




Isaac Asimov

Fundacja i Imperium



Prolog

Imperium Galaktyczne chyli&#322;o si&#281; ku upadkowi.

By&#322;o to kolosalne Imperium, obejmuj&#261;ce miliony &#347;wiat&#243;w i ci&#261;gn&#261;ce si&#281; od ko&#324;ca do ko&#324;ca podw&#243;jnej spirali tworz&#261;cej Drog&#281; Mleczn&#261;. Jego upadek by&#322; r&#243;wnie kolosalny, a przy tym powolny, gdy&#380; taki kolos musi przeby&#263; d&#322;ug&#261; drog&#281;, nim upadnie.

Proces ten trwa&#322; ju&#380; setki lat, kiedy wreszcie znalaz&#322; si&#281; cz&#322;owiek, kt&#243;ry zorientowa&#322; si&#281;, co si&#281; dzieje. Cz&#322;owiekiem tym by&#322; Hari Seldon. Jego praca naukowa by&#322;a nik&#322;&#261; iskierk&#261; w ogarniaj&#261;cych Imperium mrokach. Stworzy&#322; on i wzni&#243;s&#322; na najwy&#380;szy poziom rozwoju nauk&#281; zwan&#261; psychohistori&#261;.

Psychohistoria nie zajmowa&#322;a si&#281; jednostkami ludzkimi, lecz masami. By&#322;a nauk&#261; o zachowaniu t&#322;umu, t&#322;umu licz&#261;cego miliardy jednostek. Mog&#322;a przewidzie&#263; jego reakcje na dzia&#322;aj&#261;ce na&#324; bod&#378;ce z tak&#261; mniej wi&#281;cej dok&#322;adno&#347;ci&#261;, z jak&#261; nauka ni&#380;szej rangi mog&#322;aby obliczy&#263; k&#261;t uderzenia kuli bilardowej. Nie ma takiej matematyki, kt&#243;ra by&#322;aby w stanie przewidzie&#263; zachowanie pojedynczego cz&#322;owieka, ale zachowanie miliarda ludzi to sprawa nieco inna.

Hari Seldon skonstruowa&#322; matematyczny obraz spo&#322;ecznych i gospodarczych tendencji epoki, przeanalizowa&#322; krzywe, i na tej podstawie doszed&#322; do wniosku, &#380;e cywilizacj&#281; czeka stopniowy i w miar&#281; up&#322;ywu czasu coraz szybciej post&#281;puj&#261;cy upadek. Stwierdzi&#322; te&#380;, &#380;e musi up&#322;yn&#261;&#263; trzydzie&#347;ci tysi&#281;cy lat, nim powstanie z ruin nowe, pr&#281;&#380;ne Imperium.

By&#322;o ju&#380; za p&#243;&#378;no, aby powstrzyma&#263; ten upadek, ale by&#322; jeszcze czas, aby skr&#243;ci&#263; okres barbarzy&#324;stwa. Seldon za&#322;o&#380;y&#322; na przeciwleg&#322;ych kra&#324;cach Galaktyki dwie Fundacje, kt&#243;rych po&#322;o&#380;enie zosta&#322;o w taki spos&#243;b dobrane, aby w czasie zaledwie jednego tysi&#261;clecia rozgrywaj&#261;ce si&#281; w Galaktyce wypadki tak si&#281; wzajemnie zaz&#281;bi&#322;y i splot&#322;y, by ca&#322;y ten &#322;a&#324;cuch wydarze&#324; doprowadzi&#322; ostatecznie do powstania silniejszego i bardziej trwa&#322;ego ni&#380; poprzednie Imperium.

Fundacja opisuje losy jednej z dwu Fundacji Seldona w czasie pierwszych dwustu lat jej istnienia. Zaczyna&#322;a ona jako kolonia naukowc&#243;w za&#322;o&#380;ona na Terminusie, planecie znajduj&#261;cej si&#281; na ko&#324;cu jednego ze spiralnych ramion Galaktyki. Odgrodzeni od zgie&#322;ku Imperium, pracowali oni nad u&#322;o&#380;eniem i wydaniem ca&#322;o&#347;ciowego kompendium wiedzy, Encyklopedii Galaktycznej, nie&#347;wiadomi znacznie wa&#380;niejszej roli, jak&#261; przeznaczy&#322; im do odegrania nie&#380;yj&#261;cy ju&#380; Seldon.

W miar&#281; jak Imperium rozpada&#322;o si&#281;, jego pobrze&#380;a przechodzi&#322;y we w&#322;adanie niezale&#380;nych kr&#243;l&#243;w. Zagra&#380;ali oni Fundacji. Jednak&#380;e, wygrywaj&#261;c umiej&#281;tnie ich wzajemne animozje, mieszka&#324;cy Fundacji pod wodz&#261; pierwszego burmistrza Terminusa, Salvora Hardina, zdo&#322;ali utrzyma&#263;, niepewn&#261; co prawda, suwerenno&#347;&#263;. Uda&#322;o im si&#281; nawet zdoby&#263; przewag&#281;, gdy&#380; byli jedyn&#261; spo&#322;eczno&#347;ci&#261; dysponuj&#261;c&#261; energi&#261; atomow&#261; po&#347;r&#243;d &#347;wiat&#243;w, na kt&#243;rych nauka sz&#322;a w zapomnienie i wracano do w&#281;gla i ropy naftowej. Fundacja sta&#322;a si&#281; o&#347;rodkiem kultu religijnego dla s&#261;siaduj&#261;cych z ni&#261; &#347;wiat&#243;w kr&#243;lestw.

Powoli Encyklopedia schodzi&#322;a w cie&#324;, a Fundacja rozwija&#322;a gospodark&#281; opart&#261; na handlu. Handlarze z Fundacji zajmuj&#261;cy si&#281; sprzeda&#380;&#261; urz&#261;dze&#324; o nap&#281;dzie atomowym, kt&#243;rych z powodu ich niewielkich rozmiar&#243;w nie by&#322;oby w stanie na&#347;ladowa&#263; Imperium nawet b&#281;d&#261;c u szczytu rozwoju, zapuszczali si&#281; setki lat &#347;wietlnych w g&#322;&#261;b Peryferii.

Pod rz&#261;dami Hobera Mallowa, pierwszego z magnat&#243;w handlowych Fundacji, rozwin&#281;&#322;a ona technik&#281; wojny gospodarczej do tego stopnia, &#380;e zdo&#322;a&#322;a pokona&#263; Republik&#281; Korelijsk&#261;, mimo i&#380; ta ostatnia otrzyma&#322;a pomoc ze strony kresowych prowincji kurcz&#261;cego si&#281; Imperium.

Pod koniec drugiego stulecia Fundacja by&#322;a najpot&#281;&#380;niejszym pa&#324;stwem w Galaktyce i ust&#281;powa&#322;a tylko szcz&#261;tkom Imperium, kt&#243;re, mimo i&#380; ogranicza&#322;o si&#281; teraz do jednej trzeciej  &#347;rodkowej cz&#281;&#347;ci Drogi Mlecznej, nadal sprawowa&#322;o kontrol&#281; nad trzema czwartymi ludno&#347;ci Galaktyki i mia&#322;o w r&#281;ku trzy czwarte jej bogactw naturalnych.

Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e nast&#281;pnym niebezpiecze&#324;stwem, kt&#243;remu Fundacja b&#281;dzie musia&#322;a nieuchronnie stawi&#263; czo&#322;a, b&#281;dzie zrywaj&#261;ce si&#281; do ostatniego zrywu Imperium.

Musi zosta&#263; przetarta droga do wojny Fundacji z Imperium.



Cz&#281;&#347;&#263; I Genera&#322;



W poszukiwaniu mag&#243;w 

Bel Riose Mimo stosunkowo kr&#243;tkiej kariery Riose otrzyma&#322; przydomek Ostatni z Wielkich, i trzeba przyzna&#263;, &#380;e na&#324; zas&#322;u&#380;y&#322;. Analiza jego kampanii wojennych wykazuje, &#380;e umiej&#281;tno&#347;ciami strategicznymi dor&#243;wnywa&#322; Peurifoyowi, a umiej&#281;tno&#347;ci&#261; obchodzenia si&#281; z lud&#378;mi chyba go nawet przewy&#380;sza&#322;. To, &#380;e nie zosta&#322; r&#243;wnie wielkim zdobywc&#261; jak Peurifoy, by&#322;o prost&#261; konsekwencj&#261; faktu, i&#380; przysz&#322;o mu &#380;y&#263; w dniach schy&#322;ku Imperium. Pojawi&#322;a si&#281; jednak i przed nim pewna szansa, kiedy to, jako pierwszy z genera&#322;&#243;w Imperium, zetkn&#261;&#322; si&#281; twarz&#261; w twarz z Fundacj&#261;

Encyklopedia Galaktyczna


Bel Riose podr&#243;&#380;owa&#322; bez eskorty, co by&#322;o pogwa&#322;ceniem przepis&#243;w obowi&#261;zuj&#261;cych dow&#243;dc&#281; floty stacjonuj&#261;cej w ponurym systemie gwiezdnym na kresach Imperium Galaktycznego.

Bel Riose by&#322; jednak m&#322;ody i energiczny  wystarczaj&#261;co energiczny, aby w opinii podejrzliwego i wyrachowanego dworu zas&#322;u&#380;y&#263; sobie na wys&#322;anie w najdalszy koniec wszech&#347;wiata. Poza tym by&#322; z natury ciekawy. Dziwne, nieprawdopodobne opowie&#347;ci powtarzane z ust do ust w pewnych kr&#281;gach, a w zarysach znane tysi&#261;com obywateli Imperium, rozpala&#322;y t&#281; ciekawo&#347;&#263; i wzbudza&#322;y nadziej&#281; na przygod&#281; wojenn&#261;, kt&#243;rej domaga&#322;y si&#281; m&#322;odo&#347;&#263; i energia. Skutek by&#322; taki, &#380;e Bel Riose przesta&#322; zwa&#380;a&#263; na przepisy.

Wyszed&#322; ze sfatygowanego, wypo&#380;yczonego wehiku&#322;u i stan&#261;&#322; przed wej&#347;ciem do chyl&#261;cego si&#281; ku ruinie dworu, celu swej podr&#243;&#380;y. Fotokom&#243;rka uruchamiaj&#261;ca drzwi wygl&#261;da&#322;a na sprawn&#261;, ale kiedy si&#281; otworzy&#322;y, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e pchn&#281;&#322;a je ludzka r&#281;ka.

Bel Riose u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do stoj&#261;cego w nich starca.

Jestem Riose

Poznaj&#281; pana  rzek&#322; starzec, ale nie wykona&#322; &#380;adnego ruchu. Jego twarz nie wyra&#380;a&#322;a najmniejszego zdziwienia.  Pan w jakiej sprawie?

Riose pokornie cofn&#261;&#322; si&#281; o krok.  Pokojowej. Je&#347;li pan jest Ducemem Barrem, prosz&#281; o rozmow&#281;.

Ducem Barr odsun&#261;&#322; si&#281; na bok, robi&#261;c przej&#347;cie i &#347;ciany wewn&#261;trz budynku rozjarzy&#322;y si&#281;. Genera&#322; wszed&#322; do pokoju, w kt&#243;rym by&#322;o jasno jak na dworze w bia&#322;y dzie&#324;.

Dotkn&#261;&#322; &#347;ciany gabinetu i obejrza&#322; koniuszki palc&#243;w.

Macie to na Siwennie?

Barr u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko.  My&#347;l&#281;, &#380;e nie znajdzie pan tego nigdzie wi&#281;cej. Naprawiam to sam, tak jak mog&#281;. Przepraszam, &#380;e musia&#322; pan czeka&#263;. Automat sygnalizuje go&#347;cia, ale niestety nie otwiera ju&#380; drzwi.

Pana naprawy nie pomagaj&#261;?  w g&#322;osie genera&#322;a zabrzmia&#322;a nutka drwiny.

Nie mo&#380;na ju&#380; dosta&#263; cz&#281;&#347;ci. Mo&#380;e zechce pan usi&#261;&#347;&#263;? Napije si&#281; pan herbaty?

Na Siwennie? Ale&#380;, szanowny panie, by&#322;by to wielki nietakt, gdybym odm&#243;wi&#322;.

Stary patrycjusz wyszed&#322; bezszelestnie, z lekkim uk&#322;onem, kt&#243;ry nale&#380;a&#322; do ceremonia&#322;u pozostawionego w spadku przez arystokracj&#281; z lepszych czas&#243;w minionego stulecia.

Riose patrzy&#322; na oddalaj&#261;c&#261; si&#281; posta&#263;, czuj&#261;c, &#380;e traci pewno&#347;&#263; co do poprawno&#347;ci swych wystudiowanych manier. Jego wykszta&#322;cenie ogranicza&#322;o si&#281; do spraw czysto wojskowych, do&#347;wiadczenie r&#243;wnie&#380;. Stawa&#322;, jak to si&#281; m&#243;wi, niejeden raz twarz&#261; w twarz ze &#347;mierci&#261;, ale by&#322;o to zawsze niebezpiecze&#324;stwo znane, konkretne. Nie ma wi&#281;c nic dziwnego w fakcie, &#380;e ub&#243;stwiany w&#243;dz Dwudziestej Floty poczu&#322; si&#281; troch&#281; nieswojo w st&#281;ch&#322;ej atmosferze starodawnego dworu.

Genera&#322; stwierdzi&#322;, &#380;e ma&#322;e czarne pude&#322;ka stoj&#261;ce rz&#281;dami na p&#243;&#322;kach to ksi&#261;&#380;ki. Tytu&#322;y by&#322;y mu nieznane. Domy&#347;li&#322; si&#281;, &#380;e pot&#281;&#380;ne urz&#261;dzenie w rogu pokoju jest aparatur&#261; s&#322;u&#380;&#261;c&#261; do przekazywania tre&#347;ci ksi&#261;&#380;ek za pomoc&#261; d&#378;wi&#281;ku i obrazu. Nigdy nie widzia&#322; takiego urz&#261;dzenia, ale s&#322;ysza&#322; o nim.

M&#243;wi&#322; mu kto&#347; kiedy&#347;, &#380;e dawno temu, w owym z&#322;otym wieku, kiedy to Imperium obejmowa&#322;o obszar ca&#322;ej Galaktyki, w dziewi&#281;ciu domach na dziesi&#281;&#263; by&#322;y takie urz&#261;dzenia i takie rz&#281;dy ksi&#261;&#380;ek.

Teraz jednak trzeba by&#322;o strzec granic, ksi&#261;&#380;ki by&#322;y zaj&#281;ciem odpowiednim dla starc&#243;w. A zreszt&#261; po&#322;owa z opowie&#347;ci o dawnych czasach to bajki. Nawet wi&#281;cej ni&#380; po&#322;owa.

Ducem Barr wni&#243;s&#322; herbat&#281; i Riose usiad&#322;. Barr podni&#243;s&#322; fili&#380;ank&#281;.

Na zdrowie.

Dzi&#281;kuj&#281;. Na zdrowie. Ducem Barr rzek&#322; z namys&#322;em:

Powiadaj&#261;, &#380;e jest pan m&#322;ody. Ile pan ma lat? Trzydzie&#347;ci pi&#281;&#263;?

Prawie. Trzydzie&#347;ci cztery.

W takim razie  rzek&#322; Barr z lekkim naciskiem  musz&#281; poinformowa&#263; pana, &#380;e niestety nie mam ani lubczyku, ani napoju czy te&#380; filtr&#243;w mi&#322;o&#347;ci. Nie jestem r&#243;wnie&#380; w stanie zapewni&#263; panu wzgl&#281;d&#243;w &#380;adnej m&#322;odej damy.

W tych sprawach nie potrzebuj&#281; &#380;adnych sztucznych &#347;rodk&#243;w.  Duma, wyra&#378;nie wyczuwalna w g&#322;osie genera&#322;a s&#261;siadowa&#322;a ze szczerym zdziwieniem.  Cz&#281;sto styka si&#281; pan z takimi pro&#347;bami?

Do&#347;&#263; cz&#281;sto. Ludzie maj&#261; niestety sk&#322;onno&#347;&#263; do mylenia nauki z magi&#261;, a &#380;ycie mi&#322;osne wydaje si&#281; by&#263; t&#261; sfer&#261;, kt&#243;ra szczeg&#243;lnie wymaga stosowania sztuczek magicznych.

To chyba zupe&#322;nie naturalne. Ale ja my&#347;l&#281; inaczej. Traktuj&#281; nauk&#281; jako &#347;rodek na rozwi&#261;zywanie trudnych zagadnie&#324; i nic wi&#281;cej.

Siwe&#324;czyk stwierdzi&#322; ponuro:

Mo&#380;e jest pan w b&#322;&#281;dzie, tak jak tamci.

To si&#281; oka&#380;e.

Genera&#322; wstawi&#322; sw&#261; fili&#380;ank&#281; w &#347;wiec&#261;cy koszyczek, w kt&#243;rym nape&#322;ni&#322;a si&#281; ponownie. Przyj&#261;&#322; od Barra pastylk&#281; z aromatem i wrzuci&#322; j&#261; do fili&#380;anki. Wpad&#322;a z lekkim pluskiem.

Niech mi pan powie, patrycjuszu  rzek&#322;  kim s&#261; magowie? Ci prawdziwi.

Barr wydawa&#322; si&#281; zaskoczony dawno nie u&#380;ywanym tytu&#322;em.  Nie ma &#380;adnych mag&#243;w  powiedzia&#322;.

Ale ludzie o nich m&#243;wi&#261;. Siwenna pe&#322;na jest takich opowie&#347;ci. Darzy si&#281; ich kultem. Jest pewien zwi&#261;zek mi&#281;dzy tym zjawiskiem i tymi spo&#347;r&#243;d pana rodak&#243;w, kt&#243;rzy marz&#261; o dawnych czasach i plot&#261; bzdury o czym&#347;, co nazywaj&#261; wolno&#347;ci&#261; i autonomi&#261;. Mog&#322;oby si&#281; w ko&#324;cu okaza&#263;, &#380;e jest to niebezpieczne dla Pa&#324;stwa.

Starzec potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Dlaczego mnie pan o to pyta? Obawia si&#281; pan powstania pod moim przyw&#243;dztwem?

Riose wzruszy&#322; ramionami.

Sk&#261;d&#380;e! Nic podobnego. Chocia&#380; nie by&#322;oby w tym nic niezwyk&#322;ego, gdybym tak pomy&#347;la&#322;. Pana ojciec by&#322; banit&#261;, pan, swego czasu, patriot&#261;, a nawet szowinist&#261;. Jestem tu go&#347;ciem, wi&#281;c niegrzecznie z mojej strony jest wspomina&#263; o tym, ale wymagaj&#261; tego sprawy, w kt&#243;rych tu przyby&#322;em. W&#261;tpi&#281; jednak, by istnia&#322; tu w tej chwili jaki&#347; spisek. Trzy pokolenia temu wybito Siwe&#324;czykom z g&#322;owy takie my&#347;li.

Starzec odpar&#322; z trudem:

B&#281;d&#281; r&#243;wnie niedelikatnym gospodarzem, jak pan go&#347;ciem. Chcia&#322;bym przypomnie&#263; panu, &#380;e kiedy&#347; pewien wicekr&#243;l my&#347;la&#322; dok&#322;adnie tak jak pan i uwa&#380;a&#322;, &#380;e Siwe&#324;czycy pogodzili si&#281; ze swym losem. To w&#322;a&#347;nie z polecenia tego wicekr&#243;la m&#243;j ojciec sta&#322; si&#281; n&#281;dznym wygna&#324;cem, moi bracia m&#281;czennikami, a moja siostra samob&#243;jczyni&#261;. Ale &#243;w wicekr&#243;l poni&#243;s&#322; straszn&#261; &#347;mier&#263; z r&#261;k tych samych pogardzanych Siwe&#324;czyk&#243;w.

Owszem. Ale ja te&#380; m&#243;g&#322;bym o tym co&#347; powiedzie&#263;. Trzy lata temu tajemnicza &#347;mier&#263; wicekr&#243;la przesta&#322;a by&#263; dla mnie  zagadk&#261;. Do jego osobistej ochrony nale&#380;a&#322; pewien m&#322;ody &#380;o&#322;nierz, kt&#243;rego poczynania by&#322;y do&#347;&#263; interesuj&#261;ce. Tym &#380;o&#322;nierzem by&#322; pan, ale my&#347;l&#281;, &#380;e mo&#380;emy sobie darowa&#263; szczeg&#243;&#322;y.

Barr odrzek&#322; spokojnie:

Owszem. Co pan proponuje?

&#379;eby odpowiedzia&#322; pan na moje  pytania.

Gro&#378;by na nic si&#281; nie zdadz&#261;. Jestem co prawda stary, ale nie a&#380; tak bardzo, &#380;ebym przesadnie dba&#322; o &#380;ycie.

Drogi panie, &#380;yjemy w ci&#281;&#380;kich czasach  rzek&#322; znacz&#261;co Riose  a pan ma dzieci i przyjaci&#243;&#322;. Ma pan kraj, o kt&#243;rym wyra&#380;a&#322; si&#281; pan w przesz&#322;o&#347;ci z mi&#322;o&#347;ci&#261; i niezbyt rozs&#261;dnie. Ot&#243;&#380;, je&#347;li zdecyduj&#281; si&#281; u&#380;y&#263; si&#322;y, to na pewno nie uderz&#281; bezpo&#347;rednio w pana.

Barr spyta&#322; ch&#322;odno:

Czego pan chce?

Riose uni&#243;s&#322; do g&#243;ry pust&#261; fili&#380;ank&#281;.

Prosz&#281; pos&#322;ucha&#263;, patrycjuszu. &#379;yjemy w czasach, kiedy za &#380;o&#322;nierzy, kt&#243;rym si&#281; powiod&#322;o, uwa&#380;a si&#281; tych, kt&#243;rych zadaniem jest przewodzenie paradom urz&#261;dzanym w czasie &#347;wi&#261;t na terenie pa&#322;acu Imperatora i eskortowanie luksusowych statk&#243;w wycieczkowych wioz&#261;cych Jego Wysoko&#347;&#263; na letnie planety. Ja ja jestem przegrany. Jestem przegrany w wieku trzydziestu czterech lat i takim ju&#380; pozostan&#281;. A jest tak dlatego, &#380;e chcia&#322;bym walczy&#263;.

W&#322;a&#347;nie dlatego wys&#322;ano mnie tutaj. Na dworze sprawiam za du&#380;o k&#322;opot&#243;w. Nie stosuj&#281; si&#281; do etykiety, obra&#380;am fircyk&#243;w i lord&#243;w admira&#322;&#243;w, ale jestem zbyt dobrym dow&#243;dc&#261;, &#380;eby zes&#322;a&#263; mnie na jak&#261;&#347; bezludn&#261; planet&#281; gdzie&#347; w otch&#322;ani kosmosu. No wi&#281;c zdecydowano si&#281; na Siwenn&#281;. To &#347;wiat pogranicza, niespokojna i s&#322;abo zaludniona prowincja. Daleko st&#261;d do stolicy Imperium, wystarczaj&#261;co daleko aby dw&#243;r m&#243;g&#322; spa&#263; spokojnie.

Zgnu&#347;niej&#281; tutaj. Nie ma powsta&#324;, kt&#243;re trzeba by zdusi&#263;, a wicekr&#243;lowie pogranicza ostatnio nie zdradzaj&#261; ochoty do buntu, przynajmniej od czasu jak nieod&#380;a&#322;owanej pami&#281;ci nieboszczyk ojciec Jego Wysoko&#347;ci Imperatora da&#322; wszystkim odstraszaj&#261;cy przyk&#322;ad rozprawiaj&#261;c si&#281; z Mountelem Paramay.

Silny Imperator  mrukn&#261;&#322; Barr.

Tak, oby tacy rodzili si&#281; cz&#281;&#347;ciej. On jest moim panem, radz&#281; o tym pami&#281;ta&#263;. Strzeg&#281; tu jego interes&#243;w.

Barr wzruszy&#322; ramionami:

Jaki to ma zwi&#261;zek z przedmiotem naszej rozmowy?

Wyja&#347;ni&#281; to w kilku s&#322;owach. Magowie, o kt&#243;rych m&#243;wi&#322;em, pochodz&#261; z zewn&#261;trz  z przestrzeni le&#380;&#261;cej za stra&#380;nicami granicznymi, gdzie gwiazdy z rzadka s&#261; rozsiane

Gdzie gwiazdy z rzadka s&#261; rozsiane  wyrecytowa&#322; Barr  i gdzie przestrzeni ch&#322;&#243;d przenika.

To poezja?  zmarszczy&#322; brwi Riose. W tej chwili wiersz wydawa&#322; mu si&#281; zupe&#322;nie nie na miejscu.  W ka&#380;dym razie oni s&#261; z Peryferii, z jedynego sektora przestrzeni, w kt&#243;rym wolno mi walczy&#263; ku chwale Imperatora.

S&#322;u&#380;&#261;c w ten spos&#243;b interesom Jego Wysoko&#347;ci Imperatora i zaspokajaj&#261;c wewn&#281;trzn&#261; potrzeb&#281; walki.

W&#322;a&#347;nie. Ale musz&#281; wiedzie&#263;, z czym walcz&#281;, i w&#322;a&#347;nie w tym pan mo&#380;e mi pom&#243;c.

Sk&#261;d pan to wie?

Riose nadgryz&#322; trzymane w r&#281;ku ciasteczko.

St&#261;d, &#380;e od trzech lat zbieram wszystkie plotki, wszystkie legendy, a nawet lu&#378;ne uwagi dotycz&#261;ce mag&#243;w i &#380;e wszyscy zgadzaj&#261; si&#281; tylko co do dwu nie zwi&#261;zanych z sob&#261; fakt&#243;w, co dowodzi, &#380;e musz&#261; one by&#263; prawdziwe. Po pierwsze, magowie pochodz&#261; ze skraju Galaktyki naprzeciw Siwenny, po drugie  pana ojciec spotka&#322; kiedy&#347; &#380;ywego, autentycznego maga i rozmawia&#322; z nim.

Wiekowy Siwe&#324;czyk patrzy&#322; bez mrugni&#281;cia okiem, a Riose m&#243;wi&#322; dalej:

Lepiej b&#281;dzie, je&#347;li powie mi pan, co pan wie Barr rzek&#322; z namys&#322;em:

By&#322;oby interesuj&#261;ce powiedzie&#263; panu o kilku rzeczach. By&#322;by to m&#243;j prywatny eksperyment psychohistoryczny.

Jaki?

Psychohistoryczny  starzec u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; cierpko, a potem rzek&#322; szorstko:  Lepiej niech pan sobie naleje herbaty. Mam zamiar wyg&#322;osi&#263; kr&#243;tk&#261; mow&#281;.

Opar&#322; si&#281; o mi&#281;kkie poduszki fotela. &#346;ciany jarzy&#322;y si&#281; r&#243;&#380;owo-bia&#322;ym &#347;wiat&#322;em, w kt&#243;rego &#322;agodnym blasku nawet ostry profil &#380;o&#322;nierza nabra&#322; pewnej mi&#281;kko&#347;ci.

Po chwili Ducem Barr zacz&#261;&#322; sw&#261; opowie&#347;&#263;.

To, co wiem, jest wynikiem dw&#243;ch przypadkowych zdarze&#324;, a mianowicie tego, &#380;e jestem synem mego ojca i &#380;e urodzi&#322;em si&#281; w tym kraju. Zacz&#281;&#322;o si&#281; to przesz&#322;o czterdzie&#347;ci lat temu, tu&#380; po Wielkiej Masakrze, kiedy to m&#243;j ojciec musia&#322; szuka&#263; schronienia w lasach po&#322;udnia, a ja sam zosta&#322;em artylerzyst&#261; w osobistej flocie wicekr&#243;la. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, by&#322; to ten sam wicekr&#243;l, kt&#243;ry odpowiedzialny by&#322; za Masakr&#281;, i kt&#243;ry potem zmar&#322; tak okropn&#261; &#347;mierci&#261;.

Barr u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ponuro i ci&#261;gn&#261;&#322; dalej:

M&#243;j ojciec by&#322; patrycjuszem Imperium i senatorem Siwenny. Nazywa&#322; si&#281; Onum Barr.

Riose przerwa&#322; ze zniecierpliwieniem:

Bardzo dobrze znam okoliczno&#347;ci jego wygnania. Nie musi pan si&#281; nad tym rozwodzi&#263;.

Siwe&#324;czyk pu&#347;ci&#322; t&#281; uwag&#281; mimo uszu i m&#243;wi&#322; dalej tym samym tonem:

Kiedy by&#322; na wygnaniu, zjawi&#322; si&#281; u niego w&#281;drowiec  kupiec ze skraju Galaktyki, m&#322;odzieniec, kt&#243;ry m&#243;wi&#322; z obcym akcentem, zupe&#322;nie nie zna&#322; najnowszej historii Imperium i dysponowa&#322; osobistym ekranem ochronnym.

Osobistym ekranem ochronnym?  Riose wyba&#322;uszy&#322; oczy na Barra.  Bzdury pan opowiada. Jaki generator posiada tak&#261; moc, &#380;eby skondensowa&#263; pole si&#322;owe do rozmiar&#243;w jednego cz&#322;owieka? Na Wielk&#261; Galaktyk&#281;! Czy&#380;by ten kupiec ci&#261;gn&#261;&#322; za sob&#261; na w&#243;zku &#378;r&#243;d&#322;o energii j&#261;drowej o wadze pi&#281;ciu tysi&#281;cy myriaton?

To jest w&#322;a&#347;nie ten mag, o kt&#243;rym zbiera pan legendy i pog&#322;oski  odpar&#322; spokojnie Barr.  Nie&#322;atwo jest zdoby&#263; miano maga. Jego generator by&#322; tak ma&#322;y, &#380;e nie by&#322;o go wida&#263;, a mimo to najci&#281;&#380;sza bro&#324;, jak&#261; zdo&#322;a&#322;by pan unie&#347;&#263;, nie naruszy&#322;aby nawet jego ekranu.

I to wszystko? Czy&#380;by magowie byli tylko wytworem chorej wyobra&#378;ni starca z&#322;amanego wygnaniem i cierpieniami?

Opowiadania o magach si&#281;gaj&#261; czas&#243;w znacznie wcze&#347;niejszych ni&#380; te, w kt&#243;rych &#380;y&#322; m&#243;j ojciec. I s&#261; konkretne dowody na ich istnienie. Wyszed&#322;szy od mego ojca, ten kupiec, kt&#243;rego ludzie nazywaj&#261; magiem, odwiedzi&#322; techmana w mie&#347;cie, do kt&#243;rego drog&#281; wskaza&#322; mu m&#243;j ojciec i tam zostawi&#322; generator pola takiego samego typu, jak ten, kt&#243;rego sam u&#380;ywa&#322;. M&#243;j ojciec odnalaz&#322; ten generator wr&#243;ciwszy z zes&#322;ania po egzekucji krwawego wicekr&#243;la. Poszukiwania trwa&#322;y d&#322;ugo

Ten generator wisi za panem na &#347;cianie. Nie dzia&#322;a. Dzia&#322;a&#322; tylko przez pierwsze dwa dni. Wystarczy spojrze&#263; na niego, by doj&#347;&#263; do przekonania, &#380;e nie zosta&#322; zaprojektowany przez nikogo z Imperium.

Bel Riose si&#281;gn&#261;&#322; po pas z metalowych ogniw, kt&#243;ry przylega&#322; do wypuk&#322;ej &#347;ciany. Po&#322;&#281; przylegania ust&#261;pi&#322;o pod naciskiem jego palc&#243;w i pas oderwa&#322; si&#281; od &#347;ciany wydaj&#261;c odg&#322;os podobny do mla&#347;ni&#281;cia. Uwag&#281; Riose'a zwr&#243;ci&#322;a elipsoida na ko&#324;cu pasa. By&#322;a rozmiar&#243;w orzecha.

To  powiedzia&#322;

by&#322; generator  skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; Barr.  By&#322;. Zasada jego dzia&#322;ania pozostanie ju&#380; na zawsze tajemnic&#261;. Badania subelektroniczne wykaza&#322;y, &#380;e przekszta&#322;ci&#322; si&#281; w jednolit&#261; bry&#322;k&#281; metalu i nawet najbardziej szczeg&#243;&#322;owa analiza wzor&#243;w dyfrakcji nie pozwala wyodr&#281;bni&#263; poszczeg&#243;lnych cz&#281;&#347;ci istniej&#261;cych tam przed jego stopieniem.

A zatem pana dow&#243;d to w rzeczywisto&#347;ci nic pr&#243;cz czczych s&#322;&#243;w nie popartych niczym konkretnym.

Barr wzruszy&#322; ramionami.

Domaga&#322; si&#281; pan, &#380;ebym powiedzia&#322;, co wiem. Grozi&#322; pan, &#380;e wydrze t&#281; wiedz&#281; si&#322;&#261;. Je&#347;li woli si&#281; pan zapatrywa&#263; na to sceptycznie, to co mnie to obchodzi? Chce pan, &#380;ebym przesta&#322;?

Niech pan m&#243;wi dalej!  powiedzia&#322; szorstko genera&#322;.

Po &#347;mierci ojca kontynuowa&#322;em jego badania. Wtedy w&#322;a&#347;nie pom&#243;g&#322; mi drugi ze wspomnianych przypadk&#243;w, jako &#380;e Siwenna by&#322;a dobrze znana Hari Seldonowi.

A kto to jest ten Hari Seldon?

Hari Seldon by&#322; uczonym za panowania imperatora Dalubena IV. By&#322; psychohistorykiem, ostatnim i najwi&#281;kszym z psychohistoryk&#243;w. Odwiedzi&#322; kiedy&#347; Siwenn&#281;, kt&#243;ra by&#322;a w&#243;wczas wielkim o&#347;rodkiem handlowym i miejscem, gdzie kwit&#322;a nauka.

Ach  mrukn&#261;&#322; kwa&#347;no Riose  czy jest jaka&#347; planeta, kt&#243;ra nie chwali&#322;aby si&#281;, &#380;e w dawnych czasach by&#322;a krajem o niezmierzonych bogactwach?

M&#243;wi&#281; o czasach sprzed dwustu lat, kiedy to w&#322;adza imperatora si&#281;ga&#322;a jeszcze do najodleglejszych gwiazd i Siwenna by&#322;a &#347;wiatem w centrum Imperium, a nie p&#243;&#322;dzik&#261; prowincj&#261; kresow&#261;. Ot&#243;&#380; Hari Seldon przewidzia&#322; zmierzch pot&#281;gi Imperium i ostateczne pogr&#261;&#380;enie si&#281; ca&#322;ej Galaktyki w mrokach barbarzy&#324;stwa.

Riose roze&#347;mia&#322; si&#281; nagle.

Tak? A zatem pomyli&#322; si&#281;, m&#243;j uczony panie. My&#347;l&#281;, &#380;e pan sam zdaje sobie z tego spraw&#281;. Od tysi&#261;ca lat Imperium nie by&#322;o tak pot&#281;&#380;ne jak teraz. Ch&#322;&#243;d i smutek pogranicza przyt&#281;pia pana wzrok. Powinien pan zobaczy&#263; centralne regiony Imperium, pozna&#263; ich bogactwo i przytulne ciep&#322;o.

Starzec ponuro potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Najpierw zaczynaj&#261; obumiera&#263; obrze&#380;a. Trzeba troch&#281; czasu, nim rozk&#322;ad si&#281;gnie serca uk&#322;adu. To znaczy, ten wyra&#378;ny, widoczny dla wszystkich rozk&#322;ad, a nie rozk&#322;ad wewn&#281;trzny, kt&#243;ry zacz&#261;&#322; si&#281; ju&#380; dobre pi&#281;tna&#347;cie wiek&#243;w temu.

A wi&#281;c ten Hari Seldon przewidzia&#322; powr&#243;t ca&#322;ej Galaktyki do stanu barbarzy&#324;stwa  stwierdzi&#322; z rozbawieniem Riose.  A co potem, h&#281;?

Dlatego za&#322;o&#380;y&#322; dwie fundacje na przeciwnych kra&#324;cach Galaktyki, fundacje, kt&#243;re zgromadzi&#322;y najlepszych, najm&#322;odszych i najsilniejszych, by mogli tam &#380;y&#263; i rozwija&#263; si&#281;. &#346;wiaty, na kt&#243;rych zosta&#322;y za&#322;o&#380;one, zosta&#322;y starannie wybrane, podobnie jak czas ich za&#322;o&#380;enia i ich otoczenie. Wszystko zosta&#322;o zaaran&#380;owane w taki spos&#243;b, &#380;eby zgodnie z tym, co przewidzia&#322;a psychohistoria na podstawie ca&#322;kowicie pewnych oblicze&#324; matematycznych, fundacje straci&#322;y dostatecznie szybko ca&#322;kowity kontakt z o&#347;rodkami cywilizacji Imperium i stopniowo zacz&#281;&#322;y si&#281; przekszta&#322;ca&#263; w zal&#261;&#380;ki Drugiego Imperium Galaktycznego, skracaj&#261;c nieuchronny okres barbarzy&#324;stwa z trzydziestu tysi&#281;cy do zaledwie jednego tysi&#261;ca lat.

A gdzie pan znalaz&#322; to wszystko? Wydaje si&#281; pan zna&#263; to w szczeg&#243;&#322;ach.

Jest pan w b&#322;&#281;dzie  powiedzia&#322; spokojnie patrycjusz.  Nigdy nie zna&#322;em szczeg&#243;&#322;&#243;w. To, o czym panu powiedzia&#322;em, jest wynikiem mozolnej pracy polegaj&#261;cej na uk&#322;adaniu pewnych wiadomo&#347;ci, kt&#243;re zdoby&#322; jeszcze m&#243;j ojciec i dowod&#243;w, kt&#243;re ja sam znalaz&#322;em, w jedn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;. Podstawa jest krucha, a jej nadbudow&#281; stworzy&#322;em tylko po to, by czym&#347; zape&#322;ni&#263; ogromne luki w materiale. Ale jestem przekonany, &#380;e w og&#243;lnych zarysach odpowiada prawdzie.

&#321;atwo si&#281; pan przekonuje.

Czy&#380;by? Po&#347;wi&#281;ci&#322;em na to czterdzie&#347;ci lat.

Hm. Czterdzie&#347;ci lat! Ja rozwi&#261;za&#322;bym ten problem w ci&#261;gu czterdziestu dni. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, my&#347;l&#281;, &#380;e powinienem to zrobi&#263;. Ale inaczej ni&#380; pan.

Jak?

W prosty spos&#243;b. Zosta&#322;bym podr&#243;&#380;nikiem. M&#243;g&#322;bym znale&#378;&#263; t&#281; Fundacj&#281;, o kt&#243;rej pan m&#243;wi i zobaczy&#263; wszystko na w&#322;asne oczy. Powiada pan, &#380;e s&#261; dwie?

Zapiski m&#243;wi&#261; o dw&#243;ch. Znalaz&#322;em dowody na istnienie tylko jednej, co jest zupe&#322;nie zrozumia&#322;e, je&#347;li si&#281; zwa&#380;y, &#380;e druga znajduje si&#281; na przeciwnym ko&#324;cu d&#322;u&#380;szej osi Galaktyki.

No c&#243;&#380;, wobec tego odwiedzimy t&#281;  bli&#380;sz&#261;  rzek&#322; Genera&#322; podnosz&#261;c si&#281; i poprawiaj&#261;c pas.

Wie pan, w kt&#243;r&#261; stron&#281; trzeba si&#281; uda&#263;?  spyta&#322; Barr.

Z grubsza. W zapiskach przedostatniego wicekr&#243;la, tego, kt&#243;rego pan zamordowa&#322; tak skutecznie, znajduj&#261; si&#281; podejrzane opowie&#347;ci o barbarzy&#324;cach z zewn&#261;trz. Prawd&#281; powiedziawszy, jedn&#261; z jego c&#243;rek po&#347;lubi&#322; jaki&#347; barbarzy&#324;ski ksi&#261;&#380;&#281;. Znajd&#281; drog&#281;.

Wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;:

Dzi&#281;kuj&#281; za go&#347;cin&#281;.

Ducem Barr dotkn&#261;&#322; jego d&#322;oni koniuszkami palc&#243;w i sk&#322;oni&#322; si&#281; ceremonialnie.

Pan wizyta by&#322;a dla mnie zaszczytem.

A je&#347;li chodzi o informacje, kt&#243;rych mi pan udzieli&#322;  rzek&#322; Bel Riose  b&#281;d&#281; wiedzia&#322; jak panu podzi&#281;kowa&#263;, kiedy wr&#243;c&#281;.

Ducem Barr pokornie odprowadzi&#322; go&#347;cia do drzwi dworu i szepn&#261;&#322; patrz&#261;c na znikaj&#261;cy w dali pojazd:

Je&#347;li wr&#243;cisz.



Magowie

Fundacja Po czterdziestu latach ekspansji Fundacja stan&#281;&#322;a w obliczu niebezpiecze&#324;stwa gro&#380;&#261;cego jej ze strony Riose'a. Czasy Hardina i Mallowa odesz&#322;y w przesz&#322;o&#347;&#263;, wraz z nimi odwaga i zdecydowanie

Encyklopedia Galaktyczna


W pokoju by&#322;o czterech m&#281;&#380;czyzn, a pok&#243;j znajdowa&#322; si&#281; w miejscu, do kt&#243;rego nikt nie mia&#322; dost&#281;pu. Czterej m&#281;&#380;czy&#378;ni obrzucili si&#281; kr&#243;tkimi spojrzeniami, a potem wbili wzrok w st&#243;&#322;, kt&#243;ry ich rozdziela&#322;. Na stole sta&#322;y cztery butelki i tyle&#380; nape&#322;nionych szklanek, ale nikt nie wyci&#261;gn&#261;&#322; po nie r&#281;ki.

W ko&#324;cu m&#281;&#380;czyzna siedz&#261;cy tu&#380; przy drzwiach po&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; na stole i zacz&#261;&#322; wystukiwa&#263; palcami jaki&#347; rytm.

D&#322;ugo macie zamiar tak siedzie&#263; i martwi&#263; si&#281;?  spyta&#322;.  Czy to wa&#380;ne, kto zacznie?

No to zacznij ty  powiedzia&#322; pot&#281;&#380;ny m&#281;&#380;czyzna siedz&#261;cy naprzeciw niego.  Ty masz najwi&#281;cej powod&#243;w, &#380;eby si&#281; martwi&#263;.

Sennett Forell zachichota&#322; bezg&#322;o&#347;nie.

Bo my&#347;licie, &#380;e jestem najbogatszy. A mo&#380;e uwa&#380;acie, &#380;e skoro zacz&#261;&#322;em t&#281; histori&#281;, to powinienem ci&#261;gn&#261;&#263; j&#261; dalej. Nie przypuszczam, &#380;eby&#347;cie zapomnieli o tym, &#380;e to moja flota handlowa przechwyci&#322;a ten ich statek zwiadowczy.

Ty masz najwi&#281;ksz&#261; flot&#281;  rzek&#322; trzeci  i najlepszych pilot&#243;w, co znaczy, &#380;e jeste&#347; najbogatszy. To by&#322;o diabelne ryzyko, ale by&#322;oby jeszcze wi&#281;ksze dla kt&#243;rego&#347; z nas.

Sennett Forell znowu zachichota&#322;.

Sk&#322;onno&#347;&#263; do podejmowania ryzyka odziedziczy&#322;em po ojcu. W ko&#324;cu wa&#380;ne jest tylko to, czy op&#322;aci&#322;o si&#281; ryzykowa&#263;. A je&#347;li o to chodzi, to faktem jest, &#380;e nieprzyjacielski statek zosta&#322; odseparowany od reszty i przechwycony, zanim zd&#261;&#380;y&#322; ostrzec inne, i &#380;e nie odnie&#347;li&#347;my przy tym &#380;adnych strat.

O tym, &#380;e Forell jest dalekim krewnym wielkiego Hobera Mallowa m&#243;wi&#322;o si&#281; otwarcie w ca&#322;ej Fundacji. O tym, &#380;e jest jego nie&#347;lubnym synem m&#243;wi&#322;o si&#281; r&#243;wnie szeroko, lecz po cichu.

Czwarty zmru&#380;y&#322; swe ma&#322;e oczka i spojrza&#322; z ukosa. Wycedzi&#322; wolno:

Nie ma si&#281; co tak puszy&#263; z powodu z&#322;apania jednego stateczku. Najprawdopodobniej to tylko jeszcze bardziej rozw&#347;cieczy tego m&#322;odego cz&#322;owieka.

My&#347;lisz, &#380;e szuka pretekstu do zwady?  zapyta&#322; szyderczo Forell.

My&#347;l&#281;, &#380;e tak, a to mog&#322;oby mu oszcz&#281;dzi&#263; i mo&#380;e oszcz&#281;dzi zachodu. Hober Mallow dzia&#322;a&#322; inaczej  m&#243;wi&#322; wolno czwarty.  I Salvor Hardin. Oni dzia&#322;anie si&#322;&#261;, kt&#243;re nigdy nie wiadomo czym si&#281; sko&#324;czy, zostawiali innym, a sami po cichu, lecz skutecznie, snuli misterne intrygi.

Forell wzruszy&#322; ramionami.

Ten statek wart by&#322; zachodu. Pretekst mo&#380;na zawsze znale&#378;&#263; bez trudu, a z tego przynajmniej my te&#380; mamy jaki&#347; zysk.  Powiedzia&#322; to z zadowoleniem urodzonego handlarza.  Ten m&#322;ody cz&#322;owiek jest ze starego Imperium.

Wiedzieli&#347;my o tym  rzek&#322; drugi, z wyra&#378;nym zniecierpliwieniem.

Podejrzewali&#347;my to  poprawi&#322; go &#322;agodnie Forell.  Je&#347;li kto&#347; przybywa ze statkami i bogactwami, z zapewnieniami o przyja&#378;ni i z ofertami, handlowymi, to trzeba stara&#263; si&#281; jak mo&#380;na, &#380;eby go nie zrazi&#263;, dop&#243;ki si&#281; nie oka&#380;e, &#380;e przyjazna twarz to tylko maska. Ale teraz

Mogli&#347;my dzia&#322;a&#263; ostro&#380;niej  wtr&#261;ci&#322; trzeci, W jego g&#322;osie zabrzmia&#322;a jakby z lekka p&#322;aczliwa nuta.  Mogli&#347;my najpierw go przejrze&#263;. Mogli&#347;my go rozszyfrowa&#263;, zanim pozwolili&#347;my mu odlecie&#263;. To by&#322;oby najm&#261;drzejsze.

Ta sprawa by&#322;a dyskutowana i zosta&#322;a odrzucona  powiedzia&#322; Forell, podkre&#347;laj&#261;c to wymownym ruchem r&#281;ki.

Rz&#261;d jest mi&#281;kki  biadoli&#322; dalej trzeci.  Burmistrz to idiota.

Czwarty popatrzy&#322; po kolei na pozosta&#322;ych i wyj&#261;&#322; z ust niedopa&#322;ek cygara. Niedba&#322;ym ruchem wrzuci&#322; go do otworu po swej prawej r&#281;ce, gdzie bezg&#322;o&#347;nie rozpad&#322; si&#281;, znikn&#261;&#322; w b&#322;ysku anihilacji.

Powiedzia&#322; sarkastycznie:

My&#347;l&#281;, &#380;e gentleman, kt&#243;ry m&#243;wi&#322; ostatni, powiedzia&#322; tak tylko z przyzwyczajenia. Tutaj mo&#380;emy m&#243;wi&#263; otwarcie  rz&#261;d to my.

Odpowiedzia&#322; mu cichy pomruk zgody.

Czwarty skierowa&#322; spojrzenie swoich ma&#322;ych oczek na st&#243;&#322;.  Wobec tego zostawmy polityk&#281; rz&#261;du. Ten m&#322;ody cz&#322;owiek ten przybysz m&#243;g&#322; by&#263; potencjalnym klientem. Zdarza&#322;y si&#281; ju&#380; takie przypadki. Wszyscy trzej pr&#243;bowali&#347;cie nam&#243;wi&#263; go do zawarcia wst&#281;pnej umowy. Zawarli&#347;my ciche porozumienie, &#380;e nikt z nas nie b&#281;dzie tego robi&#322;, a mimo to pr&#243;bowali&#347;cie.

Ty te&#380;  warkn&#261;&#322; drugi.

Wiem o tym  powiedzia&#322; spokojnie czwarty.

Wi&#281;c zapomnijmy o tym, co powinni&#347;my byli zrobi&#263; wcze&#347;niej  przerwa&#322; Forell z wyra&#378;nym zniecierpliwieniem  i zastan&#243;wmy si&#281;, co powinni&#347;my zrobi&#263; teraz. Mogli&#347;my go uwi&#281;zi&#263; albo nawet zabi&#263;, ale co potem? Nawet teraz nie znamy jego, zamiar&#243;w, a w najgorszym razie i tak nie zdo&#322;aliby&#347;my zniszczy&#263; Imperium pozbawiaj&#261;c &#380;ycia jednego cz&#322;owieka. Mo&#380;e niezliczona liczba flot czeka tylko na to, &#380;eby nie powr&#243;ci&#322;.

W&#322;a&#347;nie  przytakn&#261;&#322; czwarty.  Mo&#380;e si&#281; wreszcie dowiemy, co ci si&#281; uda&#322;o wyci&#261;gn&#261;&#263; od ludzi z tego przechwyconego statku. Jestem za stary na takie gadanie.

To si&#281; da uj&#261;&#263; w paru s&#322;owach  powiedzia&#322; ponuro Forell.  To genera&#322; Imperium czy kto&#347; w tym rodzaju. M&#322;ody cz&#322;owiek, kt&#243;ry wykaza&#322; si&#281; geniuszem wojskowym, tak mi przynajmniej m&#243;wiono, i jest bo&#380;yszczem swoich ludzi. Zupe&#322;nie romantyczna kariera. To, co o nim opowiadaj&#261;, jest bez w&#261;tpienia w po&#322;owie zmy&#347;lone, ale nawet je&#347;li to odrzuci&#263;, i tak mamy do czynienia z niezwyk&#322;ym cz&#322;owiekiem.

Kto to opowiada?  spyta&#322; drugi.

Za&#322;oga przechwyconego statku. Wszystkie ich wypowiedzi mam zarejestrowane na mikrofilmie, kt&#243;ry trzymam w bezpiecznym miejscu. P&#243;&#378;niej, je&#380;eli chcecie, mo&#380;ecie go obejrze&#263;. Je&#347;li uwa&#380;acie, &#380;e to konieczne, mo&#380;ecie sami z nimi porozmawia&#263;. Poda&#322;em tylko najwa&#380;niejsze szczeg&#243;&#322;y.

Jak to od nich wydoby&#322;e&#347;? Sk&#261;d wiesz, &#380;e m&#243;wi&#261; prawd&#281;?

Forell zmarszczy&#322; brwi:

Nie cacka&#322;em si&#281; z nimi, m&#243;j panie. Dawa&#322;em im w ko&#347;&#263;, faszerowa&#322;em narkotykami tak, &#380;e prawie odchodzili od zmys&#322;&#243;w, i bezlito&#347;nie aplikowa&#322;em sond&#281;.

W dawnych czasach  powiedzia&#322; trzeci, zmieniaj&#261;c nagle temat  zastosowano by czyst&#261; psychologi&#281;. Metoda bezbolesna, rozumiecie, ale bardzo pewna. Nie ma mowy o oszustwie.

Mo&#380;na by du&#380;o m&#243;wi&#263; o tym, co by&#322;o w dawnych czasach  rzek&#322; Forell sucho.  Teraz mamy nowe czasy.

Ale czego chcia&#322; tutaj ten genera&#322;, ten romantyczny bohater?  spyta&#322; czwarty. Z jego pyta&#324; przebija&#322; niezno&#347;ny, m&#281;cz&#261;cy up&#243;r.

Forell spojrza&#322; na niego ostro.

My&#347;lisz, &#380;e opowiada swojej za&#322;odze o sekretach polityki pa&#324;stwa? Nic nie wiedz&#261;. W tym wzgl&#281;dzie nie mo&#380;na by&#322;o z nich absolutnie nic wydoby&#263;, a Galaktyka &#347;wiadkiem, &#380;e stara&#322;em si&#281;.

Pozostaje nam wobec tego

Wyci&#261;gn&#261;&#263; wnioski. To oczywiste  Forell znowu zaczai b&#281;bni&#263; palcami po stole.  Ten m&#322;ody, cz&#322;owiek jest jednym z dow&#243;dc&#243;w wojskowych Imperium, ale udawa&#322; ksi&#261;&#380;&#261;tko z gwiazd zagubionych w jakim&#347; zabitym deskami k&#261;cie Peryferii. Ju&#380; samo to Wystarczy, &#380;eby go zacz&#261;&#263; podejrzewa&#263; o z&#322;e zamiary. Je&#347;li przy tym wzi&#261;&#263; pod uwag&#281; charakter jego profesji oraz to, &#380;e Imperium raz ju&#380;, za &#380;ycia mego ojca, finansowa&#322;o napa&#347;&#263; na Fundacj&#281;, to nasza przysz&#322;o&#347;&#263; rysuje si&#281; nieweso&#322;o. Pierwszy atak nie powi&#243;d&#322; si&#281;. W&#261;tpi&#281;, &#380;eby Imperium darzy&#322;o nas mi&#322;o&#347;ci&#261;.

Nie znalaz&#322;e&#347; nic  spyta&#322; ostro&#380;nie czwarty  co dawa&#322;oby nam wi&#281;ksz&#261; pewno&#347;&#263;? Niczego nie ukrywasz?

Niczego nie mog&#281; ukry&#263;  odpar&#322; Forell, nie daj&#261;c wytr&#261;ci&#263; si&#281; z r&#243;wnowagi.  Poczynaj&#261;c od tej chwili, partykularne interesy i konkurencja handlowa przestaj&#261; si&#281; liczy&#263;. Musimy dzia&#322;a&#263; wsp&#243;lnie.

Patriotyzm?  w g&#322;osie trzeciego brzmia&#322;a wyra&#378;na drwina.

Do diab&#322;a z patriotyzmem  rzek&#322; spokojnie Forell.  Za przysz&#322;e Drugie Imperium nie da&#322;bym nawet krzty emanacji j&#261;drowej. My&#347;lisz, &#380;e zaryzykowa&#322;bym cho&#263;by jedn&#261; misj&#281; handlow&#261;, &#380;eby utorowa&#263; mu drog&#281;? Ale chyba nie przypuszczasz, &#380;e podb&#243;j Fundacji przez Imperium pomo&#380;e mnie albo tobie w interesach? Je&#347;li Imperium zwyci&#281;&#380;y, to pojawi si&#281; tu zaraz zgraja s&#281;p&#243;w czyhaj&#261;cych tylko na to, &#380;eby wyrwa&#263; sobie dobry k&#261;sek z trupa i podzieli&#263; si&#281; &#322;upem.

A tym &#322;upem jeste&#347;my my  doda&#322; sucho czwarty.

Drugi, kt&#243;ry od pewnego czasu nie odzywa&#322; si&#281;, uni&#243;s&#322; nagle z krzes&#322;a swe pot&#281;&#380;ne cia&#322;o i rzek&#322; gniewnie:

Po co to ca&#322;e gadanie? Imperium nie mo&#380;e zwyci&#281;&#380;y&#263;, prawda? Mamy gwarancj&#281; Seldona, &#380;e w ko&#324;cu stworzymy Drugie Imperium. To tylko jeszcze jeden kryzys. Do tej pory zdarzy&#322;y si&#281; ju&#380; trzy.

Tylko jeszcze jeden kryzys!  powt&#243;rzy&#322; Forell.  Tak, ale w czasie dw&#243;ch pierwszych mieli&#347;my Salvora Hardina, podczas drugiego by&#322; tu Hober Mallow. A kogo mamy teraz?

Popatrzy&#322; ponuro na pozosta&#322;ych i m&#243;wi&#322; dalej:

Seldonowskie regu&#322;y psychohistorii, na kt&#243;rych jest nam tak wygodnie polega&#263;, zak&#322;adaj&#261; prawdopodobnie jako jedn&#261; z wa&#380;nych zmiennych pewn&#261; normaln&#261; inicjatyw&#281; w podejmowaniu dzia&#322;a&#324; ze strony ludzi Fundacji. Prawa Seldona strzeg&#261; tych, kt&#243;rzy sami siebie strzeg&#261;.

Okazja czyni bohatera  rzek&#322; trzeci.  To te&#380; przys&#322;owie.

Nie mo&#380;na na to liczy&#263;  mrukn&#261;&#322; Forell.  W ka&#380;dym razie, nie jest to takie pewne. Wed&#322;ug mnie, sprawa wygl&#261;da tak. Je&#347;li to jest czwarty kryzys, to Seldon go przewidzia&#322;. A je&#347;li go przewidzia&#322;, to mo&#380;na go przezwyci&#281;&#380;y&#263; i powinien by&#263; na to jaki&#347; spos&#243;b.

Imperium jest teraz silniejsze ni&#380; my. Zreszt&#261; zawsze takie by&#322;o. Ale teraz po raz pierwszy jeste&#347;my nara&#380;eni na bezpo&#347;redni atak z ich strony, tak &#380;e dopiero teraz ich si&#322;a naprawd&#281; nam zagra&#380;a. A wi&#281;c, je&#347;li mo&#380;na ich pokona&#263;, to  jak w przypadku poprzednich kryzys&#243;w  nie mo&#380;na tego zrobi&#263; tylko si&#322;&#261;. Musi by&#263; jaki&#347; inny spos&#243;b. Musimy znale&#378;&#263; ich s&#322;aby punkt i tam uderzy&#263;.

A co jest tym s&#322;abym punktem?  spyta&#322; czwarty.  Masz jaki&#347; pomys&#322;?

Nie. W&#322;a&#347;nie do tego zmierzam. Nasi dawni przyw&#243;dcy zawsze dostrzegali s&#322;abe strony wroga i mierzyli w nie. Ale teraz

Urwa&#322; bezradnie. Przez chwil&#281; nikt nie odzywa&#322; si&#281;.

W ko&#324;cu czwarty przerwa&#322; milczenie:

Potrzebujemy szpieg&#243;w. Forell podchwyci&#322; to skwapliwie:

Tak jest! Nie wiem, kiedy Imperium zaatakuje. Mo&#380;e mamy jeszcze czas.

Hober Mallow sam uda&#322; si&#281; do Imperium  podda&#322; my&#347;l drugi.

Forell pokr&#281;ci&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261;.

To wykluczone. &#379;aden z nas nie jest ju&#380; m&#322;ody. Wyszli&#347;my z wprawy zajmuj&#261;c si&#281; biurow&#261; robot&#261; i zarz&#261;dzaniem. Potrzeba nam m&#322;odych ludzi, kt&#243;rzy orientuj&#261; si&#281; w terenie

Niezale&#380;ni handlarze?  spyta&#322; czwarty. Forell potakuj&#261;co kiwn&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i wyszepta&#322;:

Je&#347;li jeszcze mamy czas



Martwa r&#281;ka

Bel Riose przesta&#322; nerwowo chodzi&#263; z k&#261;ta w k&#261;t i spojrza&#322; na wchodz&#261;cego adiutanta.  Wiadomo ju&#380; co&#347; o Gwiazdce?

Nie. Grupa zwiadowcza przeczesa&#322;a przestrze&#324;, ale aparatura nic nie wykry&#322;a. Komandor Yume melduje, &#380;e flota jest gotowa do natychmiastowego uderzenia odwetowego.

Genera&#322; potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie, nie z powodu statku patrolowego. Jeszcze nie teraz. Przeka&#380; mu, &#380;eby podwoi&#322; Zaczekaj! Napisz&#281; rozkaz. Zaszyfrowa&#263; i przes&#322;a&#263; zwart&#261; wi&#261;zk&#261;!

M&#243;wi&#261;c to, pisa&#322;. Potem rzuci&#322; kartk&#281; czekaj&#261;cemu oficerowi.

Jest ju&#380; Siwe&#324;czyk?  Jeszcze nie.

Chc&#281; go widzie&#263; tutaj, jak tylko przyb&#281;dzie. Adiutant zasalutowa&#322; i wyszed&#322;. Riose zn&#243;w zacz&#261;&#322; kr&#261;&#380;y&#263; po pokoju jak zwierz w klatce.

Kiedy drzwi otworzy&#322;y si&#281; ponownie, stan&#261;&#322; w nich Ducem Barr. Wszed&#322; wolnym krokiem za prowadz&#261;cym go adiutantem do jasno o&#347;wietlonego pokoju, na kt&#243;rego suficie znajdowa&#322; si&#281; ozdobny, tr&#243;jwymiarowy model Galaktyki. W rogu pokoju sta&#322; Bel Riose w mundurze polowym.

Witaj, patrycjuszu!  Genera&#322; wysun&#261;&#322; nog&#261; krzes&#322;o ku niemu i odprawi&#322; adiutanta ruchem r&#281;ki, dodaj&#261;c:  Drzwi maj&#261; by&#263; zamkni&#281;te, dop&#243;ki sam ich nie otworz&#281;.

Stan&#261;&#322; przed Siwe&#324;czykiem na rozkraczonych nogach, z r&#281;koma za&#322;o&#380;onymi do ty&#322;u i zaczai si&#281; wolno, w zamy&#347;leniu, ko&#322;ysa&#263; na pi&#281;tach w prz&#243;d i w ty&#322;. W ko&#324;cu spyta&#322; szorstko:

Patrycjuszu, czy jest pan wiernym poddanym imperatora?

Barr, kt&#243;ry dot&#261;d zachowywa&#322; oboj&#281;tne milczenie, zmarszczy&#322; brwi i odpar&#322;:

Nie mam najmniejszego powodu, &#380;eby darzy&#263; imperatora mi&#322;o&#347;ci&#261;.

Z tego nie wynika jeszcze, &#380;e m&#243;g&#322;by pan zosta&#263; zdrajc&#261;.

Istotnie. Ale z tego, &#380;e nie jestem zdrajc&#261;, nie wynika jeszcze, &#380;e zgodzi&#322;bym si&#281; zosta&#263; sprzymierze&#324;cem.

Zasadniczo tak. Ale je&#347;li odm&#243;wi mi pan swojej pomocy w tym punkcie  rzek&#322; Riose niespiesznie  zostanie to uznane za zdrad&#281; i tak te&#380; potraktowane.

Barr &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; brwi.

Prosz&#281; zostawi&#263; swoje pogr&#243;&#380;ki dla podw&#322;adnych. Mnie wystarczy, je&#347;li pan po prostu powie, czego pan chce ode mnie.

Riose usiad&#322; i za&#322;o&#380;y&#322; nog&#281; na nog&#281;.

Rozmawiali&#347;my ju&#380; p&#243;&#322; roku temu, panie Barr.

O tych pa&#324;skich magach?

Tak. Pami&#281;ta pan, co zamierza&#322;em zrobi&#263;? Bar skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Jego r&#281;ce spoczywa&#322;y bezw&#322;adnie na brzuchu.

Zamierza&#322; pan poszuka&#263; ich w ich w&#322;asnej siedzibie. Nie by&#322;o pana przez ostatnie cztery miesi&#261;ce. Znalaz&#322; ich pan?

Czy ich znalaz&#322;em? Tak!  krzykn&#261;&#322; Riose i zacisn&#261;&#322; usta.

Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e z trudem panuje nad tym, aby nie zacz&#261;&#263; zgrzyta&#263; z&#281;bami.  Patrycjuszu, to nie magowie, to diab&#322;y! To nieprawdopodobne. Niech pan pomy&#347;li! &#346;wiat rozmiar&#243;w chusteczki do nosa, nawet nie  rozmiar&#243;w paznokcia, o zasobach naturalnych tak ma&#322;ych, sile tak mikroskopijnej i ludno&#347;ci tak nielicznej, &#380;e nie wystarczy&#322;oby to nawet najbardziej zacofanym prefekturom Czarnych Gwiazd, a jednak tak dumny i pyszny, &#380;e o&#347;miela si&#281; my&#347;le&#263;, i to wcale nie kryj&#261;c tego, o panowaniu nad Galaktyk&#261;!

Ba, s&#261; tak pewni siebie, &#380;e nawet si&#281; nie spiesz&#261; z wykonaniem swoich zamiar&#243;w. Wszystko robi&#261; wolno, flegmatycznie, m&#243;wi&#261;, &#380;e potrzeba na to stuleci. Poch&#322;aniaj&#261; &#347;wiaty bez po&#347;piechu, pe&#322;zn&#261;c przez systemy gwiezdne z b&#322;ogim i leniwym zadowoleniem z siebie.

I udaje si&#281; im. Nie ma nikogo, kto by ich powstrzyma&#322;. Stworzyli ohydn&#261; spo&#322;eczno&#347;&#263; handlarzy, kt&#243;ra obejmuje swoimi mackami systemy po&#322;o&#380;one dalej, ni&#380; o&#347;mielaj&#261; si&#281; si&#281;ga&#263; ich dziecinne stateczki. Ich handlarze, jak sami okre&#347;laj&#261; si&#281; ich agenci, penetruj&#261; ca&#322;e parseki przestrzeni.

Ducem Barr przerwa&#322; potok gniewnych s&#322;&#243;w:

Ile z tych informacji jest sprawdzonych, a ile wynika z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci?

Genera&#322; zaczerpn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko powietrza i uspokoi&#322; si&#281; troch&#281;.

W&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; mnie nie za&#347;lepia. Powiem panu, &#380;e odwiedzi&#322;em &#347;wiaty le&#380;&#261;ce bli&#380;ej Siwenny ni&#380; Fundacji, gdzie Imperium jest odleg&#322;ym mitem, a handlarze namacaln&#261; prawd&#261;. Nas samych brano za handlarzy.

To sama Fundacja o&#347;wiadczy&#322;a panu, &#380;e zmierza do panowania nad Galaktyk&#261;?

O&#347;wiadczy&#322;a!  Riose znowu wybuchn&#261;&#322;.  To nie by&#322;a sprawa o&#347;wiadczenia. Osoby oficjalne nic nie m&#243;wi&#322;y. Rozmawiali wy&#322;&#261;cznie o interesach. Ale rozmawia&#322;em ze zwyk&#322;ymi lud&#378;mi. Pozna&#322;em wyobra&#380;enia prostego ludu o jego oczywistym przeznaczeniu i niewzruszon&#261; wiar&#281; w czekaj&#261;c&#261; go wielk&#261; przysz&#322;o&#347;&#263;. To jest rzecz, kt&#243;rej nie mo&#380;na ukry&#263;, ten powszechny optymizm. Zreszt&#261; nie staraj&#261; si&#281; nawet tego ukrywa&#263;.

Siwe&#324;czyk rzek&#322; z cich&#261; satysfakcj&#261;:

Raczy pan zauwa&#380;y&#263;, &#380;e jak dot&#261;d wszystko zdaje si&#281; dok&#322;adnie zgadza&#263; z obrazem wypadk&#243;w zrekonstruowanym przeze mnie w oparciu o te mizerne dane, kt&#243;re uda&#322;o mi si&#281; zebra&#263;.

Przynosi to niew&#261;tpliwie zaszczyt pa&#324;skiej zdolno&#347;ci my&#347;lenia analitycznego  odpar&#322; Riose z sarkazmem.  Jest to tak&#380;e, z ich strony, szczera, cho&#263; pysza&#322;kowata ocena niebezpiecze&#324;stwa gro&#380;&#261;cego posiad&#322;o&#347;ciom Jego Wysoko&#347;ci Imperatora.

Barr wzruszy&#322; ramionami, okazuj&#261;c brak zainteresowania i Riose pochyli&#322; si&#281; nagle, chwyci&#322; go za ramiona i spojrza&#322; mu w oczy.

No, patrycjuszu, do&#347;&#263; tego! Nie chc&#281; by&#263; barbarzy&#324;c&#261;. Je&#347;li o mnie chodzi, to wrogi stosunek Siwe&#324;czyk&#243;w do Imperium jest mi nienawistnym ci&#281;&#380;arem i zrobi&#322;bym wszystko, co w mojej mocy, &#380;eby wymaza&#263; z&#322;e wspomnienia. Niestety, polem mojego dzia&#322;ania jest armia i nie mog&#281; si&#281; miesza&#263; do spraw cywilnych. Spowodowa&#322;oby to moje odwo&#322;anie i od razu przekre&#347;li&#322;o ca&#322;&#261; moj&#261; u&#380;yteczno&#347;&#263;. Rozumie pan? Wiem, &#380;e tak. A wi&#281;c, je&#347;li o nas dw&#243;ch chodzi, uznajmy, &#380;e zem&#347;ci&#322; si&#281; pan ju&#380; za okrucie&#324;stwa sprzed czterdziestu lat na ich sprawcy, i zapomnijmy o tym. Potrzebuj&#281; pa&#324;skiej pomocy. Otwarcie to przyznaj&#281;.

W g&#322;osie genera&#322;a brzmia&#322;a szczera pro&#347;ba, ale Ducem Barr pokr&#281;ci&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261;. Gest by&#322; &#322;agodny, lecz stanowczy.

Riose nie ust&#281;powa&#322;. Powiedzia&#322; b&#322;agalnie:

Nie rozumie mnie pan, patrycjuszu, i w&#261;tpi&#281;, czy potrafi&#281; pana przekona&#263;. Nie podejmuj&#281; si&#281; dyskusji z panem. To pan jest uczonym, nie ja. Ale jedno powiem. Bez wzgl&#281;du na to, co pan my&#347;li o Imperium, nie mo&#380;e pan nie uzna&#263; jego zas&#322;ug. Jego si&#322;y zbrojne dopuszczaj&#261; si&#281; niekiedy zbrodni, ale og&#243;lnie bior&#261;c strzeg&#261; pokoju i cywilizacji. To flota wojenna Imperium zaprowadzi&#322;a Pax Imperium, kt&#243;ry zapanowa&#322; w ca&#322;ej Galaktyce na dwa tysi&#261;ce lat. Niech pan por&#243;wna te dwa tysi&#261;clecia pokoju pod znakiem S&#322;o&#324;ca i Kosmolotu Imperium z dwoma tysi&#261;cleciami anarchii, kt&#243;ra je poprzedzi&#322;a. Niech pan pomy&#347;li o wojnach i zniszczeniach tej dawnej epoki i powie mi, czy  przy wszystkich jego wadach  Imperium nie jest warte zachowania.

Niech pan pomy&#347;li  m&#243;wi&#322; gwa&#322;townie  w co zamieni&#322;y si&#281; obrze&#380;a Galaktyki w naszych czasach, kiedy odrywaj&#261; si&#281; od Imperium i zdobywaj&#261; niezale&#380;no&#347;&#263; odleg&#322;e &#347;wiaty, i niech pan spyta swego sumienia, czy dla drobnej zemsty zgodzi&#322;by si&#281; pan na zdegradowanie Siwenny z roli prowincji pozostaj&#261;cej pod ochron&#261; pot&#281;&#380;nej floty wojennej do pozycji barbarzy&#324;skiego &#347;wiata w barbarzy&#324;skiej Galaktyce, ca&#322;kowicie pogr&#261;&#380;onej, wraz z jej cz&#261;stkow&#261; wolno&#347;ci&#261;, w powszechnej n&#281;dzy i nikczemno&#347;ci.

Czy jest a&#380; tak &#378;le?  spyta&#322; Siwe&#324;czyk.  Ju&#380; teraz?

Nie  przyzna&#322; Riose.  My sami byliby&#347;my bez w&#261;tpienia bezpieczni, nawet gdyby&#347;my mieli &#380;y&#263; czterokrotnie d&#322;u&#380;ej. Ale ja walcz&#281; dla Imperium, dla niego i dla tradycji wojskowej, co ma pewne znaczenie dla mnie osobi&#347;cie i czego nie potrafi&#281; panu wyt&#322;umaczy&#263;. To jest tradycja instytucji, kt&#243;rej s&#322;u&#380;&#281;.

Zaczyna pan m&#243;wi&#263; jak mistyk, a mnie jest zawsze trudno zrozumie&#263; mistycyzm innego cz&#322;owieka.

To niewa&#380;ne. Pojmuje pan chyba, jakie niebezpiecze&#324;stwo grozi nam ze strony tej Fundacji.

To przecie&#380; ja wskaza&#322;em panu na to, co nazywa pan niebezpiecze&#324;stwem, zanim jeszcze wytkn&#261;&#322; pan nos poza Siwenn&#281;.

A zatem zdaje pan sobie spraw&#281; z tego, &#380;e trzeba to zdusi&#263; w zarodku, bo w przeciwnym razie trzeba b&#281;dzie by&#263; mo&#380;e pogodzi&#263; si&#281; z przegran&#261;. Pan wiedzia&#322; o tej Fundacji, zanim ktokolwiek o niej us&#322;ysza&#322;. Pan wie o niej. wi&#281;cej ni&#380; ktokolwiek inny w Imperium. Prawdopodobnie wie pan r&#243;wnie&#380; jak najskuteczniej ich zaatakowa&#263;, i prawdopodobnie mo&#380;e mnie pan ostrzec przed ich przeciwdzia&#322;aniem. No, prosz&#281;, zosta&#324;my przyjaci&#243;&#322;mi.

Ducem Barr wsta&#322;. Powiedzia&#322; stanowczym tonem:

Pomoc, kt&#243;rej m&#243;g&#322;bym panu udzieli&#263;, jest niewiele warta. A wi&#281;c, wobec pana stanowczego &#380;&#261;dania, obiecuj&#281; j&#261; panu.

To ja oceni&#281; jej znaczenie.

M&#243;wi&#281; powa&#380;nie. Nawet ca&#322;a pot&#281;ga Imperium nie zdo&#322;a zniszczy&#263; tego lilipuciego &#347;wiata.

A dlaczeg&#243;&#380; to?  w oczach Bel Riose'a pojawi&#322; si&#281; gniewny b&#322;ysk.  Nie, prosz&#281; zosta&#263; na miejscu. Powiem panu, kiedy b&#281;dzie pan m&#243;g&#322; odej&#347;&#263;. Dlaczego? Je&#347;li s&#261;dzi pan, &#380;e nie doceniam wroga, kt&#243;rego odkry&#322;em, to jest pan w b&#322;&#281;dzie. Patrycjuszu  rzek&#322; z wahaniem  wracaj&#261;c, straci&#322;em statek. Nie mam &#380;adnego dowodu, &#380;e wpad&#322; w r&#281;ce ludzi z Fundacji, ale do tej pory nie odnaleziono go, a gdyby by&#322; to zwyk&#322;y wypadek, jego wrak znaleziono by na pewno gdzie&#347; na tym szlaku, kt&#243;rym wraca&#322;em. Nie jest to powa&#380;na strata, nawet mniej bolesna ni&#380; uk&#261;szenie pch&#322;y, ale mo&#380;e to znaczy&#263;, &#380;e Fundacja podj&#281;&#322;a ju&#380; wrogie dzia&#322;ania,. Taka pop&#281;dliwo&#347;&#263; i takie nieliczenie si&#281; z konsekwencjami mo&#380;e oznacza&#263;, &#380;e posiadaj&#261; jak&#261;&#347; tajn&#261; bro&#324;, o kt&#243;rej nic nie wiem. Czy mo&#380;e mi pan pom&#243;c i odpowiedzie&#263; na konkretne pytanie? Jaki maj&#261; potencja&#322; militarny?

Nie mam &#380;adnego poj&#281;cia.

A zatem niech mi pan to wyja&#347;ni, u&#380;ywaj&#261;c w&#322;asnych termin&#243;w. Dlaczego powiedzia&#322; pan, &#380;e Imperium nie mo&#380;e pokona&#263; tak s&#322;abego przeciwnika?

Siwe&#324;czyk ponownie usiad&#322; i odwr&#243;ci&#322; wzrok od wpatruj&#261;cego si&#281; we&#324; uwa&#380;nie Riose'a. Powiedzia&#322; ci&#281;&#380;ko:

Poniewa&#380; wierz&#281; w zasady psychohistorii. To dziwna nauka. Osi&#261;gn&#281;&#322;a pe&#322;ni&#281; rozwoju i matematyczn&#261; precyzj&#281; za spraw&#261; jednego cz&#322;owieka, Hari Seldona, i z nim odesz&#322;a, gdy&#380; od tamtej pory nikt nie by&#322; w stanie poradzi&#263; sobie z jej zawi&#322;ymi wzorami. Ale w tym kr&#243;tkim okresie dowiod&#322;a, &#380;e jest najpot&#281;&#380;niejszym instrumentem, jaki kiedykolwiek wynaleziono dla bada&#324; nad ludzko&#347;ci&#261;. Nie kryj&#261;c, &#380;e nie jest w stanie przewidzie&#263; zachowa&#324; poszczeg&#243;lnych jednostek, sformu&#322;owa&#322;a &#347;cis&#322;e prawa pozwalaj&#261;ce przewidzie&#263; i ukierunkowa&#263; na drodze analizy matematycznej i ekstrapolacji masowe dzia&#322;ania grup ludzi.

A wi&#281;c

Tej w&#322;a&#347;nie psychohistorii u&#380;y&#322; w ca&#322;ej rozci&#261;g&#322;o&#347;ci Seldon i jego zesp&#243;&#322; do ustanowienia Fundacji. Miejsce, czas, warunki  wszystko to sk&#322;ada si&#281; matematycznie, a wi&#281;c nieuchronnie, na pomy&#347;lno&#347;&#263; i rozw&#243;j Og&#243;lnego Imperium. G&#322;os Riose'a dr&#380;a&#322; z oburzenia:

Chce pan powiedzie&#263;, &#380;e ta jego sztuka przewiduje, &#380;e ja napadn&#281; na Fundacj&#281; i przegram tak&#261; i tak&#261; bitw&#281; z takiego i takiego powodu?! Pr&#243;buje mi pan wm&#243;wi&#263;, &#380;e jestem g&#322;upim robotem pod&#261;&#380;aj&#261;cym &#347;lepo ku zag&#322;adzie wcze&#347;niej ustalon&#261; drog&#261;?

Nie  odpar&#322; ostro stary patrycjusz.  Powiedzia&#322;em ju&#380;, &#380;e ta nauka nie zajmuje si&#281; indywidualnymi dzia&#322;aniami. Zosta&#322;o przewidziane tylko szersze t&#322;o wydarze&#324;.

A wi&#281;c trzyma nas mocno w gar&#347;ci Bogini Historycznej Konieczno&#347;ci?

Psychohistorycznej Konieczno&#347;ci  poprawi&#322; go spokojnie Barr.

A je&#347;li skorzystam ze swej prerogatywy  z wolnej woli? Je&#347;li zdecyduj&#281; si&#281; uderzy&#263; w przysz&#322;ym roku albo postanowi&#281; nie atakowa&#263; w og&#243;le? Jak gi&#281;tka jest ta Bogini? Jak zaradna? Barr wzruszy&#322; ramionami.

Mo&#380;e pan zaatakowa&#263; teraz lub nigdy, jednym statkiem lub wszystkimi si&#322;ami Imperium, mo&#380;e pan u&#380;y&#263; presji ekonomicznej, wypowiedzie&#263; otwarcie wojn&#281; lub uderzy&#263; podst&#281;pem. Niech pan robi, co pan zapragnie, korzystaj&#261;c w najwy&#380;szym stopniu z wolnej woli. I tak pan przegra.

Z powodu martwej r&#281;ki Hariego Seldona?

Z powodu martwej r&#281;ki  je&#347;li pan to tak okre&#347;la  matematyki ludzkiego zachowania, r&#281;ki. kt&#243;rej nie mo&#380;na ani powstrzyma&#263;, ani zwr&#243;ci&#263; w inn&#261; stron&#281;, ani op&#243;&#378;ni&#263; jej ruchu.

Patrzyli sobie przez chwil&#281; w oczy, nic nie m&#243;wi&#261;c, a&#380; w ko&#324;cu genera&#322; odst&#261;pi&#322; do ty&#322;u. Powiedzia&#322;:

Podejmuj&#281; wyzwanie. Martwa r&#281;ka przeciw &#380;ywej woli.



Imperator

Cleon II potocznie zwany Wielkim. Ostatni silny w&#322;adca Pierwszego Imperium. Jego d&#322;ugie panowanie by&#322;o okresem politycznego i kulturalnego odrodzenia. Najcz&#281;&#347;ciej jednak jego imi&#281; pojawia si&#281; w fantastycznych opowie&#347;ciach w zwi&#261;zku z Bel Riosem, tote&#380; dla zwyk&#322;ych ludzi jest on po prostu Panem Riose'a. Wypadki, kt&#243;re zdarzy&#322;y si&#281; w czasie ostatniego roku jego panowania nie powinny przes&#322;oni&#263; czterdziestu lat

Encyklopedia Galaktyczna


Cleon II by&#322; W&#322;adc&#261; Wszech&#347;wiata. Cleon II cierpia&#322; na bolesne, lecz nierozpoznane schorzenie. Dziwnym zbiegiem rzeczy, charakterystycznym dla ludzkich los&#243;w, te dwa stwierdzenia nie wykluczaj&#261; si&#281; wzajemnie ani nie s&#261; szczeg&#243;lnie niesp&#243;jne. Historia dostarcza a&#380; nadto podobnych przyk&#322;ad&#243;w.

Nie by&#322;o to jednak dla Cleona II &#380;adn&#261; pociech&#261;. Studiowanie d&#322;ugiej listy podobnych przypadk&#243;w nie zmniejsza&#322;o jego w&#322;asnego cierpienia nawet o marny elektron. R&#243;wnie mizern&#261; pociech&#261; by&#322;a &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e jeszcze jego dziad by&#322; zaledwie piratem rz&#261;dz&#261;cym jak&#261;&#347; zagubion&#261; planet&#261;, a on sam rezydowa&#322; w zbytkownym pa&#322;acu Ammenetika Wielkiego jako spadkobierca d&#322;ugiej linii w&#322;adc&#243;w Galaktyki, kt&#243;rej pocz&#261;tek gin&#261;&#322; w pomroce dziej&#243;w. Nie sprawia&#322;a mu teraz &#380;adnej rado&#347;ci my&#347;l, &#380;e dzi&#281;ki wysi&#322;kom jego ojca zduszone zosta&#322;y wszelkie odruchy rebelii i w Imperium zapanowa&#322;y harmonia i pok&#243;j jak w czasach Stannela VI, i &#380;e skutkiem tego, podczas dwudziestu pi&#281;ciu lat jego panowania najmniejszy przejaw buntu nie przes&#322;oni&#322; ani na chwil&#281; blasku jego s&#322;awy.

W&#322;adca Galaktyki i Pan Wszystkiego j&#281;kn&#261;&#322; sk&#322;adaj&#261;c g&#322;ow&#281; na poduszki otoczone orze&#378;wiaj&#261;cym polem si&#322;owym. Podda&#322; si&#281; jego &#322;agodnemu dzia&#322;aniu i czuj&#261;c przyjemne mrowienie, rozlu&#378;ni&#322; si&#281; nieco. Uni&#243;s&#322; si&#281; z trudem, siad&#322; na &#322;o&#380;u i wpatrzy&#322; si&#281; smutnym wzrokiem w odleg&#322;e &#347;ciany wielkiej komnaty. Nie by&#322; to odpowiedni pok&#243;j dla samotnej osoby. By&#322; zbyt du&#380;y. Wszystkie pokoje by&#322;y zbyt du&#380;e.

Lepiej wszak&#380;e by&#263; samotnym podczas tych okropnych napad&#243;w b&#243;lu ni&#380; znosi&#263; widok napuszonych dworak&#243;w, ich niezmierne wsp&#243;&#322;czucie i pokorne przygn&#281;bienie. Lepiej cierpie&#263; samotnie ni&#380; ogl&#261;da&#263; te przygn&#281;bione twarze b&#281;d&#261;ce maskami, kt&#243;re kryj&#261; zwyk&#322;e wyrachowanie i spekulacje na temat czasu jego &#347;mierci i los&#243;w korony.

Ta my&#347;l przygn&#281;bi&#322;a go jeszcze bardziej. Mia&#322; trzech syn&#243;w, trzech dorodnych i obiecuj&#261;cych m&#322;odzie&#324;c&#243;w. Gdzie si&#281; oni podziewaj&#261;? Na pewno czekaj&#261;. Jeden &#347;ledzi drugiego, a wszyscy bacznie obserwuj&#261; ojca.

Poruszy&#322; si&#281; niespokojnie. A teraz Brodrig b&#322;aga o audiencj&#281;. Nisko urodzony, wierny Brodrig. Wierny, poniewa&#380; serdecznie znienawidzony przez tuzin dworskich koterii ca&#322;kowicie zgodnych w tym jednym jedynym punkcie.

Brodrig  faworyt, kt&#243;ry musi by&#263; wierny, gdy&#380; jedynie posiadanie najszybszego statku w Imperium i dotarcie do niego w dniu &#347;mierci Imperatora mog&#322;oby go uchroni&#263; przed komor&#261; atomow&#261;.

Cleon II dotkn&#261;&#322; g&#322;adkiej ga&#322;ki umieszczonej na oparciu otomany i pot&#281;&#380;ne drzwi w ko&#324;cu komnaty rozp&#322;yn&#281;&#322;y si&#281; jak ob&#322;ok mg&#322;y.

Pojawi&#322; si&#281; w nich Brodrig. Przeszed&#322; po purpurowym dywanie i przykl&#281;kn&#261;&#322;, aby uca&#322;owa&#263; zwisaj&#261;c&#261; bezw&#322;adnie d&#322;o&#324; Imperatora.

Jak zdrowie, panie?  spyta&#322; Tajny Sekretarz z obaw&#261; w g&#322;osie.

&#379;yj&#281;  burkn&#261;&#322; Imperator z rozdra&#380;nieniem  je&#347;li mo&#380;na tak okre&#347;li&#263; fakt, &#380;e ka&#380;dy &#322;otr, kt&#243;ry potrafi przeczyta&#263; ksi&#261;&#380;k&#281; lekarsk&#261;, traktuje mnie jak poligon do&#347;wiadczalny. Je&#347;li jest jeszcze w og&#243;le jaki&#347; &#347;rodek, chemiczny, fizyczny czy j&#261;drowy, kt&#243;rego na mnie nie wypr&#243;bowano, to za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e jutro przyb&#281;dzie tu gdzie&#347; z odleg&#322;ego k&#261;ta Imperium jaki&#347; uczony gadu&#322;a, aby sprawdzi&#263; jego dzia&#322;anie. I znowu b&#281;dzie si&#281; powo&#322;ywa&#322; na autorytet jakiej&#347; nowo odkrytej, a raczej podrobionej ksi&#261;&#380;ki.

Na pami&#281;&#263; mego ojca!  krzykn&#261;&#322; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261;  zdaje si&#281;, &#380;e nie ma ju&#380; ani jednego medyka, kt&#243;ry by potrafi&#322; bada&#263; chorego, patrz&#261;c na&#324; w&#322;asnymi oczyma! &#379;aden z nich nie potrafi nawet zmierzy&#263; pulsu bez pomocy staro&#380;ytnych ksi&#261;g. Jeste&#347;my chorzy, a oni nie wiedz&#261; na co. G&#322;upcy! Je&#347;li pojawi&#261; si&#281; nowe choroby, to jako nierozpoznane i nieopisane przez staro&#380;ytnych, pozostan&#261; na zawsze nieuleczalne. Staro&#380;ytni powinni &#380;y&#263; teraz albo ja wtedy.

Imperator zakl&#261;&#322; cicho. Brodrig czeka&#322; pokornie. Cleon II spyta&#322; z rozdra&#380;nieniem wskazuj&#261;c ruchem g&#322;owy drzwi:

Ilu czeka?

Wielka Sala pomie&#347;ci&#322;a normaln&#261; liczb&#281;  odpar&#322; cierpliwie Brodrig.

Niech czekaj&#261;. Jestem zaj&#281;ty sprawami pa&#324;stwa. Niech to oznajmi dow&#243;dca stra&#380;y. Albo nie, niech nie m&#243;wi o sprawach pa&#324;stwa. Niech powie po prostu, &#380;e nie udzielam &#380;adnych audiencji i niech, m&#243;wi&#261;c to, wygl&#261;da na zmartwionego. Mo&#380;e te hieny, kt&#243;re tam s&#261;, same si&#281; zdradz&#261;  doda&#322; z&#322;o&#347;liwie.

Kr&#261;&#380;y plotka, panie  rzek&#322; g&#322;adko Brodrig  &#380;e chorujesz na serce.

Imperator u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szyderczo:

Je&#347;li kto&#347;, opieraj&#261;c si&#281; na tej plotce, zacznie dzia&#322;a&#263; przedwcze&#347;nie, to inni odczuj&#261; to bole&#347;niej ni&#380; ja. Ale m&#243;w, czego chcesz. Niech to ju&#380; b&#281;dzie za nami.

Brodrig podni&#243;s&#322; si&#281; z kl&#281;czek i stan&#261;&#322; w pokornej postawie.

To dotyczy genera&#322;a Bel Riose'a, Wojskowego Gubernatora Siwenny  rzek&#322;.

Riose'a?  Cleon II zmarszczy&#322; brwi.  Nic mi nie m&#243;wi to nazwisko. Zaczekaj, to ten, kt&#243;ry przys&#322;a&#322; ten donkiszotowski meldunek kilka miesi&#281;cy temu? Tak, teraz sobie przypominam. Pragn&#261;&#322; zosta&#263; zdobywc&#261; ku chwale Imperium i Imperatora i prosi&#322; o zgod&#281; na to.

Istotnie, panie. Imperator za&#347;mia&#322; si&#281; kr&#243;tko.

Czy przypuszcza&#322;e&#347;, Brodrig, &#380;e mam jeszcze takich genera&#322;&#243;w? On zdaje si&#281; by&#263; dziwnym prze&#380;ytkiem. Jaka by&#322;a odpowied&#378;? Mam nadziej&#281;, &#380;e zaj&#261;&#322;e&#347; si&#281; tym.

Tak, panie. Polecono mu, aby przys&#322;a&#322; dodatkowe informacje i nie podejmowa&#322; &#380;adnych dzia&#322;a&#324; zbrojnych bez rozkazu z Imperium.

Hmm Do&#347;&#263; przezornie. Kto to jest ten Riose? Czy by&#322; kiedy&#347; na dworze?

Brodrig kiwn&#261;&#322; twierdz&#261;co g&#322;ow&#261;, a jego usta lekko si&#281; wykrzywi&#322;y.

Zaczyna&#322; jako kadet gwardii dziesi&#281;&#263; lat temu. Mia&#322; udzia&#322; w tej sprawie w pobli&#380;u Skupiska Lemula.

Skupiska Lemula? Pami&#281;&#263; mi niezupe&#322;nie Czy to by&#322;o wtedy, kiedy jaki&#347; m&#322;ody &#380;o&#322;nierz uchroni&#322; dwa liniowce przed zderzeniem czo&#322;owym robi&#261;c no co&#347; tam?  Machn&#261;&#322; r&#281;k&#261; ze zniecierpliwieniem.  Nie pami&#281;tam szczeg&#243;&#322;&#243;w. By&#322; to jaki&#347; bohaterski wyczyn.

Tym &#380;o&#322;nierzem by&#322; Riose. Dosta&#322; za to awans  powiedzia&#322; sucho Brodrig  i nominacj&#281; na kapitana statku.

A teraz, w tak m&#322;odym wieku, jest ju&#380; Gubernatorem Wojskowym systemu gwiezdnego na pograniczu. Zdolny cz&#322;owiek!

Niebezpieczny, panie. On &#380;yje przesz&#322;o&#347;ci&#261;. Marzy o dawnych czasach, a raczej o ich mitycznym obrazie. Tacy ludzie s&#261; sami w sobie nieszkodliwi, ale ich zupe&#322;ny brak realizmu sprawia, &#380;e staj&#261; si&#281; narz&#281;dziami w r&#281;kach innych.

Jego ludzie  doda&#322;  s&#261;, jak mi wiadomo, ca&#322;kowicie pod jego urokiem. On jest jednym z lubianych genera&#322;&#243;w.

Tak?  rzek&#322; Imperator z zadum&#261;.  No, c&#243;&#380;, Brodrig, nie chcia&#322;bym, &#380;eby s&#322;u&#380;yli mi tylko ignoranci. Ci ostatni z pewno&#347;ci&#261; nie s&#261; wzorem wierno&#347;ci.

Zdrajca-ignorant nie stwarza &#380;adnego zagro&#380;enia. To raczej przed zdolnymi trzeba mie&#263; si&#281; na baczno&#347;ci.

Przed tob&#261; r&#243;wnie&#380;, Brodrig?  roze&#347;mia&#322; si&#281; Cleon II, ale zaraz wykrzywi&#322; mu twarz grymas b&#243;lu.  A zatem daruj sobie na razie ten wyk&#322;ad. Co nowego w spawie tego m&#322;odego zdobywcy? Mam nadziej&#281;, &#380;e nie przyszed&#322;e&#347; tu tylko po to, &#380;eby mi o nim przypomnie&#263;.

Otrzymali&#347;my, panie, nast&#281;pny meldunek od genera&#322;a Riose'a.

Ach, tak? O czym?

Odkry&#322; kraj tych barbarzy&#324;c&#243;w i zaleca ekspedycj&#281; wojskow&#261;. Przedstawia liczne i nudne argumenty na rzecz takiego dzia&#322;ania. Nie warto nimi teraz zanudza&#263; Waszej Imperatorskiej Mo&#347;ci. Tym bardziej, &#380;e zostan&#261; one szczeg&#243;&#322;owo om&#243;wione na posiedzeniu Rady.  Spojrza&#322; z ukosa na Imperatora.

Cleon II zachmurzy&#322; si&#281;.

Rady? Czy to sprawa dla nich, Brodrig? B&#281;dzie to oznacza&#263; dalsze &#380;&#261;dania szerszego zastosowania Karty Praw. Zawsze si&#281; na tym ko&#324;czy.

Nie mo&#380;na tego unikn&#261;&#263;, panie. By&#322;oby lepiej, gdyby czcigodny dziad Waszej Wysoko&#347;ci rozprawi&#322; si&#281; z ostatni&#261; rebeli&#261; bez przyznawania Karty Praw. Skoro jednak sta&#322;o si&#281; inaczej, musimy jeszcze przez pewien czas liczy&#263; si&#281; z ni&#261;.

My&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;. Zatem musi to przej&#347;&#263; przez Rad&#281; Lord&#243;w. Ale, cz&#322;owieku, sk&#261;d to namaszczenie? To w ko&#324;cu sprawa mniejszej wagi. Zwyci&#281;stwo gdzie&#347; na dalekiej granicy odniesione przy udziale ma&#322;ej liczby wojska nie jest spraw&#261; wagi pa&#324;stwowej.

Brodrig u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko. Powiedzia&#322; ch&#322;odno:

To sprawa romantycznego idioty, ale nawet romantyczny idiota mo&#380;e si&#281; sta&#263; &#347;miertelnie niebezpieczn&#261; broni&#261; w r&#281;kach nieromantycznego rebelianta. Panie, ten cz&#322;owiek by&#322; popularny tutaj i popularny jest tam. Jest m&#322;ody. Je&#347;li przy&#322;&#261;czy do Imperium jedn&#261; czy dwie barbarzy&#324;skie planety, to stanie si&#281; zdobywc&#261;. Ot&#243;&#380; m&#322;ody zdobywca, kt&#243;ry dowi&#243;d&#322;, &#380;e jest zdolny wzbudzi&#263; entuzjazm pilot&#243;w, g&#243;rnik&#243;w, sprzedawc&#243;w i innej ho&#322;oty, jest zawsze niebezpieczny. Nawet gdyby nie mia&#322; ochoty post&#261;pi&#263; z tob&#261;, panie, tak, jak tw&#243;j czcigodny ojciec post&#261;pi&#322; z tym uzurpatorem Rickertem, to i tak kt&#243;ry&#347; z lojalnych Pan&#243;w Imperium nie omieszka&#322;by pos&#322;u&#380;y&#263; si&#281; nim jako swym narz&#281;dziem.

Cleon II poruszy&#322; szybko r&#281;k&#261; i zamar&#322; z b&#243;lu. Powoli wraca&#322; do siebie, ale u&#347;miech jego by&#322; nik&#322;y, a g&#322;os przeszed&#322; w szept:

Jeste&#347; nieocenionym s&#322;ug&#261;, Brodrig. Wsz&#281;dzie w&#281;szysz niebezpiecze&#324;stwo i wystarczy, je&#347;li zastosuj&#281; tylko po&#322;ow&#281; z zalecanych przez ciebie &#347;rodk&#243;w ostro&#380;no&#347;ci, &#380;ebym by&#322; ca&#322;kowicie bezpieczny  Przeka&#380;emy to Radzie Lord&#243;w. Zobaczymy, co powiedz&#261; i podejmiemy odpowiednie kroki. Mam nadziej&#281;, &#380;e ten m&#322;ody cz&#322;owiek nie rozpocz&#261;&#322; jeszcze dzia&#322;a&#324; zbrojnych.

Nie donosi o &#380;adnych dzia&#322;aniach. Ale ju&#380; prosi o posi&#322;ki.

O posi&#322;ki!  Imperator otworzy&#322; szeroko oczy ze zdumienia.  Jak&#261; si&#322;&#261; rozporz&#261;dza?

Dziesi&#281;&#263; liniowc&#243;w, panie, i pe&#322;na obsada statk&#243;w pomocniczych. Dwa statki wyposa&#380;one s&#261; w silniki uratowane ze statk&#243;w starej Wielkiej Floty, a jeden ma bateri&#281; dzia&#322; z tego samego &#378;r&#243;d&#322;a. Pozosta&#322;e statki to produkcja ostatnich pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu lat, ale wszystkie s&#261; w pe&#322;ni sprawne.

Wydawa&#322;oby si&#281;, &#380;e dziesi&#281;&#263; statk&#243;w powinno wystarczy&#263; do ka&#380;dego rozs&#261;dnego przedsi&#281;wzi&#281;cia. Przecie&#380; m&#243;j ojciec mia&#322; mniej statk&#243;w, gdy odnosi&#322; swoje pierwsze zwyci&#281;stwa nad uzurpatorem. Kim s&#261; ci barbarzy&#324;cy, z kt&#243;rymi chce walczy&#263;?

Tajny Sekretarz uni&#243;s&#322; dumne brwi.

Okre&#347;la ich mianem Fundacji.

Fundacji? A co to takiego?

Nie ma o nich &#380;adnej wzmianki, panie. Dok&#322;adnie przeszuka&#322;em archiwa. S&#261; pewne luki w dokumentach odnosz&#261;cych si&#281; do obszaru Galaktyki, kt&#243;ry dawniej by&#322; Prowincj&#261; Anakreona, a dwa wieki temu sta&#322; si&#281; terenem rozboj&#243;w i pogr&#261;&#380;y&#322; si&#281; w barbarzy&#324;stwie i anarchii. Jednak&#380;e, nie ma w tej prowincji planety, kt&#243;ra znana by&#322;aby jako Fundacja. Jest tam jaka&#347; lu&#378;na wzmianka o grupie uczonych wys&#322;anej do tej prowincji na kr&#243;tko przed jej oderwaniem si&#281; od Imperium. Mieli oni przygotowa&#263; jak&#261;&#347; encyklopedi&#281;  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko.  Zdaje mi si&#281;, &#380;e nazywa&#322;o si&#281; to Fundacja Encyklopedyczna.

No, c&#243;&#380;  Imperator zas&#281;pi&#322; si&#281;  to jest zbyt nik&#322;y trop, &#380;eby nim pod&#261;&#380;a&#263;.

Nie pod&#261;&#380;am nim, panie. Po nastaniu anarchii w tym regionie nie otrzymano od nich &#380;adnej wie&#347;ci. Je&#347;li jeszcze &#380;yj&#261; ich potomkowie i je&#347;li zachowali t&#281; nazw&#281;, to najprawdopodobniej stali si&#281; barbarzy&#324;cami.

A wi&#281;c chce posi&#322;k&#243;w  Imperator spojrza&#322; zbola&#322;ym wzrokiem na swego sekretarza.  To zastanawiaj&#261;ce  chcie&#263; walczy&#263; z dzikusami si&#322;&#261; dziesi&#281;ciu statk&#243;w i prosi&#263; o wsparcie zanim si&#281; zada&#322;o pierwszy cios. A jednak przypominam sobie tego Riose'a  by&#322; to przystojny ch&#322;opiec z porz&#261;dnej i lojalnej rodziny. Brodrig, s&#261; tu jakie&#347; niejasno&#347;ci, kt&#243;rych nie mog&#281; rozwik&#322;a&#263;. To mo&#380;e by&#263; wa&#380;niejsze ni&#380; si&#281; wydaje.

Jego palce porusza&#322;y si&#281; machinalnie po b&#322;yszcz&#261;cym prze&#347;cieradle, kt&#243;re okrywa&#322;o jego sztywniej&#261;ce nogi.

Potrzebuj&#281; tam cz&#322;owieka, kt&#243;ry potrafi dobrze patrze&#263;, umie my&#347;le&#263; i jest lojalny  rzek&#322;.  Brodrig, Sekretarz pokornie pochyli&#322; g&#322;ow&#281;.

A co ze statkami, panie?

Jeszcze nie teraz!  Imperator j&#281;kn&#261;&#322; lekko, wolno zmieniaj&#261;c pozycj&#281;. Podni&#243;s&#322; dr&#380;&#261;cy palec.  Poczekamy, a&#380; b&#281;dziemy wiedzie&#263; wi&#281;cej. Zwo&#322;aj posiedzenie Rady Lord&#243;w od dzi&#347; za tydzie&#324;. B&#281;dzie to r&#243;wnie&#380; dobra okazja do wyst&#261;pienia o nowe kredyty. Albo je uzyskam, albo polec&#261; g&#322;owy.

Z&#322;o&#380;y&#322; obola&#322;&#261; g&#322;ow&#281; na &#322;agodz&#261;c&#261; cierpienie poduszk&#281; otoczon&#261; polem si&#322;owym.

Id&#378; ju&#380;, Brodrig, i przy&#347;lij tu lekarza. To najgorszy kr&#281;tacz z tej ca&#322;ej bandy.



Zaczyna si&#281; wojna

Z promieniuj&#261;cego punktu oznaczaj&#261;cego Siwenn&#281; si&#322;y zbrojne Imperium zapuszcza&#322;y si&#281; ostro&#380;nie w czarn&#261;, nieznan&#261; otch&#322;a&#324; Peryferii. Olbrzymie statki przemierza&#322;y rozleg&#322;e obszary przestrzeni mi&#281;dzy rozrzuconymi na skraju Galaktyki gwiazdami otaczaj&#261;c przypuszczalne granice strefy wp&#322;yw&#243;w Fundacji.

