;yj&#261;cy samotnie w Nowym Jorku, niegro&#378;ny, niedu&#380;y m&#281;&#380;czyzna, kt&#243;ry przez pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat unika&#322; kontaktu z innymi Bezsennymi, zosta&#322; wywleczony ze swego mieszkania i zat&#322;uczony na &#347;mier&#263;.



* * *


Azyl wys&#322;a&#322; Stanom Zjednoczonym kolejny komunikat:

&#379;aden cz&#322;owiek nie jest na tyle lepszy od drugiego, by m&#243;c nim rz&#261;dzi&#263; bez jego zgody. A. Lincoln.

To by&#322;o do ciebie  rzuci&#322;a ze z&#322;o&#347;ci&#261; Stella.  Cytat z Lincolna; to nie ta wojna. Oni podszywaj&#261; si&#281; pod wojn&#281; o niepodleg&#322;o&#347;&#263;, nie pod secesyjn&#261;. Jennifer wsadzi&#322;a tu tego Lincolna tylko dlatego, &#380;e ty jeste&#347; linkolnologiem!

Leisha milcza&#322;a.



* * *


Gdyby&#347;my przej&#281;li stacj&#281; bez ostrze&#380;enia, by&#322;oby to tak samo, jak gdyby Azyl bez ostrze&#380;enia wypu&#347;ci&#322; na Ziemi wirus  powiedzia&#322; Nikos. Wys&#322;a&#322; sw&#243;j sznurowy program do wszystkich trzech budynk&#243;w, w kt&#243;rych zgromadzili si&#281; pozostali Bezsenni. Konstrukcja ta by&#322;a do&#347;&#263; zaskakuj&#261;ca jak na Nikosa, kt&#243;ry my&#347;la&#322; zwykle &#347;mia&#322;ymi sznurami z wyra&#378;nie zaznaczonymi powi&#261;zaniami. Te za&#347; sznury odznacza&#322;y si&#281; delikatn&#261; r&#243;wnowag&#261;: r&#243;wnowa&#380;y&#322;y starannie etyk&#281;, histori&#281; i solidarno&#347;&#263; wobec spo&#322;eczno&#347;ci  warto&#347;ci przeciwstawne, a tak r&#243;wnorz&#281;dne, &#380;e ca&#322;a konstrukcja nabra&#322;a dziwnej krucho&#347;ci od panuj&#261;cych w niej wewn&#281;trznych napi&#281;&#263;. Wygl&#261;da&#322;a niemal tak, jakby by&#322;a tworem Allena, nie Nikosa. Miri przestudiowa&#322;a j&#261; uwa&#380;nie. Spodoba&#322;a jej si&#281; pe&#322;na napi&#281;cia subtelno&#347;&#263;.

Oznacza&#322;o to, &#380;e Nikos nie b&#281;dzie si&#281; jej a&#380; tak mocno przeciwstawia&#322;.

A gdyby&#347;my tak dali im ostrze&#380;enie?  odezwa&#322;a si&#281; Christy.

Pomys&#322; ten wyp&#322;yn&#261;&#322; jak&#261;&#347; godzin&#281; temu, ale konstrukcja Christy zawiera&#322;a w sobie zupe&#322;nie nowe elementy, zaczerpni&#281;te z uzasadnie&#324; militarnych: uderzenie wst&#281;pne kontra jasno okre&#347;lone alternatywy. Brzemi&#281; winy przed s&#261;dem wojennym zr&#243;wnowa&#380;one przez opcje poszukiwania rozwi&#261;za&#324; pokojowych. Znaczenie wysi&#322;k&#243;w moralnych wobec og&#243;lnie rozpowszechnionej permisywno&#347;ci. Pearl Harbour. Ojczyzna dla Izraelit&#243;w. Hiroszima. Genera&#322; William Tecumseh Sherman. Kryzys paragwajski. Sznury my&#347;li Superbystrych rzadko zawiera&#322;y w sobie elementy historii wojen. Miri by&#322;a zaskoczona, &#380;e pami&#281;&#263; Christy posegregowa&#322;a je na tyle dobrze, &#380;e mog&#322;a budowa&#263; na nich konstrukcje my&#347;lowe.

Taaaaa  wycedzi&#322; Nikos.  Taaaa

Ludie, ledwie jedenastoletnia, wykrzykn&#281;&#322;a:

Nie mog&#322;abym grozi&#263; mojej mamie! Nawet niebezpo&#347;rednio!

Ja tam bym mog&#322;a, pomy&#347;la&#322;a Miri, przygl&#261;daj&#261;c si&#281; kolejno Nikosowi, Christy, Allenowi i nieprzewidywalnemu Terryemu.

Taaaa  powt&#243;rzy&#322; Nikos.  A gdyby tak

Sznury prawdopodobie&#324;stw snu&#322;y si&#281;, wi&#322;y i splata&#322;y.



* * *


Will, kolejna grupa obywateli &#380;&#261;da wpuszczenia do kopu&#322;y Rady  poinformowa&#322;a radna Renleigh. Sandaleros obr&#243;ci&#322; si&#281; gwa&#322;townie.

Jak uda&#322;o im si&#281; dosta&#263; a&#380; tutaj pomimo zakazu opuszczania budynk&#243;w?

Jak?  powt&#243;rzy&#322;a radna Barcheski z pewnym niesmakiem; w&#347;r&#243;d radnych zacz&#281;&#322;y pojawia&#263; si&#281; tarcia.  Na piechot&#281;. Jak my&#347;lisz, ilu mamy na zewn&#261;trz ludzi, &#380;eby wyegzekwowa&#263; pos&#322;usze&#324;stwo? I jak my&#347;lisz, jak bardzo nasi obywatele boj&#261; si&#281; tych kilku, kt&#243;rych mamy?

Nikt nie chce, &#380;eby nasi ludzie czegokolwiek si&#281; obawiali  odpowiedzia&#322;a spokojnie Jennifer.

No i si&#281; nie obawiaj&#261;  odrzek&#322;a Barbara Barcheski.  &#379;&#261;daj&#261;, &#380;eby ich wpuszczono i chc&#261; z tob&#261; rozmawia&#263;.

Nie  odpar&#322; Sandaleros.  Kiedy b&#281;dzie po wszystkim, kiedy uniezale&#380;nimy si&#281; od Ziemi, wtedy b&#281;dziemy rozmawia&#263;.

Kiedy ju&#380; nikogo nie b&#281;dzie obchodzi&#322;o, w jaki spos&#243;b to uzyskali&#347;cie  odezwa&#322; si&#281; Ricky Sharifi, po raz pierwszy od trzech godzin.

Maj&#261; ze sob&#261; Hanka Kimballa. Pracowali&#347;my razem przy systemach. Pole zabezpieczaj&#261;ce wok&#243;&#322; kopu&#322;y Rady mo&#380;e nie wytrzyma&#263;  zdenerwowa&#322;a si&#281; Caroline Renleigh.

Cassie Blumenthal podnios&#322;a g&#322;ow&#281; znad terminalu.

Wytrzyma.

Po chwili protestuj&#261;cy rozeszli si&#281;.

Jennifer  odezwa&#322; si&#281; John Wong  kana&#322; czwarty agituje ostro za wys&#322;aniem jednego operacyjnego uderzenia nuklearnego, kt&#243;re zmiot&#322;oby Azyl i nasze rzekome detonatory jednym, czystym poci&#261;gni&#281;ciem.

Nie zrobi&#261; tego. Stany Zjednoczone? Niemo&#380;liwe  odpar&#322;a Jennifer.

Zak&#322;adasz, &#380;e poczucie przyzwoito&#347;ci &#380;ebrak&#243;w wygra dla ciebie t&#281; wojn&#281;  ponownie odezwa&#322; si&#281; Ricky.

S&#261;dz&#281;, Ricky  rzuci&#322;a Jennifer opanowanym tonem  &#380;e gdyby&#347; pami&#281;ta&#322; wydarzenia, kt&#243;re pami&#281;tam ja i Will, nie opowiada&#322;by&#347; mi tu o poczuciu przyzwoito&#347;ci u &#380;ebrak&#243;w. S&#261;dz&#281; tak&#380;e, &#380;e swoje opinie m&#243;g&#322;by&#347; na przysz&#322;o&#347;&#263; zachowa&#263; dla siebie.



* * *


Richard Keller wszed&#322; do pokoju z holowizj&#261; tak cicho, &#380;e reszta z pocz&#261;tku nie zdawa&#322;a sobie sprawy z jego obecno&#347;ci. Stan&#261;&#322; za Stell&#261; i Jordanem, daleko z ty&#322;u, przy samej &#347;cianie. Nad g&#281;st&#261; brod&#261; po&#322;yskiwa&#322;y ocienione brwiami oczy. Pierwszy zauwa&#380;y&#322; go Dan. Nigdy za nim nie przepada&#322;, wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e Richard jako&#347; si&#281; podda&#322;, wycofa&#322;, cho&#263; nie potrafi&#322;by powiedzie&#263;, od czego by&#322;a to ucieczka. W ko&#324;cu przecie&#380; o&#380;eni&#322; si&#281; ponownie, mia&#322; jeszcze jedno dziecko, podr&#243;&#380;owa&#322; po ca&#322;ym &#347;wiecie, uczy&#322; si&#281; i pracowa&#322;. Z drugiej strony Leisha, kt&#243;ra nie mia&#322;a nawet tego. A mimo to Danowi wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e podda&#322; si&#281; Richard, a nie otoczona pustyni&#261; Leisha.

To bez sensu. Jeszcze przez chwil&#281; mocowa&#322; si&#281; z abstrakcjami, a potem, jak zwykle, da&#322; sobie spok&#243;j z ubieraniem odczu&#263; w s&#322;owa. Pozwoli&#322; natomiast, by przez jego my&#347;li zacz&#281;&#322;y prze&#347;lizgiwa&#263; si&#281; ch&#322;odne kszta&#322;ty, kt&#243;re by&#322;y i nie by&#322;y Leish&#261; i Richardem.

Richard garbi&#322; si&#281; przy &#347;cianie, ws&#322;uchany w ostre g&#322;osy prezenter&#243;w, wrzaskliwie domagaj&#261;cych si&#281; &#347;mierci jego w&#322;asnych dzieci, kt&#243;rych nie widzia&#322; ju&#380; od czterdziestu lat.

Je&#347;li rz&#261;d wysadzi Azyl, Richard nadal b&#281;dzie mia&#322; Ad&#281; i Seana, pomy&#347;la&#322; nieoczekiwanie Dan. A gdyby Sean zgin&#261;&#322;, powiedzmy, w wypadku, to czy Richard b&#281;dzie mia&#322; kolejne dziecko z Ad&#261; albo z kim&#347; innym? Tak. A kiedy i to dziecko umrze, Richard zast&#261;pi je kolejnym. Tak w&#322;a&#347;nie zrobi.

Dan zaczyna&#322; rozumie&#263;, z czego w&#322;a&#347;ciwie Richard, w przeciwie&#324;stwie do Leishy, zrezygnowa&#322;.



* * *


M&#243;wi prezydent Stan&#243;w Zjednoczonych. Zwracam si&#281; do Korporacji Azylu.