Ziemie &#347;wiat&#243;w pogr&#261;&#380;onych od dw&#243;ch stuleci w mrokach barbarzy&#324;stwa znowu depta&#322;y stopy w&#322;adc&#243;w Imperium. Pod presj&#261; pot&#281;&#380;nych dzia&#322; wymierzonych w miasta sto&#322;eczne, ich mieszka&#324;cy sk&#322;adali przysi&#281;g&#281; na wierno&#347;&#263; Imperatorowi.

Zak&#322;adano bazy wojskowe, w kt&#243;rych stacjonowali ludzie w cesarskich mundurach ze znakiem Kosmolotu i S&#322;o&#324;ca na ramieniu. Na ich widok starcy przypominali sobie snute przez dziad&#243;w ich ojc&#243;w opowie&#347;ci o czasach, kiedy wszech&#347;wiat by&#322; wielki i bogaty, kiedy nie by&#322;o wojen i kiedy nad ca&#322;&#261; Galaktyk&#261; panowa&#322; ten sam Kosmolot i S&#322;o&#324;ce.

A potem statki odlatywa&#322;y, aby dalej snu&#263; sw&#261; sie&#263; wok&#243;&#322; Fundacji. W miar&#281; jak kolejne &#347;wiaty stawa&#322;y si&#281; okami tej sieci, nap&#322;ywa&#322;y meldunki do Kwatery G&#322;&#243;wnej, kt&#243;r&#261; Bel Riose za&#322;o&#380;y&#322; na skalistej po&#322;aci pogr&#261;&#380;onej w wiecznych mrokach planety.

Riose rozlu&#378;ni&#322; si&#281; i u&#347;miechn&#261;&#322; do Barra.

No i co pan o tym s&#261;dzi, patrycjuszu?

Ja? C&#243;&#380; jest wart m&#243;j s&#261;d? Nie jestem &#380;o&#322;nierzem.

Obrzuci&#322; zm&#281;czonym i niech&#281;tnym spojrzeniem zagracone r&#243;&#380;norakim sprz&#281;tem pomieszczenie wykute w &#347;cianie jaskini. Ta grota nape&#322;niona sztucznym powietrzem, &#347;wiat&#322;em i ciep&#322;em, by&#322;a pojedynczym p&#281;cherzykiem &#380;ycia zagubionym w&#347;r&#243;d bezmiernych przestrzeni niego&#347;cinnej planety.

Pomoc, kt&#243;r&#261; m&#243;g&#322;bym czy chcia&#322;bym panu ofiarowa&#263;, jest tyle warta, &#380;e r&#243;wnie dobrze m&#243;g&#322;by mnie pan odes&#322;a&#263; z powrotem na Siwenn&#281;!  mrukn&#261;&#322;.

Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz.  Genera&#322; obr&#243;ci&#322; si&#281; z krzes&#322;em w stron&#281; umieszczonej w rogu doskonale prze&#378;roczystej kuli, przedstawiaj&#261;cej dawn&#261; Prefektur&#281; Anakreona i s&#261;siaduj&#261;ce z ni&#261; sektory.  P&#243;&#378;niej, kiedy b&#281;dziemy mie&#263; to ju&#380; za sob&#261;, wr&#243;ci pan do swoich ksi&#261;g i nie tylko do nich. Dopilnuj&#281;, &#380;eby zwr&#243;cono panu i pa&#324;skim dzieciom posiad&#322;o&#347;ci rodowe.

Dzi&#281;kuj&#281;  rzek&#322; Barr z lekk&#261; ironi&#261;  ale nie podzielam pa&#324;skiej wiary w szcz&#281;&#347;liwe zako&#324;czenie tej sprawy.

Riose za&#347;mia&#322; si&#281; szorstko:

Niech pan nie zaczyna znowu swojego krakania. Bardziej przemawia do mnie ta mapa ni&#380; pana katastroficzne przepowiednie  pog&#322;adzi&#322; czule jej niewidzialn&#261;, wypuk&#322;&#261; powierzchni&#281;.  Zna si&#281; pan na mapach o rzucie radialnym? Tak? No wi&#281;c, prosz&#281;, niech pan sam zobaczy. Te z&#322;ote gwiazdki oznaczaj&#261; ziemi&#281; Imperium. Czerwonymi oznaczone s&#261; terytoria podlegaj&#261;ce Fundacji, a r&#243;&#380;owymi te, kt&#243;re znajduj&#261; si&#281; prawdopodobnie w strefie jej wp&#322;yw&#243;w gospodarczych. Teraz niech pan uwa&#380;a Riose nacisn&#261;&#322; okr&#261;g&#322;y guzik i powoli obszar pokryty wyra&#378;nymi bia&#322;ymi punktami zmieni&#322; barw&#281; na ciemny b&#322;&#281;kit. Czerwone i r&#243;&#380;owe gwiazdki wygl&#261;da&#322;y teraz tak, jak gdyby nakryto je kubkiem.

Te niebieskie gwiazdki to miejsca zaj&#281;te przez moje wojska  rzek&#322; Riose z cich&#261; satysfakcj&#261;  kt&#243;re stale si&#281; posuwaj&#261;. Nigdzie nie napotkali&#347;my oporu. Barbarzy&#324;cy siedz&#261; cicho. I co szczeg&#243;lnie wa&#380;ne, nie wyst&#261;pi&#322;y przeciwko nam si&#322;y Fundacji. &#346;pi&#261; spokojnie.

Chyba rozprasza pan swoje si&#322;y  zauwa&#380;y&#322; Barr.

W rzeczywisto&#347;ci  powiedzia&#322; Riose  wbrew pozorom, nie robi&#281;, tego. Obsadzam wojskiem i umacniam kluczowe punkty, kt&#243;rych jest stosunkowo ma&#322;o, ale kt&#243;re zosta&#322;y starannie wybrane. Skutek jest taki, &#380;e liczba &#380;o&#322;nierzy jest ma&#322;a, ale efekt strategiczny wielki. Daje to wiele korzy&#347;ci, wi&#281;cej ni&#380; mog&#322;oby si&#281; wydawa&#263; komu&#347;, kto nie jest obeznany z zasadami taktyki kosmicznej, ale na przyk&#322;ad jasne jest dla ka&#380;dego, &#380;e mog&#281; wyprowadzi&#263; atak z dowolnego punktu kuli otaczaj&#261;cej Fundacj&#281; i &#380;e kiedy zako&#324;cz&#281; okr&#261;&#380;enie, Fundacja nie b&#281;dzie mog&#322;a uderzy&#263; ani na moje flanki, ani na ty&#322;y. W stosunku do nich nie b&#281;d&#281; mia&#322; &#380;adnej flanki ani ty&#322;&#243;w.

T&#281; strategi&#281; uprzedniego zamkni&#281;cia przeciwnika pr&#243;bowano stosowa&#263; ju&#380; wcze&#347;niej, mianowicie podczas wypraw Lorisa VI, jakie&#347; dwa tysi&#261;ce lat temu, ale zawsze robiono to niedoskonale, zawsze przeciwnik zorientowa&#322; si&#281; w por&#281; i usi&#322;owa&#322; przeszkodzi&#263; w zako&#324;czeniu operacji. Tym razem jest inaczej.  idealny, podr&#281;cznikowy przypadek?  spyta&#322; Barr oboj&#281;tnym tonem.

Riose zirytowa&#322; si&#281;:

Pan nadal my&#347;li, &#380;e moje wojska przegraj&#261;?

Musz&#261; przegra&#263;.

Niech pan zrozumie, &#380;e nie by&#322;o przypadku w historii wojen, &#380;eby, otoczywszy przeciwnika, strona nacieraj&#261;ca w ko&#324;cu nie wygra&#322;a, chyba &#380;e na zewn&#261;trz pozosta&#322;a flota wystarczaj&#261;co silna, aby przerwa&#263; okr&#261;&#380;enie.

Je&#347;li pan tak m&#243;wi

A pan nadal my&#347;li swoje.

Tak.

Riose wzruszy&#322; ramionami.

Trudno.

Zapanowa&#322;o przygn&#281;biaj&#261;ce milczenie. Po d&#322;u&#380;szej chwili Barr spyta&#322; cicho:

Czy otrzyma&#322; pan odpowied&#378; z Imperium? Riose odwr&#243;ci&#322; si&#281;, wyj&#261;&#322; papierosa ze skrytki w &#347;cianie i powoli zapali&#322;.

Ma pan na my&#347;li moj&#261; pro&#347;b&#281; o posi&#322;ki?  rzek&#322;.  Tak, otrzyma&#322;em. Ale tylko odpowied&#378;.

Bez statk&#243;w.

Bez. Spodziewa&#322;em si&#281; tego. Szczerze m&#243;wi&#261;c, nie powinienem si&#281; by&#322; da&#263; zasugerowa&#263; pa&#324;skimi teoriami i od razu prosi&#263; o posi&#322;ki. Stawia mnie to w z&#322;ym &#347;wietle.

Doprawdy?

Z pewno&#347;ci&#261;. Statki s&#261; w cenie. Wojny domowe ostatnich dwustu lat kosztowa&#322;y Wielk&#261; Flot&#281; wi&#281;cej ni&#380; po&#322;ow&#281; jej statk&#243;w, a to, co zosta&#322;o, jest raczej w kiepskim stanie. Widzi pan, te statki, kt&#243;re dzisiaj budujemy, s&#261; niewiele warte. Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby znalaz&#322; si&#281; teraz w Galaktyce kto&#347;, kto potrafi&#322;by zbudowa&#263; silnik hiperatomowy pierwszej klasy.

Wiedzia&#322;em o tym  powiedzia&#322; Siwe&#324;czyk. Patrzy&#322; na Riose'a nie widz&#261;cym wzrokiem, jakby zastanawia&#322; si&#281; nad czym&#347;.  Ale nie wiedzia&#322;em, &#380;e pan o tym wie A wi&#281;c Jego Wysoko&#347;&#263; Imperator nie mo&#380;e przys&#322;a&#263; &#380;adnych statk&#243;w. Psychohistoria mog&#322;a to przewidzie&#263;. Szczerze m&#243;wi&#261;c, prawdopodobnie przewidzia&#322;a. Rzek&#322;bym, &#380;e martwa r&#281;ka Hariego Seldona wygrywa pierwsz&#261; rund&#281;.

Mam dosy&#263; statk&#243;w  odpar&#322; ostro Riose.  Pa&#324;ski Seldon niczego nie wygrywa. Gdyby sytuacja sta&#322;a si&#281; powa&#380;na, znalaz&#322;oby si&#281; wi&#281;cej statk&#243;w. Na razie Imperator nie zna jeszcze ca&#322;ej sprawy.

Naprawd&#281;? O czym mu pan nie doni&#243;s&#322;?

Oczywi&#347;cie o pa&#324;skich teoriach  Riose roze&#347;mia&#322; si&#281; sardonicznie.  Pozostaj&#261;c z ca&#322;ym szacunkiem dla pana osoby, musz&#281; powiedzie&#263;, &#380;e ta historia jest zupe&#322;nie nieprawdopodobna. Je&#347;li rozw&#243;j wypadk&#243;w da mi jak&#261;&#347; podstaw&#281; do tego, je&#347;li b&#281;d&#281; mia&#322; na to jaki&#347; dow&#243;d, to wtedy, ale tylko wtedy, dojd&#281; do wniosku, &#380;e mamy do czynienia ze &#347;miertelnym niebezpiecze&#324;stwem.

A w dodatku  rzek&#322; na koniec niedbale  ta historia, nie poparta faktami, ma posmak obrazy majestatu, co raczej nie by&#322;oby przyjemne dla Imperatora.

Stary patrycjusz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Chce pan powiedzie&#263;, &#380;e wiadomo&#347;&#263; o tym, i&#380; mo&#380;e zosta&#263; zrzucony ze swego wynios&#322;ego tronu przez band&#281; obdartych barbarzy&#324;c&#243;w gdzie&#347; z kra&#324;ca wszech&#347;wiata wyda mu si&#281; tak fantastyczna, &#380;e ani w ni&#261; nie uwierzy, ani jej nie doceni. Zatem nie spodziewa si&#281; pan od niego niczego.

Je&#347;li nie liczy&#263; specjalnego wys&#322;annika.

A po co tu specjalny wys&#322;annik?

To stary zwyczaj. Bezpo&#347;redni przedstawiciel korony uczestniczy w ka&#380;dej kampanii wojennej prowadzonej pod sztandarem Imperium.

Naprawd&#281;? Dlaczego?

To symbol. Ma to znaczy&#263;, &#380;e Imperator osobi&#347;cie dowodzi wojskiem podczas kampanii. Od pewnego czasu ma to te&#380; jeszcze inne znaczenie  utrzymanie genera&#322;&#243;w w wierno&#347;ci Imperatorowi. W tym wzgl&#281;dzie nie zawsze spe&#322;nia swoje zadanie.

B&#281;dzie to dla pana niewygodne, generale. To znaczy, narzucona w&#322;adza.

Nie w&#261;tpi&#281; w to  Riose lekko poczerwienia&#322;  ale nic na to nie mo&#380;na poradzi&#263;

Odbiornik obok r&#281;ki genera&#322;a rozgrza&#322; si&#281; i w jego otworze pojawi&#322;a si&#281; z lekkim zgrzytem cylindryczna przesy&#322;ka. Riose otworzy&#322; j&#261;.

Znakomicie! To jest to!

Ducem  Barr uni&#243;s&#322; pytaj&#261;co brwi w g&#243;r&#281;.

Wie pan o tym, &#380;e schwytali&#347;my jednego z tych handlarzy? &#379;ywcem, i to wraz z nienaruszonym statkiem.

S&#322;ysza&#322;em, jak kto&#347; o tym m&#243;wi&#322;.

W&#322;a&#347;nie sprowadzono go tutaj i za chwil&#281; go ujrzymy. Prosz&#281; zosta&#263; na miejscu, patrycjuszu. Chc&#281;, &#380;eby pan by&#322; obecny przy przes&#322;uchaniu. To by&#322; g&#322;&#243;wny pow&#243;d, dla kt&#243;rego wezwa&#322;em pana dzisiaj. Mo&#380;e pan uchwyci jak&#261;&#347; wa&#380;n&#261; informacj&#281;, kt&#243;ra mog&#322;aby umkn&#261;&#263; mojej uwadze.

Rozleg&#322; si&#281; sygna&#322; przy drzwiach i genera&#322; otworzy&#322; je naci&#347;ni&#281;ciem stopy. W progu stan&#261;&#322; pot&#281;&#380;ny, brodaty m&#281;&#380;czyzna, ubrany w kr&#243;tk&#261; kurtk&#281; z mi&#281;kkiego sk&#243;ropodobnego plastiku, z kapturem odrzuconym na plecy. R&#281;ce mia&#322; wolne i nic w jego zachowaniu nie wskazywa&#322;o, &#380;eby przej&#261;&#322; si&#281; faktem, i&#380; otaczaj&#261; go uzbrojeni ludzie.

Wszed&#322; do pokoju swobodnym krokiem i obrzuci&#322; wn&#281;trze taksuj&#261;cym spojrzeniem. Pozdrowi&#322; genera&#322;a niedba&#322;ym machni&#281;ciem r&#281;ki i lekkim skini&#281;ciem g&#322;owy.

Nazwisko?  rzuci&#322; szorstko Riose.

Lathan Devers.  Handlarz zatkn&#261;&#322; kciuki za szeroki, jaskrawy pas.  Ty tu jeste&#347; szefem?

Jeste&#347; handlarzem z Fundacji?

Zgadza si&#281;. S&#322;uchaj, je&#347;li jeste&#347; szefem, to lepiej powiedz swoim ludziom, &#380;eby zwolnili m&#243;j &#322;adunek.

Genera&#322; uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i zmierzy&#322; je&#324;ca zimnym wzrokiem.

Odpowiadaj na pytania. Nie gadaj bez zezwolenia.

W porz&#261;dku. Zgodny ze mnie cz&#322;owiek. Ale jeden z twoich ch&#322;opc&#243;w zd&#261;&#380;y&#322; ju&#380; sobie wywali&#263; dwustopow&#261; dziur&#281; w brzuchu, pchaj&#261;c palce tam, gdzie nie trzeba.

Riose przeni&#243;s&#322; wzrok na porucznika.

Yrank, czy to prawda, co m&#243;wi ten cz&#322;owiek? Meldowa&#322;e&#347;, &#380;e nikt nie zgin&#261;&#322;.

Wtedy nie  powiedzia&#322; dr&#281;twym g&#322;osem, z widoczn&#261; obaw&#261;, porucznik.  P&#243;&#378;niej ludzie postanowili przeszuka&#263; statek, bo kto&#347; rzuci&#322; plotk&#281;, &#380;e na pok&#322;adzie jest kobieta. Zamiast niej znaleziono mn&#243;stwo nieznanych narz&#281;dzi. Wed&#322;ug je&#324;ca to towar, kt&#243;rym handluje.

Genera&#322; odwr&#243;ci&#322; si&#281; do handlarza.

Tw&#243;j statek przewozi j&#261;drowe materia&#322;y wybuchowe?

Na Galaktyk&#281;, nie! Po co? Ten idiota z&#322;apa&#322; wiertark&#281; atomow&#261; za z&#322;y koniec i nastawi&#322; na maksymalne rozproszenie. Tego si&#281; nie robi. R&#243;wnie dobrze mo&#380;na sobie przystawi&#263; do g&#322;owy miotacz. Gdyby nie siedzia&#322;o na mnie pi&#281;ciu ludzi, to bym go powstrzyma&#322;.

Riose skin&#261;&#322; na wartownik&#243;w:

Wyj&#347;&#263;. Zabezpieczy&#263; schwytany statek przed intruzami. Siadaj, Devers.

Handlarz usiad&#322; na wskazanym miejscu, nie przejmuj&#261;c si&#281; badawczym spojrzeniem genera&#322;a i zaciekawionym wzrokiem Siwe&#324;czyka.

Jeste&#347; rozs&#261;dnym cz&#322;owiekiem, Devers  rzek&#322; Riose.

Dzi&#281;kuj&#281;. Wida&#263; to z mojej twarzy? A mo&#380;e chcesz czego&#347;? Powiem ci co&#347;. Jestem cz&#322;owiekiem interesu.

Na jedno wychodzi. Podda&#322;e&#347; statek zamiast nara&#380;a&#263; nas na strat&#281; amunicji, a siebie na rozwalenie w elektronowy py&#322;. Zostaniesz dobrze potraktowany, je&#347;li nadal b&#281;dziesz mia&#322; taki stosunek do &#380;ycia.

Dobre traktowanie, szefie, akurat najbardziej mi pasuje.

Dobrze, a mnie akurat najbardziej pasuje wsp&#243;&#322;praca  Riose u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i rzek&#322; szeptem do Barra:  Mam nadziej&#281;, &#380;e pasuje znaczy to, o co mi chodzi. S&#322;ysza&#322; pan kiedy taki barbarzy&#324;ski &#380;argon?

W porz&#261;dku  powiedzia&#322; Devers.  Rozumiem. Ale o jak&#261; wsp&#243;&#322;prac&#281; chodzi, szefie? Powiem wprost  nie wiem, na czym stoj&#281;.  Rozejrza&#322; si&#281;.  Na przyk&#322;ad, co to za miejsce i co w og&#243;le jest grane?

A racja, zapomnia&#322;em si&#281; przedstawi&#263;. Prosz&#281; mi wybaczy&#263;  Riose by&#322; w dobrym humorze.  Ten gentleman to Ducem Barr, patrycjusz Imperium. Ja jestem Bel Riose, par Imperium i genera&#322; trzeciej klasy w si&#322;ach zbrojnych Jego Imperatorskiej Mo&#347;ci.

Handlarzowi opad&#322;a szcz&#281;ka.

Imperium? Tego Imperium, o kt&#243;rym uczono mnie w szkole? Ha! Zabawne! Zawsze mi si&#281; jako&#347; wydawa&#322;o, &#380;e jego ju&#380; nie ma.

Rozejrzyj si&#281;. Jest  rzek&#322; Riose gro&#378;nie.

Chocia&#380; mog&#322;em si&#281; domy&#347;li&#263;  Lathan Devers odchyli&#322; si&#281; do ty&#322;u, celuj&#261;c brod&#261; w sufit.  To by&#322; bardzo zgrabny komplet, te statki, kt&#243;re zatrzyma&#322;y moj&#261; bali&#281;. Nie mog&#322;o ich zrobi&#263; &#380;adne kr&#243;lestwo na Peryferiach.  Zmarszczy&#322; brwi.  Co jest grane, szefie? A mo&#380;e musz&#281; m&#243;wi&#263; generale?

Wojna.

Imperium przeciw Fundacji, znaczy si&#281;?  Zgadza si&#281;.

Dlaczego?

My&#347;l&#281;, &#380;e wiesz dlaczego.

Handlarz popatrzy&#322; na niego ze zdumieniem i pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;. Riose da&#322; mu czas na zastanowienie si&#281;, a potem rzek&#322; s&#322;odko:

Jestem pewien, &#380;e wiesz.

Gor&#261;co tutaj  mrukn&#261;&#322; Devers i wsta&#322;, &#380;eby zdj&#261;&#263; kurtk&#281;. Potem znowu usiad&#322; i wyci&#261;gn&#261;&#322; nogi.

Wiesz co.  powiedzia&#322; bynajmniej nie stroskanym g&#322;osem  zdaje mi si&#281;, &#380;e czekasz, &#380;ebym si&#281; zerwa&#322; z dzikim okrzykiem i rzuci&#322; na ciebie. Je&#347;li wybior&#281; odpowiedni moment, to nie zd&#261;&#380;ysz nawet ruszy&#263; palcem. Ten starszy go&#347;&#263;, kt&#243;ry nic nie m&#243;wi, nie by&#322;by w stanie ci pom&#243;c.

Ale nie zrobisz tego  rzek&#322; Riose pewnym g&#322;osem.

Nie zrobi&#281;  zgodzi&#322; si&#281; Devers.  Po pierwsze, przypuszczam, &#380;e twoja &#347;mier&#263; nie przerwa&#322;aby wojny. Tam, sk&#261;d przybywasz, jest wi&#281;cej genera&#322;&#243;w.

Rozumujesz prawid&#322;owo.

A poza tym, gdybym ci&#281; za&#322;atwi&#322;, to w dwie sekundy potem mia&#322;bym na karku tuzin ludzi i by&#322;oby po mnie, szybko albo wolno, to zale&#380;y.  W ka&#380;dym razie by&#322;bym trup, a to mnie nie interesuje.

M&#243;wi&#322;em, &#380;e jeste&#347; rozs&#261;dnym cz&#322;owiekiem.

Ale chcia&#322;bym co&#347; wiedzie&#263;, szefie. Chcia&#322;bym, &#380;eby&#347; mi wyja&#347;ni&#322;, co masz na my&#347;li m&#243;wi&#261;c, &#380;e wiem dlaczego napadacie na nas. Ja tego naprawd&#281; nie wiem, a zagadki cholernie mnie nu&#380;&#261;.

Tak? S&#322;ysza&#322;e&#347; kiedy o Harim Seldonie?

Nie. Powiedzia&#322;em, &#380;e nie lubi&#281; takich gier. Riose zerkn&#261;&#322; z ukosa na Ducema Barra, kt&#243;ry u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; lekko, ale zaraz przybra&#322; ponownie min&#281; cz&#322;owieka zatopionego w marzeniach. Riose skrzywi&#322; si&#281;.

Ty sam grasz, Devers.  powiedzia&#322;.  U was, w Fundacji, kr&#261;&#380;y podanie czy bajka, a mo&#380;e powa&#380;ny projekt  mniejsza o to  &#380;e w ko&#324;cu za&#322;o&#380;ycie Drugie Imperium. Znam ca&#322;kiem dobrze psychohistoryczne frazesy Seldona i wasze plany napa&#347;ci na Imperium.

Co&#347; takiego!  Devers w zamy&#347;leniu pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.  A kto ci nagada&#322; takich rzeczy?

Czy to wa&#380;ne?  rzek&#322; Riose tonem, w kt&#243;rym czai&#322;a si&#281; gro&#378;ba.  Nie jeste&#347; tu po to, &#380;eby zadawa&#263; pytania. M&#243;w, co wiesz o bajce Seldona.

Ale je&#347;li to bajka

Nie &#322;ap mnie za s&#322;&#243;wka, Devers.

Sk&#261;d&#380;e znowu. Dobrze, powiem uczciwie. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, wiesz o tym tyle, co ja. To bzdurna historia, zupe&#322;nie bez sensu. Ka&#380;dy &#347;wiat ma takie historyjki, ludzie nie mog&#261; si&#281; bez nich oby&#263;. Owszem s&#322;ysza&#322;em o tym  Seldon, Drugie Imperium i tak dalej. Opowiadaj&#261; to dzieciom do poduszki. Smarkacze zamykaj&#261; si&#281; w swoich pokojach z kieszonkowymi projektorami i poch&#322;aniaj&#261; z wypiekami na twarzy dreszczowce Seldona. Ale to nie jest dla doros&#322;ych. W ka&#380;dym razie, dla my&#347;l&#261;cych doros&#322;ych  handlarz pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Oczy genera&#322;a pociemnia&#322;y.

Naprawd&#281;? Niepotrzebnie k&#322;amiesz. By&#322;em na Terminusie. Znam wasz&#261; Fundacj&#281;. Przyjrza&#322;em si&#281; wam z bliska.

I mnie o to pytasz? Mnie? Od dziesi&#281;ciu lat nie by&#322;em w Fundacji d&#322;u&#380;ej ni&#380; dwa miesi&#261;ce. Tracisz czas. Ale prowad&#378; sobie swoj&#261; wojn&#281;, je&#347;li to, czego szukasz, to bajki.

Wtedy po raz pierwszy odezwa&#322; si&#281; Barr. Spyta&#322; mi&#281;kkim g&#322;osem:

Wi&#281;c jest pan taki pewny, &#380;e Fundacja zwyci&#281;&#380;y?

Handlarz odwr&#243;ci&#322; si&#281; do niego. Zaczerwieni&#322; si&#281; lekko i wyra&#378;nie wida&#263; teraz by&#322;o star&#261; blizn&#281; na jego skroni.

Aha, odezwa&#322; si&#281; milcz&#261;cy towarzysz. Jak na to wpad&#322;e&#347;, doktorku?

Riose nieznacznie skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i Barr m&#243;wi&#322; dalej cichym g&#322;osem:

Nie wygl&#261;da pan na zmartwionego. Gdyby pan cho&#263; przez chwil&#281; przypuszcza&#322;, &#380;e wasz &#347;wiat mo&#380;e przegra&#263; t&#281; wojn&#281; i odczuwa&#263; dotkliwe skutki kl&#281;ski, to nie zachowywa&#322;by si&#281; pan tak niefrasobliwie. M&#243;j &#347;wiat przegra&#322;, i jeszcze dzisiaj to odczuwa. Lathan Devers skuba&#322; brod&#281;, spogl&#261;da&#322; to na jednego, to na drugiego, a potem za&#347;mia&#322; si&#281; kr&#243;tko.

On zawsze tak m&#243;wi, szefie? S&#322;uchaj  spowa&#380;nia&#322;  co to jest kl&#281;ska? Widzia&#322;em wojny i widzia&#322;em kl&#281;ski. I co z tego, &#380;e zwyci&#281;zca przejmuje w&#322;adz&#281;? Kogo to martwi? Mnie? Facet&#243;w takich jak ja?  spyta&#322; drwi&#261;co.  Pomy&#347;l tylko  handlarz m&#243;wi&#322; szczerze i z przekonaniem  przeci&#281;tn&#261; planet&#261; rz&#261;dzi zazwyczaj pi&#281;ciu czy sze&#347;ciu opas&#322;ych facet&#243;w. Oni dostaj&#261; po karku, ale ja si&#281; tym nie przejmuj&#281;. Widzisz. Lud? Zwykli faceci? Pewnie, niekt&#243;rzy gin&#261;, a reszta przez pewien czas p&#322;aci dodatkowe podatki. Ale to mija, to przechodzi. Potem wraca stary uk&#322;ad, tyle &#380;e na g&#243;rze jest ju&#380; innych pi&#281;ciu czy sze&#347;ciu.

Nozdrza Ducema Barra zadrga&#322;y, a jego prawa d&#322;o&#324; zacisn&#281;&#322;a si&#281;, ale nic nie powiedzia&#322;.

Lathan Devers bacznie go obserwowa&#322;. Niczego nie przeoczy&#322;. Powiedzia&#322;:

S&#322;uchaj, ca&#322;e &#380;ycie w&#322;&#243;cz&#281; si&#281; po przestrzeni, od planety do planety, sprzedaj&#261;c te swoje maszynki po pi&#261;taku sztuka i dostaj&#281; za to od Kartelu akurat na piwo z zak&#261;sk&#261;. Tam, za mn&#261;  wskaza&#322; kciukiem do ty&#322;u  s&#261; t&#322;u&#347;ci faceci, kt&#243;rzy siedz&#261; wygodnie w domu i w minut&#281; zarabiaj&#261; tyle, co ja przez rok  zdzieraj&#261;c sk&#243;r&#281; ze mnie i takich jak ja. Przypu&#347;&#263;my, &#380;e to ty rz&#261;dzisz Fundacj&#261;. Ty te&#380; nas b&#281;dziesz potrzebowa&#322;. B&#281;dziesz nas potrzebowa&#322; bardziej ni&#380; Kartel, bo nie wiesz, jak zrobi&#263; fors&#281;, a my mo&#380;emy dostarczy&#263; &#380;yw&#261; got&#243;wk&#281;. Z Imperium zrobiliby&#347;my lepszy interes. Tak, lepszy, a ja jestem cz&#322;owiekiem interesu. Je&#347;li mog&#281; na czym&#347; wyj&#347;&#263; na plus, to jestem za tym czym&#347;.

Sko&#324;czy&#322; i popatrzy&#322; na nich wyzywaj&#261;co. Zapanowa&#322;a d&#322;uga cisza. Przerwa&#322; j&#261; grzechot metalowego cylindra w otworze odbiornika. Genera&#322; otworzy&#322; go pstrykni&#281;ciem palca, spojrza&#322; na staranny druk i zas&#322;oni&#322; depesz&#281; r&#281;k&#261;.




Przygotowa&#263; plan wskazuj&#261;cy stanowisko ka&#380;dego statku w akcji.

Czeka&#263; na dalsze rozkazy na stanowiskach obronnych.



Si&#281;gn&#261;&#322; po peleryn&#281;. Zak&#322;adaj&#261;c j&#261; na ramiona, szepn&#261;&#322; nieznacznie do Barra:

Zostawiam go panu. Oczekuj&#281; wynik&#243;w. Jest wojna i potrafi&#281; by&#263; okrutny w stosunku do tych, kt&#243;rzy zawiedli. Niech pan pami&#281;ta!

Zasalutowa&#322; i wyszed&#322;, Lathan Devers popatrzy&#322; za nim.

Co&#347; go uk&#322;u&#322;o w czu&#322;e miejsce. Co si&#281; dzieje?

Na pewno bitwa  burkn&#261;&#322; Barr.  Armia Fundacji szykuje si&#281; do swej pierwszej bitwy. Lepiej chod&#378;my st&#261;d.

W pokoju byli uzbrojeni &#380;o&#322;nierze. W ich zachowaniu wida&#263; by&#322;o szacunek dla Barra, ale twarze mieli gro&#378;ne. Devers wyszed&#322; za dumnym patriarch&#261; siwe&#324;skim.

Pok&#243;j, do kt&#243;rego ich zaprowadzono, by&#322; mniejszy i skromniejszy. By&#322;y tam dwa &#322;&#243;&#380;ka, ekran, prysznic i urz&#261;dzenia sanitarne. &#379;o&#322;nierze odmaszerowali i masywne drzwi zatrzasn&#281;&#322;y si&#281; z hukiem.

Hmm  Devers rozgl&#261;da&#322; si&#281; z niezadowolon&#261; min&#261;.  Zanosi si&#281; na d&#322;u&#380;szy pobyt.

To jest d&#322;u&#380;szy pobyt  powiedzia&#322; Barr i odwr&#243;ci&#322; si&#281; ty&#322;em.

Handlarz rzek&#322; poirytowanym g&#322;osem:

Co ty grasz, doktorku?

Nic. Jest pan pod moj&#261; opiek&#261;. To wszystko. Handlarz podni&#243;s&#322; si&#281; i podszed&#322; do Barra. Jego masywna sylwetka g&#243;rowa&#322;a nad patrycjuszem, kt&#243;ry siedzia&#322; nieporuszony.

Tak? Ale ty te&#380; jeste&#347; w tej celi, a kiedy prowadzono nas tutaj, ich miotacze by&#322;y wycelowane r&#243;wnie&#380; w ciebie. S&#322;uchaj, widzia&#322;em, &#380;e wszystko si&#281; w tobie gotuje, kiedy m&#243;wi&#322;em, co my&#347;l&#281; o wojnie i pokoju.

Bezskutecznie czeka&#322; na odpowied&#378;.

W porz&#261;dku. Pozw&#243;l mi o co&#347; zapyta&#263;. Powiedzia&#322;e&#347;, &#380;e tw&#243;j kraj zosta&#322; pobity. Przez kogo? Przez mieszka&#324;c&#243;w komety z nieznanej mg&#322;awicy?

Barr podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;.

Przez Imperium.

Co&#347; takiego. No to co robisz tutaj? Barr zachowa&#322; wymowne milczenie. Handlarz wysun&#261;&#322; doln&#261; warg&#281; i wolno pokiwa&#322;

g&#322;ow&#261;. Zdj&#261;&#322; z przegubu prawej r&#281;ki &#322;a&#324;cuszek o p&#322;askich ogniwach i wyci&#261;gn&#261;&#322; w stron&#281; Barra.

Co o tym my&#347;lisz?  spyta&#322;. Identyczny mia&#322; na lewej r&#281;ce.

Barr wzi&#261;&#322; bransoletk&#281;. Id&#261;c za gestem handlarza, wolno za&#322;o&#380;y&#322; j&#261; na sw&#243;j przegub. Nieprzyjemne sw&#281;dzenie szybko min&#281;&#322;o.

Devers od razu zmieni&#322; ton.

W porz&#261;dku, doktorku, teraz mo&#380;esz m&#243;wi&#263;. M&#243;w swobodnie. Je&#347;li jest tu pods&#322;uch, to teraz nic nie wy&#322;api&#261;. To, co tam masz, to zniekszta&#322;cacz pola, wed&#322;ug oryginalnego wzoru Mallowa. Bior&#281; za to po 25 kredyt&#243;w w ka&#380;dym &#347;wiecie, st&#261;d a&#380; do skraju Galaktyki. Ty masz to gratis. Staraj si&#281; nie porusza&#263; wargami, kiedy m&#243;wisz i nie przejmuj si&#281;. Musisz si&#281; do tego przyzwyczai&#263;.

Ducem Barr poczu&#322; nag&#322;e znu&#380;enie. Handlarz &#347;widrowa&#322; go wzrokiem. Barr nie czu&#322; si&#281; na si&#322;ach, &#380;eby spe&#322;ni&#263; nieme &#380;&#261;danie kryj&#261;ce si&#281; w przenikliwym spojrzeniu Deversa.  Czego chcesz?  spyta&#322;. Dziwnie brzmia&#322;y s&#322;owa wydobywaj&#261;ce si&#281; spomi&#281;dzy nieruchomych warg.

Powiedzia&#322;em ci. Gadasz jak taki facet, kt&#243;rego u nas nazywaj&#261; patriot&#261;. Ale tw&#243;j &#347;wiat zosta&#322; pobity przez Imperium, a ty jakby nigdy nic masz sp&#243;&#322;k&#281; z jego genera&#322;em. To si&#281; nie trzyma kupy, co?

Ja ju&#380; swoje zrobi&#322;em  rzek&#322; Barr.  Wicekr&#243;l, kt&#243;ry nas podbi&#322;, poni&#243;s&#322; &#347;mier&#263; z mojej r&#281;ki.

Co&#347; takiego! Dawno?

Czterdzie&#347;ci lat temu.

Czterdzie&#347;ci lat temu!  Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e s&#322;owa te wywar&#322;y wra&#380;enie na Handlarzu. Zmarszczy&#322; czo&#322;o.  Taki kawa&#322; czasu &#380;y&#263; wspomnieniami. Ten bubek w generalskim mundurze wie o tym?

Barr skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Chcesz, &#380;eby Imperium wygra&#322;o?  Devers patrzy&#322; na starca w napi&#281;ciu.

Opanowany dot&#261;d Siwe&#324;czyk wybuchn&#261;&#322; nagle gniewem.

Oby spad&#322;a zag&#322;ada na Imperium i jego dzie&#322;o! Ca&#322;a Siwenna codziennie modli si&#281; o to. Mia&#322;em kiedy&#347; braci, siostr&#281;, ojca. A teraz mam dzieci i wnuki. Genera&#322; wie, gdzie ich znale&#378;&#263;.

Devers nie przerywa&#322;.

Ale nawet to by mnie nie powstrzyma&#322;o, gdybym mia&#322; gwarancj&#281;, &#380;e ta ofiara nie p&#243;jdzie na marne. Oni wiedzieliby, jak umiera&#263;  doko&#324;czy&#322; cicho.

A wi&#281;c zabi&#322;e&#347; wicekr&#243;la, tak?  spyta&#322; handlarz &#322;agodnie.  Wiesz, to mi si&#281; z czym&#347; kojarzy. Mieli&#347;my kiedy&#347; burmistrza. Nazywa&#322; si&#281; Hober Mallow. By&#322; na Siwennie, to tw&#243;j kraj, prawda? Pozna&#322; tam cz&#322;owieka o nazwisku Barr.

Ducem Barr spojrza&#322; na Deversa podejrzliwie.

Co o tym wiesz?

To, co wie ka&#380;dy handlarz w Fundacji. Mo&#380;e ci&#281; za niego podstawiono. Oczywi&#347;cie trzymaj&#261; ci&#281; na muszce, ty nienawidzisz Imperium i ca&#322;&#261; dusz&#261; pragniesz, &#380;eby przegra&#322;o, ja nabieram do ciebie zaufania i otwieram przed tob&#261; swoje serce, a genera&#322; zaciera r&#281;ce z zadowolenia. Nic z tego, doktorku.

Tym niemniej ciekaw jestem jak chcesz udowodni&#263;, &#380;e jeste&#347; synem Onuma Barra, jego sz&#243;stym i najm&#322;odszym synem  jedynym, kt&#243;ry Wyszed&#322; ca&#322;o z masakry.

Ducemowi Barrowi dr&#380;a&#322;a r&#281;ka, gdy otwiera&#322; p&#322;askie, metalowe pude&#322;ko le&#380;&#261;ce we wn&#281;ce w &#347;cianie. Wyj&#261;&#322; stamt&#261;d jaki&#347; brz&#281;cz&#261;cy przedmiot i rzuci&#322; handlarzowi.

Sp&#243;jrz na to  powiedzia&#322;.

Devers dok&#322;adnie ogl&#261;da&#322; metalowy &#322;a&#324;cuszek. Podni&#243;s&#322; do oczu jego centralne, grubsze od innych ogniwo i cicho zakl&#261;&#322;.

Niech mnie przestrze&#324; poch&#322;onie, je&#347;li to nie jest monogram Mallowa. Wz&#243;r sprzed pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu lat, to jasne jak s&#322;o&#324;ce.

Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Daj grab&#281;, doktorku. Atomowa tarcza w sam raz dla jednego cz&#322;owieka to dow&#243;d, kt&#243;ry mi wystarcza  powiedzia&#322; i wyci&#261;gn&#261;&#322; sw&#261; wielk&#261; d&#322;o&#324;.



Faworyt

Gdzie&#347; z g&#322;&#281;bi przestrzeni wyp&#322;yn&#281;&#322;y niewielkie stateczki i rzuci&#322;y si&#281; w sam &#347;rodek Armady. Nie oddaj&#261;c ani jednego strza&#322;u, kluczy&#322;y zwinnie mi&#281;dzy pot&#281;&#380;nymi statkami Imperium, a potem odda&#322;y salw&#281; i rzuci&#322;y si&#281; do ucieczki. Cesarskie kosmoloty pu&#347;ci&#322;y si&#281; za nimi jak niezdarne bestie. Przestrze&#324; roz&#347;wietli&#322;y dwa bezg&#322;o&#347;ne b&#322;yski i dwa ze stateczk&#243;w skurczy&#322;y si&#281; jak zw&#281;glone li&#347;cie i rozpad&#322;y na drobne szcz&#261;tki w p&#322;omieniu j&#261;drowej eksplozji.

Jeszcze przez pewien czas pot&#281;&#380;ne liniowce przeczesywa&#322;y przestrze&#324;, a potem wr&#243;ci&#322;y do swoich zada&#324; i zacz&#281;&#322;y dalej snu&#263; mistern&#261; sie&#263; wok&#243;&#322; Fundacji, zagarniaj&#261;c jeden &#347;wiat po drugim.

Mundur Brodriga by&#322; okaza&#322;y i &#347;wietnie uszyty. Jego w&#322;a&#347;ciciel nosi&#322; go te&#380; z odpowiedni&#261; godno&#347;ci&#261;. Przechadza&#322; si&#281; leniwie, z powa&#380;n&#261; min&#261;, po ogrodach nieznanej mu planety, Wandy, gdzie mie&#347;ci&#322; si&#281; czasowo sztab g&#322;&#243;wny.

Towarzyszy&#322; mu Bel Riose, odziany w przygn&#281;biaj&#261;cy sw&#261; czerni&#261; i szaro&#347;ci&#261; mundur polowy z rozpi&#281;tym ko&#322;nierzem.

Riose wskaza&#322; na g&#322;adk&#261; czarn&#261; &#322;awk&#281; stoj&#261;c&#261; pod roztaczaj&#261;c&#261; przyjemn&#261; wo&#324; paproci&#261; drzewiast&#261;, kt&#243;rej wielkie pierzaste li&#347;cie wznosi&#322;y si&#281; w stron&#281; bia&#322;ego s&#322;o&#324;ca.

Sp&#243;jrz na to, panie. To pozosta&#322;o&#347;&#263; po Imperium. Ozdobne &#322;awki, ustawione tu kiedy&#347; dla zakochanych, trwaj&#261; nadal i wygl&#261;daj&#261; jak nowe, podczas gdy fabryki i pa&#322;ace zamieni&#322;y si&#281; w ruiny.

Siad&#322; na &#322;awce. Tajny Sekretarz Cleona II sta&#322; przed nim sztywno wyprostowany i &#347;cina&#322; li&#347;cie z drzewa precyzyjnymi uderzeniami laski z ko&#347;ci s&#322;oniowej.

Riose za&#322;o&#380;y&#322; nog&#281; na nog&#281; i pocz&#281;stowa&#322; Sekretarza papierosem. Sam te&#380; wyd&#322;uba&#322; papierosa z paczki m&#243;wi&#261;c:

Znaj&#261;c wspania&#322;&#261; m&#261;dro&#347;&#263; Jego Imperatorskiej Mo&#347;ci, mo&#380;na si&#281; by&#322;o spodziewa&#263;, &#380;e przy&#347;le tak znaj&#261;cego si&#281; na rzeczy obserwatora, jak pan. Z prawdziw&#261; przyjemno&#347;ci&#261; stwierdzam, i&#380; moje pewne obawy, &#380;e wa&#380;niejsze i pilniejsze sprawy usun&#261; w cie&#324; moj&#261; skromn&#261; wypraw&#281; na Peryferie, okaza&#322;y si&#281; przedwczesne.

Oczy Imperatora widz&#261; wszystko  powiedzia&#322; machinalnie Brodrig.  Bynajmniej nie lekcewa&#380;ymy tej wyprawy, jednak wydaje si&#281;, &#380;e obraz trud&#243;w z ni&#261; zwi&#261;zanych jest przesadzony. Ich ma&#322;e statki nie s&#261; z pewno&#347;ci&#261; a&#380; tak wielk&#261; przeszkod&#261;, &#380;eby&#347;my musieli wykonywa&#263; skomplikowany manewr zamkni&#281;cia przeciwnika.

Riose zarumieni&#322; si&#281;, ale nie da&#322; si&#281; wytr&#261;ci&#263; z r&#243;wnowagi.

Nie mog&#281; nara&#380;a&#263; &#380;ycia moich ludzi, kt&#243;rych i tak nie jest zbyt wielu, ani ryzykowa&#263; zniszczenia statk&#243;w, kt&#243;rych nie da&#322;oby si&#281; niczym zast&#261;pi&#263;, zaczynaj&#261;c zbyt wcze&#347;nie atak. Wykonanie zamkni&#281;cia zmniejszy moje straty podczas ostatecznego ataku o trzy czwarte, bez wzgl&#281;du na to, jak silny b&#281;dzie op&#243;r wroga. Przemawiaj&#261;ce za tym wzgl&#281;dy czysto wojskowej natury pozwoli&#322;em sobie wyja&#347;ni&#263; panu wczoraj.

No dobrze ju&#380;, dobrze. Nie jestem wojskowym. W tym przypadku zapewnia mnie pan, &#380;e to, co wydaje si&#281; niew&#261;tpliwe i oczywi&#347;cie s&#322;uszne, jest w istocie b&#322;&#281;dne. Przyjmiemy to wyja&#347;nienie. Jednak i tak jest pan przesadnie ostro&#380;ny. W swojej drugiej depeszy &#380;&#261;da&#322; pan posi&#322;k&#243;w. Posi&#322;k&#243;w przeciw s&#322;abym, ubogim barbarzy&#324;com, z kt&#243;rymi nie mia&#322; pan jeszcze w&#243;wczas nawet najmniejszej utarczki. Domaganie si&#281; posi&#322;k&#243;w w takiej sytuacji wskazywa&#322;oby na pana niedo&#322;&#281;stwo lub nawet na co&#347; gorszego, gdyby nie fakt, &#380;e dowi&#243;d&#322; pan wcze&#347;niej, &#380;e ma odwag&#281; i do&#347;&#263; wyobra&#378;ni.

Dzi&#281;kuj&#281; panu  rzek&#322; zimno genera&#322;  ale pozwol&#281; sobie zauwa&#380;y&#263;, &#380;e odwaga nie oznacza &#347;lepoty. Mo&#380;na zaryzykowa&#263; i zdecydowa&#263; si&#281; na ostateczne, rozstrzygaj&#261;ce posuni&#281;cie, kiedy zna si&#281; przeciwnika i potrafi si&#281; chocia&#380; w przybli&#380;eniu obliczy&#263; szans&#281; wygranej, ale porywa&#263; si&#281; bez odpowiedniego przygotowania na wroga, kt&#243;rego si&#281; w og&#243;le nie zna, to odwaga dla samej odwagi. R&#243;wnie dobrze m&#243;g&#322;by pan si&#281; spyta&#263;, dlaczego cz&#322;owiek, kt&#243;ry w dzie&#324; swobodnie pokonuje tor przeszk&#243;d, w nocy potyka si&#281; o meble w swoim w&#322;asnym pokoju.

Brodrig pomacha&#322; palcami, jakby op&#281;dza&#322; si&#281; od s&#322;&#243;w Riose'a.

Wyja&#347;nienie efektowne, ale nie przekonuj&#261;ce. Pan przecie&#380; by&#322; w tym ich barbarzy&#324;skim &#347;wiecie. W dodatku ma pan je&#324;ca, tego handlarza. I nie znajduje si&#281; pan z nim w nocnej ciemno&#347;ci.

Nie? Chcia&#322;bym, &#380;eby pan zrozumia&#322;, &#380;e &#347;wiata, kt&#243;ry przez dwa stulecia rozwija&#322; si&#281; w zupe&#322;nej izolacji nie mo&#380;na w czasie miesi&#281;cznego w nim pobytu pozna&#263; na tyle, &#380;eby mo&#380;na by&#322;o wybra&#263; skuteczn&#261; metod&#281; jego podboju. Jestem &#380;o&#322;nierzem, a nie, supermanem z jakiego&#347; tr&#243;jwymiarowego komiksu. A pojedynczy jeniec, kt&#243;ry w dodatku jest przedstawicielem grupy nie maj&#261;cej &#347;cis&#322;ych kontakt&#243;w z wrogim &#347;wiatem, nie mo&#380;e mi wyda&#263; &#347;cis&#322;ych sekret&#243;w jego strategii.

Bada&#322; go pan?

Bada&#322;em.

No i?

Przyda&#322; si&#281;, ale nie na wiele. Statek ma ma&#322;y, nie wart uwagi. Sprzedaje drobiazgi, owszem, interesuj&#261;ce, ale to wszystko. Mam kilka najbardziej przemy&#347;lnych i zamierzam je przes&#322;a&#263; imperatorowi jako osobliwo&#347;ci. Jest, naturalnie, troch&#281; spraw zwi&#261;zanych z tym statkiem i jego funkcjonowaniem, kt&#243;rych nie rozumiem, ale przecie&#380; nie jestem techmanem.

Ale ma pan w&#347;r&#243;d swoich ludzi takich, kt&#243;rzy nimi s&#261;  zwr&#243;ci&#322; mu uwag&#281; Brodrig.

Ja te&#380; wiem o tym  odpar&#322; nieco z&#322;o&#347;liwie genera&#322;.  Ale ci durnie musieliby si&#281; jeszcze du&#380;o nauczy&#263;, &#380;eby spe&#322;ni&#263; moje &#380;&#261;dania. Pos&#322;a&#322;em ju&#380; po ludzi, kt&#243;rzy mogliby rozszyfrowa&#263; zasady dziwnych obwod&#243;w pola, kt&#243;re s&#261; na tym statku. Dot&#261;d nie mam &#380;adnej wie&#347;ci.

Nie mo&#380;na si&#281; pozbywa&#263; ludzi tego rodzaju, generale. Musi przecie&#380; by&#263; w&#347;r&#243;d pana ludzi kto&#347;, kto si&#281; zna na atomistyce.

Gdyby by&#322;, to poleci&#322;bym mu naprawi&#263; dychawiczne silniki nap&#281;dzaj&#261;ce dwa z moich statk&#243;w. Dwa z mojej skromnej dziesi&#261;tki, kt&#243;re nie mog&#261; bra&#263; udzia&#322;u w &#380;adnej wi&#281;kszej bitwie, bo nie maj&#261; dostatecznej mocy. Jedna pi&#261;ta mojej floty jest skazana na ustawiczne ubezpieczanie ty&#322;&#243;w.

Sekretarz niecierpliwie zatrzepota&#322; palcami.

Pod tym wzgl&#281;dem, generale, pana sytuacja wcale nie jest wyj&#261;tkowa. Imperator ma podobne k&#322;opoty.

Genera&#322; odrzuci&#322; wymi&#281;toszonego papierosa, kt&#243;rego nie zd&#261;&#380;y&#322; nawet zapali&#263;, wyj&#261;&#322; nowego, zapali&#322; i wzruszy&#322; ramionami.

No c&#243;&#380;, brak techman&#243;w z prawdziwego zdarzenia nie jest teraz spraw&#261; najpilniejsz&#261;. Chocia&#380; gdybym ich mia&#322;, to mo&#380;e sonda psychiczna by&#322;aby we w&#322;a&#347;ciwym stanie i uda&#322;oby mi si&#281; wyci&#261;gn&#261;&#263; co&#347; wi&#281;cej z je&#324;ca.

Sekretarz uni&#243;s&#322; brwi w g&#243;r&#281;.

Ma pan sond&#281;?

Star&#261;. Wys&#322;u&#380;one urz&#261;dzenie, kt&#243;re zawiod&#322;o mnie akurat ten jeden jedyny raz, kiedy go potrzebowa&#322;em. Uruchomi&#322;em j&#261;, kiedy jeniec spa&#322; i nic nie uzyska&#322;em. Tyle, je&#347;li chodzi o sond&#281;. Pr&#243;bowa&#322;em jej na swoich ludziach i dzia&#322;a&#322;a zupe&#322;nie prawid&#322;owo, ale tu znowu &#380;aden z moich techman&#243;w nie potrafi&#322; mi wyja&#347;ni&#263;, dlaczego zawiod&#322;a w przypadku je&#324;ca. Ducem Barr, kt&#243;ry jest dobrym teoretykiem, chocia&#380; nie potrafi swojej wiedzy zastosowa&#263; w praktyce, m&#243;wi, &#380;e sonda mo&#380;e nie dzia&#322;a&#263; na struktur&#281; psychiczn&#261; je&#324;ca, gdy&#380; jest ona przystosowana do zupe&#322;nie innego &#347;rodowiska i innych bod&#378;c&#243;w nerwowych. Nie wiem. Ale jeniec mo&#380;e si&#281; jeszcze przyda&#263;. Dlatego go oszcz&#281;dzi&#322;em.

Brodrig wspar&#322; si&#281; na lasce.

Sprawdz&#281;, czy nie mo&#380;na znale&#378;&#263; fachowca w stolicy. A co z tym drugim, kt&#243;rego pan wspomnia&#322;? Z tym Siwe&#324;czykiem? Zbyt wielu wrog&#243;w jest u pana w &#322;askach.

On zna naszego wroga. Tego r&#243;wnie&#380; trzymam na wszelki wypadek. Jego pomoc mo&#380;e si&#281; przyda&#263;.

Ale to Siwe&#324;czyk i syn wygnanego rebelianta.

Jest stary i bezsilny, a poza tym mam jego rodzin&#281; jako zak&#322;adnik&#243;w.

Rozumiem. Ale my&#347;l&#281;, &#380;e sam powinienem porozmawia&#263; z tym handlarzem.

Oczywi&#347;cie.

Bez &#347;wiadk&#243;w  doda&#322; zimno Sekretarz stawiaj&#261;c jasno spraw&#281;.

Oczywi&#347;cie  powt&#243;rzy&#322; uprzejmie Riose.  Jako wierny poddany Imperatora, uznaj&#281; jego osobistego przedstawiciela za swego zwierzchnika. Ale poniewa&#380; handlarz znajduje si&#281; w sta&#322;ej bazie, musia&#322;by pan opu&#347;ci&#263; front w interesuj&#261;cym momencie.

Tak? Dlaczego w interesuj&#261;cym?

Dlatego, &#380;e dzisiaj ko&#324;czymy operacj&#281; zamkni&#281;cia. Dlatego, &#380;e w tym tygodniu Dwudziesta Flota Pogranicza zacznie si&#281; posuwa&#263; w kierunku centrum oporu  powiedzia&#322; z u&#347;miechem Riose i odwr&#243;ci&#322; si&#281;.

Brodrig czu&#322; si&#281; w pewnym sensie pokonany.



Przekupstwo

Sier&#380;ant Mori Luk by&#322; idealnym &#380;o&#322;nierzem. Pochodzi&#322; z wielkich rolniczych planet z konstelacji Plejad. Dla ludzi stamt&#261;d jedyn&#261; szans&#261; uwolnienia si&#281; od wiecznej har&#243;wki, jak&#261; jest praca na roli, by&#322;o wst&#261;pienie do wojska. Sier&#380;ant Mori Luk by&#322; typowym przedstawicielem tamtejszej spo&#322;eczno&#347;ci. Na tyle pozbawiony wyobra&#378;ni, &#380;eby nie odczuwa&#263; strachu w obliczu niebezpiecze&#324;stwa, by&#322; jednocze&#347;nie wystarczaj&#261;co silny i zwinny, aby wyj&#347;&#263; ca&#322;o z ka&#380;dej opresji. Wykonywa&#322; rozkazy bez chwili zw&#322;oki, kr&#243;tko trzyma&#322; podw&#322;adnych i bezgranicznie uwielbia&#322; swego genera&#322;a.

Przy tym wszystkim, by&#322; z natury pogodny. Je&#347;li obowi&#261;zki wymaga&#322;y tego, zabija&#322; bez wahania, ale te&#380; bez cienia nienawi&#347;ci.

To, &#380;e sier&#380;ant Luk zapali&#322; sygna&#322; nad drzwiami, zanim wszed&#322; do pokoju, &#347;wiadczy&#322;o r&#243;wnie&#380; o jego takcie, gdy&#380; mia&#322; absolutne prawo wej&#347;&#263; bez pukania.

Dwaj m&#281;&#380;czy&#378;ni siedz&#261;cy w pokoju podnie&#347;li g&#322;owy znad talerzy. Jeden z nich wy&#322;&#261;czy&#322; nog&#261; poobijany kieszonkowy odtwarzacz, z kt&#243;rego p&#322;yn&#261;&#322; skrzecz&#261;cy g&#322;os rozprawiaj&#261;cy o czym&#347; z wielkim zapa&#322;em.

Ksi&#261;&#380;ki?  spyta&#322; Lathan Devers. Sier&#380;ant wyj&#261;&#322; ciasno zwini&#281;t&#261; rolk&#281; filmu i podrapa&#322; si&#281; w g&#322;ow&#281;.

To w&#322;asno&#347;&#263; in&#380;yniera Orre'a, ale on musi dosta&#263; to z powrotem.

Chce to pos&#322;a&#263; dzieciom, taki upominek, wiecie. Ducem Barr obraca&#322; z zainteresowaniem rolk&#281; w r&#281;ku.

A sk&#261;d in&#380;ynier to ma? On chyba nie ma odtwarzacza, co?

Sier&#380;ant stanowczo pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;. Wskaza&#322; na poobijany grat w nogach &#322;&#243;&#380;ka:

To jedyny tutaj. Ten go&#347;&#263;, to znaczy Orre, zabra&#322; t&#281; ksi&#261;&#380;k&#281; z kt&#243;rego&#347; z tych zakichanych &#347;wiat&#243;w, kt&#243;re tu zaj&#281;li&#347;my. Trzymali to w takim osobnym wielkim budynku i musia&#322; zabi&#263; paru krajowc&#243;w, bo pr&#243;bowali go powstrzyma&#263;.

Spojrza&#322; na ksi&#261;&#380;k&#281; z uznaniem.

To b&#281;dzie dobry prezent dla dzieci. Przerwa&#322;, a potem rzek&#322; &#347;ciszonym g&#322;osem:

Przy okazji, powiem wam nowin&#281;. Jeszcze dok&#322;adnie nie wiem co i jak, ale to za dobre, &#380;ebym mia&#322; trzyma&#263; tylko dla siebie. Genera&#322; znowu to zrobi&#322;.  I pokr&#281;ci&#322; z zadowoleniem g&#322;ow&#261;.

Tak?  rzek&#322; Devers.  A co takiego zrobi&#322;?

Po prostu zako&#324;czy&#322; zamykanie  sier&#380;ant zachichota&#322; rado&#347;nie, jak ojciec, kt&#243;rego rozpiera duma z osi&#261;gni&#281;&#263; syna.  To jest go&#347;&#263;, co? &#321;adnie to zrobi&#322;, mo&#380;e nie? Taki jeden tutaj, co umie wstawia&#263; fantastyczne gadki, m&#243;wi, &#380;e to posz&#322;o tak g&#322;adko i pi&#281;knie jak muzyka sfer, cho&#263; diabli wiedz&#261;, co to takiego te sfery.

Teraz zacznie si&#281; wielka ofensywa?  spyta&#322; &#322;agodnym g&#322;osem Barr.

No, my&#347;l&#281;  odpar&#322; bu&#324;czucznie sier&#380;ant.  Teraz, kiedy moja r&#281;ka jest ju&#380; w porz&#261;dku, chc&#281; si&#281; z powrotem znale&#378;&#263; na swoim statku. Mam ju&#380; dosy&#263; siedzenia tu na wylocie.

Ja te&#380;  sykn&#261;&#322; nagle Devers z nag&#322;&#261; z&#322;o&#347;ci&#261;, ale zaraz po&#380;a&#322;owa&#322; tego i ugryz&#322; si&#281; w j&#281;zyk.

Sier&#380;ant spojrza&#322; na niego niepewnie i powiedzia&#322;:

Lepiej ju&#380; p&#243;jd&#281;. Zaraz ma obch&#243;d kapitan i wol&#281;, &#380;eby mnie tu nie zasta&#322;.

Zatrzyma&#322; si&#281; w drzwiach.

Aha, prosz&#281; pana  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do handlarza z nag&#322;ym i dziwnym onie&#347;mieleniem.  Dosta&#322;em wiadomo&#347;&#263; od &#380;ony. M&#243;wi, &#380;e ta ma&#322;a zamra&#380;arka, kt&#243;r&#261; pan mi da&#322; dla niej, dzia&#322;a. Nic j&#261; to nie kosztuje, a trzyma tam ca&#322;y miesi&#281;czny zapas jedzenia, i wszystko jest dok&#322;adnie zamro&#380;one. Bardzo panu dzi&#281;kuj&#281;.

W porz&#261;dku, nie ma za co.

Za szczerz&#261;cym z&#281;by sier&#380;antem zamkn&#281;&#322;y si&#281; bezg&#322;o&#347;nie drzwi.

Ducem Barr podni&#243;s&#322; si&#281; z krzes&#322;a.

No, zrewan&#380;owa&#322; si&#281; za t&#281; zamra&#380;ark&#281;. Zerknijmy na t&#281; now&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;. Ach, nie ma tytu&#322;u.

Odwin&#261;&#322; dobry metr filmu i obejrza&#322; pod &#347;wiat&#322;o.

Niech mi wsadz&#261; ig&#322;&#281; w wylot, jak m&#243;wi sier&#380;ant. To jest Summijski Ogr&#243;d, Devers.

Tak?  rzek&#322; handlarz bez zainteresowania. Odsun&#261;&#322; na bok resztki kolacji.  Usi&#261;d&#378; Barr. S&#322;uchanie tej staro&#347;wieckiej literatury nie poprawia mi humoru. S&#322;ysza&#322;e&#347;, co m&#243;wi&#322; sier&#380;ant?

Tak, s&#322;ysza&#322;em. I co z tego?

Zacznie si&#281; ofensywa. A my tu siedzimy!

A gdzie chcesz siedzie&#263;?

Wiesz, o co mi chodzi. Z czekania nic nam nie przyjdzie.

Nic?  Barr ostro&#380;nie wyj&#261;&#322; stary film z odtwarzacza i za&#322;o&#380;y&#322; nowy.  Przez ostatni miesi&#261;c opowiedzia&#322;e&#347; mi kawa&#322; historii Fundacji. Zdaje mi si&#281;, &#380;e podczas ubieg&#322;ych kryzys&#243;w wasi wielcy przyw&#243;dcy nie robili raczej nic innego, jak tylko siedzieli i czekali.

Ale&#380;, Barr, oni wiedzieli, co robi&#261;.

Wiedzieli? My&#347;l&#281;, &#380;e m&#243;wili tak, kiedy by&#322;o ju&#380; po wszystkim i z tego, co wiem, by&#263; mo&#380;e m&#243;wili prawd&#281;. Ale nie mo&#380;na udowodni&#263;, &#380;e sprawy nie potoczy&#322;yby si&#281; tak samo, a mo&#380;e nawet lepiej, gdyby oni nie wiedzieli, co robi&#261;. Jednostki nie maj&#261; &#380;adnego wp&#322;ywu na dzia&#322;anie ukrytych mechanizm&#243;w gospodarczych i spo&#322;ecznych.

Devers u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; drwi&#261;co.

Ale te&#380; nie mo&#380;na wykaza&#263;, &#380;e nie sko&#324;czy&#322;oby si&#281; gorzej. Odwracasz kota ogonem.  Zamy&#347;li&#322; si&#281;.  Wiesz co, a gdybym go tak r&#261;bn&#261;&#322;?

Kogo? Riose'a?  Tak.

Barr westchn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no. Przed jego oczyma przesun&#281;&#322;y si&#281; wspomnienia z przesz&#322;o&#347;ci.  Zab&#243;jstwo nie jest &#380;adnym wyj&#347;ciem, Devers. Kiedy&#347; tego spr&#243;bowa&#322;em  zosta&#322;em sprowokowany. Mia&#322;em wtedy dwadzie&#347;cia lat. Ale to niczego nie rozwi&#261;za&#322;o. Uwolni&#322;em Siwenn&#281; od jednego &#322;otra, ale nie od jarzma Imperium, a naprawd&#281; wa&#380;ne by&#322;o w&#322;a&#347;nie to jarzmo, a nie ten &#322;otr.

Ale Riose nie jest zwyk&#322;ym &#322;otrem. On to ca&#322;a ta przekl&#281;ta armia. Bez niego p&#243;jdzie w rozsypk&#281;. Trzymaj&#261; si&#281; go za r&#281;k&#281; jak dzieciaki. Ten sier&#380;ant wpada w zachwyt za ka&#380;dym razem, kiedy wymienia jego nazwisko.

Nie szkodzi. S&#261; inne armie i inni dow&#243;dcy. Musisz szuka&#263; wy&#380;ej. Jest, na przyk&#322;ad, ten Brodrig. Nikt si&#281; nie cieszy takim zaufaniem imperatora jak on. Riose musi walczy&#263; dziesi&#281;cioma statkami, a on m&#243;g&#322;by mie&#263; ich setki. Znam go ze s&#322;yszenia.

Tak? No i co powiesz o nim?  o&#380;ywi&#322; si&#281; handlarz. W miejsce przygn&#281;bienia pojawi&#322;o si&#281; wyra&#378;ne zainteresowanie.

Chcesz us&#322;ysze&#263; kr&#243;tk&#261; charakterystyk&#281;? To dra&#324; z do&#322;&#243;w spo&#322;ecznych, kt&#243;ry ci&#261;g&#322;ymi pochlebstwami i zaspokajaniem kaprys&#243;w imperatora wkrad&#322; si&#281; w jego &#322;aski. Jest znienawidzony przez arystokracj&#281;, te&#380; zreszt&#261; niez&#322;ych &#322;otr&#243;w, bo nie mo&#380;e si&#281; wykaza&#263; ani urodzeniem, ani pokor&#261;. Jest doradc&#261; imperatora we wszystkim i jego narz&#281;dziem w najbardziej nikczemnych poczynaniach. Jest zdrajc&#261; z w&#322;asnego wyboru, ale wiernym s&#322;ug&#261;  z konieczno&#347;ci. Nie ma w Imperium cz&#322;owieka, kt&#243;rego &#322;otrostwa by&#322;yby r&#243;wnie wyrafinowane, a uciechy r&#243;wnie wulgarne. Powiadaj&#261;, &#380;e do imperatora mo&#380;na si&#281; dosta&#263; tylko przez niego, a do niego tylko przez pod&#322;o&#347;&#263;.

Oho!  Devers w zamy&#347;leniu skuba&#322; brod&#281;.  I to w&#322;a&#347;nie jego przys&#322;a&#322; tutaj imperator, &#380;eby mia&#322; oko na Riose'a. Mam pomys&#322;, wiesz?

Teraz ju&#380; wiem.

Przyjmijmy, &#380;e ten Brodrig nabierze niech&#281;ci do naszego pupilka.

Prawdopodobnie ju&#380; jej nabra&#322;. Nie s&#322;yszano jeszcze, &#380;eby poczu&#322; do kogo&#347; sympati&#281;.

Przypu&#347;&#263;my, &#380;e sprawy nie uk&#322;adaj&#261; si&#281; pomy&#347;lnie. M&#243;g&#322;by si&#281; o tym dowiedzie&#263; imperator, a wtedy Riose m&#243;g&#322;by si&#281; znale&#378;&#263; w tarapatach.

Tak, tak, to zupe&#322;nie mo&#380;liwe. Ale jak masz zamiar doprowadzi&#263; do tego?

Jeszcze nie wiem. Chyba mo&#380;na go przekupi&#263;? Patrycjusz roze&#347;mia&#322; si&#281; szczerze.

Tak, w pewnym sensie, ale nie w taki spos&#243;b, jak przekupi&#322;e&#347; tego sier&#380;anta, nie zamra&#380;ark&#261;. Zreszt&#261;, nawet gdyby ci si&#281; uda&#322;o sprosta&#263; jego wymaganiom, to i tak niewiele by to da&#322;o. Prawdopodobnie nikogo nie mo&#380;na tak &#322;atwo przekupi&#263; jak jego, ale on nawet w tym nie przestrzega zasad gry. Pieni&#261;dze we&#378;mie ch&#281;tnie, ale nic nie zrobi. Bez wzgl&#281;du na sum&#281;. Pomy&#347;l o czym&#347; innym.

Devers zarzuci&#322; nog&#281; na nog&#281; i zacz&#261;&#322; ko&#322;ysa&#263; stop&#261;.

To tylko pierwszy, lu&#378;ny pomys&#322; Przerwa&#322;, bo znowu zapali&#322;o si&#281; &#347;wiat&#322;o nad drzwiami i w progu jeszcze raz stan&#261;&#322; sier&#380;ant. Zdradza&#322; wyra&#378;nie podniecenie, twarz mia&#322; przej&#281;t&#261; i powa&#380;n&#261;.

Prosz&#281; pana  zacz&#261;&#322;, staraj&#261;c si&#281; okaza&#263; szacunek  jestem bardzo wdzi&#281;czny za t&#281; zamra&#380;ark&#281; i zawsze odnosi&#322; si&#281; pan do mnie tak uprzejmie, chocia&#380; jestem synem ch&#322;opa, a wy jeste&#347;cie wielkimi panami.

Niepostrze&#380;enie przeszed&#322; na gwar&#281; plejadzk&#261;, tak  &#380;e ledwie mo&#380;na by&#322;o go zrozumie&#263;. Pod wp&#322;ywem podniecenia jego tak uporczywie &#263;wiczona postawa &#380;o&#322;nierska nagle gdzie&#347; si&#281; zapodzia&#322;a i oto sta&#322; przed nimi typowy wie&#347;niak.

O co chodzi, sier&#380;ancie?  spyta&#322; &#322;agodnie Barr.

Lord Brodrig przybywa tu, aby was zobaczy&#263;. Jutro! Wiem, bo kapitan poleci&#322; mi przygotowa&#263; &#380;o&#322;nierzy na jego powitanie. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e warto was ostrzec.

Dzi&#281;kujemy, sier&#380;ancie  rzek&#322; Barr. Doceniamy to. Ale nic si&#281; nie sta&#322;o, nie ma potrzeby

Wyraz twarzy sier&#380;anta Luka zdradza&#322; strach. Rzek&#322; ochryp&#322;ym szeptem:

Nie znacie tego, co ludzie o nim m&#243;wi&#261;. On si&#281; zaprzeda&#322; diab&#322;u przestrzeni. Nie &#347;miejcie si&#281;. Kr&#261;&#380;&#261; o nim straszne opowie&#347;ci. M&#243;wi&#261;, &#380;e ma ludzi z miotaczami, kt&#243;rzy chodz&#261; za nim krok w krok i kiedy chce si&#281; zabawi&#263;, to po prostu ka&#380;e im strzela&#263; do pierwszego, kt&#243;ry si&#281; nawinie. I oni to robi&#261; a on si&#281; &#347;mieje. M&#243;wi&#261;, &#380;e boi si&#281; go nawet imperator i &#380;e on zmusza imperatora do podnoszenia podatk&#243;w i nie pozwala mu s&#322;ucha&#263; skarg ludu. I m&#243;wi&#261;, &#380;e nienawidzi genera&#322;a. M&#243;wi&#261;, &#380;e chce zabi&#263; genera&#322;a, bo genera&#322; jest taki pot&#281;&#380;ny i taki m&#261;dry. Ale nie mo&#380;e, bo nasz genera&#322; nie ma r&#243;wnego sobie przeciwnika i wie, &#380;e lord Brodrig to z&#322;y cz&#322;owiek.

Sier&#380;ant zamruga&#322; oczami, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; niepewnie, jakby wstydz&#261;c si&#281; swego wybuchu i podszed&#322; do drzwi. Pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Zapami&#281;tajcie moje s&#322;owa. Strze&#380;cie si&#281; go. Wyszed&#322;.

Devers spojrza&#322; na Barra. Wzrok mia&#322; twardy.

To nam na r&#281;k&#281;, co, doktorku?

To zale&#380;y  odpar&#322; sucho Barr  od Brodriga, co?

Ale Devers nie s&#322;ucha&#322;. My&#347;la&#322; intensywnie.

Lord Brodrig pochyli&#322; g&#322;ow&#281; wchodz&#261;c do ciasnej cz&#281;&#347;ci mieszkalnej statku handlowego. Za nim wesz&#322;o szybko dw&#243;ch uzbrojonych ludzi z jego ochrony osobistej, z wyci&#261;gni&#281;tymi miotaczami i zawodowo gro&#378;nymi minami wynaj&#281;tych zbir&#243;w.

W tej chwili Tajny Sekretarz nie przypomina&#322; cz&#322;owieka, kt&#243;ry sprzeda&#322; sw&#261; dusz&#281;. Je&#347;li kupi&#322; go diabe&#322; przestrzeni, to na pewno nie opatrzy&#322; go &#380;adnym widocznym znakiem swego posiadania. Lord Brodrig wygl&#261;da&#322; raczej na wykwintnisia, kt&#243;ry wni&#243;s&#322; ze sob&#261; powiew mody dworskiej o&#380;ywiaj&#261;cy surow&#261;, nag&#261; brzydot&#281; bazy wojskowej.

Sztywne, proste linie jego b&#322;yszcz&#261;cego, nieskazitelnego munduru sprawia&#322;y, &#380;e wydawa&#322; si&#281; bardzo wysoki. Z owej sztucznej wysoko&#347;ci wzd&#322;u&#380; pochy&#322;o&#347;ci d&#322;ugiego nosa spogl&#261;da&#322;y na handlarza zimne, nieczu&#322;e oczy. Wok&#243;&#322; przegub&#243;w jego r&#261;k powiewa&#322;y per&#322;owe, prze&#378;roczyste jak mgie&#322;ka koronkowe mankiety, gdy wykwintnym ruchem postawi&#322; sw&#261; lask&#281; z ko&#347;ci s&#322;oniowej na ziemi i wspar&#322; si&#281; na niej.

Nie  powiedzia&#322;, wykonawszy lekki ruch d&#322;oni&#261;  pozostaniesz tutaj. Zapomnij o swoich zabawkach, nie interesuj&#261; mnie.

Wysun&#261;&#322; krzes&#322;o, przetar&#322; je dok&#322;adnie kawa&#322;kiem mieni&#261;cej si&#281; tkaniny przymocowanej do r&#261;czki laski i usiad&#322; na nim. Devers spojrza&#322; na drugie krzes&#322;o, ale Brodrig rzek&#322; leniwie:

B&#281;dziesz sta&#322; w obecno&#347;ci para Imperium.

I u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;. Devers wzruszy&#322; ramionami.

Je&#347;li nie interesuje ci&#281; m&#243;j towar, to po co tu jestem potrzebny?

Tajny Sekretarz milcza&#322; wymownie, wi&#281;c Devers doda&#322; wolno:

Panie.

Po to, &#380;eby unikn&#261;&#263; rozg&#322;osu  rzek&#322; sekretarz.  My&#347;lisz, &#380;e przeby&#322;bym dwa tysi&#261;ce parsek&#243;w po to, &#380;eby obejrze&#263; &#347;wiecide&#322;ka? To ciebie chcia&#322;em zobaczy&#263;  wyj&#261;&#322; r&#243;&#380;ow&#261; pastylk&#281; z ozdobnego pude&#322;ka i delikatnie w&#322;o&#380;y&#322; do ust. Ssa&#322; j&#261; wolno i z wyra&#378;nym smakiem.

Na przyk&#322;ad  rzek&#322;  kim jeste&#347;? Czy rzeczywi&#347;cie jeste&#347; obywatelem tego barbarzy&#324;skiego &#347;wiata, kt&#243;ry budzi tyle emocji i sta&#322; si&#281; przyczyn&#261; tego wojennego ob&#322;&#281;du?

Devers powa&#380;nie skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

I zosta&#322;e&#347; naprawd&#281; schwytany przez niego po wszcz&#281;ciu tej sprzeczki, kt&#243;r&#261; on nazywa wojn&#261;? M&#243;wi&#281; o naszym m&#322;odym generale.

Devers ponownie potwierdzi&#322; skinieniem g&#322;owy.

Ach tak! Bardzo dobrze, m&#243;j drogi cudzoziemcze. Widz&#281;, &#380;e nie jeste&#347; zbyt rozmowny. Pomog&#281; ci. Wydaje si&#281;, &#380;e nasz genera&#322; prowadzi ewidentnie bezsensown&#261; wojn&#281;, zu&#380;ywaj&#261;c na to przera&#380;aj&#261;ce ilo&#347;ci energii i to dla zdobycia jakiego&#347; zapomnianego przez ludzi niewielkiego &#347;wiata gdzie&#347; na ko&#324;cu nico&#347;ci, dla kawa&#322;ka ziemi, kt&#243;ry dla logicznie my&#347;l&#261;cego cz&#322;owieka nie wart by&#322;by jednego wystrza&#322;u z miotacza. A przecie&#380; genera&#322; nie jest idiot&#261;. Przeciwnie, rzek&#322;bym, &#380;e jest nadzwyczaj inteligentny. Rozumiesz mnie?

Nie mog&#281; tego powiedzie&#263;, panie. Sekretarz obejrza&#322; dok&#322;adnie swoje paznokcie i powiedzia&#322;:

Wobec tego s&#322;uchaj dalej. Genera&#322; nie traci&#322;by ludzi i statk&#243;w dla czczej s&#322;awy. Wiem, &#380;e m&#243;wi o s&#322;awie i honorze Imperium, ale jest oczywistym, &#380;e nie chodzi tu o pragnienie dor&#243;wnania dumnym p&#243;&#322;bogom z zamierzch&#322;ych bohaterskich czas&#243;w.

On pragnie czego&#347; wi&#281;cej ni&#380; s&#322;awy a przy tym przejawia on dziwn&#261;, zbyteczn&#261; trosk&#281; o ciebie. Ot&#243;&#380;, gdyby&#347; by&#322; moim je&#324;cem i powiedzia&#322; mi tak niewiele, jak powiedzia&#322;e&#347; jemu, to kaza&#322;bym ci rozpru&#263; brzuch i owin&#261;&#263; ci&#281; twoimi w&#322;asnymi flakami.

Devers nawet nie mrugn&#261;&#322; powiek&#261;. Jego wzrok przesun&#261;&#322; si&#281; wolno na jednego, potem na drugiego z goryli sekretarza. Zdawali si&#281; tylko czeka&#263;, byli gotowi, piekielnie gotowi.

Sekretarz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

No, Devers, milczysz, ale siedzi w tobie diabe&#322;. Wed&#322;ug naszego genera&#322;a, nawet sonda psychiczna nie wywar&#322;a na tobie wra&#380;enia. To by&#322; b&#322;&#261;d z jego strony, bo utwierdzi&#322;em si&#281; w przekonaniu, &#380;e nasz wojskowy narwaniec k&#322;amie.

Sekretarz wydawa&#322; si&#281; mie&#263; &#347;wietny humor.

M&#243;j ty uczciwy handlarzu  powiedzia&#322;  ja mam swoj&#261; w&#322;asn&#261; sond&#281; psychiczn&#261;, tak&#261;, kt&#243;ra powinna szczeg&#243;lnie poskutkowa&#263; w twoim przypadku. Widzisz to

Mi&#281;dzy kciukiem a palcem wskazuj&#261;cym prawej r&#281;ki sekretarza pojawi&#322;y si&#281;, niedbale trzymane, r&#243;&#380;owo-&#380;&#243;&#322;te prostok&#261;ciki o zawi&#322;ym wzorze, kt&#243;rych przeznaczenie by&#322;o ca&#322;kowicie oczywiste.

Wygl&#261;da to na pieni&#261;dze  powiedzia&#322; Devers.

To s&#261; pieni&#261;dze najlepsze pieni&#261;dze w Imperium, bo maj&#261; pokrycie w moich dobrach, kt&#243;re s&#261; wi&#281;ksze ni&#380; dobra cesarza. Sto tysi&#281;cy kredyt&#243;w. Tutaj! Mi&#281;dzy tymi dwoma palcami! S&#261; twoje!

Za co, panie? Jestem niez&#322;ym handlarzem, ale ka&#380;dy handel odbywa si&#281; w dwie strony.

Za co? Za prawd&#281;! Czego chce genera&#322;? Dlaczego prowadzi t&#281; wojn&#281;?

Lathan Devers westchn&#261;&#322; i pog&#322;adzi&#322; w zamy&#347;leniu brod&#281;.

Czego chce?  Jego wzrok w&#281;drowa&#322; za ruchami r&#281;ki sekretarza licz&#261;cego wolno, banknot po banknocie, pieni&#261;dze,  Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c, Imperium.

Hmm! Jakie to proste. W ko&#324;cu zawsze przychodzi do tego. Ale jak? Jaka&#380; to szeroka i tak zach&#281;caj&#261;ca droga prowadzi z kra&#324;ca Galaktyki na szczyt Imperium?

Fundacja  rzek&#322; cierpko Devers  ma swoje sekrety. Maj&#261; ksi&#281;gi, stare ksi&#281;gi  tak stare, &#380;e j&#281;zyk, w kt&#243;rym s&#261; napisane, zna tylko kilka najwy&#380;ej postawionych os&#243;b. Ale by dotrze&#263; do tych sekret&#243;w, trzeba si&#281; przedrze&#263; przez otoczk&#281; religijnego rytua&#322;u, a poza tym nikt nie mo&#380;e tej wiedzy zastosowa&#263; w praktyce. Ja pr&#243;bowa&#322;em to zrobi&#263; i teraz jestem tutaj, a tam czeka na mnie kara &#347;mierci.

Rozumiem. A co to za sekrety? No dalej, za sto tysi&#281;cy kredyt&#243;w mog&#281; chyba pozna&#263; szczeg&#243;&#322;y.

To sekret transmutacji pierwiastk&#243;w  powiedzia&#322; kr&#243;tko Devers.

Oczy sekretarza zw&#281;zi&#322;y si&#281; i nie patrzy&#322;y ju&#380; tak oboj&#281;tnie.

M&#243;wiono mi, &#380;e zgodnie z prawami atomistyki transmutacja jest praktycznie niemo&#380;liwa.

Tak, je&#347;li u&#380;ywa si&#281; energii j&#261;drowej. Ale staro&#380;ytni byli niez&#322;ymi spryciarzami. S&#261; &#378;r&#243;d&#322;a energii pot&#281;&#380;niejsze ni&#380; atom. Gdyby Fundacja si&#281;gn&#281;&#322;a do tych &#378;r&#243;de&#322;, jak sugerowa&#322;em

Deversowi &#380;o&#322;&#261;dek podszed&#322; do gard&#322;a. Sp&#322;awik ta&#324;czy&#322; po wodzie  ryba szczypa&#322;a przyn&#281;t&#281;.

M&#243;w dalej  rzek&#322; nagle sekretarz.  Jestem pewien, &#380;e genera&#322; doskonale zdaje sobie z tego spraw&#281;. Ale co zamierza zrobi&#263;, kiedy ju&#380; zako&#324;czy t&#281; operetkow&#261; wojn&#281;?

G&#322;os Deversa by&#322; twardy jak ska&#322;a:

Transmutacja da mu kontrol&#281; nad ca&#322;&#261; struktur&#261; gospodarcz&#261; Imperium. Kopalnie minera&#322;&#243;w stan&#261; si&#281; guzik warte, kiedy Riose b&#281;dzie m&#243;g&#322; otrzyma&#263; tungsten z aluminium albo iryd z &#380;elaza. Ca&#322;y system produkcji opieraj&#261;cy si&#281; na niedostatku pewnych pierwiastk&#243;w i nadmiarze innych ulegnie rozprz&#281;&#380;eniu. Nastanie taki chaos, jakiego Imperium jeszcze nie widzia&#322;o i tylko Riose b&#281;dzie w stanie przywr&#243;ci&#263; porz&#261;dek. No i jest jeszcze sprawa tej nowej energii, o kt&#243;rej wspomnia&#322;em, a z kt&#243;rej Riose b&#281;dzie m&#243;g&#322; korzysta&#263; bez obawy wzbudzenia histerii religijnej.

Teraz nic go ju&#380; nie powstrzyma. Z&#322;apa&#322; Fundacj&#281; za kark i nim min&#261; dwa lata, zostanie imperatorem.

A wi&#281;c to tak  Brodrig roze&#347;mia&#322; si&#281; lekko.  Iryd z &#380;elaza, tak chyba powiedzia&#322;e&#347;? S&#322;uchaj, zdradz&#281; ci tajemnic&#281; pa&#324;stwow&#261;. Czy wiesz, &#380;e Fundacja ju&#380; si&#281; skontaktowa&#322;a z genera&#322;em?

Devers zesztywnia&#322;.

Wygl&#261;dasz na zaskoczonego. Dlaczego? Teraz wydaje si&#281; to uk&#322;ada&#263; w logiczn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;. Zaproponowali sto ton irydu rocznie w zamian za pok&#243;j. Sto ton &#380;elaza przemienionego w iryd z pogwa&#322;ceniem zasad ich religii dla ocalenia w&#322;asnej szyi. &#321;adna oferta, ale nic dziwnego, &#380;e nasz nieprzekupny genera&#322; odm&#243;wi&#322;, skoro mo&#380;e mie&#263; i iryd, i Imperium. A biedny Cleon nazwa&#322; go swym jedynym uczciwym genera&#322;em. No, m&#243;j brodaczu, zas&#322;u&#380;y&#322;e&#347; na zap&#322;at&#281;.

Rzuci&#322; pieni&#261;dze i Devers pu&#347;ci&#322; si&#281; w pogo&#324; za fruwaj&#261;cymi banknotami.

Lord Brodrig odwr&#243;ci&#322; si&#281; w drzwiach.

Jeszcze jedno, handlarzu. Ci dwaj tutaj, z miotaczami, towarzysze moich zabaw, nie maj&#261; ani s&#322;uchu, ani daru wymowy, ani wykszta&#322;cenia, ani inteligencji. Nie s&#322;ysz&#261;, nie m&#243;wi&#261;, nie pisz&#261; i nawet sonda psychiczna nic by z nich nie wyci&#261;gn&#281;&#322;a. Ale s&#261; za to ekspertami od ciekawych egzekucji. Kupi&#322;em ci&#281; za sto tysi&#281;cy kredyt&#243;w. B&#281;dziesz dobrym i warto&#347;ciowym nabytkiem. Gdyby&#347; jednak kiedy&#347; zapomnia&#322;, &#380;e ci&#281; kupi&#322;em i spr&#243;bowa&#322; powiedzmy powt&#243;rzy&#263; nasz&#261; rozmow&#281; Riose'owi, to koniec z tob&#261;. Ale ten koniec ja sam obmy&#347;l&#281;.

Na jego delikatnej twarzy pojawi&#322; si&#281; nagle wyraz bezwzgl&#281;dnego okrucie&#324;stwa, kt&#243;ry zmieni&#322; wystudiowany u&#347;miech w przera&#380;aj&#261;cy grymas. Przez u&#322;amek sekundy Deversowi wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e diabe&#322; przestrzeni, kupiec jego kupca, wygl&#261;da mu z oczu.

Czuj&#261;c lufy miotaczy towarzyszy zabaw Brodriga miedzy &#380;ebrami, ruszy&#322; w milczeniu do swojej kabiny.

Na pytanie Ducema Barra odpowiedzia&#322; z wyra&#378;n&#261; satysfakcj&#261;:

Naj&#347;mieszniejsze w tym wszystkim jest to, &#380;e to o n przekupi&#322; mnie.

Dwa miesi&#261;ce trudnej wojny pozostawi&#322;y sw&#243;j &#347;lad na Bel Riosie. By&#322; niesamowicie powa&#380;ny i &#322;atwo wybucha&#322; gniewem. Do wpatrzonego we&#324; jak w obraz sier&#380;anta Luka rzek&#322; z wyra&#378;nym zniecierpliwieniem:

Zaczekacie na zewn&#261;trz, &#380;o&#322;nierzu, i odprowadzicie tych ludzi z powrotem do ich kabiny, kiedy sko&#324;cz&#281;. Nikt nie mo&#380;e wej&#347;&#263; bez mojego wezwania. Zupe&#322;nie nikt, zrozumiano?

Sier&#380;ant zasalutowa&#322; i sztywnym krokiem wyszed&#322; z pokoju, a genera&#322; mrucz&#261;c co&#347; pod nosem z obrzydzeniem zgarn&#261;&#322; czekaj&#261;ce na za&#322;atwienie papiery z biurka do szuflady i zatrzasn&#261;&#322; j&#261;.

Siadajcie  rzek&#322; kr&#243;tko do stoj&#261;cej przed nim pary.  Nie mam du&#380;o czasu. Dok&#322;adniej m&#243;wi&#261;c, w og&#243;le nie powinno mnie tu by&#263;, ale musia&#322;em si&#281; z wami zobaczy&#263;.

Zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Barra, kt&#243;ry z zainteresowaniem g&#322;adzi&#322; swymi d&#322;ugimi palcami kryszta&#322;owy sze&#347;cian z umieszczon&#261; wewn&#261;trz podobizn&#261; surowej, pobru&#380;d&#380;onej twarzy Jego Imperatorskiej Mo&#347;ci, Cleona II.

Przede wszystkim, patrycjuszu  powiedzia&#322;  pa&#324;ski Seldon przegrywa. Z pewno&#347;ci&#261;, bije si&#281; dobrze, bo ludzie z Fundacji kr&#281;c&#261; si&#281; wok&#243;&#322; mnie jak rozw&#347;cieczone pszczo&#322;y i walcz&#261; jak szale&#324;cy. Ka&#380;da planeta broni si&#281; zaciekle, a kiedy kt&#243;r&#261;&#347; zdob&#281;dziemy, to zaraz wybucha powstanie, tak &#380;e r&#243;wnie trudno jest j&#261; utrzyma&#263;, jak zdoby&#263;. Ale zdobyli&#347;my je i trzymamy. Pa&#324;ski Seldon przegrywa.

Ale jeszcze nie przegra&#322;  mrukn&#261;&#322; Barr.

Fundacja ma mniej optymizmu. Daj&#261; mi miliony, &#380;ebym tylko nie wystawia&#322;, tego Seldona na ostateczn&#261; pr&#243;b&#281;.

Tak wie&#347;&#263; niesie.

Ach, wi&#281;c wie&#347;ci docieraj&#261; tu przede mn&#261;. Naj&#347;wie&#380;sze te&#380; ju&#380; dotar&#322;y?

A jakie to wie&#347;ci?

A takie, &#380;e lord Brodrig, ulubieniec cesarza, zosta&#322;, na swoje w&#322;asne &#380;yczenie, moim zast&#281;pc&#261;.

Po raz pierwszy odezwa&#322; si&#281; Devers.

Na w&#322;asne &#380;yczenie, szefie? Jak to mo&#380;liwe? Czy&#380;by&#347; zaczyna&#322; lubi&#263; tego faceta?  zachichota&#322;.

Nie, nie powiem, &#380;eby tak si&#281; sta&#322;o  odpar&#322; spokojnie Riose.  Ale po prostu kupi&#322; sobie t&#281; funkcj&#281; za godziw&#261;, jak s&#261;dz&#281;, zap&#322;at&#281;.

A mianowicie?

A mianowicie za skierowanie do imperatora pro&#347;by o posi&#322;ki.

Devers u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szyderczo.

Skontaktowa&#322; si&#281; z imperatorem, ha? I wyobra&#380;am sobie, szefie, &#380;e teraz czekacie na posi&#322;ki, kt&#243;re przyjd&#261; lada dzie&#324;. Mam racj&#281;?

Nie! Ju&#380; nadesz&#322;y. Pi&#281;&#263; pi&#281;knych liniowc&#243;w, z osobistymi gratulacjami od imperatora. Reszta jest w drodze. Co&#347; si&#281; sta&#322;o, handlarzu?  spyta&#322; z drwin&#261; w g&#322;osie.

Nie  odpar&#322; Devers, z trudem poruszaj&#261;c nagle zesztywnia&#322;ym j&#281;zykiem.

Riose wyszed&#322; zza biurka i zajrza&#322; z bliska w twarz handlarzowi, k&#322;ad&#261;c d&#322;o&#324; na kolbie miotacza.

Pytam, co si&#281; sta&#322;o, handlarzu? Wydaje si&#281;, &#380;e ta wiadomo&#347;&#263; zaniepokoi&#322;a ci&#281;. Chyba nie poczu&#322;e&#347; nag&#322;ego przyp&#322;ywu zainteresowania Fundacj&#261;?

Nie poczu&#322;em.

Taaak S&#261; w twojej postawie pewne niejasne punkty.

Naprawd&#281;, szefie?  Devers u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; sztywno i zacisn&#261;&#322; pi&#281;&#347;ci, ale nie wyj&#261;&#322; r&#261;k z kieszeni.  Ustaw je rz&#281;dem, a obal&#281; je za jednym zamachem.

Prosz&#281; bardzo. Uj&#281;li&#347;my ci&#281; bez trudu. Podda&#322;e&#347; si&#281; po pierwszym strzale, ze spalon&#261; os&#322;on&#261;. Jeste&#347; gotowy zdradzi&#263; sw&#243;j &#347;wiat, i to bez zap&#322;aty. To ciekawe, co?

Najbardziej mi pasuje, &#380;eby znale&#378;&#263; si&#281; po tej stronie, kt&#243;ra wygrywa. Jestem rozs&#261;dnym cz&#322;owiekiem, sam mnie tak nazwa&#322;e&#347;.

Zgoda!  rzek&#322; Riose ochryp&#322;ym g&#322;osem.  Ale od tamtej pory nie schwytali&#347;my &#380;adnego handlarza. Ka&#380;dy spotkany przez nas statek handlowy mia&#322; do&#347;&#263; szybko&#347;ci, &#380;eby uciec, je&#347;li jego za&#322;oga tego chcia&#322;a. Ka&#380;dy statek handlowy mia&#322; ekran, kt&#243;ry m&#243;g&#322; zatrzyma&#263; ca&#322;&#261; salw&#281; z lekkiego kr&#261;&#380;ownika, je&#347;li za&#322;oga zdecydowa&#322;a si&#281; przyj&#261;&#263; walk&#281;. I ka&#380;dy handlarz walczy&#322; na &#347;mier&#263; i &#380;ycie, je&#347;li zaistnia&#322;a odpowiednia sytuacja. Co wi&#281;cej, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e to handlarze przewodz&#261; powsta&#324;com na okupowanych planetach i &#380;e to oni inicjuj&#261; wypady w okupowan&#261; przez nas przestrze&#324;.

A wi&#281;c jeste&#347; jedynym rozs&#261;dnym handlarzem? Ani nie walczysz, ani nie uciekasz, za to, bez &#380;adnego nalegania z naszej strony, zostajesz zdrajc&#261;. Jeste&#347; wyj&#261;tkiem, zadziwiaj&#261;cym a prawd&#281; powiedziawszy, podejrzanym wyj&#261;tkiem.

Wiem, co masz na my&#347;li  rzek&#322; cicho Devers  ale nie mo&#380;esz mi nic zarzuci&#263;. Jestem tu ju&#380; p&#243;&#322; roku i jestem grzeczny.

Istotnie, tote&#380; odp&#322;aci&#322;em ci dobrym traktowaniem. Tw&#243;j statek jest w nienaruszonym stanie, a z tob&#261; samym obchodzi&#322;em si&#281; dobrze pod ka&#380;dym wzgl&#281;dem. Mimo to, zawiod&#322;em si&#281; na tobie. Mog&#322;yby mi si&#281;, na przyk&#322;ad, przyda&#263; szczeg&#243;&#322;owe informacje o przyrz&#261;dach, kt&#243;rymi handlujesz. Zasady fizyki j&#261;drowej, wed&#322;ug kt&#243;rych je zbudowano, s&#261;, zdaje si&#281;, wykorzystywane r&#243;wnie&#380; w konstrukcji najgro&#378;niejszych broni Fundacji. Zgadza, si&#281;?

Jestem tylko handlarzem  powiedzia&#322; Devers  a nie jednym z tych wa&#380;nych in&#380;ynier&#243;w. Sprzedaj&#281; towar, nie robi&#281; go.

O tym si&#281; nied&#322;ugo przekonamy. W&#322;a&#347;nie po to tu przyby&#322;em. Tw&#243;j statek zostanie przeszukany w celu stwierdzenia, czy nie ma na nim osobistego ekranu. Nigdy takiego nie nosi&#322;e&#347;, ale maj&#261; je wszyscy &#380;o&#322;nierze Fundacji. Je&#347;li go znajdziemy, to b&#281;dzie to dow&#243;d, &#380;e jednak mog&#322;e&#347;, lecz nie chcia&#322;e&#347; dostarczy&#263; mi pewnych informacji. Zgadza si&#281;?

Devers nie odpowiedzia&#322;, wi&#281;c Riose m&#243;wi&#322; dalej:

Uzyskamy te&#380; bardziej bezpo&#347;redni dow&#243;d.

Mam tu ze sob&#261; sond&#281; psychiczn&#261;. Pierwsza pr&#243;ba nie powiod&#322;a si&#281;, ale kontakt z wrogiem jest dobr&#261; szko&#322;&#261;.

Ostatnie s&#322;owa genera&#322; wyrzek&#322; gro&#378;nym tonem i w tej samej chwili Devers poczu&#322; mi&#281;dzy &#380;ebrami luf&#281; jego miotacza.

Zdejmij bransoletk&#281; i wszystkie inne metalowe ozdoby i oddaj mi. Powoli! Widzisz, pola atomowe mo&#380;na odkszta&#322;ca&#263;, a sondy psychiczne mog&#261; skutecznie dzia&#322;a&#263; tylko w polu statycznym. W porz&#261;dku. Wezm&#281; to.

Odbiornik na biurku genera&#322;a rozjarzy&#322; si&#281; i w jego otworze, obok kt&#243;rego sta&#322; Barr z d&#322;oni&#261; spoczywaj&#261;c&#261; na tr&#243;jwymiarowym popiersiu cesarza, pojawi&#322;a si&#281; kapsu&#322;a z depesz&#261;.

Riose cofn&#261;&#322; si&#281; za biurko z miotaczem gotowym do strza&#322;u.  Pan te&#380;, patrycjuszu  rzek&#322; do Barra.  Zdradza pana bransoletka na r&#281;ku. Jednak wcze&#347;niej pom&#243;g&#322; mi pan, a ja nie jestem m&#347;ciwy, wi&#281;c o losie pa&#324;skiej rodziny zadecyduje wynik sondowania.

Genera&#322; schyli&#322; si&#281;, aby wzi&#261;&#263; kapsu&#322;k&#281;, a wtedy Barr uni&#243;s&#322; do g&#243;ry zamkni&#281;te w krysztale popiersie Cleona II i z ca&#322;ym spokojem spu&#347;ci&#322; je na jego g&#322;ow&#281;.

Odby&#322;o si&#281; to tak szybko, &#380;e Devers nie zd&#261;&#380;y&#322; nawet mrugn&#261;&#263; okiem. W starca jakby nagle wst&#261;pi&#322; diabe&#322;.

Uciekamy!  rzuci&#322; Barr przez zaci&#347;ni&#281;te z&#281;by.  Szybko!  Chwyci&#322; miotacz, kt&#243;ry wysun&#261;&#322; si&#281; Riose'owi z r&#281;ki i schowa&#322; go za sw&#261; bluz&#281;.

Sier&#380;ant Luk obr&#243;ci&#322; si&#281; na skrzypni&#281;cie drzwi, w kt&#243;rych pojawili si&#281; Barr i Devers. Barr rzek&#322; swobodnym tonem:

Prowad&#378;, sier&#380;ancie. Devers zamkn&#261;&#322; drzwi.

Sier&#380;ant w milczeniu wi&#243;d&#322; ich do kabiny, gdzie zatrzyma&#322; si&#281;, lecz po chwili ruszy&#322; dalej, bo poczu&#322; pod &#380;ebrem luf&#281; miotacza i us&#322;ysza&#322; Do statku handlarza.

Devers wysun&#261;&#322; si&#281; do przodu, aby otworzy&#263; luk powietrzny, a Barr powiedzia&#322;:

Nie ruszaj si&#281;, Luk. Zachowywa&#322;e&#347; si&#281; przyzwoicie, wi&#281;c nie chcieliby&#347;my ci&#281; zabija&#263;.

Ale w tej samej chwili sier&#380;ant rozpozna&#322; monogram wyryty na miotaczu. Krzykn&#261;&#322; zduszonym g&#322;osem:  Zabili&#347;cie genera&#322;a!

Z dzikim, nieartyku&#322;owanym rykiem skoczy&#322; wprost na ziej&#261;cy ogniem miotacz i na ziemi&#281; osun&#281;&#322;y si&#281; jego zw&#281;glone szcz&#261;tki.

Kiedy zacz&#281;&#322;y migota&#263; &#347;wiat&#322;a sygnalizacyjne, statek handlarza unosi&#322; si&#281; ju&#380; ponad martw&#261; powierzchni&#261; planety. Na mlecznym tle widniej&#261;cej na niebie wielkiej soczewki, kt&#243;ra by&#322;a Galaktyk&#261;, pojawi&#322;y si&#281; czarne kszta&#322;ty.

Trzymaj si&#281;, Barr  rzek&#322; z zaci&#281;t&#261; min&#261; Devers.  Zobaczymy, czy zdo&#322;aj&#261; dogoni&#263; m&#243;j statek.

Dobrze wiedzia&#322;, &#380;e nie zdo&#322;aj&#261;. A kiedy znale&#378;li si&#281; ju&#380; w otwartej przestrzeni, powiedzia&#322; g&#322;uchym i jakby nieswoim g&#322;osem:

Troch&#281; przedobrzy&#322;em z Brodrigiem. Zdaje si&#281;, &#380;e skuma&#322; si&#281; z genera&#322;em.

P&#281;dzili w g&#322;&#261;b masy gwiazd tworz&#261;cych Galaktyk&#281;.



Ku Trantorowi

Devers nachyli&#322; statek ku powierzchni ma&#322;ej, martwej planety, wypatruj&#261;c &#347;lad&#243;w &#380;ycia. Promie&#324; detektora kierunkowego wolno i dok&#322;adnie przeczesywa&#322; przestrze&#324;.

Barr cierpliwie obserwowa&#322; ekran ze swej niskiej koi w k&#261;cie kabiny.  Nie wida&#263; ich ju&#380;?  spyta&#322;.

Ch&#322;opc&#243;w z Imperium? Nie  mrukn&#261;&#322; handlarz z wyra&#378;n&#261; irytacj&#261;.  Ju&#380; dawno zostawili&#347;my tych niedojd&#243;w za sob&#261;. Na Galaktyk&#281;! Mamy szcz&#281;&#347;cie, &#380;e przy tych skokach na &#347;lepo przez nadprzestrze&#324; nie wyl&#261;dowali&#347;my w &#347;rodku jakiego&#347; s&#322;o&#324;ca. Nie mogliby nas z&#322;apa&#263;, nawet gdyby mieli wi&#281;kszy zasi&#281;g ni&#380; my, a nie maj&#261;.

Poprawi&#322; si&#281; w fotelu i szarpni&#281;ciem rozlu&#378;ni&#322; ko&#322;nierz.

Nie wiem, co ci ch&#322;opcy z Imperium tutaj robili. Zdaje mi si&#281;, &#380;e s&#261; luki w tej sieci.