Ekran wype&#322;ni&#322;a twarz Meyerhoffa, znacznie wi&#281;ksza ni&#380; w rzeczywisto&#347;ci.

To typowe dla &#346;pi&#261;cych  pomy&#347;la&#322;a Jennifer.  Powi&#281;kszaj&#261; obrazy &#322;udz&#261;c si&#281;, &#380;e tym samym powi&#281;kszaj&#261; rzeczywisto&#347;&#263;.

Wszyscy, kt&#243;rzy znajdowali si&#281; w kopule Rady i nie byli zaj&#281;ci &#347;ledzeniem sytuacji wewn&#281;trznej, zebrali si&#281; b&#322;yskawicznie wok&#243;&#322; tego ekranu. Najla zagryz&#322;a doln&#261; warg&#281; i post&#261;pi&#322;a krok bli&#380;ej matki. Paul Aleone zacisn&#261;&#322; z&#322;o&#380;one d&#322;onie.

By&#322;o to po&#322;&#261;czenie dwustronne.

M&#243;wi Jennifer Sharifi, prezes zarz&#261;du Korporacji Azylu i przewodnicz&#261;ca Rady stacji orbitalnej Azyl. S&#322;yszymy pana, panie prezydencie. Prosz&#281; m&#243;wi&#263; dalej.

Pani Sharifi, wasze dzia&#322;ania stanowi&#261; naruszenie kodeksu karnego Stan&#243;w Zjednoczonych. Z pewno&#347;ci&#261; jest pani tego &#347;wiadoma.

Ju&#380; nie jeste&#347;my obywatelami Stan&#243;w Zjednoczonych, panie prezydencie.

Stanowi&#261; tak&#380;e naruszenie ugody podpisanej przez kraje nale&#380;&#261;ce do ONZ oraz Konwencji Genewskiej.

Jennifer nie odpowiedzia&#322;a, czekaj&#261;c, a&#380; prezydent zda sobie spraw&#281;, &#380;e oto nada&#322; Azylowi status niepodleg&#322;ego pa&#324;stwa. Uda&#322;o jej si&#281; wychwyci&#263; ten moment, cho&#263; Meyerhoff by&#322; na tyle dobry, &#380;e opanowa&#322; si&#281; b&#322;yskawicznie.

Prosz&#281; przedstawi&#263; Kongresowi rezolucj&#281; m&#243;wi&#261;c&#261; o tym, &#380;e Azyl jest jednostk&#261; niezale&#380;n&#261; od Stan&#243;w Zjednoczonych, a oboje nie b&#281;dziemy musieli d&#322;u&#380;ej roztrz&#261;sa&#263; zaistnia&#322;ej sytuacji.

Stany Zjednoczone tego nie zrobi&#261;, pani Sharifi. Ani te&#380; nie b&#281;d&#261; si&#281; wdawa&#263; w negocjacje z terrorystami. B&#281;dziemy natomiast &#347;ciga&#263; s&#261;downie ca&#322;&#261; Rad&#281; Azylu, ka&#380;dego z jej cz&#322;onk&#243;w, w najpe&#322;niejszym wymiarze, za zdrad&#281;.

Nie jest &#380;adn&#261; zdrad&#261;, kiedy kto&#347; chce uwolni&#263; si&#281; spod tyranii. Panie prezydencie, je&#347;li nie ma mi pan nic nowego do powiedzenia, nie widz&#281; powodu, aby&#347;my mieli ci&#261;gn&#261;&#263; dalej t&#281; rozmow&#281;.

G&#322;os prezydenta przybra&#322; ostrzejsze tony.

Mam pani do powiedzenia nast&#281;puj&#261;c&#261; rzecz, pani Sharifi: jutro rano Stany Zjednoczone zaatakuj&#261; Azyl wszelkimi dost&#281;pnymi &#347;rodkami, je&#347;li do p&#243;&#322;nocy dzisiejszego dnia nie ujawni pani sekretarzowi stanu lokalizacji wszystkich rzekomych pojemnik&#243;w z broni&#261; biologiczn&#261;, umieszczonych przez Azyl na terenie Stan&#243;w Zjednoczonych.

Nie zrobi pan tego, panie prezydencie. A wasze konwencjonalne &#347;rodki detekcji nie zdo&#322;aj&#261; ich zlokalizowa&#263;. Pojemniki zosta&#322;y wykonane z takich materia&#322;&#243;w i takimi &#347;rodkami, kt&#243;re w USA s&#261; jeszcze nie znane. Prawd&#261; jest natomiast, panie prezydencie

W tej chwili w kopule Rady zad&#378;wi&#281;cza&#322;y dzwonki alarm&#243;w. Cassie podnios&#322;a na ni&#261; pe&#322;en niedowierzania wzrok. Kto&#347; z&#322;ama&#322; kod pola Y. Will Sandaleros rzuci&#322; si&#281; rozja&#347;nia&#263; okna, lecz zanim zdo&#322;a&#322; to uczyni&#263;, drzwi do kopu&#322;y Rady otwar&#322;y si&#281; i do &#347;rodka wkroczy&#322;a Miranda Sharifi na czele d&#322;ugiego szeregu Superdzieci.

&#380;e w tej chwili nie mamy sobie nic wi&#281;cej do powiedzenia  zako&#324;czy&#322;a szybko Jennifer. Widzia&#322;a, jak wyraz twarzy prezydenta zmienia si&#281; nieznacznie na g&#322;os dzwonk&#243;w alarmowych, kt&#243;re s&#322;ysza&#322; przecie&#380; doskonale. Cassie Blumenthal szybko powy&#322;&#261;cza&#322;a wszystkie przekazy z i na Ziemi&#281;.

Superbystrzy nadal wlewali si&#281; strumieniem do sali obrad. By&#322;o ich dwadzie&#347;cioro siedmioro.

Co wy tu robicie? Id&#378;cie do domu!  rzuci&#322; szorstko Will Sandaleros.

Nie  sprzeciwi&#322;a si&#281; Miri.

Kilkoro doros&#322;ych wymieni&#322;o spojrzenia  jeszcze nie przywykli do tego, &#380;e dzieci ju&#380; si&#281; nie j&#261;kaj&#261; i nie podryguj&#261;. Wydawa&#322;y si&#281; przez to nie mniej, a bardziej obce.

Miranda, do domu!  zagrzmia&#322;a Hermione.

Miri nie zaszczyci&#322;a jej ani jednym spojrzeniem. Jennifer przemie&#347;ci&#322;a si&#281; zwinnie, &#380;eby wzi&#261;&#263; na swoje barki ca&#322;&#261; t&#281; sytuacj&#281;, kt&#243;ra przecie&#380; nie mo&#380;e wymkn&#261;&#263; si&#281; spod kontroli. Po prostu nie mo&#380;e.

Mirando, co ty tutaj robisz? Wiesz z pewno&#347;ci&#261;, &#380;e to zar&#243;wno niew&#322;a&#347;ciwe, jak i niebezpieczne zachowanie.

To przez ciebie zrobi&#322;o si&#281; niebezpiecznie  odpar&#322;a Miri, a Jennifer przerazi&#322;a si&#281; w duchu, patrz&#261;c w oczy tego dziecka. Nie pozwoli&#322;a jednak, &#380;eby co&#347; z tego przera&#380;enia przedosta&#322;o si&#281; na zewn&#261;trz.

Mirando, albo natychmiast wyjdziecie st&#261;d sami, albo zostaniecie wyprowadzeni przez stra&#380;e. To jest sztab wojenny, a nie klasa szkolna. Cokolwiek masz do powiedzenia Radzie Azylu, mo&#380;esz z tym poczeka&#263;, a&#380; minie kryzys.

Nie mog&#281;  odpar&#322;a Miri  bo to dotyczy w&#322;a&#347;nie kryzysu. Zagrozi&#322;a&#347; Stanom Zjednoczonym bez zgody innych mieszka&#324;c&#243;w Azylu. Przekona&#322;a&#347; do tego reszt&#281; Rady, zastraszy&#322;a&#347; ich lub przekupi&#322;a&#347;

Usun&#261;&#263; st&#261;d te dzieci  rzuci&#322;a Jennifer do Willa.

Do i tak ju&#380; zat&#322;oczonej sali zacz&#281;li zbiega&#263; si&#281; stra&#380;nicy w swych obco wygl&#261;daj&#261;cych mundurach. Jaka&#347; kobieta z&#322;apa&#322;a Miri za ramiona.

Nie r&#243;bcie tego  powiedzia&#322; bardzo g&#322;o&#347;no Nikos.  Opanowali&#347;my wszystkie systemy Azylu: podtrzymywanie &#380;ycia, obron&#281;, komunikacj&#281;  wszystko. Ukryli&#347;my w nich programy, kt&#243;rych w &#380;aden spos&#243;b nie jeste&#347;cie w stanie zrozumie&#263;.

Tak w&#322;a&#347;nie jak &#346;pi&#261;cy nie s&#261; w stanie zrozumie&#263; waszych wirus&#243;w  dorzuci&#322;a Miri.

Kobieta, kt&#243;ra trzyma&#322;a Miri za ramiona, rozejrza&#322;a si&#281; oszo&#322;omiona. Doktor Toliveri wykrzykn&#261;&#322;:

Ale&#380; to niemo&#380;liwe!

Nie dla nas  odpar&#322; Nikos.

Jennifer bada&#322;a jedn&#261; dzieci&#281;c&#261; twarz za drug&#261;, a jej umys&#322; pracowa&#322; na najwy&#380;szych obrotach.

Gdzie jest Terry Mwakambe?

Tu go nie ma  odrzek&#322; Nikos. Potem zwr&#243;ci&#322; si&#281; do przypi&#281;tego do bluzy mikrofonu.  Terry, przejmij kontrol&#281; nad terminalem Cassie Blumenthal. Po&#322;&#261;cz j&#261; z systemem obrony zewn&#281;trznej Charlesa Stauffera.

Od terminalu Cassie Blumenthal dobieg&#322; jej kr&#243;tki, zduszony okrzyk. Zacz&#281;&#322;a wydawa&#263; polecenia swojej konsolecie, potem przesz&#322;a na sterowanie r&#281;czne i b&#322;yskawicznie zastuka&#322;a w klawisze. Jej oczy rozszerzy&#322;y si&#281; ze zdumienia. Charles Stauffer skoczy&#322; do jej konsolety. Zacz&#261;&#322; wpisywa&#263; co&#347;, co wed&#322;ug oniemia&#322;ej Jennifer musia&#322;o by&#263; kodami nadrz&#281;dnymi. Si&#322;&#261; woli zachowa&#322;a spokojny ton g&#322;osu.

Radny Stauffer?

Stracili&#347;my kontrol&#281;. Ale komory pocisk&#243;w otwieraj&#261; si&#281; a teraz zamykaj&#261;.

Powiedzcie Stanom Zjednoczonym, &#380;e zniszczycie pojemniki z wirusem w zamian za nietykalno&#347;&#263; dla wszystkich mieszka&#324;c&#243;w Azylu z wyj&#261;tkiem cz&#322;onk&#243;w Rady  nakaza&#322;a Miri.  Powiedzcie im, &#380;e zniszczycie wszystkie te organizmy, podacie ich lokalizacj&#281;, a tak&#380;e wpu&#347;cicie do Azylu inspekcj&#281; federaln&#261;. Je&#347;li wy tego nie uczynicie, zrobimy to my.

Robert Dey gwa&#322;townie zaczerpn&#261;&#322; powietrza.

Nie mo&#380;ecie.

Ale&#380; mo&#380;emy. Prosz&#281;, lepiej w to uwierzcie  odpowiedzia&#322; mu Allen tonem bezgranicznego przekonania.

Jeste&#347;cie tylko dzie&#263;mi!  krzykn&#261;&#322; kto&#347; tak ochryp&#322;ym g&#322;osem, &#380;e Jennifer dopiero po chwili zorientowa&#322;a si&#281;, kto to. Hermione.

Jeste&#347;my tym, czym nas uczynili&#347;cie  powiedzia&#322;a Miri.

Jennifer wpatrzy&#322;a si&#281; we w&#322;asn&#261; wnuczk&#281;. To to dziecko, ta dziewczyna, kt&#243;rej nigdy nie opluwano dlatego, &#380;e jest Bezsenn&#261; Kt&#243;ra nigdy nie by&#322;a zamykana na klucz przez matk&#281;, oszala&#322;&#261; z zawi&#347;ci o to, &#380;e pi&#281;kno&#347;&#263; jej c&#243;rki nigdy nie przeminie, podczas gdy jej uroda przemija nieub&#322;aganie Kt&#243;rej nigdy nie zamkni&#281;to w celi z dala od w&#322;asnych dzieci Kt&#243;rej nigdy nie zdradzi&#322; m&#261;&#380;, nienawidz&#261;cy w&#322;asnej bezsenno&#347;ci To rozpieszczone i zepsute dziecko, kt&#243;re dostawa&#322;o wszystko, czego zapragn&#281;&#322;o, chce teraz popsu&#263; szyki jej, Jennifer Sharifi, kt&#243;ra si&#322;&#261; w&#322;asnej woli powo&#322;a&#322;a ten oto Azyl do istnienia. I to dziecko chce zniszczy&#263; wszystko, nad czym Jennifer pracowa&#322;a, przez co cierpia&#322;a i co planowa&#322;a przez ca&#322;e swoje &#380;ycie, po&#347;wi&#281;cone jej ludziom, po&#347;wi&#281;cone dobru i niezale&#380;no&#347;ci Bezsennych Nie. &#379;adna samolubna i do g&#322;&#281;bi zepsuta dziewczyna nie zniszczy przysz&#322;o&#347;ci jej ludu, przysz&#322;o&#347;ci, o kt&#243;r&#261; Jennifer zawsze walczy&#322;a. Kt&#243;r&#261; sama tworzy&#322;a. Kt&#243;r&#261; powo&#322;ywa&#322;a do &#380;ycia wol&#261; w&#322;asnego ducha, b&#322;&#261;dz&#261;cego po bezkresnej, pozbawionej nadziei pustce. O nie.

Zabra&#263; ich wszystkich  rozkaza&#322;a stra&#380;om.  Odprowadzi&#263; do budynku aresztu i zamkn&#261;&#263; w strze&#380;onym i zabezpieczonym pokoju. A najpierw odebra&#263; im ka&#380;dy najmniejszy drobiazg techniczny, jaki przy sobie maj&#261;.  Zawaha&#322;a si&#281;, ale tylko na moment.  U ka&#380;dego przeprowadzi&#263; kontrol&#281; osobist&#261; w poszukiwaniu urz&#261;dze&#324; technicznych. Nie pozostawi&#263; im nic, nawet najniewinniej wygl&#261;daj&#261;cego skrawka ubrania. Nic.

Jennifer! Nie mo&#380;esz tego zrobi&#263;!  wykrzykn&#261;&#322; Robert Dey.  To przecie&#380; nasze  twoje  nasze dzieci!

Dokonajcie wyboru  odezwa&#322;a si&#281; Miranda.  Czy mo&#380;e ju&#380; dokonali&#347;cie?

Od lat ju&#380; Jennifer nie zezwala&#322;a sobie na odczuwanie nienawi&#347;ci. Teraz wyp&#322;yn&#281;&#322;a na powierzchni&#281; pot&#281;&#380;n&#261; fal&#261;, czarn&#261; i lepk&#261;, ze wszystkich tych zak&#261;tk&#243;w umys&#322;u, w kt&#243;re nie odwa&#380;a&#322;a si&#281; zapuszcza&#263;. Przez chwil&#281; by&#322;a tak przera&#380;ona, &#380;e nie widzia&#322;a nic przed sob&#261;. Po chwili wszystko przesz&#322;o i mog&#322;a doko&#324;czy&#263; dzie&#322;a.

Znale&#378;&#263; Terryego Mwakambe. Natychmiast. Umie&#347;ci&#263; go z pozosta&#322;ymi. Zwr&#243;&#263;cie szczeg&#243;lnie baczn&#261; uwag&#281; na to, &#380;eby nie mia&#322; przy sobie czegokolwiek.

Jennifer!  wykrzykn&#261;&#322; John Wong.

Ty wiesz, prawda?  Miri zwr&#243;ci&#322;a si&#281; teraz bezpo&#347;rednio do Jennifer.  Wiesz, jaki jest Terry. Lepszy ni&#380; ja, Nikos albo Diane Albo wydaje ci si&#281;, &#380;e wiesz. S&#261;dzisz, &#380;e nas rozumiesz zupe&#322;nie tak samo, jak &#346;pi&#261;cy zawsze s&#261;dzili, &#380;e rozumiej&#261; was. Nigdy nie przypisywali wam najprostszych ludzkich cech, prawda? Byli&#347;cie inni, wi&#281;c nie nale&#380;eli&#347;cie do ich spo&#322;eczno&#347;ci. Dla nich zawsze byli&#347;cie symbolem wszelkiego z&#322;a  zimni, wiecznie co&#347; knuj&#261;cy i o wiele, wiele lepsi od nich. I wy te&#380; uwa&#380;ali&#347;cie si&#281; za lepszych, wszyscy Bezsenni. To dlatego nazwali&#347;cie ich &#380;ebrakami. Ale my jeste&#347;my jeszcze lepsi od was, wi&#281;c zabili&#347;cie jednego z nas, bo wymkn&#261;&#322; si&#281; wam spod kontroli, czy nie tak? A teraz my jeste&#347;my w stanie robi&#263; takie rzeczy, o jakich wam nawet si&#281; nie &#347;ni&#322;o. I kto tu jest teraz &#380;ebrakiem, babciu?

A Jennifer odpowiedzia&#322;a na to g&#322;osem, kt&#243;rego sama nie poznawa&#322;a, ale spokojnie  bardzo spokojnie.

Rozbierzcie ich od razu. Zabra&#263; im wszystkie urz&#261;dzenia techniczne, nawet je&#347;li ich wygl&#261;d nic wam nie m&#243;wi. I I odizolowa&#263; tak&#380;e mojego syna. Razem z nimi.

Ricky Sharifi tylko si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

Miri zacz&#281;&#322;a zdejmowa&#263; ubranie. Chwila os&#322;upienia i z ust Nikosa pad&#322; kr&#243;tki rozkaz  rozkaz, kt&#243;rego Jennifer nie rozumia&#322;a. Czy oni maj&#261; sw&#243;j w&#322;asny j&#281;zyk?! Pozosta&#322;e dzieci tak&#380;e zacz&#281;&#322;y si&#281; rozbiera&#263;. Allen Sheffield cisn&#261;&#322; sw&#243;j ma&#322;y mikrofon na b&#322;yszcz&#261;cy blat sto&#322;u. Mikrofon szcz&#281;kn&#261;&#322; metalicznie w ciszy, a Allen tylko si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;. Nie p&#322;aka&#322;y nawet najm&#322;odsze Superdzieci.

Miri &#347;ci&#261;gn&#281;&#322;a bluz&#281; przez g&#322;ow&#281;.

Odda&#322;a&#347; &#380;ycie swojej spo&#322;eczno&#347;ci. Ale my, Superbystrzy, ju&#380; nie jeste&#347;my jej cz&#322;onkami, prawda? Zabi&#322;a&#347; jedynego spo&#347;r&#243;d nas, kt&#243;ry m&#243;g&#322; stanowi&#263; pomost mi&#281;dzy naszymi spo&#322;eczno&#347;ciami, najlepszego i najbardziej wspania&#322;omy&#347;lnego z nas. Zabi&#322;a&#347; go, bo przesta&#322; pasowa&#263; do twojej definicji spo&#322;eczno&#347;ci. I my te&#380; ju&#380; nie pasujemy. Po pierwsze  my &#347;nimy. Czy wiedzia&#322;a&#347; o tym, Jennifer? &#346;nimy na jawie. Nauczy&#322; nas tego &#346;pi&#261;cy.

Nie mog&#281; uzyska&#263; kontroli nad systemem komunikacyjnym  rzuci&#322;a Cassie Blumenthal g&#322;osem pobrzmiewaj&#261;cym panik&#261;.

Przesta&#324;cie!  zawo&#322;a&#322; Charles Stauffer.  Dzieci, w&#322;&#243;&#380;cie z powrotem ubrania!

Nie  sprzeciwi&#322;a si&#281; Miri.  Bo wtedy b&#281;dziemy wygl&#261;da&#263; jak cz&#322;onkowie waszej spo&#322;eczno&#347;ci, czy nie tak, Jennifer? A ju&#380; nimi nie jeste&#347;my. I nigdy nie b&#281;dziemy.

Mamy Terryego Mwakambe  zabrzmia&#322; z g&#322;o&#347;nika czyj&#347; g&#322;os.  Nie stawia oporu.

Dla ciebie nie ma znaczenia nawet twoja w&#322;asna spo&#322;eczno&#347;&#263;  m&#243;wi&#322;a dalej Miri.  Inaczej przysta&#322;aby&#347; na nasz&#261; propozycj&#281;. W ten spos&#243;b tylko wy byliby&#347;cie s&#261;dzeni za zdrad&#281;. &#379;ebracy tam na dole zagwarantowaliby reszcie mieszka&#324;c&#243;w Azylu nietykalno&#347;&#263;. A teraz wszystkich oskar&#380;&#261; o wsp&#243;&#322;udzia&#322; w zdradzie. Mog&#322;a&#347; ich uchroni&#263;, a nie zrobi&#322;a&#347; tego, bo to oznacza&#322;oby, &#380;e musisz wyrzec si&#281; w&#322;adzy i mocy orzekania, kto nale&#380;y do twojej spo&#322;eczno&#347;ci, a kto nie. Czy nie tak, Jennifer? No c&#243;&#380;, i tak j&#261; utraci&#322;a&#347;. Tego dnia, kiedy zabi&#322;a&#347; Tonyego.