Domy&#347;lam si&#281; zatem, &#380;e chcesz si&#281; dosta&#263; do Fundacji.

Wywo&#322;uj&#281; Zwi&#261;zek a przynajmniej pr&#243;buj&#281; to zrobi&#263;.

Jaki zwi&#261;zek?

Zwi&#261;zek Niezale&#380;nych Handlarzy. Nigdy o nim nie s&#322;ysza&#322;e&#347;, co? Nie ty jeden. Jeszcze nie pokazali&#347;my, na co nas sta&#263;!

Przez chwil&#281; nie odzywali si&#281;, skupiaj&#261;c uwag&#281; na Kontroli Odbioru. Potem Barr spyta&#322;:

Jeste&#347; w ich zasi&#281;gu?

Nie wiem. Nie mam najmniejszego poj&#281;cia, gdzie si&#281; znajdujemy. Nie mog&#281; si&#281; zorientowa&#263; z wyliczenia. W&#322;a&#347;nie dlatego musz&#281; korzysta&#263; z detektora kierunkowego. To mo&#380;e trwa&#263; lata.

Czy to nie to?  wskaza&#322; palcem Barr. Devers skoczy&#322; i za&#322;o&#380;y&#322; s&#322;uchawki. We wn&#281;trzu ma&#322;ej ciemnej kuli pojawi&#322; si&#281; &#347;wiec&#261;cy bia&#322;y punkcik.

Przez p&#243;&#322; godziny Devers stara&#322; si&#281; podtrzyma&#263; nik&#322;&#261;, s&#322;ab&#261; nitk&#281; po&#322;&#261;czenia, biegn&#261;c&#261; w nadprzestrzeni mi&#281;dzy dwoma punktami le&#380;&#261;cymi od siebie w odleg&#322;o&#347;ci, na przebycie kt&#243;rej powolne &#347;wiat&#322;o potrzebowa&#322;oby pi&#281;ciuset lat.

W ko&#324;cu da&#322; za wygran&#261; i wyprostowa&#322; si&#281;. Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i odsun&#261;&#322; s&#322;uchawki.

Zjedzmy co&#347;, doktorku. Je&#347;li masz na to ochot&#281;, to jest tu prysznic, ale nie licz na gor&#261;c&#261; wod&#281;.

Kucn&#261;&#322; przed jedn&#261; z szafek ci&#261;gn&#261;cych si&#281; wzd&#322;u&#380; &#347;ciany kabiny i zacz&#261;&#322; przegl&#261;da&#263; jej zawarto&#347;&#263;.

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie jeste&#347; jaroszem?

Jestem wszystko&#380;erny  odpar&#322; Barr.  Ale co ze Zwi&#261;zkiem? Po&#322;&#261;czenie si&#281; urwa&#322;o?

Na to wygl&#261;da. To du&#380;a odleg&#322;o&#347;&#263;, troch&#281; za, du&#380;a na m&#243;j zakres. Zreszt&#261;, to niewa&#380;ne. Wiem ju&#380; wszystko, co trzeba.

Wyprostowa&#322; si&#281; i postawi&#322; na stole dwa metalowe pojemniki.

Zaczekaj pi&#281;&#263; minut, a potem otw&#243;rz naciskaj&#261;c kontakt. W &#347;rodku jest talerz, jedzenie i widelec por&#281;czna rzecz, bo kiedy cz&#322;owiek si&#281; spieszy, nie zawraca sobie g&#322;owy takimi drobiazgami jak serwetki. My&#347;l&#281;, &#380;e jeste&#347; ciekaw, czego dowiedzia&#322;em si&#281; od Zwi&#261;zku.

Je&#347;li to nie tajemnica Devers pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Przed tob&#261; nie musz&#281; jej kry&#263;. Riose m&#243;wi&#322; prawd&#281;.

O propozycji okupu?

Hmm. Proponowali mu, ale odm&#243;wi&#322;. Sprawy &#378;le stoj&#261;. Tocz&#261; si&#281; walki wok&#243;&#322; zewn&#281;trznych s&#322;o&#324;c Loris.

Loris le&#380;y blisko od Fundacji?

Co? Ach racja, nie wiesz. To jedno z dawnych Czterech Kr&#243;lestw. Mo&#380;na j&#261; nazwa&#263; wewn&#281;trzna lini&#261; obrony. Ale nie to jest najgorsze Walczyli z tak du&#380;ymi statkami, jakich dot&#261;d jeszcze nie widzieli.

To znaczy, &#380;e Riose nie udawa&#322;. On naprawd&#281; otrzyma&#322; nowe statki. Brodrig trzyma jego stron&#281;, a ja wszystko popsu&#322;em.

Z przygn&#281;bion&#261; min&#261; nacisn&#261;&#322; przycisk pojemnika z &#380;ywno&#347;ci&#261; i patrzy&#322;, jak otwiera si&#281; jego wieko. Po kabinie rozszed&#322; si&#281; zapach pieczonego mi&#281;sa. Ducem Barr zaj&#281;ty ju&#380; by&#322; jedzeniem.

No to na razie koniec z improwizacj&#261;  rzek&#322; Barr.  Tutaj nie mo&#380;emy nic zrobi&#263;. Nie mo&#380;emy si&#281; przedrze&#263; przez kordon wojsk Riose'a do Fundacji. Pozostaje nam tylko jedno rozs&#261;dne wyj&#347;cie  siedzie&#263; i cierpliwie czeka&#263;. My&#347;l&#281; jednak, &#380;e skoro Riose dotar&#322; ju&#380; do wewn&#281;trznej linii obrony, to czekanie nie potrwa d&#322;ugo.

Devers od&#322;o&#380;y&#322; widelec.  Czeka&#263;, tak?  warkn&#261;&#322; z gro&#378;n&#261; min&#261;.  To dobre dla ciebie. Ty nic nie tracisz.

Nic?  Barr u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; blado.

Nic. Chcesz, to ci powiem  Devers zdenerwowa&#322; si&#281; nie na &#380;arty.  Mam ju&#380; dosy&#263; przygl&#261;dania si&#281; tej ca&#322;ej sprawie, jakby to by&#322; jaki&#347; preparat pod mikroskopem. Gdzie&#347; tam umieraj&#261; moi przyjaciele, ca&#322;y &#347;wiat, moja ojczyzna kona. Ty jeste&#347; obcy. Ciebie to nie obchodzi.

Patrzy&#322;em na &#347;mier&#263; przyjaci&#243;&#322; Barr przymkn&#261;&#322; oczy, a jego r&#281;ce le&#380;a&#322;y bezw&#322;adnie na stole.  Jeste&#347; &#380;onaty?

Handlarze nie &#380;eni&#261; si&#281;.

Mam dw&#243;ch syn&#243;w i siostrze&#324;ca. Zostali ostrze&#380;eni, ale z pewnych wzgl&#281;d&#243;w nie mogli nic przedsi&#281;wzi&#261;&#263;. Nasza ucieczka oznacza dla nich &#347;mier&#263;. Mam nadziej&#281;, &#380;e przynajmniej c&#243;rce i wnukom uda&#322;o si&#281; ju&#380; opu&#347;ci&#263; planet&#281;, ale i tak zaryzykowa&#322;em wi&#281;cej i straci&#322;em wi&#281;cej ni&#380; ty.

To, co powiedzia&#322; Devers, zabrzmia&#322;o okrutnie.

Wiem. Ale to by&#322; tw&#243;j wyb&#243;r. Mog&#322;e&#347; trzyma&#263; sp&#243;&#322;k&#281; z genera&#322;em. Nie prosi&#322;em ci&#281; o to.

Barr pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie mam wyboru, Devers. Mo&#380;esz by&#263; spokojny  nie nara&#380;a&#322;bym dla ciebie moich syn&#243;w na &#347;mier&#263;. Wsp&#243;&#322;pracowa&#322;em z Riose'm tak d&#322;ugo, jak mog&#322;em. A&#380; do czasu, kiedy zjawi&#322; si&#281; z t&#261; sond&#261;.

Siwe&#324;czyk otworzy&#322; oczy. Malowa&#322; si&#281; w nich g&#322;&#281;boki b&#243;l.

Pewnego razu zjawi&#322; si&#281; u mnie Riose. By&#322;o to rok temu. M&#243;wi&#322; o kulcie, kt&#243;rym otacza si&#281; mag&#243;w, ale nie zna&#322; prawdy. To nie jest kult. Widzisz, Siwenna ju&#380; czterdzie&#347;ci lat j&#281;czy w stalowym u&#347;cisku tego kolosa, kt&#243;ry teraz zagra&#380;a twemu &#347;wiatu. Wybuch&#322;o i zosta&#322;o zduszonych pi&#281;&#263; powsta&#324;. Potem odkry&#322;em dawne zapiski Hariego Seldona i powsta&#322; ten kult. Trwa w gotowo&#347;ci i czeka.

Czeka na przybycie mag&#243;w i na odpowiedni&#261; chwil&#281;. Tym, kt&#243;rzy czekaj&#261;, przewodz&#261; moi synowie. To jest ten sekret, kt&#243;ry musia&#322;em uchroni&#263; przed sond&#261;. I dlatego moi synowie musz&#261; zgin&#261;&#263; jako zak&#322;adnicy, bo w przeciwnym wypadku zgin&#281;liby jako rebelianci, a z nimi p&#243;&#322; Siwenny. Widzisz wi&#281;c, &#380;e nie mia&#322;em wyboru. I nie jestem obcym.

Devers spu&#347;ci&#322; wzrok, a Barr m&#243;wi&#322; dalej:

To ze zwyci&#281;stwem Fundacji Siwenna wi&#261;&#380;e swoje nadzieje. To dla zwyci&#281;stwa Fundacji po&#347;wi&#281;ci&#322;em swych syn&#243;w. A Hart Seldon nie przewidzia&#322; w swych obliczeniach nieuchronnego zwyci&#281;stwa Siwenny, lecz zwyci&#281;stwo Fundacji. Nie jestem pewien, jaki los czeka m&#243;j nar&#243;d mam tylko nadziej&#281;.

A jednak zadowala ci&#281; czekanie. Nawet teraz, kiedy flota Imperium jest ju&#380; na Loris.

Czeka&#322;bym z niezachwian&#261; wiar&#261; w zwyci&#281;stwo  odpar&#322; Barr  nawet gdyby wyl&#261;dowali na samym Terminusie.

Handlarz zmarszczy&#322; czo&#322;o i rzek&#322; bezradnie:

Nie wiem. Przecie&#380; to nie mo&#380;e dzia&#322;a&#263; w ten spos&#243;b, to nie magia. Psychohistoria czy nie, faktem jest, &#380;e oni s&#261; strasznie silni, a my s&#322;abi. I co tu mo&#380;e zrobi&#263; Seldon?

Nie ma nic do zrobienia. Wszystko zosta&#322;o ju&#380; zrobione. A teraz nadchodzi. To, &#380;e nie s&#322;yszysz turkotu k&#243;&#322; i bicia w dzwony, wcale nie oznacza, &#380;e co&#347; si&#281; zepsu&#322;o. To absolutnie pewne.

By&#263; mo&#380;e, ale wola&#322;bym, &#380;eby&#347; wtedy roztrzaska&#322; Riose'owi czaszk&#281; na dobre. On jest gro&#378;niejszym wrogiem ni&#380; ca&#322;a jego armia.

&#379;ebym roztrzaska&#322; mu czaszk&#281;? I &#380;eby jego miejsce zaj&#261;&#322; Brodrig?  twarz patrycjusza wykrzywi&#322;a nienawi&#347;&#263;.  Zap&#322;aci&#322;aby za to ca&#322;a Siwenna. Brodrig ju&#380; dawno pokaza&#322;, na co go sta&#263;. Jest taki &#347;wiat, gdzie pi&#281;&#263; lat temu zabito co dziesi&#261;tego m&#281;&#380;czyzn&#281;, za to tylko, &#380;e nie mogli zap&#322;aci&#263; zbyt du&#380;ych podatk&#243;w. A podatki &#347;ci&#261;ga&#322; w&#322;a&#347;nie Brodrig. Nie, lepiej, &#380;e Riose &#380;yje. W por&#243;wnaniu z tym, co robi Brodrig, jego zemsta to dobrodziejstwo.

Ale siedzie&#263; p&#243;&#322; roku w bazie wroga i nic nie wsk&#243;ra&#263;! P&#243;&#322; roku bez &#380;adnego wyniku!

Devers zacisn&#261;&#322; swe pot&#281;&#380;ne d&#322;onie, a&#380; chrupn&#281;&#322;o.  Bez &#322;adnego wyniku!

Zaraz, zaczekaj. Przypomnia&#322;e&#347; mi o czym&#347;  Barr si&#281;gn&#261;&#322; do kieszeni.  Mo&#380;e to jest jaki&#347; wynik  rzek&#322; i rzuci&#322; na st&#243;&#322; ma&#322;&#261; metalow&#261; kulk&#281;.

Devers z&#322;apa&#322; j&#261;.

Co to jest?

Kapsu&#322;ka z depesz&#261;. Ta, kt&#243;r&#261; otrzyma&#322; Riose, zanim go r&#261;bn&#261;&#322;em. Czy mo&#380;na to uwa&#380;a&#263; za jaki&#347; wynik?

Nie wiem. Zale&#380;y od tego, co jest w &#347;rodku  Devers usiad&#322; i zacz&#261;&#322; j&#261; ostro&#380;nie obraca&#263; w d&#322;oni.

Kiedy Barr wyszed&#322; spod zimnego prysznica wprost w przyjemny strumie&#324; ciep&#322;ego powietrza bij&#261;cy z suszarki, zasta&#322; Deversa pochylonego w skupieniu nad warsztatem.

Siwe&#324;czyk spyta&#322;, masuj&#261;c cia&#322;o miarowymi uderzeniami d&#322;oni:

Co robisz?

Devers uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;. Na brodzie osiad&#322;y mu krople potu.

Mam zamiar otworzy&#263; kapsu&#322;k&#281;.

Potrafisz j&#261; otworzy&#263; bez linii papilarnych Riose'a?  w glosie Siwe&#324;czyka brzmia&#322;o zdziwienie.

Je&#347;li nie otworz&#281;, to wycofuj&#281; si&#281; ze Zwi&#261;zku i ju&#380; do ko&#324;ca &#380;ycia nie zasi&#261;d&#281; za sterami statku. Zrobi&#322;em tr&#243;jkierunkow&#261; analiz&#281; elektroniczn&#261; wn&#281;trza i mam tu takie przyrz&#261;dziki, o kt&#243;rych nigdy nie s&#322;yszano w Imperium specjalnie zrobione dla otwierania cudzych kapsu&#322;ek. Widzisz, przedtem by&#322;em w&#322;amywaczem. Handlarz musi zna&#263; si&#281; na wszystkim po trochu.

Pochyli&#322; si&#281; nisko nad kapsu&#322;k&#261; i zacz&#261;&#322; j&#261; delikatnie bada&#263; jakim&#347; ma&#322;ym, p&#322;askim przyrz&#261;dem, kt&#243;ry przy ka&#380;dym zetkni&#281;ciu z jej powierzchni&#261; iskrzy&#322; czerwono.

W ka&#380;dym razie, to toporna robota  powiedzia&#322;.  Ch&#322;opcy z Imperium to partacze. To wida&#263;. Widzia&#322;e&#347; kiedy kapsu&#322;k&#281; z Fundacji? Jest o po&#322;ow&#281; mniejsza, a przede wszystkim niedost&#281;pna dla analizy elektronicznej.

Przerwa&#322;. Wida&#263; by&#322;o jak napr&#281;&#380;y&#322;y si&#281; mi&#281;&#347;nie pod tunik&#261;. Wolno naciska&#322; kapsu&#322;k&#281;, sw&#261; ma&#322;&#261; sond&#261;

Otworzy&#322;a si&#281; bezg&#322;o&#347;nie. Devers rozlu&#378;ni&#322; mi&#281;&#347;nie i g&#322;&#281;boko odetchn&#261;&#322;. W r&#281;ku trzyma&#322; l&#347;ni&#261;c&#261; kapsu&#322;k&#281; i depesz&#281; rozwini&#281;t&#261; jak skrawek pergaminu.

To od Brodriga  powiedzia&#322;.  Trwa&#322;y materia&#322;  doda&#322; z pogard&#261;. W kapsu&#322;ce z Fundacji depesza utleni&#322;aby si&#281; i wyparowa&#322;a w ci&#261;gu minuty.

Ale Ducem Barr uciszy&#322; go ruchem r&#281;ki. Szybko odczyta&#322; depesz&#281;.




Nadawca: Ammel Brodrig, Pose&#322; Nadzwyczajny Jego Wysoko&#347;ci Imperatora, Tajny Sekretarz Rady, Par Kr&#243;lestwa

Odbiorca: Bel Riose, Wojskowy Gubernator Siwenny, Genera&#322; Wojsk Cesarskich, Par Kr&#243;lestwa

Pozdrawiam.


Planeta # 1120 nie stawia ju&#380; oporu. Ofensywa rozwija si&#281; bez przeszk&#243;d, zgodnie z planem. Nieprzyjaciel wyra&#378;nie s&#322;abnie i cel ostateczny z pewno&#347;ci&#261; zostanie osi&#261;gni&#281;ty.



Barr oderwa&#322; wzrok od niemal mikroskopijnego druku i krzykn&#261;&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;:

Dure&#324;! Ten przekl&#281;ty fircyk! To ma by&#263; depesza?

Ha?  mrukn&#261;&#322; Devers. Mia&#322; tak&#380;e uczucie, jakby zosta&#322; oszukany.

To nic nie m&#243;wi  zazgrzyta&#322; z&#281;bami Barr.  Nasz cesarski wazeliniarz bawi si&#281; teraz w genera&#322;a. Kiedy nie ma Riose'a, on jest dow&#243;dc&#261; i musi ul&#380;y&#263; swej nikczemnej, pr&#243;&#380;nej duszy, rzygaj&#261;c raportami dotycz&#261;cymi spraw wojskowych, o kt&#243;rych nie ma najmniejszego poj&#281;cia. Taka i taka planeta nie stawia ju&#380; oporu! Ofensywa posuwa si&#281;. Nieprzyjaciel s&#322;abnie. Nad&#281;ty b&#322;azen!

Zaraz, chwileczk&#281;. Zaczekaj

Wyrzu&#263; to  starzec odwr&#243;ci&#322; si&#281; ze wstydem.  Galaktyka jedna wie, &#380;e nie spodziewa&#322;em si&#281;, &#380;eby to by&#322;o nadzwyczaj wa&#380;ne, ale podczas wojny mo&#380;na przypuszcza&#263;, &#380;e niedostarczenie nawet zwyk&#322;ego rutynowego raportu op&#243;&#378;ni dzia&#322;ania i spowoduje jakie&#347; komplikacje. Dlatego to zabra&#322;em. Ale to &#347;mie&#263;! Lepiej by by&#322;o, &#380;ebym to zostawi&#322;. Riose straci&#322;by na to przynajmniej minut&#281; ze swego cennego czasu, kt&#243;ry teraz przeznaczy na bardziej konstruktywne dzia&#322;anie.

Devers podni&#243;s&#322; si&#281; z miejsca.

Mo&#380;e wreszcie przestaniesz si&#281; ciska&#263;? Na Seldona

Podetkn&#261;&#322; rozwini&#281;t&#261; depesz&#281; pod nos Barrowi.

Przeczytaj to jeszcze raz. Co znaczy ostateczny cel?

Podb&#243;j Fundacji. A co?

Tak? A mo&#380;e podb&#243;j Imperium? Wiesz przecie&#380;, &#380;e Brodrig jest przekonany, &#380;e to w&#322;a&#347;nie jest ostateczny cel.

No i co z tego?

Co z tego!  Devers u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; p&#243;&#322;g&#281;bkiem.  Uwa&#380;aj, zaraz ci poka&#380;&#281;.  Wsun&#261;&#322; palcem ozdobion&#261; zawi&#322;ym monogramem Brodriga depesz&#281; w otw&#243;r w kapsu&#322;ce. Rozleg&#322; si&#281; lekki brz&#281;k i kapsu&#322;ka przybra&#322;a znowu sw&#243;j pierwotny wygl&#261;d. Na jej g&#322;adkiej i l&#347;ni&#261;cej powierzchni nie by&#322;o najmniejszego &#347;ladu wskazuj&#261;cego, &#380;e kto&#347; si&#281; do niej dobiera&#322;. Z jej wn&#281;trza dobiega&#322;y jeszcze przez pewien czas lekkie trzaski &#347;wiadcz&#261;ce o tym, &#380;e cz&#281;&#347;ci mechanizmu zabezpieczaj&#261;cego j&#261; przed otwarciem zaskakuj&#261; z powrotem na swoje miejsce.

Teraz nie ma &#380;adnego sposobu, &#380;eby j&#261; otworzy&#263; bez linii papilarnych Riose'a, prawda?

Zgodnie z wiedz&#261; Imperium, tak.

Wobec tego, jej zawarto&#347;&#263; jest ca&#322;kowicie autentyczna i nic o niej nie wiemy.

Zgodnie z wiedz&#261; Imperium, tak.

Ale imperator mo&#380;e j&#261; otworzy&#263;, prawda? Linie papilarne cz&#322;onk&#243;w rz&#261;du musz&#261; by&#263; w ich aktach. Przynajmniej tak jest w Fundacji.

W stolicy Imperium te&#380;  przyzna&#322; Barr.

A wi&#281;c je&#347;li ty, patrycjusz z Siwenny i par Imperium, powiesz temu Cleonowi, &#380;e jego oddany faworyt i jego naj&#347;wietniejszy genera&#322; spikn&#281;li si&#281;, &#380;eby go zrzuci&#263; z tronu, to jak on zrozumie ten ostateczny cel?

Barr usiad&#322; niepewnie na krze&#347;le.

Zaczekaj, nie bardzo rozumiem.  Potar&#322; d&#322;oni&#261; chudy policzek i rzek&#322;:  Chyba nie m&#243;wisz tego powa&#380;nie?

Jak najbardziej powa&#380;nie  Devers by&#322; podekscytowany.  S&#322;uchaj, na dziesi&#281;ciu ostatnich imperator&#243;w dziewi&#281;ciu poder&#380;ni&#281;to gard&#322;a lub wypruto flaki, i za ka&#380;dym razem zrobi&#322; to jaki&#347; genera&#322; z g&#322;ow&#261; pe&#322;n&#261; ambitnych pomys&#322;&#243;w. Sam mi to m&#243;wi&#322;e&#347; wiele razy. Staruszek imperator ch&#281;tnie nam uwierzy i poleci g&#322;owa Riose'a.

On m&#243;wi powa&#380;nie  mrukn&#261;&#322; z niedowierzaniem Barr.  Na Galaktyk&#281;, cz&#322;owieku, nie mo&#380;na pokona&#263; kryzysu Seldona za pomoc&#261; takiej naci&#261;ganej, fantastycznej intrygi. Przypu&#347;&#263;my, &#380;e nie wpad&#322;aby nam w r&#281;ce ta kapsu&#322;ka. Przypu&#347;&#263;my, &#380;e Brodrig nie u&#380;y&#322;by s&#322;owa ostateczny Seldon nie bra&#322; pod uwag&#281; niezwyk&#322;ych zbieg&#243;w okoliczno&#347;ci.

Ale &#380;adne prawo nie m&#243;wi, &#380;e je&#347;li zdarzy si&#281; sprzyjaj&#261;cy, niezwyk&#322;y zbieg okoliczno&#347;ci, to Seldon nie mo&#380;e z niego skorzysta&#263;.

Oczywi&#347;cie. Ale ale  Barr przerwa&#322;, a potem rzek&#322; spokojnie, ale z wyra&#378;nym oporem  s&#322;uchaj, po pierwsze, jak chcesz si&#281; dosta&#263; na Trantora? Nie znasz jego po&#322;o&#380;enia, a ja nie pami&#281;tam wsp&#243;&#322;rz&#281;dnych, nie m&#243;wi&#261;c ju&#380; o efemerydach. Nie wiesz nawet, w jakim miejscu przestrzeni sami si&#281; teraz znajdujemy.

W przestrzeni nie mo&#380;na si&#281; zgubi&#263;  wyszczerzy&#322; z&#281;by w u&#347;miechu Devers. By&#322; ju&#380; przy sterach.  Polecimy teraz na najbli&#380;sz&#261; planet&#281; i wr&#243;cimy z dok&#322;adn&#261; znajomo&#347;ci&#261; naszego po&#322;o&#380;enia i najlepszymi mapami nawigacyjnymi, jakie mo&#380;na b&#281;dzie kupi&#263; za sto tysi&#281;cy kredyt&#243;w Brodriga.

I z miotaczem w brzuchu. Nasze rysopisy s&#261; ju&#380; prawdopodobnie na ka&#380;dej planecie w tej cz&#281;&#347;ci Imperium.

Doktorku  rzek&#322; Devers pob&#322;a&#380;liwie  nie b&#261;d&#378; &#263;wokiem z prowincji. Riose powiedzia&#322;, &#380;e podda&#322;em sw&#243;j statek zbyt &#322;atwo i mia&#322; racj&#281;, bracie! Ten statek dysponuje wystarczaj&#261;c&#261; sil&#261; ognia i wystarczaj&#261;co silnym ekranem, &#380;eby nauczy&#263; respektu ka&#380;dego, kogo mo&#380;emy spotka&#263; taki kawa&#322; drogi od granicy. Mamy te&#380; ekrany osobiste. Nie znale&#378;li ich ch&#322;opcy z Imperium, ale nie mia&#322;em tego w planie.

W porz&#261;dku  rzeki Barr.  W porz&#261;dku. Powiedzmy, &#380;e jeste&#347; na Trantorze. Jak chcesz zobaczy&#263; si&#281; z imperatorem? My&#347;lisz, &#380;e ma godziny urz&#281;dowania?

Powiedzmy, &#380;e b&#281;dziemy si&#281; o to martwi&#263;, jak ju&#380; si&#281; tam znajdziemy  odpar&#322; Devers.

No wi&#281;c, zgoda  mrukn&#261;&#322; z rezygnacj&#261; Barr.  Chcia&#322;em zobaczy&#263; jeszcze Trantor przed &#347;mierci&#261;. Lecimy.

Zagra&#322; hiperatomowy silnik. Zamigota&#322;y &#347;wiat&#322;a, a Barr poczu&#322; lekki skurcz &#380;o&#322;&#261;dka, kt&#243;ry oznacza&#322;, &#380;e wchodz&#261; w nadprzestrze&#324;.



Na Trantorze

Gwiazd by&#322;o niczym zielska na zaniedbanym polu i Lathan Devers, obliczaj&#261;c parametry skok&#243;w przez nadprzestrze&#324;, po raz pierwszy przekona&#322; si&#281;, jak wa&#380;ne s&#261; cyfry po przecinku. Konieczno&#347;&#263; wykonywania skok&#243;w nie przekraczaj&#261;cych jednego roku &#347;wietlnego przyprawia&#322;a go o uczucie podobne klaustrofobii. Niebo otaczaj&#261;ce ich ze wszystkich stron milionami ognik&#243;w wywiera&#322;o na nim niekorzystne i nieprzyjemne wra&#380;enie. Byli zagubieni w morzu promieniowania.

W &#347;rodku skupiska dziesi&#281;ciu tysi&#281;cy gwiazd, kt&#243;rych &#347;wiat&#322;o rozrywa&#322;o na strz&#281;py otaczaj&#261;cy je sk&#261;py mrok, kr&#261;&#380;y&#322;a olbrzymia cesarska planeta  Trantor.

By&#322; on czym&#347; wi&#281;cej ni&#380; planet&#261;  by&#322; bij&#261;cym sercem Imperium obejmuj&#261;cego dwadzie&#347;cia milion&#243;w system&#243;w s&#322;onecznych. Mia&#322; tylko jedno zadanie  zarz&#261;dzanie, tylko jeden cel  rz&#261;dzenie i wytwarza&#322; tylko jeden produkt  prawo. Wszystko na Trantorze by&#322;o temu podporz&#261;dkowane, przez co ca&#322;y &#243;w &#347;wiat by&#322; funkcjonalnie zdeformowany. Opr&#243;cz ludzi, ich zwierz&#261;tek domowych i ich paso&#380;yt&#243;w, nie by&#322;o na planecie &#380;adnych &#380;ywych istot. Poza stu milami kwadratowymi zieleni otaczaj&#261;cej pa&#322;ac cesarski nie by&#322;o na Trantorze ani pi&#281;dzi nie zabudowanej ziemi, ani &#378;d&#378;b&#322;a trawy. Poza terenami pa&#322;acowymi nie by&#322;o te&#380; ani skrawka otwartej wody. Woda dla potrzeb mieszka&#324;c&#243;w planety zgromadzona by&#322;a w wielkich podziemnych cysternach.

L&#347;ni&#261;cy, nierdzewny i niezniszczalny metal pokrywaj&#261;cy ca&#322;&#261; powierzchni&#281; planety by&#322; pod&#322;o&#380;em dla pot&#281;&#380;nych konstrukcji tworz&#261;cych niezmierzony labirynt. Budowle te po&#322;&#261;czone by&#322;y ze sob&#261; nadziemnymi trasami, powi&#261;zane korytarzami i naszpikowane biurami. Pod nimi ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; ca&#322;ymi milami centra handlowe, na ich dachach znajdowa&#322;y si&#281; lokale rozrywkowe t&#281;tni&#261;ce nocnym &#380;yciem.

Mo&#380;na by&#322;o obej&#347;&#263; Trantor dooko&#322;a nie wychylaj&#261;c nosa na zewn&#261;trz i nie widz&#261;c w og&#243;le miasta.

Pot&#281;&#380;na flota handlowa, licz&#261;ca wi&#281;cej statk&#243;w ni&#380; wszystkie, razem Wzi&#281;te, floty wojenne, jakie kiedykolwiek posiada&#322;o Imperium, dostarcza&#322;a codziennie &#380;ywno&#347;ci dla czterdziestu miliard&#243;w ludzi, kt&#243;rych jedynym zaj&#281;ciem by&#322;o rozsup&#322;ywanie niezliczonego mn&#243;stwa nici &#322;&#261;cz&#261;cych wszystkie zak&#261;tki Imperium z centralnymi urz&#281;dami najbardziej rozbudowanej administracji w dziejach ludzko&#347;ci.

Dwadzie&#347;cia rolniczych &#347;wiat&#243;w by&#322;o spichlerzem Trantora. Wszech&#347;wiat by&#322; jego s&#322;ug&#261;.

Pot&#281;&#380;ne metalowe ramiona silnie uj&#281;&#322;y z obu stron statek handlowy i delikatnie opu&#347;ci&#322;y go na pochylni&#281; wiod&#261;c&#261; do hangaru. Devers zdo&#322;a&#322; ju&#380; pozna&#263; skomplikowane formalno&#347;ci &#347;wiata pogr&#261;&#380;onego w papierkach i ho&#322;duj&#261;cego zasadzie, &#380;e nic nie mo&#380;na zrobi&#263; bez wype&#322;nienia odpowiedniego formularza w czterech egzemplarzach.

Najpierw by&#322; kr&#243;tki post&#243;j w przestrzeni, gdzie Devers wype&#322;ni&#322; kwestionariusz, kt&#243;ry  jak si&#281; wkr&#243;tce okaza&#322;o  by&#322; zaledwie wst&#281;pem do w&#322;a&#347;ciwej procedury. Potem by&#322;a setka innych kwestionariuszy, sto szczeg&#243;&#322;owych przes&#322;ucha&#324;, rutynowa prosta sonda psychiczna, zdj&#281;cie statku, analiza cech charakterystycznych jego i Barra i ich odnotowanie, kontrola celna, op&#322;ata za prawo wej&#347;cia do portu i na koniec sprawa dowod&#243;w to&#380;samo&#347;ci i wiz pobytowych.

Ducem Barr by&#322; Siwe&#324;czykiem i poddanym cesarza, ale Lathan Devers by&#322; osob&#261; nieznan&#261; i w dodatku nie mia&#322; niezb&#281;dnych dokument&#243;w. Urz&#281;dnik, kt&#243;ry ich akurat za&#322;atwia&#322;, rzek&#322; z nieopisanie smutn&#261; min&#261;, i&#380; niezmiernie mu przykro, ale nie mo&#380;e przepu&#347;ci&#263; Deversa. W&#322;a&#347;ciwie b&#281;dzie go musia&#322; zatrzyma&#263; i wszcz&#261;&#263; oficjalne &#347;ledztwo.

W tym momencie pojawi&#322;o si&#281; w r&#281;ku Deversa i szybko znikn&#281;&#322;o w kieszeni urz&#281;dnika sto kredyt&#243;w w nowiutkich, szeleszcz&#261;cych banknotach maj&#261;cych pokrycie w posiad&#322;o&#347;ciach lorda Brodriga. Oblicze urz&#281;dnika rozpogodzi&#322;o si&#281;. Chrz&#261;kn&#261;&#322;, zakr&#281;ci&#322; si&#281; i wyj&#261;&#322; z odpowiedniej przegr&#243;dki nowy formularz, kt&#243;ry zosta&#322; szybko i sprawnie wype&#322;niony i uzupe&#322;niony jak najbardziej prawid&#322;ow&#261; i zgodn&#261; z przepisami charakterystyk&#261; Deversa.

Handlarz i patrycjusz znale&#378;li si&#281; na Trantorze.

W hangarze czeka&#322;y ich dalsze formalno&#347;ci. Sfotografowano i wci&#261;gni&#281;to do rejestru statek, sporz&#261;dzono kopie ich dowod&#243;w to&#380;samo&#347;ci, kt&#243;re nast&#281;pnie potwierdzono i ostemplowano. Za wszystko musieli ui&#347;ci&#263; stosown&#261; op&#322;at&#281;.

W ko&#324;cu Devers znalaz&#322; si&#281; na rozleg&#322;ym tarasie pogr&#261;&#380;onym w blasku bia&#322;ego s&#322;o&#324;ca. Otacza&#322;y go plotkuj&#261;ce kobiety, wrzeszcz&#261;ce dzieci i m&#281;&#380;czy&#378;ni s&#261;cz&#261;cy wolno swoje drinki i s&#322;uchaj&#261;cy wiadomo&#347;ci dop&#322;ywaj&#261;cych z ogromnych, rycz&#261;cych telewizor&#243;w.

Barr podszed&#322; do stosu gazet, po&#322;o&#380;y&#322; odpowiedni&#261; ilo&#347;&#263; irydowych monet i wzi&#261;&#322; pierwsze z brzegu pismo. By&#322;y to trantorskie Nowiny Imperium, oficjalny organ rz&#261;du. Z g&#322;&#281;bi czytelni dobiega&#322;o ciche stukanie maszyn drukuj&#261;cych dodatkowy nak&#322;ad, sprz&#281;&#380;onych z takimi samymi urz&#261;dzeniami w redakcji Nowin odleg&#322;ej o dziesi&#281;&#263; tysi&#281;cy mil korytarzem, a o sze&#347;&#263; tysi&#281;cy w linii prostej. W rozsianych po ca&#322;ej planecie dziesi&#281;ciu tysi&#261;cach czytelni wychodzi&#322;o w tej samej chwili spod maszyn sto milion&#243;w egzemplarzy.

Barr rzuci&#322; okiem na nag&#322;&#243;wki i spyta&#322;:

Od czego zaczniemy?

Devers stara&#322; si&#281; otrz&#261;sn&#261;&#263; z przygn&#281;biaj&#261;cego wra&#380;enia, jakie wywar&#322; na nim Trantor. Znajdowa&#322; si&#281; w obcym, zupe&#322;nie innym od ojczystego &#347;wiecie, kt&#243;ry przygniata&#322; go sw&#261; z&#322;o&#380;ono&#347;ci&#261;, w&#347;r&#243;d ludzi, kt&#243;rzy zachowywali si&#281; w zupe&#322;nie niezrozumia&#322;y spos&#243;b i kt&#243;rzy m&#243;wili prawie zupe&#322;nie niezrozumia&#322;ym j&#281;zykiem. L&#347;ni&#261;ce, metaliczne wie&#380;owce, kt&#243;re otacza&#322;y go ze wszystkich stron i ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; niesko&#324;czonymi szeregami a&#380; poza horyzont, przyt&#322;acza&#322;y go swym ogromem. Ca&#322;a ta ruchliwa metropolia wszech&#347;wiata, wype&#322;niona k&#322;&#281;bi&#261;cym si&#281; i oboj&#281;tnym t&#322;umem przyprawia&#322;a go o uczucie przera&#378;liwej samotno&#347;ci i nico&#347;ci.

Chyba lepiej zostawi&#281; to tobie, doktorku. Barr rzek&#322; swym zwyk&#322;ym, opanowanym g&#322;osem:

Pr&#243;bowa&#322;em to wyt&#322;umaczy&#263;, ale wiem, &#380;e trzeba to zobaczy&#263; na w&#322;asne oczy, &#380;eby uwierzy&#263;. Wiesz, ilu ludzi stara si&#281; codziennie o audiencj&#281; u imperatora? Oko&#322;o miliona. A wiesz i&#322;uj&#261; uzyskuje? Oko&#322;o dziesi&#281;ciu. B&#281;dziemy musieli przej&#347;&#263; przez r&#243;&#380;ne urz&#281;dy, a to trudna droga. Ale niestety nie sta&#263; nas na to, &#380;eby zaprotegowa&#322; nas kto&#347; z arystokracji.

Mamy prawie sto tysi&#281;cy.

Tyle wzi&#261;&#322;by jeden par Imperium, a trzeba przynajmniej trzech lub czterech, &#380;eby si&#281; dosta&#263; do imperatora. To samo mo&#380;e za&#322;atwi&#263; pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu g&#322;&#243;wnych komisarzy i wy&#380;szych urz&#281;dnik&#243;w, ale by&#263; mo&#380;e ka&#380;dy z nich we&#378;mie tylko sto. Rozmawia&#263; z nimi b&#281;d&#281; ja. Po pierwsze, nie zrozumieliby ci&#281; ze wzgl&#281;du na tw&#243;j akcent, a po drugie nie znasz &#322;apowniczej etykiety Imperium. To prawdziwa sztuka, zapewniam ci&#281;. Ach!

Trzecia strona Nowin Imperium zawiera&#322;a to, czego szuka&#322;. Poda&#322; gazet&#281; Deversowi.

Devers czyta&#322; powoli. Nie rozumia&#322; poszczeg&#243;lnych s&#322;&#243;w, ale zrozumia&#322; ca&#322;o&#347;&#263;. Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;. W oczach mia&#322; niepok&#243;j. Uderzy&#322; ze zdenerwowaniem d&#322;oni&#261; w gazet&#281;.  My&#347;lisz, &#380;e to prawda?

W pewnym stopniu  odpar&#322; Barr spokojnie.  Jest ma&#322;o prawdopodobne, &#380;eby flota Fundacji zosta&#322;a zniszczona. Je&#347;li stosuj&#261; zwyk&#322;e metody przekazywania doniesie&#324; z linii frontu, to prawdopodobnie pisali ju&#380; o tym wiele razy. Znaczy to jednak, &#380;e Riose wygra&#322; kolejn&#261; bitw&#281;, co zreszt&#261; nietrudno by&#322;o przewidzie&#263;. Pisze tu, &#380;e zdoby&#322; Loris. To sto&#322;eczna planeta Kr&#243;lestwa Loris?

Tak  rzek&#322; pos&#281;pnie Devers.  Raczej tego, co by&#322;o Kr&#243;lestwem Loris. Stamt&#261;d nie ma nawet dwudziestu parsek&#243;w do Fundacji. Musimy dzia&#322;a&#263; szybko, doktorku.

Barr wzruszy&#322; ramionami.

Nie na Trantorze. Je&#347;li b&#281;dziesz si&#281; spieszy&#322;, to jak nic znajdziesz si&#281; na muszce miotacza.

Ile czasu to zajmie?

Miesi&#261;c, je&#347;li szcz&#281;&#347;cie b&#281;dzie nam sprzyja&#263;. Miesi&#261;c i nasze sto tysi&#281;cy kredyt&#243;w je&#347;li to wystarczy. A i to tylko wtedy, je&#347;li imperatorowi nie przyjdzie tymczasem do g&#322;owy podr&#243;&#380; do Letnich Planet, gdzie nie przyjmuje &#380;adnych petent&#243;w.

Ale Fundacja

 b&#281;dzie sama dba&#322;a o siebie, jak dot&#261;d. No, teraz pomy&#347;lmy o obiedzie. Jestem g&#322;odny. A potem b&#281;dziemy mieli wolny wiecz&#243;r i b&#281;dziemy mogli si&#281; troch&#281; rozejrze&#263; po planecie. Widzisz, to jedyna okazja, bo nie zobaczysz ju&#380; nigdy Trantora ani &#380;adnego podobnego do niego &#347;wiata.

Krajowy Komisarz Prowincji Zewn&#281;trznych bezradnie roz&#322;o&#380;y&#322; swe grube tece i zmierzy&#322; ich wzrokiem kr&#243;tkowidza.

Niestety, panowie, imperator jest niedysponowany. Naprawd&#281; nie ma sensu, &#380;ebym m&#243;wi&#322; w tej sprawie ze swoim prze&#322;o&#380;onym. Jego Wysoko&#347;&#263; Imperator ju&#380; od tygodnia nie przyjmuje nikogo.

Nas przyjmie  rzek&#322; Barr pewnym siebie g&#322;osem.  Wystarczy, &#380;eby&#347;my si&#281; zobaczyli z kim&#347; z biura Tajnego Sekretarza.

To niemo&#380;liwe  powiedzia&#322; z naciskiem komisarz.  To mnie mo&#380;e kosztowa&#263; posad&#281;. Gdyby&#347;cie, panowie, przedstawili troch&#281; ja&#347;niej charakter waszej sprawy Musicie zrozumie&#263;, &#380;e chc&#281; wam pom&#243;c, ale musz&#281; mie&#263; co&#347; bardziej konkretnego, co&#347;, co m&#243;g&#322;bym przedstawi&#263; swemu szefowi na dow&#243;d, &#380;e warto t&#281; spraw&#281; przekaza&#263; wy&#380;ej.

Gdyby sprawa, z kt&#243;r&#261; przychodz&#281;  rzek&#322; Barr przymilnie  by&#322;a tego rodzaju, &#380;e nie musia&#322;bym si&#281; z ni&#261; zwraca&#263; do najwy&#380;ej postawionych os&#243;b, to nie zabiega&#322;bym o audiencj&#281; u Jego Wysoko&#347;ci Imperatora. Chcia&#322;bym zauwa&#380;y&#263;, &#380;e je&#347;li Jego Wysoko&#347;&#263; Imperator doceni wag&#281; naszej sprawy, a gwarantuj&#281;, &#380;e tak b&#281;dzie, to mo&#380;e by&#263; pan pewien odpowiedniej nagrody za udzielenie nam pomocy.

Tak, ale  komisarz urwa&#322; i wzruszy&#322; ramionami.

To ryzykowne  doko&#324;czy&#322; za niego Barr.  Naturalnie, nikt nie ryzykuje za darmo. To dla nas wielki zaszczyt prosi&#263; pana, ale i tak jeste&#347;my bardzo wdzi&#281;czni za uprzejmo&#347;&#263;, kt&#243;r&#261; pan wykaza&#322; daj&#261;c nam okazj&#281; wyja&#347;nienia na czym polega nasza sprawa. Gdyby zechcia&#322; pan przyj&#261;&#263; od nas drobny upominek w dow&#243;d wdzi&#281;czno&#347;ci

Devers j&#281;kn&#261;&#322; w g&#322;&#281;bi duszy. Przez ostatni miesi&#261;c s&#322;ysza&#322; ju&#380; to dwadzie&#347;cia razy, z nieznacznymi tylko zmianami. I jak zwykle, Barr szybkim, ukradkowym ruchem poda&#322; zwitek banknot&#243;w. Ale tym razem zako&#324;czenie by&#322;o inne. Zazwyczaj banknoty znika&#322;y r&#243;wnie szybko, jak si&#281; pojawia&#322;y  teraz pozosta&#322;y na widoku. Komisarz zacz&#261;&#322; je wolno liczy&#263;, dok&#322;adnie ogl&#261;daj&#261;c ka&#380;dy.

W jego g&#322;osie zasz&#322;a subtelna zmiana:

Gwarantowane przez Tajnego Sekretarza, oho! Dobry pieni&#261;dz!

Wracaj&#261;c do przedmiotu  zacz&#261;&#322; delikatnie Barr.

Zaraz, chwileczk&#281;  przerwa&#322; komisarz.  Wr&#243;cimy, ale powoli. Ja naprawd&#281; chc&#281; wiedzie&#263;, jaki mo&#380;ecie mie&#263; interes. To nowiutkie pieni&#261;dze, nie u&#380;ywane. Musicie mie&#263; ich niez&#322;y zapas, bo uderzy&#322;o mnie, &#380;e przede mn&#261; rozmawiali&#347;cie ju&#380; z innymi urz&#281;dnikami. No, &#347;mia&#322;o, o co chodzi?

Nie rozumiem do czego pan zmierza  rzek&#322; Barr.

Na przyk&#322;ad, mo&#380;na by dowie&#347;&#263;, &#380;e przebywacie na Trantorze nielegalnie, gdy&#380; dow&#243;d to&#380;samo&#347;ci i przepustka pa&#324;skiego milcz&#261;cego przyjaciela s&#261; fa&#322;szywe. On nie jest poddanym imperatora.

Stanowczo temu zaprzeczam.

To, &#380;e pan zaprzecza, nie ma &#380;adnego znaczenia  rzek&#322; bezceremonialnie komisarz.  Urz&#281;dnik, kt&#243;ry z&#322;o&#380;y&#322; podpis na jego dokumentach za sum&#281; stu kredyt&#243;w, przyzna&#322; si&#281;, pod odpowiednim naciskiem i wiemy o was wi&#281;cej, ni&#380; si&#281; spodziewacie.

Je&#347;li chce pan nam da&#263; do zrozumienia, &#380;e suma, kt&#243;r&#261; panu wr&#281;czyli&#347;my nie wystarcza ! w obliczu ryzyka

Komisarz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.  Przeciwnie, jest wi&#281;cej ni&#380; wystarczaj&#261;ca  odsun&#261;&#322; pieni&#261;dze na bok.  Wracaj&#261;c do tego, co m&#243;wi&#322;em Sam imperator zainteresowa&#322; si&#281; wami. Mo&#380;e to nieprawda, panowie, &#380;e byli&#347;cie niedawno go&#347;&#263;mi genera&#322;a Riose'a? Mo&#380;e to nieprawda, &#380;e uciekli&#347;cie i z samego &#347;rodka jego obozu z  m&#243;wi&#261;c ogl&#281;dnie  zadziwiaj&#261;c&#261; &#322;atwo&#347;ci&#261;? Mo&#380;e to nieprawda, &#380;e posiadacie ma&#322;&#261; fortun&#281; w banknotach maj&#261;cych pokrycie w posiad&#322;o&#347;ciach lorda Brodriga? M&#243;wi&#261;c kr&#243;tko, mo&#380;e to nieprawda, &#380;e jeste&#347;cie szpiegami i mordercami przys&#322;anymi tutaj po to, &#380;eby No, sami nam powiecie, kto wam zap&#322;aci&#322; i za co!

No, wie pan  powiedzia&#322; Barr wynio&#347;le.  Protestuj&#281;, &#380;eby jaki&#347; mizerny komisarz oskar&#380;a&#322; nas o zbrodnie. Wychodzimy.

Nie wyjdziecie  komisarz podni&#243;s&#322; si&#281;. Nie patrzy&#322; ju&#380; jak kr&#243;tkowidz.  Nie musicie teraz odpowiada&#263; na &#380;adne pytania, na to przyjdzie czas. Zmusimy was. A ja nie jestem komisarzem. Jestem porucznikiem policji imperialnej. Jeste&#347;cie aresztowani.

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, a w jego d&#322;oni pojawi&#322; si&#281; l&#347;ni&#261;cy i niew&#261;tpliwie skuteczny miotacz.  Dzisiaj znale&#378;li si&#281; w areszcie wi&#281;ksi ni&#380; wy. Usuwamy gniazdo os.

Devers zacisn&#261;&#322; usta i si&#281;gn&#261;&#322; wolno po sw&#243;j miotacz. Porucznik u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szerzej i wcisn&#261;&#322; kontakt. O&#347;lepiaj&#261;cy strumie&#324; straszliwej energii trysn&#261;&#322; prosto w pier&#347; Deversa i odbi&#322; si&#281; od jego ekranu osobistego niezliczonymi drobinami &#347;wiat&#322;a.

Teraz strzeli&#322; Devers i g&#243;rna cz&#281;&#347;&#263; tu&#322;owia porucznika znikn&#281;&#322;a, a jego g&#322;owa, jak zdmuchni&#281;ta, potoczy&#322;a si&#281; na pod&#322;og&#281;. W smudze &#347;wiat&#322;a s&#322;onecznego przedostaj&#261;cego si&#281; przez dziur&#281; w &#347;cianie martwa twarz porucznika wci&#261;&#380; szczerzy&#322;a z&#281;by w u&#347;miechu.

Wyszli przez tylne drzwi.

Szybko na statek  rzuci&#322; ochryple Devers.  Zaraz b&#281;dzie alarm. Nast&#281;pny plan spali&#322; na panewce  zakl&#261;&#322; w&#347;ciekle.  Przysi&#261;g&#322;bym, &#380;e diabe&#322; przestrzeni uwzi&#261;&#322; si&#281; na mnie.

Na zewn&#261;trz podekscytowany t&#322;um k&#322;&#281;bi&#322; si&#281; wok&#243;&#322; ogromnych telewizor&#243;w. Nie mieli czasu do stracenia, wi&#281;c nie zwracali uwagi na dono&#347;ny g&#322;os spikera. Barr zd&#261;&#380;y&#322; tylko chwyci&#263; Nowiny Imperium, nim wpadli do pot&#281;&#380;nego budynku hangaru. Ich statek szybko wzni&#243;s&#322; si&#281; przez ogromn&#261; dziur&#281; wypalon&#261; w sklepieniu.

Zdo&#322;asz im uciec?  spyta&#322; Barr. Dziesi&#281;&#263; statk&#243;w policji drogowej p&#281;dzi&#322;o za uciekaj&#261;cym kosmolotem, kt&#243;ry wypad&#322; nagle z prawid&#322;owej, wyznaczonej radiem &#347;cie&#380;ki ruchu dla odlatuj&#261;cych &#322;ami&#261;c wszelkie przepisy o dozwolonej pr&#281;dko&#347;ci. Za nimi wznosi&#322;y si&#281; ju&#380; w przestrze&#324; l&#347;ni&#261;ce statki wywiadu w poszukiwaniu dok&#322;adnie opisanego statku pilotowanego przez dw&#243;ch nieomylnie zidentyfikowanych morderc&#243;w.

Uwa&#380;aj!  rzek&#322; Devers i gwa&#322;townie przeni&#243;s&#322; statek w nadprzestrze&#324;, dwa tysi&#261;ce mil od powierzchni Trantora. Przemieszczenie to, przeprowadzone tak blisko masy planety, Barr przyp&#322;aci&#322; utrat&#261; przytomno&#347;ci, a Devers pot&#281;&#380;n&#261; fal&#261; b&#243;lu, ale o par&#281; lat &#347;wietlnych dalej przestrze&#324; by&#322;a pusta.

Mimo ponurego nastroju, Devers nie m&#243;g&#322; ukry&#263; uczucia dumy ze swego statku.  W ca&#322;ym Imperium nie ma maszyny, kt&#243;ra by mog&#322;a mnie dogoni&#263;.

Zaraz jednak doda&#322; gorzko:

Ale nie mamy dok&#261;d uciec i nie mo&#380;emy ich wszystkich pokona&#263;. Co nam pozostaje? Co tu w og&#243;le mo&#380;na zrobi&#263;?

Barr poruszy&#322; si&#281; ostro&#380;nie na swej koi. Czu&#322; jeszcze skutki gwa&#322;townego wej&#347;cia w nadprzestrze&#324;. Bola&#322; go ka&#380;dy mi&#281;sie&#324;. Powiedzia&#322; s&#322;abym g&#322;osem:

Nic nie trzeba robi&#263;. Wszystko sko&#324;czone. Czytaj!

Poda&#322; Deversowi Nowiny Imperium, kt&#243;re do tej pory kurczowo &#347;ciska&#322; w d&#322;oni. Wystarczy&#322;o, &#380;e handlarz rzuci&#322; okiem na nag&#322;&#243;wki.

Riose i Brodrig odwo&#322;ani i aresztowani  wyb&#261;ka&#322;.  Dlaczego?  spojrza&#322; pytaj&#261;co na Barra.

Nie pisz&#261;, ale czy to wa&#380;ne? Wojna z Fundacj&#261; sko&#324;czy&#322;a si&#281; i w tej chwili na Siwennie zacz&#281;&#322;o si&#281; powstanie. Przeczytaj artyku&#322; i sam si&#281; przekonaj  rzek&#322; cicho.  Zatrzymamy si&#281; w jakiej&#347; prowincji i dowiemy si&#281; szczeg&#243;&#322;&#243;w. Je&#347;li nie masz nic przeciw temu, to prze&#347;pi&#281; si&#281; teraz.

Zasn&#261;&#322;.

Skokami konika polnego o coraz wi&#281;kszej d&#322;ugo&#347;ci statek handlowy pokonywa&#322; Galaktyk&#281; wracaj&#261;c do Fundacji.



Ko&#324;czy si&#281; wojna

Lathan Devers czu&#322; si&#281; zdecydowanie nieswojo i by&#322; dziwnie rozdra&#380;niony. Otrzyma&#322; odznaczenie i zni&#243;s&#322; ze stoickim spokojem pompatyczn&#261; przemow&#281; burmistrza towarzysz&#261;c&#261; przyj&#281;ciu purpurowej wst&#261;&#380;ki. Na tym w&#322;a&#347;ciwie sko&#324;czy&#322; si&#281; jego udzia&#322; w ceremonii, ale protok&#243;&#322; zmusza&#322; go do pozostania. By&#322;y to nudne formalno&#347;ci i Devers marzy&#322; o tym, &#380;eby wreszcie znale&#378;&#263; si&#281; w przestrzeni, gdzie by&#322;o jego miejsce. Na domiar z&#322;ego, z racji roli, jaka przypad&#322;a mu w tym wszystkim, nie wypada&#322;o mu g&#322;o&#347;no ziewa&#263; ani rozsi&#261;&#347;&#263; si&#281; wygodnie z nog&#261; zarzucon&#261; swobodnie na siedzenie drugiego krzes&#322;a.

Poselstwo siwe&#324;skie, z traktowanym z najwy&#380;szym szacunkiem Ducemem Barrem, na czele, podpisa&#322;o konwencj&#281; i Siwenna sta&#322;a si&#281; pierwsz&#261; prowincj&#261;, kt&#243;ra mia&#322;a przej&#347;&#263; bezpo&#347;rednio spod politycznej w&#322;adzy Imperium do strefy gospodarczego panowania Fundacji.

Pi&#281;&#263; pot&#281;&#380;nych imperialnych liniowc&#243;w, kt&#243;re dosta&#322;y si&#281; w r&#281;ce Siwe&#324;czyk&#243;w podczas powstania wznieconego na ty&#322;ach Pogranicznej Floty Imperium, przemkn&#281;&#322;o ponad miastem, oddaj&#261;c grzmi&#261;cy salut artyleryjski.

Wok&#243;&#322; sztywna etykieta, toasty i nudne rozmowy Kto&#347; go zawo&#322;a&#322;. By&#322; to Forell, cz&#322;owiek, kt&#243;ry  jak ch&#322;odno stwierdzi&#322; Devers  m&#243;g&#322; kupi&#263; dwudziestu takich jak on za dochody z jednego ranka, a kt&#243;ry teraz kiwa&#322; na niego palcem z jowialn&#261; dobroduszno&#347;ci&#261;.

Wyszed&#322; na balkon, gdzie czu&#322;o si&#281; orze&#378;wiaj&#261;cy wieczorny wietrzyk i z&#322;o&#380;y&#322; przepisowy uk&#322;on, kryj&#261;c niech&#281;tny grymas pod szorstk&#261; brod&#261;. By&#322; tam te&#380; u&#347;miechni&#281;ty Barr. Rzek&#322; do Deversa:

Musisz mnie ratowa&#263;. Oskar&#380;a si&#281; mnie o skromno&#347;&#263;, okropny wyst&#281;pek przeciw naturze.

Devers  Forell wyj&#261;&#322; z k&#261;cika ust grube cygaro  Lord Barr utrzymuje, &#380;e wasza podr&#243;&#380; do stolicy Cleona nie mia&#322;a nic wsp&#243;lnego z odwo&#322;aniem Riose'a.

Zupe&#322;nie nic, prosz&#281; pana  odpar&#322; kr&#243;tko Devers.  Nie widzieli&#347;my si&#281; z imperatorem. Z artyku&#322;&#243;w, kt&#243;re zebrali&#347;my w drodze powrotnej jasno wynika&#322;o, &#380;e jego proces by&#322; sfingowany. Gazety donios&#322;y o jego powi&#261;zaniach ze spiskowcami na dworze, ale by&#322;o to puste gadanie, w kt&#243;rym nic si&#281; nie trzyma&#322;o kupy.

On by&#322; niewinny?

Riose?  odezwa&#322; si&#281; Barr.  Tak! Przysi&#281;gam na Galaktyk&#281;! Brodrig by&#322; w zasadzie zdrajc&#261;, ale i on nie pope&#322;ni&#322; tego, co mu zarzucano. To by&#322;a farsa, nie proces, ale musia&#322;o do tego doj&#347;&#263;. By&#322;o to konieczne i nieuchronne i mo&#380;na to by&#322;o przewidzie&#263;.

Na zasadzie konieczno&#347;ci psychohistorycznej, jak przypuszczam  rzek&#322; Forell z u&#347;mieszkiem, jakby recytowa&#322; oklepan&#261; formu&#322;k&#281;.

Tak  odpar&#322; powa&#380;nie Barr.  Wcze&#347;niej trudno to by&#322;o dostrzec, ale kiedy ta historia ju&#380; si&#281; sko&#324;czy&#322;a i mog&#322;em hmm zajrze&#263; do rozwi&#261;zania na ko&#324;cu ksi&#261;&#380;ki, problem okaza&#322; si&#281; prosty. Teraz wiemy, &#380;e struktura spo&#322;eczna Imperium uniemo&#380;liwia mu podb&#243;j innych system&#243;w. Pod rz&#261;dami s&#322;abych imperator&#243;w rozdzierane jest od wewn&#261;trz przez rywalizuj&#261;cych ze sob&#261; genera&#322;&#243;w, z kt&#243;rych ka&#380;dy chce zdoby&#263; w&#322;adz&#281; i nic nie warty, a do tego niechybnie przynosz&#261;cy &#347;mier&#263; tron. Pod rz&#261;dami silnych w&#322;adc&#243;w w Imperium panuje spok&#243;j, ale cen&#261; tego spokoju jest kompletny bezw&#322;ad, kt&#243;ry uniemo&#380;liwia jakikolwiek rozw&#243;j.

Forell, zas&#322;oni&#281;ty k&#322;&#281;bami dymu, burkn&#261;&#322; niezbyt uprzejmie:

Nie wyra&#380;a si&#281; pan jasno, lordzie Barr. Barr u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nieznacznie.

Przypuszczam. To skutek braku wiedzy psychohistorycznej. S&#322;owa s&#261; mizern&#261; i nieprecyzyjn&#261; namiastk&#261; r&#243;wna&#324; matematycznych. Postaram si&#281; to jednak jako&#347; wyja&#347;ni&#263;  Barr urwa&#322; i pogr&#261;&#380;y&#322; si&#281; w zadumie.

Forell sta&#322; wygodnie oparty plecami o por&#281;cz balkonu, a Devers patrzy&#322; w aksamitne niebo i my&#347;la&#322; z podziwem o Trantorze.

W ko&#324;cu Barr przerwa&#322; milczenie.

Widzi pan, i pan, i Devers, i bez w&#261;tpienia wszyscy tutaj, s&#261;dzili&#347;cie, &#380;e pierwszym krokiem do zwyci&#281;stwa nad Imperium jest sk&#322;&#243;cenie imperatora i jego genera&#322;a. Mieli&#347;cie racj&#281;, zupe&#322;n&#261; racj&#281;, je&#347;li chodzi o zasad&#281; tar&#263; wewn&#281;trznych.

Byli&#347;cie wszak&#380;e w b&#322;&#281;dzie, my&#347;l&#261;c, &#380;e ten wewn&#281;trzny konflikt mo&#380;na wywo&#322;a&#263; jednostkowymi dzia&#322;aniami, inspirowaniem pewnych posuni&#281;&#263; genera&#322;a. Pr&#243;bowali&#347;cie przekupstwa i k&#322;amstw. Usi&#322;owali&#347;cie, na przemian rozbudzi&#263; jego ambicje i posia&#263; trwog&#281;. A jednak wszystkie wasze wysi&#322;ki spe&#322;z&#322;y na niczym. Co wi&#281;cej, sytuacja wygl&#261;da&#322;a coraz gro&#378;niej.

Pr&#243;bowali&#347;cie wzburzy&#263; morze kijem, a tymczasem, poza zasi&#281;giem waszego wzroku, ros&#322;a i zbli&#380;a&#322;a si&#281; powoli, lecz nieuchronnie pot&#281;&#380;na fala przewidziana przez Seldona.

Ducem Barr odwr&#243;ci&#322; si&#281; i popatrzy&#322; przez barierk&#281; na widoczne w dole &#347;wiat&#322;a wesel&#261;cego si&#281; miasta.

Wszyscy poruszani byli&#347;my martw&#261; d&#322;oni&#261;  rzek&#322;.  Pot&#281;&#380;ny genera&#322; i wielki imperator, m&#243;j &#347;wiat i wasz &#347;wiat. Kierowa&#322;a nami wszystkimi martwa r&#281;ka Seldona. On wiedzia&#322;, &#380;e cz&#322;owiek taki jak Riose b&#281;dzie musia&#322; upa&#347;&#263;, poniewa&#380; jego sukces b&#281;dzie musia&#322; przynie&#347;&#263; mu pora&#380;k&#281;, tym wi&#281;ksz&#261; i tym pewniejsz&#261;, im wi&#281;kszy b&#281;dzie ten sukces.

Nie mog&#281; powiedzie&#263;, &#380;eby wyra&#380;a&#322; si&#281; pan ja&#347;niej  rzek&#322; zjadliwie Forell.

Chwil&#281; cierpliwo&#347;ci  odpar&#322; Barr spokojnie.  Przyjrzyjmy si&#281; tej sytuacji. Jest rzecz&#261; oczywist&#261;, &#380;e nieudolny dow&#243;dca nie by&#322;by nigdy w stanie nam zagrozi&#263;. Znakomity dow&#243;dca, ale podleg&#322;y nieudolnemu imperatorowi, r&#243;wnie&#380; nie m&#243;g&#322;by nam zagrozi&#263;, gdy&#380; mia&#322;by inny cel na oku. Wiadomo, &#380;e w ostatnich dwustu latach trzy czwarte imperator&#243;w wywodzi&#322;o si&#281; spo&#347;r&#243;d zbuntowanych genera&#322;&#243;w i wicekr&#243;l&#243;w.

Tak wi&#281;c gro&#378;na dla Fundacji by&#322;aby tylko taka sytuacja, kiedy mieliby&#347;my do czynienia z silnym genera&#322;em i silnym imperatorem, gdy&#380; silny imperator nie&#322;atwo da si&#281; zrzuci&#263; z tronu i zmusi silnego genera&#322;a, &#380;eby swoj&#261; uwag&#281; zwr&#243;ci&#322; na obszary le&#380;&#261;ce poza granicami Imperium.

A co jest &#378;r&#243;d&#322;em si&#322;y imperatora? Co jest &#378;r&#243;d&#322;em si&#322;y Cleona? Odpowied&#378; jest oczywista  s&#322;abo&#347;&#263; jego poddanych. Zbyt bogaty dworzanin lub zbyt s&#322;awny dow&#243;dca staje si&#281; niebezpieczny. Dowodzi tego ca&#322;a najnowsza historia Imperium i wystarczaj&#261;co inteligentny imperator wyci&#261;ga z tego odpowiednie wnioski.

Riose odnosi&#322; zwyci&#281;stwa, wi&#281;c imperator sta&#322; si&#281; podejrzliwy. Znaj&#261;c histori&#281; Imperium, musia&#322; sta&#263; si&#281; podejrzliwy. Riose odmawia przyj&#281;cia &#322;ap&#243;wki. Bardzo podejrzane, musi mie&#263; jaki&#347; ukryty pow&#243;d. Jego najbardziej zaufany cz&#322;owiek zaczyna nagle faworyzowa&#263; Riose'a. Bardzo podejrzane, musi mie&#263; jakie&#347; ukryte powody. To nie te akurat pojedyncze posuni&#281;cia by&#322;y podejrzane. R&#243;wnie podejrzane by&#322;yby jakiekolwiek inne dzia&#322;ania. Oto dlaczego nasze intrygi by&#322;y niepotrzebne i raczej nieskuteczne. To powodzenie Riose'a by&#322;o podejrzane. By&#322;o podejrzane, wi&#281;c zosta&#322; oskar&#380;ony, pot&#281;piony i stracony. Fundacja raz jeszcze wygra&#322;a.

Z tego wszystkiego jasno wynika, &#380;e ka&#380;dy mo&#380;liwy uk&#322;ad wydarze&#324; musia&#322; si&#281; nieuchronnie zako&#324;czy&#263; zwyci&#281;stwem Fundacji. Fundacja musia&#322;a wygra&#263; bez wzgl&#281;du na to, co by zrobi&#322; Riose i co my by&#347;my zrobili.

Forell wolno pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Tak? A gdyby dow&#243;dc&#261; by&#322; imperator? Co wtedy? Ha? Takiej mo&#380;liwo&#347;ci pan nie uwzgl&#281;dni&#322;, a wi&#281;c nie dowi&#243;d&#322; pan jeszcze swojej racji.

Barr wzruszy&#322; ramionami.

Niczego nie mog&#281; dowie&#347;&#263;. Do tego trzeba matematyki. Wystarczy jednak wzi&#261;&#263; t&#281; spraw&#281; na zdrowy rozum. Prosz&#281; pomy&#347;le&#263;, co by si&#281; sta&#322;o z imperatorem zaj&#281;tym wojnami gdzie&#347; na ko&#324;cu Galaktyki w sytuacji, kiedy ka&#380;dy arystokrata w Imperium, ka&#380;dy silny cz&#322;owiek, ka&#380;dy pirat mo&#380;e stara&#263; si&#281;, i to  jak historia wykazuje  cz&#281;sto skutecznie, przej&#261;&#263; w&#322;adz&#281;? Ile czasu trzeba by by&#322;o na to, &#380;eby kto&#347; korzystaj&#261;c z nieobecno&#347;ci imperatora w stolicy, rozp&#281;ta&#322; wojn&#281; domow&#261; i tym samym zmusi&#322; go do powrotu? W obecnej sytuacji spo&#322;ecznej Imperium nie trzeba by by&#322;o na to d&#322;ugo czeka&#263;.

Powiedzia&#322;em kiedy&#347; Riose'owi, &#380;e nawet ca&#322;a pot&#281;ga Imperium nie jest w stanie powstrzyma&#263; martwej r&#281;ki Hariego Seldona.

Doskonale! Doskonale!  Forell by&#322; w &#347;wietnym humorze.  A zatem jest pan zdania, &#380;e Imperium nie mo&#380;e nam ju&#380; nigdy wi&#281;cej zagrozi&#263;?

Taki mi si&#281; wydaje  odpar&#322; Barr.  Szczerze m&#243;wi&#261;c, Cleon mo&#380;e nie doczeka&#263; ko&#324;ca tego roku, a wtedy zaczn&#261; si&#281; spory o nast&#281;pstwo tronu, co w rezultacie mo&#380;e doprowadzi&#263; do ostatniej wojny domowej w dziejach Imperium.

Zatem  rzek&#322; Forell  nie mamy ju&#380; wrog&#243;w. Barr zastanawia&#322; si&#281; przez chwil&#281;.  Jest jeszcze Druga Fundacja  powiedzia&#322;.

Na przeciwnym ko&#324;cu Galaktyki? Mamy spok&#243;j na par&#281; stuleci.

Devers odwr&#243;ci&#322; si&#281; nagle z pociemnia&#322;&#261; twarz&#261; i spojrza&#322; prosto w oczy Forellowi.

Mo&#380;e s&#261; wrogowie w samej Fundacji.

Czy&#380;by?  spyta&#322; zimno Forell.  Kto na przyk&#322;ad?

Na przyk&#322;ad ci, kt&#243;rzy chcieliby si&#281; jeszcze bardziej wzbogaci&#263;, odbieraj&#261;c innym owoce ich pracy. Rozumie pan kogo mam na my&#347;li?

W spojrzeniu Forella pogarda z wolna ust&#281;powa&#322;a miejsca w&#347;ciek&#322;o&#347;ci i w ko&#324;cu jego oczy przybra&#322;y taki sam wyraz jak oczy Deversa.



Cz&#281;&#347;&#263; II Mu&#322;



Nowo&#380;e&#324;cy

O Mule wiadomo mniej ni&#380; o jakiejkolwiek innej osobie o tak du&#380;ym znaczeniu dla dziej&#243;w Galaktyki. Nieznane jest jego prawdziwe nazwisko, a to, co wiemy o jego dzieci&#324;stwie i m&#322;odo&#347;ci, jest tylko hipotetyczn&#261; rekonstrukcj&#261;, nie popart&#261; &#380;adnymi dowodami. Nawet okres jego najwi&#281;kszej s&#322;awy znany jest g&#322;&#243;wnie z relacji jego przeciwnik&#243;w, przede wszystkim pewnej m&#322;odej m&#281;&#380;atki

Encyklopedia Galaktyczna


Bayta patrzy&#322;a w kierunku wskazanym przez m&#281;&#380;a. Widziana przez ni&#261; po raz pierwszy Haven nie wygl&#261;da&#322;a imponuj&#261;co  blada gwiazdka zagubiona w pustce skraju Galaktyki. Znajdowa&#322;a si&#281; ju&#380; za ostatnimi, rzadkimi skupiskami gwiazd, w miejscu, gdzie wida&#263; by&#322;o tylko samotne, rozrzucone na czarnym niebie punkciki &#347;wiat&#322;a. Nawet w por&#243;wnaniu z nimi by&#322;a uboga i niepozorna.

Toran zdawa&#322; sobie doskonale spraw&#281; z tego, &#380;e czerwony karze&#322; nie przedstawia imponuj&#261;cego widoku i nie nastraja jego &#347;wie&#380;o po&#347;lubionej ma&#322;&#380;onki zbyt optymistycznie do nowego &#380;ycia, tote&#380; rzek&#322; z wyra&#378;nym zak&#322;opotaniem:

Wiem, co my&#347;lisz, Bayta Nie jest to dobra zamiana. To znaczy, Fundacji na to  wskaza&#322; ruchem g&#322;owy Haven.

To okropna zamiana, Toran. Nie powinnam by&#322;a wychodzi&#263; za ciebie.

A kiedy na twarzy Torana pojawi&#322; si&#281; wyraz b&#243;lu, doda&#322;a, nim zdo&#322;a&#322; to ukry&#263;, przymilnym g&#322;osikiem:

Daj spok&#243;j, g&#322;uptasie. Nie r&#243;b miny zdychaj&#261;cego kacz&#261;tka. Kiedy robisz tak&#261; min&#281;, to wiem, &#380;e za chwil&#281; przytulisz mi g&#322;ow&#281; do ramienia i b&#281;dziesz czeka&#322;, &#380;ebym zacz&#281;&#322;a g&#322;adzi&#263; ci&#281; po w&#322;osach, elektryzuj&#261;cych si&#281; jak u kota. Czeka&#322;e&#347;, &#380;e zaczn&#281; m&#243;wi&#263; jakie&#347; bzdury, co? Spodziewa&#322;e&#347; si&#281;, &#380;e powiem Toran, z tob&#261; b&#281;d&#281; wsz&#281;dzie szcz&#281;&#347;liwa! albo Mog&#281; &#380;y&#263; w pustce mi&#281;dzygwiezdnej, bylebym tylko by&#322;a z tob&#261;, kochanie! No, przyznaj si&#281;.

Wycelowa&#322;a w niego palec i cofn&#281;&#322;a go szybko, nim zd&#261;&#380;y&#322; chwyci&#263; go z&#281;bami.

Je&#347;li poddam si&#281; i przyznam, &#380;e masz racj&#281;, to zrobisz obiad!

Skin&#281;&#322;a z zadowoleniem g&#322;ow&#261;. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i po prostu patrzy&#322; na ni&#261;. Wiedzia&#322; o tym, &#380;e nie by&#322;a wyj&#261;tkow&#261; pi&#281;kno&#347;ci&#261;, i &#380;e nie ka&#380;dy obejrza&#322;by si&#281; za ni&#261; na ulicy. Mia&#322;a czarne i l&#347;ni&#261;ce, cho&#263; proste w&#322;osy i nieco zbyt szerokie usta, ale za to bia&#322;e, g&#322;adkie czo&#322;o oddzielone by&#322;o pi&#281;knymi, g&#281;stymi brwiami od ciep&#322;ych, wiecznie u&#347;miechni&#281;tych oczu koloru mahoniu. A za pot&#281;&#380;nym i silnie bronionym murem praktycznego i trze&#378;wego stosunku do &#380;ycia kry&#322;o si&#281; &#378;r&#243;de&#322;ko &#322;agodno&#347;ci i &#380;yczliwo&#347;ci, kt&#243;rego nigdy by nie odkry&#322; ten, kto by go bezceremonialnie szuka&#322;, ale do kt&#243;rego &#322;atwo mo&#380;na by&#322;o dotrze&#263;, je&#347;li si&#281; wiedzia&#322;o jak i niczym nie zdradzi&#322;o, &#380;e si&#281; go szuka.

Toran podregulowa&#322; automatycznego pilota, mimo &#380;e nie wymaga&#322; tego i postanowi&#322; odpocz&#261;&#263;. Statek szed&#322; prosto swoim kursem i dopiero po kolejnym skoku mi&#281;dzygwiezdnym i kilku milimikroparsekach trzeba b&#281;dzie przej&#347;&#263; na r&#281;czne sterowanie. Wyci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; na fotelu, aby zajrze&#263; do spi&#380;arni, gdzie Bayta &#380;onglowa&#322;a pojemnikami z &#380;ywno&#347;ci&#261;.

W jego stosunku do Bayty by&#322;o co&#347; z b&#322;ogiego zadowolenia zwyci&#281;zcy, charakterystycznego dla osoby, kt&#243;ra przez trzy lata zmaga&#322;a si&#281; z kompleksem ni&#380;szo&#347;ci i ostatecznie pokona&#322;a sw&#243;j l&#281;k i s&#322;abo&#347;&#263;.

W ko&#324;cu by&#322; nie tylko prowincjuszem, ale te&#380; synem handlarza-renegata, a Bayta pochodzi&#322;a z samej Fundacji i do tego jednym z jej przodk&#243;w by&#322; Mallow.

Mimo to, czu&#322; si&#281; troch&#281; niepewnie. Nie do&#347;&#263;, &#380;e zabiera&#322; j&#261; na Haven, na skalisty &#347;wiat miast-jaski&#324;, ale jeszcze nara&#380;a&#322; j&#261; na zetkni&#281;cie si&#281; z tradycyjn&#261; nienawi&#347;ci&#261; handlarzy do Fundacji, z nienawi&#347;ci&#261; plemienia nomad&#243;w do osiad&#322;ych mieszka&#324;c&#243;w.

No c&#243;&#380; po kolacji ostatni skok!

Haven by&#322;a purpurow&#261; ognist&#261; kul&#261;, a druga planeta r&#243;&#380;ow&#261; plamk&#261; &#347;wiat&#322;a otoczon&#261; rozmazanym pier&#347;cieniem atmosfery, do po&#322;owy spowit&#261; mrokiem. Bayta pochyli&#322;a si&#281; nad szerokim sto&#322;em nawigacyjnym z map&#261; pokryt&#261; paj&#281;czyn&#261; krzy&#380;uj&#261;cych si&#281; linii otaczaj&#261;cych dok&#322;adnie Haven II. Powiedzia&#322;a powa&#380;nie:

Szkoda, &#380;e nie pozna&#322;am twego ojca wcze&#347;niej. Je&#347;li mu si&#281; nie spodobam

To  rzek&#322; rzeczowym g&#322;osem Toran  b&#281;dziesz pierwsz&#261; &#322;adn&#261; dziewczyn&#261;, kt&#243;rej uda&#322;o si&#281; tego dokona&#263;. Zanim straci&#322; r&#281;k&#281; i przesta&#322; w&#322;&#243;czy&#263; si&#281; po Galaktyce Je&#347;li go o to spytasz, to zagada ci&#281; na &#347;mier&#263;. Po pewnym czasie zacz&#261;&#322;em nawet podejrzewa&#263;, &#380;e blaguje, bo nigdy nie opowiada&#322; tej samej historii dwa razy w ten sam spos&#243;b

Haven II zbli&#380;a&#322;a si&#281; teraz do nich z wielk&#261; szybko&#347;ci&#261;. Pod nimi obraca&#322;o si&#281; wolno ciemnoszare &#347;r&#243;dziemne morze zakryte tu i &#243;wdzie rzadkimi chmurami. Wzd&#322;u&#380; jego brzeg&#243;w ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; poszarpane &#322;a&#324;cuchy g&#243;rskie.

Kiedy zbli&#380;yli si&#281; na tyle, &#380;e widzieli zmarszczon&#261; powierzchni&#281; wody, morze nagle uciek&#322;o w bok i schowa&#322;o si&#281; za horyzontem. Bayta zd&#261;&#380;y&#322;a jeszcze zauwa&#380;y&#263;, &#380;e jego brzegi skute by&#322;y lodem.

Toran spyta&#322; g&#322;osem zniekszta&#322;conym przez przeci&#261;&#380;enie wywo&#322;ane gwa&#322;townym hamowaniem:

Zapi&#281;&#322;a&#347; kostium?

Twarz Bayty wyzieraj&#261;ca z podbitego g&#261;bk&#261;, ogrzewanego, lecz &#347;ci&#347;le przylegaj&#261;cego do cia&#322;a skafandra wydawa&#322;a si&#281; zupe&#322;nie okr&#261;g&#322;a i by&#322;a zarumieniona z gor&#261;ca.

Statek osiad&#322; z chrz&#281;stem na pustym polu tu&#380; obok miejsca, w kt&#243;rym teren zaczyna&#322; si&#281; lekko wznosi&#263;.

Wygramolili si&#281; ze statku prosto w nieprzenikniony mrok kresowej nocy. Wia&#322; lekki, lecz przenikliwie zimny wiatr i Bayta a&#380; wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;, czuj&#261;c na twarzy jego lodowaty podmuch. Toran chwyci&#322; j&#261; pod rami&#281; i pobiegli niezgrabnie po g&#322;adkiej, ubitej ziemi w stron&#281; widniej&#261;cego w oddali &#347;wiat&#322;a.

W po&#322;owie drogi spotkali zd&#261;&#380;aj&#261;cych ku nim wartownik&#243;w. Toran wymieni&#322; z nimi szeptem kilka s&#322;&#243;w i poszli dalej razem. Mrok i ch&#322;&#243;d znikn&#281;&#322;y, kiedy otworzy&#322;a si&#281; przed nimi brama wykuta w skale. W ciep&#322;ym wn&#281;trzu, o&#347;wietlonym bia&#322;ymi lampami umieszczonymi na &#347;cianach panowa&#322; gwar i ruch. Siedz&#261;cy przy biurkach m&#281;&#380;czy&#378;ni podnie&#347;li g&#322;owy i Toran wyci&#261;gn&#261;&#322; dokumenty. Jeden z urz&#281;dnik&#243;w rzuci&#322; na nie okiem i machni&#281;ciem r&#281;ki da&#322; znak, &#380;e mog&#261; przej&#347;&#263; dalej. Toran nachyli&#322; si&#281; do ucha &#380;ony i szepn&#261;&#322;:

Tata musia&#322; za&#322;atwi&#263; formalno&#347;ci. Normalnie trwa to oko&#322;o pi&#281;ciu godzin.

Wyszli na zewn&#261;trz i Bayta rzek&#322;a nagle:

O rany

Znajduj&#261;ce si&#281; w wykutej w ska&#322;ach pot&#281;&#380;nej jaskini miasto pogr&#261;&#380;one by&#322;o w jasnym blasku m&#322;odego s&#322;o&#324;ca. Oczywi&#347;cie, nie by&#322;o tam &#380;adnego s&#322;o&#324;ca. To co wydawa&#322;o si&#281; niebem, gin&#281;&#322;o w r&#243;wnomiernie rozproszonej jasno&#347;ci. Powietrze by&#322;o ciep&#322;e i mia&#322;o odpowiedni&#261; g&#281;sto&#347;&#263;, a wok&#243;&#322; pe&#322;no by&#322;o zieleni.

Ale&#380;, Toran, tu jest pi&#281;knie  powiedzia&#322;a Bayta.

Toran rozpromieni&#322; si&#281;.

No c&#243;&#380;, Bayta, nie mo&#380;na tego oczywi&#347;cie por&#243;wna&#263; z Fundacj&#261;, ale to najwi&#281;ksze miasto na Havenie II, dwadzie&#347;cia tysi&#281;cy mieszka&#324;c&#243;w. Polubisz je. Nie ma tu, co prawda, pa&#322;ac&#243;w rozrywki, ale nie ma te&#380; tajnej policji.

Och, Torie, to miasto jest jak zabawka. Wszystko tu takie bia&#322;e i r&#243;&#380;owe i takie czyste.

Taaaak  Toran rozejrza&#322; si&#281;. Domy by&#322;y po wi&#281;kszej cz&#281;&#347;ci jednopi&#281;trowe, z g&#322;adkiej, &#380;y&#322;kowanej miejscowej ska&#322;y. Nie by&#322;o tu wie&#380;owc&#243;w, jak w Fundacji i ogromnych gmach&#243;w u&#380;yteczno&#347;ci publicznej, tak charakterystycznych dla dawnych kr&#243;lestw, za to ma&#322;e budynki nosi&#322;y wyra&#378;ne pi&#281;tno indywidualno&#347;ci. Miasto to by&#322;o reliktem indywidualnych upodoba&#324; w zunifikowanej, bezosobowej zbiorowo&#347;ci Galaktyki.

Toran nagle otrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; z zamy&#347;lenia.

Bay Tam jest ojciec! Nie, nie tam, g&#322;uptasie Tam gdzie pokazuj&#281;. Nie widzisz go?

Teraz go spostrzeg&#322;a. Pot&#281;&#380;ny m&#281;&#380;czyzna macha&#322; gwa&#322;townie r&#281;k&#261;, rozcapierzaj&#261;c palce, jakby chcia&#322; chwyci&#263; powietrze. Dobieg&#322; ich jego hucz&#261;cy g&#322;os. Bayta poci&#261;gn&#281;&#322;a za sob&#261; m&#281;&#380;a, zbiegaj&#261;c po g&#281;stym trawniku. Zauwa&#380;y&#322;a drugiego, ni&#380;szego, siwow&#322;osego m&#281;&#380;czyzn&#281;, nieomal gin&#261;cego w cieniu krzepkiego jednor&#281;kiego, kt&#243;ry wci&#261;&#380; macha&#322; do nich i krzycza&#322;.

To przyrodni brat mojego ojca. Ten, kt&#243;ry by&#322; w Fundacji, wiesz  krzykn&#261;&#322; Toran, nie zatrzymuj&#261;c si&#281;.

Spotkali si&#281; po&#347;rodku trawnika, &#347;miej&#261;c si&#281; i przekrzykuj&#261;c. Ojciec Torana wyda&#322; jeszcze jeden dziki okrzyk, daj&#261;c upust swej rado&#347;ci. Obci&#261;gn&#261;&#322; szybkim ruchem sw&#261; kr&#243;tk&#261; kurtk&#281; i poprawi&#322; pas z cyzelowanego metalu, kt&#243;ry by&#322; jego jedynym ust&#281;pstwem na rzecz zbytku.

Przenosi&#322; wzrok z Torana na Bayt&#281; i z powrotem, i w ko&#324;cu rzek&#322;:

Wybra&#322;e&#347; kiepski dzie&#324; na powr&#243;t do domu, ch&#322;opcze!

Co? Ach, racja, przecie&#380; dzi&#347; rocznica urodzin Seldona, prawda?

Tak. &#379;eby tu dotrze&#263;, musia&#322;em wynaj&#261;&#263; samoch&#243;d i zmusi&#263; Randu, &#380;eby mnie przywi&#243;z&#322;. Nie ma &#380;adnego &#347;rodka miejskiej lokomocji w zasi&#281;gu miotacza.

Jego wzrok spocz&#261;&#322; na Baycie. Rzek&#322; nieco delikatniejszym tonem:

Mam tutaj kryszta&#322; z twoj&#261; podobizn&#261; Jest dobra, ale widz&#281; teraz, &#380;e robi&#322; j&#261; amator.

Wyj&#261;&#322; z kieszeni kurtki ma&#322;y, prze&#378;roczysty sze&#347;cian. Widniej&#261;ca wewn&#261;trz roze&#347;miana twarz o&#380;y&#322;a w promieniach &#347;wiat&#322;a i okaza&#322;a si&#281; miniatur&#261; Bayty.

Ach, to!  rzek&#322;a.  Nie wiem, dlaczego Toran wys&#322;a&#322; akurat t&#281;. To karykatura. Dziwi&#281; si&#281;, &#380;e po jej obejrzeniu w og&#243;le chcia&#322; si&#281; pan ze mn&#261; spotka&#263;.

Naprawd&#281;? M&#243;w mi Fra&#324;. Nie cierpi&#281; tych wszystkich ceregieli. No, teraz daj mi r&#281;k&#281; i chod&#378;my do samochodu. Dot&#261;d my&#347;la&#322;em, &#380;e m&#243;j ch&#322;opak to ciamajda. Wydaje mi si&#281;, &#380;e zmieni&#281; zdanie. Wydaje mi si&#281;, &#380;e b&#281;d&#281; musia&#322; zmieni&#263; zdanie.

Toran spyta&#322; cicho wuja:

Jak si&#281; trzyma stary? Ci&#261;gle gania za kobietami?

Randu zmarszczy&#322; twarz w u&#347;miechu.

Kiedy tylko ma okazj&#281;, Toran, kiedy tylko ma okazj&#281;. Czasami przypomina sobie,* &#380;e nied&#322;ugo sko&#324;czy sze&#347;&#263;dziesi&#261;t lat i wpada w przygn&#281;bienie. Ale szybko odsuwa od siebie te niedobre my&#347;li i znowu staje si&#281; sob&#261;. To handlarz starego pokroju. A ty, Toran? Gdzie znalaz&#322;e&#347; tak&#261; &#322;adn&#261; &#380;on&#281;?

Toran zachichota&#322; i za&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na piersi.

Chcesz, &#380;ebym ci powiedzia&#322; w jednym zdaniu, co robi&#322;em przez trzy lata?

Kiedy znale&#378;li si&#281; w ma&#322;ym saloniku domu ojca Torana, Bayta wydoby&#322;a si&#281; ze skafandra i uwolni&#322;a w&#322;osy spod kaptura. Usiad&#322;a, zak&#322;adaj&#261;c nog&#281; na nog&#281; i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do patrz&#261;cego na ni&#261; badawczo, ale z wyra&#378;nym zadowoleniem Frana.

Wiem, co pr&#243;bujesz oceni&#263;  powiedzia&#322;a.  Pomog&#281; ci. Wiek  dwadzie&#347;cia cztery, wzrost  pi&#281;&#263; st&#243;p i cztery cale, waga  sto dziesi&#281;&#263;, zaw&#243;d  historyczka.

Zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e zawsze stara si&#281; tak stan&#261;&#263;, aby ukry&#263;, &#380;e nie ma jednej r&#281;ki. Teraz jednak pochyli&#322; si&#281; do niej i powiedzia&#322;:

Skoro sama o tym m&#243;wisz, to waga  sto dwadzie&#347;cia funt&#243;w.

Roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no, widz&#261;c jej rumieniec. Potem zwr&#243;ci&#322; si&#281; do ca&#322;ego towarzystwa:

Zawsze mo&#380;na oceni&#263; wag&#281; kobiety po jej ramionach oczywi&#347;cie, je&#347;li si&#281; ma odpowiednie do&#347;wiadczenie. Napijesz si&#281;, Bay?

Mi&#281;dzy innymi  odpar&#322;a i wysz&#322;a z Franem. Tymczasem Toran przegl&#261;da&#322; biblioteczk&#281;, szukaj&#261;c nowych nabytk&#243;w.

Fra&#324; wr&#243;ci&#322; sam i powiedzia&#322;:

Ona przyjdzie p&#243;&#378;niej.

Opad&#322; oci&#281;&#380;ale na du&#380;y, stoj&#261;cy w rogu fotel i po&#322;o&#380;y&#322; sw&#261; lew&#261;, sztywn&#261; nog&#281; na stoj&#261;cym przed nim sto&#322;ku. Przesta&#322; si&#281; &#347;mia&#263; i Toran odwr&#243;ci&#322; si&#281;

do niego.

No wi&#281;c jeste&#347; w domu, ch&#322;opcze, i ciesz&#281; si&#281;, &#380;e ci&#281; widz&#281;. Podoba mi si&#281; twoja kobieta. To nie jaka&#347; tam nad&#261;sana g&#261;ska.

O&#380;eni&#322;em si&#281; z ni&#261;  odpar&#322; po prostu Toran.  No c&#243;&#380;, ch&#322;opcze, to zupe&#322;nie inna sprawa jego oczy pociemnia&#322;y.  To niem&#261;drze wi&#261;za&#263; si&#281; na ca&#322;e &#380;ycie. &#379;yj&#281; d&#322;u&#380;ej ni&#380; ty i mam wi&#281;cej do&#347;wiadczenia, a nigdy nie zrobi&#322;em tego.

Randu sta&#322; dotychczas spokojnie w k&#261;cie pokoju. Teraz wtr&#261;ci&#322; si&#281;:

Co to za por&#243;wnania, Franssart? Dop&#243;ki sze&#347;&#263; lat temu nie rozbi&#322;e&#347; si&#281; przy l&#261;dowaniu, nigdzie nie zagrza&#322;e&#347; d&#322;u&#380;ej miejsca i nie mia&#322;e&#347; okazji, &#380;eby si&#281; o&#380;eni&#263;. A kto ci&#281; zechce teraz?

Fra&#324; wyprostowa&#322; si&#281; nagle w fotelu i rzek&#322; gniewnie:

Niejedna by chcia&#322;a, ty ramolu

Toran wtr&#261;ci&#322; po&#347;piesznie, chc&#261;c za&#322;agodzi&#263; sytuacj&#281;:

To po prostu formalno&#347;&#263;, tato. Ma to swoje dobre strony.

G&#322;&#243;wnie dla kobiety  mrukn&#261;&#322; Fra&#324;.

Nawet je&#347;li jest tak, jak m&#243;wisz  rzek&#322; Randu  to jego sprawa. Ma&#322;&#380;e&#324;stwo to stary zwyczaj w Fundacji.

Fundacja nie jest odpowiednim wzorem dla uczciwego handlarza  odpar&#322; z wy&#380;szo&#347;ci&#261; Fra&#324;.

Toran wtr&#261;ci&#322; si&#281; znowu.  Z Fundacji pochodzi moja &#380;ona  rzek&#322;. Popatrzy&#322; najpierw na jednego, potem na drugiego i doda&#322; cicho:  Idzie tu.

Po kolacji, kt&#243;r&#261; Fra&#324; okrasi&#322; trzema opowie&#347;ciami o swych dawnych przygodach, sk&#322;adaj&#261;cymi si&#281; w r&#243;wnych cz&#281;&#347;ciach z opis&#243;w walk, kobiet i zysk&#243;w oraz z fantazji, rozmowa przybra&#322;a inny obr&#243;t. W telewizji sz&#322;a jaka&#347; klasyczna sztuka, ale nikt nie zwraca&#322; uwagi na to, co m&#243;wi&#261; aktorzy. Randu wyci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; wygodnie na niskiej kanapce i wypuszczaj&#261;c k&#322;&#281;by dymu z d&#322;ugiej fajki spogl&#261;da&#322; w stron&#281; Bayty kl&#281;cz&#261;cej na bia&#322;ej puszystej sk&#243;rze, kt&#243;r&#261; Fra&#324; przywi&#243;z&#322; kiedy&#347; z jednej ze swych podr&#243;&#380;y, i kt&#243;r&#261; rozk&#322;adano teraz tylko na specjalne okazje.

Studiowa&#322;a&#347; histori&#281;, moje dziecko?  spyta&#322; &#322;agodnie.

Bayta skin&#281;&#322;a twierdz&#261;co g&#322;ow&#261;.

Nauczyciele mieli ze mn&#261; utrapienie, ale w ko&#324;cu troch&#281; si&#281; nauczy&#322;em.

Dyplom z wyr&#243;&#380;nieniem  wtr&#261;ci&#322; z dum&#261; Toran.  To wszystko!

No, a czego si&#281; nauczy&#322;a&#347;?  ci&#261;gn&#261;&#322; cierpliwie Randu.

Mam to wszystko powiedzie&#263;? Zaraz?  roze&#347;mia&#322;a si&#281; Bayta. Randu u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

No wi&#281;c powiedz, co my&#347;lisz o sytuacji w Galaktyce?

My&#347;l&#281;  odpar&#322;a zwi&#281;&#378;le Bayta  &#380;e nadci&#261;ga kryzys Seldona i kto wie, czy nie b&#281;dzie to koniec jego ca&#322;ego planu. &#377;le obliczy&#322;.

Oho! mrukn&#261;&#322; do siebie Fra&#324; w swoim k&#261;cie. W taki spos&#243;b wyra&#380;a&#263; si&#281; o Seldonie! Ale g&#322;o&#347;no nie rzek&#322; nic.

Randu w zadumie ssa&#322; fajk&#281;.  Naprawd&#281;? Dlaczego tak uwa&#380;asz? Widzisz, w m&#322;odo&#347;ci by&#322;em w Fundacji i r&#243;wnie&#380; nachodzi&#322;y mnie r&#243;&#380;ne niepokoj&#261;ce my&#347;li. Ale, wracaj&#261;c do ciebie, dlaczego tak uwa&#380;asz?

No c&#243;&#380;  Bayta opar&#322;a brod&#281; na d&#322;oni i patrzy&#322;a przed siebie zamy&#347;lonym wzrokiem, podkurczywszy palce bosej stopy  wydaje mi si&#281;, &#380;e sens planu Seldona polega&#322; na tym, &#380;eby stworzy&#263; pa&#324;stwo doskonalsze ni&#380; dawne Imperium Galaktyczne. Kiedy Seldon za&#322;o&#380;y&#322; Fundacj&#281;, Imperium ju&#380; od trzech stuleci znajdowa&#322;o si&#281; w stanie rozk&#322;adu i, je&#347;li historia m&#243;wi prawd&#281;, by&#322;y trzy przyczyny takiego stanu rzeczy  inercja, despotyzm i niesprawiedliwy podzia&#322; d&#243;br we wszech&#347;wiecie.

Randu s&#322;ucha&#322; uwa&#380;nie, wolno potakuj&#261;c g&#322;ow&#261;, Toran z dum&#261; spogl&#261;da&#322; na &#380;on&#281;, a Fra&#324; cmokn&#261;&#322; z uznaniem i ponownie nape&#322;ni&#322; sw&#243;j kieliszek.

Je&#347;li historia m&#243;wi prawd&#281; o Seldonie, to za pomoc&#261; praw psychohistorii przewidzia&#322; on ca&#322;kowity upadek Imperium, a tak&#380;e trzydzie&#347;ci tysi&#281;cy lat barbarzy&#324;stwa jako okres niezb&#281;dny dla powstania Drugiego Imperium i odrodzenia cywilizacji. Jego celem &#380;yciowym by&#322;o stworzenie takich warunk&#243;w, kt&#243;re by umo&#380;liwi&#322;y znacznie wcze&#347;niejsze odrodzenie.

W tym momencie zabrzmia&#322; pot&#281;&#380;ny g&#322;os Frana:  I dlatego  niech mu b&#281;dzie chwa&#322;a  za&#322;o&#380;y&#322; dwie Fundacje.

I dlatego za&#322;o&#380;y&#322; dwie Fundacje  zgodzi&#322;a si&#281; Bayta.  Nasza Fundacja sk&#322;ada&#322;a si&#281; z naukowc&#243;w, kt&#243;rzy mieli wznie&#347;&#263; nauk&#281; i w og&#243;le ludzk&#261; wiedz&#281; na nowe wy&#380;yny. Ta Fundacja zosta&#322;, za&#322;o&#380;ona w takim miejscu i w takim czasie, &#380;e  jak starannie wyliczy&#322; genialny Seldon  w ci&#261;gu tysi&#261;ca lat powinna przeistoczy&#263; si&#281; w nowe, doskonalsze Imperium.

Wszyscy milczeli z szacunkiem.

To stara historia  rzek&#322;a cicho Bayta.  Wszyscy j&#261; znacie. Przez ostatnie trzysta lat nie by&#322;o chyba cz&#322;owieka w Fundacji, kt&#243;ry by jej nie zna&#322;. Mimo to pomy&#347;la&#322;am, &#380;e warto j&#261; pokr&#243;tce powt&#243;rzy&#263;. Dzisiaj jest rocznica urodzin Seldona i chocia&#380; ja jestem z Fundacji, a wy z Haven, to mamy ze sob&#261; tyle wsp&#243;lnego, &#380;e

Zapali&#322;a powoli papierosa i w zamy&#347;leniu patrzy&#322;a na unosz&#261;cy si&#281; dym.

Prawa historii s&#261; tak samo niewzruszone jak prawa fizyki i chocia&#380; prawdopodobie&#324;stwo b&#322;&#281;du jest tu wi&#281;ksze ni&#380; w fizyce, to dzieje si&#281; tak tylko dlatego, &#380;e liczba ludzi, kt&#243;rymi przecie&#380; zajmuje si&#281; historia, jest niepor&#243;wnanie niniejsza ni&#380; liczba atom&#243;w, skutkiem czego jednostkowe r&#243;&#380;nice s&#261; bardziej znacz&#261;ce. Seldon przewidzia&#322; seri&#281; kryzys&#243;w, kt&#243;re powinny wyst&#261;pi&#263; w czasie tego tysi&#261;clecia rozwoju. Ka&#380;dy z tych kryzys&#243;w by&#322;by punktem zwrotnym, gdy&#380; historia zmienia&#322;aby wtedy sw&#243;j bieg i toczy&#322;a si&#281; dalej uprzednio przewidzianym torem. Drog&#281; wskazuj&#261; w&#322;a&#347;nie te kryzysy i dlatego teraz musi nast&#261;pi&#263; kryzys.

Teraz!  powt&#243;rzy&#322;a z naciskiem.  Od poprzedniego min&#281;&#322;o ju&#380; prawie sto lat, a przez ten czas Fundacja zd&#261;&#380;y&#322;a ju&#380; powt&#243;rzy&#263; wszystkie grzechy Imperium. Inercj&#281;, bo nasza klasa rz&#261;dz&#261;ca zna tylko jedno prawo  &#380;adnych zmian! Despotyzm, bo zna ona tylko jeden spos&#243;b rz&#261;dzenia  si&#322;&#281;! Niesprawiedliwy podzia&#322; d&#243;br, bo maj&#261; tylko jedno pragnienie  nie odda&#263; niczego, co swoje!

Podczas gdy inni przymieraj&#261; g&#322;odem!  rykn&#261;&#322; nagle Fra&#324; i r&#261;bn&#261;&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w oparcie fotela.  Dziewczyno, masz &#347;wi&#281;t&#261; racj&#281;! Te pasibrzuchy siedz&#261; na forsie i rujnuj&#261; Fundacj&#281;, a dzielni handlarze kryj&#261; si&#281; ze sw&#261; bied&#261; po takich dziurach jak Haven. Oni zniewa&#380;aj&#261; Seldona, rzucaj&#261; mu b&#322;oto w twarz i pluj&#261; w brod&#281;  uni&#243;s&#322; w g&#243;r&#281; r&#281;k&#281; i twarz mu si&#281; wyd&#322;u&#380;y&#322;a.  Gdybym mia&#322; drug&#261; r&#281;k&#281;! Gdyby mnie kiedy&#347; pos&#322;uchano!

Tato  rzek&#322; Toran  nie denerwuj si&#281;.

Nie denerwuj si&#281;. Nie denerwuj si&#281;  jego ojciec zrobi&#322; w&#347;ciek&#322;&#261; min&#281;.  Tu &#380;yjemy i tu umrzemy, a ty mi m&#243;wisz nie denerwuj si&#281;!"

To nasz wsp&#243;&#322;czesny Lathan Devers  rzek&#322; Randu, wskazuj&#261;c fajk&#261; Frana.  Devers zmar&#322; w kamienio&#322;omach siedemdziesi&#261;t lat temu. Siedzia&#322; tam razem z dziadkiem twego m&#281;&#380;a, bo by&#322; g&#322;upi, ale odwa&#380;ny

Na Galaktyk&#281;! Zrobi&#322;bym to samo na jego miejscu  zaperzy&#322; si&#281; Fra&#324;.

Devers by&#322; najwi&#281;kszym handlarzem w historii, wi&#281;kszym ni&#380; ten nad&#281;ty balon, Mallow, bo&#380;yszcze Fundacji. Skoro te rzezimieszki, kt&#243;re rz&#261;dz&#261; Fundacj&#261;, zamordowa&#322;y go dlatego, &#380;e kocha&#322; sprawiedliwo&#347;&#263;, to tym bardziej musz&#261; za to zap&#322;aci&#263; krwi&#261;.

No m&#243;w dalej, dziewczyno  powiedzia&#322; Randu.  m&#243;w, bo inaczej b&#281;dzie gada&#322; ca&#322;&#261; noc i szala&#322; jutro przez ca&#322;y dzie&#324;.

Nie ma ju&#380; o czym m&#243;wi&#263;  powiedzia&#322;a ponuro.  Musi nast&#261;pi&#263; kryzys, ale ja nie mam poj&#281;cia, jak go wywo&#322;a&#263;. Si&#322;y post&#281;powe na Fundacji s&#261; bezlito&#347;nie t&#281;pione. Wy, handlarze, macie wol&#281; walki, ale jeste&#347;cie rozproszeni i rozbici. Gdyby po&#322;&#261;czyli si&#281; wszyscy ludzie dobrej woli z Fundacji i spoza niej

Fra&#324; roze&#347;mia&#322; si&#281; drwi&#261;co.