Miri szarpni&#281;ciem zrzuci&#322;a szorty. Sta&#322;a teraz naga, a za ni&#261; inni Superbystrzy. Niekt&#243;re dziewczynki zakrywa&#322;y skrzy&#380;owanymi r&#281;kami ledwie p&#261;czkuj&#261;ce piersi, kilku ch&#322;opc&#243;w zakry&#322;o d&#322;o&#324;mi genitalia. Ale &#380;adne z nich nie p&#322;aka&#322;o. Wpatrywali si&#281; w Jennifer zimnymi, wcale nie dzieci&#281;cymi oczyma, jakby co&#347; w&#322;a&#347;nie przed nimi potwierdzi&#322;a, jakby my&#347;leli o czym&#347;, o czym nie dane jest jej wiedzie&#263;. Miri sta&#322;a niezakryta, sutki drobnych piersi stercza&#322;y, w&#322;osy na jej &#322;onie by&#322;y ciemne i g&#281;ste jak u samej Jennifer. Wielk&#261;, zdeformowan&#261; g&#322;ow&#281; unios&#322;a wysoko. U&#347;miecha&#322;a si&#281;.

Ricky wyst&#261;pi&#322; naprz&#243;d, trzymaj&#261;c w r&#281;ku sw&#261; w&#322;asn&#261; koszul&#281;. Za&#322;o&#380;y&#322; j&#261; na plecy Miri i zaci&#261;gn&#261;&#322; na piersiach, a dziewczynka po raz pierwszy spojrza&#322;a na kogo&#347; innego poza Jennifer. Zerkn&#281;&#322;a na ojca, obla&#322;a si&#281; bolesnym rumie&#324;cem i szepn&#281;&#322;a:

Dzi&#281;kuj&#281;, tatusiu.

W kierunku Bia&#322;ego Domu poszed&#322; w&#322;a&#347;nie przekaz z op&#243;&#378;nionym startem. Mamy tu duplikat. Zawiera dokumentacj&#281; lokalizacji i procedur neutralizuj&#261;cych dla ka&#380;dego pojemnika z wirusem, jaki umie&#347;cili&#347;my na terenie Stan&#243;w Zjednoczonych  oznajmi&#322;a zm&#281;czonym g&#322;osem Cassie Blumenthal.

Nie da si&#281; kierowa&#263; &#380;adnym z system&#243;w obrony zewn&#281;trznej Azylu  dorzuci&#322; Charles Stauffer.

Wy&#322;&#261;czono pole zabezpieczaj&#261;ce wok&#243;&#322; budynku aresztu. Kody nadrz&#281;dne nie mog&#261; przywr&#243;ci&#263; kontroli  m&#243;wi&#322;a Caroline Renleigh.

Wys&#322;ano drugi przekaz z op&#243;&#378;nionym startem w kierunku w kierunku Nowego Meksyku  jeszcze raz zameldowa&#322;a Cassie Blumenthal.

Miranda nic ju&#380; nie m&#243;wi&#322;a. Zanosi&#322;a si&#281; p&#322;aczem na ramieniu ojca.



25

LEISHA OGL&#260;DA&#321;A RELACJE Z ZAMIESZEK W ATALANCIE na tle martwych go&#322;&#281;bi, z zamieszek w Nowym Jorku na tle zablokowanych przez pojazdy dr&#243;g wylotowych z miasta, z zamieszek w Waszyngtonie na tle innych zamieszek. Na powr&#243;t powyci&#261;gano stare sztandary  BOMBK&#260; W BEZSENNYCH!  czy&#380;by w jakich&#347; zat&#281;ch&#322;ych piwnicach przechowywali stare plakaty i transparenty z kryzysu sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat? Zn&#243;w powr&#243;ci&#322;a dawna retoryka, dawne postawy, a nawet  w najbardziej brukowych kana&#322;ach Amator&#243;w &#379;ycia  te same stare dowcipy. Co otrzymamy, je&#347;li skrzy&#380;ujemy Bezsennego z bulterierem? Par&#281; szcz&#281;k, kt&#243;re nigdy nie popuszcz&#261;. Ten Leisha s&#322;ysza&#322;a, kiedy by&#322;a jeszcze na studiach w Harvardzie. Sze&#347;&#263;dziesi&#261;t siedem lat temu.

Rozejrza&#322;em si&#281; dooko&#322;a i zobaczy&#322;em  powiedzia&#322;a  &#380;e nic nowego pod s&#322;o&#324;cem: &#380;e wy&#347;cig nie jest dla najszybszych, bitwa dla najmocniejszych, a korzy&#347;&#263; dla najbardziej zdolnych

Jordan i Stella przygl&#261;dali si&#281; jej z trosk&#261; w oczach. Niezbyt to &#322;adnie martwi&#263; ich pe&#322;nymi dramatyzmu wersami. Zw&#322;aszcza po wielogodzinnym milczeniu. Powinna z nimi porozmawia&#263;, wyja&#347;ni&#263; im, co odczuwa

Czu&#322;a si&#281; taka zm&#281;czona.

Od ponad siedemdziesi&#281;ciu lat widzia&#322;a wci&#261;&#380; to samo, ci&#261;gle od nowa, poczynaj&#261;c od Tonyego Indivino. Gdyby&#347; sz&#322;a ulic&#261; w Hiszpanii i stu &#380;ebrak&#243;w poprosi&#322;o ci&#281; o dolara, a ty by&#347; im nie da&#322;a, skoczyliby na ciebie z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261; Azyl. Prawo, ten iluzoryczny wsp&#243;&#322;tw&#243;rca ludzkich spo&#322;eczno&#347;ci. Calvin Hawke. I jeszcze raz Azyl. A ponad tym wszystkim Stany Zjednoczone  bogate, kr&#243;tkowzroczne, globalnie wspania&#322;e, ale ma&#322;ostkowe w szczeg&#243;&#322;ach, zawsze, zawsze niech&#281;tne, by jednomy&#347;lnie odda&#263; ho&#322;d rozumowi. Powodzenie, szcz&#281;&#347;cie, &#322;achmaniarski indywidualizm, wiara, pi&#281;kno, odwaga czy &#347;mia&#322;o&#347;&#263;, owszem, ale nigdy wy&#380;sza inteligencja, bardziej z&#322;o&#380;ona my&#347;l. To nie bezsenno&#347;&#263; jest prawdziwym &#378;r&#243;d&#322;em tych wszystkich zamieszek  to my&#347;l i dwie bli&#378;niacze jej konsekwencje: post&#281;p i wyzwanie.

Czy w innych krajach, innych kulturach jest inaczej? Leisha nie mia&#322;a poj&#281;cia. Przez ca&#322;e osiemdziesi&#261;t trzy lata swego &#380;ycia nigdy nie opu&#347;ci&#322;a Stan&#243;w na d&#322;u&#380;ej ni&#380; na weekend. Ani te&#380; nie mia&#322;a na to szczeg&#243;lnej ochoty. To chyba do&#347;&#263; odosobniona postawa w dobie ekonomii globalnej.

Zawsze kocha&#322;am ten kraj  odezwa&#322;a si&#281; raz jeszcze i natychmiast zda&#322;a sobie spraw&#281;, jak musia&#322; zosta&#263; odebrany ten pozbawiony zwi&#261;zku wybuch sentyment&#243;w.

Leisho, kochanie, czy nie napi&#322;aby&#347; si&#281; brandy? Albo herbaty?  zaproponowa&#322;a Stella.

Wbrew sobie Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.

Powiedzia&#322;a&#347; to zupe&#322;nie jak Alice.

A wi&#281;c

Leisho  wtr&#261;ci&#322; Dan  mo&#380;e to i lepiej, &#380;eby&#347;

Leisho Camden!  odezwa&#322;o si&#281; nagle holo.

Znikn&#281;&#322;y relacje z Bia&#322;ego Domu, zamieszki w Nowym Jorku, satelitarne zdj&#281;cia Azylu. Zamiast nich projektor wy&#347;wietla&#322; posta&#263; nieco sztywnej dziewczyny o ciemnych oczach i du&#380;ej g&#322;owie. Mia&#322;a na sobie cienk&#261; syntetyczn&#261; koszul&#281;, szorty i proste klapki, a jej ciemne w&#322;osy zwi&#261;zane by&#322;y z ty&#322;u czerwon&#261; wst&#261;&#380;k&#261;. Richard, o kt&#243;rego obecno&#347;ci Leisha zupe&#322;nie zapomnia&#322;a, wyda&#322; z siebie zduszony okrzyk.

M&#243;wi Miranda Serena Sharifi z Azylu  odezwa&#322;a si&#281; dziewczyna.  Jestem wnuczk&#261; Jennifer Sharifi i Richarda Kellera. Kieruj&#281; ten przekaz wprost na pani sprz&#281;t w Nowym Meksyku. Nadawany jest poza wszystkimi sieciami komunikacyjnymi Azylu. Nie zosta&#322; tak&#380;e autoryzowany przez Rad&#281; Azylu.

Dziewczyna przerwa&#322;a, a na m&#322;odej, powa&#380;nej twarzy na kr&#243;tko zago&#347;ci&#322;o wahanie. Taka powa&#380;na twarz  to dziecko wygl&#261;da&#322;o, jakby nigdy si&#281; nie u&#347;miecha&#322;o. Ile mo&#380;e mie&#263; lat? Czterna&#347;cie? Szesna&#347;cie? M&#243;wi&#322;a z ledwie wyczuwalnym obcym akcentem, jak gdyby w Azylu u&#380;ywano angielskiego troch&#281; inaczej. Leisha post&#261;pi&#322;a krok w stron&#281; obrazu.

Jest tu nas ca&#322;a grupa. Bezsennych, ale nie tylko. Zostali&#347;my genomodyfikowani. Nazywaj&#261; nas Superbystrymi, a ja jestem najstarsza. Jest nas dwadzie&#347;cioro o&#347;mioro w wieku powy&#380;ej dziesi&#281;ciu lat. R&#243;&#380;nimy si&#281; od doros&#322;ych i inaczej te&#380; zostali&#347;my potraktowani. Przej&#281;li&#347;my Azyl, wys&#322;ali&#347;my waszemu prezydentowi dane o lokalizacji broni biologicznej, zdezaktywowali&#347;my systemy obronne Azylu i zako&#324;czyli&#347;my tym samym wojn&#281; o niepodleg&#322;o&#347;&#263;.

O m&#243;j Bo&#380;e  westchn&#261;&#322; Jordan.  Dzieci!

Je&#347;li otrzyma pani ten przekaz, oznacza to, &#380;e my, Superbystrzy, zostali&#347;my uwi&#281;zieni przez moj&#261; babk&#281; i Rad&#281; Azylu, ale nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby to mia&#322;o trwa&#263; d&#322;ugo. Niemniej nie b&#281;dziemy ju&#380; mogli pozosta&#263; w Azylu, a nie mamy dok&#261;d si&#281; uda&#263;. Przeprowadzi&#322;am badania na temat pani, Leisho Camden, i pani wychowanka, Dana Arlena. &#346;ni&#261;cego na jawie. My, Superbystrzy, wszyscy &#347;nimy na jawie. Sta&#322;o si&#281; to bardzo istotnym sk&#322;adnikiem naszego sposobu my&#347;lenia.

Leisha zerkn&#281;&#322;a na Dana. Wpatrywa&#322; si&#281; intensywnie w Mirand&#281; Sharifi, a w oczach mia&#322; co&#347; takiego, &#380;e Leisha natychmiast odwr&#243;ci&#322;a wzrok.