S&#322;yszysz, Randu? S&#322;yszysz, co ona m&#243;wi? Z Fundacji i spoza niej! Dziewczyno, dziewczyno, nie mo&#380;na liczy&#263; na tych mi&#281;czak&#243;w z Fundacji. Cz&#281;&#347;&#263; z nich wali batem, a reszta z pokor&#261; przyjmuje razy. W ca&#322;ym tym zgni&#322;ym &#347;wiecie nie znajdzie si&#281; nikt na tyle odwa&#380;ny, &#380;eby si&#281; zmierzy&#263; z jednym dobrym handlarzem.

Nie&#347;mia&#322;e pr&#243;by Bayty, &#380;eby co&#347; wtr&#261;ci&#263;, spe&#322;z&#322;y na niczym. Nie dopu&#347;ci&#322; jej do g&#322;osu.

Toran pochyli&#322; si&#281; ku &#380;onie i zakry&#322; jej d&#322;oni&#261; usta.  Tato  powiedzia&#322; ch&#322;odno  nigdy nie by&#322;e&#347; w Fundacji. Nic o niej nie wiesz. Mo&#380;esz mi wierzy&#263;, &#380;e podziemie jest &#347;mia&#322;e i odwa&#380;ne. M&#243;g&#322;bym doda&#263;, &#380;e Bayta te&#380; nale&#380;a&#322;a do nich

W porz&#261;dku, ch&#322;opcze, nie chc&#281; nikogo urazi&#263;. Po co si&#281; zaraz z&#322;o&#347;ci&#263;?  by&#322; autentycznie zmieszany.

Ca&#322;y k&#322;opot w tym, tato  ci&#261;gn&#261;&#322; &#380;ywo Toran  &#380;e masz prowincjonalny punkt widzenia. My&#347;lisz, &#380;e skoro jakie&#347; sto tysi&#281;cy handlarzy kryje si&#281; w swoich norach na jakiej&#347; zakazanej planecie na kra&#324;cu nico&#347;ci, to jest to wielki nar&#243;d. Oczywi&#347;cie, ka&#380;dy poborca podatkowy z Fundacji, kt&#243;ry tu zawita, zostaje tu ju&#380; na zawsze, ale to tanie bohaterstwo. Co zrobiliby&#347;cie, gdyby Fundacja skierowa&#322;a tu swoj&#261; flot&#281;?

Rozwaliliby&#347;my ich  rzek&#322; ostro Fra&#324;.

I sami zostali rozwaleni a ich by jeszcze do&#347;&#263; zosta&#322;o. Fundacja przewy&#380;sza was liczb&#261; ludzi, uzbrojeniem i organizacj&#261; i jak tylko zdecyduje si&#281; na taki krok, to sami si&#281; o tym przekonacie. Tak wi&#281;c lepiej b&#281;dzie, je&#347;li poszukacie sprzymierze&#324;c&#243;w r&#243;wnie&#380; w samej Fundacji, je&#347;li jest okazja.

Randu  rzek&#322; Fra&#324; patrz&#261;c na brata jak pot&#281;&#380;ny, bezradny byk.

Randu wyj&#261;&#322; fajk&#281; z ust.

Ch&#322;opak ma racj&#281;. Fra&#324;. W g&#322;&#281;bi ducha wiesz o tym. To przykre uczucie, wi&#281;c starasz si&#281; to pokry&#263; krzykiem. Ale &#347;wiadomo&#347;&#263; tego pozostaje. Powiem ci, Toran, dlaczego sprowokowa&#322;em t&#281; rozmow&#281;.

Pykn&#261;&#322; kilka razy w zamy&#347;leniu, potem w&#322;o&#380;y&#322; fajk&#281; w otw&#243;r popielniczki, zaczeka&#322; chwil&#281;, a&#380; pojawi si&#281; bezg&#322;o&#347;ny b&#322;ysk i wyj&#261;&#322; czyst&#261;. Powoli nabi&#322; j&#261; ponownie precyzyjnymi ruchami ma&#322;ego palca.

Twoja uwaga, Toran  zacz&#261;&#322;  &#380;e Fundacja mo&#380;e si&#281; nami zainteresowa&#263;, jest trafna. Mieli&#347;my tu ostatnio dwie wizyty w celu &#347;ci&#261;gni&#281;cia podatk&#243;w. Problem w tym, &#380;e drugiemu poborcy towarzyszy&#322; lekki statek patrolowy. Tym razem wyl&#261;dowali nie u nas, ale w mie&#347;cie Gleiar i naturalnie nie wystartowali ju&#380; z powrotem. Ale na pewno wr&#243;c&#261; tu. Ojciec doskonale zdaje sobie z tego spraw&#281;, Toran, wierz mi.

Przyjrzyj si&#281; temu zatwardzia&#322;emu zawadiace. Wie o tym, &#380;e Haven jest w niebezpiecze&#324;stwie, wie o tym, &#380;e jeste&#347;my bezbronni, ale uparcie powtarza swoje przechwa&#322;ki. To go podtrzymuje na duchu. Ale kiedy ju&#380; powie, co ma do powiedzenia, kiedy si&#281; ju&#380; nakrzyczy i poka&#380;e, &#380;e si&#281; niczego nie boi, kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c, kiedy czuje, &#380;e spe&#322;ni&#322; sw&#243;j obowi&#261;zek jako cz&#322;owiek i nieustraszony handlarz, wtedy no c&#243;&#380;, wtedy staje si&#281; r&#243;wnie rozs&#261;dny jak ka&#380;dy z nas.

To znaczy, jak kto?  spyta&#322;a Bayta. Randu u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Utworzyli&#347;my tak&#261; grupk&#281; w naszym mie&#347;cie, Bayta. Jeszcze nie zrobili&#347;my nic. Nie uda&#322;o nam si&#281; nawet jeszcze skontaktowa&#263; z innymi miastami, ale to dopiero pocz&#261;tek.

Pocz&#261;tek czego?

Randu potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.  Jeszcze nie wiemy. Liczymy na cud. Doszli&#347;my do tego samego wniosku, co ty  &#380;e kryzys Seldona jest tu&#380;, tu&#380;. Galaktyka pe&#322;na jest szcz&#261;tk&#243;w Imperium  wskaza&#322; r&#281;kami na sufit.  Genera&#322;owie wierc&#261; si&#281; niespokojnie. Nie s&#261;dzisz, &#380;e pewnego dnia kt&#243;ry&#347; z nich mo&#380;e zdoby&#263; si&#281; na odwag&#281; i uderzy&#263; na Fundacj&#281;?

Bayta zastanowi&#322;a si&#281; chwil&#281;, a potem potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; tak stanowczym ruchem, &#380;e kosmyk jej d&#322;ugich w&#322;os&#243;w znalaz&#322; si&#281; za uchem.

Nie ma o tym mowy. Ka&#380;dy z nich wie doskonale, &#380;e atak na Fundacj&#281; jest samob&#243;jstwem. Bel Riose przewy&#380;sza&#322; ich wszystkich odwag&#261; i umiej&#281;tno&#347;ciami i mia&#322; do dyspozycji ca&#322;&#261; flot&#281; Imperium, a mimo to nie wygra&#322; z planem Seldona. Czy jest genera&#322;, kt&#243;ry o tym nie wie?

No a gdyby&#347;my ich zach&#281;cili?

Do czego? Do skoczenia w czelu&#347;&#263; pieca atomowego? I niby czym mieliby&#347;cie ich zach&#281;ci&#263;?

Hmm, jest taki jeden nowy. Od roku, a mo&#380;e dw&#243;ch, docieraj&#261; do nas wie&#347;ci o dziwnym cz&#322;owieku, kt&#243;rego nazywaj&#261; Mu&#322;em.

Mu&#322;em?  zastanowi&#322;a si&#281;.  S&#322;ysza&#322;e&#347; kiedy o nim, Torie?

Toran przecz&#261;co potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

No wi&#281;c co z tym Mu&#322;em?  spyta&#322;a.

Nie wiem nic pewnego. Ale m&#243;wi&#261;, &#380;e odnosi zwyci&#281;stwa nawet w sytuacjach, kiedy pozornie nie ma &#380;adnych szans. Te wie&#347;ci mog&#261; by&#263; przesadzone, ale tak czy inaczej by&#322;oby dobrze zawrze&#263; z nim znajomo&#347;&#263;. Zdarzaj&#261; si&#281; ludzie o du&#380;ych zdolno&#347;ciach i ambicjach, kt&#243;rzy nie wierz&#261; w Hari Seldona i jego prawa psychohistorii. Mogliby&#347;my go umocni&#263; w tej niewierze. By&#263; mo&#380;e uderzy&#322;by na Fundacj&#281;.

I Fundacja by wygra&#322;a.

Tak ale mo&#380;e nie przysz&#322;oby im to &#322;atwo. M&#243;g&#322;by powsta&#263; kryzys, z kt&#243;rego mogliby&#347;my skorzysta&#263; i zmusi&#263; despot&#243;w z Fundacji do zawarcia z nami kompromisu. W najgorszym razie daliby nam na pewien czas spok&#243;j i wtedy mogliby&#347;my obmy&#347;li&#263; co&#347; lepszego.

Co o tym s&#261;dzisz, Torie?

Toran u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; niepewnie i zacz&#261;&#322; si&#281; bawi&#263; kosmykiem w&#322;os&#243;w, spadaj&#261;cym mu na oczy.

To, o czym m&#243;wi, niczym nam nie grozi, ale kto to jest ten Mu&#322;? Co o nim wiesz, Randu?

Na razie nic. M&#243;g&#322;by&#347; nam w tym pom&#243;c, Toran. I twoja &#380;ona, je&#347;li si&#281; zgodzi. Rozmawiali&#347;my o tym z twoim ojcem. Przedyskutowali&#347;my dok&#322;adnie ca&#322;&#261; spraw&#281;.

W jaki spos&#243;b mogliby&#347;my wam pom&#243;c? Czego od nas oczekujesz?

Toran spojrza&#322; na &#380;on&#281; pytaj&#261;cym wzrokiem.

Byli&#347;cie w podr&#243;&#380;y po&#347;lubnej?

Hmm tak je&#347;li mo&#380;na tak nazwa&#263; podr&#243;&#380; z Fundacji.

A co powiedzia&#322;by&#347; na propozycj&#281; wycieczki na Kalgan? Klimat podzwrotnikowy, pla&#380;e, sporty wodne, polowania  idealne miejsce na wczasy. St&#261;d jest tam oko&#322;o siedmiu tysi&#281;cy parsek&#243;w nie tak daleko.

A co jest na Kalganie?

Mu&#322;! A przynajmniej jego ludzie. Zdoby&#322; Kalgan w ubieg&#322;ym miesi&#261;cu, i to bez bitwy, mimo &#380;e w&#322;adca kalga&#324;ski odgra&#380;a&#322; si&#281;, wcze&#347;niej przez radio, &#380;e raczej rozbije planet&#281; w jonowy py&#322;, ni&#380; si&#281; podda.

A gdzie jest teraz poprzedni w&#322;adca?

Nie ma go ju&#380;  rzek&#322; Randu wzruszaj&#261;c ramionami.  I co ty na to?

A co mamy tam robi&#263;?

Tego nie wiem. Ja i Fra&#324; jeste&#347;my ju&#380; starzy. Poza tym jeste&#347;my prowincjuszami. Wszyscy Handlarze na Haven s&#261; prowincjuszami. Sam to powiedzia&#322;e&#347;. Prowadzimy handel na bardzo ograniczon&#261; skal&#281;, nie jeste&#347;my ju&#380; takimi obie&#380;y&#347;wiatami, kr&#261;&#380;&#261;cymi po ca&#322;ej Galaktyce, jak nasi przodkowie. B&#261;d&#378; cicho, Fra&#324;! Wy dwoje znacie Galaktyk&#281;. Bayta m&#243;wi z &#322;adnym akcentem fundacyjnym. Mo&#380;e uda wam si&#281; co&#347; znale&#378;&#263;. Gdyby uda&#322;o si&#281; wam. nawi&#261;za&#263; kontakt z ale nie oczekujemy a&#380; tak wiele.

Przemy&#347;lcie to. Je&#347;li chcecie, mo&#380;ecie si&#281; spotka&#263; z ca&#322;&#261; nasz&#261; grup&#261; O nie, nie wcze&#347;niej ni&#380; w przysz&#322;ym tygodniu. Musicie troch&#281; odpocz&#261;&#263;.

Zapad&#322;o milczenie, ale nie trwa&#322;o d&#322;ugo, bo Fra&#324; rykn&#261;&#322;:

Kto si&#281; jeszcze napije? To znaczy, kto opr&#243;cz mnie?



Kapitan i Burmistrz

Kapitan Ha&#324; Pritcher nigdy nie &#380;y&#322; w luksusie i nie przywi&#261;zywa&#322; do tego wagi. Trzyma&#322; si&#281; zasady, &#380;eby unika&#263; samoanalizy i wszelkich postaci filozofii i metafizyki, kt&#243;re nie by&#322;y bezpo&#347;rednio zwi&#261;zane z jego prac&#261;.

To pomaga&#322;o.

Jego praca polega&#322;a g&#322;&#243;wnie na tym, co Departament Wojny nazywa&#322; wywiadem, bywalcy salon&#243;w zbieraniem tajnych informacji, a reszta szpiegostwem. Niestety, bez wzgl&#281;du na nazw&#281;, by&#322;o to  pod&#322;e zaj&#281;cie wymagaj&#261;ce nieustannej czujno&#347;ci, by nie popa&#347;&#263; w rutyn&#281; i podejrzliwo&#347;&#263; w stosunku do ka&#380;dego, aczkolwiek ogl&#261;daj&#261;c telewizj&#281; i s&#322;uchaj&#261;c kwiecistych komentarzy, m&#243;g&#322;by kto&#347; doj&#347;&#263; do przekonania, &#380;e jest to ciekawe zaj&#281;cie. Spo&#322;ecze&#324;stwo godzi si&#281; na t&#281; instytucj&#281;, gdy&#380; wymaga tego interes pa&#324;stwa, ale poniewa&#380; filozoficzne spojrzenie na te sprawy doprowadza&#322;o zawsze kapitana Pritchera do wniosku, &#380;e &#322;atwiej jest uspokoi&#263; spo&#322;ecze&#324;stwo ni&#380; w&#322;asne sumienie, da&#322; spok&#243;j filozofowaniu.

Jednak teraz, w luksusowym przedpokoju burmistrza, nie m&#243;g&#322; powstrzyma&#263; si&#281; od refleksji nad swym &#380;yciem. Inni stale awansowali, cho&#263;, jak przyznawano, byli mniej zdolni od niego. Na niego wci&#261;&#380; sypa&#322;y si&#281; upomnienia, niemal bez przerwy musia&#322; wys&#322;uchiwa&#263; r&#243;&#380;nych zarzut&#243;w pod swoim adresem. Mimo to, trwa&#322; uparcie przy swoim, wierz&#261;c niez&#322;omnie, &#380;e niesubordynacja w imi&#281; &#347;wi&#281;tych interes&#243;w pa&#324;stwa zostanie przecie&#380; kiedy&#347; w&#322;a&#347;ciwie oceniona i doceniona.

I oto znajdowa&#322; si&#281; teraz w poczekalni przed gabinetem burmistrza, pilnowany przez pi&#281;ciu &#380;o&#322;nierzy i prawdopodobnie czeka&#322; go s&#261;d wojenny.

Ci&#281;&#380;kie, marmurowe drzwi rozsun&#281;&#322;y si&#281; cicho, ukazuj&#261;c czerwony plastikowy dywan i wybite at&#322;asem &#347;ciany, w kt&#243;rych znajdowa&#322;y si&#281; inne drzwi, r&#243;wnie&#380; marmurowe, lecz inkrustowane metalem. Wyszli z nich dwaj urz&#281;dnicy odziani w stroje o prostych liniach, jakie noszono przed trzystu laty i oznajmili:

Audiencja dla kapitana Hana Pritchera z wywiadu.

Kiedy Pritcher podszed&#322; do nich, cofn&#281;li si&#281; o krok z ceremonialnym uk&#322;onem. Jego eskorta zatrzyma&#322;a si&#281; przy pierwszych drzwiach i do &#347;rodka wszed&#322; sam.

Po drugiej stronie drzwi, w ogromnym, urz&#261;dzonym z zaskakuj&#261;c&#261; prostot&#261; pokoju, za ogromnym, zaskakuj&#261;co kanciastym biurkiem, siedzia&#322; niepozorny m&#281;&#380;czyzna, kt&#243;ry prawie gin&#261;&#322; w tym otoczeniu.

Burmistrz Indbur, trzeci z kolei o tym nazwisku, by&#322; wnukiem pierwszego Indbura, cz&#322;owieka bezwzgl&#281;dnego i zdolnego, kt&#243;ry pierwsz&#261; z owych cech zademonstrowa&#322; w ca&#322;ej okaza&#322;o&#347;ci przechwytuj&#261;c w szczeg&#243;lny spos&#243;b w&#322;adz&#281;, drug&#261; natomiast wykaza&#322; si&#281; k&#322;ad&#261;c zr&#281;cznie kres groteskowym pozosta&#322;o&#347;ciom wolnych wybor&#243;w i jeszcze zr&#281;czniej sprawuj&#261;c wzgl&#281;dnie spokojne rz&#261;dy.

Burmistrz Indbur by&#322; synem drugiego Indbura, pierwszego burmistrza w historii Fundacji, kt&#243;ry uzyska&#322; ten urz&#261;d z racji swego urodzenia, i kt&#243;ry tylko w po&#322;owie przypomina&#322; ojca, bo by&#322; tylko bezwzgl&#281;dny.

Tak wi&#281;c burmistrz Indbur by&#322; trzecim o tym nazwisku, a drugim sprawuj&#261;cym ten urz&#261;d dziedzicznie, ale w niczym nie przypomina&#322; dziadka, gdy&#380; brak mu by&#322;o zar&#243;wno bezwzgl&#281;dno&#347;ci, jak zdolno&#347;ci  by&#322; po prostu znakomitym ksi&#281;gowym, kt&#243;ry urodzi&#322; si&#281; w nieodpowiedniej rodzinie.

Indbur Trzeci by&#322; szczeg&#243;ln&#261; kombinacj&#261; nieoryginalnych cech  w oczach wszystkich, lecz nie w swoich w&#322;asnych. Zami&#322;owanie do sztywnego, geometrycznego porz&#261;dku by&#322;o dla niego systemem, niestrudzone i pedantyczne roztrz&#261;sanie najmniejszych drobiazg&#243;w zwyk&#322;ej, codziennej sprawozda&#324;czo&#347;ci pracowito&#347;ci&#261;, niezdecydowanie  ostro&#380;no&#347;ci&#261;, kiedy sprawa ko&#324;czy&#322;a si&#281; dobrze, za&#347; &#347;lepy up&#243;r stanowczo&#347;ci&#261;, kiedy ko&#324;czy&#322;a si&#281; &#378;le.

Przy tym wszystkim nie zmarnowa&#322; ani jednego kredyta, nie zg&#322;adzi&#322; bez potrzeby ani jednego cz&#322;owieka i mia&#322; bardzo dobre ch&#281;ci.

Je&#347;li ponure my&#347;li kapitana Pritchera pod&#261;&#380;a&#322;y tym torem, gdy sta&#322; przed biurkiem w pe&#322;nej uszanowania postawie, to nie zdradzi&#322; tego ani jednym drgnieniem twarzy. Nawet nie zakaszla&#322;, nie przeni&#243;s&#322; ci&#281;&#380;aru cia&#322;a na inn&#261; nog&#281;, ani nie wysun&#261;&#322; stopy, lecz czeka&#322; cierpliwie dop&#243;ki burmistrz nie podni&#243;s&#322; wolno swego chudego oblicza sponad biurka, nie przerwa&#322; kre&#347;lenia uwag na marginesach le&#380;&#261;cych przed nim dokument&#243;w i nie przesun&#261;&#322; ciasno zadrukowanego arkusza papieru z jednej schludnej kupki na drug&#261;.

Burmistrz Indbur z&#322;o&#380;y&#322; ostro&#380;nie r&#281;ce, uwa&#380;aj&#261;c, aby nie zepsu&#263; starannego porz&#261;dku, panuj&#261;cego na biurku. Powiedzia&#322; takim tonem, jakby stwierdza&#322; fakt:

Kapitan Ha&#324; Pritcher z wywiadu. Kapitan Pritcher, &#347;ci&#347;le stosuj&#261;c si&#281; do wymog&#243;w protoko&#322;u, zgi&#261;&#322; nog&#281;, niemal dotykaj&#261;c kolanem ziemi i pochyli&#322; g&#322;ow&#281;. Trwa&#322; taki dop&#243;ki nie zabrzmia&#322;y s&#322;owa:

Powsta&#324;cie, kapitanie Pritcher.

Potem burmistrz rzek&#322; z lekk&#261; nut&#261; wsp&#243;&#322;czucia:

Jeste&#347;cie tutaj, kapitanie Pritcher, z powodu pewnego post&#281;powania dyscyplinarnego podj&#281;tego w stosunku do was przez waszego prze&#322;o&#380;onego. Dokumenty dotycz&#261;ce tej sprawy dotar&#322;y normalnym biegiem do mnie i poniewa&#380; nic w Fundacji nie jest dla mnie bez znaczenia, zada&#322;em sobie trud, aby zebra&#263; wi&#281;cej informacji o waszej sprawie. Mam nadziej&#281;, &#380;e nie jeste&#347;cie zaskoczeni.

Kapitan Pritcher odpar&#322; beznami&#281;tnym g&#322;osem:

Nie, ekscelencjo. Pa&#324;ska sprawiedliwo&#347;&#263; jest przys&#322;owiowa.

Tak?  rzek&#322; z wyra&#378;nym zadowoleniem Indbur. W jego ciemnych szk&#322;ach kontaktowych odbi&#322;o si&#281; &#347;wiat&#322;o, nadaj&#261;c spojrzeniu, wyraz surowo&#347;ci. Starannie roz&#322;o&#380;y&#322; przed sob&#261; wachlarz teczek z aktami i zacz&#261;&#322; przewraca&#263; wpi&#281;te w nie pergaminowe karty, kt&#243;re wydawa&#322;y przy tym suchy szelest. Wodz&#261;c palcem wzd&#322;u&#380; linijek m&#243;wi&#322; wolno:

Mam tutaj wasze kompletne dane, kapitanie Macie czterdzie&#347;ci trzy lata i przez siedemna&#347;cie lat s&#322;u&#380;yli&#347;cie jako oficer w si&#322;ach zbrojnych. Urodzili&#347;cie si&#281; na Loris, rodzice s&#261; Anakreo&#324;czykami, w dzieci&#324;stwie nie przechodzili&#347;cie &#380;adnych powa&#380;nych chor&#243;b, mieli&#347;cie atak myo to niewa&#380;ne wykszta&#322;cenie cywilne  politechnika, specjalno&#347;&#263;  silniki hiperatomowe, stopie&#324; naukowy hmm, bardzo dobrze, musz&#281; wam pogratulowa&#263; wst&#261;pi&#322; do armii jako podoficer sto drugiego dnia 293 roku ery fundacyjnej.

Podni&#243;s&#322; wzrok, gdy tylko od&#322;o&#380;y&#322; pierwsz&#261; i otworzy&#322; drug&#261; teczk&#281;.

Widzicie  powiedzia&#322;  w mojej administracji nie ma miejsca na przypadek. Tu jest porz&#261;dek! System!

Podni&#243;s&#322; do ust r&#243;&#380;ow&#261;, pachn&#261;c&#261; galaretk&#281;. By&#322;a to jego jedyna s&#322;abo&#347;&#263;. Folgowa&#322; jej z pewnym poczuciem winy. &#379;e nie mia&#322; innych, niechaj &#347;wiadczy fakt, i&#380; na biurku burmistrza nie by&#322;o normalnego w takich wn&#281;trzach akcesorium  atomowej popielniczki dla dezintegracji resztek tytoniu. Burmistrz nie pali&#322;. Oczywi&#347;cie, nie palili te&#380; jego go&#347;cie.

Czyta&#322; dalej z galaretk&#261; w ustach, niewyra&#378;nie, ale metodycznie, jednostajnym g&#322;osem, przeplataj&#261;c suche informacje swoimi banalnymi uwagami. Bez wzgl&#281;du na to czy by&#322;y to uwagi krytyczne, czy pochlebne, wypowiada&#322; je tym samym, &#322;agodnym tonem. Wreszcie sko&#324;czy&#322; i u&#322;o&#380;y&#322; na powr&#243;t teczki w jeden r&#243;wny stos.

No, kapitanie  rzek&#322; z nag&#322;ym o&#380;ywieniem  takie kartoteki rzadko si&#281; spotyka. Wynika z nich, &#380;e jeste&#347;cie nieprzeci&#281;tnie zdolni i &#380;e macie niepodwa&#380;alne osi&#261;gni&#281;cia w pracy. Zwr&#243;ci&#322;o moj&#261; szczeg&#243;ln&#261; uwag&#281; to, &#380;e zostali&#347;cie dwa razy ranni w czasie pe&#322;nienia s&#322;u&#380;by i &#380;e odznaczono was orderem zas&#322;ugi za wyj&#261;tkow&#261; odwag&#281;. To nie bagatela.

W twarzy kapitana Pritchera nie drgn&#261;&#322; nawet jeden mi&#281;sie&#324;. Sta&#322; w dalszym ci&#261;gu sztywno wypr&#281;&#380;ony. Zgodnie z wymogami protoko&#322;u nikt, kto zosta&#322; zaszczycony audiencj&#261; u burmistrza, nie m&#243;g&#322; usi&#261;&#347;&#263; w jego obecno&#347;ci. Ten punkt etykiety by&#263; mo&#380;e niepotrzebnie podkre&#347;la&#322; fakt, &#380;e w ca&#322;ym pokoju by&#322;o tylko jedno krzes&#322;o  to, na kt&#243;rym siedzia&#322; burmistrz. Zgodnie z innym punktem, zabiera&#263; g&#322;os mo&#380;na by&#322;o tylko wtedy, kiedy burmistrz zwraca&#322; si&#281; z bezpo&#347;rednim pytaniem.

Wzrok burmistrza spocz&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko na kapitanie, a jego g&#322;os sta&#322; si&#281; ostry i twardy.

Jednak&#380;e od dziesi&#281;ciu lat nie awansujecie, a wasi prze&#322;o&#380;eni stale skar&#380;&#261; si&#281; na wasz wyj&#261;tkowo uparty charakter. Z raport&#243;w wynika, &#380;e jeste&#347;cie niezdyscyplinowani, &#380;e macie niew&#322;a&#347;ciwy stosunek do waszych dow&#243;dc&#243;w, &#380;e zupe&#322;nie nie dbacie o to, aby unika&#263; scysji z kolegami i &#380;e na dodatek jeste&#347;cie niepoprawnym intrygantem. Jak to wyt&#322;umaczycie, kapitanie?

Ekscelencjo, robi&#281; tylko to, co uwa&#380;am za s&#322;uszne. Moje dzia&#322;ania w s&#322;u&#380;bie pa&#324;stwa i odniesione podczas nich rany &#347;wiadcz&#261; o tym, &#380;e to, co uwa&#380;am za s&#322;uszne, le&#380;y r&#243;wnie&#380; w interesie pa&#324;stwa.

Prawdziwie &#380;o&#322;nierskie stwierdzenie, kapitanie, ale to niebezpieczna doktryna. Ale o tym potem. Przechodz&#261;c do rzeczy, jeste&#347;cie oskar&#380;eni o trzykrotn&#261; odmow&#281; wykonania rozkazu podpisanego przez moich prawomocnych przedstawicieli. Co macie do powiedzenia w tej sprawie?

Ekscelencjo, w krytycznej chwili, kiedy lekcewa&#380;y si&#281; sprawy o pierwszorz&#281;dnym znaczeniu, nie mog&#281; pos&#322;ucha&#263; tego rozkazu.

Ach tak A sk&#261;d wiecie, &#380;e te sprawy maj&#261; pierwszorz&#281;dne znaczenie? I sk&#261;d wiecie, &#380;e si&#281; je lekcewa&#380;y?

Ekscelencjo, jest to dla mnie zupe&#322;nie oczywiste. M&#243;wi mi o tym moje do&#347;wiadczenie i moja znajomo&#347;&#263; rzeczy, kt&#243;rej nie odmawia mi &#380;aden z moich prze&#322;o&#380;onych.

Ale&#380;, kapitanie, czy nie widzicie tego, &#380;e przypisuj&#261;c sobie prawo do okre&#347;lania polityki wywiadu, uzurpujecie sobie w&#322;adz&#281; swoich prze&#322;o&#380;onych?

Ekscelencjo, moim obowi&#261;zkiem jest s&#322;u&#380;y&#263; pa&#324;stwu, nie prze&#322;o&#380;onym.

B&#322;&#281;dne rozumowanie, bo wasz prze&#322;o&#380;ony te&#380; ma swojego prze&#322;o&#380;onego. Tym prze&#322;o&#380;onym jestem ja, a ja to pa&#324;stwo. Ale prosz&#281; m&#243;wi&#263; &#347;mia&#322;o, nie b&#281;dziecie mieli powodu, &#380;eby si&#281; uskar&#380;a&#263; na moj&#261; sprawiedliwo&#347;&#263;, kt&#243;ra  jak m&#243;wicie  jest przys&#322;owiowa. Powiedzcie w&#322;asnymi s&#322;owami na czym polega wasze wykroczenie przeciw regulaminowi.

Ekscelencjo, moim obowi&#261;zkiem jest s&#322;u&#380;y&#263; pa&#324;stwu, a nie p&#281;dzi&#263; &#380;ycie emerytowanego marynarza floty handlowej na Kalganie. Mia&#322;em instrukcje pokierowa&#263; dzia&#322;alno&#347;ci&#261; Fundacji na tej planecie, udoskonali&#263; organizacj&#281;, kt&#243;ra &#347;ledzi&#322;aby posuni&#281;cia w&#322;adcy Kalgana, szczeg&#243;lnie w dziedzinie polityki zagranicznej.

Wiem o tym. M&#243;wcie dalej.

Ekscelencjo, w swoich raportach stale podkre&#347;la&#322;em strategiczne znaczenie Kalgana i system&#243;w, nad kt&#243;rymi sprawuje w&#322;adz&#281;. Meldowa&#322;em o ambicjach w&#322;adcy Kalgana, o jego zasobach, o jego d&#261;&#380;eniu do rozszerzenia w&#322;adzy na inne systemy i o jego przyjacielskim, a mo&#380;e tylko neutralnym, stosunku do Fundacji.

Czyta&#322;em uwa&#380;nie wasze raporty. M&#243;wcie dalej.

Ekscelencjo, wr&#243;ci&#322;em stamt&#261;d dwa miesi&#261;ce temu. Kiedy wraca&#322;em, nic nie &#347;wiadczy&#322;o o tym, &#380;e Kalganowi grozi wojna. Co wi&#281;cej, wszystko wskazywa&#322;o na to, &#380;e Kalgan jest wystarczaj&#261;co silny, aby odeprze&#263; ka&#380;d&#261; mo&#380;liw&#261; napa&#347;&#263;. Miesi&#261;c temu jaki&#347; nieznany kondotier zagarn&#261;&#322; Kalgan bez walki. Cz&#322;owiek, kt&#243;ry w&#322;ada&#322; Kalganem, wed&#322;ug wszelkiego prawdopodobie&#324;stwa jest ju&#380; martwy. Nikt nie m&#243;wi o zdradzie, za to wszyscy wychwalaj&#261; si&#322;&#281; i geniusz tego nieznanego kondotiera  tego Mu&#322;a.

Kogo?  burmistrz pochyli&#322; si&#281; w stron&#281; Pritchera. Wygl&#261;da&#322; na ura&#380;onego.

To jego przydomek, Ekscelencjo. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, niewiele o nim wiadomo, ale zebra&#322;em to wszystko, co si&#281; o nim m&#243;wi, i z tych okruch&#243;w i strz&#281;p&#243;w informacji wybra&#322;em te, kt&#243;re wydaj&#261; si&#281; najbardziej wiarygodne. Wynika z nich jasno, &#380;e to cz&#322;owiek prosty i niskiego rodu. Ojciec jego jest nieznany. Matka zmar&#322;a przy porodzie. Wychowywa&#322; si&#281; bez &#380;adnej opieki, gdzie&#347; w zakamarkach przestrzeni. Nie ma &#380;adnego wykszta&#322;cenia, wiedz&#281; zdobywa&#322; w&#347;r&#243;d podobnych sobie w&#322;&#243;cz&#281;g&#243;w. Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska. Sam sobie nada&#322; przydomek, pod kt&#243;rym jest teraz znany i kt&#243;ry, wed&#322;ug powszechnej opinii, doskonale oddaje jego niezwyk&#322;&#261; si&#322;&#281; fizyczn&#261; i up&#243;r.

Mniejsza o jego si&#322;&#281; fizyczn&#261;. Jak&#261; dysponuje armi&#261;?

M&#243;wi&#261;, &#380;e posiada pot&#281;&#380;n&#261; flot&#281;, ekscelencjo, ale by&#263; mo&#380;e na tej opinii zawa&#380;y&#322; dziwny upadek Kalgana. Terytorium, nad kt&#243;rym sprawuje w&#322;adz&#281;, nie jest du&#380;e, chocia&#380; nie spos&#243;b dok&#322;adnie ustali&#263; jego granic. Niemniej jednak trzeba go mie&#263; na oku.

Hmm. No, no!  Burmistrz zamy&#347;li&#322; si&#281;. Wolno, dwudziestoma czterema poci&#261;gni&#281;ciami pi&#243;ra, narysowa&#322; na le&#380;&#261;cym przed nim bloku sze&#347;&#263; kwadrat&#243;w w sze&#347;ciok&#261;tnych uk&#322;adach, wyrwa&#322; j&#261;, z&#322;o&#380;y&#322; starannie na troje i wrzuci&#322; do otworu stoj&#261;cego po jego prawej r&#281;ce dezintegratora.

Wobec tego, powiedzcie mi teraz, kapitanie, na czym polega wasz problem. Powiedzieli&#347;cie mi, co trzeba mie&#263; na oku. A czym wam polecono si&#281; zaj&#261;&#263;?

Jest taka zapad&#322;a dziura, ekscelencjo, kt&#243;ra, jak si&#281; zdaje, nie p&#322;aci nale&#380;nych podatk&#243;w.

I to wszystko? Nie wiecie o tym, &#380;e &#380;yj&#261; tam potomkowie dawnych dzikich handlarzy? Nie powiedziano wam, &#380;e nie p&#322;ac&#261; podatk&#243;w, bo to anarchi&#347;ci, wywrotowcy i maniacy, kt&#243;rzy uwa&#380;aj&#261; si&#281; za spadkobierc&#243;w Fundacji i kpi&#261; sobie z jej kultury? Nie wiecie o tym, &#380;e takich dziur, jak m&#243;wicie, jest w przestrzeni wi&#281;cej, &#380;e zmawiaj&#261; si&#281; ze sob&#261; i z elementem przest&#281;pczym, kt&#243;ry wci&#261;&#380; istnieje na obszarach kontrolowanych przez Fundacj&#281;, a nawet tutaj na Terminusie. Nawet tutaj, kapitanie!

Ekscelencjo, to wszystko jest mi wiadome. Ale jako cz&#322;owiek w s&#322;u&#380;bie pa&#324;stwowej musz&#281; s&#322;u&#380;y&#263; wiernie pa&#324;stwu a tylko ten s&#322;u&#380;y wiernie, kto s&#322;u&#380;y prawdzie. Bez wzgl&#281;du na to, jakie s&#261; zamiary tych resztek handlarzy i ich polityczne konsekwencje, to nie oni, lecz kr&#243;likowie, kt&#243;rzy w&#322;adaj&#261; szcz&#261;tkami dawnego Imperium, maj&#261; si&#322;&#281;. Handlarze nie dysponuj&#261; ani armi&#261;, ani zasobami naturalnymi. Nie ma w&#347;r&#243;d nich nawet jedno&#347;ci. Nie jestem poborc&#261; podatkowym, &#380;eby dawa&#263; mi takie dziecinne zadanie.

Kapitanie Pritcher, jeste&#347;cie &#380;o&#322;nierzem i liczycie dzia&#322;a, nie pieni&#261;dze. Nie mo&#380;ecie sobie za du&#380;o pozwala&#263;. Obowi&#261;zuje was pos&#322;usze&#324;stwo. Radz&#281; wam uwa&#380;a&#263;. Moja sprawiedliwo&#347;&#263; nie jest oznak&#261; s&#322;abo&#347;ci. Jest rzecz&#261; dowiedzion&#261;, &#380;e zar&#243;wno genera&#322;owie z okresu Imperium, jak i obecni w&#322;adcy nie s&#261; w stanie nam zaszkodzi&#263;. Nauka Seldona, kt&#243;ra wyznacza los Fundacji, nie opiera si&#281;, jak wam si&#281; wydaje, na bohaterskich czynach pojedynczych ludzi, lecz na procesach przemian spo&#322;ecznych i ekonomicznych. Przetrwali&#347;my ju&#380; pomy&#347;lnie cztery kryzysy, prawda?

Tak jest, ekscelencjo. Ale nauk&#281; Seldona zna tylko on sam. My mamy tylko wiar&#281;. Podczas pierwszych trzech kryzys&#243;w Fundacja  jak mnie uczono  mia&#322;a m&#261;drych przyw&#243;dc&#243;w, kt&#243;rzy sami byli w stanie przewidzie&#263; ich charakter i podj&#261;&#263; zawczasu &#347;rodki zaradcze. Kto wie, jak potoczy&#322;yby si&#281; nasze dzieje, gdyby nie oni.

Zgoda, kapitanie, ale pomijacie czwarty kryzys. Przecie&#380; wtedy nie mieli&#347;my przyw&#243;dcy z prawdziwego zdarzenia, a musieli&#347;my stawi&#263; czo&#322;a przeciwnikowi, kt&#243;ry mia&#322; pot&#281;&#380;niejsz&#261; armi&#281;, lepsze uzbrojenie i zr&#281;czniejszego dow&#243;dc&#281; ni&#380; pozostali. Mimo to wygrali&#347;my, bo tak by&#263; musia&#322;o.

To prawda, ekscelencjo. Ale zanim sta&#322;o si&#281; to, co jak pan m&#243;wi, sta&#263; si&#281; musia&#322;o, musieli&#347;my ci&#281;&#380;ko walczy&#263; przez ca&#322;y rok. To nieuniknione zwyci&#281;stwo kosztowa&#322;o nas p&#243;&#322; miliona ofiar i p&#243;&#322; tysi&#261;ca statk&#243;w. Ekscelencjo, plan Seldona pomaga tym, kt&#243;rzy sami si&#281; o siebie troszcz&#261;.

Burmistrz Indbur nachmurzy&#322; si&#281;. Mia&#322; ju&#380; do&#347;&#263; cierpliwego wyja&#347;niania. Stwierdzi&#322; nagle, &#380;e pope&#322;ni&#322; b&#322;&#261;d okazuj&#261;c sw&#261; &#322;askawo&#347;&#263;, gdy&#380; zosta&#322;o to poczytane za zach&#281;t&#281; do nieko&#324;cz&#261;cej si&#281; dyskusji i ja&#322;owych dialektycznych docieka&#324;.

Niemniej jednak, kapitanie  rzek&#322; oschle  Seldon zapewnia nam zwyci&#281;stwo nad wrogimi kr&#243;likami, a ja w tych trudnych czasach nie mog&#281; pozwoli&#263; sobie na rozpraszanie si&#322; i uwagi. Ci handlarze, kt&#243;rych lekcewa&#380;ycie, wywodz&#261; si&#281; z Fundacji. Wojna z nimi by&#322;aby wojn&#261; domow&#261;. W takim przypadku plan Seldona nie daje nam &#380;adnych gwarancji, gdy&#380; oni, tak jak my, s&#261; Fundacj&#261;. A wi&#281;c nale&#380;y ich przywo&#322;a&#263; do porz&#261;dku. Otrzymali&#347;cie odpowiednie rozkazy.

Ekscelencjo

Nie pyta&#322;em was o nic, kapitanie. Otrzymali&#347;cie rozkazy. Zastosujecie si&#281; do nich. Dalsza dyskusja na ten temat ze mn&#261; czy z kt&#243;rym&#347; z moich zast&#281;pc&#243;w uwa&#380;ana b&#281;dzie za zdrad&#281;. Na razie jeste&#347;cie uniewinnieni z zarzut&#243;w.

Kapitan Ha&#324; Pritcher ponownie przykl&#281;kn&#261;&#322;, a potem wolno wycofa&#322; si&#281; ty&#322;em.

Burmistrz Indbur, trzeci z kolei o tym nazwisku, a drugi, kt&#243;ry sprawowa&#322; ten urz&#261;d dziedzicznie, wr&#243;ci&#322; do r&#243;wnowagi i wzi&#261;&#322; kolejny dokument ze stosu papier&#243;w po lewej r&#281;ce. By&#322; to raport w sprawie oszcz&#281;dno&#347;ci w bud&#380;ecie, kt&#243;re da&#322;o zmniejszenie ilo&#347;ci pianki metalowej przeznaczonej na obszywki mundur&#243;w policyjnych. Burmistrz Indbur przekre&#347;li&#322; zbyteczny przecinek, poprawi&#322; b&#322;&#261;d ortograficzny, zapisa&#322; trzy uwagi na marginesie i od&#322;o&#380;y&#322; raport na stert&#281; z prawej strony. Wzi&#261;&#322; nast&#281;pn&#261; kartk&#281; ze stosu po lewej r&#281;ce

Kiedy kapitan wywiadu Ha&#324; Pritcher wr&#243;ci&#322; do koszar, czeka&#322;a tam ju&#380; na niego kapsu&#322;ka osobista. By&#322;a w niej kartka z rozkazem, przez kt&#243;r&#261; bieg&#322;a na ukos czerwona piecz&#261;tka z napisem PILNE, Rozkaz zaczyna&#322; si&#281; od du&#380;ych, misternych liter Ja.

Kapitan Ha&#324; Pritcher otrzyma&#322; bezwzgl&#281;dny rozkaz natychmiastowego odlotu na rebeliancki &#347;wiat Haven.

Kapitan Ha&#324; Pritcher, siedz&#261;c za sterami jednoosobowego &#347;cigacza, wzi&#261;&#322; spokojnie kurs na Kalgan. Tej nocy spa&#322; smacznie snem nie prze&#380;ywaj&#261;cego &#380;adnych rozterek cz&#322;owieka.



Porucznik i b&#322;azen

Chocia&#380; upadek Kalgana odbi&#322; si&#281; g&#322;o&#347;nym echem w miejscach odleg&#322;ych ode&#324; o siedem tysi&#281;cy parsek&#243;w, chocia&#380; zaintrygowa&#322; starego handlarza, strapi&#322; upartego oficera wywiadu Fundacji i zirytowa&#322; jej drobiazgowego burmistrza, to na samym Kalganie przeszed&#322; jakby zupe&#322;nie niezauwa&#380;ony i bez echa. Historia uczy, &#380;e odleg&#322;o&#347;&#263; w czasie, jak r&#243;wnie&#380; w przestrzeni, nadaje zjawiskom zupe&#322;nie inny wymiar. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, nie zanotowano jeszcze &#380;adnego przypadku, aby kto&#347; z tych nauk wyci&#261;gn&#261;&#322; odpowiednie wnioski.

Kalgan to by&#322; Kalgan. By&#322; jedynym &#347;wiatem w tym kwadrancie Galaktyki, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; nie przyjmowa&#263; do wiadomo&#347;ci faktu, &#380;e Imperium ju&#380; nie istnieje, &#380;e rz&#261;dy Stannel&#243;w nale&#380;&#261; do przesz&#322;o&#347;ci, &#380;e wielko&#347;&#263; przemin&#281;&#322;a i pok&#243;j si&#281; sko&#324;czy&#322;.

Kalgan by&#322; luksusowym &#347;wiatem. Kruszy&#322; si&#281; i sypa&#322; pot&#281;&#380;ny gmach b&#281;d&#261;cy szczytowym dzie&#322;em ludzko&#347;ci, ale Kalgan nie odczuwa&#322; &#380;adnych tego skutk&#243;w. Nadal, po staremu, dostarcza&#322; rozrywki, nadal sprzedawa&#322; przyjemno&#347;&#263; i zyskiwa&#322; z&#322;oto.

Unikn&#261;&#322; ci&#281;&#380;kich do&#347;wiadcze&#324; innych &#347;wiat&#243;w, bo jaki&#380; zdobywca chcia&#322;by zniszczy&#263; lub nawet cho&#263;by powa&#380;nie uszkodzi&#263; &#347;wiat o takich zasobach got&#243;wki, za kt&#243;r&#261; mo&#380;na sobie by&#322;o kupi&#263; nietykalno&#347;&#263;?

Ale nawet Kalgan sta&#322; si&#281; w ko&#324;cu kwater&#261; g&#322;&#243;wn&#261; wojowniczego w&#322;adcy i jego b&#322;ogi spok&#243;j musia&#322; ust&#261;pi&#263; przed wymogami wojny. Jego &#322;agodne, ujarzmione d&#380;ungle, pi&#281;kne pla&#380;e, kolorowe i weso&#322;e miasta rozbrzmiewa&#322;y echem defiluj&#261;cych oddzia&#322;&#243;w najemnik&#243;w i podekscytowanych tubylc&#243;w. Uzbrojono &#347;wiaty nale&#380;&#261;ce do jego prowincji i po raz pierwszy w historii ich pieni&#261;dze zainwestowano nie w &#322;ap&#243;wki, lecz w statki bojowe. Jego w&#322;adca wykaza&#322; ponad wszelk&#261; w&#261;tpliwo&#347;&#263;, &#380;e jest zdecydowany broni&#263; swego, a nawet si&#281;gn&#261;&#263; po cudz&#261; w&#322;asno&#347;&#263;. By&#322; wa&#380;n&#261; osobisto&#347;ci&#261; w Galaktyce, budowniczym Imperium i za&#322;o&#380;ycielem dynastii. Od jego woli zale&#380;a&#322;o czy wybuchnie wojna, czy b&#281;dzie trwa&#263; pok&#243;j.

I oto pokona&#322; go  jego armie i jego rozkwitaj&#261;ce Imperium  nikomu nieznany cz&#322;owiek o &#347;miesznym przezwisku, a co wi&#281;cej dokona&#322; tego nie stoczywszy nawet jednej bitwy.

Tak tedy Kalgan stal si&#281; na powr&#243;t tym, czym by&#322; poprzednio, jego mieszka&#324;cy zrzucili mundury i wr&#243;cili do swych normalnych zaj&#281;&#263;, a zagraniczni zawodowcy zasilili nowo przyby&#322;e oddzia&#322;y.

I zn&#243;w, jak dawniej, d&#380;ungle sta&#322;y si&#281; miejscem luksusowych &#322;ow&#243;w na starannie hodowan&#261; zwierzyn&#281;, kt&#243;ra nie stanowi&#322;a &#380;adnego zagro&#380;enia dla &#380;ycia my&#347;liwych, a w powietrzu odbywa&#322;y si&#281; pogonie za ptactwem, kt&#243;re ko&#324;czy&#322;y si&#281; fatalnie tylko dla wielkich ptak&#243;w.

W miastach uchod&#378;cy z Galaktyki/ mogli zaspokoi&#263; g&#322;&#243;d rozrywki stosownie do stanu swych portfeli. Obok iluzorycznych, wyczarowanych z nico&#347;ci pa&#322;ac&#243;w b&#281;d&#261;cych popisem fantazji i techniki, gdzie drzwi otwiera&#322;y si&#281; na brz&#281;k p&#243;&#322;kredytowej monety, istnia&#322;y niepozorne, nie rzucaj&#261;ce si&#281; w oczy i nielegalne lokale, do kt&#243;rych wst&#281;p mieli tylko ludzie naprawd&#281; bogaci.

Toran i Bayta roztopili si&#281; w morzu wczasowicz&#243;w. Zostawili sw&#243;j statek w wielkim publicznym hangarze na P&#243;&#322;wyspie Wschodnim i skierowali si&#281; do miejsca w sam raz dla klasy &#347;redniej, nad Morze &#346;r&#243;dl&#261;dowe, gdzie przyjemno&#347;ci by&#322;y jeszcze legalne, a nawet szacowne, lecz gdzie nie by&#322;o ju&#380; takiego niezno&#347;nego t&#322;oku.

Bayta ciemnymi okularami chroni&#322;a oczy przed blaskiem s&#322;o&#324;ca, a bia&#322;&#261; sukni&#261; cia&#322;o przed upa&#322;em. Siedzia&#322;a, obejmuj&#261;c podkurczone nogi opalonymi na z&#322;oty kolor ramionami i patrz&#261;c roztargnionym wzrokiem na rozci&#261;gni&#281;te obok na ca&#322;&#261; d&#322;ugo&#347;&#263; cia&#322;o m&#281;&#380;a, prawie l&#347;ni&#261;ce w lej&#261;cych si&#281; z nieba potokach o&#347;lepiaj&#261;cego s&#322;o&#324;ca.

Uwa&#380;aj, &#380;eby&#347; nie przedobrzy&#322;  powiedzia&#322;a, ale Toran pochodzi&#322; z gasn&#261;cej gwiazdy. Mimo trzech lat sp&#281;dzonych w Fundacji, wci&#261;&#380; traktowa&#322; s&#322;o&#324;ce jako luksus i od czterech dni jego sk&#243;ra posmarowana wcze&#347;niej olejkiem chroni&#261;cym przed poparzeniem promieniami s&#322;o&#324;ca, nie zna&#322;a dotyku tkaniny. Za ca&#322;e ubranie s&#322;u&#380;y&#322;y mu tylko kr&#243;tkie szorty.

Bayta rzuci&#322;a si&#281; na piasek obok niego i zacz&#281;li szeptem rozmawia&#263;.

Ponury g&#322;os Torana dziwnie kontrastowa&#322; z jego pogodn&#261;, rozlu&#378;nion&#261; twarz&#261;.

Przyznaj&#281;, &#380;e wci&#261;&#380; trwamy w tym samym punkcie. Ale gdzie go szuka&#263;? Kim on jest? W tym zwariowanym &#347;wiecie nawet si&#281; o nim nie wspomina. Mo&#380;e, on wcale nie istnieje.

Istnieje  odpar&#322;a Bayta nie poruszaj&#261;c ustami.  Jest po prostu sprytny. A tw&#243;j stryj ma racj&#281;. To cz&#322;owiek, z kt&#243;rego mogliby&#347;my zrobi&#263; u&#380;ytek je&#347;li jest jeszcze na to czas.

Po kr&#243;tkiej chwili milczenia Toran rzek&#322; szeptem:

Wiesz, co teraz robi&#281;, Bay? Marz&#281;, jakbym mia&#322; pora&#380;enie s&#322;oneczne. Wszystko uk&#322;ada si&#281; tak g&#322;adko tak &#322;adnie.  Jego g&#322;os odp&#322;yn&#261;&#322;, a potem powr&#243;ci&#322;.  Pami&#281;tasz, co m&#243;wi&#322; doktor Amann na uniwersytecie? Fundacja nie mo&#380;e nigdy przegra&#263;, ale to nie znaczy, &#380;e nie mog&#261; przegra&#263; jej w&#322;adcy. Czy&#380; prawdziwa historia Fundacji nie zacz&#281;&#322;a si&#281; z chwil&#261;, kiedy Salvor Hardin wykopa&#322; Encyklopedyst&#243;w i przej&#261;&#322;, jako pierwszy burmistrz, rz&#261;dy na Terminusie? A czy w sto lat p&#243;&#378;niej Hober Mallow nie przej&#261;&#322; w&#322;adzy w spos&#243;b prawie tak samo drastyczny? Ju&#380; dwa razy ci, co rz&#261;dz&#261;, zostali pobici, wi&#281;c jest to mo&#380;liwe. Dlaczego nie mo&#380;emy tego zrobi&#263; my?

To stara &#347;piewka, Torie. M&#243;g&#322;by&#347; wymy&#347;li&#263; co&#347; lepszego.

Stara, powiadasz? Zastan&#243;w si&#281;. Co to jest Haven? Mo&#380;e nie jest cz&#281;&#347;ci&#261; Fundacji? To po prostu, &#380;eby tak powiedzie&#263;, cz&#281;&#347;&#263; zewn&#281;trznego proletariatu. Je&#347;li my b&#281;dziemy g&#243;r&#261;, to b&#281;dzie to przecie&#380; w dalszym ci&#261;gu zwyci&#281;stwo Fundacji, tyle &#380;e spadn&#261; jej obecni w&#322;adcy.

Mi&#281;dzy mo&#380;emy a zrobimy jest du&#380;a r&#243;&#380;nica. Pleciesz g&#322;upstwa.

Toran a&#380; poderwa&#322; g&#322;ow&#281;.

O rany, Bay, jeste&#347; po prostu w z&#322;ym nastroju. Chcesz mi koniecznie zepsu&#263; humor? Je&#347;li nie masz nic przeciwko, to si&#281; zdrzemn&#281;.

Ale Bayta nie s&#322;ucha&#322;a go. Wyci&#261;ga&#322;a g&#322;ow&#281; jak &#380;uraw i nagle, zupe&#322;nie niespodzianie, zachichota&#322;a, zdj&#281;&#322;a okulary i patrzy&#322;a na co&#347; na pla&#380;y os&#322;aniaj&#261;c oczy r&#281;k&#261; przed s&#322;o&#324;cem.

Toran uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;, a potem ca&#322;y tu&#322;&#243;w i popatrzy&#322; w tym samym kierunku.

Najwyra&#378;niej przygl&#261;da&#322;a si&#281; tyczkowatemu osobnikowi, kt&#243;ry podrygiwa&#322; stoj&#261;c na r&#281;kach, ku uciesze gawiedzi. By&#322; to jeden z kr&#281;c&#261;cych si&#281; po pla&#380;y &#380;ebrak&#243;w, kt&#243;rzy za par&#281; monet wyginali w dziwnych &#322;ama&#324;cach swoje gi&#281;tkie cz&#322;onki.

Dozorca pla&#380;y dawa&#322; mu znaki, &#380;eby stan&#261;&#322; na nogach. B&#322;azen z zadziwiaj&#261;c&#261; zr&#281;czno&#347;ci&#261; przeni&#243;s&#322; ci&#281;&#380;ar cia&#322;a na jedn&#261; r&#281;k&#281;, a kciukiem drugiej machn&#261;&#322; ko&#322;o nosa i wskaza&#322; na ziemi&#281;. Dozorca podszed&#322; do niego z gro&#378;n&#261; min&#261; i dostawszy nog&#261; w brzuch machn&#261;&#322; koz&#322;a. W tej samej chwili b&#322;azen stan&#261;&#322; na nogach i uciek&#322;. T&#322;um powstrzyma&#322; pieni&#261;cego si&#281; ze z&#322;o&#347;ci dozorc&#281; od rzucenia si&#281; za nim.

B&#322;azen szed&#322; niezdecydowanym krokiem wzd&#322;u&#380; pla&#380;y. Mija&#322; ludzi le&#380;&#261;cych na piasku, czasami przystawa&#322;, jakby wahaj&#261;c si&#281; w kt&#243;r&#261; i&#347;&#263; stron&#281;, ale nie zatrzyma&#322; si&#281; nigdzie. T&#322;um rozproszy&#322; si&#281;. Dozorca odszed&#322;.

Dziwny facet  powiedzia&#322;a Bayta z rozbawieniem. Toran przytakn&#261;&#322; bez zapa&#322;u. B&#322;azen zbli&#380;y&#322; si&#281; na tyle, &#380;e mogli mu si&#281; dobrze przyjrze&#263;. Z chudej twarzy stercza&#322; pot&#281;&#380;ny nos zako&#324;czony mi&#281;sistym koniuszkiem, kt&#243;ry wygl&#261;da&#322; niemal jak organ chwytny. Jego tyczkowate cia&#322;o i chude, d&#322;ugie ko&#324;czyny, kt&#243;re podkre&#347;la&#322; jeszcze kostium, porusza&#322;y si&#281; swobodnie i z pewnym wdzi&#281;kiem, ale mimo to ca&#322;o&#347;&#263; sprawia&#322;a wra&#380;enie jakby przypadkowo zosta&#322;a zebrana do kupy.

Nie spos&#243;b by&#322;o patrze&#263; na niego bez &#347;miechu.

B&#322;azen musia&#322; sobie nagle u&#347;wiadomi&#263;, &#380;e jest obiektem ich zainteresowania, gdy&#380; min&#261;wszy ich zatrzyma&#322; si&#281; w p&#243;&#322; kroku i zrobiwszy nag&#322;y zwrot podszed&#322; do nich. Utkwi&#322; w Baycie ogromne br&#261;zowe oczy.

Bayta zmiesza&#322;a si&#281;.

B&#322;azen u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, ale nada&#322;o to jego ptasiej twarzy wyraz smutku. Odezwa&#322; si&#281; w charakterystyczny dla mieszka&#324;c&#243;w Sektor&#243;w &#346;rodkowych wyszukany spos&#243;b:

Gdybym przywo&#322;a&#322; rozum, kt&#243;rym mnie obdarzy&#322;y dobre duchy, to rzek&#322;bym, &#380;e ta dama nie mo&#380;e istnie&#263; bo kt&#243;&#380; zdrowy na umy&#347;le we&#378;mie sen za jaw&#281;? Wola&#322;bym jednak by&#263; szale&#324;cem i da&#263; wiar&#281; oczarowanym i oszo&#322;omionym oczom.

Bayta otworzy&#322;a szeroko oczy ze zdumienia. Rzek&#322;a tylko:

O!

Toran roze&#347;mia&#322; si&#281;.

Och, ty czarodziejko. No, dalej, Bay, to warte pi&#281;ciokredyt&#243;wki. Daj mu.

B&#322;azen zbli&#380;y&#322; si&#281; jednym skokiem.

Nie, moja pani, nie zrozum mnie &#378;le. Nie m&#243;wi&#281; dla pieni&#281;dzy, lecz dla twych jasnych oczu i promiennego u&#347;miechu.

No c&#243;&#380;, dzi&#281;ki  obr&#243;ci&#322;a si&#281; do Torana.  Rany, popatrz, on ma s&#322;o&#324;ce w oczach.

I nie tylko dla oczu i promiennej twarzy  be&#322;kota&#322; b&#322;azen, wyrzucaj&#261;c gwa&#322;townie s&#322;owa  lecz r&#243;wnie&#380; dla czystego i &#347;mia&#322;ego umys&#322;u i dla twej dobroci.

Toran podni&#243;s&#322; si&#281;, si&#281;gn&#261;&#322; po bia&#322;&#261; szat&#281;, kt&#243;r&#261; przez cztery dni nosi&#322; przerzucon&#261; przez rami&#281; i wskoczy&#322; w ni&#261;.

No, kochany  rzek&#322;  mo&#380;e w ko&#324;cu powiesz o co ci chodzi i przestaniesz niepokoi&#263; pani&#261;.

B&#322;azen odskoczy&#322; do ty&#322;u i skurczy&#322; si&#281; ze strachu.

Ale&#380; nie mia&#322;em nic z&#322;ego na my&#347;li. Jestem tu obcy i powiadaj&#261;, &#380;e mam pomieszane zmys&#322;y, ale potrafi&#281; czyta&#263; ludziom z twarzy. Uroda tej damy kryje dobre serce, serce, kt&#243;re pomo&#380;e mi w moich k&#322;opotach, mimo i&#380; m&#243;wi&#281; tak &#347;mia&#322;o.

Pi&#281;&#263; kredyt&#243;w wystarczy?  spyta&#322; sucho Toran i wyci&#261;gn&#261;&#322; monet&#281;.

Ale b&#322;azen nie przyj&#261;&#322; jej, a Bayta rzek&#322;a:

Pozw&#243;l mi z nim pom&#243;wi&#263;.  I szybko doda&#322;a p&#243;&#322;g&#322;osem:  Nie ma sensu gniewa&#263; si&#281; na jego &#347;mieszne gadanie. To dialekt. Prawdopodobnie nasza mowa jest r&#243;wnie dziwna dla niego.

Co to za k&#322;opoty?  spyta&#322;a b&#322;azna.  Chyba nie obawiasz si&#281; dozorcy, co? Nic ci nie zrobi.

Och nie, nie jego. On jest jak wietrzyk, kt&#243;ry wznosi kurz ko&#322;o moich st&#243;p. Uciekam przed innym, kt&#243;ry jest jak huragan, co zmiata &#347;wiaty i zderza je ze sob&#261;. Uciek&#322;em tydzie&#324; temu, spa&#322;em na ulicach i kry&#322;em si&#281; w t&#322;umie. Zagl&#261;da&#322;em w twarz wielu ludziom szukaj&#261;c pomocy. Znalaz&#322;em j&#261; tutaj. Znalaz&#322;em j&#261; tutaj  powt&#243;rzy&#322; mi&#281;kkim, &#380;arliwym g&#322;osem, a w jego wielkich oczach znowu pojawi&#322; si&#281; niepok&#243;j.

No c&#243;&#380;  rzek&#322;a Bayta rozs&#261;dnie  chcia&#322;abym ci pom&#243;c, ale uwierz mi, przyjacielu, &#380;e nie jestem w stanie ochroni&#263; ci&#281; przed zmiataj&#261;cym &#347;wiaty huraganem. Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, mog&#322;abym wykorzysta&#263;

Nagle zabrzmia&#322; im w uszach pot&#281;&#380;ny, gniewny g&#322;os:

A, jeste&#347; tu, ty &#347;mierdz&#261;cy gnojku

Ko&#322;o nich sta&#322; dozorca pla&#380;y, z twarz&#261; zaczerwienion&#261; od biegu i z&#281;bami wyszczerzonymi z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. Wskaza&#322; na b&#322;azna pistoletem na gaz osza&#322;amiaj&#261;cy:

Wy dwoje, trzymajcie go. Nie dajcie mu uciec. Jego ci&#281;&#380;ka r&#281;ka spad&#322;a na chude rami&#281; b&#322;azna, kt&#243;ry j&#281;kn&#261;&#322; z b&#243;lu.

Co on zrobi&#322;?  spyta&#322; Toran.

Co zrobi&#322;? Dobre sobie  co zrobi&#322;!  dozorca si&#281;gn&#261;&#322; r&#281;k&#261; do torebki dyndaj&#261;cej u pasa, wyci&#261;gn&#261;&#322; purpurow&#261; chustk&#281; i wytar&#322; kark.  Powiem wam co zrobi&#322;  rzek&#322; z satysfakcj&#261;.  Uciek&#322;. Ca&#322;y Kalgan go szuka. Rozpozna&#322;bym go od razu, gdyby nie sta&#322; do g&#243;ry nogami.  Z wyrazem okrutnego zadowolenia na twarzy potrz&#261;sn&#261;&#322; swym je&#324;cem jak workiem.

A sk&#261;d&#380;e on uciek&#322;?.  spyta&#322;a z u&#347;miechem Bayta.

Wok&#243;&#322; nich gromadzi&#322; si&#281; z wolna t&#322;um wymieniaj&#261;cych uwagi gapi&#243;w. W miar&#281; jak r&#243;s&#322; t&#322;um, ros&#322;a te&#380; pewno&#347;&#263; siebie dozorcy. Podni&#243;s&#322; g&#322;os.

Sk&#261;d uciek&#322;?  powt&#243;rzy&#322; szyderczym tonem.  My&#347;l&#281;, &#380;e s&#322;yszeli&#347;cie o Mule, co?

T&#322;um zamilk&#322;, a Bayta poczu&#322;a nagle ch&#322;&#243;d w &#380;o&#322;&#261;dku. B&#322;azen wlepi&#322; w ni&#261; wzrok, dygoc&#261;c w mocnym u&#347;cisku dozorcy.

A ten diabelny obszarpaniec  ci&#261;gn&#261;&#322; dono&#347;nym g&#322;osem dozorca  to nikt inny jak b&#322;azen jego dostojno&#347;ci, kt&#243;ry uciek&#322; z pa&#322;acu.  Ponownie potrz&#261;sn&#261;&#322; silnie swym je&#324;cem.  Mo&#380;e zaprzeczysz temu, b&#322;a&#378;nie?

B&#322;azen nic nie odrzek&#322;, ale jego twarz poblad&#322;a z trwogi. Bayta szepn&#281;&#322;a co&#347; Toranowi do ucha. Toran podszed&#322; do dozorcy i rzek&#322; przyja&#378;nie:

No, m&#243;j kochany, mo&#380;e by&#347; tak na chwil&#281; zabra&#322; swoj&#261; r&#281;k&#281;. Ten b&#322;azen ta&#324;czy&#322; dla nas i jeszcze nie odta&#324;czy&#322; tego, za co mu zap&#322;aci&#322;em.

Wolnego!  krzykn&#261;&#322; stra&#380;nik z nowym przyp&#322;ywem energii.  Zosta&#322;a wyznaczona nagroda

Na pewno j&#261; dostaniesz, je&#347;li udowodnisz, &#380;e to ten, kt&#243;rego szukasz. Tymczasem mo&#380;e da&#322;by&#347; mu spok&#243;j. Wiesz, &#380;e zadzierasz z turyst&#261;, co mo&#380;e mie&#263; dla ciebie przykre konsekwencje?

A ty zadzierasz z jego dostojno&#347;ci&#261;, co si&#281; sko&#324;czy przykro dla ciebie  odci&#261;&#322; si&#281; dozorca i znowu potrz&#261;sn&#261;&#322; b&#322;aznem.  Zwr&#243;&#263; temu cz&#322;owiekowi pieni&#261;dze, ty zgni&#322;ku!

Toran wykona&#322; szybki ruch, wykr&#281;ci&#322; dozorcy r&#281;k&#281; i wyrwa&#322; mu pistolet gazowy, o ma&#322;o nie pozbawiaj&#261;c go przy okazji palca. Dozorca zawy&#322; z b&#243;lu i w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. Toran odsun&#261;&#322; go gwa&#322;townie na bok i uwolniony z u&#347;cisku dozorcy b&#322;azen schowa&#322; si&#281; za nich.

Prawie nikt z otaczaj&#261;cych ich gapi&#243;w nie zwr&#243;ci&#322; jednak uwagi na ca&#322;&#261; t&#281; akcj&#281;. T&#322;um wyci&#261;ga&#322; szyje, patrz&#261;c gdzie&#347; ponad nimi. Wszcz&#261;&#322; si&#281; ruch, jakby wiele os&#243;b naraz zapragn&#281;&#322;o si&#281; oddali&#263; z centrum wydarze&#324;.

Z oddali dobieg&#322; szorstki rozkaz i t&#322;um zako&#322;ysa&#322; si&#281; i rozst&#261;pi&#322;, robi&#261;c przej&#347;cie dla dw&#243;ch ludzi z niedbale trzymanymi w d&#322;oniach biczami elektrycznymi. Ubrani byli w szkar&#322;atne bluzy z emblematem przedstawiaj&#261;cym b&#322;yskawic&#281; i rozpadaj&#261;c&#261; si&#281; pod jej uderzeniem planet&#281;. Za nimi kroczy&#322; pos&#281;pny, ciemnosk&#243;ry i ciemnow&#322;osy olbrzym w mundurze porucznika. Olbrzym przem&#243;wi&#322; z&#322;owieszczo cichym g&#322;osem, kt&#243;ry &#347;wiadczy&#322; o tym, &#380;e nie musi si&#281; ucieka&#263; do krzyku, &#380;eby wyegzekwowa&#263; swoje &#380;&#261;dania.

To ty nas powiadomi&#322;e&#347;?

Trzymaj&#261;c si&#281; za wywichni&#281;t&#261; d&#322;o&#324;, z twarz&#261; wykrzywion&#261; b&#243;lem, dozorca wymamrota&#322;:

Domagam si&#281; nagrody, wasza wielmo&#380;no&#347;&#263; i oskar&#380;am tego cz&#322;owieka o

Dostaniesz swoj&#261; nagrod&#281;  rzek&#322; porucznik nie spojrzawszy nawet na niego. Skin&#261;&#322; na swoich ludzi.  Bra&#263; go!

Toran poczu&#322;, &#380;e b&#322;azen kurczowo czepia si&#281; jego p&#322;aszcza. Powiedzia&#322; dono&#347;nie, staraj&#261;c si&#281;, by nie zadr&#380;a&#322; mu g&#322;os:

Przykro mi, poruczniku, ale ten cz&#322;owiek jest moi.

&#379;aden z &#380;o&#322;nierzy nawet nie mrugn&#261;&#322; okiem. Jeden z nich podni&#243;s&#322; jakby od niechcenia bat do g&#243;ry, ale na kr&#243;tkie warkni&#281;cie porucznika opu&#347;ci&#322; r&#281;k&#281;.

Czarny olbrzym podszed&#322; ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; krokiem do Torana.

A kim ty jeste&#347;?

Obywatelem Fundacji  pad&#322;a odpowied&#378;. Zrobi&#322;o to wra&#380;enie, przynajmniej na t&#322;umie, kt&#243;ry przygl&#261;da&#322; si&#281; dot&#261;d ca&#322;ej scenie z zapartym tchem. Podni&#243;s&#322; si&#281; naraz gwar. Imi&#281; Mu&#322;a mog&#322;o wzbudza&#263; trwog&#281;, ale w ko&#324;cu us&#322;yszano o nim dopiero niedawno, natomiast s&#322;owo Fundacja, kojarz&#261;ce si&#281; z pot&#281;g&#261;, kt&#243;ra rozbi&#322;a Imperium i kt&#243;ra rz&#261;dzi&#322;a t&#261; &#263;wiartk&#261; Galaktyki z zimn&#261; bezwzgl&#281;dno&#347;ci&#261; tkwi&#322;o g&#322;&#281;boko w &#347;wiadomo&#347;ci jej mieszka&#324;c&#243;w i napawa&#322;o ich bezbrze&#380;nym l&#281;kiem. Porucznik zachowa&#322; twarz.  Zdaje pan sobie spraw&#281; z tego, kim jest cz&#322;owiek, kryj&#261;cy si&#281; za pana plecami?  spyta&#322;.

S&#322;ysza&#322;em, &#380;e to podobno zbieg z dworu waszego przyw&#243;dcy, ale wiem na pewno tylko tyle, &#380;e to m&#243;j przyjaciel. B&#281;dzie pan musia&#322; przedstawi&#263; niezbite dowody, je&#347;li chce go pan zabra&#263;.

Z t&#322;umu dobieg&#322;y zduszone okrzyki zdumienia, ale porucznik nie zwr&#243;ci&#322; na nie uwagi.

Ma pan przy sobie papiery stwierdzaj&#261;ce, &#380;e jest pan obywatelem Fundacji?

S&#261; na statku.

Zdaje pan sobie spraw&#281; z tego, &#380;e &#322;amie pan prawo? Mog&#281; kaza&#263; pana zastrzeli&#263;.

Bez w&#261;tpienia. Ale gdyby zastrzeli&#322; pan obywatela Fundacji, to jest ca&#322;kiem prawdopodobne, &#380;e po&#263;wiartowano by pana i wys&#322;ano na Fundacj&#281; jako cz&#281;&#347;ciowe zado&#347;&#263;uczynienie. Robili tak ju&#380; inni w&#322;adcy.

Porucznik obliza&#322; wargi. Ten cz&#322;owiek m&#243;wi&#322; prawd&#281;.

Pana nazwisko?  spyta&#322;. Toran poszed&#322; za ciosem.

Na dalsze pytania odpowiem na swoim statku. Mog&#281; panu poda&#263; numer komory w hangarze, zarejestrowany jest pod nazw&#261; Bayta.

Nie wyda pan zbiega?

Mo&#380;e Mu&#322;owi. Niech pan przy&#347;le swego w&#322;adc&#281;.

Dalej rozmowa potoczy&#322;a si&#281; szeptem i w pewnej chwili porucznik odwr&#243;ci&#322; si&#281; gwa&#322;townie.

Rozproszy&#263; t&#322;um!  rzek&#322; do swych ludzi ze st&#322;umionym okrucie&#324;stwem.

Posz&#322;y w ruch bicze elektryczne. Rozleg&#322;y si&#281; wrzaski i t&#322;um rzuci&#322; si&#281; w pop&#322;ochu do ucieczki.

W drodze do hangaru Toran by&#322; zatopiony w my&#347;lach. Odezwa&#322; si&#281; tylko raz, jakby m&#243;wi&#261;c g&#322;o&#347;no do siebie.

Na Galaktyk&#281;, Bay, co ja prze&#380;y&#322;em. Tak si&#281; ba&#322;em

Tak  odpowiedzia&#322;a jeszcze dr&#380;&#261;cym g&#322;osem, patrz&#261;c niemal z uwielbieniem na m&#281;&#380;a  to by&#322;o zupe&#322;nie niepodobne do ciebie.

Nie mog&#281; zrozumie&#263;, co mi si&#281; sta&#322;o. Sta&#322;em tam z pistoletem gazowym, kt&#243;rego pewnie nie potrafi&#322;bym nawet u&#380;y&#263; i bezczelnie si&#281; stawia&#322;em. Nie wiem dlaczego tak si&#281; zachowa&#322;em.

Popatrzy&#322; przez przej&#347;cie mi&#281;dzy siedzeniami statku powietrznego bliskiego zasi&#281;gu, kt&#243;ry ni&#243;s&#322; ich w stron&#281; portu, na miejsce, gdzie spa&#322; skulony b&#322;azen Mu&#322;a i doda&#322; z niesmakiem:

To by&#322;a dla mnie najci&#281;&#380;sza pr&#243;ba.

W tym samym czasie porucznik sta&#322; sztywno wypr&#281;&#380;ony przed dow&#243;dc&#261; garnizonu. Pu&#322;kownik popatrzy&#322; na niego i rzek&#322;:

Dobra robota. Zrobili&#347;cie, co do was nale&#380;a&#322;o. Porucznik zwleka&#322; z odej&#347;ciem. W ko&#324;cu rzek&#322;

ponuro:

W oczach tego mot&#322;ochu Mu&#322; straci&#322; twarz, panie pu&#322;kowniku. Trzeba b&#281;dzie podj&#261;&#263; odpowiednie kroki dyscyplinarne, aby przywr&#243;ci&#263; nale&#380;ny mu szacunek.

Zosta&#322;y ju&#380; podj&#281;te.

Porucznik zabra&#322; si&#281; do wyj&#347;cia, ale odwr&#243;ci&#322; si&#281; jeszcze i powiedzia&#322; prawie ze z&#322;o&#347;ci&#261;:

Zgadzam si&#281;, panie pu&#322;kowniku, &#380;e rozkaz to rozkaz, ale sta&#263; naprzeciw tego cz&#322;owieka z pistoletem gazowym w r&#281;ku i spokojnie prze&#322;yka&#263; jego bezczelne uwagi, to by&#322;a dla mnie najci&#281;&#380;sza pr&#243;ba.



Mutant

Hangar na Kalganie jest instytucj&#261; jedyn&#261; w swoim rodzaju. Zrodzi&#322;a j&#261; potrzeba rozmieszczenia wielkiej ilo&#347;ci statk&#243;w przybysz&#243;w z zagranicy oraz r&#243;wnie pilna potrzeba zapewnienia tym przybyszom kwater. Spryciarz, kt&#243;ry pierwszy wpad&#322; na sk&#261;din&#261;d oczywisty spos&#243;b rozwi&#261;zania tego dylematu, szybko sta&#322; si&#281; milionerem. Jego potomkowie i spadkobiercy nale&#380;eli do finansowej elity Kalgana.

Hangar zajmuje wiele mil kwadratowych, przy czym nazwa hangar zupe&#322;nie nie oddaje jego charakteru. W&#322;a&#347;ciwie jest to hotel  hotel dla statk&#243;w. Podr&#243;&#380;ny p&#322;aci z g&#243;ry i otrzymuje dla swego statku miejsce postojowe, z kt&#243;rego mo&#380;e w ka&#380;dej chwili wznie&#347;&#263; si&#281; w przestrze&#324;. Go&#347;cie mieszkaj&#261; w swoich w&#322;asnych statkach. Mo&#380;na oczywi&#347;cie korzysta&#263; za odpowiedni&#261; op&#322;at&#261; z normalnych us&#322;ug hotelowych, takich jak wy&#380;ywienie i opieka lekarska, proste naprawy statk&#243;w oraz komunikacja krajowa.

Skutkiem tego, turysta, p&#322;ac&#261;c &#322;&#261;cznie za miejsce w hangarze i hotel, wydaje mniej, ni&#380; gdyby musia&#322; p&#322;aci&#263; za jedno i drugie oddzielnie. W&#322;a&#347;ciciele grunt&#243;w, na kt&#243;rych znajduje si&#281; hangar, wydzier&#380;awiaj&#261; je za dobr&#261; zap&#322;at&#261;. Rz&#261;d &#347;ci&#261;ga wysokie podatki. Wszyscy s&#261; zadowoleni. Nikt na tym nie traci. To proste!

Cz&#322;owiek, kt&#243;ry przemierza&#322; teraz zadaszone, szerokie korytarze &#322;&#261;cz&#261;ce niezliczone skrzyd&#322;a hangaru, zastanawia&#322; si&#281; niegdy&#347; nad nowatorstwem i u&#380;yteczno&#347;ci&#261; opisanego wy&#380;ej systemu, ale rozwa&#380;ania takie dobre by&#322;y w czasie bezczynno&#347;ci, natomiast zupe&#322;nie nieodpowiednie w chwili obecnej.

Wzd&#322;u&#380; korytarzy ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; d&#322;ugie, r&#243;wne rz&#281;dy statk&#243;w spoczywaj&#261;cych nieruchomo w dok&#322;adnie wytyczonych komorach. M&#281;&#380;czyzna mija&#322; oboj&#281;tnie rz&#261;d za rz&#281;dem. Zna&#322; si&#281; doskonale na swojej robocie i je&#347;li wcze&#347;niej przestudiowany rejestr statk&#243;w nie dostarczy&#322; mu dok&#322;adnych informacji o tym, czego szuka&#322;, okre&#347;laj&#261;c jedynie z grubsza poszczeg&#243;lne skrzyd&#322;a, z kt&#243;rych ka&#380;de go&#347;ci&#322;o setki statk&#243;w, to jego fachowa wiedza pozwala&#322;a mu znale&#378;&#263; w&#347;r&#243;d tych setek ten jeden jedyny, kt&#243;rego szuka&#322;.

Martw&#261; cisz&#281; przerwa&#322;o lekkie westchnienie, kiedy zatrzyma&#322; si&#281; i znikn&#261;&#322; za jednym z rz&#281;d&#243;w statk&#243;w. Wygl&#261;da&#322; jak mr&#243;wka w cieniu wynios&#322;ych, nieruchomych, metalowych potwor&#243;w.

Tu i &#243;wdzie o&#347;wietlone iluminatory wskazywa&#322;y na obecno&#347;&#263; turyst&#243;w, kt&#243;rzy wr&#243;cili wcze&#347;niej z miasta, przek&#322;adaj&#261;c w&#322;asne, proste lub bardziej intymne zabawy nad udzia&#322; w zorganizowanej, masowej rozrywce.

M&#281;&#380;czyzna zatrzyma&#322; si&#281; i na pewno u&#347;miechn&#261;&#322;by si&#281;, gdyby wiedzia&#322;, co to u&#347;miech. W ka&#380;dym razie, mimo &#380;e jego twarz pozosta&#322;a nieruchoma, jego zwoje m&#243;zgowe na pewno wykona&#322;y co&#347;, co by&#322;o intelektualnym odpowiednikiem u&#347;miechu.

Statek, obok kt&#243;rego stan&#261;&#322;, mia&#322; g&#322;adk&#261;, l&#347;ni&#261;c&#261; powierzchni&#281; i wida&#263; by&#322;o, &#380;e jest szybki. Jego szczeg&#243;lny kszta&#322;t by&#322; tym, czego m&#281;&#380;czyzna &#243;w szuka&#322;. Nie by&#322; to zwyk&#322;y model. W tamtych czasach wi&#281;kszo&#347;&#263; statk&#243;w tego sektora Galaktyki albo na&#347;ladowa&#322;a statki Fundacji, albo by&#322;a dzie&#322;em jej in&#380;ynier&#243;w. Ten jednak by&#322; inny. By&#322; to statek z Fundacji. Wskazywa&#322;y na to chocia&#380;by niewielkie wybrzuszenia na jego powierzchni kryj&#261;ce aparatur&#281; wytwarzaj&#261;c&#261; ekran ochronny, kt&#243;ry mog&#322;y posiada&#263; tylko statki Fundacji. Ale dla do&#347;wiadczonego oka by&#322;y tam te&#380; inne oznaki jego przynale&#380;no&#347;ci.

M&#281;&#380;czyzna dzia&#322;a&#322; bez wahania.

Elektroniczna bariera odgradzaj&#261;ca statek od korytarza i od innych statk&#243;w  &#347;wiadectwo poszanowania przez zarz&#261;d hangaru prywatnej sfery &#380;ycia jego go&#347;ci, nie by&#322;a &#380;adn&#261; przeszkod&#261;. Pod wp&#322;ywem specjalnego, neutralizuj&#261;cego jej dzia&#322;anie przyrz&#261;du, kt&#243;rym dysponowa&#322; m&#281;&#380;czyzna, ust&#261;pi&#322;a &#322;atwo i szybko, nie uruchamiaj&#261;c alarmu.

Tak wi&#281;c pierwszym sygna&#322;em wewn&#261;trz statku &#347;wiadcz&#261;cym o obecno&#347;ci intruza na zewn&#261;trz by&#322; st&#322;umiony i nieomal przyjazny d&#378;wi&#281;k brz&#281;czyka w salonie, kt&#243;ry to d&#378;wi&#281;k by&#322; efektem zakrycia przez owego intruza fotokom&#243;rki umieszczonej obok g&#322;&#243;wnego w&#322;azu.

W czasie, gdy &#243;w tajemniczy m&#281;&#380;czyzna prowadzi&#322; swe poszukiwania, Toran i Bayta siedzieli w swym statku i mimo jego stalowych &#347;cian nie czuli si&#281; zbyt bezpiecznie. B&#322;azen Mu&#322;a, kt&#243;ry zd&#261;&#380;y&#322; ju&#380; im wyzna&#263;, i&#380; jego w&#261;t&#322;a osoba nosi wspania&#322;e, pa&#324;skie nazwisko Magnifico Giganticus, siedzia&#322; zgarbiony przy stole i zmiata&#322; jedzenie ze stoj&#261;cego przed nim talerza.

Podnosi&#322; g&#322;ow&#281; znad talerza tylko po to, by swymi smutnymi, br&#261;zowymi oczyma &#347;ledzi&#263; ruchy Bayty krz&#261;taj&#261;cej si&#281; w pomieszczeniu, gdzie siedzia&#322;, a b&#281;d&#261;cym po&#322;&#261;czeniem kuchni i spi&#380;arni.

Wdzi&#281;czno&#347;&#263; s&#322;abej istoty jest niewiele warta  wymamrota&#322;  ale masz j&#261;, pani, albowiem przez ostatni tydzie&#324; jada&#322;em jedynie och&#322;apy, a cho&#263; cia&#322;o mam w&#261;t&#322;e, m&#243;j apetyt jest wprost nieprzyzwoicie wielki.

No wi&#281;c jedz!  rzek&#322;a Bayta z u&#347;miechem.  Nie tra&#263; czasu na podzi&#281;kowania. Zdaje si&#281;, &#380;e macie w Galaktyce &#346;rodkowej jakie&#347; powiedzenie na temat wdzi&#281;czno&#347;ci.

Istotnie, pani. Jak mi m&#243;wiono, rzek&#322; kiedy&#347; pewien m&#281;drzec: Prawdziwej wdzi&#281;czno&#347;ci nie wyra&#380;a si&#281; pustymi s&#322;owami. Niestety, pani, wydaje si&#281;, &#380;e ca&#322;y sk&#322;adam si&#281; tylko z pustych s&#322;&#243;w. Kiedy moje puste gadanie bawi&#322;o Mu&#322;a, dawa&#322; mi str&#243;j dworski i nazywa&#322; mnie wspaniale Magnifico, bo musisz wiedzie&#263;, pani, &#380;e przedtem zwa&#322;em si&#281; po prostu Bobo, co mu si&#281; nie podoba&#322;o, ale kiedy moje puste gadanie przestawa&#322;o go bawi&#263;, wtedy na moje biedne ko&#347;ci spada&#322; grad bat&#243;w i kuksa&#324;c&#243;w.

W drzwiach prowadz&#261;cych od kabiny pilota ukaza&#322; si&#281; Toran.

Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czeka&#263;, Bay. Mam nadziej&#281;, &#380;e Mu&#322; potrafi zrozumie&#263;, &#380;e statek Fundacji to skrawek jej terytorium.

Magnifico Giganticus, niegdysiejszy Bobo, otworzy&#322; szeroko oczy i wykrzykn&#261;&#322;:

Wielka jest pot&#281;ga Fundacji, przed kt&#243;r&#261; dr&#380;&#261; nawet okrutni s&#322;udzy Mu&#322;a!

Ty tak&#380;e s&#322;ysza&#322;e&#347; o Fundacji?  spyta&#322;a Bayta, lekko si&#281; u&#347;miechaj&#261;c.

A kt&#243;&#380; nie s&#322;ysza&#322;?  g&#322;os Magnifico przeszed&#322; w tajemniczy szept.

Niekt&#243;rzy powiadaj&#261;, &#380;e jest to &#347;wiat pot&#281;&#380;nej magii, ognia, kt&#243;ry poch&#322;ania ca&#322;e planety, i innych niezwyk&#322;ych tajemnic. M&#243;wi&#261; te&#380;, &#380;e nawet najwi&#281;ksze znakomito&#347;ci Galaktyki nie ciesz&#261; si&#281; takim szacunkiem i powa&#380;aniem, jak cz&#322;owiek, kt&#243;ry mo&#380;e tylko powiedzie&#263; Jestem obywatelem Fundacji, cho&#263;by by&#322; przy tym prostym g&#243;rnikiem czy nawet niczym, tak jak ja.

Ach, Magnifico  odezwa&#322;a si&#281; Bayta  nigdy nie sko&#324;czysz, je&#347;li b&#281;dziesz wyg&#322;asza&#322; przemowy. Dam ci troch&#281; pachn&#261;cego mleka. To dobre.

Postawi&#322;a dzbanek z mlekiem na stole, &#322;agodnie wypchn&#281;&#322;a Torana z kuchni i wysz&#322;a za nim.

Torie, co z nim zrobimy?  wskaza&#322;a na kuchni&#281;.

Co masz na my&#347;li?

Wydamy go, je&#347;li zjawi si&#281; tu Mu&#322;?

A co innego mo&#380;emy zrobi&#263;?  jego g&#322;os zdradza&#322; niepok&#243;j, a potwierdzi&#322; to ruch d&#322;oni, kt&#243;rym odsun&#261;&#322; z czo&#322;a mokry kosmyk w&#322;os&#243;w.

Zanim tu przylecieli&#347;my  m&#243;wi&#322; dalej nerwowo  wydawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e ca&#322;e nasze zadanie polega na tym, &#380;eby wypyta&#263; o Mu&#322;a i potem wzi&#261;&#263; si&#281; do roboty cho&#263; nie mia&#322;em &#380;adnego okre&#347;lonego planu.

Wiem, co my&#347;lisz, Torie. Nie bardzo wierzy&#322;am, &#380;e uda mi si&#281; zobaczy&#263; Mu&#322;a na w&#322;asne oczy, ale my&#347;la&#322;am, &#380;e uda nam si&#281; uzyska&#263; jakie&#347; w miar&#281; pewne informacje i przekaza&#263; je ludziom, kt&#243;rzy lepiej si&#281; orientuj&#261; w tej mi&#281;dzygwiezdnej intrydze. Nie jestem szpiegiem z sensacyjnych opowiada&#324;.

Nie jeste&#347; gorsza ode mnie, Bay.  Za&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce i zmarszczy&#322; czo&#322;o.  Co za sytuacja! Gdyby nie ten dziwny incydent, nikt by nie powiedzia&#322;, &#380;e istnieje jaki&#347; Mu&#322;. My&#347;lisz, &#380;e przyjdzie po swojego b&#322;azna?

Bayta spojrza&#322;a na niego.

Nie wiem, czy bym tego chcia&#322;a. Nie wiem ani co powiedzie&#263;, ani co zrobi&#263;. A ty?

W tym momencie zabrzmia&#322; brz&#281;czy k. Usta Bayty poruszy&#322;y si&#281; prawie bezg&#322;o&#347;nie:

Mu&#322;!

W drzwiach kuchni ukaza&#322; si&#281; Magnifico. Patrz&#261;c rozszerzonymi z przera&#380;enia oczami wybe&#322;kota&#322;:

Mu&#322;?

Musz&#281; ich wpu&#347;ci&#263;  wymamrota&#322; Toran. Nacisn&#261;&#322; kontakt otwieraj&#261;c w&#322;az i chwil&#281; potem jego zewn&#281;trzna pokrywa zamkn&#281;&#322;a si&#281; za go&#347;ciem. Skaner ukaza&#322; tylko jednego cz&#322;owieka.

Jest tylko jeden  rzek&#322; Toran z wyra&#378;n&#261; ulg&#261;. Dr&#380;a&#322; mu troch&#281; g&#322;os, gdy spyta&#322; przez kana&#322; sygnalizacyjny:  Kto tam?

Mo&#380;e mnie wpu&#347;cicie i przekonacie si&#281; sami, co?  dobieg&#322; cienki g&#322;os z odbiornika.

O&#347;wiadczam panu, &#380;e to statek Fundacji, a wi&#281;c zgodnie z prawem mi&#281;dzynarodowym jest pan na jej terytorium.

Wiem o tym.

Prosz&#281; wej&#347;&#263; z pustymi r&#281;kami. W przeciwnym razie strzelam. Jestem dobrze uzbrojony.

Zrobione!

Toran otworzy&#322; drzwi wewn&#281;trzne i nacisn&#261;&#322; kontakt miotacza. Jego kciuk znajdowa&#322; si&#281; tu&#380; nad przyciskiem wyzwalaj&#261;cym reakcj&#281;. Us&#322;yszeli zbli&#380;aj&#261;ce si&#281; kroki, a chwil&#281; potem otworzy&#322;y si&#281; drzwi i Magnifico krzykn&#261;&#322;:

To nie Mu&#322;! To tylko cz&#322;owiek. Cz&#322;owiek sk&#322;oni&#322; si&#281; b&#322;aznowi z pos&#281;pn&#261; min&#261;.

Ca&#322;kowicie si&#281; zgadza. Nie jestem Mu&#322;em. Roz&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce.

Nie mam broni i przyby&#322;em tu w pokojowych zamiarach. Niech si&#281; pan rozlu&#378;ni i od&#322;o&#380;y ten miotacz Mo&#380;e panu niechc&#261;cy drgn&#261;&#263; r&#281;ka.

Kim pan jest?  spyta&#322; szorstko Toran.

To ja mog&#281; o to spyta&#263; pana  odpar&#322; ch&#322;odno intruz  poniewa&#380; to pan, nie ja, stwarza fa&#322;szywe pozory.

Jak to?

Podaje si&#281; pan za obywatela Fundacji, podczas gdy nie ma tam ani jednego zarejestrowanego handlarza.

To nieprawda. Zreszt&#261; sk&#261;d pan mo&#380;e o tym wiedzie&#263;?

Bo ja jestem obywatelem Fundacji i mog&#281; w ka&#380;dej chwili pokaza&#263; swoje dokumenty. A gdzie pana dokumenty?

My&#347;l&#281;, &#380;e lepiej b&#281;dzie jak pan sobie p&#243;jdzie.

Ja tak nie my&#347;l&#281;. Je&#347;li wie pan cokolwiek o metodach Fundacji, a my&#347;l&#281;, &#380;e mimo tego oszustwa co&#347; pan wie, to powinien pan zdawa&#263; sobie spraw&#281; z tego, &#380;e je&#347;li nie wr&#243;c&#281; na sw&#243;j statek w okre&#347;lonym czasie, to zostanie o tym natychmiast powiadomiony najbli&#380;szy garnizon Fundacji i w&#261;tpi&#281;, czy pa&#324;ska bro&#324; na wiele si&#281; panu przyda.

Zapanowa&#322;a cisza. Toran nie m&#243;g&#322; si&#281; zdecydowa&#263;, co zrobi&#263;. Pomog&#322;a mu Bayta, m&#243;wi&#261;c spokojnie:

Od&#322;&#243;&#380; miotacz, Toran, i pom&#243;w z nim otwarcie. Wygl&#261;da na to, &#380;e on nie kr&#281;ci.

Dzi&#281;kuj&#281; pani  powiedzia&#322; intruz. Toran od&#322;o&#380;y&#322; miotacz na stoj&#261;ce obok krzes&#322;o.

Mo&#380;e pan teraz wyja&#347;ni, o co chodzi. Intruz nie ruszy&#322; si&#281; z miejsca. By&#322; wysoki i barczysty. Jego twarz by&#322;a surowa i skupiona, i w jaki&#347; nieokre&#347;lony spos&#243;b wida&#263; z niej by&#322;o, &#380;e nigdy nie go&#347;ci&#322; na niej u&#347;miech. Jednak jego wzrok nie by&#322; bynajmniej twardy.

Wie&#347;ci szybko si&#281; rozchodz&#261;, zw&#322;aszcza te, w kt&#243;re trudno uwierzy&#263;  powiedzia&#322;.  Nie przypuszczam, &#380;eby by&#322; kto&#347; na Kalganie, kto by nie wiedzia&#322;, &#380;e ludzie Mu&#322;a dostali dzisiaj nauczk&#281; od dwojga turyst&#243;w z Fundacji. Jeszcze przed wieczorem zna&#322;em wszystkie wa&#380;ne szczeg&#243;&#322;y i, jak ju&#380; m&#243;wi&#322;em, opr&#243;cz mnie nie ma na Kalganie &#380;adnych turyst&#243;w z Fundacji. Wiemy o tym.

Jacy my?

"My to my. Chocia&#380;by ja! Wiedzia&#322;em, &#380;e jeste&#347;cie w hangarze Kto&#347; pods&#322;ucha&#322;, jak rozmawiali&#347;cie o tym. Swoimi sposobami sprawdzi&#322;em rejestr i odszuka&#322;em wasz statek.

Pani pochodzi z Fundacji, prawda?  Zwr&#243;ci&#322; si&#281; nagle do Bayty. Jest pani cz&#322;onkini&#261; opozycji demokratycznej  nazywaj&#261; to podziemiem. Nie pami&#281;tam pani nazwiska, ale zapami&#281;ta&#322;em twarz. Opu&#347;ci&#322;a pani Fundacj&#281; niedawno a nie uda&#322;oby si&#281; to, gdyby mia&#322;a pani wy&#380;sz&#261; pozycj&#281; w organizacji.

Bayta wzruszy&#322;a ramionami.

Du&#380;o pan wie.

Owszem. Uciek&#322;a pani z m&#281;&#380;czyzn&#261;. To ten?

A czy moja odpowied&#378; ma jakie&#347; znaczenie?

Nie. Chc&#281; po prostu, &#380;eby&#347;my si&#281; dobrze rozumieli. Zdaje mi si&#281;, &#380;e has&#322;o na ten tydzie&#324;, kiedy pani odlecia&#322;a w takim po&#347;piechu, brzmia&#322;o Seldon, Hardin i Fundacja. Dow&#243;dc&#261; pani sekcji by&#322; Porfirat Hart.

Sk&#261;d pan o tym wie?  Bayta by&#322;a wyra&#378;nie wzburzona.  Z&#322;apa&#322;a go policja?  Toran odci&#261;gn&#261;&#322; j&#261;, ale wyszarpn&#281;&#322;a si&#281; i podesz&#322;a do intruza.

Cz&#322;owiek z Fundacji rzek&#322; spokojnie:

Nikt go nie z&#322;apa&#322;. Ale do podziemia nale&#380;y wielu ludzi i to w dziwnych miejscach. Jestem kapitan Ha&#324; Pritcher z wywiadu, i sam jestem dow&#243;dc&#261; sekcji niewa&#380;ne pod jakim nazwiskiem.

Odczeka&#322; chwil&#281;, a potem powiedzia&#322;:

Nie musicie mi wierzy&#263;. W naszej pracy lepiej jest by&#263; zanadto podejrzliwym ni&#380; &#322;atwowiernym. Ale mo&#380;e lepiej doko&#324;cz&#281; te wst&#281;pne wyja&#347;nienia.

W&#322;a&#347;nie  odpar&#322; Toran.  Mo&#380;e pan doko&#324;czy.

Mog&#281; usi&#261;&#347;&#263;? Dzi&#281;kuj&#281;.  Kapitan Pritcher zarzuci&#322; nog&#281; na nog&#281; i swobodnie opar&#322; rami&#281; na por&#281;czy krzes&#322;a.  Zaczn&#281; od tego, &#380;e nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi to znaczy, o co wam chodzi. Nie jeste&#347;cie z Fundacji, ale nietrudno zgadn&#261;&#263;, &#380;e przybyli&#347;cie z jednego z tych niezale&#380;nych &#347;wiat&#243;w handlarzy. To mnie specjalnie nie interesuje, ale chcia&#322;bym wiedzie&#263; z czystej ciekawo&#347;ci, po co wam ten facet, ten b&#322;azen, kt&#243;rego wzi&#281;li&#347;cie pod swoj&#261; opiek&#281;? Ryzykujecie &#380;yciem trzymaj&#261;c go.

Tego nie mog&#281; powiedzie&#263;.

Hmm No c&#243;&#380;, spodziewa&#322;em si&#281; takiej odpowiedzi. Ale je&#347;li my&#347;licie, &#380;e zjawi si&#281; tutaj Mu&#322; we w&#322;asnej osobie, przy wt&#243;rze rog&#243;w, b&#281;bn&#243;w i organ&#243;w elektronicznych to dajcie sobie spok&#243;j. Mu&#322; nie post&#281;puje w ten spos&#243;b.

Co?  krzykn&#281;li jednocze&#347;nie Toran i Bayta, a siedz&#261;cy w k&#261;cie Magnifico, kt&#243;ry tak wyci&#261;ga&#322; uszy, &#380;e wydawa&#322;o si&#281;, i&#380; dotknie ich nimi lada moment, podskoczy&#322; rado&#347;nie.

To, co s&#322;yszycie. Pr&#243;bowa&#322;em skontaktowa&#263; si&#281; z nim i u&#380;ywa&#322;em sposob&#243;w, o jakich wy, amatorzy, nie macie poj&#281;cia. Bez skutku. Ten cz&#322;owiek w og&#243;le nie pokazuje si&#281; publicznie, nie pozwala si&#281; fotografowa&#263; ani holografowa&#263; i spotyka si&#281; tylko ze swymi najbli&#380;szymi wsp&#243;&#322;pracownikami.

I to ma wyja&#347;nia&#263; pa&#324;skie zainteresowanie nami, kapitanie?  spyta&#322; Toran.

Nie. Chodzi mi o tego b&#322;azna. Jest on jedn&#261; z tych niewielu os&#243;b, kt&#243;re widzia&#322;y Mu&#322;a. Chc&#281; go mie&#263;. On mo&#380;e dostarczy&#263; dowod&#243;w, kt&#243;rych mi potrzeba Musz&#281; co&#347; mie&#263;. Musz&#281; co&#347; mie&#263;, &#380;eby obudzi&#263; Fundacj&#281; z u&#347;pienia

To trzeba j&#261; budzi&#263;?  przerwa&#322;a mu ostro Bayta.  Po co? W jakiej roli chce pan wyst&#261;pi&#263;  w roli demokraty walcz&#261;cego o poszanowanie praw, czy w roli tajnego agenta i prowokatora?

Twarz kapitana st&#281;&#380;a&#322;a.

Kiedy ca&#322;a Fundacja znajduje si&#281; w niebezpiecze&#324;stwie, pani rewolucjonistko, przestaje si&#281; liczy&#263; konflikt mi&#281;dzy demokratami i tyranami. Najpierw ochro&#324;my tyran&#243;w przed wi&#281;kszym tyranem, a potem przyjdzie kolej na nich.

A kto jest wi&#281;kszym tyranem?!  wybuchn&#281;&#322;a Bayta.

Mu&#322;! Wiem o nim troch&#281; wystarczaj&#261;co du&#380;o, &#380;eby ponie&#347;&#263; &#347;mier&#263; z jego rozkazu. Na szcz&#281;&#347;cie dzia&#322;a&#322;em ostro&#380;nie. Ka&#380;cie b&#322;aznowi st&#261;d wyj&#347;&#263;. Musimy teraz pom&#243;wi&#263; bez &#347;wiadk&#243;w.

Magnifico  powiedzia&#322;a Bayta, wskazuj&#261;c r&#281;k&#261; na drzwi i b&#322;azen wyszed&#322; bez szemrania.

Kapitan zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263; powa&#380;nym, sugestywnym g&#322;osem, ale tak cicho, &#380;e Toran i Bayta musieli si&#281; bli&#380;ej przysun&#261;&#263;, &#380;eby dobrze s&#322;ysze&#263;.

Mu&#322; jest inteligentnym politykiem zbyt inteligentnym, &#380;eby nie wiedzie&#263; o tym, jak korzystny wp&#322;yw na rz&#261;dzonych wywieraj&#261; osobiste kontakty z przyw&#243;dc&#261;, jego urok i czar. A wi&#281;c je&#347;li nie korzysta z tej mo&#380;liwo&#347;ci, to musi mie&#263; istotny pow&#243;d. Na pewno boi si&#281;, &#380;e kontakty osobiste ujawni&#322;yby co&#347;, czego w &#380;adnym wypadku nie mo&#380;na ujawni&#263;, co&#347; nadzwyczaj wa&#380;nego.

Bayta i Toran mieli ju&#380; pytanie na ustach, ale powstrzyma&#322; ich ruchem r&#281;ki i m&#243;wi&#322; szybko dalej:

By&#322;em w jego rodzinnych stronach, &#380;eby si&#281; czego&#347; o tym dowiedzie&#263; i rozmawia&#322;em z lud&#378;mi, kt&#243;rzy d&#322;ugo ju&#380; nie po&#380;yj&#261;, bo za du&#380;o wiedz&#261;. Zreszt&#261; niewielu takich zosta&#322;o. Pami&#281;taj&#261; dziecko, kt&#243;re przysz&#322;o na &#347;wiat trzydzie&#347;ci lat temu &#347;mier&#263; jego matki jego dziwne dzieci&#324;stwo i m&#322;odo&#347;&#263;. Mu&#322; nie jest istot&#261; ludzk&#261;!

Bayta i Toran odskoczyli przera&#380;eni. Nie pojmowali dok&#322;adnie znaczenia jego s&#322;&#243;w i nie byli w stanie wyobrazi&#263; sobie konsekwencji tego, o czym przed chwil&#261; us&#322;yszeli, ale przenikn&#281;&#322;a ich niewypowiedziana groza.

To mutant  ci&#261;gn&#261;&#322; kapitan  i to, jak wskazuje jego kariera, szczeg&#243;lnie uzdolniony. Nie znam jego mo&#380;liwo&#347;ci i nie wiem w jakim stopniu jest on postaci&#261;, kt&#243;r&#261; w komiksach okre&#347;la si&#281; mianem supermana, ale fakt, &#380;e w ci&#261;gu dw&#243;ch lat zdo&#322;a&#322; z osoby, o kt&#243;rej nikt nie s&#322;ysza&#322;, przeistoczy&#263; si&#281; we w&#322;adc&#281; Kalgana, m&#243;wi sam za siebie. Chyba teraz widzicie, jakie grozi nam niebezpiecze&#324;stwo, prawda? Czy Seldon m&#243;g&#322; wzi&#261;&#263; pod uwag&#281; w swoim planie pojawienie si&#281; przypadkowej genetycznej kombinacji, wyniku niemo&#380;liwych z natury rzeczy do przewidzenia proces&#243;w biologicznych?

Bayta rzek&#322;a z oci&#261;ganiem:

Nie wierz&#281; w to. To jaki&#347; podst&#281;p. Je&#347;li Mu&#322; jest supermanem, to dlaczego jego ludzie nie zabili nas, kiedy mogli to zrobi&#263;?

Powiedzia&#322;em ju&#380;, &#380;e nie znam charakteru ani rozmiaru tej mutacji. Mo&#380;e nie jest jeszcze gotowy, &#380;eby uderzy&#263; na Fundacj&#281;. W takiej sytuacji unikanie okazji, kt&#243;ra mog&#322;aby da&#263; Fundacji pretekst do ataku, jest oznak&#261; jego wielkiej m&#261;dro&#347;ci. Mo&#380;e pozwolicie mi porozmawia&#263; z b&#322;aznem?

Kapitan zwr&#243;ci&#322; si&#281; do dr&#380;&#261;cego Magnifica, kt&#243;ry najwidoczniej nie dowierza&#322; temu pot&#281;&#380;nemu surowo na&#324; patrz&#261;cemu m&#281;&#380;czy&#378;nie.

Widzia&#322;e&#347; Mu&#322;a na w&#322;asne oczy?  zacz&#261;&#322; ostro&#380;nie kapitan.

A&#380; za bardzo dobrze, wielmo&#380;ny panie. I pozna&#322;em na w&#322;asnej sk&#243;rze ci&#281;&#380;ar jego r&#281;ki.

Nie w&#261;tpi&#281;. Mo&#380;esz go opisa&#263;?

Nogi mi si&#281; trz&#281;s&#261; na samo jego wspomnienie, wielmo&#380;ny panie. To cz&#322;owiek pot&#281;&#380;nej budowy. Przy nim nawet pan wygl&#261;da&#322;by jak chuchro. Ma jaskrawo szkar&#322;atne w&#322;osy i nawet wyt&#281;&#380;aj&#261;c wszystkie swoje si&#322;y nie da&#322;bym rady przesun&#261;&#263; cho&#263;by o w&#322;os jego wyci&#261;gni&#281;tej r&#281;ki.  Magnifico skurczy&#322; si&#281; i wygl&#261;da&#322; jak bez&#322;adna kupa n&#243;g i r&#261;k.  Cz&#281;sto, &#380;eby zabawi&#263; swoich genera&#322;&#243;w albo dla w&#322;asnej przyjemno&#347;ci, podnosi&#322; mnie jednym palcem za pasek i trzyma&#322; w g&#243;rze, a ja, szcz&#281;kaj&#261;c z&#281;bami, gada&#322;em wiersze. Puszcza&#322; mnie dopiero po dwudziestym wersie, a ka&#380;dy musia&#322;em improwizowa&#263;, i wszystkie musia&#322;y si&#281; dok&#322;adnie rymowa&#263;, bo inaczej zaczyna&#322;em od nowa. On jest cz&#322;owiekiem o niezwyk&#322;ej sile, wielmo&#380;ny panie, i bardzo okrutnym i nikt nie widzia&#322; jego oczu.

Co? Co to znaczy?

On nosi dziwne okulary, wielmo&#380;ny panie. M&#243;wi&#261;, &#380;e s&#261; one nieprze&#378;roczyste i &#380;e widzi dzi&#281;ki jakiej&#347; magicznej sile, kt&#243;ra przekracza wszelkie ludzkie umiej&#281;tno&#347;ci. S&#322;ysza&#322;em  jego g&#322;os przeszed&#322; w tajemniczy szept  &#380;e ujrze&#263; jego oczy, to ujrze&#263; &#347;mier&#263;, &#380;e on zabija wzrokiem, wielmo&#380;ny panie.

Magnifico spogl&#261;da&#322; na nich rozbieganymi oczami. Zadr&#380;a&#322;.

To szczera prawda. Przysi&#281;gam na moj&#261; g&#322;ow&#281;, &#380;e to prawda.

Bayta wzi&#281;&#322;a g&#322;&#281;boki oddech.

Wygl&#261;da na to, &#380;e ma pan racj&#281;, kapitanie. Chce pan przej&#261;&#263; dow&#243;dztwo?

Hmm, zastan&#243;wmy si&#281; nad sytuacj&#261;. Nie jeste&#347;cie tu nic winni? Bariera hangaru jest otwarta?

Mog&#281; si&#281; wznie&#347;&#263; w ka&#380;dej chwili.

Wi&#281;c niech pan rusza. Mu&#322; mo&#380;e nie &#380;yczy&#263; sobie wzbudzenia wrogo&#347;ci Fundacji, ale narazi&#322;by si&#281; na du&#380;e ryzyko, pozwalaj&#261;c uciec b&#322;aznowi. To prawdopodobnie t&#322;umaczy, dlaczego go tak szukano. Tak wi&#281;c, w g&#243;rze mog&#261; ju&#380; na pana czeka&#263; ich statki. Je&#347;li zaginie pan w przestrzeni bez wie&#347;ci, to kto odkryje zbrodni&#281;?

Ma pan racj&#281;  rzek&#322; ponuro Toran.

Niemniej jednak ma, pan ekran ochronny, a pana statek jest prawdopodobnie szybszy ni&#380; te, kt&#243;rymi oni dysponuj&#261;, wi&#281;c jak tylko wydostanie si&#281; pan z atmosfery, niech pan przeleci na luzie nad drug&#261; p&#243;&#322;kul&#261;, a potem wzniesie si&#281; w g&#243;r&#281; na maksymalnym przyspieszeniu.

Tak  rzek&#322;a zimno Bayta  a kiedy znajdziemy si&#281; na Fundacji, to co wtedy?

Jak to, przecie&#380; jeste&#347;cie obywatelami Kalgana przyjaznymi Fundacji, prawda? Nic poza tym o was nie wiem, mo&#380;e nie?

Nikt nic nie odpowiedzia&#322;. Toran zasiad&#322; za sterami. Statek niedostrzegalnie si&#281; przechyli&#322;.

Kiedy Toran zostawi&#322; ju&#380; Kalgan wystarczaj&#261;co daleko z ty&#322;u, aby spr&#243;bowa&#263; pierwszego skoku mi&#281;dzygwiezdnego, kapitan Pritcher po raz pierwszy nieco rozchmurzy&#322; twarz, gdy&#380; nie pr&#243;bowa&#322; ich zatrzyma&#263; &#380;aden statek Mu&#322;a.

Wygl&#261;da na to, &#380;e pozwala nam zabra&#263; Magnifica  rzek&#322; Toran.  To fatalnie dla pana historii.

Albo chce, &#380;eby&#347;my go zabrali  odpar&#322; kapitan.  W takim przypadku to fatalnie dla Fundacji.

Byli ju&#380; po ostatnim skoku, w niewielkiej odleg&#322;o&#347;ci od Fundacji, kiedy dotar&#322;y do nich pierwsze wiadomo&#347;ci ultrafalowe. Pod koniec spiker poda&#322; kr&#243;tk&#261; informacj&#281;, &#380;e jaki&#347; w&#322;adca, kt&#243;rego nazwiska nie wymieni&#322;, wys&#322;a&#322; na Fundacj&#281; swych przedstawicieli w zwi&#261;zku z uprowadzeniem si&#322;&#261; cz&#322;onka jego dworu i przeszed&#322; do wydarze&#324; sportowych.

Kapitan Pritcher rzek&#322; lodowato:

Mimo wszystko, wyprzedzi&#322; nas o krok.  Zamy&#347;li&#322; si&#281;, a potem doda&#322;:  Jest ju&#380; gotowy do ataku na Fundacj&#281;, a to wykorzysta jako pretekst. To nam komplikuje sprawy. B&#281;dziemy musieli zacz&#261;&#263; dzia&#322;a&#263;, zanim zd&#261;&#380;yli&#347;my si&#281; przygotowa&#263;.



Psycholog

Nie bez powodu dziedzina &#380;ycia zwana czyst&#261; nauk&#261; cieszy&#322;a si&#281; na Fundacji najwi&#281;ksz&#261; swobod&#261;. W Galaktyce, w kt&#243;rej dominacja, a nawet przetrwanie Fundacji, mimo wielkiego wzrostu jej si&#322;y militarnej w czasie ostatnich stu pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu lat, zale&#380;a&#322;y od przewagi jej technologii nad technologi&#261; innych planet i system&#243;w, naukowiec mia&#322; zapewniony immunitet. By&#322; potrzebny i wiedzia&#322; o tym.

R&#243;wnie&#380; nie bez powodu Ebling Mis (tylko ci, kt&#243;rzy go nie znali, tytu&#322;owali go doktorem i profesorem) cieszy&#322; si&#281; najwi&#281;ksz&#261; swobod&#261; spo&#347;r&#243;d ludzi zajmuj&#261;cych si&#281; czyst&#261; nauk&#261;. W &#347;wiecie, w kt&#243;rym nauka mia&#322;a wielkie powa&#380;anie, on by&#322; Uczonym  z du&#380;ej litery, i to zupe&#322;nie powa&#380;nie. By&#322; potrzebny i wiedzia&#322; o tym.

Zdarzy&#322;o si&#281; wi&#281;c, &#380;e kiedy inni przykl&#281;kali, Ebling Mis nie tylko nie poszed&#322; w ich &#347;lady, ale g&#322;o&#347;no o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e jego przodkowie nie kl&#281;kali przed jakim&#347; &#347;mierdz&#261;cym burmistrzem. I &#380;e w czasach jego przodk&#243;w burmistrz by&#322; wybierany na sw&#243;j urz&#261;d i zrzucany z niego wed&#322;ug &#380;yczenia wyborc&#243;w, a jedynymi lud&#378;mi, kt&#243;rzy co&#347; dziedziczyli z racji pochodzenia, byli urodzeni idioci.

Zdarzy&#322;o si&#281; r&#243;wnie&#380;, &#380;e kiedy Ebling Mis zdecydowa&#322; si&#281; pozwoli&#263; burmistrzowi Indburowi, aby zaszczyci&#322; go udzielaj&#261;c mu audiencji, nie czeka&#322; a&#380; jego &#380;&#261;danie zostanie przekazane zwyk&#322;&#261;, formaln&#261; drog&#261; i nadejdzie &#322;askawa odpowied&#378;, ale zarzuciwszy na ramiona bardziej przyzwoit&#261; ze swych dw&#243;ch wizytowych marynarek, wcisn&#261;wszy fantazyjnie na g&#322;ow&#281; dziwaczny kapelusz o nieprawdopodobnym kszta&#322;cie i zapaliwszy na dodatek zabronione cygaro, wpakowa&#322; si&#281;, nie zwracaj&#261;c uwagi na protesty dw&#243;ch stra&#380;nik&#243;w, do pa&#322;acu burmistrza.

Obecno&#347;&#263; intruza w pa&#322;acu dosz&#322;a do &#347;wiadomo&#347;ci burmistrza, kiedy us&#322;ysza&#322; dobiegaj&#261;ce do ogrodu okrzyki usi&#322;uj&#261;cej kogo&#347; zatrzyma&#263; s&#322;u&#380;by i odpowiadaj&#261;cy im ryk nieartyku&#322;owanych przekle&#324;stw.

Wolno od&#322;o&#380;y&#322; sw&#243;j rydel, wyprostowa&#322; si&#281; i r&#243;wnie wolno zmarszczy&#322; czo&#322;o. Albowiem burmistrz Indbur pozwala&#322; sobie codziennie na pewien odpoczynek po pracy, i ka&#380;dego popo&#322;udnia, je&#347;li pozwala&#322;a na to pogoda, sp&#281;dza&#322; dwie godziny w swym ogrodzie. Kwiaty w ogrodzie burmistrza ros&#322;y w tr&#243;jk&#261;tnych i kwadratowych klombach. Ka&#380;dy klomb sk&#322;ada&#322; si&#281; z u&#322;o&#380;onych na przemian grz&#261;dek czerwonych i &#380;&#243;&#322;tych kwiat&#243;w, a w wierzcho&#322;kach tych o kszta&#322;cie tr&#243;jk&#261;ta ros&#322;y k&#281;pki fio&#322;k&#243;w. Ca&#322;o&#347;&#263; otoczona by&#322;a zieleni&#261; zasadzon&#261; wzd&#322;u&#380; sztywnych, prostych linii. W ogrodzie nikt go nie niepokoi&#322;  nikt!

Id&#261;c w stron&#281; ma&#322;ej furtki, Indbur zdj&#261;&#322; pobrudzone ziemi&#261; r&#281;kawiczki. Co to wszystko ma znaczy&#263;?

Jest to dok&#322;adnie to pytanie, kt&#243;re zadaje w takich sytuacjach niewiarygodnie du&#380;a liczba ludzi od czasu, jak wynaleziono ludzko&#347;&#263;. Nie zanotowano ani jednego przyk&#322;adu, &#380;eby kto&#347; zada&#322; je w innym celu ni&#380; dla podkre&#347;lenia swojej godno&#347;ci.

Tym razem jednak by&#322;o inaczej, gdy&#380; w&#322;a&#347;nie ukaza&#322; si&#281; Mis, rycz&#261;cy i gro&#380;&#261;cy pi&#281;&#347;ci&#261; tym, kt&#243;rzy wci&#261;&#380; trzymali strz&#281;py jego p&#322;aszcza.

Indbur odprawi&#322; ich wyra&#380;aj&#261;cym wyra&#378;ne niezadowolenie zmarszczeniem brwi, a Mis schyli&#322; si&#281;, podni&#243;s&#322; to, co zosta&#322;o z jego kapelusza, strz&#261;sn&#261;&#322; z niego niez&#322;&#261; gar&#347;&#263; piachu, nast&#281;pnie wsun&#261;&#322; go pod pach&#281; i powiedzia&#322;:

S&#322;uchaj, Indbur, oskar&#380;&#281; tych twoich durnych pacho&#322;k&#243;w o zniszczenie porz&#261;dnej marynarki. M&#243;g&#322;bym j&#261; jeszcze d&#322;ugo nosi&#263;.

Wypu&#347;ci&#322; k&#322;&#261;b dymu i otar&#322; czo&#322;o nieco teatralnym gestem.

Burmistrz sta&#322; sztywno. Powiedzia&#322; wynio&#347;le z wysoko&#347;ci pi&#281;ciu st&#243;p i dwu cali:

Nic mi nie wiadomo o tym, Mis, &#380;eby pan prosi&#322; o audiencj&#281;. Z pewno&#347;ci&#261; nie wyznaczy&#322;em jej panu.

Ebling Mis spojrza&#322; z g&#243;ry na burmistrza ze zdziwieniem i niedowierzaniem:

Na Galaktyk&#281;, Indbur, nie otrzyma&#322;e&#347; wczoraj kartki ode mnie? Przedwczoraj wr&#281;czy&#322;em j&#261; lokajowi w szkar&#322;atnej liberii. Wr&#281;czy&#322;bym j&#261; bezpo&#347;rednio tobie, ale wiem, &#380;e uwielbiasz formalno&#347;ci.

Formalno&#347;ci!  j&#281;kn&#261;&#322; Indbur i wzni&#243;s&#322; oczy do g&#243;ry. Potem rzek&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;:  S&#322;ysza&#322; pan kiedy o w&#322;a&#347;ciwej organizacji pracy? W przysz&#322;o&#347;ci ma pan sk&#322;ada&#263; pro&#347;b&#281; o audiencj&#281; na papierze, w trzech egzemplarzach, w odpowiednim biurze. Potem ma pa&#324; czeka&#263;, a&#380; nadejdzie normalnym trybem zawiadomienie o dniu audiencji. Potem ma pan zjawi&#263; si&#281; odpowiednio ubrany  odpowiednio ubrany, rozumie pan?  i zachowywa&#263; si&#281; z odpowiednim szacunkiem. Mo&#380;e pan odej&#347;&#263;.

Co ci si&#281; nie podoba w moim ubraniu?  zareagowa&#322; gwa&#322;townie Mis.  To by&#322;a moja najlepsza marynarka, do chwili, kiedy ci niecenzuralni durnie z&#322;apali j&#261; w swoje szpony. Odejd&#281;, jak tylko powiem to, co przyszed&#322;em powiedzie&#263;. Na Galaktyk&#281;, gdyby nie chodzi&#322;o tu o kryzys Seldona, to odszed&#322;bym w tej chwili.

Kryzys Seldona!  Indbur po raz pierwszy okaza&#322; zainteresowanie. Mis by&#322; wielkim psychologiem  z pewno&#347;ci&#261; demokrat&#261;, gburem i wywrotowcem, ale przede wszystkim psychologiem. Pogr&#261;&#380;ony w niepewno&#347;ci, burmistrz powstrzyma&#322; si&#281; nawet przed wyra&#380;eniem swego oburzenia, kiedy Mis zerwa&#322; z klombu kwiatek, pow&#261;cha&#322; i krzywi&#261;c si&#281; odrzuci&#322;, chocia&#380; poczu&#322; na ten widok uk&#322;ucie w sercu.

Mo&#380;e pozwoli pan ze mn&#261;?  rzek&#322; zimno burmistrz.  Ten ogr&#243;d nie jest przeznaczony do powa&#380;nych rozm&#243;w.

Poczu&#322; si&#281; lepiej zasiad&#322;szy na wysokim krze&#347;le za swoim pot&#281;&#380;nym biurkiem, sk&#261;d m&#243;g&#322; spogl&#261;da&#263; na kilka w&#322;osk&#243;w b&#281;d&#261;cych skromn&#261; ozdob&#261; r&#243;&#380;owej czaszki Misa. Poczu&#322; si&#281; jeszcze lepiej, kiedy Mis zacz&#261;&#322; si&#281; rozgl&#261;da&#263; po pokoju bezskutecznie wypatruj&#261;c krzes&#322;a i w ko&#324;cu stan&#261;&#322; przed biurkiem przest&#281;puj&#261;c z nogi na nog&#281;. A ju&#380; zupe&#322;nie dobrze poczu&#322; si&#281; wtedy, kiedy w odpowiedzi na staranne naci&#347;ni&#281;cie odpowiedniego przycisku na biurku wszed&#322; ubrany w liberi&#281; s&#322;uga, sk&#322;oni&#322; si&#281; i z&#322;o&#380;y&#322; na biurku opas&#322;y, oprawny w metal tom.

Teraz  powiedzia&#322; Indbur czuj&#261;c si&#281; znowu panem sytuacji  &#380;eby skr&#243;ci&#263; do minimum t&#281; nieprzewidzian&#261; audiencj&#281;, prosz&#281; si&#281; streszcza&#263; i powiedzie&#263; w kilku s&#322;owach, co pana tu sprowadza.

Wiesz, czym si&#281; teraz zajmuj&#281;?  spyta&#322; niespiesznie Ebling Mis.

Mam tu pa&#324;skie sprawozdania, wraz z ich autoryzowanym streszczeniem  odpar&#322; burmistrz z satysfakcj&#261;.  O ile dobrze rozumiem, celem pa&#324;skich bada&#324; nad matematyk&#261; psychohistorii jest odtworzenie pracy Hariego Seldona i prze&#347;ledzenie zaplanowanego przez niego biegu przysz&#322;ych wydarze&#324; dla u&#380;ytku Fundacji.

Zgadza si&#281;  rzek&#322; sucho Mis.  Kiedy Seldon za&#322;o&#380;y&#322; Fundacj&#281;, postara&#322; si&#281;, &#380;eby w&#347;r&#243;d sprowadzonych tu naukowc&#243;w nie by&#322;o psycholog&#243;w i &#380;eby Fundacja zawsze &#347;lepo pod&#261;&#380;a&#322;a kursem wytyczonym przez konieczno&#347;&#263; historyczn&#261;.

W moich badaniach opar&#322;em si&#281; w znacznej mierze na tym, co znaleziono w Krypcie Czasu.

Wiem o tym, Mis. Szkoda czasu, &#380;eby to powtarza&#263;.

Niczego nie powtarzam  wrzasn&#261;&#322; Mis  bo tego, co chc&#281; teraz powiedzie&#263;, nie ma w &#380;adnym z moich sprawozda&#324;!

Co to znaczy nie ma w sprawozdaniach?  spyta&#322; idiotycznie Indbur.  Jak pan m&#243;g&#322;

Na Galaktyk&#281;! Daj mi to powiedzie&#263; w&#322;asnymi s&#322;owami, ty obra&#380;alski konusie! Przesta&#324; si&#281; wtr&#261;ca&#263; i czepia&#263; ka&#380;dego mojego zdania, bo p&#243;jd&#281; sobie i to wszystko zwali ci si&#281; na &#322;eb. Pami&#281;taj, ty [niecenzuralne] durniu, &#380;e Fundacja wyjdzie z tego ca&#322;o, bo musi, ale je&#347;li ja st&#261;d teraz wyjd&#281;, to ty si&#281; z tego nie wykaraskasz.

Cisn&#261;&#322; kapelusz na ziemi&#281;, a&#380; posypa&#322;y si&#281; z niego zeschni&#281;te grudki b&#322;ota, wskoczy&#322; na podwy&#380;szenie, na kt&#243;rym sta&#322;o biurko, odsun&#261;&#322; gwa&#322;townie papiery i siad&#322; na jego blacie.

Indbur zastanawia&#322; si&#281; gor&#261;czkowo, czy wezwa&#263; stra&#380;, czy skorzysta&#263; z wbudowanych w biurko miotaczy. Ale ju&#380; pochyli&#322; si&#281; nad nim Mis, patrz&#261;c na niego w&#347;ciek&#322;ym wzrokiem i najlepsze, co m&#243;g&#322; zrobi&#263; w tej sytuacji, to udawa&#263;, &#380;e nic si&#281; nie sta&#322;o.

Doktorze Mis  zaczai, staraj&#261;c si&#281; nada&#263; g&#322;osowi urz&#281;dowy ton  musi pan

Zamknij si&#281;  warkn&#261;&#322; Mis gniewnie  i s&#322;uchaj. Je&#347;li to tutaj  po&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; na oprawionym w metal tomie  to moje sprawozdania, to wyrzu&#263; to. Ka&#380;de moje sprawozdanie przechodzi przez dwudziestu paru urz&#281;dnik&#243;w, zanim dotrze do ciebie, a potem wraca przez dwudziestu innych do archiwum. To znakomity system, je&#347;li nie chce si&#281; czego&#347; utrzyma&#263; w tajemnicy. A ja mam wiadomo&#347;&#263; poufn&#261;. Tak poufn&#261;, &#380;e nawet ludzie, kt&#243;rzy dla mnie pracuj&#261;, nic o tym nie wiedz&#261;. Oczywi&#347;cie to oni wykonali t&#281; prac&#281;, ale ka&#380;dy zajmowa&#322; si&#281; tylko pewnym wycinkiem, kt&#243;ry sam w sobie niewiele znaczy, a ja to z&#322;o&#380;y&#322;em do kupy. Wiesz, co to takiego Krypta Czasu?

Indbur skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, a Mis m&#243;wi&#322; dalej, komentuj&#261;c przy tym g&#322;o&#347;no i z rozbawieniem swoj&#261; sytuacj&#281;.

No c&#243;&#380;, i tak ci powiem, bo wyobra&#380;a&#322;em sobie t&#281; niemo&#380;liw&#261; sytuacj&#281; przez galaktycznie d&#322;ugi czas Czytam w twoich my&#347;lach, ty ma&#322;ostkowy kr&#281;taczu! Trzymasz ca&#322;y czas. praw&#261; r&#281;k&#281; ko&#322;o ma&#322;ego guziczka, kt&#243;ry sprowadzi tu z p&#243;&#322; tysi&#261;ca uzbrojonych stra&#380;nik&#243;w, &#380;eby mnie wyko&#324;czy&#263;, ale boisz si&#281; tego, o czym ja wiem  boisz si&#281; Kryzysu Seldona. Opr&#243;cz tego, je&#347;li tylko dotkniesz czego&#347; na biurku, to rozwal&#281; ten tw&#243;j niemo&#380;liwy &#322;eb, zanim ktokolwiek zd&#261;&#380;y mi przeszkodzi&#263;. Nawiasem m&#243;wi&#261;c ty, ten bandyta  tw&#243;j ojciec i ten pirat  tw&#243;j dziadek ju&#380; za d&#322;ugo pijecie krew z Fundacji.

To zdrada  wybe&#322;kota&#322; Indbur.

Oczywi&#347;cie, &#380;e to zdrada  zgodzi&#322; si&#281; Mis rozkoszuj&#261;c si&#281; przera&#380;eniem burmistrza  ale co na to poradzisz? Pos&#322;uchaj lepiej, co ci powiem o Krypcie Czasu. To jest to, co zbudowa&#322; tu Seldon na samym pocz&#261;tku, aby pomaga&#263; nam w ci&#281;&#380;kich chwilach. Na ka&#380;dy kryzys Seldon przygotowa&#322; sw&#243;j hologram  aby nam pomaga&#263;, wyja&#347;nia&#263; sprawy. Po raz pierwszy pojawi&#322; si&#281; w szczytowym momencie pierwszego kryzysu. Po raz drugi  tu&#380; po szcz&#281;&#347;liwym za&#380;egnaniu drugiego. Za ka&#380;dym razem byli tam nasi przodkowie, aby go wys&#322;ucha&#263;. Podczas trzeciego i czwartego kryzysu zignorowano go prawdopodobnie dlatego, &#380;e nie by&#322; potrzebny, ale wyniki ostatnich bada&#324;  kt&#243;rych nie ma w tych sprawozdaniach  wskazuj&#261; na to, &#380;e mimo wszystko ukaza&#322; si&#281; w Krypcie, i to za ka&#380;dym razem we w&#322;a&#347;ciwym czasie. Rozumiesz?

Nie czeka&#322; na odpowied&#378;. Odrzuci&#322; zmi&#281;toszone, wygas&#322;e cygaro, poszuka&#322; w kieszeni innego, wyj&#261;&#322; i zapali&#322;, Gwa&#322;townie wydmuchn&#261;&#322; dym.

Oficjalnie  m&#243;wi&#322; dalej  staram si&#281; odtworzy&#263; nauk&#281; psychohistorii. No c&#243;&#380;, &#380;aden cz&#322;owiek nie dokona tego w pojedynk&#281;, a poza tym to nie jest zadanie na sto lat. Ale mam pewne osi&#261;gni&#281;cia, je&#347;li chodzi o prostsze elementy tej wiedzy i u&#380;ywam tego jako przykrywki dla bada&#324; nad Krypt&#261; Czasu. Ot&#243;&#380; uda&#322;o mi si&#281; ustali&#263;, z prawie ca&#322;kowit&#261; pewno&#347;ci&#261;, dok&#322;adn&#261; dat&#281; najbli&#380;szego pojawienia si&#281; Hari Seldona. M&#243;wi&#261;c innymi s&#322;owy, mog&#281; ci poda&#263; dok&#322;adnie, kt&#243;rego dnia, nadchodz&#261;cy, ju&#380; pi&#261;ty kryzys Seldona osi&#261;gnie punkt krytyczny.

Ile zosta&#322;o czasu?  spyta&#322; Indbur z napi&#281;ciem.

Cztery miesi&#261;ce  oznajmi&#322; Mis z pogodn&#261; nonszalancj&#261;.  Cztery [niecenzuralne] miesi&#261;ce bez dw&#243;ch dni.

Cztery miesi&#261;ce  powiedzia&#322; Indbur z dziwn&#261; u niego porywczo&#347;ci&#261;.  To niemo&#380;liwe.

Niemo&#380;liwe, niech mnie [niecenzuralne].

Cztery miesi&#261;ce? Rozumie pan, co to znaczy? Je&#347;li kryzys osi&#261;gnie punkt szczytowy za cztery miesi&#261;ce, to znaczy, &#380;e zacz&#261;&#322; si&#281; wiele &#322;at temu.

A dlaczego nie? Czy jest takie prawo przyrody, zgodnie z kt&#243;rym proces ten musia&#322; post&#281;powa&#263; w pe&#322;nym blasku dnia?

Ale przecie&#380; nie zagra&#380;a nam nic. Nic nie wisi nad nami  Indbur prawie wykr&#281;ci&#322; sobie r&#281;k&#281; ze zdenerwowania. W nag&#322;ym przyp&#322;ywie w&#347;ciek&#322;o&#347;ci wrzasn&#261;&#322;:  Zejd&#378; wreszcie z tego biurka, &#380;ebym m&#243;g&#322; tu zrobi&#263; porz&#261;dek. Jak ja mog&#281; my&#347;le&#263; w takiej sytuacji!

Sp&#322;oszony Mis podni&#243;s&#322; si&#281; ci&#281;&#380;ko i odszed&#322; na bok.

Indbur ustawia&#322; gor&#261;czkowo przedmioty na ich w&#322;a&#347;ciwych miejscach, m&#243;wi&#261;c przy tym szybko:

Nie ma pan prawa przychodzi&#263; tu w taki spos&#243;b. Gdyby pan przedstawi&#322; swoj&#261; teori&#281;

To nie jest teoria.

Ja m&#243;wi&#281;, &#380;e to jest teoria. Gdyby przedstawi&#322; j&#261; pan w odpowiedni spos&#243;b i popar&#322; dowodami, to zosta&#322;aby skierowana do Biura Nauk Historycznych. Tam zbadano by j&#261; odpowiednio, przedstawiono mi wyniki analiz i wtedy oczywi&#347;cie podj&#281;to by odpowiednie dzia&#322;ania. W obecnym stanie rzeczy niepotrzebnie mnie pan niepokoi Aha, tutaj jest

Trzyma&#322; w r&#281;ku prze&#378;roczyst&#261;, srebrzyst&#261; kartk&#281; papieru. Potrz&#261;sn&#261;&#322; ni&#261; w kierunku psychologa.

Oto kr&#243;tkie streszczenie bie&#380;&#261;cych spraw mi&#281;dzyplanetarnych, kt&#243;re co tydzie&#324; sam przygotowuj&#281;. Niech pan s&#322;ucha podpisali&#347;my porozumienie handlowe z Mores, prowadzimy rozmowy w sprawie takiego samego porozumienia z Lyonesse, wys&#322;ali&#347;my delegacj&#281; na Bonde, &#380;eby wzi&#281;&#322;a udzia&#322; w jakich&#347; uroczysto&#347;ciach, otrzymali&#347;my z Kalgana jak&#261;&#347; skarg&#281;, kt&#243;r&#261; obiecali&#347;my si&#281; zaj&#261;&#263;, z&#322;o&#380;yli&#347;my protest przeciwko pewnym niedopuszczalnym praktykom handlowym na Aspercie i obiecano nam zaj&#261;&#263; si&#281; t&#261; spraw&#261;, i tak dalej, i tak dalej  Burmistrz przebieg&#322; wzrokiem ca&#322;&#261; list&#281;, a potem starannie w&#322;o&#380;y&#322; kartk&#281; na odpowiednie miejsce, do odpowiedniej teczki w odpowiedniej przegr&#243;dce.

M&#243;wi&#281; panu, Mis, &#380;e wszystko Wok&#243;&#322; tchnie spokojem i nie ma

W drugim, odleg&#322;ym ko&#324;cu pokoju otworzy&#322;y si&#281; nagle drzwi i wszed&#322; skromnie ubrany dostojnik. Indbur z wra&#380;enia a&#380; uni&#243;s&#322; si&#281; z krzes&#322;a. Nigdy by nie uwierzy&#322;, &#380;e tak dziwny, jakby wyre&#380;yserowany r&#281;k&#261; dramaturga, zbieg przypadk&#243;w mo&#380;e si&#281; naprawd&#281; zdarzy&#263;. Ogarn&#281;&#322;o go niemi&#322;e uczucie nierzeczywisto&#347;ci, jak zawsze wtedy, kiedy zbyt wiele dzieje si&#281; w ci&#261;gu jednego dnia. Po nag&#322;ym wtargni&#281;ciu Misa do jego sanktuarium i jego dzikich wybrykach zjawi&#322; si&#281; oto w spos&#243;b r&#243;wnie niew&#322;a&#347;ciwy, gdy&#380; niezapowiedziany, a wi&#281;c psuj&#261;cy ustalony porz&#261;dek rzeczy, jego w&#322;asny sekretarz, kt&#243;ry przecie&#380; zna obowi&#261;zuj&#261;ce zasady.

Sekretarz przykl&#281;kn&#261;&#322; i pochyli&#322; g&#322;ow&#281;.

No?!  rzek&#322; ostro Indbur.

Ekscelencjo  zacz&#261;&#322; sekretarz, zwracaj&#261;c si&#281; do pod&#322;ogi  kapitan Ha&#324; Pritcher z wywiadu, wracaj&#261;cy z Kalgana, dok&#261;d uda&#322; si&#281; wbrew pana instrukcjom, zosta&#322;, zgodnie z pana wcze&#347;niejszym poleceniem nr X20-513, aresztowany i czeka na egzekucj&#281;. Osoby mu towarzysz&#261;ce zosta&#322;y zatrzymane dla potrzeb &#347;ledztwa. Pe&#322;ny raport zosta&#322; przekazany do kartoteki.

Indbur rzek&#322; z udr&#281;k&#261; w g&#322;osie:

Otrzyma&#322;em pe&#322;ny raport! No?!

Ekscelencjo, kapitan Pritcher zameldowa&#322; o niebezpiecznych knowaniach nowego w&#322;adcy Kalgana. Zgodnie z pana wcze&#347;niejsz&#261; instrukcj&#261; nr X20-651, Pritcher nie by&#322; formalnie przes&#322;uchiwany, ale nagrano jego uwagi i przekazano pe&#322;ny raport do akt.

Indbur wrzasn&#261;&#322;:

Otrzyma&#322;em pe&#322;ny raport! No?!

Ekscelencjo, kwadrans temu otrzymali&#347;my meldunek z granicy salinnia&#324;skiej. Na terytorium Fundacji pojawi&#322;y si&#281; statki zidentyfikowane jako kalga&#324;skie. S&#261; uzbrojone. Dosz&#322;o do walk.

Sekretarz zgi&#261;&#322; si&#281; prawie we dwoje. Indbur sta&#322; bez ruchu. Mis otrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281;, podszed&#322; ci&#281;&#380;ko do sekretarza i klepn&#261;&#322; go mocno w rami&#281;.

S&#322;uchaj  rzek&#322;.  Postaraj si&#281; lepiej, &#380;eby wypu&#347;cili tego kapitana Pritchera i przyprowad&#378; go tutaj. Id&#378;!

Sekretarz wyszed&#322;, a Mis odwr&#243;ci&#322; si&#281; do burmistrza.

Chyba lepiej by by&#322;o, &#380;eby&#347; wprawi&#322; maszyneri&#281; w ruch, co? Cztery miesi&#261;ce, pami&#281;tasz?

Indbur sta&#322; jak s&#322;up soli, ze szklanym wzrokiem utkwionym w &#347;cian&#281;. Tylko jedna cz&#281;&#347;&#263; jego cia&#322;a zdawa&#322;a si&#281; nale&#380;e&#263; do istoty &#380;ywej. By&#322; to palec, kt&#243;rym Indbur kre&#347;li&#322; szybko nier&#243;wne tr&#243;jk&#261;ty po blacie stoj&#261;cego przed nim biurka.



Konfederacja

Kiedy dwadzie&#347;cia siedem niepodleg&#322;ych &#347;wiat&#243;w handlarzy, zjednoczonych tylko wsp&#243;ln&#261; niech&#281;ci&#261; do macierzystej planety, Fundacji, porozumiewa si&#281; ze sob&#261; w sprawie zwo&#322;ania powszechnej konferencji, a mieszka&#324;c&#243;w ka&#380;dego z tych &#347;wiat&#243;w rozpiera duma zrodzona z poczucia jego ma&#322;o&#347;ci i niemal wyspiarskiej izolacji, podsycana &#347;wiadomo&#347;ci&#261; nieustannie gro&#380;&#261;cego niebezpiecze&#324;stwa, to podczas rokowa&#324; wst&#281;pnych pojawiaj&#261; si&#281; trudno&#347;ci dotycz&#261;ce uzgodnienia stanowiska w sprawie tak nieistotnych drobiazg&#243;w, &#380;e nawet najbardziej zagorzali zwolennicy porozumienia zaczynaj&#261; w pewnej chwili w&#261;tpi&#263; w celowo&#347;&#263; i skuteczno&#347;&#263; swych zabieg&#243;w.

Nie wystarczy ustali&#263; z g&#243;ry takie szczeg&#243;&#322;y jak procedura g&#322;osowania i rodzaj przedstawicielstwa, czy mianowicie liczba delegat&#243;w ma by&#263; proporcjonalna do liczby &#347;wiat&#243;w, czy liczby ludno&#347;ci. Chodzi tu o presti&#380; polityczny poszczeg&#243;lnych &#347;wiat&#243;w. Nie wystarczy ustali&#263; porz&#261;dek, w jakim zasi&#261;d&#261; delegaci w sali obrad, jak i podczas obiadu. Chodzi tu o presti&#380; poszczeg&#243;lnych delegat&#243;w. A w&#322;a&#347;ciwie przede wszystkim ustali&#263; miejsce konferencji, co jest szczeg&#243;lnie trudne, je&#347;li zwa&#380;y si&#281; zatwardzia&#322;y prowincjonalizm obecnych handlarzy.

Tak wi&#281;c g&#322;&#243;wnym przedmiotem sporu by&#322;a sprawa miejsca spotkania. Ostatecznie, po d&#322;ugich targach, drog&#261; zawi&#322;ych rozm&#243;w dyplomatycznych, uda&#322;o si&#281; uzyska&#263; zgod&#281; wszystkich zainteresowanych na Radole, &#347;wiat, kt&#243;ry pewni komentatorzy ju&#380; na samym pocz&#261;tku rozm&#243;w typowali do tej roli z racji jego centralnego po&#322;o&#380;enia.

By&#322; to niewielki &#347;wiat, o prawdopodobnie najni&#380;szym potencjale militarnym spo&#347;r&#243;d wszystkich uczestnik&#243;w konferencji. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, by&#322; to czynnik, kt&#243;ry zawa&#380;y&#322; na jego wyborze.

By&#322; to &#347;wiat pasmowy, jakich wiele w Galaktyce, ale z kt&#243;rych tylko bardzo nieliczne s&#261; zamieszka&#322;e. Innymi s&#322;owy, by&#322; to &#347;wiat, kt&#243;rego jedna p&#243;&#322;kula pogr&#261;&#380;ona by&#322;a w niemo&#380;liwym do zniesienia upale, druga w takim&#380; zimnie, za&#347; strefa, w kt&#243;rej mog&#322;o rozwija&#263; si&#281; &#380;ycie, ogranicza&#322;a si&#281; do spowitego wiecznym brzaskiem pasma mi&#281;dzy oboma p&#243;&#322;kulami.

Taki &#347;wiat uwa&#380;any jest bez w&#261;tpienia za niego&#347;cinny przez wszystkich, kt&#243;rzy tam nie byli, ale istniej&#261; tam strategicznie dobrze po&#322;o&#380;one miejsca i w takim w&#322;a&#347;nie miejscu znajdowa&#322;o si&#281; miasto Radole.

Rozci&#261;ga&#322;o si&#281; ono u podn&#243;&#380;a &#322;agodnie opadaj&#261;cych wzg&#243;rz, za kt&#243;rymi ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; pot&#281;&#380;ny &#322;a&#324;cuch g&#243;rski odgradzaj&#261;cy je od p&#243;&#322;kuli zimnej i powstrzymuj&#261;cy nap&#243;r lodowca. Z drugiej strony nap&#322;ywa&#322;o ciep&#322;e, suche powietrze p&#243;&#322;s&#322;o&#324;ca. Wod&#281; sprowadzano ruroci&#261;giem z g&#243;r. Po&#322;o&#380;one mi&#281;dzy dwoma skrajnie przeciwstawnymi i skrajnie niego&#347;cinnymi p&#243;&#322;kulami, miasto Radole sta&#322;o si&#281; kwitn&#261;cym ogrodem sk&#261;panym w wiecznym poranku pi&#281;knego czerwcowego dnia.

Ka&#380;dy dom nurza&#322; si&#281; w morzu kwiat&#243;w wspaniale rozwijaj&#261;cych si&#281; w tym &#322;agodnym klimacie. Ka&#380;dy ogr&#243;d by&#322; poletkiem do&#347;wiadczalnym, na kt&#243;rym ros&#322;y luksusowe ro&#347;liny o fantastycznych kszta&#322;tach, kt&#243;rych eksport przynosi&#322; wysokie zyski. W tych warunkach Radole, z typowego &#347;wiata handlarskiego, przeistoczy&#322;o si&#281; niemal ca&#322;kowicie w &#347;wiat rolniczy.

Tak wi&#281;c Radole by&#322;o rajskim ogrodem  oaz&#261; &#380;ycia, komfortu i sielsko&#347;ci na tej strasznej planecie. R&#243;wnie&#380; i ten czynnik wzi&#281;to pod uwag&#281; przy wyborze Radole na miejsce konferencji.

Zjechali si&#281; go&#347;cie z pozosta&#322;ych dwudziestu sze&#347;ciu &#347;wiat&#243;w handlarskich  delegaci z &#380;onami, sekretarze, dziennikarze i za&#322;ogi ich statk&#243;w, i ludno&#347;&#263; Radole niemal si&#281; podwoi&#322;a. Ledwie uda&#322;o si&#281; wszystkich pomie&#347;ci&#263;. Jedzono i pito do woli, i w og&#243;le nie spano.

Mimo to, tylko niewielu spo&#347;r&#243;d tych hulak&#243;w nie zdawa&#322;o sobie sprawy z faktu, &#380;e ca&#322;y ten sektor Galaktyki pogr&#261;&#380;a si&#281; z wolna w dziwnej, cichej, jakby sennej wojnie. Tych, kt&#243;rzy byli &#347;wiadomi tego stanu rzeczy, mo&#380;na by podzieli&#263; na trzy grupy. Do pierwszej, najliczniejszej, nale&#380;eli ludzie, kt&#243;rzy co prawda wiedzieli niewiele, ale za to byli bardzo pewni siebie

Jednym z nich by&#322; m&#322;ody pilot z wst&#261;&#380;k&#261; o znakach Haven przymocowan&#261; do sprz&#261;czki czapki, kt&#243;ry podni&#243;s&#322;szy szklank&#281; do oczu zdo&#322;a&#322; poprzez ni&#261; uchwyci&#263; u&#347;miech radola&#324;skiej dziewczyny siedz&#261;cej naprzeciw niego.

Lec&#261;c tutaj znale&#378;li&#347;my si&#281; w strefie ogarni&#281;tej wojn&#261;  m&#243;wi&#322;.  Specjalnie lecieli&#347;my na ja&#322;owym biegu przez minut&#281; &#347;wietln&#261; albo co&#347; ko&#322;o tego tu&#380; obok Horleggora

Horleggora?  wpad&#322; mu w s&#322;owa d&#322;ugonogi tubylec, kt&#243;ry pe&#322;ni&#322; rol&#281; gospodarza tego zebrania.  To jest to miejsce, gdzie Mu&#322; dosta&#322; &#322;upnia w ubieg&#322;ym tygodniu, tak?

Gdzie to s&#322;ysza&#322;e&#347;?  spyta&#322; z ironicznym u&#347;mieszkiem pilot.

Fundacja poda&#322;a przez radio

Tak? No to przyjmij do wiadomo&#347;ci, &#380;e Mu&#322; zdoby&#322; Horleggor. O ma&#322;y w&#322;os nadzialiby&#347;my si&#281; na konw&#243;j jego statk&#243;w, kt&#243;re stamt&#261;d wraca&#322;y. Kiedy si&#281; zostaje na miejscu walki, a ten, co niby da&#322; &#322;upnia, zwiewa co si&#322; w maszynach, to nie jest dawanie &#322;upnia.

Odezwa&#322; si&#281; na to wysoki, niewyra&#378;ny g&#322;os:

Nie opowiadaj takich rzeczy. Na pocz&#261;tku Fundacja zawsze dostaje po szcz&#281;ce. Zobaczysz, co b&#281;dzie dalej. Tylko siadaj i patrz. Fundacja wie, kiedy ma wr&#243;ci&#263;. A wtedy  trzask, i po wszystkim!  zako&#324;czy&#322; r&#243;wnie niewyra&#378;nie stoj&#261;cy dalej m&#281;&#380;czyzna i wyszczerzy&#322; z&#281;by w t&#281;pym u&#347;miechu.

W ka&#380;dym razie  odezwa&#322; si&#281; po kr&#243;tkim milczeniu pilot z Haven  widzieli&#347;my, jak m&#243;wi&#322;em, statki Mu&#322;a i wygl&#261;da&#322;y zupe&#322;nie porz&#261;dnie, zupe&#322;nie porz&#261;dnie. I wiecie, co powiem? Wygl&#261;da&#322;y na zupe&#322;nie nowe.

Nowe?  spyta&#322; ze zdziwieniem krajowiec.  Sami je buduj&#261;?  Zerwa&#322; li&#347;&#263; ze zwisaj&#261;cej mu nad g&#322;ow&#261; ga&#322;&#281;zi, pow&#261;cha&#322; go delikatnie, w&#322;o&#380;y&#322; do ust i rozgryz&#322;. Z li&#347;cia pociek&#322; zielony sok, pachn&#261;cy mi&#281;t&#261;. Powiedzia&#322; &#380;uj&#261;c:

Chcesz mi wm&#243;wi&#263;, &#380;e bij&#261; statki Fundacji za pomoc&#261; pude&#322; domowej roboty? Mo&#380;esz sobie gada&#263;.

Widzieli&#347;my je, m&#261;dralo. A ja potrafi&#281; odr&#243;&#380;ni&#263; statek od komety.

Tubylec pochyli&#322; si&#281; nad nim.

Wiesz, o co mi chodzi. S&#322;uchaj, nie udawaj dzieciaka. Wojny nie zaczynaj&#261; si&#281; bez powodu mamy paru bystrzach&#243;w, kt&#243;rzy si&#281; tym zajmuj&#261;. Oni wiedz&#261;, co robi&#261;.

Ten, kt&#243;ry mia&#322; ju&#380; w czubie, odezwa&#322; si&#281; znowu, niespodziewanie g&#322;o&#347;no:

Tylko patrz na Fundacj&#281;. Czekaj&#261; do ostatniej chwili, a potem  trzask!  rozdziawi&#322; g&#281;b&#281; w u&#347;miechu i patrzy&#322; m&#281;tnym wzrokiem na dziewczyn&#281;, kt&#243;ra szybko odsun&#281;&#322;a si&#281; dalej.

Mo&#380;e my&#347;lisz, stary zaczai Radola&#324;czyk  &#380;e to ten Mu&#322; wszystko nakr&#281;ci&#322;, co? Nic z tego!  pomacha&#322; przecz&#261;co palcem.  Z tego, co s&#322;ysza&#322;em, i to uwa&#380;aj od kogo&#347; z g&#243;ry, on jest naszym cz&#322;owiekiem. Dajemy mu fors&#281; i prawdopodobnie budujemy dla niego statki. My&#347;lmy rozs&#261;dnie  prawdopodobnie to nasza robota. Jasne, na d&#322;u&#380;sz&#261; met&#281; nie da rady z Fundacj&#261;, ale mo&#380;e ich os&#322;abi&#263;, a kiedy to zrobi, my wkroczymy do akcji.

Nie potrafisz m&#243;wi&#263; o niczym  innym, tylko o wojnie, Klev? Nie mog&#281; ju&#380; tego s&#322;ucha&#263;  odezwa&#322;a si&#281; dziewczyna.

Pilot z Haven w nag&#322;ym przyp&#322;ywie galanterii zaproponowa&#322;:

Zmie&#324; temat. Nie mo&#380;na nudzi&#263; dziewczyn. Zalany go&#347;&#263; zacz&#261;&#322; co&#347; &#347;piewa&#263;, stukaj&#261;c do rytmu kuflem. Potworzy&#322;y si&#281; pary, kt&#243;re ze &#347;miechem i chichotem zacz&#281;&#322;y gdzie&#347; znika&#263;, a z solarium w oddali wy&#322;oni&#322;o si&#281; kilka innych par.

Rozmowa zacz&#281;&#322;a si&#281; obraca&#263; wok&#243;&#322; bardziej og&#243;lnych, bardziej zr&#243;&#380;nicowanych i mniej istotnych temat&#243;w.

Do drugiej grupy nale&#380;eli ci, kt&#243;rzy wiedzieli wi&#281;cej i byli mniej pewni siebie.

Jednym z nich by&#322; jednor&#281;ki Fra&#324;, kt&#243;ry reprezentowa&#322; Haven jako oficjalny delegat, i w konsekwencji prowadzi&#322; teraz intensywne &#380;ycie, zawieraj&#261;c nowe znajomo&#347;ci  z kobietami, kiedy m&#243;g&#322;, i z m&#281;&#380;czyznami, kiedy musia&#322;.

Po raz pierwszy i, jak si&#281; potem okaza&#322;o, przedostatni podczas swego pobytu na Radole odetchn&#261;&#322; troch&#281; od swych zaj&#281;&#263; na tarasie s&#322;onecznym znajduj&#261;cego si&#281; na szczycie wzg&#243;rza domu, kt&#243;ry nale&#380;a&#322; do jednego z jego nowych znajomych. Owym znajomym by&#322; Iwo Lyon, bratnia dusza z Radole. Dom lwa znajdowa&#322; si&#281; nieco na uboczu, z dala od centrum miasta. Wok&#243;&#322; pachnia&#322;y kwiaty i brz&#281;cza&#322;y owady. Taras s&#322;oneczny znajdowa&#322; si&#281; na trawiastym zboczu nachylonym pod k&#261;tem czterdziestu pi&#281;ciu stopni do poziomu. Na tym to w&#322;a&#347;nie zboczu wyci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; Fra&#324; i z zadowoleniem wygrzewa&#322; si&#281; w promieniach s&#322;o&#324;ca.

Nie mamy nic takiego na Haven  powiedzia&#322;.

Widzia&#322;e&#347; kiedy zimn&#261; stron&#281;?  odpar&#322; sennym g&#322;osem Iwo.  Dwadzie&#347;cia mil st&#261;d jest takie miejsce, gdzie tlen p&#322;ynie jak woda.

Eee tam!

Naprawd&#281;.

. Co&#347; ci powiem, Iwo W dawnych czasach, no wiesz, kiedy jeszcze mia&#322;em drug&#261; r&#281;k&#281; nie uwierzysz w to, ale  opowie&#347;&#263; by&#322;a d&#322;uga, i Iwo rzeczywi&#347;cie nie m&#243;g&#322; w ni&#261; uwierzy&#263;. Rzek&#322; ziewaj&#261;c:

Nie ma ju&#380; takich facet&#243;w jak dawniej, taka jest prawda.

My&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;. Co?  Fra&#324; poderwa&#322; si&#281; nagle.  Nie m&#243;w tak. Opowiada&#322;em ci o moim synu, nie? On jest ze starej szko&#322;y, je&#347;li ci o to chodzi. B&#281;dzie z niego wielki handlarz. Niech mnie miotacz trafi! On jest taki sam jak ja. Dok&#322;adnie taki sam, z t&#261; r&#243;&#380;nic&#261;, &#380;e jest &#380;onaty.

Co ty powiesz? Kontrakt na papierze?

Tak jest. Sam w tym nie widz&#281; sensu. Polecieli na Kalgan w podr&#243;&#380; po&#347;lubn&#261;.

Kalgan? Kalgan? A gdzie to jest, na Galaktyk&#281;?

Fra&#324; u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szeroko i rzek&#322; wolno i z naciskiem:

Kr&#243;tko przed tym, jak Mu&#322; wypowiedzia&#322; Fundacji wojn&#281;.

Ach tak?

Fra&#324; skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i ruchem r&#281;ki wskaza&#322; Iwowi, &#380;eby si&#281; do niego przybli&#380;y&#322;. Rzek&#322; ochryple:

Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, mog&#281; ci co&#347; powiedzie&#263;, je&#347;li nie pu&#347;cisz tego dalej. Wys&#322;ali&#347;my mojego ch&#322;opaka na Kalgan w pewnym celu. Nie chcia&#322;bym teraz m&#243;wi&#263; o co chodzi&#322;o, rozumiesz, ale je&#347;li rozejrzysz si&#281; w sytuacji to chyba sam zgadniesz. W ka&#380;dym razie, m&#243;j ch&#322;opak w tej sytuacji nadawa&#322; si&#281; do tego. My, handlarze, potrzebowali&#347;my jakiej&#347; awantury u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; chytrze. No i mamy awantur&#281;. Nie powiem, jak to zrobili&#347;my, ale m&#243;j ch&#322;opak polecia&#322; na Kalgan i Mu&#322; wys&#322;a&#322; swoje statki. M&#243;j syn!

S&#322;owa Frana wywar&#322;y na lwie odpowiednie wra&#380;enie. Teraz on zrobi&#322; tajemnicz&#261; min&#281; i powiedzia&#322;:

To dobrze. Wiesz, m&#243;wi&#261;, &#380;e mamy pi&#281;&#263;set statk&#243;w, kt&#243;re s&#261; gotowe, &#380;eby we w&#322;a&#347;ciwej chwili wkroczy&#263; do akcji.

Fra&#324; rzek&#322; autorytatywnie:

Mo&#380;e nawet wi&#281;cej. To jest prawdziwa strategia. To lubi?  podrapa&#322; si&#281; ha&#322;a&#347;liwie po brzuchu.

Ale nie zapominaj, &#380;e ten Mu&#322; te&#380; nie jest w ciemi&#281; bity. Niepokoi mnie to, co zdarzy&#322;o si&#281; w Horleggorze.

S&#322;ysza&#322;em, &#380;e straci&#322; ko&#322;o dziesi&#281;ciu statk&#243;w.

Tak, ale mia&#322; sto innych i Fundacja musia&#322;a si&#281; wycofa&#263;. To dobrze, &#380;e ci tyrani dostaj&#261; w sk&#243;r&#281;, ale troch&#281; to za szybko idzie  potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Zadaj&#281; sobie pytanie, sk&#261;d Mu&#322; bierze statki? Kr&#261;&#380;&#261; plotki, &#380;e to my je dla niego robimy.

My? Handlarze? Ze wszystkich niezale&#380;nych &#347;wiat&#243;w Haven ma najwi&#281;ksze zak&#322;ady robi&#261;ce statki, a nie zbudowali&#347;my dla niego nawet jednego. Przypuszczasz, &#380;e jaki&#347; &#347;wiat buduje na w&#322;asn&#261; r&#281;k&#281; flot&#281; dla Mu&#322;a, maj&#261;c gdzie&#347; zasad&#281; wsp&#243;lnej akcji i lekcewa&#380;&#261;c &#347;rodki ostro&#380;no&#347;ci? To bajka!

No to sk&#261;d on je bierze? Fra&#324; wzruszy&#322; ramionami.

Przypuszczam, &#380;e sam je robi. I to mnie te&#380; niepokoi.

Fra&#324; zamruga&#322; powiekami i zacisn&#261;&#322; palce st&#243;p na g&#322;adkim drewnie wypolerowanego podn&#243;&#380;ka. Powoli zapad&#322; w sen i jego ciche pochrapywanie zmiesza&#322;o si&#281; z brz&#281;czeniem i cykaniem owad&#243;w.

Na koniec, by&#322;a nieliczna grupa, zaledwie par&#281; os&#243;b, kt&#243;re orientowa&#322;y si&#281; dobrze w sytuacji i kt&#243;re nie mia&#322;y nawet najmniejszej pewno&#347;ci co do tego, jak sprawy potocz&#261; si&#281; dalej.

Nale&#380;a&#322; do nich Randu, kt&#243;ry pi&#261;tego dnia obrad wkroczy&#322; do sali g&#322;&#243;wnej, gdzie czeka&#322;o na niego dw&#243;ch zaproszonych na spotkanie m&#281;&#380;czyzn. Pi&#281;&#263;set miejsc by&#322;o pustych i mia&#322;o takimi pozosta&#263; podczas ich rozmowy.

Randu rzek&#322; szybko, zanim jeszcze zd&#261;&#380;y&#322; usi&#261;&#347;&#263;:

My trzej reprezentujemy prawie po&#322;ow&#281;, potencja&#322;u militarnego Niepodleg&#322;ych &#346;wiat&#243;w Handlarzy.

Tak  odpar&#322; Mangin z Iss  m&#243;j kolega i ja w&#322;a&#347;nie rozmawiali&#347;my o tym.

Got&#243;w jestem  powiedzia&#322; Randu  m&#243;wi&#263; otwarcie i szczerze. Nie interesuje mnie targowanie si&#281; ani &#380;adne sztuczki. Nasza sytuacja radykalnie si&#281; pogorszy&#322;a.

W wyniku  chcia&#322; wiedzie&#263; dok&#322;adnie Ovall Gri z Mnemona.

Wydarze&#324; ostatniej godziny. Prosz&#281;? Zacznijmy od pocz&#261;tku. Po pierwsze, nasza sytuacja nie jest wynikiem naszych dzia&#322;a&#324; i w&#261;tpliwe jest, czy jeste&#347;my w stanie j&#261; kontrolowa&#263;. Pierwotnie weszli&#347;my w uk&#322;ady nie z Mu&#322;em, ale z innymi, w szczeg&#243;lno&#347;ci z by&#322;ym w&#322;adc&#261; Kalgana, kt&#243;rego Mu&#322; pobi&#322; w najbardziej nieodpowiednim dla nas momencie.

Zgoda, ale ten Mu&#322; nie&#378;le go zast&#281;puje  powiedzia&#322; Mangin.  Nie dbam o szczeg&#243;&#322;y.

Mo&#380;e zaczniesz, kiedy dowiesz si&#281; o wszystkich szczeg&#243;&#322;ach.  Randu pochyli&#322; si&#281; nad sto&#322;em i roz&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce.

Miesi&#261;c temu  powiedzia&#322;  wys&#322;a&#322;em na Kalgan swego bratanka i jego &#380;on&#281;.

Swego bratanka! zawo&#322;a&#322; zaskoczony Ovall Gri.  Nie wiedzia&#322;em, &#380;e on jest twoim bratankiem.

W jakim celu?  spyta&#322; sucho Mangin.  Po to?  i zatoczy&#322; kciukiem k&#243;&#322;ko w powietrzu.

Nie. Je&#347;li masz na my&#347;li wojn&#281; Mu&#322;a z Fundacj&#261;, to nie. Jak m&#243;g&#322;bym mierzy&#263; tak wysoko! M&#243;j bratanek nic nie wiedzia&#322;  ani o naszej organizacji, ani o naszych zamiarach. Powiedzia&#322;em mu, &#380;e jestem zwyk&#322;ym cz&#322;onkiem wewn&#261;trzhave&#324;skiego stowarzyszenia patriotycznego. Na Kalganie mia&#322; tylko przyjrze&#263; si&#281; sytuacji i nic wi&#281;cej. Musz&#281; przyzna&#263;, &#380;e sam nie bardzo wiedzia&#322;em, czego chc&#281;. Przede wszystkim, chcia&#322;em si&#281; dowiedzie&#263; czego&#347; wi&#281;cej o Mule. Mu&#322; to dziwny fenomen, ale to sprawa dobrze znana, nie b&#281;d&#281; si&#281; zag&#322;&#281;bia&#322; w t&#281; kwesti&#281;. Po drugie, by&#322;aby to interesuj&#261;ca i kszta&#322;c&#261;ca lekcja dla cz&#322;owieka, kt&#243;ry pozna&#322; Fundacj&#281;, mia&#322; kontakty z jej podziemiem i z kt&#243;rym wi&#261;zali&#347;my pewne nadzieje na przysz&#322;o&#347;&#263;. Widzicie

D&#322;uga twarz Ovalla rozci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; jeszcze bardziej, kiedy wyszczerzy&#322; w u&#347;miechu swe du&#380;e z&#281;by:

Musia&#322; ci&#281; wi&#281;c zaskoczy&#263; rezultat jego misji, bo my&#347;l&#281;, &#380;e nie ma ani jednego handlarza, kt&#243;ry by nie wiedzia&#322;, &#380;e ten tw&#243;j. bratanek porwa&#322; fagasa Mu&#322;a, podaj&#261;c si&#281; za obywatela Fundacji i da&#322; mu w ten spos&#243;b pretekst do wypowiedzenia wojny. Na Galaktyk&#281;, Randu, opowiadasz nam bajki. Trudno mi uwierzy&#263;, &#380;e nie macza&#322;e&#347; w tym palc&#243;w. No, &#347;mia&#322;o, to by&#322;a dobra robota.

Randu potrz&#261;sn&#261;&#322; siw&#261; g&#322;ow&#261;.

Ale nie moja. Ani mojego bratanka, kt&#243;ry jest teraz wi&#281;&#378;niem Fundacji i mo&#380;e nie do&#380;y&#263; dnia, kiedy ta dobra robota zostanie wykonana do ko&#324;ca. Na pewno nie zrobi&#322; tego rozmy&#347;lnie. W&#322;a&#347;nie dosta&#322;em od niego wiadomo&#347;&#263;. Jakim&#347; sposobem uda&#322;o mu si&#281; przemyci&#263; kapsu&#322;k&#281; osobist&#261;. Przedosta&#322;a si&#281; przez obszar ogarni&#281;ty wojn&#261;, dotar&#322;a na Haven, a stamt&#261;d tutaj. By&#322;a miesi&#261;c w drodze.

No i?

Randu po&#322;o&#380;y&#322; ci&#281;&#380;k&#261; d&#322;o&#324; na grzbiecie drugiej i powiedzia&#322;:

Obawiam si&#281;, &#380;e czeka nas ten sam los, co by&#322;ego w&#322;adc&#281; Kalgana. Mu&#322; jest mutantem!

Po jego s&#322;owach zapad&#322;a g&#322;ucha cisza. Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e s&#322;ycha&#263; przy&#347;pieszone bicie serc. W ka&#380;dym razie Randu m&#243;g&#322; to sobie &#322;atwo wyobrazi&#263;.

W ko&#324;cu odezwa&#322; si&#281; Mangin. Jego g&#322;os nie zdradza&#322; &#380;adnych emocji.

Sk&#261;d o tym wiesz?

Tylko st&#261;d, &#380;e tak twierdzi m&#243;j bratanek, ale on by&#322; na Kalganie.

A jaki to mutant? S&#261; r&#243;&#380;ne rodzaje, wiesz. Randu opanowa&#322; zniecierpliwienie.

Tak, Mangin, s&#261; r&#243;&#380;ne rodzaje R&#243;&#380;ne! Ale Mu&#322; jest jedyny w swoim rodzaju. Jaki mo&#380;e by&#263; mutant, kt&#243;ry zacz&#261;&#322; od zera, zebra&#322; armi&#281;, za&#322;o&#380;y&#322;, jak m&#243;wi&#261;, pierwsz&#261; baz&#281; na pi&#281;ciomilowym asteroidzie, zaj&#261;&#322; jedn&#261; planet&#281;, potem ca&#322;y system, potem rejon  a potem zaatakowa&#322; Fundacj&#281; i pobi&#322; j&#261; na Horleggorze. I to wszystko w ci&#261;gu dw&#243;ch czy trzech lat!

Ovall Gri wzruszy&#322; ramionami.

A wi&#281;c uwa&#380;asz, &#380;e on pokona Fundacj&#281;?

Nie wiem. Ale za&#322;&#243;&#380;my, &#380;e tak. Co wtedy?

Przykro mi, ale nie mog&#281; przyj&#261;&#263; takiej mo&#380;liwo&#347;ci. Fundacji nie mo&#380;na pokona&#263;. S&#322;uchaj, nie mamy &#380;adnych dowod&#243;w opr&#243;cz o&#347;wiadczenia hmm niedo&#347;wiadczonego ch&#322;opaka. Mo&#380;e na razie to od&#322;o&#380;ymy. Mimo tych wszystkich zwyci&#281;stw Mu&#322;a nie martwili&#347;my si&#281; do tej pory i dop&#243;ki nie osi&#261;gnie wi&#281;cej, ni&#380; mu si&#281; dot&#261;d uda&#322;o, nie widz&#281; powodu, &#380;eby&#347;my musieli zmieni&#263; nasz stosunek. Tak czy nie?

Randu zachmurzy&#322; si&#281;. Zdawa&#322; sobie spraw&#281; ze s&#322;abo&#347;ci swoich argument&#243;w. Zapyta&#322; obu:

Uda&#322;o nam si&#281; ju&#380; nawi&#261;za&#263; jaki&#347; kontakt z Mu&#322;em?

Nie  odparli obydwaj.

Ale przecie&#380; pr&#243;bowali&#347;my, prawda? Zgodzicie si&#281; te&#380; chyba, &#380;e nasze spotkanie nie ma wielkiego sensu, dop&#243;ki si&#281; z nim nie porozumiemy, co? Jest te&#380; prawd&#261;, &#380;e do tej pory wi&#281;cej pili&#347;my, ni&#380; robili&#347;my i by&#322;o wi&#281;cej uwodzenia ni&#380; my&#347;lenia  cytuj&#281; artyku&#322; wst&#281;pny w dzisiejszej Trybunie Radola&#324;skiej  a wszystko dlatego, &#380;e nie uda&#322;o nam si&#281; nawi&#261;za&#263; kontaktu z Mu&#322;em. Panowie, mamy blisko tysi&#261;c statk&#243;w czekaj&#261;cych tylko na odpowiedni moment, aby przyst&#261;pi&#263; do walki i przechwyci&#263; w&#322;adz&#281; nad Fundacj&#261;. Uwa&#380;am, &#380;e powinni&#347;my te tysi&#261;c statk&#243;w rzuci&#263; do walki ju&#380; teraz  przeciw Mu&#322;owi!

To znaczy, w obronie tego tyrana Indbura i krwiopijc&#243;w z Fundacji, tak?  spyta&#322; zjadliwie Mangin. Randu podni&#243;s&#322; zm&#281;czon&#261; d&#322;o&#324;.

Oszcz&#281;d&#378; sobie tych okre&#347;le&#324;. M&#243;wi&#281;  przeciw Mu&#322;owi, mniejsza o to w czyjej obronie.

Ovall Gri podni&#243;s&#322; si&#281;.

Randu, nie chc&#281; mie&#263; z tym nic wsp&#243;lnego. Przedstaw to dzi&#347; wieczorem  ca&#322;ej radzie, je&#347;li koniecznie chcesz pope&#322;ni&#263; samob&#243;jstwo polityczne.

Wyszed&#322; bez s&#322;owa. Za nim w milczeniu ruszy&#322; Mangin. Randu zosta&#322; sam i przez godzin&#281; bi&#322; si&#281; z my&#347;lami.

Wieczorem, w czasie posiedzenia rady, nie rzek&#322; nic.

Nast&#281;pnego ranka do jego pokoju wpad&#322; gwa&#322;townie Ovall Gri. Ovall Gri by&#322; w stroju niekompletnym, nieogolony i nieuczesany.

Randu, kt&#243;ry sko&#324;czy&#322; w&#322;a&#347;nie je&#347;&#263; &#347;niadanie i siedzia&#322; za nieuprz&#261;tni&#281;tym jeszcze sto&#322;em, podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i z wra&#380;enia upu&#347;ci&#322; fajk&#281;.

Mnemon zosta&#322; bez uprzedzenia zaatakowany z przestrzeni i zbombardowany  rzek&#322; ochryp&#322;ym g&#322;osem Ovall.

Randu zmru&#380;y&#322; oczy.  Fundacja?  spyta&#322;.

Mu&#322;!  krzykn&#261;&#322; Ovall.  Mu&#322;! Nie dali&#347;my mu &#380;adnego pretekstu  ci&#261;gn&#261;&#322; gor&#261;czkowo.  Atak by&#322; dobrze przygotowany. Wi&#281;ksza cz&#281;&#347;&#263; naszej floty przy&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; do si&#322; mi&#281;dzyplanetarnych. Eskadra, kt&#243;ra zosta&#322;a dla obrony kraju, by&#322;a za s&#322;aba i zosta&#322;a dos&#322;ownie zdmuchni&#281;ta. Na razie nie by&#322;o jeszcze &#380;adnego desantu, i mo&#380;e nie b&#281;dzie, bo wed&#322;ug raport&#243;w po&#322;owa napastnik&#243;w zosta&#322;a zniszczona, ale mamy wojn&#281; i przyszed&#322;em si&#281; zapyta&#263;, jakie stanowisko zajmie w tej sprawie Haven.

Jestem pewien, &#380;e Haven dotrzyma zobowi&#261;za&#324; wynikaj&#261;cych z Karty Federacji. Ale pami&#281;tasz, co wczoraj m&#243;wi&#322;em? Teraz przysz&#322;a kolej na nas.

Ten Mu&#322; to szaleniec. Chce walczy&#263; z ca&#322;ym wszech&#347;wiatem?  Ovall podszed&#322; niepewnym krokiem do sto&#322;u, usiad&#322; i chwyci&#322; Randu za r&#281;k&#281;.  Ci z naszych, kt&#243;rzy wyszli z tego ca&#322;o, donosz&#261;, &#380;e Mu&#322; &#380;e nieprzyjaciel dysponuje now&#261; broni&#261;. Depresorem pola j&#261;drowego.

Czym?

Wi&#281;kszo&#347;&#263; statk&#243;w stracili&#347;my dlatego, &#380;e nie mo&#380;na by&#322;o odpali&#263; dzia&#322;. To nie mog&#322;o by&#263; dzie&#322;em przypadku ani wynikiem sabota&#380;u. Musia&#322;a zadzia&#322;a&#263; nowa bro&#324; Mu&#322;a. Nie jest doskona&#322;a, w paru przypadkach zawiod&#322;a i s&#261; sposoby zneutralizowania jej dzia&#322;ania nie mam dok&#322;adnych danych. Ale ta bro&#324; mo&#380;e zupe&#322;nie zmieni&#263; charakter wojny i niewykluczone, &#380;e ca&#322;a nasza flota oka&#380;e si&#281; przestarza&#322;a.

Randu poczu&#322; si&#281; naraz starym, zm&#281;czonym cz&#322;owiekiem. Rzek&#322; z bezradn&#261; min&#261;:

Obawiam si&#281;, &#380;e pojawi&#322; si&#281; potw&#243;r, kt&#243;ry po&#380;re nas wszystkich. Ale nie poddamy si&#281; bez walki.



Wizjofon

Dom Eblinga Misa, znajduj&#261;cy si&#281; w nie nazbyt wytwornej dzielnicy Terminusa, by&#322; dobrze znany w kr&#281;gach intelektualist&#243;w, literat&#243;w i w miar&#281; oczytanej publiczno&#347;ci. Jego najbardziej oryginalne cechy szczeg&#243;lne zale&#380;a&#322;y od rodzaju po&#347;wi&#281;conej mu publikacji czy audycji. Dla refleksyjnie nastawionego biografa dom ten by&#322; symbolem ucieczki od prozaicznej rzeczywisto&#347;ci w sfer&#281; nauki, redaktor kroniki towarzyskiej w gazecie rozwodzi&#322; si&#281; nad jego typowo m&#281;sk&#261; atmosfer&#261; beztroskiego nie&#322;adu, profesor uniwersytetu okre&#347;la&#322; go kr&#243;tko jako zawalony ksi&#261;&#380;kami, przyjaciel Misa spoza uniwersytetu twierdzi&#322;, &#380;e zawsze mo&#380;na si&#281; tu napi&#263; i po&#322;o&#380;y&#263; nogi na kanapie, natomiast jowialny komentator tygodniowego przegl&#261;du wydarze&#324; w kolorze m&#243;wi&#322; o prosto urz&#261;dzonych, niepretensjonalnych apartamentach kln&#261;cego jak szewc, lewicuj&#261;cego, &#322;ysiej&#261;cego Eblinga Misa.

Dla Bayty, kt&#243;ra nie musia&#322;a troszczy&#263; si&#281; o to, jaki opis wywrze najwi&#281;ksze wra&#380;enie na publiczno&#347;ci, i kt&#243;ra mia&#322;a t&#281; przewag&#281; nad innymi, &#380;e mog&#322;a si&#281; o wygl&#261;dzie jego wn&#281;trza przekona&#263; naocznie, by&#322; on po prostu zaniedbany.

Z wyj&#261;tkiem kilku pierwszych dni pobyt w areszcie znosi&#322;a do&#347;&#263; dobrze. W ka&#380;dym razie o wiele lepiej ni&#380; to p&#243;&#322;godzinne czekanie na psychologa  by&#263; mo&#380;e pod czujn&#261; obserwacj&#261;. Wtedy przynajmniej by&#322; przy niej Toran

Mo&#380;e znosi&#322;aby nawet gorzej to oczekiwanie i napi&#281;cie, gdyby nie widok Magnifica, kt&#243;rego sm&#281;tnie zwieszony nos wskazywa&#322; na zupe&#322;ne przygn&#281;bienie.

Magnifico skurczy&#322; si&#281; i podci&#261;gn&#261;&#322; swe szczud&#322;owate nogi pod sam&#261; brod&#281;, jakby chcia&#322; si&#281; zapa&#347;&#263; sam w siebie i znikn&#261;&#263;, i Bayta nie mog&#322;a si&#281; powstrzyma&#263;, by go nie pog&#322;adzi&#263; po ramieniu, dodaj&#261;c mu otuchy. Magnifico wzdrygn&#261;&#322; si&#281; pod dotykiem jej r&#281;ki, ale zaraz si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;.

No widzisz, pani, wygl&#261;da na to, &#380;e moje cia&#322;o kpi sobie z wiedzy, kt&#243;r&#261; ma m&#243;j umys&#322;, i w dalszym ci&#261;gu, na widok obcej r&#281;ki, kuli si&#281; przed ciosem.

Nie ma si&#281; czego l&#281;ka&#263;, Magnifico. Jestem z tob&#261; i nie pozwol&#281; nikomu ci&#281; zrani&#263;.

B&#322;azen spojrza&#322; na ni&#261; k&#261;tem oka, a potem szybko odwr&#243;ci&#322; wzrok.

Ale przedtem trzymali mnie z dala od ciebie i od twego &#322;askawego m&#281;&#380;a i, s&#322;owo daj&#281;, mo&#380;esz si&#281; &#347;mia&#263;, ale czu&#322;em si&#281; samotny i bez przyjaci&#243;&#322;.

To nie jest &#347;mieszne. Mnie te&#380; ciebie brakowa&#322;o.

Twarz b&#322;azna poja&#347;nia&#322;a. Obj&#261;&#322; cia&#347;niej swoje nogi.  Nie znasz, pani, tego cz&#322;owieka, kt&#243;ry chce nas widzie&#263;?  spyta&#322; ostro&#380;nie.

Nie. Ale to s&#322;awna posta&#263;. Widzia&#322;am go w telewizji i du&#380;o o nim s&#322;ysza&#322;am. My&#347;l&#281;, Magnifico, &#380;e to dobry cz&#322;owiek i nie wyrz&#261;dzi nam krzywdy.

Naprawd&#281;?  b&#322;azen poruszy&#322; si&#281; niespokojnie.  By&#263; mo&#380;e, pani, ale on ju&#380; mnie przepytywa&#322; i zachowuje si&#281; tak gwa&#322;townie i ha&#322;a&#347;liwie, &#380;e trz&#281;s&#281; si&#281; ze strachu. U&#380;ywa takich dziwnych s&#322;&#243;w, &#380;e odpowiedzi nie mog&#322;y mi przej&#347;&#263; przez gard&#322;o. Przypomnia&#322; mi si&#281; od razu pewien &#322;garz, kt&#243;ry bawi&#261;c si&#281; moj&#261; niewiedz&#261; m&#243;wi&#322;, &#380;e w takich chwilach serce staje w gardle i nie mo&#380;na wykrztusi&#263; s&#322;owa. Tak w&#322;a&#347;nie si&#281; czu&#322;em.

Tym razem b&#281;dzie inaczej. On jest jeden, a nas dwoje. Nie uda mu si&#281; przerazi&#263; nas obojga, prawda?

Tak, pani.

Trzasn&#281;&#322;y gdzie&#347; drzwi i rozleg&#322; si&#281; pot&#281;&#380;ny ryk. Kiedy zbli&#380;y&#322; si&#281; do pokoju, w kt&#243;rym siedzieli, mogli rozr&#243;&#380;ni&#263; s&#322;owa:

Wyno&#347;cie si&#281; st&#261;d, do ciemnej Galaktyki!

Przez otwieraj&#261;ce si&#281; drzwi dostrzegli, jak chy&#322;kiem wynosi si&#281; z domu dw&#243;ch umundurowanych stra&#380;nik&#243;w.

Wszed&#322; Ebling Mis ze zmarszczon&#261; gniewnie twarz&#261;, postawi&#322; na ziemi starannie owini&#281;t&#261; paczk&#281; i poda&#322; nonszalancko r&#281;k&#281; Baycie. Bayta odwzajemni&#322;a si&#281; mocnym, m&#281;skim u&#347;ciskiem. Mis zareagowa&#322; na to dopiero po chwili, kiedy ju&#380; odwr&#243;ci&#322; si&#281; do b&#322;azna. Przyjrza&#322; si&#281; jej uwa&#380;niej.

M&#281;&#380;atka?  spyta&#322;.

Tak. Za&#322;atwili&#347;my formalno&#347;ci prawne. Mis milcza&#322; przez chwil&#281;. Potem spyta&#322;:

Zadowolona?

Jak dot&#261;d, tak.

Mis wzruszy&#322; ramionami i ponownie obr&#243;ci&#322; si&#281; do Magnifica. Rozwin&#261;&#322; paczk&#281;.

Wiesz, co to jest?  spyta&#322;.

Magnifico zsun&#261;&#322; si&#281; ze swego krzes&#322;a i chwyci&#322; instrument o wielu klawiszach. Przebieg&#322; palcami po niezliczonych guzikach i wykona&#322; radosny skok, ze szkod&#261; dla stoj&#261;cych bli&#380;ej mebli.

Wizjofon  zapia&#322; z zachwytu I to takiej roboty, &#380;e jego d&#378;wi&#281;k wskrzesi&#322;by nawet umar&#322;ego  jego d&#322;ugie palce pie&#347;ci&#322;y delikatnie instrument, przebiega&#322;y po klawiaturze, zatrzymuj&#261;c si&#281; to na jednym, to na drugim klawiszu, a przed oczami Bayty i Misa pojawi&#322; si&#281; nagle mieni&#261;cy si&#281; r&#243;&#380;owy ob&#322;ok.

W porz&#261;dku, ch&#322;opcze  rzek&#322; Ebling Mis.  M&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e potrafisz brzd&#261;ka&#263; na czym&#347; takim, no to masz teraz okazj&#281;. Ale przedtem go nastr&#243;j.  Potem rzek&#322; na boku do Bayty:  O ile mi wiadomo, nie ma na ca&#322;ej Fundacji nikogo, kto potrafi&#322;by go dobrze ustawi&#263;.

Nachyli&#322; si&#281; do jej ucha i szepn&#261;&#322;:

Nie b&#281;dzie m&#243;wi&#322; bez pani. Pomo&#380;e mi pani? Skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Dobrze!  powiedzia&#322;.  Jego l&#281;k jest niemal patologiczny i w&#261;tpi&#281;, czy zni&#243;s&#322;by sond&#281; psychiczn&#261; bez szwanku dla umys&#322;u. Je&#347;li mo&#380;na co&#347; z niego wyci&#261;gn&#261;&#263; w inny spos&#243;b, to musi si&#281; poczu&#263; zupe&#322;nie swobodnie. Rozumie pani?

Ponownie skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Pierwszym krokiem w tym kierunku jest ten wizjofon. M&#243;wi, &#380;e umie na tym gra&#263;, a jego reakcja utwierdza mnie w przekonaniu, &#380;e to jedna z jego najwi&#281;kszych przyjemno&#347;ci. Tak wi&#281;c, bez wzgl&#281;du na to, czy b&#281;dzie gra&#322; &#378;le czy dobrze, niech pani sprawia wra&#380;enie zaciekawionej i zadowolonej. Poza tym prosz&#281; mi okazywa&#263; wyra&#378;n&#261; &#380;yczliwo&#347;&#263; i zaufanie. A nade wszystko, prosz&#281; wszystko robi&#263; wed&#322;ug moich wskaz&#243;wek  rzuci&#322; szybkie spojrzenie na Magnifica skulonego w rogu kanapy i grzebi&#261;cego we wn&#281;trzu instrumentu. B&#322;azen by&#322; ca&#322;kowicie poch&#322;oni&#281;ty sw&#261; prac&#261;.

Mis rzek&#322; tonem swobodnej, towarzyskiej rozmowy do Bayty:

S&#322;ucha&#322;a pani ju&#380; kiedy wiajofonu?

Jeden raz  odpar&#322;a Bayta r&#243;wnie swobodnym tonem.  Na koncercie rzadkich instrument&#243;w. Nie by&#322;am zachwycona.

Musia&#322;a pani trafi&#263; na kiepskiego muzyka. Jest zaledwie kilku naprawd&#281; dobrych. Nie chodzi tu tyle o sprawno&#347;&#263; manualn&#261;, bo na przyk&#322;ad pianino wieloklawiaturowe wymaga wi&#281;kszej, ile o pewien typ niekonwencjonalnej umys&#322;owo&#347;ci i swobodnej wyobra&#378;ni. Dlatego  doda&#322; szeptem  ten &#380;ywy szkielet mo&#380;e by&#263; lepszy, ni&#380; nam si&#281; wydaje. Dobrzy muzycy s&#261; pod innym wzgl&#281;dem najcz&#281;&#347;ciej idiotami. To jest w&#322;a&#347;nie jedna z tych dziwnych kombinacji cech, dzi&#281;ki kt&#243;rej psychologia jest ciekaw&#261; nauk&#261;.

Natomiast g&#322;o&#347;no zaczai m&#243;wi&#263;, wyra&#378;nie staraj&#261;c si&#281; stworzy&#263; wra&#380;enie lekkiej rozmowy:

Wie pani, w jaki spos&#243;b ta rzecz dzia&#322;a? Zbada&#322;em instrument dok&#322;adnie, &#380;eby si&#281; w tym zorientowa&#263; i uda&#322;o mi si&#281; stwierdzi&#263; tylko tyle, &#380;e jego promieniowanie dzia&#322;a bezpo&#347;rednio na o&#347;rodek wzroku w m&#243;zgu, z pomini&#281;ciem nerwu wzrokowego. Faktycznie, jest to wykorzystanie zmys&#322;u, z kt&#243;rym nie spotykamy si&#281; w naturze. Nadzwyczajna rzecz. Wra&#380;enia s&#322;uchowe odbiera si&#281; normalnie  przez b&#322;on&#281; b&#281;benkow&#261;, &#347;limaka, i tak dalej. Ale &#263;&#347;&#347;&#347;! Jest ju&#380; gotowy. Niech pani kopnie ten wy&#322;&#261;cznik. To daje lepszy efekt w ciemno&#347;ci.

W mroku Magnifico wygl&#261;da&#322; jak rozmazana plama, a Ebling Mis jak ci&#281;&#380;ko dysz&#261;ca masa. Bayta wyt&#281;&#380;y&#322;a wzrok, ale z pocz&#261;tku nie mog&#322;a nic dostrzec. Us&#322;ysza&#322;a cichy, cienki g&#322;os, kt&#243;ry dr&#380;&#261;c wznosi&#322; si&#281; i koleba&#322; gdzie&#347; w g&#243;rnych rejestrach. Przez chwil&#281; trwa&#322; tak, potem nagle opad&#322;, spot&#281;&#380;nia&#322; i run&#261;&#322; jak grom. Na oczach Bayty kotara na oknie rozpad&#322;a si&#281; na dwie cz&#281;&#347;ci jak drzewo ra&#380;one piorunem. W rozdarciu pojawi&#322;a si&#281; niewielka, pulsuj&#261;ca barwnym &#347;wiat&#322;em kula, kt&#243;ra rytmicznie rozrasta&#322;a si&#281;, a&#380; w ko&#324;cu p&#281;k&#322;a, rozpadaj&#261;c si&#281; na tysi&#261;ce migoc&#261;cych, o nieuchwytnym kszta&#322;cie plamek, kt&#243;re zawirowa&#322;y w powietrzu i opad&#322;y niczym mikroskopijne, spl&#261;tane zorze. Nim dosi&#281;g&#322;y ziemi, zla&#322;y si&#281; w jedno i ponownie rozpad&#322;y, tworz&#261;c malutkie p&#281;cherzyki, ka&#380;dy o innej barwie i wtedy Bayta zacz&#281;&#322;a w nich rozpoznawa&#263; kszta&#322;ty przedmiot&#243;w. Zauwa&#380;y&#322;a, &#380;e gdy przymknie oczy, barwy staj&#261; si&#281; wyra&#378;niejsze, &#380;e ka&#380;dej barwie odpowiada okre&#347;lony d&#378;wi&#281;k, &#380;e widz&#261;c je, nie potrafi ich jednak okre&#347;li&#263; i w ko&#324;cu, &#380;e owe p&#281;cherzyki nie s&#261; bynajmniej p&#281;cherzykami, lecz ma&#322;ymi figurkami.

By&#322;y to ma&#322;e postacie, wiruj&#261;ce p&#322;omyki, kt&#243;rych ca&#322;e tysi&#261;ce przesuwa&#322;y si&#281; ta&#324;cz&#261;c i migoc&#261;c przed jej zdumionym wzrokiem. To znika&#322;y gdzie&#347;, to pojawia&#322;y si&#281; nagle nie wiadomo sk&#261;d, skacz&#261;c jedna wok&#243;&#322; drugiej i ustawicznie zmieniaj&#261;c kolor.

Ni st&#261;d, ni zow&#261;d Bayta pomy&#347;la&#322;a o plamkach wiruj&#261;cych przed oczami, kiedy si&#281; w nocy zaci&#347;nie powieki a&#380; do b&#243;lu i wyt&#281;&#380;y wzrok. To by&#322;o to samo wra&#380;enie  &#347;wietliste, r&#243;&#380;nokolorowe punkciki, jakby skacz&#261;ce w rytmie polki, koncentrycznie uk&#322;adaj&#261;ce si&#281; ko&#322;a, bezkszta&#322;tne, znikaj&#261;ce i pojawiaj&#261;ce si&#281; na nowo plamy. Tu by&#322;o to samo, tylko wi&#281;ksze i bardziej zr&#243;&#380;nicowane, a przy tym ka&#380;da barwna plamka uk&#322;ada&#322;a si&#281; w kszta&#322;t jakiej&#347; postaci.

Pop&#281;dzi&#322;y naraz w jej stron&#281;, dobieraj&#261;c si&#281; parami. Unios&#322;a w g&#243;r&#281; r&#281;ce, chc&#261;c si&#281; przed nimi os&#322;oni&#263;, ale zatrzyma&#322;y si&#281;, wywr&#243;ci&#322;y i nagle wok&#243;&#322; niej rozp&#281;ta&#322;a si&#281; burza &#347;nie&#380;na, z jej ramion trysn&#281;&#322;y zimne strumienie &#347;wiat&#322;a, pop&#322;yn&#281;&#322;y wartkim, o&#347;lepiaj&#261;cym potokiem wzd&#322;u&#380; r&#261;k i wystrzeli&#322;y snopem iskier z jej palc&#243;w, aby spotka&#263; si&#281; w p&#243;&#322; drogi mi&#281;dzy niebem a ziemi&#261; i po&#322;&#261;czy&#263; w &#347;wietlisty kr&#261;g.

Z do&#322;u dop&#322;ywa&#322; g&#322;os stu instrument&#243;w, kt&#243;ry w ko&#324;cu stopi&#322; si&#281; z obrazem w jedn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;, tak &#380;e nie potrafi&#322;a ju&#380; odr&#243;&#380;ni&#263;, co jest &#347;wiat&#322;em, a co d&#378;wi&#281;kiem.

Przez chwil&#281; zastanawia&#322;a si&#281;, czy Ebling Mis widzi to samo, co ona, a je&#347;li nie, to jakie s&#261; jego wizje. Szybko jednak o tym zapomnia&#322;a, bo oto figurki  czy rzeczywi&#347;cie figurki?  przemkn&#281;&#322;o jej przez g&#322;ow&#281; ale&#380; tak, to niewielkie postacie kobiece o p&#322;on&#261;cych w&#322;osach, kt&#243;re wirowa&#322;y i obraca&#322;y si&#281; tak szybko, &#380;e nie mog&#322;a na &#380;adnej skoncentrowa&#263; uwagi  chwyci&#322;y si&#281; za r&#281;ce, tworz&#261;c grupy o kszta&#322;cie gwiazd, a muzyka zmieni&#322;a si&#281; naraz w perlisty &#347;miech w dziewcz&#281;cy &#347;miech, kt&#243;ry nie dobiega&#322; z zewn&#261;trz, lecz rodzi&#322; si&#281; gdzie&#347; we wn&#281;trzu ucha!

Gwiazdy zbli&#380;y&#322;y si&#281; do siebie, ich promienie po&#322;&#261;czy&#322;y si&#281; i z wolna ca&#322;y obraz zaczai przeistacza&#263; si&#281; w niewyra&#378;ne kontury jakiej&#347; budowli, a&#380; nagle wystrzeli&#322; w niebo wspania&#322;y pa&#322;ac. Ka&#380;da ceg&#322;a mieni&#322;a si&#281; innym kolorem, ka&#380;dy kolor by&#322; &#347;wietlist&#261; iskierk&#261;, od kt&#243;rej zapala&#322;y si&#281; inne, biegn&#261;c w g&#243;r&#281; a&#380; do wie&#324;cz&#261;cych budow&#281; i l&#347;ni&#261;cych niczym ba&#347;niowe klejnoty minaret&#243;w.

Pojawi&#322; si&#281; wiruj&#261;cy ognisty dywan, z kt&#243;rego wystrzeli&#322;y &#347;wietliste nici, oplataj&#261;c wszystko sieci&#261; zwiewnej, niematerialnej paj&#281;czyny. Potem nici opad&#322;y i wystrzeli&#322;y w g&#243;r&#281;, przybieraj&#261;c kszta&#322;ty roz&#322;o&#380;ystych drzew, kt&#243;re rozbrzmiewa&#322;y sw&#261; w&#322;asn&#261; muzyk&#261;.

Bayta znalaz&#322;a si&#281; w&#347;r&#243;d nich. Zewsz&#261;d otacza&#322;y j&#261; liryczne tony cudownej melodii. Wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281;, aby dotkn&#261;&#263; kruchego drzewa. Rozpad&#322;o si&#281; na tysi&#261;ce barwnych kwiat&#243;w, kt&#243;rych p&#322;atki sp&#322;yn&#281;&#322;y wolno w d&#243;&#322; i rozwia&#322;y si&#281; w powietrzu z srebrzystym d&#378;wi&#281;kiem dzwonk&#243;w.

Strumienie p&#322;omieni pop&#322;yn&#281;&#322;y w d&#243;&#322; po niewidzialnych stopniach wprost na kolana Bayty, przela&#322;y si&#281; przez nie &#347;wietlist&#261; kaskad&#261;, tworz&#261;c promienisty kr&#261;g wok&#243;&#322; jej bioder, podczas gdy nad jej kolanami zal&#347;ni&#322;a t&#281;cza, po kt&#243;rej, jak po mo&#347;cie spacerowa&#322;y male&#324;kie postacie

Pa&#322;ac, malutkie figurki kobiet i m&#281;&#380;czyzn na t&#281;czowym mo&#347;cie, ogr&#243;d ci&#261;gn&#261;cy si&#281; jak daleko mog&#322;a si&#281;gn&#261;&#263; okiem, a wszystko to unosz&#261;ce si&#281; na falach podnios&#322;ej muzyki smyczkowej, zbiegaj&#261;cej si&#281; w niej jak w centrum.

A potem potem nast&#261;pi&#322;a chwila przera&#378;liwej ciszy, w g&#322;&#281;bi obrazu co&#347; si&#281; nieznacznie poruszy&#322;o i nagle wszystko run&#281;&#322;o. Barwy zbi&#322;y si&#281; na powr&#243;t w jedn&#261; kul&#281;, kt&#243;ra skurczy&#322;a si&#281; i znik&#322;a.

I znowu by&#322;a ju&#380; tylko ciemno&#347;&#263;.

Bayta odnalaz&#322;a niezgrabnie stop&#261; peda&#322;, wcisn&#281;&#322;a go i pok&#243;j wype&#322;ni&#322;o &#347;wiat&#322;o  prozaiczne &#347;wiat&#322;o zwyk&#322;ego s&#322;o&#324;ca. Bayta zacisn&#281;&#322;a powieki, a&#380; do oczu nap&#322;yn&#281;&#322;y jej &#322;zy, jakby z &#380;alu po tym, co min&#281;&#322;o. Ebling Mis siedzia&#322; nieruchomo, jak bezw&#322;adna kupa mi&#281;sa, z rozszerzonymi oczami i otwartymi ustami:

Jedynie Magnifico by&#322; w pe&#322;ni przytomny. Pog&#322;adzi&#322; wizjofon z wyrazem ekstazy na twarzy.

O pani  rzek&#322; z przej&#281;ciem  to zaiste instrument o niemal magicznej mocy. W naj&#347;mielszych marzeniach nie przypuszcza&#322;em, &#380;e ma tak wspania&#322;y str&#243;j i tak subtelne, a jednocze&#347;nie tak silne brzmienie. Wydaje mi si&#281;, &#380;e m&#243;g&#322;bym za jego pomoc&#261; stworzy&#263; cuda. Jak ci si&#281; podoba&#322;a moja kompozycja, pani?

To by&#322;o twoje dzie&#322;o?  spyta&#322;a z podziwem Bayta.  Naprawd&#281; twoje?

B&#322;azen zaczerwieni&#322; si&#281; a&#380; po czubek nosa.

Moje w&#322;asne, pani. Mu&#322; go nie lubi&#322;, ale cz&#281;sto gra&#322;em go dla w&#322;asnej przyjemno&#347;ci. Kiedy&#347;, w m&#322;odo&#347;ci, zdarzy&#322;o mi si&#281; widzie&#263; z dala pa&#322;ac  gigantyczn&#261; budowl&#281; z drogich klejnot&#243;w. By&#322;o to w samym &#347;rodku karnawa&#322;u. Byli tam ludzie o niewyobra&#380;alnie wspanialej postawie, a tak pot&#281;&#380;ni i wynio&#347;li, &#380;e podobnych im nigdy ju&#380; nie spotka&#322;em, nawet w s&#322;u&#380;bie Mu&#322;a. To, co stworzy&#322;em, to tylko nieudolne na&#347;ladownictwo, ale ub&#243;stwo mojego umys&#322;u nie pozwala na wi&#281;cej. Nazwa&#322;em to Wspomnieniem Nieba.

Podczas tej paplaniny Mis doszed&#322; wreszcie do siebie.  S&#322;uchaj, Magnifico  rzek&#322;  nie chcia&#322;by&#347; tego zagra&#263; dla innych?

B&#322;azen odskoczy&#322; do ty&#322;u.  Dla innych?  spyta&#322; trz&#281;s&#261;c si&#281;.

Dla tysi&#281;cy ludzi!  krzykn&#261;&#322; Mis.  W wielkich salach Fundacji! Nie chcia&#322;by&#347; sta&#263; si&#281; panem samego siebie, niezale&#380;nym, powa&#380;anym przez wszystkich, bogatym i i  zawiod&#322;a go wyobra&#378;nia.  No i tak dalej? Co? Co na to powiesz?

Ale&#380; jak to mo&#380;liwe, wielmo&#380;ny panie, skoro jestem tylko biednym b&#322;aznem, nie nadaj&#261;cym si&#281; do splendor&#243;w i zaszczyt&#243;w?

Psycholog wyd&#261;&#322; usta i potar&#322; czo&#322;o wierzchem d&#322;oni.  Ale twoja gra, cz&#322;owieku!  powiedzia&#322;.  Je&#347;li zagrasz dla burmistrza i jego trust&#243;w handlowych, to &#347;wiat legnie u twych st&#243;p. Nie chcia&#322;by&#347; tego?

B&#322;azen zerkn&#261;&#322; na Bayt&#281;.

A czy ona zosta&#322;aby ze mn&#261;? Bayta roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Oczywi&#347;cie, g&#322;uptasie. Czy teraz, kiedy jeste&#347;

0 krok od s&#322;awy i pieni&#281;dzy, mog&#322;abym ci&#281; opu&#347;ci&#263;?

To wszystko b&#281;dzie twoje, pani  odpowiedzia&#322; z przekonaniem  i gdybym m&#243;g&#322;, da&#322;bym ci wszystkie bogactwa Galaktyki, &#380;eby si&#281; odwdzi&#281;czy&#263; za tw&#261; dobro&#263;.

Ale  rzek&#322; Mis niedba&#322;ym tonem  gdyby&#347; zechcia&#322; mi najpierw pom&#243;c

Co to jest?

Psycholog u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i rzek&#322;:

To ma&#322;a sonda powierzchniowa. Zupe&#322;nie bezbolesna. Nic nie ucierpisz. Zbadam tylko kor&#281; twego, m&#243;zgu.

W oczach Magnifica pojawi&#322; si&#281; wyraz &#347;miertelnego przera&#380;enia.

Tylko nie sonda! Widzia&#322;em, jak j&#261; stosowano. Mu&#322; stosowa&#322; j&#261; wobec tych, co go zdradzili. Potem puszcza&#322; ich wolno, ale nie potrafili ju&#380; my&#347;le&#263; iobijali si&#281; jak bezrozumne zwierz&#281;ta po ulicach, dop&#243;ki kto&#347; ich z lito&#347;ci nie zabi&#322;  wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;, chc&#261;c odepchn&#261;&#263; Misa.

To by&#322;a sonda psychiczna  wyja&#347;nia&#322; cierpliwie Mis  a poza tym nawet ona jest gro&#378;na tylko wtedy, kiedy si&#281; j&#261; niew&#322;a&#347;ciwie stosuje. To tutaj, to sonda powierzchniowa, kt&#243;ra nie wyrz&#261;dzi&#322;aby krzywdy nawet dziecku.

To prawda, Magnifico  nalega&#322;a Bayta.  To pomo&#380;e nam pobi&#263; Mu&#322;a. B&#281;dzie si&#281; od nas trzyma&#322; z daleka. Raz, dwa i b&#281;dzie po wszystkim, a potem ty i ja b&#281;dziemy s&#322;awni i bogaci do ko&#324;ca &#380;ycia.

Magnifico wyci&#261;gn&#261;&#322; dr&#380;&#261;c&#261; d&#322;o&#324;.

Mo&#380;esz przynajmniej trzyma&#263; mnie za r&#281;k&#281;, pani?

Bayta uj&#281;&#322;a jego d&#322;o&#324; w obie r&#281;ce. B&#322;azen wpatrywa&#322; si&#281; rozszerzonymi oczyma w zbli&#380;aj&#261;ce si&#281; do jego skroni b&#322;yszcz&#261;ce metalowe p&#322;ytki.

Ebling Mis rozsiad&#322; si&#281; niedbale na przesadnie ozdobnym fotelu w prywatnych apartamentach burmistrza Indbura, okazuj&#261;c wprost nieprzyzwoity brak wdzi&#281;czno&#347;ci za &#322;ask&#281;, kt&#243;rej dost&#261;pi&#322; i nie&#380;yczliwym wzrokiem &#347;ledzi&#322; nerwowe ruchy burmistrza. Odrzuci&#322; niedopa&#322;ek cygara i wyplu&#322; okruch tytoniu.

Przy okazji, Indbur, je&#347;li chcesz co&#347; na nast&#281;pny koncert w Sali Mallowa  powiedzia&#322;  to wywal tych elektronicznych cha&#322;turszczyk&#243;w na zbity pysk i postaraj si&#281;, &#380;eby ten dziwak zagra&#322; dla ciebie na wizjofonie. Indbur  to jest muzyka nie z tego &#347;wiata.

Indbur odpar&#322; poirytowanym g&#322;osem:

Nie wezwa&#322;em tu pana po to, &#380;eby s&#322;ucha&#263; wyk&#322;ad&#243;w o muzyce. Czego dowiedzia&#322; si&#281; pan o Mule? To mi prosz&#281; powiedzie&#263;. Czego dowiedzia&#322; si&#281; pan o Mule?

O Mule? No c&#243;&#380;, powiem ci zastosowa&#322;em sond&#281; powierzchniow&#261; i niewiele uzyska&#322;em. Nie mog&#281; u&#380;y&#263; sondy psychicznej, bo ten dziwak tak si&#281; jej boi, &#380;e jego op&#243;r prawdopodobnie spali&#322;by jego [niecenzuralne] bezpieczniki m&#243;zgowe, jak tylko uzyskaliby&#347;my po&#322;&#261;czenie. Ale uda&#322;o mi si&#281; ustali&#263;, &#380;e  mo&#380;e przestaniesz b&#281;bni&#263; palcami po stole  Po pierwsze, nie wierz w niezwyk&#322;&#261; si&#322;&#281; fizyczn&#261; Mu&#322;a. Prawdopodobnie jest silny, ale wi&#281;kszo&#347;&#263; z tych niesamowitych historii, kt&#243;re opowiada o nim nasz dziwak, to prawdopodobnie wytw&#243;r jego wyobra&#378;ni i strachu. Nosi dziwne okulary i jego wzrok zabija, wi&#281;c najwidoczniej posiada niezwyk&#322;e zdolno&#347;ci psychiczne.

Tyle wiedzieli&#347;my ju&#380; na pocz&#261;tku  zauwa&#380;y&#322; zgry&#378;liwie burmistrz.

A zatem sonda potwierdza to. Poddaj&#281; teraz wyniki analizie matematycznej.

Tak? A jak d&#322;ugo to potrwa? Mam ju&#380; do&#347;&#263; tego pustego gadania.