Nie wiem, co stanie si&#281; dalej ani te&#380; kiedy to nast&#261;pi  ci&#261;gn&#281;&#322;a Miranda.  Mo&#380;e Azyl pozwoli nam skorzysta&#263; z wahad&#322;owca. Mo&#380;e po&#347;le po nas wasz rz&#261;d, a mo&#380;e mog&#322;aby to zrobi&#263; pani korporacja. Mo&#380;e kilkoro z m&#322;odszych Superbystrych b&#281;dzie wola&#322;o tu pozosta&#263;. Ale niekt&#243;rzy z nas wkr&#243;tce mog&#261; potrzebowa&#263; miejsca, do kt&#243;rego b&#281;d&#261; mogli si&#281; uda&#263; po opuszczeniu Azylu, skoro spowodowali&#347;my aresztowanie jego Rady, kt&#243;ra teraz b&#281;dzie odpowiada&#263; za zdrad&#281; stanu. Potrzebujemy dobrze zabezpieczonego miejsca, gdzie znale&#378;liby&#347;my przyzwoity, daj&#261;cy si&#281; zmodyfikowa&#263; sprz&#281;t i kogo&#347;, kto pom&#243;g&#322;by nam si&#281; zorientowa&#263; w waszym systemie prawnym i ekonomicznym. Pani jest prawnikiem, pani Camden. Czy mo&#380;emy przyjecha&#263; do pani?

Miranda zawiesi&#322;a g&#322;os. Leisha poczu&#322;a, &#380;e piek&#261; j&#261; oczy.

By&#263; mo&#380;e b&#281;dzie z nami  cho&#263; tego nie jestem pewna  kilkoro Normalnych. Jednym z nich b&#281;dzie prawdopodobnie m&#243;j ojciec, Richard Sharifi. Nie s&#261;dz&#281;, aby by&#322;a pani w stanie skontaktowa&#263; si&#281; z nami bezpo&#347;rednio po tym przekazie, cho&#263; nie jestem pewna, jakie s&#261; wasze mo&#380;liwo&#347;ci.

Z pewno&#347;ci&#261; nie takie jak ich  szepn&#281;&#322;a Stella g&#322;osem pe&#322;nym niedowierzania. Dan rzuci&#322; jej rozbawione spojrzenie.

Dzi&#281;kuj&#281;  zako&#324;czy&#322;a Miranda troch&#281; niezr&#281;cznie. Przest&#261;pi&#322;a z nogi na nog&#281; i nieoczekiwanie wyda&#322;a im si&#281; jeszcze m&#322;odsza.  Je&#347;li Je&#347;li jest z pani&#261; teraz Dan Arlen i je&#347;li zechce pani przyj&#261;&#263; nas, Superbystrych, do siebie, prosz&#281; go poprosi&#263;, by na nas zaczeka&#322;. Chcia&#322;abym Chcia&#322;abym go pozna&#263;.

U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; niespodziewanie, a u&#347;miech ten tak przepe&#322;niony by&#322; cynizmem, &#380;e Leisha a&#380; si&#281; przerazi&#322;a. To wcale nie jest takie znowu dziecko.

Widzi pani  m&#243;wi&#322;a Miranda.  Przychodzimy do pani jako &#380;ebracy. Nie mamy nic do zaoferowania, nic na wymian&#281;. Tylko potrzeby.  Znikn&#281;&#322;a, a zamiast niej pojawi&#322;a si&#281; nagle tr&#243;jwymiarowa grafika, skomplikowana kula utworzona ze sznur&#243;w s&#322;&#243;w, kt&#243;re tworzy&#322;y p&#281;tle, krzy&#380;owa&#322;y si&#281; i r&#243;wnowa&#380;y&#322;y, a ka&#380;de s&#322;owo lub zwrot przedstawia&#322; pewn&#261; ide&#281;, kt&#243;ra &#322;&#261;czy&#322;a si&#281; z nast&#281;pn&#261;, a wszystko to w skali kolorystycznej uwypuklaj&#261;cej akcenty, harmoni&#281; i przes&#322;anki znaczeniowe koncepcji, kt&#243;re si&#281; wzajemnie podkre&#347;la&#322;y, przeciwstawia&#322;y si&#281; lub modyfikowa&#322;y. Kula wisia&#322;a przed nimi przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;, obracaj&#261;c si&#281; wolno.

A c&#243;&#380; to jest, u licha?!  wykrzykn&#281;&#322;a Stella. Leisha wsta&#322;a i obesz&#322;a kul&#281; dooko&#322;a nieco pr&#281;dzej ni&#380; ta si&#281; obraca&#322;a i przestudiowa&#322;a j&#261; uwa&#380;nie. Czu&#322;a dr&#380;enie w&#322;asnych kolan.

Wydaje mi si&#281; Wydaje mi si&#281;, &#380;e to dysputa filozoficzna.

Aaaaa  j&#281;kn&#261;&#322; Dan.

Leisha nadal przygl&#261;da&#322;a si&#281; kuli. W zewn&#281;trznej warstwie wy&#322;owi&#322;a wzrokiem zielon&#261; fraz&#281;: Dom podzielony  Lincoln. Z wra&#380;enia usiad&#322;a na pod&#322;odze.

Stella pr&#243;bowa&#322;a uciec w zam&#281;t domowej krz&#261;taniny.

Je&#347;li jest ich dwadzie&#347;cioro o&#347;mioro i ta liczba mo&#380;e si&#281; podwoi&#263;, mogliby&#347;my odda&#263; im zachodnie skrzyd&#322;o, a Richarda z Ad&#261; przenie&#347;&#263; do

Mnie tu nie b&#281;dzie  oznajmi&#322; cicho Richard.

Ale&#380; Richardzie! Tw&#243;j syn

To by&#322;o inne &#380;ycie.

Ale&#380; Richardzie  Twarz Stelli poczerwienia&#322;a. Richard w milczeniu wymkn&#261;&#322; si&#281; z pokoju. Po drodze popatrzy&#322; tylko na Dana, kt&#243;ry odpowiedzia&#322; mu niewzruszonym spojrzeniem.

Do Leishy za&#347; nic z tego nie dotar&#322;o. Siedzia&#322;a na pod&#322;odze studiuj&#261;c sznurkow&#261; kul&#281; Mirandy, dop&#243;ki przekaz nie dobieg&#322; ko&#324;ca i obraz nie znikn&#261;&#322;. Potem przenios&#322;a wzrok na pozosta&#322;&#261; tr&#243;jk&#281;: Stell&#281;, Jordana i Dana. Stella wzi&#281;&#322;a g&#322;&#281;boki wdech.

Leisho Twoja twarz

&#346;wiat si&#281; zmienia  oznajmi&#322;a rozpromieniona Leisha, siedz&#261;c wci&#261;&#380; po turecku na pod&#322;odze.  Zawsze istnieje druga i trzecia szansa. A potem czwarta i pi&#261;ta.

No tak, to oczywiste  odpowiedzia&#322;a jej zdziwiona Stella.  Leisho, wsta&#324;, prosz&#281;!

&#346;wiat naprawd&#281; si&#281; zmienia  powt&#243;rzy&#322;a Leisha jak ma&#322;a dziewczynka.  I to nie tylko w stopniu nat&#281;&#380;enia, ale i pod wzgl&#281;dem jako&#347;ci. Nawet dla nas. A jednak. A jednak. A jednak.



* * *


By&#322;o ich trzydzie&#347;cioro sze&#347;cioro, przylecieli rz&#261;dowym samolotem z Waszyngtonu. Ca&#322;a sprawa trwa&#322;a o wiele d&#322;u&#380;ej ni&#380; ktokolwiek, poza Leisha, prawniczk&#261;, m&#243;g&#322; si&#281; spodziewa&#263;. Dwadzie&#347;cioro siedmioro Superbystrych: Miri, Nikos, Allen, Terry, Diane, Christy, Jonathan, Mark, Ludie, Joanna, Toshio, Peter, Sara, James, Raoul, Victoria, Anne, Marty, Bili, Audrey, Alex, Miguel, Brian, Rebecca, Cathy, Victor i Jane. Takie zwyczajnie brzmi&#261;ce imiona u tak niezwyczajnych ludzi. A z nimi czworo Normalnych Bezsennych dzieci: Joan, Sam, Hako i Androula. I jeszcze pi&#281;cioro rodzic&#243;w, znacznie bardziej spi&#281;tych ni&#380; ich dzieci. Pomi&#281;dzy rodzicami by&#322; i Ricky Sharifi.

Ciemne oczy, kt&#243;re w cierpieniu nabiera&#322;y cierpliwo&#347;ci. Niepewne ruchy, jakby nie by&#322; pewien, czy ma prawo st&#261;pa&#263; po ziemi. Kiedy Leisha u&#347;wiadomi&#322;a sobie, dlaczego wydaje jej si&#281; to takie normalne, a&#380; si&#281; skrzywi&#322;a. Richard, kt&#243;ry teraz prezentowa&#322; si&#281; m&#322;odziej od w&#322;asnego syna, wygl&#261;da&#322; dok&#322;adnie tak samo wtedy, po procesie Jennifer.

Po pierwszym procesie Jennifer. Teraz wszyscy cz&#322;onkowie Rady Azylu siedz&#261; w wi&#281;zieniu w Waszyngtonie.

Czy jest tu m&#243;j ojciec?  zapyta&#322; Ricky cicho zaraz pierwszego popo&#322;udnia.

Nie. On On wyjecha&#322;, Ricky.

Ricky bez zdziwienia pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;. Wygl&#261;da&#322; tak, jakby tej w&#322;a&#347;nie odpowiedzi si&#281; spodziewa&#322;. Mo&#380;e i tak by&#322;o.

Miranda od razu obj&#281;&#322;a przyw&#243;dztwo. Kiedy min&#261;&#322; ju&#380; pierwszy zam&#281;t ich przyjazdu  wnoszenie sprz&#281;tu, walizek i zabezpiecze&#324;, skomplikowane plany Stelli wzgl&#281;dem zakwaterowania  Miri przysz&#322;a z ojcem do pracowni Leishy.

Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e pozwoli&#322;a nam pani tu przyjecha&#263;, pani Camden. Chcieliby&#347;my ustali&#263; jak&#261;&#347; form&#281; komornego, kt&#243;re zaczniemy p&#322;aci&#263;, jak tylko wasz rz&#261;d uwolni nasze aktywa.

M&#243;w mi Leisha. I jeszcze jedno: teraz to i wasz rz&#261;d. Nie trzeba komornego, Miri. Go&#347;cimy was tu z rado&#347;ci&#261;.

Ciemne oczy Miri bada&#322;y uwa&#380;nie jej twarz. Dziwne oczy. I nie, jak wydawa&#322;o si&#281; Leishy, z powodu jakich&#347; swoistych cech fizycznych, ale dlatego, &#380;e sprawia&#322;y wra&#380;enie, i&#380; widz&#261; co&#347;, czego nie spos&#243;b dostrzec innym. Ku swemu niema&#322;emu zaskoczeniu Leisha odkry&#322;a, &#380;e pomimo ca&#322;ego uwielbienia, jakie natychmiast zacz&#281;&#322;a czu&#263; do Miri, wzrok dziewczyny budzi w niej niepok&#243;j. Ile potrafi w niej dojrze&#263; to niezachwiane spojrzenie? Na ile ten m&#243;zg  poprawiony, inny, lepszy  potrafi zrozumie&#263; wn&#281;trze jej duszy?