My&#347;l&#281;, &#380;e za miesi&#261;c mog&#281; ju&#380; co&#347; mie&#263;. Oczywi&#347;cie, mog&#281; nie mie&#263; nic. Ale co z tego? Je&#347;li plan Seldona tego nie uwzgl&#281;dnia, to nasze szans&#281; s&#261; mizerne, cholernie mizerne.

Mam ci&#281;, zdrajco!  wrzasn&#261;&#322; Indbur.  K&#322;amiesz! Mo&#380;e zaprzeczysz, &#380;e jeste&#347; jednym z tych wywrotowc&#243;w, kt&#243;rzy rozsiewaj&#261; k&#322;amliwe plotki, szerz&#261; defetyzm i panik&#281; w ca&#322;ej Fundacji i utrudniaj&#261; mi prac&#281;?!

Ja? Ja?  w piersi Misa z wolna wzbiera! gniew.

Niech mnie poch&#322;onie ob&#322;ok py&#322;u kosmicznego  zapieni&#322; si&#281; burmistrz  je&#347;li Fundacja nie zwyci&#281;&#380;y! Musi zwyci&#281;&#380;y&#263;.

Mimo pora&#380;ki na Horleggorze?

To nie by&#322;a pora&#380;ka. Ty te&#380; si&#281; da&#322;e&#347; nabra&#263; na to wierutne k&#322;amstwo? Mieli&#347;my sk&#261;pe si&#322;y i zostali&#347;my zdradzeni

A to przez kogo?  spyta&#322; pogardliwie Mis.

Przez tych wszarzy demokrat&#243;w!  krzykn&#261;&#322; Indbur.  Od dawna wiedzia&#322;em, &#380;e przenikn&#281;li do floty. Wi&#281;kszo&#347;&#263; usun&#281;li&#347;my, ale widocznie zosta&#322;o ich dosy&#263;, bo sk&#261;d to niewyt&#322;umaczalne poddanie si&#281; dwudziestu statk&#243;w w najwi&#281;kszym wirze bitwy? Dosy&#263;, &#380;eby zmusi&#263; nas do pora&#380;ki.

A je&#347;li ju&#380; o tym mowa, m&#243;j ty prostolinijny patrioto i wzorze dawnych cn&#243;t, to jakie masz powi&#261;zania z demokratami?

Ebling Mis zby&#322; to ruchem ramion.

Bredzisz, przyjacielu. A jak wyja&#347;ni&#263; ten ci&#261;g&#322;y odwr&#243;t i utrat&#281; po&#322;owy Siwenny? To te&#380; sprawka demokrat&#243;w?

Nie. Nie demokrat&#243;w  burmistrz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; chytrze.  Wycofujemy si&#281; tak jak zawsze robi&#322;a Fundacja w obliczu napa&#347;ci, do czasu a&#380; nieuchronny rozw&#243;j wypadk&#243;w obr&#243;ci si&#281; na nasz&#261; korzy&#347;&#263;. Ju&#380; teraz widz&#281; tego oznaki. Tak zwane podziemie demokratyczne rozpowszechnia manifesty wzywaj&#261;ce do udzielenia pomocy rz&#261;dowi i do pos&#322;usze&#324;stwa. To mo&#380;e by&#263; podst&#281;p, wst&#281;p do prawdziwej zdrady, ale ja to wykorzystam, nasza propaganda potrafi zrobi&#263; z tego dobry u&#380;ytek, bez wzgl&#281;du na to, co knuj&#261; ci n&#281;dzni zdrajcy. Mam nawet lepsze dowody

Nawet lepsze?

Sam os&#261;d&#378;. Dwa dni temu tak zwane Stowarzyszenie Niepodleg&#322;ych Handlarzy wypowiedzia&#322;o Mu&#322;owi wojn&#281; i flota Fundacji powi&#281;kszy&#322;a si&#281; za jednym zamachem o tysi&#261;c statk&#243;w. Sam widzisz, &#380;e Mu&#322; za daleko si&#281; posun&#261;&#322;. Byli&#347;my podzieleni i sk&#322;&#243;ceni, ale w obliczu jego napa&#347;ci zjednoczyli&#347;my si&#281; i wzro&#347;li&#347;my w si&#322;&#281;. On musi przegra&#263;. To nieuniknione  jak zawsze.

Mis nie pozby&#322; si&#281; jednak swego sceptycyzmu.

Powiadasz wi&#281;c, &#380;e Seldon przewidzia&#322; nawet przypadkowe pojawienie si&#281; mutanta

Mutanta! Nie widz&#281; r&#243;&#380;nicy mi&#281;dzy nim a cz&#322;owiekiem. Ty te&#380; by&#347; nie widzia&#322;, gdyby nie majaczenia zbuntowanego oficera, jakich&#347; obcych dzieciak&#243;w i zidiocia&#322;ego b&#322;azna. Zapominasz o decyduj&#261;cym dowodzie swoim w&#322;asnym.

Moim?  Mis by&#322; wyra&#378;nie zaskoczony.

Twoim  rzek&#322; szyderczo burmistrz.  Za dziewi&#281;&#263; tygodni otwiera si&#281; Krypta Czasu. No i co? Otwiera si&#281;, kiedy grozi nam kryzys. Je&#347;li napa&#347;&#263; Mu&#322;a nie jest tym kryzysem, to gdzie jest ten prawdziwy kryzys, ten, z powodu kt&#243;rego otwiera si&#281; Krypta? Odpowiedz mi, ty t&#322;usta beczko.

Psycholog wzruszy&#322; ramionami.

W porz&#261;dku. Je&#347;li to ci&#281; cieszy Ale wy&#347;wiadcz mi zaszczyt. Na wypadek na wypadek, je&#347;li stary Seldon wyg&#322;osi mow&#281; i co&#347; nie zagra, mo&#380;e pozwolisz mi by&#263; przy otwarciu?

Dobrze. A teraz wyno&#347; si&#281;. I a&#380; do tego czasu nie pokazuj mi si&#281; na oczy.

Z cholern&#261; przyjemno&#347;ci&#261;, ty zasuszona kuk&#322;o!  mrukn&#261;&#322; Mis do siebie, wychodz&#261;c.



Upadek Fundacji

W Krypcie Czasu panowa&#322;a szczeg&#243;lna atmosfera, kt&#243;ra wymyka&#322;a si&#281; wszelkim pr&#243;bom okre&#347;lenia. Nie by&#322;a to atmosfera rozk&#322;adu, gdy&#380; pomieszczenie by&#322;o dobrze o&#347;wietlone i &#347;wietnie wietrzone, &#347;ciany zachowa&#322;y &#380;ywe barwy, a rz&#281;dy wygodnych krzese&#322; wygl&#261;da&#322;y jak nowe i by&#322;o widoczne, &#380;e przeznaczone by&#322;y do wiecznego u&#380;ytku. Nie by&#322;a to nawet atmosfera staro&#347;ci, gdy&#380; trzysta lat, kt&#243;re min&#281;&#322;y od jej zbudowania, nie zostawi&#322;o na niej &#380;adnego &#347;ladu. Jej tw&#243;rcy z pewno&#347;ci&#261; nie starali si&#281; te&#380; urz&#261;dzi&#263; wn&#281;trza w spos&#243;b wzbudzaj&#261;cy nabo&#380;ny l&#281;k i szacunek potomnych, gdy&#380; by&#322;o ono zwyk&#322;e i skromne  prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, niemal ascetyczne.

Jednak kiedy zsumowa&#322;o si&#281; i wyeliminowa&#322;o wszystkie nieskuteczne pr&#243;by wyja&#347;nienia owego zjawiska, to pozostawa&#322;o co&#347; jeszcze. Tym czym&#347; by&#322; szklany sze&#347;cian o pustym wn&#281;trzu zajmuj&#261;cy p&#243;&#322; sali. Cztery razy w ci&#261;gu trzystu lat pojawi&#322;a si&#281; tam jak &#380;ywa podobizna Hari Seldona. On sam siedzia&#322; tam i przemawia&#322;. Dwukrotnie m&#243;wi&#322; do pustej sali.

W ci&#261;gu trzech stuleci, w ci&#261;gu &#380;ycia dziewi&#281;ciu pokole&#324;, ten starzec, kt&#243;ry ogl&#261;da&#322; dni &#347;wietno&#347;ci imperium obejmuj&#261;cego ca&#322;y wszech&#347;wiat, przywo&#322;ywa&#322; do &#380;ycia sw&#243;j obraz i za ka&#380;dym razem jego praprapraprawnuki przekonywa&#322;y si&#281;, &#380;e lepiej od nich rozumia&#322; natur&#281; proces&#243;w przebiegaj&#261;cych w Galaktyce.

Pusty sze&#347;cian cierpliwie czeka&#322;.

Pierwszy przyby&#322; burmistrz Indbur III, prowadz&#261;c osobi&#347;cie sw&#243;j reprezentacyjny samoch&#243;d przez ulice zamar&#322;ego w pe&#322;nym napi&#281;cia oczekiwaniu miasta. Razem z nim przyby&#322;o jego w&#322;asne krzes&#322;o, wy&#380;sze i szersze od tych, kt&#243;re znajdowa&#322;y si&#281; w Krypcie. Ustawiono je przed innymi i burmistrz Indbur g&#243;rowa&#322; teraz nad ca&#322;&#261; sal&#261;, z wyj&#261;tkiem szklanej pustki na wprost jego twarzy.

Uroczy&#347;cie wygl&#261;daj&#261;cy urz&#281;dnik po jego lewej r&#281;ce pochyli&#322; z uszanowaniem g&#322;ow&#281;.

Ekscelencjo  rzek&#322;  zako&#324;czono przygotowania do jak najszybszego przekazania w subeter oficjalnego o&#347;wiadczenia waszej ekscelencji dzi&#347; wieczorem.

Dobrze. Tymczasem prosz&#281; kontynuowa&#263; specjalne programy mi&#281;dzyplanetarne dotycz&#261;ce Krypty Czasu. Nale&#380;y si&#281;, oczywi&#347;cie, powstrzyma&#263; od jakichkolwiek przewidywa&#324; czy spekulacji na ten temat. Czy powszechna reakcja jest w dalszym ci&#261;gu zadowalaj&#261;ca?

Bardzo, ekscelencjo. Rozpuszczane ostatnio z&#322;o&#347;liwe plotki znajduj&#261; coraz mniej s&#322;uchaczy. Rz&#261;d cieszy si&#281; wielkim zaufaniem.

Dobrze!  odprawi&#322; gestem r&#281;ki urz&#281;dnika i poprawi&#322; wykwintny koronkowy ko&#322;nierzyk.

By&#322;a za dwadzie&#347;cia dwunasta!

Zacz&#281;li pojawia&#263; si&#281;, pojedynczo lub po dw&#243;ch, przyw&#243;dcy wielkich organizacji handlowych  ekskluzywna grupa stanowi&#261;ca podpor&#281; urz&#281;du burmistrzowskiego. Podchodzili kolejno do burmistrza, kt&#243;ry z ka&#380;dym wymienia&#322; &#322;askawie par&#281; s&#322;&#243;w, po czym zajmowali wyznaczone uprzednio miejsca.

Znienacka pojawi&#322; si&#281; w Krypcie Randu z Haven i zak&#322;&#243;caj&#261;c sztywn&#261; atmosfer&#281; zacz&#261;&#322; si&#281; przeciska&#263; do miejsca zajmowanego przez burmistrza.

Ekscelencjo!  wymamrota&#322; i z&#322;o&#380;y&#322; niski uk&#322;on.

Indbur zmarszczy&#322; brwi.

Nie wyznaczy&#322;em panu audiencji.

Ekscelencjo, prosz&#281; o to ju&#380; od tygodnia.

Przykro mi, ale sprawy niezwyk&#322;ej wagi pa&#324;stwowej wi&#261;&#380;&#261;ce si&#281; z pojawieniem si&#281; Seldona

Jest mi r&#243;wnie przykro, ekscelencjo, ale musz&#281; pana prosi&#263; o cofni&#281;cie polecenia, na mocy kt&#243;rego statki Niepodleg&#322;ych Handlarzy maj&#261; by&#263; rozdzielone i wcielone do si&#322; r&#243;&#380;nych flot Fundacji.

Twarz Indbura poczerwienia&#322;a ze z&#322;o&#347;ci, &#380;e kto&#347; o&#347;mieli&#322; mu si&#281; przerwa&#263;.

Nie mam teraz czasu na dyskusje.

Potem b&#281;dzie za p&#243;&#378;no, ekscelencjo  nalega&#322; Randu.  Jako przedstawiciel Niepodleg&#322;ych &#346;wiat&#243;w Handlarzy jestem zmuszony zakomunikowa&#263; panu, &#380;e nie mo&#380;emy zastosowa&#263; si&#281; do takiego polecenia. Musi ono zosta&#263; cofni&#281;te, zanim Seldon rozwi&#261;&#380;e nasz problem. Kiedy minie zagro&#380;enie, b&#281;dzie ju&#380; za p&#243;&#378;no na usuni&#281;cie r&#243;&#380;nic w pogl&#261;dach i nasz sojusz si&#281; rozpadnie.

Indbur zmierzy&#322; Randu zimnym wzrokiem.

Zdaje pan sobie spraw&#281; z faktu, &#380;e rozmawia pan z dow&#243;dc&#261; si&#322; zbrojnych Fundacji? Mam prawo decydowa&#263; o wyborze strategii, czy nie?

Ma pan prawo, ekscelencjo, ale pewne posuni&#281;cia s&#261; niewskazane.

Nie widz&#281; tu nic niewskazanego. W obecnym stanie zagro&#380;enia nie mo&#380;na pozwoli&#263; na oddzielenie waszej floty od naszych. By&#322;oby to ryzykowne. Nieskoordynowane dzia&#322;anie daje przewag&#281; nieprzyjacielowi. Musimy si&#281; zjednoczy&#263;, panie ambasadorze. I to nie tylko politycznie, ale r&#243;wnie&#380; militarnie.

Randu zacisn&#261;&#322; szcz&#281;ki. Rzek&#322; bezceremonialnie, z pomini&#281;ciem tytu&#322;u burmistrza:

Teraz, kiedy ma przem&#243;wi&#263; Seldon, czujecie si&#281; bezpiecznie i zwracacie si&#281; przeciw nam. Ale miesi&#261;c temu, kiedy nasze statki pobi&#322;y Mu&#322;a nad Terelem, byli&#347;cie &#322;agodni i ust&#281;pliwi. S&#261;dz&#281;, i&#380; warto przypomnie&#263;, &#380;e flota Fundacji zosta&#322;a pi&#281;&#263; razy pobita w otwartej walce, i &#380;e to my odnosili&#347;my za was zwyci&#281;stwa.

Indbur zmarszczy&#322; gro&#378;nie brwi.

Od dzisiaj jest pan persona non grata na, Terminusie. Opu&#347;ci pan Fundacj&#281; dzi&#347; wieczorem. Poza tym, pana kontakty z nielojaln&#261; opozycj&#261; demokratyczn&#261; na Terminusie s&#261; nam dobrze znane i b&#281;dziemy je &#347;ledzi&#263;.

Razem ze mn&#261; odlec&#261; moje statki  odpar&#322; Randu.  Nie wiem nic o waszych demokratach. Wiem tylko tyle, &#380;e wasze statki podda&#322;y si&#281; Mu&#322;owi w wyniku zdrady wy&#380;szych dow&#243;dc&#243;w, a nie prostych &#380;o&#322;nierzy, demokrat&#243;w czy innych. Powiem panu, &#380;e w Horleggorze dwadzie&#347;cia statk&#243;w Fundacji podda&#322;o si&#281; bez walki na rozkaz dowodz&#261;cego nimi kontradmira&#322;a, a kontradmira&#322; nale&#380;a&#322; do pana zaufanych ludzi  przewodniczy&#322; sk&#322;adowi s&#261;du podczas procesu mego bratanka po jego powrocie z Kalgana. To nie by&#322; odosobniony przypadek. Wiadomo nam o innych i nie b&#281;dziemy ryzykowa&#263; naszych statk&#243;w ani &#380;ycia naszych ludzi oddaj&#261;c ich pod komend&#281; potencjalnych zdrajc&#243;w.

Zostanie pan st&#261;d odprowadzony pod stra&#380;&#261;  rzek&#322; Indbur.

Randu odszed&#322;, odprowadzany pogardliwymi spojrzeniami cz&#322;onk&#243;w kliki rz&#261;dz&#261;cej Terminusem. By&#322;a za dziesi&#281;&#263; dwunasta.

Przybyli ju&#380; Toran i Bayta. Unie&#347;li si&#281; z miejsc w tylnych rz&#281;dach i machaj&#261;c r&#281;kami, przywo&#322;ali Randu.

Randu u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; &#322;agodnie.

Jednak jeste&#347;cie tutaj. Jak wam uda&#322;o si&#281; to za&#322;atwi&#263;?

Za&#322;atwi&#322; to Magnifico  Toran wyszczerzy&#322; z&#281;by w u&#347;miechu.  Indbur upar&#322; si&#281;, &#380;eby skomponowa&#322; utw&#243;r na wizjofon oparty na Krypcie Czasu, z nim niew&#261;tpliwie w roli bohatera. Magnifico za nic nie chcia&#322; si&#281; zgodzi&#263; przyj&#347;&#263; tu bez nas. Jest z nami, albo raczej by&#322;, Ebling Mis. Gdzie&#347; si&#281; zawieruszy&#322; Hej, co z tob&#261;, stryju?  spyta&#322; nagle z trosk&#261; w g&#322;osie.  Nie wygl&#261;dasz dobrze.

Przypuszczam  skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; Randu.  Czekaj&#261; nas ci&#281;&#380;kie czasy, Toran. Obawiam si&#281;, &#380;e kiedy za&#322;atwi&#261; si&#281; z Mu&#322;em, przyjdzie kolej na nas.

Podszed&#322; do nich wysoki, powa&#380;ny m&#281;&#380;czyzna ubrany na bia&#322;o i sztywno si&#281; uk&#322;oni&#322;.

Kapitan Pritcher!  krzykn&#281;&#322;a Bayta, patrz&#261;c na niego rado&#347;nie. Wyci&#261;gn&#281;&#322;a r&#281;k&#281;.  A wi&#281;c przywr&#243;cono pana do s&#322;u&#380;by?

Kapitan u&#347;cisn&#261;&#322; jej d&#322;o&#324; i sk&#322;oni&#322; si&#281; ponownie.

Nic podobnego. Domy&#347;lam si&#281;, &#380;e jestem tu dzi&#281;ki profesorowi Misowi, ale tylko chwilowo. Potem znowu areszt domowy. Kt&#243;ra godzina?

By&#322;a za trzy minuty dwunasta.

Magnifico wygl&#261;da&#322; jak obraz rozpaczy. Skurczy&#322; si&#281; ca&#322;y, staraj&#261;c si&#281; jak zwykle znikn&#261;&#263; z oczu. &#346;ci&#261;gn&#261;&#322; sw&#243;j chudy nos i rzuca&#322; z ukosa niespokojne spojrzenia na zebranych wok&#243;&#322; ludzi.

Chwyci&#322; kurczowo Bayt&#281; za r&#281;k&#281;, a kiedy nachyli&#322;a si&#281;, wyszepta&#322;:

My&#347;lisz, pani, &#380;e te wszystkie dostojne osoby by&#322;y na widowni, kiedy kiedy gra&#322;em na wizjofonie?

Jestem tego pewna  odpar&#322;a Bayta i potrz&#261;sn&#281;&#322;a nim &#322;agodnie.  I jestem przekonana, &#380;e oni wszyscy uwa&#380;aj&#261; ci&#281; za najwspanialszego muzyka w ca&#322;ej Galaktyce, a tw&#243;j koncert za najwi&#281;ksze wydarzenie artystyczne w historii. Wyprostuj si&#281; wi&#281;c i usi&#261;d&#378; jak nale&#380;y. Musimy wygl&#261;da&#263; dystyngowanie  i uda&#322;a, &#380;e si&#281; gniewnie marszczy.

U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; niepewnie i powoli rozprostowa&#322; swe d&#322;ugie ko&#324;czyny.

By&#322;o po&#322;udnie i szklany sze&#347;cian nie &#347;wieci&#322; ju&#380; pustk&#261;.

W&#261;tpliwym by&#322;o, czy ktokolwiek zauwa&#380;y&#322; moment pojawienia si&#281; Seldona. Sta&#322;o si&#281; to zupe&#322;nie nagle  nie by&#322;o go i naraz jest.

Wewn&#261;trz sze&#347;cianu, na w&#243;zku inwalidzkim, siedzia&#322; stary, zasuszony cz&#322;owiek o pomarszczonej twarzy, lecz jasnym spojrzeniu. Na kolanach trzyma&#322;, grzbietem do g&#243;ry, otwart&#261; ksi&#261;&#380;k&#281;. Kiedy przem&#243;wi&#322;, wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e m&#243;wi &#380;ywy cz&#322;owiek.

Jestem Hari Seldon!  rzek&#322; mi&#281;kkim g&#322;osem. Zapanowa&#322;a taka cisza, &#380;e a&#380; dzwoni&#322;o w uszach.

Jestem Hari Seldon. Nie jestem w stanie stwierdzi&#263;, czy w og&#243;le jest tu kto&#347;, ale to niewa&#380;ne. Na razie nie mam specjalnych obaw o to, &#380;e Plan si&#281; za&#322;ama&#322;. Procent prawdopodobie&#324;stwa zboczenia z drogi wytyczonej Planem wynosi dla pierwszych trzech stuleci dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t cztery, przecinek, dwa.

Przerwa&#322; na chwil&#281;, u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i rzek&#322; dobrotliwie:

Nawiasem m&#243;wi&#261;c, je&#347;li kto&#347; stoi, prosz&#281; usi&#261;&#347;&#263;. Je&#347;li kto&#347; chce zapali&#263;, prosz&#281; bardzo. Nie przebywam tu ciele&#347;nie i nie potrzebuj&#281; &#380;adnych ceremonii.

A zatem przyst&#261;pmy do rzeczy. Po raz pierwszy w swych dziejach Fundacja stan&#281;&#322;a w obliczu wojny domowej, a by&#263; mo&#380;e znajduje si&#281; ju&#380; w jej stadium ko&#324;cowym. Dotychczasowe napa&#347;ci z zewn&#261;trz zosta&#322;y zwyci&#281;sko odparte, zgodnie ze &#347;cis&#322;ymi prawami psychohistorii. Obecna napa&#347;&#263; jest dzie&#322;em niezbyt zdyscyplinowanej spo&#322;eczno&#347;ci z pogranicza Fundacji wymierzonej przeciw zbyt autorytarnej w&#322;adzy centralnej. Taki rozw&#243;j sytuacji by&#322; konieczny, a rezultat jest oczywisty.

Wynios&#322;o&#347;&#263; wysoko urodzonych s&#322;uchaczy zacz&#281;&#322;a z wolna zanika&#263;.

Indbur na p&#243;&#322; uni&#243;s&#322; si&#281; w krze&#347;le.

Bayta pochyli&#322;a si&#281; do przodu z zak&#322;opotan&#261; min&#261;. O czym on m&#243;wi? zastanawia&#322;a si&#281;. Nie s&#322;ysza&#322;a kilku s&#322;&#243;w.

 &#380;e osi&#261;gni&#281;ty kompromis jest konieczny z dw&#243;ch wzgl&#281;d&#243;w. Rewolta Niepodleg&#322;ych Handlarzy wprowadza na nowo pewien element niepokoju do Fundacji, kt&#243;rej rz&#261;d sta&#322; si&#281; by&#263; mo&#380;e zbyt pewny siebie. W ten spos&#243;b zostaje zachowany element d&#261;&#380;enia do rozwoju. Aczkolwiek pokonany, zdrowy ruch na rzecz swob&#243;d demokratycznych

Na sali podnios&#322;y si&#281; g&#322;osy. Pocz&#261;tkowe szepty przerodzi&#322;y si&#281; w g&#322;o&#347;ne okrzyki, w kt&#243;rych mo&#380;na by&#322;o wyczu&#263; rodz&#261;c&#261; si&#281; panik&#281;.

Bayta rzek&#322;a Toranowi do ucha:

Dlaczego on nie m&#243;wi o Mule? Przecie&#380; handlarze nie wywo&#322;ali &#380;adnej rewolty.

Toran wzruszy&#322; ramionami. Posta&#263; w szklanym sze&#347;cianie ci&#261;gn&#281;&#322;a spokojnie sw&#243;j wyw&#243;d, a wok&#243;&#322; powi&#281;ksza&#322;o si&#281; zamieszanie:

 nowy, silniejszy rz&#261;d by&#322; logicznym, koniecznym i zbawiennym dla Fundacji skutkiem narzuconej jej wojny. Teraz na drodze do dalszej ekspansji stoj&#261; ju&#380; tylko szcz&#261;tki starego imperium, a one, w ka&#380;dym razie przez kilka najbli&#380;szych lat, nie stanowi&#261; ju&#380; &#380;adnego problemu. Oczywi&#347;cie, nie mog&#281; wam zdradzi&#263; charakteru nast&#281;pnego prawdo

W og&#322;uszaj&#261;cym ryku usta Seldona porusza&#322;y si&#281; bezg&#322;o&#347;nie.

Obok Randu pojawi&#322; si&#281; Ebling Mis. Mia&#322; czerwon&#261; twarz. Przekrzykuj&#261;c wrzaw&#281;, zwr&#243;ci&#322; si&#281; do niego:

Seldonowi si&#281; pomiesza&#322;o! To nie ten kryzys. Czy wy, handlarze, planowali&#347;cie wojn&#281; domow&#261;?

Randu rzek&#322; blado:

Tak, planowali&#347;my. Zrezygnowali&#347;my z tego w obliczu zagro&#380;enia ze strony Mu&#322;a.

A wi&#281;c Mu&#322; jest nowym czynnikiem, kt&#243;rego nie wzi&#261;&#322; pod uwag&#281; Seldon w swojej psychohistorii. A to co?

W nag&#322;ej, lodowatej ciszy Bayta spostrzeg&#322;a, &#380;e szklany sze&#347;cian jest na powr&#243;t pusty. &#346;ciany przesta&#322;y si&#281; jarzy&#263; i znik&#322; &#322;agodny powiew ci&#261;gn&#261;cy z atomowych wentylator&#243;w.

Z dala dobiega&#322; ostry, wznosz&#261;cy si&#281; i opadaj&#261;cy d&#378;wi&#281;k syren. Usta Randu same z&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; do s&#322;owa:  Nalot!

Ebling Mis przy&#322;o&#380;y&#322; zegarek do ucha i krzykn&#261;&#322; nagle:

Zatrzyma&#322; si&#281;, na Galaktyk&#281;, zatrzyma&#322; si&#281;! Czy jest tu jaki&#347; zegarek, kt&#243;ry chodzi?

Dwadzie&#347;cia r&#261;k z zegarkami podnios&#322;o si&#281; do uszu. Nie min&#281;&#322;o dwadzie&#347;cia sekund, a by&#322;o ju&#380; jasne, &#380;e wszystkie stoj&#261;.

A wi&#281;c  rzek&#322; Mis z grymasem  co&#347; zatrzyma&#322;o wszystkie reaktory w Krypcie Czasu a Mu&#322; atakuje!  s&#322;owa jego zabrzmia&#322;y jak tragiczny fina&#322;.

G&#322;os Indbura wzni&#243;s&#322; si&#281; ponad ha&#322;as:

Prosz&#281; pozosta&#263; na miejscach! Mu&#322; jest pi&#281;&#263;dziesi&#261;t parsek&#243;w st&#261;d.

By&#322;!  krzykn&#261;&#322; do niego Mis.  Tydzie&#324; temu! Teraz jego bomby lec&#261; na Terminusa.

Bayta poczu&#322;a, jak ogarnia j&#261; g&#322;&#281;bokie przygn&#281;bienie. Czu&#322;a, jak zaciska si&#281; ciasno wok&#243;&#322; niej stalowa obr&#281;cz. Z trudem wci&#261;gn&#281;&#322;a powietrze przez &#347;ci&#347;ni&#281;te gard&#322;o.

Z zewn&#261;trz dochodzi&#322; g&#322;os gromadz&#261;cego si&#281; t&#322;umu. Gwa&#322;townie otworzy&#322;y si&#281; drzwi, wbieg&#322; jaki&#347; cz&#322;owiek i zacz&#261;&#322; co&#347; szybko m&#243;wi&#263; do Indbura, kt&#243;ry po&#347;piesznie podszed&#322; do niego.

Ekscelencjo  szepn&#261;&#322;  w mie&#347;cie stan&#281;&#322;y wszystkie pojazdy, wszystkie linie w przestrze&#324; s&#261; zablokowane. Dziesi&#261;ta Flota zosta&#322;a pobita, a statki Mu&#322;a nied&#322;ugo wejd&#261; w atmosfer&#281;. Sztab g&#322;&#243;wny

Indbur zachwia&#322; si&#281; i run&#261;&#322; bezw&#322;adnie na pod&#322;og&#281;. W ca&#322;ym pomieszczeniu zapanowa&#322;a cisza. Nawet wci&#261;&#380; rosn&#261;cy na dworze t&#322;um milcza&#322;, a w powietrzu czai&#322;a si&#281; groza i panika.

Podniesiono Indbura i wlano mu wina w usta. Poruszy&#322; wargami, nie otwieraj&#261;c oczu:

Poddajemy si&#281;.

Bayta by&#322;a o krok od p&#322;aczu  nie ze smutku czy upokorzenia, lecz ze zwyk&#322;ej trwogi i rozpaczy. Ebling Mis poci&#261;gn&#261;&#322; j&#261; za r&#281;kaw.

Chod&#378;my

Wyci&#261;gn&#261;&#322; j&#261; z krzes&#322;a i postawi&#322; na nogi.  Idziemy  powiedzia&#322;.  Niech pani zabierze swojego muzyka.

Jego pulchne usta trz&#281;s&#322;y si&#281; i wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e odp&#322;yn&#281;&#322;a z nich ca&#322;a krew.

Magnifico  rzek&#322;a s&#322;abym g&#322;osem Bayta. B&#322;azen zwin&#261;&#322; si&#281; w k&#322;&#281;bek ze strachu. Patrzy&#322; szklanym wzrokiem.

To Mu&#322;!  zawy&#322;.  Mu&#322; przybywa  po mnie.

Z&#322;apa&#322; si&#281; kurczowo krzes&#322;a, kiedy go dotkn&#281;&#322;a. Toran pochyli&#322; si&#281; i waln&#261;&#322; go mocno w szcz&#281;k&#281;. Magnifico straci&#322; przytomno&#347;&#263; i Toran zarzuci&#322; go na plecy jak worek kartofli.

Nazajutrz sp&#322;yn&#281;&#322;y na l&#261;dowiska Terminusa brzydkie, w czarnym kolorze ochronnym, statki Mu&#322;a. Ich dow&#243;dca p&#281;dzi&#322; g&#322;&#243;wn&#261; ulic&#261; Terminusa samochodem zagranicznej roboty, mijaj&#261;c ca&#322;e kupy bezu&#380;ytecznych samochod&#243;w o nap&#281;dzie j&#261;drowym.

Dok&#322;adnie dwadzie&#347;cia cztery godziny po pojawieniu si&#281; Seldona przed pot&#281;&#380;nymi w&#322;adcami Fundacji og&#322;oszono jej okupacj&#281;.

Ze wszystkich planet Fundacji trzyma&#322;y si&#281; jeszcze tylko siedziby Niepodleg&#322;ych Handlarzy i przeciw nim zwr&#243;ci&#322;a si&#281; teraz ca&#322;a pot&#281;ga Mu&#322;a  zwyci&#281;zcy Fundacji.



Pocz&#261;tek poszukiwa&#324;

Samotna planeta Haven  jedyna planeta jedynego s&#322;o&#324;ca tego sektora Galaktyki, kt&#243;ra oddala&#322;a si&#281; z wolna w pr&#243;&#380;ni&#281; mi&#281;dzygalaktyczn&#261;  by&#322;a w stanie obl&#281;&#380;enia.

W sensie &#347;ci&#347;le militarnym by&#322;a na pewno obl&#281;&#380;ona, gdy&#380; ka&#380;dy obszar przestrzeni z tej strony Galaktyki odleg&#322;y o wi&#281;cej ni&#380; dwadzie&#347;cia parsek&#243;w od Haven znajdowa&#322; si&#281; w zasi&#281;gu frontowych baz Mu&#322;a. W ci&#261;gu czterech miesi&#281;cy, kt&#243;re min&#281;&#322;y od upadku Fundacji, po&#322;&#261;czenia Haven z innymi planetami zosta&#322;y zerwane jak zmieciona jednym poci&#261;gni&#281;ciem szczotki sie&#263; paj&#281;cza. Statki have&#324;skie powr&#243;ci&#322;y do domu i Haven pozosta&#322;a jedyn&#261; walcz&#261;c&#261; baz&#261;.

Pod innymi wzgl&#281;dami wydawa&#322;a si&#281; ju&#380; nawet by&#263; pod bezpo&#347;rednim ostrza&#322;em, gdy&#380; przed flot&#261; Mu&#322;a nadci&#261;gn&#281;&#322;y jej forpoczty  zw&#261;tpienie i brak wiary w zwyci&#281;stwo, kt&#243;re z wolna okrywa&#322;y swym ca&#322;unem ca&#322;&#261; planet&#281;.

Bayta sz&#322;a ci&#281;&#380;ko przej&#347;ciem mi&#281;dzy rz&#281;dami mlecznobia&#322;ych stolik&#243;w o plastikowych blatach. By&#322;a zamy&#347;lona i raczej z przyzwyczajenia trafi&#322;a na swoje miejsce. Usiad&#322;a z ulg&#261; na wysokim krze&#347;le bez por&#281;czy, machinalnie odpowiedzia&#322;a na pozdrowienia, kt&#243;re ledwie do niej dotar&#322;y, potar&#322;a zm&#281;czon&#261; d&#322;oni&#261; niezno&#347;nie sw&#281;dz&#261;ce oko i si&#281;gn&#281;&#322;a po jad&#322;ospis.

Zd&#261;&#380;y&#322;a zarejestrowa&#263; gwa&#322;towne uczucie wstr&#281;tu na widok nazw potraw z sztucznie hodowanych grzyb&#243;w, kt&#243;re na Haven uwa&#380;ane by&#322;y za wykwintne dania, a kt&#243;re jej, przywyk&#322;ej do kuchni Fundacji, wydawa&#322;y si&#281; zupe&#322;nie niejadalne, kiedy dotar&#322; do niej rozlegaj&#261;cy si&#281; w pobli&#380;u szloch. Podnios&#322;a g&#322;ow&#281;.

Do tej pory raczej nie zwraca&#322;a uwagi na Juddee, bezbarwn&#261;, pospolit&#261; blondynk&#281; o zadartym nosie, kt&#243;ra siedzia&#322;a przy stole naprzeciw, nieco na ukos od jej miejsca.

Teraz Juddee szlocha&#322;a &#380;a&#322;o&#347;nie, gryz&#261;c mokr&#261; chusteczk&#281;, kt&#243;r&#261; na pr&#243;&#380;no stara&#322;a si&#281; st&#322;umi&#263; &#322;kanie. Jej twarz pokryta by&#322;a czerwonymi plamkami. Z ramion zwisa&#322; jej zmi&#281;ty promienioodporny p&#322;aszcz, a przezroczysta os&#322;ona twarzy wpad&#322;a w stoj&#261;cy przed ni&#261; deser.

Bayta przy&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; do trzech dziewczyn, kt&#243;re po kolei stara&#322;y si&#281; Juddee pocieszy&#263; odwiecznymi i odwiecznie nieskutecznymi metodami, g&#322;adz&#261;c j&#261; po g&#322;owie, poklepuj&#261;c po ramionach i mrucz&#261;c co&#347; bez zwi&#261;zku.

Co si&#281; sta&#322;o?  spyta&#322;a szeptem.

Jedna z dziewczyn odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do niej i wzruszy&#322;a ramionami w jednoznacznym ge&#347;cie:  Nie wiem. Potem, czuj&#261;c &#380;e nie jest to w&#322;a&#347;ciwa odpowied&#378;, odci&#261;gn&#281;&#322;a Bayt&#281; na bok.

My&#347;l&#281;, &#380;e mia&#322;a ci&#281;&#380;ki dzie&#324;. I martwi si&#281; o m&#281;&#380;a.

Jest na patrolu w przestrzeni? Tak.

Bayta wyci&#261;gn&#281;&#322;a do Juddee d&#322;o&#324; w przyjaznym ge&#347;cie.

Dlaczego nie p&#243;jdziesz do domu, Juddee?  na tle poprzednich, &#347;lamazarnych pr&#243;b uspokojenia dziewczyny jej pytanie zabrzmia&#322;o rzeczowo, lecz pogodnie.

Juddee unios&#322;a g&#322;ow&#281; z oburzeniem.

Ju&#380; raz wysz&#322;am w tym tygodniu

To p&#243;jdziesz drugi raz. Je&#347;li chcesz na si&#322;&#281; zosta&#263;, to w przysz&#322;ym tygodniu wyjdziesz trzy razy, rozumiesz a wi&#281;c je&#347;li p&#243;jdziesz teraz, to b&#281;dzie to prawie akt patriotyzmu. Czy kt&#243;ra&#347; z tych dziewczyn pracuje na twoim wydziale? No wi&#281;c, mo&#380;e zajmiecie si&#281; jej kart&#261;. Lepiej id&#378; najpierw do &#322;azienki, Juddee, i postaraj si&#281; zmy&#263; brzoskwinie i &#347;mietank&#281;. No ju&#380;! Jazda!

Bayta wr&#243;ci&#322;a na swoje miejsce i wzi&#281;&#322;a znowu jad&#322;ospis z uczuciem sm&#281;tnej ulgi. Takie humory by&#322;y zara&#378;liwe. W tych nerwowych dniach wystarczy jedna szlochaj&#261;ca dziewczyna, &#380;eby roz&#322;o&#380;y&#263; ca&#322;y jej wydzia&#322;.

Wybra&#322;a z niesmakiem danie, nacisn&#281;&#322;a odpowiednie guziki znajduj&#261;ce si&#281; tu&#380; obok &#322;okcia i od&#322;o&#380;y&#322;a jad&#322;ospis do w&#322;a&#347;ciwej wn&#281;ki.

Wysoka, czarna dziewczyna siedz&#261;ca naprzeciw niej rzek&#322;a:

A co mo&#380;emy robi&#263;, je&#347;li nie p&#322;aka&#263;, no co? Jej zaskakuj&#261;co du&#380;e usta zaledwie si&#281; przy tym poruszy&#322;y i Bayta spostrzeg&#322;a, &#380;e ich k&#261;ciki by&#322;y starannie uszminkowane, aby nada&#263; twarzy ten wyraz sztucznego p&#243;&#322;u&#347;miechu, kt&#243;ry by&#322; ostatnim krzykiem mody.

Bayta doskonale wyczu&#322;a kryj&#261;ce si&#281; w jej s&#322;owach wyzwanie i z uczuciem ulgi powita&#322;a pojawienie si&#281; obiadu, kt&#243;ry uwolni&#322; J4 od potrzeby natychmiastowej odpowiedzi. Rozsun&#261;&#322; si&#281; blat sto&#322;u i na jego powierzchni&#281; wyjecha&#322;y talerze z jedzeniem i przybory sto&#322;owe. Bayta rozerwa&#322;a opakowanie, wyj&#281;&#322;a sztu&#263;ce i trzyma&#322;a je delikatnie, czekaj&#261;c, a&#380; ostygn&#261;.

Nie widzisz innego wyj&#347;cia, Helia?  spyta&#322;a.

Owszem  odpar&#322;a Helia  Widz&#281;!  wprawnym prztykni&#281;ciem palca wrzuci&#322;a niedopa&#322;ek papierosa do odpowiedniego wg&#322;&#281;bienia. Niedopa&#322;ek znikn&#261;&#322; w kr&#243;tkim j&#261;drowym b&#322;ysku, nim zd&#261;&#380;y&#322; opa&#347;&#263; na p&#322;askie dno popielniczki.  My&#347;l&#281; na przyk&#322;ad  rzek&#322;a, opieraj&#261;c brod&#281; na szczup&#322;ych, wypiel&#281;gnowanych d&#322;oniach  &#380;e mogliby&#347;my zawrze&#263; ca&#322;kiem niez&#322;e porozumienie z Mu&#322;em i zako&#324;czy&#263; t&#281; nonsensown&#261; wojn&#281;. No c&#243;&#380;, ja nie mam takich  eee  mo&#380;liwo&#347;ci, &#380;eby si&#281; szybko przenie&#347;&#263; gdzie indziej, kiedy Mu&#322; zwyci&#281;&#380;y.

W twarzy Bayty nie drgn&#261;&#322; ani jeden mi&#281;sie&#324;. Rzek&#322;a lekkim, oboj&#281;tnym tonem:

Nie masz zdaje si&#281;, brata ani m&#281;&#380;a na walcz&#261;cych statkach, co?

Nie. To najlepszy dow&#243;d, &#380;e nie m&#243;wi&#281; tego z osobistych powod&#243;w. Nie widz&#281; sensu, &#380;eby gin&#281;li bracia i m&#281;&#380;owie innych kobiet.

Zgin&#261; na pewno, je&#347;li si&#281; poddamy.

Fundacja podda&#322;a si&#281; i ma spok&#243;j. Nasi m&#281;&#380;czy&#378;ni s&#261; w przestrzeni i Galaktyka jest przeciw nam.

Bayta wzruszy&#322;a ramionami i rzek&#322;a s&#322;odkim g&#322;osem:

Obawiam si&#281;, &#380;e najbardziej martwi ci&#281; to pierwsze  i zaj&#281;&#322;a si&#281; swym p&#243;&#322;miskiem z jarzynami. Zapanowa&#322;o milczenie. Nikt w zasi&#281;gu s&#322;uchu Bayty nie pr&#243;bowa&#322; nawet dyskutowa&#263; z cynicznymi argumentami Helli.

Wysz&#322;a szybko, nacisn&#261;wszy przedtem guzik urz&#261;dzenia, kt&#243;re uprz&#261;tn&#281;&#322;o st&#243;&#322; robi&#261;c miejsce dla nast&#281;pnej zmiany.

Trzy miejsca dalej nowa dziewczyna spyta&#322;a scenicznym szeptem Hell&#281;:

Kto to jest?

Helia wykrzywi&#322;a pogardliwie usta.

&#379;ona bratanka naszego koordynatora. Nie wiedzia&#322;a&#347; o tym?

Tak?  nowa obejrza&#322;a si&#281; za Bayta, kt&#243;ra znika&#322;a ju&#380; za drzwiami.  Co ona tu robi?

Pracuje przy ta&#347;mie. Nie wiesz, &#380;e teraz modnie by&#263; patriotk&#261;? To wszystko takie demokratyczne rzyga&#263; mi si&#281; chce!

Daj spok&#243;j, Helia  powiedzia&#322;a pulchna dziewczyna siedz&#261;ca po jej prawej stronie.  Jeszcze nigdy nie napu&#347;ci&#322;a na nas swego wuja. Dlaczego si&#281; od niej nie odczepisz?

Helia zmierzy&#322;a j&#261; lodowatym spojrzeniem i zapali&#322;a nowego papierosa.

Nowa pilnie s&#322;ucha&#322;a trajkotania jasnookiej dziewczyny z ksi&#281;gowo&#347;ci siedz&#261;cej naprzeciwko.

podobno by&#322;a w Krypcie w samej Krypcie, wiesz.?  kiedy m&#243;wi&#322; Seldon i m&#243;wi&#261;, &#380;e burmistrz a&#380; si&#281; pieni&#322; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci i &#380;e by&#322;y zamieszki, i tak dalej, rozumiesz. Uciek&#322;a, zanim wyl&#261;dowa&#322; Mu&#322; i m&#243;wi&#261;, &#380;e to by&#322;o przera&#380;aj&#261;ce  musia&#322;a si&#281; przedosta&#263; przez blokad&#281; i w og&#243;le dziwi&#281; si&#281;, &#380;e nie napisze o tym ksi&#261;&#380;ki, wiesz, teraz te ksi&#261;&#380;ki wojenne maj&#261; takie wzi&#281;cie. Podobno by&#322;a te&#380; na tym &#347;wiecie Mu&#322;a, no wiesz, na Kalganie i

Zabrz&#281;cza&#322; dzwonek oznajmiaj&#261;cy koniec przerwy i jadalnia powoli zacz&#281;&#322;a si&#281; wyludnia&#263;, Dziewczyna z ksi&#281;gowo&#347;ci dalej ci&#261;gn&#281;&#322;a swe opowiadanie, a nowa s&#322;ucha&#322;a z rozdziawionymi ustami, wtr&#261;caj&#261;c tylko w odpowiednich momentach: Naprawd&#281;?"

Kiedy Bayta wraca&#322;a do domu, ogromne lampy w niszach skalnych powoli zakrywa&#322;y si&#281; ju&#380; os&#322;onami, co dla porz&#261;dnych, ci&#281;&#380;ko pracuj&#261;cych ludzi by&#322;o znakiem, &#380;e pora ju&#380; spa&#263;.

W drzwiach spotka&#322;a Torana z pajd&#261; chleba z mas&#322;em w d&#322;oni.

Gdzie by&#322;a&#347;?  spyta&#322; z pe&#322;nymi ustami. Potem, prze&#322;kn&#261;wszy, doda&#322; ju&#380; wyra&#378;niej:  Zrobi&#322;em kolacj&#281; troch&#281; na chybcika. Je&#347;li b&#281;dzie za ma&#322;o, to trudno.

Ale Bayta nie odpowiedzia&#322;a. Przygl&#261;da&#322;a mu si&#281; ze zdziwieniem.

Torie, gdzie tw&#243;j mundur? Co ty robisz w cywilu?

To rozkaz, Bay. Randu zamkn&#261;&#322; si&#281; teraz z Eblingiem Misem i nie wiem o co tu chodzi. To wszystko.

Ja te&#380; lec&#281;?  spyta&#322;a impulsywnie. Poca&#322;owa&#322; j&#261;.

Tak my&#347;l&#281;. To prawdopodobnie b&#281;dzie niebezpieczne zadanie.

A co nie jest niebezpieczne?

No tak. Aha, pos&#322;a&#322;em ju&#380; po Magnifico, wi&#281;c on prawdopodobnie te&#380; poleci.

To znaczy, &#380;e trzeba b&#281;dzie odwo&#322;a&#263; jego koncert w fabryce silnik&#243;w.

Oczywi&#347;cie.

Bayta przesz&#322;a do drugiego pokoju i usiad&#322;a do sto&#322;u. Kolacja rzeczywi&#347;cie wygl&#261;da&#322;a na przyrz&#261;dzon&#261; na chybcika. Zgrabnie i szybko przekroi&#322;a kanapki na p&#243;&#322; i powiedzia&#322;a:

Szkoda, &#380;e nic nie wyjdzie z tego koncertu. Dziewczyny w fabryce bardzo si&#281; cieszy&#322;y. Zreszt&#261; Magnifico te&#380;. Niech go, to taki dziwak!

Rozbudza w tobie uczucia macierzy&#324;skie, Bay, ot co! W ko&#324;cu urodzi nam si&#281; dziecko i zapomnisz o nim.

Bayta odpar&#322;a gryz&#261;c sw&#261; kanapk&#281;:

Dziwne, &#380;e ty w og&#243;le nie wzbudzasz we mnie uczu&#263; macierzy&#324;skich.

Nagle od&#322;o&#380;y&#322;a kanapk&#281; i spowa&#380;nia&#322;a.

Torie

M hm.

Torie, by&#322;am dzisiaj w ratuszu w Biurze Produkcji. Dlatego wr&#243;ci&#322;am tak p&#243;&#378;no.

A co tam robi&#322;a&#347;?

No  rzek&#322;a niepewnie  jakby to powiedzie&#263; To si&#281; pot&#281;guje. Nie mog&#322;am ju&#380; tego d&#322;u&#380;ej wytrzyma&#263; w fabryce. Morale po prostu nie istnieje. Dziewczyny p&#322;acz&#261; bez &#380;adnego powodu. Te, kt&#243;re nie choruj&#261;, staj&#261; si&#281; pos&#281;pne. Nawet te szare myszki, kt&#243;rych nikt by nie zauwa&#380;y&#322;, chodz&#261; jakie&#347; nad&#261;sane. Na moim wydziale nie robimy nawet jednej czwartej tego, co wtedy, kiedy przysz&#322;am. Nie ma dnia, &#380;eby kogo&#347; nie brakowa&#322;o.

Dobrze  rzek&#322; Toran  wr&#243;&#263;my do Biura Produkcji. Co tam robi&#322;a&#347;?

Mia&#322;am par&#281; pyta&#324;. Tak jest, Torie, na ca&#322;ym Havenie. Produkcja spada, za to ro&#347;nie zniech&#281;cenie i op&#243;r. Szef biura tylko wzruszy&#322; ramionami  a siedzia&#322;am ca&#322;&#261; godzin&#281; w poczekalni, &#380;eby z nim porozmawia&#263;, i dosta&#322;am si&#281; w ko&#324;cu do niego tylko dlatego, &#380;e jestem &#380;on&#261; bratanka koordynatora  i powiedzia&#322;, &#380;e nic na to nie mo&#380;e poradzi&#263;. Szczerze m&#243;wi&#261;c, wydaje mi si&#281;, &#380;e go to guzik obchodzi.

Nie oddalaj si&#281; od bazy, Bay.

Powa&#380;nie my&#347;l&#281;, &#380;e go to w og&#243;le nie zainteresowa&#322;o. M&#243;wi&#281; ci  rzek&#322;a z ogniem  co&#347; si&#281; psuje. To jest to samo straszliwe zniech&#281;cenie, kt&#243;re rzuci&#322;o mi si&#281; w oczy w Krypcie Czasu, kiedy Seldon nas opu&#347;ci&#322;. Sam to czu&#322;e&#347;.

Tak, czu&#322;em.

No i mamy je znowu  ci&#261;gn&#281;&#322;a z furi&#261;.  Nigdy nie b&#281;dziemy w stanie przeciwstawi&#263; si&#281; Mu&#322;owi. Nawet gdyby&#347;my mieli odpowiednie &#347;rodki, to brak nam serca, ducha, woli Torie, dalsza walka nie ma sensu

Bayta nigdy nie p&#322;aka&#322;a w obecno&#347;ci Torana. Teraz te&#380; powstrzyma&#322;a &#322;zy. Naprawd&#281;. Mimo to Toran po&#322;o&#380;y&#322; jej d&#322;o&#324; na ramieniu i rzek&#322; &#322;agodnie:

Nie my&#347;l o tym, kochana. Wiem, co czujesz. Ale nie mo&#380;na

Tak, nie mo&#380;na nic zrobi&#263;! Wszyscy to m&#243;wi&#261; i siedzimy tak jak barany i czekamy na rze&#378;! Podnios&#322;a napocz&#281;t&#261; kanapk&#281;. Toran cicho s&#322;a&#322; &#322;&#243;&#380;ka. Na zewn&#261;trz panowa&#322;a zupe&#322;na ciemno&#347;&#263;.

Randu, jako nowo mianowany koordynator konfederacji miast na Haven, dosta&#322; na w&#322;asne &#380;&#261;danie pok&#243;j na g&#243;rze, z okien kt&#243;rego roztacza&#322; si&#281; widok na dachy dom&#243;w i ziele&#324; miejsk&#261;. Teraz, w gasn&#261;cym &#347;wietle lamp, wszystkie domy wydawa&#322;y si&#281; cofa&#263; w jednostajny, pos&#281;pny mrok. Randu nie mia&#322; czasu, &#380;eby zastanawia&#263; si&#281; nad symboliczn&#261; wymow&#261; tej sceny.

Rzek&#322; do Eblinga Misa, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; ca&#322;kowicie poch&#322;oni&#281;ty kontemplacj&#261; nape&#322;nionego czerwonym winem kielicha trzymanego w d&#322;oni:

Jest takie powiedzenie na Haven, &#380;e kiedy gasn&#261; &#347;wiat&#322;a w niszach, to wszystkim porz&#261;dnym, ci&#281;&#380;ko pracuj&#261;cym ludziom pora spa&#263;.

Du&#380;o sypiasz ostatnio?

Nie. Przepraszam, &#380;e wezwa&#322;em ci&#281; o tak p&#243;&#378;nej porze, Mis. Jako&#347; bardziej teraz lubi&#281; noc. Czy to nie dziwne? Ludzie na Haven &#347;ci&#347;le przestrzegaj&#261; zasady, &#380;e kiedy jest ciemno, trzeba spa&#263;. Ja te&#380;. Ale teraz jest inaczej

Kryjesz si&#281;  rzek&#322; matowym g&#322;osem Mis.  W czasie pracy otaczaj&#261; ci&#281; ludzie. Czujesz na sobie ich spojrzenia. Zdajesz sobie spraw&#281;, &#380;e pok&#322;adaj&#261; w tobie swe nadzieje. W czasie snu jeste&#347; wolny.

A wi&#281;c ty to te&#380; czujesz? To przygn&#281;biaj&#261;ce uczucie kl&#281;ski?

Ebling Mis wolno skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Tak. To zbiorowa psychoza [niecenzuralne] panika t&#322;umu. Na Galaktyk&#281;, Randu, czego si&#281; spodziewasz? Masz tu ca&#322;e spo&#322;ecze&#324;stwo, kt&#243;re wychowano w &#347;lepej wierze, &#380;e bohater ludowy z dawnych czas&#243;w wszystko przewidzia&#322; i zaplanowa&#322;, i &#380;e troszczy si&#281; o ka&#380;dy szczeg&#243;&#322; ich &#380;ycia. To przyzwyczajenie my&#347;lowe ma wszelkie cechy kultu religijnego i sam wiesz, co to znaczy.

Nie mam najmniejszego poj&#281;cia.

Mis nie by&#322; zachwycony perspektyw&#261; d&#322;u&#380;szych wyja&#347;nie&#324;. Nigdy tego nie lubi&#322;. Mrukn&#261;&#322; wi&#281;c co&#347; pod nosem, popatrzy&#322; d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; na cygaro, kt&#243;re obraca&#322; w palcach i w ko&#324;cu rzek&#322;:

Charakteryzuje si&#281; siln&#261; wiar&#261;. Wierzeniami mo&#380;e zachwia&#263; tylko pot&#281;&#380;ny szok, a w takim przypadku dochodzi do prawie ca&#322;kowitego za&#322;amania psychicznego. W l&#380;ejszych przypadkach ko&#324;czy si&#281; to histeri&#261;, patologicznym uczuciem braku bezpiecze&#324;stwa. W ci&#281;&#380;kich przypadkach  szale&#324;stwem i samob&#243;jstwem.

Randu obgryza&#322; paznokcie. Wreszcie rzek&#322;:

Innymi s&#322;owy, kiedy Seldon nas zawi&#243;d&#322;, zabrak&#322;o nam szczud&#322;a, na kt&#243;rym opierali&#347;my si&#281; tak d&#322;ugo, &#380;e nasze mi&#281;&#347;nie zanik&#322;y i nie mo&#380;emy teraz usta&#263; na w&#322;asnych nogach.

W&#322;a&#347;nie tak. To co prawda tylko przeno&#347;nia, ale jest w&#322;a&#347;nie tak.

A jak twoje mi&#281;&#347;nie, Ebling? Psycholog wypu&#347;ci&#322; pot&#281;&#380;ny k&#322;&#261;b dymu.

Sflacza&#322;y, ale nie zanik&#322;y. M&#243;j zaw&#243;d wymaga pewnej dozy odporno&#347;ci i niezale&#380;nego my&#347;lenia.

Widzisz wyj&#347;cie?

Nie, ale musi jakie&#347; by&#263;. By&#263; mo&#380;e Seldon nie opracowa&#322; &#380;adnych zabezpiecze&#324; przed kim&#347; takim jak Mu&#322;. By&#263; mo&#380;e jego plan nie gwarantuje nam zwyci&#281;stwa. Ale w ko&#324;cu nie gwarantuje nam te&#380; pora&#380;ki. On po prostu przesta&#322; si&#281; liczy&#263; w tej grze i jeste&#347;my zdani tylko na siebie. Mu&#322;a mo&#380;na pokona&#263;.

W jaki spos&#243;b?

W taki sam, w jaki mo&#380;na pokona&#263; ka&#380;dego  uderzaj&#261;c ca&#322;&#261; si&#322;&#261; w s&#322;aby punkt. Widzisz, Randu, Mu&#322; nie jest supermanem. Kiedy si&#281; go w ko&#324;cu pobije, ka&#380;dy si&#281; o tym przekona. Rzecz w tym, &#380;e nikt go nie widzia&#322;, a legendy rodz&#261; si&#281; szybko. Przypuszczalnie jest mutantem. Ale co z tego? Ignoranci uwa&#380;aj&#261;, &#380;e mutant to co&#347; w rodzaju supermana. Nic podobnego.

Oblicza si&#281;, &#380;e codziennie rodzi si&#281; w Galaktyce kilka milion&#243;w mutant&#243;w. U dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu o&#347;miu czy nawet dziewi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu dziewi&#281;ciu procent z tych kilku milion&#243;w zmienione cechy daje si&#281; wykry&#263; tylko za pomoc&#261; mikroskopu albo analiz laboratoryjnych. Z pozosta&#322;ych dwu czy jednego procenta makromutant&#243;w, to jest osobnik&#243;w, u kt&#243;rych zmienione cechy mo&#380;na wykry&#263; go&#322;ym okiem, dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t osiem czy dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dziewi&#281;&#263; procent to potworki, kt&#243;re albo umieraj&#261; szybko, albo trafiaj&#261; do laboratori&#243;w lub o&#347;rodk&#243;w rozrywki. Z tych niewielu pozosta&#322;ych mutant&#243;w, u kt&#243;rych r&#243;&#380;nice s&#261; pozytywne, prawie wszyscy s&#261; nieszkodliwymi dziwol&#261;gami, kt&#243;rzy pod pewnym wzgl&#281;dem przewy&#380;szaj&#261; normalnych ludzi, ale pod innymi wzgl&#281;dami mieszcz&#261; si&#281; w normie, a cz&#281;sto poni&#380;ej normy. Rozumiesz, Randu?

Tak. Ale co my&#347;lisz o Mule?

Przyjmuj&#261;c zatem, &#380;e Mu&#322; jest mutantem, mo&#380;emy za&#322;o&#380;y&#263;, &#380;e posiada jakie&#347; niezwyk&#322;e cechy, niew&#261;tpliwie psychiczne, dzi&#281;ki kt&#243;rym mo&#380;e zdobywa&#263; &#347;wiaty. Z drugiej strony, ma na pewno jakie&#347; s&#322;abe miejsca, kt&#243;re musimy odkry&#263;. Gdyby nie rzuca&#322;y si&#281; one w oczy i gdyby ich odkrycie nie by&#322;o dla niego gro&#378;ne, to nie by&#322;by taki tajemniczy i nie kry&#322;by si&#281; przed wzrokiem innych ludzi. Je&#347;li jest mutantem

A czy istnieje inna mo&#380;liwo&#347;&#263;?

By&#263; mo&#380;e. Poza informacjami kapitana Hana Pritchera z by&#322;ego wywiadu Fundacji nie mamy &#380;adnych dowod&#243;w, &#380;e to mutant. Pritcher doszed&#322; do takich wniosk&#243;w po rozmowach z lud&#378;mi, kt&#243;rzy twierdzili, &#380;e znali Mu&#322;a, czy kogo&#347; kto m&#243;g&#322;by by&#263; Mu&#322;em, kiedy by&#322; jeszcze dzieckiem. Pritcher opiera&#322; si&#281; na sk&#261;pych danych, poza tym nie jest wykluczone, &#380;e to sam Mu&#322; rozpowszechni&#322; te wie&#347;ci. Na pewno bardzo mu pomog&#322;a opinia mutanta-supermana.

To interesuj&#261;ce. Od dawna o tym my&#347;la&#322;e&#347;?

W og&#243;le o tym nie my&#347;la&#322;em, przynajmniej nie w tym znaczeniu, &#380;ebym wierzy&#322;, &#380;e jest tak w&#322;a&#347;nie. To po prostu mo&#380;liwo&#347;&#263;, kt&#243;r&#261; trzeba bra&#263; pod uwag&#281;. Za&#322;&#243;&#380;my na przyk&#322;ad, &#380;e Mu&#322; odkry&#322; jaki&#347; rodzaj promieniowania, kt&#243;ry os&#322;abia energi&#281; psychiczn&#261;, co&#347; w rodzaju tego, kt&#243;re powstrzymuje reakcje j&#261;drowe. I co ty na to, Randu, h&#281;? To by chyba wyja&#347;nia&#322;o to, co si&#281; teraz z nami dzieje i co si&#281; dzia&#322;o na Fundacji, prawda?

Randu wydawa&#322; si&#281; beznadziejnie przygn&#281;biony.

A jak tam twoje badania b&#322;azna Mu&#322;a?  spyta&#322;.

Ebling Mis zawaha&#322; si&#281;.

Na razie bez rezultatu. Przed upadkiem Fundacji puszy&#322;em si&#281; przed burmistrzem, g&#322;&#243;wnie po to, &#380;eby mu doda&#263; odwagi cz&#281;&#347;ciowo po to, &#380;eby siebie samego podnie&#347;&#263; na duchu. Ale gdybym naprawd&#281; zna&#322; odpowiednie wzory matematyczne, to wystarczy&#322;yby mi opowie&#347;ci b&#322;azna, &#380;eby zupe&#322;nie rozszyfrowa&#263; Mu&#322;a. Wtedy by&#322;by nasz. Wtedy m&#243;g&#322;bym zrozumie&#263; na czym polegaj&#261; te dziwne anomalie, kt&#243;re od dawna nie dawa&#322;y mi spokoju.

Jakie anomalie?

Pomy&#347;l, cz&#322;owieku. Mu&#322; bi&#322; floty Fundacji, jak chcia&#322;, ale ani razu nie uda&#322;o mu si&#281; pokona&#263; w otwartej walce o wiele przecie&#380; s&#322;abszych si&#322; Niepodleg&#322;ych Handlarzy. Fundacja pad&#322;a od jednego ciosu, a Niepodlegli Handlarze stawiaj&#261; op&#243;r ca&#322;ej jego pot&#281;dze. Depresora pola j&#261;drowego u&#380;y&#322; po raz pierwszy przeciw Niepodleg&#322;ym Handlarzom z Mnemona. Zaskoczy&#322;o ich to i przegrali pierwsz&#261; bitw&#281;, ale nauczyli si&#281; neutralizowa&#263; jego dzia&#322;anie. Potem ju&#380; ani razu nie uda&#322;o mu si&#281; wykorzysta&#263; tej broni przeciw Handlarzom.

Ale z powodzeniem stosowa&#322; j&#261; przeciw si&#322;om Fundacji. Ba, dzia&#322;a&#322;a skutecznie nawet w samej Fundacji. Dlaczego? Przy naszej obecnej wiedzy nie potrafimy na to odpowiedzie&#263;. To wszystko nie trzyma si&#281; kupy. Musz&#261; wi&#281;c wchodzi&#263; w gr&#281; jakie&#347; czynniki, o kt&#243;rych nie mamy poj&#281;cia.

Zdrada?

Bzdura, Randu. [Niecenzuralne] brednie. Nie by&#322;o cz&#322;owieka na Fundacji, kt&#243;ry by nie by&#322; pewny jej zwyci&#281;stwa. A kto by zdradzi&#322; stron&#281;, kt&#243;ra na pewno wygra?

Randu podszed&#322; do wypuk&#322;ego okna i sm&#281;tnym wzrokiem popatrzy&#322; w ciemno&#347;&#263;.

Ale teraz nie mamy &#380;adnych szans na zwyci&#281;stwo, cho&#263;by nawet Mu&#322; mia&#322; tysi&#261;c s&#322;abych punkt&#243;w, cho&#263;by si&#281; z nich ca&#322;y sk&#322;ada&#322;

Patrzy&#322; nadal przez okno. Zgarbi&#322; si&#281; i nerwowo splata&#322; i rozplata&#322; trzymane z ty&#322;u d&#322;onie.

Uciekli&#347;my bez trudu po tym wydarzeniu w Krypcie Czasu, Ebling. Inni te&#380; mogli uciec. Uciek&#322;o paru. Wi&#281;kszo&#347;&#263; zosta&#322;a. Pole depresora mo&#380;na by&#322;o zneutralizowa&#263;. Potrzeba by&#322;o tylko troch&#281; inwencji i pracy. Wszystkie statki floty Fundacji mog&#322;y uciec na Haven albo na po&#322;o&#380;one w pobli&#380;u planety i kontynuowa&#263; walk&#281;, tak jak my. Nie zrobi&#322; tego nawet jeden procent. Podda&#322;y si&#281; nieprzyjacielowi.

Podziemie na Fundacji, na kt&#243;re wydaje si&#281; tu liczy&#263; wi&#281;kszo&#347;&#263; ludzi, dot&#261;d niczym si&#281; nie wykaza&#322;o. Mu&#322; okaza&#322; si&#281; na tyle zr&#281;cznym politykiem, &#380;e zagwarantowa&#322; wielkim firmom handlowym nienaruszalno&#347;&#263; ich w&#322;asno&#347;ci i odpowiednie zyski i ich w&#322;a&#347;ciciele przeszli na jego stron&#281;.

Plutokraci zawsze byli przeciwko nam  rzek&#322; z zawzi&#281;to&#347;ci&#261; Ebling Mis.

Zawsze te&#380; mieli si&#322;&#281;. S&#322;uchaj, Ebling, mamy powody, &#380;eby podejrzewa&#263;, &#380;e Mu&#322; albo jego agenci skontaktowali si&#281; ju&#380; z najznaczniejszymi spo&#347;r&#243;d Niepodleg&#322;ych Handlarzy. Wiadomo, &#380;e przynajmniej dziesi&#281;&#263; z dwudziestu siedmiu &#347;wiat&#243;w Handlarzy przesz&#322;o na jego stron&#281;. Drugie tyle waha si&#281;. Nawet tu, na Havenie, s&#261; osoby, kt&#243;re nie czu&#322;yby si&#281; &#378;le pod rz&#261;dami Mu&#322;a. Najwidoczniej trudno si&#281; oprze&#263; pokusie, &#380;eby odda&#263; zagro&#380;on&#261; w&#322;adz&#281; polityczn&#261;, je&#347;li mo&#380;na przy tym zachowa&#263; w&#322;adz&#281; w sferze gospodarczej.

Nie uwa&#380;asz, &#380;e Haven mo&#380;e pokona&#263; Mu&#322;a?

Nie wierz&#281;, &#380;eby pokona&#322;o  Randu odwr&#243;ci&#322; wreszcie przygn&#281;bion&#261; twarz od okna i spojrza&#322; psychologowi w oczy.  My&#347;l&#281;, &#380;e Haven tylko czeka na to, &#380;eby si&#281; podda&#263;. W&#322;a&#347;nie dlatego wezwa&#322;em ci&#281; tutaj. Chc&#281;, &#380;eby&#347; opu&#347;ci&#322; Haven.

Ebling Mis cmokn&#261;&#322; ze zdziwienia.

Ju&#380; teraz?

Randu czu&#322; si&#281; przera&#378;liwie zm&#281;czony.

Ebling, jeste&#347; najwi&#281;kszym psychologiem Fundacji. Prawdziwi mistrzowie psychologii odeszli wraz z Seldonem, ale ty jeste&#347; najlepszym, jakiego mamy. W tobie ca&#322;a nadzieja na pokonanie Mu&#322;a. Tutaj nie mo&#380;esz nic zrobi&#263;. Musisz lecie&#263; tam, gdzie jeszcze zosta&#322;o co&#347; z Imperium.

Na Trantora?

Tak. Po Imperium zosta&#322;y ju&#380; tylko wspomnienia, ale w samym &#347;rodku musi co&#347; jeszcze by&#263;. Ebling, oni maj&#261; biblioteki. Musisz pozna&#263; psychologi&#281; matematyczn&#261; Mo&#380;e nauczysz si&#281; tyle, &#380;e zdo&#322;asz co&#347; wydoby&#263; z b&#322;azna. Oczywi&#347;cie on poleci z tob&#261;.

W&#261;tpi&#281;, czy on si&#281; na to zgodzi, nawet przy ca&#322;ym swoim l&#281;ku przed Mu&#322;em  odpar&#322; sucho Mis.  Chyba &#380;e poleci z nami &#380;ona twojego bratanka.

Wiem o tym. Z tego w&#322;a&#347;nie powodu Toran i Bayta lec&#261; z tob&#261;. Jest zreszt&#261; inny, wa&#380;niejszy cel, Ebling. Hari Seldon za&#322;o&#380;y&#322; dwie Fundacje, ka&#380;d&#261; w innym ko&#324;cu Galaktyki. Musisz znale&#378;&#263; t&#281; Drug&#261; Fundacj&#281;



Konspirator

W ciemno&#347;ci dawny pa&#322;ac burmistrzowski wydawa&#322; si&#281; niewyra&#378;n&#261; plam&#261;. Podbite miasto pogr&#261;&#380;one by&#322;o w ciszy godziny policyjnej. Na niebie nad Fundacj&#261; widnia&#322; mleczny, soczewkowaty ob&#322;ok wielkiej Galaktyki, a tu i &#243;wdzie migota&#322;a samotna gwiazda.

Fundacja potrzebowa&#322;a trzystu lat, by z prywatnego przedsi&#281;wzi&#281;cia niewielkiej grupy uczonych rozrosn&#261;&#263; si&#281; do rozmiar&#243;w imperium handlowego, kt&#243;re niczym pot&#281;&#380;na o&#347;miornica si&#281;ga&#322;o swymi, mackami daleko w g&#322;&#261;b Galaktyki. Wystarczy&#322;o p&#243;&#322; roku, by spad&#322;a do roli jednej z wielu podbitych prowincji.

Kapitan Ha&#324; Pritcher nie chcia&#322; tego przyj&#261;&#263; do wiadomo&#347;ci.

Miasto pogr&#261;&#380;one w ciszy i pos&#281;pnym mroku i ciemne okna pa&#322;acu zajmowanego przez intruz&#243;w &#347;wiadczy&#322;y wymownie o sytuacji Fundacji, ale kapitan Ha&#324; Pritcher, stoj&#261;cy u bram pa&#322;acu z malutk&#261; bomb&#261; atomow&#261; ukryt&#261; pod j&#281;zykiem, nie chcia&#322; tego zrozumie&#263;.

Z ciemno&#347;ci wy&#322;oni&#322; si&#281; jaki&#347; cie&#324; i zbli&#380;y&#322; do Pritchera. Kapitan obr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281;.

System alarmowy dzia&#322;a normalnie, kapitanie  dobieg&#322; go. cichy szept.  Nic nie zarejestruje. Mo&#380;e pan i&#347;&#263;.

Kapitan schyli&#322; si&#281; i bezszelestnie przekroczy&#322; bram&#281;. Potem &#347;cie&#380;k&#261; obramowan&#261; fontannami poszed&#322; w kierunku dawnego ogrodu Indbura.

Min&#281;&#322;y cztery miesi&#261;ce od owych wydarze&#324; w Krypcie Czasu, kt&#243;rych obraz chcia&#322; wymaza&#263; ze swej pami&#281;ci. Jednak jego fragmenty powraca&#322;y uparcie, szczeg&#243;lnie noc&#261;.

Oto stary Seldon, kt&#243;rego &#380;yczliwe s&#322;owa tak rozpaczliwie nie pasowa&#322;y do sytuacji zam&#281;t i zamieszanie nieprzytomny Indbur ze &#347;ci&#261;gni&#281;t&#261; twarz&#261;, nieprzyjemnie kontrastuj&#261;c&#261; z jego wspania&#322;ym, galowym strojem przej&#281;ty trwog&#261;, szybko rosn&#261;cy t&#322;um, czekaj&#261;cy w milczeniu na nieuchronne has&#322;o do poddania si&#281; ten m&#322;ody cz&#322;owiek, Toran, znikaj&#261;cy w bocznym wyj&#347;ciu z przewieszonym przez rami&#281; dyndaj&#261;cym cia&#322;em b&#322;azna Mu&#322;a

I on sam, wreszcie ju&#380; na zewn&#261;trz krypty, w unieruchomionym samochodzie.

Oto znowu on, toruj&#261;cy sobie drog&#281; w zdezorientowanym, opuszczaj&#261;cym w pop&#322;ochu miasto t&#322;umie, przedzieraj&#261;cy si&#281; na o&#347;lep ku kryj&#243;wkom, w kt&#243;rych mie&#347;ci&#322;y si&#281;  w kt&#243;rych przedtem mie&#347;ci&#322;y si&#281;  siedziby dow&#243;dztwa podziemia demokratycznego od osiemdziesi&#281;ciu lat bezskutecznie usi&#322;uj&#261;cego walczy&#263; z dyktatur&#261;.

Kryj&#243;wki by&#322;y puste.

Nast&#281;pnego dnia pojawi&#322;y si&#281; na niebie czarne, obce statki i powoli schodzi&#322;y do l&#261;dowania nikn&#261;c za budynkami le&#380;&#261;cego obok miasta. Kapitan Ha&#324; Pritcher czu&#322; przygniataj&#261;c&#261; go rozpacz i bezradno&#347;&#263;.

Ca&#322;&#261; par&#261; ruszy&#322; na poszukiwania.

Przez trzydzie&#347;ci dni przeby&#322; pieszo blisko dwie&#347;cie mil. Przebra&#322; si&#281; w ubranie robotnika z zak&#322;ad&#243;w hydroponicznych, kt&#243;rego znalaz&#322; martwego na poboczu drogi, zapu&#347;ci&#322; g&#281;st&#261; brod&#281; i w ko&#324;cu znalaz&#322; to, co pozosta&#322;o z podziemia.

By&#322;o to w mie&#347;cie Newton, w dzielnicy niegdy&#347; eleganckiej i reprezentacyjnej, lecz teraz pogr&#261;&#380;aj&#261;cej si&#281; z wolna w n&#281;dzy i brudzie. Uchyli&#322;y si&#281; drzwi i w w&#261;skiej szparze, tarasuj&#261;c przej&#347;cie, stan&#261;&#322; pot&#281;&#380;ny, &#380;ylasty m&#281;&#380;czyzna o ma&#322;ych oczkach. Jego pi&#281;&#347;ci gro&#378;nie wypycha&#322;y kieszenie spodni.

Przychodz&#281; od Mirana  wymamrota&#322; kapitan.

Cz&#322;owiek w drzwiach odpowiedzia&#322; ponuro na has&#322;o:

Miran wcze&#347;nie si&#281; odzywa w tym roku.

Nie wcze&#347;niej ni&#380; w ubieg&#322;ym  rzek&#322; kapitan. Jednak jego rozm&#243;wca nie wpu&#347;ci&#322; go.

Kim jeste&#347;?  spyta&#322;.

Nie jeste&#347; Lisem?

Zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie? Kapitan zaczerpn&#261;&#322; g&#322;&#281;bszy &#322;yk powietrza i wyrecytowa&#322; spokojnie:

Jestem Ha&#324; Pritcher, kapitan floty i cz&#322;onek Podziemnej Partii Demokratycznej. Wpu&#347;cisz mnie?

Lis odsun&#261;&#322; si&#281; na bok, robi&#261;c przej&#347;cie.

Naprawd&#281; nazywam si&#281; Orum Palley  powiedzia&#322;.

Wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;. Kapitan potrz&#261;sn&#261;&#322; ni&#261;.

Pok&#243;j by&#322; przyzwoicie utrzymany, ale skromnie urz&#261;dzony. W rogu sta&#322; ozdobny projektor ksi&#261;&#380;kowy. Rzuciwszy na&#324; fachowym wzrokiem, Pritcher stwierdzi&#322;, &#380;e mo&#380;e by&#263; to r&#243;wnie dobrze zamaskowany miotacz o niez&#322;ym kalibrze. Obiektyw projektora skierowany by&#322; na drzwi i m&#243;g&#322; by&#263; zdalnie sterowany.

Lis pod&#261;&#380;y&#322; wzrokiem za spojrzeniem swego brodatego go&#347;cia i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nieznacznie.  Tak!  powiedzia&#322;. Ale tylko w czasach Indbura i jego krwio&#380;erczych s&#322;ugus&#243;w. Nie na wiele by si&#281;

przyda&#322; przeciw Mu&#322;owi, co? Na Mu&#322;a nie ma &#380;adnego sposobu. Jeste&#347; g&#322;odny?

Kapitan prze&#322;kn&#261;&#322; &#347;lin&#281; i pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Za chwil&#281;, je&#347;li mo&#380;esz poczeka&#263;.  Lis wyj&#261;&#322; z kredensu puszki. Dwie z nich postawi&#322; przed Pritcherem.  Po&#322;&#243;&#380; palec na wierzchu i otw&#243;rz, kiedy b&#281;d&#261; gor&#261;ce. Zepsu&#322; mi si&#281; aparat do mierzenia ciep&#322;a. Takie rzeczy przypominaj&#261;, &#380;e jest wojna  a mo&#380;e ju&#380; si&#281; sko&#324;czy&#322;a, co?

Jego s&#322;owa by&#322;y jowialne, ale ton daleki od jowialno&#347;ci. Patrzy&#322; ch&#322;odno, taksuj&#261;cym wzrokiem. Usiad&#322; naprzeciw kapitana i rzek&#322;:

Je&#347;li co&#347; mi si&#281; w tobie nie spodoba, to zostanie po tobie tylko dziura w krze&#347;le. Rozumiesz?

Kapitan nic nie odpowiedzia&#322;. Naci&#347;ni&#281;ciem palca otworzy&#322; puszk&#281;. Lis rzek&#322; kr&#243;tko:

Gulasz. Przepraszam, ale kiepsko z &#380;ywno&#347;ci&#261;.

Wiem  odpar&#322; kapitan. Jad&#322; szybko, nie podnosz&#261;c g&#322;owy.

Widzia&#322;em ci&#281; ju&#380; kiedy&#347;  powiedzia&#322; Lis.  Pr&#243;buj&#281; sobie przypomnie&#263; gdzie to by&#322;o, ale nie pasuje mi broda.

Nie goli&#322;em si&#281; od trzydziestu dni.  Potem doda&#322; gwa&#322;townie  Czego chcesz? Poda&#322;em w&#322;a&#347;ciwe has&#322;o. Mam kartotek&#281;.

Lis machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;.

O, jestem pewien, &#380;e jeste&#347; Pritcher. Ale jest wielu takich, kt&#243;rzy znaj&#261; has&#322;o, maj&#261; kartoteki i mog&#261; potwierdzi&#263; swoj&#261; to&#380;samo&#347;&#263;  a s&#261; po stronie Mu&#322;a. S&#322;ysza&#322;e&#347; kiedy o Lewawie. co?

Przeszed&#322; na stron&#281; Mu&#322;a.  Co? On

Tak. Nazywali go Nieugi&#281;ty.  Lis poruszy&#322; bezg&#322;o&#347;nie ustami, jakby si&#281; &#347;mia&#322;, ale nie by&#322;o w tym weso&#322;o&#347;ci.  Nast&#281;pny  Willig. Po stronie Mu&#322;a! Garre i Noth. Po stronie Mu&#322;a! Dlaczego by nie Pritcher, co? Sk&#261;d mog&#281; wiedzie&#263;? Kapitan tylko potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Ale to nieistotne  doda&#322; &#322;agodniej Lis.  Je&#347;li Noth zdradzi&#322;, to i tak musz&#261; mie&#263; moje nazwisko a wi&#281;c je&#347;li jeste&#347; w porz&#261;dku, to znajomo&#347;&#263; ze mn&#261; jest dla ciebie niebezpieczna.

Kapitan sko&#324;czy&#322; je&#347;&#263;. Opar&#322; si&#281; o por&#281;cz krzes&#322;a.

Skoro nie macie tu organizacji, to gdzie j&#261; mo&#380;na znale&#378;&#263;? Fundacja podda&#322;a si&#281;, ale ja nie.

No tak. Nie mo&#380;esz si&#281; w&#322;&#243;czy&#263; bez ko&#324;ca. Ludzie z Fundacji musz&#261; mie&#263; teraz zezwolenie na wyjazd do innego miasta. Wiesz o tym? R&#243;wnie&#380; dowody osobiste. Masz taki? Poza tym, wszyscy oficerowie floty maj&#261; si&#281; zg&#322;osi&#263; w najbli&#380;szym dow&#243;dztwie si&#322; okupacyjnych. To dotyczy ciebie, co?

Tak  powiedzia&#322; stanowczym g&#322;osem.  My&#347;lisz, &#380;e uciekam ze strachu? By&#322;em na Kalganie, kr&#243;tko po zaj&#281;ciu go przez Mu&#322;a. Po miesi&#261;cu &#380;adnego oficera by&#322;ego w&#322;adcy Kalgana nie by&#322;o ju&#380; na wolno&#347;ci, bo mogli si&#281; sta&#263; przyw&#243;dcami buntu. Podziemie zawsze wiedzia&#322;o o tym, &#380;e nie uda si&#281; &#380;adna rewolucja, je&#347;li nie b&#281;dziemy mieli poparcia przynajmniej cz&#281;&#347;ci floty. Widocznie Mu&#322; te&#380; o tym wie.

Lis pokiwa&#322; w zamy&#347;leniu g&#322;ow&#261;.

To dosy&#263; logiczne. Mu&#322; jest ostro&#380;ny.

Pozby&#322;em si&#281; munduru przy pierwszej okazji. Zapu&#347;ci&#322;em brod&#281;. W ko&#324;cu istnieje mo&#380;liwo&#347;&#263;, &#380;e inni zrobili to samo.

Jeste&#347; &#380;onaty?

&#379;ona nie &#380;yje. Nie mam dzieci.

Wobec tego nie mog&#261; si&#281; m&#347;ci&#263; na rodzinie.

Tak.

Chcesz mojej rady?

Je&#347;li mo&#380;esz mi jak&#261;&#347; da&#263;

Nie wiem jak&#261; polityk&#281; prowadzi Mu&#322; ani co zamierza, ale jak dot&#261;d nie dzieje si&#281; &#380;adna krzywda wykwalifikowanym robotnikom. Wzros&#322;y p&#322;ace. Produkcja wszelkich rodzaj&#243;w broni atomowej idzie pe&#322;n&#261; par&#261;.

Tak? To wygl&#261;da na ci&#261;g&#322;&#261; ofensyw&#281;.

Nie wiem. Mu&#322; to cwany sukinsyn. Mo&#380;e chodzi mu tylko o to, &#380;eby nak&#322;oni&#263; robotnik&#243;w do uleg&#322;o&#347;ci. Nie uda&#322;o si&#281; go wyko&#322;owa&#263; Seldonowi z t&#261; jego ca&#322;&#261; histori&#261;, to ja nie mam zamiaru tego pr&#243;bowa&#263;. Ale ty jeste&#347; ubrany jak robotnik. To mi nasuwa pewn&#261; my&#347;l. Co ty na to?

Nie jestem wykwalifikowanym robotnikiem.

Mia&#322;e&#347; przecie&#380; przeszkolenie wojskowe w technice j&#261;drowej, prawda?

Oczywi&#347;cie.

To wystarczy. W naszym mie&#347;cie jest Fabryka Urz&#261;dze&#324; P&#243;l J&#261;drowych. Powiedz, &#380;e znasz si&#281; na tej pracy. Ci &#347;mierdziele, kt&#243;rzy prowadzili fabryk&#281; dla Indbura, prowadzaj&#261; dalej  dla Mu&#322;a. Dop&#243;ki trzeba im robotnik&#243;w, &#380;eby napa&#347;&#263; brzuchy, nie pytaj&#261; ch&#281;tnych do roboty o nic. Za&#322;atwi&#281; ci dow&#243;d osobisty i b&#281;dziesz  m&#243;g&#322; si&#281; postara&#263; o pok&#243;j w hotelu robotniczym. Mo&#380;esz zacz&#261;&#263; zaraz.

W ten spos&#243;b kapitan Ha&#324; Pritcher z floty narodowej zosta&#322; ekranowym Lo Moro z 45 Zak&#322;adu Fabryki Urz&#261;dze&#324; P&#243;l J&#261;drowych, Z oficera wywiadu spad&#322; na drabinie spo&#322;ecznej do roli konspiratora  roli, kt&#243;ra kilka miesi&#281;cy p&#243;&#378;niej zawiod&#322;a go do dawnego prywatnego ogrodu burmistrza Indbura.

B&#281;d&#261;c ju&#380; w ogrodzie, kapitan Pritcher spojrza&#322; na trzymany w r&#281;ku radometr. Pole ostrzegawcze wci&#261;&#380; jarzy&#322;o si&#281;. Czeka&#322;. Pozosta&#322;o p&#243;&#322; godziny do wybuchu bomby j&#261;drowej, kt&#243;r&#261; trzyma&#322; w ustach. Przesun&#261;&#322; j&#261; delikatnie j&#281;zykiem.

Pole ostrzegawcze zgas&#322;o i radometr pogr&#261;&#380;y&#322; si&#281; w z&#322;owieszczym mroku. Pritcher szybko ruszy&#322;. Jak dot&#261;d, wszystko przebiega&#322;o pomy&#347;lnie.

My&#347;la&#322; bez emocji o tym, &#380;e zosta&#322;o mu dok&#322;adnie tyle &#380;ycia, ile bombie, &#380;e &#347;mier&#263; bomby b&#281;dzie r&#243;wnie&#380; jego &#347;mierci&#261;  ale te&#380; &#347;mierci&#261; Mu&#322;a. W ten oto spos&#243;b zako&#324;czy si&#281; jego czteromiesi&#281;czna prywatna wojna z Mu&#322;em, wojna, kt&#243;r&#261; toczy&#322; od czasu ucieczki z fabryki w Newton

Przez dwa miesi&#261;ce kapitan Pritcher nosi&#322; o&#322;owiane fartuchy i ci&#281;&#380;kie ekrany os&#322;aniaj&#261;ce twarz. Przez ten czas uda&#322;o mu si&#281; pozby&#263; charakterystycznych dla wojskowego gest&#243;w i postawy zdradzaj&#261;cej jego prawdziw&#261; profesj&#281;. By&#322; robotnikiem, pracowa&#322;, odbiera&#322; swoje wynagrodzenie, sp&#281;dza&#322; wieczory w mie&#347;cie i nigdy nie rozmawia&#322; o polityce. Przez ca&#322;y ten czas nie widzia&#322; Lisa.

Kt&#243;rego&#347; dnia cz&#322;owiek przechodz&#261;cy ko&#322;o jego stanowiska potkn&#261;&#322; si&#281; i w kieszeni Pritchera znalaz&#322; si&#281; skrawek papieru. By&#322;o na nim tylko jedno s&#322;owo  Lis. Pritcher wrzuci&#322; go do komory j&#261;drowej, gdzie momentalnie znikn&#261;&#322;, podnosz&#261;c poziom energii o jednego milimikrovolta i wr&#243;ci&#322; do pracy.

Tego wieczoru znalaz&#322; si&#281; w domu Lisa i zagra&#322; partyjk&#281; kart z dwoma lud&#378;mi, kt&#243;rych zna&#322; ze s&#322;yszenia i jeszcze jednym, kt&#243;rego zna&#322; z widzenia. Rozdaj&#261;c i rzucaj&#261;c karty rozmawiali ze sob&#261;.

To podstawowy b&#322;&#261;d  m&#243;wi&#322; kapitan.  &#379;yjecie przesz&#322;o&#347;ci&#261;. Nasza organizacja czeka&#322;a osiemdziesi&#261;t lat na w&#322;a&#347;ciwy moment. Przes&#322;oni&#322;a nam wzrok psychohistoria Seldona, kt&#243;ra przyjmuje za jedno z podstawowych twierdze&#324;, &#380;e jednostki si&#281; nie licz&#261; i nie maj&#261; wp&#322;ywu na bieg historii, &#380;e rz&#261;dz&#261; nimi z&#322;o&#380;one procesy gospodarcze i spo&#322;eczne, &#380;e jednostka jest tylko bezwoln&#261; kuk&#322;&#261;.

U&#322;o&#380;y&#322; sobie starannie karty, oceni&#322; ich si&#322;&#281; i wychodz&#261;c w jedn&#261; z nich spyta&#322;:  Dlaczego nie mieliby&#347;my spr&#243;bowa&#263; zabi&#263; Mu&#322;a?

No i jaki z tego b&#281;dzie po&#380;ytek?  zaperzy&#322; si&#281; jego partner z lewej strony.

No widzisz  rzek&#322; kapitan zrzucaj&#261;c dwie karty  to jest w&#322;a&#347;nie typowy przyk&#322;ad. Co znaczy jeden cz&#322;owiek w&#347;r&#243;d bilion&#243;w innych ludzi! Z tego powodu, &#380;e umrze jeden cz&#322;owiek Galaktyka nie przestanie si&#281; kr&#281;ci&#263;. Ale Mu&#322; nie jest cz&#322;owiekiem, to mutant. Uda&#322;o mu si&#281; ju&#380; przekre&#347;li&#263; plany Seldona i je&#347;li zastanowisz si&#281;, jakie to b&#281;dzie mie&#263; konsekwencje, to dojdziesz do wniosku, &#380;e on  jeden cz&#322;owiek  przekre&#347;li&#322; ca&#322;&#261; psychohistori&#281;. Gdyby si&#281; nie narodzi&#322;, nie upad&#322;aby Fundacja. Je&#347;li przestanie &#380;y&#263;, to Fundacja podniesie si&#281; na nowo. S&#322;uchajcie, demokraci przez osiemdziesi&#261;t lat walczyli z burmistrzami i magnatami handlowymi za pomoc&#261; &#322;agodnych &#347;rodk&#243;w. Spr&#243;bujmy wreszcie zab&#243;jstwa.

Jak?  spyta&#322; trze&#378;wo Lis.

My&#347;la&#322;em o tym przez trzy miesi&#261;ce i nic nie przychodzi&#322;o mi do g&#322;owy  zacz&#261;&#322; wolno Pritcher.  Przyszed&#322;em tutaj i mam gotow&#261; odpowied&#378;.  Rzuci&#322; kr&#243;tkie spojrzenie na siedz&#261;cego po jego prawej r&#281;ce cz&#322;owieka o u&#347;miechni&#281;tej, szerokiej i r&#243;&#380;owej twarzy.  By&#322;e&#347; kiedy&#347; szambelanem Indbura. Nie wiedzia&#322;em, &#380;e nale&#380;ysz do podziemia.

Ani ja, &#380;e ty nale&#380;ysz.

No wi&#281;c, do twoich obowi&#261;zk&#243;w nale&#380;a&#322;o okresowe sprawdzanie instalacji alarmowej w pa&#322;acu.

Tak.

A teraz pa&#322;ac zajmuje Mu&#322;.

Taki by&#322; oficjalny komunikat chocia&#380; to wyj&#261;tkowo skromny zdobywca  nie wyg&#322;asza przem&#243;wie&#324;, nie wydaje odezw, w og&#243;le nie pokazuje si&#281; publicznie.

To znana historia i niczego nie zmienia. Ty, m&#243;j eks-szambelanie, jeste&#347; wszystkim, czego nam potrzeba.

Rzucili karty na st&#243;&#322; i Lis zgarn&#261;&#322; pul&#281;. Potasowa&#322; wolno karty i zacz&#261;&#322; rozdawa&#263;.

By&#322;y szambelan podnosi&#322; pojedynczo karty.  Przykro mi, kapitanie  powiedzia&#322;.  Sprawdza&#322;em system alarmowy, ale to by&#322;a zwyk&#322;a formalno&#347;&#263;. Nic si&#281; na tym nie znam.

Spodziewa&#322;em si&#281; tego, ale w twoim m&#243;zgu s&#261; na pewno zakodowane informacje o urz&#261;dzeniach kontrolnych tego systemu i mo&#380;na je odtworzy&#263;, je&#347;li si&#281; zapu&#347;ci dostatecznie g&#322;&#281;boko sond&#281;  sond&#281; psychiczn&#261;.

Czerwona dot&#261;d, czerstwa twarz by&#322;ego szambelana poblad&#322;a nagle i sflacza&#322;a. Zadr&#380;a&#322;y mu karty w r&#281;ku.  Sond&#281; psychiczn&#261;?  spyta&#322; zmienionym g&#322;osem.

Niepotrzebnie si&#281; niepokoisz  rzek&#322; szorstko kapitan.  Wiem, jak si&#281; jej u&#380;ywa. Nic ci nie b&#281;dzie. Najwy&#380;ej przez par&#281; dni b&#281;dziesz si&#281; czu&#322; s&#322;abo. A zreszt&#261; nawet gdyby ci si&#281; co&#347; sta&#322;o, to jest to nasza jedyna szansa i musisz zaryzykowa&#263;. S&#261; niew&#261;tpliwie w&#347;r&#243;d nas ludzie, kt&#243;rzy na podstawie informacji o urz&#261;dzeniach kontrolnych potrafiliby okre&#347;li&#263; d&#322;ugo&#347;ci fal systemu alarmowego i rodzaje ich po&#322;&#261;cze&#324;. S&#261; te&#380; tacy, kt&#243;rzy potrafiliby skonstruowa&#263; ma&#322;&#261; bomb&#281; zegarow&#261;, a ja sam podejmuj&#281; si&#281; zanie&#347;&#263; j&#261; do Mu&#322;a.

Wszyscy pochylili si&#281; nad sto&#322;em.

W oznaczonym dniu, wieczorem  ci&#261;gn&#261;&#322; dalej kapitan  zacznie si&#281; tumult w s&#261;siedztwie pa&#322;acu. Walka na niby. Zamieszanie  a potem ucieczka. Zainteresuje si&#281; tym stra&#380; pa&#322;acowa, a przynajmniej odwr&#243;ci uwag&#281; od pa&#322;acu, a tymczasem

Przez miesi&#261;c trwa&#322;y przygotowania. Kapitan Ha&#324; Pritcher z Floty Narodowej spad&#322; na drabinie hierarchii spo&#322;ecznej znowu o szczebel ni&#380;ej  z konspiratora przeistoczy&#322; si&#281; w terroryst&#281;.

Terrorysta Ha&#324; Pritcher znajdowa&#322; si&#281; ju&#380; w pa&#322;acu. Czerpa&#322; ponur&#261; satysfakcj&#281; z faktu, &#380;e jego w&#322;asna teoria psychologiczna sprawdzi&#322;a si&#281;. Czu&#322;y system alarmowy na zewn&#261;trz oznacza&#322; niewielu stra&#380;nik&#243;w wewn&#261;trz. W tym konkretnym przypadku oznacza&#322; w og&#243;le brak stra&#380;y.

Mia&#322; w g&#322;owie dok&#322;adny plan parteru. W ciemno&#347;ciach wygl&#261;da&#322; jak cie&#324; posuwaj&#261;cy si&#281; bezg&#322;o&#347;nie wzd&#322;u&#380; wy&#322;o&#380;onego mi&#281;kkimi chodnikami korytarza. Na ko&#324;cu przyp&#322;aszczy&#322; si&#281; do &#347;ciany i czeka&#322;.

Na wprost niego znajdowa&#322;y si&#281; niewielkie, zamkni&#281;te drzwi do prywatnego gabinetu. Za tymi drzwiami musi by&#263; mutant, kt&#243;ry zwyci&#281;&#380;y&#322; niezwyci&#281;&#380;on&#261; Fundacj&#281;. Pritcher przyszed&#322; za wcze&#347;nie  do wybuchu pozosta&#322;o jeszcze dziesi&#281;&#263; minut. Min&#281;&#322;o pi&#281;&#263; minut z owych dziesi&#281;ciu, a w pa&#322;acu nadal panowa&#322;a niczym niezm&#261;cona cisza. Mu&#322;owi pozosta&#322;o pi&#281;&#263; minut &#380;ycia Tyle samo kapitanowi Pritcherowi

Pod wp&#322;ywem nag&#322;ego impulsu post&#261;pi&#322; krok naprz&#243;d. Plan nie m&#243;g&#322; si&#281; ju&#380; nie powie&#347;&#263;. Kiedy wybuchnie bomba, runie ca&#322;y pa&#322;ac. Te dziesi&#281;&#263; jard&#243;w dziel&#261;ce go od Mu&#322;a, drzwi, pok&#243;j, nic nie znaczy&#322;y. Ale przed &#347;mierci&#261; chcia&#322; go ujrze&#263;. Ca&#322;ym cia&#322;em run&#261;&#322; z impetem na drzwi.

Otworzy&#322;y si&#281; i wydobywaj&#261;ce si&#281; z pokoju &#347;wiat&#322;o o&#347;lepi&#322;o go. Zachwia&#322; si&#281;, ale zaraz z&#322;apa&#322; r&#243;wnowag&#281;. Powa&#380;ny m&#281;&#380;czyzna stoj&#261;cy po&#347;rodku pokoju pod zwieszaj&#261;cym si&#281; z sufitu akwarium spojrza&#322; na niego &#322;agodnie. Odziany by&#322; w czarny mundur. Pukn&#261;&#322; machinalnie w akwarium, kt&#243;re zahu&#347;ta&#322;o si&#281;, a sp&#322;oszone pomara&#324;czowe i cynobrowe rybki o pierzastych p&#322;etwach rozpierzch&#322;y si&#281; w pop&#322;ochu.

Prosz&#281; wej&#347;&#263;, kapitanie  powiedzia&#322;. Kapitanowi wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e malutka metalowa kulka pod dr&#380;&#261;cym j&#281;zykiem z&#322;owieszczo p&#281;cznieje. Wiedzia&#322;, &#380;e to fizyczna niemo&#380;liwo&#347;&#263;. Ale by&#322;a to ostatnia minuta &#380;ycia.

Niech pan lepiej wypluje t&#281; idiotyczn&#261; kulk&#281;, &#380;eby nie przeszkadza&#322;a panu w m&#243;wieniu  rzek&#322; m&#281;&#380;czyzna w mundurze.  Nie wybuchnie.

Min&#281;&#322;a minuta i nic si&#281; nie sta&#322;o. Kapitan pochyli&#322; wolno g&#322;ow&#281; i wyplu&#322; na r&#281;k&#281; srebrzyst&#261; kulk&#281;. Z furi&#261; cisn&#261;&#322; ni&#261; o &#347;cian&#281;. Odbi&#322;a si&#281; z metalicznym d&#378;wi&#281;kiem i po&#322;yskuj&#261;c niegro&#378;nie spad&#322;a na pod&#322;og&#281;.

Cz&#322;owiek w mundurze wzruszy&#322; ramionami.

No to mamy z tym spok&#243;j. W ka&#380;dym razie nic by to panu nie da&#322;o, kapitanie. Nie jestem Mu&#322;em. Musi pan si&#281; zadowoli&#263; jego wicekr&#243;lem.

Sk&#261;d pan o tym wiedzia&#322;?  spyta&#322; ochryple Pritcher.

Mo&#380;e pan to przypisa&#263; dobrej pracy kontrwywiadu. Mog&#281; wymieni&#263; po nazwisku wszystkich cz&#322;onk&#243;w waszej bandy, poda&#263; wszystkie szczeg&#243;&#322;y tego zamachu

I pozwoli&#322; pan nam dzia&#322;a&#263; do ko&#324;ca?

A dlaczego nie? Jednym z moich g&#322;&#243;wnych zada&#324; by&#322;o znalezienie pana i jeszcze paru innych. Ale szczeg&#243;lnie chodzi&#322;o mi o pana. Mog&#322;em pana zatrzyma&#263; par&#281; miesi&#281;cy temu, kiedy by&#322; pan jeszcze robotnikiem w zak&#322;adach w Newton, ale tak jest lepiej. Gdyby pan sam nie obmy&#347;li&#322; z grubsza tego spisku, to kto&#347; z moich ludzi zaproponowa&#322;by co&#347; w tym rodzaju. Efekt jest do&#347;&#263; teatralny i raczej komiczny.

Prichter spojrza&#322; twardo na swego rozm&#243;wc&#281;.  Ja te&#380; tak my&#347;l&#281;. Sko&#324;czy&#322; pan?

Dopiero zacz&#261;&#322;em. Prosz&#281;,  kapitanie, niech pan usi&#261;dzie. Zostawmy czyny bohaterskie g&#322;upcom, kt&#243;rzy o nich marz&#261;. Jest pan zdolnym cz&#322;owiekiem, kapitanie. Wed&#322;ug moich informacji pan by&#322; pierwszym cz&#322;owiekiem w Fundacji, kt&#243;ry w&#322;a&#347;ciwie oceni&#322; si&#322;&#281; Mu&#322;a. Od tamtej pory interesowa&#322; si&#281; pan wczesnym okresem jego &#380;ycia i raczej &#347;mia&#322;o pan sobie poczyna&#322;. By&#322; pan jednym z tych, kt&#243;rzy uprowadzili jego b&#322;azna nawiasem m&#243;wi&#261;c, nie odnaleziono go do tej pory i nadal czeka nagroda dla informatora. Naturalnie pa&#324;skie zdolno&#347;ci zosta&#322;y docenione, a Mu&#322; nie nale&#380;y do tych, kt&#243;rzy obawiaj&#261; si&#281; zdolno&#347;ci swoich wrog&#243;w, kiedy mo&#380;e ich zmieni&#263; w przyjaci&#243;&#322;.

A wiec do tego pan zmierza? O nie, nic z tego!

O tak! To by&#322; cel tej ca&#322;ej dzisiejszej komedii. Jest pan cz&#322;owiekiem inteligentnym, ale pa&#324;skie spiskowanie sko&#324;czy&#322;o si&#281; humorystycznie. W&#322;a&#347;ciwie trudno to nazwa&#263; zaszczytnym mianem spiskowania. Czy&#380;by w akademii wojskowej nauczono pana traci&#263; statki w beznadziejnej walce?

Najpierw trzeba udowodni&#263;, &#380;e ta walka jest beznadziejna.

Udowodni si&#281;  rzek&#322; wicekr&#243;l pewnym siebie g&#322;osem.  Mu&#322; podbi&#322; Fundacj&#281;, a teraz szybko przekszta&#322;caj&#261; w arsena&#322; dla urzeczywistnienia powa&#380;niejszych plan&#243;w.

To znaczy jakich?

Podboju ca&#322;ej Galaktyki. Ponownego zjednoczenia wszystkich &#347;wiat&#243;w. Stworzenia nowego imperium. Spe&#322;nienia marze&#324; Seldona, ty t&#281;py patrioto, siedemset lat przed przewidzianym przez niego terminem. W realizacji tego mo&#380;e pan nam pom&#243;c.

Na pewno mog&#281;, ale na pewno nie pomog&#281;.

O ile mi wiadomo  ci&#261;gn&#261;&#322; sw&#243;j wyw&#243;d wicekr&#243;l  opieraj&#261; si&#281; jeszcze tylko trzy &#347;wiaty Niezale&#380;nych Handlarzy. Nie utrzymaj&#261; si&#281; d&#322;ugo. To b&#281;dzie koniec Fundacji. Jej flota przestanie istnie&#263;, a pan wci&#261;&#380; upiera si&#281; przy swoim.