To samo kiedy&#347; musia&#322;a czu&#263; Alice w stosunku do Leishy. A Leisha o tym nie mia&#322;a poj&#281;cia, zupe&#322;nie nie zdawa&#322;a sobie sprawy.

Miri u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;. Ten u&#347;miech zmieni&#322; ca&#322;kowicie jej twarz, sta&#322;a si&#281; jasna i otwarta.

Dzi&#281;kuj&#281;, Leisho. To bardzo wspania&#322;omy&#347;lnie z twojej strony. To nawet co&#347; wi&#281;cej: mam wra&#380;enie, &#380;e my&#347;lisz o nas jako o swojej spo&#322;eczno&#347;ci, a za to naprawd&#281; jeste&#347;my ci wdzi&#281;czni. Spo&#322;eczno&#347;&#263; to dla nas poj&#281;cie ogromnie wa&#380;ne. Ale wszyscy jeste&#347;my zdania, &#380;e nale&#380;y ci p&#322;aci&#263;. Wiesz, jeste&#347;my wszyscy jagaistami.

Wiem  odpar&#322;a Leisha, zastanawiaj&#261;c si&#281;, czy pomi&#281;dzy tymi wszystkimi sprawami, kt&#243;re m&#243;zg Miri pojmowa&#322; lepiej, znajduje si&#281; te&#380; ironia. Mimo wszystko mia&#322;a dopiero szesna&#347;cie lat.

Czy Czy jest tu jeszcze Dan Arlen? Czy mo&#380;e wyruszy&#322; ju&#380; w tras&#281;?

Jeszcze tu jest. Czeka&#322; na ciebie.

Miri zarumieni&#322;a si&#281;.

Oho!  pomy&#347;la&#322;a Leisha.  Oho!

Pos&#322;a&#322;a po Dana.

Przyjrza&#322; si&#281; Miri ze swego w&#243;zka z zainteresowaniem i wyci&#261;gn&#261;&#322; do niej d&#322;o&#324;.

Witaj, Mirando.

Chcia&#322;abym p&#243;&#378;niej porozmawia&#263; z tob&#261; o snach na jawie  odezwa&#322;a si&#281; czerwieni&#261;c si&#281; jeszcze bardziej.  O neurochemicznych reakcjach m&#243;zgu. Wykona&#322;am kilka bada&#324;, mo&#380;e zainteresuj&#261; ci&#281; ich wyniki, to by&#322;oby takie spojrzenie na w&#322;asn&#261; sztuk&#281; z naukowego punktu widzenia

Leisha rozpozna&#322;a w pozornie bezsensownej paplaninie dziewczyny to, czym naprawd&#281; by&#322;a: dar. Ofiarowywa&#322;a Danowi to, co w jej mniemaniu by&#322;o najlepsz&#261; jej cz&#261;stk&#261;  swoj&#261; prac&#281;.

Bardzo ci dzi&#281;kuj&#281;  odpar&#322; z powag&#261; Dan. Co&#347; zamigota&#322;o w jego oczach.  Bardzo jestem ciekaw.

Leisha nie mog&#322;a si&#281; sobie nadziwi&#263;. Zastanawia&#322;a si&#281; ju&#380; przedtem, czy nie poczuje lekkiego, ulotnego uk&#322;ucia zazdro&#347;ci, kiedy Dan przerzuci swoje zainteresowanie na Miri  jego gotowo&#347;&#263; by&#322;a a&#380; nadto widoczna  ale to, co poczu&#322;a w rzeczywisto&#347;ci, nie by&#322;o bynajmniej ani lekkie, ani ulotne. Ani te&#380; nie by&#322;a to zazdro&#347;&#263;. Instynkt opieku&#324;czy rozgorza&#322; w niej jak p&#322;on&#261;ce le&#347;ne poszycie. Je&#347;li Dan ma zamiar wykorzysta&#263; to niezwyk&#322;e dziecko, &#380;eby dosta&#263; si&#281; do Azylu, ju&#380; ona go za&#322;atwi. Kompletnie. Miri zas&#322;ugiwa&#322;a na co&#347; lepszego, potrzebowa&#322;a czego&#347; lepszego, by&#322;a lepsza ni&#380;

Miri si&#281; u&#347;miechn&#281;&#322;a. Jej d&#322;o&#324; nadal spoczywa&#322;a w d&#322;oni Dana.

Odmieni&#322; pan nasze &#380;ycie, panie Arlen. P&#243;&#378;niej panu o tym opowiem.

B&#281;d&#281; rad. I prosz&#281;, m&#243;w mi Dan.

Oczyma duszy Leisha zobaczy&#322;a tamtego brudnego dziesi&#281;ciolatka o bezwzgl&#281;dnych, zielonych oczach i odpychaj&#261;cym u&#347;miechu. Kt&#243;rego&#347; dnia mam zamiar mie&#263; Azyl na w&#322;asno&#347;&#263;. Zerkn&#281;&#322;a na Mirand&#281;. Ciemne w&#322;osy zakrywa&#322;y zarumienion&#261; twarz i zniekszta&#322;con&#261; g&#322;ow&#281;. Poszycie rozgorza&#322;o jeszcze silniej.

Wydaje mi si&#281;  odezwa&#322; si&#281; Ricky Sharifi  &#380;e Miri b&#281;dzie wkr&#243;tce potrzebowa&#322;a posi&#322;ku. Jej metabolizm znacznie r&#243;&#380;ni si&#281; od naszego. Powa&#380;nie nadszarpniemy twoje zasoby, Leisho. Pozw&#243;l nam pokry&#263; koszty. Nie widzia&#322;a&#347; jeszcze, co Terry, Nikos i Diane zrobili z twoim sprz&#281;tem komunikacyjnym.

Ricky tak&#380;e przygl&#261;da&#322; si&#281; tym dwojgu. Przeni&#243;s&#322; wzrok na Leish&#281; i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; &#380;a&#322;o&#347;nie. Leisha zrozumia&#322;a, &#380;e Ricky obawia&#322; si&#281; mo&#380;liwo&#347;ci swej c&#243;rki tak samo jak ona ba&#322;a si&#281; sn&#243;w na jawie Dana i, podobnie jak ona z Dana, w skryto&#347;ci ducha by&#322; z niej dumny.

Szkoda  zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do niego Leisha  &#380;e nie zd&#261;&#380;y&#322;e&#347; pozna&#263; mojej siostry, Alice. Umar&#322;a w zesz&#322;ym roku.

Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e wyci&#261;gn&#261;&#322; z tego prostego stwierdzenia tyle tre&#347;ci, ile mu nada&#322;a.

Ja te&#380; &#380;a&#322;uj&#281;.

Miri wr&#243;ci&#322;a do kwestii zap&#322;aty.

Kiedy ju&#380; wasz  nasz  rz&#261;d zado&#347;&#263;uczyni sobie na tyle, by uwolni&#263; nasze aktywa, ka&#380;de z nas b&#281;dzie do&#347;&#263; bogate wed&#322;ug waszych standard&#243;w. Mia&#322;am zamiar ci&#281; zapyta&#263;, czy by&#322;aby&#347; zainteresowana doradztwem prawnym przy zak&#322;adaniu dla nas korporacji zarejestrowanych w Nowym Meksyku. Wi&#281;kszo&#347;&#263; z nas prowadzi&#322;a ju&#380; w&#322;asne firmy albo badania naukowe, ale wed&#322;ug tutejszego prawa jeste&#347;my niepe&#322;noletni. B&#281;dziemy potrzebowa&#263; specjalnych struktur prawnych, kt&#243;re pozwoli&#322;yby nam prowadzi&#263; dalej swoje interesy jako niepe&#322;noletni pracownicy jednostek prawnych, kt&#243;rych przedstawicielami byliby doro&#347;li.

To nigdy nie by&#322;a moja dziedzina  odpar&#322;a ostro&#380;nie Leisha.  Ale mog&#281; ci podpowiedzie&#263;, kto m&#243;g&#322;by si&#281; tym zaj&#261;&#263;. Kevin Baker.

Nie. Pracowa&#322; jako po&#347;rednik dla Azylu.

Czy zawsze by&#322; uczciwy?

Tak, ale

Wobec was te&#380; b&#281;dzie uczciwy.

I ch&#281;tny. Kevin zawsze ch&#281;tnie wchodzi&#322; tam, gdzie widzia&#322; dobry interes.

Om&#243;wi&#281; to z reszt&#261;  powiedzia&#322;a Miri.

Leisha mia&#322;a ju&#380; okazj&#281; obserwowa&#263; j&#261; w&#347;r&#243;d innych Superbystrych. Wymieniali spojrzenia, kt&#243;rych znaczenie  Leisha mia&#322;a pe&#322;n&#261; tego &#347;wiadomo&#347;&#263;  by&#322;o przed ni&#261; na zawsze zamkni&#281;te. Ca&#322;e tomy znacze&#324;, kt&#243;rych nigdy si&#281; nie domy&#347;li. A ile z tych niedost&#281;pnych jej znacze&#324; kry&#322;o si&#281; w tych sznuro-kulach, kt&#243;re dla siebie konstruowali, albo w sznurowych konstrukcjach wewn&#261;trz tych obcych jej umys&#322;&#243;w?

W konstrukcjach, kt&#243;re tak niepokoj&#261;co przypomina&#322;y jej kszta&#322;ty ze sn&#243;w na jawie Dana.

Ale nawet je&#347;li skorzystamy z us&#322;ug Kevina Bakera  ci&#261;gn&#281;&#322;a Miri  to i tak b&#281;dziemy potrzebowa&#263; adwokata. Czy b&#281;dziesz nas reprezentowa&#263;?

Dzi&#281;kuj&#281; za propozycj&#281;, ale nie mog&#281;  odpar&#322;a Leisha. Na razie nie t&#322;umaczy&#322;a Miri, dlaczego. Jeszcze nie czas.  Ale mog&#281; ci poleci&#263; jakiego&#347; dobrego prawnika. Na przyk&#322;ad Justine Sutter. To c&#243;rka mojego bardzo dawnego przyjaciela.

&#346;pi&#261;ca?!

Jest &#347;wietna  odpar&#322;a Leisha.  A w ko&#324;cu tylko to si&#281; powinno liczy&#263;, prawda?

Tak  odrzek&#322;a Miri i powt&#243;rzy&#322;a:  &#346;pi&#261;ca.

To w&#322;a&#347;ciwie by&#322;oby najlepsze rozwi&#261;zanie  wtr&#261;ci&#322; Ricky Sharifi.  Wasi prawnicy b&#281;d&#261; mieli do czynienia z ameryka&#324;skimi prawami w&#322;asno&#347;ci. &#379;ebrak b&#281;dzie zna&#322; je najlepiej.

Je&#347;li masz tu mieszka&#263;, Ricky  oznajmi&#322;a Leisha  b&#281;dziesz musia&#322; przesta&#263; u&#380;ywa&#263; tego s&#322;owa. Przynajmniej w takim znaczeniu.

Tak. Masz s&#322;uszno&#347;&#263;  zgodzi&#322; si&#281; Ricky po d&#322;u&#380;szej chwili. Tak po prostu. Syn Jennifer Sharifi, wychowany w Azylu. A ludzie &#347;mi&#261; twierdzi&#263;, &#380;e poj&#281;li mechanizmy genetyki! Dan odwr&#243;ci&#322; si&#281; do Miri.

Czy odziedziczysz kiedy&#347; Azyl?  zapyta&#322; bez ogr&#243;dek.

Miri przypatrywa&#322;a mu si&#281; d&#322;ugo. Leisha nie by&#322;a w stanie si&#281; domy&#347;li&#263;  ani odrobin&#281;  co dzia&#322;o si&#281; w jej g&#322;owie.

Tak  odpowiedzia&#322;a w ko&#324;cu z namys&#322;em.  Chocia&#380; nie tak pr&#281;dko. Mo&#380;e za jakie&#347; sto lat, mo&#380;e wi&#281;cej. Ale pewnego dnia go odziedzicz&#281;.

Dan si&#281; nie odezwa&#322;.

Jakie&#347; sto lat, mo&#380;e wi&#281;cej  powt&#243;rzy&#322;a w my&#347;lach Leisha.

Dan i Miri wymienili spojrzenia, kt&#243;rych Leisha nijak nie potrafi&#322;a zinterpretowa&#263;. Nie mia&#322;a te&#380; najmniejszego poj&#281;cia, dlaczego Dan w ko&#324;cu si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

Dobre i to  powiedzia&#322;.

Miri odpowiedzia&#322;a mu u&#347;miechem.



26

LEISHA SIEDZIA&#321;A NA SWOJEJ ULUBIONEJ P&#321;ASKIEJ skale w cieniu wielkiej topoli. Strumie&#324; pod jej stopami ca&#322;kiem wysech&#322;. &#262;wier&#263; mili dalej jego korytem w&#281;drowa&#322; z twarz&#261; pochylon&#261; ku ziemi jaki&#347; Super. To musi by&#263; Joanna  ostatnio zafascynowa&#322;y j&#261; skamieliny i w zwi&#261;zku z tym konstruowa&#322;a jaki&#347; tr&#243;jwymiarowy sznur my&#347;lowy na temat zwi&#261;zk&#243;w koprolit&#243;w i stacji orbitalnych, kt&#243;rego Leisha oczywi&#347;cie nie zrozumia&#322;a. Miri powiedzia&#322;a, &#380;e to poezja i dorzuci&#322;a, &#380;e zanim zacz&#281;li &#347;ni&#263; na jawie, &#380;adne z nich nie budowa&#322;o poezji. Tak w&#322;a&#347;nie to uj&#281;&#322;a: budowa&#263; poezj&#281;.

Kilka st&#243;p od Leishy jaki&#347; pustynny skoczek wykopywa&#322; sobie nork&#281; we wzg&#243;rku suchej ziemi. Leisha obserwowa&#322;a jego kr&#243;tkie przednie &#322;apki pracuj&#261;ce jak mechaniczny &#347;wider i d&#322;ugie tylne odrzucaj&#261;ce wykopan&#261; ziemi&#281; za siebie. Skoczek odwr&#243;ci&#322; si&#281; nagle i spojrza&#322; prosto na ni&#261;. Mia&#322; okr&#261;g&#322;e uszka i jeszcze okr&#261;glejsze, czarne, wy&#322;upiaste &#347;lepka. Na czubku g&#322;owy mia&#322; dziwaczny guz  pocz&#261;tek raka, jak s&#261;dzi&#322;a Leisha. Zwierz&#261;tko powr&#243;ci&#322;o do pracy. Za nim, poza cieniem topoli, pustynia l&#347;ni&#322;a od dokuczliwego ju&#380;, czerwcowego upa&#322;u.

Za plecami, jak doskonale wiedzia&#322;a, mia&#322;a innego rodzaju l&#347;nienie. Dziesi&#281;&#263; metr&#243;w nad posiad&#322;o&#347;ci&#261; cz&#261;steczki powietrza przetwarzane by&#322;y za pomoc&#261; nowego pola energii, z kt&#243;rym eksperymentowa&#322; Terry. Jak twierdzi&#322;, b&#281;dzie to prze&#322;om w fizyce stosowanej. Kevin Baker prowadzi&#322; negocjacje z Samsungiem, IBM i Konigiem-Rottslerem w sprawie wybi&#243;rczych licencji na niekt&#243;re z wynalazk&#243;w Terryego.

Leisha zzu&#322;a buty i skarpety. By&#322; to akt umiarkowanie ryzykowny, poniewa&#380; znajdowa&#322;a si&#281; poza terenem wyczyszczonym elektronicznie ze skorpion&#243;w. Ale ska&#322;a, ciep&#322;a nawet tu, w cieniu, dawa&#322;a bosym stopom przyjemne poczucie szorstko&#347;ci. Nagle przypomnia&#322;a sobie, jak ogl&#261;da&#322;a swoje stopy owego poranka w sze&#347;&#263;dziesi&#261;te si&#243;dme urodziny. To dopiero dziwactwo  &#380;eby wspomina&#263; akurat co&#347; takiego. Cho&#263; w&#322;a&#347;ciwie wspomnienie to sprawi&#322;o jej przyjemno&#347;&#263;  dopiero teraz zacz&#281;&#322;a zdawa&#263; sobie spraw&#281;, ile rzeczy cz&#322;owiek, nawet Bezsenny, zapomina w wieku osiemdziesi&#281;ciu trzech lat.

Superbystrzy zapami&#281;tywali wszystko. Zawsze.

Leisha czeka&#322;a, a&#380; z budynku wypadnie jak burza Miri, &#380;eby zasypa&#263; j&#261; oskar&#380;eniami. Wybuch ju&#380; i tak si&#281; op&#243;&#378;nia&#322; w stosunku do przewidywa&#324; Leishy  Miri musia&#322;a siedzie&#263; w pracowni d&#322;u&#380;ej ni&#380; zwykle. A mo&#380;e by&#322;a z Danem, kt&#243;ry przed kilkoma dniami powr&#243;ci&#322; do domu z wiosennego toum&#263;e. W takim razie s&#261; raczej w jego pokoju, bo u Miri nie ma &#322;&#243;&#380;ka.

Skoczek znikn&#261;&#322; we wn&#281;trzu swego wzg&#243;rka.

Leisho!

Odwr&#243;ci&#322;a si&#281;. Od strony posiad&#322;o&#347;ci p&#281;dzi&#322;a ku niej jaka&#347; posta&#263; w zielonych szortach, w&#347;ciekle m&#322;&#243;c&#261;c powietrze r&#281;kami i nogami. Osiem, siedem, sze&#347;&#263;, pi&#281;&#263;, cztery, trzy

Leisho! Dlaczego?!

Bo tak zadecydowa&#322;am, Miri. Bo tego chc&#281;.

Chcesz? Broni&#263; mojej babki przed oskar&#380;eniem o zdrad&#281;? Ty, specjalistka od Abrahama Lincolna?

Leisha wiedzia&#322;a, &#380;e nie jest to &#380;adne non sequitur. W ci&#261;gu ostatnich trzech miesi&#281;cy dowiedzia&#322;a si&#281; troch&#281; na temat tego, jak my&#347;l&#261; Superbystrzy. Nie na tyle, by mog&#322;a odtworzy&#263; ca&#322;&#261; t&#281; z&#322;o&#380;on&#261; sznurkow&#261; struktur&#281;, utkan&#261; z asocjacji, zwi&#261;zk&#243;w przyczynowo-skutkowych i powi&#261;za&#324;, wstrz&#261;san&#261; dawkami sn&#243;w na jawie. A ju&#380; na pewno nie na tyle, by by&#322;a w stanie sama jak&#261;&#347; stworzy&#263;. Nie by&#322;a jedn&#261; z nich. Ale przynajmniej by&#322;a w stanie odtworzy&#263; opuszczone po&#322;&#261;czenia, kiedy m&#243;wi&#322;a do niej ta dziewczyna, dro&#380;sza jej ni&#380; ktokolwiek inny po &#347;mierci Alice. A w ka&#380;dym razie potrafi&#322;a je wype&#322;ni&#263;, je&#347;li Miri nie opu&#347;ci&#322;a po drodze zbyt wiele. Tym razem si&#281; uda&#322;o.

Usi&#261;d&#378;, Miri. Chc&#281; ci wyja&#347;ni&#263;, dlaczego podj&#281;&#322;am si&#281; obrony Jennifer. Czeka&#322;am tu, a&#380; przyjdziesz o to zapyta&#263;.

Postoj&#281;!

Usi&#261;d&#378;  powt&#243;rzy&#322;a Leisha i po chwili Miri usiad&#322;a. Niecierpliwie odgarn&#281;&#322;a w&#322;osy z czo&#322;a, spoconego mimo tak kr&#243;tkiego dystansu i opad&#322;a ze z&#322;o&#347;ci&#261; na ska&#322;&#281; Leishy, nie po&#347;wi&#281;ciwszy nawet jednego spojrzenia ewentualnym skorpionom.

Tyle by&#322;o jeszcze rzeczy na ziemi, kt&#243;rych Miri nie nauczy&#322;a si&#281; wystrzega&#263;.

Leisha starannie przygotowa&#322;a si&#281; do tej rozmowy.

Miri, twoja babka i ja nale&#380;ymy do specyficznej generacji Amerykan&#243;w, do pierwszego pokolenia Bezsennych. To pokolenie mia&#322;o jeszcze wiele wsp&#243;lnego z pokoleniem poprzednim, tym, kt&#243;re nas stworzy&#322;o. Oba te pokolenia dobrze wiedzia&#322;y, &#380;e nie jest mo&#380;liwe, by wsp&#243;&#322;istnia&#322;y ze sob&#261; r&#243;wno&#347;&#263;  a to po prostu inna nazwa tego, co nazywacie solidarno&#347;ci&#261; wewn&#261;trzspo&#322;eczn&#261;  i indywidualne d&#261;&#380;enie do doskona&#322;o&#347;ci. Kiedy jednostka ma wolny wyb&#243;r, mo&#380;e zosta&#263; albo geniuszem, albo u&#380;alaj&#261;cym si&#281; nad sob&#261; &#380;ebrakiem. Niekt&#243;rzy przynios&#261; korzy&#347;&#263; sobie i swojej spo&#322;eczno&#347;ci, inni nie przynios&#261; korzy&#347;ci nikomu, a tylko zagrabi&#261;, co b&#281;d&#261; mogli. I r&#243;wno&#347;&#263; zanika. Nie mo&#380;na mie&#263; zarazem r&#243;wno&#347;ci i wolno&#347;ci w d&#261;&#380;eniu do indywidualnej doskona&#322;o&#347;ci. Tak wi&#281;c te dwie generacje wybra&#322;y nier&#243;wno&#347;&#263;. M&#243;j ojciec wybra&#322; j&#261; dla mnie. Kenzo Yagai wybra&#322; j&#261; dla ameryka&#324;skiej ekonomii. Cz&#322;owiek o nazwisku Calvin Hawke, o kt&#243;rym nic ci pewnie nie wiadomo

Owszem, wiadomo  odpar&#322;a Miri.

Leisha u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.