Tak.

Ale mimo to przy&#322;&#261;czy si&#281; pan do nas. Oczywi&#347;cie najlepszy jest ten, kto si&#281; przy&#322;&#261;cza z w&#322;asnej woli, ale inni te&#380; s&#261; dobrzy. Niestety, nie ma tu teraz Mu&#322;a. Jak zawsze, dowodzi flot&#261; walcz&#261;c&#261; z Niezale&#380;nymi Handlarzami, ale jest z nami w sta&#322;ym kontakcie. Nie b&#281;dzie pan musia&#322; d&#322;ugo czeka&#263;.

Na co?

Na swoje nawr&#243;cenie.

Mu&#322;  powiedzia&#322; zimno kapitan  przekona si&#281;, &#380;e to przekracza jego mo&#380;liwo&#347;ci.

Na pewno nie. Ze mn&#261; mu si&#281; powiod&#322;o. Nie poznaje mnie pan? No przecie&#380; by&#322; pan na Kalganie, wi&#281;c musia&#322; mnie pan widzie&#263;. Wygl&#261;da&#322;em troch&#281; inaczej. Nosi&#322;em monokl, lamowan&#261; futrem szkar&#322;atn&#261; szat&#281;, koron&#281;

Kapitan zesztywnia&#322; z wra&#380;enia.

Pan by&#322; w&#322;adc&#261; Kalgana.

Tak. A teraz jestem lojalnym wicekr&#243;lem Mu&#322;a. Widzi pan teraz, &#380;e ma on wyj&#261;tkowy dar przekonywania ludzi.



Interludium w przestrzeni

Przedostali si&#281; szcz&#281;&#347;liwie przez blokad&#281;. Nawet wszystkie floty jakie kiedykolwiek istnia&#322;y, razem wzi&#281;te, nie zdo&#322;a&#322;yby opasa&#263; tak wielkiej cz&#281;&#347;ci przestrzeni zwartym kordonem. Maj&#261;c dobry statek, dobrze wyszkolonego pilota i troch&#281; szcz&#281;&#347;cia mo&#380;na by&#322;o przemkn&#261;&#263; si&#281; przez jak&#261;&#347; dziur&#281; w blokadzie.

Toran ze stoickim spokojem wyprowadza&#322; statek z s&#261;siedztwa jednej gwiazdy w pobli&#380;e drugiej. Blisko&#347;&#263; pot&#281;&#380;nej masy utrudnia&#322;a co prawda wykonanie skoku mi&#281;dzygwiezdnego, kt&#243;rego parametry trudno by&#322;o w takich warunkach dok&#322;adnie obliczy&#263;, ale prawie uniemo&#380;liwia&#322;a prawid&#322;owe funkcjonowanie detektor&#243;w wroga.

Kiedy przedostali si&#281; poza kordon, zostawili te&#380; za sob&#261; wewn&#281;trzn&#261; stref&#281; martwej przestrzeni, przez kt&#243;rej dok&#322;adnie kontrolowany subeter nie mog&#322;a si&#281; przedosta&#263; &#380;adna wiadomo&#347;&#263;. Po raz pierwszy od przesz&#322;o trzech miesi&#281;cy Toran poczu&#322;, &#380;e nie jest odci&#281;ty od wszech&#347;wiata.

Przez tydzie&#324; dzienniki wrogich rozg&#322;o&#347;ni nie podawa&#322;y prawie &#380;adnych wiadomo&#347;ci poza triumfalnymi i nudnymi szczeg&#243;&#322;owymi informacjami dotycz&#261;cymi coraz &#347;ci&#347;lejszej kontroli nad Fundacj&#261;. Tymczasem uzbrojony statek handlowy Torana uchodzi&#322; po&#347;piesznymi skokami z Peryferii.

Po tygodniu Ebling Mis wywo&#322;a&#322; Torana z kabiny pilota. Toran podni&#243;s&#322; si&#281; znad map, mrugaj&#261;c zm&#281;czonymi oczami.

O co chodzi?  spyta&#322; wchodz&#261;c do &#347;rodkowego pomieszczenia, kt&#243;re oczywi&#347;cie Bayta zmieni&#322;a w salon.

Mis potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Niech mnie przestrze&#324; poch&#322;onie, je&#347;li wiem. Dziennikarze Mu&#322;a zapowiadaj&#261; specjalny komunikat. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e mo&#380;e by&#347; to obejrza&#322;.

Mog&#281; obejrze&#263;. Gdzie Bayta?

Nakrywa do sto&#322;u w jadalni i uk&#322;ada menu czy co&#347; w tym rodzaju.

Toran usiad&#322; na koi, kt&#243;ra s&#322;u&#380;y&#322;a Magnifico za &#322;&#243;&#380;ko i czeka&#322;. Wszystkie specjalne komunikaty Mu&#322;a by&#322;y przygotowywane wed&#322;ug jednego schematu. Zaczyna&#322;y si&#281; muzyk&#261; wojskow&#261;, a potem pojawia&#322; si&#281; przylizany, g&#322;adko gadaj&#261;cy spiker. Podawa&#322; jednostajnym g&#322;osem mniej istotne wiadomo&#347;ci, a potem urywa&#322;. Odzywa&#322;y si&#281; tr&#261;by, a w widzach narasta&#322;o podniecenie. Dopiero wtedy oznajmia&#322; najwa&#380;niejsz&#261; nowin&#281;.

Toran znosi&#322; to ze spokojem, ale Mis mrucza&#322; co&#347; pod nosem.

Z ust spikera sypa&#322;y si&#281; typowe dla doniesie&#324; z pola walki puste frazesy g&#322;adko prze&#347;lizguj&#261;ce si&#281; nad ponur&#261; rzeczywisto&#347;ci&#261; stopionego metalu statk&#243;w i cia&#322; spopielonych w ogniu eksplozji j&#261;drowych.




Eskadra szybkich kr&#261;&#380;ownik&#243;w pod dow&#243;dztwem genera&#322;a porucznika Sammina przyst&#261;pi&#322;a dzi&#347; do kontrnatarcia na oddzia&#322; specjalny wys&#322;any z Iss i zada&#322;a nieprzyjacielowi ci&#281;&#380;kie straty



Z ekranu znik&#322;a pozbawiona wyrazu twarz spikera ust&#281;puj&#261;c miejsca obrazowi czarnej otch&#322;ani przestrzeni, w kt&#243;rej miota&#322;y si&#281; gwa&#322;townie statki w walce na &#347;mier&#263; i &#380;ycie. Beznami&#281;tny g&#322;os towarzyszy&#322; bezg&#322;o&#347;nym wybuchom




Wyj&#261;tkowymi umiej&#281;tno&#347;ciami i odwag&#261; wykaza&#322;a si&#281; za&#322;oga ci&#281;&#380;kiego kr&#261;&#380;ownika R&#243;j, kt&#243;ra stoczy&#322;a walk&#281; z trzema nieprzyjacielskimi statkami klasy Nova



Obraz zwin&#261;&#322; si&#281; i odp&#322;yn&#261;&#322; w dal i nast&#261;pi&#322;o zbli&#380;enie kamery. Z wielkiego statku wydoby&#322; si&#281; strumie&#324; &#347;wiat&#322;a i jeden z atakuj&#261;cych go zaciekle kosmolot&#243;w rozb&#322;ysn&#261;&#322; nagle, zszed&#322; z linii strza&#322;u, zakr&#281;ci&#322; i rzuci&#322; si&#281; na kr&#261;&#380;ownik. R&#243;j zrobi&#322; gwa&#322;towny unik i wytrzyma&#322; uderzenie. Statek odbi&#322; si&#281; od jego pot&#281;&#380;nego kad&#322;uba i kozio&#322;kuj&#261;c odlecia&#322; w pustk&#281;.

Spiker komentowa&#322; jednostajnym g&#322;osem przebieg bitwy a&#380; do ostatniego strza&#322;u i ostatniego wraku.

Potem ukaza&#322; si&#281; podobny obraz z bitwy stoczonej ko&#322;o Mnemona, kt&#243;remu towarzyszy&#322;a prawie identyczna relacja, z dodatkiem d&#322;ugiego opisu po&#347;cigu za uciekaj&#261;cym nieprzyjacielem zilustrowanego widokiem spalonego miasta i przygn&#281;bionych je&#324;c&#243;w.

Mnemonowi nie pozosta&#322;o ju&#380; du&#380;o do ko&#324;ca.

Potem nast&#281;pna pauza i oczekiwany ochryp&#322;y d&#378;wi&#281;k tr&#261;b. Na ekranie pojawi&#322; si&#281; d&#322;ugi korytarz, po kt&#243;rego obu stronach stali sztywno wyprostowani &#380;o&#322;nierze. &#346;rodkiem korytarza szybko kroczy&#322; rzecznik rz&#261;du w mundurze cz&#322;onka rady.

Zapad&#322;a uci&#261;&#380;liwa cisza.

W ko&#324;cu z ekranu dobieg&#322; uroczysty, twardy g&#322;os:




Z rozkazu naszego pana oznajmia si&#281;, &#380;e planeta Haven, przeciwstawiaj&#261;ca si&#281; dot&#261;d zbrojnie jego woli, podda&#322;a si&#281;. W chwili obecnej wojska naszego w&#322;adcy ko&#324;cz&#261; jej zajmowanie. Sporadyczne i nieskoordynowane przejawy oporu zosta&#322;y szybko z&#322;amane.



Obraz znik&#322;, pojawi&#322; si&#281; pierwszy spiker i zakomunikowa&#322; dobitnie, &#380;e pozosta&#322;e doniesienia b&#281;d&#261; przekazywane w miar&#281;, jak b&#281;d&#261; nap&#322;ywa&#322;y.

Zabrzmia&#322;a muzyka taneczna i Ebling Mis spu&#347;ci&#322; na ekran zas&#322;on&#281;, kt&#243;ra automatycznie wy&#322;&#261;czy&#322;a telewizor.

Toran podni&#243;s&#322; si&#281; i wyszed&#322; bez s&#322;owa. Psycholog nie stara&#322; si&#281; go zatrzyma&#263;.

Kiedy z kuchni wy&#322;oni&#322;a si&#281; Bayta, Mis ruchem r&#281;ki nakaza&#322; jej milczenie.

Wzi&#281;li Haven  powiedzia&#322;.

Ju&#380;?  spyta&#322;a Bayta. W jej oczach wida&#263; by&#322;o niedowierzanie.

Bez walki. Bez choler  przerwa&#322; i zdusi&#322; przekle&#324;stwo.  Lepiej zostaw teraz Torana samego. To dla niego nieprzyjemna chwila. My&#347;l&#281;, &#380;e tym razem zjemy bez niego.

Bayta spojrza&#322;a bezradnie w stron&#281; kabiny pilota, a potem odwr&#243;ci&#322;a si&#281;.

Dobrze  powiedzia&#322;a.

Zasiedli do sto&#322;u. Magnifico siedzia&#322; bez ruchu, jak skamienia&#322;y. Nie jad&#322; i nie odzywa&#322; si&#281; ani s&#322;owem, tylko patrzy&#322; przed siebie z wyrazem ob&#322;&#281;dnej trwogi w oczach.

Ebling Mis odsun&#261;&#322; z roztargnieniem talerzyk z mro&#380;onymi owocami i rzek&#322; ochryp&#322;ym g&#322;osem:

Dwa &#346;wiaty Handlarzy ci&#261;gle walcz&#261;. Walcz&#261;, wykrwawiaj&#261; si&#281; i gin&#261;, ale nie poddaj&#261; si&#281;. Tylko na Haven zupe&#322;nie jak w Fundacji.  Ale dlaczego? Dlaczego?

Psycholog pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

To r&#243;wnie zagadkowe jak ca&#322;a ta sprawa. Ka&#380;de dziwne wydarzenie daje du&#380;o do my&#347;lenia na temat natury Mu&#322;a. Po pierwsze  jak to si&#281; sta&#322;o, &#380;e uda&#322;o mu si&#281; podbi&#263; Fundacj&#281; niemal bez przelewu krwi, praktycznie za pierwszym uderzeniem, podczas gdy &#346;wiaty Niezale&#380;nych Handlarzy stawia&#322;y silny op&#243;r? Depresor reakcji j&#261;drowej nie jest gro&#378;n&#261; broni&#261;  gadali&#347;my o tym tyle, &#380;e &#378;le mi si&#281; robi na samo wspomnienie  i nie poskutkowa&#322; nigdzie, tylko na Fundacji.

Randu uwa&#380;a  Mis &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; siwe brwi  &#380;e to m&#243;g&#322; by&#263; depresor woli. Mogli go zastosowa&#263; na Haven. Ale dlaczego w takim razie nie u&#380;yj&#261; go w walkach o Iss i Mnemona, kt&#243;re przecie&#380; walcz&#261; tak zawzi&#281;cie, &#380;e Mu&#322; opr&#243;cz swoich si&#322; rzuci&#322; jeszcze przeciw nim p&#243;&#322; floty Fundacji? Wyra&#378;nie rozpozna&#322;em statki Fundacji w&#347;r&#243;d atakuj&#261;cych.

Fundacja, a potem Haven  rzek&#322;a cicho przygn&#281;biona Bayta.  Wydaje si&#281;, &#380;e kl&#281;ska pod&#261;&#380;a za nami krok w krok. Zawsze udaje si&#281; nam o w&#322;os unikn&#261;&#263; katastrofy, zawsze uciekamy w ostatniej chwili. Czy to si&#281; nigdy nie sko&#324;czy?

Ebling Mis nie zwraca&#322; uwagi na to, co m&#243;wi Bayta. Zastanawia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no:

Ale jest jeszcze inny problem, ca&#322;kiem inny. Pami&#281;tasz, Bayta, t&#281; wiadomo&#347;&#263; podan&#261; w telewizji, &#380;e na Terminusie nie znaleziono b&#322;azna Mu&#322;a, &#380;e prawdopodobnie uciek&#322; na Haven albo zosta&#322; tam zabrany przez porywaczy? Nie bez powodu po&#347;wi&#281;ca mu si&#281; tyle uwagi. Magnifico musi wiedzie&#263; co&#347;, co jest niebezpieczne dla Mu&#322;a. Jestem tego pewien.

Blady z przera&#380;enia Magnifico zaoponowa&#322;, j&#261;kaj&#261;c si&#281;:

Na naprawd&#281; wielmo&#380;ny panie przysi&#281;gam, &#380;e &#380;e nie potrafi&#281; spe&#322;ni&#263; pana &#380;&#261;da&#324;. Powiedzia&#322;em wszystko, co wiem, zupe&#322;nie wszystko, a swoj&#261; sond&#261; wydoby&#322; pan z mojej s&#322;abej g&#322;owy nawet to, o czym nie wiedzia&#322;em, &#380;e wiem.

Wiem, wiem. To jaki&#347; drobiazg. Taki drobiazg, &#380;e ani ty, ani ja nie mo&#380;emy si&#281; zorientowa&#263;, &#380;e to w&#322;a&#347;nie o niego chodzi. Ale musz&#281; to odkry&#263; bo Mnemon i Iss d&#322;ugo ju&#380; nie wytrzymaj&#261;, a kiedy padn&#261;, z niepodleg&#322;ej Fundacji nie zostanie nic pr&#243;cz nas.

W miar&#281; zbli&#380;ania si&#281; do j&#261;dra Galaktyki skupiska gwiazd staj&#261; si&#281; coraz g&#281;&#347;ciejsze. Pola grawitacyjne zaczynaj&#261; nachodzi&#263; na siebie w takim stopniu, &#380;e nie mo&#380;na lekcewa&#380;y&#263; powodowanych przez to zak&#322;&#243;ce&#324; w skokach mi&#281;dzygwiezdnych. U&#347;wiadomi&#322; to sobie Toran, kiedy ich statek wyl&#261;dowa&#322; po skoku w pe&#322;nym blasku czerwonego olbrzyma, kt&#243;ry przyci&#261;ga&#322; ich z tak&#261; si&#322;&#261;, &#380;e min&#281;&#322;o dwana&#347;cie d&#322;ugich, ci&#281;&#380;kich godzin, nim uda&#322;o mu si&#281; wyprowadzi&#263; statek z pola jego grawitacji.

Maj&#261;c niezbyt dok&#322;adne mapy i niezbyt du&#380;e do&#347;wiadczenie zar&#243;wno w obliczaniu, jak i przeprowadzaniu skok&#243;w, Toran sp&#281;dza&#322; ca&#322;e dnie na starannym przygotowywaniu kolejnych manewr&#243;w.

Sta&#322;o si&#281; to swego rodzaju wsp&#243;ln&#261; prac&#261;, Ebling Mis sprawdza&#322; poprawno&#347;&#263; oblicze&#324;, a Bayta, stosuj&#261;c r&#243;&#380;ne uog&#243;lnione metody, por&#243;wnywa&#322;a ze sob&#261; wszelkie mo&#380;liwe trasy, staraj&#261;c si&#281; wybra&#263; najw&#322;a&#347;ciwsz&#261;. Nawet Magnifica zaprz&#281;&#380;ono do roboty. Po odpowiednim przeszkoleniu wykonywa&#322; na kalkulatorze standardowe obliczenia, co sprawia&#322;o mu wielk&#261; rado&#347;&#263; i sz&#322;a zadziwiaj&#261;co sprawnie.

W rezultacie, gdzie&#347; po miesi&#261;cu, Bayta przygl&#261;daj&#261;c si&#281; krytycznie czerwonej linii biegn&#261;cej przez tr&#243;jwymiarowy model Galaktyki i ko&#324;cz&#261;cej si&#281; w po&#322;owie drogi do jej &#347;rodka rzek&#322;a z kpin&#261;:

Wiesz, co mi to przypomina? Dziesi&#281;ciostopow&#261; d&#380;d&#380;ownic&#281; cierpi&#261;c&#261; na straszn&#261; niestrawno&#347;&#263;. W ko&#324;cu, dzi&#281;ki twym wspania&#322;ym umiej&#281;tno&#347;ciom, wyl&#261;dujemy z powrotem w Haven.

Na pewno  wrzasn&#261;&#322; Toran, przerzucaj&#261;c z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261; mapy  je&#347;li si&#281; nie zamkniesz!

A przy tym  ci&#261;gn&#281;&#322;a niewzruszona Bayta  wiedzie tam na pewno jaki&#347; szlak prosty jak po&#322;udnik.

Tak? Przede wszystkim trzeba by&#322;o pewnie p&#243;&#322; tysi&#261;ca lat i p&#243;&#322; tysi&#261;ca pilot&#243;w, &#380;eby w ko&#324;cu znale&#378;&#263; t&#281;, drog&#281;, kt&#243;rej i tak nie ma na tych parszywych mapach po p&#243;&#322; kredyta sztuka. A poza tym by&#263; mo&#380;e lepiej unika&#263; tych prostych szlak&#243;w. No i

Och, na Galaktyk&#281;, uspok&#243;j si&#281; wreszcie  przerwa&#322;a mu Bayta i chwyci&#322;a go za w&#322;osy.

Oj, puszczaj!  j&#281;kn&#261;&#322; Toran, chwyci&#322; j&#261; za r&#281;ce i poci&#261;gn&#261;&#322; w d&#243;&#322;, wskutek czego run&#281;li razem z krzes&#322;em na pod&#322;og&#281;, gdzie wywi&#261;za&#322;a si&#281; walka pe&#322;na sapania, zduszonych chichot&#243;w i niedozwolonych cios&#243;w.

Toran poderwa&#322; si&#281; na bezg&#322;o&#347;ne wej&#347;cie Magnifica.

Co si&#281; sta&#322;o?

Twarz b&#322;azna by&#322;a skrzywiona niepokojem, a sk&#243;ra na jego wielkim, garbatym nosie &#347;ci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; i poblad&#322;a.

Przyrz&#261;dy, dziwnie si&#281; zachowuj&#261;. Zdaj&#261;c sobie spraw&#281; z swej niewiedzy, panie, niczego nie dotyka&#322;em

Toran w sekund&#281; znalaz&#322; si&#281; w kabinie pilota. Powiedzia&#322; spokojnie do Magnifica:

Obud&#378; Misa. Niech tu przyjdzie.

Potem zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Bayty, _ kt&#243;ra stara&#322;a si&#281; doprowadzi&#263; do porz&#261;dku sw&#261; fryzur&#281;, przeczesuj&#261;c w&#322;osy palcami:

Zostali&#347;my odkryci, Bay.

Odkryci?  Baycie opad&#322;y r&#281;ce.  Przez kogo?

Galaktyka jedna wie  mrukn&#261;&#322; Toran  ale my&#347;l&#281;, &#380;e ten kto&#347; ma ju&#380; miotacze gotowe do strza&#322;u.

Usiad&#322; i cicho pos&#322;a&#322; w subeter oznaczenia statku.

Kiedy wszed&#322; odziany w szlafrok Ebling Mis, przecieraj&#261;c zaspane oczy, Toran rzek&#322; z rezygnacj&#261;:

Wygl&#261;da na to, &#380;e znale&#378;li&#347;my si&#281; na obszarze jakiego&#347; kr&#243;lestwa, kt&#243;re nazywa si&#281; Autarchi&#261; Filijsk&#261;.

Nigdy o nim nie s&#322;ysza&#322;em  powiedzia&#322; Mis.

Ja te&#380;  odpar&#322; Toran  ale to niczego nie zmienia. Zostali&#347;my zatrzymani przez statek filijski i nie wiem, czym to si&#281; sko&#324;czy.

Na pok&#322;ad wszed&#322; kapitan  inspektor z filijskiego statku w otoczeniu sze&#347;ciu uzbrojonych ludzi. By&#322; niewielkiego wzrostu, mia&#322; rzadkie w&#322;osy, cienkie usta i such&#261; cer&#281;. Kaszln&#261;&#322; sucho, usiad&#322;, wyj&#261;&#322; spod pachy ksi&#281;g&#281; i otworzy&#322; na pustej stronie.

Prosz&#281; o paszporty i deklaracj&#281; celn&#261;.

Nie mamy  odar&#322; Toran.

Nie macie?  z&#322;apa&#322; mikrofon wisz&#261;cy u pasa, podni&#243;s&#322; do ust i rzek&#322; szybko:  Trzech m&#281;&#380;czyzn i jedna kobieta. Nie maj&#261; papier&#243;w.  M&#243;wi&#261;c to, notowa&#322; jednocze&#347;nie w ksi&#281;dze.

Sk&#261;d jeste&#347;cie?  spyta&#322;.

Z Siwenny  rzek&#322; przezornie Toran.

Gdzie to jest?

Osiemset parsek&#243;w st&#261;d, osiemdziesi&#261;t stopni na zach&#243;d od Trantora, czterdzie&#347;ci stopni.

Mniejsza o to!

Toran widzia&#322;, jak inspektor notuje: Miejsce pochodzenia  Peryferie.

Dok&#261;d lecicie?  pyta&#322; dalej Filijczyk.

Do sektora Trantora  powiedzia&#322; Toran.

W jakim celu?

Turystycznym.

Macie jakie&#347; towary?

Nie.

Hmm Sprawdzimy  skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i dw&#243;ch ludzi z eskorty poderwa&#322;o si&#281;. Toran sta&#322; bez ruchu.

Co was sprowadza na terytorium Filii?  inspektor &#322;ypn&#261;&#322; nieprzyja&#378;nie.

Nie wiedzieli&#347;my, &#380;e si&#281; na nim znale&#378;li&#347;my. Nie mam odpowiedniej mapy.

Ten brak mapy b&#281;dzie was kosztowa&#322; sto kredyt&#243;w no i, oczywi&#347;cie, musicie ui&#347;ci&#263; normaln&#261; op&#322;at&#281; celn&#261;, i tak dalej

Znowu powiedzia&#322; co&#347; do mikrofonu i s&#322;ucha&#322; przez chwil&#281; tego, co m&#243;wili z drugiej strony. Potem zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Torana:

Zna si&#281; pan na technologii j&#261;drowej?

Troch&#281;  odpar&#322; Toran ostro&#380;nie.

Tak?  Filijczyk zamkn&#261;&#322; ksi&#281;g&#281; i doda&#322;:  Ludzie z Peryferii ciesz&#261; si&#281; dobr&#261; opini&#261; w tych sprawach. Prosz&#281; si&#281; ubra&#263; i i&#347;&#263; ze mn&#261;.

Bayta wysun&#281;&#322;a si&#281; do przodu.

Co chcecie z nim zrobi&#263;?

Toran odsun&#261;&#322; j&#261; &#322;agodnie na bok i spyta&#322; zimno:

Gdzie chce mnie pan zabra&#263;?

Trzeba podregulowa&#263; nasz stos. On p&#243;jdzie z panem  jego wskazuj&#261;cy palec wymierzony by&#322; prosto w Magnifica, kt&#243;ry wygl&#261;da&#322; tak, jakby za chwil&#281; mia&#322; si&#281; rozp&#322;aka&#263; ze strachu.

A po co on tam potrzebny?  spyta&#322; gwa&#322;townie Toran.

Inspektor spojrza&#322; na niego zimno.

Mamy doniesienia o pirackich napadach w tym rejonie. On pasuje do opisu jednego z tych bandyt&#243;w. Chodzi po prostu o sprawdzenie.

Toran zawaha&#322; si&#281; na moment, ale sze&#347;ciu m&#281;&#380;czyzn i sze&#347;&#263; miotaczy by&#322;o argumentem nie do odparcia. Si&#281;gn&#261;&#322; do szafy po ubranie.

Godzin&#281; p&#243;&#378;niej, w maszynowni filijskiego statku, wyprostowa&#322; si&#281; i wybuchn&#261;&#322;:

Nie widz&#281;, &#380;eby cokolwiek by&#322;o tu nie w porz&#261;dku. Szyny zbiorcze s&#261; dopasowane, lampy L s&#261; w&#322;a&#347;ciwie zasilane, reakcja jest kontrolowana. Kto tu dowodzi?

Ja  odpar&#322; cicho g&#322;&#243;wny in&#380;ynier.

No to prosz&#281; mnie st&#261;d wyprowadzi&#263; Odprowadzono go na poziom oficerski do ma&#322;ego przedpokoju, w kt&#243;rym by&#322; tylko oboj&#281;tny chor&#261;&#380;y.

Gdzie jest ten cz&#322;owiek, kt&#243;ry przyszed&#322; ze mn&#261;?

Prosz&#281; poczeka&#263;  odpowiedzia&#322; chor&#261;&#380;y. Pi&#281;tna&#347;cie minut p&#243;&#378;niej przyprowadzono Magnifica.

Co z tob&#261; robili?  spyta&#322; szybko Toran.

Nic. Zupe&#322;nie nic  Magnifico potrz&#261;sn&#261;&#322; wolno g&#322;ow&#261;.

Dwie&#347;cie pi&#281;&#263;dziesi&#261;t kredyt&#243;w zaspokoi&#322;o &#380;&#261;dania Filii  pi&#281;&#263;dziesi&#261;t kosztowa&#322;o szybkie uwolnienie statku  i znale&#378;li si&#281; znowu w wolnej przestrzeni.

Nie zas&#322;ugujemy na eskort&#281;?  spyta&#322;a z wymuszonym u&#347;miechem Bayta.  Nie odprowadz&#261; nas do granicy?

To nie by&#322; &#380;aden filijski statek  odpar&#322; ponuro Toran  i na razie jeszcze st&#261;d nie odlatujemy. Podejd&#378;cie tu. Zebrali si&#281; ko&#322;o niego.

To by&#322; statek z Fundacji, a na pok&#322;adzie byli ludzie Mu&#322;a  powiedzia&#322; bezbarwnym g&#322;osem.

Ebling Mis upu&#347;ci&#322; z wra&#380;enia cygaro i schyli&#322; si&#281;, &#380;eby je podnie&#347;&#263;.

Tutaj?  spyta&#322;.  Jeste&#347;my trzydzie&#347;ci tysi&#281;cy parsek&#243;w od Fundacji.

Tak, ale co im przeszkadza, &#380;eby zrobi&#263; tak&#261; sam&#261; wycieczk&#281;? Na Galaktyk&#281;, Ebling, my&#347;lisz, &#380;e nie potrafi&#281; odr&#243;&#380;ni&#263; statku od statku? Widzia&#322;em ich silniki, i to mi wystarczy. M&#243;wi&#281; wam, &#380;e to by&#322; silnik z Fundacji i to w statku z Fundacji.

A jak si&#281; tu znale&#378;li?  spyta&#322;a logicznie Bayta.  Jakie s&#261; szans&#281; na przypadkowe spotkanie dw&#243;ch konkretnych statk&#243;w w przestrzeni?

A co to ma do rzeczy?  rzek&#322; poirytowany Toran.  To tylko &#347;wiadczy o tym, &#380;e lec&#261; za nami.

Za nami?  za&#347;mia&#322;a si&#281; Bayta.  przez nadprzestrze&#324;?

Mo&#380;na to zrobi&#263;  wtr&#261;ci&#322; zm&#281;czonym g&#322;osem Ebling Mis  je&#347;li si&#281; ma dobry statek i dobrego pilota. Ale to ma&#322;o prawdopodobne.

Nie kry&#322;em kierunku, w kt&#243;rym lecimy upiera&#322; si&#281; Toran.  Lec&#281; prosto od chwili startu. Nawet &#347;lepy m&#243;g&#322;by wyliczy&#263; nasz&#261; tras&#281;.

Akurat!  krzykn&#281;&#322;a Bayta.  Przy tych twoich zwariowanych skokach wcale nie mo&#380;na si&#281; zorientowa&#263;, w jakim kierunku lecimy! Nieraz wychodzili&#347;my ze skoku ty&#322;em do przodu.

Tracimy czas!  warkn&#261;&#322; Toran przez zaci&#347;ni&#281;te z&#281;by.  To jest statek z Fundacji w s&#322;u&#380;bie Mu&#322;a. Zatrzymali nas. Szukali nas. Zabrali Magnifica  samego Ja by&#322;em tylko zak&#322;adnikiem, &#380;eby&#347;cie siedzieli spokojnie na wypadek, gdyby&#347;cie zacz&#281;li co&#347; podejrzewa&#263;. I teraz ich tak r&#261;bniemy, &#380;e nie zostanie po nich nawet &#347;ladu.

Zaczekaj  z&#322;apa&#322; go za rami&#281; Ebling Mis.  Chcesz nas zgubi&#263; niszcz&#261;c jeden statek, o kt&#243;rym nawet nie wiesz na pewno, &#380;e to wr&#243;g? Pomy&#347;l tylko, cz&#322;owieku, czy to mo&#380;liwe, &#380;eby &#347;cigali nas przez po&#322;ow&#281; tej &#347;mierdz&#261;cej Galaktyki i to takim zwariowanym szlakiem, i po tym wszystkim pozwolili nam spokojnie odlecie&#263;?

Nie interesuje ich, gdzie lecimy.

No to dlaczego nas zatrzymali? Przecie&#380; teraz b&#281;dziemy si&#281; strzec. Widzisz sam, &#380;e to si&#281; nie trzyma kupy.

Ja widz&#281; swoje i wiem, co robi&#263;. Pu&#347;&#263; mnie, Ebling, bo dostaniesz w szcz&#281;k&#281;.

Magnfico, kt&#243;ry do tej pory siedzia&#322; cicho przycupni&#281;ty na oparciu swego ulubionego krzes&#322;a, pochyli&#322; si&#281; w ich stron&#281;. Jego nozdrza drga&#322;y nerwowo.

B&#322;agam o wybaczenie, &#380;e o&#347;mielam si&#281; wtr&#261;ci&#263;  rzek&#322;  ale m&#243;j biedny umys&#322; porazi&#322;a znienacka dziwna my&#347;l.

Bayta uprzedzi&#322;a niecierpliwy gest Torana i pomog&#322;a Misowi go przytrzyma&#263;.

No, &#347;mia&#322;o! M&#243;w, Magnifico  powiedzia&#322;a.  Wys&#322;uchamy ci&#281; cierpliwie.

Kiedy by&#322;em na ich statku, m&#243;j i tak zm&#261;cony umys&#322; porazi&#322;a i sparali&#380;owa&#322;a wielka trwoga. Zaprawd&#281;, nie pami&#281;tam prawie nic z tego, co si&#281; tam zdarzy&#322;o. Wielu ludzi patrzy&#322;o na mnie i m&#243;wili co&#347;, czego nie rozumia&#322;em. Ale pod koniec, jak promyk s&#322;o&#324;ca, kt&#243;ry przedar&#322; si&#281; przez ciemn&#261; obr&#281;cz chmur, pojawi&#322;a si&#281; twarz, kt&#243;r&#261; ju&#380; widzia&#322;em. By&#322;o to zaledwie migni&#281;cie, ale zosta&#322;o w mej pami&#281;ci i jarzy si&#281; coraz silniej i ja&#347;niej.

Kto to by&#322;?  spyta&#322; Toran.

Ten kapitan, kt&#243;ry by&#322; z nami tak dawno temu, kiedy uwolnili&#347;cie mnie z mej niewoli.

Najwidoczniej Magnifico chcia&#322; wywo&#322;a&#263; sensacj&#281;, a radosny u&#347;miech, kt&#243;ry wykwit&#322; na jego twarzy w cieniu pot&#281;&#380;nego nosa, &#347;wiadczy&#322;, &#380;e mu si&#281; to uda&#322;o.

Kapitan Ha&#324; Pritcher?  spyta&#322; surowym tonem Mis.  Jeste&#347; tego pewien? Nawet teraz?

Przysi&#281;gam, panie  rzek&#322; Magnifico, k&#322;ad&#261;c chud&#261; d&#322;o&#324; na w&#261;skiej piersi.  Przysi&#261;g&#322;bym, &#380;e to prawda nawet przed Mu&#322;em i powiedzia&#322;bym mu to prosto w twarz, cho&#263;by wszyscy jego ludzie twierdzili, &#380;e k&#322;ami&#281;.

No wi&#281;c o co chodzi w tym wszystkim?  zapyta&#322;a ze szczerym zdziwieniem Bayta.

B&#322;azen skwapliwie pospieszy&#322; z odpowiedzi&#261;.

Mam pewn&#261; teori&#281;, pani. Zst&#261;pi&#322;a na mnie nagle, jakby natchn&#261;&#322; mnie sam Duch Galaktyki  i rzeczywi&#347;cie Magnifico, wbrew swojej naturze, podni&#243;s&#322; g&#322;os, aby przekrzycze&#263; w&#261;tpliwo&#347;ci Torana.

O pani  zwraca&#322; si&#281; wy&#322;&#261;cznie do Bayty  je&#347;li ten kapitan, tak jak my, uciek&#322; wraz z tym statkiem, je&#347;li, tak jak my, leci w sobie tylko znanym celu, je&#347;li niespodziewanie natkn&#261;&#322; si&#281; na nas to mo&#380;e podejrzewa&#263;, &#380;e go &#347;ledzimy i lecimy za nim, zupe&#322;nie tak samo, jak my podejrzewamy jego. Nic dziwnego, &#380;e odegra&#322; t&#281; komedi&#281;, aby dosta&#263; si&#281; na nasz statek.

No to po co chcia&#322;, &#380;eby&#347;my my znale&#378;li si&#281; na jego statku?  nie ust&#281;powa&#322; Toran.  Jedno nie pasuje do drugiego.

Ale&#380; pasuje!  wrzasn&#261;&#322; b&#322;azen, jak w natchnieniu.  Przys&#322;a&#322; na nasz statek swego podw&#322;adnego, kt&#243;ry nas nie zna&#322;, ale opisa&#322; przez mikrofon. Kapitana na pewno uderzy&#322; opis mej n&#281;dznej osoby, bo zaprawd&#281;, niewielu jest w Galaktyce takich, kt&#243;rzy cho&#263; troch&#281; przypominaliby moj&#261; nieszcz&#281;sn&#261; figur&#281;. Ja by&#322;em dowodem potwierdzaj&#261;cym to&#380;samo&#347;&#263; nas wszystkich.

I zostawia nas?

A c&#243;&#380; my wiemy o jego misji? Mo&#380;e jest &#347;ci&#347;le tajna? Przekona&#322; si&#281;, &#380;e nie jeste&#347;my wrogami, ale widocznie uwa&#380;a, &#380;e lepiej nie ryzykowa&#263; powodzenia planu przez poszerzenie kr&#281;gu wtajemniczonych.

Nie b&#261;d&#378; uparty, Torie  rzek&#322;a wolno Bayta.  To naprawd&#281; wyja&#347;nia sytuacj&#281;.

To zupe&#322;nie mo&#380;liwe  popar&#322; j&#261; Mis. Wobec tak powszechnego oporu Toran poczu&#322; si&#281; zupe&#322;nie bezradny. Co&#347; mu si&#281; nie podoba&#322;o w zadziwiaj&#261;co prostym t&#322;umaczeniu b&#322;azna. Co&#347; by&#322;o nie tak. Nie umia&#322; tego jednak sprecyzowa&#263; i wbrew woli trawi&#322; go gniew.

Przez chwil&#281;  rzek&#322; cicho  my&#347;la&#322;em, &#380;e dostan&#281; przynajmniej jeden statek Mu&#322;a.

W jego oczach wida&#263; by&#322;o b&#243;l po upadku Haven. Rozumieli go dobrze.



&#346;mier&#263; na Neotrantorze

Neotrantor  Niewielka planeta Delicass, przemianowana po spl&#261;drowaniu Trantora, przez prawie sto lat by&#322;a siedzib&#261; ostatnich w&#322;adc&#243;w Pierwszego Imperium. By&#322; to w&#322;a&#347;ciwie cie&#324; &#347;wiata i cie&#324; Imperium i jego istnienie ma tylko formalne znaczenie. Pod rz&#261;dami pierwszego w&#322;adcy z dynastii neotrantorskiej

Encyklopedia Galaktyczna


Planeta nosi&#322;a nazw&#281; Neotrantor. Nowy Trantor! Ale ca&#322;e podobie&#324;stwo nowego Trantora do jego wielkiego poprzednika sprowadza&#322;o si&#281; do nazwy. Dwa parseki dalej wci&#261;&#380; &#347;wieci&#322;o s&#322;o&#324;ce starego Trantora, a dawna stolica Imperium Galaktycznego nadal kr&#261;&#380;y&#322;a w ciszy przestrzeni po swej odwiecznej orbicie.

&#379;yli tam nawet ludzie. Ale z czterdziestu miliard&#243;w zamieszkuj&#261;cych planet&#281; zaledwie p&#243;&#322; wieku wcze&#347;niej pozosta&#322;o nie wi&#281;cej ni&#380; sto milion&#243;w. Z pot&#281;&#380;nych metalowych konstrukcji pozosta&#322;y tylko poszarpane szcz&#261;tki. G&#243;ruj&#261;ce nad reszt&#261; wynios&#322;e wie&#380;owce wyrastaj&#261;ce z pokrywaj&#261;cej ca&#322;&#261; powierzchni&#281; planety metalowej pow&#322;oki &#347;wieci&#322;y dziurami wypalonymi przez eksplozje j&#261;drowe, przypominaj&#261;c o spl&#261;drowaniu planety, kt&#243;re mia&#322;o miejsce przed p&#243;&#322; wiekiem.

To niesamowite, &#380;e &#347;wiat, kt&#243;ry przez dwa tysi&#261;ce lat by&#322; centrum Galaktyki, kt&#243;ry sprawowa&#322; w&#322;adz&#281; nad bezkresn&#261; przestrzeni&#261; i by&#322; siedzib&#261; w&#322;adc&#243;w i prawodawc&#243;w, kt&#243;rych kaprysy trz&#281;s&#322;y ca&#322;&#261; Galaktyk&#261;, m&#243;g&#322; przesta&#263; istnie&#263; w ci&#261;gu jednego miesi&#261;ca. To niesamowite, &#380;e &#347;wiat, kt&#243;ry wyszed&#322; nietkni&#281;ty z tysi&#261;cletniej burzy dziejowej, na kt&#243;rym nie zostawi&#322;y najmniejszego &#347;ladu wojny domowe i przewroty pa&#322;acowe drugiego tysi&#261;clecia, by&#322; teraz martwy. To niesamowite, &#380;e chluba Galaktyki by&#322;a rozk&#322;adaj&#261;cym si&#281; trupem.

I smutne!

Przemin&#261; jeszcze ca&#322;e wieki, nim wspania&#322;e dzie&#322;a trudu pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu pokole&#324; ulegn&#261; kompletnej zag&#322;adzie i stan&#261; si&#281; zupe&#322;nie bezu&#380;yteczne. Na razie tylko stale post&#281;puj&#261;cy zanik dawnych umiej&#281;tno&#347;ci sprawia&#322;, &#380;e &#380;yj&#261;cy nie mieli z nich &#380;adnego po&#380;ytku.

Te skromne miliony ludzi, kt&#243;re przetrwa&#322;y &#347;mier&#263; miliard&#243;w, zdar&#322;y l&#347;ni&#261;c&#261; metalow&#261; pow&#322;ok&#281; i ods&#322;oni&#322;y ziemi&#281;, kt&#243;rej od tysi&#261;ca lat nie tkn&#281;&#322;y promienie s&#322;o&#324;ca.

Otoczeni szczytowymi osi&#261;gni&#281;ciami in&#380;ynierii, &#380;yj&#261;cy wci&#261;&#380; w&#347;r&#243;d cud&#243;w techniki uwolnionych spod tyranii &#347;rodowiska naturalnego, mieszka&#324;cy Trantora powr&#243;cili do pracy na roli. Na rozleg&#322;ych autostradach ros&#322;a pszenica i kukurydza. W cieniu wie&#380;owc&#243;w pas&#322;y si&#281; owce.

Na Neotrantorze, zapomnianej planecie-wiosce w cieniu pot&#281;&#380;nego Trantora, wszystko by&#322;o jak dawniej, dop&#243;ki nie przyby&#322;a tam rodzina cesarska uciekaj&#261;ca w pop&#322;ochu przed po&#380;og&#261;. Neotrantor sta&#322; si&#281; jej ostatnim schronieniem. Przycupn&#281;li na nim, czekaj&#261;c a&#380; przewali si&#281; niszcz&#261;ca fala rebelii, i stamt&#261;d sprawowali mizerne rz&#261;dy nad ostatnim szcz&#261;tkiem martwego Imperium.

Imperium Galaktyczne obejmowa&#322;o teraz dwadzie&#347;cia &#347;wiat&#243;w rolniczych.

Imperator Dagobert IX, Pan Wszech&#347;wiata, w&#322;ada&#322; dwudziestoma &#347;wiatami zamieszka&#322;ymi przez krn&#261;brnych szlachetk&#243;w i ponurych wie&#347;niak&#243;w.

Dagobert IX mia&#322; dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat, kiedy przyby&#322; ze swym ojcem na Neotrantora. On widzia&#322; i dobrze pami&#281;ta&#322; pot&#281;g&#281; i chwa&#322;&#281; Imperium z czas&#243;w jego &#347;wietno&#347;ci. Ale jego syn, kt&#243;ry pewnego dnia zostanie Dagobertorn X, urodzi&#322; si&#281; ju&#380; na Neotrantorze i zna&#322; tylko dwadzie&#347;cia &#347;wiat&#243;w.

Kabriolet powietrzny Jorda Commasona by&#322; naj&#347;wietniejszym pojazdem tego typu na ca&#322;ym Neotrantorze i nie by&#322;o w tym nic dziwnego. Nie koniec bowiem na tym, &#380;e Jord Commason by&#322; najwi&#281;kszym w&#322;a&#347;cicielem ziemskim na Neotrantorze. Ten fakt to dopiero pocz&#261;tek, gdy&#380; w czasach m&#322;odo&#347;ci by&#322; on towarzyszem i z&#322;ym duchem m&#322;odego nast&#281;pcy tronu, kt&#243;rego wybuja&#322;y temperament trzyma&#322; w ryzach b&#281;d&#261;cy w&#243;wczas w sile wieku imperator. Teraz by&#322; towarzyszem i z&#322;ym duchem b&#281;d&#261;cego w sile wieku nast&#281;pcy tronu, kt&#243;ry nienawidzi&#322; i trzyma&#322; w ryzach starego imperatora.

A wi&#281;c Jord Commason, w swym powietrznym kabriolecie o karoserii wyk&#322;adanej macic&#261; per&#322;ow&#261; i pokrytej ornamentem ze z&#322;ota i lumetronu, znanym wszystkim tak dobrze, &#380;e jego w&#322;a&#347;ciciel nie potrzebowa&#322; nawet umieszcza&#263; na drzwiczkach swego znaku herbowego, dokonywa&#322; przegl&#261;du swych w&#322;o&#347;ci, ca&#322;ych mil zagon&#243;w faluj&#261;cej pszenicy, wielkich m&#322;ockarni i &#380;niwiarek oraz r&#243;wnie&#380; nale&#380;&#261;cych do niego dzier&#380;awc&#243;w folwark&#243;w i maszyn i rozmy&#347;la&#322; w skupieniu nad swymi sprawami.

Obok niego siedzia&#322; pochylony, zwi&#281;d&#322;y szofer, kt&#243;ry zr&#281;cznie prowadzi&#322; pojazd przez podmuchy wiatru i u&#347;miecha&#322; si&#281;.

Jord Commason rzek&#322;, zwracaj&#261;c si&#281; do wiatru, powietrza i nieba:

Pami&#281;tasz, Inchney, co ci powiedzia&#322;em? Wiatr rozwiewa&#322; przerzedzone, siwe w&#322;osy Inchneya. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; szerzej, rozci&#261;gaj&#261;c w&#261;skie wargi i ukazuj&#261;c luki w uz&#281;bieniu. Pionowe zmarszczki na jego policzkach pog&#322;&#281;bi&#322;y si&#281; i wygl&#261;da&#322; teraz tak, jakby kry&#322; sam przed sob&#261; jak&#261;&#347; odwieczn&#261; tajemnic&#281;. Odpowiedzia&#322; &#347;wiszcz&#261;cym szeptem:

Pami&#281;tam, panie, i my&#347;la&#322;em o tym.

No i co wymy&#347;li&#322;e&#347;, Inchney?  spyta&#322; Commason z ledwo skrywanym zniecierpliwieniem.

Inchney dobrze pami&#281;ta&#322; czasy, kiedy by&#322; m&#322;odym i przystojnym lordem na Starym Trantorze. Inchney nie zapomina&#322; jednak, &#380;e teraz jest szpetnym starcem, &#380;yj&#261;cym na &#322;asce Jorda Commasona i odp&#322;acaj&#261;cym mu za t&#281; &#322;ask&#281; udzielaniem chytrych rad w potrzebie. Westchn&#261;&#322; lekko.

Go&#347;cie z Fundacji, panie  rzek&#322; znowu swym &#347;wiszcz&#261;cym szeptem  to jest co&#347;, co si&#281; mo&#380;e przyda&#263;. Szczeg&#243;lnie kiedy przybywaj&#261; tylko jednym statkiem i jest w&#347;r&#243;d nich zaledwie jeden m&#281;&#380;czyzna zdolny do walki. Chyba s&#261; mile widziani?

Mile widziani?  powt&#243;rzy&#322; ponuro Commason.  By&#263; mo&#380;e. Ale ludzie stamt&#261;d s&#261; magami i mog&#261; okaza&#263; si&#281; pot&#281;&#380;niejsi ni&#380; my.

Phi  mrukn&#261;&#322; Inchney.  Odleg&#322;o&#347;&#263; sprzyja tworzeniu legend. Fundacja to taki sam &#347;wiat jak inne. Mieszkaj&#261; tam tacy sami ludzie jak gdzie indziej. Gin&#261; tak samo jak inni, kiedy dostan&#261; z miotacza.

Inchney trzyma&#322; statek na kursie. Rzeka pod nimi wygl&#261;da&#322;a jak wij&#261;ca si&#281;, b&#322;yszcz&#261;ca wst&#281;ga.  Przecie&#380; m&#243;wi&#261; teraz, &#380;e jaki&#347; cz&#322;owiek trz&#281;sie &#347;wiatami Peryferii.

Commason sta&#322; si&#281; nagle podejrzliwy.  Co o tym wiesz?

Z twarzy szofera znik&#322; u&#347;miech.  Nic, panie. To by&#322;a uwaga bez znaczenia.

Dziedzic zawaha&#322; si&#281;, ale tylko na chwil&#281;.

Nic, co m&#243;wisz, nie jest bez znaczenia  rzek&#322; brutalnie  a twoje sposoby zdobywania wiadomo&#347;ci doprowadz&#261; w ko&#324;cu do tego, &#380;e ukr&#281;c&#261; ci t&#281; twoj&#261; chud&#261; szyj&#281;. No, ale s&#322;uchaj! Tego cz&#322;owieka nazywaj&#261; Mu&#322;em, a by&#322; tu jego poddany par&#281; miesi&#281;cy temu w sprawach handlowych. Czekam teraz na innego &#380;eby dobi&#263; interesu.

A ci nowo przybyli? Mo&#380;e to ci, na kt&#243;rych pan czeka?

Nie maj&#261; w&#322;a&#347;ciwych dokument&#243;w.

Doniesiono, &#380;e Fundacja pad&#322;a

Tego ci nie m&#243;wi&#322;em.

Tak doniesiono  ci&#261;gn&#261;&#322; ch&#322;odno Inchney  i je&#347;li to prawda, to oni mog&#261; by&#263; uciekinierami i mo&#380;na by ich zatrzyma&#263; i wyda&#263; temu cz&#322;owiekowi Mu&#322;a w dow&#243;d szczerej przyja&#378;ni.

Tak?  rzek&#322; Commason niepewnie.

A poniewa&#380; dobrze wiadomo, panie, &#380;e przyjaciel zdobywcy te&#380; w ko&#324;cu zostaje jego ofiar&#261;, by&#322;by to &#347;rodek przedsi&#281;wzi&#281;ty dla ocalenia w&#322;asnej sk&#243;ry. S&#261; przecie&#380; takie rzeczy, jak sonda psychiczna, a mamy tu cztery m&#243;zgi z Fundacji. Jest du&#380;o spraw na Fundacji, o kt&#243;rych warto by si&#281; by&#322;o dowiedzie&#263;. Nawet o Mule. I wtedy przyja&#378;&#324; Mu&#322;a by&#322;aby troch&#281; mniej gro&#378;na.

W ciszy g&#243;rnych warstw powietrza Commason wzdrygn&#261;&#322; si&#281; nagle i powr&#243;ci&#322; do swej poprzedniej my&#347;li:

A je&#347;li Fundacja nie pad&#322;a? Je&#347;li doniesienia s&#261; nieprawdziwe? M&#243;wi si&#281;, &#380;e jest przepowiednia, &#380;e nigdy nie padnie.

Czasy wr&#243;&#380;bit&#243;w ju&#380; min&#281;&#322;y, panie.

Ale gdyby jednak nie upad&#322;a, Inchney Pomy&#347;l tylko! Co by by&#322;o, gdyby nie upad&#322;a Rzeczywi&#347;cie, Mu&#322; robi&#322; mi obietnice  zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e powiedzia&#322; za du&#380;o i poprawi&#322; si&#281;:  To znaczy, przechwala&#322; si&#281;. Ale przechwa&#322;ki to tylko s&#322;owa, a czyny to twarda rzeczywisto&#347;&#263;. Inchney roze&#347;mia&#322; si&#281; bezg&#322;o&#347;nie.

Faktycznie, czyny to twarda rzeczywisto&#347;&#263;, ale dopiero kiedy do nich dojdzie. Le&#380;&#261;ca na ko&#324;cu Galaktyki Fundacja to &#380;adna gro&#378;ba.

Jest jeszcze ksi&#261;&#380;&#281;  mrukn&#261;&#322; Commason, jakby sam do siebie.

A wi&#281;c on te&#380; za&#322;atwia interesy z Mu&#322;em, panie?

Commasonowi nie uda&#322;o si&#281; ukry&#263; swego zadowolenia.

Niezupe&#322;nie. Nie w taki spos&#243;b jak ja. Ale on si&#281; robi coraz bardziej nieobliczalny. Siedzi w nim diabe&#322;. Je&#347;li to on pochwyci tych ludzi i schowa ich gdzie&#347; dla w&#322;asnych cel&#243;w, bo nie mo&#380;na mu odm&#243;wi&#263; pewnego sprytu, to ja nie jestem jeszcze gotowy, &#380;eby sobie pozwoli&#263; na zwad&#281; z nim.  Zmarszczy&#322; czo&#322;o i skrzywi&#322; si&#281; z niech&#281;ci&#261;.

Wczoraj przez par&#281; chwil widzia&#322;em tych przybysz&#243;w  rzeki szofer ni w pi&#281;&#263;, ni w dziewi&#281;&#263;.  Jest w&#347;r&#243;d nich osobliwa kobieta, ta czarna. Porusza si&#281; z tak&#261; swobod&#261;, jakby by&#322;a m&#281;&#380;czyzn&#261; i ma niezwykle bia&#322;&#261; cer&#281; kontrastuj&#261;c&#261; z czarnymi, b&#322;yszcz&#261;cymi w&#322;osami  w jego ochryp&#322;ym, zdartym g&#322;osie zabrzmia&#322;a nieomal ciep&#322;a nuta, a&#380; Commason spojrza&#322; na niego ze zdziwieniem.

My&#347;l&#281;, &#380;e przy ca&#322;ym swoim sprycie  ci&#261;gn&#261;&#322; Inchney  ksi&#261;&#380;&#281; zgodzi si&#281; na rozs&#261;dny kompromis. M&#243;g&#322;by pan mie&#263; ca&#322;&#261; reszt&#281;, gdyby zostawi&#322; mu pan t&#281; dziewczyn&#281;

Commason dozna&#322; nagle ol&#347;nienia.

To jest my&#347;l! To jest naprawd&#281; my&#347;l! Inchney, zawracaj! Je&#347;li wszystko dobrze si&#281; powiedzie, to przedyskutujemy spraw&#281; twojej wolno&#347;ci.

To, &#380;e Commason wr&#243;ciwszy do domu zasta&#322; w swoim gabinecie czekaj&#261;c&#261; na niego kapsu&#322;k&#281; osobist&#261;, wygl&#261;da&#322;o niemal na zrz&#261;dzenie losu.

Kapsu&#322;ka przysz&#322;a na fali o d&#322;ugo&#347;ci znanej tylko kilku osobom. Commason u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; z zadowoleniem. Cz&#322;owiek Mu&#322;a jest ju&#380; w drodze, a Fundacja naprawd&#281; pad&#322;a.

Bayta by&#322;a rozczarowana. Nie tak sobie wyobra&#380;a&#322;a pa&#322;ac Imperatora. Pok&#243;j by&#322; ma&#322;y, prosto urz&#261;dzony, niemal zwyczajny. Ca&#322;y pa&#322;ac nie m&#243;g&#322; si&#281; nawet r&#243;wna&#263; z rezydencj&#261; burmistrza Fundacji a  Dagobert IX

Bayta mia&#322;a jasno sprecyzowany pogl&#261;d na to, jak powinien wygl&#261;da&#263; imperator. Na pewno nie powinien wygl&#261;da&#263; jak czyj&#347; dobroduszny dziadek. Nie powinien by&#263; chudy, siwy ani podawa&#263; w&#322;asnor&#281;cznie herbat&#281; z widoczn&#261; trosk&#261; o wygod&#281; go&#347;ci.

Ale, niestety, taka by&#322;a rzeczywisto&#347;&#263;.

Dagobert IX zachichota&#322;, nalewaj&#261;c herbat&#281; do fili&#380;anki, kt&#243;r&#261; trzyma&#322;a w sztywno wyci&#261;gni&#281;tej r&#281;ce.

Sprawia mi to wielk&#261; przyjemno&#347;&#263;, moja droga. To chwila wytchnienia od ceremonii i dworzan. Ju&#380; od pewnego czasu nie mia&#322;em okazji przyjmowa&#263; go&#347;ci z moich dalekich prowincji. Teraz, kiedy si&#281; postarza&#322;em, takimi drobiazgami zajmuje si&#281; m&#243;j syn. Nie pozna&#322;a&#347; go jeszcze? Wspania&#322;y ch&#322;opiec. Mo&#380;e troch&#281; krn&#261;brny. Ale w ko&#324;cu jest m&#322;ody. Masz ochot&#281; na pastylk&#281; z aromatem? Nie?

Toran spr&#243;bowa&#322; mu przerwa&#263;.

Wasza mi&#322;o&#347;&#263;

Tak?

Wasza mi&#322;o&#347;&#263;, nie by&#322;o naszym zamiarem niepokoi&#263; wasz&#261; mi&#322;o&#347;&#263;

Bzdura, nie niepokoicie mnie. Dzi&#347; wieczorem zostaniecie przyj&#281;ci oficjalnie, ale do tego czasu jeste&#347;my wolni. No wi&#281;c, jak powiadacie, sk&#261;d jeste&#347;cie? Zdaje si&#281;, &#380;e ju&#380; od dawna nie mieli&#347;my &#380;adnej oficjalnej wizyty. M&#243;wicie, &#380;e jeste&#347;cie z Prowincji Anakreona?

Z Fundacji, wasza mi&#322;o&#347;&#263;.

A tak, z Fundacji. Teraz sobie przypominam, gdzie to jest. To w Prowincji Anakreona. Nigdy tam nie by&#322;em. Lekarz zabrania mi dalekich podr&#243;&#380;y. Nie przypominam sobie, &#380;ebym mia&#322; ostatnio jakie&#347; wiadomo&#347;ci od wicekr&#243;la Anakreona. Jak si&#281; tam &#380;yje?  zapyta&#322; z ciekawo&#347;ci&#261;.

Nie zg&#322;aszam &#380;adnych skarg, panie  wymamrota&#322; Toran.

Mi&#322;o mi to s&#322;ysze&#263;. B&#281;d&#281; musia&#322; pochwali&#263; wicekr&#243;la.

Toran spojrza&#322; bezradnie na Eblinga Misa. Mis rzek&#322; obcesowo:

Powiedziano nam, panie, &#380;e musimy uzyska&#263; od waszej mi&#322;o&#347;ci pozwolenie na wst&#281;p do Biblioteki Uniwersyteckiej na Trantorze.

Na Trantorze?  spyta&#322; z roztargnieniem imperator.  Na Trantorze?

Nagle jego twarz wykrzywi&#322; grymas b&#243;lu.  Trantor?  wyszepta&#322;.  Teraz sobie przypominam. W&#322;a&#347;nie zamierzam tam powr&#243;ci&#263; na czele pot&#281;&#380;nej floty. Polecicie ze mn&#261;. Razem zniszczymy tego zdrajc&#281;. Gilmera. Razem odbudujemy Imperium!

Jego pochylona posta&#263; wyprostowa&#322;a si&#281;, a g&#322;os nabra&#322; mocy. Przez chwil&#281; patrzy&#322; surowo. Potem zamruga&#322; oczami i rzek&#322; &#322;agodnie:

Ale Gilmer jest martwy! Trantor jest martwy Przez chwil&#281; zdawa&#322;o mi si&#281; Jak m&#243;wicie, sk&#261;d jeste&#347;cie?

Czy to naprawd&#281; imperator?  szepn&#261;&#322; Magnifico do Bayty.  Jako&#347; zawsze my&#347;la&#322;em, &#380;e imperatorzy s&#261; pot&#281;&#380;niejsi i m&#261;drzejsi ni&#380; zwykli ludzie.

Bayta gestem nakaza&#322;a mu spok&#243;j.  Gdyby wasza mi&#322;o&#347;&#263; raczy&#322; podpisa&#263; rozkaz zezwalaj&#261;cy nam na podr&#243;&#380; na Trantora, to bardzo by to pomog&#322;o wsp&#243;lnej sprawie  rzek&#322;a.

Na Trantora?  powt&#243;rzy&#322; imperator nieobecnym g&#322;osem.

Panie, wicekr&#243;l Anakreona, w kt&#243;rego imieniu m&#243;wimy, pragnie donie&#347;&#263; waszej mi&#322;o&#347;ci, &#380;e Gilmer jeszcze &#380;yje

&#379;yje! &#379;yje!  zagrzmia&#322; Dagobert.  Gdzie? B&#281;dzie wojna!

Wasza mi&#322;o&#347;&#263;, tego jeszcze nie mo&#380;emy powiedzie&#263;. Dok&#322;adne miejsce jego pobytu nie jest znane. Wicekr&#243;l przysy&#322;a nas, aby powiadomi&#263; o tym wasz&#261; mi&#322;o&#347;&#263;. Jedynie na Trantorze mo&#380;emy znale&#378;&#263; jego kryj&#243;wk&#281;.

Tak, tak trzeba go znale&#378;&#263;  imperator podszed&#322; niepewnym krokiem do &#347;ciany i dr&#380;&#261;cym palcem dotkn&#261;&#322; oka fotokom&#243;rki. Po bezskutecznym oczekiwaniu, mrukn&#261;&#322;:  Moja s&#322;u&#380;ba nie przychodzi. Nie mog&#281; czeka&#263;.

Naskroba&#322; co&#347; na czystej kartce papieru i podpisa&#322; fantazyjnym zawijasem w kszta&#322;cie litery D.  Gilmer jeszcze si&#281; przekona, jak silny jest imperator  rzek&#322;.  Sk&#261;d przybyli&#347;cie? Z Anakreona? Jak si&#281; tam &#380;yje? Czy imperator cieszy si&#281; tam szacunkiem?

Bayta wyj&#281;&#322;a kartk&#281; z jego s&#322;abej d&#322;oni.

Lud kocha was, panie. Wszyscy doskonale wiedz&#261;, jak&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261; wasza cesarska mo&#347;&#263; darzy sw&#243;j lud.

B&#281;d&#281; musia&#322; odwiedzi&#263; swych dobrych poddanych na Anakreonie, ale m&#243;j lekarz m&#243;wi Nie pami&#281;tam, co m&#243;wi, ale Podni&#243;s&#322; nagle g&#322;ow&#281; i w jego szarych, starczych oczach pojawi&#322; si&#281; nag&#322;y b&#322;ysk.  M&#243;wili&#347;cie co&#347; o Gilmerze?

Nie, wasza mi&#322;o&#347;&#263;

Nie posunie si&#281; ju&#380; ani o krok. Wr&#243;&#263;cie i powiedzcie to waszym ludziom. Trantor si&#281; oprze! Teraz m&#243;j ojciec dowodzi flot&#261; i ten n&#281;dzny zdrajca Gilmer zamarznie w przestrzeni razem ze swoj&#261; &#347;wi&#281;tokradcz&#261; ha&#322;astr&#261;!

Podszed&#322; niepewnym krokiem do fotela i usiad&#322;. Jego wzrok by&#322; znowu nieobecny.

O czym to ja m&#243;wi&#322;em?

Toran podni&#243;s&#322; si&#281; i z&#322;o&#380;y&#322; niski uk&#322;on.

Wasza mi&#322;o&#347;&#263; by&#322; bardzo &#322;askawy dla nas, ale czas przeznaczony na audiencj&#281; dobieg&#322; ko&#324;ca.

Przez chwil&#281; Dagobert IX wygl&#261;da&#322; jak prawdziwy imperator, kiedy podni&#243;s&#322; si&#281; i sta&#322; sztywno wyprostowany, podczas gdy jego go&#347;cie wychodzili ty&#322;em, jeden za drugim, znikaj&#261;c w drzwiach za kt&#243;rymi otoczy&#322;o ich dwudziestu uzbrojonych ludzi.

B&#322;ysn&#281;&#322;a bro&#324; r&#281;czna

Przytomno&#347;&#263; wraca&#322;a Baycie powoli, ale bez tego nieprzyjemnego uczucia wyra&#380;aj&#261;cego si&#281; niemym pytaniem Gdzie ja jestem?"

Doskonale pami&#281;ta&#322;a dziwnego starca, kt&#243;ry okre&#347;la&#322; siebie mianem imperatora i ludzi, kt&#243;rzy czekali na nich na zewn&#261;trz. Mrowienie w stawach palc&#243;w &#347;wiadczy&#322;o o tym, &#380;e by&#322; to pistolet osza&#322;amiaj&#261;cy.

Nie otwiera&#322;a oczu, lecz ws&#322;uchiwa&#322;a si&#281; z napi&#281;t&#261; uwag&#261; w dochodz&#261;c&#261; do jej uszu rozmow&#281;.

S&#322;ysza&#322;a dwa g&#322;osy. Jeden powolny i ostro&#380;ny, pe&#322;en uni&#380;ono&#347;ci, za kt&#243;r&#261; kry&#322;a si&#281; przebieg&#322;o&#347;&#263; i chytro&#347;&#263;. Drugi ochryp&#322;y i jakby pe&#322;en t&#322;umionego gniewu, kt&#243;ry co chwila wymyka&#322; si&#281; spod kontroli.

Cz&#281;&#347;ciej odzywa&#322; si&#281; ten drugi.

Bayta dos&#322;ysza&#322;a ostatnie s&#322;owa:

Ten stary wariat b&#281;dzie &#380;y&#322; wiecznie. Denerwuje mnie. Mam ju&#380; tego dosy&#263;. B&#281;d&#281; to mia&#322;, Commason. Ja te&#380; si&#281; starzej&#281;.

Zobaczmy najpierw, wasza wysoko&#347;&#263;, na co mog&#261; si&#281; przyda&#263; ci ludzie. By&#263; mo&#380;e zdob&#281;dziemy dost&#281;p do innych &#378;r&#243;de&#322; si&#322;y, ni&#380; te, kt&#243;rymi dysponuje ojciec waszej wysoko&#347;ci.

Ochryp&#322;y glos przeszed&#322; w niewyra&#378;ny, gor&#261;czkowy szept. Bayta zrozumia&#322;a tylko jeden zwrot ta dziewczyna, ale drugi, przymilny g&#322;os przerodzi&#322; si&#281; w nieprzyjemny, niski chichot zako&#324;czony pe&#322;nym poufa&#322;o&#347;ci, prawie protekcjonalnym:  Dagobert, ty si&#281; nie starzejesz. Ten, kto m&#243;wi, &#380;e nie masz ju&#380; dwudziestu lat, jest wierutnym k&#322;amc&#261;.

Roze&#347;miali si&#281; g&#322;o&#347;no i Baycie zamar&#322;a krew w &#380;y&#322;ach. Dagobert wasza wysoko&#347;&#263; Stary imperator wspomina&#322; o swym krn&#261;brnym synu, a te szepty nie wr&#243;&#380;y&#322;y nic dobrego. Bayta mia&#322;a wra&#380;enie, &#380;e to koszmarny sen.

Rozleg&#322; si&#281; nagle g&#322;os Torana, kt&#243;ry wybuchn&#261;&#322; stekiem przekle&#324;stw.

Otworzy&#322;a oczy i napotka&#322;a utkwiony w ni&#261; wzrok m&#281;&#380;a. W jego spojrzeniu odmalowa&#322;a si&#281; wyra&#378;na ulga. Rzek&#322; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261;:

Odpowiecie za ten rozb&#243;j przed imperatorem. Uwolnijcie nas!

W tym momencie Bayta u&#347;wiadomi&#322;a sobie, &#380;e przeguby r&#261;k i kostki n&#243;g ma przykute do &#347;ciany i pod&#322;ogi silnym polem kr&#281;puj&#261;cym.

Cz&#322;owiek o ochryp&#322;ym g&#322;osie podszed&#322; do Torana. Mia&#322; wydatny brzuch, podkr&#261;&#380;one oczy i przerzedzone w&#322;osy. Nosi&#322; spiczasty kapelusz z barwnym pi&#243;rem, a wy&#322;ogi jego kubraka haftowane by&#322;y srebrzyst&#261; metalow&#261; piank&#261;.

Przed imperatorem?  zapyta&#322; drwi&#261;co, z wyra&#378;nym rozbawieniem.  Przed tym biednym wariatem?

Mam od niego przepustk&#281;. Nikt z jego poddanych nie ma prawa pozbawia&#263; nas wolno&#347;ci.

Ale ja nie jestem poddanym, ty &#347;mieciu Kosmiczny. Jestem regentem i nast&#281;pc&#261; tronu i tak nale&#380;y si&#281; do mnie zwraca&#263;. Je&#347;li chodzi o mego biednego, g&#322;upiego ojca, to bawi go przyjmowanie od czasu do czasu go&#347;ci. Pozwalamy mu na takie kaprysy, bo zaspokajaj&#261; one jego komiczne rojenia o Imperium. Nie ma to, oczywi&#347;cie, &#380;adnego powa&#380;nego znaczenia.

Podszed&#322; do Bayty, kt&#243;ra zmierzy&#322;a go pogardliwym wzrokiem. Pochyli&#322; si&#281; nad ni&#261;, tak &#380;e czu&#322;a jego przesycony zapachem mi&#281;ty oddech.

Jej oczy pasuj&#261; do reszty, Gommason  rzek&#322;.  Z otwartymi wydaje si&#281; jeszcze &#322;adniejsza. My&#347;l&#281;, &#380;e b&#281;dzie dobra. To b&#281;dzie egzotyczny k&#261;sek dla takiego znudzonego smakosza jak ja, co?

Toran rzuci&#322; si&#281;, staraj&#261;c si&#281; podnie&#347;&#263;, ale jego pr&#243;by by&#322;y daremne. Nast&#281;pca tronu nawet nie spojrza&#322; w jego stron&#281;. Po plecach Bayty przesz&#322;y ciarki. Ebling Mis by&#322; wci&#261;&#380; nieprzytomny, jego g&#322;owa zwisa&#322;a bezw&#322;adnie na piersi, ale jak stwierdzi&#322;a ze zdumieniem Bayta, Magnifico mia&#322; szeroko otwarte oczy i patrzy&#322; zupe&#322;nie przytomnie, jakby ockn&#261;&#322; si&#281; ju&#380; dawno temu. Przeni&#243;s&#322; wzrok na Bayt&#281; i wpatrywa&#322; si&#281; w ni&#261; intensywnie swymi wielkimi, br&#261;zowymi oczami, kt&#243;re niemal wychodzi&#322;y z jego ziemistej twarzy.

Wskaza&#322; g&#322;ow&#261; na nast&#281;pc&#281; tronu i rzek&#322; p&#322;aczliwym g&#322;osem:

On ma m&#243;j wizjofon.

Nast&#281;pca tronu odwr&#243;ci&#322; si&#281; gwa&#322;townie w jego stron&#281;.

To twoje, poczwaro?

Zrzuci&#322; instrument z ramienia i dopiero teraz Bayta spostrzeg&#322;a, &#380;e mia&#322; go tam ca&#322;y czas, zawieszony na zielonym pasie.

Nacisn&#261;&#322; niezgrabnie par&#281; klawiszy, staraj&#261;c si&#281; wydoby&#263; jaki&#347; akord, ale nic z tego nie wysz&#322;o.

Umiesz na tym gra&#263;, poczwaro?  spyta&#322;.

Pan obrabowa&#322; statek Fundacji. Je&#347;li nie ukarze tego imperator, zrobi to Fundacja  odezwa&#322; si&#281; znowu Toran.

Odpowiedzia&#322; mu Commason.

Jaka Fundacja? spyta&#322; przeci&#261;gle. A mo&#380;e Mu&#322; nie jest ju&#380; Mu&#322;em?

Zapanowa&#322;a cisza. Nast&#281;pca tronu skrzywi&#322; twarz w u&#347;miechu, ukazuj&#261;c nier&#243;wne z&#281;by. Przerwa&#322; pole przytrzymuj&#261;ce b&#322;azna i szturchni&#281;ciem zmusi&#322; go do powstania. Wcisn&#261;&#322; mu w r&#281;ce wizjofon.

Zagraj nam, poczwaro  rzek&#322;.  Zagraj mi&#322;osn&#261; serenad&#281; dla tej damy. Za&#347;piewaj jej o tym, &#380;e wi&#281;zienie nie jest pa&#322;acem, ale &#380;e mog&#281; j&#261; zabra&#263; w miejsce, gdzie b&#281;dzie p&#322;ywa&#263; w r&#243;&#380;anej wodzie i przekona si&#281;, co to jest mi&#322;o&#347;&#263; nast&#281;pcy tronu. &#346;piewaj o mojej mi&#322;o&#347;ci, poczwaro.

Przysiad&#322; na marmurowym blacie sto&#322;u i zacz&#261;&#322; ko&#322;ysa&#263; grub&#261; nog&#261;, wpatruj&#261;c si&#281; w Bayt&#281;. Jego pysza&#322;kowata mina i g&#322;upkowaty u&#347;miech wprawia&#322;y j&#261; we w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;. Toran mocowa&#322; si&#281; z przytrzymuj&#261;cym go polem, a&#380; nabrzmia&#322;y mu &#380;y&#322;y na skroniach. Ebling Mis poruszy&#322; si&#281; i j&#281;kn&#261;&#322;.

Magnifico wyb&#261;ka&#322;:

Nie mog&#281; gra&#263; zesztywnia&#322;y mi palce.

Graj, poczwaro!  rykn&#261;&#322; nast&#281;pca tronu. Skin&#261;&#322; na Commasona, by wy&#322;&#261;czy&#322; &#347;wiat&#322;o, skrzy&#380;owa&#322; ramiona na piersi i czeka&#322;.

Magnifico przebieg&#322; szybko palcami po klawiaturze i w pokoju trysn&#281;&#322;a o&#347;lepiaj&#261;ca t&#281;cza &#347;wiat&#322;a. Rozleg&#322; si&#281; niski, sm&#281;tny, pulsuj&#261;cy ton. Potem d&#378;wi&#281;k wzni&#243;s&#322; si&#281;, przechodz&#261;c w smutny &#347;miech na tle st&#322;umionego j&#281;ku dzwon&#243;w.

Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e mrok g&#281;stnieje. Muzyka dociera&#322;a do Bayty jakby zza niewidzialnej kurtyny z puszystych, t&#322;umi&#261;cych d&#378;wi&#281;k koc&#243;w, natomiast migoc&#261;ce &#347;wiat&#322;o by&#322;o tak nik&#322;e, jakby dawa&#322;a je jedna jedyna &#347;wieczka umieszczona na dnie g&#322;&#281;bokiego szybu.

Mimo woli wyt&#281;&#380;y&#322;a wzrok. &#346;wiat&#322;o sta&#322;o si&#281; ja&#347;niejsze, lecz nadal by&#322;o zamglone. Niewyra&#378;nie falowa&#322;o, pulsuj&#261;c zmieszanymi bez&#322;adnie barwami. Rozleg&#322; si&#281; g&#322;os tr&#261;b, wznosz&#261;c si&#281; w wysokim crescendo. &#346;wiat&#322;o zacz&#281;&#322;o szybko migota&#263;, w rytm potwornej muzyki. W jego kr&#281;gu co&#347; wi&#322;o si&#281; konwulsyjnie. Co&#347; pokrytego ohydnymi, metalicznymi &#322;uskami skr&#281;ca&#322;o si&#281; i wy&#322;o, a razem z tym skr&#281;ca&#322;a si&#281; i wy&#322;a muzyka.

Bayta walczy&#322;a z jakim&#347; dziwnym uczuciem, kt&#243;re nagle j&#261; opanowa&#322;o, kiedy dotar&#322;a do niej &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e sk&#261;d&#347; ju&#380; to zna. Przypomnia&#322; si&#281; jej &#243;w dzie&#324; w Krypcie Czasu i ostatnie dni na Haven. By&#322;o to to samo uczucie trwogi i rozpaczy, oplataj&#261;ce cz&#322;owieka niczym wstr&#281;tna, lepka paj&#281;czyna. Skurczy&#322;a si&#281;, zupe&#322;nie st&#322;amszona psychicznie.

Muzyka przewala&#322;a si&#281; nad ni&#261; z potwornym &#322;oskotem brzmi&#261;cym jak szata&#324;ski &#347;miech. Odwr&#243;ci&#322;a gwa&#322;townie g&#322;ow&#281;, by nie patrze&#263; na przera&#380;aj&#261;c&#261;, wij&#261;c&#261; si&#281; posta&#263;, kt&#243;ra w niewielkim, otaczaj&#261;cym j&#261; kr&#281;gu &#347;wiat&#322;a wygl&#261;da&#322;a jak  obraz widziany przez odwr&#243;cony teleskop. Czo&#322;o mia&#322;a zimne i zroszone potem.

Muzyka zamar&#322;a. Koncert musia&#322; trwa&#263; dobry kwadrans i Bayt&#281; ogarn&#281;&#322;o niewypowiedziane uczucie ulgi, &#380;e wreszcie si&#281; sko&#324;czy&#322;. Zapali&#322;o si&#281; &#347;wiat&#322;o i ujrza&#322;a nachylon&#261; nad sob&#261;, spocon&#261; twarz Magnifica. Spogl&#261;da&#322; ponurym, dzikim wzrokiem.

Jak si&#281; czujesz, pani?  wykrztusi&#322;.

Do&#347;&#263; dobrze  szepn&#281;&#322;a  ale dlaczego tak gra&#322;e&#347;?

Wtedy zobaczy&#322;a pozosta&#322;ych. Toran i Mis le&#380;eli bezw&#322;adnie pod &#347;cian&#261;, ale jej wzrok prze&#347;lizn&#261;&#322; si&#281; tylko po nich. Obok sto&#322;u le&#380;a&#322; dziwnie sztywny nast&#281;pca tronu. Przy nim spoczywa&#322; Commason, z kt&#243;rego szeroko otwartych, pokrytych pian&#261; ust wydobywa&#322; si&#281; cichy j&#281;k.

Commason wzdrygn&#261;&#322; si&#281; i rykn&#261;&#322; z b&#243;lu, gdy Magnifico zrobi&#322; krok w jego kierunku.

Magnifico odwr&#243;ci&#322; si&#281; i jednym skokiem uwolni&#322; Misa i Torana.

Toran poderwa&#322; si&#281; na nogi i chwyci&#322; mocno Commasona za szyj&#281;.

P&#243;jdziesz z nami. We&#378;miemy ci&#281;, &#380;eby mie&#263; pewno&#347;&#263;, &#380;e dostaniemy si&#281; na statek.

Dwie godziny p&#243;&#378;niej, w kuchni statku, Bayta postawi&#322;a przed nimi ogromny, domowy placek i Magnifico, &#347;wi&#281;tuj&#261;c powr&#243;t w przestrze&#324;, rzuci&#322; si&#281; na niego z ca&#322;kowitym lekcewa&#380;eniem obowi&#261;zuj&#261;cych przy stole manier.  Smaczny, Magnifico?

Hmm!

Magnifico?

Tak, pani

Co to by&#322;o, co tam zagra&#322;e&#347;? B&#322;azen skrzywi&#322; si&#281;.

E lepiej nie m&#243;wi&#263;. Nauczy&#322;em si&#281; tego kiedy&#347;, a wizjofon wywiera nader pot&#281;&#380;ny wp&#322;yw na system nerwowy. Z pewno&#347;ci&#261; by&#322;a to rzecz niegodziwa i obra&#380;aj&#261;ca tw&#261; niewinno&#347;&#263;, pani.

Daj spok&#243;j, Magnifico. Nie jestem znowu taka niewinna. Nie przypochlebiaj si&#281;. Czyja widzia&#322;am to samo, co oni?

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie. Gra&#322;em tylko dla nich. Je&#347;li widzia&#322;a&#347; co&#347;, pani, to zaledwie skrawek z daleka.

I tego by&#322;o dosy&#263;. Wiesz, &#380;e pozbawi&#322;e&#347; przytomno&#347;ci nast&#281;pc&#281; tronu?

Magnifico rzek&#322; ponuro, z ustami pe&#322;nymi placka:

Zabi&#322;em go, pani.

Co?  wykrztusi&#322;a Bayta.

By&#322; martwy, kiedy przesta&#322;em, bo inaczej gra&#322;bym dalej. Nie dba&#322;em o Commasona. On najwy&#380;ej zagrozi&#322;by nam &#347;mierci&#261; albo torturami. Ale nast&#281;pca tronu mia&#322; niegodziwe zamiary w stosunku do ciebie, pani i   b&#322;azna a&#380; zatka&#322;o z oburzenia i zak&#322;opotania.

Baycie przysz&#322;y do g&#322;owy dziwne my&#347;li, ale stanowczo odsun&#281;&#322;a je od siebie.

Masz rycersk&#261; dusz&#281;, Magnifico.

Och nie, pani  wsadzi&#322; sw&#243;j czerwony nos w talerz, ale jako&#347; przesta&#322; je&#347;&#263;.

Ebling Mis wyjrza&#322; przez iluminator. Trantor by&#322; ju&#380; blisko, a jego metaliczny blask by&#322; wprost o&#347;lepiaj&#261;cy. Obok Misa sta&#322; Toran. Powiedzia&#322; z gorycz&#261;:

Przybywamy tu na pr&#243;&#380;no, Ebling. Cz&#322;owiek Mu&#322;a uprzedzi&#322; nas. Ebling Mis potar&#322; czo&#322;o d&#322;oni&#261;, kt&#243;ra straci&#322;a ju&#380; sw&#261; dawn&#261; pulchno&#347;&#263;. Mrukn&#261;&#322; co&#347; niezrozumiale.

Toran by&#322; przygn&#281;biony.

M&#243;wi&#281;, &#380;e ci ludzie wiedz&#261;, &#380;e Fundacja upad&#322;a. M&#243;wi&#281;

H&#281;?  Mis spojrza&#322; na niego ze zdziwieniem. Potem uj&#261;&#322; go &#322;agodnie za r&#281;k&#281; i powiedzia&#322; zupe&#322;nie bez zwi&#261;zku z poprzedni&#261; rozmow&#261;:

Toran, patrz&#281; patrz&#281; na Trantora. Wiesz mam bardzo dziwne uczucie od czasu jak wyl&#261;dowali&#347;my na Neotrantorze. To jest wewn&#281;trzny impuls, kt&#243;ry mnie pcha do dzia&#322;ania. Toran, ja mog&#281; to zrobi&#263;, wiem, &#380;e mog&#281; to zrobi&#263;. Zaczyna mi si&#281; to wszystko powoli uk&#322;ada&#263; w g&#322;owie w jasny obraz jeszcze nigdy nie widzia&#322;em tego tak jasno.

Toran spojrza&#322; na niego i wzruszy&#322; ramionami. S&#322;owa Misa nie przekona&#322;y go. Spojrza&#322; na niego badawczo.

Mis?

Tak?

Nie widzia&#322;e&#347; statku l&#261;duj&#261;cego na Neotrantorze, kiedy odlatywali&#347;my?

Nie  odpar&#322; Mis po kr&#243;tkim zastanowieniu.

A ja tak. My&#347;l&#281;, &#380;e to wyobra&#378;nia, ale zdawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e to tamten filijski statek.

Ten z kapitanem Hanem Pritcherem?

A przestrze&#324; wie z kim! Informacje Magnifica Przylecia&#322; tu za nami, Mis.

Ebling Mis nic nie odpowiedzia&#322;.

Co&#347; ci jest?  spyta&#322; natarczywie Toran.  &#377;le si&#281; czujesz? Mis milcza&#322;. Mia&#322; dziwne, zamy&#347;lone i b&#322;yszcz&#261;ce oczy.



Ruiny Trantora

Znalezienie jakiego&#347; obiektu na wielkiej powierzchni Trantora jest problemem jedynym w swoim rodzaju w ca&#322;ej Galaktyce. Nie ma tam bowiem kontynent&#243;w ani ocean&#243;w, kt&#243;re mo&#380;na by&#322;oby rozpozna&#263; z odleg&#322;o&#347;ci tysi&#261;ca mil. Nie ma te&#380; rzek, jezior ani wysp, kt&#243;re mo&#380;na by dostrzec przez p&#281;kni&#281;cia w pier&#347;cieniu chmur.

Ten pokryty metalow&#261; skorup&#261; &#347;wiat by&#322; bowiem kiedy&#347; jednym gigantycznym miastem i patrz&#261;c na&#324; z przestrzeni przybysz m&#243;g&#322;by zidentyfikowa&#263; jedynie dawny pa&#322;ac imperatora. Bayta wielokrotnie okr&#261;&#380;a&#322;a planet&#281;, lec&#261;c niemal na wysoko&#347;ci samochodu powietrznego.

Znad okolic polarnych, gdzie okryte lodowym p&#322;aszczem wie&#380;owce by&#322;y ponurym &#347;wiadectwem awarii urz&#261;dze&#324; klimatyzacyjnych lub braku opieki nad nimi, posuwali si&#281; na po&#322;udnie. Od czasu do czasu mieli okazj&#281;, &#380;eby por&#243;wna&#263; to, co widzieli, z tym, co pokazywa&#322;a niedok&#322;adna mapa, w kt&#243;r&#261; zaopatrzyli si&#281; na Neotrantorze.

Kiedy jednak znale&#378;li si&#281; nad pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciomilow&#261; luk&#261; w metalowej skorupie, nie mieli w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e dotarli do celu podr&#243;&#380;y. Setki mil kwadratowych niezwyk&#322;ej na Trantorze zieleni otacza&#322;y dawn&#261; rezydencj&#281; imperatora.

Bayta zawis&#322;a w powietrzu i wolno obra&#322;a w&#322;a&#347;ciwy kurs. Mogli si&#281; orientowa&#263; jedynie wed&#322;ug pot&#281;&#380;nych, napowietrznych dr&#243;g. Na mapie przedstawione one by&#322;y jako d&#322;ugie, proste strza&#322;ki, ze statku wygl&#261;da&#322;y jak g&#322;adkie, b&#322;yszcz&#261;ce wst&#261;&#380;ki.

Na podstawie wyliczenia kursu statku i przebytej drogi odnale&#378;li miejsce oznaczone na mapie jako teren uniwersytetu i siedli na p&#322;askim placu, kt&#243;ry kiedy&#347; musia&#322; by&#263; ruchliwym l&#261;dowiskiem.

Dopiero kiedy statek osiad&#322; po&#347;r&#243;d metalowych budowli, przekonali si&#281;, &#380;e to, co z daleka wydawa&#322;o si&#281; pi&#281;kne, g&#322;adkie i l&#347;ni&#261;ce jest w istocie pl&#261;tanin&#261; chyl&#261;cych si&#281; ku ruinie, pogi&#281;tych i poszarpanych konstrukcji, wymownym &#347;wiadectwem zniszcze&#324; z czas&#243;w spl&#261;drowania planety. Wie&#380;owce mia&#322;y &#347;ci&#281;te wierzcho&#322;ki, g&#322;adkie niegdy&#347; &#347;ciany by&#322;y powyginane i pokryte plamami, a gdzie&#347; po&#347;r&#243;d tych kup z&#322;omu mign&#281;&#322;o im pasmo, mo&#380;e kilkaset akr&#243;w, czarnej, &#347;wie&#380;o zaoranej Lee Senter przygl&#261;da&#322; si&#281; l&#261;duj&#261;cemu ostro&#380;nie statkowi. By&#322; to pojazd o obcych kszta&#322;tach, wyra&#378;nie r&#243;&#380;ni&#261;cy si&#281; od statk&#243;w z Neotrantora. Senter westchn&#261;&#322;. Obce statki i niepewne stosunki z lud&#378;mi z odleg&#322;ej przestrzeni mog&#322;y oznacza&#263; koniec kr&#243;tkiego okresu pokoju i powr&#243;t do czas&#243;w nios&#261;cej &#347;mier&#263; i zniszczenie wojny. Senter by&#322; przyw&#243;dc&#261; grupy. Opiekowa&#322; si&#281; starymi ksi&#281;gami i czyta&#322; o tych czasach. Nie chcia&#322;, &#380;eby wr&#243;ci&#322;y. Min&#281;&#322;o mo&#380;e dziesi&#281;&#263; minut od chwili, kiedy obcy statek zacz&#261;&#322; zni&#380;a&#263; si&#281; do l&#261;dowania, ale przez ten czas Senter zd&#261;&#380;y&#322; przypomnie&#263; sobie ca&#322;e swoje &#380;ycie. Na pocz&#261;tku by&#322;a ta wielka farma, na kt&#243;rej sp&#281;dzi&#322; dzieci&#324;stwo. Pami&#281;ta&#322; tylko t&#322;um krz&#261;taj&#261;cych si&#281; ludzi. Potem masowa emigracja m&#322;odych ma&#322;&#380;e&#324;stw na nowe tereny. Mia&#322; wtedy dziesi&#281;&#263; lat i by&#322; w&#347;r&#243;d nich jedynym dzieckiem, zagubionym i przestraszonym.

Potem te nowe budynki  wielkie metalowe p&#322;yty, kt&#243;re trzeba by&#322;o zedrze&#263; z ziemi. Ziemia, kt&#243;r&#261; trzeba by&#322;o odwr&#243;ci&#263;, od&#347;wie&#380;y&#263; i u&#380;y&#378;ni&#263;. S&#261;siaduj&#261;ce z ni&#261; budowle, kt&#243;re trzeba by&#322;o rozebra&#263; i usun&#261;&#263;, aby nie zas&#322;ania&#322;y s&#322;o&#324;ca, a niekt&#243;re z nich obr&#243;ci&#263; na budynki mieszkalne.

Trzeba by&#322;o sia&#263; i zbiera&#263; plony, trzeba by&#322;o zawrze&#263; pokojowe stosunki z s&#261;siednimi farmami

Potem okres rozwoju, wydzierania nowych ziem pod uprawy i spokojnej, zaradnej samorz&#261;dno&#347;ci. Urodzi&#322;o si&#281; nowe pokolenie, twarde, nawyk&#322;e do &#380;ycia na roli. I wreszcie nadszed&#322; ten wielki dzie&#324;, w kt&#243;rym wybrano go przyw&#243;dc&#261; grupy i w kt&#243;rym po raz pierwszy od czasu uko&#324;czenia osiemnastu lat nie ogoli&#322; si&#281;, zapuszczaj&#261;c brod&#281; b&#281;d&#261;c&#261; oznak&#261; jego godno&#347;ci.

A teraz Galaktyka mo&#380;e po&#322;o&#380;y&#263; kres tej kr&#243;tkiej idylli &#380;ycia w izolacji

Statek wyl&#261;dowa&#322;. Senter patrzy&#322; bez s&#322;owa, jak otwiera si&#281; w&#322;az. Wysz&#322;y ostro&#380;nie, bacznie si&#281; rozgl&#261;daj&#261;c, cztery osoby. Trzej m&#281;&#380;czy&#378;ni  jeden m&#322;ody, drugi stary, a trzeci chudy i o ptasiej twarzy. Czwart&#261; osob&#261; by&#322;a kobieta, kt&#243;ra zachowywa&#322;a si&#281;, jakby mia&#322;a r&#243;wn&#261; z nimi pozycj&#281;. Przesta&#322; g&#322;adzi&#263; l&#347;ni&#261;c&#261;, czarn&#261; brod&#281; i podszed&#322; do nich.

Wysun&#261;&#322; przed siebie w uniwersalnym ge&#347;cie pokoju obie twarde, spracowane d&#322;onie.

M&#322;odszy z m&#281;&#380;czyzn zrobi&#322; dwa kroki w jego stron&#281; i odwzajemni&#322; jego gest.  Przybywamy w pokoju  rzek&#322;.

M&#243;wi&#322; z obcym akcentem, ale s&#322;owa by&#322;y zrozumia&#322;e i takie, jakie Senter pragn&#261;&#322; us&#322;ysze&#263;.

Pok&#243;j wam  odpar&#322; tubalnym g&#322;osem.  Witajcie w naszej grupie i b&#261;d&#378;cie naszymi go&#347;&#263;mi. Je&#347;li jeste&#347;cie g&#322;odni, nakarmimy was. Je&#347;li&#347;cie spragnieni, damy wam pi&#263;.

Po chwili us&#322;ysza&#322; odpowied&#378;.

Dzi&#281;kujemy wam za uprzejmo&#347;&#263;. Kiedy wr&#243;cimy na nasz &#347;wiat, wystawimy dobre &#347;wiadectwo waszej grupie.

Odpowied&#378; by&#322;a dziwna, ale dobra. Za nim stali, u&#347;miechaj&#261;c si&#281;, m&#281;&#380;czy&#378;ni z grupy, a z za&#322;om&#243;w otaczaj&#261;cych ich budowli pocz&#281;&#322;y wy&#322;ania&#263; si&#281; kobiety.

Kiedy znale&#378;li si&#281; w jego mieszkaniu, wyj&#261;&#322; ze skrytki pude&#322;ko o lustrzanych &#347;ciankach i pocz&#281;stowa&#322; go&#347;ci d&#322;ugimi, grubymi cygarami, kt&#243;re trzyma&#322; na specjalne okazje. Podchodzi&#322; z pude&#322;kiem do ka&#380;dego z nich. Przed kobiet&#261; zawaha&#322; si&#281;. Usiad&#322;a po&#347;r&#243;d m&#281;&#380;czyzn. Cudzoziemcy najwidoczniej pozwalali jej na tak&#261; bezczelno&#347;&#263;, a nawet wydawali si&#281; oczekiwa&#263; tego. Sztywnym ruchem podsun&#261;&#322; jej pude&#322;ko.

Przyj&#281;&#322;a cygaro z u&#347;miechem i zaci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; z lubo&#347;ci&#261; jego aromatycznym dymem. Lee Senter bardzo si&#281; zgorszy&#322;, ale nie pokaza&#322; nic po sobie.

Oczekuj&#261;c na posi&#322;ek, prowadzili sztywn&#261; rozmow&#281;, kt&#243;ra w ko&#324;cu zesz&#322;a na temat rolnictwa na Trantorze.

A co z hydroponik&#261;?  spyta&#322; starszy z przybysz&#243;w.  Z pewno&#347;ci&#261; na takim &#347;wiecie jak Trantor rozwi&#261;zaniem by&#322;aby hydroponik&#261;.

Senter wolno potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Czu&#322; si&#281; troch&#281; niepewnie. Niewiele wiedzia&#322; o tych sprawach, tyle tylko, ile zdo&#322;a&#322; zrozumie&#263; z ksi&#261;&#380;ek, kt&#243;re czyta&#322;.

Chodzi chyba o sztuczn&#261; upraw&#281; ro&#347;lin? Nie, to nie na Trantorze. Do tego trzeba mie&#263; przemys&#322;, na przyk&#322;ad chemiczny. A w razie wojny albo jakiej&#347; katastrofy, kiedy przemys&#322; przestaje pracowa&#263;, ludzie przymieraj&#261; g&#322;odem. Zreszt&#261; nie wszystko mo&#380;na sztucznie uprawia&#263;. Niekt&#243;re ro&#347;liny trac&#261; warto&#347;&#263; od&#380;ywcz&#261;. Ziemia jest ta&#324;sza i lepsza, zawsze pewniejsza.

Macie dosy&#263; &#380;ywno&#347;ci?

Dosy&#263;, chocia&#380; jedzenie jest mo&#380;e monotonne. Mamy dr&#243;b i jajka, i krowy mleczne, ale mi&#281;so sprowadzamy z zagranicy.

Sprowadzacie  m&#322;odszy m&#281;&#380;czyzna okaza&#322; nag&#322;e zainteresowanie.  A wi&#281;c handlujecie. Ale co wysy&#322;acie?

Metal  odpar&#322; kr&#243;tko Senter.  Niech pan si&#281; rozejrzy. Mamy nieograniczone zasoby i to ju&#380; obrobionego. Przylatuj&#261; z Neotrantora, rozbieraj&#261; wszystko na wyznaczonym obszarze, a za to zostawiaj&#261; nam mi&#281;so, owoce w puszkach, koncentraty, maszyny rolnicze i tak dalej. Zabieraj&#261; metal i obie strony maj&#261; zysk.

Podano jedzenie. Posi&#322;ek sk&#322;ada&#322; si&#281; z chleba, sera i duszonych warzyw, kt&#243;re okaza&#322;y si&#281; nadzwyczaj smaczne. Przy deserze z mro&#380;onych owoc&#243;w, kt&#243;ry by&#322; jedyn&#261; cz&#281;&#347;ci&#261; obiadu pochodz&#261;c&#261; z importu, cudzoziemcy po raz pierwszy przeszli do sprawy, kt&#243;ra ich sprowadza&#322;a. M&#322;odszy z nich wyci&#261;gn&#261;&#322; map&#281; Trantora.

Lee Senter spokojnie j&#261; studiowa&#322;. Wys&#322;ucha&#322; ich i rzek&#322; uroczystym g&#322;osem:

Teren uniwersytetu jest nietykalny. Nic tam nie uprawiamy. Celowo nawet tam nie wchodzimy.

To jedna z pami&#261;tek innych czas&#243;w, kt&#243;r&#261; chcemy zachowa&#263; nienaruszon&#261;.

Poszukujemy wiedzy. Niczego nie zepsujemy. Dajemy w zastaw nasz statek  m&#243;wi&#322; gor&#261;czkowo starszy m&#281;&#380;czyzna.

Wobec tego mog&#281; was tam zaprowadzi&#263;  powiedzia&#322; Senter.

Tej nocy cudzoziemcy spali, a Lee Senter wys&#322;a&#322; wiadomo&#347;&#263; na Neotrantora.



Odmieniony

Kiedy znale&#378;li si&#281; po&#347;r&#243;d pot&#281;&#380;nych gmach&#243;w uniwersytetu, otoczy&#322;a ich martwa cisza. W&#261;tle &#380;ycie Trantora nie si&#281;ga&#322;o bram uczelni.

Przybysze z Fundacji nie wiedzieli nic o tym, co dzia&#322;o si&#281; tu w krwawych dniach spl&#261;drowania Trantora, z kt&#243;rych uniwersytet wyszed&#322; nietkni&#281;ty. Nie wiedzieli o tym, &#380;e po kl&#281;sce si&#322; cesarskich studenci utworzyli ochotnicz&#261; armi&#281; i z po&#380;yczon&#261; broni&#261; i zaciek&#322;&#261; determinacj&#261; bronili &#347;wi&#261;tyni nauki. Nie wiedzieli nic o siedmiodniowych walkach ani o zawieszeniu broni, na mocy kt&#243;rego uniwersytet pozosta&#322; wolny, podczas gdy nawet pa&#322;ac imperatora rozbrzmiewa&#322; echem podkutych but&#243;w &#380;o&#322;nierzy Gilmera podczas jego kr&#243;tkich rz&#261;d&#243;w na Trantorze.

Przybysze z Fundacji, wkraczaj&#261;c po raz pierwszy na teren uniwersytetu, zdawali sobie spraw&#281; tylko z tego, &#380;e w &#347;wiecie znajduj&#261;cym si&#281; w okresie przej&#347;ciowym od strawionej ogniem przesz&#322;o&#347;ci do pe&#322;nej trudu i mozo&#322;u przysz&#322;o&#347;ci, obszar ten by&#322; muzealn&#261; pami&#261;tk&#261; dawnej &#347;wietno&#347;ci.

W pewnym sensie byli tu intruzami. Znieruchomia&#322;a w ciszy, jakby zadumana, pustka tych gmach&#243;w wydawa&#322;a si&#281; ich odtr&#261;ca&#263;. Wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e w&#347;r&#243;d tych pustych &#347;cian nadal &#380;yje duch nauki, kt&#243;ry obrzuca gniewnym spojrzeniem zak&#322;&#243;caj&#261;cych atmosfer&#281; skupienia nieproszonych go&#347;ci.

Biblioteka mie&#347;ci&#322;a si&#281; w niepozornym budynku, pod kt&#243;rym jednak znajdowa&#322; si&#281; gigantyczny podziemny labirynt pogr&#261;&#380;onych w ciszy sal i korytarzy. Ebling Mis zatrzyma&#322; si&#281; przed kunsztownymi freskami w halu.

Rzek&#322; szeptem  nie spos&#243;b by&#322;o tam m&#243;wi&#263; inaczej:

Wydaje mi si&#281;, &#380;e min&#281;li&#347;my pomieszczenia katalogu. Wr&#243;c&#281; tam.

Mia&#322; wypieki na twarzy i dr&#380;a&#322;y mu r&#281;ce.  Nie wolno mi przeszkadza&#263;, Toran. B&#281;dziecie mi tam przynosi&#263; jedzenie, dobrze?

B&#281;dzie, jak chcesz. Zrobimy wszystko, &#380;eby ci pom&#243;c. Mo&#380;e chcesz, &#380;eby&#347;my ci pomogli w wyszukiwaniu

Nie. Musz&#281; by&#263; sam.

My&#347;lisz, &#380;e znajdziesz to, co trzeba?

Wiem, &#380;e znajd&#281;!  odpar&#322; Ebling Mis z przekonaniem.

Toran i Bayta po raz pierwszy od czasu &#347;lubu mieli co&#347; w rodzaju w&#322;asnego gospodarstwa domowego. By&#322;o to dziwne gospodarstwo. &#379;yli nad wyraz skromnie, po&#347;r&#243;d majestatycznych budowli. &#379;ywno&#347;&#263; sprowadzali g&#322;&#243;wnie z farmy Lee Sentera. P&#322;acili za ni&#261; drobnymi artyku&#322;ami j&#261;drowymi codziennego u&#380;ytku, jakie mo&#380;na znale&#378;&#263; na statku ka&#380;dego handlarza.

Magnifico nauczy&#322; si&#281; obs&#322;ugiwa&#263; projektory w czytelni i siedzia&#322; tam ca&#322;ymi dniami, ogl&#261;daj&#261;c ksi&#261;&#380;ki przygodowe i opowie&#347;ci awanturnicze z takim zainteresowaniem, &#380;e zapomina&#322; o jedzeniu i spaniu, prawie tak jak Ebling Mis.

Ebling tak si&#281; zakopa&#322; w ksi&#261;&#380;kach, &#380;e zapomnia&#322; o &#347;wiecie. Wym&#243;g&#322; na Toranie, by zawiesi&#322; mu hamak w Czytelni Psychologicznej. Zeszczupla&#322; i zblad&#322;a mu cera. Nie m&#243;wi&#322; ju&#380; z takim wigorem jak dawniej i niepostrze&#380;enie przesta&#322; u&#380;ywa&#263; swych ulubionych przekle&#324;stw. Zdarza&#322;o si&#281;, &#380;e z trudem rozpoznawa&#322; Bayt&#281; czy Torana.

By&#322; bardziej sob&#261; b&#281;d&#261;c z Magnifikiem, kt&#243;ry przynosi&#322; mu jedzenie i cz&#281;sto siedzia&#322; u niego wiele godzin, patrz&#261;c z dziwn&#261; fascynacj&#261; jak starzej&#261;cy si&#281; psycholog przepisuje nieko&#324;cz&#261;ce si&#281; wzory r&#243;wna&#324;, sprawdza co&#347; w niezliczonych kasetach ksi&#261;&#380;kowych i d&#261;&#380;y z uporem do sobie tylko wiadomego celu.

Toran wpad&#322; na ni&#261; w ciemnym pokoju i rzek&#322; ostro:

Bayta!

Bayta drgn&#281;&#322;a, jakby przy&#322;apa&#322; j&#261; na czym&#347; niestosownym.

Tak? Chcesz co&#347; ode mnie, Torie?