No jasne. To by&#322;a g&#322;upia uwaga. W ka&#380;dym razie Hawke wzi&#261;&#322; stron&#281; tych gorzej urodzonych i pr&#243;bowa&#322; nieco nagi&#261;&#263; nasze r&#243;wnanie, a doskona&#322;o&#347;&#263; niech diabli porw&#261;. Ze wszystkich nas tylko Tony Indivno i twoja babka pr&#243;bowali stworzy&#263; spo&#322;eczno&#347;&#263;, kt&#243;ra przyk&#322;ada&#322;a r&#243;wn&#261; wag&#281; do solidarno&#347;ci grupowej  r&#243;wno&#347;ci wszystkich tych, kt&#243;rzy znale&#378;li si&#281; wewn&#261;trz grupy, jak i do zr&#243;&#380;nicowanych osi&#261;gni&#281;&#263; poszczeg&#243;lnych jej cz&#322;onk&#243;w. Jennifer si&#281; nie powiod&#322;o, bo to nie mo&#380;e si&#281; uda&#263;. A im bardziej jej si&#281; nie udawa&#322;o, tym wi&#281;ksz&#261; stawa&#322;a si&#281; fanatyczk&#261; i tym ch&#281;tniej win&#281; za swe niepowodzenia przypisywa&#322;a wszystkim tym, kt&#243;rzy nie byli cz&#322;onkami jej spo&#322;eczno&#347;ci. I coraz bardziej zaw&#281;&#380;a&#322;a to poj&#281;cie. I coraz dalej i dalej odchodzi&#322;a od jakiejkolwiek r&#243;wnowagi. Ale, jak podejrzewam, sama wiesz na ten temat znacznie wi&#281;cej ode mnie.

Leisha umilk&#322;a na chwil&#281;, ale Miri si&#281; nie odezwa&#322;a.

Ale nawet je&#347;li Jennifer coraz bardziej oddala&#322;a si&#281; od swego marzenia o spo&#322;eczno&#347;ci, samo marzenie  marzenie Tonyego, przemkn&#281;&#322;o jej przez g&#322;ow&#281;  jest godne podziwu. Nawet je&#347;li jest niemo&#380;liwe do zrealizowania. To idealistyczny sen o zjednoczeniu dw&#243;ch wielkich ludzkich potrzeb, dw&#243;ch wielkich ludzkich pragnie&#324;. Czy nie mog&#322;aby&#347; przebaczy&#263; swojej babce ze wzgl&#281;du na to pierwotne marzenie?

Nie  odpar&#322;a Miri z surowym wyrazem twarzy, a Leisha przypomnia&#322;a sobie, ile ona ma lat. M&#322;odzi nie przebaczaj&#261;. Czy Leisha kiedykolwiek przebaczy&#322;a w&#322;asnej matce?

Czy to dlatego b&#281;dziesz jej broni&#263;? Z powodu tego, co postrzegasz jako jej pierwotne marzenie?

Tak.

Miri wsta&#322;a. Ska&#322;a odcisn&#281;&#322;a siatk&#281; szramek na jej udach, poni&#380;ej linii szort&#243;w. Ciemne oczy wwierci&#322;y si&#281; w Leish&#281;.

Zaw&#281;&#380;aj&#261;c swoje poj&#281;cie spo&#322;eczno&#347;ci, moja babka zabi&#322;a mi brata  rzuci&#322;a i zacz&#281;&#322;a si&#281; oddala&#263;.

Po kr&#243;tkiej chwili szoku Leisha wsta&#322;a niezgrabnie i boso pobieg&#322;a za ni&#261;.

Miri! Poczekaj!

Miri zatrzyma&#322;a si&#281; pos&#322;usznie i odwr&#243;ci&#322;a si&#281;. Na jej twarzy nie by&#322;o &#347;ladu &#322;ez. Biegn&#261;c ku niej Leisha nast&#261;pi&#322;a na ostry kamie&#324; i zacz&#281;&#322;a skaka&#263; z b&#243;lu na jednej nodze. Miri pomog&#322;a jej wr&#243;ci&#263; do ska&#322;y, gdzie buty i skarpety Leishy le&#380;a&#322;y bezw&#322;adnie w upale.

Zanim je w&#322;o&#380;ysz, sprawd&#378;, czy nie ma skorpion&#243;w  przykaza&#322;a Miri  bo mog&#322;yby Dlaczego si&#281; &#347;miejesz?

Niewa&#380;ne. Nigdy nie mog&#281; zgadn&#261;&#263;, co wiesz, a czego nie wiesz. Miri, czy wykluczy&#322;aby&#347; mnie spo&#347;r&#243;d os&#243;b godnych obrony? Albo Dana? Albo twojego ojca?

Nie!

A przecie&#380; z biegiem lat ka&#380;de z nas zmieni&#322;o pogl&#261;dy na temat tego, co jest dopuszczalne, w&#322;a&#347;ciwe, a nawet po&#380;&#261;dane. W tym tkwi klucz do rozwi&#261;zania naszego problemu, kochanie. Dlatego b&#281;d&#281; broni&#263; twojej babki.

Co to za klucz?  szarpn&#281;&#322;a si&#281; Miri.

Zmiana. Bo nie da si&#281; przewidzie&#263;, w jaki spos&#243;b rozmaite przypadki mog&#261; zmieni&#263; ludzi. A Bezsenni &#380;yj&#261; bardzo d&#322;ugo. Maj&#261; du&#380;o czasu na wiele zdarze&#324;  czas nawarstwia si&#281; jak kurz, przemkn&#281;&#322;o jej przez my&#347;l  a to oznacza wiele zmian. Nawet &#346;pi&#261;cy mog&#261; si&#281; zmieni&#263;. Dan, kiedy przyszed&#322; do mnie, by&#322; &#380;ebrakiem. A teraz wni&#243;s&#322; znacz&#261;cy wk&#322;ad w bieg &#347;wiata przez to, &#380;e zmieni&#322; wasz spos&#243;b my&#347;lenia. To w&#322;a&#347;nie jest odpowied&#378;, Miri. Nigdy nie wolno ci os&#261;dza&#263;, &#380;e kto&#347; nie jest godzien obrony, bo &#347;wiat si&#281; zmienia. Mo&#380;e si&#281; zmieni&#263; nawet twoja babka. Mo&#380;liwe, &#380;e zw&#322;aszcza ona. Rozumiesz, co mam na my&#347;li, Miri?

Przemy&#347;l&#281; to sobie  warkn&#281;&#322;a Miri.

Leisha westchn&#281;&#322;a. Miri przemy&#347;lenia przybior&#261; tak skomplikowan&#261; posta&#263;, &#380;e gdyby Leisha mog&#322;a zobaczy&#263; ich zapis, nawet nie rozpozna&#322;aby swoich w&#322;asnych argument&#243;w.

Kiedy ju&#380; Miri posz&#322;a do domu, Leisha w&#322;o&#380;y&#322;a buty i skarpetki. Siedzia&#322;a teraz na swej p&#322;askiej skale zapatrzona w pustynny krajobraz, ramionami opl&#243;t&#322;szy kolana.

Ludzie si&#281; zmieniaj&#261;. &#379;ebracy staj&#261; si&#281; artystami. Produktywni prawnicy staj&#261; si&#281; pogr&#261;&#380;onymi w rozpaczy nierobami, naburmuszonymi jak Achilles w swym namiocie, skwaszonymi na ca&#322;e dziesi&#281;ciolecia naburmuszeniem na skal&#281; og&#243;lno&#347;wiatow&#261;  a potem odnawiaj&#261; uprawnienia i zn&#243;w zostaj&#261; prawnikami. Eksperci morscy mog&#261; zosta&#263; nomadami, noszonymi po &#347;wiecie jak plankton. Badaczki snu mog&#261; sta&#263; si&#281; nieudanymi &#380;onami, a potem zn&#243;w przedzierzgn&#261;&#263; si&#281; we wspania&#322;ych naukowc&#243;w. By&#263; mo&#380;e &#346;pi&#261;cy nie s&#261; w stanie zamieni&#263; si&#281; w Bezsennych  a mo&#380;e s&#261;? Tylko dlatego, &#380;e nie uda&#322;o si&#281; to Adamowi Walcottowi czterdzie&#347;ci lat temu, tylko dlatego, &#380;e Susan Melling stwierdzi&#322;a, i&#380; to niemo&#380;liwe do przeprowadzenia? Czy tylko dlatego ma pozosta&#263; niemo&#380;liwe na zawsze? Susan nie zna&#322;a przecie&#380; Superbystrych.

Tony, m&#243;wi&#322;a Leisha bezg&#322;o&#347;nie, nie ma w Hiszpanii &#380;ebrak&#243;w na sta&#322;e. Ani nigdzie indziej. &#379;ebrak, kt&#243;remu dzi&#347; dasz dolara, jutro mo&#380;e odmieni&#263; &#347;wiat. Albo zrobi to jego syn. Albo wnuk lub prawnuk. Nie istnieje &#380;adna sta&#322;a ekologia wymiany, tak jak wydawa&#322;o mi si&#281;, kiedy by&#322;am jeszcze bardzo m&#322;oda. Nie ma nic sta&#322;ego ani nic ustalonego raz na zawsze, musi tylko up&#322;yn&#261;&#263; odpowiednio du&#380;o czasu. Nic nie jest te&#380; bezproduktywne. &#379;ebracy to tylko po&#347;rednie etapy mi&#281;dzy kolejnymi spo&#322;eczno&#347;ciami.

Skoczek wychyn&#261;&#322; ze swej norki i pow&#261;cha&#322; pierwiosnek. Leisha mog&#322;a teraz przyjrze&#263; si&#281; dok&#322;adniej naro&#347;li na jego g&#322;owie. Nie powsta&#322;a naturalnie. Futerko mia&#322;o tam inny kolor i wyrasta&#322;o d&#322;u&#380;szymi k&#322;aczkami, a ca&#322;a naro&#347;l mia&#322;a zbyt doskonale okr&#261;g&#322;y kszta&#322;t. Skoczek pochyli&#322; j&#261; do przodu, &#380;eby dotkn&#261;&#263; k&#322;aczkami pierwiosnka i znieruchomia&#322; na chwil&#281;. Naro&#347;l musia&#322;a by&#263; swego rodzaju sensorem. Zwierz&#261;tko zosta&#322;o genomodyfikowane  tu, w tym odludnym miejscu, na przek&#243;r wszystkim zasadom i wszelkiemu spodziewaniu.

Leisha zawi&#261;za&#322;a sznur&#243;wki i wsta&#322;a. Nagle poczu&#322;a si&#281; cudownie, jak m&#322;oda dziewczyna, na kt&#243;r&#261; wci&#261;&#380; jeszcze wygl&#261;da&#322;a. Pe&#322;na energii. Pe&#322;na &#347;wiat&#322;a.

Tyle by&#322;o jeszcze do zrobienia.

Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; w stron&#281; posiad&#322;o&#347;ci i pu&#347;ci&#322;a si&#281; biegiem.



KONIEC







notes

Przypisy



1

(fr.) Im bardziej rzeczy si&#281; zmieniaj&#261;, tym bardziej pozostaj&#261; takie same (przyp. red.)