Pewnie, &#380;e chc&#281;. Po co, na przestrze&#324;, siedzisz tutaj? Ca&#322;y czas od przylotu na Trantora dziwnie si&#281; zachowujesz. Co si&#281; z tob&#261; dzieje?

Och, Torie, przesta&#324;  rzek&#322;a zm&#281;czonym g&#322;osem.

Och, Torie, przesta&#324;!  powt&#243;rzy&#322; z irytacj&#261; Toran, ale natychmiast si&#281; uspokoi&#322; i spyta&#322; &#322;agodnie:  Dlaczego nie powiesz mi, co ci dolega, Bay? Co&#347; ci&#281; trapi.

Sk&#261;d&#380;e! Nic mi nie dolega, Torie. Je&#347;li b&#281;dziesz dalej taki natarczywy, to chyba zwariuj&#281;. Po prostu my&#347;l&#281;.

O czym?

O niczym. No dobrze, my&#347;l&#281; o Mule, o Haven, o Fundacji, o tym wszystkim. O Eblingu Misie i o tym, czy uda mu si&#281; znale&#378;&#263; co&#347; na temat Drugiej Fundacji i czy to nam w czym&#347; pomo&#380;e i o tysi&#261;cu innych rzeczy. Jeste&#347; zadowolony?  zako&#324;czy&#322;a z rozdra&#380;nieniem.

Je&#347;li to tylko takie rozmy&#347;lania, to mo&#380;e by&#347; przesta&#322;a? To nie jest przyjemne i w niczym nie poprawi sytuacji.

Bayta podnios&#322;a si&#281; i powiedzia&#322;a:  W porz&#261;dku, jestem szcz&#281;&#347;liwa. No, patrz, jestem weso&#322;a, u&#347;miecham si&#281;.

Z zewn&#261;trz dobieg&#322; podniecony g&#322;os Magnifica:  Pani

Co si&#281; sta&#322;o? No, dalej

G&#322;os Bayty zamar&#322; nagle. W otwieraj&#261;cych si&#281; drzwiach stan&#261;&#322; wysoki m&#281;&#380;czyzna o surowej twarzy

Pritcher!  krzykn&#261;&#322; Toran.

Kapitan!  wykrztusi&#322;a Bayta.  Jak pan nas znalaz&#322;?

Ha&#324; Pritcher wszed&#322; do &#347;rodka.

Teraz jestem pu&#322;kownikiem  w s&#322;u&#380;bie Mu&#322;a  powiedzia&#322; czystym, r&#243;wnym g&#322;osem, bez &#347;ladu jakiejkolwiek emocji.

W s&#322;u&#380;bie Mu&#322;a!  powt&#243;rzy&#322; Toran, jakby nie dowierza&#322; w&#322;asnym uszom. Sytuacja sta&#322;a si&#281; napi&#281;ta.

W oczach Magnifica pojawi&#322;o si&#281; przera&#380;enie. Schowa&#322; si&#281; za Torana. Nikt nie zwraca&#322; na niego uwagi.

Aresztuje pan nas?  spyta&#322;a Bayta, &#347;ciskaj&#261;c kurczowo trz&#281;s&#261;ce si&#281; d&#322;onie.  Naprawd&#281; przeszed&#322; pan do nich?

Nie przylecia&#322;em tu po to, &#380;eby was aresztowa&#263;  odpar&#322; szybko Pritcher.  W instrukcji, kt&#243;r&#261; dosta&#322;em, nie ma o was s&#322;owa. W stosunku do was mog&#281; post&#281;powa&#263; jak chc&#281; i je&#347;li nie macie nic przeciw temu, to wol&#281; m&#243;wi&#263; jak stary przyjaciel.

Z twarzy Torana wida&#263; by&#322;o, &#380;e z trudem si&#281; powstrzymuje, &#380;eby nie wybuchn&#261;&#263;.  Jak pan nas znalaz&#322;?  spyta&#322;.  A wi&#281;c by&#322; pan na tym filijskim statku? &#346;ledzi&#322; pan nas?

Na kamiennej twarzy kapitana pojawi&#322;o si&#281; na u&#322;amek sekundy co&#347; w rodzaju zak&#322;opotania.

By&#322;em na statku filijskim! To pierwsze spotkanie by&#322;o hmmm zbiegiem okoliczno&#347;ci.

Taki zbieg okoliczno&#347;ci jest matematycznie niemo&#380;liwy!

Raczej nieprawdopodobny, ale musi wam wystarczy&#263; moje wyja&#347;nienie. W ka&#380;dym razie powiedzieli&#347;cie Filijczykom  oczywi&#347;cie w rzeczywisto&#347;ci nie ma w og&#243;le takiego narodu  &#380;e kierujecie si&#281; do sektora trantorskiego, a poniewa&#380; Mu&#322; ma ju&#380; od pewnego czasu kontakty z Neotrantorem, by&#322;o rzecz&#261; &#322;atw&#261; zatrzyma&#263; was tam. Niestety, odlecieli&#347;cie przed moim przylotem, cho&#263; by&#322;em tu&#380; po was. Mia&#322;em wi&#281;c czas postara&#263; si&#281;, aby farmy na Trantorze dosta&#322;y polecenie zawiadomienia nas o waszym przybyciu. No i jestem tutaj. Mog&#281; usi&#261;&#347;&#263;? Przyby&#322;em tu po starej przyja&#378;ni, wierzcie mi.

Usiad&#322;. Toran pochyli&#322; g&#322;ow&#281; i bezskutecznie usi&#322;owa&#322; zebra&#263; my&#347;li. Bayta w odr&#281;twieniu, zupe&#322;nie wyprana z emocji, przygotowywa&#322;a herbat&#281;.

Toran podni&#243;s&#322; wreszcie g&#322;ow&#281; i rzek&#322; cierpko:

No, na co pan czeka, panie pu&#322;kowniku? Na czym polega ta pa&#324;ska przyja&#378;&#324;? Je&#347;li to nie areszt, to co? Zatrzymanie podejrzanych? Prosz&#281; zawo&#322;a&#263; swoich ludzi  niech przyst&#261;pi&#261; do dzie&#322;a.

Pritcher cierpliwie pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie, Toran. Przylecia&#322;em tu z w&#322;asnej woli, &#380;eby z wami porozmawia&#263; i przekona&#263; was, &#380;e to, co robicie, na nic si&#281; nie zda. Je&#347;li mi si&#281; nie uda, zostawi&#281; was i odlec&#281;. To wszystko.

To wszystko? No to przyst&#281;puj do agitacji. Wyg&#322;o&#347; swoj&#261; mow&#281; i mo&#380;esz si&#281; wynosi&#263;. Nie chc&#281; herbaty, Bayta.

Pritcher przyj&#261;&#322; fili&#380;ank&#281; i podzi&#281;kowa&#322; z namaszczeniem. Popijaj&#261;c herbat&#281;, patrzy&#322; spokojnym, pewnym wzrokiem na Torana. Potem odstawi&#322; fili&#380;ank&#281; i powiedzia&#322;:

Mu&#322; jest mutantem. Jego mutacja jest tego rodzaju, &#380;e nie mo&#380;na go pokona&#263;

A to dlaczego? Co to za mutacja?  rzek&#322;

Toran z wisielczym humorem.  My&#347;l&#281;, &#380;e nam to zaraz powiesz, co?

Owszem, powiem. To, &#380;e si&#281; o tym dowiecie, w niczym mu nie zaszkodzi. Widzicie, on potrafi dostosowywa&#263; ludzkie emocje do w&#322;asnych potrzeb. Wydaje si&#281;, &#380;e to drobiazg, ale nie ma na to si&#322;y.

Dostosowywa&#263; emocje do w&#322;asnych potrzeb?  wtr&#261;ci&#322;a si&#281; Bayta. Zmarszczy&#322;a czo&#322;o  mo&#380;esz to wyja&#347;ni&#263;? Niezupe&#322;nie rozumiem.

To znaczy, &#380;e dla niego to fraszka natchn&#261;&#263; wybitnego genera&#322;a niez&#322;omn&#261; wiar&#261; w zwyci&#281;stwo Mu&#322;a i wywo&#322;a&#263; w nim uczucie bezgranicznej wierno&#347;ci. On kontroluje emocje swoich genera&#322;&#243;w. Nie mog&#261; go zdradzi&#263;, nie mog&#261; nawet os&#322;abn&#261;&#263; w swej wierno&#347;ci Co wi&#281;cej, ta kontrola dzia&#322;a stale. Jego najgro&#378;niejsi wrogowie stali si&#281; jego najwierniejszymi oficerami. W&#322;adca Kalgana podda&#322; swoj&#261; planet&#281; i zosta&#322; wicekr&#243;lem Fundacji.

A ty  doda&#322;a zgry&#378;liwie Bayta  zdradzi&#322;e&#347; swoj&#261; spraw&#281; i zosta&#322;e&#347; jego specjalnym wys&#322;annikiem na Trantora. Rozumiem!

Jeszcze nie sko&#324;czy&#322;em. Ten dar Mu&#322;a dzia&#322;a tak&#380;e w przeciwnym kierunku i to nawet skuteczniej. Przecie&#380; zw&#261;tpienie to emocja! W krytycznej chwili najwa&#380;niejsi ludzie na Fundacji i najwa&#380;niejsi ludzie na Haven zw&#261;tpili. Oba &#347;wiaty podda&#322;y si&#281; prawie bez walki.

Chcesz powiedzie&#263;  rzek&#322;a Bayta w napi&#281;ciu  &#380;e to uczucie, kt&#243;re mnie opanowa&#322;o w Krypcie Czasu, by&#322;o dzie&#322;em Mu&#322;a?

Moje te&#380;. I wszystkich. Jak by&#322;o pod koniec na Haven?

Bayta odwr&#243;ci&#322;a si&#281;.

Pu&#322;kownik Pritcher m&#243;wi&#322; dalej z przekonaniem.

Na pojedyncze osoby dzia&#322;a tak samo jak na ca&#322;e &#347;wiaty. Czy mo&#380;na si&#281; przeciwstawi&#263; sile, kt&#243;ra zmusza ci&#281; do tego, &#380;eby&#347; podda&#322; si&#281; z w&#322;asnej woli, kt&#243;ra robi z ciebie wiernego s&#322;ug&#281;, kiedy jej si&#281; tak podoba?

Sk&#261;d mog&#281; wiedzie&#263;, &#380;e to prawda?  spyta&#322; z namys&#322;em Toran.

A czy mo&#380;esz inaczej wyt&#322;umaczy&#263; upadek Fundacji i Haven? Mo&#380;esz inaczej wyt&#322;umaczy&#263; moj&#261; przemian&#281;? Pomy&#347;l tylko, cz&#322;owieku, co ty, ja, czy ca&#322;a Galaktyka zdzia&#322;ali&#347;my przez ten ca&#322;y czas przeciw Mu&#322;owi? Podaj chocia&#380; jeden przyk&#322;ad!

Toran przyj&#261;&#322; wyzwanie.

Na Galaktyk&#281;, podam!  I z dzik&#261; satysfakcj&#261; w g&#322;osie krzykn&#261;&#322;:  M&#243;wisz, &#380;e ten tw&#243;j cudowny Mu&#322; ma kontakty z Neotrantorem i &#380;e mieli nas tam zatrzyma&#263;, tak? Te kontakty s&#261; guzik warte! Zabili&#347;my nast&#281;pc&#281; tronu, a tego drugiego zostawili&#347;my jako j&#281;cz&#261;cego idiot&#281;. Mu&#322;owi nie uda&#322;o si&#281; nas tam zatrzyma&#263; i w tym wypadku jego plany zosta&#322;y pokrzy&#380;owane.

Ale&#380; sk&#261;d, nic podobnego. To nie byli nasi ludzie. Nast&#281;pca tronu by&#322; przepit&#261; miernot&#261;. Ten drugi, Commason, jest niewiarygodnie g&#322;upi. Liczy&#322; si&#281; na Neotrantorze, ale to nie zmienia faktu, &#380;e by&#322; rozpustnym i do tego nieudolnym &#322;ajdakiem. Naprawd&#281; nie mieli&#347;my z nimi nic wsp&#243;lnego. Oni byli w pewnym sensie parawanem.

To w&#322;a&#347;nie oni zatrzymali, czy raczej pr&#243;bowali nas zatrzyma&#263;.

I znowu si&#281; mylisz. Commason mia&#322; prywatnego niewolnika  cz&#322;owieka nazwiskiem Inchney. Zatrzymanie was to by&#322; jego pomys&#322;. Jest stary, ale. na razie przydaje si&#281; nam. No i widzisz, jego nie zabili&#347;cie.

Bayta napad&#322;a na niego. Nawet nie tkn&#281;&#322;a swej herbaty.

Ale, jak sam m&#243;wisz, twoje uczucia zosta&#322;y zmienione. Zosta&#322;e&#347; natchniony wiar&#261; w Mu&#322;a, nienaturaln&#261;, chor&#261; wiar&#261;. Jak&#261; warto&#347;&#263; maj&#261; twoje s&#261;dy? Straci&#322;e&#347; zdolno&#347;&#263; obiektywnego widzenia.

Mylisz si&#281;  pu&#322;kownik wolno pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.  Zosta&#322;y zmienione tylko moje uczucia. Umys&#322; mam taki sam jak zawsze. Moje uzale&#380;nione od woli Mu&#322;a uczucia mog&#261; w pewien spos&#243;b wp&#322;ywa&#263; na kierunek my&#347;lenia, ale nie mog&#261; zmusi&#263; umys&#322;u, &#380;eby dzia&#322;a&#322; tak a nie inaczej. I teraz, kiedy uwolniono mnie od poprzednich emocji, pewne rzeczy widz&#281; ja&#347;niej.

Widz&#281;, &#380;e program Mu&#322;a jest inteligentny i warto&#347;ciowy. Od czasu jak zosta&#322;em przemieniony prze&#347;ledzi&#322;em ca&#322;&#261; jego dotychczasow&#261; karier&#281;. Zacz&#261;&#322; siedem lat temu, od pozyskania sobie pewnego kondotiera i jego bandy. Przy jego pomocy i z pomoc&#261; swoich niezwyk&#322;ych zdolno&#347;ci zdoby&#322; planet&#281;. Przy pomocy armii tej planety i dzi&#281;ki swym zdolno&#347;ciom rozszerza&#322; swoje posiadanie, a&#380; w ko&#324;cu m&#243;g&#322; si&#281; zabra&#263; za w&#322;adc&#281; Kalgana. Ka&#380;dy krok by&#322; logiczn&#261; konsekwencj&#261; poprzedniego. Maj&#261;c Kalgan w kieszeni, zdoby&#322; pierwszorz&#281;dn&#261; flot&#281;, a z ni&#261; i ze swoimi zdolno&#347;ciami m&#243;g&#322; zaatakowa&#263; Fundacj&#281;.

Fundacja jest kluczem do Galaktyki. Jest jej najbardziej uprzemys&#322;owionym rejonem i teraz, maj&#261;c w swych r&#281;kach atomowe technologie Fundacji, Mu&#322; jest faktycznym panem Galaktyki. Przy swych niezwyk&#322;ych zdolno&#347;ciach i dysponuj&#261;c tymi technologiami Mu&#322; potrafi zmusi&#263; resztki Imperium do uznania jego w&#322;adzy i w ko&#324;cu, po &#347;mierci obecnego imperatora, kt&#243;remu ju&#380; nie zosta&#322;o wiele lat &#380;ycia, mo&#380;e sam zosta&#263; imperatorem. W&#243;wczas b&#281;dzie nie tylko faktycznym, ale i tytularnym w&#322;adc&#261; Galaktyki. Czy wtedy jaki&#347; &#347;wiat zdo&#322;a mu si&#281; oprze&#263;?

W ci&#261;gu ostatnich siedmiu lat ustanowi&#322; nowe Imperium Innymi s&#322;owy, w czasie siedmiu lat dokona tego, czego ca&#322;a psychohistoria Seldona nie jest w stanie dokona&#263; w okresie kr&#243;tszym ni&#380; siedem wiek&#243;w. W ko&#324;cu w ca&#322;ej Galaktyce zapanuje spok&#243;j i porz&#261;dek.

A przy tym nie jeste&#347;cie w stanie go powstrzyma&#263;, tak jak nie jeste&#347;cie w stanie go&#322;ymi r&#281;kami wstrzyma&#263; biegu planety.

Pritcher sko&#324;czy&#322; i zapanowa&#322;a cisza. Herbata dawno wystyg&#322;a. Pu&#322;kownik wychyli&#322; swoj&#261; fili&#380;ank&#281;, nape&#322;ni&#322; j&#261; ponownie i pi&#322; ma&#322;ymi &#322;ykami. Toran obgryza&#322; ze z&#322;o&#347;ci paznokcie. Twarz Bayty by&#322;a blada, a jej wzrok zimny i nieobecny. Po d&#322;ugiej chwili odezwa&#322;a si&#281;.

Nie przekona&#322;e&#347; nas. Je&#347;li Mu&#322; chce, &#380;eby&#347;my si&#281; do niego przekonali, niech tu sam przyleci i zmieni nasze uczucia. Przypuszczam,, &#380;e walczy&#322;e&#347; z nim do ostatniej chwili, co?

Tak  odpar&#322; powa&#380;nie pu&#322;kownik Pritcher.  r No wi&#281;c nam te&#380; zostaw ten przywilej. Pu&#322;kownik Pritcher podni&#243;s&#322; si&#281;. Rzek&#322; z min&#261;

wskazuj&#261;c&#261;, &#380;e powzi&#261;&#322; nieodwo&#322;alne postanowienie:

Wobec tego opuszczam was. Jak ju&#380; powiedzia&#322;em, moje obecne zadanie nie ma nic wsp&#243;lnego z waszymi osobami. Dlatego my&#347;l&#281;, &#380;e nie musz&#281; donosi&#263; o miejscu waszego pobytu. To nie jest zbyt wielka przys&#322;uga z mojej strony. Je&#347;li Mu&#322; b&#281;dzie chcia&#322; was zatrzyma&#263;, to niew&#261;tpliwie wyznaczy do tego zadania innych ludzi i zostaniecie zatrzymani. Ale ja  mo&#380;ecie mi wierzy&#263; lub nie  nie przyczyni&#281; si&#281; do tego i zrobi&#281; tylko to, co mi kazano.

Dzi&#281;kuj&#281;  powiedzia&#322;a cicho Bayta.

Aha, a gdzie jest Magnifico? Wyjd&#378;, Magnifico, nie zrobi&#281; ci nic z&#322;ego

A co masz do niego?  spyta&#322;a Bayta z nag&#322;ym o&#380;ywieniem.

Nic. W rozkazie, kt&#243;ry otrzyma&#322;em, o nim te&#380; nie ma ani s&#322;owa. S&#322;ysza&#322;em, &#380;e jest poszukiwany, ale Mu&#322; znajdzie go, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. Ja nic nie powiem. Podacie mi r&#281;ce na po&#380;egnanie?

Bayta potrz&#261;sn&#281;&#322;a przecz&#261;co g&#322;ow&#261;. Toran spojrza&#322; na niego z pogard&#261;.

Masywna posta&#263; pu&#322;kownika jakby si&#281; nieco zgarbi&#322;a. Podszed&#322; do drzwi, ale obr&#243;ci&#322; si&#281; jeszcze i powiedzia&#322;:

Jeszcze jedno na koniec. Niech si&#281; wam nie wydaje, &#380;e nie wiem, dlaczego si&#281; tak upieracie przy swoim. Wiadomo, &#380;e poszukujecie Drugiej Fundacji. W odpowiednim czasie Mu&#322; podejmie w&#322;a&#347;ciwe kroki. Nic wam nie pomo&#380;e Ale znali&#347;my si&#281; w innych czasach by&#263; mo&#380;e dlatego co&#347; mnie pcha&#322;o, &#380;eby z wami porozmawia&#263;. W ka&#380;dym razie pr&#243;bowa&#322;em wam pom&#243;c, p&#243;ki jeszcze nie by&#322;o za p&#243;&#378;no. &#379;egnam.

Zasalutowa&#322; i wyszed&#322;.

Bayta odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do milcz&#261;cego Torana i wyszepta&#322;a:

Wiedz&#261; nawet o Drugiej Fundacji.

W k&#261;cie biblioteki, w w&#261;skim strumieniu &#347;wiat&#322;a po&#347;r&#243;d otaczaj&#261;cego go mroku, siedzia&#322; przykucni&#281;ty, nie&#347;wiadomy ca&#322;ego zdarzenia Ebling Mis i mrucza&#322; triumfalnie pod nosem.



&#346;mier&#263; psychologa

Od tej pory Eblingowi Misowi pozosta&#322;y ju&#380; tylko dwa tygodnie &#380;ycia.

W czasie tych dw&#243;ch tygodni trzykrotnie odwiedzi&#322;a go Bayta. Pierwszy raz przysz&#322;a do niego tej nocy, kiedy widzieli si&#281; z pu&#322;kownikiem Pritcherem. Drugi raz tydzie&#324; potem. Trzeci raz, gdy min&#261;&#322; kolejny tydzie&#324;. By&#322; to dzie&#324;, w kt&#243;rym Misa dosi&#281;g&#322;a &#347;mier&#263;.

Najpierw by&#322;a to noc po spotkaniu z pu&#322;kownikiem Pritcherem, noc, kt&#243;rej pierwsz&#261; godzin&#281; sp&#281;dzi&#322;a wytr&#261;cona z r&#243;wnowagi para na nieweso&#322;ych, pe&#322;nych niepewno&#347;ci rozmowach.

Torie, powiedzmy Eblingowi  rzek&#322;a Bayta.

My&#347;lisz, &#380;e on mo&#380;e co&#347; pom&#243;c?  odpar&#322; pos&#281;pnie Toran.

Jest nas tylko dwoje. Musimy si&#281; z kim&#347; podzieli&#263; odpowiedzialno&#347;ci&#261;. Mo&#380;e on potrafi nam pom&#243;c.

On si&#281; zmieni&#322;  rzek&#322; Toran.  Schud&#322;. Zrobi&#322; si&#281; taki zwiewny, kruchy  Toran kre&#347;li&#322; r&#281;k&#261; jakie&#347; kszta&#322;ty w powietrzu, staraj&#261;c si&#281; zilustrowa&#263; gestami swe s&#322;owa.  Czasami wydaje mi si&#281;, &#380;e on nam nigdy nie b&#281;dzie m&#243;g&#322; nic pom&#243;c. Czasami wydaje mi si&#281;, &#380;e nic nam ju&#380; nie pomo&#380;e.

Nie  Bayta z trudem zapanowa&#322;a nad swym g&#322;osem  Torie, nie m&#243;w tak! Kiedy tak m&#243;wisz, wydaje mi si&#281;, &#380;e Mu&#322; ju&#380; si&#281; do nas dobiera. Powiedzmy Eblingowi, Torie i to zaraz!

Ebling Mis podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; znad d&#322;ugiego biurka i zamruga&#322; powiekami. Jego rzadkie w&#322;osy by&#322;y zmierzwione. Mlaska&#322; wargami, jak wyrwany ze snu.

H&#281;?  rzeki.  Kto&#347; mnie szuka? Bayta przykucn&#281;&#322;a przed nim.

Obudzili&#347;my ci&#281;? Mamy wyj&#347;&#263;?

Wyj&#347;&#263;? Kto to? Bayta? Nie, nie, zosta&#324;cie. Nie ma tam krzese&#322;? Widzia&#322;em je  niezdecydowanie wskazywa&#322; gdzie&#347; palcem.

Toran wyci&#261;gn&#261;&#322; dwa krzes&#322;a. Bayta usiad&#322;a i uj&#281;&#322;a wychud&#322;&#261; r&#281;k&#281; psychologa w swoje d&#322;onie.

Mo&#380;emy z tob&#261; porozmawia&#263;, profesorze?  normalnie nie zwraca&#322;a si&#281; do niego w ten spos&#243;b.

Co&#347; nie w porz&#261;dku?  W jego nieobecnych oczach zapali&#322;a si&#281; drobna iskierka zainteresowania, a obwis&#322;e policzki odrobin&#281; si&#281; zarumieni&#322;y.  Co&#347; nie w porz&#261;dku?

By&#322; tu kapitan Pritcher  rzek&#322;a Bayta.  Pozw&#243;l, &#380;e ja b&#281;d&#281; m&#243;wi&#322;a, Torie. Pami&#281;tasz kapitana Pritchera, profesorze?

Tak tak  skuba&#322; palcami wargi, a potem zostawi&#322; je w spokoju.  Taki pot&#281;&#380;ny ch&#322;op, demokrata.

Tak, to w&#322;a&#347;nie on. Odkry&#322; na czym polega mutacja Mu&#322;a. By&#322; tu, profesorze, i powiedzia&#322; nam.

Ale&#380; to &#380;adna nowina. Mutacja Mu&#322;a jest ju&#380; rozszyfrowana. Nie m&#243;wi&#322;em wam o tym?  spyta&#322; ze szczerym zdziwieniem.  Jak to si&#281; sta&#322;o, &#380;e zapomnia&#322;em?

O czym?  wtr&#261;ci&#322; si&#281; szybko Toran.

O mutacji Mu&#322;a, oczywi&#347;cie. On panuje nad uczuciami. Kontrola uczu&#263;! Nie m&#243;wi&#322;em wam o tym? Ciekawe, dlaczego o tym zapomnia&#322;em  przygryz&#322; doln&#261; warg&#281; i zamy&#347;li&#322; si&#281;.

Potem o&#380;ywi&#322; si&#281; i otworzy&#322; szeroko oczy, jakby jego ospa&#322;y m&#243;zg rozbudzi&#322; si&#281; i my&#347;li zacz&#281;&#322;y pod&#261;&#380;a&#263; dobrze znanym torem. M&#243;wi&#322; jak w transie, nie patrz&#261;c na nich, ale gdzie&#347; w przestrze&#324; mi&#281;dzy nimi.

To naprawd&#281; takie proste. Nie trzeba posiada&#263; &#380;adnej specjalistycznej wiedzy, &#380;eby na to wpa&#347;&#263;. Oczywi&#347;cie w matematyce psychohistorii daje si&#281; to rozwi&#261;za&#263; od razu za pomoc&#261; r&#243;wnania trzeciego stopnia, uwzgl&#281;dniaj&#261;cego nie wi&#281;cej ni&#380; Mniejsza o to. Mo&#380;na to z grubsza prze&#322;o&#380;y&#263; na j&#281;zyk naturalny, czego nie mo&#380;na powiedzie&#263; o innych zjawiskach psychohistorycznych.

Zastan&#243;wcie si&#281; sami Co mo&#380;e popsu&#263; tak starannie obmy&#347;lany przez Seldona plan historii, ha?  spogl&#261;da&#322; z lekkim u&#347;miechem to na Bayt&#281;, to na Torana.  Jakie by&#322;y pierwotne za&#322;o&#380;enia Seldona? Po pierwsze, &#380;e w ci&#261;gu najbli&#380;szego tysi&#261;ca lat w spo&#322;eczno&#347;ci ludzkiej nie zajd&#261; &#380;adne istotne zmiany.

Przypu&#347;&#263;my, na przyk&#322;ad, &#380;e w znanej w Galaktyce technologii nast&#261;pi&#322;by jaki&#347; przewr&#243;t, taki jak odkrycie nowych zasad wykorzystania energii czy udoskonalenie metod neurobiologii elektronicznej. Zmiany spo&#322;eczne doprowadzi&#322;yby do tego, &#380;e pierwotne r&#243;wnania Seldona okaza&#322;yby si&#281; anachroniczne. Ale nic takiego nie mia&#322;o miejsca, prawda?

Albo za&#322;&#243;&#380;my, &#380;e gdzie&#347; poza Fundacj&#261; wynaleziono by jaki&#347; nowy rodzaj broni, wobec kt&#243;rej ca&#322;y potencja&#322; militarny Fundacji okaza&#322;by si&#281; nieskuteczny. Aczkolwiek w tym przypadku nie mo&#380;na ju&#380; mie&#263; takiej pewno&#347;ci, jak w rozwa&#380;anym poprzednio, to mo&#380;na przyj&#261;&#263;, &#380;e sko&#324;czy&#322;oby si&#281; to fatalnym zboczeniem z wytkni&#281;tej drogi. Ale i do tego nie dosz&#322;o. Depresor pola j&#261;drowego stosowany przez Mu&#322;a nie by&#322; doskona&#322;&#261; broni&#261; i mo&#380;na by&#322;o zneutralizowa&#263; jego dzia&#322;anie. A to by&#322;a jedyna nowo&#347;&#263; w dziedzinie techniki wojskowej.

Ale by&#322;o te&#380; drugie za&#322;o&#380;enie, bardziej subtelne. Seldon zak&#322;ada&#322;, &#380;e reakcje organizmu ludzkiego na bod&#378;ce zewn&#281;trzne pozostan&#261; niezmienne. Pierwsze za&#322;o&#380;enie okaza&#322;o si&#281; prawdziwe, wi&#281;c drugie musia&#322;o by&#263; nies&#322;uszne. Jaki&#347; czynnik musia&#322; zniekszta&#322;ca&#263; i zmienia&#263; emocjonalne reakcje ludzi, bo w przeciwnym razie plan Seldona nie m&#243;g&#322;by si&#281; za&#322;ama&#263; i nie mog&#322;aby upa&#347;&#263; Fundacja. A co mog&#322;o by&#263; tym czynnikiem, je&#347;li nie Mu&#322;? Zgadzacie si&#281;? Dostrzegacie jak&#261;&#347; niesp&#243;jno&#347;&#263; albo luk&#281; w tym rozumowaniu?

Bayta pog&#322;adzi&#322;a go delikatnie po d&#322;oni.

Nie, Ebling.

Mis cieszy&#322; si&#281; jak dziecko.

Przysz&#322;o mi to tak &#322;atwo! Ca&#322;a reszta te&#380;. M&#243;wi&#281; wam  czasem sam si&#281; zastanawiam, co si&#281; ze mn&#261; dzieje. Wydaje mi si&#281;, &#380;e pami&#281;tam czas, kiedy tak wiele by&#322;o dla mnie zagadk&#261;, a teraz te rzeczy jawi&#261; mi si&#281; tak jasno. Przesta&#322;y istnie&#263; jakiekolwiek problemy. Je&#347;li zabieram si&#281; za co&#347;, co kiedy&#347; wydawa&#322;oby mi si&#281; trudnym problemem, to w jaki&#347; spos&#243;b rozumiem wszystko wewn&#281;trznie i dostrzegam rozwi&#261;zanie. A moje domys&#322;y i teorie zdaj&#261; si&#281; zawsze znajdowa&#263; potwierdzenie w faktach. Co&#347; mnie pcha wci&#261;&#380; do przodu tak, &#380;e nie mog&#281; si&#281; zatrzyma&#263; nie odczuwam ani potrzeby snu, ani g&#322;odu ale wci&#261;&#380; pr&#281; do przodu wci&#261;&#380; do przodu

Jego glos przeszed&#322; w szept. Dr&#380;&#261;c&#261;, wysuszon&#261; d&#322;oni&#261;, pokryt&#261; bladoniebiesk&#261; siatk&#261; &#380;y&#322;, potar&#322; czo&#322;o. Z oczu wyziera&#322;o szale&#324;stwo, ale zaraz znik&#322;o.

Powiedzia&#322; ju&#380; spokojniej.

A wi&#281;c nie m&#243;wi&#322;em wam wcze&#347;niej o nienormalnych zdolno&#347;ciach Mu&#322;a, tak? Ale przecie&#380; czy nie m&#243;wili&#347;cie, &#380;e wiecie o nich?

Powiedzia&#322; nam o tym kapitan Pritcher, Ebling  rzek&#322;a Bayta.  Pami&#281;tasz?

On wam powiedzia&#322;?  spyta&#322; Mis z ledwie wyczuwaln&#261; uraz&#261; w g&#322;osie.  Ale jak on na to wpad&#322;?

Mu&#322; go przestroi&#322;. Teraz jest jego cz&#322;owiekiem. I pu&#322;kownikiem. Przyby&#322; tu, aby nam poradzi&#263;, &#380;eby&#347;my si&#281; poddali i powiedzia&#322; nam to samo, co ty.

A wi&#281;c Mu&#322; wie, &#380;e tu jeste&#347;my? Musz&#281; si&#281; spieszy&#263; Gdzie jest Magnifico? Nie ma go z wami?

Magnifico &#347;pi  odpar&#322; niecierpliwie Toran.  Jest ju&#380; po p&#243;&#322;nocy, rozumiesz.

Naprawd&#281;? Wobec tego Czy ja spa&#322;em, kiedy tu przyszli&#347;cie?

Tak  odpar&#322;a zdecydowanym tonem Bayta  i na razie nie wr&#243;cisz ju&#380; do pracy. Idziesz do &#322;&#243;&#380;ka. No, Torie, pom&#243;&#380; mi. I przesta&#324; mnie odpycha&#263;, Ebling, bo i tak masz szcz&#281;&#347;cie, &#380;e nie zaci&#261;gn&#281;&#322;am ci&#281; najpierw pod prysznic. Zdejmij mu buty, Torie. Przyjdziesz tu jutro i wyci&#261;gniesz go na powietrze, zanim zupe&#322;nie zniknie. Popatrz na siebie, Ebling, zaczynasz si&#281; pokrywa&#263; paj&#281;czyn&#261;. Nie jeste&#347; g&#322;odny?

Ebling Mis potrz&#261;sn&#261;&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261; i popatrzy&#322; na nich ze swej. pryczy z&#322;y i zmieszany.

Chc&#281;, &#380;eby&#347;cie przys&#322;ali tu jutro Magnifica  mrukn&#261;&#322;.

Bayta a&#380; po szyj&#281; otuli&#322;a go prze&#347;cierad&#322;em.

Jutro b&#281;dziesz mia&#322; tu mnie, z upranym ubraniem. We&#378;miesz porz&#261;dn&#261; k&#261;piel, a potem wyjdziesz na powietrze, przejdziesz si&#281; na farm&#281; i troch&#281; pob&#281;dziesz na s&#322;o&#324;cu.

Nic z tego  rzek&#322; s&#322;abym g&#322;osem Mis.  S&#322;yszysz? Jestem za bardzo zaj&#281;ty.

Jego rzadkie w&#322;osy rozpostarte na poduszce wok&#243;&#322; g&#322;owy wygl&#261;da&#322;y jak srebrne fr&#281;dzle. Rzek&#322; konfidencjonalnym szeptem:

Chcecie tej Drugiej Fundacji, prawda? Toran odwr&#243;ci&#322; si&#281; momentalnie i siad&#322; na pryczy obok Misa.

Co wiesz o Drugiej Fundacji, Ebling? Psycholog wyj&#261;&#322; d&#322;o&#324; spod prze&#347;cierad&#322;a i zm&#281;czonymi palcami schwyci&#322; Torana za r&#281;kaw.

Decyzj&#281; o za&#322;o&#380;eniu obu Fundacji podj&#281;to na wielkim Zje&#378;dzie Psycholog&#243;w, kt&#243;remu przewodniczy&#322; Hari Seldon. Toran, uda&#322;o mi si&#281; dotrze&#263; do opublikowanego protoko&#322;u tego zjazdu. W sumie dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; grubych kaset filmowych. Przejrza&#322;em ju&#380; wiele sprawozda&#324;.

No i?

C&#243;&#380;, wyobra&#378; sobie, &#380;e je&#347;li si&#281; wie cokolwiek o psychohistorii, to na ich podstawie bardzo &#322;atwo ustali&#263; po&#322;o&#380;enie Pierwszej Fundacji. Cz&#281;sto si&#281; o niej m&#243;wi. Wystarczy rozumie&#263; r&#243;wnania. Nikt jednak nie wspomina o Drugiej Fundacji. Nie znalaz&#322;em nigdzie &#380;adnej wzmianki.

Toran zmarszczy&#322; brwi.

Nie istnieje?

Oczywi&#347;cie, &#380;e istnieje!  krzykn&#261;&#322; Mis ze z&#322;o&#347;ci&#261;.  Kto m&#243;wi, &#380;e nie istnieje? Ale ma&#322;o si&#281; o niej m&#243;wi. Jej znaczenie, w og&#243;le wszystko, co si&#281; z ni&#261; wi&#261;&#380;e, jest lepiej ukryte, bardziej utajnione. Nie rozumiesz? Z tych dwu, ona jest wa&#380;niejsza. To jest ta wa&#380;na Fundacja, ta, kt&#243;ra si&#281; liczy! A ja mam zapis zebrania. Mu&#322; jeszcze nie wygra&#322;

Bayta cicho zgasi&#322;a &#347;wiat&#322;o.

&#346;pij  rzek&#322;a.

Toran i Bayta w milczeniu poszli na g&#243;r&#281;, do swoich pomieszcze&#324;.

Nazajutrz Ebling Mis wyk&#261;pa&#322; si&#281; i ubra&#322;, i po raz ostatni w &#380;yciu ujrza&#322; s&#322;o&#324;ce Trantora i poczu&#322; powiew wiatru. Pod koniec dnia zaszy&#322; si&#281; znowu w zaciszu biblioteki, sk&#261;d nie mia&#322; ju&#380; nigdy wyj&#347;&#263;.

Przez ca&#322;y nast&#281;pny tydzie&#324; &#380;ycie toczy&#322;o si&#281; ustalonym torem. S&#322;o&#324;ce Neotrantora by&#322;o jasn&#261;, spokojn&#261; gwiazd&#261; widoczn&#261; na nocnym niebie nad Trantorem. Mieszka&#324;cy farmy zaj&#281;ci byli wiosennym siewem. Opustosza&#322;y teren uniwersytetu pogr&#261;&#380;ony by&#322; w ciszy. Galaktyka wydawa&#322;a si&#281; pusta. Wszystko by&#322;o tak, jakby Mu&#322; nigdy nie istnia&#322;.

O tym w&#322;a&#347;nie my&#347;la&#322;a Bayta patrz&#261;c jak Toran starannie zapala cygaro i spogl&#261;da na b&#322;&#281;kitne niebo prze&#347;wiecaj&#261;ce mi&#281;dzy mrowiem wie&#380;owc&#243;w zamykaj&#261;cych horyzont.

&#321;adny dzie&#324;  powiedzia&#322; Toran.

Tak, &#322;adny. Zrobi&#322;e&#347; list&#281; wszystkiego, co potrzeba, Torie?

Oczywi&#347;cie. P&#243;&#322; funta mas&#322;a, tuzin jaj, fasolka szparagowa  mam tu wszystko zapisane, Bay. Kupi&#281;, co trzeba.

Dobrze. Tylko uwa&#380;aj, &#380;eby ci sprzedali warzywa z ostatnich zbior&#243;w, a nie jakie&#347; zabytki muzealne. Aha, nie widzia&#322;e&#347; gdzie&#347; Magnifica?

Nie widzia&#322;em go od &#347;niadania. Jest na pewno na dole z Eblingiem i ogl&#261;da jaki&#347; film.

No, dobrze. Szybko wracaj, bo potrzebuj&#281; jajek do obiadu.

Toran u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i wyszed&#322;, machn&#261;wszy r&#281;k&#261; na po&#380;egnanie.

Bayta odprowadzi&#322;a go wzrokiem. Kiedy znikn&#261;&#322; w g&#261;szczu metalowych konstrukcji, odwr&#243;ci&#322;a si&#281; i posz&#322;a w stron&#281; kuchni. Przed drzwiami zawaha&#322;a si&#281;, wolno rozejrza&#322;a si&#281; doko&#322;a i skr&#281;ci&#322;a w stron&#281; kolumnady prowadz&#261;cej do windy do podziemi.

Ebling Mis siedzia&#322; nieruchomo, z g&#322;ow&#261; pochylon&#261; nad okularami projektora. Obok zastyg&#322;ego w bezruchu badacza siedzia&#322; wci&#347;ni&#281;ty w krzes&#322;o Magnifico  k&#322;&#281;bek ko&#347;cistych cz&#322;onk&#243;w, z nosem podkre&#347;laj&#261;cym chudo&#347;&#263; oblicza i przenikliwym, uwa&#380;nym spojrzeniem.

Bayta rzek&#322;a mi&#281;kko:

Magnifico

Magnifico powsta&#322; niezdarnie z krzes&#322;a.

Tak, pani?  szepn&#261;&#322; &#380;arliwie.

Magnifico  powiedzia&#322;a Bayta  Toran poszed&#322; na farm&#281; i szybko nie wr&#243;ci. Czy by&#322;by&#347; tak dobry i zani&#243;s&#322; mu kartk&#281; ode mnie?

Z przyjemno&#347;ci&#261;, pani. Jestem na twoje rozkazy, cho&#263; z mych skromnych us&#322;ug niewiele mo&#380;esz mie&#263; po&#380;ytku.

Zosta&#322;a sama z Eblingiem Misem, kt&#243;ry nawet si&#281; nie poruszy&#322;. Po&#322;o&#380;y&#322;a stanowczym ruchem d&#322;o&#324; na jego ramieniu.

Ebling

Psycholog drgn&#261;&#322; i krzykn&#261;&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;:

O co chodzi?

Zmru&#380;y&#322; oczy i spojrza&#322; na ni&#261;.

To ty, Bayta? Gdzie jest Magnifico?

Wysia&#322;am go st&#261;d. Chc&#281; przez chwil&#281; by&#263; z tob&#261; sama. Chc&#281; z tob&#261; pom&#243;wi&#263;, Ebling  rzek&#322;a dobitnie akcentuj&#261;c s&#322;owa.

Psycholog zrobi&#322; ruch, jakby chcia&#322; wr&#243;ci&#263; do swego projektora, ale Bayta mocno trzyma&#322;a go za rami&#281;. Pod r&#281;kawem wyra&#378;nie wyczuwa&#322;a ko&#347;&#263;. Od chwili przylotu na Trantora cia&#322;o Eblinga Misa wydawa&#322;o si&#281; topnie&#263; jak &#347;nieg. Twarz mu wychud&#322;a i po&#380;&#243;&#322;k&#322;a. Pokrywa&#322; j&#261; kilkudniowy zarost. Przygarbi&#322; si&#281;, co by&#322;o wida&#263; nawet gdy siedzia&#322;.

Magnifico nie sprawia ci k&#322;opotu, Ebling? Siedzi tu dzie&#324; i noc.

Nie, nie! Sk&#261;d&#380;e znowu? Dlaczego mia&#322;by mi sprawia&#263; k&#322;opot? Siedzi cicho i nigdy mi nie przeszkadza. Czasem przynosi mi i odnosi filmy, wydaje si&#281; odgadywa&#263; moje my&#347;li. Niech tu siedzi.

Dobrze, Ebling ale czy on ci&#281; nie zastanawia? Czy s&#322;yszysz mnie? Nic ci&#281; w nim nie zastanawia?

Przystawi&#322;a energicznie krzes&#322;o do jego krzes&#322;a i wpatrywa&#322;a si&#281; w jego twarz tak intensywnie, jakby chcia&#322;a wydoby&#263; odpowied&#378; z jego oczu. Ebling Mis potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie. O co ci chodzi?

O to, &#380;e i pu&#322;kownik Pritcher, i ty utrzymujecie, &#380;e Mu&#322; potrafi manipulowa&#263; ludzkimi uczuciami. Jeste&#347; pewien, &#380;e to prawda? Czy Magnifico nie przeczy tej teorii?

Nie us&#322;ysza&#322;a &#380;adnej odpowiedzi. Z trudem powstrzyma&#322;a si&#281;, aby nie potrz&#261;sn&#261;&#263; psychologiem.

Co si&#281; z tob&#261; dzieje, Ebling? Magnifico by&#322; b&#322;aznem Mu&#322;a. Dlaczego Mu&#322; nie wzbudzi&#322; w nim wiary i mi&#322;o&#347;ci do siebie? Dlaczego on jeden jedyny ze wszystkich, kt&#243;rzy zetkn&#281;li si&#281; z Mu&#322;em, tak go nienawidzi?

Ale&#380; ale&#380; Mu&#322; ustawi&#322; jego uczucia. Oczywi&#347;cie, Bay!  W miar&#281; jak m&#243;wi&#322;, wydawa&#322; si&#281; by&#263; coraz bardziej pewny swoich s&#322;&#243;w.  My&#347;lisz, &#380;e Mu&#322; traktuje swego b&#322;azna tak samo jak swoich genera&#322;&#243;w? Od nich potrzebuje wiary i wierno&#347;ci, ale od b&#322;azna tylko l&#281;ku. Czy nigdy nie zauwa&#380;y&#322;a&#347;, &#380;e ten ustawiczny stan l&#281;ku, w kt&#243;rym &#380;yje Magnifico, jest patologiczny? My&#347;lisz, &#380;e to naturalne i normalne, &#380;e istota ludzka jest ca&#322;y czas tak przera&#380;ona jak on? Taki l&#281;k staje si&#281; komiczny. Taki prawdopodobnie wydawa&#322; si&#281; Mu&#322;owi, a przy okazji by&#322; mu na r&#281;k&#281;, gdy&#380; dzi&#281;ki temu nie zorientowali&#347;my si&#281; wcze&#347;niej w czym m&#243;g&#322;by nam pom&#243;c Magnifico.

To znaczy, &#380;e informacje Magnifica o Mule by&#322;y nieprawdziwe?  spyta&#322;a Bayta.

By&#322;y myl&#261;ce. By&#322;y zabarwione patologicznym l&#281;kiem. Mu&#322; nie jest, jak my&#347;li Magnifico, &#380;adnym olbrzymem. Bardziej prawdopodobne jest to, &#380;e poza swoimi niezwyk&#322;ymi zdolno&#347;ciami psychicznymi jest zwyczajnym cz&#322;owiekiem. Ale je&#347;li podoba&#322;o mu si&#281; by&#263; supermanem w oczach biednego Magnifica  psycholog wzruszy&#322; ramionami.  W ka&#380;dym razie informacje Magnifica nie s&#261; ju&#380; wa&#380;ne.

A co jest wobec tego wa&#380;ne?

Ale Mis, zamiast odpowiedzi, strz&#261;sn&#261;&#322; jej r&#281;k&#281; i wr&#243;ci&#322; do projektora.

Co jest wobec tego wa&#380;ne?  powt&#243;rzy&#322;a.  Druga Fundacja? Psycholog zerkn&#261;&#322; na ni&#261;.

Czy&#380;bym ci ju&#380; co&#347; o tym m&#243;wi&#322;? Nie przypominam sobie tego. Jeszcze nie jestem got&#243;w. Co ci powiedzia&#322;em?

Nic!  odpar&#322;a Bayta gwa&#322;townie.  Na Galaktyk&#281;, nic mi nie powiedzia&#322;e&#347;, ale chcia&#322;abym, &#380;eby&#347; to wreszcie zrobi&#322;, bo jestem ju&#380; &#347;miertelnie zm&#281;czona. Kiedy to si&#281; sko&#324;czy?

Ebling Mis popatrzy&#322; na ni&#261; uwa&#380;nie i powiedzia&#322; ze smutkiem:

No, moja moja kochana, nie chcia&#322;em ci&#281; urazi&#263;. Czasami zapominam kto jest moim przyjacielem. Czasami wydaje mi si&#281;, &#380;e nie wolno mi m&#243;wi&#263; o tym wszystkim. Trzeba utrzyma&#263; to w tajemnicy  przed Mu&#322;em, nie przed tob&#261;, moja droga  pog&#322;adzi&#322; j&#261; przyja&#378;nie po ramieniu.

Co z t&#261; Drug&#261; Fundacj&#261;?  spyta&#322;a. G&#322;os Misa przeszed&#322; od razu w cichy szept.

Wiesz jak starannie Seldon ukry&#322; wszystkie &#347;lady? Sprawozdania ze Zjazdu Psycholog&#243;w nic by mi nie da&#322;y, gdybym, zaledwie miesi&#261;c temu, nie dozna&#322; dziwnego ol&#347;nienia. Nawet teraz wydaje mi si&#281;, &#380;e to zbyt niepewne. Referaty przedstawione na zje&#378;dzie cz&#281;sto nie maj&#261; ze sob&#261; zwi&#261;zku, a zawsze s&#261; niejasne. Wiele razy zastanawia&#322;em si&#281; czy sami uczestnicy zjazdu wiedzieli dok&#322;adnie, o co chodzi Seldonowi. Czasem my&#347;l&#281;, &#380;e ten zjazd by&#322; dla Seldona tylko olbrzymi&#261; fasad&#261;, za kt&#243;r&#261; on sam, w pojedynk&#281;, wzni&#243;s&#322; gmach

Obu Fundacji?  wtr&#261;ci&#322;a niecierpliwie Bayta.

Drugiej Fundacji! Z nasz&#261; Fundacj&#261; sprawa by&#322;a prosta. Ale o Drugiej Fundacji wiadomo tylko jak si&#281; nazywa&#322;a. Wymienia si&#281; jej nazw&#281;, ale je&#347;li s&#261; tam jakie&#347; konkretne informacje o niej, to s&#261; one g&#322;&#281;boko ukryte we wzorach matematycznych. Jest wiele rzeczy, kt&#243;rych nadal ni w z&#261;b nie rozumiem, ale od siedmiu dni te okruchy informacji, kt&#243;re uda&#322;o mi si&#281; zebra&#263;, zaczynaj&#261; si&#281; uk&#322;ada&#263; w pewien, co prawda mglisty, obraz.

Fundacja Numer Jeden by&#322;a &#347;wiatem naukowc&#243;w zajmuj&#261;cych si&#281; materi&#261;. Skoncentrowano tam gin&#261;c&#261; nauk&#281; Galaktyki w takich warunkach, &#380;eby mog&#322;a o&#380;y&#263; na nowo. Nie by&#322;o tam &#380;adnego psychologa. Ten szczeg&#243;lny wyj&#261;tek musia&#322; s&#322;u&#380;y&#263; jakiemu&#347; celowi. Zwykle t&#322;umaczono to tym, &#380;e psychohistoria Seldona dzia&#322;a najlepiej tam, gdzie poszczeg&#243;lne elementy tego procesu, jednostki ludzkie, nie wiedz&#261; nic o tym, co ma nast&#261;pi&#263; i dlatego we wszystkich sytuacjach reaguj&#261; naturalnie. Czy m&#243;wi&#281; jasno Tak, profesorze.

Wobec tego s&#322;uchaj uwa&#380;nie. Fundacja Numer Dwa by&#322;a &#347;wiatem naukowc&#243;w zajmuj&#261;cych si&#281; psychik&#261;. By&#322;a lustrzanym odbiciem naszego &#347;wiata. Tam kr&#243;lowa&#322;a psychologia, nie nauki fizykalne. Rozumiesz?  zako&#324;czy&#322; triumfalnie.

Nie.

No, pomy&#347;l, Bayta. Rusz g&#322;ow&#261;. Hari Seldon dobrze wiedzia&#322;, &#380;e jego psychohistoria jest w stanie przewidzie&#263; tylko prawdopodobne sytuacje, &#380;e nigdy nie daje ca&#322;kowitej pewno&#347;ci. Zawsze by&#322; pewien margines b&#322;&#281;du i w miar&#281; up&#322;ywu czasu ten margines powi&#281;ksza&#322; si&#281; w post&#281;pie geometrycznym. Naturalnie, Seldon stara&#322; si&#281; przed tym zabezpieczy&#263; najlepiej jak tylko m&#243;g&#322;. Nasza Fundacja by&#322;a &#347;wiatem kwitn&#261;cych nauk &#347;cis&#322;ych. Mog&#322;a zwyci&#281;&#380;a&#263; armie i bronie. Sile mog&#322;a przeciwstawi&#263; si&#322;&#281;. Ale w przypadku agresji psychicznej takiego mutanta jak Mu&#322;?

To by&#322;oby zadanie dla psycholog&#243;w z Drugiej Fundacji!  Bayta czu&#322;a rosn&#261;ce podniecenie.

Tak, tak, tak! Oczywi&#347;cie!

Ale dot&#261;d nic nie zrobili w tej sprawie.

Sk&#261;d wiesz, &#380;e nie? Bayta zastanowi&#322;a si&#281;.

Nie wiem  odpar&#322;a.  Masz jaki&#347; dow&#243;d, &#380;e co&#347; robi&#261;?

Nie. Jest wiele czynnik&#243;w, o kt&#243;rych nic nie wiem. Druga Fundacja nie mog&#322;a powsta&#263; od razu w pe&#322;ni rozkwitu, tak jak i my. Rozwijali&#347;my si&#281; i ro&#347;li&#347;my w si&#322;&#281; powoli. Z nimi musia&#322;o by&#263; tak samo. Gwiazdy tylko wiedz&#261;, jak silni s&#261; teraz. Czy maj&#261; do&#347;&#263; si&#322;, aby walczy&#263; z Mu&#322;em? A po pierwsze  czy w og&#243;le s&#261; &#347;wiadomi tego niebezpiecze&#324;stwa? Czy maj&#261; zdolnych przyw&#243;dc&#243;w?

Ale je&#347;li rozwijaj&#261; si&#281; zgodnie z planem Seldona, to musz&#261; pokona&#263; Mu&#322;a.

Ba  rzek&#322; Ebling Mis z zadum&#261;, marszcz&#261;c chud&#261; twarz  czy tak jest naprawd&#281;? Druga Fundacja by&#322;a o wiele trudniejszym zadaniem ni&#380; Pierwsza. Jest niepor&#243;wnanie bardziej skomplikowana, skutkiem czego prawdopodobie&#324;stwo b&#322;&#281;du jest tu r&#243;wnie&#380; o wiele wi&#281;ksze. A je&#347;li Druga Fundacja nie zdo&#322;a pokona&#263; Mu&#322;a, to &#378;le  to bardzo &#378;le. By&#263; mo&#380;e b&#281;dzie to koniec rodzaju ludzkiego, przynajmniej takiego, jaki znamy.

Nie.

Tak. Gdyby potomkowie Mu&#322;a odziedziczyli jego zdolno&#347;ci psychiczne Rozumiesz? Homo sapiens nie m&#243;g&#322;by z nimi konkurowa&#263;. By&#322;aby to nowa rasa panuj&#261;ca  nowa arystokracja, a homo sapiens zosta&#322;by, jako rasa ni&#380;sza, zdegradowany do roli niewolnika. Nie mam racji?

Masz.

I nawet gdyby, dzi&#281;ki jakiemu&#347; przypadkowi, Mul nie za&#322;o&#380;y&#322; dynastii, to na pewno za&#322;o&#380;y&#322;by nowe, zniekszta&#322;cone imperium, kt&#243;re zespala&#322;aby tylko jego osobista w&#322;adza. Imperium to upad&#322;oby wraz z jego &#347;mierci&#261;. Galaktyka znalaz&#322;aby si&#281; w tym samym punkcie, w kt&#243;rym si&#281; znajdowa&#322;a przed jego pojawieniem si&#281;, z t&#261; tylko r&#243;&#380;nic&#261;, &#380;e nie by&#322;oby ju&#380; Fundacji, kt&#243;re mog&#322;yby sta&#263; si&#281; zal&#261;&#380;kiem prawdziwego, zdrowego imperium. By&#322;oby to r&#243;wnoznaczne z tysi&#261;cami lat barbarzy&#324;stwa. I nie by&#322;oby wida&#263; ko&#324;ca.

Co mo&#380;emy zrobi&#263;? Mo&#380;emy ostrzec Drug&#261; Fundacj&#281;?

Musimy, bo w przeciwnym razie, wskutek swojej niewiedzy o tym, co si&#281; dzieje, mog&#261; zgin&#261;&#263;. Nie mo&#380;emy tego ryzykowa&#263;. Ale nie ma sposobu, &#380;eby ich ostrzec.

Nie ma sposobu?

Nie wiem, gdzie si&#281; znajduj&#261;. S&#261; na drugim ko&#324;cu Galaktyki, ale to wszystko, co wiemy, a takich &#347;wiat&#243;w s&#261; miliony.

No, Ebling, a tu nic o tym nie ma?  wskaza&#322;a nieokre&#347;lonym ruchem na filmy pokrywaj&#261;ce st&#243;&#322;.

Nie. Nic o tym, gdzie mog&#281; j&#261; znale&#378;&#263;  na razie. Ta tajemnica musi co&#347; oznacza&#263;. Musi by&#263; jaki&#347; pow&#243;d  w jego oczach znowu pojawi&#322; si&#281; wyraz zaintrygowania.  Chcia&#322;bym, &#380;eby&#347; ju&#380; posz&#322;a. Straci&#322;em ju&#380; dosy&#263; czasu, kt&#243;rego i tak jest coraz mniej  coraz mniej.

Skrzywiony i rozdra&#380;niony zabra&#322; si&#281; do swej roboty. Us&#322;ysza&#322;a zbli&#380;aj&#261;ce si&#281; mi&#281;kkie kroki Magnifica.

Tw&#243;j m&#261;&#380; jest ju&#380; w domu, pani.

Ebling Mis nawet nie spojrza&#322; na b&#322;azna. Znowu poch&#322;oni&#281;ty by&#322; odczytywaniem film&#243;w.

Tego wieczoru Toran, wys&#322;uchawszy Bayty, spyta&#322;:

Wi&#281;c naprawd&#281; my&#347;lisz, Bay, &#380;e on ma racj&#281;? Nie my&#347;lisz, &#380;e on jest  zawaha&#322; si&#281;.

On ma racj&#281;. Ton&#281;. Jest chory, wiem o tym. Ta zmiana w jego wygl&#261;dzie i zachowaniu, spadek wagi, spos&#243;b, w jaki m&#243;wi  to wszystko &#347;wiadczy, &#380;e jest chory. Ale pos&#322;uchaj go tylko, kiedy m&#243;wi na temat Mul&#261; czy Drugiej Fundacji, czy w og&#243;le czegokolwiek zwi&#261;zanego z tym, nad czym pracuje Jego wyw&#243;d jest tak jasny i przejrzysty, jak niebo w przestrzeni. On wie o czym m&#243;wi. Wierz&#281; mu.

A wi&#281;c jest jaka&#347; nadzieja  by&#322;o to raczej pytanie ni&#380; stwierdzenie.

Ja ja sama nie wiem. Mo&#380;e tak. Mo&#380;e nie. Od tej chwili nosz&#281; przy sobie miotacz  przy tych s&#322;owach w jej r&#281;ku pojawi&#322;a si&#281; bro&#324; o polerowanej lufie.  Tak na wszelki wypadek, Torie, na wszelki wypadek.

Na wypadek czego?

Bayta za&#347;mia&#322;a si&#281; nieco histerycznie.

Mniejsza o to! Mo&#380;e ja r&#243;wnie&#380;, jak Ebling Mis, jestem troch&#281; szalona.

W tym czasie Ebling Mis mia&#322; przed sob&#261; ju&#380; tylko siedem dni &#380;ycia. Mija&#322;y szybko i niepostrze&#380;enie.

Toranowi wydawa&#322;o si&#281;, &#380;e wszystkich ogarn&#281;&#322;o odr&#281;twienie. Ciep&#322;e dni i panuj&#261;ca wok&#243;&#322; g&#322;ucha cisza sprawi&#322;y, &#380;e on sam zapad&#322; w co&#347; w rodzaju letargu. Wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e wszystko, co &#380;yje, utraci&#322;o zdolno&#347;&#263; dzia&#322;ania i pogr&#261;&#380;y&#322;o si&#281; w bezdennym morzu hibernacji.

Mis by&#322; skrytym stworzeniem, kt&#243;rego podziemna praca nie dawa&#322;a &#380;adnych widocznych wynik&#243;w i. o kt&#243;rej w zwi&#261;zku z tym nie by&#322;o nic wiadomo. Zabarykadowa&#322; si&#281; w bibliotece. Ani Toran, ani Bayta nie mieli do niego dost&#281;pu. Tylko charakterystyczne dla roli po&#347;rednika us&#322;ugi, kt&#243;re spe&#322;nia&#322; Magnifico &#347;wiadczy&#322;y, &#380;e Mis jeszcze &#380;yje. Magnifico, kt&#243;ry zrobi&#322; si&#281; cichy i zamy&#347;lony, nosi&#322; na palcach tace z jedzeniem i wytrwale, z czujn&#261; gotowo&#347;ci&#261; asystowa&#322; Misowi.

Bayta stawa&#322;a si&#281; powoli cieniem dawnej Bayty. Jej poprzedni wigor znik&#322; bez &#347;ladu, straci&#322;a dawn&#261; pewno&#347;&#263; siebie i zaradno&#347;&#263;. Ona r&#243;wnie&#380; szuka&#322;a samotno&#347;ci, a pewnego dnia Toran naszed&#322; j&#261;, jak bawi&#322;a si&#281; miotaczem. Szybko go od&#322;o&#380;y&#322;a i stara&#322;a si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;.

Co ty z tym robisz, Bay? Trzymam, go. Czy to przest&#281;pstwo?

Jeszcze zdmuchniesz t&#281; swoj&#261; durn&#261; g&#322;ow&#281;!

No to zdmuchn&#281;. Niewielka strata!

&#379;ycie ma&#322;&#380;e&#324;skie nauczy&#322;o Torana, &#380;e nie ma sensu dyskutowa&#263; z kobiet&#261; w z&#322;ym nastroju. Wzruszy&#322; ramionami i odszed&#322;.

Ostatniego dnia Magnifico wpad&#322; bez tchu do pomieszczenia, w kt&#243;rym siedzieli Toran i Bayta. Z&#322;apa&#322; ich kurczowo za r&#281;ce.

Wzywa was profesor. &#377;le z nim. Rzeczywi&#347;cie, by&#322;o z nim &#378;le. Le&#380;a&#322; w &#322;&#243;&#380;ku i patrzy&#322; na nich nienaturalnie rozszerzonymi i nienaturalnie jasnymi oczami. By&#322; brudny i zmieniony nie do poznania.

Ebling!  krzykn&#281;&#322;a Bayta.

Pozw&#243;lcie mi m&#243;wi&#263;  wycharcza&#322; psycholog, unosz&#261;c si&#281; z trudem na &#322;okciu.  Pozw&#243;lcie mi m&#243;wi&#263;. Ze mn&#261; koniec  dalsz&#261; prac&#281; zostawiam wam. Nie mam &#380;adnych notatek, zniszczy&#322;em wszystkie &#347;wistki z obliczeniami. Nie mo&#380;e si&#281; o tym dowiedzie&#263; nikt inny. Musicie wszystko mie&#263; w g&#322;owie.

Magnifico!  powiedzia&#322;a Bayta z szorstk&#261; bezpo&#347;rednio&#347;ci&#261;.  Id&#378; na g&#243;r&#281;.

B&#322;azen podni&#243;s&#322; si&#281; z oci&#261;ganiem i zrobi&#322; krok do ty&#322;u, nie odwracaj&#261;c si&#281; od &#322;&#243;&#380;ka. Jego wzrok by&#322; ca&#322;y czas utkwiony w Misa. Mis uczyni&#322; s&#322;aby ruch r&#281;k&#261;.

On si&#281; nie liczy, pozw&#243;lcie mu zosta&#263;. Zosta&#324;. Magnifico.

B&#322;azen szybko usiad&#322;. Bayta gapi&#322;a si&#281; na pod&#322;og&#281;. Powoli, bardzo powoli przygryz&#322;a warg&#281;.

Jestem przekonany  rzek&#322; ochryp&#322;ym szeptem Mis  &#380;e Druga Fundacja jest wstanie wygra&#263;. je&#347;li nie zostanie przedwcze&#347;nie zdobyta przez Mu&#322;a. Utrzymywa&#322;a swoje istnienie w tajemnicy, t&#281; tajemnic&#281; trzeba zachowa&#263;, bo maj&#261; w tym pewien cel. Musicie si&#281; do nich uda&#263;: wasze informacje s&#261; najwy&#380;szej wagi mog&#261; wszystko zmieni&#263;. S&#322;yszycie mnie?

Tak, tak!  krzykn&#261;&#322; Toran g&#322;osem bliskim rozpaczy.  Powiedz nam, jak si&#281; tam dosta&#263;, Ebling. Gdzie to jest?

Mog&#281; wam to powiedzie&#263;  zabrzmia&#322; s&#322;aby g&#322;os psychologa.

Nie zd&#261;&#380;y&#322;.

Bayta z kredowo bia&#322;&#261; twarz&#261; podnios&#322;a miotacz i strzeli&#322;a. Podziemia odbi&#322;y echo wystrza&#322;u. Od pasa w g&#243;r&#281; nie by&#322;o ju&#380; Misa, za to w &#347;cianie za nim zia&#322;a dziura o poszarpanych brzegach. Ze zdr&#281;twia&#322;ych palc&#243;w Bayty wysun&#261;&#322; si&#281; miotacz i upad&#322; na pod&#322;og&#281;.



Koniec poszukiwa&#324;

Nie pad&#322;o ani jedno s&#322;owo. Huk wystrza&#322;u przetoczy&#322; si&#281; echem przez po&#322;o&#380;one wy&#380;ej pomieszczenia, sp&#322;yn&#261;&#322; w d&#243;&#322; jak ochryp&#322;y szept i zamar&#322;. Przedtem zd&#261;&#380;y&#322; jeszcze zag&#322;uszy&#263; ostry brz&#281;k padaj&#261;cego na posadzk&#281; miotacza Bayty, st&#322;umi&#263; przenikliwy krzyk Magnifica i wch&#322;on&#261;&#263; nieartyku&#322;owany ryk Torana.

Zapad&#322;a m&#281;cz&#261;ca cisza.

Bayta pochyli&#322;a g&#322;ow&#281;. Zab&#322;ys&#322;a w powietrzu &#322;za, kt&#243;ra stoczy&#322;a si&#281; z jej policzka. Bayta nigdy wcze&#347;niej nie p&#322;aka&#322;a.

Napi&#281;te mi&#281;&#347;nie Torana niemal trzeszcza&#322;y, ale nie rozlu&#378;ni&#322; ich. Wydawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e nie zdo&#322;a ju&#380; nigdy rozewrze&#263; zaci&#347;ni&#281;tych szcz&#281;k. Twarz Magnifica wygl&#261;da&#322;a jak trupia maska.

W ko&#324;cu spomi&#281;dzy zaci&#347;ni&#281;tych z&#281;b&#243;w Torana wydoby&#322; si&#281; zduszony, zmieniony nie do poznania g&#322;os:

A wi&#281;c jeste&#347; we w&#322;adzy Mu&#322;a. Dosta&#322; ci&#281;! Bayta podnios&#322;a g&#322;ow&#281; i wykrzywi&#322;a usta z bolesnym rozbawieniem.

Ja we w&#322;adzy Mu&#322;a? Nie b&#261;d&#378; &#347;mieszny. Spr&#243;bowa&#322;a si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;  bez wi&#281;kszego rezultatu  i odgarn&#281;&#322;a w&#322;osy do ty&#322;u. Powoli jej g&#322;os wr&#243;ci&#322; do normy, a w ka&#380;dym razie brzmia&#322; w miar&#281; normalnie.

To ju&#380; sko&#324;czone, Toran. Teraz mog&#281; m&#243;wi&#263;. Nie wiem, jak d&#322;ugo po&#380;yj&#281;, ale mog&#281; zacz&#261;&#263; m&#243;wi&#263;

Napi&#281;cie Torana zel&#380;a&#322;o pod swym w&#322;asnym ci&#281;&#380;arem i przerodzi&#322;o si&#281; w apati&#281;.

O czym, Bay? O czym tu mo&#380;na m&#243;wi&#263;?

O nieszcz&#281;&#347;ciu, kt&#243;re ci&#261;gnie si&#281; za nami. Wspominali&#347;my ju&#380; o tym wcze&#347;niej, Torie. Nie pami&#281;tasz? O tym, &#380;e kl&#281;ska stale depcze nam po pi&#281;tach, cho&#263; nigdy tak naprawd&#281; nas nie dosi&#281;ga. Byli&#347;my w Fundacji i upad&#322;a, kiedy Niezale&#380;ni Handlarze nadal walczyli  ale nam uda&#322;o si&#281; na czas dosta&#263; na Haven. Byli&#347;my na Haven i Haven pad&#322;o, kiedy inni nadal walczyli  nam znowu uda&#322;o si&#281; stamt&#261;d wydosta&#263; na czas. Polecieli&#347;my na Neotrantora i do tej pory na pewno przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; on ju&#380; do Mu&#322;a.

Toran s&#322;ucha&#322; i kr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie rozumiem.

Torie, takie rzeczy normalnie si&#281; nie zdarzaj&#261;. Ty i ja znaczymy zbyt ma&#322;o, nie znajdowaliby&#347;my si&#281; zawsze w centrum wydarze&#324;  gdyby&#347;my nie nie&#347;li ze sob&#261; klucza do tych wydarze&#324;. Gdyby&#347;my nie nie&#347;li ze sob&#261; &#378;r&#243;d&#322;a infekcji! Rozumiesz teraz?

Toranowi zesztywnia&#322;y wargi. Popatrzy&#322; ze zgroz&#261; na krwawe szcz&#261;tki, kt&#243;re jeszcze niedawno by&#322;y istot&#261; ludzk&#261; i zrobi&#322;o mu si&#281; niedobrze.

Wyjd&#378;my st&#261;d, Bay. Wyjd&#378;my na powietrze.

Na zewn&#261;trz by&#322;o pochmurnie. Wok&#243;&#322; nich &#347;wista&#322; wiatr, kt&#243;rego podmuchy rozwiewa&#322;y w&#322;osy Bayty. Za nimi wywl&#243;k&#322; si&#281; Magnifico i kr&#281;ci&#322; si&#281; w takiej odleg&#322;o&#347;ci od nich, &#380;e musia&#322;y do niego dociera&#263; strz&#281;py ich rozmowy.

Toran rzek&#322; kr&#243;tko:

Zabi&#322;a&#347; Misa, bo uwa&#380;a&#322;a&#347;, &#380;e to on jest &#378;r&#243;d&#322;em infekcji?

Uderzy&#322; go dziwny wyraz jej oczu. Spyta&#322; szeptem:  On by&#322; Mu&#322;em?  ale jego w&#322;asne s&#322;owa wyda&#322;y mu si&#281; absurdalne.

Bayta roze&#347;mia&#322;a si&#281; histerycznie.

Biedny Ebling Mu&#322;em? Na Galaktyk&#281;, nie! Nie mog&#322;abym go zabi&#263;, gdyby by&#322; Mu&#322;em. Odkry&#322;by emocj&#281; towarzysz&#261;c&#261; temu postanowieniu i natychmiast zmieni&#322; j&#261; w mi&#322;o&#347;&#263;, przywi&#261;zanie, adoracj&#281; czy paniczny strach, w to, co by mu si&#281; podoba&#322;o. O nie, zabi&#322;am Eblinga w&#322;a&#347;nie dlatego, &#380;e nie by&#322; Mu&#322;em. Zabi&#322;am go, bo wiedzia&#322; gdzie znajduje si&#281; Druga Fundacja i za chwil&#281; wyjawi&#322;by t&#281; tajemnic&#281; Mu&#322;owi.

Wyjawi&#322;by t&#281; tajemnic&#281; Mu&#322;owi  powt&#243;rzy&#322; Toran z g&#322;upim wyrazem twarzy.  Wyjawi&#322;by Mu&#322;owi

Nagle dotar&#322;o do niego znaczenie s&#322;&#243;w Bayty. Wyda&#322; zduszony okrzyk, obr&#243;ci&#322; si&#281; i spojrza&#322; ze zgroz&#261; na b&#322;azna, kt&#243;ry m&#243;g&#322; si&#281; kuli&#263; nieprzytomny ze strachu, zrozumiawszy o czym m&#243;wi&#261;.

Chyba nie Magnifico?  wyszepta&#322;.

S&#322;uchaj!  rzek&#322;a Bayta.  Pami&#281;tasz, co si&#281; wydarzy&#322;o na Neotrantorze? Och, Torie, pomy&#347;l troch&#281;

Ale Toran potrz&#261;sn&#261;&#322; tylko g&#322;ow&#261; i co&#347; mrukn&#261;&#322;. M&#243;wi&#322;a wi&#281;c dalej, znu&#380;onym g&#322;osem:

Na Neotranlorze zmar&#322; cz&#322;owiek. Zmar&#322;, mimo i&#380; nikt go nawet nie dotkn&#261;&#322;. Mo&#380;e to nieprawda? Magnifico gra&#322; na swym wizjofonie, a kiedy sko&#324;czy&#322;, nast&#281;pca tronu ju&#380; nie &#380;y&#322;. Czy to nie dziwne? Czy to nie dziwne, &#380;e istota tak panicznie boj&#261;ca si&#281; wszystkiego, tak pora&#380;ona strachem mo&#380;e zabija&#263;, kiedy tylko zechce?

Ta muzyka i efekty &#347;wietlne  rzek&#322; Toran  maj&#261; wielki wp&#322;yw na uczucia

W&#322;a&#347;nie  wp&#322;yw na uczucia. I to bardzo du&#380;y. Tak si&#281; sk&#322;ada, &#380;e wp&#322;ywanie na uczucia to specjalno&#347;&#263; Mu&#322;a. To jeszcze mo&#380;na by traktowa&#263; jako zwyk&#322;y przypadek. A istota, kt&#243;ra potrafi zabija&#263; si&#322;&#261; sugestii, jest tak pe&#322;na strachu. No, to te&#380; mo&#380;na wyja&#347;ni&#263;, bo rzekomo Mu&#322; manipulowa&#322; jego umys&#322;em. Ale ja, Toran, ujrza&#322;am cz&#281;&#347;&#263; tego, co zabi&#322;o nast&#281;pc&#281; tronu. Zobaczy&#322;am tylko malutki kawa&#322;ek, ale to wystarczy&#322;o, &#380;eby opanowa&#322;o mnie to samo uczucie przygn&#281;bienia i rezygnacji, kt&#243;re opad&#322;o mnie w Krypcie Czasu i na Haven. Toran, ja to uczucie zawsze rozpoznam bezb&#322;&#281;dnie. Twarz Torana pociemnia&#322;a.

Ja ja te&#380; to czu&#322;em. Zapomnia&#322;em o tym. Nigdy nie pomy&#347;la&#322;em

Wtedy po raz pierwszy przysz&#322;o mi to do g&#322;owy. By&#322;o to w&#322;a&#347;ciwie jakie&#347; nieokre&#347;lone uczucie  intuicja, je&#347;li wolisz to tak nazwa&#263;. Nie mia&#322;am si&#281; na czym oprze&#263;. I w&#322;a&#347;nie wtedy Pritcher powiedzia&#322; nam o Mule i o charakterze jego mutacji i wszystko naraz sta&#322;o si&#281; jasne. To Mu&#322; wytworzy&#322; atmosfer&#281; przygn&#281;bienia i rezygnacji w Krypcie Czasu. Magnifico wytworzy&#322; t&#281; sam&#261; atmosfer&#281; na Neotrantorze. To by&#322;o to samo uczucie. Dlatego Mu&#322; i Magnifico to jedna i ta sama osoba. Czy to si&#281; nie uk&#322;ada w zgrabn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;, Torie? Zupe&#322;nie jak aksjomat geometrii  je&#347;li dwa odcinki s&#261; r&#243;wne temu samemu odcinkowi, to s&#261; r&#243;wne sobie nawzajem.

By&#322;a o krok od histerii, ale opanowa&#322;a si&#281; si&#322;&#261; woli i m&#243;wi&#322;a dalej:

To odkrycie &#347;miertelnie mnie przerazi&#322;o. Je&#347;li Magnifico jest Mu&#322;em, to potrafi odczyta&#263; moje uczucia i ukierunkowa&#263; je dla swoich potrzeb. Nie mog&#322;am do tego dopu&#347;ci&#263;. Unika&#322;am go. Na szcz&#281;&#347;cie on mnie te&#380;, za bardzo interesowa&#322; si&#281; Eblingiem Misem. Powzi&#281;&#322;am decyzj&#281;, &#380;eby zabi&#263; Misa, zanim zacznie m&#243;wi&#263;. Planowa&#322;am to w tajemnicy, w najwi&#281;kszej tajemnicy  w takiej tajemnicy, &#380;e ba&#322;am si&#281; o tym m&#243;wi&#263; nawet sama ze sob&#261;. Gdybym mog&#322;a zabi&#263; Mu&#322;a  Ale nie mog&#322;am podj&#261;&#263; takiego ryzyka. Spostrzeg&#322;by si&#281; od razu i wszystko by&#322;oby stracone.

Z emocji wydawa&#322;a si&#281; zupe&#322;nie wyczerpana.

Toran rzek&#322; szorstko i zdecydowanie:

To niemo&#380;liwe. Sp&#243;jrz na to nieszcz&#281;sne stworzenie. On mia&#322;by by&#263; Mu&#322;em? Nawet nie s&#322;yszy, co m&#243;wimy.

Ale kiedy spojrza&#322; w stron&#281;, w kt&#243;r&#261; wskaza&#322; palcem, spostrzeg&#322;, &#380;e Magnifico stoi wyprostowany i bacznie si&#281; im przygl&#261;da przenikliwym i pochmurnym wzrokiem. Odezwa&#322; si&#281; bez &#347;ladu poprzedniego akcentu:

S&#322;ysza&#322;em, przyjacielu, co m&#243;wi&#322;a. Tylko &#380;e siedz&#281; tu i my&#347;l&#281; ca&#322;y czas o tym, jak przy ca&#322;ym swoim sprycie i przezorno&#347;ci mog&#322;em pope&#322;ni&#263; taki b&#322;&#261;d i straci&#263; tak du&#380;o.

Toran cofn&#261;&#322; si&#281; gwa&#322;townie, jakby obawia&#322; si&#281;, &#380;e b&#322;azen mo&#380;e go dotkn&#261;&#263; albo &#380;e jego oddech mo&#380;e go skazi&#263;.

Magnifico skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i odpowiedzia&#322; na nieme pytanie:

Ja jestem Mu&#322;em.

Nie wydawa&#322; si&#281; ju&#380; groteskowy, jego tyczkowate nogi i ptasi nos nagle przesta&#322;y by&#263; &#347;mieszne. Jego l&#281;k znik&#322; bez &#347;ladu, a ruchy sta&#322;y si&#281; pewne i stanowcze.

By&#322; panem sytuacji i zachowywa&#322; si&#281; ze swobod&#261;, kt&#243;r&#261; daje du&#380;a wprawa.

Rzek&#322; wyrozumiale:

Si&#261;d&#378;cie sobie &#347;mia&#322;o, mo&#380;ecie si&#281; nawet wyci&#261;gn&#261;&#263; wygodnie na trawie. Gra si&#281; sko&#324;czy&#322;a i chcia&#322;bym wam opowiedzie&#263; pewn&#261; histori&#281;. To moja s&#322;abo&#347;&#263;  chc&#281;, &#380;eby ludzie mnie zrozumieli.

Kiedy spojrza&#322; na Bayt&#281;, jego oczy by&#322;y zn&#243;w starymi, smutnymi i &#322;agodnymi oczami b&#322;azna Magnifico.

W moim dzieci&#324;stwie  zacz&#261;&#322;  nie by&#322;o naprawd&#281; nic, co chcia&#322;bym pami&#281;ta&#263;.  M&#243;wi&#322; szybko i niecierpliwie, podkre&#347;laj&#261;c to ca&#322;ym cia&#322;em.  Mo&#380;e potraficie to zrozumie&#263;. Z tym nosem ju&#380; si&#281; urodzi&#322;em, a moja szczud&#322;owata sylwetka to skutek pracy gruczo&#322;&#243;w. Nie mog&#322;em mie&#263; normalnego dzieci&#324;stwa. Matka zmar&#322;a, nim zd&#261;&#380;y&#322;a mnie ujrze&#263;. Ojca nie znam. Ros&#322;em bez &#380;adnej opieki, psychicznie okaleczony i st&#322;amszony, pe&#322;en lito&#347;ci do siebie i nienawi&#347;ci do innych. Nazywano mnie dziwnym dzieckiem. Wszyscy mnie unikali  wi&#281;kszo&#347;&#263; z niech&#281;ci, niekt&#243;rzy ze strachu. Zdarza&#322;y si&#281; dziwne wypadki Ale mniejsza z tym! Wydarzy&#322;o si&#281; dosy&#263;, &#380;eby kapitan Pritcher badaj&#261;c okres mojego dzieci&#324;stwa, doszed&#322; do wniosku, &#380;e jestem mutantem, co ja sam u&#347;wiadomi&#322;em sobie dopiero po dwudziestce.

Jego g&#322;os dobiega! do Bayty i Torana jak z oddali. B&#322;azen, czy Mu&#322;, przechadza&#322; si&#281; przed nimi, m&#243;wi&#261;c do swych za&#322;o&#380;onych na piersiach r&#261;k.

&#346;wiadomo&#347;&#263; moich niezwyk&#322;ych zdolno&#347;ci zdawa&#322;a si&#281; dociera&#263; do mnie powoli, ma&#322;ymi krokami. Nawet pod koniec trudno mi by&#322;o w to uwierzy&#263;. Dla mnie umys&#322; ludzki jest skal&#261; ze strza&#322;k&#261; wskazuj&#261;c&#261; na dominuj&#261;ce uczucie. To s&#322;abe por&#243;wnanie, ale jak inaczej mog&#281; to wyja&#347;ni&#263;? Powoli przekonywa&#322;em si&#281;, &#380;e mog&#281; si&#281;gn&#261;&#263; w g&#322;&#261;b ludzkiego umys&#322;u i wychyli&#263; wskaz&#243;wk&#281; do dowolnego punktu tej skali, &#380;e mog&#281; j&#261; w tej pozycji ustawi&#263; na zawsze. A jeszcze wi&#281;cej czasu potrzebowa&#322;em, &#380;eby si&#281; przekona&#263;, &#380;e inni tego nie potrafi&#261;.

Ale w ko&#324;cu dotar&#322;a do mnie &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e posiadam niezwyk&#322;&#261; moc, a wraz z tym obudzi&#322;o si&#281; we mnie pragnienie, &#380;eby sobie wynagrodzi&#263; lata poniewierki. Mo&#380;e zdo&#322;acie mnie zrozumie&#263;. Nie lekko jest by&#263; odmie&#324;cem  by&#263; istot&#261; rozumn&#261;, my&#347;l&#261;c&#261; i odmie&#324;cem. Wsz&#281;dzie tylko &#347;miech i szykany! Odmieniec! Obcy!

Nigdy tego nie do&#347;wiadczyli&#347;cie.

Magnifico spojrza&#322; w niebo, zako&#322;ysa&#322; si&#281; na pi&#281;tach i ci&#261;gn&#261;&#322; dalej kamiennym g&#322;osem:

No, ale w ko&#324;cu pozna&#322;em swoje mo&#380;liwo&#347;ci i postanowi&#322;em, &#380;e ja i Galaktyka zamienimy si&#281; rolami. Dot&#261;d oni byli g&#243;r&#261;, a ja d&#322;ugo znosi&#322;em to cierpliwie  przez dwadzie&#347;cia dwa lata. Nadesz&#322;a moja kolej! Od was, od ca&#322;ej reszty, zale&#380;a&#322;o, czy mi si&#281; uda. Nikt nie powie, &#380;e Galaktyka mia&#322;a s&#322;abe szans&#281;. Ja jeden, a ich biliony.

Przerwa&#322; na chwil&#281; i szybko zerkn&#261;&#322; na Bayt&#281;.

Ale mia&#322;em s&#322;aby punkt. Sam w sobie by&#322;em niczym. W&#322;adz&#281; mog&#322;em zdoby&#263; tylko za po&#347;rednictwem innych. Sukcesy odnosi&#322;em przez po&#347;rednik&#243;w. Zawsze! By&#322;o tak, jak m&#243;wi&#322; Pritcher. Przy pomocy pewnego pirata uzyska&#322;em swoj&#261; pierwsz&#261; baz&#281; wypadow&#261; na asteroidzie. Przy pomocy pewnego przemys&#322;owca zdoby&#322;em pierwsz&#261; planet&#281;. Przy pomocy mn&#243;stwa innych os&#243;b, ko&#324;cz&#261;c na w&#322;adcy Kalgana, zdoby&#322;em sam Kalgan i flot&#281; wojenn&#261;. Nast&#281;pnym celem by&#322;a Fundacja  i tu wy si&#281; pojawiacie w tej historii.

Fundacja  m&#243;wi&#322; cicho  by&#322;a najtrudniejszym zadaniem. Aby j&#261; pokona&#263;, musia&#322;em pozyska&#263;, zniszczy&#263; lub unieszkodliwi&#263; znaczn&#261; cz&#281;&#347;&#263; jej klasy rz&#261;dz&#261;cej. Mog&#322;em to zrobi&#263;, zaczynaj&#261;c z punktu zerowego, ale mo&#380;liwa te&#380; by&#322;a kr&#243;tsza droga, wi&#281;c szuka&#322;em jej. W ko&#324;cu je&#347;li kto&#347; jest na tyle silny, &#380;eby podnie&#347;&#263; pi&#281;&#263;set funt&#243;w, to nie znaczy, &#380;e chce to stale robi&#263;. Kontrola emocji nie jest wcale &#322;atwym zadaniem i tam, gdzie to nie jest naprawd&#281; konieczne, wol&#281; jej nie stosowa&#263;. A wi&#281;c przed swoim pierwszym atakiem na Fundacj&#281; postanowi&#322;em poszuka&#263; sojusznik&#243;w.

Podaj&#261;c si&#281; za swojego w&#322;asnego b&#322;azna, szuka&#322;em agenta lub agent&#243;w, kt&#243;rych Fundacja musia&#322;a przys&#322;a&#263; na Kalgan w celu zdobycia informacji o mojej skromnej osobie. Teraz wiem, &#380;e osob&#261;, kt&#243;rej szuka&#322;em, by&#322; Ha&#324; Pritcher. Dziwnym zrz&#261;dzeniem losu, zamiast niego, znalaz&#322;em was. Jestem co prawda telepat&#261;, ale nie doskona&#322;ym, a ty, pani, by&#322;a&#347; z Fundacji. To mnie wprowadzi&#322;o w b&#322;&#261;d. Nie by&#322; to b&#322;&#261;d fatalny, bo p&#243;&#378;niej przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do nas Pritcher, ale by&#322;o to pocz&#261;tkiem b&#322;&#281;du, kt&#243;ry okaza&#322; si&#281; fatalny.

Siedz&#261;cy dot&#261;d spokojnie Toran obruszy&#322; si&#281;. Rzek&#322; z oburzeniem:

Chwileczk&#281;. Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e kiedy postawi&#322;em si&#281; temu porucznikowi na Kalganie, maj&#261;c w r&#281;ku jedynie pistolet osza&#322;amiaj&#261;cy i uratowa&#322;em ci&#281; to zmusi&#322;e&#347; mnie do tego wp&#322;ywaj&#261;c na moje uczucia?  Pieni&#322; si&#281; wprost z oburzenia.  Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e manipulowa&#322;e&#347; mn&#261; ca&#322;y czas?

Na twarzy Magnifico pojawi&#322; si&#281; lekki u&#347;miech.

A dlaczego nie? My&#347;lisz, &#380;e to niemo&#380;liwe? Zastan&#243;w si&#281; sam My&#347;l&#281;, &#380;e kiedy p&#243;&#378;niej zastanowi&#322;e&#347; si&#281; nad tym na zimno, sam by&#322;e&#347; zaskoczony swoim zachowaniem.

Tak  rzek&#322;a Bayta sztywno.  By&#322; zaskoczony. To zupe&#322;nie jasne.

W rzeczywisto&#347;ci  podj&#261;&#322; Mu&#322;  Toranowi nie grozi&#322;o &#380;adne niebezpiecze&#324;stwo. Porucznik otrzyma&#322; surowe polecenie, &#380;eby nas pu&#347;ci&#263; wolno. Tak wi&#281;c my troje i Pritcher polecieli&#347;my na Fundacj&#281;  i popatrzcie tylko, jak od razu zacz&#281;&#322;y si&#281; urzeczywistnia&#263; moje plany. Kiedy Pritcher stan&#261;&#322; przed s&#261;dem wojennym i byli&#347;my obecni ha rozprawie, nie pr&#243;&#380;nowa&#322;em. Wojskowi, kt&#243;rzy byli s&#281;dziami w tym procesie, p&#243;&#378;niej, w czasie wojny, byli dow&#243;dcami eskadr. Poddali si&#281; raczej &#322;atwo i moja flota wygra&#322;a bitw&#281; o Horleggor i inne, mniejsze bitwy.

Przez Pritchera pozna&#322;em doktora Misa, kt&#243;ry wpad&#322; na pomys&#322;, &#380;eby przynie&#347;&#263; mi wizjofon, i w ten spos&#243;b nies&#322;ychanie upro&#347;ci&#322; mi ca&#322;&#261; spraw&#281;. Tylko &#380;e nie by&#322; to ca&#322;kowicie jego w&#322;asny pomys&#322;.

Te koncerty!  przerwa&#322;a mu Bayta.  Usi&#322;owa&#322;am je dopasowa&#263; do ca&#322;o&#347;ci. Teraz rozumiem.

Tak  rzek&#322; Magnifico  wizjofon dzia&#322;a jako urz&#261;dzenie skupiaj&#261;ce. W pewnym sensie wizjofon jest sam w sobie prymitywnym przyrz&#261;dem s&#322;u&#380;&#261;cym do kontrolowania emocji. Za jego pomoc&#261; mog&#281; manipulowa&#263; pojedynczymi lud&#378;mi i ich zbiorowiskami bardziej intensywnie. Koncerty, kt&#243;re dawa&#322;em na Terminusie przed jego upadkiem i na Haven przed jego upadkiem, przyczyni&#322;y si&#281; do powstania atmosfery defetyzmu. Bez wizjofonu mog&#322;em wywo&#322;a&#263; u nast&#281;pcy tronu na Neotrantorze bardzo z&#322;e samopoczucie, ale nie m&#243;g&#322;bym by&#322; go zabi&#263;. Rozumiecie?

Jednak moim najwi&#281;kszym sukcesem by&#322;o odkrycie Eblinga Misa. M&#243;g&#322; on by&#263;  Magnifico rzek&#322; to ze smutkiem, a potem po&#347;piesznie podj&#261;&#322; na nowo swoj&#261; opowie&#347;&#263;.

Jest pewien aspekt kontroli uczu&#263;, o kt&#243;rym nic nie wiecie. Intuicj&#281;, przeczucie, ol&#347;nienie, czy jak tam chcecie to nazwa&#263;, mo&#380;na traktowa&#263; jako emocj&#281;. Przynajmniej ja tak to mog&#281; traktowa&#263;. Nie rozumiecie mnie, co?

Nie czeka&#322; na odpowied&#378;.

Umys&#322; ludzki pracuje ma&#322;o wydajnie. Zazwyczaj szacuje si&#281;, &#380;e wykorzystuje dwadzie&#347;cia procent swoich mo&#380;liwo&#347;ci. Kiedy w jakim&#347; momencie zadzia&#322;a na pe&#322;nych obrotach, to okre&#347;la si&#281; to jako przeczucie, ol&#347;nienie czy intuicj&#281;. Ju&#380; dawno odkry&#322;em, &#380;e jestem w stanie pobudzi&#263; m&#243;zg do sta&#322;ej wysoko wydajnej pracy. Jest to proces zab&#243;jczy dla osoby, kt&#243;r&#261; si&#281; zmusza do takiego wysi&#322;ku, ale za to bardzo u&#380;yteczny Depresor pola j&#261;drowego, kt&#243;rego u&#380;y&#322;em w wojnie przeciw Fundacji, by&#322; efektem pracy poddanego takiej presji technika kalga&#324;skiego. I znowu dzia&#322;a&#322;em przez innych.

Ebling Mis to by&#322; strza&#322; w dziesi&#261;tk&#281;. Jego mo&#380;liwo&#347;ci by&#322;y wielkie i potrzebowa&#322;em go. Jeszcze przed rozpocz&#281;ciem wojny z Fundacj&#261; wys&#322;a&#322;em delegat&#243;w na negocjacje z Imperium. W&#322;a&#347;nie wtedy rozpocz&#261;&#322;em poszukiwania Drugiej Fundacji. Naturalnie, nie znalaz&#322;em jej. Naturalnie, wiedzia&#322;em, &#380;e musz&#281; j&#261; znale&#378;&#263;  i Ebling Mis by&#322; kluczem do tej zagadki. Korzystaj&#261;c w pe&#322;ni z mo&#380;liwo&#347;ci swego m&#243;zgu, m&#243;g&#322; by&#263; mo&#380;e powt&#243;rzy&#263; prac&#281; Hariego Seldona.

Cz&#281;&#347;ciowo zrobi&#322; to. Eksploatowa&#322;em go do granic mo&#380;liwo&#347;ci. By&#322;o to bezlitosne, ale zadanie musia&#322;o by&#263; wykonane. Pod koniec by&#322; ju&#380; umieraj&#261;cy, ale jeszcze &#380;y&#322;  znowu zamy&#347;li&#322; si&#281; pos&#281;pnie.  I &#380;y&#322;by wystarczaj&#261;co d&#322;ugo. Polecieliby&#347;my w tr&#243;jk&#281; do Drugiej Fundacji. By&#322;aby to ostatnia bitwa gdyby nie m&#243;j b&#322;&#261;d.

Toran przerwa&#322; mu brutalnie:

Dlaczego to tak przeci&#261;gasz? Powiedz, na czym polega&#322; tw&#243;j b&#322;&#261;d i i sko&#324;cz t&#281; przemow&#281;.

No jak&#380;e, przecie&#380; to twoja &#380;ona by&#322;a tym b&#322;&#281;dem. Twoja &#380;ona jest niezwyk&#322;&#261; osob&#261;. W ca&#322;ym swoim &#380;yciu nie spotka&#322;em drugiej takiej. Ja ja  zupe&#322;nie niespodziewanie za&#322;ama&#322; mu si&#281; g&#322;os. Z trudem opanowa&#322; si&#281;. Podj&#261;&#322; z dziwn&#261; zawzi&#281;to&#347;ci&#261;.  Lubi&#322;a mnie, mimo &#380;e nie wp&#322;ywa&#322;em na jej uczucia. Nigdy nie czu&#322;a do mnie odrazy ani nie bawi&#322; jej m&#243;j widok. &#379;a&#322;owa&#322;a mnie. Lubi&#322;a mnie!

Nie rozumiesz tego? Nie rozumiesz, co to dla mnie znaczy&#322;o? Nigdy przedtem nikt No wi&#281;c ho&#322;ubi&#322;em to uczucie. Panowa&#322;em nad uczuciami innych, ale zdradzi&#322;y mnie moje w&#322;asne uczucia. Widzisz, trzyma&#322;em si&#281; z dala od jej umys&#322;u, nie manipulowa&#322;em nim. Za bardzo ceni&#322;em to naturalne uczucie. To by&#322; m&#243;j b&#322;&#261;d  pierwszy b&#322;&#261;d.

Ty, Toran, by&#322;e&#347; stale pod kontrol&#261;. Nigdy mnie nie podejrzewa&#322;e&#347;, nigdy o nic nie wypytywa&#322;e&#347;, nigdy nie dostrzega&#322;e&#347; we mnie nic dziwnego czy szczeg&#243;lnego. Na przyk&#322;ad wtedy, kiedy zatrzyma&#322; nas statek filijski. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, znali nasze po&#322;o&#380;enie, bo ca&#322;y czas by&#322;em z nimi w kontakcie, tak jak przez ca&#322;y czas by&#322;em w kontakcie ze swoimi genera&#322;ami. Kiedy nas zatrzymali, zosta&#322;em zabrany na pok&#322;ad ich statku, aby nastawi&#263; uczuciowo Hana Pritchera, kt&#243;ry znajdowa&#322; si&#281; tam w charakterze wi&#281;&#378;nia. Kiedy opuszcza&#322;em ich statek, by&#322; ju&#380; pu&#322;kownikiem, cz&#322;owiekiem Mu&#322;a i dow&#243;dc&#261; statku. Ta ca&#322;a gra by&#322;a zbyt przejrzysta nawet dla ciebie, Toran. Mimo to przyj&#261;&#322;e&#347; moje wyja&#347;nienie tej sprawy, chocia&#380; roi&#322;o si&#281; w nim od sprzeczno&#347;ci. Rozumiesz, co mam na my&#347;li?

Toran skrzywi&#322; si&#281; i rzek&#322; wyzywaj&#261;cym tonem:

Jak utrzymywa&#322;e&#347; kontakt ze swoimi genera&#322;ami?

Nie by&#322;o z tym &#380;adnych problem&#243;w. Ultrafal&#243;wki s&#261; &#322;atwe w obs&#322;udze i maj&#261; niewielkie rozmiary. Zreszt&#261; tak naprawd&#281; nikt nie m&#243;g&#322; mnie nakry&#263;! Ka&#380;dy, kto by mnie zasta&#322; przy nadajniku, odszed&#322;by z luk&#261; w pami&#281;ci. Zdarzy&#322;o si&#281; tak par&#281; razy.

Na Neotrantorze moje durne uczucia zdradzi&#322;y mnie raz jeszcze. Bayta nie by&#322;a pod moj&#261; kontrol&#261;, ale mimo to by&#263; mo&#380;e nigdy nie zacz&#281;&#322;aby mnie podejrzewa&#263;, gdybym nie straci&#322; g&#322;owy i post&#261;pi&#322; inaczej z nast&#281;pc&#261; tronu. Jego zamiary w stosunku do Bayty zdenerwowa&#322;y mnie. Zabi&#322;em go. By&#322;o to g&#322;upie. Wystarczy&#322;aby nie wzbudzaj&#261;ca podejrze&#324; walka.

Jednak nawet mimo tego jej podejrzenia nie przerodzi&#322;yby si&#281; w pewno&#347;&#263;, gdybym powstrzyma&#322; Pritchera i nie pozwoli&#322; mu na t&#281; paplanin&#281; tutaj, albo gdybym po&#347;wi&#281;ci&#322; mniej uwagi Misowi, a wi&#281;cej wam  wzruszy&#322; ramionami.

To koniec opowie&#347;ci?  spyta&#322;a Bayta.

Koniec.

No i co teraz?

B&#281;d&#281; kontynuowa&#322; sw&#243;j program. W&#261;tpi&#281;, &#380;ebym w tych zdegenerowanych czasach znalaz&#322; drugiego cz&#322;owieka o takim m&#243;zgu i tak wykszta&#322;conego jak Ebling Mis. B&#281;d&#281; musia&#322; szuka&#263; Drugiej Fundacji w inny spos&#243;b. W pewnym sensie pokonali&#347;cie mnie.

Bayta poderwa&#322;a si&#281; na nogi i krzykn&#281;&#322;a triumfuj&#261;co:

W pewnym sensie? Tylko w pewnym sensie? Pokonali&#347;my ci&#281; ca&#322;kowicie! Wszystkie twoje zwyci&#281;stwa, poza Fundacj&#261;, nic si&#281; nie licz&#261;, gdy&#380; Galaktyka jest teraz barbarzy&#324;sk&#261; pustk&#261;. Zreszt&#261; pokonanie Fundacji jest te&#380; niewielkim sukcesem, gdy&#380; nie zosta&#322;a ona zaprojektowana po to, &#380;eby pokonywa&#263; kryzysy takiego rodzaju, jak ten, kt&#243;ry ty wywo&#322;a&#322;e&#347;. Musisz zwyci&#281;&#380;y&#263; Drug&#261; Fundacj&#281;  Drug&#261; Fundacj&#281;, a to w&#322;a&#347;nie jest ta Fundacja, kt&#243;ra ci&#281; pokona. Twoj&#261; jedyn&#261; szans&#261; by&#322;o zlokalizowa&#263; j&#261; i pokona&#263;, zanim zd&#261;&#380;y si&#281; przygotowa&#263;. Teraz ci si&#281; to nie uda. Z ka&#380;d&#261; minut&#261; b&#281;dzie bardziej gotowa na odparcie twojego ataku. Przekonasz si&#281; o tym, kiedy uderzy w ciebie i zako&#324;czy si&#281; kr&#243;tki okres twego panowania i staniesz si&#281; jednym z tych dumnych zdobywc&#243;w, kt&#243;rzy przemykaj&#261; jak meteor po krwawym niebie historii.

Oddycha&#322;a z trudem, trac&#261;c prawie g&#322;os ze wzburzenia:

I to my ci&#281; pokonali&#347;my  Toran i ja. Umr&#281; z pogodn&#261; twarz&#261;.

Ale smutne, br&#261;zowe oczy Mu&#322;a by&#322;y znowu smutnymi, br&#261;zowymi, pe&#322;nymi mi&#322;o&#347;ci oczami Magnifica.

Nie zabij&#281; ani ciebie, ani twojego m&#281;&#380;a. W ko&#324;cu nie mo&#380;ecie mi ju&#380; bardziej zaszkodzi&#263;, a zabicie was nie wskrzesi Eblinga Misa. Ja sam ponosz&#281; odpowiedzialno&#347;&#263; za swoje b&#322;&#281;dy. Mo&#380;ecie odej&#347;&#263;, tw&#243;j m&#261;&#380; i ty. Id&#378;cie w pokoju, w imi&#281; tego, co nazywam przyja&#378;ni&#261;.

A tymczasem  doda&#322; w nag&#322;ym przyp&#322;ywie dumy  jestem wci&#261;&#380; Mu&#322;em, najpot&#281;&#380;niejszym cz&#322;owiekiem w ca&#322;ej Galaktyce. I mimo wszystko pokonam Drug&#261; Fundacj&#281;.

Bayta ze spokojem i pewno&#347;ci&#261; wypu&#347;ci&#322;a sw&#261; ostatni&#261; strza&#322;&#281;.

Nie pokonasz! Mam jeszcze wiar&#281; w m&#261;dro&#347;&#263; Seldona. B&#281;dziesz nie tylko pierwszym, ale i ostatnim w&#322;adc&#261; ze swojej dynastii.

Co&#347; ubod&#322;o Magnifica.

Z mojej dynastii? Owszem, cz&#281;sto o tym my&#347;la&#322;em. O tym, &#380;e m&#243;g&#322;bym za&#322;o&#380;y&#263; dynasti&#281;. &#379;e m&#243;g&#322;bym mie&#263; odpowiedni&#261; ma&#322;&#380;onk&#281;.

Bayta nagle zrozumia&#322;a jego spojrzenie i zmartwia&#322;a ze zgrozy.

Magnifico potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Wyczuwam twoj&#261; odraz&#281;, ale to niem&#261;dre. Gdyby rzeczy mia&#322;y si&#281; inaczej, bez trudu uczyni&#322;bym ci&#281; szcz&#281;&#347;liw&#261;. By&#322;aby to sztuczna ekstaza, ale nie r&#243;&#380;ni&#322;aby si&#281; od naturalnej emocji. Ale rzeczy nie maj&#261; si&#281; inaczej. Nazwa&#322;em si&#281; Mu&#322;em ale oczywi&#347;cie nie z powodu mojej si&#322;y

Odszed&#322;, nie obejrzawszy si&#281; ani razu.





